Felicja. Ponad rok wcześniej. Wspomnienia
FELICJA
Ponad rok wcześniej
Wspomnienia
Greta nie wierzyła, że to zrobię, że zrezygnuję ze stanowiska
rzeczniczki prasowej gminy, porzucę Kryszewo, a wraz z nim swoje
dotychczasowe życie. A przecież już nieraz to robiłam, przeniosłam się
przecież przed kilkoma laty z Trójmiasta na prowincję. Może nie dotarło
do niej znaczenie tej zmiany, a może nie chciała uwierzyć w moją
determinację. Ala ja już tak mam. Gdy w pewnym momencie podejmuję
decyzję - kiedy czuję, że muszę - trwam przy niej. A wtedy dusiłam się w Kryszewie. Mogę siedzieć gdzieś na tyłku przez wieki, dopóki nie wezwie
mnie zew, a on jest jak nakaz. Wtedy zostawiam wszystko za sobą i zaczynam od nowa. Nie miałam zresztą czego zostawiać. Po śmierci
Sebastiana byłam jak pęknięta wydmuszka. Krucha i pusta. Musiałam ją
jakoś posklejać i czymś wypełnić. Ale nie tutaj, gdzie wszędzie
widziałam nasze cienie. Nie, to nie była ucieczka, raczej świadome wycofanie się, choć nie
miałam zielonego pojęcia, co zrobię, dokąd się udam. Pomógł mi
przypadek, a raczej kilka przypadków.
Gdy Kaśka, moja asystentka i następczyni, zajmowała się portalem,
marnotrawiłam czas, oglądając od niechcenia jakieś filmiki w Internecie.
Tam po raz pierwszy usłyszałam o życiu w samochodzie, tak zwanym van
life. Uznałam, że to coś dla mnie, jako że nie przywiązuję się ani do
miejsc, ani do ludzi. Kiedy jeden jedyny raz zdarzyło mi się naruszyć tę
żelazną zasadę, skończyło się to fatalnie dla mnie, dla niego, dla
innych. A życie w drodze byłoby symbolicznym spełnieniem. Myśl
zakiełkowała i zakwitła, a ja pielęgnowałam ją wprawdzie ukradkiem, lecz
konsekwentnie.
Los chciał, że w tym samym czasie, z polecenia znajomego fotoreportera,
zaproponowało mi współpracę pewne amerykańskie czasopismo zajmujące się,
ogólnie rzecz biorąc, folklorem i kulturą regionów Europy. Z głupia
frant zapytałam, czy byliby zainteresowani reportażami z podróży.
Owszem, byliby. I w tym momencie sprawa została już w zasadzie
przesądzona. Sprzedałam za bezcen moją wysłużoną dryndę. Zaczęłam szukać
kampera...
Wszystko robiłam po amatorsku, na wyczucie. Nie zamierzałam nawiązywać
kontaktów z kamperowcami, nie interesowało mnie to środowisko jako
takie. Chciałam ruszyć przed siebie. Jak najszybciej. Kupiłam więc vana,
którego znalazłam w ogłoszeniach w sieci i na którego było mnie stać z pieniędzy uciułanych przez lata pracy, a także kwoty, którą uzbieraliśmy
z Sebastianem na nasz ślub i wspólną przyszłość. Myślałam, że w pewnym
sensie on będzie tam razem ze mną. W tym aucie. Samochód sprzedawała
para emerytów, ludzi po siedemdziesiątce, pasjonatów, byłych hipisów.
Podobno nie tyle rezygnowali z karawaningu, ile raczej zdecydowali się
zmienić auto na większy, wygodniejszy w ich wieku model. Podczas
załatwiania formalności zwierzyli mi się, że ten styl życia wchodzi w krew, i jeśli o nich chodzi, to zapewne umrą w podróży. Kiedyś, bo
świetnie się trzymali. Jeszcze bardziej mnie to nakręciło. Decyzji
zakupu, być może pochopnej, ponieważ samochód - ford transit - okazał
się ostatecznie do remontu, nie żałuję do dziś. Mimo wszystko spełnił
moje oczekiwania: sprawdził się, dla mnie był w sam raz, niczego mi nie
brakowało. Choć gdyby nie Ryba, który z zaciśniętymi ustami, lecz
lojalnie, pomógł mi z remontem, nie wiem, czy w ogóle wyruszyłabym w tę
trasę.
- Po co ci to, Felicja?! - napadła na mnie Greta, moja najlepsza
przyjaciółka, której zawdzięczam wiele i dlatego na wiele jej pozwalam.
- Zastanów się! Pomału zbliżasz się do pięćdziesiątki. Nie jesteś już
młódką, wariatko. Samotne życie w jakimś... cholernym samochodzie?! Na
dodatek zimą! Ty, lalunia z miasta, wychuchana panienka z wyższych sfer?
Nie mogłabyś zaczekać przynajmniej do lata? Przemyśl to jeszcze. Niby
czego się spodziewasz po tej eskapadzie?
- Gretka, daj mi święty spokój, pozwól żyć po swojemu, dobrze? Nigdy nie
byłam lalunią, i doskonale o tym wiesz.
Machnęła ręką.
- Ale to wcale nie jest po twojemu!
- Niby dlaczego? I, kurde, nie wypominaj mi wieku - ciągnęłam. - Ty,
zdaje się, już przekroczyłaś sześćdziesiątkę, co nie? Cicho siedź! -
dodałam, bo już otwierała gębę. - Wyglądasz świetnie, trzymasz się
świetnie, roznosi cię energia za dziesięciu, rzucasz się co chwilę z motyką na słońce. Masz ze stu wielbicieli, wciąż z nimi byś romansowała,
gdybyś nie uwielbiała męża, którego złapałaś raptem parę lat temu. Sama
widzisz. Wiek cię przed niczym nie powstrzymuje. A ja nie wiem, co jest
"po mojemu". Chcę się przekonać. Czego się spodziewam? Zmiany.
Potrzebuję jej w tej chwili jak tlenu.
- Gonisz za cieniami...
- Cienie są tutaj - odparłam. - Właśnie tutaj. I niech tu zostaną.
- Więc przed nimi uciekasz. A ucieczka nigdy nie była w twoim stylu. -
Greta była uparta, nie odpuszczała.
- Kiedy ja wcale nie uciekam. Chcę spróbować czegoś całkiem nowego.
Zostawić za sobą... mrok, w którym zaczynałam się pogrążać. Rozumiesz? -
Broniłam się, jak umiałam, choć tak naprawdę nie byłam pewna, co mną
kieruje.
Na szczęście Greta chyba pojęła wreszcie, że przegrała. Że i tak zrobię,
co postanowiłam, a powstrzymywanie mnie może tylko pogorszyć sytuację.
- Okej. Rozumiem. - Ustąpiła wreszcie. - Więc jedź po to swoje
wyzwolenie, może gdzieś w drodze uda ci się je dogonić. Tylko nie trać z nami kontaktu. Będziemy tu na ciebie czekać, pamiętaj o tym...
Kazałam jej spieprzać, zanim obie się popłaczemy jak dwie durne
pensjonarki. Wyruszyłam następnego dnia po zdaniu ostatnich spraw Kasi,
która przejęta rolą, lekko spanikowana uściskała mnie, szepcząc do ucha,
że ona i tak chwilowo mnie zastępuje. Za towarzysza miałam jedynie
Burego - kochane wierne psisko, które adoptowaliśmy wspólnie z Sebastianem. Imię otrzymał ponoć od "wiejskiego burka", choć jest rudy,
co budzi wieczne kontrowersje, jak się z czasem okazało, nie tylko w Polsce. Obcokrajowcom nawet trudniej przychodziło wyjaśnić genezę jego
imienia.
Zebrali się w trójkę: obie dziewczyny i Zygmuś Ryba, by pomachać nam na
pożegnanie. Greta nawet chusteczką. Serio. Po drodze zatrzymałam się na
noc u rodziców. Nie do końca zdradziłam im swoje plany, bo i tak by nie
zrozumieli, o co chodzi. Powiedziałam tylko, że jadę do pracy dla tej
"cudzoziemskiej" - jak mówi matka - gazety. W pewnym sensie była to
prawda. Ojciec przyjął informację ze stoickim spokojem, mama - jak
zwykle - z paniką. Teraz nagle doceniła mój etat w "prowincjonalnej"
gazetce: tutaj miała mnie przynajmniej pod ręką.
Tak zaczęła się moja przygoda...
Pierwsza trasa prowadziła do Chorwacji, gdzie miałam zrobić banalny
reportaż jeszcze przed sezonem turystycznym. Miałam naświetlić temat
raczej z perspektywy mieszkańców. Na początek, żebym się wdrożyła, tak
umówiłam się z moją nową redakcją, potem dadzą mi coś bardziej
ambitnego. W kamperze od razu poczułam się jak w domu, a nawet lepiej,
bo prawdziwego domu nigdy nie miałam, może z wyjątkiem dzieciństwa -
choć w tym akurat nigdy nie czułam się zbyt dobrze. Po prostu od dziecka
uchodziłam za czarną owcę w "przyzwoitej" rodzinie. Pewnie dlatego ten
wysłużony van był pierwszym moim własnym, przeze mnie wybranym
prawdziwym domem. O dziwo, Bury również doskonale się w nim
zaaklimatyzował, zresztą zawsze lubił jeździć autem.
Spodobała mi się ta zimowa jazda przed siebie, czasem w śnieżycy, czasem
w deszczu, bez pośpiechu, bez obciążeń, jakby w oderwaniu od znanej mi
do tej pory uporządkowanej (przez system, nie przeze mnie)
rzeczywistości. Nocowaliśmy zazwyczaj na specjalnie do tego celu
wyznaczonych parkingach albo na dziko, gdyż większość kempingów była
jeszcze nieczynna. Mój nowy domek na kółkach miał wprawdzie niewielkie
rozmiary, lecz dzięki zapobiegliwości poprzednich właścicieli było w nim
wszystko, czego potrzebowałam, mogłam więc z niego właściwie nie
wychodzić. Nawet gotowałam sobie, bo pies posiadał zapas własnej karmy,
i po raz pierwszy w życiu zaczęło mi to sprawiać przyjemność. Wcześniej
nie lubiłam tracić czasu na przygotowywanie posiłków: za dużo spraw
miałam na głowie i w głowie, za wiele natrętnych myśli, które wolałam
zagłuszyć w nieustającej "akcji".
Z nostalgią wspominam ten pierwszy etap naszej podróży. Nikt mi nie
przeszkadzał, nie narzucał się, nie zmuszał do udawania, myślenia czy
rozmów. Polubiłam samotność, Bury jako towarzysz w zupełności mi
wystarczył. Odżyłam. Nowe doświadczenie podziałało na mnie odświeżająco.
Chorwacja również mnie zachwyciła. I klimat, i krajobrazy, i ludzie. No
i żarcie, bo z racji tematu musiałam się nim też zainteresować. Greta
byłaby zachwycona, ona kocha morskie pędraki! Do tej pory żywiłam się
głównie serkiem homogenizowanym, sucharami i herbatą, a teraz - tutaj -
zrozumiałam jej nieustanny zachwyt. Spędziliśmy tam mniej więcej dwa
tygodnie, Bury wybiegał się i odmłodniał. Przygotowałam całkiem niezły
materiał, mnóstwo zdjęć. Szefowa była zadowolona do tego stopnia, że
zażyczyła sobie podobnego reportażu z Grecji. Ruszyliśmy więc w dalszą
trasę - przez Albanię.
Wcześniej przebąkiwano już w mediach o dziwnym wirusie z Chin, ale
niespecjalnie się tym interesowałam: przecież tyle było innych przed
nim... Te wszystkie świńskie czy ptasie grypy uznawałam za coś w rodzaju
mitu - jeśli nie kitu - za objaw ludzkiej paranoi, a w najlepszym
wypadku za zasłużoną karę wymierzoną ludzkości przez zmaltretowaną
naturę. Tymczasem w marcu Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie
ogłosiła pandemię COVID-19, która uziemiła nas właśnie w Albanii. Kraju raczej brzydkim i nieciekawym w moim ówczesnym mniemaniu, obserwowanym głównie przez okna
samochodu, pełnym brudnych miast i surowych ludzi. Jeszcze brzydszy
wydał mi się, gdy wprowadzono tam stan klęski żywiołowej: reżim
sanitarny graniczący z obłędem, godzina policyjna w miastach oraz wiele
innych męczących ograniczeń, włącznie z zamknięciem granic. Wszędzie
wojsko i policja, przynajmniej w pierwszym okresie lockdownu. Mundurowi
mogli wobec opornych używać przemocy, lepiej więc było stosować się do
nakazów.
Poczułam się jak w pułapce, ogarnęła mnie frustracja, w dodatku
przepędzano nas z miejsca na miejsce i ustawicznie kontrolowano.
Zaczęłam szukać jakiegoś cichego miejsca, gdzie moglibyśmy w miarę
bezboleśnie przetrwać to szaleństwo. Wtedy jeszcze wydawało się, że i ta
epidemia szybko się skończy i wkrótce wszystko wróci do normy.
Posłuchałam rady tubylców, by udać się na Riwierę Albańską w południowej
Albanii, na wybrzeże Adriatyku, gdzie panuje względny spokój, jest
raczej dziko, ciepło i podobno ładnie, a na turystów patrzą przychylnym
okiem.
Pojechaliśmy najpierw do Wlory, nadmorskiego miasta, a potem kilkanaście
kilometrów do miejscowości Zvernec nad zatoką Narta. Tam dowiedziałam
się, że niedaleko znajduje się dzika plaża, na której mogłabym
przeczekać to pandemonium. Podobno nie będę pierwsza, ale miejsca nie
zabraknie. Po przejechaniu kilku kilometrów kiepską, pokrytą koleinami
żwirową drogą dotarliśmy do... raju. Gdybym miała wyobrazić sobie mityczny
raj, to właśnie tak by wyglądał. Plaża jak z obrazka: szmaragdowa laguna
pod błękitnym niebem otoczona piaskiem, a całość zamknięta pierścieniem
żółtych skał, które w promieniach słońca przybierały złotą barwę. Szum
fal, cisza, czasem tylko krzyk ptactwa krążącego nad wodą, no i ten
kojący spokój nieujarzmionej przez człowieka natury, choć rzeczywiście
nie byłam tam sama, bo, oprócz paru samochodów miejscowych rybaków, przy
skałkach zatrzymał się drugi kamper. Odległości od innych pojazdów były
jednak na tyle duże, że zupełnie mi to nie przeszkadzało.
Postanowiłam, że zostaję i że nie dam się stąd wypędzić za żadne skarby.
Bury też wyglądał na uszczęśliwionego, hasał po plaży jak szczeniak,
brodząc w płytkiej wodzie, z nosem uwalanym w piasku, uśmiechnięty od
ucha do ucha. Głębiej nie wchodził, zresztą nie pozwoliłabym mu na to.
Uprzedzano mnie, żeby nawet latem nie ryzykować w tym miejscu kąpieli,
ponieważ w lagunie występują niebezpieczne prądy morskie. "No i git",
pomyślałam. "Nie musimy się tu kąpać". Zresztą nie było jeszcze na tyle
ciepło, by odczuwać potrzebę pluskania się w morzu. Przyjdzie czas, to
pojedziemy popływać gdzie indziej. Są przecież w okolicy miejsca
przeznaczone do kąpieli.
Nigdy nie zapomnę pierwszej nocy na plaży, kiedy przyśnił mi się
Sebastian. Był tutaj razem z nami, podziwialiśmy zachód słońca.
Obudziłam się szczęśliwa. I tak zostało przez ponad dwa miesiące, które
tam z Burym spędziliśmy. W tym czasie udało mi się zwiedzić stary
zabytkowy monastyr na wyspie Zvernec, zaprzyjaźnić się z albańskimi
rybakami i z sympatycznym małżeństwem podróżników z Hiszpanii
zamieszkujących sąsiedni kamper. Dwa razy widziałam brodzące na
płyciźnie charakterystyczne, bo białe flamingi. Na niezbędne zakupy
jeździłam do Wlory, miasta leżącego nad dwoma morzami: Adriatykiem i Jońskim, pełnego białych domów, hoteli i pensjonatów. Prawdziwa bajka.
Bajkowe życie w podłym czasie...
Pierwszego czerwca zostały otwarte lądowe przejścia graniczne z sąsiadami, między innymi z Grecją. Mogłam ruszać dalej, oczywiście po
wykonaniu testu na obecność koronawirusa, który na szczęście dał wynik
negatywny. Opuszczałam to miejsce z żalem, musiałam jednak kontynuować
podróż, bo choć w trakcie pobytu w Albanii zrobiłam nadprogramowy
materiał, to redakcja nalegała na ten grecki, wcześniej zaplanowany.
Grecję znałam, więc mniej mnie zauroczyła niż - o ironio - Albania,
która początkowo wydawała mi się brzydka i nieprzyjazna. Teraz obiecałam
sobie, że do niej wrócę, niech tylko skończy się ta cholerna pandemia.
Tymczasem korzystając z poluzowania obostrzeń, pisałam reportaż między
innymi w Atenach, Salonikach i Kawali, pstrykałam zdjęcia. Czas płynął,
moje notowania w redakcji rosły. Otrzymałam kolejne zamówienia, tym
razem we Włoszech, na Sycylii, potem w Turcji. Trochę się najeździłam. W Turcji poczułam się jak ryba w wodzie, zachwyciła mnie i zaintrygowała
swoimi kontrastami. Przebywałam tam nawet dłużej, niż to było potrzebne,
ale tego nie żałuję. Niestety, doszło do kolejnej fali pandemii i zrobiło się trochę mniej miło, poza tym kończyła mi się kasa z oszczędności, a amerykańska gazeta aż tak dobrze nie płaciła, pomijając
fakt, że nieregularnie.
Zastanawiałam się, jak przetrwać kolejny kryzys. Redakcja zleciła mi
opracowanie czegoś w rodzaju miniprzewodnika do wydania specjalnego,
opartego na moich materiałach z podróży. Mogłabym wracać do kraju,
jednak nie ciągnęło mnie tam. Nie chciałam przebywać w miejscach
zaludnionych, obawiałam się też, że się zarażę, choć udało mi się
zaszczepić w Grecji "służbowo" jako korespondentce prasowej. Uznałam, że
mam okazję wrócić na moją ulubioną albańską plażę... zanim znów zamkną
granice.
I tak zrobiłam. Tym razem już wiedziałam, gdzie się kierować. Naszą
miejscówkę zastałam niezmienioną. Wyglądała, jakbyśmy wyjechali stąd
wczoraj, tyle że zamiast jednego kampera po sąsiedzku miałam dwa.
Hiszpanie wyjechali, przybyli młodzi Anglicy, dwóch spokojnych brodatych
facetów w busie, a także para około sześćdziesiątki ze Szwecji w aucie z dużą przyczepą kempingową, urządzoną jak lśniący czystością luksusowy
apartament. Nie to co u mnie - wieczny rozgardiasz.
Najwyraźniej wszyscy mieli plan podobny do mojego, czyli przeczekać w tym sielankowym miejscu kolejny atak koronawirusa. Byli mili, nie
sprawiali żadnych kłopotów, a razem było nam raźniej. Czasem
zapraszaliśmy się na piwo albo kawę, gawędziliśmy do późnej nocy, nawet
wspólnie spędziliśmy święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Anglicy
prowadzili podróżniczego bloga czy też raczej vloga. Namawiali mnie do
tego i nawet przez chwilę się zastanawiałam, bo okazało się, że można w ten sposób całkiem nieźle zarobić. Szybko mi jednak przeszło. Nie jestem
zbyt otwarta ani szczególnie gadatliwa, a kto chciałby oglądać i słuchać
w sieci wynurzeń stukniętej baby w średnim wieku. I jeszcze łożyć na to
kasę...
W nowym roku wszystko się zmieniło, moi towarzysze wyjechali, zostaliśmy
z Burym zupełnie sami. Wprawdzie regularnie odwiedzali mnie Albańczycy,
z którymi zdążyłam się już całkiem dobrze poznać, mimo to zaczęłam coraz
bardziej odczuwać samotność. Pracowałam dużo, by zabić czas i zarobić na
chleb (czy może raczej na albańską pittę), ale dni się dłużyły, a noce
stały bezsenne. Sama przed sobą nie chciałam przyznać, że tęsknię za
krajem, zresztą nie wiem, czy tak było naprawdę, czy tylko po raz
kolejny nie widziałam sensu w tym, co robię. Piękno krajobrazu przestało
zachwycać, nastąpił przesyt. Wracała depresja, by ponownie chwycić mnie
w swoje drapieżne szpony. I coraz bardziej brakowało mi Sebastiana.
Przestałam czuć obok siebie jego niematerialną, a bliską obecność. Tak
jakby namacalnie się ode mnie oddalał, znikał, a wraz z nim i ja.
Przynajmniej ta ważniejsza część mnie.
Coraz częściej zaczęłam sięgać po alkohol, coraz częściej też zdarzało
mi się przeholować. Zaczęłam od lokalnego piwa, potem przerzuciłam się
na greckie wina, których było tutaj do wyboru, do koloru, a skończyłam
na rakiji z morwy. Tak się składa, że w Albanii alkoholu jest pod
dostatkiem: można go kupić we wszelkich postaciach i gatunkach, a do
tego bardzo tanio w każdym sklepie spożywczym. Korzystałam więc z tego
ochoczo, próbując zabić niemoc i frustrację. Odpływałam. Pies wpatrywał
się we mnie z wyrzutem, posmutniał.
Tamtego dnia, na dodatek w moje urodziny, gdy zapadał zmierzch, byłam
już po dwóch czy trzech piwach. Siedziałam na piasku przed otwartym
kamperem, w którym spał Bury, i otwierałam butelkę rakiji, gdy nagle
śpiewnie rozdzwoniła się moja komórka. Wystraszyła mnie. W pierwszej
chwili nawet nie rozpoznałam dźwięku, tak się od niego odzwyczaiłam. Od
dawna nikt do mnie nie telefonował. Z redakcją kontaktowałam się
mailowo, a rodzice obrazili się i przestali do mnie dzwonić, czekali, aż
sama to zrobię, co zdarzało mi się rzadko, bo zazwyczaj rozmowa i tak
kończyła się kłótnią.
Zanim dobrnęłam do telefonu, zdążyłam zwalić się na tyłek ze stopnia
wozu i obudzić psa, który wodził za mną zaniepokojonym wzrokiem. Biedne,
wierne stworzenie, jedyna miłość w moim życiu - tylko on mi został. Gdyby i jego zabrakło, w ogóle nie miałabym po co
budzić się rano. Rozczuliłam się. W stanie upojenia dość często mi się
to zdarza. W końcu dopadłam aparatu i udało mi się odebrać. Na ekranie
wyświetlił się jakiś numer, ale wzrok z lekka mi się już mącił, poza tym
byłam zdenerwowana.
- Halo? - wybełkotałam niepewnie.
W odpowiedzi usłyszałam najpierw trzaski, a następnie znajomy głos,
niesłyszany od miesięcy, bo choć miałyśmy stały kontakt, to z czasem
niemal się urwał. Każda z nas żyła teraz innym życiem, no i... tak to
bywa.
- Felicja, czy to ty? - Gretę rozpoznałam od razu, ale ona mnie chyba
nie za bardzo.
- Ja, a kto? - Zapaliłam papierosa i pociągnęłam łyk z butelki.
- Nie byłam pewna. Dziwnie mówisz. Masz zachrypnięty głos...
- Jestem przeziębiona - odparłam.
- Ale chyba nie masz covida?
- Wal się. Chyba ty!
- No to super, bo...
- Stęskniliście się za mną? Raczej nie, bo dawno się nie odzywałaś!
- I vice versa - ucięła. - Ale fakt, stęskniliśmy się. I mam propozycję.
Powiedz, co robisz, gdzie jesteś. Pracujesz?
- A bo co?
- Czy ty jesteś pijana, Felka?!
- Tylko nie Felka, dobrze?! Zwariowałaś, ja pijana?! W życiu! Odczep
się. Chyba, kuźwa, ty! Jestem w Albanii, pracuję, to znaczy właśnie
skończyłam i teraz odpoczywam. - Postawiłam się do pionu, to znaczy
usiadłam prosto i odstawiłam butelkę. - Czemu pytasz?
- Bo... - Usłyszałam w jej głosie wahanie. - Coś się wydarzyło w gminie.
Sprawa dla ciebie. Powiem krótko, pomyśleliśmy, że może byś do nas
wróciła...
Zatkało mnie, odczułam to jak uderzenie. Cios był za szybki.
- Mowy nie ma! - wypaliłam bez zastanowienia. Co ona sobie myśli?!
Dzwoni po dwóch miesiącach i wali prosto z mostu, jak gdyby nigdy nic.
Nie pyta, co czuję. A czułam się zraniona, bunt we mnie narastał,
alkohol tańczył we krwi.
- Ale posłuchaj, stara...
- Nie. Powiedziałam "nie"! Nie zrozumiałaś?
- Felicja!
- Coś jeszcze? Bo muszę wracać do pracy. Nie jesteś już moją szefową.
- Czuję, że coś jest z tobą nie tak - brnęła. - Martwię się. Proszę cię,
wysłuchaj mnie chociaż...
Wkurzyłam się, choć w oczach poczułam łzy. Bury zaskomlał i wyszedł, by
położyć się na moich kolanach. Znów to przeklęte pijackie rozrzewnienie...
Nie, do diabła. Dosyć tego!
- Nie mam czasu - walnęłam. - Może innym razem. Jakoś się do tej pory
nie martwiłaś. Bywaj, stara. - Rozłączyłam się i dopiero wtedy
rozryczałam. Gdyby to nie były akurat moje urodziny! Niby nigdy nie
przywiązywałam do tego wagi, ale mimo to w duchu spodziewałam się
życzeń.
Chciałam pójść z Burym na wieczorny spacer brzegiem laguny, jednak
skończyło się na obaleniu do dna butelki rakiji. Zasnęłam na plaży, a on
mnie pilnował. Noc była chłodna: w końcu to zima, za dnia kilkanaście
stopni, na słońcu odczuwalnie nawet więcej, ale w nocy zaledwie kilka. A ja miałam na sobie tylko dżinsy i bluzę z polaru. Chłód otrzeźwił mnie w końcu i obudził. Wstawał świt, z oddali pomachał do mnie któryś z rybaków, po czym wrócił do swojego zajęcia. Najwyraźniej wcześniej
obserwował mnie z troską, jak już wiele razy bywało. Czasem budzili mnie
z alkoholowych oparów, bojąc się, że zamarznę, przy okazji wysłuchując
wiązanek, na szczęście po polsku, więc i tak nie rozumieli. Tym razem
poczułam się głupio. Wstydziłam się siebie, swojego życia, zachowania,
swoich od dawna niemytych włosów zwisających w smutnych strąkach, bo nie
chciało mi się ich nawet spiąć. Co by pomyślał Sebastian, gdyby mnie
taką zobaczył? Rozmowa z Gretą wydawała mi się teraz snem. Nie byłam
pewna, czy wydarzyła się naprawdę, czy była jedynie wytworem mojej
zamroczonej wódą imaginacji. Ostatecznie wróciliśmy z Burym do samochodu
i spaliśmy do południa...
Ostatni etap naszej podróży w czasie i przestrzeni - bo tak ją nazwałam
- wspominam mgliście, lecz od tamtego momentu przestałam chlać.
Podświadomie oczekiwałam kolejnego telefonu od Grety. Nie chciałam, żeby
znowu przyłapała mnie w stanie wskazującym na spożycie. Ona jednak nie
dzwoniła. Mijał dzień za dniem. Wszystkie zlewają mi się w pamięci w długą wzburzoną rzekę światła, mroku, lęku i nadziei. Wiem, że mogłam do
niej zatelefonować, ale nie potrafiłam się na to zdobyć. Coś mnie
blokowało, podejrzewam, że wtedy jeszcze nie myślałam normalnie, wciąż
tkwiłam w tej dziwnej zapaści psychicznej.
Przypomniałam sobie natomiast, że jakiś czas temu dostałam maila od
Kasi, w którym prosiła mnie o pomoc. Domyśliłam się, że chodzi o pomoc w pracy. Nie wnikałam, nie dopytywałam, zinterpretowałam to sobie jako
próbę wkręcenia mnie na powrót w sprawy gminy. Odpisałam krótko, że mnie
nikt nie pomagał, więc i ona sobie poradzi. Kończyłam wtedy artykuł dla
amerykańskiego magazynu, miałam na głowie wybór dziesiątków zdjęć,
podpisów, kłopoty z korektą (pisałam po angielsku). Nie miałam zamiaru
wikłać się w cudze problemy, marzyłam tylko o tym, żeby zrobić swoje i...
się napić. Kaśka już nie napisała. Teraz połączyłam jej wiadomość z tamtym telefonem od Grety, nie przypuszczałam jednak, że...
Ale po kolei.
Doczekałam się. Greta zadzwoniła o świcie, kiedy jeszcze spałam, lecz
już byłam wyczulona na dźwięk komórki, więc odebrałam natychmiast. Nie
dała mi dojść do głosu. Płakała. Coś chaotycznie wyjaśniała, ale jej nie
zrozumiałam.
- Co się dzieje, Greta, do cholery? Czy możesz mówić wyraźnie? -
zniecierpliwiłam się w końcu.
- Wracaj, musisz wrócić!
- Co się stało, gadaj normalnie!
Moja przyjaciółka rozkaszlała się z emocji. Upłynęła dłuższa chwila,
zanim była w stanie dokończyć urwaną myśl. Jednak gdy wróciła do
rozmowy, jej głos brzmiał już normalnie i rzeczowo:
- Kaśka jest w szpitalu - oznajmiła. - Walczy o życie.
- Co?!
- Została napadnięta, poważnie ranna i leży nieprzytomna. Lekarze nadal
nie wiedzą, czy przeżyje.
- W co wyście się...
- Daj spokój. Wszystko opowiem ci na miejscu. Tak, młoda wplątała się w aferę kryminalną. Bo chciała być taka jak ty, nie rozumiesz? Dorównać
ci. Byłaś dla niej wzorem, bohaterką. Wmówiła sobie, że ona też może być
dziennikarką śledczą. Ostrzegałam ją, ale mnie nie posłuchała.
Usiadłam na łóżku i zapaliłam papierosa. Bury przytulił się do mnie
całym swoim kudłatym ciałem.
- Co to za afera?
- Morderstwo - odparła krótko. - Straszny syf. Nie mogę o tym gadać
przez telefon. Sytuacja jest zbyt skomplikowana. Kaśka zostawiła swoje
notatki, przejrzałam je, ale niewiele z tego rozumiem. Tylko ty możesz
pomóc.
- A policja?
- Sama wiesz, jak jest...
Domyśliłam się, że chodzi o sprawę z tak zwanym drugim dnem, inaczej nie
byłoby problemu.
- Kto się teraz zajmuje gazetą? - zapytałam.
- Nikt. Została zawieszona, portal też nie działa. Wrócisz?
- Dobra. Przemyślę to. Ale jeśli wrócę, zrobię to przede wszystkim dla
Kasi. Niech się nie waży umierać!
Wyjechałam jeszcze tego samego popołudnia. Szczęśliwym trafem fala
pandemii już opadła, granice otwarto, można było normalnie podróżować.
Co mnie czeka w kraju, tego jeszcze nie wiedziałam.
Czułam jednak, że coś gorszego nawet od koronawirusa...
Kryszewo, trzeci rok pandemii
Kryszewo, trzeci rok pandemii
- I się nie bałaś? - zapytała Greta, gdy skończyłam opowiadać.
- Ale czego?
- No, wiesz, sama w tym samochodzie, często na odludziu... Bury by cię
przecież nie obronił.
- Nie doceniasz go. - Pogłaskałam psa tulącego się do mojej nogi. - Nie wiem tylko, przed czym miałby mnie bronić. Ani razu podczas tej podróży nie spotkałam się z agresją. Ludzie czasem bywają nachalni, dociekliwi, ale nic poważnego się nie wydarzyło. Poza tym wiesz, że potrafię bronić się sama. Skończyłam kurs samoobrony, no i miałam w samochodzie gaz łzawiący. Na wszelki wypadek.
- Wiem, wiem, że znasz sztuki walki... tym się zresztą pocieszałam. Bałam
się o was, o ciebie i o Burego, naprawdę.
- Świat nie jest taki zły, Gretko. Tylko ci, którzy nim rządzą.
- Ludzie też nie anioły. A ty przez telefon brzmiałaś... zachowywałaś się
dziwnie - dodała z wyrzutem.
Nie skomentowałam tego, bo po co, miała rację. Greta dolała mi kawy.
Dotarłam do nich przed godziną. Dałam jej znać esemesem, że za chwilę
będę razem z Burym. Czekała na mnie z kolacją mimo późnej pory. Przemek,
jej mąż, już się położył spać - zazwyczaj o świcie wstaje do pracy w firmie. Jechałam dzień i noc, prawie się nie zatrzymując, z wyjątkiem
dwóch godzin poświęconych po drodze na wykonanie testu antygenowego, bo
na PCR zabrakło mi już czasu. Dzięki temu uniknę kwarantanny. A jednak
nie czułam zmęczenia, adrenalina działała lepiej od kawy. Uściskałyśmy
się z Gretą bez słowa i zapytałam o Kasię. Okazało się, że jej stan jest
poważny, lecz stabilny, rokowania są dobre. To była dobra wiadomość na
powitanie. Nadal jednak nie można z nią rozmawiać.
Zgodnie postanowiłyśmy z Gretą najpierw coś zjeść, a dopiero po kolacji
omówić wszystko. Gdy przyjechałam, miała już przygotowaną wielką tacę z kanapkami oraz miskę smakołyków dla psa. Ale najpierw moja najlepsza i jedyna od lat przyjaciółka wyciągnęła ze mnie wspomnienia z "wojaży",
jak to nazwała. Potem przyniosła dzbanek mocnej kawy. Dla mnie (choć za
kawą nie przepadam, teraz jednak była mi potrzebna), bo sama, ze względu
na porę, popijała tylko herbatkę ziołową.
- Słyszałaś o tej młodej parze amerykańskich blogerów, którzy pozabijali
się w podróży takim kamperem? - zapytała jeszcze.
Złapałam się za głowę.
- Rany, Greta! Jasne, że słyszałam, każdy chyba słyszał. Z tego co mi
wiadomo, on ją zabił, a potem popełnił samobójstwo. Tam chodziło o przemoc domową, to były jeszcze dzieciaki. Co to ma ze mną wspólnego?
- Nic. - Wzruszyła ramionami. - Ale może taka izolacja od normalnego
życia źle na ludzi działa?
- A co to niby jest "normalne życie"? To tak, jakbyś powiedziała, że
jako ludzkość musimy zrezygnować z domów, bo w domach ludzie się
nawzajem mordują. I to znacznie częściej niż w kamperach. Musielibyśmy
chyba wracać do jaskiń. Ale zapewniam cię, że ludzie zabijają się
wszędzie...
Spochmurniała.
- Tego nie musisz mi mówić. - Pokiwała głową. - Akurat coś o tym wiem.
- No właśnie - podchwyciłam. - Doszłyśmy do sedna. Więc może opowiedz mi
wreszcie wszystko po kolei.
- Zaraz cię na szybko we wszystko wprowadzę, tylko ustalmy szczegóły.
Dziś oczywiście przenocujesz u nas. Jutro wracasz do siebie. Twoje
poddasze czeka, ale gospodarze chcą tam jeszcze posprzątać. Cieszą się
na twój powrót. Kaśka nie mieszkała tam, przychodziła do pracy, do
biura. Swój wóz, jeśli zechcesz, możesz zostawić tutaj, mamy jeszcze
sporo miejsca w garażu. Twój etat jest wciąż aktualny, tak jak wcześniej
obiecałam. Oficjalnie wracasz z bezpłatnego urlopu...
- Dobra, to nie jest najważniejsze, o tym możemy pogadać później -
przerwałam jej. - Co do samochodu, zobaczymy. Czymś w końcu muszę
jeździć.
Przypatrywała mi się z namysłem.
- Co jest? - zaniepokoiłam się.
- Nie, nic. Trochę się zmieniłaś. Jesteś jakby, nie wiem, spokojniejsza?
Powiedz, spotkałaś tam... w drodze... swoje przeznaczenie?
- Nie jestem pewna, co masz na myśli. - Uśmiechnęłam się; jak ona dobrze
mnie znała! - Ale chyba tak. Wiele zrozumiałam. A teraz opowiadaj...
Greta
GRETA
Kurczę, nie wiem, od czego zacząć, to cholernie zagmatwana historia.
Może od tego, że jakieś pół roku temu... Nie, nie od tego. Ta sprawa ma
głębsze korzenie, więc cofnę się w czasie. Dość daleko, bo o trzydzieści
lat. Chyba nawet dokładnie tyle. Pamiętasz na pewno te czasy, przemiana
ustrojowa, początki kapitalizmu i III RP. Epoka bezhołowia, chaos i "dziki zachód" pomieszany z "dzikim wschodem". Dużo się wtedy działo,
głównie w polityce i biznesie, a często na styku tychże, a jak wiesz, na
tych "stykach" aktywni byli i ówcześni, a także obecni politycy, i ci
dawni, z PZPR, poza tym służby i gangsterzy. Oni się zresztą często
mieszali. Uczciwym ludziom, którzy wtedy próbowali coś rozkręcać, system
na to nie pozwalał. "Prawo" było dla swoich. Osobiście to przerobiłam w latach dziewięćdziesiątych, ale o tym już wiesz. Jednak tamci też nie
zawsze dobrze na tym wychodzili. Zdarzało się nader często, że tracili
swoje majątki równie szybko, jak się ich dorobili, a czasem też głowy...
To było ogólne tło, a teraz konkrety. Na terenie naszej gminy działali
wtedy różni nowi biznesmeni, dorobkiewicze, szemrani przedsiębiorcy.
Często wywodzili się z trzech środowisk: partyjnych lub ubeckich albo z marginesu. Typy spod ciemnej gwiazdy, czyli z kryminalnego podziemia.
Jak było z tym, o którym za chwilę, sama nie do końca wiem. Pochodził
raczej z porządnej mieszczańskiej rodziny, przybyłej do nowej Polski
gdzieś ze wschodu, zaraz po wojnie, on sam natomiast - tak przynajmniej
plotkowano - sprzedał się komunie, wysługiwał partii, współpracował z bezpieką, był
TW. Za PRL-u pracował w budownictwie, naturalnie w zakładach
państwowych. Nazywał się Aleksander Żelazny. Gdy komuna upadła, szybko
się odnalazł wśród nowych "elit". Otworzył dużą prywatną firmę
budowlaną, a nawet kilka - niby to odrębnych, w których prawie na pewno
prał brudne pieniądze. Chodziły też słuchy, że handlował nielegalnie
bursztynem albo go nawet wykopywał, nie jestem pewna. Skupywał
zbankrutowane zakłady, budynki i grunty. Działał na granicy prawa,
przynajmniej z pozoru, bo na żadnym przestępstwie oficjalnie nigdy go
nie przyłapano. W każdym razie błyskawicznie się dorobił - jak na tamte
czasy - fortuny. Nabył między innymi zamykany wówczas budynek starej
papierni, coś tam chciał z nim robić, jakieś biura chyba, nie wiem.
Obiekt miał kiepską opinię, bo gdy system padał, lokalni funkcjonariusze
nocami palili w nim kompromitujące dokumenty i narkotyki, przede
wszystkim marihuanę pochodzącą z konfiskaty. Na niby palili, oczywiście,
bo nieoficjalnie handlowali nią na czarnym rynku. Jak już wspomniałam,
dawne służby (nowe zresztą też) były umoczone w lewe interesy. Palili te
rzeczy nawet wtedy, gdy Żelazny był już formalnym właścicielem papierni.
Nic dziwnego, skoro on też w tym siedział. Niejedna mroczna tajemnica
uleciała wtedy z dymem przez komin...
Żelazny miał rodzinę, żonę i dwoje wówczas nieletnich dzieci. Ta żona,
na imię miała Sylwia, była piękną kobietą, to pamiętam. Ale raczej
surową, to nie był typ słodkiej blondynki u boku bogatego samca.
Zajmowała ważne stanowisko w jego firmie, miała też w niej udziały. I teraz uwaga. Pewnego dnia o poranku przechodnie zaalarmowali policję. A może była to wtedy jeszcze milicja? Nie, chyba jednak nie. Wydaje mi
się, że działo się to w dziewięćdziesiątym drugim roku. A milicję
przekształcono w policję w dziewięćdziesiątym. No więc zawiadomiono
policję, że na torach leży rozkawałkowane ciało, najwyraźniej ofiara
wypadku kolejowego. W tych latach nasza stacja kolejowa cienko przędła,
wkrótce została zamknięta, ale pociągi towarowe i drezyny jeszcze z rzadka tu jeździły. Ciało zidentyfikowano jako zwłoki Aleksandra
Żelaznego. Nieopodal zabezpieczono jego samochód, który był splądrowany,
ale, o dziwo, cenne przedmioty, które w chwili wypadku miał przy sobie,
pozostały nietknięte. Na przykład drogi telefon komórkowy, wiesz, to
wielkie ustrojstwo z anteną, wtedy rzadkość, w skórzanej torbie.
Postawiono trzy hipotezy: pierwszą był oczywiście nieszczęśliwy wypadek,
facet miał trochę procentów we krwi, a wcześniej uczestniczył w uroczystej kolacji biznesowej w eleganckiej lokalnej knajpie, która już
nie istnieje. Wyjaśnienie wygodne, gdyby nie fakt, że autopsja wykazała
ponad wszelką wątpliwość wcześniejsze urazy zadane tępym narzędziem, co
potwierdziły także ślady krwi poza torowiskiem. Wyglądało na to, że ktoś
najpierw go zaatakował, a potem zawlókł jego ciało na tory, gdzie reszty
dokonał pociąg, a maszynista nawet tego nie zauważył. Ta teoria jednak
upadła. Drugą był rozbój. Wiadomo, też wygodny. No ale dziwny, skoro nie
zrabowano cennych przedmiotów, choćby tego telefonu, złotego zegarka,
wypchanego portfela, a auto stało dość daleko od prawdopodobnego miejsca
zbrodni, na dzikim parkingu po przeciwnej stronie torów. Nieopodal
papierni. Skąd niby złodzieje mieliby o tym wiedzieć?
Trzecią było morderstwo z premedytacją, a podejrzani różni: mafia,
konkurencja, wspólnicy, a także żona. Żelazny ponoć zdradzał ją jawnie
na prawo i lewo, a ona należała do tych, które nie pozwoliłyby wystawiać
się na drwiny. Mogło tak być, bo był to znany dziwkarz. Niektórzy
twierdzą, że w burdelach też miał swoje udziały, podobnie jak w handlu
narkotykami. Tego jednak oficjalnie nie potwierdzono. Ponadto od
jakiegoś czasu spierali się z żoną o wizję firmy, jej udziały i stanowisko (a była jednym z prezesów). Możliwe, że kryła jakieś jego
przekręty albo raczej nie chciała ich dłużej kryć.
Tak czy siak znakomicie im pasowała, więc na niej się skrupiło, choć po
latach procesów poszlakowych w końcu została uniewinniona. Do dziś wielu
uważa, że była winna, w tym jej syn mieszkający w Stanach. I do dziś nie
wiadomo, jak było naprawdę. Mało tego, jakiś czas później ich córka -
już dorosła - padła ofiarą kraksy drogowej, wraz z kierowcą i asystentem. Ona również pracowała w tej samej rodzinnej firmie, kierowca
wcześniej był zatrudniony u jej ojca, podobnie jak asystent. Tam zresztą
do dziś toczą się jakieś sprawy spadkowe i komornicze. Firma, po krótkim
okresie zawirowań po śmierci Żelaznego, dalej nieźle prosperowała i się
rozwijała, bo jak się okazało, Sylwia Żelazna miała nie tylko talent do
biznesu, lecz także niezłe układy. O śmierć córki również ją obwiniano,
ale oficjalnie śledztwo wykazało nieszczęśliwy wypadek...
Wracając do Sylwii Żelaznej. Przez trzydzieści lat żyła z piętnem
morderczyni. Nikt tego oczywiście głośno nie powiedział, ale ludzie
swoje myśleli i za plecami gadali. Zresztą nadal gadają. Wyrok
uniewinniający nic nie znaczy, zwłaszcza tutaj, na prowincji, a wydaje
mi się, że zarówno policja wtedy - albo inne służby - jak i dziennikarze, chętnie i celowo przykleili jej tę łatkę. Jawnie nie
miał jej kto podskoczyć, nie te progi. Jej firma - nazywa się Budomax -
jest zbyt potężna. Budują osiedla domów, obiekty publiczne, sportowe,
wypoczynkowe. Ale jak wiesz, plotka żyje własnym życiem. Uprzedzając
twoje pytanie, nie mam swojego zdania w temacie. Nie znam ludzi. W tamtych czasach byłam płotką, oni byli na świeczniku. Nie miałam pojęcia
o ich życiu prywatnym, znałam tylko plotki, tak jak każdy zwykły
śmiertelnik. Nie wiem, czy mogła go zabić, moim zdaniem taka kobieta
była do tego zdolna. To typ "władczyni", ostrej, apodyktycznej,
zdeterminowanej, nastawionej na zysk i skutecznej. Czy zabiła, to już
całkiem inne pytanie. Nie do mnie.
A teraz przechodzę do sedna. Okazuje się, że pytanie jest nadal otwarte,
ponieważ jakieś pół roku temu znaleziono Sylwię Żelazną martwą. Została
zamordowana w okrutny sposób, we własnej rezydencji, tutaj, na wzgórzach
Kryszewa. Od lat mieszkała sama, ale dom był zabezpieczony na wszelkie
możliwe sposoby. A jednak. Dosłownie ją zmasakrowano. Policja
stwierdziła, że zabójstwo wygląda na akt zemsty lub wyrok. Mordercy nie
znaleziono, sprawę zamknięto. Wiem, że podejrzewali między innymi jej
syna przebywającego w Stanach. Że mógł kogoś napuścić, wynająć. Ale bez
dowodów mogą mu skoczyć. No i właśnie w tę paskudną aferę wkręciła się
nasza Kaśka. Informacje, które ci tu przedstawiłam, pochodzą głównie z jej notatek, które oczywiście dostaniesz, i moich wspomnień.
Dlaczego tak mi na tej sprawie zależy? Po pierwsze, ze względu na nią.
Na Kasię. To dziewczyna z sąsiedztwa. Nasza. O mały włos nie straciła
życia. Została brutalnie napadnięta, gdy wracała z pracy, z naszego
biura. Ktoś chciał ją zabić, ale nie udało mu się tylko dlatego, że
bandziora - albo bandziorów - spłoszyli jacyś przechodnie. Po drugie,
chyba sama rozumiesz. Naszą gminę znów okryła niesława. Inwestorzy się
wycofują, nie chcą tu prowadzić działalności. Jeden przedsiębiorca,
związany z gminą od wielu lat, zamierza przenieść siedzibę swojej firmy
do sąsiedniej miejscowości. Może się boją. Może mają coś na sumieniu.
Nie mogę do tego dopuścić, żeby za moich rządów gmina zbankrutowała. Po
moim trupie!