Star Wars. Z pewnego punktu widzenia. 40 opowieści na 40-lecie "Imperium kontratakuje" -

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (42,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OCZY IMPERIUM. Kiersten White

OCZY IMPE­RIUM

Kier­sten White

Wybierz­cie dowolną spo­śród dzie­się­ciu ostat­nich prze­glą­da­nych trans­mi­sji. Musi­cie tam spę­dzić resztę życia. Gdzie jeste­ście? - spy­tała Lorem, a jej głos roz­szedł się echem po nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu ana­liz, gdzie pra­co­wali.

Maela była pod wra­że­niem tego, jak Lorem potra­fiła robić wiele rze­czy naraz - sor­to­wała dane, a jed­no­cze­śnie pro­wa­dziła nie­koń­czące się poga­duszki.

Co innego Dirjo Harch.

- Rób, co do cie­bie należy, i bądź cicho. - Wyłą­czył to, czemu przy­glą­dał się na ekra­nie, i odpa­lił kolejny pakiet danych. Maela wola­łaby, gdyby pozwa­lano im pra­co­wać indy­wi­du­al­nie. Albo jesz­cze lepiej - w małych gru­pach. Wybra­łaby do wła­snej Lorem. I Aziera. Więc tak naprawdę pra­co­wa­łaby ze wszyst­kimi prócz Dirja, zwa­żyw­szy na jego kwa­śne miny i nędzną oso­bo­wość.

- Prze­cież robię - rzu­ciła Lorem, jak zawsze rado­sna. Cza­sami nosiła czapkę na ciem­nych lokach pod zawa­diac­kim kątem. Na tyle tylko, by zła­mać regu­la­min, a jed­no­cze­śnie nie zajść za skórę Dir­jowi i nie ryzy­ko­wać skargi. Maela lubiła ich mun­dury. To, co ozna­czały. Że była tutaj. Że to robiła.

Świa­tełko zami­go­tało przy jej twa­rzy i kobieta prze­su­nęła włącz­nik. Przy­jęła nad­cią­ga­jącą trans­mi­sję i dodała ją do cią­gle rosną­cej kolejki. Tak długo pra­co­wała już z son­dami zwia­dow­czymi typu Viper, z ich nie­zli­czo­nymi zastę­pami, z maszy­nami o okrą­głych kopu­łach i odnó­żach niczym podzie­lone sta­wami macki. Wpa­try­wała się w ich puste czarne śle­pia i zasta­na­wiała się, dokąd je wywieje. Co zoba­czą.

A teraz sama widziała wszystko.

- Ale gdy robię, co do mnie należy - cią­gnęła Lorem, na co Dirjo aż się spiął - nie łapię, czemu niby nie mie­li­by­śmy się nieco zaba­wić. Będziemy się prze­dzie­rać przez sto tysięcy trans­mi­sji.

Azier odchy­lił się w fotelu i roz­cią­gnął ramiona. Roz­ma­so­wał dłońmi bladą, nie­na­gan­nie ogo­loną, pokrytą zmarszcz­kami twarz. Maela podej­rze­wała, że praca nad odzy­ski­wa­niem i prze­twa­rza­niem trans­mi­sji w ramach Pro­jektu Rój w jego przy­padku była degra­da­cją, choć nie wie­działa dla­czego. Podob­nie jak ona sama, Dirjo i Lorem dopiero zaczy­nali impe­rialną służbę.

- Lorem, moja młoda kole­żanko - odparł Azier gład­kim tonem impe­rial­nego, tym, który Maela na­dal pró­bo­wała opa­no­wać, by zataić, że pocho­dzi skądś indziej. - Męż­czy­zna, któ­remu pod­le­gamy, służy na pokła­dzie "Exe­cu­tora" w Eska­drze Śmierci Dar­tha Vadera. Naprawdę uwa­żasz, że zabawa jest prio­ry­te­tem dla kogo­kol­wiek z nich?

Lorem zachi­cho­tała i nawet Maela mimo­wol­nie się uśmiech­nęła. Dirjo jed­nak prych­nął i odwró­cił gwał­tow­nie głowę.

- Śmiesz kry­ty­ko­wać lorda Vadera?

Azier mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

- Przy­no­szą śmierć tym, któ­rzy zagra­żają Impe­rium. Prze­ży­łem wojnę, któ­rej żadne z was nie pamięta i nie rozu­mie. Ani myślę prze­cho­dzić przez to ponow­nie. A co do two­jego pyta­nia, Lorem, wolę już na zawsze pozo­stać w tej lata­ją­cej meta­lo­wej puszce, niż odwie­dzić jedną z tych zapo­mnia­nych skał, z któ­rych skła­dają mel­dunki nasze sondy zwia­dow­cze.

- Nie przez sto tysięcy - wtrą­ciła lek­kim tonem Maela.

- Co? - spy­tała Loren. Obró­ciła się w fotelu, by poświę­cić całą uwagę kole­żance.

- W ramach Pro­jektu Rój roz­siano po galak­tyce sto tysięcy jed­no­stek. Ale nie wszyst­kie dotrą do celu. Nie­które się roz­biją i staną bez­u­ży­teczne. Część wylą­duje w śro­do­wi­sku unie­moż­li­wia­ją­cym trans­mi­sję. Gdy­bym miała zga­dy­wać, powie­dzia­ła­bym, że dosta­niemy gdzieś od sześć­dzie­się­ciu pię­ciu do osiem­dzie­się­ciu tysięcy trans­mi­sji. - Sondy zwia­dow­cze typu Viper sta­no­wiły wytrzy­małe cudeńka, chro­nione ponadto przez kap­suły, ale mimo wszystko. Kosmos był roz­le­gły, a zmien­nych zatrzę­sie­nie.

- W takim razie upo­ramy się z tym przed koń­cem zmia-ny - odparła Lorem i wyszcze­rzyła zęby. - A potem posta­no­wimy, na któ­rej pla­ne­cie będziemy żyć po wsze czasy! Choć moje opcje są takie sobie. Ty jesteś z Głę­bo­kiego Jądra, prawda? Masz jakieś nagra­nia z rodzi­mego świata, żeby­śmy mogli je dodać do listy poten­cjal­nych relo­ka­cji?

Maela odwró­ciła się w stronę wła­snej kon­soli. Widać jej praca nad akcen­tem poszła na marne.

- Nie mam. Nie wysy­ła­li­śmy sond na Vulp­ter.

Azier prych­nął.

- Co? - spy­tała Lorem. - Co w tym śmiesz­nego?

Dirjo wci­snął przy­cisk moc­niej, niż było to konieczne.

- Połowa sond, któ­rymi dys­po­nu­jemy, powstała wła­śnie tam, na Vulp­te­rze. Ale wra­camy do pracy. - Przy­brał opry­skliwy ton, ale otak­so­wał Maelę badaw­czym spoj­rze­niem. - Przy­by­łaś z czę­ści pro­duk­cyj­nej. Chęt­nie bym o tym kie­dyś poroz­ma­wiał.

Maela spoj­rzała na ekran. Wie­działa, że mało kto rwał się do tej pracy. Że wyko­ny­wali ją albo nie­udacz­nicy pokroju Aziera, albo ludzie tacy jak Dirjo, któ­rzy jesz­cze nie zdo­łali się wspiąć po szcze­blach kariery. Sama jed­nak wnio­sła kon­kret­nie o ten przy­dział i nie miała ochoty tra­fić ni­gdzie indziej w ramach służby Impe­rium. Wsu­nęła dłoń do kie­szeni i powio­dła pal­cami po gład­kiej, okrą­głej powierzchni głów­nej soczewki sondy. Ile razy wpa­try­wała się w te foto­re­cep­tory i pra­gnęła zoba­czyć to, co one? Ile razy wyobra­żała sobie, jak pędzi przez bez­miar kosmosu, by podzi­wiać nie­sa­mo­wite widoki?

A teraz była tutaj. Moż­li­wie naj­bli­żej. W zasięgu ręki miała wizje i cele podróży dzie­sią­tek tysięcy sond zwia­dow­czych. Jak w marze­niach.

No, przy­naj­mniej w jej marze­niach.

- Nie - odparła jej matka. Nie zadała sobie trudu, by zdjąć gogle o lustrza­nych soczew­kach. - Wyklu­czone.

Maela poczuła, jak na jej twa­rzy poja­wia się kwa­śna mina, a to roz­zło­ściło ją jesz­cze bar­dziej. Sądziła, że już wyro­sła z gry­ma­sów, no i zde­cy­do­wa­nie wyro­sła z wieku, w któ­rym wargi zdra­dzały jej każdą emo­cję, co spo­ty­kało się z szy­der­stwami.

- To nie­spra­wie­dliwe - powie­działa, wska­zu­jąc pro­to­typ, przy któ­rym dłu­bała matka. - Tam jest tyle do zoba­cze­nia, one widzą wszystko, a jedyne, co widzę ja, to ten zakład pro­duk­cyjny. - Maela wychy­liła się i spoj­rzała na wła­sne znie­kształ­cone odbi­cie w głów­nym oku dro­ida. Wie­działa, że tak naprawdę to nie oko, nie do końca, ale zawsze tak o nim myślała. Spa­ce­ro­wała wzdłuż rzę­dów sond, pod­wie­szo­nych na mecha­nicz­nych pną­czach niczym owoce. Sta­rała się ujrzeć sie­bie w każ­dej soczewce. Dzięki temu, gdy już roz­prze­strze­nią się po galak­tyce i polecą w kie­runku ciał nie­bie­skich, któ­rych ni­gdy nie miała odwie­dzić, przy­naj­mniej jakaś jej cząstka tam trafi. Duch w maszy­nach jej matki.

- Myślisz, że tyle zoba­czysz, gdy podej­miesz pracę dla Impe­rium? - Jej matka zro­biła minę, jakby zja­dła coś nie­do­brego. - Uwierz mi, nie chcesz mieć z nimi nic wspól­nego.

- Jak możesz tak mówić? - Maela wyrzu­ciła ręce w powie­trze, znie­sma­czona hipo­kry­zją matki. - Sama dla nich pra­cu­jesz!

- Nie pra­cuję dla nich. Pro­jek­tuję i pro­du­kuję droi-dy. A po woj­nach klo­nów nie jest to naj­bar­dziej opła­calny inte­res. - Wes­tchnęła, odchy­liła się i powio­dła dłońmi po nie­sfor­nych lokach. Teraz były już bar­dziej siwe niż czarne, a Maela wie­działa, że pod goglami ujrza­łaby cien­kie linie zmarsz­czek, powoli znie­kształ­ca­ją­cych skórę wokół oczu matki. - Ale na tym się znam. I dzięki temu zapew­niam bez­pie­czeń­stwo naszej rodzi­nie.

- I wię­zisz nas tutaj, na tej pozba­wio­nej życia pla­ne­cie, w tej bez­dusz­nej fabryce! - Maela kop­nęła w stół i czę­ści pro­to­typu pole­ciały we wszyst­kie strony. - Przy­naj­mniej gdy­bym pra­co­wała dla Impe­rium, robi­ła­bym coś waż­nego.

- Tak - odparła matka tonem przy­wo­dzą­cym na myśl zasu­wa­jące się drzwi. - Robi­ła­byś wiele róż­nych rze­czy. - Odda­liła się i zosta­wiła Maelę samą z meta­lem, który jesz­cze nie był dro­idem.

Maela pod­nio­sła soczewkę i spoj­rzała we wła­sne odbi­cie. Nie chciała być duchem, wspo­mnie­niem, więź­niem. Część zmie­ściła się ide­al­nie w jej kie­szeni wraz z pod­jętą przed chwilą decy­zją. Zamie­rzała zoba­czyć galak­tykę, posy­łana ku coraz now­szym, nie­zna­nym celom przez to samo Impe­rium, które odbie­rało te dro­idy.

Maela miała zmę­czone oczy, tak suche, że gdy mru­gała, sły­szała, jak powieki ocie­rają się o sie­bie. Nie wie­działa, jak długo oglą­dała nagra­nia, odsie­wa­jąc te, które nie zawie­rały żad­nych przy­dat­nych infor­ma­cji. Pozo­stali w któ­rymś momen­cie opu­ścili pomiesz­cze­nie, by coś zjeść czy pójść spać, nie była pewna.

Nie potrze­bo­wała dro­idów matki, by jej duch zwie­dzał galak­tykę, bo teraz była z nimi połą­czona. Miała je na wycią­gnię­cie ręki. Za ich pośred­nic­twem uka­zy­wały się jej nie­zli­czone nowe widoki. Była wszę­dzie.

Rośliny wyso­kie niczym wie­żowce, wzno­szące się w niebo, ema­nu­jące bar­wami nie­wy­kry­wal­nymi ludz­kim okiem. Kraj-obrazy pustynne, tak jałowe, że sam ich widok spra­wiał, iż robiło się jej sucho w gar­dle. Bez­denny ocean, oczy i zęby skie­ro­wane w jej stronę, gdy zagłę­biała się w ciem­no­ściach. Świat za świa­tem, a ona widziała je wszyst­kie.

Tak zaśle­piła ją nie­skoń­czona biel lodu naj­now­szej pla­nety, że o mało tego nie prze­ga­piła.

- Ktoś je wzniósł - szep­nęła, wodząc wzro­kiem po geo­me­trycz­nych, syme­trycz­nych kop­cach wysta­ją­cych z lodu. Były zbu­do­wane z metalu, a według dro­ida gene­ro­wały ener­gię. Co ozna­czało, że ktoś z nich korzy­stał. Zanim jed­nak mogła nawią­zać połą­cze­nie i pokie­ro­wać sondą oso­bi­ście, ekran zami­go­tał i łącz­ność ustała.

Maszyna ule­gła samo­znisz­cze­niu. Co ozna­czało tylko jedno: została zaata­ko­wana. Maeli wzro­sło tętno. Zna­la­zła to. Była pewna. Zna­la­zła to, czego szu­kali.

Wdu­siła przy­cisk komu­ni­ka­tora.

- Dirjo, mam ich.

Z gło­śnika wydo­były się szumy i zaspany głos.

- Ale że kogo?

- Rebe­lię.

Po paru minu­tach męż­czy­zna stał tuż obok i nachy­lał się nad ekra­nem. Dołą­czyli i pozo­stali. W sali było zbyt cia­sno, by wszy­scy pomie­ścili się przy jej sta­no­wi­sku.

- Jesteś pewna? - zapy­tał. - W galak­tyce jest mnó­stwo róż­nych kolo­nii.

- Nie na Hoth. Jedy­nymi rze­czami, które zna­la­złam, są śnieg i nie­liczne zwie­rzęta. - Przyj­rzała się w cało­ści nagra­niom sondy, cofa­jąc je od momentu wybu­chu, ale oprócz gene­ra­to­rów i samego ataku dostrze­gała jedy­nie śnieg, lód i stwo­rze­nia czła­piące nie­zgrab­nie na dwóch nogach, o małych łapach i potęż­nych gru­bych ogo­nach. Na swój spo­sób były uro­cze. Przez dłuż­szy czas przy­glą­dała się stadu. Wyobra­żała sobie, jak brzmią te zwie­rzęta, jakie wydaje się w dotyku ich futro, jaką funk­cję peł­nią te zakrę­cone rogi. W mniej­szym stop­niu przej­mo­wała się Rebe­lią.

- Zresztą - dodała, pró­bu­jąc sku­pić myśli - te gene­ra­tory są zbyt duże jak na pro­stą kolo­nię. I ktoś strze­lił do dro­ida. - To ostat­nie ją zabo­lało. Żało­wała, że nie może wzno­wić połą­cze­nia. Nie chciała, by jej sonda, jej oczy, leżała mar­twa w śniegu.

Dirjo skrzy­wił się i przy­gryzł wargę.

- Jeśli się mylimy...

- To będziemy szu­kać dalej.

Azier prych­nął.

- To Impe­rium. Tutaj pomyłki nie ucho­dzą pła­zem.

Maeli było wszystko jedno. Żywiła prze­ko­na­nie, że odna­la­zła Rebe­lię. No i czuła, że to wła­ściwe, by udało się to wła­śnie jej. Jej dro­idom, jej oczom. Przez ten cały czas marzyła o tym, że znaj­dzie się w ich wnę­trzu. Spraw­dziło się.

Dirjo zaczerp­nął głę­boko tchu, po czym przy­tak­nął.

- Wyślę twoje usta­le­nia Piet­towi.

Maela zwol­niła miej­sce przy sta­no­wi­sku. Prze­jął je Dirjo.

Lorem zmarsz­czyła brwi.

- To Maela doko­nała odkry­cia. Powinno pójść na jej konto.

- Prze­cież nie cho­dzi o pochwały, a o Impe­rium - odparł Dirjo.

- Skoro nie, to dla­czego się upie­rasz, że to ty oso­bi­ście prze­ka­żesz infor­ma­cje Piet­towi? - burk­nął Azier.

Maela już zasia­dła przy innym sta­no­wi­sku. Jeśli się okaże, że nie ma racji, będą musieli szu­kać dalej, więc rów­nie dobrze mogła już zacząć. Nie potra­fiła jed­nak prze­stać myśleć o zaob­ser­wo­wa­nych isto­tach, ani o roz­bły­sku świa­tła czy o koń­cówce trans­mi­sji. Istotę, która wyszła spod rąk jej matki, spo­tkał gwał­towny koniec. Tak samo gwał­tow­nie skoń­czyła się wizyta Maeli na Hoth.

Gdy wszy­scy byli zaafe­ro­wani ocze­ki­wa­niem na kon­takt ze strony Pietta, Maela prze­glą­dała nie­zli­czone trans­mi­sje. Gdy zna­la­zła tę, któ­rej szu­kała, zalała ją fala triumfu: kolejna sonda zwia­dow­cza wylą­do­wała na Hoth. Co ozna­czało, że na­dal może się tam rozej­rzeć.

Nie powinna. Albo Hoth było ich celem, albo nie. Powinna szu­kać dalej.

Hoth jed­nak zda­wało jej się miej­scem praw­dziw­szym niż wszyst­kie poprzed­nio odwie­dzone. To, co tam ujrzała, miało zna­cze­nie, i była irra­cjo­nal­nie zła na to, że trans­mi­sja tak szybko dobie­gła końca. Jasne, cią­gle tra­cili sondy zwia­dow­cze. Ale ta została znisz­czona.

Póź­niej - nie potra­fiła powie­dzieć kiedy, bo gorącz­kowo prze­glą­dała nagra­nia w nadziei, że znaj­dzie coś wyjąt­ko­wego, i pró­bo­wała zapo­mnieć, jak usil­nie pra­gnie wró­cić na Hoth - nade­szła trans­mi­sja z "Exe­cu­tora".

- Tak, sir. Dzię­kuję, sir. - Dirjo oparł się o kon­solę. Na jego twa­rzy wal­czyły ze sobą ulga i samo­za­do­wo­le­nie. - Mie­li­śmy rację. Są na Hoth.

Lorem poło­żyła dłoń na ramie­niu kole­żanki.

- Chcia­łeś powie­dzieć, że Maela miała rację.

- To będzie wiel­kie zwy­cię­stwo dla Impe­rium. Już jest zwy­cię­stwem dla Pro­jektu Rój. - Dirjo sta­nął pro­sto, obcią­gnął mun­dur i wypiął pierś. - Powin­ni­śmy to uczcić.

- Zro­bię wszystko, byle tylko opu­ścić tę klitkę - burk­nął Azier i wstał z fotela, choć on nie popra­wił pomię­tej kurtki.

Lorem się zaśmiała. Chwy­ciła Maelę za rękę i odcią­gnęła ją od sta­no­wi­ska. Kobieta obej­rzała się tęsk­nie na migo­czące kon­tro­lki, na kwa­dra­towe przy­ci­ski, obiet­nicę cudów prze­ka­zy­wa­nych za pośred­nic­twem innych oczu. Wło­żyła rękę do kie­szeni i pogła­dziła gładką powierzch­nię soczewki. Prze­każe wieść matce. Wyśle infor­ma­cję o ich suk­ce­sie. Dowód na to, że nie tylko dro­idy zasłu­gują, by roz­sy­łać je po całej galak­tyce.

Śniła o lodzie. Nie potra­fiła prze­stać o nim myśleć, zasta­na­wiać się. Tęsk­niła za swoją przed­wcze­śnie zakoń­czoną wizytą na pla­ne­cie, która fak­tycz­nie oka­zała się mieć zna­cze­nie.

Parę dni póź­niej, gdy wszy­scy pozo­stali odsy­piali zmianę, Maela wśli­zgnęła się do cen­trali Pro­jektu Rój. Jej fotel był chłodny, a świa­tła - przy­ćmione, ale pomiesz­cze­nie znik­nęło, gdy prze­jęła zdalne ste­ro­wa­nie nad drugą sondą na Hoth.

Wśli­zgnęła się w jej meta­lowy kor­pus i pozwo­liła, by ekran wypeł­nił jej wzrok. Chłód fotela zmie­nił się w chłód sku­tego lodem kra­jo­brazu. Zna­la­zła się tam.

Sunęła wzdłuż lodow­ców i zasp śnież­nych. Liczyła na to, że odnaj­dzie stado tam­tych zwie­rząt. Coś innego jed­nak przy­kuło jej uwagę. Dym. Pod­ry­fo­wała w jego stronę - jej meta­lowe koń­czyny w ogóle nie doty­kały ziemi. Dym uno­sił się znad prze­ogrom­nych tru­cheł impe­rial­nych maszyn, znisz­czo­nych i osma­lo­nych, przy­pa­lo­nych i sto­pio­nych. Dotarły tu przed nią.

Ale prze­cież nie cho­dziło tu o podział one-ona. Sama była czę­ścią Impe­rium. Skie­ro­wała się w stronę ich celu. To, co się tu roze­grało, dobie­gło już końca. Wmó­wiła sobie, że poszu­kuje jakich­kol­wiek infor­ma­cji, mogą­cych pomóc Impe­rium, ale tak naprawdę chciała zoba­czyć miej­sce, któ­rego ni­gdy nie odwie­dzi, a które odkryła, które poda­ro­wała Impe­rium. Bo w końcu to zwy­cię­stwo było i jej udzia­łem, prawda?

Bez trudu odna­la­zła wej­ście do bazy, ostrze­lane i powy­krę­cane, podob­nie jak impe­rialne maszyny. Ostroż­nie wśli­zgnęła się do środka. Nawi­go­wała poprzez kory­ta­rze. W nie­któ­rych miej­scach zapadł się dach. Kawały lodu i śniegu blo­ko­wały przej­ście. Było ciemno, więc zmie­niła usta­wie­nia obrazu. I wtedy to zoba­czyła.

Poczuła na języku meta­liczny smak. Usły­szała dzwo­nie­nie w uszach.

Impe­rialne mun­dury. I inne. Pozo­sta­wione ciała, spo­nie­wie­rane, wykrę­cone. Prze­le­ciała nad nimi. Nie dotknęła ani jed­nego.

Tam, kolejne. Jesz­cze inne. Wycią­gnęła przed sie­bie ramię. Pod ogrom­nym cię­ża­rem lodu i śniegu leżało przy­gnie­cione zwie­rzę. Wysta­wała mu sama głowa. Ramię sondy dotknęło jed­nego z tych zabaw­nie skrę­co­nych rogów, ale...

Ale to nie było jej ramię. Nale­żało do dro­ida. Sama zaś ni­gdy się nie prze­kona, jakie to uczu­cie. Nie doświad­czy niczego. Droid obra­cał się i obra­cał, i wszę­dzie napo­ty­kał znisz­cze­nie, ciała i roz­trza­skane maszyny. Nie miało zna­cze­nia, czy tru­chła należą do impe­rial­nych, do rebe­lian­tów czy do istot, które powinny bie­gać po lodzie. Wszyst­kie zostały jed­na­kowo uni­ce­stwione.

Rzu­ciła się w gwiazdy i zda­wało się jej, że tylko patrzy. Jed­nak oko ni­gdy nie było tylko okiem. Było połą­czone z cia­łem.

Była oczyma Impe­rium. A jego dło­nie uczy­niły to z jej przy­czyny.

Dirjo opie­rał się o swoje krze­sło. Prze­ka­zał im infor­ma­cje o postę­pach Impe­rium po Hoth i przy­po­mi­nał im - znów - o suk­ce­sach Pietta. Lorem powie­dzia­łaby, że Dirjo ple­cie jak droid z prze­pię­ciem, ale Maela uznała, że to nie fair w sto­sunku do dro­idów. One nie wybrały takiego życia. Zostały stwo­rzone i robiły, co do nich należy.

Patrzyły tam, gdzie ona im kazała.

Poru­szyła dłońmi. Wyobra­ziła sobie, że dotyka krę­tych rogów. Pro­jekt Rój oka­zał się udany, ale jesz­cze nie dobiegł końca. Ni­gdy nie miał się skoń­czyć, póki ist­niała Rebe­lia, która mogła się skryć gdzie indziej. Soczewka dro­ida wpa­try­wała się w nią z miej­sca, gdzie ją odło­żyła. Maela spoj­rzała we wła­sne znie­kształ­cone odbi­cie, po czym prze­nio­sła wzrok na ekran. Nagra­nie po nagra­niu. Setki nagrań, zle­wa­ją­cych się w jedną całość.

Księ­życ zaro­śnięty pra­sta­rymi lasami. Droid pod­czas zej­ścia roz­grzał się do tego stop­nia, że zapró­szył ogień wokół sie­bie i teraz obraz przed­sta­wiał sza­le­jące inferno.

Pla­neta pozba­wiona świa­tła, tak ciemna, że żadne usta­wie­nie kamer nie mogło zgłę­bić mroku. Tylko powta­rza­jące się sygnały z czuj­ni­ków ruchu wska­zy­wały na to, że coś czai się w pobliżu.

Aste­ro­ida wiel­ko­ści pla­nety. Sonda została uszko­dzona pod­czas podej­ścia i teraz mogła jedy­nie patrzeć bez ruchu, bez zasi­la­nia, podró­żu­jąc na skale przez prze­stwo­rza.

Bagni­sta pla­neta, zatrzę­sie­nie roślin i mokra­deł, błota i pną­czy, bez niczego, co wska­zy­wa­łoby na to, że Impe­rium powinno ją zaszczy­cić dru­gim spoj­rze­niem. Tylko - tam, zarys cze­goś na tle nocy! Cze­goś nie­orga­nicz­nego. Cze­goś, co podej­rza­nie przy­po­mi­nało na wpół zato­pio­nego X-winga.

Dirjo szarp­nął ner­wowo za kami­zelkę mun­duru.

- Wyniki - rzu­cił. - Impe­rium na nas polega.

Maela wci­snęła przy­cisk, by usu­nąć nagra­nie. Usu­nęła Dago­bah z oczu Impe­rium. Prze­szła do kolej­nych świa­tów. Wresz­cie widziała wyraź­nie.

GŁÓD. Mark Oshiro

GŁÓD

Mark Oshiro

Lód nie dbał o nikogo.

Przy­po­mi­nał sobie o tym za każ­dym razem, gdy opusz­czał dom. Moż­liwe, że słońca i księ­życe prze­suną się wiele razy po nie­bo­skło­nie, nim zdo­bę­dzie wystar­cza­jącą ilość poży­wie­nia, by wró­cić, by nakar­mić je wszyst­kie. Szcze­gól­nie teraz, gdy z roz­ba­wie­niem mach­nął łapą na jedno z mło­dych, plą­ta­jące się mu mię­dzy nogami. Młode sta­nęło przed nim i zary­czało, a tak naprawdę zapisz­czało, bo dźwięk nie wzbu­dzał jesz­cze należ­nego stra­chu. Ale na począ­tek dobre i to. Wystar­czy prak­tyka, żyw­ność i czas, by stało się rów­nie prze­ra­ża­jące co jego ojciec.

We dwoje wspięli się dłu­gim kory­ta­rzem wycho­dzą­cym z cen­tral­nej groty. Osoba postronna bez trudu mogłaby się tu zgu­bić. To wła­śnie dla­tego on i jego part­nerka godowa wybrali to miej­sce dawno temu. Coś tu daw­niej miesz­kało, a świad­czyły o tym dziwne pozo­sta­wione rze­czy. Po gro­tach walały się twarde przed­mioty, nie kamie­nie, kości czy kawałki lodu, a coś nie­okre­ślo­nego wraz z gni­ją­cymi szcząt­kami tego, co te bestie jadły.

Ten dom jed­nak był dobrze chro­niony przed zim­nem i innymi. To, że zna­leźli to miej­sce... Cóż, od samego początku wie­dział, że to coś sta­łego, tego rodzaju azyl, jakiego przed­sta­wi­ciele jego gatunku poszu­ki­wali przez więk­szość życia. Nie­liczne dra­pież­niki, pró­bu­jące od tam­tej pory naru­szyć to tery­to­rium, zagu­biły się bez nadziei na zna­le­zie­nie wyj­ścia wśród krę­tych tuneli, w pomiesz­cze­niach, które w tych ciem­no­ściach wyda­wały się iden­tyczne. Było mu łatwo na nie polo­wać, gdy błą­kały się, osła­bione i wystra­szone.

A teraz miał swój klan. Trzy młode, ich matkę, part­nerkę godową. Wła­sną rodzinę. Nie ist­nie­liby, gdyby nie odkry­cie tej groty.

Teraz jed­nak przy­szła pora, by opu­ścić schro­nie­nie.

Samica miała opie­ko­wać się mło­dymi pod jego nie­obec­ność, ale nie sta­no­wiło to dużego pocie­sze­nia, bo... Cóż, polo­wa­nie to polo­wa­nie. Cią­gnęło się długo i nie miał gwa­ran­cji, że cokol­wiek zła­pie. Kolejne dni zle­wały się ze sobą, a nie dostrze­gał ofiar.

Ale musiał wyru­szyć po raz kolejny.

Musiał utrzy­mać swój klan przy życiu.

Potrzeba ta spra­wiała, że sta­wiał kolejne kroki. Matka jego dzieci i jego part­nerka otarła się nosem o jego nos na znak sza­cunku. Młode pisz­czały i ryczały, choć tak naprawdę nie rozu­miały, krę­ciły się u jego nóg. Gdy wyszedł na wiatr, chłód, lód i śnieg, jedno z nich podą­żyło jego śla­dem i zamach­nęło się na niego. Zatrzy­mał się i je ode­pchnął, po czym wark­nął. Zro­zu­miało. Odpro­wa­dzało go wzro­kiem, nie rusza­jąc się z miej­sca. Wkrótce zanu­rzył się w bez­gra­niczną biel tun­dry.

Roz­po­częły się łowy.

Masze­ro­wał. Wspiął się na naj­bliż­sze wznie­sie­nie i instynkt pokie­ro­wał go ku sze­re­gowi jaskiń w oddali. Raz zna­lazł tam stado jego ulu­bio­nych ofiar, bestii, które poru­szały się na dwóch koń­czy­nach i z głów wyra­stały im takie bez­u­ży­teczne rogi. Łatwo dawały się upo­lo­wać, przy­naj­mniej gdy sku­piało się na poje­dyn­czych oka­zach. W gru­pie potra­fiły być nie­bez­pieczne, ale łatwiej było oddzie­lić jedno zwie­rzę od stada, udać się za nim w pościg, zmę­czyć je i wzbu­dzić w nim strach, że nikt mu nie pomoże.

Żywił się mniej­szymi stwo­rze­niami, by zacho­wać ener­gię. Rzadko sypiał; wie­dział, że wtedy grozi mu naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo. Odpo­czy­wał tylko tyle, by móc ruszyć w dal­szą podróż.

Wzno­wić łowy.

Słońce sunęło po nie­bie. Raz, drugi, trzeci. Księ­życe, a każdy miał wła­sny kształt i barwę, poja­wiały się z koń­cem dnia, gdy nasta­wała noc i łowcy zagra­żał prze­ra­ża­jący chłód. Parł jed­nak dalej. Raz schro­nił się przed wyjąt­kowo sro­gim wia­trem, takim, który zda­wał się prze­szy­wać jego futro. Scho­wał się pod ścianą klifu, aż znów wstało słońce.

Poświę­cał się dla nich.

Zna­lazł ofiarę na połu­dnio­wym skraju skal­nego masywu. Uznał, że bez trudu osa­czy ją w doli­nie poni­żej. Gdy zdjął naj­więk­sze zwie­rzę, które zamach­nęło się na niego tymi krę­tymi rogami, bez trudu wytro­pił pozo­stałe. Poży­wił się tym naj­mniej­szym, zja­da­jąc je do ostat­niej kosteczki, by star­czyło mu ener­gii na długą podróż powrotną. Nie zamie­rzał się zatrzy­my­wać ani odpo­czy­wać; ryzyko było zbyt duże, skoro cią­gnął za sobą tru­chła.

Więc masze­ro­wał.

Nie wie­dział, ile słońc i księ­ży­ców poko­nało niebo.

Nie dbał o to, jak jak wielki chłód odczu­wał, gdy stą­pał po lodzie i śniegu.

Nie pozwo­lił, by wyczer­pa­nie, które czuł w mię­śniach i kościach, powa­liło go na zie­mię.

Szedł przed sie­bie z jedną myślą w gło­wie.

"Muszę wró­cić".

Wspiął się na ostat­nie wznie­sie­nie i przez krótką chwilę myślał, że to świa­tło sło­neczne płata mu figle. Może i go ośle­piało, gdy odbi­jało się od lodu, ale upu­ścił tru­chła. Wbił wzrok w dal. Pochy­lił się.

Wycho­dzili na lód nie­opo­dal ogrom­nej struk­tury: małe istotki, cho­dzące pro­sto na tyl­nych koń­czy­nach, ciemne kształty na tle śniegu. Nie­które jeź­dziły na grzbie­tach zwie­rząt tego samego rodzaju, które wła­śnie pozba­wił życia; inne kie­ro­wały je przed sie­bie, wrzesz­cząc na nie i krzy­cząc.

Wie­dział, że to go opóźni, ale nie powstrzyma.

Ruszył w kie­runku wej­ścia do jaskiń w dale­kiej czę­ści wznie­sie­nia. Zasta­na­wiał się, czy ci nowo przy­byli utrud­nią mu łowy. Będą mu prze­szka­dzać w gro­cie? Prze­pro­wa­dzą atak?

Kipiał w nim gniew. To był jego dom.

Myślał o swoim kla­nie, gdy scho­dził do doliny, do sie­bie. Mógł sko­rzy­stać z dru­giego wej­ścia - mniej­szego, uciąż­li­wego. Przez cały czas obser­wo­wał te istoty. Nie wyda­wały się two­rzyć stad, ale były liczne. Bez zna­cze­nia. Mógłby je poko­nać jed­nym mach­nię­ciem łapy.

Wci­snął się w szparę w jed­nej z tyl­nych grot. Upadł na zie­mię w kory­ta­rzu i przy­ło­żył łapy do uszu. Przez lód niósł się echem straszny dźwięk: coś wyso­kiego, powta­rza­ją­cego się. Prze­szy­wał mu uszy i spra­wiał, że przez jego ciało prze­cho­dziły kolejne fale mdło­ści.

Wyda­wało się to nie­moż­liwe; prze­cież był tak daleko od tych istot! Czyżby jakimś cudem wdarły się do środka? Nie były świa­dome, kto tu mieszka?

Pozo­sta­wił tru­chła i skie­ro­wał się w głąb wła­snej jamy. Gdy wresz­cie dotarł, nie­moż­liwe oka­zało się prawdą: tam, w ścia­nie lodu, ziała teraz wielka dziura, a dźwięki, które z niej dobie­gały, powo­do­wały prze­raź­liwy ból.

Parł jed­nak przed sie­bie. Musiał. Musiał ich odna­leźć.

Szu­kał. W miej­scu, gdzie zako­py­wali swoje nie­czy­sto­ści. (Puste). W jed­nej z grot, gdzie się poży­wiali. (Teraz zaję­tej przez całe rze­sze tych strasz­nych stwo­rzeń). Szedł nisko przy ziemi, gdy wpa­dła na niego jakaś istota, wyło­niw­szy się z jed­nego z mniej­szych pomiesz­czeń w głę­bo­kiej czę­ści jaskini. (Z jego domu). Rzu­ciła mu szyb­kie spoj­rze­nie i wrza­snęła. Zamie­rzała go wystra­szyć? A może sama prze­ra­ziła się tak dalece, że instynk­tow­nie wydała taki dźwięk? Nie­które stwo­rze­nia robiły tak przed śmier­cią. Nie potra­fiły się powstrzy­mać.

Ryk­nął i zamach­nął się, by zmiaż­dżyć prze­ciw­nika.

Istota unio­sła rękę. W jej łapie było coś ciem­nego, a potem poja­wił się świe­tli­sty pro­mień. Nie­moż­li­wie szybko poko­nał dzie­lącą ich odle­głość niczym te smugi świa­tła, które czę­sto widy­wał nocą na nie­bie.

Jesz­cze ni­gdy nie doświad­czył tak roz­dzie­ra­ją­cego bólu. Miał wra­że­nie, jakby pro­mie­nio­wał głę­boko pod sierść i skórę. Kąsał mię­śnie jego nogi. Tym razem sam zary­czał w ago­nii.

I dał się ponieść wście­kło­ści.

Nie miał poję­cia, ile istot oka­le­czył czy zabił w tam­tych chwi­lach, ale ude­rzał we wszystko, co się poru­szało. Nie potra­fił ich odna­leźć. Gdzie się podzie­wali? Gdzie była jego rodzina? Gdzie były jego dzieci? Wpa­ro­wał do naj­więk­szej sali w gro­cie i ujrzał nie­zli­czone stwo­rze­nia. Roz­pierz­chły się z wrza­skiem we wszyst­kie strony, a on znów zary­czał.

Wyczu­wał resztki swo­jego klanu, słaby podmuch tego, kim kie­dyś byli. Gdzie się podziali? Co te istoty z nimi zro­biły?

Poja­wiło się tamto prze­szy­wa­jące świa­tło, ale tym razem go nie ugo­dziło. Wybiegł z domu przed wej­ście, bro­cząc krwią po śniegu i lodzie. Szedł przed sie­bie, a te istoty posy­łały za nim nie­znane mu dźwięki. Znik­nął wśród pobli­skich wzgórz.

Dopiero gdy zna­lazł się w bez­piecz­nym miej­scu, dotarło do niego, że zawiódł rodzinę. Jego part­nerka z pew­no­ścią ochro­niła młode. Może zna­leźli inne schro­nie­nie?

Posma­ro­wał ranę śnie­giem, zmu­sił ją, by zdrę­twiała, aby mógł się prze­miesz­czać.

I poszedł.

Nie zna­lazł ich w gro­tach po prze­ciw­nej stro­nie wznie­sień, w miej­scu, które było ich domem. Może jego part­nerka zabrała młode tam, gdzie miesz­kali wcze­śniej.

Jed­nak i tam ich nie zna­lazł.

Nie zna­lazł ich ni­gdzie.

Coś go wypeł­niło. Jesz­cze ni­gdy cze­goś takiego nie odczu­wał. Teraz w jego wnę­trzu tkwiła pustka, taka, która wyże­rała go od środka, która zda­wała się zwięk­szać roz­miary z każ­dym przej­ściem słońca po nie­bie. Sta­rał się wypeł­nić ją jedze­niem. Tu i ówdzie łapał ofiary. Ale choć zaspo­ka­jał w ten spo­sób głód, to dru­gie uczu­cie roz­kwi­tało. Bez klanu czuł się pusty.

Cze­kał. Obser­wo­wał. Roz­pa­czał.

Coraz to kolejne istoty zasie­dlały jego dom. Przy­by­wały, odcho­dziły, nie­kiedy uda­wały się na lód na grzbie­tach tych innych zwie­rząt, ale zawsze przy­naj­mniej parami. Były tak liczne. Jak mogły to robić? Czego chciały? Czyżby też polo­wały?

Gło­do­wał. Obser­wo­wał. Cze­kał.

Pew­nego ranka małe stado opu­ściło grotę na grzbie­tach bestii z rogami. Dał się ponieść instynk­towi: mógł sobie pora­dzić z tak nie­liczną grupą. W końcu prę­dzej czy póź­niej wszyst­kie istoty żywe padały ofiarą jego gatunku. A że rogate stwo­rze­nia były obcią­żone, nie mogły roz­wi­jać nor­mal­nej pręd­ko­ści.

Czyli nie mogły uciec.

To aż za łatwe.

Nie cho­dziło mu jed­nak o wyzwa­nie. Podą­żył za sta­dem, obser­wo­wał, jak się roz­dziela i jego poszcze­gólni człon­ko­wie roz­pra­szają się po lodzie. On jed­nak jak zawsze pozo­sta­wał cichy i zacho­wy­wał odle­głość. Chciał, by ostat­nimi rze­czami, jakie zoba­czą jego ofiary, były biel jego sier­ści, jego prze­ra­ża­jąca, otwarta sze­roko pasz­cza i ostre pazury prze­ci­na­jące miękką szyję.

Nie pra­gnął zaspo­ka­jać głodu. Nie cho­dziło o uczto­wa­nie.

Nie.

Chciał zapeł­nić pustkę w swoim ciele.

A mogła to zro­bić tylko krew.

Wybrał jedną ofiarę. Nie było potrzeby, by sku­piał się na całym sta­dzie. Wybrał mizerną istotę, naj­mniej­szą ze wszyst­kich, którą będzie mu naj­ła­twiej poko­nać.

Czy dzięki temu zjed­no­czy się ze swoim kla­nem? Ta istota wyjawi mu jego los?

Nie.

Ale zawsze to jakiś począ­tek.

Zbli­żył się do rów­niny. Był świa­dom tego, że nie ma tu wielu miejsc, gdzie mógłby się przy­czaić, ale nie wolno mu zaprze­pa­ścić tej jedy­nej szansy. Znie­ru­cho­miał i obser­wo­wał. Patrzył, jak ta istota zako­puje coś pod śnie­giem.

Cze­kał. Nie­zgrabna ofiara wspięła się na wierz­chowca i oboje ruszyli przed sie­bie.

Zatrzy­mali się.

Wtedy popę­dził przed sie­bie, trzy­ma­jąc się nisko przy ziemi. Zmniej­szał dzie­lącą ich odle­głość.

Rogata bestia odwró­ciła głowę i zamarła w miej­scu. Unio­sła pysk w powie­trze, pocią­gnęła parę razy noz­drzami. Był już pewien, że go wyczuwa, że za chwilę roz­pocz­nie się pogoń.

Odwró­ciła się. Nie zerwała się do biegu.

Cią­gle zmniej­szał dystans. Trzy­mał się nisko przy ziemi. Oddy­chał mia­rowo, spo­koj­nie.

Trach!

Nie wypro­sto­wał się, ale nie mógł nie odwró­cić głowy. Ujrzał w oddali błysk ognia i dym. To wcale nie było znów tak rzad­kie, z nieba cią­gle coś spa­dało. Raz jedna taka rzecz zabiła inne młode z jego wła­snego miotu.

Chwila jed­nak nade­szła: ide­alne odwró­ce­nie uwagi.

Sunął po lodzie. Istota na grzbie­cie tej dru­giej wyda­wała z sie­bie jakieś dźwięki. Strach? Zanie­po­ko­je­nie? Roz­mowa? Nie wie­dział. Po pro­stu pod­kra­dał się coraz bli­żej. Zatrzy­my­wał się tylko wtedy, gdy bestia ryczała. Teraz albo ni­gdy. Jeśli go zauważą, z pew­no­ścią doj­dzie do pościgu. Tak, w końcu ich zła­pie, ale wolał tego unik­nąć.

Pra­gnął krwi.

Rzu­cił się przed sie­bie.

Zamach­nął się od góry masywną ręką i wrza­snął moż­li­wie naj­gło­śniej, by wzbu­dzić strach w ich ser­cach, spra­wić, by zamarli w miej­scu. Ciało mniej­szej istoty padło na lód po jed­nym cio­sie. Następ­nie zła­pał rogatą bestię za kark i skrę­cił go jed­nym potęż­nym ruchem.

Żadna z ofiar się nie poru­szyła.

Dziś będzie uczto­wał.

Ale naj­pierw przy­go­to­wa­nia. Chwy­cił obie istoty za nogi i zacią­gnął do pustej groty, z któ­rej teraz korzy­stał. Podróż była długa i zazwy­czaj by się mar­twił, że przed­sta­wi­ciele innych kla­nów będą mu się naprzy­krzać. Teraz jed­nak więk­szość z nich znik­nęła, przy­pusz­czal­nie wystra­szona przez te nie­spo­ty­kane bestie i tę dziwną rzecz, którą wznie­śli w śniegu, wypusz­cza­jącą pro­mie­nie świa­tła w powie­trze.

Był sam wśród śniegu i lodu. Od dłuż­szego czasu.

Wie­dział, że zachowa tę małą istotę na dłu­żej, a tę drugą zje od razu. Potrze­bo­wał ener­gii, a poży­wie­nie miało mu pomóc w reali­za­cji planu.

Bo na tym jed­nym ataku nie skoń­czy.

Nie. Odszuka pozo­stałe ofiary. Będzie je zdej­mo­wał jedna po dru­giej. Za każ­dym razem, gdy pozbawi je życia, będzie bli­żej odzy­ska­nia domu. Part­nerki. Mło­dych. Matki jego dzieci.

Wszyst­kich jesz­cze odzy­ska.

Miał mnó­stwo czasu.

Rzu­cił tru­chło na tył groty i sku­pił się na dru­giej ofie­rze, tej, która na­dal żyła. Przyj­rzał się jej gło­wie. Na czubku miała małą kępkę wło­sów. Pową­chał. Istota miała na sobie obcą sierść. Dziwne. Jak oni prze­ży­wali w chło­dzie tego świata?

Cóż, ten nie pożyje dłu­żej niż dwa księ­życe. Uniósł go za nogi i chuch­nął na strop jaskini, by sto­pić lód. Poli­zał dziwny mate­riał na sto­pach ofiary, by w jak naj­więk­szym stop­niu pokryć go śliną, po czym przy­ło­żył je do wil­got­nego sufitu.

Jakiś mały obiekt odpadł od ciała stwo­rze­nia i wylą­do­wał wśród śniegu na dnie groty. Łowca nie poświę­cił mu uwagi. Po chwili istota zwi­sała już porząd­nie z lodu.

Przyj­rzał się jej ponow­nie. Miała płytki oddech. Była taka deli­katna, bez­u­ży­teczna. Nie potra­fił pojąć, jak to coś w ogóle zdo­łało prze­żyć do tej pory; nie odno­sił wra­że­nia, że to młode. Jego ręce nie zostały stwo­rzone do zama­chi­wa­nia się na zdo­bycz, no i nie miało pazu­rów. Nogi wyda­wały się zbyt krót­kie, by bie­gać prędko po lodzie czy śniegu.

Spoj­rzał mu w twarz. Czy to też miało rodzinę? Dom? Wie­działo, że ode­brało mu dosłow­nie wszystko? O czym myślało? Nie­na­wi­dziło jego gatunku, tak jak on nie­na­wi­dził ich? To dla­tego zabrali mu dom?

To bez zna­cze­nia.

Odzy­ska to, co jego.

Posi­lił się. Odry­wał kawałki skóry roga­tej bestii i szybko je zja­dał, po czym zajął się tłu­stym wnę­trzem. Żało­wał, że mięso nie jest już świeże, mało co było tak przy­jemne, jak cie­pła krew w gar­dle. Szar­pał mię­śnie i ścię­gna jed­nej z koń­czyn, pochło­nięty samą przy­jem­no­ścią uczto­wa­nia. I to wła­śnie ta przy­jem­ność spra­wiła, że nie zauwa­żył tego wcze­śniej.

Zamarł.

Usły­szał jęk.

Cichy trzask.

Spoj­rzał na istotę, która wysi­lała się ze wszyst­kich sił. Wycią­gnęła rękę i łowcę znów ogar­nęła furia. Czy to coś naprawdę uwa­żało, że zdoła uciec? Że zdoła sta­wić opór? Że mogłoby go poko­nać? Zary­czał na tyle gło­śno, że grota zda­wała się trząść w posa­dach, na tyle gło­śno, że ofiara zro­biła wiel­kie oczy, tuż po tym, jak upa­dła na zie­mię. Wstała, odwró­ciła się w jego stronę i wtedy...

Świa­tło. Wiązka. Znów.

Jego gatu­nek ni­gdy nie zapo­mi­nał. Dzięki dosko­na­łej pamięci tro­pił ofiary, wie­dział, które masywy wiodą ku zdra­dli­wym prze­pa­ściom. Pamię­tał. Dom. Wrzask. Błysk świa­tła, powo­du­ją­cego ogromny ból. Krew. Chaos.

Ale to świa­tło było inne. Jakimś cudem. Wiązka nie leciała w jego stronę. W ogóle się nie poru­szała, tak samo zresztą jak oni dwaj na tej małej prze­strzeni.

Ta istota potra­fiła utrzy­mać świa­tło.

Nie.

Dzier­żyła świa­tło.

Pową­chał powie­trze i wyczuł ten sam ostry zapach, jak ten, któ­rym ema­no­wał złom poroz­rzu­cany po jego daw­nym domu. Czy to wła­śnie takie coś trzy­mało to stwo­rze­nie?

Nie bał się jed­nak. Nie mógł. Buzo­wała w nim złość.

Zaszar­żo­wał, pewien, że skru­szy tę paskudą kre­aturę jed­nym zama­chem ręki. A wtedy wiązka prze­cięła powie­trze. Z początku nie czuł bólu - a potem to on skru­szył go, wypeł­nił jego myśli. Jesz­cze ni­gdy nie sły­szał takiego dźwięku, dźwięku roz­ci­na­nego mięsa. Ni­gdy jesz­cze nie spo­glą­dał na dno groty, by ujrzeć tam wła­sną rękę.

Znów zary­czał.

Nie.

Wrza­snął.

Istota ucie­kła w śnieżne pust­ko­wia. Z pew­no­ścią wkrótce umrze; nie­moż­liwe, by ot tak mogła prze­trwać wśród lodu i wia­tru. Nie potra­fił jed­nak o niej dłu­żej myśleć, gdy ból pro­mie­nio­wał po całym ciele. Natarł kikut śnie­giem, tak samo jak wtedy, dawno temu, i zata­mo­wał krwa­wie­nie. Jego myśli dry­fo­wały, naj­pierw w stronę bólu, potem - part­ne­rek, a jesz­cze potem mło­dych, któ­rych być może nie spo­tka już ni­gdy.

Spał.

Czuł ból.

Ten nie ustę­po­wał przez wiele księ­ży­ców. Były takie chwile, gdy miał wra­że­nie, że koń­czyna na­dal tam jest, jakby mógł roz­szar­pać ciało ofiary pazu­rami nie­do­stęp­nymi wzro­kowi. Na­dal polo­wał sam - mniej spraw­nie niż do tej pory - aż wró­ciły mu siły. Aż doszedł do wnio­sku, że jest gotów.

Gdy był już w odpo­wied­niej for­mie, gdy dosto­so­wał się do nowej codzien­no­ści, wresz­cie zaczął zmie­rzać ku doli­nie. Nie­dawno zaspo­koił głód fizyczny i teraz pra­gnął jedy­nie zemsty. Jego sta­ra­nia mogą się oka­zać bez­owocne; nie każde łowy koń­czyły się suk­ce­sem. Wie­dział, że na­dal może ponieść klę­skę, że ten dzień może się oka­zać ostat­nim. Musiał mimo to spró­bo­wać.

Gdy jed­nak wspiął się na wznie­sie­nie i stał tak sku­lony w ocze­ki­wa­niu, poczuł, że się odpręża, że odpusz­cza.

Nie dostrzegł w doli­nie żad­nych dziw­nych obiek­tów.

Żadne istoty nie krzą­tały się przy gro­tach.

Mimo to scho­dził powoli. Zało­żył, że w każ­dej chwili te stwo­rze­nia mogą zaata­ko­wać z zasko­cze­nia wiąz­kami świa­tła i zmu­sić go do odwrotu. Niczego jed­nak nie usły­szał. Nie ujrzał. Nie poczuł zapa­chu potu ni ciała. Znów pową­chał powie­trze.

Coś tu ostat­nio pło­nęło.

U wylotu grot znaj­do­wało się wię­cej śmieci: postrzę­pione kawałki cze­goś twar­dego i ostrego. Smuga zamar­z­nię­tej krwi. Osma­lone pozo­sta­ło­ści tego, co tu kie­dyś było, co zastą­piło jego klan.

Ruszył ku wej­ściu, trzy­ma­jąc się bli­sko ziemi, ale nie doszły go żadne dźwięki, zgrzyty czy trza­ski, nic nie dotarło do jego uszu jak poprzed­nio. Po paru chwi­lach już się nie skra­dał. Wypro­sto­wał się i prze­cho­dził z jed­nej sali do dru­giej. Wszyst­kie oka­zały się puste, opusz­czone, zapo­mniane.

Musiał jesz­cze prze­szu­kać roz­liczne zakątki, ale gdy tak stał w miej­scu, które nie­gdyś było domem jego i klanu, wie­dział, że zostało mu ono przy­wró­cone.

I ta pustka wewnątrz jego ciała skur­czyła się, zastą­piona czymś nowym.

Nadzieją.

Nadzieją na to, że powtórne spo­tka­nie jest moż­liwe.

Z kla­nem.

Z part­nerką.

Z mło­dymi.

Z tym, co mu ukra­dli.

Z jego domem.

KONTROLA DZIAŁA JONOWEGO. Emily Skrutskie

KON­TROLA DZIAŁA JONO­WEGO

Emily Skrut­skie

Toryn Farr była pewna, że zna się na przy­pad­kach bez­na­dziej­nych, więc gdy inni zaczęli robić zakłady, nie miała wąt­pli­wo­ści, na co sama postawi.

- Nawet jeśli zrobi ruch, księż­niczka od razu go zgasi - zade­kla­ro­wała. Zapi­sała obsta­wianą kwotę na data­pa­dzie krą­żą­cym wśród kon­tro­le­rów ruchu. Kapi­tan Solo nie­zbyt roko­wał.

"Z dru­giej strony - zasta­na­wiała się, gdy prze­myt­nik wszedł do cen­trum dowo­dze­nia i wszy­scy, któ­rzy zare­je­stro­wali zakłady, jak jeden mąż nagle się wypro­sto­wali - Solo to jedna z tych osób, które grają w długą grę".

Pró­bo­wała - naprawdę pró­bo­wała - sku­piać się na odczy­tach, które powinna moni­to­ro­wać pod kątem ano­ma­lii. Poprzed­niego dnia ode­brali sygna­turę, która podej­rza­nie przy­po­mi­nała gwiezdny nisz­czy­ciel, a choć obiekt minął Hoth, nie zmie­niw­szy tra­jek­to­rii, wszy­scy naje­dli się stra­chu i pozo­sta­wali wstrzą­śnięci i nie­pewni. Toryn jed­nak mimo­wol­nie zer­kała przez pół­prze­zro­czy­ste tablice ku miej­scu, gdzie księż­niczka Leia stała przy sta­no­wi­sku kapi­tana Ser­pera.

Księż­niczka przy­glą­dała się nie­uf­nie kapi­ta­nowi Solo. Toryn zauwa­żyła, że ten przy­sta­nął za jej ple­cami - po czym, ku jej zdzi­wie­niu, ruszył nie w stronę Lei, a gene­rała Rie­ekana, dłu­bią­cego coś przy ukła­dzie łącz­no­ścio­wym na tyłach cen­trum dowo­dze­nia. Toryn poczuła, jak w jej zespole kolek­tyw­nie opada napię­cie. Wyglą­dało na to, że tego dnia zakład się nie roz­strzy­gnie.

Wró­ciła do pracy. Z wyćwi­czoną pre­cy­zją wodziła wzro­kiem po aste­ro­idach flir­tu­ją­cych z orbitą Hoth. Osłona, którą zapew­niały, czy­niła pla­netę ide­al­nym miej­scem dla ukry­tej bazy. Sen­sory Impe­rium będą miały pro­blem, by odróż­nić rebe­liancką jed­nostkę od co bar­dziej meta­licz­nych skał.

Nie­stety, to samo można było powie­dzieć o Rebe­lii i jed­nost­kach impe­rial­nych.

Nim jed­nak mogła się sku­pić na bie­żą­cych zada­niach, dobie­gła ją koń­cówka wypo­wie­dzi Solo. "Czy on naprawdę powie­dział: "Nie mogę już dłu­żej zostać"?".

Wystar­czyło krót­kie spoj­rze­nie na panią kapral Suns­brin­ger, która despe­racko pró­bo­wała uchwy­cić jej wzrok, by zyskała pew­ność, że się nie prze­sły­szała. Kapral zro­biła wiel­kie oczy i wyko­nała ręką gest, który ozna­czał "Poważ­nie?".

Toryn była rów­nie zdzi­wiona. Kapi­tan trzy­mał się Soju­szu Rebe­lian­tów od lat. Od bitwy o Yavin. A teraz twier­dził, że nie­jaki Jabba Hutt wyzna­czył cenę za jego głowę - co brzmiało jak wygodna wymówka, by wynieść się z tej sku­tej lodem skały. Taryn nie mia­łaby do niego pre­ten­sji, gdyby zamie­nił pusty, mroźny świat na pia­ski Tato­oine - tyle że pozba­wiłby ją naj­więk­szej rado­chy, jaka stała się udzia­łem per­so­nelu pla­cówki, odkąd tutaj wylą­do­wali.

A skoro o roz­ryw­kach mowa, Solo wła­śnie podał sobie ręce z gene­ra­łem Rie­eka­nem, odwró­cił się i wbił wzrok w Leię.

- No, wasza wyso­kość. Na mnie już pora - powie­dział, pod­cho­dząc do niej.

Ponie­waż sta­no­wi­sko kon­tro­le­rów znaj­do­wało się na półce lodo­wej nad główną płytą, księż­niczka jak rzadko kiedy góro­wała nad kapi­ta­nem. Ba, robiła to z nie­wy­mu­szoną gra­cją, natu­ral­nie przy­cho­dzącą oso­bie o jej sta­tu­sie.

- Na to wygląda - odparła chłodno.

Toryn zaci­snęła dłoń na rysiku, gdy Solo wykrzy­wił twarz w przy­pły­wie emo­cji, które prze­ko­nały ją o dwóch rze­czach: raz, że nie opusz­czał tego miej­sca z powodu jakiejś tam nagrody, a dwa, że sama za chwilę znaj­dzie się w posia­da­niu nie­złej sumki. Nie­mal więc jęk­nęła i pac­nęła głową o kon­solę, gdy Solo pal­nął: - Tylko mi się tu nie roz­kle­jaj. Żegnaj, księż­niczko! - po czym skie­ro­wał się ku wyj­ściu z cen­trum dowo­dze­nia.

Leia momen­tal­nie zerwała się z miej­sca i zaczęła mu dep­tać po pię­tach. Kom­plet­nie zapo­mniała o obo­wiąz­kach, o któ­rych dys­ku­to­wała z Ser­pe­rem. Wystrze­liła na kory­tarz.

- Han! - krzyk­nęła.

Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, w cen­trum dowo­dze­nia natych­miast porzu­cono kru­che pozory sub­tel­no­ści.

- Ktoś musi za nimi pójść - zade­kla­ro­wała ponad szep­tami Suns­brin­ger. Gdy Toryn posłała swo­jej młod­szej kole­żance kar­cące spoj­rze­nie, pani kapral wzru­szyła ramio­nami. - Musimy wie­dzieć, co się sta­nie - to mój wyścig w święto Boonta, ma'am.

- Uczyń te odczyty twoim wyści­giem w święto Boonta - odparła sta­now­czo. - Kosza­rowe plotki zacze­kają, aż wró­cisz do koszar.

Na te słowa gene­rał Rie­ekan ski­nął z uzna­niem. Toryn spoj­rzała na niego z ukosa. Widziała jego imię, zapi­sane schlud­nym pismem w tam­tym reje­strze - jako jeden z nie­licz­nych kibi­co­wał Solo.

- Na miej­sca. Z powro­tem do pracy - zarzą­dził i w cen­trum dowo­dze­nia uci­chło.

Taryn wró­ciła do tabe­lo­wej bie­żączki. Napię­cie znów osia­dło na jej ramio­nach niczym dosko­nale dopa­so­wany mun­dur. Minęły już całe lata od Gwiazdy Śmierci, a mimo to kolejne dni na­dal trwały w jej cie­niu. Kop­nęli gniazdo oso­ro­bali. Zrzą­dze­niem losu, dzięki połą­cze­niu cudow­nej wady inży­nie­ryj­nej i strzału pilota żół­to­dzioba, Sojusz Rebe­lian­tów znisz­czył mon­stru­alną sta­cję bojową, ale Toryn wie­działa - docho­dziła do tego wnio­sku przez całe te lata - że nie dys­po­nują wystar­cza­ją­cymi środ­kami, by ode­przeć impe­rialny odwet.

Takie chwile roz­rywki, jak zakłady w spra­wie Solo, były jedy­nie despe­rac­kimi pró­bami odda­le­nia od sie­bie peł­za­ją­cego stra­chu przed nie­unik­nio­nym. Hoth rów­nie dobrze mogło się oka­zać ostat­nim zry­wem Rebe­lii.

Toryn znie­na­wi­dziła ten świat od pierw­szego wej­rze­nia. Rozu­miała koniecz­ność ukry­cia się w odle­głym, nie­przy­jem­nym miej­scu, skry­tym za gęstym pasem aste­roid, ale wszystko w tej pla­ne­cie spra­wiało, że tęsk­niła za pofa­lo­wa­nymi zie­lo­nymi wzgó­rzami swo­jego rodzi­mego świata, Chan­drili. Jedyną pocie­chą było to, że towa­rzy­szyła jej sio­stra, z którą w mesie wspo­mi­nały stare dobre czasy w tych rzad­kich chwi­lach, gdy pra­co­wały na tych samych zmia­nach. Samoc Farr, trzy lata od niej młod­sza, potra­fiła wykrze­sać z sie­bie wię­cej opty­mi­zmu do tego świata, choć pew­nie dla­tego, że widziała go znacz­nie wię­cej, niż będzie to kie­dy­kol­wiek dane Toryn.

- Jest piękny na swój szorstki spo­sób - prze­ko­ny­wała ją, prze­żu­wa­jąc twarde, prze­so­lone poro­sty jaski­niowe. - Jesteś tylko ty, twoja trasa patro­lowa i ten cały lód. Jest cicho. A prze­cież od dłuż­szego czasu nie było cicho, co nie?

Toryn pra­gnęła cze­goś tak nie­skom­pli­ko­wa­nego jak cisza. Jej dni wypeł­nione były gorącz­ko­wymi roz­mo­wami w cen­trum dowo­dze­nia i trans­mi­sjami, docho­dzą­cymi do jej uszu przez zestaw słu­chaw­kowy. Noce - nie­po­ko­ją­cymi trza­skami lodu, drą­żo­nego po to, by powstała Baza Echo. Naj­gor­szym dźwię­kiem jed­nak oka­zał się ten, który sły­szała tylko ona - ten drę­czący głos z tyłu głowy, który poja­wił się z chwilą eks­plo­zji Gwiazdy Śmierci. Nie pozwa­lała, by kie­dy­kol­wiek wydo­stał się na zewnątrz, by opu­ścił jej wargi, nawet pod­czas przy­ci­szo­nych roz­mów z Samoc, gdy obie przy­zna­wały, jak bar­dzo są zmę­czone, ile minęło czasu, odkąd były pro­mien­nymi nasto­lat­kami, goto­wymi oddać życie za Mon Mothmę. To prawda, że rebe­lie opie­rają się na nadziei.

Toryn Farr zaś się oba­wiała, że jeśli jej nasiono wąt­pli­wo­ści zakieł­kuje, sprawi, iż całe przed­się­wzię­cie zawali się raz na zawsze.

Wie­działa, że dwie rze­czy są nie­uchronne i coraz bliż­sze: po pierw­sze, nie zdoła już długo utrzy­my­wać w tajem­nicy wła­snego kry­zysu, a po dru­gie, Impe­rium już wkrótce zła­pie Bazę Echo za kark, wydrze ją ze sku­tych lodem nor i wystawi na okrutne świa­tło dnia. Toryn pró­bo­wała trak­to­wać codzienną nudę na Hoth jako szansę na to, by dojść do ładu z wąt­pli­wo­ściami, by zdu­sić je za pomocą czy­stego, moc­nego prze­ko­na­nia. Była to winna odważ­nym oso­bom, u boku któ­rych wal­czyła - Samoc, gene­ra­łowi Rie­eka­nowi, księż­niczce Lei. Była to winna Mon Moth­mie. Nie chciała zaprze­czać latom wier­nej posługi, zała­mu­jąc się w chwili, gdy Rebe­lia potrze­buje jej naj­bar­dziej.

Odczu­wała jed­nak ogromne zmę­cze­nie, a na Hoth było tak zimno. Miała wra­że­nie, jakby po pro­stu trwała. Jakby zama­rzała w miej­scu i nie mogła zro­bić choćby kroku wię­cej.

Ta druga rzecz wyda­rzyła się jako pierw­sza, a wtedy Toryn poczuła, jak otchłań prze­zna­cze­nia w jej wnę­trzu otwiera się sze­roko jak pasz­cza nexu.

Na swój spo­sób było to aktem łaski. Nie mieli czasu na wewnętrzne kry­zysy, skoro nad­cią­gała flota gwiezd­nych nisz­czy­cieli. Toryn spra­wiła więc, że wszel­kie jej wąt­pli­wo­ści wypa­ro­wały w jed­nej chwili, tak jak paruje wil­goć na poszy­ciu statku w zewnętrz­nych war­stwach atmos­fery. Gene­rał Rie­ekan wydał roz­kaz ewa­ku­acji i w Bazie Echo poja­wił się dosko­nale im znany funk­cjo­nalny chaos, gdy Sojusz Rebe­lian­tów po raz kolejny szy­ko­wał się, by wszystko porzu­cić i sal­wo­wać się ucieczką.

Wszystko spro­wa­dzało się do pro­stych pro­ce­dur - w grun­cie rze­czy kolej­nego aktu łaski, bo tyle dobrego, że ich pro­sta logika utrzy­my­wała w ryzach nerwy Toryn. Flota okrę­tów fla­go­wych wyło­niła się z nad­prze­strzeni w Sek­to­rze Czwar­tym? Uru­chom osłony, by nie mieli szansy zbom­bar­do­wać bazy z orbity. Tar­cze blo­kują ewa­ku­ację rebe­lianc­kich jed­no­stek? Wyłą­czaj je na poje­dyn­cze sekundy, by trans­por­towce GR-75 i ich eskorty mogły opu­ścić orbitę Hoth. Gwiezdne nisz­czy­ciele celują w ewa­ku­ujące się jed­nostki?

Cóż, od tego były działo jonowe i roz­kazy Toryn Farr.

Przy­go­to­wała się nie­stru­dze­nie na te chwile. Nauczyła się momen­tal­nie kal­ku­lo­wać try­go­no­me­trię układu celow­ni­czego działa jono­wego. Redu­ko­wała pręd­kość wiązki i odle­głość do pro­stego wyli­cze­nia czasu, by spro­wa­dzić wszystko do instynktu, dzięki któ­remu nie będzie musiała odry­wać wzroku od wykre­sów orbi­tal­nych.

Jeśli zachowa zimną krew. O ile nie będzie zbyt mocno myśleć o tym, że Impe­rium ni­gdy się nie podda i że w tej bitwie też stracą ludzi, statki i sprzęt, któ­rych stra­cić nie mogą, że jedna bitwa już roze­grała się w jej gło­wie i że wcale nie była pewna, iż to wszystko ma sens, czy wygrają, czy nie.

Nie będzie o tym wie­dzieć, póki się nie ode­zwie, a nie ode­zwie się, póki nie nadej­dzie kon­kretna chwila, w któ­rej jej wie­dza będzie potrzebna - a czuła, że ta zbliża się coraz szyb­ciej. Porucz­nik Navan­der ogło­sił, że nad­la­tuje gwiezdny nisz­czy­ciel "Tyran", a kapral Suns­brin­ger zamel­do­wała, że "Kwan­towa Burza", pierw­szy z trans­por­tow­ców typu GR-75 gotów do ewa­ku­acji, zakoń­czył pro­ce­dury przed­star­towe. Trans­por­to­wiec ożył w lewym dol­nym rogu odczy­tów Toryn i mate­ma­tyka jego gorącz­ko­wej ucieczki przed przy­cią­ga­niem Hoth roz­lała się po wyświe­tla­czu rzeką danych. Toryn nie spusz­czała wzroku z jed­nostki. Znała już wszyst­kie nie­zbędne liczby.

- Głów­nym celem wroga będą gene­ra­tory - mruk­nął Rie­ekan. U jego boku stała księż­niczka Leia, gotowa pomóc w chwili, gdy stra­te­gia będzie wyma­gać relo­ka­cji czę­ści dowódz­twa. Gdy "Kwan­towa Burza" pędziła ku pery­me­trowi defen­syw­nemu Bazy Echo, gene­rał poświę­cił uwagę bie­żą­cym ope­ra­cjom. - Bądź­cie gotowi otwo­rzyć pole ochronne - roz­ka­zał.

Sztuczka pole­gała na tym, by nie myśleć zbyt wiele o tym, co ozna­czał ten roz­kaz - choć ma się rozu­mieć, że wszy­scy zebrani w cen­trum dowo­dze­nia dokład­nie o tym myśleli. Wyłą­cze­nie pola ochron­nego wią­zało się z tym, że przez chwilę sta­wali się podatni na atak, a "Tyran" miał aku­rat dogodną pozy­cję, by z tego sko­rzy­stać i wystrze­lić w Bazę Echo. Gwiezdny nisz­czy­ciel mógłby zdjąć naj­lep­szy sys­tem obronny Rebe­lii, który posta­no­wili wyłą­czyć na jedną krótką chwilę, by mógł się wymknąć poje­dyn­czy trans­por­to­wiec z eskor­tu­ją­cymi go dwoma X-win­gami.

Całe szczę­ście, że "Tyran" zbyt skon­cen­tro­wał się na pędzą­cej w jego stronę ofie­rze, by zdać sobie sprawę ze zmar­no­wa­nej szansy. Główne działa nisz­czy­ciela zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami wzięły za cel "Kwan­tową Burzę" - Toryn nie była na tyle nie­okrze­sana, by rzu­cić "Roz­cza­ro­wu­jące", ale tak wła­śnie pomy­ślała. Obser­wo­wała wła­śnie kla­syczne myśle­nie impe­rial­nych ofi­ce­rów, któ­rzy prze­kła­dali okru­cień­stwo nad stra­te­gię. Woleli zestrze­lić trans­por­to­wiec pełen ucho­dzą­cych rebe­lian­tów zamiast zdjąć naj­bar­dziej kry­tyczny sys­tem bez­pie­czeń­stwa woj­sko­wej pla­cówki.

Toryn rzadko kiedy chlu­biła się swoją pracą, ale to?

To zapa­mięta na długo.

- Bądź­cie gotowi, kon­trolo działa - powie­działa. Patrzyła, jak prze­ciw­or­bi­talne działo jonowe typu V-150 Pla­net Defen­der prze­suwa lufę, by powstała linia pro­sta mię­dzy jego masywną okrą­głą obu­dową a odle­głym kadłu­bem "Tyrana". Mózg Toryn zajął się udo­stęp­nio­nymi obli­cze­niami. Kon­fron­to­wała je z danymi, które gro­ma­dziła, odkąd "Kwan­towa Burza" wystar­to­wała. Roz­wa­żany pro­blem miał jedną odpo­wiedź: szło o to, kiedy kolejny raz otwo­rzy usta.

Nie mogła wąt­pić, gdy już się ode­zwie. Zbyt długo nad tym pra­co­wała, zbyt wiele lat wal­czyła, by popeł­nić ama­tor­ski błąd. A mimo wszystko nad­szedł taki moment - moment, który zda­wał się brać ją za kark i pytać, za kogo się ma, że podej­muje taką decy­zję, że ma czel­ność wypeł­znąć z wil­got­nej, mroź­nej groty i splu­nąć w twarz faszy­stow­skiej opre­sji.

Toryn Farr nie odry­wała wzroku od map. Gdy poczuła, że nade­szła wła­ściwa chwila, ogło­siła spo­koj­nym, wyraź­nym gło­sem:

- Teraz.

Jej głos był pal­cem na spu­ście, a tech­nicy ste­ru­jący Pla­net Defen­de­rem - reak­cją che­miczną. Efek­tem pro­cesu były dwie serie impul­sów, wystrze­lo­nych w odstę­pie sze­ściu sekund. Odda­lały się od sku­tej lodem powierzchni Hoth, gdy wstrząsy wtórne wystrzału działa jono­wego spra­wiały, że przez bazę nio­sły się war­koty i trza­ski. Wiązki ener­gii prze­le­ciały za gra­nicę pola tar­czy na pół sekundy przed tym, jak ta ożyła na nowo, nie­malże doty­ka­jąc "Kwan­to­wej Burzy", jej eskorty i...

Toryn domy­ślała się na pod­sta­wie zgra­nych odde­chów zebra­nych w sali, że wszy­scy wpa­trują się w jej odczyty. Wszyst­kie oczy ujrzały dane - moment, gdy pierw­sza wiązka ude­rzyła w kadłub "Tyrana", a druga - w jego mostek. Ide­alna syn­chro­ni­za­cja cza­sowa wespół z ide­al­nym celem - no i ten cudowny efekt: cały gwiezdny nisz­czy­ciel tra­cił zasi­la­nie, gdy impulsy jonowe wyłą­czały jego układy.

"Kwan­towa Burza" prze­śli­zgnęła się obok z gra­cją. Już roz­grze­wała hiper­na­pęd - byle wydo­stała się spod gra­wi­ta­cyj­nego wpływu Hoth.

- Pierw­szy trans­por­to­wiec odle­ciał - ogło­sił porucz­nik Navan­der przez inter­kom bazy. Miało się wra­że­nie, że wszyst­kie dusze na Hoth zawyły jak jeden mąż. Pię­ści pole­ciały w powie­trze. Gwar o mało nie zagłu­szył ofi­cera, gdy ten powta­rzał komu­ni­kat.

Toryn opa­dła z powro­tem na fotel i pozwo­liła, by ogar­nęła ją fala triumfu. Nie zawa­hała się. Nie zabu­rzyła deli­kat­nej rów­no­wagi morale w bazie. Wyko­nała obli­cze­nia śpie­wa­jąco, zdjęła nisz­czy­ciel, ura­to­wała pełen rebe­lian­tów trans­por­to­wiec GR-75.

Ale to nie wystar­czyło. Już czuła, że chwila zado­wo­le­nia mija, zastę­po­wana falami stra­chu. Jeden trans­por­to­wiec ich nie ocali. Nie pod­trzyma tlą­cej się iskry. Jeden trans­por­to­wiec nie był odpo­wie­dzią na pyta­nie, które w niej wzbie­rało, głodne odpo­wie­dzi, która nie miała nadejść. "Dla­czego wal­czymy?" - gar­dło­wało. "Prze­cież dla Rebe­lii nie ma już żad­nej nadziei. Impe­rium prze­mie­liło nas na mia­zgę. Nawet jeśli każdy nasz cios się­gnie celu, wróg będzie nie­stru­dze­nie napie­rał, aż sta­niemy się pyłem pod jego butami".

Toryn Farr zaci­snęła szczękę i zaczerp­nęła głę­boko tchu. Zbyt wiele osób pole­gało na niej i na jej kru­sze­ją­cych prze­ko­na­niach. Cze­kała ich klę­ska, ale skoro tak, w tej ostat­niej chwili była im winna jedno: wszystko, co jej zostało. Rzuci się w wir dowo­dze­nia w nadziei, że gdzieś po dro­dze odnaj­dzie powód, by wal­czyć dalej.

- Pro­szę się opa­no­wać. Musimy prze­pu­ścić jesz­cze dwa­dzie­ścia dzie­więć trans­por­tow­ców - upo­mniała zespół.

Tym razem nie miała złu­dzeń: jej głos zadrżał.

Toryn wpa­dła w dobry rytm - i prze­szko­dziło jej dopiero zapad­nię­cie się stropu groty.

Prze­tur­lała się na kolana. Od nagłego spadku tem­pe­ra­tury aż zaszczy­pała ją skóra. Kaszl­nęła, gdy poczuła gry­zący smród wystrzału, który zwa­lił na nich lód. Jej mózg bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał upo­rać się z tym, że jej sta­no­wi­sko prze­stało ist­nieć. A tym bar­dziej z tym, że udało jej się odsko­czyć na czas.

Nie wszy­scy mieli tyle szczę­ścia.

- Odmel­duj­cie się - wychry­piała, ale w odpo­wie­dzi usły­szała tylko jęki i odgłosy kru­sze­ją­cego sufitu. - Dalej, kto jesz­cze żyje?

Wśród opa­da­ją­cego pyłu zauwa­żyła sku­loną syl­wetkę kapral Suns­brin­ger, opartą o swoje sta­no­wi­sko. Toryn zerwała się na nogi i zła­pała za kom­bi­ne­zon śnieżny młod­szej kobiety. Ogar­nęła ją fala ulgi, gdy tamta zaczerp­nęła gwał­tow­nie tchu. Suns­brin­ger odchy­liła głowę. Po jej policzku spły­wała nie­po­ko­jąca strużka krwi. Kobieta nie mogła sku­pić wzroku.

- Sz-sze­fowo...

- Cii - odparła Taryn, zakła­da­jąc kobie­cie za uszy nie­sforne kosmyki wło­sów. - Zro­bi­łaś już swoje. Udaj się do ambu­la­to­rium. Możesz stać?

Suns­brin­ger oparła się o swoje sta­no­wi­sko. Toryn powio­dła wzro­kiem ku kon­soli. Na prze­kór wszyst­kiemu, ta oka­zała się sprawna.

Więc gdy Suns­brin­ger opu­ściła swoje miej­sce, zajęła je Toryn.

Jej pod­władna się zawa­hała. Spo­glą­dała na dowód­czy­nię przez mgłę, oszo­ło­miona.

- Sze­fowo, musimy le...

- Sama leć - rzu­ciła. Jej palce już śmi­gały nad przy­ci­skami i prze­łącz­ni­kami. To sta­no­wi­sko nie powstało z myślą o tej kon­kret­nej pracy, którą musiała wyko­nać, ale zamie­rzała zro­bić swoje... albo pró­bo­wać aż do śmierci. - Ruchy, pani kapral.

Suns­brin­ger na­dal się wahała, nawet gdy drugi kon­tro­ler prze­rzu­cił sobie jej rękę przez ramię i zaczął pro­wa­dzić ją przez pole minowe gruzu ku drzwiom cen­trum dowo­dze­nia. Była dobrym dzie­cia­kiem. Zasłu­gi­wała na to, by ewa­ku­ować się jed­nym z trans­por­tow­ców. A to ozna­czało, że Toryn miała do wyko­na­nia pracę.

Ale co mogła jesz­cze zro­bić? Siły impe­rialne zdjęły działo jonowe, sen­sory wyda­wały ostat­nie tchnie­nie, a blo­kada wokół Hoth się zaci­snęła. Kon­sola Suns­brin­ger została przy­go­to­wana z myślą o łącz­no­ści z han­ga­rami, a nie ogar­nia­niu gro­mady okrę­tów, pró­bu­ją­cych zła­pać ucie­ka­jące trans­por­towce. Toryn miała wra­że­nie, że pra­cuje z opa­ską na oczach i jedną ręką zwią­zaną na ple­cach.

Spoj­rzała przez ramię i ku swo­jemu zasko­cze­niu stwier­dziła, że nie jest jedyną osobą, która pró­buje odra­to­wać sprzęt. Księż­niczka Leia i jej zrzę­dliwy droid pro­to­ko­larny krzą­tali się przy sta­no­wi­skach łącz­no­ści. Usu­wali z nich kawałki gruzu i spraw­dzali, czy kon­sole na­dal są sprawne. Toryn zdu­siła chi­chot, gdy księż­niczka odsu­nęła się i sfru­stro­wana kop­nęła w obu­dowę.

- Nie powinna pani już się ewa­ku­ować? - spy­tała kon­tro­lerka.

Leia pod­nio­sła wzrok.

- A pani? - odparła, ale w jej gło­sie było coś łobu­zer­skiego. Gdy spoj­rzały sobie w oczy, Toryn poczuła, że są do sie­bie podobne. Obie w mło­dym wieku oddały swoje życie Rebe­lii. Żadna z nich nie zamie­rzała teraz się pod-dawać.

Zostało im jedno: dać z sie­bie wszystko, co miały.

- Zostało pięć trans­por­tow­ców - oznaj­miła Toryn, odwra­ca­jąc się w stronę sta­no­wi­ska i zakła­da­jąc zestaw słu­chaw­kowy. - Zróbmy, co w naszej mocy.

Wie­działa, że nie wróci do poprzed­niego rytmu. Ode­brano jej moż­li­wo­ści, a z każdą minutą z ekranu zni­kały odczyty kolej­nych sen­so­rów, tra­fia­nych przez jedną z impe­rial­nych maszyn kro­czą­cych, pod­cho­dzą­cych z hukiem coraz bli­żej. Toryn miała głos ochry­pły od pyłu i popiołu. Roz­mowy, które odbie­rała przez zestaw słu­chaw­kowy, nie miały już nic wspól­nego ze spo­koj­nym ładem Rebe­lii - uryw­kowe krzyki świad­czyły o cha­osie ewa­ku­acji.

Pró­bo­wała jed­nak - dla wol­no­ści w galak­tyce, dla Samoc, która pędziła teraz śmi­ga­czem śnież­nym po polach lodo­wych, z każ­dego cho­ler­nego powodu, który przy­cho­dził jej do głowy, by nie zaczęła pani­ko­wać na krze­śle. Została na sta­no­wi­sku.

Aż jej kon­cen­tra­cję zabu­rzył głos kapi­tana Solo.

- Wszystko gra?! - zawo­łał, prze­dzie­ra­jąc się nie­zgrab­nie przez zwały gruzu.

- Czemu na­dal tu jesteś?! - krzyk­nęła Leia znad ramie­nia Toryn.

- Sły­sza­łem, że tra­fili w cen­trum dowo­dze­nia.

- Dosta­łeś pozwo­le­nie na odlot! - wark­nęła księż­niczka. Do tej pory roz­pra­sza­jąca obec­ność kapi­tana Solo była w tej sali mile widziana, ale teraz Toryn czuła się tak samo poiry­to­wana, jak Leia. Kapi­tan już dawno powi­nien się zmyć.

To, że tego nie zro­bił, było... Cóż, może jed­nak dziś ktoś wygra zakład.

- Bez obaw, odlecę. Ale naj­pierw zapro­wa­dzę cię na twój sta­tek.

C-3PO sko­rzy­stał z oka­zji, by znów zacząć jęczeć.

- Wasza wyso­kość, musimy zna­leźć się na pokła­dzie ostat­niego trans­por­towca. To nasza jedyna nadzieja.

Leia syk­nęła. Toryn na­dal gorącz­kowo pstry­kała prze­łącz­ni­kami, gdy księż­niczka prze­szła na prze­ciwną stronę cen­trum dowo­dze­nia, gdzie koman­dor Chif­fo­nage korzy­stał z dru­giego - i ostat­niego - dzia­ła­ją­cego sta­no­wi­ska łącz­no­ści, by koor­dy­no­wać to, co zostało z sił obrony naziem­nej.

- Wyślij­cie wszyst­kie oddziały w Sek­to­rze Dwu­na­stym na połu­dniowe wznie­sie­nie, by ochro­nić myśli...

Wszech­ogar­nia­jący grom ude­rze­nia prze­rwał wypo­wiedź Lei. Toryn sku­liła się nad sta­no­wi­skiem. Przy­kryła głowę, by uchro­nić ją przed desz­czem odłam­ków. Gdy tak przy­ci­skała poli­czek do kon­soli, czuła się jak zwie­rzę zła­pane w pułapkę, wierz­ga­jące gwał­tow­nie, by wyswo­bo­dzić się z potrza­sku.

"Impe­rialne oddziały wdarły się do bazy! Impe­rialne oddziały wdarły się do bazy!"

Solo sta­nął u boku księż­niczki. Chwy­cił ją za rękę zde­cy­do­wa­nie zbyt łagod­nie, jak na śro­dek strefy walk.

- Na nas już pora - mruk­nął.

Toryn poczuła w kościach mil­cze­nie księż­niczki. Ten moment, gdy Leia roz­wa­żała, co jesz­cze mogą zro­bić i ile dzięki temu zyskają. Prze­pro­wa­dzała obli­cze­nia, które Toryn sama igno­ro­wała, odkąd zapadł się strop sali. Gdy Leia zwró­ciła się do Chif­fo­nage'a i zade­kla­ro­wała: "Pro­szę nadać sygnał ewa­ku­acyjny", Toryn poczuła, jakby zeszło z niej całe powie­trze.

- I leć­cie do swo­ich trans­por­tow­ców! - dodała Leia, gdy Solo nie­mal siłą wycią­gał ją z pomiesz­cze­nia.

Pierw­szą, w pełni irra­cjo­nalną myślą, jaka przy­szła do głowy Toryn, było to, że pani kapral Suns­brin­ger sta­nę­łaby na uszach, byle tylko posłu­chać tej roz­mowy.

Druga, zde­cy­do­wa­nie zbyt racjo­nalna, spro­wa­dzała się do tego, że po pro­stu będzie musiała stąd wyjść, by zre­fe­ro­wać ją mło­dej oso­bi­ście.

Toryn w zasa­dzie się spo­dzie­wała, że umrze, nie zdjąw­szy zestawu słu­chaw­ko­wego. Gdy jed­nak ścią­gała go z uszu, miała wra­że­nie, jakby pozby­wała się cię­żaru wiel­ko­ści księ­życa. Wypro­sto­wała się na chwiej­nych nogach, a fale bólu przy­po­mniały jej o wszyst­kich tych czę­ściach ciała, któ­rymi ude­rzyła o zie­mię, gdy odska­ki­wała przed walą­cym się stro­pem. Na miej­scu został ostatni trans­por­to­wiec.

Toryn Farr zerwała się do biegu.

Pędziła kru­sze­ją­cymi kory­ta­rzami Bazy Echo niczym wiatr sunący po lodo­wych rów­ni­nach, napę­dzana nie wiarą, miło­ścią czy prze­ko­na­niami, lecz głu­pimi kosza­ro­wymi plot­kami - i szlag, jeśli nie miało to jej star­czyć. Rebe­lia aż pęcz­niała od szla­chet­nych idei, ale ludzki umysł nie powstał z myślą o trzy­ma­niu się cze­goś tak ogrom­nego, gdy wokół zapa­dał się cały świat. Jedyne, co mogła zro­bić - co zro­bić musiała - to pozwo­lić, by to te drobne rze­czy pod­trzy­my­wały ją w chwi­lach, gdy wszystko sta­wało się zbyt duże. Gdy wybie­gła z tuneli i wpa­ro­wała do han­garu, mogłaby przy­siąc, że zbro­jone poszy­cie trans­por­towca typu GR-75 jest naj­pięk­niej­szą rze­czą, jaką Hoth miało do zaofe­ro­wa­nia.

Póki wśród ran­nych pilo­tów na noszach nie mignął jej dobrze znany kawa­łek chan­dri­lań­skiego mate­riału, noszo­nego zazwy­czaj na szczę­ście, owi­nię­tego wokół rękawa kom­bi­ne­zonu lot­ni­czego.

Jej mię­śnie mogły sobie pona­rze­kać póź­niej - Toryn zerwała się do sprintu. Padła na kolana przy noszach. Samoc wyszcze­rzyła zęby pomimo nie­po­ko­ją­cego opa­rze­nia, które już zostało pokryte bactą.

- Łotr Sześć mel­duje się do walki - wychry­piała jej sio­stra. - Roz­kazy, Bazo Echo?

Toryn objęła Samoc. Wie­działa, że odna­la­zła kolejną rzecz, która zmo­ty­wuje ją do dal­szej pracy.

- Wyno­śmy się z tej cho­ler­nej skały. - Usia­dła pro­sto i spoj­rzała na GR-75. Jej wzrok przy­kuły litery zapi­sane na kadłu­bie.

Pokrę­ciła głową, uśmiech­nęła się słabo i przy­go­to­wała się do wej­ścia na pokład "Świe­tli­stej Nadziei".

PORZĄDNY CAŁUS. C. B. Lee

PORZĄDNY CAŁUS

C. B. Lee

Chase Wil­sorr pociąga za ubra­nia narzu­cone na bie­li­znę ter­mo­ak­tywną. Drży w chło­dzie poranka. Nie żeby potra­fił okre­ślić porę dnia, gdyby nie 04:00 miga­jące do niego z ekranu data­pada. W kosza­rach panują ciem­no­ści i jedy­nym źró­dłem świa­tła jest blask wyświe­tla­cza, a Wil­sorr - jedyną osobą, która nie­stety nie śpi o tej porze.

Kle­pie się po twa­rzy, by pobu­dzić się do życia, i pod­ska­kuje parę razy w miej­scu. Zaczyna się nowy dzień. Dzień pełen moż­li­wo­ści. Kto wie, może dziś po raz ostatni będzie pra­co­wał w kuchni.

- Jestem pewny sie­bie. Silny. Jestem cen­nym człon­kiem Soju­szu Rebe­lian­tów i lada chwila major Der­lin da mi wła­sną misję.

Chase prze­suwa na data­pa­dzie strony, które czy­tał, nim udał się spać. Bez­dź­więcz­nie powta­rza wypo­wie­dziane pod jego adre­sem słowa Ray­siego Aniba:

"By urze­czy­wist­niły się twoje sny, musisz naj­pierw otwo­rzyć się na taką moż­li­wość. Musisz ucie­le­śnić to prze­ko­na­nie. Bo jeśli ty nie wie­rzysz, że to moż­liwe, cze­muż mie­liby uwie­rzyć w to inni?"

Z okładki porad­nika Bądź naj­lep­szą wer­sją sie­bie uśmie­cha się do niego zwy­cię­sko autor. Dzięki miria­lań­skiemu geniu­szowi Wil­sorr dotarł już tutaj. Gdyby nie ta książka, ni­gdy nie opu­ściłby Tako­dany i nie zna­la­złby się na Yavi­nie 4, by speł­nić swój sen o boha­ter­skich czy­nach na rzecz Soju­szu Rebe­lian­tów. Jest zatem winien Ani­bowi to, by teraz się nie pod­da­wać.

- Za wcze­śnie na te twoje moty­wa­cyjne bzdety - mru­czy zaspany głos z gór­nej pry­czy. - Mam czas do dzie­wią­tej. Daj mi spać.

"Mal­kon­tenci będą pró­bo­wali zasiać w tobie wąt­pli­wo­ści".

Chase igno­ruje kry­tyczny komen­tarz Joenn i to, jak chłód zdaje się roz­prze­strze­niać po całym ciele przez skar­petki. Zakłada buty i zmie­rza do wspól­nej łazienki.

- "Jestem silną, zdolną osobą, obda­rzoną dużą war­to­ścią" - into­nuje do wła­snego odbi­cia w lustrze.

- Milcz, kuchenny. Pośpiesz się i zni­kaj, będę potem chciał śnia­da­nie! - woła do niego Poras, leżący kilka pry­czy dalej.

Na dźwięk tego "kuchen­nego" Chase'owi rzed­nie mina. Prawda o tym, kim jest i co robi, dociera do niego z falą roz­cza­ro­wa­nia. Chase z wyglądu jest nie­spra­wie­dli­wie nijaki, jego cechy w naj­lep­szym razie można okre­ślić sło­wem "nudne". W niczym nie przy­po­mina boha­te­rów, o któ­rych pisze się epic­kie histo­rie szpie­gow­skie i roman­si­dła.

"Wyobraź sobie, kim chcesz zostać. Sko­rzy­staj z tej ener­gii, by pokie­ro­wała twoim dzia­ła­niem".

Chase szel­mow­sko mruga do odbi­cia w lustrze. Pró­buje zacho­wać aurę pew­nego sie­bie, nie­ustra­szo­nego boha­tera.

Zamiast tego wygląda, jakby coś mu wpa­dło do oka.

Na data­pa­dzie miga nowe powia­do­mie­nie. Chase odpala wia­do­mość z entu­zja­zmem.

Do pana Chase'a Wil­sorra.

Otrzy­ma­łem pana odwo­ła­nie w spra­wie odmowy majora Der­lina doty­czą­cej prośby o przy­dzie­le­nie służby war­tow­ni­czej na sta­no­wi­sku Baza Echo 3-T-8. Zwa­żyw­szy na raport majora Mon­nona, zgod­nie z któ­rym pana praca w Kor­pu­sie Inży­nie­rów nie speł­nia ocze­ki­wań, a także jego suge­stią, że powi­nien pan zostać odsu­nięty od obo­wiąz­ków, z przy­kro­ścią powia­da­miam, iż nie speł­nia pan wyma­gań. Jed­no­cze­śnie zachę­cam, by kon­ty­nu­ował pan szko­le­nia, nim podej­mie się pan bar­dziej wyspe­cja­li­zo­wa­nej służby. Pro­szę jak do tej pory zamel­do­wać się u porucz­nik Har­lize Dany w kuchni.

Doce­niamy pań­skie trwa­jące zaan­ga­żo­wa­nie w spra-wę Soju­szu Rebe­lian­tów.

Gene­rał Car­list Rie­ekan

"Ech".

Chase nie­na­wi­dzi Hoth. Nie­na­wi­dzi Bazy Echo, siar­czy­stego mrozu, cia­snych pry­czy i tego, jak sza­ro­białe niebo sta­pia się z bez­kre­snymi lodo­wymi rów­ni­nami. Nade wszystko nie­na­wi­dzi tego uczu­cia, jakby ktoś wła­śnie przy­bił mu na czole pie­czątkę z napi­sem PRZE­GRYW - raz a dobrze.

Na Yavi­nie 4 było zupeł­nie ina­czej. Jasne, oblał pod­sta­wowe szko­le­nie sześć razy, ale na­dal tliła się w nim nadzieja. Spę­dzał kolejne dni w towa­rzy­stwie mło­dych rebe­lian­tów, słu­chał opo­wie­ści o bra­wu­ro­wej pracy polo­wej i szpie­gow­skiej, wyobra­żał sobie, że sam sta­wia czoła impe­rial­nej agre­sji. Gdy poko­ny­wał trasy ćwi­cze­niowe, a bujne zie­lone papro­cie koły­sały się w wil­got­nym powie­trzu lasu desz­czo­wego, miał wra­że­nie, że Yavin to taka dzika przy­goda. Nawet praca w kuchni była fajna - pich­cili pikantne potrawki z weł­no­man­drów i uczyli się o róż­nych daniach z rodzi­mych pla­net Rey­noldsa i Khana. Śmiali się, że wszy­scy będą boha­te­rami.

Na Hoth praca w kuchni zawsze jest taka sama. Nie ma mowy o róż­no­rod­no­ści, czeka go wyłącz­nie nie­koń­cząca się mono­to­nia obie­ra­nia i szat­ko­wa­nia pro­duk­tów w tych samych czte­rech ścia­nach. Już dawno zapa­mię­tał prze­bieg wszyst­kich rur na sufi­cie, wszel­kie skwier­czące i buczące dźwięki linii zasi­la­nia, a nawet to, jak lód ugina się w miej­scu, gdzie sie­dzi każ­dego dnia, zagłę­bia tam, gdzie topi się i przy­cze­pia do jego spodni.

Chase obiera kolejną fio­le­tową bulwę i dorzuca ją do sterty.

X0-R3 pika do niego, odbiera warzywa i kroi je tak sku­tecz­nie, jak na dro­ida przy­stało.

- Nawet mnie nie potrze­bu­jesz - mówi Chase ze smut­kiem. - Obie­ra­nie też można by zauto­ma­ty­zo­wać.

Har­lize mierzwi mu włosy.

- Jesteś ważny, Chase. Wszy­scy jeste­śmy. - Wiąże dłu­gie nie­bie­skie włosy w schludny kok i chowa go pod nakry­ciem głowy, po czym dołą­cza do chło­paka przy ster­cie bulw. - Prze­cież wiesz, że zapeł­nie­nie kuchni samymi dro­idami to luk­sus, na który nie możemy sobie pozwo­lić. Radzisz sobie szybko z obie­raczką i jesteś krif­fol­sko dobrym zaopa­trze­niow­cem. Nie wszy­scy z nas uro­dzili się pilo­tami. Nie ozna­cza to, że nie jeste­śmy war­to­ściowi.

- Kaf. Zaopa­trze­nie. Praca papier­kowa - jęczy Chase. - Wielki ze mnie boha­ter.

Jego dwaj dawni dru­ho­wie ukoń­czyli szko­le­nie na Yavi­nie z naj­wyż­szymi notami: Marinna Rey­nolds wła­śnie dołą­czyła do Eska­dry Łotrów, a Oriss Khan regu­lar­nie ćwi­czy z siłami spe­cjal­nymi Soju­szu, gdy aku­rat nie jest na wyczer­pu­ją­cej war­cie.

Tym­cza­sem Chase na­dal pra­cuje w kuchni.

Obiera kolejną bulwę i zaczyna następną stertę.

Pierw­sze obo­wiązki Chase'a w kuchni koń­czą się punkt o siód­mej, kiedy to wzy­wają go z "klu­czo­wymi dosta­wami". Zwrot ten czyni jego pracę znacz­nie waż­niej­szą, niż jest naprawdę, bo prze­cież dostar­cza kaf i jedze­nie oso­bom, które nie mogą prze­rwać pracy, prze­nosi pudełka i zapasy z miej­sca na miej­sce, a od święta robi za gońca i prze­ka­zuje infor­ma­cje.

Chase zna wszyst­kie tunele na pamięć - ba, sam prze­cież poma­gał przy budo­wie więk­szo­ści z nich, nim major Mon­non wyko­pał go z kor­pusu. Chase nie nada­wał się na inży­niera, ale chciał poma­gać pomimo opi­nii Mon­nona, że sta­nowi zagro­że­nie dla sie­bie i innych, gdy bie­rze się za tech­no­lo­gię cieplną. Wzru­sza ramio­nami. Wraca myślami do tam­tego pierw­szego tygo­dnia, gdy drą­żyli i wyta­piali tunel po tunelu. Jasne, że cią­gle upusz­czał narzę­dzia i stłukł kostkę, ale lodowa pod­łoga była nie­równa! No i korzy­sta­nie z tech­no­lo­gii ciepl­nej oka­zało się znacz­nie wol­niej­sze niż pomysł Shary Bey, by sko­rzy­stać z dział jono­wych Y-win­gów. Prze­cież to nie jego wina, że nie wie­dział, które usta­wie­nie będzie dobre, ale przy­naj­mniej powstała porządna, prze­stronna sala odpraw. Więc wszystko dobrze się skoń­czyło, choć majora Mon­nona wresz­cie tra­fił szlag i kazał mu poma­gać w budo­wie kosza­rów zamiast kory­ta­rzy.

Chase na­dal korzy­sta z sieci chod­ni­ków kon­struk­cyj­nych, poroz­rzu­ca­nych ponad i pod głów­nymi tune­lami dostę­po­wymi. Więk­szość osób albo o nich nie wie, albo ich unika, bo woli szer­sze przej­ścia łączące ze sobą główne obszary bazy, ale Chase lubi te swoje skróty, no i uwiel­bia ten widok zdzi­wie­nia na twa­rzach innych osób, gdy im się zdaje, że Chase wyska­kuje nie wia­domo skąd.

Zosta­wia sobie na koniec ulu­bioną trasę po kaf, nim będzie musiał wró­cić do kuchni.

Gwar mecha­ni­ków, pilo­tów, bucze­nie śmi­ga­czy i X-win­gów ustę­pują cichemu uja­da­niu futrza­nych bestii, gdy Chase pod­cho­dzi do zagród dla taun­tau­nów. Nie dys­po­nują wystar­cza­jącą liczbą opie­ku­nów, by ci mogli roto­wać mię­dzy zagro­dami, sto­łówką i sypial­niami, więc dostawcy posił­ków są nie­zbędni. Dziś pod­czas tej zmiany na służ­bie jest trzech ludzi, a tego Chase nie uwzględ­nił w har­mo­no­gra­mie.

Baesoon i Murell z wdzięcz­no­ścią odbie­rają od niego kaf i posiłki. Chase masze­ruje wzdłuż wydrą­żo­nych w lodzie zagród. Pod­łoga jest zabru­dzona odcho­dami taun­tau­nów, zbie­ra­nymi na nawóz.

Jor­dan Smy­the, świeżo upie­czony opie­kun, zauważa, jak Chase spa­ce­ruje mię­dzy bok­sami, i wyszcze­rza sze­roko zęby.

- Jesteś równy gość.

- Robię, co do mnie należy - odpo­wiada Chase. - Naj­wi­docz­niej nie jestem wystar­cza­jąco dobry, by zabrać się za cokol­wiek innego.

- No weź, jesteś naj­lep­szym dostawcą w Bazie Echo. - Jor­dan posyła mu uśmiech i odbiera od niego kubek kafu, spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nego tuż przed chwilą.

Chase mruga, zbity z tropu krótką chwilą bli­sko­ści, gdy palce Jor­dana muskają jego wła­sne.

- Tylko tak mówisz - kwi­tuje zawsty­dzony. Opusz­cza dłoń i czym prę­dzej wkłada ją do kie­szeni.

"Zbyt szybko? Jor­dan nie zauwa­żył, prawda?"

Jor­dan znów upija łyk kafu, po czym odsta­wia kubek na bra­mie do boksu Pro­my­czek.

Nie­sforny loczek opada męż­czyź­nie na twarz, gdy ten prze­rzuca kolejną łopatę lodom­chu do boksu z uno­szą­cego się obok wózka repul­so­ro­wego.

Bez wysiłku odsuwa z twa­rzy zabłą­kany kosmyk. Chase widzi, jak ten układa się wśród zacze­sa­nych na bok ciem­no­brą­zo­wych loków, zachwy­cony ruchem, samym Jor­da­nem, tym, jak napi­nają się mu mię­śnie pod cienką koszulką o dłu­gich ręka­wach.

- To prawda - stwier­dza Jor­dan, wrzu­ca­jąc do boksu kolejną łopatę fio­le­to­wo­nie­bie­skiego mchu. - Nikt inny nie mógłby mi przy­nieść z kuchni gorą­cego kafu. Prze­cież to po zupeł­nie prze­ciw­nej stro­nie pla­cówki. Nawet ja nie wiem, jak tam tra­fić, by nie zgu­bić się po dro­dze.

- No weź, to pro­ste. Wystar­czy udać się tune­lem 02-91 na wschód, potem 03-31, a potem przejść skró­tem przez naj­bar­dziej wysu­nięte na wschód koszary. Potem wcho­dzisz do tunelu 04-21 i lecisz na prze­łaj przez zachod­nią sto­łówkę. No i jesteś na miej­scu. Góra czter­na­ście minut. Nawet Hoth nie stu­dzi kafu w tak krót­kim cza­sie. - Chase nie wspo­mina, że wlewa napój Jor­dana do wła­snego ter­mosu i trzyma go w ple­caku, gdy wie, że jego trasa powie­dzie przez zagrody taun­tau­nów.

- Nie­sa­mo­wite. - Jor­dan po raz ostatni kle­pie Pro­my­czek po grzbie­cie i zamyka drzwi do jej boksu. Taun­taun z czu­ło­ścią trąca go nosem w ramię. Chase ostroż­nie wyciąga dłoń, ale zwie­rzę tylko pry­cha na niego opry­skli­wie.

- Mówisz tak tylko, bo się kole­gu­jemy.

- Skąd. Święta prawda. - Jor­dan kręci głową.

Chase wzdy­cha. Nie jest w sta­nie wykrze­sać z sie­bie dużego entu­zja­zmu po takim kom­ple­men­cie, wie, że poru­sza się po bazie szyb­ciej, niż kto­kol­wiek się tego spo­dziewa, ale koniec koń­ców zaosz­czę­dze­nie paru minut tu czy tam, bo zapa­mię­tał wszyst­kie skróty, nic nie zna­czy. Co to jest w porów­na­niu z pracą pilota, szpiega czy kogoś, kto naprawdę ma zna­cze­nie dla Soju­szu Rebe­lian­tów.

- Chcę robić coś waż­nego. Coś więk­szego niż praca w kuchni i robota dostawcy, ale major Der­lin mówi, że powo­duję zbyt wiele pro­ble­mów, a on nie ma czasu, by mnie szko­lić. - Chase prze­gląda liczne wia­do­mo­ści, które wysłał dziś Der­linowi. - Oczy­wi­ście, że umiem obcho­dzić się z bla­ste­rem.

Jor­dan się śmieje.

- Doprawdy? Pokaż. - Odpina od pasa kaburę i rzuca Chase'owi broń.

Ten rusza się gorącz­kowo, gdy bla­ster obraca się w powie­trzu i leci pod dziw­nym kątem.

Taun­tauny zdają się z niego śmiać. Jor­dan też się śmieje.

- O, tak go trzy­maj. - Popra­wia chwyt Chase'a. Ma cie­płe, pokryte odci­skami dło­nie.

Chase'owi robi się sucho w gar­dle.

- Jor­dan, prze­stańże flir­to­wać na służ­bie! - Poiry­to­wany ton Baeso­ona wyrywa Chase'a z bło­go­stanu. - Koman­dor Sky­wal­ker wyru­sza na patrol. Przy­go­tuj­cie wierz­chowca i sprzęt.

Chase czuje, jak ze wstydu czer­wie­nią mu się policzki.

- Ja...

Jor­dan ści­ska mu dło­nie i posyła prze­pra­sza­jący uśmiech, po czym chowa bla­ster do kabury.

- Pora wra­cać do pracy. Widzimy się póź­niej?

- Taa - mówi Chase. Nie potrafi odwró­cić wzroku od pro­mien­nego uśmie­chu Jor­dana ani od widoku, jaki przed­sta­wia sobą męż­czy­zna wra­ca­jący do bok­sów.

Obraca się i wpada pro­sto na Pro­my­czek, która spo­gląda na niego kry­ty­ku­ją­cymi śle­piami.

- Nawet nie zaczy­naj - rzuca Chase, krę­cąc głową.

Dzi­siej­sza trasa jest inna, bo wie­dzie do cen­trum dowo­dze­nia. Chase prze­łyka ślinę, otwie­ra­jąc drzwi. Rzadko kiedy musi tu przy­cho­dzić, ale co innego teraz - widać dzięki swoim mecha­nicz­nym talen­tom Joenn jest roz­chwy­ty­wana na tyle, że prze­stała robić za gońca i dostawcę.

- Mam ten nowy holo­pro­jek­tor - oświad­cza.

Toryn Farr obraca się, gdy Chase odkłada ciężką pakę.

- Możesz go zamon­to­wać? Spo­dzie­wam się... - Nagle odwraca się w stronę kon­soli i nasłu­chuje uważ­nie przez słu­chawki.

Chase czeka nie­zręcz­nie, gdy kobieta wydaje sze­reg krót­kich pole­ceń. Maj­struje przy paczce, aż wresz­cie Toryn zauważa, że dostawca na­dal tu jest.

- Coś jesz­cze?

- Ban­cie mleko od pani sio­stry. Prosi, żeby pamię­tała pani o prze­rwach. - Chase z uśmie­chem podaje jej butelkę.

Rysy Toryn łagod­nieją, gdy kobieta odbiera pre­zent.

- Wil­sorr, tak? - Główna łącz­no­ścio­wiec posyła mu uśmiech. - Dzię­kuję.

Chase pro­mie­nieje z dumy. Raysi Anib miał rację. Ludzie naprawdę cię cenią, gdy sam się cenisz.

O - a tam stoi gene­rał Rie­ekan.

"Jeśli nie zadasz pyta­nia, ni­gdy nie usły­szysz odpo­wie­dzi".

- Gene­rale Rie­ekan? Może kafu? Aku­rat sze­dłem do han­garu, mam tro­chę przy sobie...

- Dzię­kuję, świet­nie. - Zwięźle i na temat. Gene­rał nawet nie odrywa wzroku od pla­nów, które prze­gląda, ale wska­zuje gestem pusty kubek.

Chase opróż­nia ter­mos. Musi sko­rzy­stać z tej szansy.

- Gene­rale Rie­ekan, mam nadzieję, że wie pan, iż ja...

Męż­czy­zna o soko­lim wzroku tak­suje roz­mówcę spoj­rze­niem.

- Przy­po­mnij mi: kim jesteś?

- Chase Wil­sorr, sir. Popro­si­łem o prze­nie­sie­nie mnie do war­tow­ni­ków i mi pan odmó­wił.

- A, tak, uczeń porucz­nik Dany. - Rie­ekan marsz­czy brwi.

- Mam nadzieję, że...

- Słu­chaj, synu. Jestem bar­dzo zajęty. Wiem, że chcesz pomóc, ale teraz przy­dasz się naj­bar­dziej, jeśli będziesz robił to, do czego się naj­le­piej nada­jesz. Major Mon­non wyra­ził się jed­no­znacz­nie...

- Wiem, że nie radzę sobie z bro­nią, sir. Czy z koor­dy­na­cją wzro­kowo-ruchową. Czy z walką. Czy w ogóle z czym­kol­wiek w ten deseń. Ale mógł­bym być dobrym war­tow­ni­kiem. Uwa­żam, że...

Gene­rał Rie­ekan kle­pie go po ramie­niu.

- O, wła­śnie to nasta­wie­nie i ta deter­mi­na­cja, które lubię widzieć u rebe­lian­tów. Mam dla cie­bie ważną misję.

Z eks­cy­ta­cji Chase'owi aż dudni serce.

- Tak?

Chase prze­klina, gdy prze­nosi kolejną ciężką skrzy­nię z zaopa­trze­niem przez tunel 05-92 do sta­no­wi­ska Baza Echo 5-4 przed główną pla­cówką. Puka w dura­sta­lowe drzwi i czeka, aż te się roz­suną.

Rainn Poras pry­cha, gdy Chase odkłada pojem­nik.

- Dzięki za tę nie­zwy­kle ważną dostawę - mówi z sar­ka­stycz­nym uśmie­chem.

Chase prze­wraca oczyma.

- Trzeba nała­do­wać bla­stery - wszyst­kie są w tej skrzyni.

Chase łapie za drugi pojem­nik. Chłodny wiatr szczy­pie go w oczy. Nie może nawet cie­szyć się tym, że jest tutaj, w punk­cie war­tow­ni­czym, i widzi niebo i słońce. Lód i śnieg cią­gną się aż po hory­zont, a wszystko przy­biera barwę wypło­wia­łej bieli i sza­rego błę­kitu.

- Uwie­rzysz, że trzy razy skła­dał poda­nie o przy­dzie­le­nie go do war­tow­ni­ków?

- Sły­sza­łem, że porucz­nik Danie już się koń­czą pomy­sły, czym go zaj­mo­wać.

- Czy to prawda, że Wil­sorr potknął się o wła­sne stopy pod­czas szko­le­nia z obsługi broni i znisz­czył trzy pomiesz­cze­nia kosza­rowe?

Ich głosy niosą się na wie­trze, gdy Chase wraca tune­lem. Zaci­ska zęby, masze­ru­jąc przed sie­bie.

"Jestem ważny" - powta­rza sobie, choć już w to nie wie­rzy.

- Nie słu­chaj ich. To zna­czy, wiesz, rozu­miem tok myśle­nia gene­rała - wcze­śniej nie sądzi­łeś, że twoje obo­wiązki są naprawdę ważne, a teraz powie­dział, że tak jest, więc...

Chase siada na skrzyni, którą ma dota­chać do han­garu, i wzdy­cha:

- To mam po pro­stu prze­stać się sta­rać?

Jor­dan wzru­sza ramio­nami.

- Myślę, że skoro tak zacie­kle chcesz peł­nić warty, możesz na­dal o to wnio­sko­wać, ale uwa­żam też, że świet­nie radzisz sobie taki, jaki jesteś.

Chase przy­gryza wargę i czym prę­dzej odwraca wzrok, by nie gapić się na ramiona Jor­dana w koszulce ter­micz­nej.

- Jakim cudem nie jest ci zimno? - pyta.

Kurtka Jor­dana leży obok wózka repul­so­ro­wego, obło­żo­nego wysoko balami mchu.

- Roz­grze­wam się, gdy tak to wszystko prze­rzu­cam. I potem mi cie­plutko. - Jor­dan szcze­rzy zęby. W jego cie­płych brą­zo­wych oczach płoną szel­mow­skie iskierki.

Chase'owi podoba się, jak słowa pasują do ust Jor­dana, jakby były okrą­głe z zachwytu. Jego silny akcent spra­wia, że zwy­kłe stwier­dze­nia aż kipią od bystrego entu­zja­zmu. Te chwile z Jor­da­nem są ulu­bioną czę­ścią dnia Chase'a.

Jor­dan wychyla się do przodu i składa ręce na jego ramio­nach. Roz­ma­so­wuje je kciu­kami.

- A co, tobie chłodno, chłop­cze z Yavina?

- N-nie. Tak. Mówi­łem ci, że jestem z Tako­dany! To zna­czy, tak, chłodno mi. E, już nie. Ja...

"Otwórz się na moż­li­wo­ści. Inni nie będą wie­dzieć, co czu­jesz, chyba że im to zako­mu­ni­ku­jesz. Twoja naj­bar­dziej pewna sie­bie wer­sja tylko czeka, aż otwo­rzysz drzwi".

Chase otwiera usta, a potem je zamyka.

- Muszę się zbie­rać - mru­czy. Cofa się i chwyta skrzy­nię. Prze­cho­dzi w szybki trucht. Nie ucieka od obiektu wes­tchnień. Gdzie tam. Po pro­stu... wraca do pracy.

Oddech Chase'a mate­ria­li­zuje się przed jego twa­rzą w postaci obłocz­ków, gdy męż­czy­zna opusz­cza zagrody taun­tau­nów ze skrzy­nią.

"Ech, czemu nie zosta­łem? Flir­to­wał ze mną? Może powi­nie­nem rzu­cić coś mądrego czy cza­ru­ją­cego".

- Jestem z Tako­dany! - mru­czy do sie­bie z wyrzu­tem Chase. Nie-do-kriffo-rzeczne!

Hoth. Blech. Nie­na­wi­dzi tego miej­sca.

"To dokąd mia­łem z tym pójść? No tak. Główny han­gar".

Chase skręca szybko w prawo, w jeden z głów­nych tuneli. Mija prze­cho­dzący per­so­nel i z szer­szego kory­ta­rza docie­rają do niego echem odgłosy z cen­trum dowo­dze­nia. Na wprost sły­szy zna­jome głosy.

- Chcesz, żebym został ze względu na to, co do mnie czu­jesz!

Chase dostrzega kapi­tana Solo, pró­bu­ją­cego uciec przed księż­niczką Leią Organą. Ta przy­śpie­sza kroku, by się z nim zrów­nać.

- Tak. Jesteś bar­dzo pomocny. I jesteś natu­ral­nym przy­wódcą...

"Znów to samo..."

Chase widział, jak kłócą się po całej bazie: w sto­łów­kach, kory­ta­rzach, han­ga­rze. Nie żeby ich kłót­nia w kwe­stii fiklo­ja­gód doda­wa­nych do ciast mię­snych była pozba­wiona argu­men­tów - Chase zde­cy­do­wa­nie popiera łącze­nie sma­ków słod­kich i sło­nych, całą tę alde­ra­ań­ską tra­dy­cję - ale kur­czę, mię­dlić o tym przez całą godzinę tylko po to, by wku­rzyć roz­mówcę? A teraz blo­kują mu przej­ście. Nie mogliby flir­to­wać gdzie indziej? Ma robotę do wyko­na­nia.

Kapi­tan Solo zbliża się i każdy cen­ty­metr jego przy­stoj­nej twa­rzy dopro­wa­dza Chase'a do pasji. Nie­któ­rzy to po pro­stu sobie tra­fiają do Rebe­lii z wła­snym stat­kiem i przyj­mują fak­tycz­nie ważne misje od gene­rała Rie­ekana, a do tego uci­nają sobie poga­wędki z księż­niczką po całej Bazie Echo. Ale nie­któ­rzy nie są przy­stojni i nie roz­ta­czają takiej aury jak Han Solo. Nie­któ­rzy są po pro­stu nor­malni, okej?

Chase ści­ska moc­niej skrzy­nię, wśli­zguje się w wąską prze­strzeń mię­dzy kłó­cą­cymi się, idzie dalej i igno­ruje ich pod­no­szące się głosy.

- Przy­dałby ci się porządny całus! - rzuca kapi­tan Solo. Słowa niosą się echem po kory­ta­rzu.

"Co za tupet!"

Chase aż się jeży. Bie­leją mu kłyk­cie, gdy przy­śpie­sza kroku. Ma ser­decz­nie dość osób pokroju Solo. Wie­cie, kto ni­gdy nie dostał całusa? Chase Wil­sorr. To jemu przy­dałby się porządny poca­łu­nek. Obu­rza go, że kapi­tan Solo i księż­niczka Leia ot tak się o to kłócą, że klu­czą wokół tematu, odkąd przy­byli na Hoth. Udają, że się wza­jem­nie nie zno­szą. To co, atrak­cyjni ludzie nie mają nic lep­szego do roboty, jak drwić ze wszyst­kich pozo­sta­łych w bazie, wywle­ka­jąc na widok publiczny panu­jące mię­dzy nimi nie­skon­su­mo­wane napię­cie?

Kolej­nego dnia od mono­ton­nej pracy w kuchni odrywa Chase'a donio­sły głos, docho­dzący z cen­tral­nego sys­temu komu­ni­ka­cyj­nego bazy.

- Tu gene­rał Rie­ekan. Zarzą­dzam ewa­ku­ację. Nad­cią­gają siły Impe­rium. Per­so­nel bazy: pro­szę się zamel­do­wać na pokła­dzie wła­ści­wego trans­por­towca w głów­nym han­ga­rze. Piloci: do X-win­gów...

- Ewa­ku­acja? - mru­czy Chase. Wczo­raj, gdy cho­dził z kafem, w cen­trum dowo­dze­nia utrzy­my­wało się dziwne napię­cie, a potem kazano mu tachać broń do punk­tów war­tow­ni­czych. Miał świa­do­mość, że ewa­ku­acja jest moż­liwa, ale nie sądził, że doj­dzie do niej tak szybko.

- Prze­szko­lono nas, by ewa­ku­ować się w prze­ciągu chwili - mówi Har­lize. - Zbie­rajmy się.

Chase opusz­cza kuch­nię za Har­lize. Chwyta ją za ramię, nim wycho­dzą na główny kory­tarz.

- Chodź, tędy będzie szyb­ciej!

W głów­nym han­ga­rze panuje chaos. Ofi­ce­ro­wie pokła­dowi gorącz­kowo kie­rują tłumy na trans­por­towce. Nie­zli-czone skrzy­nie z zaso­bami pośpiesz­nie prze­no­szone są głów­nym cią­giem komu­ni­ka­cyj­nym, któ­rym w tę i we w te masze­rują ludzie.

Chase pró­buje się nie gapić. Jesz­cze ni­gdy nie widział, by główne wrota były ot tak otwarte na oścież - w odle­gło­ści widzi zło­wiesz­czy, ostry zarys okrętu, o któ­rym jedy­nie sły­szał w opo­wie­ściach: to gwiezdny nisz­czy­ciel.

- Impe­rialny atak naziemny od strony zachod­niej! Piloci, do mnie! - woła major Der­lin.

Zie­mia drży. Coś prze­miesz­cza się na wid­no­kręgu. I coś dru­giego. I trze­ciego. W ich stronę kie­rują się potwor­nie wiel­kie maszyny. Kra­jo­braz zna­czą eks­plo­zje, a X-wingi eskor­tują frach­towce. Jeden z nich ska­cze w nad­prze­strzeń i ewa­ku­acja nagle staje się prze­ra­ża­jąco praw­dziwa. Opusz­czają pla­netę.

- Baza Echo tego nie wytrzyma - mru­czy Har­lize. - Wil­sorr, wcho­dzisz na pokład?

- Tak. Lecę! - Chase wodzi wzro­kiem po oso­bach pra­cu­ją­cych w ładowni, ni­gdzie jed­nak nie dostrzega Jor­dana. Pisze szybko wia­do­mość na data­pa­dzie: Dalej, Jor­dan, gdzie jesteś?

- Widział ktoś dok­tor Tri­stan Mel­thabi? - Major Der­lin spo­gląda znad data­pada. Naglące pyta­nie zawisa w powie­trzu. Na twa­rzach wszyst­kich w han­ga­rze maluje się nie-pokój.

- Zapadł się strop w kory­ta­rzu dostę­po­wym w ambu­la­to­rium - mel­duje ofi­cer pokła­dowa Sere­nity Meeks, doty­ka­jąc komu­ni­ka­tora. Buzuje ner­wową ener­gią. - Dok­tor Mel­thabi jest uwię­ziona wraz z trzema tech­ni­kami medycz­nymi.

- Znam inną drogę! - Chase zeska­kuje z rampy i macha gorącz­kowo, bie­gnąc w stronę Meeks.

- Szybko. Możemy nie mieć wiele czasu. - Kiwa do niego głową. - Leć!

Chase przy­ta­kuje i, nie­wiele myśląc, bie­gnie w kie­runku tuneli. Igno­ruje gorącz­kowe dud­nie­nie serca, to, jak krew pul­suje mu w uszach i dobie­ga­jące z oddali bla­ste­rowe wystrzały. To po pro­stu kolejna trasa z kafem. Mógłby to zro­bić z zamknię­tymi oczyma - przy­nieść cie­pły, na­dal paru­jący napój każ­demu, kto o to poprosi. Może i nie wie, jak strze­lać z działa czy ste­ro­wać jakim­kol­wiek pojaz­dem, ale wie, jak bie­gać.

Chase zauważa wej­ście do wschod­niego skrótu i znika w wąskim tunelu. Zasuwa, ile sił w nogach. Skręca w prawo, w prawo, w lewo. Na prze­łaj przez koszary. W prawo. I teraz powi­nien wyjść na kory­tarz dostę­powy przed ambu­la­to­rium. Sku­tecz­nie napiera na pokru­szony lód i robi na tyle sze­roki otwór, by się prze­ci­snąć. Szyb­kie spoj­rze­nie na data­pad mówi mu, że dotarł do ambu­la­to­rium w 7,3 minuty. Pobił oso­bi­sty rekord, choć nie ma teraz czasu, by się tym cie­szyć. Grunt, że dzięki skró­towi tra­fia tuż za punkt, gdzie zapadł się strop.

- Dok­tor Mel­thabi? Halo! Trans­por­towce już odla­tują, musi­cie się ewa­ku­ować...

- Ale strop...

Chase chwyta panią dok­tor za rękaw i kie­ruje ją oraz trzech tech­ni­ków medycz­nych do dziury, przez którą się prze­ci­snął.

- Pro­sto tune­lem, potem w lewo, pro­sto przez koszary - powin­ni­ście wie­dzieć, bo pasia­sta narzuta Porasa raczej rzuca się w oczy - potem znów w prawo, dwa razy w lewo i będzie­cie w han­ga­rze.

- Dzię­kuję! - rzuca spa­ni­ko­wana pani dok­tor.

"Chwila, skoro zapadł się ten kory­tarz, wszy­scy po prze­ciw­nej stro­nie nie mają jak uciec..."

- Pro­szę biec, pani dok­tor. Wrócę tam­tędy, by się prze­ko­nać, czy ktoś jesz­cze nie potrze­buje pomocy.

Chase rzuca się bie­giem przez kory­tarz. Spraw­dza kolejne maga­zyny, a potem sypial­nie. Odnaj­duje trójkę żoł­nie­rzy, dwoje ofi­ce­rów łącz­no­ści i całą grupę uchodź­ców z Habassy II.

"A Jor­dan na­dal nie odpi­sał. Gdzie go wcięło?"

"Chyba że nie ma przy sobie data­pada, a prze­cież czę­sto o nim zapo­mina, gdy jest przy taun­tau­nach..."

- "Świe­tli­sta Nadzieja" odla­tuje za dzie­sięć minut. Powta­rzam, dzie­sięć minut. To ostatni trans­por­to­wiec dla ewa­ku­ują­cych się.

Głos Taryn Farr roz­brzmiewa po bazie.

- Dalej!

Nagle we wszyst­kich kory­ta­rzach gasną świa­tła. To już koniec. Stra­cili zasi­la­nie.

- Za dużo zakrę­tów. Nie znaj­dziemy drogi w tych ciem­no­ściach! - woła ofi­cer Sen­dak.

- Za mną - mówi Chase. Zna każdy tunel na pamięć, a choć nic nie widzi, wie, ile kro­ków zostało do kolej­nego skrzy­żo­wa­nia - tak, wła­śnie tutaj - następne dzie­sięć kro­ków - i kolejny skręt w prawo. Spraw­dza, czy wszy­scy idą za nim. Wpa­ro­wują do han­garu w chwili, gdy odla­tuje następny trans­por­to­wiec.

Ofi­cer Meeks kie­ruje wszyst­kich na pokład "Świe­tli­stej Nadziei". Trap na­dal jest otwarty.

- Dobra robota, Wil­sorr - mówi Meeks. Spo­gląda z ulgą znad data­pada, gdy Chase pod­cho­dzi z grupą odna­le­zio­nych. - Nad­cią­gają sztur­mowcy. Nie mamy wiele czasu.

- Daj­cie mi jesz­cze parę minut! - woła Chase.

- Masz trzy.

Chase zrywa się do biegu. Igno­ruje bla­ste­rowe wystrzały i to, że wokół niego baza roz­pada się na kawałki. Dociera do zagród taun­tau­nów. Na miej­scu zastaje nie­po­ko­jącą ciszę - widać wszy­scy jeźdźcy dołą­czyli do walki.

Pro­my­czek na­dal jest w swoim bok­sie. Gdy zauważa Chase'a, pod­cho­dzi do niego i pry­cha zestre­so­wana.

Ku ogrom­nej uldze gońca, jest z nią Jor­dan. Pró­buje ją uspo­koić, gdy Pro­my­czek nie­mal staje dęba.

- Co ty tu robisz?

- Major Der­lin zarzą­dził, żebym tu został, na wypa­dek gdyby ktoś potrze­bo­wał wierz­chowca!

- Stra­ci­li­śmy Bazę Echo. Chodź, musimy się ewa­ku­ować!

- Nie zosta­wię Pro­my­czek!

- A ja cie­bie! Zaraz odleci ostatni sta­tek. - Chase nie chce myśleć, ile zostało im czasu. - Bie­giem! Weź­miemy ją ze sobą!

- Będziemy musieli poje­chać wierz­chem.

Jor­dan zarzuca sio­dło na grzbiet Pro­my­czek. Zwie­rzę pry­cha, ale stoi nie­ru­chomo, gdy pod­cho­dzi do niego Chase. Zawsze bał się tych ogrom­nych istot, ale sięga po wycią­gniętą dłoń Jor­dana i wspina się na grzbiet za jego ple­cami.

- Któ­rędy?

Chase szybko się zasta­na­wia. Typowy skrót odpada, jest zbyt wąski dla taun­tauna - będą musieli zary­zy­ko­wać podróż głów­nym kory­ta­rzem.

- Skręć we wschodni tunel, a potem odbij w lewo!

Wykrzy­kuje kie­runki, gdy Jor­dan kie­ruje zwie­rzę­ciem. Pro­my­czek pędzi przed sie­bie.

Jeśli Chase w ogóle może na coś w życiu liczyć, to na nie­zro­zu­miałą pew­ność, że broń w jego dło­niach nawali. Wyciąga bla­ster z kabury Jor­dana, wci­ska wszyst­kie przy­ci­ski w loso­wej kolej­no­ści i rzuca bro­nią pro­sto w blo­kadę.

- Co ty...

Bla­ster eks­plo­duje. Wytwa­rza wyrwę w lodzie - o dziwo, wystar­cza­jącą.

- Skacz, Pro­my­czek! - woła Chase.

Taun­taun prze­ska­kuje nad lodem i wyry­wają się na wol­ność.

Właz "Świe­tli­stej Nadziei" już się zamyka, a sil­niki są roz­grzane.

- Meeks, zacze­kaj­cie!

- Nad­cią­gają kolejni! - woła kobieta, wstrzy­mu­jąc start. - Dalej!

Pro­my­czek pędzi przed sie­bie i wspina się z rykiem po ram­pie. Ładow­nia trans­por­towca jest wypeł­niona po brzegi ludźmi - a wiele z tych osób tra­fiło tu dzięki Chase'owi.

W pomiesz­cze­niu roz­le­gają się okla­ski i wiwaty.

- Udało się - kwi­tuje Jor­dan, jakby led­wie to do niego docie­rało.

Zsia­dają z taun­tauna i Chase pokle­puje Pro­my­czek, gdy dok­tor Mel­thabi kła­dzie mu dłoń na ramie­niu.

- Dobra robota, Chase - mówi Poras.

Chase szcze­rzy zęby. W jego gło­wie roz­le­gają się echem słowa z książki moty­wa­cyj­nej - "Bądź naj­lep­szą wer­sją sie­bie" - które po raz pierw­szy zdają mu się praw­dziwe. "Ta moc zawsze w tobie drze­mała".

- Jor­dan? - Chase zacze­pia przy­ja­ciela.

- Tak? - Jor­dan pod­cho­dzi bli­żej, na tyle bli­sko, że Chase widzi płatki złota i zie­leni w jego oczach.

- Wyglą­dasz, jakby ci się przy­dał porządny całus - rzuca. Przez chwilę nie­po­koi się, że powie­dział zbyt wiele, ale Jor­dan uśmie­cha się i przy­ciąga go do sie­bie.

- Już myśla­łem, że ni­gdy nie popro­sisz.

Ich usta spo­ty­kają się i Chase docho­dzi do wnio­sku, że pew­ność sie­bie to jed­nak to.

ZAPEWNI IM CIEPŁO. Delilah S. Dawson

ZAPEWNI IM CIE­PŁO

Deli­lah S. Daw­son

O życiu taun­tauna decy­dują dwie rze­czy: cie­pło i chłód. To pierw­sze sygna­li­zuje, że należy wstać wraz ze słoń­cem, polo­wać, parzyć się, kar­mić mle­kiem pisz­czące młode, bie­gać przez śnieg i chu­chać parą przez noz­drza. To dru­gie, że należy spać. Na Hoth nasta­nie nocy wiąże się z ciem­no­ścią tak dalece pod­szytą chło­dem, iż nie prze­trwają nawet taun­tauny, chyba że skulą się razem i będą stały nie­mal nie­ru­chomo, a ich krew zacznie krą­żyć wolno niczym szlam. Dla Murry, matki rodu tego stada, takie natu­ralne rytmy zatra­ciły wszel­kie zna­cze­nie. Została poj­mana, oswo­jona, tra­fiła do zagrody. Tak, na­dal wyczuwa zapach zmierz­chu, ale rzadko widuje słońca i księ­życe. Dziwne, cie­płe, buczące rze­czy, zapew­nia­jące sztuczne świa­tło w zagro­dach, są słabe i zbyt prze­sło­dzone, a do tego ni­gdy nie gasną.

Teraz jej życiem zawia­duje trze­cia rzecz: te dziwne dwu­nożne istoty.

Nazy­wają się rebe­lian­tami.

Dla schwy­ta­nych taun­tau­nów z Bazy Echo, po czę­ści gadów, po czę­ści ssa­ków, świat skur­czył się do kilku czę­ści poje­dyn­czej sali. Taun­tauny nie potra­fią liczyć, ale Murra wie, że teraz ma pod swoją opieką mniej zwie­rząt niż daw­niej, gdy żyły na wol­no­ści. Wtedy czę­sto spę­dzały noce w gro­tach podob­nych do tej. Spały tak głę­bo­kim snem, iż nic nie było w sta­nie ich zbu­dzić, ich krew od zamar­z­nię­cia dzie­liło jedno ude­rze­nie serca, gdy kuliły się razem, tak że łączyły się ich zapa­chy i linie krwi. Z nadej­ściem poranka jed­nak wypeł­zały na migo­czącą jasność i wodziły noz­drzami za wonią dra­pież­nych wamp. Gdy żad­nej nie wyczuły, pry­chały z zado­wo­le­nia i pod­rzu­cały rogami śnieg, by two­rzyć skrzące się tęcze na tle bia­łego nieba.

I wła­śnie za tym Murra tęskni naj­bar­dziej - za wol­no­ścią i dobrym nastro­jem, wierz­ga­niem głową, bodze­niem się rogami, trą­ca­niem sio­stry czy córki bio­drem, odda­la­niem się z wybra­nym przed sie­bie sam­cem i macha­niem ogo­nem, by młode miały za czym gonić. Teraz, gdy opusz­cza groty, jest spę­tana paskami. Jej głowa i ciało nie mogą już w pełni nacie­szyć się świe­żym śnie­giem. Rebe­lianci ruszają jej szyją, by prze­ka­zać jej, dokąd ma biec. Trą­cają ją w żebra twar­dymi butami i wykrzy­kują rze­czy, które nie mają żad­nego zna­cze­nia, gdy jest zbyt gło­śna. Zna wła­sne imię tylko dla­tego, że ktoś wyma­wiał je raz za razem, poda­jąc jej z wia­dra lodo­skro­baki. Teraz wie, że gdy usły­szy te dźwięki i podej­dzie bli­żej, będą mieć dla niej coś do jedze­nia, nawet jeśli nie aż tak smacz­nego.

Tego ranka stało się coś, co zda­rzało się rzadko: zabrano ją na patrol wraz z jej ulu­bioną córką Ribą, a choć obie zostały spę­tane i miały na grzbie­tach sio­dła, na któ­rych zasia­dali gło­śni rebe­lianci, przy­naj­mniej prze­by­wały razem wśród żywiołu. Świat był jasny, pełen zapa­chów i wol­nej prze­strzeni. Mio­tały rogami i napi­nały ciała, aż jeden rebe­liant na grzbie­cie Riby powie­dział: "Wow, dziś są wyjąt­kowo pod­eks­cy­to­wane, co, Han?". A ten na grzbie­cie samej Murry szarp­nął za jej głowę i mruk­nął: "Tylko durne zwie­rzęta potra­fią się cie­szyć, że aż tak sypie".

Nie żeby Murra cokol­wiek z tego zro­zu­miała.

Zde­cy­do­wa­nie woli tamtą kobietę, rebe­liantkę o łagod­nym gło­sie, tamtą, która towa­rzy­szyła jej, gdy ostat­nim razem rodziła bliź­nięta, zamknięta sama w zagro­dzie. Poród był trudny - pew­nie dla­tego, że taun­tauny powinny wybie­gać ciążę, a nie spa­ce­ro­wać w cia­snym rogu groty - ale rebe­liantka sie­działa z nią, gła­skała ją po pysku, szep­tała kojące słowa, a gdy oboje mło­dych wresz­cie przy­szło na świat, pogro­ziła męskim opie­ku­nom sło­wami: "Jest wyczer­pana. Daj­cie nam ode­tchnąć. Zresztą przyda się to nam wszyst­kim".

Nim została schwy­tana, Murra splu­nę­łaby rebe­liantce w twarz, ale tam­tej nocy, osła­biona po poro­dzie, deli­kat­nie chwy­tała małe pęczki mchu z jej sło­nych rąk. Nie opo­no­wała, gdy kobieta gła­skała ją po sier­ści na szyi. Gdy Murra przy­ło­żyła głowę do jej ramie­nia, ta podra­pała ją porząd­nie wokół swę­dzą­cych rogów.

- Wiem, jak się czu­jesz - powie­działa łagod­nie kobieta tuż przy jej uchu. - Zawsze zajęta, zawsze pchana to w jedną, to w drugą stronę. To chyba pierw­sza chwila od mie­sięcy, gdy byłam sama. - Zachi­cho­tała. - Nie żebym była sama z tobą i two­imi dziećmi. - Gdy rebe­liantka schy­liła się, by pogła­skać śpiące młode, Murra jej na to pozwo­liła.

Teraz malu­chy są już silne i wytrzy­małe, a kobieta rebe­liantka cza­sami odwie­dza zagrody sama, cichą nocną porą, gdy Murra jest pogrą­żona w pół­śnie i pil­nuje swo­jego stada. Murra zawsze się cie­szy, gdy kobieta dra­pie ją po rogach, a rebe­liantka wydaje się zado­wo­lona, że ma się do kogo ode­zwać.

Więc tak, poranny patrol w towa­rzy­stwie Riby był miły, ale ich wspólny czas wśród śniegu oka­zał się zbyt krótki. Teraz, z powro­tem w gro­tach, Murra jest nie­spo­kojna. Zazwy­czaj nie przej­mo­wa­łaby się tym, że jej silna córka prze­bywa na zewnątrz, gdzie jej miej­sce, ale wyczuwa w powie­trzu, że noc będzie wyjąt­kowo chłodna. Riba powinna już wró­cić. Jest w ciąży, choć to dopiero począ­tek. Murra doczeka się pierw­szych wnu­czek. Otwiera wszyst­kie noz­drza, łapie powie­trze, ner­wowo stąpa tam i z powro­tem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki