Poranek wiosenny świtał nad
czarną lasów ławą, otaczającą widnokrąg dokoła. W powietrzu czuć
było woń liści i traw młodych zlanych rosą, świeżo w ciągu kilku
takich poranków, z nabrzmiałych pączków rozwitych. Nad strumieniami
wezbranemi jeszcze resztką wiosennéj powodzi, złociły się łotocie,
jak bogate szycie na zielonym kobiercu. Wschód słońca poprzedzała
uroczysta cisza - tylko ptastwo zaczynało budzić się w gałęziach i
niespokojnie zrywało się z noclegów... Już słychać było świergot i
świsty i nawoływania drobnéj drużyny. Wysoko pod chmurami płynął
orzeł siwy, kołując i upatrując pastwy na ziemi. Zawiesił się
czasem w powietrzu i stał nieruchomy, a potém daléj majestatycznie
żeglował... W borze coś zaszeleściało i umilkło... Stado dzikich
kóz wyjrzało z gąszczy na polankę... popatrzało czarnemi oczyma i
pierzchnęło... Zatętniało za nimi - cicho znowu.
Z drugiéj strony słychać łamiące się gałęzie, zaszełeściał łoś
rogaty - wyjrzał, podniósł głowę, powietrza pociągnął chrapami -
zadumał się, potarł rogami po grzbiecie i zwolna poszedł w las
nazad... I znowu słychać było łom gałęzi i ciężkie stąpanie.
Z pod gęstych łóz zaświeciło oczów dwoje - wilk ciekawie
rozglądał się po okolicy... tuż po za nim, położywszy uszy
pierzchnął przelękły zając, skoczył parę razy i przycupnął.
I milczenie było, tylko zdala ozwała się poranna muzyka
lasów... Trąciło o nie skrzydło wiosennego powiewu i gałęzie grać
zaczęły... Każde drzewo grało inaczéj, a ucho mieszkańca puszcz
rozeznać mogło szmer brzozy z listki młodemi, drżenie osiczyny
bojaźliwe, skrzypienie dębów suchych, szum sosen i żałośliwe jodeł
szelesty.
Szedł wiater stąpając po wierzchołkach puszczy, i głośniéj
coraz odpowiadały mu bory, coraz bliżéj, silniéj coraz muzyka grała
pieśnią poranną.
Po nad lasy płynęły zarumienione chmury, jak dziewczęta
które się ze snu zerwały, zbudzone i uciekały czując że obcy pan
nadchodzi. Szare z razu niebo błękitniało u góry, pozłacało się u
dołu; obłoczki białe jak z rąbku obsłonki pościeli, rozwiewał wiatr
po lazurach. Słońce strzeliło promieniami ku górze... noc uciekała.
Widać było ostatki cieniów i mroków roztapiające się w dnia blasku.
Nad strumieniami i łąkami, jak dymy ofiarne, zakipiały pary
przejrzyste, ulatując zwolna ku niebu i ginąc w powietrzu. Ukośne
promienie słońca ciekawie zaglądały w głębiny, śledząc, co się
przez noc rozrosło, zazieleniało, wykwitło.
Razem z szumem lasu, zawtórował chór ptaków - wszczął się
gwar wielki... ożyły w świetle łąki, zarośla, puszcze i powietrzne
szlaki - wracało życie.
W promieniach wirowały, zwijały się, kręciły niespokojne
skrzydlate dzieci powietrza ... coś szczebiocąc do siebie, do chmur
i do lasów.
Kukułki odezwały się zdala, dzięcioły kowale już kuły
drzewa.
Był dzień...
U skraju lasu, nad rzeką leniwą, która go przerzynała, wśród
gęstych drzew, gdzie cień schował się jeszcze, widać było kupkę
gałęzi, niby szałas na prędce sklecony; kilka kołków wbitych w
ziemię, a na nich nacięte konary jodłowe... Obok, tuż, było wygasłe
ognisko, spopielałe i kilka w niém niedopalonych głowni. - Poniżéj
w zielonych bujnych trawach, na sznurach do kołów
poprzywiązywanych, pasły się dwa małe, grube, gęstym i najeżonym
jeszcze zimowym włosem okryte konie.
Szelest jakiś w lesie znać je nastraszył, poznały
nieprzyjaciela, nastawiły uszy, rozdęły chrapy, zaczęły
niecierpliwie nogami kopać ziemię, jeden z nich zarżał, a echo po
lesie poniosło ten dziki głos... który się rozległ i powtórzył
słabiéj za łąką...
Z szałasu pokazała się głowa cała włosami okryta długiemi -
zarosła rudo; dwoje oczów ciemnych skierowało się naprzód ku
koniom, potém ku niebu, ruch się dał słyszeć pod gałęziami. Wkrótce
potém rozgarniając je, wydobył się z pod nich człowiek słusznego
wzrostu, krępy i barczysty. Długiém leżeniem i snem skostniałe
wyciągnął członki, ziewnął, strząsnął się - popatrzał na niebo
potém na konie... te zobaczywszy go, zwolna zaczęły się zbliżać ku
niemu. Nadstawił uszu bacznie. Nic słychać nie było... prócz szumu
lasu, śpiewu ptastwa, mruku strumienia.
Człowiek wyglądał dziko, włos bujny, poplątany spływał mu
kudłami na barki i osłaniał nizkie czoło, tak, że oczy wprost z pod
nich patrzały. Reszta twarzy także była zarosła, ledwie część
policzków, zarumienionych snem i chłodem, dobywała się z pod wąsów
i brody - wśród których ust prawie znać nie było. Sukienna,
wełniana, gruba odzież brunatnego koloru, okrywała mu ramiona, pod
szyją spięta na guz i pętlę. Nogi miał téż suknem i skórą
poobkręcane, a stopy obwite nią i pasane sznurami. Z pod rękawów
sukni krótkich, dobywały się ręce silne, włosem okryte i opalone.
Twarz miała wyraz przebiegły, na pół zwierzęcy, pół człowieczy,
zuchwały razem i ostrożny... oczy biegały żywo... Ruchy ciała
zręczne i silne, nie dawały wieku odgadnąć, choć młodość już
pozostawił za sobą.
Postawszy chwilę, mężczyzna wrócił ku szałasowi i nogą
silnie kopnął w ścianę jego, nie mówiąc słowa. Poruszyło się coś
żywo za gałęźmi, i wnet z pod nich wypełzło chłopię, wydobyło się z
za liści - zerwało rzeźko na nogi... Wyrostek mógł mieć lat z
piętnaście, krzepki był i nieco do starego podobny. Twarz mu
jeszcze nie porastała, włosy miał krótko ucięte, odzież grubą a
wyszarganą, z sukna i płóciennych chust złożoną. Na nogi wstawszy,
oczy przetarł kułakami, ledwie miał czas resztę snu z powiek
opędzić; gdy starszego głos chropawy, w mowie dziwnéj, obcéj,
któréj na téj ziemi nikt, oprócz nich dwu nie rozumiał, zawołał:
- Gerda - do koni! słońce weszło... Usłyszawszy ten rozkaz,
poparty lekkiém potrąceniem w plecy, chłopiec zbiegł ku koniom,
odwiązał sznury, skoczył na grzbiet z nich jednemu, i poprowadził
je o kilka kroków daléj, gdzie trochę piasczystego, suchego brzegu,
do wody przystęp dawało. Na piasku widać téż było ślady kopyt koni,
które już tam wprzódy napoju szukały. - Konie zaczęły pić chciwie.
Chłopię siedzące na jednym, ziéwało, z ukosa poglądając ku staremu,
który około szałasu się krzątał, mrucząc coś sam do siebie.
Byłali to poranna modlitwa?
Naostatek konie napojone, podniosły głowy, i jak zadumane,
słuchały lasów szumu, chłopak je sznurem pognał ku szałasowi. Tu
już nagotowane leżały, suknem i skórką poobwijane juki, które
starszy począł na konie zarzucać i przywiązywać. Milczący pomagał
mu wyrostek. Na grzbiety koniom zawieszono sukno grube i skóry...
Gdy wszystko było w pogotowiu, stary wlazł jeszcze pod szałas, i po
chwili wyszedł z niego uzbrojony. U pasa miał siekierkę jak młot
grubą, krótki nóż w pochwie skórzanéj, na plecach łuk, przez drugie
ramię procę, i krótką pałkę drewnianą krzemieniem nabijaną, którą
przed sobą uczepił na koniu. Chłopak téż ściągnął swój oręż z
ziemi, nóż do pasa i siekierkę, którą do ręki wziął, lekko na
grzbiet konia wskakując... Starszy się jeszcze obejrzał na
noclegowisko, patrząc czy czego nie zapomniał na niém, rękami
popróbował sakiew na grzbiecie powiązanych, i konia swego pod kłodę
poprowadziwszy, skoczył nań zręcznie. Już mieli ruszyć z miejsca i
starszy się rozglądał, aby wybrać drogę, gdy z gęstwiny, naprzeciw,
rozgartując ostrożnie leszczynę i kaliny, niepostrzeżona, po cichu
wysunęła się głowa ludzka.
Ciekawie, z razu z jakąś obawą, dwoje oczu jasnych,
przypatrywało się podróżnym. Z za gałęzi widać tylko było włos
płowy co je otaczał, młodą twarz ledwie zarostem pokrytą, białe
zęby w ustach, na pół podziwieniem otwartych...
Podróżny tymczasem ku słońcu poglądał i na bieg rzeki...
Po nad jéj brzegami, drogi żadnéj śladu widać nie było.
Zdawał się chcieć upewnić, czy ma ją przebrnąć, czy z nią, czy
przeciwko niéj się puścić. Konie rwały się już do pochodu
niecierpliwe, obrócone na wschód łbami - starszy pomyślał trochę,
oczyma łąkę zmierzył, trzęsawiska i bór, potém zwrócił się na
piasczyste wybrzeże, kędy konie pojono. Tu stanąwszy, myślał pewnie
czy bród znajdzie, bo oczy utopił w wodzie, jakby mierzył jéj
głębinę. Byłby teraz i tę głowę mógł dojrzeć w krzakach co go
szpiegowała - ale się ostrożnie schowała, tylko gałązki opadły i
drżały. Powoli konie wchodziły w wodę, która tu nie była grzązką ni
głęboką, zanurzyły się po brzuchy, zdawało się że popłyną, ale tuż
się znalazła ława piasczysta i oto już - brzeg drugi... Oba
podróżni wylądowali szczęśliwie, ledwie pomoczywszy nogi.
Drugim brzegiem wyższym nieco i suchszym, wygodniéj kroczyć
było, choć tuż, tuż, za gęstwiną coś szeleściało dziwnie... Zwierz
spłoszony, myślał podróżny.
Naokół oprócz noclegowiska śladu człowieka niedostrzegło
oko, bór jak go stworzył Bóg, ku niebu wyrosły bujno, pnie grube
jak słupy proste, oschłe z gałęzi od dołu, u góry w zielone wieńce
ubrane. Gdzieniegdzie zwalona burzą kłoda, na pół przegniła, pół z
kory opadła, pogięte od wichru wyrostki i poschłe od zgrzybiałości,
mchami, jak futrem na starość odziane olbrzymy.
Jechali. - Na wzgórzu... coś bielało nieopodal. Pod dębem
łeżał kamień wyżłobiony jak misa, nad nim drugi stał gruby i
niezgrabny... Ręka niewprawna wyrzeźbiła na nim niby ludzką twarz
straszliwą, czapką okrytą u góry... Starszy wstrzymał się trochę
zobaczywszy znak u drogi, obejrzał niespokojnie do koła i mijając
go, splunął nań z pogardą.
W téj chwili świst się dał słyszeć dziwny z krzaków i
drzewce ze strzały utkwiło na piersi, w grubéj sukmanie starszego.
Ledwie poczuwszy pocisk, nie wiedząc jeszcze czy do broni ma się
brać, czy do ucieczki, obracał głowę, gdy chłopak krzyknął. Druga
strzała utkwiła mu w nodze.
A z lasu dał się słyszeć śmiech, śmiech dziki jakiś,
straszny, niby wycie zwierzęce, niby okrzyk człowieka...
zachichotało, rozległo się, zamilkło... Sroka siedziała na
kamieniu, na czapce i podniósłszy skrzydła krzyczała, śmiechowi
wtorując... a miotała się jakby i ona groziła.
Konie głosami temi podżegnięte, przyspieszyły kroku - ale
nieprzyjaciela już ani widać, ani słychać nie było... Cisza
panowała nad lasami, drzewa tylko uroczyście szumiały.
Starszy mężczyzna, kłusował naprzód konia pędząc skoro -
chłopak, który strzałę wyszarpnął z nogi, spieszył za nim,
pochylony na szyi swojego... przebiegli tak stai kilkoro, aż, nie
słysząc nic, nie widząc pogoni - zwolnili kroku... Starszy się
dopiero obejrzał na chłopca, ze zbładłą twarzą, z zaciętemi usty, z
wytrzeszczonemi oczyma, przylgłego do konia. Nie miał nawet czasu
od strzały tkwiącéj w piersi się uwolnić. Przebiła ona sukno i znać
uwięzła w ciele, bo, choć w szybkim biegu, ugięła się i opadła ku
dołowi, trzymała się jeszcze. Tu dopiero na polance konia
ściągnąwszy starszy, obejrzał się na strzałę, i zręcznie ją
pocisnąwszy, choć syknął z bólu - wydobył, obejrzał ciekawie i do
skórzanego na plecach worka wsunął.
Strzała miała z kości białéj wyrobione ostrze cienkie, na
którego końcu widać było krwi kropelkę.
- Piorunyby w nich biły... i burze! - zawołał warcząc rudy.
Gdzieś się w krzakach znalazło oko, co podpatrzyło i pomściło za
bałwana...
- Tyś ranny w nogę Gerda?
Chłopak z oczyma jeszcze obłąkanemi i trwogą, milcząc na
nogę skaleczoną wskazywał. Rana jego głębsza była, bo płachty nie
wstrzymały strzały.
- No - nic to! jedna strzała polańska! - zamruczał starszy -
oni ich nie zatruwają. Obawiałem się, aby ich tam więcéj nie było.
Znać jeden rozbójnik nie straszny. Nie ważył się, zobaczywszy żeśmy
zbrojni... ale, może nawołać innych, narobić wrzawy... uchodzić
trzeba...
Spojrzał na słońce.
- Trzymaj się konia, a puść go za mną... Spieszyć trzeba,
żeby nas w tym nie zaskoczyli lesie, póki nie dojedziemy do
znajomych. Z południa na miejscu będziemy.
Chłopak milczał, starszy coś mruczał jeszcze, ku górze
patrzał, konia sznurem ściągnął i polecieli gęstwiną, nad brzegiem
się ciągle trzymając, bez drogi - rzeka gościniec znaczyła.
Puszcza wciąż była dzika, niezamieszkała, milcząca. Raz
zdala na wodzie postrzegli jakby głowę ludzką z ciemnym przylgłym
do niéj włosem i dwoje rąk wiosłujących około niéj. Lecz gdy się
tentent dał słyszeć znikła, wir tylko było widać nad powierzchnią
wody. Minęli ją... i wyszła znowu z głębiny... na włosach czarnych,
do koła opleciony był wianek z łotoci... oczyma strzelała za
niemi... Trochę daléj, czółno maleńkie jak łupinka, ślizgało się
płynąc z biegiem, po nad niem białą chustę widać było... Gdy
tentent dał się słyszeć, znikła płachta na dnie i czółenko jak wąż,
wsunęło się między trzciny, łozy, wiszary, których tylko wierzchy
się chwiały... Kilka kaczek zerwało się przestraszonych, wyciągnęły
szyje... sznurem leciały gdzieś daléj... plusnęły i padły.
Podróżni wciąż biegli brzegiem, to szybciéj, to wolniéj -
dwa razy konie poili zmęczone i jechali daléj bez spoczynku - a
słońce téż podnosiło się coraz wyżéj, grzało coraz mocniéj. Choć w
lesie świeżo było i chłodno, od łąk i piasków zalatywał oddech
gorący.
Nie zmieniła się okolica - bór ciągle szumiał nad rzeką.
Gdzie niegdzie w piasku między pagórkami świeciło jeziorko -
szerzéj rozlewały się wody - to ściskały wśród parowu. Mieniały się
tylko drzewa, sosny i jodły, potém zielonych liści brzozy i lipy i
osiki i dęby na pół jeszcze śpiące a głuche na wiosnę.
Gdzieniegdzie żółtawą ławą leżał piasek, to kępiasta
trzęsawica, którą okrążać musieli. Przed niemi zdala pomykał
zwierz, z łąk pierzchały całe stada łosi i jeleni, dobijając się do
lasu, na którego skraju stawały, patrzały jeszcze ciekawie, i gnały
daléj, znikając im z oczów. Naówczas łomot stad spłoszonych konie
straszył i pędziły żywiéj, stuliwszy uszy... póki sił stało.
Gerda ciągle ręką chwytał za nogę zranioną, czuł, że mu krew
ciekła, jakby ciepły sznurek wijący się aż do stopy, i w skórzaném
obuwiu zbierała się u nogi, czerwonemi kroplami sącząc szparami
chodaka.
Ale skarżyć się nie śmiał, zawijać rany hubą z drzew lub
liśćmi coby krew zatamowały - nie było czasu... Starszemu téż
trochę krwi pokazało się między palcami ręki... otarł je o końską
grzywę - nie troszcząc się o to. Rozpatrywał się wciąż po okolicy,
dawniéj znać sobie pamiętnéj, jakby szukając miejsca do
spoczynku... Lecz nie rychło, nie rychło zwolnili biegu.
Tu rzeka płynąc nizinami równemi szerzéj się rozlewała,
wśród błot świeżą zielonością okrytych. Ze wzgórza nagiego, na
którém stali, widać było łąki i trzęsawiska, wśród nich moczary i
jeziorka mnogie, opasane gajami... Kilka strumieni zbiegało się tu
z borów ku rzece. Las wśród którego stanęli, wypalony był i zeschły
na znacznéj przestrzeni. - Gąszcze, co go podszywały spłonęły do
szczętu, daleko więc w głąb jego sięgnąć było można okiem i dojrzeć
nieprzyjaciela.
Tu starszy z konia się zsunął, rzucił go nie patrząc i legł
na ciepłym piasku, obu rękami pot kroplisty ocierając z czoła.
Zmęczony był - piersi mu się podnosiły, a że krwawemi palcami
dotknął twarzy, i ją téż sobie całą okrwawił.
Ujrzawszy to chłopak, uląkł się i krzyknął.
- Co ci to Gerda? Czyś ty mężczyzna! czy się matka twoja
omyliła, że ci nie wdziała chust i spódnicy? Kropla krwi, a tyle
strachu i wrzasku?
Chłopak mu dopiero wskazał na własną twarz jego.
- Nie o moją mi strach... rzekł, choć skórznie mam jéj
pełne... ale o waszą. Twarz, ojcze, macie we krwi całą.
Starszy na ręce swe popatrzył, rozśmiał się tylko i nic nie
odpowiedział.
Gerda tymczasem na ziemi siadłszy, nogę ranną rozzuł i
począł czyścić obówie, potém ranę ocierać i okładać hubą. - Stary
patrzał na to obojętném okiem.
W milczeniu dobyli potém z sakiew suszone mięso i placki,
które starszy na ziemi rozłożył. Poszedł się wprzód obmyć w wodzie
i dłonią jéj do ust zaczerpnąć. Gerda za jego przykładem zwlókł się
téż do wody... siedli jeść w milczeniu... Konie na chudéj trawie
leniwie się pasły...
Z lasu wyleciała sroka... uwiesiła się na suchéj gałęzi nad
głową starego, pochyliła ku niemu i krzyczała... Zdawała się
zagniewana, trzepała skrzydłami, podlatywała coraz bliżéj... wołała
coś, jakby na gwałt zbierając drugie... Nadciągnęła w pomoc wtóra i
trzecia... i wrzaskliwie to podlatywały, to przysiadały się przy
nich... Stary, który się chciał zdrzemnąć, zniecierpliwiony łuk
napiął i strzelił. Nie ranił żadnéj, zerwały się z krzykiem...
zawirowały w powietrzu i wróciły krakać nad niemi... Gerda z głową
zwieszoną, na rękach sparty, nad końmi czuwał. Las milczał - niebo
było czyste - owad tylko wywołany słońcem do życia, brzęczał,
gromadami unosząc się w powietrzu.
Po krótkim spoczynku, na konie siedli znowu... Stary się do
chłopca zwrócił.
- O strzałach, o krwi, o niczém ani słowa tam... Najlepiéj
byś nie mówił nic i niemego udawał... Niemcami oni nas tam zowią -
choć my ich język rozumiemy... Słuchaj co gadać będą, zda się to
zawsze - ale udawaj, że ci ta mowa obca... Tak lepiéj - milczeć.
Spojrzał nań, czekając by mu Gerda oczyma odpowiedział.
Jechali daléj a daléj. Słońce już się zwolna spuszczać zaczynało ku
zachodowi. Brzeg rzeki wyniosły coraz się zniżał, wilgotniejsze
otaczało ich powietrze - cień zalegał boru ściany - gdy w dali, nad
zaroślami, pokazał się słup dymu siny...
Stary zobaczywszy go, drgnął z radości czy niepokoju -
chłopak téż weń oczy wlepił, i zwolnili koniom biegu.
Do koła się las rozlegał stary, wysoki, gęsty, a łąka nad
rzeką zwężała, płynąca ścieśnioném korytem. - W prawo otwarła się
łąka, do koła zasiekami drzew zrąbanych otoczona... Poza nią z
szałasów jakichś, chałup z drzewa i chrustu, opasanych tynami
wysokiemi - dobywał się ów słup siny... Zbliżając się ku budom,
coraz je lepiéj rozeznać można było.
U brzegu podniesionego trochę rzeki, stały w prostokąt
szczelnie zewsząd zamknięte. Od łąki odgradzały je kłody drzew i
tyny, pokopane doły i powbijane pale. Na jednym z nich tkwiła
zawieszona biała, od deszczów wypłukana, od słońca zwapniała
czaszka końska.
Dachy pokryte były kawałami dartemi drzewa, wiszarem i
gałęźmi - ściany w słupy z chrustu plecione. W pośrodku tylko z
kłód ogromnych w zrąb zbudowana wznosiła się chałupa - dwór do
któréj szopy w koło przytykały, z nią razem obejście tworząc, w
środku którego małe znajdowało się podwórze.
Dojeżdżając rudy podróżny, zwolnił koniowi biegu - oczyma
szukając, czy kogo nie zobaczy. Nie widać było żywéj duszy. Wahał
się jeszcze jak dać znać o sobie, gdy u brzegu rzeki, na ogromnym,
zbłąkanym tu od wieków kamieniu, ujrzał siedzącego starca, który
niepostrzeżony, oddawna go śledził oczyma.
Ubrany był cały w bieli, nic nie mając na sobie, oprócz
odzieży z płótna grubego. Nogi miał bose, głowę siwą nieokrytą.
Ogromna, długa do pasa broda piersi mu osłaniała. Biały wysoki kij
trzymał w ręku. Koszulę na wierzch włożoną i do kolan spadającą,
obejmował pas czerwony. Żadnéj zresztą nie miał ani ozdoby ni
broni. U nóg jego dwa psy leżały do wilków podobne, - zaczajone,
przypadłe do ziemi, oczyma krwawemi wiodące za podróżnemi... Drgały
leżąc... i czekając kiedy się rzucą...
Twarz starca spokojna była i poważna, ogorzała ze skórą
jakby spękaną, tak ją fałdy i marszczki pokryły całą siecią gęstą.
Nad oczyma siwemi dwa krzaki bujnych brwi sterczały najeżone. Suchą
szyję, którą obnażoną widać było z pod koszuli jak twarz pokrajaną,
brunatną - niby węże sine oplatały żyły pod skórą nabrzmiałe.
W chwili, gdy podróżny starca zobaczył, ten właśnie na psy
zawołał groźno, ręką im wskazując w tył, za siebie, a kij podnosząc
do góry. Podróżni stanęli... rozglądając się ciekawie.
- Pokłon wam, stary Wiszu... rzekł z konia nie zsiadając
podróżny, uchyliwszy tylko głowę - pokłon wam. Każcie waszym psom
do zagrody - boby nas porozdzierały... a my, starzy znajomi i
dobrzy przyjaciele choć nie swoi - a nie wrogi. Słowa te powoli
wyrzekł starszy łamaną mową Serbów nadłabańskich - usiłując
przybrać postawę i twarz uprzejmą.
Stary patrzał nic jeszcze nie odpowiadając. Na psy naprzód
zakrzyczał groźno, aby szły precz, ukazując im zagrodę, bo warczały
i zęby szczerzyły patrząc na przybyszów, i coraz to się ku nim
targały. Nie chciały odchodzić. - Gospodarz huknął w dłoń... Na
głos ten z za tynu ukazała się ostrzyżona głowa parobczaka, który
rozkaz zrozumiawszy, psy nawołał, wpędził do obejścia i zamknął za
niemi wrota... Słychać je było szczekające i wyjące w szopie.
- Zdrów bywaj - Hengo. - Cóżeście to znowu tak daleko w
nasze lasy zawędrowali? rzekł gospodarz.
Rudy powoli z konia zlazłszy i dawszy go chłopcu, który na
swoim pozostał - zbliżał się zwolna do starego.
- Ha! po świecie się tak człek włóczy, ciekaw zobaczyć jak
tam gdzie ludzie żyją - począł mówić - przy tém téż jakaś zamiana
zrobi się może. Lepiéj w spokoju mieniać czego u jednych zbytek, a
drugim brak, niżeli napadać zbrojno a z życiem razem wydzierać. Ja
- wy wiecie - człowiek spokojny, zaopatruję komu czego trzeba...
aby żyć...
Stary się czegoś zadumał.
- Nie bardzo u nas mieniać jest na co... Skór i futer dosyć
pewnie u siebie macie, bursztynu u nas nie wiele. Myśmy téż nie
zwykli bardzo do rzeczy które wozicie, swojém się radzi
obchodzić... Igła z ości tak szyje jak żelazna.
Popatrzał stary na ziemię i znowu się sobie zadumał.
- Zda się to przecie co ja wożę - mówił powoli Hengo. - A z
kąd byście wzięli wszystko co się z kruszcu robi, gdybyśmy wam tego
nie dostawili... Do Winedy daleko...
- Albo to kości, rogu i kamienia nie dosyć - rzekł stary
Wisz wzdychając. Był czas, że się ludzie tém obchodzili, i dobrze
im z tém było. Jakeście wy a drudzy wędrowni podwozić zaczęli swoje
błyskotki, niewiasty nam popsuliście, chce im się ziarnek
świecących na szyję i iglic gładkich i guzów i wszystkich tych
zabawek... bez których teraz żadna nie stąpi.
Nicby to nie było - ciągnął daléj patrząc więcéj w ziemię
niż na przybyłego kupca - ale wy... wy, dróg się do nas uczycie,
tajemnice nasze wywozicie ztąd... i tak samo przyjść może napaść
jak przyszły świecidła.
Hengo pokryjomu błyskiem oczów bystrym zmierzył starego
Wisza i rozśmiał się.
- Próżna to obawa - rzekł, nikt o napaściach nie myśli... Ja
nie jeżdżę cudzego podpatrywać, ale swoje mieniać. Wy mnie przecie
znacie, nie pierwszy raz jestem u starego Wisza... Ja przyjaciel
wasz... żonę miałem z waszéj krwi, serbską córkę... a z niéj oto
tego chłopca, który choć języka waszego nie umie - przecie w nim
trocha tamtéj krwi zostało.
Wisz, który na kamieniu siadł, a na leżący naprzeciw drugi
wskazał Hendze - pokiwał tylko głową.
- Żonę mieliście Serbkę z nad Łaby, - odezwał się -
mówiliście mi o tém. Ale jakeście do niéj przyśli? hę? pewnie nie
po jéj woli?
Rozśmiał się Hengo.
- Starzy jesteście - odparł - wam tego mówić nie trzeba. A
gdzież to na świecie niewiast się o ich wolą pytają? Gdzie się
inaczéj żonę bierze jak ręką zbrojną? Tak jest u was, u nas i na
całym świecie... bo one woli nie mają.
- Nie wszędzie - wtrącił stary... Młodym woli nie dają - a
stare u nas szanują. Choć im rozumu odmawiają, przecie duchy przez
nie mówią i wiedzą one więcéj niż wy... te - wiedźmy nasze...
Potrząsł głową; milczeli chwilę.
- Na noc was o gościnę proszę - odezwał się Hengo. - Co mam
z sobą w węzełkach pokażę... Zechcecie co wziąć? dobrze - a nie
będzie zgody? nie pogniewamy się o to.
- O gościnę prosić nie trzeba - zawołał Wisz wstając - kto
raz spał pod dachem naszym, zawsze ma pod nim spocząć prawo. My wam
radzi. Kołacz i piwo i mięso się znajdzie - baby strawę wieczorną
już warzą.
Chodźcie ze mną.
Wisz wstał z kamienia i przodem go wiodąc, ku wrotom się
skierował.