Prolog
Tak jak postanowił, tak uczynił. Zrobi to, co obiecał przyjacielowi... Zszedł bezpiecznie z góry, wstąpił do karczmy, a po drodze, za ostatnie pieniądze, zatrudnił pewnego uczonego mnicha, zajmującego się na co dzień przepisywaniem ksiąg, wyposażonego w atrament i pergamin. Znalazł stolik, rozsiadł się wygodnie i zaczął opowiadać, podczas gdy tamten pilnie uwieczniał słowa na pergaminie...
Wstęp
Przeklęte narzędzia... - Mamrotał pod nosem. - Przeklęte narzędzia. Tylko by się psuły i psuły... Przeklęte rzeczy. Czemu w ogóle rzeczy się psują?!
Niski człowiek mruczał do siebie samego, krocząc energicznie przez tłum ludzi, który zebrał się w to upalne popołudnie na małym placyku wypełnionym straganami. Mężczyzna miał owalną twarz z dosyć niechlujnie przyciętym zarostem. Mimo, że nie był stary, miał już twarz pokrytą zmarszczkami.
"Ci przeklęci ludzie akurat musieli przyjść wtedy, kiedy ja tutaj przyszedłem, a to przeklęte słońce tylko świeci i świeci jakby nie miało nic lepszego do roboty" - rozmyślał. Słońce w rzeczy samej bezlitośnie świeciło na góry oraz miasteczko u ich podnóży i z wiadomych tylko sobie powodów ignorowało klątwy spoconego pustelnika.
Rozepchnął gwałtownie dwoje przechodniów, którzy zaszli mu drogę, po czym wydostał się z tej hałaśliwej masy kupców i wieśniaków. Skręcił w małą uliczkę, pozostającą w błogosławionym cieniu i kontynuował poszukiwania sklepu.
- Hej, co tam u ciebie Anezram?! - krzyknął gdzieś z tyłu jakiś młodzieniec, a potem dodał: - Ten świr znowu u nas zawitał!
- Przeklęte są rzeczy, przeklęte jest życie, przeklęci są ludzie, przeklęte i raz jeszcze niechaj będzie przeklęte to wszystko! - Anezram uniósł ręce do nieba.
Przestał przeklinać, gdy dotarł do celu. Przejrzał się w wypolerowanej blaszce dekorującej drewniane drzwi, wygładził rękoma swoje czarne, tłuste włosy oraz strzepnął brud z luźniej, lnianej koszuli o kremowo-białym kolorze. Wszedł do środka.
***
Zakład ze sprzętem dla farmerów i zielarzy był praktycznie jedynym powodem, dla którego wychodził do miasta. Teraz potrzebował nowej łopaty.
Wewnątrz było ciemno i przyjemnie chłodno.
Podszedł do lady powolnym krokiem, z szerokim uśmiechem na twarzy. Podciągnął spodnie i szedł dalej, oglądając przy tym dobrze mu znany wystrój pomieszczenia.
- Dzień dobry panie Ernezie! Panie! Panie! Niech waćpan opowiada, co tam u pana słychać? To czy w końcu była swadźba z tamtą dziewoją? - Zaśmiał się szczerze, po czym odwrócił głowę w kierunku sprzedawcy. - Ty nie jesteś chyba Ernez, czy może się mylę?
- Nie myli się pan. Pan Ernez się rozchorował - odrzekł mu elegancko ubrany, wysoki mężczyzna w podobnym wieku co on sam.
- Przekaż mu, że go pozdrawiam i życzę powrotu do zdrowia... - burknął, mierząc podejrzliwie wzrokiem nowego sprzedawcę. - A skąd pan pochodzi i po co przychodzi?
- Pozdrowię, pozdrowię. Jestem wędrownym handlarzem.
- Handlarzem?!
- Właściwie to czarodziejem... Przybywam z południa. Później idę na północ... Nie mam zamiaru przebywać w waszym pięknym kraju jakoś szczególnie długo. Ernez najął mnie tylko na chwilę.
Pustelnik obawiał się, że będzie mu dane kupować od tego jegomościa dłużej niż sam by chciał. Ernez prawie nigdy nie chorował, więc musiało być to coś poważnego. Rozpromienił się po chwili po czym rzekł:
- Rozumiem, rozumiem. Miło mi widzieć gościa z tak odległych krain - powiedział. - A teraz proszę mi powiedzieć... Szukam łopaty. Wie pan, takiej żelaznej. Pokażcie mi panie, co tam macie. Naprawdę potrzeba mi łopaty.
Sprzedawca nie odwzajemnił uśmiechu, tylko schylił się pod kamienną ladę. Po chwili położył na niej ze zgrzytem, błyszczącą w migoczącym świetle świec łopatę.
- Wspaniale... - Mruknął kupujący, wyciągając woreczek z brzęczącą zawartością. - Ile to będzie?
- Dziesięć.
- Dziesięć miedziaków?! Wcześniej było dziewięć. Panie! Ja mam dziewięć! Odmierzone! Panie, co ja teraz mam zrobić? Panie! Panie!
- Przykro mi.
- Ale czemu dziesięć?
- Ernez kazał zwiększyć ceny.
- Niemożliwe! Ja naprawdę potrzebuję tej łopaty. Ernez mi świadkiem, że doniosę tego przeklętego miedziaka jeszcze przed pełnią! Pilna sprawa, na krew i pożogę! Panie!
- Przykro mi, Erneza tutaj nie ma. A ja pana nie znam.
"Co za głąb z niego ohydny, chałupa mi się rozpada, a on nie wierzy, że ja w porządku jestem" - myślał gorączkowo. - "Ci podejrzliwi magowie... Niech ich piorun trzaśnie. To, że oni kradną w tych swoich zamkniętych dla nie-magów miastach, to nie znaczy, że inni tacy są".
- Dajcie mi panie spokój - warknął, po czym wysypał zawartość woreczka na stół i zabrał łopatę. - Oddam tego jednego jak najszybciej, obiecuję.
Odwrócił się w stronę drzwi, myśląc:
"Tak nie cierpię chodzić ulicami tego parszywego miasta. Powinien być mi wdzięczny, że chcę tu naprawdę wrócić".
- Takie są zasady, czy tak trudno to zrozumieć? - odrzekł spokojnie sprzedawca. - Proszę oddać łopatę, tu są pana miedziaki.
Nie widząc reakcji, przeskoczył zgrabnie przez ladę, chwycił mocno za nadgarstek wychodzącego i gwałtownie szarpnął nim do tyłu.
- Oszalałeś, człowieku?! - Przestraszył się Anezram.
Strach tak samo, jak u zwierząt, u ludzi wzbudza agresję. Wciągnięty z powrotem, próbował się uwolnić z uchwytu czarodzieja, jednak ten odpowiedział mu tylko coraz mocniejszym i mocniejszym wykręcaniem nadgarstka, aż w końcu Anezram upuścił łopatę na ziemię.
Przepełniony bólem i złością, w poczuciu bezsilności, kopnął czarodzieja w brzuch, chcąc go od siebie odsunąć. Nie podziałało, w zamian dostał potężny cios w szczękę.
Zachwiał się. Padając bezwiednie chwycił narzędzie.
- Sukinsyn... Żałuje mi łopaty... - wydyszał, wstając.
- Ja nie chcę kłopotów! - zawołał sprzedawca, cofając się o krok.
I była to ostatnia rzecz, jaką powiedział przed śmiercią, ale tego Anezramowi nie dano było się wtedy dowiedzieć...
Wystarczył jeden cios łopatą by pozbawić czarodzieja przytomności, nosa i dużej ilości krwi.
Wyciągnął nieprzytomnego na ulicę, by ktoś się nim zajął. Z początku tylko włóczył nogami po nagrzanej ziemi, patrząc tępo przed siebie, później zaczął iść coraz szybciej, by w końcu biec panicznie, gdzie go oczy poniosą, aż nie zwymiotował ze zmęczenia.
Rozdział 1
9 lat później...
Pustelnik obudził się, wstał i jeszcze w nocnym ubraniu przeszedł na bosaka po zimnej, drewnianej podłodze w stronę okna. Miało ono ramy pokryte wyblakłą, łuszczącą się jasnoniebieską farbą. Wyjrzał przez nie. Znowu to samo... Od ostatniego księżyca widoczność była niemal zerowa. Wiatr smagał pola. Śnieg padał tak gęsto i przez tak długi czas, że mężczyzna bał się, czy jego dach wytrzyma ten ciężar. A był to solidny dach, ręcznie wykonany z drewna srebrnych dębów, rosnących tylko w samych sercach lasów elfów.
Dom wybudował sam. Już nie pamiętał, kiedy zaczął; raz tylko zmuszony był zatrudnić jakiś pomocników, w czasie gdy leżał złożony chorobą. Tutaj tylko on martwił się pogodą, nikt więcej nie mieszkał w tym rejonie. Dwa dni pieszo od jego domu leżało małe, nienazwane miasteczko, jednak wybierał się tam tylko po narzędzia oraz czasami, żeby sprzedać zbiory i jakieś zbędne rzeczy. Oficjalnie nie istniało - choć nie takie małe, nie było udokumentowane na żadnej z map w Królewskim Skarbcu Kartografii.
Miasto to (zamieszkane głównie przez ludzi) leżało nie tak wysoko jak jego samotna chatka, tak więc większość burz i załamań pogody je omijały... Jednak blisko czterdziestoletni farmer sam wybrał życie pustelnika i wiedział, jakie są tego konsekwencje. Nie chciał spotykać się z innymi ludźmi. Wolał działać samemu; sądził, że inaczej nie potrafi.
Był szczupły. Nosił krótki, szorstki zarost. Oprócz szorstkiej brody i skóry jego charakter również był szorstki. Przynajmniej taką miał dziwną nadzieję...
Gleba tu była żyzna, więc żył w dostatku, bez wielkich trosk. Jego chałupa położona była pod malowniczymi Górami Sędziwymi (nazwa pochodziła od groźnych turni pokrytych śniegiem, wyglądających zawsze poważnie i ponuro). Jednak ostatnio coraz częściej ciężkie zimy niszczyły jego plony, które niezmiennie odnawiał każdej wiosny. Jako jeden z nielicznych uprawiał wyjątkową roślinę zwaną potocznie Myślicówką. Jej zmielone fioletowe korzenie, przypominały trochę zgniecione kłącza trawy w kolorze buraków. Po zjedzeniu otrzymanej z nich papki wyostrzały się zmysły, a ból łatwiej było znieść.
Roślina używana była przede wszystkim przez myśliwych. Jej nasiona były bardzo wrażliwe na niskie temperatury. Długotrwałe mrozy i zawieruchy mogły doszczętnie zniszczyć plantację.
Enezuel Anezram ubrał się w ciepły, szorstki sweter oraz nowe, ciężkie, skórzane spodnie. Wczoraj po południu nasączył je tłuszczem z upolowanej zwierzyny, by nie pochłaniały wody. Zjadł śniadanie, na które składał się czerstwy chleb z wędliną i stary ziemniak z zeszłego roku. Popił wodą. Gdy skończył posiłek, coś przykuło jego uwagę... Za oknem usłyszał coś jakby tętent kopyt. Wyjrzał za okno - nie mylił się. Spostrzegł ledwie widoczne sylwetki kilku konnych, oświetlone trzymanymi przez nich pochodniami. Płomień szamotał się na wietrzysku, jak gdyby próbował się wyszarpnąć i odfrunąć w głębię śnieżycy.
***
Otworzył okno i wychylił głowę na zewnątrz. Nie sposób było myśleć o przybyszach inaczej niż jak o zbójach. Mieli łuki, kiścienie i miecze. Według obowiązującego prawa jedynie żołnierz mógł nosić taką broń. Jednak ci jeźdźcy symbolu Armii Królestwa Ostamy nie mieli.
Przez dłuższy czas trwali w napiętej ciszy. Przybysze i farmer przyglądali się sobie. Śnieg ranił twarz Anezrama niczym piasek porwany w burzy piaskowej. W końcu pustelnik skłamał, starając się brzmieć jak najgroźniej:
- Ostatni goście przybyli tutaj siedem lat temu. Leżą teraz pod ziemią. Czegóż to chcecie?
Trudno mu było przekrzyczeć zawodzenie wiatru. W rękach, pod parapetem, trzymał kuszę niewidoczną dla nieznajomych.
U tamtych nastąpiło poruszenie. Po krótkiej naradzie, jeden wystąpił na przód, po czym zapytał:
- Jak cię zwą? - warknął.
Jego twarz pozostawała częściowo zakryta przez wielki kapelusz i chustę na jego spowitej mrokiem twarzy. Czarne, złośliwe oczy błyszczały, jakby starając się samym wzrokiem przeszyć pustą ciemność niczym jadowita strzała. Był wyższy i zdecydowanie potężniejszej postury niż pustelnik. Spoza chusty widać było bliznę, długą i szeroką, straszną.
Farmer wiedział, że przybysze są wrogo nastawieni. Ale jeśli rzeczywiście chcieli go napaść, to jaki mieliby z tego pożytek? Co by ukradli? Przeszło mu przez myśl, że nie powinien się w mieście przechwalać swoimi zapasami coraz to cenniejszych nasion myślicówki...
- Enezuel Anezram - rzekł. - Precz mi stąd!
Chwilę później pomyślał, że podawanie swojego prawdziwego imienia nie było najrozsądniejszą rzeczą jaką mógł w tej chwili zrobić.
- A coś panie tacy niemili? - Wyszczerzył się ten z blizną. - Nie zaprosisz gości do chaty? Każesz im stać przed progiem?
Gwałtowniejszy podmuch wiatru zwiał jego czarny kapelusz. Zeskoczył nieoczekiwanie z konia i wystrzelił z łuku do farmera. Chybił.
Anezramowi bełt upadł na podłogę. Schylił się i drżącymi palcami próbował nałożyć go na cięciwę. W końcu oddał strzał z kuszy, jednak również chybił. O włos. Wiedział, że musi wyglądać żałośnie. Oblany potem, drżący ze strachu.
Od siedzenia w puszczy zapomniał, jak to jest walczyć.
Pozostali bandyci krzyczeli coś gniewnie na tego z blizną. Walka jednak, jak kula wprawiona w ruch, już się potoczyła. Zsiedli z koni. Łącznie było ich czterech. Kolejny bełt już mknął w ich kierunku. Chybił. Kopniakiem otworzyli stare drzwi. Wyleciały z zawiasów uderzając przerażonego Anezrama. W jednej chwili osunął się na podłogę. Ostatnie, co zapamiętał, to trzaski rozwalanych skrzyń oraz przenikliwy ból. Człowiek z blizną kopał go zajadle, podczas gdy jeden z jego towarzyszy starał się go odciągnąć.
- Markus! Przestań!
I te pochodnie... "Dobrze zapamiętam tych ludzi i tę twarz. Oraz to imię"... - pomyślał Enezuel Anezram. Ogień rozprzestrzeniał się po drewnianej chacie tak szybko, że płomienie przypominały kroplę atramentu wnikającą w papier...
Rozdział 2
Był świt. Nadal padał śnieg, jednak coraz lżej, a wiatr już przestał wiać. Leżał prawie nagi, na kamiennej podłodze. Jego ubrania były albo spalone, albo postrzępione i przesiąknięte jego własną krwią. To cud, że przeżył pożar. I bicie.
Przez chwilę nic nie czuł ani nie myślał. Myślenie wymaga wysiłku i zużywa energię. Tak... Lepiej nie myśleć...
W końcu poczuł chłód. Zimno przenikliwe niczym sztylet. Otworzył oczy. Jego chata była tylko kupką dymiącego popiołu rozwiewanego po okolicy. Wstał. Ale zaraz upadł. I znowu wstał. Bowiem wiedział, że musi. Patrząc na niego można byłoby pomyśleć, że tańczy, lecz on dygotał z zimna.
Z trudem przeszukał zgliszcza. Nic nie znalazł oprócz starego, skórzanego kapelusza, który jakimś cudem się nie spalił. Znalazł też amulet. Amulet na szczęście. Roześmiał się głośno na całe gardło. Wszystko zostało ograbione. Jego drogocenna fletnia, pamiątki, a przede wszystkim jego myślicówka. Ta część co pozostała, miała teraz postać popiołu pod jego nogami.
Poprawił kapelusz na głowie i splunął na ziemię, która kiedyś żywiła go i przynosiła plony. A teraz? Teraz nawet nie miała pana, bo poczuł, że on sam jest nikim. A "nikt", nie może być przecież panem ziemi. Szybkim krokiem zaczął zmierzać w kierunku gościńca. Stamtąd będzie łatwa droga do miasteczka. Wiedział, że jak nie weźmie się w garść to zamarznie.
Poprzysiągł zemstę. Nie spocznie, póki jego cel się nie spełni. A imię Markus brzmiało i pulsowało mu w głowie tak, że zaczął w kółko mamrotać ten wyraz i po chwili nie był pewien jak on sam ma na imię. Tak - zemści się. Oj zemści... A jak mówiono w krainie pod Górami Sędziwymi: jeśli chcesz coś zacząć robić, to po prostu zacznij to robić.
Rozdział 3
Anezram schronił się w skalnej pieczarze. Miał poranione stopy, a jego paluch u lewej nogi zaczął zmieniać kolor na ciemnofioletowy, co wcale mu się nie podobało. Znalazł tam całkiem świeży, zważywszy na to, że okolica jest dzika i odludna, popiół. Popiół i kości. Miał nadzieję, że nie jest to jeden z tych obozów trecytów albo goblinów, o którym ostatnio opowiadano. Jakiś czas temu słyszał od pewnego leśniczego w mieście, że ostatnio coraz częściej zauważa się w lasach odchody goblinów. Podobno raz nawet zauważył kości trolla. Leśniczy naprawdę nie chciał wiedzieć, dlaczego umarł. A raczej nie chciał spotkać tego, co go zabiło... Anezram zamarł w bezruchu, ponieważ wydawało mu się, że słyszy gdzieś jakąś melodię.
Chodź, poznamy co to chłód.
My dalej będziemy iść, choćby zastał nas głód.
Choćby zastał nas głód...
My będziemy przemierzać tę krainę cierpienia.
Gdyż nie mamy niczego do stracenia.
Niczego do stracenia....
Przemierzając świat od urodzenia.
Był to męski głos.
Po chwili do groty wszedł młody, schludny chłopak, z jednoręcznym mieczem w pochwie oraz wyjątkowo małym plecakiem. O dziwo, nie zauważył skulonego w cieniu Anezrama. Wyciągnął z plecaka suchy prowiant - suszone mięso. Zaczął jeść.
Enezuel zastanawiał się, jak powinien się przywitać. Gdyby on znalazł półnagiego człowieka w środku zimy, obserwującego go od jakiegoś czasu, to albo by uciekł, albo przywitałby go zatrutą strzałą z łuku. I też uciekł.
- Witaj? - wymamrotał pustelnik, nie wiedząc, czy przypadkiem nie zostanie za chwilę zabity.
- Na brodę mego dziadka! - krzyknął nieznajomy i wyciągnął miecz. - Toż to jakiś biały goblin!
- Panie, panie! Nie róbcie mi krzywdy! Bo, um... Panie... Proszę. Zbójcy mnie napadli. Schroniłem się w tej jaskini. Proszę pomóż biednemu człowiekowi i uracz czerstwym chlebem i ubraniem i opieką i doprowadź do miasta.
- Zważywszy na to, że okolica jest prawie bezludna, a potworów ostatnio coraz więcej, to chyba powinienem zakończyć twoje męki na tym świecie. I to właśnie zrobię!
- Nie! Na brodę twego dziadka, nie rób tego!
- Hmm... Ze względu na czcigodną brodę mojego dziadka, może daruję ci życie. Ale głównie ze względu na to, że mam dobry humor i nie wyglądasz na zmiennokształtną wiedźmę albo wieloformowego goblina.
- Dzięki ci o wielki dobrodzieju. Czy wyjawisz mi jak cię zwą?
- Galirejorenowordumahtelsztyf z Talezji, syn Branewanolurdhakoiwuja, rodu Algerkhich, herbu trzech róż - odrzekł. - Jednak możesz mi mówić Galirej.
- Jestem twoim dłużnikiem, Galireju.
- A ty kim jesteś, synu wszystkich ziemskich nieszczęść?
Chciał się go zapytać, dlaczego szwenda się samotnie po niebezpiecznej puszczy. Jednak tego nie zrobił. Lepiej, żeby mówił jak najmniej.
- Galdermem mnie zwą - skłamał na wszelki wypadek.
Galirej sięgnął do plecaka. Wyjął cały komplet. Od skarpetek i buty, przez granatowy płaszcz, kończąc na jakimś suszonym jedzeniu i sakiewce brzękających monet. Płaszcz miał delikatne ozdoby ze smoczej łuski. Należało sądzić, że chłopak jest bogaczem!
- Mniejszego plecaka nie miałeś? - parsknął Anezram zakładając na siebie ciepłe, suche ubrania.
- Oczywiście zaklęty. Dostałem go po ojcu. Zaczarował go u dobrego maga, w samej Talezji!
Talezja funkcjonowała nieoficjalnie jako stolica magów, czarodziejów i czarnoksiężników z całego znanego świata. Jednak wstęp tam miały tylko istoty posiadające magiczne zdolności. A ściślej mówiąc tylko ludzie i elfy posiadające magiczne zdolności. Tak więc chłopak był albo czarodziejem czystej krwi, albo przynajmniej półkrwi czarodziejem. Chyba że kłamał...
- Taki czar istnieje?
- Oczywiście. Gdzieś ty się Galdermie podziewałeś całe życie?
Galirej przypominał mu kogoś, kogoś kogo niegdyś niechcący skrzywdził, jednak ten był zbyt młody by być tamtym. Dawniej miał trochę na sumieniu... Chociaż dla Anezrama przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlewały się w jedno. Przynajmniej dopóki spędzał dni w przytulnej chacie, a jego jedynym kompanem był wiatr, który szeptał mu monotonną pieśń lasu. Myśląc o sobie, Anezram miał czasami przed oczyma jakiegoś wielkiego ptaka z dalekich krain południa, który wkłada głowę do piasku kiedy widzi niebezpieczeństwo. Usłyszał o nim w dzieciństwie.
W milczeniu zaczęli przedzierać się przez ciemny, kolczasty gąszcz, zimne błoto i śnieg w stronę gościńca.
Koniec fragmentu