TERAZ
Ignorując kawę torującą sobie drogę między przyciskami na klawiaturze laptopa, nie bacząc na rozbebeszoną torebkę, puszczam się pędem. Potrącam kolejnych ludzi.
- Nie idź tam, nie idź! - krzyczę.
Dziewczyna zatrzymuje się, podnosi głowę i przez chwilę wystawia twarz na wielkie płatki śniegu w taki sam sposób, jak wystawia się twarz na pierwsze promienie wiosennego słońca.
- Nie idź tam! - dopadam nieznajomą i kurczowo chwytam za rękaw. - Słyszysz???
Dziewczyna opuszcza głowę, jedną ręką pociąga ukryte pod włosami kabelki od słuchawek, drugą ściera wilgoć z twarzy.
- Proszę?
- Nie idź tam! - powtarzam po raz trzeci, a moje palce jeszcze mocniej zaciskają się na jej przedramieniu.
- Ale o co chodzi?
- Bo... bo... bo to nie jest dobry pomysł!
- Ale że co... pomysł? Przepraszam, pani mnie chyba z kimś myli... - Próbuje delikatnie odczepić moją dłoń od swojej ręki, odhaczając palec po palcu, jak odhacza się kocią łapę z wbitymi w ciało pazurami, ale każdy odhaczony palec wraca na swoje miejsce, wpijając się jeszcze mocniej. Jej opanowanie jest godne podziwu, zupełnie jakby nawykła do zwariowanych kobiet w średnim wieku, które znienacka łapią człowieka za mankiet albo dosiadają się w środkach komunikacji miejskiej, żeby zadręczać wspomnieniami.
- Naprawdę nie warto! - Próbuję złapać z nią kontakt wzrokowy, ale dziewczyna robi wszystko, żeby nie spojrzeć w oczy napastniczki, czyli moje. - Nie musisz!
- Oczywiście. Nie muszę. Rozumiem. A teraz może mnie pani puścić? Spieszę się.
Mrugam gwałtownie. Przez chwilę czuję się zupełnie zdezorientowana. Puszczam trzymaną rękę i niezgrabnie poprawiam fryzurę, skonfundowana atakiem, o który nigdy bym siebie nie posądziła. Dziewczyna kręci nadgarstkiem, upewniając się, że ręka nie ucierpiała, i poprawia marynarski wór zarzucony na ramię.
- Wszystko w porządku? Mogę coś dla pani zrobić? Jakoś pomóc?
- Nie, nie... Przepraszam najmocniej. Sama nie wiem, czemu tak... czemu tak jakoś... Przepraszam. Rzeczywiście z kimś panią pomyliłam. Strasznie mi głupio. - Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać na swoje usprawiedliwienie...
Że zobaczyłam w niej siebie sprzed lat?
- Nic się nie stało. Różne rzeczy się zdarzają. Dobrego dnia. Muszę pędzić.
Oliwkowa parka nieznajomej miga w perspektywie ulicy. Zdecydowanym krokiem dziewczyna oddala się od galerii handlowej. Zarzucony na ramię marynarski worek zdaje się sięgać do samej ziemi, ale ciężkie wysokie czarne buty stabilizują sylwetkę nieznajomej. Sunie kołyszącym się krokiem, jakby właśnie zeszła z trapu.
Odczuwam dojmujący brak wierzchniego okrycia. Nawet sweter został na oparciu kawiarnianego krzesła. Cienka dzianinowa sukienka przylgnęła do ciała pod naporem lepkiego śniegu, który rozpadał się na dobre. Stoję przed fasadą galerii ozdobioną gigantycznym bannerem reklamowym z roznamiętnioną parą w bieliźnie, a makijaż spływa mi po zdumionej twarzy, czyniąc koloryt cery jeszcze bardziej gównianym niż o poranku.
Widzę, że dziewczyna zatrzymuje się przed przejściem dla pieszych i poprawia wór na ramieniu. Kiedy zapala się zielone światło, przebiega ulicę tak szybko, jakby tobół nic nie ważył. Dobrnąwszy do chodnika, narzuca kaptur otoczony gęstym futrem, gwałtownie kręci głową, otrzepując oklejające go płatki śniegu, i zaciąga zamek kurtki pod szyję. Rozgląda się chwilę, po czym ciska wór na chodnik, kuca i zaczyna w nim grzebać. Nagle moim oczom ukazuje się tęczowy szalik, wyciągany z otchłani gestem prestidigitatora, który stojąc nad cylindrem, chwycił królicze uszy i zdał sobie sprawę, że w kapeluszu nie ma żadnego królika - jest tylko nieskończenie długa taśma. Szalik jednak ma koniec, a na tym końcu wielki pompon. Dziewczyna prostuje się i mota zwoje dzianiny wokół szyi, uszczelniając swój ochronny kokon.
Zaraz wyjmie z kieszeni rękawice z jednym palcem, przebiega mi przez myśl. Bez trudu wyobrażam sobie, jak otoczony futrem kaptur oliwkowej kurtki oraz mięsisty szal emanują ciepłem, które powoli rozpływa się po ciele dziewczyny, co wzmaga moje poczucie dojmującego zimna oraz absurdu zaistniałej sytuacji.
Nieznajoma raz jeszcze rozgląda się dookoła i wyjmuje z kieszeni jednopalczaste rękawice.
Stara oliwkowa parka wisi na strychu między sztywnym jak trup góralskim kożuchem a puchową kurtką w foliowym pokrowcu. Zdejmuję ją z drewnianego wieszaka i krytycznie przyglądam się ukochanemu niegdyś elementowi garderoby. Futro wokół kaptura jest wyliniałe, brakuje sznurka w pasie. Prawa kieszeń zwisa smętnie jak naderwane ucho misia.
Nakładam kurtkę płynnym ruchem.
Poruszam ramionami jak mężczyzna dopasowujący garnitur.
Pamięć ciała staje na wysokości zadania.
Z satysfakcją notuję, że przez te lata niewiele przytyłam.
Zamek błyskawiczny działa. Bez trudu zasuwam go pod szyję.
Dlaczego prawa kieszeń jest urwana? Chwilowo z uszkodzeniem nie łączy się żadne wspomnienie.
A sznurek? Kto i kiedy go wyciągnął?
Na próżno usiłuję przywołać w pamięci jakieś konkretne wydarzenia.
Na sznurku od parki na pewno nie można by się powiesić. Chociaż podobno można to zrobić na wszystkim. Trzeba tylko wiedzieć jak. Moje nastoletnie samobójcze modus operandi nie było więc rozbudowane.
Kurtka jest bezwonna, choć spodziewałam się materii przesiąkniętej dymem tytoniowym i potem. Zupełnie jakbym zdjęła ją kilka dni temu i odwiesiła na oparcie krzesła przy biurku, jak to miałam w zwyczaju. Mimo braku oznak kontaktu burej parki z przesiąkniętymi dymem wnętrzami piwnicznych pubów czuję znajomy fetor: żółte caro kupowane w kiosku Ruchu i mustangi nabywane za bony w Pewexie. Złudzenie jest tak realistyczne, że rozglądam się w poszukiwaniu źródła zapachu.
Strych tonie w półmroku. Przez niewielkie kwadratowe okienko, w którym byli właściciele domu ustawili figurkę Matki Boskiej, sączą się resztki światła.
Nie zdejmując kurtki, ruszam do wyjścia, uważnie stawiając stopy, bo strych jest zabałaganiony do granic możliwości. Przynoszę tu wszystko, co ma jakąkolwiek wartość sentymentalną, bo rozstawanie się z przedmiotami jest dla mnie równie trudne jak rozstania z ludźmi. W głębi duszy żywię nadzieję, że przynajmniej część przedmiotów stanie się kiedyś punktem wyjścia do rozmowy z Julią. Komu miałabym opowiedzieć siebie prawdziwą, jeśli nie córce? Tymczasem jednak zbuntowana nastolatka nie dopuszcza mnie do siebie zbyt blisko, celnie raniąc myślą, słowem i uczynkiem.
Dostrzegam w Julii wiele podobieństw do siebie sprzed lat, ale kiedy tylko chcę się tymi spostrzeżeniami z nią podzielić, ona powtarza jak mantrę: "Nie jestem tobą!". Oczywiście, łagodzę, nie jesteś, ale ja też... Co ty też, co ty też, co ty też. Julia stroszy się jak kotka. Jest coś, co ty nie?
Schodząc po stromych schodkach, myślę już tylko o urwanej kieszeni.