Rozdział 4
ROZDZIAŁ 4
BAZA SZCZELINIARZY
KELDOOINE
Dość wcześnie podczas swej kariery Zilastra wymyśliła zasadę: "Nie da
się przeprowadzić rozsądnego spotkania, jeśli żaden z jego uczestników
rozsądku nie posiada". W ciągu dziesięciu lat, które upłynęły od tamtej
pory, przydawała jej się aż nazbyt często. Jednak dziś po raz pierwszy
przyszła kobiecie do głowy w trakcie walki.
Wiązki z blasterów przelatywały korytarzem frachtowca "Morleen" -?jasne
krechy, na których drodze nie należało stawać. Nawet wystawienie głowy
za róg groziło śmiercią. Z bocznego przejścia Zilastra widziała jedynie
drzwi po drugiej stronie tunelu -?był tam jej zastępca, który właśnie ją
zauważył. Burlug, z rasy Feeorinów, miał macki na głowie, tak jak ona,
choć niebieskie -?jej własne, jak u wszystkich Nautolan, były zielone.
Stanowił znacznie widoczniejszy cel od niej, dlatego zawołał głośno,
żeby przekrzyczeć kanonadę:
-?Zostań tam, Zil!
-?Burlużku, co się dzieje?!
-?Tal i Krins nie żyją. Nasz niespodziany gość rozwalił ich, jak tylko
chcieli się z nim dogadać.
-?Przynajmniej sama nie będę musiała ich zabijać -?warknęła Zilastra. A miała nadzieję na spokojne spotkanie. Wezbrała w niej złość. "Abordaż, w moim własnym kosmoporcie... Co za burdel!"
Przyjmowanie łupów należało do najprostszych zadań jej załogi. W bezpiecznym, należącym do nich kosmoporcie na Keldooine dokładnie
oglądano pryzy. Cenne towary zabierano, a inny zespół ustalał, w jakim
stanie jest statek, używając do tego listy inspekcyjnej, której
pozazdrościłby im każdy urzędnik Republiki.
Zanim jednak dochodziło do tego wszystkiego, statek należało
zabezpieczyć. Przechwycenie i przekierowanie dużej ilości towaru
odbywało się w nerwowej atmosferze i podczas tranzytu rzadko znajdowali
czas na unieszkodliwienie wszystkich osób na jego pokładzie. W porcie
stanowiło to w zasadzie formalność -?dzięki przewadze liczebnej jej
podwładnych. A potem wszystko odbywało się jak od zarania dziejów
piractwa. Większość wziętych do niewoli członków załogi przechodziło na
ich stronę raczej bez wybrzydzania. Dołączenie do piratów było lepsze
niż bezrobocie czy brutalna śmierć. Nawet teoretycznie lojalni
kapitanowie liniowców pasażerskich zmieniali zdanie, gdy się ich nieco
przycisnęło.
Jednak właściciele niezależnych frachtowców, takich jak "Morleen",
należeli do innej kategorii: byli bardzo przywiązani do swoich statków,
a jeszcze bardziej do swojego wizerunku, w który mocno wierzyli.
Niejeden taki typ, uważając się za bohatera, odmawiał poddania swojej
jednostki, a niektórzy chowali się w korytarzykach technicznych całymi
dniami, czekając na to, by dostać z blastera od jej podwładnych.
Albo na szansę narobienia jej problemów.
Odgłos wystrzałów nie ustawał, więc Zilastra poprawiła sobie rękawice, a potem dobyła blasterów. Detonatory termiczne były tu bezużyteczne -
uszkodziłyby tylko frachtowiec. A jeśli użyje granatu gazowego, to cały
proces przyjęcia statku jeszcze bardziej się wydłuży. Nie, trzeba pójść
na całość, zanim...
Wystrzały ucichły.
Burlug spojrzał na nią.
-?Nic nie rób. To pułapka.
-?Serio...?
Usłyszała trzask zamykającego się włazu kokpitu -?a parę sekund później
rozległ się cichy szum uruchamianych silników frachtowca. Jego
właścicielka nadal próbowała ocalić swój cholerny statek!
Na szczęście istniało jeszcze jedno rozwiązanie, którego Zilastra nie
uwzględniała podczas strzelaniny. Na ścianie obok niej znajdował się
interkom. Włożyła do kabury jeden z blasterów i włączyła urządzenie.
-?Hej, słuchaj. Ty tam w kokpicie.
Szum z głośnika. A potem zachrypnięty głos.
-?Nie będę z tobą gadać. Spadaj z mojego statku!
-?A tak, często to słyszę. Jestem Zilastra.
Cisza. Po chwili osoba w kokpicie znów się odezwała.
-?Zilastra? Ze Szczeliniarzy?
-?Cieszę się, że o mnie słyszałaś. To znaczy, że wiesz, co zrobię.
Znów cisza. Burlug pokręcił głową.
-?Nie sądzę...
-?Czekaj -?powiedziała bezgłośnie Zilastra. Zwykle zajmowało to dziesięć
sekund.
Właścicielka frachtowca zdecydowała się w pięć.
-?Pozwól mi zatrzymać "Morleen".
-?Co?
-?Ten statek. Jest mój. Weź sam ładunek.
Zilastra też to już nieraz słyszała.
-?Co przewozisz?
-?Zbiorniki z kwasem przemysłowym. Czterdzieści tysięcy hektolitrów, dla
Introsphere na Gorse.
Ech. Zilastra skrzywiła w uśmiechu zielone usta.
Tymczasem silniki frachtowca zaczynały się już naprawdę rozgrzewać,
sądząc po odgłosie. Przekręciła gałkę interkomu.
-?No dobrze, masz szczęście. Tak się składa, że jest na to kupiec -
akurat tutaj, na Keldooine.
-?I co?
-?Zostawię ci jeden z tych zbiorników. Sprzedasz go i będziesz mogła
sobie znaleźć transport poza planetę.
-?Co?! -?W głosie właścicielki brzmiało zaskoczenie. -?Nie! Chcę mój
statek!
-?Taka jest moja propozycja. Ja zatrzymuję "Morleen". Jak chcesz z kimś
negocjować, to następnym razem daj się złapać sprzedawcy używanych
statków. -?Nastawiła ucha -?silniki szumiały coraz głośniej. -?Jeśli
twój statek odleci, moi podwładni go zestrzelą, nawet ze mną na
pokładzie.
-?Co? Naprawdę wydasz taki rozkaz?
-?Myślałam, że o mnie słyszałaś. Masz dziesięć sekund. -?Zilastra
wyłączyła interkom i wyjęła drugi blaster.
Po dziesięciu sekundach kobieta istotnie zmądrzała. Silniki zgasły. A gdy właz do kokpitu się rozsunął, zgasło też życie właścicielki statku -
trafionej z obu blasterów Zilastry, ustawionych na tryb zabijania.
Burlug wyszedł zza rogu korytarza i spojrzał na ciało, leżące obok zwłok
byłych zbirów Zilastry.
-?Stara dobra Zilastra. Uśmiech, a potem strzał.
-?Marnowała mój czas. -?Zilastra włożyła broń do kabur. -?Zabierz ją
stąd.
Burlug, który miał masę ciała dwukrotnie większą od swojej szefowej, bez
trudu podniósł bezwładne zwłoki byłej właścicielki statku.
-?Dokąd?
Zilastra pokazała kciukiem do tyłu.
-?Należy do niej jeden z tych zbiorników z kwasem w ładowni. Umowa to
umowa. -?Spojrzała na trupy swoich podwładnych. -?Ich też.
-?Jasne.
Zilastra też miała ochotę na kąpiel, choć raczej w czymś o wiele mniej
niebezpiecznym. Nautolanie w wodzie czuli się jak ryby, a choć praca
zmuszała ją do przebywania w przestrzeni kosmicznej, Zilastra lubiła się
wymoczyć. Miała jednak jeszcze sporo do załatwienia.
-?Burlużku, a gdzie ona się w ogóle chowała?
-?Pod tym kolektorem ciepła. Wkradła się do kokpitu tak, że nikt jej nie
zauważył.
-?Po prostu świetnie! -?Takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Zilastra
rozejrzała się w prawo i w lewo. -?A gdzie dzieciak?
Sięgnęła po komlink... Nie, lepiej będzie użyć systemu komunikacyjnego
statku. Po chwili jej głos zagrzmiał we wszystkich korytarzach.
-?Kyla Lohmata! Wyłaź natychmiast!
Metalowy panel ściany za Zilastrą upadł na pokład z brzękiem.
Ciemnowłosa dwunastolatka wyczołgała się z dziury wysokiej na metr.
Miała smugi smaru na twarzy i ubraniu. Zasalutowała, a jej szeroko
rozstawione brązowe oczy błyszczały figlarnie.
-?Na rozkaz, wasza wysokość!
Zilastra machnęła dłonią w rękawiczce.
-?Nie jestem w nastroju. Mam dwa trupy przez pilotkę, którą
przegapiliśmy. Sprawdzanie korytarzyków technicznych to twoja robota!
Kyla wygramoliła się na nogi.
-?Znalazłam coś innego. Wiedziałam, że będziesz chciała to zobaczyć.
-?I postanowiłaś tutaj dopełznąć, żeby mi to powiedzieć?
-?Wszędzie strzelali. -?Kyla podniosła panel, który wypchnęła ze ściany.
Jak cały korytarz, i on był poznaczony śladami strzałów z blastera byłej
właścicielki frachtowca. Dziewczynka błysnęła zębami w uśmiechu. -
Chodź! Do ładowni! -?I dała nura z powrotem do korytarzyka, zanim
Zilastra zdążyła ją złapać. Uklęknęła i zajrzała do środka -?Kyla
posuwała się przejściem szybko jak gryzoń. Zilastra wiedziała, że się
nie zmieści, więc krzyknęła za nią:
-?Jaki masz problem ze schodami?!
-?Tędy krócej!
Zilastra zacisnęła zęby, poirytowana. Burlug rzucił nad jej głową:
-?Mądry dzieciak. -?I parsknął śmiechem, przytrzymując zwłoki pilotki
przerzucone przez swoje potężne ramię. -?Dzięki temu nie musi słuchać
bury od szefowej. Ja też bym dał tam nura, gdybym się tylko zmieścił!
-?Idź do ładowni, zanim załatwię was oboje. -?Zilastra zaczekała, aż ją
minie, i ruszyła za nim. Dłuższą drogą do ładowni -?zwykłym korytarzem.
W życiu Zilastry nie było miejsca na własne dzieci. Już i tak miała
trudno, kiedy tworzyła gang Szczeliniarzy z wyrzutków z czterech innych
organizacji, działających w tej części Klina. Jednak jakimś cudem stała
się dla Kyli swego rodzaju zastępczym rodzicem. Dziewczynka podróżowała
na gapę statkiem handlowym, przejętym przez Zilastrę. Nie miała dokąd
pójść, więc została. Chudzina miała talent do wciskania się w miejsca, w które nikt inny się nie mieścił, i znajdywania rzeczy, których nikt inny
nie umiał znaleźć, dzięki czemu naprawdę się im przydawała.
W dodatku wśród wszystkich jej podwładnych, łaknących awansu i starających się nieustannie wywrzeć na niej dobre wrażenie, ta
niepoprawna mała przybłęda naprawdę się wyróżniała. Dawała z siebie
wszystko -?ale w ogóle nie próbowała knuć żadnych intryg. Zilastra nie
do końca ją przypominała, kiedy była młodsza, ale zdecydowanie
rozumiała, jak to jest, kiedy trzeba sobie samej radzić. Umiała też
docenić cudzą skuteczność działania i ostatnio powierzyła nawet swojej
znajdzie specjalne zadanie.
Zaczęła jednak wątpić w słuszność tej decyzji, gdy dotarła do ładowni.
Zgodnie ze słowami poległej w boju kapitan statku, stały tam zbiorniki,
przymocowane do pokładu. Opróżnić je można było jedynie w specjalnej
instalacji odbiorczej, z użyciem odpowiedniego sprzętu. Zilastra
natychmiast zrozumiała, że ten łup na niewiele im się zda.
-?Nie ma dzieciaka -?mruknął Burlug. -?A byłem pewien, że zdąży przed
nami!
W Zilastrze aż się zagotowało.
-?Znajda!
-?Jestem tutaj! -?rozległo się z góry.
Zilastra podniosła głowę. Jakimś cudem Kyla przedostała się na jeden z tych ogromnych zbiorników i przycupnęła przy otworze.
-?Co jest grane? -?zapytała piratka.
-?Będziesz chciała to zobaczyć na własne oczy -?odparła dziewczynka. -
Nie jestem już jedyną gapowiczką!
# Rozdział 5
ROZDZIAŁ 5
CORUSCANT
Wielkie Zachodnie Morze na Coruscant leżało naprawdę daleko od Świątyni
Jedi, ale Yaddle miała poczucie, jakby właśnie tonęła -?nie w żadnej
płynnej substancji, ale w zalewie przytłaczających ją informacji.
-?I jeszcze to -?rzekła i wzięła głęboki oddech, żeby znów zanurkować w biurokracji. -?Sprawa 50/17, dotycząca Yasha Helgana na Korelii.
Jej malutką zieloną sylwetkę przytłaczało półkoliste biurko w prywatnej
sali biblioteki. Odczytywała sprawy z datapadu dla droida zapisującego
dyktowane teksty. A przynajmniej tak jej się wydawało -?czy droid w ogóle jeszcze tam stał? Holoksiążki, z których korzystała, piętrzyły się
w stosach i przesłaniały jej niemal wszystko.
Poza prawą stroną biurka, nad którą ujrzała znajomą, miłą twarz.
-?Mistrzu Qui-Gonie!
-?Mistrzyni Yaddle. -?Qui-Gon pochylił głowę w ukłonie. -?Wybacz, że ci
przeszkadzam. Akurat przechodziłem.
Uśmiechnęła się.
-?Zawsze chętnie robię sobie przerwę podczas mojego sądnego dnia.
-?Sądnego? A czym się zajmujesz?
-?Kwestiami sądowymi. -?Małe zielone dłonie wskazały dokumenty leżące
wokół mistrzyni. -?Sądy galaktyczne zwykle utrzymują, że Jedi nie
ponoszą odpowiedzialności za wydarzenia, które zachodzą podczas ich
oficjalnych zadań na obszarze Republiki.
-?Zwykle... Ale nie zawsze?
-?Właśnie -?i są też inne rodzaje spraw. -?Uniosła datapad. -?Na
przykład tutaj mamy powództwa cywilne dotyczące niesłusznego zatrzymania
i we wszystkich tych sprawach brał udział Jedi, obecny podczas śledztwa
lub zatrzymania. Jedi nie mogą być w takim przypadku pociągnięci do
odpowiedzialności, ale dbamy o to, żeby składali zeznania. I to tylko
jeden rodzaj takich spraw.
-?Skomplikowane.
-?Mhm. Jednym z powodów, dla których podjęłam się tego zadania, jest to,
że żyję już bardzo długo i widziałam bardzo wiele... Zawsze istnieją
jakieś precedensy. Poza sytuacjami, w których jednak ich nie ma. -
Wskazała na ostatnią sprawę. -?Oto seria niefortunnych zdarzeń w życiu
biednego Yasha Helgana, padawana, który podczas przelotu taksówką
powietrzną włączył miecz świetlny, żeby sobie nim poświecić. Ostrze
przebiło oparcie siedzenia oraz droida kierowcę, w wyniku czego taksówka
wjechała nagle w paradę z okazji Święta Nocy Pamięci.
Droid zapisujący cofnął się o krok. Qui-Gon poklepał go po metalowym
ramieniu.
-?Jestem pewien, że droid został naprawiony.
-?Tak, kiedy już znaleziono wszystkie jego kawałki -?mruknęła Yaddle. -
Powiedzmy, że... wysunięto wówczas wiele roszczeń prawnych.
Zabrzęczał komlink Qui-Gona, mistrz przeprosił więc Yaddle i odebrał.
-?Tak, Obi-Wanie?
-?Załatwiłem transport dla tych, którzy tego potrzebowali.
-?Dobrze. Tylko uważaj, co robisz z mieczem świetlnym.
-?Co?
-?Nie, nic. Ja wciąż próbuję odhaczyć punkty na mojej liście. -?Qui-Gon
rozłączył się i spojrzał na Yaddle przepraszającym wzrokiem. -?Obawiam
się, że muszę iść dalej.
-?Jak przyszłość, zmienny jest zawsze i Qui-Gon -?rzekła Yaddle i uśmiechnęła się, patrząc, jak wysoki mistrz znika za równie wysokim
stosem dokumentów.
A potem spojrzała na czekającą ją pracę i westchnęła. "Iść dalej...
Ledwo pamiętam, jak to jest, kiedy się gdzieś idzie!"
Dlaczego wszystko jest takie granatowe?
Niemal nikt nie dorównywał Adi Gallii pod względem dyscypliny umysłu. To
między innymi dlatego jej koledzy z Najwyższej Rady Jedi często na nią
składali sprawy dyplomatyczne, a w szczególności stosunki z Senatem i innymi instytucjami Republiki.
I bynajmniej nie chodziło tylko o to, że pamiętała nazwiska i tytuły -?z tym radził sobie każdy droid protokolarny. Ale Adi potrafiła również
zrozumieć punkt widzenia wszystkich, z którymi rozmawiała. Znała ich
działalność ustawodawczą i najbłahsze szczegóły ich osobistych
inicjatyw. Zazwyczaj nie potrzebowała też datapadu, choć odkryła, że jej
rozmówcy czuli się lepiej, gdy miała urządzenie w ręku. Jej wystarczało
samo skupienie.
Mimo to zdarzało się, że rozpraszały ją przedziwne rzeczy. Półtorej
godziny od rozpoczęcia jednego z regularnych spotkań jej i mistrza Yody
z kanclerzem Valorumem i senatorem Palpatine'em złapała się na tym, że
coraz częściej błądzi wzrokiem po ścianach i meblach w pomieszczeniu.
Finis Valorum świętował swoją reelekcję w taki sam sposób jak zwykle -
całkowicie zmieniając kolorystykę wystroju swojego gabinetu (i nie
szczędząc na to kredytów). Tym razem wybrał niemal hipnotyczny,
intensywny granat, który miał zapewne wzbudzać u gości poczucie spokoju.
A może ich usypiać. Ale w końcu zebrania u Valoruma i tak wywierały taki
efekt.
-?Mamy jeszcze jeden problem na horyzoncie -?rzekł kanclerz, siedzący w ciemnoniebieskim fotelu. Pochylił się nad ogromnym biurkiem i dodał
posępnym tonem: -?Na Garqi odnotowano spadek wpływów z turystyki o jeden
przecinek dwa procent.
-?Dwa procent? -?upewnił się Yoda.
-?Jeden przecinek dwa procent -?poprawił Palpatine, siedzący obok Jedi.
-?Ale przekroczyło to prognozy w naszych modelach.
Valorum zajrzał do datapada.
-?Grupa robocza do spraw gospodarczych, na której czele stoi senator
Palpatine, ma teorię, że to pośredni skutek strajków w sektorze
produkcji kafu, który zaopatruje znaczną część branży turystycznej poza
szczytem sezonu.
Adi nagle zrozumiała, do czego zmierzał kanclerz.
-?Sugeruje pan wysłanie tam rycerzy Jedi? Do pomocy w rozmowach z pracownikami?
-?Jeśli ich tam poślemy na urlop, niewiele to pomoże -?odparł
uszczypliwie Valorum.
Yoda i Adi wymienili ukradkiem spojrzenia. "Cierpliwości".
-?Na Chamble mamy podobną sytuację -?dodał kanclerz. -?Tyle że tam
strajkuje miejscowa policja. Niepokoje z tym związane wpłynęły na
wartość rynkową Bansche Tech. Korporacja poniosła wielkie straty.
Adi zanotowała sobie tę sprawę w pamięci.
-?Czyli negocjatorzy na Chamble.
-?Och, nie. -?Palpatine podniósł wzrok znad datapada. -?Senator z Chamble mówi, że jej rząd absolutnie nie podejmie żadnych negocjacji.
Chce tylko ochrony dla firm.
-?Siłami policyjnymi nie jesteśmy -?odparł Yoda. -?Ani w służbie
korporacji firmą ochroniarską.
Takie żądania wysuwano wobec zakonu nieustannie i zarówno Yoda, jak i Adi zachowywali zupełny spokój.
-?Wystarczyłaby wizyta Jedi -?rzucił Valorum, odwracając wzrok.
Oglądając sobie paznokcie, dodał: -?Gdzieś, gdzie mieszkańcy zobaczą was
na terenie korporacji. Może moglibyście zwiedzić jej obiekty?
-?Oczywiście tylko jeśli mistrzowie uznają, że warto poświęcać na to ich
bardzo cenny czas. -?Palpatine uśmiechnął się uprzejmie do Jedi. -?Takie
decyzje leżą wyłącznie w waszej gestii. Może moglibyście zorganizować
tam misję szkoleniową. Są spektakularne i przyciągają uwagę.
Yoda spojrzał na Adi.
-?Mistrzyni Gallio...
-?Zanotowałam -?odparła, tym razem dla pozoru używszy datapada.
Palpatine, sojusznik kanclerza, zawsze wydawał się mieć na podorędziu
propozycję rozwiązania dla każdego problemu, który zgłaszał Radzie. To
właśnie dlatego Valorum zabierał go na te spotkania.
Wzięła głęboki oddech.
-?Kolejna sprawa?
Za jej plecami otworzyły się drzwi i droid asystent podszedł do biurka,
niosąc parę ciemnoczerwonych butów. "Zupełnie nie pasują do gabinetu" -
przemknęło przez głowę Adi. Czerwień była trochę zbyt intensywna, a motywy z błyszczących koralików po bokach wyglądały zdecydowanie
tandetnie. Valorum z pewnością nie włożyłby takich butów.
-?Są produkowane na Hafernii. To nowy członek Republiki -?wyjaśnił
kanclerz.
Polecił, by droid pokazał je z bliska Adi, która przyjrzała im się
uważnie. "Cóż, może Hafernianom się podobają". Udało jej się też
wymyślić pozytywny i niekłamliwy komentarz.
-?Na pewno są dumni ze swoich wyrobów -?rzekła.
-?O tak -?powiedział kanclerz. -?Chcieliby przysłać kilka palet do
Świątyni.
-?Palet, hmmm? -?powtórzył Yoda.
-?Palet z butami.
Adi była zupełnie zbita z tropu.
-?Z radością przekażemy je potrzebującym. -?Nie mogła oderwać wzroku od
tych zbrodni na rzemiośle. -?Jeśli nie sądzi pan, że są na to trochę
zbyt eleganckie.
-?Och, nie -?odparł Valorum. -?Nie są przeznaczone na cele dobroczynne.
Są dla was.
-?Dla nas?
-?Dla Jedi. Chodzi o to, żebyście je nosili, oczywiście.
Wytrzeszczyła oczy.
-?Jedi... mieliby nosić te buty...
-?Tylko od czasu do czasu -?uspokoił ją kanclerz. -?Żeby pokazać
Hafernii, że Republika z radością przyjmuje ich produkty.
Palpatine machnął ręką.
-?I oczywiście przekazują je za darmo.
Buty nadawały się na parkiet taneczny -?ale zdecydowanie nie na misje.
-?Nie sądzę, żeby się nam przydały, kanclerzu. -?Pokazała je siedzącemu
obok Yodzie. -?Prawda, mistrzu?
Yoda zachichotał.
-?Wiele rzeczy wiem. Ale butów nigdy nie nosiłem!
-?No tak, rzeczywiście. -?Zmarszczyła brwi. -?Doceniam ten gest
Hafernian, kanclerzu, ale Jedi nie wspierają publicznie żadnych
produktów.
Palpatine uniósł brwi.
-?Ależ wręcz przeciwnie. Wspieracie Republikę Galaktyczną i szerzenie
dobrych rządów.
No cóż, w istocie tak było, ale ta sprawa wydawała się Adi śmieszna! Na
innych spotkaniach Valorum nieraz żądał od nich równie niemożliwych
rzeczy i do Adi w końcu dotarło, że wiele z nich nie miało dla niego
najmniejszego znaczenia. Kanclerz służył jako tuba do przekazywania
próśb i wniosków swoich sojuszników. Często chciał tylko móc powiedzieć,
że podał taki wniosek dalej.
Buty wyglądały na jedną z takich właśnie spraw.
-?Cóż, naprawdę są okropne -?stwierdził Valorum. Popatrzyli z Palpatine'em na siebie i prychnęli śmiechem.
-?Hafernianie rzadko opuszczają swoją planetę -?rzekł senator. -?Nigdy
się nie zorientują.
"A, to z głowy". Adi zwróciła buty droidowi i przygarbiła się w fotelu.
Znowu zmarnowali czas na dyskusję o czymś, czego i tak nie mieli zrobić.
Zanim droid wyszedł, zwrócił się do nich z informacją:
-?W poczekalni znajduje się Jedi. Przedstawił się jako Qui-Gon Jinn.
Adi nie wiedziała, że wrócił na Coruscant.
-?Zapewne czeka na nas -?rzekła.
-?Zawsze uwagi coś nowego wymaga -?stwierdził sentencjonalnie Yoda.
Spojrzał na Adi. -?Tym ty się zajmij, proszę. Za stary jestem, żeby w tę
i we w tę biegać.
Wyraźnie chciał dać jej szanse na ucieczkę ze spotkania, ale nie mogła
się na to zgodzić.
-?Mistrz Qui-Gon z pewnością przyszedł do ciebie, mistrzu.
-?Kanclerzowi nie powinniśmy zajmować tym czasu. Dłuższe nogi twoje.
Z tym nie mogła się nie zgodzić. Wstała i poszła za droidem. Jak też
Yoda znosił takie oficjalne spotkania po tylu wiekach?
Poczekalnia przed biurem kanclerza w Gmachu Rządowym Republiki miała
wystrój w poprzedniej kolorystyce. Najwyraźniej architekt wnętrz
Valoruma i jego wykonawcy do tego pomieszczenia jeszcze nie dotarli. Adi
uśmiechnęła się na widok czekającego tam Jedi.
-?Mistrzu Qui-Gonie, dobrze cię znów widzieć.
Ukłonił się.
-?I ciebie również, mistrzyni. -?Skrzywił się z zakłopotaniem. -
Powiedziałem droidowi, żeby wam nie przeszkadzał.
-?Uczynił mi przysługę. -?Roześmiała się. -?Co cię tu sprowadza?
-?Załatwiałem pewne sprawy związane z moją ostatnią wyprawą. Kiedy
jednak usłyszałem, że jesteście tutaj z mistrzem Yodą, postanowiłem tu
wstąpić, licząc na to, że spotkanie już się skończyło. Jest pewna
kwestia, o której chciałbym porozmawiać z całą Radą.
-?Mam nadzieję, że przetrwam do tego czasu. -?Rzuciła okiem na drzwi do
biura Wielkiego Kanclerza. -?Spotkanie może jeszcze potrwać i raczej nie
będę w stanie skontaktować się z innymi członkami Rady. Ale jeśli
zobaczysz któregoś z nich, poproś, żeby ustalili dla ciebie termin tego
zebrania.
-?Dobrze. -?Ukłonił się ponownie. -?Przykro mi, że wyciągnąłem cię ze
spotkania.
-?Już kiedyś ci mówiłam, nigdy nie przepraszaj za to, że zrobiłeś coś
słusznego. -?Uśmiechnęła się pod nosem. -?I komu ja to mówię....
Odprowadziła Qui-Gona wzrokiem, a potem przygotowała się psychicznie i wróciła do biura. Uczestnicy spotkania przeszli do czegoś, co stało się
stałym etapem tych nasiadówek -?i co wszyscy postanowili zgodnie i bez
większego zastanowienia nazwać realokacjami zasobów. Valorum i Yoda byli
pogrążeni w żywej dyskusji, ale gdy Palpatine zauważył, że wróciła,
nachylił się i podał jej datapad.
-?Oto lista posunięć, które na razie zalecamy, mistrzyni Gallio.
-?Przyjrzę się im bardzo uważnie.
Ale jej wzrok padł najpierw znów na co innego. Nie na rozmawiających,
nie na kolejne jednostki przemieszczające się za wielkim prostokątnym
oknem. Nachyliła się do Palpatine'a, osłoniła usta, żeby tylko on ją
słyszał, i wskazała na ściany.
-?Skąd taki właśnie odcień niebieskiego?
-?Są gusta i guściki -?odszepnął Palpatine. -?Czasem zastanawiam się,
jak by to wszystko wyglądało w czerwieni.
Rozdział 6
ROZDZIAŁ 6
BAZA SZCZELINIARZY
KELDOOINE
No popatrzcie mi tylko na to -?mruknęła Zilastra. Nadal znajdowali się w ładowni "Morleen". Nieco wcześniej wezwała posiłki w postaci IK-111,
swojego droida zabójcy, ale raczej niepotrzebnie. Mieli przed sobą trzy
chwiejące się, wykrzywione postacie w brudnych ubraniach. Z trudem
trzymały się na nogach przed wymierzonymi w nie blasterami czarnego
droida. Zilastra pokręciła głową. "Co za łachudry!"
Wydobyli ich z jedynego zbiornika na pokładzie frachtowca, w którym nie
znaleźli kwasu. Do środka można było się dostać tylko przez otwór na
górze. Zbiornik miał dziesięć metrów wysokości. Pół godziny zajęło im
wyciągnięcie tych gapowiczów za pomocą liny.
-?Jak przechodziłam wcześniej, usłyszałam ich krzyki -?wyjaśniła Kyla. -
Raczej nie są członkami załogi. Cuchną, jakby siedzieli tam już sporo
czasu. Chyba tam po prostu utknęli.
-?Cofnij się, IK. -?Zilastra sprawdziła, czy droid jej posłuchał. -?Skąd
ten statek przyleciał?
-?Z Randona -?odpowiedział Burlug. Stał na schodach obok innego
zbiornika, szykując się do pozbycia trupa byłej właścicielki przejętego
frachtowca. -?Mała, myślisz, że to gapowicze?
-?W życiu bym się nie schowała tak głupio. -?Kyla wzruszyła ramionami.
Devaronianin. Houk. Klatooinianin. Zilastra pstryknęła palcami.
-?To wy próbowaliście porwać "Królewski Zefir"!
Nie odzywali się, ale Zilastra, jak każdy dobry gracz, umiała odczytywać
inne istoty. Houk miał poważną twarz, ale rozbiegane oczy. Bał się, że
była policjantką. Klatooinianin bał się, że nią nie była. U niego z kolei poruszało się wszystko poza oczami -?wiercił się nerwowo.
Devaronianin zaś, gdy wspomniała o ich nieudanym przestępstwie, podniósł
głowę. Ach, był z tego dumny, choć nie miał z czego -?i jego zachowanie
oznaczało jeszcze coś, a mianowicie to, że to on nimi dowodził, a przynajmniej tak mu się wydawało. Zilastra zwróciła się więc do niego.
-?Ktoś ty?
-?Niezwykły Miotacz. Ten Niezwykły Miotacz.
-?Czyżby było więcej Miotaczy?
Miotacz wyciągnął rękę, co spotkało się z poirytowanym, ostrzegawczym
pomrukiem droida. Devaronianin opuścił ją więc szybko i próbował
zamaskować niepewność.
-?To ja jestem mózgiem naszej grupy.
-?A to bardzo dla was przykro.
Zilastra zaczęła przechadzać się przed nimi w tę i we w tę. Stojąca z boku Kyla nie spuszczała z niej wzroku.
-?Słyszałaś o nich? -?zapytała.
-?Trzech bandziorów zaatakowało statek pasażerski na Ootmian Pabol. Po
ich kwaterze można poznać, jak dobrze im to poszło. -?Wbiła wzrok w nerwowego Klatooinianina. -?Złapaliście pierwszy transport, który miał
silnik. Dobrze mówię?
Klatooinianin zerknął na Burluga, wrzucającego właśnie zwłoki do
zbiornika z kwasem. Mlasnęło obrzydliwie. Niedoszły porywacz o mało nie
osunął się na ziemię.
-?Nie ma co gadać z Wungiem, kochana -?powiedział Miotacz. -?Mówiłem ci,
to ja tu jestem od myślenia. -?Uderzył się w pierś. -?Widzę, że
działacie w tej samej branży. Miło poznać inną...
Zilastra rzuciła się na Miotacza, łapiąc jego rogi. Zacisnęła na nich
mocno ręce i wykorzystała je jak dźwignię, żeby wykręcić mu szyję.
-?Au! Puszczaj!
-?Nikt nie ma prawa atakować statków kompanii Królewskie Przewozy! -
oświadczyła Zilastra, wykręcając mu kark jeszcze mocniej. Pod Miotaczem
ugięły się nogi.
Wungo wzdrygnął się i skrzywił.
-?Czy... to twoje terytorium?
Miotacz, pomimo bólu, wykrztusił:
-?Ale... Mieliśmy dać wam ten statek, przysięgam. Mówiliśmy o tym, no nie,
Ghor?
-?Właśnie! -?potwierdził Houk. -?Mieliśmy dać statek Parszywcom!
Zilastra wbiła w niego wściekły wzrok.
Ghorowi zadrżały usta.
-?Zaraz, nie. Mówiliśmy o Kolczastych Czaszkach.
Kiedy Zilastra nic na to nie odpowiedziała, Wungo wyjąkał:
-?N-nie, czekaj. Mówiliśmy o Brudnej Forsie!
Cisza. Miotacz, łapiąc gwałtownie powietrze, wykrztusił w końcu:
-?Zatrute Ostrza?
-?Jestem Zilastra -?oznajmiła. Szarpnęła do góry rogi Miotacza i przyciągnęła jego udręczone oblicze do siebie. -?I dowodzę
Szczeliniarzami!
-?Właśnie! -?rzekł szybko Miotacz, jakby właśnie go oświeciło. -
Chcieliśmy porwać ten statek dla Szczeliniarzy!
Ghor pokiwał głową.
-?Tak. Dla Meliniarzy.
Zilastra skrzywiła się.
-?Szczeliniarzy, ty głupku. I jak to niby -?chcieliście go porwać dla
mnie?
-?Żeby ci pokazać, co umiemy -?wyjaśnił Miotacz. -?No, gdyby się
udało...
-?Nie chcę, żeby ktoś napadał na statki Królewskich Przewozów. Dla mnie
czy dla kogokolwiek innego. I każdy, kto pracuje na terenie Klina,
powinien to wiedzieć. Zrozumiano?
Miotacz wytrzeszczył na nią oczy.
-?Eee... Nie.
O nie, Zilastra z pewnością nie będzie im tego wyjaśniać. Puściła
Devaronianina -?osunął się na kolana. Odwróciła się i spojrzała na
Burluga.
-?Jeszcze trzech do kąpieli w kwasie -?poleciła i pstryknęła palcami. -
I to już. Chodź, Kyla!
Towarzysze Miotacza, wciąż trzymani na muszce, zaczęli krzyczeć.
Devaronianin jako jedyny wyrzucił z siebie zdanie złożone z sensownych
słów.
-?Zaczekaj! Nie rozumiem! -?zawołał, gdy Zilastra ruszyła do drzwi. -
Właśnie nam powiedziałaś, że nie chcesz, żeby ktoś porywał statki tej
kompanii. A myśmy go nie porwali! Zanim zdążyliśmy przejąć nad nim
kontrolę, powstrzymał nas Jedi!
Ach, to nienawistne słowo... Zmrużyła oczy i przystanęła. Odwróciła się.
-?Czy ty mi mówisz, że zostaliście powstrzymani przez Jedi?
-?Tak. -?Ghor pokiwał żywiołowo głową. -?I to nie był byle jaki Jedi.
Ale mistrz Jedi!
-?I to nie byle jaki mistrz Jedi -?dodał Wungo. -?Ale doktor od mózgu!
Zilastra spojrzała na niego, zaskoczona.
-?Co?
-?No wiesz, jeden z tych takich, co to mówią do ciebie i pytają, czemu
kradniesz rzeczy. -?W końcu przypomniał mu się właściwy termin. -
Doradca.
Przez głowę Zilastry przemknęło kilka przypuszczeń, jak należało
rozumieć to słowo. Zmarszczyła brwi i wybrała najidiotyczniejszą.
-?Chodzi ci o to, że był z Najwyższej Rady Jedi?
-?Właśnie -?potwierdził Miotacz. -?Tylko że nie był. Miał być, ale był
zbyt niebezpieczny i potężny!
-?Tak było! -?Ghor postanowił pośpiesznie dodać swoje dwa kredyty. -
Strzelał zabójczymi blasterowymi wiązkami z oczu!
Wungo skinął głową.
-?A ten drugi zamienił mnie w słup lodu! A tylko mnie dotknął!
-?Ale z ciebie dureń -?warknęła i spojrzała na nich ze złością. -?I jak
to "ten drugi"?
-?Było ich dwóch -?wyjaśnił Miotacz. -?Tamten chyba też był człowiekiem
Rady.
-?Członkiem Rady -?poprawiła Zilastra i zaraz dotarło do niej, na co
zmarnowała ostatnią minutę swojego życia. Odetchnęła głęboko. -?Jeśli
ten Jedi naprawdę was złapał, to czemu nie jesteście w areszcie -?albo
nie wyciągnęliście kopyt? I nie mówcie mi, że uciekliście. Nie
potrafiliście nawet wyleźć z tego zbiornika.
Zapadła chwila ciszy. Trójka gapowiczów zapewne zastanawiała się, jaką
wersję jej sprzedać. W końcu Miotacz przyznał niechętnie:
-?Kontrolowali nasze umysły.
-?Bo ktoś na pewno powinien. -?Nie uwierzyła im w tę bajeczkę. Jedi
podobno umieli wpływać na słabe umysły, ale ten efekt nie trwał długo. Z drugiej strony nie było innego racjonalnego wyjaśnienia dla tej
historii. Popatrzyła na Kylę. -?Mała, wyciągnij raport z...
-?Już mam. -?Dziewczynka trzymała w ręce datapad. -?Twój informator na
Randonie mówi, że był to jeden Jedi z uczniem. -?Prychnęła śmiechem. -?I nawet nie włączyli mieczy świetlnych.
"Bezczelniachy" -?pomyślała Zilastra. Choć Republika i zakon Jedi
wycofali się z tego szlaku handlowego, Jedi nadal działali tam bezkarnie
-?albo tak im się wydawało. Kretyni tacy jak Miotacz i jego kumple tylko
im to ułatwiali. Dla takich niedołęg nie było miejsca w żadnym
szanującym się gangu, a już z pewnością nie pośród Szczeliniarzy.
Sprawa ta jednak trochę ją zaniepokoiła. Jedi na pokładzie statku
Królewskich Przewozów? Trochę za blisko jej interesów. Może był to
przypadek, ale jeśli istniało nawet małe prawdopodobieństwo, że jej
najbardziej znienawidzeni wrogowie węszyli w pobliżu z powodu jej
planów, oznaczało to, że Zilastra musiała podjąć decyzję, która
wzbudzała w niej jeszcze większą niechęć niż Jedi.
-?Nie zabijemy was -?oznajmiła w końcu. -?Ale opowiecie nam wszystko, co
się tam zdarzyło. Każdy najmniejszy drobiazg.
Trzej niedoszli porywacze statków, w porywie poczucia ulgi, zaczęli
mówić wszyscy naraz.
Zilastra podniosła ostrzegawczo palec wskazujący.
-?Ale najpierw pomożecie posprzątać ten statek. -?Spojrzała na Burluga.
-?Te dwa trupy nadal są z przodu?
-?I więcej zwłok na rufie. Ci, co nie chcieli do nas dołączyć. -
Mężczyzna zatrzasnął pokrywę na zbiorniku z kwasem. -?I narobiło się tam
trochę syfu.
-?Zabierz tych typków ze sobą. A jeśli będą sprawiali problemy...
Nie musiała kończyć zdania. Burlug wyszedł, a za nim, posłusznie,
wykuśtykali trzej gangsterzy.
Zilastra spojrzała na Kylę.
-?Dziś w nocy znowu idziesz do biura Królewskich Przewozów w kosmoporcie, prawda?
-?Uhu. Jak zwykle -?mogę wynosić tylko po jednej.
-?Kiedy już tam będziesz, sprawdź, czy mają coś w bazie danych o Jedi.
Nie chcę, żeby nam tu węszyli. Kapujesz?
-?Jasne.
-?I uważaj -?tamta okolica jest na terenie Ostrzy. Zawracał ci tam
kiedyś ktoś głowę?
-?Raz, ale poradziłam sobie. Mam ochroniarkę. Pomogła mi odstraszyć paru
zbirów.
Zilastra zmarszczyła brwi, choć nie tylko przez to, że ktoś napastował
Kylę.
-?Jaką ochroniarkę? Nie dałam ci nikogo.
-?Poznałam ją na ulicy. Kradła skuter. Nazywam ją Rozruszką. Och, gdybyś
widziała, jak walczy! Zaproponowałam jej, żeby mnie woziła tam i z powrotem.
-?Pewnie pomaga jej to, że jest w stanie dosięgnąć przełączników. -
Zilastra parsknęła śmiechem. -?Czyli znajda znalazła sobie podwładną. Na
pewno możesz jej ufać?
-?A powinnam ufać komukolwiek, kogo mi dasz za szofera?
"Przynajmniej ktoś pamięta moje nauki" -?pomyślała Zilastra i się
uśmiechnęła.
-?Spadaj. Ja muszę sprawdzić, czy pod podłogą nie kryje się zespół z kantyny.
Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
NA POKŁADZIE
"KRÓLEWSKIEGO ZEFIRA"
W NADPRZESTRZENI
Dzień dobry!
Mistrz Jedi Qui-Gon Jinn, oparty o ścianę liniowca międzygwiezdnego,
podniósł głowę. Obi-Wan Kenobi nie mówił jednak do niego. Okazało się,
że znalazł wreszcie wolne miejsce w zatłoczonej kabinie pasażerskiej
"Królewskiego Zefira" i właśnie odezwał się do ciemnowłosej kobiety,
siedzącej po drugiej stronie przejścia. Qui-Gon nie potrzebował
instynktu Jedi, by wyczuć jej niepokój. Zagadnięta, tylko mocniej
przycisnęła do siebie torbę.
Obi-Wan również to zauważył i zaraz postanowił ją uspokoić.
-?Przepraszam. Nie wiedziałem, że pani spała.
-?Nie spałam -?odparła krótko.
-?W nadprzestrzeni to rzeczywiście trudne. -?Wskazał na wirujące pasma
za brudnymi iluminatorami "Królewskiego Zefira". -?Trudno ocenić, jaka
to pora dnia. Czuję, że nie lubi pani latać, tak jak ja...
Skrzywiła kwaśno twarz.
-?To miejsce jest zajęte -?rzekła sucho.
Obi-Wan rozejrzał się dookoła.
-?Przepraszam, powinienem był...
-?Lada chwila wróci mój mąż.
Obi-Wan szybko wstał.
-?Proszę mi wybaczyć.
Ukłonił się i ruszył przejściem między fotelami w stronę Qui-Gona, który
stał pod ścianą przy drzwiach do mesy, z dużą metalową walizką, którą
przewozili. W oczach jego mistrza lśniły iskierki humoru.
-?Kłopoty przy podchodzeniu do lądowania?
-?Nie doleciałem nawet do właściwej galaktyki.
-?Zanim dolecimy na Coruscant, na pewno zaprzyjaźnisz się chociaż z jedną osobą, Obi-Wanie. -?Qui-Gon odwrócił głowę i rozejrzał się po
pomieszczeniu, w którym znajdowało się o wiele więcej pasażerów niż
miejsc siedzących. -?Rzekłbym, że zgodnie z zasadami rachunku
prawdopodobieństwa inny scenariusz jest w zasadzie niemożliwy.
Qui-Gon często zachęcał swojego padawana, żeby wykorzystywał
spokojniejsze chwile w trakcie ich międzygwiezdnych peregrynacji i próbował się z kimś bliżej zapoznać. Zaprzyjaźnić. Nie żeby Obi-Wan źle
sobie radził z nawiązywaniem znajomości, wręcz przeciwnie -?cechował go
w tej dziedzinie naturalny talent. Jednak metody wychowania, które
przekształcały małych adeptów w rycerzy Jedi, przyczyniały się również
do izolowania ich od innych mieszkańców galaktyki -?a przez to młodzi
Jedi mogli nabierać niewłaściwego wyobrażenia o swoim miejscu we
wszechświecie. To właśnie dlatego Qui-Gon często podróżował zwykłymi
pasażerskimi statkami, takimi jak "Królewski Zefir" -?o cokolwiek
mylącej nazwie. Był to jeden z coraz mniej licznych statków kursujących
po Ootmian Pabol, niegdyś ważnej trasie prowadzącej z Klina na
Coruscant. Pozornie niekończący się lot statkiem, w którym cuchnęło jak
w zgniatarce śmieci, stanowił przeżycie trudne i uczące pokory.
Po prawej stronie Qui-Gona rozsunęły się automatyczne drzwi. Patrzyli z Obi-Wanem, jak z mesy wychodzi znużony mężczyzna, niosąc w objęciach
wiercące się dzieci. Nie zwracając uwagi na dwóch Jedi, mężczyzna
podszedł do kobiety, z którą wcześniej próbował rozmawiać Obi-Wan. Podał
żonie jedno z dzieci i pokazał jej torebkę z jedzeniem -?takie skromne
racje wydawano w mesie. Cała rodzina wyglądała na wyczerpaną, ale też
bardzo głodną. Otworzyli szybko torebkę i w mig ją opróżnili.
Qui-Gon podszedł do nich i wyjął dwa małe przedmioty z fałd płaszcza.
Młodzi rodzice unieśli głowy.
-?Przepraszam. Upuścił pan żetony na posiłek.
-?Nie są moje -?odparł mężczyzna, patrząc na niego podejrzliwie. -
Właśnie wykorzystałem nasz ostatni.
-?A, czyli pewnie przylepiły się panu do butów. O to tu nietrudno. -
Spojrzał na głodne dzieci, a potem znów popatrzył na rodziców. -?Proszę.
Nie powinny się zmarnować.
Matka przez chwilę mierzyła go nieufnym wzrokiem, a potem wzięła żetony
i wstała. Z córeczką na biodrze skierowała się szybko do mesy, a Qui-Gon
powrócił na posterunek.
Obi-Wan uśmiechnął się pod nosem.
-?A, czyli śniadanie sobie odpuszczamy.
-?I tak by ci nie smakowało.
-?Zapewne masz rację, mistrzu. -?Przesunął wzrok po ponurych twarzach w sali. -?Obawiam się, że brak mi dobrego podejścia do zwykłych osób,
mistrzu.
-?O, i znowu to samo. -?Qui-Gon pokręcił głową. -?Każda istota jest
lepsza od ciebie, Obi-Wanie. Pamiętaj o tym, a służba innym stanie się
twoją drugą naturą.
-?A mnie nigdy nie znudzi się słuchanie tego morału. -?Obi-Wan wypatrzył
inne wolne miejsce, całkiem niedaleko. Wyprostował się. -?Wracam do
boju.
-?Może tym razem z większą energią. W mesie nie ma już ani odrobiny
kafu.
-?Tak jest.
Padawan dzielnie usiadł obok dużej, przygarbionej postaci. Qui-Gon
widział już wcześniej tego pasażera -?był to potężny przedstawiciel rasy
Houk o szorstkiej niebieskiej skórze, bez widocznych uszu czy nosa.
Zresztą żadnej z tych cech nie było teraz widać, ponieważ Houk owinął
się płaszczem i naciągnął kaptur. Dziwne, bo w sali panowała naprawdę
wysoka temperatura.
Obi-Wan upewnił się szybko, czy Houk nie śpi, po czym uśmiechnął się
przesadnie szeroko i odezwał do niego.
-?Witam!
Pasażer wytrzeszczył na niego wyłupiaste żółte oczy, warknął -?i nagle
podniósł się z fotela na całą swoją imponującą wysokość. Zrzucił
płaszcz. W uprzęży na piersi miał blaster.
Obi-Wan otworzył szeroko oczy.
-?Jeśli chciał mieć pan spokój, wystarczyło powiedzieć!
-?Zamknij się! -?Muskularny Houk odwrócił się do sali i wrzasnął: -
Teraz!
Dwóch innych zakapturzonych pasażerów wstało z foteli i pozbyło się
swoich okryć. Klatooinianin z blizną na twarzy i rogaty Devaronianin
sięgnęli po broń. Devaronianin jako pierwszy podniósł rękę z blasterem -
jego złociste oczy i ostre kły błysnęły, gdy krzyknął:
-?Niech nikt się nie rusza!
Obi-Wan drgnął, jakby miał zamiar wstać -?zaraz jednak znieruchomiał i spojrzał na swojego mistrza. Qui-Gon trzymał rękę nad mieczem świetlnym,
schowanym pod swoją szatą, ale i on czekał. Rzucił uczniowi spojrzenie,
które ten z pewnością zrozumiał. "Żadnego rozlewu krwi. Zbyt wiele tu
niewinnych osób, które nie mają się gdzie ukryć".
-?Co to ma znaczyć?! -?zawołał starszy pasażer.
Devaronianin zamachał blasterem.
-?Niech no się przedstawię. Jestem Niezwykły Miotacz -?tak, właśnie ten
Miotacz! Na tym statku rozkazują teraz Parszywcy!
Parszywcy... Qui-Gon wiedział, że to jeden z kilku międzygwiezdnych gangów
działających na terenie Klina, kolosalnego wąskiego trójkąta układów
gwiezdnych, ciągnącego się od Światów Jądra po Zewnętrzne Rubieże. Nie
była to organizacja znana na Coruscant, a jej nazwa nie wydawała się
dobrym wyborem do celów werbunkowych. Jednak pasażerowie ją znali -
zdradzały to ich zaniepokojone spojrzenia.
Nazwa ta zbulwersowała też kogoś innego -?Houka stojącego obok Obi-Wana.
-?Parszywcy? -?zapytał. -?Myślałem, że robimy to dla Kolczastych
Czaszek.
-?Dla Czaszek? -?powtórzył basem Klatooinianin. -?Rozmawialiśmy o tym,
Ghor. Brudna Forsa zapłaci więcej niż tamte.
-?Zamknij się, Wungo. -?Miotacz pogroził Klatooinianinowi blasterem. -
Pogadamy, kiedy tu skończymy.
Kolczaste Czaszki. Brudna Forsa. Qui-Gon znał te nazwy. Były to gangi z tutejszego podziemia, coraz częściej działającego nad ziemią. Ukradkiem
przesunął walizkę, którą przewozili, pod pobliski fotel. Jakoś na pewno
uda się wybrnąć z tej sytuacji. Qui-Gon musiał tylko wymyślić jak.
-?To szaleństwo -?oświadczył młody ojciec, przytulając do siebie
kurczowo zapłakanego synka. -?Nie mamy nic, co by nam można ukraść!
-?A to widać. -?Miotacz wskazał blasterem sufit. -?Kradniemy statek. -
Skinął na Houka. -?Ghor, wiesz, co robić.
Ghor wyjął pustą płócienną torbę spod fotela i ruszył przejściem między
siedzeniami.
-?Dawać tu broń! -?warknął.
Odwrócił się tyłem do Obi-Wana -?wreszcie jakiś uśmiech losu! -?ale nie,
Qui-Gon wiedział, że to nie jest dobra chwila, by wkroczyć do akcji, bo
Klatooinianin Wungo również chodził między pasażerami. I też podstawiał
im worek, ale domagał się tylko wartościowych przedmiotów.
-?Mówiliście, że chcecie tylko statek -?oburzył się jakiś Rodianin.
-?Morda w kubeł! -?warknął Wungo.
Starszy pasażer wyjąkał, szlochając:
-?C-co z nami będzie?
Miotacz zaśmiał się drwiąco.
-?Wysadzimy was wszystkich na najbliższym postoju.
-?Gdzie? -?zaniepokoił się młody ojciec. -?Co nas tam czeka?
Devaronianin podniósł z irytacją głos:
-?Przestańcie jęczeć. Macie szczęście, że nie wyrzucimy was przez śluzę!
Qui-Gon widział i słyszał już aż nadto. Porywacze nie mieli planu ani
nawet nie uzgodnili między sobą, dla kogo pracują. Amatorszczyzna często
oznaczała lekkomyślność i prowadziła do tragedii -?jeśli on, Qui-Gon,
nie zrobi czegoś szybko i rozsądnie. Rzucił swojemu padawanowi jeszcze
jedno spojrzenie, wiedząc, że ten zorientuje się, o co chodzi, i zrobił
krok naprzód.
Podniósł ręce, pokazując, że są puste, i odezwał się łagodnym tonem:
-?Moi drodzy, nie musicie tego robić.
Miotacz spiorunował go wzrokiem.
-?Kim jesteś?
-?Kimś, kto chciałby tylko spokojnej podróży. -?Założył ramiona na
piersiach. -?Nie chcę, żeby komuś stała się krzywda.
-?Krzywda stanie się tylko tobie! -?obiecał zjadliwie Miotacz.
Ghor wycelował w Qui-Gona.
-?Dobra, skoroś taki odważny... -?burknął. -?Gdzie masz blaster?
-?Zwykle obchodzę się bez niego.
Ogromny gangster parsknął śmiechem.
-?Takiś dobry, co?
Miotacz zawarczał.
-?Dajcie temu wielkiemu bohaterowi nauczkę, a potem do kokpitu.
-?To ty się znasz na lataniu -?przypomniał Ghor.
-?Rób, co mówię!
Gdy koledzy Miotacza ruszyli ku Qui-Gonowi, za jego plecami rozległ się
szelest rozsuwających się drzwi do mesy. Obejrzał się -?do sali
wchodziła matka z niesfornym dzieckiem na ręku. Dopiero po trzech
krokach zobaczyła wycelowane w siebie blastery.
-?Leerah, uciekaj! -?krzyknął jej mąż.
Kobieta w panice potknęła się o próg i straciła równowagę. Córka
wyślizgnęła jej się z rąk -?pod nią była metalowa podłoga. Kobieta
krzyknęła przeraźliwie... Zaraz jednak umilkła -?wpatrywała się z niedowierzaniem w dziecko. Dziewczynka unosiła się w powietrzu, nogami
do góry, tak nisko nad podłogą, że omiatała ją włosami.
-?Wszyscy ciągle coś tu upuszczają -?mruknął Qui-Gon z ręką wyciągniętą
przed siebie.
Dziewczynka śmiała się, zachwycona, póki matka nie porwała jej z powrotem w objęcia.
Wszyscy obecni w pomieszczeniu patrzyli na tę scenę jak zamurowani -?ale
największe zaskoczenie malowało się na twarzach porywaczy. Miotacz miał
szeroko otwarte usta.
-?Jedi! -?syknął.
-?A dokładniej -?powiedział Obi-Wan -?mistrz Jedi. -?Wstał. -?W dodatku
nie byle jaki. Raz zaproponowano mu nawet fotel w Najwyższej Radzie
Jedi. Wiecie, co to jest?
Grymas na obliczu Miotacza wskazywał, że przynajmniej on o niej słyszał.
-?Tam są podobno sami najlepsi. Szefowie -?burknął.
Ghor wytrzeszczył oczy na Qui-Gona.
-?W takim razie co on tu robi?
-?Odmówił im -?wyjaśnił Obi-Wan. -?Uznał, że oderwie go to od jego
głównego zajęcia.
-?Czyli?
-?Ochrony komercyjnych lotów kosmicznych. Statki, które chroni, nigdy
nie są porywane.
Ghor prychnął.
-?Ochrona? Jedi nie robią takich rzeczy. -?Popatrzył na Devaronianina. -
Nie robią. Prawda?
-?Oczywiście, że nie! -?żachnął się Miotacz. -?Obecnie Jedi praktycznie
nie zaglądają w te strony.
-?A jednak -?rzekł Qui-Gon.
Wungo przenosił pełen paniki wzrok z Qui-Gona na uratowaną dziewczynkę i z powrotem.
-?Widzieliście, jak ją zatrzymał w powietrzu? -?syknął. -?Nie
wiedziałem, że tak umieją.
-?Jedi nie obnoszą się ze swoimi umiejętnościami. -?Obi-Wan zrobił krok
naprzód. -?Ale wieści się rozchodzą. Z pewnością słyszeliście plotki.
Miotacz zmarszczył brwi.
-?Jakie plotki?
-?O tajemnych mocach Jedi. Niektóre są naprawdę niezwykłe. Na przykład
możemy pozbawić kogoś zbroi, wypowiadając parę słów.
Ghor zacisnął mocniej palce na blasterze.
-?Ach tak?
Qui-Gon pokręcił głową.
-?Dzisiaj tego nie zrobię -?powiedział. -?Ani niczego... bardziej
spektakularnego.
Wungo wbił w niego niepewny wzrok.
-?Czyli czego?
-?Niech cię o to głowa nie boi. -?Qui-Gon złożył dłonie. -?Jak się
nazywa planeta, na której mieliście wszystkich wysadzić?
Na to pytanie Miotacz potrafił odpowiedzieć.
-?Randon.
-?Doskonale. Zadbam o to, żeby pilot tam się zatrzymał. A potem wasza
trójka wyokrętuje się i znajdzie sobie środek transportu, żeby wrócić
tam, skąd się wzięliście. -?Uniósł brew. -?Miejmy nadzieję, że będzie to
statek, na którego pokład wejdziecie legalnie.
-?Wyokrętuje się? -?powtórzył Miotacz.
-?To znaczy wysiądzie -?podpowiedział Obi-Wan.
-?Wiem, co to znaczy...! -?Devaronianin urwał i parsknął śmiechem. -?Nie
zamierzamy wysiadać z tego statku.
-?Och, myślę, że zdecydowanie będziecie chcieli.
-?A jeśli nie?
-?Alternatywa jest... nieprzyjemna -?odparł Qui-Gon. Spojrzał na
Obi-Wana. -?Mój współpracownik może to potwierdzić.
Ghor podążył za wzrokiem Qui-Gona.
-?Jesteś jego współpracownikiem?
Obi-Wan pochylił głowę w ukłonie.
-?Jeszcze jeden rycerz Jedi? -?burknął Miotacz.
-?Tak jakby. -?Obi-Wan musnął palcami padawański warkoczyk. -?To
skomplikowane.
Miotacz zaklął soczyście i rozejrzał się.
-?Świetnie. A jest was tu więcej?
-?Nieważne -?powiedział nerwowo Wungo. -?Ja chcę się dowiedzieć, co to
za nieprzyjemna alternatywa!
-?Nie jestem pewien, czy na pewno chcesz -?odparł Obi-Wan i spojrzał z niepokojem na Qui-Gona. -?Mistrzu, powiedz mi, że nie zamierzasz zrobić
tego, co mi się zdaje. -?Skrzywił się i wzdrygnął. -?Nie chcę znowu
sprzątać.
-?Nie powiedziałem, że to moje preferowane rozwiązanie! -?zaprotestował
Qui-Gon. -?Tylko jeśli nie będę miał wyboru.
Miotacz nie wyglądał na przekonanego.
-?Kolejna tajemna umiejętność Jedi? Czemu nigdy o tym nie słyszałem?
-?Doskonałe pytanie! -?pochwalił go Obi-Wan. -?Może istnieje powód, dla
którego o tym nie słyszałeś?
-?Bo wcale nie umiecie robić takich rzeczy!
-?Albo?
Minęła chwila, zanim trzem porywaczom zaświtało w głowach, o co może
chodzić. Pierwszy wpadł na rozwiązanie Wungo.
-?Nikt, komu to zrobiliście, nie przeżył?
-?Oczywiście, że nie. -?Qui-Gon spojrzał niepewnie na Obi-Wana. -
Rzekłbym raczej, że zdecydowanie nie.
Obi-Wan miał taką minę, jakby na myśl o tym robiło mu się niedobrze.
-?To znaczy, nawet gdybyście przeżyli, naprawdę wolelibyście nie -
powiedział ze współczuciem.
Wungo opuścił blaster.
-?Dobra. Ja odpadam -?oznajmił.
-?Taaak -?zawtórował Ghor. -?Ja też już nie chcę.
Miotacz zaczynał wpadać w furię.
-?Co wy, durnie, pleciecie? Pracujecie dla mnie. Po prostu ich
zastrzelimy!
-?A może my zastrzelimy ciebie -?warknął Ghor. Podniósł znów blaster,
tym razem mierząc do Miotacza. -?Kto w ogóle zrobił z ciebie dowódcę?
Qui-Gon podniósł ręce.
-?Nie musicie tego robić. Istnieje wyjście z tej sytuacji.
-?Na początek potrzebujemy tej broni -?dodał Obi-Wan. Podszedł do Ghora
i wyciągnął do niego rękę. -?Przechowamy ją w bezpiecznym miejscu.
Qui-Gon skinął głową.
-?I zapewniam, że ją zwrócimy.
Wungo prawie się potknął, w pośpiechu oddając broń, a Ghor wręcz wcisnął
blaster do ręki Obi-Wana.
Miotacz gapił się na nich w osłupieniu. W końcu jęknął z rozpaczą i opuścił blaster. Obi-Wan szybko mu go odebrał.
-?Wszyscy poczuliby się również o wiele bardziej komfortowo, gdybyście
poczekali w ładowni -?rzekł Qui-Gon.
-?W ładowni? -?zapytał Wungo i rozpromienił się. -?Tam, gdzie są
wszystkie ciekawe rzeczy?
-?Nie, w jednej z tych pustych. Nieładnie by było, gdybyście zabrali
bagaż pasażerom. -?Qui-Gon odebrał porywaczowi worek z kosztownościami.
-?Chcecie nas tam zamknąć! -?wybuchnął Miotacz.
-?Tak będzie lepiej, zapewniam -?odparł uspokajającym tonem Qui-Gon,
odstawiając worek na bok. -?Dzięki temu ja i mój partner nie będziemy
musieli was pilnować. A wy nie będziecie musieli przebywać w jednym
pomieszczeniu z nami.
To wystarczyło. Obi-Wan otworzył drzwi i wskazał je zachęcającym gestem.
-?Zapraszam panów.
Trzech przestępców popatrzyło po sobie i, mrucząc pod nosem, podeszło do
niego.
-?Mam nadzieję, że nie dowiedzą się o tym Parszywcy -?burknął Miotacz.
-?Ja bym do nich i tak nie przystępował -?mruknął Obi-Wan. -?Okropna
nazwa.
Qui-Gon odwrócił się do pasażerów.
-?Proszę wybaczyć to zamieszanie. Ale teraz znajdą tu państwo jeszcze
trzy wolne miejsca.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
NA POKŁADZIE
"KRÓLEWSKIEGO ZEFIRA"
W NADPRZESTRZENI
Zrób sztuczkę, zrób sztuczkę!
Dziewczynka zapewne dopiero niedawno zaczęła mówić, ale te akurat słowa
wypowiadała wyraźnie -?i w kółko. Powiększały gwar, wypełniający kabinę
pasażerską "Królewskiego Zefira" po zniknięciu porywaczy. Stewarda,
który wreszcie przyszedł, żeby sprawdzić, co się dzieje, od razu zalały
niezliczone skargi.
Qui-Gon powstrzymał się od dalszych występów przed dziewczynką. Pomimo
przedstawienia, jakie odegrali tak zręcznie z Obi-Wanem, Jedi zwykle nie
popisywali się swoimi niezwykłymi umiejętnościami. Była to zdaniem
mistrza Jedi rozsądna zasada. Wyczyny dokonywane na oczach wielu osób
tylko poszerzały niepokojącą przepaść dzielącą zakon Jedi i zwykłych
mieszkańców galaktyki. Qui-Gon miał jednak nadzieję, że nastrój na
statku ulegnie nieco poprawie.
Ten stan trwał jednak tylko do powrotu jego padawana z ładowni.
-?Nasi niedoszli porywacze są bezpiecznie zamknięci -?oznajmił Obi-Wan,
wchodząc do kabiny. -?Dalsza podróż powinna upływać spokojnie.
-?Spokojnie...? -?Leerah podeszła szybko i zabrała swoje niesforne
dziecko. -?Obiecujecie nam spokojną podróż?
Obi-Wan machnął rękę.
-?Nie oczekujemy podziękowań. Dobrze, że choć tyle mogliśmy zrobić...
-?Ja wam nie dziękuję! I zdecydowanie choć tyle mogliście zrobić!
Wytrzeszczył oczy.
-?Przepraszam...?
Leerah odwróciła się gwałtownie, przyciskając dziecko do siebie, i wskazała pozostałych pasażerów.
-?Większość z nas pochodzi z Tharbena. Pamiętacie Tharben?
-?A, oczywiście -?odparł Obi-Wan, nieco zdziwiony. -?Kilka lat temu
byłem tam w placówce Jedi. Piękna planeta.
-?Owszem, była piękna -?rzekł ostro mąż kobiety. -?Ale przez wysoką
przestępczość w tej części Klina gildie zaczęły coraz rzadziej korzystać
z Ootmian Pabol i Republika przestała dofinansowywać patrole sił
bezpieczeństwa naszej planety. -?Spojrzał przenikliwie na padawana. -
Naprawdę nie wiesz, co się stało później?
Qui-Gon ulitował się nad swoim zakłopotanym uczniem.
-?Zakon Jedi zamknął placówkę na Tharbenie w ubiegłym roku, Obi-Wanie.
-?Och. -?Padawan, zawstydzony, spuścił wzrok.
-?Mój uczeń nie jest informowany o takich sprawach. -?Qui-Gon przechylił
głowę. -?Co się w związku z tym stało?
Tym razem głos zabrał starszy pasażer siedzący kilka metrów dalej.
-?Tharben znajduje się na skraju Przestworzy Huttów, więc zarówno
Republice, jak i gangom opłacało się dbanie o to, by planeta
funkcjonowała sprawnie. Przydawała się jako baza postojowa i handlowa,
do robienia interesów z niebezpieczniejszymi miejscami. Ale teraz nie ma
żadnej przeciwwagi. -?Wycelował palec w Jedi. -?Wy ją zapewnialiście.
Obi-Wan spojrzał na niego z zaskoczeniem.
-?Zaraz. Jeśli jest to przy Ootmian Pabol, to tam nadal jest
bezpiecznie. Przecież Republika zajmuje się...
Qui-Gon uciszył go gestem. Teraz powinni tylko słuchać.
Steward, zadowolony, że nie jest już obiektem pretensji pasażerów, dodał
swoje dwa kredyty.
-?Gwiezdne mapy nie pokazują prawdziwego stanu rzeczy. Granica Republiki
poza Środkowymi Rubieżami jest tylko teoretyczna -?i tak to wygląda od
lat. Trasy nadprzestrzenne w Klinie, prowadzące do Przestworzy Huttów,
są dotknięte sporą plagą piratów. Istnieją rozległe rejony, w których
jest zbyt niebezpiecznie i nikt tam nie lata. -?Zrobił zakłopotaną minę.
-?Jak zresztą widzieliście.
Leerah, zapinająca właśnie córce pasy na fotelu, powiedziała:
-?Urodziłam się i wychowałam na Tharbenie. Zdarzały się tam czasem złe
rzeczy, ale ja nigdy niczego takiego nie widziałam. A teraz wszystko
dzieje się na naszych oczach. Kiedy fabryki nie mogły już płacić
haraczu, gangi je spaliły -?a razem z fabrykami zniknęła praca moja i Vale'a. -?Wstała i zatoczyła ręką wokół siebie. -?Przynajmniej na tym
szlaku statki jeszcze latają. -?Spojrzała z ukosa na stewarda. -?Bo
latają, prawda?
Steward natychmiast stanął w obronie reputacji swojej firmy.
-?Kompania Królewskie Przewozy ma szczęście -?dzisiejsze kłopoty to
zdecydowanie coś wyjątkowego. I póki tak zostanie, będziemy nadal latać.
Wciąż jest dużo lotów komercyjnych na Ord Jannak i Kwenn.
-?Na... -?Obi-Wan urwał i obejrzał się na Qui-Gona. Wyraźnie miał
wątpliwości, czy powinien powiedzieć głośno, co o tym wiedział.
Jego mistrz go wyręczył.
-?Wczoraj właśnie zamknęliśmy placówkę Jedi na Ord Jannak. -?Qui-Gon
podniósł walizkę. -?Przewozimy rzeczy stamtąd na Coruscant.
W sali zawrzało -?wszyscy zaczęli mówić jednocześnie.
-?Cudownie! -?zawołała Leerah. -?Cały Ootmian Pabol po prostu umrze.
Czyli wydostaliśmy się stamtąd w ostatniej chwili!
Obi-Wan zaczekał, aż gwar trochę przycichnie, i podniósł rękę.
-?Te placówki to nie posterunki policyjne! To tylko miejsca, w których
rycerze Jedi mogą się zatrzymać i prowadzić badania, kiedy odwiedzają
jakąś planetę. -?Wzruszył ramionami. -?Jedi prawie tam nie bywali.
-?Nie myśl, że o tym nie wiemy -?odparł pochmurnie starszy pasażer. -
Ale nie zawsze tak było. Moi dziadkowie mówili, że placówka na Tharbenie
w ich czasach zawsze była pełna życia. I Jedi często z niej wychodzili,
żeby pomagać mieszkańcom. -?Pokręcił głową. -?I nawet kiedy przylatywali
coraz rzadziej, wiedzieliśmy, że kiedyś ktoś jednak się tam pojawi. Ten
budynek wciąż coś znaczył.
Odzywało się coraz więcej osób. Jedna z nich poruszyła inny temat -?była
to Ithorianka z dzieckiem w objęciach, która wskazała na Leerah i Vale'a.
-?Widziałam, co dla nich zrobiłeś, Jedi. Dałeś im żetony na posiłek. A masz żetony dla wszystkich?
-?A jutro? -?rzucił ktoś inny. -?Co wtedy zrobisz?
Qui-Gon starał się utrzymać spokojny ton rozmowy.
-?Kiedy dolecimy na Coruscant, zapewniam was, że instytucja Republiki,
która zajmuje się uchodźcami...
-?Nie jesteśmy uchodźcami! -?krzyknął ktoś.
-?Proszę mi wybaczyć. Zajmuje się osobami zmuszonymi opuścić nagle swoje
miejsce zamieszkania. Ona zadba we współpracy z wami, żebyście mieli
zakwaterowanie i wyżywienie.
-?Cierpię na przewlekłą chorobę -?odezwał się jeden z pasażerów. -?Nie
mogę mieć przerwy w leczeniu.
-?Zajmą się również i tym.
-?Mnie niewiele zostało do ukończenia studiów! -?rzekł inny. -?Co teraz
z moim dyplomem?
-?To też da się zrobić. -?Qui-Gon miał świadomość, że nie do niego
należało załatwienie wszystkiego i że nikt nie mógł tego od niego
oczekiwać. Ale i tak zamierzał spróbować. Wyjął komlink. -?Przysięgam,
natychmiast skontaktuję się z kim trzeba.
-?Przekazujesz nas komuś innemu -?podsumowała Leerah i machnęła ręką z irytacją. -?Zawsze tyle słyszałam o Jedi. Nigdy żadnego nie widziałam,
ale wszyscy mówili, że to przez to, że ratujecie ludzi, a zaraz potem
odchodzicie. -?Obrzuciła Obi-Wana lekceważącym spojrzeniem i prychnęła.
-?Czyli w końcu przyszła kolej i na nas!
-?To niesprawiedliwe! -?wyrwało się Obi-Wanowi. Chłopak jednak zaraz
złagodził głos. -?To znaczy, to nie do końca tak...
Dzieci Leerah, wytrącone z równowagi zamieszaniem, płakały.
Obi-Wan wyglądał, jakby zupełnie nie wiedział, co powinien zrobić.
Qui-Gon potrafił zrozumieć dlaczego. Galaktyczna skala obowiązków zakonu
sprawiała, że Jedi skupiali się obecnie przede wszystkim na tym, co
wielu zwało Mocą kosmiczną -?szeroką perspektywą, obejmującą wszystkich
w chwili obecnej oraz w przyszłości. I tak właśnie postępowali
członkowie Najwyższej Rady. Ambitni padawanowie, którzy stawiali ich
sobie za wzór, starali się również koncentrować na astropolitycznej
scenie galaktyki -?na sprawach o wielkim znaczeniu.
Choć jednak członkowie Rady, tacy jak mistrz Yoda, regularnie pouczali
padawanów, by pamiętali o chwili teraźniejszej, o tym, gdzie znajdują
się obecnie, wielu uczniów zapominało, że problemy, które wydawały się
drobne w skali galaktyki, dla jednostki mogły być czymś przytłaczającym.
Nadzieje i obawy żywych istot wchodziły w skład tego aspektu Mocy, który
Qui-Gon starał się zrozumieć przez całe swoje życie.
A Żywa Moc wymuszała działanie tu i teraz. Qui-Gon postawił na podłodze
walizkę z głośnym stukiem. Pasażerowie ucichli.
Odszukał wzrokiem stewarda.
-?Jak daleko do Coruscant?
-?Jeszcze dość daleko. Mamy wcześniej kilka postojów.
-?Nie szkodzi. -?Qui-Gon podniósł ręce w uspokajającym geście i zwrócił
się do pasażerów. -?To prawda, że mamy zadania, przez które musimy
lecieć dalej. Ale na razie jesteśmy z wami i ja oraz mój uczeń
wysłuchamy wszystkiego, co zechcecie nam powiedzieć. -?Spojrzał poważnie
na Leerah. -?I nie poprzestanę na wysłaniu wiadomości. Masz moje słowo.
Nie odwróciła wzroku.
-?Słowo Jedi...?
-?Słowo kogoś, kto chce pomóc.
Po chwili skinęła głową.
W sali znów rozległ się gwar -?pasażerowie zastanawiali się z sąsiadami,
o czym powinni powiedzieć Jedi i kto zabierze głos.
Obi-Wan podszedł, podniósł walizkę i szepnął do swojego mistrza:
-?Chyba tęsknię za tymi chwilami, kiedy ktoś celuje do nas z blastera.
-?Często ci mówię, żebyś zważał na Żywą Moc. Dziś dostałeś niecodzienną
szansę, by usłyszeć jej słowa. -?Qui-Gon położył dłoń na ramieniu
swojego ucznia i wyszeptał: -?Nie zlekceważ ich.
# Rozdział 3
ROZDZIAŁ 3
CORUSCANT
Jeden tom ręcznie spisanych uwag dotyczących naprawy miecza świetlnego.
Jedna naukowa publikacja z rozważaniami na temat Poetyki Jedi. Jeden
podręcznik omawiający kod -?nieaktualny.
W przedsionku Archiwów w Świątyni Jedi na Coruscant Eeth Koth patrzył,
jak archiwistka segreguje zawartość walizki przywiezionej przez Qui-Gona
Jinna z zamkniętej placówki na Ord Jannak. Wiedział, że w tamtym miejscu
nie zostało wiele wartościowych rzeczy i to, co znajdowało się w walizce, chyba to potwierdzało.
Archiwistka znów się odezwała.
-?Jeden identyfikator gościa pozwalający na wstęp do głównego gmachu na
Ord Jannak -?nieważny. Dwie datakarty z oznaczeniem, że zostały
wyczyszczone z danych. Jeden... -?Archiwistka urwała, podnosząc do oczu
arkusz flimsi. -?Coś, czego nie rozpoznaję. -?Odwróciła się do Eetha. -
Mistrzu?
Wziął go od niej. Specjalizował się w rzadkich przedmiotach, ale okazało
się, że w tym przypadku jego wiedza zawiodła.
-?Muszę cię prosić o pomoc z tym dokumentem -?powiedział do Qui-Gona.
-?Trochę czasu nam zajęło, zanim się domyśliliśmy -?odparł lekko
zakłopotany Qui-Gon. -?To rachunek za wyżywienie pewnego Hutta, któremu
pozwolono odwiedzić placówkę wiele wieków temu.
Zabrak przesunął wzrok po liście liczb na dokumencie.
-?Imponujące. Rozumiem, czemu postanowili to zachować. Na wieczną
pamiątkę...
-?Albo jako ostrzeżenie, żeby już nikt nigdy nie wydawał tyle na gościa
-?mruknął Qui-Gon.
Eeth, jeden z najnowszych nabytków w Najwyższej Radzie Jedi, nadzorował
obecny etap zamykania placówek na różnych planetach. Zamykanie różnych
instytucji stanowiło coś zwyczajnego w galaktyce, w której obroty na
zmianę się zwiększały i zmniejszały, przez co różne zasoby przenoszono
gdzie indziej, by lepiej je wykorzystać. Jednak gdy zamykano placówki
Jedi, nawet małe i rzadko używane, jak ta na Ord Jannak, wymagało to
specjalnych procedur. Zakon nierzadko musiał przekazać oficjalnie
budynek placówki władzom danej planety. Zawsze też należało przejrzeć na
miejscu rzeczy i dokumenty, zabytkowe lub dotyczące ważnych spraw, a najistotniejsze przewożono na Coruscant, gdzie członek Najwyższej Rady
wydawał ostateczną decyzję, co powinno się znaleźć w archiwach Jocasty
Nu.
Eeth dobrze sobie radził z przetwarzaniem informacji docierających z galaktyki i miał dużą wiedzę o położeniu większości odległych placówek
zakonu. Z początku stanowiło to jego chwilowe zajęcie, ale z czasem
przeistoczyło się w stały obowiązek -?coraz uciążliwszy. Wydawało się
bowiem, że ilekroć Yoda i Adi Gallia wychodzili ze spotkania z kanclerzem Valorumem, należało się spodziewać polecenia zamknięcia
kolejnej placówki Jedi.
Jednak zdaniem Eetha trywialne rzeczy zabrane z Ord Jannak stanowiły
tylko potwierdzenie, że tamtejszą placówkę zlikwidowano słusznie.
-?To miejsce świeciło pustkami przez lata.
-?Tak też wyglądało -?przyznał Qui-Gon.
-?Czyli załatwione. -?Eeth dał znak swoim pomocnikom, żeby pozbyli się
rzeczy z Ord Jannak, a potem spojrzał na walizkę, w której Qui-Gon je
przywiózł. Na jednym z jej boków widniał wypukły symbol -?złoty puchar w ośmioramiennej gwieździe. -?To nie należy do nas.
Qui-Gon skinął głową.
-?Kiedy skierowałeś nas na Ord Jannak, nie mieliśmy ze sobą nic, w czym
można by coś przewieźć. Zanim wsiedliśmy na pokład statku, dostaliśmy to
od kompanii Królewskie Przewozy -?to ich logo.
Eeth przyjrzał się uważniej.
-?Marka Bezpieczny Bagaż. Naprawdę dobra. -?Obmacał rogi. -
Elektroniczne zabezpieczenia przed skanowaniem. Mocne.
-?Kompania wypożycza je kurierom, bankowcom -?każdemu, kto podróżuje z przedmiotami, na których mu zależy. Jak już widziałeś, blokada działa na
hasło głosowe. Fragment z kodeksu to pomysł Obi-Wana.
Eeth się uśmiechnął.
-?Kod z kodeksu.
-?Obi-Wan nie gardzi grami słów. -?Usta Qui-Gona drgnęły w uśmiechu.
-?Każę to zwrócić do biura Królewskich Przewozów. -?Eeth zatrzasnął
walizkę. -?W takim razie zamykamy tę sprawę. Na was dwóch zawsze można
polegać, mistrzu Qui-Gonie. Zdaję sobie sprawę, że takie zadania nie
należą do szczególnie ekscytujących, ale musi je wykonywać Jedi
odpowiedniej rangi, a nie ktoś spoza zakonu. Dziękuję za drobiazgowość.
-?Uczniowie powinni widzieć na własne oczy, jak się robi takie rzeczy.
-?Ale nie ma potrzeby przesadzać. I chociaż możecie być wezwani na
rozmowę w tej sprawie, to teraz jesteście wolni -?do kolejnego zadania.
Jeszcze raz dziękuję.
-?Doceniam to, mistrzu. -?Qui-Gon umilkł na chwilę. -?Zanim odejdę,
chciałbym jednak porozmawiać o czymś z Radą.
Eeth spojrzał na niego uważnie.
-?O tej placówce?
-?Tak... Ale też o czymś innym. -?Qui-Gon zmarszczył brwi. -?To naprawdę
sprawa, o której powinna usłyszeć cała Rada. Kiedy macie kolejne
posiedzenie?
Eeth przyznał, że nie wie.
-?Już dawno powinno się odbyć, ale byłem tak zajęty obowiązkami tutaj,
że nie jestem nawet pewien, gdzie kto się znajduje. Wielu z nas jest
poza planetą. To w niczym nie przeszkadza...
-?Ale trzeba to wcześniej zorganizować. -?Qui-Gon skinął głową. -?Ja też
mam inne sprawy do załatwienia. Przywieźliśmy ze sobą nie tylko tę
walizkę.
-?Dotarłem do turbiny -?zabrzmiał głucho głos z góry.
-?Wybornie -?rzekł Plo Koon, pchając ciężką metalową kratę. -?Nie śpiesz
się.
Na pierwszy rzut oka każdy, kto ujrzałby scenę w hangarze serwisowym w Świątyni Jedi, mógłby sądzić, że Plo próbuje złapać ogromny statek
transportowy własnymi rękami. Jednostka wisiała dwa metry nad najniższym
punktem platformy i tam właśnie stał Kel Dor, z uniesionymi w pogotowiu
rękami odzianymi w rękawice. W rzeczywistości statek utrzymywały w powietrzu cztery repulsorowe podnośniki, stojące pod rufą i dziobem, zaś
Plo przekazywał narzędzia do dolnego włazu technicznego i odbierał je
stamtąd.
Nie należało to raczej do zadań członka Rady, ale remonty floty
planetarnej Jedi bardzo się opóźniały i Plo uznał, że najlepiej będzie
zmotywować techników własnym przykładem.
Z włazu znów odezwał się głos:
-?Wypuszczam chłodziwo. Uwaga.
Plo uznał, że potrwa to z minutę. Odwrócił głowę... i wytrzeszczył oczy,
bo przeczucie nieuchronnego niebezpieczeństwa zwróciło jego uwagę na
jeden z generatorów podnośników repulsorowych podtrzymujących przód
transportowca. W rozbłysku krótkiego spięcia urządzenie przestało
działać. Statek gwałtownie się przechylił, grożąc zmiażdżeniem
pracujących pod nim mechaników. Jednak gdy tylko zaczął się obniżać w stronę Plo, ten wyciągnął rękę i, czerpiąc z Mocy, unieruchomił
jednostkę. Był to jednak tylko chwilowy ratunek. Plo wiedział, że nie
zdoła unosić tak wielkiej maszyny. Drugą ręką wykonał gest w kierunku
zepsutego generatora i wywarł nacisk umysłem na dźwignię, która
przełączała urządzenie z głównego ogniwa zasilania na rezerwowe. Moc mu
sprzyjała -?generator zaszumiał, uruchamiając się na nowo.
Róg statku, znów pchany siłą antygrawitacyjną, podniósł się -?jednak
zbyt szybko. Z włazu nad Jedi posypały się klucze. Plo, sięgając umysłem
do przedmiotów po raz trzeci w ciągu kilku sekund, uchwycił narzędzia w powietrzu nad swoją głową. Niestety ta umiejętność nie pomogła mu w starciu z ostatnim przedmiotem, który wypadł z chwiejącego się statku -
niezamkniętego wiadra ze zużytym płynem chłodniczym. Na jego widok
poluzował uchwyt na narzędziach -?a zawartość wiadra chlusnęła na jego
twarz.
-?Mistrzu Plo!
-?Nie podchodźcie! -?zawołał, czy raczej wybełkotał niewyraźnie Plo do
techników. Natychmiast zajął się też problemem bełkotania, usuwając płyn
z aparatu oddechowego, a potem przetarł gogle, żeby sprawdzić, co się
dzieje ze statkiem. Sytuacja wyglądała na ustabilizowaną.
Ujrzał też coś innego -?twarz z rogami skierowanymi w dół, spoglądającą
na niego z włazu. Saesee Tiin patrzył chłodno na kolegę.
-?A więc to tu się podziewasz -?rzucił.
Plo strząsnął płyn z szaty.
-?Nie śmiej się ze mnie.
-?Czy kiedykolwiek mi się to zdarzyło?
-?Cóż -?nie.
W bursztynowych oczach Saeseego błyszczała irytacja.
-?Miałeś podawać mi narzędzia.
-?Mistrzu Tiin, czyżbyś nie zauważył, jak zakołysał się statek?
-?Mam pracę. -?Saesee obrzucił wzrokiem narzędzia rozrzucone na
platformie. -?A one są tam.
I tyle właśnie empatii można było oczekiwać od Saeseego, Plo dobrze to
wiedział. Żaden z nich nie należał do najwylewniejszych Jedi, ale Plo
jednak doskonale radził sobie z logistyką zarządzania dużymi zespołami,
zaś Saesee specjalizował się wyłącznie w statkach kosmicznych. W lataniu
-?i w naprawianiu ich. Oznaczało to w ostatnich czasach, że większość
rozmówców Saeseego należała do jednej z dwóch grup -?podwykonawców lub
droidów, ewentualnie uczniów werbowanych przez Plo do naprawiania
transportowców Jedi, wymagających regularnego serwisowania. Zarządzanie
taką grupą wiązało się zdecydowanie z nieustającą frustracją, którą
zwiększały jeszcze próby zmodernizowania floty.
-?Mistrzu Plo.
Głos, który odezwał się za nim, nie był głosem jednego z techników, ale
pewnego znajomego mu padawana. Obi-Wan Kenobi podał mu ręcznik.
-?Dziękuję, Obi-Wanie. -?Plo wytarł sobie twarz. -?Widzę, że wróciliście
z Klina.
-?Że też nie dotarłem tu minutę wcześniej... -?Obi-Wan ukleknął i zaczął
zbierać klucze z podłogi.
Saesee zeskoczył z włazu z pustą skrzynką na narzędzia. Mocno zbudowany
Iktotchi zręcznie uniknął poślizgnięcia się na płynie rozlanym na
platformie.
-?Kenobi -?rzekł. Nigdy nikogo nie witał elokwentniej. -?Zamierzasz
dołączyć do naszego zespołu?
-?Obawiam się, że jestem w trakcie innej misji, mistrzu Tiin. -?Obi-Wan
włożył narzędzia do skrzynki. -?Qui-Gon chciałby wziąć jeden z promów
transportowych. W kosmoporcie znajduje się grupa podróżnych, której nie
stać na opłatę za przejazd do centrum migracyjnego po drugiej stronie
Coruscant.
Saesee wytrzeszczył oczy.
-?To oficjalny wniosek o statek?
-?Nie, ale dotyczy to czegoś, co wydarzyło się podczas naszej ostatniej
misji. A właściwie w drodze powrotnej.
-?Nie zajmują się tym stosowne instytucje Republiki? -?zdziwił się Plo
Koon.
-?Jest problem z finansowaniem. Mistrz Qui-Gon miał nadzieję, że uda się
go w ten sposób obejść. -?Obi-Wan zesztywniał. -?Zajmujemy się tym... w naszym wolnym czasie.
-?To godne pochwały -?odparł Plo i powiódł ręką po hangarze. -?Niestety,
jak widzisz, większość naszej planetarnej floty jest uziemiona.
Obi-Wan pokiwał z rezygnacją głową.
-?Zawsze warto zapytać -?westchnął.
-?Mechanicy nie mogą pracować szybciej -?powiedział Saesee. -?I nawet
Jedi są w stanie im pomóc tylko do pewnego stopnia. Cierpliwości.
Plo nie miał złudzeń w sprawie tego, kto był pomysłodawcą tej prośby -
ani co do tego, jaką cierpliwość wykazywał Qui-Gon, gdy chodziło o zmniejszenie cierpienia innych. Plo pochwalał oczywiście jego szlachetne
zamiary, choć nie do końca mógł się zgodzić z takim samowolnym
wykorzystywaniem zasobów Jedi. Wiedział jednak, że Qui-Gon z pewnością
będzie szukał innej możliwości.
-?Moc dopomoże -?rzekł więc tylko.
-?Przepraszam, mistrzu Plo -?odezwał się uprzejmy głos.
Plo odwrócił się i zobaczył, że jest to jeden z techników zajmujących
się serwisowaniem droidów, Heezo, który podszedł do nich, żeby pomóc w sprzątaniu platformy. Selonianin zwrócił się do wszystkich:
-?Proszę mi wybaczyć, ale usłyszałem, jaki macie problem. -?Spojrzał na
Obi-Wana. -?Znam kierowczynię z branży muzycznej, która jest mi winna
przysługę. Naprawiłem jej kiedyś droida. Czy waszym znajomym nie będzie
przeszkadzało, że zostaną podwiezieni luksusowym śmigobusem?
-?Przeszkadzało? -?Obi-Wan uśmiechnął się od ucha do ucha. -?Będą
zachwyceni. Od bardzo dawna nie spotkali się z dobrym traktowaniem.
-?Zorganizuję to. -?Heezo spojrzał pytająco na Plo. -?Za twoim
pozwoleniem, mistrzu.
-?Oczywiście. -?Plo wziął mop od Heeza. -?Zajmij się tym, a ja tu
skończę sprzątać.
Technik ukłonił się i poszedł szybko do wyjścia.
Plo rozłożył ręce.
-?Widzisz? Moc już dopomogła.
Obi-Wan podziękował -?i zaraz poprosił o coś jeszcze.
-?Mistrz Qui-Gon miał nadzieję na rozmowę z całą Radą. Czy w najbliższym
czasie będziecie mieli jakieś zebranie?
Saesee prychnął.
-?A kto to wie. -?I wskazał na chaos wokół. Wszędzie, przy każdym promie
i innych pojazdach repulsorowych krzątali się technicy.
-?Rozumiem. -?Obi-Wan skinął głową i przed odejściem ukłonił się
uprzejmie. -?Zgodnie z twoją radą, mistrzu, będziemy cierpliwie czekać.
Dwaj mistrzowie Jedi odprowadzili go wzrokiem.
-?Uczeń zaiste godny szacunku -?stwierdził Plo. -?Mam nadzieję, że
Qui-Gon nie wpędzi go w żadne kłopoty.
Saesee wcisnął mu w ręce skrzynkę z narzędziami.
-?Martw się mniej, pracuj więcej.