Rozdział 1
LEIA DRGNĘŁA I OBUDZIŁA SIĘ, uderzając głową o zagłówek pokryty
szorstką tkaniną. Wyciągnęła ręce, próbując się czegoś przytrzymać, aby
nie spaść z siedzenia. Krzyknęła cicho - choć było to raczej krótkie,
niespokojne westchnienie, dobrze słyszalne w pustym pomieszczeniu -
kiedy jej palce zacisnęły się na brzegu konsoli komputerowej. Dopiero po
chwili oprzytomniała na tyle, by sobie przypomnieć, gdzie się znajduje.
Cichy szum maszynerii i odległe pobrzękiwanie - ktoś coś naprawiał, choć
znalazł sobie nietypowy czas na takie zajęcie - ach, czyli przebywała na
"Sokole Millennium", a nie na "Raddusie" podczas ataku Najwyższego
Porządku, kiedy to poczuła, że w pobliżu znajduje się jej syn. I nie w zimnej ciemności kosmosu, jaka otoczyła ją zaraz potem.
Wybudziła się ze snu, tego samego, który regularnie dręczył ją od
jakiegoś czasu. Znajdowała się w rozległej pustce próżni: sama, było jej
zimno, a organizm słabł, podobnie jak siła woli. W rzeczywistości ożyła
i rozjarzyła się w niej Moc, gorąca, intensywna - i poprowadziła ją z powrotem w bezpieczne miejsce. We śnie jednak Leia została tam, w pustce. Zawiodła przyjaciół, rodzinę i ludzi, którymi dowodziła. A przede wszystkim zawiodła syna. Jej ukochani już nie żyli.
- Od kiedy mam takie czarne myśli? - mruknęła do siebie, prostując
obolałe ciało. Wiedziała, kiedy to się zaczęło - gdy umarła. No, prawie.
Przydarzyło jej się już wiele takich "prawie". Zamach bombowy na Hosnian
Prime za jej senatorskich czasów. Sesja tortur z Vaderem, której
najmniejsze wspomnienie nawet teraz, po kilkudziesięciu latach,
wywoływało u Lei skok adrenaliny i wytrącało ją z równowagi. Milion
sytuacji typu "o mały włos" z Hanem, za czasów Rebelii... Ale nigdy nie
spotkało jej coś takiego, jak to samotne dryfowanie w próżni, kiedy
wybuch wyrzucił ją z okrętu.
Potarła zmęczoną dłonią twarz i się rozejrzała. Odkąd Chewie i Rey
dotarli na Crait, żeby ich ocalić przed Najwyższym Porządkiem, minęło
już kilka długich dni. Kilka długich dni od momentu, w którym znów
ujrzała brata i równie szybko go utraciła. Ile jeszcze miała wycierpieć
w tym jednym życiu - ile takiej udręki jest w stanie znieść jedna osoba?
Zaraz jednak odepchnęła od siebie te godne pożałowania myśli. W końcu
musiała coś zrobić.
Konsola komunikacyjna "Sokoła Millennium" milczała niczym przestrzeń
kosmiczna. Kiedy wzywała pomoc z Crait, wysyłając sygnał alarmowy do
sojuszników, była pewna, że ktoś zareaguje. Nikt jednak nie odpowiedział
i wciąż ją to mocno niepokoiło. Czy w ogóle żyli? A może jej sygnał
zablokowano? A może - nie chciała się długo zastanawiać nad tą
możliwością - po prostu im nie zależało?
Nie, nie mogła w to uwierzyć. Nie mogła. Coś się wydarzyło - coś, przez
co jej wezwanie o pomoc nie dotarło do życzliwych osób. Miało to większy
sens niż uznanie, że wszyscy odwrócili się od niej i od Ruchu Oporu.
Dowie się, co się stało, a do tego czasu będzie nadal próbować.
Sięgnęła znów do konsoli i w tej samej chwili urządzenie ożyło.
Zamrugała zielona dioda, informująca o próbie połączenia. Zabiło jej
mocniej serce. Ktoś chciał skontaktować się z "Sokołem Millennium"!
Włożyła słuchawki i poprawiła ustawienia głośnika, z którego dobiegał
szum.
Bez anteny czujników transmisję podświetlną "Sokoła" mocno przerywało,
i to w najlepszym razie.
Wpisała kod szyfrujący, umożliwiający połączenie osobie po drugiej
stronie, pod warunkiem, że ta również go znała.
- Halo? - wyszeptała niespokojnie. - Kto tam?
Z początku słyszała tylko głośniejszy szum, ale po chwili wyłonił się z niego słaby głos, który stopniowo stawał się coraz wyraźniejszy.
- Zay i Shriv... misja... pamięta mnie pani?
Lei z rozczarowania ścisnęło się serce. Miała nadzieję, że kontaktuje
się z nią jeden z sojuszników Ruchu Oporu, potężne władze jakiegoś
państwa proponujące schronienie, okręty lub inną pomoc. Usłyszała jednak
głos dziewczyny, poznanej zaraz po zniszczeniu Bazy Starkiller, córki
Iden Versio i Dela Meeko. Dobrze pamiętała Zay. Jej rodzice byli
imperialnymi, którzy przeszli na stronę Rebelii. Jej dziadkiem -
niesławny admirał Garrick Versio. Straciła oboje rodziców i pomimo
młodego wieku przeżyła naprawdę wiele tragedii. Ale cóż - wszyscy przez
to przeszli, prawda? A już na pewno Leia. Taka natura wojny - sprawiała,
że dzieci musiały przejść przez piekło, odbierała im rodziców...
- Przestań! - powiedziała do siebie głośno. Jej głos odbił się echem od
ścian.
- Co? - zapytała Zay przez szum połączenia.
- Nie ty - odparła szybko Leia. - Nie chodziło mi o ciebie. - Co za
blamaż... Leia opanowała się i przycisnęła słuchawkę do ucha, nachylając
się do mikrofonu. - Powtórz, Zay. Źle cię słyszę. Przerywa cię.
- Och. - A potem rozległo się głośniejsze i wolniejsze: - JA I SHRIV...
MAMY... PEWNE OBIECUJĄCE TROPY...
Leia uśmiechnęła się, rozbawiona przesadną dykcją dziewczyny.
- Teraz słyszę cię dobrze. Możesz mówić normalnie.
- Tak? No to znaleźliśmy paru starych znajomych mojej matki. To dawni
imperialni, ale odcięli się od Najwyższego Porządku i nie przepadają za
nim. Złożymy im wizytę, jeśli pani uważa, że to ma sens. Zajmie nam to
jeszcze trzy lub cztery dni - co najmniej.
- A co z sojusznikami Ruchu Oporu? Prosiłam, żebyście ich odwiedzili.
- To ta niemiła wiadomość - rzekła Zay. - Zniknęli.
- Zniknęli?
- A przynajmniej nie ma ich tam, gdzie być powinni. Odwiedziliśmy ponad
połowę osób z pani listy i nikogo nie znaleźliśmy. W niektórych
przypadkach zastaliśmy po prostu puste domy.
- Może się ukryli. - Lub spotkało ich coś gorszego, przemknęło Lei przez
myśl.
- Nie wiem, pani generał, ale dzieje się coś niedobrego.
Leia potarła sobie kark. Okropnie stężały jej mięśnie. Sprzymierzeńcy, z którymi nie można się skontaktować - kolejni... Zay się nie myliła, coś
było nie tak - Leia miała złe przeczucia.
- Zay, szukajcie dalej. Dowiedzcie się, czego tylko możecie.
- Tak jest. A co z tymi dawnymi imperialnymi?
Wiele lat temu Leia nie dopuściłaby do siebie nawet myśli, że osoby
związane kiedyś z Imperium mogłyby stać się jej sojusznikami, ale
stopniowo zaczęła mieć coraz mniejsze pole manewru. I kto wie - w końcu
matka Zay udowodniła, że osoby stojące wcześniej po drugiej stronie mogą
znaleźć się w gronie najodważniejszych żołnierzy Rebelii. Ludzie byli
skomplikowani, a Imperium naprawdę potrafiło skutecznie przekonywać, że
daje im to, czego - jak się zdawało - potrzebowali. A potem dowiadywali
się, że pokój i porządek, którego tak pragnęli, kosztował jednak zbyt
wiele. Dziś Leia nigdy nie skreśliłaby już kogoś za jego przeszłość.
Zresztą, miała we własnej rodzinie wystarczająco dużo mrocznych
tajemnic, nie mogłaby z czystym sumieniem osądzać innych.
Z głośnika dochodziły przytłumione odgłosy rozmowy i jakby sprzeczki -
ktoś musiał tam zakryć dłonią mikrofon. Po chwili Zay znów się odezwała:
- Shriv mówi, że powinna nam pani zaufać. Bo w końcu co mogłoby pójść
nie tak?
Właśnie, co...?
- W porządku. Jeśli Shriv uzna, że ci byli imperialni to dobre kontakty,
lećcie tam. Ale uważajcie. Teraz jest... W tej chwili zaczepianie
Najwyższego Porządku byłoby niebezpieczne.
Ech, zupełnie jakby dziewczyna, która straciła w ten sposób matkę, nie
zdawała sobie z tego sprawy...
- Żaden problem, pani generał. Będziemy ostrożni.
W tle znów zabrzmiały niewyraźne słowa.
- A, i Shriv mówi, że "ostrożny" to jego drugie imię. Poza tym nadal
żyje, więc coś czy ktoś chyba nad nami czuwa.
- Tak - powiedziała Leia cicho, tylko do siebie, a potem rzekła
głośniej, do mikrofonu: - Niech Moc będzie z wami, Oddziale Inferno.
- I z panią. Rozłączamy się.
Leia wcisnęła przycisk, żeby zakończyć rozmowę, i odchyliła się w fotelu.
Oby tylko nie obciążyła dziewczyny zbyt szybko zbyt dużą
odpowiedzialnością... Zay nie mogła mieć o wiele więcej niż szesnaście
lat - ale przecież szesnastoletnia Leia już zaczynała współtworzyć
Rebelię. Jeśli ktoś wiedział o tym, że młodości często się nie docenia,
to na pewno ona. Nie - Zay była silna, inteligentna... Kompetentna. A współpracując ze Shrivem, ucieleśnioną siłą spokoju, z pewnością
pomyślnie wykona zadanie.
Ostry ból w skroni przerwał tok jej myśli. Zacisnęła oczy w nagłym
przypływie cierpienia. Migreny stanowiły efekt uboczny procesu
zdrowienia, jak wyjaśniał droid medyczny. Miały jej towarzyszyć przez co
najmniej parę tygodni, ale te ataki, koszmary o zagubieniu w próżni i żałoba po przyjaciołach i rodzinie sprawiały, że Leia była naprawdę
wyczerpana. Czego by nie dała za chwilę odpoczynku, poczucia
bezpieczeństwa, za kilka dni czy nawet godzin pewności, że wszystko
będzie dobrze...
- Pani generał?
Głos dochodził zza jej pleców. Leia odwróciła się - w drzwiach stała
Rey. Miała na sobie strój zbieraczki złomu, podobny do tego, w którym
księżniczka widziała ją poprzednio. Ale czy teraz nie pojawiły się w nim
akcenty podkreślające styl, w jakim ubierali się Jedi? "Zmienia się -
pomyślała Leia - ale wciąż tkwi w niej nieco Jakku". Może jednak opinia
ta nie była dla dziewczyny sprawiedliwa. Może Rey po prostu lgnęła do
prostych, znanych sobie rzeczy w oceanie chaosu - tak jak wszyscy wokół...
A skoro mowa o prostych rzeczach, to dziewczyna trzymała w dłoniach
filiżankę z parującym płynem. Kiedy zorientowała się, na co patrzy Leia,
wyciągnęła do niej naczynie.
- Przyniosłam pani gatalentańską herbatę - rzekła.
Leia uśmiechnęła się do niej.
- Czyżbyś umiała czytać w myślach?
- Co, jak Jedi? Ja... ja nie jestem...
- Myślałam właśnie, jak bardzo mam ochotę na filiżankę herbaty -
powiedziała Leia, litując się nad zakłopotaną Rey. - Nie ma w tym nic,
co by się wiązało z umiejętnościami Jedi. Po prostu... - zaprosiła
dziewczynę gestem do środka - to miła niespodzianka. Dziękuję. I proszę,
mów mi po imieniu.
Rey, na której twarzy odmalowała się ulga, skinęła głową i dołączyła do
niej. Leia wzięła filiżankę i zapach herbaty natychmiast wypełnił jej
nozdrza. Od razu poczuła, jak rozluźniają się mięśnie jej ramion.
- Mogłabym przynieść coś mocniejszego, jeśli pani... jeśli chcesz. - Rey
wskazała za siebie, w kierunku mesy, z której właśnie przyszła. -
Chewbacca chyba ma tam kaf.
Leia podmuchała na gorącą herbatę i w powietrze uniosły się smużki pary.
- Dziwię się, że w ogóle miał herbatę.
A, ale przecież to pewnie nie Chewbacca trzymał zapas gatalentańskiej
herbaty na "Sokole Millennium", tylko Han. Och, Han. Jego również już
nie było.
- A teraz przeze mnie zrobiłaś się smutna - zauważyła nieśmiało Rey.
- Nie przez ciebie - sprostowała Leia. - Przez życie. Przez tę wojnę. Ty
jesteś światełkiem w tej ciemności. - Wskazała jej krzesło naprzeciw
siebie.
- Nie zamierzałam ci zajmować czasu. Usłyszałam tylko twój głos i pomyślałam, że przyda ci się trochę herbaty.
- No cóż, miałaś rację, a ja nalegam, żebyś jednak zajęła mi trochę
czasu. Przyda mi się towarzystwo, a kiedy tak stoisz nade mną, zaczynam
się robić nerwowa. Proszę, siadaj. - Znowu wskazała dziewczynie krzesło
i tym razem Rey usiadła, wsuwając dłonie pod uda i uśmiechając się
niepewnie. - O - rzekła cierpliwie Leia, w nadziei, że uda jej się
sprawić, by rozmówczyni się rozluźniła. - Od razu lepiej, prawda?
Dziewczyna skinęła głową. Siedziały przez chwilę w milczeniu. Leia
popijała herbatę, a Rey rozglądała się po pokoju, przyglądając się
konsoli komunikacyjnej. Księżniczka podążyła wzrokiem za jej
spojrzeniem.
- Czemu nie śpisz, jak wszyscy inni? - zapytała.
- Ja? Ostatnio mało sypiam - wyjaśniła cicho Rey. - Za dużo myśli.
- Znam to.
Rey poruszyła się na krześle, nie patrząc na Leię. Co za kłębek nerwów z tej dziewczyny! A nie wydawała się taka, kiedy się poznały. Jednak tak
wiele się od tego czasu wydarzyło... A może po prostu coś ją akurat
dręczyło?
- Rey... - zaczęła.
- Słyszałam, że z kimś rozmawiałaś - rzekła szybko dziewczyna. -
Zdołałaś się w końcu porozumieć z kimś, kto nas popiera?
- Jeszcze nie - przyznała Leia. - Skontaktowali się ze mną piloci,
których wysłałam na zwiad, ale - i mam nadzieję, że nie zabrzmi to źle -
potrzebujemy kogoś więcej niż tylko pilotów. Potrzeba nam przywódców.
Piloci są niezmiernie ważni, ale Najwyższy Porządek odebrał nam Holdo,
Ackbara i wielu innych... - Westchnęła. Żałoba ją przygniatała. Nazwała
ich przywódcami, ale byli przecież jej przyjaciółmi. Osobami, które
znała przez prawie całe swoje życie - i teraz już odeszli. - Potrzeba
nam strategów, analityków, osób z umiejętnościami i siłą woli, które nas
poprowadzą. I zainspirują do tego samego innych.
- Nie znałam ich - przyznała Rey. - Przykro mi.
Leia skinęła głową.
- Wszyscy wiemy, co to strata.
W końcu Rey podniosła głowę i spojrzała na nią - w jej oczach malowało
się pytanie. "Może chce porozmawiać o Luke'u" - pomyślała Leia.
"Rozmawiałyśmy o nim, ale krótko. Tylko o tym, że na koniec pogodził się
ze sobą..."
Ale wtedy Rey powiedziała:
- Kylo Ren. Jest twoim synem...
Ach. Leia skinęła głową i upiła łyk herbaty, nagle chłodniejszej.
Dziewczyna niespokojnie poruszyła się na krześle.
- Co mu się stało? - zapytała w końcu. - To znaczy, jak przeszedł na
ciemną stronę? Bo zaczął przecież po jasnej? Opowiedział mi o Luke'u, o swoim szkoleniu. - Wypuściła powietrze z płuc. - Chyba po prostu chcę to
zrozumieć.
- Ja również.
- Czyli nie wiesz, co się stało?
- Obawiam się, że musiałabyś o to zapytać Bena.
- Chciał, żebym do niego dołączyła, ale nie mogłam. Myślałam, że
mogłabym mu pomóc, ale on chciał tylko, bym stała się taka jak on.
Rey wyraźnie posmutniała. Leia potrafiła dostrzec ból w jej spojrzeniu.
Dziewczyna coś w Benie dostrzegła - a on ją zawiódł.
- Ben sam podejmował wszystkie swoje decyzje - odparła Leia. - Nikt nie
może go zbawić, poza nim samym. A nie jestem pewna, czy w ogóle tego
chce.
Rey skinęła głową - krótki, nerwowy ruch.
- Wiem. To znaczy wie to mój racjonalny mózg, ale chyba miałam nadzieję...
- Nadzieja to dobra rzecz. - Głos Lei, pełen zrozumienia, złagodniał. -
Nadzieja jest ważna i czasem to wszystko, co mamy. Ale - dodała z uśmiechem - co nadzieja ma wspólnego z racjonalnym myśleniem?
Wyciągnęła rękę, a Rey przysunęła się i ujęła mocno jej dłoń.
- Nie wiem, jak sobie poradzę - szepnęła.
- Ale poradzisz sobie - odparła Leia, tym razem głośniej i w jej głosie
zadźwięczała stal. - I nie będziesz w tym sama. Będziemy z tobą.
Rey jakby się uspokoiła i przez jej twarz przemknął uśmiech - po raz
pierwszy, odkąd przyszła do kokpitu.
Z konsoli rozległ się sygnał i Leia odebrała połączenie.
- Słucham - powiedziała do mikrofonu. - Proszę się zidentyfikować.
- Pani generał, tu Poe!
- Poe! - Odwróciła się nieco od Rey. - Gdzie jesteś? Jak sytuacja?
- Ikkrukk. Niewiele brakowało, ale Czarni sobie poradzili. Zero ofiar
śmiertelnych, przy czym Jess i Suralinda są trochę poobijane. Ale mogę
za to donieść, że zabezpieczyliśmy Grail City. Pogoniliśmy Najwyższy
Porządek z miasta.
Wreszcie jakieś dobre wieści!
- To świetnie, Poe! A premier Grist? Nic jej nie jest?
W głośniku zatrzeszczało, zaraz jednak znów rozległ się głos pilota.
- Potwierdzam, premier Grist przeżyła. I zaprasza nas na bankiet.
Leia spojrzała na Rey, która uśmiechnęła się do niej krzywo.
- Poe, czy możesz coś dla mnie zrobić?
- Wszystko, co pani każe.
- Idź na bankiet i dowiedz się, co goście sądzą o Najwyższym Porządku.
- No cóż, biorąc pod uwagę to, że Najwyższy Porządek ich zaatakował,
pewnie nie są nim zachwyceni.
- Może nie publicznie... Poe, musisz dojrzeć to, co się kryje pod ich
słowami. Uważaj na subtelniejsze sygnały. Zwróć uwagę na tych, którzy
nadal nie mówią nic krytycznego o Najwyższym Porządku, i na tych, którzy
krytykują go zbyt głośno, jakby chcieli dowieść swojej lojalności.
Zorientuj się, kto nie przyszedł na bankiet. Czy ktoś otwarcie
opowiedział się za frakcją separatystyczną?
Nastała przerwa w transmisji - Poe wyraźnie rozmawiał z kimś, kto mu
towarzyszył. Po chwili odezwał się do mikrofonu:
- Nie jestem w stanie tego potwierdzić. Ale zwrócę na to uwagę.
- Dobrze. I dowiedz się jeszcze, co Grist zechce zrobić dla Ruchu Oporu.
To dlatego Eskadra Czarnych tam poleciała. Akurat dobrze się złożyło,
więc zobaczmy, czy coś dzięki temu zyskamy.
- W porządku. Coś jeszcze, pani generał?
- Tak. Bawcie się dobrze. Przetrwaliście bitwę i żyjecie, macie przed
sobą kolejny dzień. Wykorzystajcie go.
- Już samo latanie wystarczy mi do szczęścia, ale oczywiście, pani
generał. Potwierdzam.
- I daj mi znać, gdzie Eskadra Czarnych poleci później. Odnieśliśmy
sukces, ale mamy do zrobienia o wiele więcej.
- Zrozumiałem - rzekł. - Dobrze, rozłączam się.
Połączenie zostało przerwane i Leia odchyliła się w skrzypiącym ze
starości fotelu.
- No, to chyba dobrze - odezwała się Rey, wyrywając księżniczkę z zamyślenia.
Zupełnie zapomniała o dziewczynie - zachowywała się tak cicho...
- Owszem - przytaknęła Leia. - To jednak tylko kropla w morzu naszych
potrzeb.
- Ale każda kropla się liczy, prawda? Kropla tu, kropla tam, i zanim się
zorientujemy, będziemy mieli ocean.
Ocean. Co dziewczyna wychowana na Jakku mogła wiedzieć o oceanach? Mimo
to Leia rzekła:
- Podoba mi się twój sposób myślenia, Rey. Tak, masz rację. Nie należy
lekceważyć tego, czego dokonała Eskadra Czarnych razem z Poem. A może ty
też pójdziesz odpocząć?
Jak na zawołanie, Rey ziewnęła głośno.
- Tak, może rzeczywiście powinnam. Pracowałam nad sprężarką. Przez
wilgoć na Ahch-To w obudowie skropliła się para. Muszę ją osuszyć,
znaleźć szparę i ją uszczelnić... - Zacisnęła usta. - Ale na pewno cię
to nie interesuje, przepraszam. - I wstała.
- Wręcz przeciwnie, cieszę się, że tak dbasz o statek Hana. - Leia
podniosła filiżankę. - Jeszcze raz dziękuję ci za herbatę.
Rey skinęła jej szybko głową i wyszła.
Ahch-To. Oczywiście. To tam Rey znalazła Luke'a. Może jednak wiedziała
coś o oceanach. I może Leia powinna wyciągnąć z tego jakąś naukę.
Pokręciła głową z lekkim zawstydzeniem i odwróciła się do konsoli
komunikacyjnej. Podejmie jeszcze jedną próbę kontaktu, a potem sama
zastosuje się do rady udzielonej Rey i spróbuje się przespać. "Dziś
krople - pomyślała - a jutro rzeka". I może w końcu dotrą do potężnego
morza, które będzie mogło przeciwstawić się Najwyższemu Porządkowi.
Brzmiało to mało prawdopodobnie, ale nie mogła liczyć na nic poza
prawdopodobieństwem.
Po raz kolejny przejrzała listę sojuszników, od samego początku.
Rozdział 2
SURALINDA JAVOS BYŁA PIJANA. Poe miał co do tego niemal całkowitą
pewność. Bo z jakiego innego powodu Squamatanka z Eskadry Czarnych
odstawiałaby na tej scenie takie... No, w sumie nie wiedział, co dokładnie
odstawiała. Pokręcił głową. Kochał Eskadrę Czarnych. Byłby gotów oddać
życie za każdego ze swoich pilotów. Czasem jednak nachodziły go
wątpliwości.
Kiedy premier Grist zaprosiła członków eskadry na bankiet, by uczcić ich
zwycięstwo i uwolnienie miasta od zagrożenia ze strony Najwyższego
Porządku, Poe uznał, że rozsądnie będzie się zgodzić. Wiedział, że
działał tu po części jako pilot, a po części jako dyplomata i musiał
robić wszystko, co mógł, by zapewnić wsparcie Ikkrukka dla Ruchu Oporu.
- Nie powinno im wystarczyć, że uratowaliśmy ich tyłki przed złolami? -
burknęła Jess Pava, gdy Poe powiedział pilotom, że idą na bankiet.
- Nie lubisz imprez, Jess? - zapytała ze śmiechem Suralinda. -
Przeżyliśmy - i nie przychodzi mi do głowy lepszy powód, by się napić.
Poza tym chętnie bym wyrwała tej premierce jakąś wypowiedź, parę zdań,
coś, dzięki czemu mój artykuł będzie naprawdę porywający.
- Piszesz artykuł? - zdziwił się Poe.
- Oczywiście, że tak! - odparła pilotka, która przebranżowiła się na
dziennikarkę, a potem znów została pilotką. Pokręciła głową, spoglądając
na niego brązowymi oczami z udawanym zawodem. - Poe, kiedy wreszcie
załapiesz, na czym polega kreowanie wizerunku publicznego? Moje
dziennikarskie umiejętności to dla Ruchu Oporu atut, ale tylko pod
warunkiem, że przekażemy naszą opowieść galaktyce. Grist, która wychwala
naszą skromną drużynę przypadkowych bohaterów za uratowanie jej samej i jej planety przed złowrogim Najwyższym Porządkiem - jaka to będzie
wspaniała opowieść!
Skromną? Po Crait to określenie było bliższe prawdy, niż Poe miał ochotę
przyznać.
- To nie opowieść - to fakty - powiedziała Jess. Poe spojrzał na nią
ostro. Czy zdawała sobie sprawę, w jak fatalnej sytuacji znajdował się
Ruch Oporu? Ale nie, Jess nie miała o tym pojęcia, po prostu była
szczera.
- Oczywiście, że to prawda. - W głosie Suralindy zabrzmiała irytacja. -
Ja nie kłamię, Jess. Tylko... - kobieta machnęła dłonią, jakby
wyczarowywała coś w powietrzu - ...upiększam.
Jess założyła ręce na piersiach, nieprzekonana. Jej długie, czarne włosy
zakołysały się pod wpływem ruchu i zasłoniły jej twarz. Poe już dawno
zauważył, że między Jess i Suralindą często panowało napięcie, ale kiedy
się nad tym zastanowił, ich znajomość nie odbiegała liczbą sporów od
innych znajomości Suralindy. Należała do starych przyjaciół Poego
jeszcze z czasów floty, ale nawet w najlepszych chwilach trudno było ją
wyczuć. Obiekty jej lojalności często się zmieniały, a ostatecznie
chodziło jej głównie o samą siebie, Poe nie mógł jednak zaprzeczyć, że
kiedy najbardziej jej potrzebowali - w tym tutaj, w Grail City - i on, i Eskadra Czarnych mogli na niej polegać. Jess nie poradziłaby sobie z uruchomieniem zapasowego systemu obrony bez Suralindy i dobrze, żeby
wszyscy o tym pamiętali. Nawet jeśli Suralinda brzmiała teraz jak
egoistka, Poe wiedział, że w razie konieczności zapewni im wsparcie, i tylko to się liczyło.
- No to... - zagadnęła Suralinda, biorąc się pod boki. - Kto ma ochotę na
imprezę?
- Ja sobie podaruję - odparła Jess, odwracając się. - Chcę zajrzeć do
mojego astromecha. Po tym, na co go naraziłam...
Suralinda wydała z siebie pomruk dezaprobaty.
- Poe? Ty na pewno idziesz, co?
- Ja raczej muszę. Byłoby nieuprzejme z mojej strony, gdybym...
- Właśnie! - Objęła go ramieniem i pociągnęła za sobą. Obejrzała się na
dwóch pozostałych członków eskadry. - Karé? Snap? Idziecie z nami?
Temmin Wexley, zwany przez wszystkich Snapem, wziął za rękę żonę, Karé
Kun, i dał Poemu i Suralindzie znak, by szli dalej.
- Prowadźcie. Nie mam nic przeciwko czemuś do picia. A podobno na
Ikkrukku robią świetne piwo.
- Możecie się napić - rzekł Poe - ale musicie też mieć oczy i uszy
otwarte. Może nam się przydać wszystko, czego się dowiecie. - Urwał i też się obejrzał do tyłu. - BB-8, idziesz czy zostajesz?
Mały droid zapiszczał i Poe skinął głową.
- W takim razie popilnuj naszych statków. I pomóż Jess, jeśli cię o to
poprosi.
BB-8 zaćwierkał, zaniepokojony.
- Nic ci nie zrobię! - oburzyła się Jess, wyraźnie urażona.
Poe stłumił uśmiech. Droidy zwały Jess Wielką Niszczycielką, bo posłała
na złomowisko wiele astromechów, ale wiedział, że dobrze zajmie się
BB-8. Pod warunkiem, że nie będą się odrywali od ziemi.
- Bawcie się dobrze. - Jess westchnęła, biorąc się pod boki i spoglądając na astromechy, które już zabrały się za pogawędkę z BB-8.
- Nie omieszkamy! - odparła Suralinda, uśmiechając się szeroko, by
pokazać swoje ostre jak igły zęby, stanowiące jedną z charakterystycznych cech Squamatanów, tak samo jak niebieska skóra i ostre szpony. - Zabawimy się i zdobędziemy parę informacji. Same plusy!
Jess zamachała do nich, nie odwracając się, pochylona nad droidami, i we
czworo powędrowali do pałacu, w którym czekała na nich Grist, premier
Ikkrukka.
Było to godzinę temu.
I przez całą tę godzinę Poe musiał uprzejmie sączyć ikkrukkiańskie piwo.
Upił pierwszy łyk pod czujnym okiem pani premier. Ciemny, gorzki płyn
smakował jak paliwo, ale udało mu się go przełknąć bez skrzywienia. A potem zaczął krążyć po sali, wdając się w rozmowy z gośćmi i szukając
oznak, które według Lei mogły zdradzić ich przynależność polityczną i pobudki. Starał się zapamiętywać wszystko, co zauważył, gawędząc z działaczami społecznymi i politykami, i to, co zaobserwował,
zaniepokoiło go. Wyczuwał wątpliwości, obawę, że opieranie się najeźdźcy
skazało tylko Ikkrukk na jeszcze brutalniejszy atak w przyszłości. Że
może okupacja nie byłaby taka straszna, że współpraca okazałaby się
lepszą strategią niż wojna i że może nawet przyłączenie się do
Najwyższego Porządku przyniosłoby pewne korzyści finansowe.
Poe cały czas gryzł się w język, ale miał ochotę krzyczeć. Eskadra
Czarnych ryzykowała życiem, żeby ocalić to miasto i tę planetę, a teraz
mieszkańcy Grail City zastanawiali się, czy dobrze się stało? Miał
ochotę wrzasnąć, że są tchórzami, wszyscy, skoro mieli w sobie gotowość
do pokłonienia się Najwyższemu Porządkowi, by tylko ocalić swoje tyłki i napchać sobie już i tak pełne kieszenie, bez cienia troski o to, co
okupacja mogłaby przynieść przeciętnym obywatelom. Chciał ich ostrzec,
że może im się ona wydawać w tej chwili czymś racjonalnym, ale jeśli
pozwolą Najwyższemu Porządkowi rozgościć się na planecie, to jego luźny
uchwyt na gardle Ikkruka nieuchronnie będzie się zaciskał - aż planeta
zacznie się dusić.
Nie zrobił tego jednak - zamiast tego wrócił do pani premier.
- Dobrze się pan bawi? - zapytała uprzejmie, spoglądając jednak krzywo
na niemal nietknięte piwo Poego.
Poe przestał udawać, że pije, i oddał kufel przechodzącemu kelnerowi.
- Miałem nadzieję, że porozmawiamy o obietnicy Ikkrukka w sprawie pomocy
dla Ruchu Oporu.
- Obietnicy? - Głos Grist zadrżał z niepokoju. - Nie przypominam sobie
żadnych obietnic.
Poe zacisnął usta. Kiedy rozmawiał z nią po raz pierwszy, tuż po tym,
jak Eskadra Czarnych zniszczyła okręt Najwyższego Porządku, który miał
obrócić Grail City w perzynę, kobieta istotnie obiecywała, że uczyni
wszystko, co w jej mocy, by pomóc Ruchowi Oporu. Teraz jednak, kiedy jej
miastu nie groziło bezpośrednie niebezpieczeństwo, okazało się, że
wystarczyło kilka godzin, by zaczęła mieć problemy z pamięcią.
- Nie chodzi o to, że nie chcemy pomóc. - W głosie Grist brzmiało pełne
żalu zakłopotanie. - Jesteśmy wdzięczni i chcielibyśmy zrobić więcej, by
okazać poparcie dla waszej sprawy. Moi inżynierowie poinformowali mnie
jednak, że nie tylko nasz system obrony odniósł poważne szkody, ale i samo miasto. Zwolennicy Najwyższego Porządku najwyraźniej próbowali
zniszczyć jak najwięcej ośrodków kulturalnych, zanim zostali pokonani...
Musimy natychmiast zabrać się za odbudowę, by obywatele zrozumieli, że
Najwyższy Porządek nie może nas pokonać. Rozumie pan.
- Chyba jednak nie - odparł Poe, nie kryjąc irytacji. Czy powinien
wspomnieć, że będzie musiała wyrugować zwolenników Najwyższego Porządku
również z własnego rządu? Uznał jednak, że niczego dobrego mu to nie
przyniesie. Próbował w końcu prowadzić tę rozmowę dyplomatycznie. No, na
tyle dyplomatycznie, na ile był w stanie. Nikt nigdy nie uważał go za
człowieka taktownego.
Złote oczy premier przybladły.
- Ach - szepnęła.
- Nie chodzi o to, że nie rozumiem waszych problemów - rzekł Poe,
starając się stłumić gniew. - Musi jednak pani zrozumieć, jak pilne są
nasze.
- Oczywiście, że rozumiem, i mogę panu obiecać, że Najwyższy Porządek
nie uzyska tutaj pomocy.
- Jest pani tego pewna? - Powiedział to i natychmiast pożałował, że nie
ugryzł się w język.
Grist zamrugała. Przez chwilę milczała, jakby próbowała się opanować, a potem rzekła:
- Tak, jestem pewna. Ale po prostu nie możemy aktywnie wspierać Ruchu
Oporu. My już staliśmy się celem Najwyższego Porządku. Nie odważę się
dać im więcej powodów do powrotu. Jednak w podzięce za to, co dla nas
zrobiliście, z radością wyposażę was w paliwo i żywność, tak żeby wam
wystarczyło w drodze powrotnej. - Na ustach Grist pojawił się uśmiech,
wyćwiczony, ale niespokojny.
Czyli doczekał się - ale odmowy. Poe potrafił ocenić, kiedy sprawa jest
stracona i, choć często stawał w obronie takich straconych spraw, o Ikkrukk chyba nie miał już ochoty walczyć. Powiedział coś o tym, jaki to
jest wdzięczny, i wycofał się z tej rozmowy, prowadzącej donikąd,
wytrącony z równowagi bardziej, niż chciał po sobie pokazać. Odmowa
mocno go zmartwiła. Jeśli planeta tuż po ataku Najwyższego Porządku nie
miała ochoty pomóc Ruchowi Oporu Lei, jak podejdą do tego światy, które
nie miały do czynienia z takim zniszczeniem? Może pomysł Suralindy na
artykuł o barwnej zbieraninie bohaterów-wyrzutków miał jednak jakiś sens
- poza tym, że będą się czuli po nim jak głupki. Musi z nią to jeszcze
obgadać, zobaczyć, czy może zdołają przebić się w holowiadomościach
przez polityków, blokujących pomoc, do oczu i serc zwykłych mieszkańców
galaktyki. Ale najpierw sam musiał coś wyznać eskadrze. Już zbyt długo z tym zwlekał.
Znalazł Snapa i Karé w kącie sali. Rozmawiali, niemal dotykając się
głowami. Śniada skóra Karé kontrastowała z jaśniejszą karnacją Snapa,
tak jak jej jasne włosy z jego brązowymi. Pod względem fizycznym
stanowili swoje przeciwieństwa, ale należeli do najlepiej dobranych par,
jakie Poe znał. Ich związek od zawsze wywierał na nim duże wrażenie.
- Przeszkadzam? - zapytał.
- Oczywiście, że nie. - Karé uśmiechnęła się do niego ciepło. - Siadaj.
Poe usiadł na niskiej ławce naprzeciwko, zapadając się między grubymi
poduszkami. Próbował umościć się wygodniej, przesuwał się do przodu i do
tyłu, ale w końcu tylko głębiej się zapadł.
- Lubią tutaj wygodne poduszki - rzekł Snap, śmiejąc się. Meble w podziemnym pałacu premier zostały wykute ze skały, podobnie jak
otaczające ich ściany - i niskie ławy, i równie niskie stoły. Surowość
kamienia łagodzono bogatymi tkaninami i pałac zdobiły wszechobecne
haftowane błyszczojedwabie oraz wielobarwne malowidła naścienne.
Mieniące się kolorami poduszki piętrzyły się na wszystkich siedziskach.
- Aha - mruknął Poe. - Mam wrażenie, że tonę.
- To całkiem miłe uczucie po tych wszystkich godzinach, które spędzamy
za sterami - zauważyła Karé. - Jedno jest pewne: ten, kto projektował
X-wingi, nie pomyślał o wygodzie pilotów.
Poe, poirytowany, wyciągnął spod siebie poduchę i zrzucił ją na podłogę.
Pod spodem była tylko twarda skała. Usiadł ponownie.
- O wiele lepiej.
Snap i Karé wybuchnęli śmiechem, a Poe sam się uśmiechnął, patrząc na
nich z sympatią.
- Cieszę się, że tu oboje jesteście. - Jego głos tchnął szczerością. -
Naprawdę. A tam na górze było już gorąco...
- Zawsze tak jest - rzekła Karé.
- Jak ci poszło z premier? - zapytał Snap.
- Gorzej, niż sądziłem - przyznał. - Ruch Oporu raczej nie znajdzie tu
pomocy.
- Mimo że ich uratowaliśmy?
Poe wzruszył ramionami. Biło od niego zrezygnowanie.
- Nie każdy tak to widzi.
- Boją się Najwyższego Porządku - stwierdziła Karé.
- Wszyscy się boimy - przerwał cicho Snap. - Ale i tak walczymy.
Poe złożył mocno dłonie. Znów wezbrał w nim niepokój. Wiedział, że musi
powiedzieć Snapowi, Karé i reszcie eskadry, co się wydarzyło na Crait,
jak niewiele zostało z Ruchu Oporu i jaką rolę sam w tym odegrał, ale
nie śpieszyło mu się do tego.
- Musimy ci coś powiedzieć, Poe - odezwał się Snap, zanim Dameron zebrał
się w sobie, i spojrzał na żonę, która skinęła głową, by kontynuował. -
Na Pastorii, pierwszej planecie na liście misji, nie poszło nam dobrze.
Wolałbym ci nie mówić, że zostaliśmy wmanipulowani w brudną robotę dla
pozbawionego skrupułów drania, ale... - Rozłożył bezradnie ręce.
- Myśleliśmy, że robimy, co trzeba - powiedziała łagodnie Karé, kładąc
dłoń na kolanie męża.
- Uhu - odparł Poe. - Jess wysłała wiadomość, kiedy razem z Suralindą
próbowały naprawić tutejszy system obrony planetarnej. Bała się, że
zginie, i na wszelki wypadek chciała, by ktoś wiedział, co się stało.
Ramiona Snapa zesztywniały.
- Okłamano nas, pewnie, ale nie zmienia to tego, że stanęliśmy po złej
stronie w wojnie domowej. Do cholery, nie powinniśmy w ogóle wybierać
żadnych stron.
- Myśleliśmy, że chronimy rząd, ale zamiast tego pomogliśmy im rozprawić
się z partią opozycyjną - wyjaśniła Karé. - Kompletna katastrofa.
- Epicki przypał - przytaknął ponuro Snap.
- Wierzcie mi, opowiem wam o takim swoim przypale, że wasz będzie
wyglądał zupełnie niepozornie. - Wziął głęboki oddech i wypuścił powoli
powietrze. Spojrzał przyjaciołom kolejno w oczy. Jak przyjmą to, co im
powie? Ale musieli zrozumieć, przeciwko czemu będą walczyć. Przeciwko
czemu wszyscy będą walczyć.
- Wiecie, kim jest wiceadmirał Holdo, prawda? Więc...
Przerwał mu pisk, który zatrząsł murami. Odwrócili się i na podeście
służącym jako scena ujrzeli Suralindę. Kiedy tu przyszli, premier
wygłaszała stamtąd satysfakcjonująco pochwalną przemowę o tym, jak
Eskadra Czarnych ocaliła Grail City, a potem jej miejsce zajął
trzyosobowy zespół. Przez całą noc grali delikatną muzykę - do tej pory.
Z płaskiego, podobnego do bębna instrumentu, w który muzyk uderzał
stopą, rozlegał się głęboki, niski dźwięk. Dołączył do niego dźwięczny
instrument dęty, snując melodię wokół tego mocnego rytmu. I była
jeszcze... Suralinda.
- Na wszechświat, co to za wrzask? - syknął Snap.
Karé odruchowo zasłoniła sobie uszy.
- Ona chyba... śpiewa?
Słuchali dalej i po chwili Poe spomiędzy piskliwych treli i szczebiotów
zaczął wyławiać słowa. Odwiedził w swoim życiu wiele planet i widział
dużo podejrzanych rzeczy, czasem nawet sam się takich dopuszczał, jednak
śpiew Suralindy zaliczał się chyba do jego najgorszych przeżyć.
- Jest pijana? - rzucił w przestrzeń. - No bo chyba musi być.
Karé pokręciła głową.
- Nie, chyba po prostu śpiewa takim głosem. Squamatanie nie słyną z talentu muzycznego.
Suralinda uniosła ręce nad głowę i kopnęła powietrze długą nogą.
Zakołysała biodrami w jedną i drugą stronę, a potem wspięła się na
palce.
- Ani ze zdolności tanecznych - dodała, siląc się na powagę, Karé.
- I to sygnał dla nas. - Poe wstał. - Pora, żeby Eskadra Czarnych się
pożegnała. Mamy inną misję i nie obejmuje ona uczestnictwa w tej
imprezie ani - na szczęście - śpiewu i tańca Suralindy. Jesteście
gotowi? Możemy iść?
Snap i Karé natychmiast poderwali się z ławy.
- Doprawdy, Poe - mruknął Snap. - Myślałem, że nigdy o to nie zapytasz.
Poczekali, aż Suralinda skończy - chwała niebiosom! - krótką
interpretację jakiejś piosenki i ruszyli do wyjścia. O dziwo, żegnały
ich entuzjastyczne oklaski i okrzyki - czy w podzięce za ich
bohaterstwo, czy za usunięcie Suralindy ze sceny, tego Poe nie był
pewien, ale gdy tylko wyszli z pałacu, z ulgą zaczerpnął świeżego
powietrza.
- Nie twój styl? - zapytał Snap, stając obok niego.
Poe zadrżał. W tych skalistych górach po zachodzie słońca zrobiło się
chłodniej. Nad nimi rozciągało się szerokie, gwieździste niebo. Gdzieś
tam była Leia i resztki Ruchu Oporu - i wszyscy na niego liczyli.
- Uwielbiam imprezy - odparł Poe i klepnął Snapa w ramię - ale mamy
robotę. Wracajmy do Jess, a wtedy wszystko wam powiem.
Snap skinął głową i ruszyli krętą górską dróżką. Suralinda miała
znakomity nastrój i gawędziła wesoło z Karé, która z kolei cały ten
wieczór potraktowała z obojętnym spokojem. Wokół nich wszędzie
świętowali mieszkańcy Grail City. Noc wypełniona była muzyką i śmiechem.
Z okien biło wielobarwne światło, a w powietrzu unosił się zapach
pieczonego mięsa - aż im ślinka pociekła.
- Miło tu - rzekł cicho Snap. - Cieszę się, że mogliśmy im pomóc.
- Tak - zgodził się Poe. Ciekawe, jak długo Grail City pozostanie takim
miłym miastem i ile czasu upłynie, zanim Najwyższy Porządek znów się tu
zjawi... A jeśli to zrobi, to czy miasto stanie do walki, czy uprzejmie
powita najeźdźcę? Przez chwilę zastanawiał się, czy jednak nie nacisnąć
na nich bardziej, może nawet zmusić Grist do pomocy - dla dobra jej
ludzi. Wiedział jednak, dokąd prowadzą takie decyzje, i nigdy więcej nie
zamierzał robić czegoś takiego. Zadrżał mimowolnie. Cóż, teraz był to
problem pani premier Grist. Miał tylko nadzieję, że kobieta stanie na
wysokości zadania.
X-wingi, A-wing Suralindy i statek Poego, należący dawniej do Grakkusa
Hutta, stały na otwartym pasie lądowiska. Ich pozbawione detali sylwetki
ciemniały w gęstniejącym mroku. Poe wytężył wzrok, szukając Jess. W końcu ją zauważył - drzemała między skrzyniami z racjami żywnościowymi i ogniwami paliwowymi, dostarczonymi przez miejscowych. "Cóż, przynajmniej
Ikkrukkianie co do tego dotrzymali słowa" - pomyślał. "I to
błyskawicznie!" Grist naprawdę chciała się ich jak najszybciej pozbyć.
- Hej, Jess! - zawołał, podchodząc.
Cisza. Stuknął czubkiem buta w stojącą obok skrzynię.
- Pobudka, Pava. Odprawa przed misją.
Jess otworzyła nagle oczy i przez chwilę malowała się w nich panika. Poe
cofnął się, zaskoczony.
- Nic ci nie jest? - zapytał ostrożnie.
- Och. - Usiadła, otrząsając się z resztek snu. - To tylko koszmar.
Przez chwilę myślałam, że jestem znowu na... Zresztą nieważne.
Poe przykucnął obok niej.
- Masz koszmary? Powinienem o czymś wiedzieć?
- Co? Nie. - Zarumieniła się i potarła sobie kark. - To znaczy nie
bardziej niż zwykle.
- Właśnie. - Poe wyciągnął do niej rękę i pomógł jej wstać. - Kazałbym
ci pójść się zbadać, ale...
Skrzywiła się.
- To jakby niemożliwe. Ale nic mi nie jest.
- Pava, potrzebuję cię - musisz być zdrowa. Prawda jest taka, że od tej
pory będzie tylko trudniej.
Zmarszczyła brwi.
- To znaczy?
- Chodź. Dołączmy do pozostałych.
Machnął na resztę członków eskadry i wszyscy zebrali się przy statkach,
pod nocnym niebem. I Poe powiedział im wszystko. O ewakuacji z D'Qar i swoich decyzjach, które doprowadziły Ruch Oporu do utraty eskadry
bombowców, o powolnym pościgu przez kosmos, o misji Rose Tico i Finna na
Canto Bight, o swojej niesubordynacji i odebraniu mu dowództwa, a na
koniec o bitwie na Crait i o wszystkim, co utracili. I o tym, jak
niewiele im pozostało.
- Nie rozumiem - rzekła Jess głosem wyższym o oktawę. - Zginęli? Cała
flota została zniszczona?
- Przecież to niemożliwe - powiedziała z niedowierzaniem Karé. - Poe?
- Przykro mi. - Poe pochylił głowę.
- Och... - Karé przyłożyła dłonie do ust i się odwróciła. Snap przytulił
ją mocno. Poe widział wyraźnie łzy w ich oczach.
- Ludzie też? - zapytała Jess. - Jesteś pewien?
- Jess - rzekł łagodnie Poe. - Byłem tam. Z Ruchu Oporu... - rozłożył
ręce - ...został w zasadzie tylko "Sokół" i my.
Zapadła cisza, której Poe nie przerywał - chciał, żeby do nich dotarło,
w jak złej sytuacji się znajdowali. I jak dużą winę za to ponosił.
- Zrozumiem, jeśli będziecie chcieli odlecieć. To znaczy beze mnie.
Eskadra Czarnych radzi sobie dobrze bez mojej pomocy. Ale jeśli
zostaniecie i pozwolicie mi dowodzić, zrobię wszystko, co w mojej mocy,
żeby wam to wynagrodzić. Obiecuję.
Umilkł i czekał. Na to, że zaczną wyrażać zdziwienie, że go osądzą,
odrzucą. Panowało jednak milczenie, więc znów podniósł głowę.
Pierwszy odezwał się Snap.
- To ciężka sprawa, Poe - rzekł poważnym głosem. - I skłamałbym, gdybym
powiedział, że mnie to nie rusza.
- Rozu...
- Ale - ciągnął Snap, przerywając mu - czy ja ci dopiero co nie mówiłem
o naszej kompletnej porażce na Pastorii? Zginęło tam wiele osób, bo
daliśmy się wyrolować. Musimy z tym żyć.
- Droidy nazywają mnie Wielką Niszczycielką - dodała Jess. -
Nieustannie. A przecież nie staram się specjalnie, żeby im się coś
stało, a i tak kończą jako złom.
- No cóż...
- A ja jestem całkiem pewna, że moje drugie imię to niesubordynacja -
wtrąciła Suralinda - ale to dlatego, że nikt mnie nie rozumie.
- Ja nie chcę się usprawiedliwiać za...
- Musisz stawić czoła swoim błędom, Poe - rzekła Karé - i zadośćuczynić
tym, którym możesz. Ale będziesz to robił z Eskadrą Czarnych u boku. Nie
pozbędziesz się nas tak łatwo. Poza tym wygląda na to, że mamy teraz
tylko siebie i nasze przypały.
Ciężar, który przygniatał Poego, jakby zelżał. Nie powiedzieli mu, że
to, co zrobił, się nie liczy, ale nie zamierzali go też opuszczać...
- Będę się starał to naprawić - powiedział cicho, nie podnosząc głowy,
przepełniony wstydem. - Przysięgam.
A potem objęły go czyjeś ramiona, otoczyły go twarze, zabrzmiały
spokojne słowa pocieszenia. Poe wchłaniał to w siebie jak konający
człowiek, któremu nagle podarowano niemożliwe. Miał nadzieję, że Eskadra
Czarnych mu przebaczy, może na tyle, by pozwolić mu nadal piastować
funkcję dowódcy, ale nigdy nie śmiałby marzyć o tym, że mogliby go
zrozumieć. Kiedy piloci przestali się wokół niego tłoczyć i wszyscy
trochę się uspokoili, Poe cofnął się o krok i podniósł rękę.
- W takim razie pora, żeby porozmawiać o tym, co będziemy robić.
- Zemsta? - zapytała Jess chrapliwym, pełnym emocji głosem. Poe
wiedział, że przyjaźniła się z wieloma osobami, które zginęły, kiedy
Najwyższy Porządek zestrzelił ich kapsuły ratunkowe nad Crait.
- W końcu tak - odparł - ale jeszcze nie teraz. Leia powierzyła nam
misję. No, ciąg dalszy misji, którą wyznaczyła nam wcześniej. Ruch Oporu
potrzebuje nie tylko sojuszników, ale i przywódców. Mamy więc zawęzić
poszukiwania do konkretnych osób - strategów, analityków, starszyzny -
które będą mogły pomóc nam szybko w odbudowie sił.
- Rozsądnie - rzekła z namysłem Karé. - Jakieś pomysły, od czego mamy
zacząć?
- Tak, a tobie, Snap, może się to nie spodobać.
Snap zmarszczył brwi, krzyżując umięśnione ramiona na piersi.
- A to dlaczego?
- Chcę, żebyście z Karé porozmawiali z Wedge'em Antillesem.
Snap wytrzeszczył niemal przesadnie oczy. Pokręcił gwałtownie głową.
- Nie ma mowy, Poe. Wedge się wycofał. Zamieszkał z moją matką na
Akivie. Nie zasługują na to, żebym ich nachodził i ciągnął z powrotem do
walki. Zasłużyli na odpoczynek.
- Wiem. - Tak, Poe naprawdę go rozumiał. - I nie prosiłbym o to,
gdybyśmy nie mieli noża na gardle.
- Mama go nie puści, to wykluczone.
- O tym też wiem. Wręcz liczę na to. Chcę, żeby Norra też do nas
dołączyła.
Z szerokiej piersi Snapa Wexleya wydobył się gardłowy pomruk
zaskoczenia.
- Mama? Ale ona ma nie po kolei w głowie, chyba o tym wiesz, nie?
- Jest cholernie dobrą pilotką.
- Jest świetna! Ale ma nie po kolei w głowie!
- Jak wszyscy najlepsi piloci - mruknęła Suralinda, na tyle głośno, by
ją usłyszeli.
- Nie rozumiecie! - upierał się Snap. - Ona nie ma instynktu
samozachowawczego. Wiedzieliście, że kiedyś katapultowała się w kapsule
nad Jakku, tylko po to, żeby przedostać się przez blokadę i dalej ścigać
imperialną admirał?
Poe stłumił uśmiech. Nawet on nie był aż takim wariatem.
- Potrzebujemy jej, Snap.
- Ale ona się zabije!
Karé położyła dłoń na ramieniu męża.
- Przeżyła do tej pory. I będzie przy niej Wedge. Postawi ją do pionu.
Mogliby się stać wielkim atutem dla Ruchu Oporu.
Snap spojrzał na nią bezradnie.
- To jedyna rodzina, jaką mam.
- Masz jeszcze mnie - przypomniała mu żona uspokajającym głosem.
- Masz nas wszystkich - dodał Poe. - Tkwimy w tym razem. Czy nie to mi
mówiłeś?
Snap zamknął oczy i wypuścił ze świstem powietrze. Odchylił głowę,
kierując twarz w stronę gwiazd.
- Dobra. Polecimy z Karé na Akivę i pogadamy z nimi. Wyjaśnimy, co się
dzieje z Ruchem Oporu. Ale nie będę na nich naciskał. Są już starzy...
"Nie są starsi od Lei" - pomyślał Poe, ale zachował to dla siebie. Nie
powinien nakręcać Snapa jeszcze bardziej.
- A ja? - zapytała Jess. - Bo ja nie mam w rodzinie żadnych znanych
przywódców Rebelii.
Poe rozłożył ręce.
- Jestem otwarty na pomysły.
- Chyba mam pewien trop - odezwała się Suralinda - ale to dość dziwna
sprawa.
- Słuchamy - rzekł Poe.
- Na bankiecie słyszałam, jak Grist i inni rozmawiali o... No, raczej
narzekali na plotki dochodzące z Rattataka, że jakiś dawny imperialny
dygnitarz przejął tam władzę nad gangiem jednego z ichniejszych
watażków. Uważają, że ktoś powinien się z nim rozprawić, ale to dlatego,
że brak im szerokiej perspektywy.
- Co sugerujesz?
- Ten imperialny, nieważne, kto to jest, ma umiejętności przywódcze - na
tyle duże, by zjednoczyć klan bezwzględnych wojowników. No bo na
Rattataku nie ma żartów, prawda? Nie można się tam wzdragać przed
użyciem przemocy, ale też trzeba mieć sporo oleju w głowie.
- Dobra...
- No więc czy taka osoba nie byłaby atutem dla Ruchu Oporu?
- Ale to imperialny - oburzyła się Jess.
- Były - podkreśliła Suralinda. - A wiecie, że wielu z tych dawnych
imperialnych wcale nie darzy Najwyższego Porządku sympatią, uważają ich
za parweniuszy. Może moglibyśmy im coś zaproponować?
- Nie będziemy nikogo przekupywać, żeby...
- Nie, nie - przerwała jej Suralinda. - Chodzi mi o to, że możemy
sprzedać im jakąś atrakcyjną historię. O szansie odkupienia,
zadośćuczynienia za zło popełnione przez Imperium.
- Ten dygnitarz to prawdopodobnie sympatyk Najwyższego Porządku! -
burknęła Jess, ale jakby mniej agresywnie.
- Równie dobrze może być przerażony tym, co się stało z układem Hosnian,
i wolałby, żeby nikt nigdy nie miał w swoich rękach czegoś takiego jak
Baza Starkiller. Niektórzy z imperialnych po prostu zostali złapani w tryby tej maszyny... Nie wszyscy są źli.
Jess przewróciła oczami.
- Czy ty się słyszysz? - prychnęła.
- Jess - rzekł łagodnie Poe. - Suralinda wysuwa słuszne argumenty. Nie
żeby ci ludzie nie byli odpowiedzialni za swoje przestępstwa - ale być
może mają coś do zaoferowania Ruchowi Oporu, a w zamian Ruch Oporu
zaoferuje coś im.
Te słowa odbiły się w nim echem. Czy nadal mówił o byłych zwolennikach
Imperium, czy także o sobie?
- Odkupienie? - rzuciła Jess, zerkając na Suralindę. - Jakby na nie
zasługiwali...
- Nie odkupienie - odparł Poe. - Pokutę.
Jess umilkła. Nie odezwał się zresztą nikt - zapewne wszyscy
zastanawiali się, jak można odpokutować za zbrodnie tak mroczne i przerażające, jak te, które popełniło Imperium. Czy powinni jednak
osądzać kogoś innego, skoro żadne z nich nie miało czystych rąk?
- No cóż - rzekła z ożywieniem Suralinda, przerywając ciszę - jeśli nie
zapytamy, nigdy się nie dowiemy. Więc pozwólcie mi go zapytać.
- Możesz polecieć na Rattatak - powiedział Poe i Suralinda uśmiechnęła
się z zadowoleniem - ale masz wziąć ze sobą Jess.
- Co?! - żachnęły się jednocześnie obie kobiety.
- Ma to sens. - Snap wyszczerzył w uśmiechu zęby.
Zaczęły protestować, ale umilkły, gdy Poe uciszył je gestem.
- Zgodzę się tylko pod tym warunkiem. Posyłanie tam jednej z was jest
zbyt niebezpieczne. Polecicie razem albo wcale.
Suralinda ściągnęła usta, zastanawiając się. Pierwsza zdecydowała się
Jess i wyciągnęła rękę do koleżanki.
- Wchodzę w to - rzekła. - To co, lecimy?
Suralinda, która nigdy nie chowała długo urazy, poddała się. Uścisnęła
rękę Jess i odparła:
- Jasne.
- Dobrze. - Poego zalała ulga. Nie był pewien, czy obie się zgodzą, ale
okazało się to przeszkodą łatwą do usunięcia. Pomimo dzielących ich
różnic, sukces nad Grail City pokazał, że kobiety potrafią
współpracować, a jeśli na Rattataku rzeczywiście można znaleźć coś
wartościowego, to one to na pewno znajdą. I - oby - utrzymają siebie
nawzajem przy życiu.
- Czyli wiemy, dokąd lecimy - powiedział Snap. - A ty, Poe? Jeszcze nie
jest za późno - możesz sam polecieć do Wedge'a. W końcu to on cię
szkolił w akademii.
- Nie mogę, Snap. Ja i BB-8 musimy odnaleźć pewną starą przyjaciółkę i poprosić o przysługę.