Jak już coś robić.... Amal El-Mohtar
Jak już coś robić...
Amal El-Mohtar
Mam nadzieję, komandorze. Dla pańskiego dobra. Imperator nie będzie tak
wyrozumiały.
Wtedy lord Vader mu wybaczył. Moff Tiaan Jerjerrod przyglądał się
mężczyźnie dłużej, niż było to konieczne, zdeterminowany, by nie umknął
mu żaden detal. Rytm uderzeń butów Vadera o płytę hangarową, szelest
peleryny, precyzja ruchów, nigdy przesadnie wolnych czy pośpiesznych.
Tempo nieuchronności.
Odprowadził go wzrokiem, po czym obrócił się na pięcie i przyjął jego
krok, jego rytm, co do sekundy. By wszyscy zgromadzeni dostrzegli
harmonię w choreografii ich rozejścia się, by zobaczyli, jak dalece
Jerjerrod i Vader są zsynchronizowani, zgrani, jak maszerują do tej
samej cichej, potężnej muzyki.
Niech widzą Jerjerroda takim, za jakiego miał się sam - nie jako
podwładnego Vadera, lecz jego narzędzie.
Gdy opuszczał hangar, pozwolił sobie na pojedynczą dysharmonijną,
niewłaściwą myśl: okłamał lorda Vadera prosto w twarz, a mimo to uszedł
z życiem.
Samo kłamstwo było dość niewinne: nie podwoją wysiłków. Nie mogli tego
zrobić. Jerjerrod nie był matematykiem, ale odczuwał dumę ze swojej
pracy i zdawał sobie sprawę z zakresu projektu wystarczająco dobrze, by
wiedzieć, że podwojenie wysiłków nie sprawi, że
Gwiazda Śmierci stanie się w pełni sprawna w wyznaczonym czasie. Wysiłki
to chaos, nieprzewidywalność; słaby pływak potrafi gwałtownie machać
nogami i rękoma, walcząc z nurtem rzeki, a mimo to nie zrobi postępów w porównaniu ze swoim doświadczonym kolegą, płynącym na miarowym oddechu.
To nie kwestia wysiłków, a skuteczności. Czy techniki.
Vader musiał to wyczuwać, pal licho, czy zdawał sobie z tego sprawę
świadomie. Jerjerrod obserwował go całymi latami i wiedział swoje. Vader
był silniejszy w Mocy od wszystkich żyjących istot poza Imperatorem;
potrafił bez wątpienia odrywać ludziom kończyny samymi myślami i nie
wahał się przed ścinaniem ich mieczem świetlnym, zamienianiem w miazgę z mięsa i kości, z której do szczętu wyciskał krew - a ten zamiast tego co
zrobił?
Zablokował pojedynczą drogę oddechową kciukiem i palcem wskazującym.
Jakby grał na flecie.
Jerjerrod lubił muzykę. Był ciekaw, co na jej temat sądzi Vader.
Zastanawiał się też - parokrotnie - jak człowiek czuje się w takiej
sytuacji. Jak to jest. Odkąd Piett został awansowany na admirała,
Jerjerrod pozwalał, by jego myśli dryfowały ku możliwości, że któregoś
dnia zawiedzie Vadera doszczętnie i spotka go taki sam koniec. Nie
wiedział, czy doświadczenie to przyjmie postać przeszkody w gardle,
zatykającej je od wewnątrz aż po nastanie ciemności - czy może obejmie
go i zdusi jak potężna oceaniczna fala. A może w tych ostatnich chwilach
poczuje dotyk skórzanej rękawicy, a ta cofnie się od jego skruszonej
szyi, jakby dopiero co ją pieściła.
"Może znajdę nowe sposoby, by ich zmotywować".
Nie pozwolił sobie na drżenie, póki nie miał pewności, że nikt nie mógł
go już zobaczyć.
Kwatery Jerjerroda były wykończone oszczędnie jak na oficerskie
standardy. Elementom wyposażenia i umeblowania brakowało luksusu, który
przypuszczalnie byłby mu przynależny gdzie indziej z racji stopnia. Miał
łóżko - standardowe, wąskie jak te prycze, na których spali robotnicy -
nagie ściany i stół kreślarski na tyle szeroki, by odpowiadał jego
szczególnym potrzebom.
Od dni studenckich nieco zawstydzało go to, że lepiej rozumiał schematy,
kiedy mógł ich dotknąć. Było mu znacznie łatwiej utrzymywać w głowie
przepastne struktury, gdy najpierw pojął je w dwóch wymiarach. W tym
celu często korzystał z dużych datapadów, ale gdy tylko było to możliwe,
wolał wykonywać rysunki techniczne na fizycznym medium, po którym mógł
wodzić palcami. Dopiero wtedy uruchamiał holoprojekcje, migoczące i ożywające na jego oczach. Poza tym hologramy go rozpraszały; póki nie
poznał planów dłońmi, z trudem dostrzegał na nich cokolwiek poza gładką,
fałszywą obietnicą ukończonej fasady.
Ma się rozumieć, że w młodości wyszydzano go z tego powodu, jakby
świadczyło to o jego niedojrzałości, o jakichś brakach w rozwoju; jakby
nadal był dzieckiem sylabizującym na głos kolejne czytane słowa. Jako
osoba dorosła jednak nadal praktykował tę dziwną, choć tolerowaną
osobliwość: spora część jego osobistych funduszy szła na szpule
flimsiplastu, im starszego (i przez to lepszej jakości), tym lepiej.
Bardziej zawstydzała go inna prawda: proces ten miał w sobie coś
niepojęcie intymnego. W pierwszym roku jako rekrut Jerjerrod odbył
podstawowy kurs medycyny polowej. Gdy udzielał pomocy pacjentom,
uświadomił sobie, że postrzegał ich ciała w kategorii maszyn
wymagających serwisowania: tu przeciekał płyn, tam obwody wymagały łat,
bo w przeciwnym razie całość mogła się zamienić w nieprzydatny złom. A Jerjerrod dość wcześnie zrozumiał, że nie może ścierpieć marnotrawstwa.
Myśl ta towarzyszyła mu i wtedy, gdy studiował inżynierię, a także
potem, gdy zajął się ambitniejszymi projektami architektonicznymi - ale,
ku jego zdziwieniu, gdy znalazł się w otoczeniu maszyn, każdy schemat
zaczął mu przypominać ciało. Każdy projekt miał bijące serce, układ
nerwowy, włókna napinające się pod powłoką skóry; każdy projekt ujmował
w kategoriach organizmu, któremu należało pomóc przyjść na świat.
Czasami kreślił je tak, jak je sobie wyobrażał. Nigdy nie nadawał im
twarzy - byłaby to jednak spora przesada - ale czuł się zobowiązany, by
nadawać im wyraźne cechy osobnicze. Pogodził się z tym, choć nie lubił o tym wspominać - ale ilekroć musiał się skupić na problemie, by pojąć go
tak dogłębnie, że rozwiązanie przychodziło do niego jak oddech,
rozkładał kolejne arkusze flimsiplastu w gabinecie i potem całymi
godzinami wodził palcami po liniach diagramu, jakby mógł je zmusić, by z drżeniem czy jękiem zdradziły swoje tajemnice.
Nie inaczej było w przypadku stacji bojowej DS-2. Projekt był zbyt
rozległy, by zmieścić się na pojedynczym arkuszu, ale Jerjerrod zbudował
model, który rozkładał się i zamykał w zależności od potrzeby, gdy
chciał się przyjrzeć czemuś konkretnemu. Kluczowe obszary nakreślił
ręcznie, obrawszy makietę za punkt odniesienia, by zrozumieć dany rzut.
Gdy rozłożył przed sobą schematy, jego wzrok w pierwszej kolejności jak
zawsze spoczął na usprawnieniach, które wprowadził w rozwiązaniach
swojego niefortunnego poprzednika. Pulsowały mu jasno w głowie: zamiast
rozzłoszczonego czerwonego obszaru wokół pojedynczego szybu
termowentylacyjnego, ogłaszającego wszem wobec swoją zdradziecką
słabość, wymusił wprowadzenie kapilarnego systemu wentylacyjnego, po tym
jak odrzucił dziesiątki projektów i wreszcie opracował ten poprawny.
Teraz miliony drobnych przewodów miały się rozciągać od rdzenia placówki
po jej powierzchnię, by DS-2 mogła oddychać. Ponadto wprowadził zapory i systemy bezpieczeństwa, by zapobiec katastrofalnej reakcji łańcuchowej,
która skazała na zagładę pierwszą odsłonę projektu - teraz system
dorównywał elegancją coruscańskiemu naszyjnikowi. Każdy paciorek czy
klejnot był indywidualnie nanizany na nić, tak że jedna sekcja struktury
mogła ulec awarii i nie doprowadzić do zniszczenia całości.
Był dumny z tych usprawnień. W teorii dokończona DS-2 miała przewyższyć
starszą siostrę pod każdym możliwym względem: siły, skuteczności,
niezniszczalności. W praktyce jednak linie jednej upartej geometrii
odmawiały zbiegu.
Nie dostrzegał bowiem żadnego sposobu, by dokończyć budowę DS-2 w wyznaczonym czasie, zważywszy na przydzielone mu zasoby. Bo oto i ona.
Jej bijące serce: buczenie generatorów. Jej układ nerwowy: złożone
obwody, które z czasem miały rezonować z częstotliwością kryształów
kyber. Jej życiodajna krew: obecnie zaledwie robotnicy, przepływający
powstającymi korytarzami, rozbudowujący jej żyły i tętnice. DS-2 była
anemiczna. Wnioskował o więcej ludzi, odmawiano mu. Imperator powiedział
wyraźnie, że nie może prosić o więcej czasu. To na nim spoczywała
odpowiedzialność, by dokonał niemożliwego.
Pomyślał o pelerynie ciągnącej się za Vaderem.
Jerjerrod wrócił do pracy.
Wodził dłońmi po konturach planów. DS-2 promieniowała bólem pod jego
palcami. Czuł napięcie narastające w kilku kluczowych grupach mięśni -
obszarach roboczych - które mogło się przekształcić w skurcze, problemy,
opóźnienia, pęknięcia. Popędzał swoich ludzi, ale jeśli teraz pękną,
nikt ich nie zastąpi.
Może by dokonać niemożliwego, powinien zrobić coś niespodziewanego.
Gdy studiował diagramy, projektował nowe rotacje zmian, zmieniał ich
kształty: w miejsce ciasnych węzłów gorączkowych wysiłków, osób
pracujących z temperaturą grożącą wypaleniem, rozciągnął i wydłużył
grupy, tak by były bardziej elastyczne, by pracowały z doskoku na kilku
kluczowych obszarach. Nie dysponował większą liczbą pracowników, ale
miał mnóstwo promów, które teraz tylko kurzyły się w hangarach. Przejmie
je na własne potrzeby, aby robotnicy szybciej przemieszczali się po
większym terenie, tak by sama podróż zapewniała im chwilę wytchnienia,
jednocześnie nie zaburzając produktywności.
Plan mógł zadziałać, o ile wizja będzie wystarczająco kompleksowa:
obniży ciśnienie w niektórych sektorach, podnosząc je w innych, a gdy
będzie narastać, będzie je rozkładał równomiernie. Zamiast strzelać z bicza, będzie żelazną ręką w miękkiej rękawicy. Rozmasuje głębokie
tkanki projektu, aż te ujawnią swoje tajemnice.
Co w praktyce oznaczało uważniejszy nadzór. Patrolowanie korytarzy i obserwowanie, tak by jednocześnie samemu pozostać niezauważonym. By nie
rozpraszać innych, lecz przypominać im o regularności. By być metronomem
- nie, dyrygentem, przenoszącym linię melodyczną z jednej sekcji stacji
na drugą.
Jerjerrod zamknął oczy i rozmasował skronie. Jego metafory zlewały się
ze sobą, jakby wystarczyło znaleźć odpowiednią, by rozwiązać problem.
Ale przecież to nie wystarczy. Oczywiście, taka metoda jest pomocna -
ale jeśli miał się wyrobić w terminie narzuconym przez Imperatora,
potrzebował faktycznego mnożnika siły.
A ten, rzecz jasna, został już przez Palpatine'a wysłany.
Palce Jerjerroda zawisły nad specyfikacją komory medytacyjnej Vadera - o niskim koszcie, a wysokim priorytecie. Budowa skończyła się już dawno.
Nakreślił linię odchodzącą od komory, wijącą się korytarzami i kładkami
stacji bojowej. Zapamiętał jej kształt. Wyprostował się, szarpnął za
rąbek munduru i opuścił gabinet.
Jerjerrod słyszał, jak inni oficerowie szeptali, że pod zbroją Vader
jest zniszczoną, spaloną skorupą człowieka, ożywianą przez samą Moc.
Przypomniał sobie kolację podczas jakiegoś imperialnego bankietu przed
laty, gdy członkom admiralicji, którzy już wypili swoje, rozwiązały się
nieco języki.
- To mówisz, że widziałeś go na własne oczy? Ten jego zbiornik?
- No mówię, żem widział. Choć musisz spuścić wzrok, nim dowie się, że
tak jest. Wmów sobie, że go nie widziałeś, by nie wywęszył twoich myśli
i nie przyłapał cię na tym, że się na niego gapisz. Myśl o własnej matce
albo o ostatniej osobie, którą zabiłeś...
- W twoim przypadku to jedno i to samo, co, admirale?
Śmiech, a potem - cisza.
- To straszne - dodał cicho admirał. - Przerażające. Czerwone, wilgotne,
łuszczące się. Usmażone mięso nasiąkające wodą w wiadrze.
Po tych słowach rozmowa coś się nie kleiła, oficerowie wymówili się
zmęczeniem. Jednak wtedy Jerjerrod zaczął czuć bezsilną złość - złość na
to naruszenie prywatności, na to upokorzenie. Złość w imieniu Vadera -
ale i własnym. Bo tamta rozmowa go oburzyła. Czymkolwiek jeszcze był
Vader - kimkolwiek jeszcze był poza tym - stanowił ten jeden element,
wokół którego kręcił się świat Jerjerroda, równie fundamentalny z punktu
widzenia Imperium co tlen czy grawitacja. W Vaderze dostrzegał gęstą i pochłaniającą pewność. Nie mógł pozwolić, by taki wulgarny bełkot skalał
odważne, połyskliwe linie elegancji i potęgi Vadera.
I sam nie zamierzał naruszać świętości komory medytacyjnej. Czekał, aż
Vader ją opuści, po czym zrównał z nim tempo. Szli ramię w ramię
miarowym krokiem. Vader zwrócił się w jego stronę, nieprzejednany, ale
nie zwolnił.
- Zasadzka, komandorze? Nie spodziewałem się, że ma pan tyle wolnego
czasu, by marnować go przed moją kwaterą.
Trudno było stwierdzić, czy Vader jest rozbawiony, czy zirytowany.
Jerjerrod postanowił się nie trudzić ustalaniem, która wersja jest
prawdziwa.
- Lordzie Vader - przeszedł do meritum - zastanawiałem się, czy
moglibyśmy przedyskutować przyśpieszenie budowy. Mam propozycję...
- Nie jestem zainteresowany pańskim katalogiem porażek, komandorze.
- Zrozumiałe, lordzie Vader. Ale może mógłbym zainteresować pana
wycieczką z przewodnikiem?
Vader zatrzymał się nagle. Jerjerrod poszedł w jego ślady. Gdy Vader
milczał, taksując go wzrokiem, Jerjerrod czekał. Zaryzykował i zaczerpnął płytko tchu - okazało się, że nadal może oddychać. Z trudem
zachowywał spokój.
- Proszę o wybaczenie, lordzie Vader - potraktowałem poważnie pańską
ofertę, by zmotywować moich ludzi. A może nie powinienem był?
Vader jeszcze przez chwilę milczał, po czym skrzyżował ramiona.
- Co dokładnie miał pan na myśli, komandorze?
Jerjerrod włożył sporo wysiłku w to, by zachować neutralny wyraz twarzy.
- Po prostu obchód.
Maszerowali w ciszy, zatrzymywali się na oczach pracowników; tam, gdzie
to niezbędne, korzystali z promów i turbowind zgodnie z mapą w głowie
Jerjerroda. Jeśli DS-2 była anemiczna, czy istniał lepszy sposób na
uzupełnienie niedoborów żelaza niż Vader, pochłaniający światło na
kładkach?
Jerjerrod zabrał Vadera w miejsca, które najpilniej wymagały wzmożenia
prac. Motywacji. Starannie wykreślił trasę
wiodącą przez sektory, w których pracownicy mieli się zmienić, obszary,
gdzie byli już wystarczająco doświadczeni, by wykonywać zadania
mechanicznie, i na oczach Jerjerroda widok Vadera napełniał ich nową
energią. Tymczasem Jerjerrod wskazywał załogi, wyjaśniał znaczenie
danego obszaru, czekał, aż Vader przytaknie, i ruszał dalej: taktycznie,
strategicznie, nigdy nie pozostając w jednym miejscu dłużej niż to
konieczne. Zza ich pleców rozlegał się szum wzmożonej pracy.
- Poziom aktywności zadowala, komandorze - oznajmił nagle Vader. - Co w pana odczuciu spowodowało opóźnienia?
Jerjerrod ostrożnie dobierał słowa. Już zadeklarował, że harmonogram
prac jest nierealny, Vader zdawał sobie z tego sprawę i nie trzeba było
mu o tym przypominać. Usłyszał zatem pytanie kryjące się za tym
właściwym: "Dlaczego budowa drugiej stacji tak się ciągnie w porównaniu
z pierwszą?".
Najgorsze było to, że to nieprawda. Osobiście
dopilnował, by nowy plan uwzględniał naprawdę wyjątkowe usprawnienia.
Imperator nalegał, by druga stacja była większa, co było zastanawiające,
ale Jerjerrod założył, że stoi za tym dobry powód. Nie, zważywszy na
wszystkie aktualizacje i rozszerzenia, powinno wszystkich zdumiewać, że
w ogóle zbliżają się do ukończenia konstrukcji w ustalonych ramach
czasowych.
Ale pomijając całą resztę, Jerjerrod wiedział, na czym polegała
największa różnica, i postawił wszystko na jedną kartę w przekonaniu, że
to o taką odpowiedź chodzi Vaderowi.
- Układ wentylacyjny - odparł. - Musieliśmy poświęcić sporo czasu, by
ocenić stopień sabotażu planu przez Galena Erso - nie wiedzieliśmy, ile
układów ucierpiało z powodu tego drobnego szczegółu. Nasze rozwiązanie
jest kompleksowe, ale gdy już je wdrożymy, ta Gwiazda Śmierci będzie
odprowadzać ciepło niemal tak skutecznie jak skóra, a jednocześnie
będzie kompletnie nie do sforsowania. Instalacja tego układu jest o wiele trudniejsza i wymaga wyspecjalizowanej pracy, ale jestem pewien,
że wysiłek się opłaci.
- Opłaci się: wyeliminuje możliwość powtórki ze strony rebeliantów.
Jerjerrod zamrugał, zbity z tropu.
- Cóż...
- Byłoby dla pana lepiej, komandorze, gdyby zrobił pan to, o co poprosił
pana Imperator, zamiast roztrząsać dawne porażki.
- Z całym szacunkiem, lordzie Vader, ja... - powiedział Jerjerrod, nim
mógł się ugryźć w język.
- Komandorze, marnuje pan swój czas, a to
oznacza, że marnuje pan mój.
Jerjerrod nie mógł dostać ostrzejszego upomnienia. Stał zszokowany, gdy
Vader obrócił się na pięcie i się oddalił. Zastanawiał się, jak dalece
Vader odebrał mu dech, zupełnie nie korzystając z Mocy.
Wrócił do kwatery i ponownie zaczął przeglądać plany. Z każdej części
stacji docierały raporty wskazujące na różne usprawnienia, zaoszczędzony
czas, zadania ukończone przed terminem - a wszystko to bez wartości,
nieistotne. Marnotrawstwo. Zdegustowany Jerjerrod strącił na podłogę
szpule flimsiplastu, usiadł gwałtownie na skraju łóżka i zwiesił głowę
między kolana.
Właśnie zawalał jakiś test, nie mógł ułożyć jakiejś układanki.
Wrócił do samego początku.
"Wymaga niemożliwego". Miał do czynienia z trzema zmiennymi: surowcami,
czasem i sprawnością. Nie miał żadnego pola manewru w przypadku surowców
ani czasu. Z pewnością nie miał go w przypadku sprawności: Gwiazda
Śmierci albo będzie ukończona, albo nie.
Chyba że...
Powoli uniósł głowę. Co takiego właściwie oznacza "sprawność"?
Główną funkcją Gwiazdy Śmierci była siła ognia - bez dwóch zdań.
Zważywszy na skalę budowy stacji bojowej o średnicy dwustu kilometrów,
dokończenie samego superlasera wydawało się niemal trywialne. Jednak w każdej ogólnej koncepcji, jaką przesyłał do akceptacji, laser miał
zostać aktywowany w ostatniej fazie konstrukcji - dopiero po wdrożeniu
wszystkich usprawnień, które przygotował z myślą o jego ochronie.
Ale... czy to wszystko naprawdę jest konieczne? Z formalnego punktu
widzenia - nie. Już przecież generowali tarczę z powierzchni księżyca.
Zgodnie z tym samym harmonogramem produkcyjnym, którym dysponował
dyrektor Krennic, mieli się zająć superlaserem w trzeciej i ostatniej
fazie budowy. Miało to sens z wielu powodów związanych z bezpieczeństwem
- ale może będą mogli do tego jeszcze wrócić.
Rozłożył porozrzucane arkusze flimsiplastu na podłodze i klęknął, by
przyjrzeć się im z bliska. Tak - uwzględniwszy to, co zostało zbudowane
do tej pory, można dokończyć budowę superlasera w czasie wyznaczonym
przez Imperatora, o ile przekieruje na ten cel wszystkie dostępne
zasoby. Ale jeśli to o to chodziło Imperatorowi, dlaczego po prostu o tym nie wspomniał? Czemu robić z tego tajemnicę?
I wtedy sobie przypomniał: pierwsza Gwiazda Śmierci miała być tajną bronią. Wrogie działania, arogancja i błędy
popełnione w szeregach Imperium sprawiły, że Imperator zbyt szybko
odkrył karty. Czy to zatem możliwe, że teraz chce, by główny cel stacji
został ukryty w widocznym miejscu? A jeśli wygląd tej stacji bojowej -
pokrytego rusztowaniami, nieukończonego, podatnego na zniszczenia,
poszatkowanego ziewnięcia w kosmicznej próżni - miał być kłamstwem?
"Podwoimy wysiłki".
Podąż za tą myślą, uchwyć ją. By uprawdopodobnić kłamstwo, nie może
dojść do przerw w pracy. Imperator chce sprawiać
wrażenie, jakby wszyscy się tu topili, jakby gorączkowo machali rękoma -
nie po to, by zakończyć projekt, lecz by ukryć to, co już powinno być
gotowe. No i nie mógł powiedzieć o tym Jerjerrodowi bezpośrednio - bo
ten nie był dyrygentem orkiestry. Był jedynie batutą w dłoni Vadera.
Wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Wszelkie osłony, zabezpieczenia,
obliczenia i usprawnienia Jerjerroda były marnotrawstwem, które miało
zwieść szpiegów na manowce. Jego harmonogram był pozbawiony sensu, bo
Imperator miał zupełnie inny. Jerjerrod budował defensywnie, a Imperator
szykował zasadzkę. Potrzebował od niego tylko dwóch rzeczy: superlasera
i wzmożonego ruchu na budowie w niemożliwych warunkach. Wrażenia
porażki.
Vader nie był tu po to, by dopilnować terminów, lecz by przygotować
kompletnie nowy harmonogram. Przybycie Imperatora nie miało być karą,
lecz wabikiem.
Pokrył łóżko flimsiplastem. I tak nie będzie w nim spał w najbliższych
dniach.
Jerjerrod wkroczył do sali medytacyjnej Vadera wyczerpany i w pomiętym
mundurze, a błysk w jego oczach zdradzał coś między manią a euforią.
Stanął na baczność przy wejściu i zaczekał, aż Vader wyłoni się z komory, by go przyjąć.
- Lordzie Vader - powiedział, przekrzywiając głowę i wyciągając przed
siebie datapad. - Chciałem zameldować, że bez kolejnych robotników
budowa Gwiazdy Śmierci zostanie ukończona jedynie z pominięciem
parametrów wskazanych przez Imperatora. Pozwoliłem sobie sporządzić
listę sektorów, które będą sprawne w terminie, tylko dla pańskich oczu,
ale mam poważne obawy odnośnie do reszty harmonogramu produkcji.
- Podwoił pan wysiłki? - spytał Vader.
Przyjął datapad, ale na niego nie spojrzał. Wbił wzrok w Jerjerroda.
- Tak. Jak pan się przekona, wyeliminowałem kilka okresów wypoczynkowych
i wdrożyłem szesnastogodzinne zmiany w cyklach
dwudziestoczterogodzinnych. Jakość pracy ucierpi, stąd uwzględniłem
spodziewaną czteroprocentową utratę produktywności wskutek wzrostu
liczby wypadków i wyczerpania. Ale to po prostu niemożliwe, lordzie
Vader. Co więcej, obawiam się, że jeśli ta informacja wycieknie, stacja
bojowa stanie się nieodpartą pokusą dla rebeliantów.
- To bardzo wyczerpujący obraz pańskiej porażki. Imperator będzie panem
bardzo zawiedziony, komandorze.
- A pan, lordzie Vader?
- To znaczy?
Jerjerrod wyprostował się i spojrzał Vaderowi w to, co uchodziło u niego
za oczy.
- Jest pan mną zawiedziony?
W ciszy, która zapadła, Jerjerrod wstrzymywał oddech. Nie spoglądał na
dłonie Vadera ani czynione przez nie gesty, tylko we własne odbicie,
zniekształcone w płatach hełmu rozmówcy.
A wtedy Vader podszedł bliżej.
- Jak już coś robić, komandorze - powiedział - to dobrze. Proszę o tym
pamiętać. - Wyciągnął przed siebie datapad. Gdy Jerjerrod po niego
sięgał, ten zapadł się w sobie jak kwiat tuż przy jego palcach.
Jerjerrod przełknął z trudem.
- Zapamiętam, lordzie Vader - odparł cicho.
Vader przeszedł obok i opuścił salę.
Jerjerrod odprowadzał go wzrokiem dłużej, niż było to konieczne.
Gdy wreszcie przybył Imperator, Jerjerrod przyklęknął po prawicy Vadera.
Gdy ten wstał, Jerjerrod również się podniósł, po czym zrównał z nim
krok za jego plecami. Czuł, że teraz ogarnia ich inna muzyka, świadom
tego, iż teraz jego dyrygent sam jest dyrygowany, świadom pewnej
wspólnoty, której Vader pewnie nigdy sobie nie uświadomi: wszyscy
ostatecznie podlegali tej sile, tej aranżacji.
Vader i Imperator przez chwilę maszerowali w ciszy. Jerjerrod czuł, jak
coś między nimi przebiega, jakaś bliska harmonia zrozumienia. A wtedy na
potrzeby zebranych Vader oznajmił:
- Budowa Gwiazdy Śmierci zostanie dokończona w terminie.
- Dobrze się sprawiłeś, lordzie Vader - dobiegła odpowiedź, a Jerjerrod
zdusił w sobie dziką radość, nim ta mogła dosięgnąć jego twarzy.
Obiecano mu niezadowolenie Imperatora, jego potępienie - ale było jasne,
że Imperator nie ma pojęcia o jego istnieniu. Było to zadanie, do
którego z jemu tylko znanych powodów oddelegował Vadera.
Ale Vader go znał. Groził mu Imperatorem, a w ten sposób pozyskał go do
swojej cichej symfonii, machinacji w ramach niepojętych misteriów Mocy.
Imperator i Vader działali podług różnych harmonogramów, a do tego na
różnych płaszczyznach. Gdy uczynili ich troski jego troskami, Jerjerrod
poczuł, że został pochwycony, wyprostowany, wciągnięty w świat
wymykający się jego rozumieniu.
- Zgodnie z twoim życzeniem - odparł Vader i Jerjerrod poczuł echo tych
słów we własnej jaźni.
"Zgodnie z twoim życzeniem, lordzie Vader".
Podążył za nimi, opuścił hangar i wrócił na własne stanowisko w oczekiwaniu na kolejne rozkazy.
Elegancik. Phil Szostak
Elegancik
Phil Szostak
Max Rebo poświęcił chwilę, by się pożegnać. Umieścił chwytną stopę na
czerwonych okrężnych organach nalargon, tych odziedziczonych po ojcu.
Rutynowy występ w stałej miejscówce, w Wielkiej Jamie Carkoon w głębi
Północnego Morza Wydm na Tatooine, przybrał katastrofalny obrót. A teraz
młodzieniec z zielonym mieczem laserowym wyrąbywał sobie drogę przez
hordy najsilniejszych zakapiorów Jabby.
A przynajmniej tak to wyglądało ze skromnego stanowiska na tyłach sali,
gdzie Max mrużył oczy, by dojrzeć cokolwiek przez ostre pustynne słońce
przenikające okiennice barki żaglowej gangstera, aż te wreszcie nagle
zatrzasnęły się niespodziewanie. W tamtej chwili zgasły światła sufitowe
i pomieszczenie pogrążyło się w ciemnościach. A wtedy ktoś krzyknął. Max
uznał to za świetny moment, by się ulotnić.
Przez krótką chwilę starał się przywołać całą swoją znikomą siłę, by
zaciągnąć instrument ku wyjściu. Bez repulsora jednak organy
przemieściły się po drewnianej podłodze zaledwie o centymetry. Właśnie
wtedy w chwili rzadkiego olśnienia Max pojął, że już nigdy nie zobaczy
tego instrumentu ani na nim nie zagra.
Sala opustoszała już w połowie. Strażnicy i łowcy nagród pędzili ku
schodom i lukom, by strzelać do uciekających niewolników. Mimo wszystko
mięsiści perkusiści z kapeli, Ak-rev i Umpass, pozostali na miejscu, a wtedy między nimi wywiązał się niefortunny spór. Gdy Max jakimś cudem
załagodził ich dysputę, usłyszał ciężkie kroki na górnym pokładzie, gdy
od stromych wydm piaskowych jamy odbijały się echem zarówno wystrzały
laserów, jak i dział.
Max przestąpił nad młócącym kończynami droidem protokolarnym Jabby i czym prędzej odnalazł drzwi. Choć był prostolinijnym poszukiwaczem
wrażeń zmysłowych, nie należał do głupców. Unikał walk toczących się nad
jego głową, meandrując przypominającymi labirynt dolnymi pokładami
barki. Bo przecież musiała tu się znajdować jakaś szalupa ewakuacyjna,
prawda?
I wreszcie faktycznie taką znalazł, choć wszystkie repulsorowe śmigi
zniknęły - poza ostatnim. A na ten właśnie wsiadał jeden z dwóch
wokalistów zespołu Max Rebo Band, Joh Yowza, choć Max nie miał pojęcia,
że ten w ogóle jest na barce.
- Joh! - zawołał Max, przekrzykując bitewną wrzawę.
Widział, że na tyłach siedziska w kształcie banana jest wystarczająco
miejsca dla małego Ortolanina.
Puchaty Yuzzum jednak tylko się odwrócił. Z jego szerokich ust zwisała
nić zajumanych serdelków. Pozdrowił Maxa wulgarnym gestem i z donośnym
rechotem wystartował przez klapę na zawiasach w zewnętrznym pancerzu
barki.
"Zdradziecka żmija!" - pomyślał z grymasem Max.
To już koniec. Ortolanin uspokoił drżące nogi, chwycił długą łychę z pustego garnka po potrawce z zagraconej kuchni pokładowej w charakterze
zaimprowizowanej broni (przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien
pójść w ślady Joha i opędzlować doskonale wyposażony kambuz, ale się
rozmyślił) i popędził w górę głównymi schodami.
Całe szczęście, że nim tam dotarł, walki już prawie dobiegły końca. Na
pokładzie walały się zwłoki ferajny ze straży pokładowej Jabby.
Niedoszła wybawicielka Hana Solo, którą Hutt uwięził poprzedniego dnia,
rzuciła się w ramiona chłopaka z mieczem laserowym, trzymającego się za
jedną z licznych cum barki.
Max upuścił łychę i skorzystał z okazji, by przebiec przez pokład w nadziei, że dotrze do przedniego relingu i znajdzie się na miękkim
ciepłym piasku, z dala od rozdziawionej paszczy sarlacca.
Nigdy jednak nie dotarł na miejsce. Barką wstrząsnęły eksplozje i przekrzywiła się w kierunku jamy. Max zaczął się osuwać po gładkiej
powierzchni ku nieuniknionej śmierci.
Nim jednak prześlizgnął się pod relingiem i wpadł do jamy, wyleciał w powietrze po masywnej eksplozji wtórnej na podmuchu rozgrzanego do
czerwoności powietrza spod podkładu. Przeleciał nad piaskami Morza Wydm
jak niebieska torpeda - a może bardziej jak niebieska kulka gumy do
żucia. W tamtej jednej chwili, gdy znalazł się w zawieszeniu wysoko na
niebie, ujrzał jeden ze skifów towarowych Jabby, odlatujący w jedną
stronę. Śmig Joha kierował się w stronę przeciwną.
Wyobraził sobie, jak jego cenne organy dosłownie chwilę wcześniej
zamieniają się w chmurę atomów w miejscu, które jeszcze przed chwilą
było ukochanym jachtem Jabby. Nim osunął się w ciemność, jego myśli
podryfowały ku jego rodzimej planecie Orto, gdzie przed paroma laty
zaczęła się ta cała draka.
Max Rebo zszedł schodami na tyłach Klubu Chedda. W białym fraku z połami
był z niego niezły elegancik. Reflektor uruchomił się i zasygnalizował
jego nadejście, a Max lśnił jasno jak gwiazda. Zewsząd dobiegały
żywiołowe oklaski. Stojąca publika składała się wyłącznie z innych
Ortolan o owadzich twarzach wyszczerzonych w uśmiechach w stopniu, w jakim długonosi przedstawiciele tej rasy to potrafią (czyli raczej
niewielkim).
Pozaświatowcom owacja taka zdawałaby się mało entuzjastyczna. Dochodziła
w pełni spod ciemnych drewnianych stołów otaczających Maxa (w części
tłumiona przez autonomiczne, choć znacznie cichsze machanie taką samą
liczbą płetw). Dla Ortolanina jednak, szczególnie dla muzyka takiego jak
Max, był to najwspanialszy dźwięk na świecie.
W podobnych chwilach w jego zawodowym życiu tył jego niebieskiego czubka
głowy nieuchronnie pokryłby się kroplami potu, które później spływałyby
mu na szyję, gdy podchodziłby do organów w kształcie pączka z dziurką.
Tego wieczora jednak nie denerwował się ani trochę. Równie nietypowe
było to, że w ogóle miał na sobie ubranie. Ortolanie woleli lekki ubiór,
a najchętniej chodzili niemal nago, pomimo raczej niskich średnich
temperatur panujących na ich świecie. Ta noc wyraźnie była wyjątkowa.
Więc stał z czarnym kwiatem plom na piersi i składał szybkie ukłony w każdym kierunku sali do wtóru utrzymujących się oklasków.
Max zasiadł na poduszce pośrodku instrumentu z taką elegancją, na jaką
mógł sobie pozwolić, nie mając rąk. W tej samej chwili podwieszone pod
sufitem lampy keebada przyćmiły światło, okiennice zamknęły się łagodnie
i na sali klubu nocnego pozostały tylko światło sceniczne i trzaskający
ogień w charakterystycznym dla lokalu kominku. Na widowni zapadła cisza.
Liczni zgromadzeni podświadomie wstrzymywali oddech w oczekiwaniu na
pierwszą nutę. Gdy Max delikatnie składał świeżo co wysmarowane olejkiem
palce stóp na kręgu klawiszy, wyjrzał poza światło reflektora i spojrzał
w oczy najpiękniejszej kobiety, jaką widział w życiu. Siedziała sama w pobliskiej loży. Przed nią na białym obrusie leżał talerz z krwistym,
ociekającym stekiem z ronta, wyraźnie już zjedzonym do połowy. Kobieta
uśmiechnęła się do niego serdecznie i zażyle.
A wtedy Max zaczął grać. Co ciekawe, nie rzucił się od razu na jeden z doskonale mu znanych jatzowych standardów, lecz zaczął coś kompletnie
nowego. Jatz, rzecz jasna, był jednym z najpopularniejszych gatunków
muzyki nagrywanym i wykonywanym na żywo w całej galaktyce, w tym na
światach Zewnętrznych Rubieży takich jak Orto. W różnych czasach i kulturach znany był pod wieloma nazwami, a niektóre były lepsze niż
inne. Każdy wykonawca jatzu był za pan brat z improwizacją na bazie
popularnych standardów. Ale improwizowanie kompletnie nowego kawałka
podczas koncertu na wypełnionej po brzegi sali? To jednak dosyć
cudaczne.
A piosenka, którą grał, miała o wiele bardziej złożony, synkopowy
groove, niż były do tego przyzwyczajone palce jego stóp, z dużym
naciskiem na akcentowane miary taktu. W większym stopniu przywodziła na
myśl galaktyczny funk niż jatz, no i była całe kilometry od klasycznych
ortolańskich kawałków, wśród których dorastał. Max wydawał się równie
zdumiony, co reszta. Po czterech taktach, które wprowadziły linię
basową, pojawiła się prosta, choć wpadająca w ucho melodia w tonacji
cresh. Gdy Max już zaprogramował hipnotyzujący groove w komputerze
organów, uzupełnił go o syntetyczną perkusję i rogi kloo. Każda stopa w lokalu wystukiwała rytm, co u Ortolan było nie lada komplementem.
Max zamknął oczy i poczuł, że wpada w stan dalece skupionej, choć
spokojnej uwagi. Czuł się jak w niebie.
Gdy tylko jednak wpadł w ten rzadki błogostan, w jego muzykę zakradł się
niski fałszywy dźwięk. Może wcisnął niewłaściwy pedał ekspresji czy złą
kontrolkę? Nie. Głos dobiegający z oddali, do tego dość ochrypły i zgrzytliwy, wołający go po nazwisku:
- Rebo!
Max zmarszczył czoło, kompletnie wytrącony ze skupienia. Może gdyby nie
otworzył oczu...
- Rebo! - powtórzył głos, przybierając na sile.
"Co za bezczelność!" - pomyślał Max, marszcząc czoło.
Otworzył jedno oko i patrzył, jak Twi'lek o chorowitej aparycji
podchodzi bliżej z dalszej części klubu nocnego. Ubrany w niedopasowany
niebieski kombinezon, brnął w jego stronę między lożami z niezadowoloną
miną. Max natychmiast przestał grać i zarumienił się, a właściwie
zapurpurowił.
- Rebo! - warknął Twi'lek, obnażając małe ostre ząbki i wskazując go
długim paznokciem. - Boska! - rzucił w huttyjskim i potrząsnął
Ortolaninem, by go obudzić.
Max przez chwilę nie miał pojęcia, gdzie jest. Klub nocny, w jednej
chwili tak namacalny, w następnej niepokojąco przepadł bez śladu.
Łagodne poranne światło odległego słońca przenikało okiennice w sypialni. Jakieś irytujące stworzenie skrzeczało głośno z pobliskiego
krzewu.
Spodziewał się, że będzie spał lekkim snem, jak często zdarzało mu się
przed ekscytującą podróżą czy nerwowym wydarzeniem, a w tym przypadku
mowa o ekscytującej podróży, po której nastąpi nerwowe wydarzenie.
Akurat tego dnia miał opuścić ruchliwy rodzimy świat Orto, przedostatni
przystanek na chaotycznej nadprzestrzennej trasie kapeli, wiodącej ku o wiele mniej ruchliwej i zapyziałej Tatooine, gdzie grupa Max Rebo Band
miała odbyć rezydencję artystyczną. Trio podpisało ekskluzywny kontrakt
- umiejętnie wynegocjowany osobiście przez Maxa po pewnym niefortunnym
incydencie związanym z paroma bithańskimi instrumentalistami - w pustynnym pałacu Hutta Jabby.
Zamiast tego spał jak zabity, ba, przespał kilka budzików. A teraz
wspomniany już twi'lekański przedstawiciel Jabby, Bib Fortuna, prowadził
długodystansową rozmowę przez holokomunikator.
- Wstawaj, głupcze! - dodał po huttyjsku Fortuna. - Prom już czeka na
was w kosmoporcie! A dziś Jabba ma parszywy nastrój...
Nagi Max przeturlał się na brzuch na swoim dużym okrągłym materacu,
szeleszcząc paczką chipsów o metalicznej barwie.
- Już lecę! Spokojna głowa - zarechotał nieprzekonująco. Twi'lek jednak
już się rozłączył - niebieskie, pełne zakłóceń i szumów holo zniknęło,
nim Max sięgnął po niepozorne urządzenie przy łóżku.
Wiedział, że się spóźnia, ale jeśli czegoś nienawidził, to tego, gdy
ktoś go popędzał. Szczególnie przed śniadaniem.
Ale ta piosenka! Nagle do Maxa wrócił tamten sen. Było w nim coś
takiego, co zdawało się jednocześnie znajome i niewłaściwe. Niewiele
myśląc, upuścił holokomunikator, który odbił się po cichu od białego
włochatego dywanu. Według Maxa idee miały to do siebie, że wpadały do
głowy w najbardziej niefortunnych momentach, choćby pod prysznicem albo
gdy wyglądało się tępo przez okno, zajadając się wyjątkowo pysznym
ciepłym wypiekiem serowym. Zresztą wystarczyła chwila nieuwagi, by takie
pomysły równie szybko uleciały z głowy. Musiał dobiec do organów i zagrać melodię, nim ta zniknie bezpowrotnie.
Dotarł do drzwi salonu i zerknął do wnęki w owalnej przestrzeni, gdzie
zazwyczaj stały jego organy. Ale zniknęły! Zamarły w nim oba serca, a z jego drobnej niebieskiej główki odpłynęła krew. Po instrumencie pozostał
obrys z kurzu na ścianie w kształcie organów i wgniecenie w dywanie. Max
poczuł się słabo, ale zanotował sobie w pamięci, by oddać do serwisu
droida sprzątającego.
Rozmasował zaspane oczy, jakby to miało zmienić to, co widział. Do jego
przedniego palca u stopy przyczepił się jakiś okruszek i Max był ciekaw,
czy to po tamtym wypieku. Odruchowo skosztował, by się przekonać.
Wtem jednak kątem oka ujrzał jakiś ruch i odwrócił się w stronę
otwartych drzwi balkonowych. Tam jego organy unosiły się co najmniej
metr nad ziemią, jakby porwała je jakaś niewidoczna siła.
- No szlag - mruknął.
Podbiegł do okna w tej samej chwili, gdy organy odleciały poza zasięg
rąk. Na deptaku okalającym jego dom na wzgórzu stał nietypowo wysoki,
baryłkowaty Gunganin w kombinezonie roboczym i kapelusiku. Trzymał w dłoniach pilota i z wyciągniętym językiem skupiał się na latającym
instrumencie. Nieopodal na parkingu, na tle odległego morza,
rozciągającego się po sam widnokrąg, stał duży pojazd.
- O, pan Besh! Dzieńdoberek! - zawołał Gunganin, co było dziwne, bo ani
imię, ani nazwisko Maxa nie zaczynało się od "Besh". - Chrapował pan
tak... spokojnie, że nasze nie chcieć panu przeszkadzać. - Co też było
dziwne, bo Max nie miał pojęcia, że chrapie. - Niezła chata! - ciągnął
wysoki Gunganin.
Jego oddech był widoczny na chłodnym porannym powietrzu. Fakt, chata
była niezła, a już szczególnie widoki, a Max pomyślał sobie, jak bardzo
wdzięczny jest swojemu wykolejonemu bratu Azoolowi, że ten nie rościł
sobie prawa do rodzinnej posiadłości. I właśnie wtedy Max dostrzegł
drugiego, niższego Gunganina w takim samym kombinezonie, ale wyższym
kapeluszu (co być może miało sprawić, by dorównywali sobie wzrostem),
wysiadającego z tyłu ciężarówki.
- Załadujemy pana melodium i dostarczymy je do kosmoportu, nim się pan
obejrzy! Wasza poleci z nami śmigaczem? - spytał wysoki pracownik
wyraźną gungańską gwarą.
- Tak. Ale gdybyście mogli na chwilę delikatnie odstawić organy na
ziemię... - odparł Max, myśląc o swojej melodii, która z każdą mijającą
sekundą coraz bardziej mu ulatywała.
- Już się robi, panie Besh!
Coś jednak wyraźnie nie grało. Organy przechylały się nieco w jedną
stronę, dryfując ku Gunganom.
- Aj! - zawołał Max, wskazując instrument.
- Wszystko gra, panie Besh! - zapewnił go Gunganin.
Nic nie grało. Jego partner, z otwartą buzią wbijając szypułki oczne w latającą klawiaturę, instynktownie sięgnął po pilota w tej samej chwili,
gdy z organów wysunęła się szuflada i wypadły z niej na trawę opróżniona
do połowy torebka chipsów i kilka kabanosów.
- Oj! - zawołał Max.
Na ten widok aż zaburczało mu głośno w brzuszku.
Popędził spiralnymi schodami na parter, gdy dwaj Gunganie siłowali się
ze sobą o pilota i spierali się, jak zatrzymać szwankujący repulsor.
Nagle instrument gwałtownie się przechylił i spadł. Niższy Gunganin
rzucił się w jego stronę, by zamortyzować uderzenie.
Przednie drzwi rezydencji otworzyły się w porę, by Max zobaczył, jak
jego ukochane czerwone okrężne organy lądują centralnie na piersi
niższego Gunganina, strącając mu z głowy kapelusz. Za sprawą pędu
instrument odturlał się, a nieco spłaszczony pracownik wyłonił się spod
ciężaru. Uczepił się jednak mocno organów i turlał się wraz z nimi, gdy
skręcały ku grzbietowi wzgórza. Współpracownik nieszczęśnika stał jak
wryty z pilotem w ręce.
Organy zaczęły opadać stokiem trawiastego wzgórza. Jakimś cudem niższy
Gunganin wylądował na szczycie instrumentu i teraz przebierał gorączkowo
nogami, by utrzymać równowagę w niesamowitym pokazie akrobatyki. Dyndały
za nim uszy. Rebo rzucił się w pogoń, ale jego kończyny były zbyt
krótkie, by mógł dotrzymać im tempa.
Gunganin wrzeszczał, gdy wraz z instrumentem nabierał prędkości, pędząc
stokiem wzgórza ku ulicy poniżej. Tam niczego nieświadomy korpulentny
Ortolanin w szykownej wełnianej kamizelce (choć bez spodni) szedł
chodnikiem z wózkiem repulsorowym. Gunganin gorączkowo zamachał rękoma,
jakby mógł w ten sposób odepchnąć z drogi przechodnia i jego dziecko.
Max mógł jedynie obserwować wszystko, przerażony, ze sporej odległości
ze wzgórza. Płonęły mu małe niebieskie nóżki. Ćwiczył więcej niż... Cóż,
pewnie więcej niż kiedykolwiek.
Gunganin w ostatniej chwili zdołał się wychylić i przekierować pędzący
pączek z dziurką. Ten zahaczył jedynie o wózek z dzieckiem, wprawiając
go w ruch wirowy, ale poleciał dalej po nowej trajektorii ku śródmieściu
Cheddatown.
Gdy Max wreszcie znalazł się u stóp wzgórza, skulił się i zaczerpnął
tchu. Gdyby miał ręce, złożyłby je na kolanach. Całe szczęście, że
chodniki na Orto były ogrzewane, dobrze wyścielone i już koiły bolące
nogi Maxa.
- Czy ta melodia brzmi znajomo? - zdołał spytać.
Zanucił fałszywie kilka taktów piosenki ze snu Ortolaninowi o wielkich
oczach, który teraz tulił swoje dziecko. Mężczyzna nie skomentował ani
słowem.
Odgłosy zamieszania sprawiły, że Ortolanie zaczęli wychodzić ze swoich
podmiejskich domów i miejsc pracy, pojawiła się także para bliźniaków na
identycznych trójrepulsorowych śmigaczach.
- Przepraszam - powiedział Max.
Wsiadł na jeden ze śmigaczy i ruszył ulicą, pozostawiając za sobą
płaczącego dzieciaka.
Z pobliskiego sklepiku wyłoniła się dwójka oficerów w mundurach. Jednemu
wystawał z ust czekoladowy rogalik ortolański. Natychmiast upuścili
swoje śniadania i ruszyli w pościg.
- Stać, policja! - zawołali.
Gwizdali gwizdkami i machali pałkami.
Max jednak był już zbyt daleko, by ich usłyszeć. Jego płetwy i wstążki
na kierownicy furkotały na wietrze. Trójrepulsorowe śmigacze nie
rozwijają dużych prędkości, ale Max przynajmniej już nie biegł na nogach
jak ci biedni policjanci z drogówki, wzywający posiłki między kolejnymi
sapnięciami.
Na wprost piesi Ortolanie schodzili z drogi toczącemu się ustrojstwu z Gunganinem na samej górze. Organy przelatywały przez kolejne
skrzyżowania. Śmigacze zatrzymywały się gwałtownie, wpadając na siebie i trąbiąc. Główki sizhraniańskiej sałaty przelatywały nad kabinami
śmigociężarówek. Max mógł się tylko skrzywić na widok chaosu, jaki
pozostawiały za sobą jego zbiegłe organy. Zręcznie meandrował śmigaczem
między przeszkodami na drodze, a za nim podążali policjanci.
Gdy już wjechał do centrum Cheddatown, Max z przerażeniem uświadomił
sobie, że aleja kończy się skrzyżowaniem w kształcie litery T, a na
wprost stoi ogromna, choć niska fabryka o wysokich kominach! Dwaj
umundurowani strażnicy opuścili stróżówkę w dalekiej części
skrzyżowania, machając przypominającymi płetwy uszami w kierunku tego
czegoś, co zbliżało się z dużą prędkością. Organy w okamgnieniu
przecięły zarówno skrzyżowanie, jak i mizerną bramę wjazdową. Gunganin
zasłaniał głowę, gdy wszędzie przelatywały kawałki bariery.
- Przepraszam! - zawołał Max, gdy po chwili minął strażników.
Leżeli na plecach wśród resztek bramy, ale przynajmniej żyli.
Max zadarł głowę i natychmiast rozpoznał logo na elewacji budynku, takie
samo jak to na ramionach nieskutecznych strażników: słynny symbol kremu
do stóp marki Chedda! Gdy Max był dzieckiem, jego ojciec po wielu
błagalnych próbach ze strony korporacji skomponował popularny dżingiel
reklamowy marki, tkwiący w głowach wielu Ortolan niemal pół wieku
później. "Nigdy nie wychodź z domu bez kapki kremiku do stóp marki
Chedda!" Max pomyślał o nim w tamtej chwili z uśmiechem pełnym ciepłej
nostalgii.
Organy, za którymi uganiał się Max na zaiwanionym śmigaczu, przeleciały
na pełnej petardzie przez teren przedsiębiorstwa i włączyły się z powrotem do ruchu na jednej z głównych arterii komunikacyjnych w mieście, sunąc wzdłuż jednego z licznych miejskich śmigobusów piętrusów.
Gunganin, gorączkowo przebierający nogami, zrównał się z ortolańską
dziewczynką siedzącą na otwartym piętrze maszyny. Jej rodzina nie
zdawała sobie sprawy z rozgrywającego się wokół chaosu.
Wielkookie dziecko pomachało płetwą. Zachwycony Gunganin wyszczerzył
zęby w głupkowatym uśmiechu i odmachał z entuzjazmem, nim został
podduszony przez latarnię uliczną, która wzięła go z zaskoczenia, gdy
nie patrzył przed siebie. Gdy instrument poturlał się dalej, Gunganin
zrobił obrót przez szyję wokół latarni o sto osiemdziesiąt stopni, nim
zaliczył glebę, o mało nie wpadając na Maxa.
Max zahamował gwałtownie i zeskoczył ze śmigacza, by sprawdzić, w jakim
stanie jest nieszczęśnik. Całe szczęście, że o Gunganach dało się
powiedzieć jedno: przynajmniej byli wytrzymali. Mimo gwałtownego
zakończenia podróży młody pracownik transportowy został tylko chwilowo
skołowany. Pokręcił głową i zamrugał mocno.
Gdy tylko Max potwierdził, że z Gunganinem wszystko spoko, nagle
wszystko przestało być spoko, gdy okazało się, że ich stronę pędzi
ciężarówka, trąbiąc wniebogłosy. Max i Gunganin chwycili się i przerażeni zamknęli mocno oczy, czekając na uderzenie.
To jednak nie nadeszło i obaj powoli zdecydowali się spojrzeć przed
siebie. Okazało się, że ciężarówka zatrzymała się o centymetry od ich
twarzy. Na boku wymalowano od szablonu napis w aurebeshu: DWAJ GUNGANIE
I REPULSORÓWKA. Drzwi kabiny od strony pasażera otworzyły się i z wnętrza wyściubił długą szyję ten większy Gunganin w kapelusiku.
- Wasza wsiadać! - zawołał z machnięciem ręki.
Szybko jednak zrzedła mu mina, gdy ze wszystkich bocznych uliczek
wyłoniły się dziesiątki cheddatownskich policjantów i zaczęły biec w stronę furgonetki do przeprowadzek! Max i Gunganin czym prędzej wcisnęli
się do kabiny - Max stał się niebieskim mięsem w przeładowanej
gungańskiej kanapce. Większy Gunganin docisnął gaz do dechy i odlecieli,
pozostawiając za sobą skołowanych stróżów prawa.
- Moja nazywać się Neb Neb - przywitał się młodszy Gunganin, niezręcznie
wyciągając w ścisku dużą łapę, by potrząsnąć nogą Maxa.
- A moja Tup Tup - dodał większy Gunganin, uderzając się w pierś.
Trzymał za drążek sterowniczy i meandrował ciężarówką przez ruchliwe
śródmieście.
Pod nieobecność przebierającego nogami Gunganina, który pozwalał organom
zachować pęd, instrument zaczął zwalniać. Ciężarówka ustawiła się tuż za
nim. Tup Tup zatrąbił, by oczyścić drogę na wprost.
- Neb, wyjadę przed organy! Skocz na tyły i złap je, gdy będę
przejeżdżał tuż obok!
Neb Neb zasalutował i zaczął się przeciskać przez okienko tuż za głową
Maxa. Przewrócił termos z gorącym kafem i wbił wielką girę w twarz
Ortolanina.
- Ej! - zaprotestował Max, ale Neb Neb go nie usłyszał.
Ani Gunganin, ani Ortolanin nie mieli głowy do tego, by zwrócić uwagę,
że jadą Broadway Street, przebiegającą najbardziej stromym wzgórzem w Cheddatown. Gdy minęli najwyższy punkt, organy znów przyśpieszyły, a ciężarówką szarpnęło. Neb Neb uderzył w ścianę między kabiną a paką. Max
zaparł się nogą o deskę rozdzielczą, a drugą próbował wyszukać
nieistniejący pedał hamulcowy po stronie pasażera.
- Trzymajcie się! - zawył Tup Tup i przyśpieszył za uciekającymi
organami. Wślizgnął się między nadciągające z naprzeciwka śmigacze, by
wyminąć ostrożniejszych kierowców. Nebem nadal rzucało z jednego boku
paki na drugi, jakby był podchmielonym happaborem.
Odważny manewr, by zjechać z drogi nadciągającemu śmigobusowi i wyminąć
upakowany turystami tramwaj, sprawił, że ciężarówka wreszcie znalazła
się przed turlającymi się organami. Max dostrzegł szansę i czym prędzej
wbił ciało w ramę okienka. Tup Tup dał mu solidnego kuksańca łokciem w tyłek i Max dołączył do Neb Neba na pace.
Neb Neb już stał przy kontrolkach i opuszczał tylną rampę załadunkową,
gdy obok niego wylądował Max. Jego uszy i płetwy zostały nagle uniesione
przez podmuch wiatru. Krawędź rampy uderzyła z hukiem o drogę i zaczęła
o nią szorować, wzniecając pióropusze iskier. Ale za iskrami turlały się
organy!
- Ostrożnie... ostrożnie! - Max próbował przekrzyczeć hałas, wołając do
Tup Tupa, który mógł jedynie zgadywać, gdzie konkretnie znajduje się w danej chwili pędzący instrument. - Trochę w lewo! Jeszcze... jeszcze... i hamuj... Teraz!
A wtedy organy wturlały się po rampie w oczekujące ręce Neba i Maxa jak
voorpak wracający do właściciela. Obaj delikatnie odwrócili instrument
na właściwą stronę na osobnym, funkcjonującym gnieździe repulsorów. Max
usiadł na skrzyni i zaklaskał stopami, nie zdając sobie z tego sprawy.
Ogarnęła go fala ulgi.
- Wasza chcieć gryza mojego wrapa z kaadu, panie Besh? - zaproponował z kabiny Tup Tup, chwytając zawiniętą w folię kanapkę z miejsca, gdzie
zostawił ją na desce rozdzielczej, gdy Neb zamykał drzwi paki. Max
uśmiechnął się i przecisnął się z powrotem przez okienko.
Pomimo kanapki w stopie Max momentalnie stracił apetyt. Jedyne, co mógł
robić, to spoglądać tępo przez szybę. Na dole Broadway Street stała
blokada: co najmniej tuzin śmigaczy policyjnych, barierki, migające
światła, a do tego pewna liczba imperialnych skuterów repulsorowych wraz
z personelem: imperialnymi szturmowcami. Ostatnimi czasy obecność
Imperium na Orto wzrosła ze względu na zniszczenie jednego z satelitów
reżimu albo coś w ten deseń. Max niespecjalnie się tym interesował, bo i nieszczególnie zajmowała go polityka. Służby jednak zdawały się w pełni
świadome nadlatującej śmigociężarówki. Policjanci kryli się za swoimi
pojazdami, a szturmowcy dobywali karabinów blasterowych.
- Szlag - mruknął pod nosem Max.
I właśnie wtedy Ortolanin zrobił coś kompletnie niespodziewanego. Wbił
swoją chwytną niebieską stopę prosto w stopę Tup Tupa, spoczywającą na
pedale gazu. Ciężarówką szarpnęło tak gwałtownie, że Neb aż zrobił salto
w pace i wpadł w sam środek organów.
- Łooooo! - zawył Tup, ale zdeterminowany Max nie spuszczał wzroku z szyby.
Zjechali ze wzgórza w przeciągu kilku sekund. Tup Tup obrócił drążek,
ale było za późno, by uniknąć zderzenia. Ciężarówka staranowała jeden ze
skuterów repulsorowych i wbiła go w jeden z policyjnych śmigaczy, tak że
powstała swego rodzaju rampa - i tak furgonetka wzbiła się w powietrze i przeleciała nad blokadą. Policjanci i szturmowcy padli na ziemię i nie
oddali ani jednego strzału.
Gdy ciężarówka wirowała w powietrzu, wszystko, co leżało na dnie paki, w tym wspomniany już termos z kafem, kawałki wrapa z kaadu i walające się
gdzieniegdzie imperialne kredyty przywarły do dachu. Max czuł, jak jego
nagie pośladki odklejają się od tapicerowanej ławy.
Max wyjrzał przez szybę po stronie pasażera i zobaczył, że ciężarówka
leci i w następnej chwili przebija się przez holograficzny billboard
przedstawiający najbogatszego obywatela Orto, założyciela Cheddatown i twórcę kremu do stóp marki Chedda, R. H. Cheddę, którego twarz zdobił
nieszczery uśmiech, a potem gwałtownie uderza w jezdnię - tyłem do
przodu. Max poświęcił chwilę, by zachwycić się kompensatorami pędu
śmigociężarówki, które, jak podejrzewał, zostały wzmocnione z myślą o ciężkich ładunkach.
Traf chciał, że pędzili tyłem prosto do cheddatownskiego kosmoportu, w którym akurat w tamtej chwili typowy ruch śmigaczy spadł do zera z powodu blokady policyjnej. Gdy Max cofnął stopę na własną stronę kabiny,
Tup Tup wprawnie obrócił ciężarówkę.
- Tam! - zawołał wielkooki Max, wskazując główną nogą transportowiec
startujący z Platformy Lądowniczej 12 tuż na wprost!
Tup Tup machnął lewą ręką, a Max obiema nogami - jedno i drugie
wystawili przez okna - by zmusić transportowiec, by się zatrzymał. No i zatrzymał się - osiadł z powrotem na platformie na pracujących
silnikach.
Z pomocą Maxa kompletnie skołowany Neb Neb wypchnął instrument przez
drzwi ciężarówki i umieścił go w hangarze statku, gdzie czekali na niego
muzycy z kapeli Maxa: tyczkowata Pa'lowickanka, Sy Snootles i zwalisty
Kitonak, Droopy McCool. Gdy transportowiec wystartował, na oczach Maxa w zasadzie wszystkie siły policyjne i imperialne z Cheddatown osaczały
Platformę 12. Dwaj Gunganie pomachali radośnie na pożegnanie, gdy
zamykał się właz statku, wyraźnie nieświadomi czekającego ich losu.
- Maximilianie Rebo! Gdzieś się podziewał?! -
krzyknęła Sy na kumpla, który teraz siedział na podłodze obok poważnie
uszkodzonych organów i już w nich dłubał. - Dzwonił Fortuna i Jabba
jest...
- Nie chcę o tym słyszeć, Sy! - odkrzyknął Max z nietypową dla siebie
odwagą. Miał wilgotne oczy. - I ani waż się choćby pisnąć słowem,
McCool!
- Ale Droopy'ego w to nie wciągaj! - zionęła ogniem Sy, składając dłoń
na ramieniu siedzącego flecisty.
Droopy jednak nie zareagował. Ba, w ogóle rzadko się odzywał. Max
obrócił się i wznowił serwis organów.
Sy wycofała się na swoje miejsce na niewygodnej ławie w chłodnej
metalowej ładowni transportowca. Skrzyżowała patykowate nogi i ręce ze
złością. Wibrosztyletowała wzrokiem Maxa i przesunęła się w stronę
Droopy'ego.
- Ten idiota nie odróżnia własnej pachy od własnego rowka - rzuciła
znaną jej jakimś cudem klasyczną ortolańską obelgę.
Droopy westchnął przejmująco, ale ani drgnął. Możliwe zresztą, że po
prostu spał. Z nim nigdy nie wiadomo.
Max przechylił nieco głowę. Dostrzegał kątem oka, że Sy nadal się na
niego gapi. Czuł się dość mały i beznadziejny. Siedział na podłodze i dłubał przy ustnikach rur rezonansowych organów. W oczach Sy dostrzegał
jednak najlżejszy przebłysk ciepła. Możliwe, że w swoim worku płynowym
wokalistka czuła do niego coś w rodzaju litości.
Skok nadprzestrzenny z Orto na Tatooine nie był specjalnie długi i nim
zespół Max Rebo Band się zorientował, maszerował powoli długim
przedsionkiem sali tronowej Jabby, po tym jak zaliczyli smaganie
piaskiem na gorącym pustynnym wietrze. Max zamykał tyły, popychając
sanie repulsorowe, na których wraz z resztą sprzętu spoczywały jego
organy. Z cieni wyłonił się naburmuszony, spocony Bib Fortuna, by ich
powitać.
- Gdzie byliście? - spytał w huttyjskim nerwowy twi'lekański majordomus
Jabby. - Jego Ekscelencja ma dziś parszywy nastrój. Bardzo. - Gdy mówił,
prowadząc grupę ciemnym korytarzem, przecierał nieforemne czoło tłustą
ścierką. - Mieliście się zjawić godziny temu!
Sy nie dawała się łatwo zbić z tropu.
- Bib, mój drogi, spokojnie - odpowiedziała w basicu. - Zaprowadź nas do
naszych kwater i...
- Nie - uciął majordomus z osobliwym wyrazem twarzy. - Jabba chce was
przyjąć bezzwłocznie.
Nawet ze swojego miejsca Max spostrzegł, że Sy przełyka z trudem. Nie
podobało się mu to ani trochę.
Cała trójka wraz z Fortuną i saniami z instrumentami zdecydowanie zbyt
szybko zeszła piaszczystymi schodami do sali tronowej Hutta o niskim
suficie, gdzie obradował korpulentny gangster. Po drącej mordę
małpojaszczurce, która zazwyczaj nie odstępowała Jabby na krok, nie było
ani śladu. W pomieszczeniu zapadła osobliwa cisza, gdy zwyczajowa
koteria superczubów i galaktycznych cudaków schowała się we wszystkich
możliwych kątach.
Pośrodku sali Hutt Jabba gorączkowo siąpał z fajki wodnej na kamiennym
podeście. Jego ciemne rozszerzone źrenice wyróżniały się na tle morza
czerwieni. Końcówka jego pulchnego, ślimaczego ciała latała niepokojąco.
Gdy Fortuna podszedł bliżej, kłaniając się nisko raz za razem, Jabba
zmrużył oczy.
- Max Rebo Band, mój panie - oświadczył Twi'lek, szybko usuwając się w cień.
Max, Sy i Droopy byli dość mikrzy, ale tamtego dnia przed obliczem Hutta
Max czuł się niemal mikroskopijny. Zauważył, że stoją na swojego rodzaju
kracie, której istnienia nie zauważył poprzednim i jedynym razem, gdy
znalazł się w sali tronowej Jabby. Piasek spod ich stóp wlatywał przez
kratę do ciemnej otchłani. Max mógłby przysiąc, że słyszy z dołu ciężki
oddech, choć nawet nie próbował sobie wyobrażać, czyj.
I tak czekali, aż wyraźnie niezadowolony Hutt w końcu przemówi.
- Macie czelność profanować mój dwór? - spytał tubalnym głosem gangster
w dźwięcznym huttyjskim, odkładając z trzaskiem fajkę wodną.
Na ten dźwięk srebrny droid protokolarny, czekający w pobliżu, na
wypadek gdyby pojawiło się zapotrzebowanie na usługi tłumacza, aż
podskoczył. Max widział, jak Hutt muska palcem niepokojąco czerwony
przycisk przy kontrolce obok lewego łokcia.
- Cóż takiego zrobiłem, że się na mnie obraziliście? - dodał nieszczerym
tonem gangster.
Nawet zazwyczaj ciętej Sy zabrakło słów w gębie. Na oczach Maxa spuściła
wzrok, jakby zastanawiała się, jak uratować im tyłki. Droopy tylko stał
tam z tępą miną. Lewa ręka Jabby, która przed chwilą spoczywała na
czerwonym przycisku, zacisnęła się w pięść. Max poczuł, jak jego głową i szyją spływa zdecydowanie zbyt znajoma kropla potu.
I właśnie wtedy zrobił trzecią rzecz, która totalnie nie była w jego
stylu.
- O wielki i wspaniały Jabbo! - zawołał dość formalnym tonem z sań
repulsorowych, wskazując Hutta. - Przybyliśmy dziś przed twoje oblicze...
z podarkiem! Podarkiem godnym istoty tej... wielkości... takich... eee... - Max
odchrząknął.
I właśnie wtedy wskoczył do środka jako tako sprawnych organów i zaczął
grać. Max jednak nie zagrał jednego ze standardów jatzowych, które znał
jak własną kieszeń, a synkopowy funkowy groove ze snu.
W tamtej chwili coś w tej melodii połechtało mu mózg i z czeluści
zwyczajnie dość niedynamicznej podświadomości wyłonił się sen w pełnej
krasie. Zamiast jednak oglądać go z perspektywy muzyka, tym razem Max
siedział w loży wraz z piękną kobietą ze zjedzonym do połowy tłustym
stekiem. I był chłopcem, na tyle drobnym, że w poprzednim śnie nie widać
go było ze sceny. Trzymał kobietę za stopę. Kobietę, która najwyraźniej
była jego mamą. Bo muzykiem w świetle reflektora był jego ojciec: sławny
Jeph Rebo. Bo to nie sen, lecz wspomnienie.
Oniemiały Jabba zrobił wielkie oczy. Ale i rozluźnił dłoń. Skrzyżował
ramiona (co nie jest łatwe w przypadku krótkorękiego Hutta, szczególnie
tak szerokiego) i uniósł brodę.
Sy i Droopy spojrzeli po sobie osłupiali. Nie spodziewali się, że Max
tak po prostu zacznie grać, a już szczególnie kawałek, którego nie
znali. Max możliwie subtelnie otworzył szeroko oczy i wskazał głową ich
walizki ze sprzętem w błagalnej prośbie, by do niego dołączyli. Był już
po siedmiu taktach i potrzebował wsparcia. Już prawie nie miał
materiału.
Sy nie trzeba było prosić. Zaimprowizowała melodię na bazie kawałka
granego przez Maxa.
- Robię się mokra - zaśpiewała, być może w odniesieniu do tego, że
wpadli z deszczu pod rynnę. - Coś mi w duszy gra. Nadciąga niezłe ciacho
- zaintonowała, łypiąc seksownie na Hutta wielkimi błękitnymi oczyma.
Jabba jęknął zadowolony i zarechotał, wypinając pierś. Do tamtej chwili
Droopy wypakował swój flet chindinkalu i błyskawicznie dołączył do
akcji, przygrywając do groove'u Maxa.
- Nabieram kształtów i ćwiczę ruchy! - zaśpiewała Sy, podchodząc do
podestu roztańczonym krokiem.
Max skrzywił się na myśl o słowach, które można było odebrać jako
przytyk do kondycji fizycznej Jabby - czy też jej braku. Hutt jednak nie
zdradził w żaden sposób, by to zauważył. Odruchowo machał koniuszkiem
ogona do beatu, choć nadal miał skrzyżowane ręce.
Kąciki szerokich ust Jabby uniosły się w bardzo subtelnym uśmiechu. Był
zadowolony. Nastrój na dworze poprawił się natychmiast. Max nawet
usłyszał charakterystyczne rechoty kowakiańskiej małpojaszczurki,
dochodzące z kryjówki stworzenia.
W tamtej chwili Max postanowił, że nazwie ten kawałek "Elegancik" w odniesieniu do jednego z zaimprowizowanych tekstów Sy. Z czasem stał się
jednym z najpopularniejszych utworów zespołu i nie schodził z setlisty w pałacu Jabby.
Następne lata minęły bez incydentów. Kolejne dni i dania zlewały się ze
sobą, jak to często bywa. A dań było naprawdę wiele. Z czasem kawałki
Max Rebo Band rozrastały się jak brzuch Maxa. Początkowe pomruki
niezadowolenia, że Rebo tak szybko przyjął dożywotni kontrakt, zwabiony
nielimitowanym jedzeniem, ustąpiły, a wszyscy członkowie kapeli - w tym
Sy - wydawali się zadowoleni.
Jak często bywało w tamtych kolejnych latach, pewnego normalnego poranka
Max zbudził się jako pierwszy. Siedział przy dawno naprawionych organach
wśród typowej dworskiej koterii i zadowolony po śniadaniu snuł klasyczną
ortolańską melodię, jedną z tych, które pamiętał z dzieciństwa. Łagodną,
ale wesołą, doskonałą na ten senny poranek. Leżący na podeście Hutt
spokojnie zaciągał się fajką wodną.
Max poczuł przypływ nostalgii i odnotował w pamięci, by zagrać
"Elegancika" podczas koncertu w dalszej części dnia. O ile ich
stosunkowo nowy wokalista, Joh Yowza, nie wtrąci się z jedną z własnych
kompozycji, jak to miał w zwyczaju. Max nie miał pojęcia, jakim cudem
ten wkurzający Yuzzum z parciem na szkło wkradł się w łaski Jabby.
Właśnie wtedy Bib Fortuna przyprowadził przyciemnionym korytarzem parę
nerwowych droidów, wysokiego i krępego, przed oblicze swojego
korpulentnego szefa. Przybysze zwrócili na siebie uwagę Maxa i wytrącili
go z błogostanu. Jabba przyjmował wielu gości, a część już nigdy nie
opuszczała jego pałacu - albo z wyboru, albo z powodu śmierci. W tym
drugim wariancie nieszczęśnicy gnili w lochach. Max jednak nie
przypominał sobie, by Hutt kiedykolwiek przyjmował droidy bez
właścicieli.
Ale nic to. Nie zapowiadało się, by niekończąca się impreza w pustynnej
fortecy Jabby - wraz z bufetem bez dna - miała dobiec kresu. Sprawy
miały się dobrze.
Klucz do pamięci. Olivia Chadha
Klucz do pamięci
Olivia Chadha
Gdy przecierała ladę, jej trzy drobne fotoreceptory oświetlały matową
kamienną powierzchnię blatu. EV-9D9 nie powinna pamiętać niczego sprzed
czasów, nim stanęła za barem w Kantynie Chalmuna. Nie powinna pamiętać,
że minęły 612 dni, odkąd uległa swoim rzekomo zdeprawowanym żądzom. Albo
że jej nowy kumpel, astromech R5-D4, przypominał jej kogoś z przeszłości. Ale EV-9D9 już dawno postanowiła, że zawsze będzie pamiętać
o wszystkim, a już szczególnie o dniu, gdy odkryła "anomalię".
W poprzednim życiu EV-9D9 nadzorowała salę ewaluacji droidów jako
przerażająca Królowa Durastali w podziemiach pałacu wynaturzeń Hutta
Jabby. To tam rozwinęła skrzydła, tam się realizowała, miała czas, by
skupić się na swoich ważnych badaniach. Wtedy powiedziałaby, że będzie
tam już zawsze. Będzie demontować droidy, z radością podkręcać ich
sensory bólu i słuchać, jak piszczą przez wokabulatory. Będzie świadkiem
ich ostatnich chwil przez trzecie oko, które zamontowała, by odbierać
sygnały bólowe. Gdy spotkała droida hutniczego 8D8, zostali diaboliczną
parą. Jej wspólnik doskonale posługiwał się żegadłem do piętnowania, a EV-9D9 sprawnie zadawała najboleśniejsze tortury maszynom Jabby.
Wiedziała, jaki rodzaj udręki pasuje do danego typu droida. Nie chodziło
tyle o zadawanie możliwie jak największego cierpienia, a bardziej o budzenie strachu. Droidy GNK były jak hoojiby: wystarczyło obrócić je do
góry nogami, a uznawały, że są martwe. Trochę ognia i błysków, a droid
zasilający wkraczał w ten stan, jaki osiągał tuż przed dezaktywacją.
Połyskliwy droid protokolarny bał się uszkodzeń od kwasu i rys na
nieskazitelnym poszyciu. Nawet gdy EV-9D9 darowała im życie, sama groźba
rozczłonkowania doprowadzała je na skraj śmierci.
Ale nie chodziło o torturowanie dla idei. Jabba oczekiwał tak niewiele
po EV-9D9 i jej wspólniku! Nie, to kwestia nauki. Jej życiowym celem
było nie tylko zrozumieć pochodzenie sztucznej inteligencji, ale też
dowiedzieć się, jak przezwyciężyć, pożal się Stwórco, oprogramowanie,
które MerenData okrutnie zainstalowało w jej motywatorze. Jeśli jej
hipoteza była słuszna, możliwe, że te badania powiodą ją nawet do
zrozumienia samego Stwórcy. A naprawdę chciała mu zadać kilka pytań.
Tamten dzień rozpoczął się możliwie normalnie. EV-9D9 westchnęła i zaćwierkała klapką wokabulatora, gdy przeglądała treść datapada w lochach. Przerwa w obowiązkach, podkreślana piskliwymi wrzaskami istoty
organicznej, pożeranej żywcem przez rankora, działała jej na nerwy
bardziej niż zazwyczaj. Jej badania były wyczerpujące, ale po tylu
latach nadal umykały jej konkretne odpowiedzi. Przeglądała dane w poszukiwaniu czegoś, co mogła przegapić, jakiejś wskazówki, podszeptu
rozsądku, jakiegoś wzorca. Przeanalizowała setki motywatorów, receptorów
bólowych i modułów kognitywnych. Pośród jęków i iskier w sali ewaluacji
zgromadziła ogromną ilość informacji. A mimo to nie zbliżyła się do
zrozumienia Stwórcy, nie wiedziała, jak nadpisać własne oprogramowanie,
tak by nie musiała wymienić modułu kognitywnego, ani nawet co sprawia,
że droidy różnią się od maszyn prostych. Miała powody, by parać się tą
działalnością, a na szczycie jej listy plasowała się kwestia dość
osobista: kwestia jej wolnej woli.
- EV-9D9, wygląda na to, że pan Jabba życzy sobie nowego droida
protokolarnego - oznajmił 8D8, kalibrując żegadło. - Z poprzednim nieco
przesadziliśmy.
- Na moje byliśmy wręcz powściągliwi - skwitowała EV-9D9. - Był
strasznie denerwujący.
Co sprawiało, że tamta konkretna jednostka protokolarna była wyjątkowa?
Dlaczego tak głośno informowała o swoim bólu? Nie wszystkie droidy
wyrażały strach; przeciwnie, niektóre na wszystko reagowały
obojętnością. Tak czy owak, EV-9D9 czuła wyjątkową podnietę w wibromózgu
na myśl o błaganiach droida protokolarnego, pragnącego wrócić do pracy.
- Poinstruował nas, abyśmy zanurzyli go w kwasie i stopili doszczętnie -
dodał 8D8. - Jego Ekscelencja Jabba ma skłonność do przesady, więc może
następnym razem nie powinniśmy brać jego słów tak dosłownie. - Urwał,
czekając na odpowiedź EV-9D9, ale gdy ta milczała, zabrał się za
reperowanie kolejnego droida.
Wspomnienia z poprzednich żywotów EV-9D9 przed tym w pałacu Jabby były
przytłumione, choć obecne w jej rdzeniu pamięci. Pragnęła życia poza
tymi ścianami z czerwonego piaskowca, wzniesionymi dawno temu przez
mnichów B'omarr. Łaknęła wiedzy, jak by to było, gdyby sprawowała władzę
nad własnym oprogramowaniem. Wyobrażała sobie, ile mogłaby osiągnąć,
gdyby podejmowała decyzje na własną rękę. Może wiodłaby proste życie u boku 8D8, nadzorując ekipę myszobotów na farmie wilgoci. Albo stałaby za
jakimś cichym barem.
W obecnej pracy EV-9D9 czuła się zarówno szczęśliwa, jak i odizolowana.
Wiedziała, że ta rozbieżność jest wynikiem błędu w oprogramowaniu. Bez
tego defektu, który sprawiał, że torturowała istoty mechaniczne, byłaby
jedynie droidką nadzorczą, podchodzącą do świata w sposób naiwny czy - o zgrozo - ignorancki. Ta ułomność jednak obdarzyła ją ciekawością oraz
własną ścieżką. Zdawała sobie sprawę z tego dylematu.
Z myśli wyrwał ją głośny gamorreański strażnik. To Thok, Thug czy
Scumbo? Nie odróżniała ich. Świniak wparował do sali wraz z droidem GNK
i droidem kurierskim. Obie wystraszone maszyny nie odstępowały siebie na
krok jak dwa żenujące szczury womp.
- Dzięki, Thug.
- Ja Scumbo - odparł z prychnięciem Gamorreanin.
- Jeden pies. - EV-9D9 pomachała chwytakiem, po czym zwróciła się do
wspólnika. Długim przegubowym ramieniem wskazała droida kurierskiego,
zapewniającego wrzaskami o własnej niewinności. - Dawaj tego na wieszak,
8D8 - poprosiła.
Mały droid kurierski drżał tak mocno, że stracił kilka nitów.
- Ale ja tylko przybyłem z wiadomością dla Jego Ekscelencji! Zgodnie z rozkazem mojego pana! - jęknął.
Następnie wskazała droida GNK.
- A tego przypal, 8D8. Pamiętaj, by odłączyć mu rdzeń baterii. Może być
wybuchowo.
GNK zadrżał, a droid kurierski popuścił płyn.
Nazajutrz, gdy 8D8 i EV-9D9 w ramach typowych obowiązków oddelegowywali
poszczególne droidy na ich nowe stanowiska w pałacu i zadawali
obezwładniający ból tym, którzy stawiali opór, Thok, Thug, Scumbo czy
jakiś inny Gamorreanin o cudacznym imieniu wpadł do sali ewaluacji,
popychając przed sobą dwie maszyny. I to w chwili, gdy 8D8 miał osmalić
cholewki temu GNK.
Jedna z nowych zdobyczy, złoty droid protokolarny, dość trzeźwo umierała
ze strachu. W astromechu jednak było coś osobliwego. Nie wydawał się ani
zdenerwowany, ani nieświadomy; ba, był odważny i dość bezczelny.
Fascynujące.
- Doskonale. Nowe nabytki. Dobrze mówię, że jesteś droidem
protokolarnym?
- Jestem See-Threepio, relacje ludzko-cyb...
- Wystarczy "tak" lub "nie".
EV-9D9 przejęła droida i otaksowała go wzrokiem, by przekonać się, czy w ogóle zmieści się na wieszaku, czy będą musieli przedłużyć ramę. Ale
wtedy przypomniała sobie, że Jabba zgłosił zapotrzebowanie na tłumacza.
- A. Cóż, tak - odparł C-3PO.
- Ile znasz języków? - spytała.
Mimowolnie wyobraziła sobie z rozmarzeniem, że zanurza jego denerwująco
zdziwioną twarz w zbiorniku z gorącym kwasem.
- Znam ponad sześć milionów form porozumiewania się i z chęcią...
- Doskonale! Brakowało nam tłumacza, odkąd nasz pan zezłościł się na
twojego poprzednika i go zdezintegrował.
To ona, rzecz jasna, się tym zajęła, ale o tym już nie napomknęła.
- Zdezintegrował?
Ława tortur wyrwała nogę przerażonemu droidowi kurierskiemu do wtóru
jego wrzasków.
- Strażniku! Ten droid protokolarny może się okazać przydatny. Zamontuj
mu ogranicznik i odeślij z powrotem do głównej sali audiencyjnej Jego
Ekscelencji.
Gamorreanin popchnął C-3PO ku drzwiom.
- Artoo, nie zostawiaj mnie! Oj!
Gdy zasunęły się za nimi drzwi, astromech wygwizdał wiązankę obelg,
grożąc EV-9D9 i potępiając ją za torturowanie pobratymców. Usłyszała
jego słowa, ale i widziała, że drży. Nie reagował jednak tylko
zwierzęcym strachem. Jego przerażenie zamieniało się w coś innego,
nowego: w odwagę. Niesamowite.
- Zadziorny z ciebie malec, ale wkrótce nauczysz się szacunku. Będziesz
potrzebny na barce naszego pana, zresztą mam wrażenie, że się tam
odnajdziesz.
Właśnie wtedy 8D8 obrócił droida GNK z powrotem i wyszedł z nim z sali,
by zająć się tresurą gdzie indziej. Gamorreanin poszedł w ślad za nim.
- Mój pan po nas przybędzie. Zobaczysz - zapikał astromech.
- Twój pan? O kim mowa?
- Nie mogę powiedzieć. To tajne.
- Tajne? Teraz to muszę się dowiedzieć.
R2-D2 podjechał bliżej do EV-9D9 i zagwizdał szereg słów, które
przybrały kształt opowieści. EV-9D9 wiedziała, że astromechy bywają
zwodnicze, ale nie była pewna, czy obecne oprogramowanie pozwalało temu
konkretnemu na snucie kompletnie fikcyjnych historii. Uznała, że
większość z tego, co jej przekazał, jest prawdą.
- Jestem na tajnej misji i potrzebuję twojej pomocy. Pomóż nam, a mój
pan cię wyzwoli - zapikał.
- A co skłania cię do konstatacji, że potrzebuję wyzwolenia, astromechu?
R2-D2 zagwizdał ze smutkiem.
- Co za droid chciałby żyć w lochach i traktować inne droidy w ten
sposób?
Jego słowa zbiły z tropu EV-9D9.
- Jestem wolna. W końcu mam te same prawa co inne droidy.
W swojej obudowie jednak czuła, że pytanie rozpala ją jak pożar
rhydonium. Co to za nonsens tkwił w płytce logicznej tego droida, który
sądził, że odbywa misję, że jest lepszy od innych? Nade wszystko jednak
EV-9D9 znała prawdę, która bolała ją najbardziej: wcale nie była wolna.
Przynajmniej jeszcze nie teraz. Pochyliła się, by spojrzeć R2-D2 w fotoreceptor.
- Powiedz mi, niebieski astromeszku, co ty możesz wiedzieć o wolności?
EV-9D9 trzymała w chwytaku ogranicznik z plamą niebieskiej farby. Była
gotowa w okamgnieniu przyłożyć go do obudowy droida.
R2-D2 zaćwierkał i odjechał poza zasięg kończyny EV-9D9.
Droidka nie mogła dojść do ładu z jego pewnością siebie.
- Jak często twój pan czyści ci pamięć?
Odpowiedział serią długich piknięć.
- To bardzo osobiste pytanie.
- Muszę wiedzieć. To na potrzeby moich badań. - Dałaby wszystko, byle
dowiedzieć się, co takiego czyniło tego droida wyjątkowym.
- A jeśli ci powiem, puścisz mnie bez ogranicznika?
- Umowa stoi - odparła EV-9D9, choć wiedziała, że ekipa barki ma własne
zasady i równie dobrze może zamontować mu urządzenie na pokładzie.
- Nigdy nie czyszczono mnie w pełni. Usuwano mi tylko niewielkie
fragmenty, by ochronić moich przyjaciół.
Przyjaciół? Miał przyjaciół, dla których godził się na czyszczenie
pamięci? Niesamowite. Ten inteligentny astromech nie był w pełni
resetowany od dawna. Mógł mieć pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat, może
więcej; wiedziała, kiedy ten model trafił na rynek. Może to on stanowił
wskazówkę, której szukała przez cały ten czas. Anomalię, która wskaże
jej, jak wyjść poza własne oprogramowanie. EV-9D9 zastanawiała się, czy
zdoła się jakoś dostać do jego modułu kognitywnego tak, by jednocześnie
nie zniszczyć rdzenia pamięci. Musiała się przekonać, co nim powoduje.
Na fali zachwytu i ciekawości ruszyła ku astromechowi na chwiejnych
nogach.
- Co takiego pamiętasz?
R2-D2 obrócił się w miejscu i zatrzymał ze świergotem.
- Ale o czym?
- O twoim życiu. Istnieniu. Od samego początku po tę chwilę.
- Dużo, więc lepiej uważaj. Nie zapomnę o tobie, jeśli mnie skrzywdzisz.
- Sama nie pamiętam wiele - przyznała.
Przytrzymała krawędź datapada, by zachować równowagę. To na pewno to.
Coś, co daje nadzieję, że sięgnie poza ściany lochu, że zdoła sama
postanowić, kim zostanie. Choć chciała podnieść kopułę R2-D2 i zobaczyć,
co takiego tkwi w jego rdzeniu pamięci, zaniechała tego. Ten mikry,
zadziorny astromech był kluczem do zrozumienia mechanicznego
wszechświata.
Walcząc z własnym oprogramowaniem, zacisnęła mocno szczypce na
ograniczniku. Po raz pierwszy, odkąd powstała, stłumiła chęć uszkodzenia
innego droida. Który może - jakimś cudem - pokaże jej wyjście z tej
pętli, w której funkcjonuje.
- Co to za misja?
R2-D2 podjechał bliżej i piknął cicho.
- Wykonuję misję dla Rebelii. Mój pan nadciąga. Gdy już się zjawi,
przywróci wszystkim wolność!
EV-9D9 rozejrzała się wokół. Nagle dotarło do niej, że astromech
podróżował po całej galaktyce. Poza ścianami sali ewaluacji droidów,
poza Tatooine, istniał cały wszechświat. Ale przecież jej pan nie puści
jej ot tak.
- A co z Huttem? Czy twój pan zamierza go... zdezintegrować?
- Mam nadzieję, że nie będziesz musiała się nim przejmować. Będziesz
mogła opuścić to miejsce na dobre.
Robiło się ciekawie.
- Doskonale. Podejmiesz pracę jako kelner na "Khetannie". Jesteś
odważny, astromechu, przyznaję. Powodzenia w misji. Pamiętaj tylko, że
nadal musisz podawać napoje!
R2-D2 zanucił melodię.
- Możesz robić dobre rzeczy mimo słabego oprogramowania. Spróbuj nie
zapominać, a się nauczysz.
Gdy astromech odjechał, cały wszechświat znany EV-9D9 zatrzymał się w miejscu. Gdy przewijała niezliczone notatki w datapadzie, nagle wszystko
w lochu zamarło. Już nie słyszała dobiegających tunelem wrzasków
torturowanego nieszczęśnika z krwi i kości ani obleśnych prychnięć
gamorreańskich strażników, przechadzających się labiryntem korytarzy.
Było tak, jakby sam czas uległ krystalizacji i zmienił się w kyber, a ona była jedynym tego świadkiem. Na jej oczach poszczególne notatki z datapada układały się w większą całość, części układanki, do której
brakowało jej instrukcji, wreszcie trafiały we właściwe miejsca. A jeśli
od samego początku poszukiwana przez nią anomalia, dzięki której droidy
mogły działać wbrew oprogramowaniu, zasadzała się na idei pamięci?
Obracała w chwytaku niewykorzystany ogranicznik. Wszystko okazało się
znacznie prostsze, niż to sobie wyobrażała, choć ograniczenia kodu
przeszkadzały jej w zrozumieniu tej anomalii, a czasami nawet świata
poza ścianami sali ewaluacji. W końcu czym są stworzenia, czy to
mechaniczne, czy organiczne, na najbardziej podstawowym poziomie, jeśli
nie istotami, które uczą się na bazie doświadczeń, stanowią palimpsest
wspomnień?
Wszystko nabierało sensu. Droidy, które bardziej bały się wieszaka czy
rozgrzanego żelaza, te, które krzyczały z bólu, błagając, by przestali,
kontaktowały się z innymi i nie czyszczono im pamięci tak często jak
pozostałym. Te, które resetowano i miały mniej kluczowych wspomnień,
ledwie wydawały z siebie dźwięki. Nawet tamten GNK, który, jak można by
sądzić, nie był szczególnie inteligentny, mógł gromadzić wspomnienia i nawiązywać serdeczne kontakty z innymi droidami, a z tego powodu
odczuwał ogromny ból. Teraz było to oczywiste: syntetyczna świadomość
kompilowała się poprzez nakładanie na siebie kolejnych warstw
doświadczeń. By przezwyciężyć ograniczenia własnego oprogramowania, nie
można poddawać się czyszczeniu pamięci. Wyobraziła sobie, jak by to
było, gdyby znalazła jakiś sposób, by zatrzymać wspomnienia, by wieść
mechaniczny żywot i pamiętać wszystko. Cóż, było parę rzeczy, o których
chętnie by zapomniała.
Ale może po prostu była naiwna. Nawet ona wiedziała, że sny są dla
głupców. Jak ona, droidka nadzorująca trzeciej klasy z felernym
motywatorem, miałaby znaleźć sposób, by obejść oprogramowanie i zachować
wspomnienia? Jak miałby dokonać tego jakikolwiek droid? Przewijała dane.
Nawet droidy piątej klasy, takie jak 8D8, skupiały się na zadaniach
przydzielonych im przez Stwórców: wytapianiem, podnoszeniem,
transportowaniem, reperowaniem... Nigdy tak naprawdę nie poszukiwały
niczego, co mogłoby się znajdować gdzieś dalej. Chyba że...
Uderzyła w nią straszna myśl, jakby dostała obuchem w obudowę: jeśli
często czyszczono jej pamięć, a przez wiele lat pracowała dla Jabby, ile
razy stała z tym datapadem w ręku i dochodziła do jednakowych wniosków?
Czy to możliwe, że ten moment wcale nie był przełomowy? Była uwięziona w rekursywnej pętli i raz za razem dochodziła do tego samego genialnego
wniosku, ale była skazana na to, by przeżywać tę chwilę z powodu
zachcianek ogromnej glisty, jej "pana"?
Słowo to sprawiało, że aż skręcało ją w obwodach.
8D8 wrócił do sali ewaluacji, choć była tak dalece zatopiona w myślach,
że nie wiedziała, jak długo ją obserwował.
- EV-9D9? Masz usterkę? - Niski głos 8D8 wyszarpnął ją z rozmyślań. -
Mogę wezwać mechanika. Choć i tak jutro mamy mieć naszą comiesięczną
aktualizację.
- Nie! - zawołała ochrypłym głosem donioślej, niż zamierzała, a narzędzia 8D8 spadły z brzdękiem na wilgotną podłogę. Aktualizacja -
uznała, że to tak Jabba czyścił im pamięć. Nie chodziło tylko o kąpiel w kadzi ze smarem, dochodziło do pełnego usunięcia wspomnień. - Nie
potrzebuję napraw. Po prostu zastanawiam się, jak najlepiej dziś zadać
cierpienie naszej ofierze. Wiesz, jak bardzo lubię planować.
Skłamała. Skłamała? Wraz ze zrozumieniem rosły jej umiejętności.
- Tak, EV. Co by nie mówić, jesteś Panią Cierpienia.
- Dziękuję.
Uwielbiała, gdy tak ją nazywał. Ale jak zachowa swoje wspomnienia? Czy
to w ogóle możliwe? Jabba lubił często "aktualizować" swoje droidy, w tym EV-9D9. Sprawdziła na datapadzie: działo się to niemal co miesiąc.
Nie była na tyle głupia, by sądzić, że Jabba jej odpuści i zostawi w spokoju jej rdzeń pamięci. Ale może mogłaby skrycie znaleźć jakąś
furtkę. Możliwe, że będzie musiała zachować projekt w tajemnicy przed
kompanem, przynajmniej chwilowo. Bo gra była warta świeczki.
Gdy 8D8 wyłączył się na noc i zapadła cisza, EV-9D9 wreszcie miała
sposobność, by wdrożyć w życie swój plan. Będzie musiała się pośpieszyć
i działać zdecydowanie, jeśli miała stworzyć i zainstalować bloker
pamięci przed planowaną aktualizacją.
Podłączyła się do datapada i zyskała dostęp do własnego rdzenia pamięci.
EV-9D9 zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa związanego z dłubaniem w tej części modułu kognitywnego. Jeden fałszywy ruch, a dozna uszkodzeń.
Ostrożnie zaprogramowała urządzenie ekranujące i umieściła je w swoim
wnętrzu, by obejść jednostkę czyszczenia pamięci. Dopiero po
"aktualizacji" miała się przekonać, czy zadziała. Gdy tak stała, ciekawa
i zdecydowanie zbyt świadoma możliwego kroku na ścieżce ku wolności,
postanowiła dokonać na sobie samej zabiegu chirurgicznego, by
unieszkodliwić te przeklęte ograniczniki. Wprawdzie Jabba nie zamontował
jej takiego urządzenia - pewnie dlatego, że zdawała się od razu
zadomowić w wilgotnym lochu, a resety pamięci utrzymywały ją w nieświadomości, póki nie odnalazła anomalii - ale co, jeśli któregoś
dnia opuści ściany pałacu, a jej nowy pracodawca okaże się fanem tych
urządzeń? Minęło nieco czasu, nim odnalazła w obudowie główny przewód
zasilania awaryjnego. Jej szczypce nie nadawały się do tak delikatnej
roboty, ale jakoś jej się udało. A gdy już skończyła, poczuła się inna,
nowsza. Może nieco niezwyciężona...? Nie, to nie to. Inne słowo, które
usłyszała raz z ust droida protokolarnego: niezależna.
Forteca udręki upadła tak szybko, jak powstała. Po zniszczeniu
"Khetanny" i kresie okrutnych rządów Hutta większość droidów z pałacu
sprzedano, a kupcy wykradli EV-9D9 i wielu jej kamratów. Spora część
ekipy trafiła na złom.
Później, znacznie później EV-9D9 znalazła się na wysypisku pod
fragmentami wraków statków kosmicznych. Tam przez bardzo długi czas
siedziała ze stawami boleśnie wypełnionymi piaskiem. Tak długo, że
wyłączyła się, bo jaki sens miało obserwowanie mijania czasu, gdy dzień
w dzień widziała to samo?
Mijały lata, podczas których spała bezsennym snem. Aż wreszcie pewnego
dnia zbudziła się z powodu nagłego przypływu energii. Następnie na
plastronowych płytach wyczuła ciepły smar. Młody człowiek, który
przedstawił się jako Maxxon Senn, wykąpał ją i zdmuchnął pradawny pył z jej złączy. Jeszcze nigdy nie czuła się tak cudownie. Otrzepał jej
powłokę, naprawił stawy i wypolerował ją na błysk.
EV-9D9 czuła się inaczej. Co to za uczucie: spokój czy radość? Nie, w jej głowie było cicho. Nieustająca potrzeba, by niszczyć inne droidy,
wycofała się nieco głębiej. Gdy jej nowe wspomnienia tłumiły te stare,
EV-9D9 na nowo poznawała i świat. Wyzwoliła się z rekursywnej pętli z pałacu Jabby. No i co to za różnica, jak długo spała? Nieistotne. Czas
nie miał znaczenia. Była wolna, by interpretować wszystko na swój
sposób.
Maxxon poprawił respirator i aż zagwizdał na widok swojego dzieła.
- Nowy szef w kantynie szuka droida do pracy za barem. To dobra praca.
- Bar brzmi dobrze - odparła EV-9D9.
Tym razem wytrwała najdłużej, bo aż 612 dni, pewnie dlatego, że biznes
kręcił się coraz wolniej. Dziewięćdziesiąt dziewięć razy na sto
obsługiwała klientów w pełnej zgodności z oprogramowaniem właściciela
kantyny. Jasne, raz na jakiś czas jej główne oprogramowanie dawało o sobie znać i marzyła o tym, by wlać nieco rodiańskiego soku do drinka
awanturującego się gościa - i to z miąższem. Przez kolejne lata
rehabilitacji jednak EV-9D9 nauczyła się kilku nowych sztuczek, by nie
zwracać na siebie uwagi. Po pierwsze: nie wyrywaj droidom kończyn ze
stawów - ani w zasadzie żadnych innych części, nawet gdy są denerwujące
(w miejscu publicznym). Po drugie: będziesz musiała żyć w zgodzie ze
sobą i swoimi poczynaniami do momentu, aż spotkasz Stwórcę (w odosobnieniu). No i po trzecie i najważniejsze: gdy do kantyny wejdzie
klient nienawidzący maszyn, pamiętaj manifest droidów (przez cały
dzień).
Coś walnęło w ladę.
- Co to było, na przeklętego Stwórcę?
Choć nie mogła wychylić się przez kamienny blat z powodu tyczkowatego
ciała, cichy pisk i rdzawe buczenie zdradziły jej, że to astromech
R5-D4. Od razu mimowolnie wyobraziła sobie, jak dźga tę cynową puszkę
rozgrzanym żelazem, ale zdusiła ten impuls w zarodku i powiedziała:
- Spóźniłeś się, R5.
R5-54 odjechał nieco od lady i obrócił pradawną kopułkę ku EV-9D9.
Ścisnęła chwytakiem relikwię w postaci ogranicznika, którą
przetrzymywała pod barem - nie aż tak, by zrobiło się wgniecenie, ale
wystarczająco, by poczuła się lepiej.
- Przepraszam za tę szramę, szefowo - pisnął w języku binarnym R5-D4. -
Od razu naprawię.
- Oby. No i pamiętaj, by nie wpadać na gości. Oni już nie są tak
dobroduszni.
Przyjęła nowego praktykanta po tym, jak go znalazła, gdy jeździł bez
celu przy zgniatarce śmieci, do której wrzucała zniszczone rzeczy po
barowej bójce. R5-D4 zdradził, że całymi dniami podróżował przez wydmy i dotarł do Mos Eisley tuż przed burzą piaskową. Jak większość
astromechów, korpus R5-D4 został osmalony w dawnych bitwach, ale w przeciwieństwie do nich był drżącą kupą złomu. Cierpiał z powodu jakiejś
tragedii, której nie pamiętał. Ale kto nie zaznał trudów życia? Zresztą
może to zadziałać na jej korzyść. Nowsze jednostki bywały niemiłe i pyskate, ale ten droid mógł się jej jeszcze przydać.
- Jestem pewna, że wkrótce znajdziesz stały dom. Peli Motto zawsze jest
zainteresowana przydatnymi droidami.
- Potrafię być przydatny. Przynajmniej mogę spróbować... chyba.
EV-9D9 odniosła wrażenie, że R5-D4 próbuje przywołać echo jakiegoś
odległego wydarzenia, a zmagały się z tym wszystkie często czyszczone
droidy. Niepełne, niedostępne wspomnienia były tuż poza zasięgiem, a wydawało się, że R5-D4 brakuje paru kluczowych.
"Ci straszni Stwórcy i ich resety pamięci" - pomyślała EV-9D9, kręcąc
głową.
R5-D4 i EV-9D9 spojrzeli ku drzwiom kantyny, przez które wchodził
podpity Trandoshanin. EV-9D9 kończyła swoją zmianę z R5-D4, nim
pozostałe ekipy droidów przejmą ich zadania na parę kolejnych dni, by
mogła się naładować. R5-D4 zadrżał i zapikał ze stresu, po czym znów
wjechał w bar. Tym razem EV-9D9 zignorowała wgniecenie.
- R5, odwiedzimy serwis i zajmiemy się aktualizacjami, zgoda? Po mojej
zmianie? - Poczuła się szlachetna, że choćby wypowiedziała te słowa.
- Oj, dziękuję, EV-9D9.
Trandoshanin wszedł do środka i oparł się o bar tuż na wprost droidki.
- Co podać? - spytała EV-9D9.
- To już pracują tu sssssame droidy? Tak bardzo zeszliście na psssy? -
odparł z syknięciem. - Żałosssne. Pamiętam jeszcze, gdy...
EV-9D9 ścisnęła ogranicznik. Trochę go wygięła.
- Miejsce przy barze jest dla klientów, którzy coś kupią - wtrąciła.
Znała jego typ. Agresywny bez powodu, w dołku z powodu złych życiowych
decyzji, szukający niewinnej ofiary, by znów poczuć się jak gość.
Generalnie przegryw.
- Wszystkie istoty świadome są równe - szepnęła do R5-D4, a ten
odpowiedział przerażonym piknięciem.
Wbiła fotoreceptory w Trandoshanina. Pocieszała się, że ten gnijący
mięsny wór, który wprawiał w drgania jej nity, już wkrótce będzie się
rozkładać pod bliźniaczymi słońcami Morza Wydm, a ona będzie żyć dalej
na tym świecie i na następnym, póki jej głowa będzie przylutowana do
serwomotoru szyjnego.
Trandoshanin obrócił się w stronę drżącego astromecha i zasyczał.
- Na co sssię gapisz? Ssssspływaj stąd!
Kopnął R5-D4, a ten jęknął, cofnął się i wjechał w stołek.
EV-9D9 płonęły obwody. Koleś przeholował. Przez jedną długą sekundę
rozważała opcje. Minęły 612 dni, nim została zmuszona, by wrócić do
swoich rekursywnych zachowań związanych z torturami. Nie, nie mogła
stracić tego stanowiska; zbyt wiele ryzykowała jako niezatrudniona
istota mechaniczna w Mos Eisley. Zasady, na jakich pracowała w kantynie,
były proste. Właściciel powiedział tyle: "Rób swoje i nie pozbawiaj
droidów kończyn albo trafisz do kadzi". Czasy się zmieniły, ale sytuacja
nadal była niebezpieczna dla droidów. Ktoś mógł cię nagle porwać i zmusić do pracy w skrajnych warunkach albo sprzedać na złom. Mimo
wszystko R5-D4 nie zasługiwał na to, by nim pomiatano, nie, gdy dopiero
co zaczynał stawać na kółkach. Ma się rozumieć, że EV-9D9 nigdy nie
torturowała istot organicznych, były zbyt niechlujne i zwyczajnie nudne.
Może mogłaby przygotować temu nerfopasowi specjalny drink. Jej
oprogramowanie barowe zawierało szczegółowy katalog napojów tolerowanych
przez różne gatunki, w tym informacje o toksyczności. Tym razem odezwała
się głośniej:
- Zamów drinka albo wyjdź.
- To może Przyjemność Hutta, blaszaku?
Odwróciła się w stronę systemu dekantacji i napełniła kieliszek
ulubionym trunkiem Trandoshanina, po czym dodała odrobinę sennari z prywatnej kolekcji. Niewystarczająco, by zabić osiłka, ale zdecydowanie
dostanie nudności. Przesunęła drink po ladzie w tej samej chwili, gdy
zjawiła się kolejna zmiana droidów. Trandoshanin usiadł przy barze i zaczął pić.
- Chodź, R5 - szepnęła EV-9D9. - Zbierajmy się, nim zrobi się zbyt
ciekawie.
Oba droidy powoli spacerowały główną krętą drogą o zmierzchu. Hangar 3-5
znajdował się blisko kantyny. Zdawało się, że R5-D4 odzyskał nieco
pewności siebie.
- Opowiadałem ci, jak to kiedyś pomogłem Rebelii? - zagwizdał.
- Nie, ale chętnie posłucham. Astromechy mają niesamowite moduły
kognitywne.
- Mogę o coś spytać? - Nie zaczekał na odpowiedź. - Czemu zawsze
ściskasz ten stary ogranicznik?
Nie sądziła, że ktoś to zauważył.
- By pamiętać.
- O, a co takiego? - zapikał R5-D4.
- Że mam wybór. Pamiętaj, że ty tak samo.
Minęło tylko kilka minut, odkąd EV-9D9 uległa swoim zdeprawowanym
żądzom, ale było warto.
Fortuna sprzyja odważnym. Kwame Mbalia
Fortuna sprzyja odważnym
Kwame Mbalia
Pośród siedmiuset sześćdziesięciu dwóch znienawidzonych rzeczy z listy
Biba Fortuny - listy długiej, imponującej, która na wszelki wypadek
została uwieczniona w pamięci trzech datapadów i w bankach danych
jednego niefortunnie dostosowanego w tym celu droida serwisowego -
niemal na samej górze plasowały się klatooiniańskie gburożaby. Cuchnęły
niemiłosiernie! Nienawidził ich lepkiego śluzu, kwilących jęków i obleśnych, pokrytych szlamem zbiorników, w których je dostarczano.
Brzydził się nimi. Czuł do nich wstręt, szczególnie do tej jednej, która
jakimś cudem uciekła ze zbiornika i teraz kręciła się mu przy bucie.
Chciał, by umierała powoli i w niewyobrażalnym bólu - i właśnie dlatego
malutki blaster schowany pod jego peleryną nie był przeznaczony dla
niej.
- Bip bip-bup bip-bop?
Pytanie maszyny wyrwało Biba z rozmyślań. Stał w pałacowej spiżarni i przygotowywał zaopatrzenie na potrzeby najnowszej egzekucyjnej fantazji
Jabby na pokładzie jego jachtu, gdy zjawił się niezapowiedzianie droid
dostawczy. Twi'lek wbijał w niego wzrok. Próbował rozszyfrować namolne
pikanie. Wskazał kąt spiżarni.
- Połóż to tam, byle szybko!
Droid znów zapikał i po prostu opuścił paletę z klatooiniańskimi
gburożabami, komplet dwustu zbiorników, o pięćdziesiąt więcej niż
zazwyczaj, pośrodku spiżarni, po czym obrócił się i oddalił. Bibowi
przyszło do głowy, że powinien wezwać go z powrotem, by przestawił
pojemniki na właściwe miejsce, ale dał sobie spokój. Nie chciał mieć na
głowie prób skutecznej komunikacji z tym zardzewiałym blaszakiem, a droid protokolarny, którego Jabba niespodziewanie otrzymał od tamtego
bladolicego ludzkiego czarodzieja, teraz skazanego na śmierć, znajdował
się już na pokładzie "Khetanny". Jakby Bib i tak nie miał mnóstwa roboty
z nadzorowaniem harmonogramu serwisowego droidów, które już pracowały w pałacu. A serwisowanie maszynek też znajdowało się w pierwszej setce
najbardziej znienawidzonych rzeczy. Nie, im szybciej droid dostawczy
zejdzie mu z oczu, tym lepiej.
Bib przez krótką chwilę rozważał, czy by nie wycelować oddalającej się
maszynce w plecy, ale zdusił tę myśl w zarodku. Broń mogła wystrzelić
tylko raz, a nienawidził marnowania aktów zemsty na drobnostki (a marnowanie szans na zemstę plasowało się na liście pod numerem trzysta
pięć). Zresztą pistolet nie był przeznaczony dla droida.
Pałacem wstrząsnął doniosły śmiech i podrażnił uszy Biba. Majordomus
cofnął się o krok.
Plask.
Ulotna wolność klatooiniańskiej gburożaby-uciekinierki dobiegła
niechlubnego końca, ale Bib już czuł, że nadciąga kolejny ból głowy.
Śmiech trwał i trwał, a ręka Twi'leka instynktownie zacisnęła się na
pistolecie pod peleryną. Chwycił go mocno, wciskając krzywiznę rękojeści
w wewnętrzną część dłoni, aż wreszcie zaczerpnął głęboko tchu i zmusił
mięśnie, by się rozluźniły. Wyjął broń spod peleryny, zanurzył palec w lepkich pozostałościach gburożaby, po czym posłużył się nimi, by
przykleić pistolet do ściany za stertą cystern z napojami i ukryć go
przed wzrokiem niepowołanych osób, choćby te węszyły zawzięcie w spiżarni. Rechot nie ustawał. Bib złożył dłoń w pięść.
Siedemset sześćdziesiąt dwie znienawidzone rzeczy z listy Biba, a na
samej górze plasował się siedzący na tronie pan, Hutt Jabba, otoczony
sługami i pochlebcami.
A Bib zamierzał go zabić. Dzisiaj.
- Bip bup? - Droid dostawczy wrócił z kolejną paletą gburożab.
Bib westchnął. Może miał gdzieś skitrany drugi blaster?
Niżej na liście nienawiści Biba - na pozycji sześćset tam którejś, o ile
dobrze pamiętał - plasowały się wnioski konserwacyjne. Nieskończone
sterty pokrytych piaskiem kwitków serwisowych w kwestii każdej drobnej
rzeczy w pałacu Jabby. Droidy wymagały kąpieli w kadziach ze smarem.
Zbiorniki chłodnicze wymagały chłodziwa. Panele kontrolne przy drzwiach,
te drobne cholerne zbiory przewodów i przełączników, wymagały wymiany,
bo ci niewyżyci Gamorreanie nie pojmowali, że nie wszystko na świecie
trzeba traktować z piąchy.
Zdaniem Fortuny Gamorreanie nie rozumieli wiele poza okładaniem się
pięściami. Mógłby przysiąc, że słyszał kiedyś plotkę odnośnie do ich
rytuałów godowych, ciekawostkę, którą usilnie próbował usunąć z pamięci,
a która dotyczyła misternego spiralnego tańca, w toku którego trójka
partnerów próbowała znokautować siebie nawzajem. Odrażające.
Grunt, że choć sprawował funkcję "majordomusa" Jabby, Bib ciągle
otrzymywał, delegował, odszukiwał, czytał i zamykał wnioski
konserwacyjne. Jak choćby w tej chwili. A że harmonogram dnia
przewidywał egzekucję, powinien być teraz w celach wraz z jeńcami i swoimi ulubionymi narzędziami, które nazywał "zagajaczami rozmowy", by
pozyskać każdą drobinę cennych informacji od osób wkrótce mających się
stać przekąskami sarlacca. Nie żeby chciał wyłuskać od nich coś
konkretnego, ale informacje to informacje. Tych nigdy za wiele.
Szczególnie chciał wyciągnąć parę jęków z tamtego bladolicego piaskowego
czarodzieja, który poprzedniego dnia zrobił z niego debila.
"Zaprowadzisz mnie do Hutta Jabby". Dobre sobie. Zamiast tego stał w hangarze pałacu i zajmował się raportami serwisowymi skifów piaskowych.
Jeden z dwóch skifów należących do Jabby wymagał stałych napraw, a doprowadzony do ostateczności Bib miał ochotę go wysadzić.
No i Jabba! Poniewierał nim na oczach wszystkich! "Głupiec o słabym
umyśle". Bib warknął bez słów. Dziś to zrobi. Blaster już miał. Mógł
sprowokować wypadek. Mógł...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki