Star Wars. Wielka Republika. W ciemność - Claudia Gray

Kup ebooka

35.99 zł
30.14 zł (29,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Ach, ci piraci. - Jora Malli nie­mal z roz­czu­le­niem pokrę­ciła głową. - Chyba ni­gdy się niczego nie nauczą.

Togru­tań­ska mistrzyni Jedi sie­działa obok swo­jego pada­wana w ich aero­śmi­ga­czu PI-R, mkną­cym w pogoni za pirac­kim ski­fem pośród szkie­le­tów rusz­to­wań, które pokry­wały dobrą jedną trze­cią powierzchni Coru­scant. Na prze­strzeni dzie­się­cio­leci - od chwili, gdy naj­now­sza fala eks­pan­sji zabu­dowy osią­gnęła apo­geum - przy­sy­łano tu i skła­do­wano mnó­stwo cen­nych rud i surow­ców. To zaś był łakomy kąsek dla pira­tów. Przez wiele lat wykra­da­nie owych ładun­ków i ich wywo­że­nie poza pla­netę ucho­dziło im pła­zem. Coru­scant było głów­nym świa­tem Repu­bliki, dys­po­no­wało więc, oczy­wi­ście, potęż­nymi siłami ochrony. Jed­nak fakt, że wszystko tu miało dużą skalę, gwa­ran­to­wał sze­ro­kie moż­li­wo­ści rów­nież dla prze­stęp­ców, dając im liczne spo­soby na ukry­cie się i ucieczkę.

Mimo to pla­neta-mia­sto sta­wała się stop­niowo coraz bar­dziej upo­rząd­ko­wa­nym i lepiej kon­tro­lo­wa­nym miej­scem. Rosło też jej zna­cze­nie, mię­dzy innymi dzięki tutej­szej Świą­tyni - naj­więk­szej ze wszyst­kich świą­tyń Jedi w galak­tyce.

To zaś dawało pewne nadzieje (oraz środki) na znaczne zwięk­sze­nie bez­pie­czeń­stwa i sku­tecz­niej­sze egze­kwo­wa­nie prawa. Ci piraci mieli lada chwila prze­ko­nać się o tym na wła­snej skó­rze.

Jora otwie­rała wła­śnie usta, żeby poin­for­mo­wać swo­jego pada­wana o tym, co wyczuła (mia­no­wi­cie że piraci zamie­rzali zasko­czyć ich, pod­ry­wa­jąc swój sta­tek ostro w górę), ale Reath uprze­dził ją, wyko­nu­jąc iden­tyczny manewr i pro­wa­dząc ich śmi­gacz przez labi­rynt belek i dźwi­ga­rów ku jaśnie­ją­cemu w górze niebu.

"Jak na Jedi nie jest szcze­gól­nie bie­gły we wła­da­niu Mocą" - stwier­dziła w myśli, oglą­da­jąc się na swo­jego ucznia. Wiatr roz­wie­wał ciem­no­brą­zowe włosy chłopca, nada­jąc jego czu­pry­nie wygląd jesz­cze bar­dziej zmierz­wio­nej niż zazwy­czaj. "Ale pra­cuje cię­żej od więk­szo­ści zna­nych mi pada­wa­nów. Dostroił się do moich myśli nie dzięki wro­dzo­nemu talen­towi, ale wła­snej sile woli - i zro­bił to szyb­ciej niż kto­kol­wiek obda­rzony natu­ral­nymi zdol­no­ściami w tym zakre­sie. Zaj­dzie dalej niż inni... być może nawet w dzie­dzi­nach, któ­rych sam jesz­cze nie rozu­mie".

Ich śmi­gacz wzbił się ponad szczyt kon­struk­cji i przez ulotną chwilę Jora i Reath mieli oka­zję podzi­wiać pano­ra­miczny widok naj­now­szych budowli Coru­scant - wiele z nich na­dal wień­czyły sre­brzy­ste korony rusz­to­wań, ale więk­szość była ukoń­czona: kom­pletna i dum­nie lśniąca. Na bla­dym nie­bie słońce prze­świe­cało przez pasma nie­licz­nych chmur, malu­jąc wszystko na odcie­nie różu i złota. Jed­nak dla oczu Jory naj­pięk­niej­szym wido­kiem było pięć iglic Świą­tyni Jedi maja­czą­cych na hory­zon­cie.

Piracki skif wynu­rzył się nagle z labi­ryntu budyn­ków... i wów­czas jego pilot zdał sobie sprawę z popeł­nio­nego błędu - za późno. Reath natych­miast wystrze­lił linkę holow­ni­czą. Magne­tyczna przy­lga pomknęła przez prze­strzeń i mocno przy­warła do kadłuba sta­teczku.

- Czy znasz spe­cy­fi­ka­cję sil­nika tego modelu? - spy­tała spo­koj­nie Jora.

- Nie, mistrzyni Joro. - Reath spra­wiał wra­że­nie zbi­tego z tropu... Jed­nak kon­ster­na­cję szybko zastą­pił nie­po­kój, gdy coś do niego dotarło... - O ni... - Nie zdą­żył dokoń­czyć, bo skif zanur­ko­wał wła­śnie bez ostrze­że­nia w dół, a siła jego napędu bez trudu poko­nała opór maszyny Jedi, pocią­ga­jąc ją za sobą.

Reath zare­ago­wał bły­ska­wicz­nie, się­ga­jąc do kon­tro­lek, aby zwol­nić przy­lgę. Zawie­sił nad nimi dło­nie, gotów w odpo­wied­niej chwili zro­bić, co trzeba. Wyczuł z wyprze­dze­niem, co zapla­no­wała Jora. Togru­tań­ska mistrzyni uśmiech­nęła się pod nosem i rów­nież przy­go­to­wała do dzia­ła­nia; pęd wia­tru tar­gał jej pasia­stymi mon­tra­lami. Nie spusz­czała wzroku z kok­pitu skifu i led­wie widocz­nej za trans­pa­stalą syl­wetki pilota, tak despe­racko pra­gną­cego im umknąć, że pod­czas próby ucieczki mógł ich wszyst­kich nie­opatrz­nie zabić.

- To się nie skoń­czy w ten spo­sób. O, nie - szep­nęła do sie­bie, a potem... sko­czyła z kabiny śmi­ga­cza pro­sto na pokład skifu. Pode­szwy jej butów ude­rzyły mocno o owiewkę kok­pitu w tej samej chwili, w któ­rej zapa­liła swój miecz świetlny. Błę­kitne ostrze cięło przez powie­trze, zagłę­bia­jąc się w osłonę kabiny i prze­bi­ja­jąc się przez nią. Lekki wstrząs zasy­gna­li­zo­wał jej, że Reath zwol­nił przy­lgi. "Ide­alne wyczu­cie czasu" - oce­niła. Usta­bi­li­zo­wała swoją pozy­cję Mocą, dzięki czemu nie spa­dła z kadłuba sta­teczku, nawet mimo tego, że pilot zawi­nął ostro w pró­bie pozby­cia się intruzki. Reath trzy­mał się tuż za nimi. To, co roz­po­częło się jako zwy­kły incy­dent, szybko prze­ra­dzało się w naprawdę nie­bez­pieczny pościg.

Jora sfor­so­wała naru­szoną osłonę kok­pitu i wsko­czyła do środka skifu. Piraci byli tak prze­ra­żeni jej wtar­gnię­ciem - czy może raczej wido­kiem jej mie­cza świetl­nego - że żaden z nich nie znie­wa­żył jej, choćby pró­bu­jąc się­gnąć po bla­ster. Skif nie prze­rwał jed­nak swo­jego kar­ko­łom­nego lotu na spo­tka­nie z szybko zbli­ża­jącą się zabu­dową Coru­scant. Wszystko wska­zy­wało na to, że już za naj­da­lej kilka minut czeka ich nie­chybna śmierć wsku­tek spek­ta­ku­lar­nego zde­rze­nia...

- Pro­szę, żeby­ście zmie­nili kurs - powie­działa spo­koj­nie Jora - i sta­wili się w naj­bliż­szym punk­cie doko­wa­nia celem aresz­to­wa­nia.

Rodiań­ski pilot się zawa­hał i Togru­tanka wyczuła ema­nu­jący od niego gniew. Czy jego pło­mień był dość silny, by pirat zde­cy­do­wał się poświę­cić życie - zarówno wła­sne, jak i swo­ich towa­rzy­szy - byle tylko osią­gnąć swój cel i ją zabić?

Cóż, nie­wy­klu­czone.

Mach­nęła wolną ręką, pozor­nie od nie­chce­nia.

- Zgło­si­cie się do naj­bliż­szego punktu doko­wa­nia - oświad­czyła sta­now­czo, spo­koj­nie.

- Zgło­simy się do naj­bliż­szego punktu doko­wa­nia - powtó­rzyli chó­ral­nie piraci, a pilot posłusz­nie pode­rwał skif, prze­ry­wa­jąc kar­ko­łomny nur­kowy lot. Jora obej­rzała się przez ramię. Reath na­dal leciał tuż za nimi, z uśmie­chem rów­nie pro­mien­nym co sło­neczny blask roz­świe­tla­jący ten dzień.

Jaka szkoda, że już nie­ba­wem przyj­dzie jej zako­mu­ni­ko­wać mu wie­ści, które z pew­no­ścią go tego uśmie­chu pozba­wią - przy­naj­mniej na jakiś czas... Nie­stety, nie mogła dłu­żej zwle­kać.

Odczeka jesz­cze jakąś godzinę, uznała. Dopóki nie dopil­nują, by ci piraci zostali aresz­to­wani i tra­fili pod opiekę odpo­wied­nich władz, a także dopóki ich śmi­gacz PI-R nie przej­dzie prze­glądu, aby zyskali pew­ność, że nie został uszko­dzony. Musiała przy­znać, że Reath dość dobrze radził sobie z pilo­to­wa­niem maszyny nawet w trud­nych warun­kach.

Tak czy ina­czej, wszystko wska­zy­wało na to, że chło­pak nie może zapo­mnieć o popeł­nio­nym błę­dzie...

- Od jutra zacznę się zapo­zna­wać ze szcze­gó­łami spe­cy­fi­ka­cji tech­nicz­nej róż­nych sil­ni­ków - obie­cał, gdy wra­cali pie­szo z poste­runku, mija­jąc liczne stra­gany i kio­ski, two­rzące w tej oko­licy coś w rodzaju ulicz­nego tar­go­wi­ska. W pobliżu grupka Bithów, któ­rzy z pew­no­ścią prze­byli szmat drogi, przy­by­wa­jąc tu z Zewnętrz­nych Rubieży, mam­ro­tała coś nad swo­imi kuflami Portu w Sztor­mie. - Spo­rzą­dzi­łem już listę modeli jed­no­stek, na któ­rych powi­nie­nem się sku­pić. To zna­czy, jeśli chcia­ła­byś rzu­cić na nią okiem...

- To nie jest w tej chwili nasz prio­ry­tet. - Jora splo­tła dło­nie za ple­cami. - Spę­dzi­li­śmy razem na Coru­scant sporo czasu, mój młody pada­wa­nie. Podró­żo­wa­łeś znacz­nie mniej niż więk­szość uczniów w twoim wieku.

- Ale jed­nak - stwier­dził sta­now­czo Reath - bywa­łem tu i tam dość czę­sto, by prze­ko­nać się, że w galak­tyce są miej­sca znacz­nie róż­niące się od Coru­scant. I ta wie­dza wystar­czyła mi, bym zyskał pew­ność, że wła­śnie tu podoba mi się naj­bar­dziej. Poza tym wie­dzia­łem już o tym, gdy wybra­łaś mnie na swo­jego ucznia, mistrzyni Joro. Nie­wielu pada­wa­nów ma szczę­ście uczyć się pod okiem członka Rady Jedi. Zwią­zane z tym fak­tem rzad­sze podróże to naprawdę nie­wiel­kie poświę­ce­nie.

Jora nie zamie­rzała mu jed­nak tym razem odpu­ścić.

- To dla cie­bie żadne poświę­ce­nie - wytknęła mu. - Są dni, gdy i stud­nią gra­wi­ta­cyjną by cię z archi­wów nie wycią­gnął.

Reath wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu i prze­chy­lił głowę na ramię.

- No dobra, pod­daję się. Ale to wła­śnie jeden z powo­dów, dla któ­rych moim zda­niem tak dobrze do sie­bie pasu­jemy!

- Ja rów­nież tak sądzę - zgo­dziła się z nim. - A jed­nak nade­szła pora, aby­śmy posze­rzyli nasze hory­zonty. Przy­ję­łam nowy przy­dział, który będzie od nas wyma­gał opusz­cze­nia Coru­scant. Na wiele lat. Pole­cimy na obrzeża galak­tyki...

Tak jak się spo­dzie­wała, pierw­szą reak­cją Reatha był nie­po­kój. Nie­mal potknął się o kra­węż­nik przed sto­iskiem z bil­brin­gij­skim jedze­niem.

- Ale... ale Rada... - bąk­nął.

- Już wkrótce ją opusz­czę na bli­żej nie­okre­ślony czas - wyja­śniła. - Ten... przy­dział jest na tyle ważny, że wymaga dłu­go­ter­mi­no­wego zaan­ga­żo­wa­nia. Posta­no­wi­łam się tego pod­jąć. To obo­wią­zek, któ­rego wypeł­nia­nie pozwoli mi w pełni wyko­rzy­stać moje zdol­no­ści dyplo­ma­tyczne. Jed­nak... nie pod­ję­ła­bym się tej misji, gdy­bym nie sądziła, że przy­służy się ona i tobie.

- Ale... dla­czego? - wykrztu­sił Reath. - Co może być tak ważne, że wymaga prze­nie­sie­nia się z Coru­scant na... jakieś galak­tyczne wygwiz­dowo?

- Miej­sce, w któ­rym Jedi ginęli, aby chro­nić ludzi zamiesz­ku­ją­cych ten rejon prze­strzeni kosmicz­nej - upo­mniała go surowo - to nie jest żadne "wygwiz­dowo". I zde­cy­do­wa­nie należy mu się sza­cu­nek.

- Oczy­wi­ście - bąk­nął Reath. - Nie chcia­łem nikogo ura­zić. - Zbladł, co jesz­cze moc­niej pod­kre­śliło piegi, któ­rymi miał usiany nos i policzki. Jorze podo­bały się u ludzi natu­ralne zmiany pig­men­ta­cyjne, przy­da­jące ich twa­rzom indy­wi­du­al­no­ści. - Mia­łem po pro­stu na myśli to, że do tej pory zaj­mo­wa­łem się pracą w archi­wach, sta­ra­jąc się, jak tylko mogłem, a mam wra­że­nie, że na pogra­ni­czu archi­wi­ści nie są zbyt... eee... potrzebni...

Prze­chy­liła głowę na ramię, przy­glą­da­jąc mu się z namy­słem.

- Zdzi­wił­byś się. Mimo to ja chcia­ła­bym, abyś był kimś wię­cej niż tylko archi­wi­stą, Reath - powie­działa, a potem dodała nieco łagod­niej­szym tonem: - Wiem, że wolisz sku­piać się na tych dzie­dzi­nach, w któ­rych twoim zda­niem wysi­łek liczy się bar­dziej od natu­ral­nych zdol­no­ści. Wiem jed­nak rów­nież, że masz wię­cej niż dość talentu, aby pora­dzić sobie ze wszyst­kim, czego się podej­miesz - a umie­jęt­ność wkła­da­nia wysiłku w swoją pracę to praw­dzi­wie cenny dar. Nie­za­leż­nie od zada­nia czy miej­sca, w któ­rym przyj­dzie nam ją wyko­ny­wać.

- Ale czy... czy tutaj nie liczy się to tro­chę bar­dziej? - bąk­nął ponow­nie Reath. - Czy tu, na Coru­scant, z mojej pracy nie będzie wię­cej pożytku?

Jora pokrę­ciła głową - z nie­do­wie­rza­niem, ale i pewną wyro­zu­mia­ło­ścią.

- Mój pierw­szy pada­wan bez­u­stan­nie gonił za przy­godą. Drugi woli trzy­mać się od niej z dala. Zarówno on, jak i ty potrze­bu­je­cie jed­nego: rów­no­wagi. Udało mi się pomóc ją odna­leźć two­jemu poprzed­ni­kowi... teraz zaś chcia­ła­bym ją zapew­nić i tobie.

Cóż, przy­naj­mniej miała nadzieję, że Dez rze­czy­wi­ście zna­lazł rów­no­wagę. Zasta­na­wiała się nad tym cza­sem, gdy docho­dziły ją słu­chy o tym, co działo się na Zeito­oine czy Chri­sto­ph­sis.

Prze­ra­że­nie Reatha byłoby zabawne, gdyby nie było tak doj­mu­jące - nie­stety, to wła­śnie były minusy bycia mistrzy­nią Jedi, o któ­rych ist­nie­niu nikt jej nie uprze­dził: że cza­sem prze­ka­zy­wa­nie wie­dzy bolało bar­dziej niż jej przy­swa­ja­nie.

- Powiedz mi, Reath - popro­siła - dla­czego nie da się przejść samot­nie przez Kybe­rowy Łuk?

Reath zmarsz­czył czoło.

- A nie da się?

Zmil­czała. Kybe­rowy Łuk znaj­do­wał się w jed­nej z prze­stron­nych sal medy­ta­cyj­nych Świą­tyni na Coru­scant. Każdy z two­rzą­cych go krysz­ta­łów pocho­dził ze znisz­czo­nego mie­cza ryce­rza Jedi, który poległ w walce. I cho­ciaż lśniąca kon­struk­cja urze­kała pięk­nem, to przy­po­mi­nała rów­nież o cenie, jaką przy­szło zapła­cić ich kole­żan­kom i kole­gom z zakonu za dąże­nie do spra­wie­dli­wo­ści na prze­strzeni tysiąc­leci. Sze­roki u pod­stawy i nie­zwy­kle wąski na samym szczy­cie, sym­bo­li­zo­wał zagro­że­nia, któ­rym musieli sta­wiać czoło Jedi.

Wspię­cie się na Kybe­rowy Łuk i jego poko­na­nie sta­no­wiło zaawan­so­waną tech­nikę medy­ta­cyjną. Mało który Jedi podej­mo­wał się tego wyzwa­nia - robili to tylko ci, któ­rych wezwała do tego sama Moc. Jeśli więc Reath będzie z upo­rem trak­to­wał jej pyta­nie dosłow­nie, ni­gdy nie uzy­ska odpo­wie­dzi.

Naj­wy­raź­niej jed­nak jej pada­wan zamie­rzał być kon­se­kwentny.

- To zna­czy, sądzę, że powi­nie­nem dać radę go przejść. Poko­ny­wa­li­śmy już trud­niej­sze trasy. Chcia­ła­byś, żebym spró­bo­wał? - Na jego twa­rzy znów zago­ścił wyraz nadziei. - Czy jeśli uda mi się przejść przez niego samo­dziel­nie, nie będziemy musieli lecieć na pogra­ni­cze?

- Żaden Jedi nie prze­szedł Kybe­ro­wego Łuku samot­nie - wyja­śniła. - Nie uda się to rów­nież tobie ani żad­nemu innemu Jedi, ni­gdy. Sądzę, że gdy dowiesz się dla­czego, zro­zu­miesz też, po co musimy lecieć na skraj galak­tyki.

Reath wes­tchnął. Fru­stra­cja, którą ema­no­wał, była nie­mal nama­calna, ale Jora podzi­wiała go za jego zdol­ność samo­kon­troli.

- Dokąd dokład­nie lecimy? - wykrztu­sił przez ści­śnięte gar­dło. - To zna­czy, w jakie kon­kret­nie miej­sce?

Zadarła głowę i spoj­rzała w niebo, jakby pomimo sło­necz­nego świa­tła mogła dostrzec maja­czące gdzieś tam, wysoko, gwiazdy.

- Do latarni Repu­bliki - wyja­śniła. - Na pokład Gwiezd­nego Bla­sku.

Roz­dział pierw­szy

Reath Silas miał opu­ścić Świą­ty­nię Jedi na Coru­scant, aby wyru­szyć na nową, nie­sa­mo­witą misję na pogra­ni­czu... i był z tego powodu bar­dzo, ale to bar­dzo nie­szczę­śliwy.

- Roz­ch­murz się! - pró­bo­wała go nakło­nić Kym. Klep­nęła go w ramię, ale efekt był tylko taki, że nie­mal roz­lał zawar­tość swo­jego kubka. Przy­ja­ciółka miała policzki zaru­mie­nione z pod­eks­cy­to­wa­nia trwa­ją­cym wokół nich przy­ję­ciem poże­gnal­nym. - Już wkrótce czeka cię fan­ta­styczna przy­goda!

- "Przy­goda" to zazwy­czaj eufe­mi­styczne okre­śle­nie na wycieczkę do miej­sca, w któ­rym roi się od insek­tów - stwier­dził z nie­sma­kiem Reath. - To zna­czy, wiem, że insekty są czę­ścią Mocy i isto­tami żywymi, ale... to wcale nie zna­czy, że chcę je znaj­do­wać w swo­ich skar­pet­kach.

Kym par­sk­nęła śmie­chem. Kilka barw­nych wstą­żek, któ­rymi przy­ozdo­biono świe­tlicę pada­wa­nów, zacze­piło się o jej letrogi.

- Wiesz, że co naj­mniej połowa ze zgro­ma­dzo­nych tutaj uczniów odda­łaby nie­mal wszystko za przy­dział na pogra­ni­cze, prawda? - zagad­nęła zaczep­nie.

Zda­niem Reatha "pogra­ni­cze" było zazwy­czaj eufe­mi­zmem dla... cóż, "samego środka kom­plet­nie niczego". Nie miał jed­nak serca wykłó­cać się o to dłu­żej z Kym. I tak już wystar­cza­jąco trudno było mu uda­wać wdzięcz­ność za poże­gnalne przy­ję­cie, jakie wypra­wili mu przy­ja­ciele.

"Nie - popra­wił się w myśli. - Jestem wdzięczny". Zawsze dobrze było mieć świa­do­mość, że ktoś o nim myśli i że komuś będzie go bra­ko­wało, gdy odej­dzie. Jed­nak Reath nie był w nastroju do świę­to­wa­nia; jedy­nym, co czuł, był smu­tek oraz święte prze­ko­na­nie, że jest zmu­szony prze­nieść się z naj­lep­szego miej­sca w galak­tyce do abso­lut­nie naj­gor­szego.

Coru­scant sta­no­wiło cen­trum zna­nej galak­tyki - dosłow­nie i w prze­no­śni. Zawsze doce­niał to, że to wła­śnie do tutej­szej Świą­tyni tra­fił - że miał przy­wi­lej dora­stać tu i uczyć się bez­po­śred­nio od człon­ków Rady Jedi. Jesz­cze więk­sze szczę­ście i zaszczyt spo­tkały go, gdy jako pada­wana wzięła go pod swoje skrzy­dła Jora Malli, jedna z naj­zna­mie­nit­szych współ­cze­snych ryce­rek Jedi i człon­kini Rady. I wła­śnie mię­dzy innymi dla­tego w ciągu ostat­nich kilku lat miał oka­zję wziąć udział tylko w paru waż­nych misjach w tere­nie. Nie­do­statki w dzie­dzi­nie wła­da­nia Mocą (któ­rych był doj­mu­jąco świa­dom już od małego) rekom­pen­so­wał ciężką pracą, rze­tel­no­ścią i odpo­wie­dzial­no­ścią. W wieku dwu­dzie­stu lat więk­szość uczniów na­dal z utę­sk­nie­niem cze­kała na chwilę, w któ­rej zdo­będą jakiś sto­pień nie­za­leż­no­ści; sie­dem­na­sto­let­niemu Reathowi powie­rzano już zaś zada­nia, które zda­niem jego mistrzyni sta­no­wi­łyby wyzwa­nie nawet dla peł­no­praw­nego Jedi.

Przede wszyst­kim jed­nak - co naj­lep­sze - miał dostęp do archi­wów Jedi.

Reath uwiel­biał opo­wie­ści. Kochał histo­rię. Prze­pa­dał wręcz za szpe­ra­niem w bazach danych, aby dowie­dzieć się, o czym myślały różne osoby, co mówiły i co robiły w minio­nych cza­sach. Pod­czas gdy inni pada­wani byli zajęci ćwi­cze­niami spraw­no­ścio­wymi albo szli­fo­wa­niem umie­jęt­no­ści w walce na mie­cze świetlne, on ślę­czał do późna nad cyfro­wymi zapi­sami.

To z kolei spra­wiało, że pod wie­loma wzglę­dami odsta­wał od reszty swo­ich rówie­śni­ków. Zamiast jed­nak sta­rać się dosto­so­wać do ogól­nie przy­ję­tych norm, godził się ze swoją odmien­no­ścią - mało tego: czer­pał z niej pokrze­pie­nie. Nie widział powodu, dla któ­rego kto­kol­wiek miałby go uzna­wać za dzi­waka czy odludka. Jego zda­niem dziw­nym było raczej ocze­ki­wać, by każdy mło­dzik miał te same zain­te­re­so­wa­nia i sza­blo­nową oso­bo­wość. Pod­czas poszu­ki­wań dzieci wraż­li­wych na Moc wysłan­nicy Jedi spraw­dzali jedy­nie ich poten­cjał, nie tem­pe­ra­ment, a już na pewno nie pre­fe­ren­cje. Nikt ich nie pytał: "Czy chciał­byś zostać boha­ter­skim, powszech­nie sza­no­wa­nym ryce­rzem? A może wolał­byś zostać w domu i czy­tać?". Nie­które istoty, nawet jeśli były odważne i zdolne do nie­sa­mo­wi­tych wyczy­nów, wolały czy­tać o przy­go­dach, zamiast je prze­ży­wać. I wła­śnie do tego grona zali­czał się Reath.

Przez cały ten czas, aż do nie­dawna, mistrzyni Jora była dla niego pod tym wzglę­dem bar­dziej niż wyro­zu­miała. Zawsze powta­rzała, że zakon potrze­buje uczo­nych tak samo jak śmiał­ków. A prawdę powie­dziaw­szy, prze­waż­nie kan­dy­da­tów na tych ostat­nich było zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż na tych pierw­szych. Jora Malli twier­dziła, że to odświe­ża­jące, iż Reath się w pewien spo­sób wyróż­nia, idzie pod prąd. To wła­śnie mię­dzy innymi dla­tego powie­rzane mu zada­nia czę­sto wyma­gały pracy w archi­wach. Inni sta­cjo­nu­jący na Coru­scant Jedi zaczęli nawet zosta­wiać spe­cjal­nie dla niego wolne sta­no­wi­sko, godząc się mil­cząco z tym, że to stałe miej­sce Silasa.

Aż tu nagle, ni z tego, ni z owego, mistrzyni Jora zgo­dziła się przy­jąć ten przy­dział - w samym środku kosmicz­nego zaścianka!

Zapro­te­sto­wał. Ma się rozu­mieć, oka­zu­jąc przy tym należny sza­cu­nek, ale jasno przed­sta­wił, jakie jest jego sta­no­wi­sko w tej spra­wie (nie żeby zdo­łał coś w ten spo­sób wskó­rać). "Dobrze ci zrobi, jeśli tro­chę się roz­ru­szasz - stwier­dziła z uśmie­chem mistrzyni Jora - i prze­te­stu­jesz swoje zdol­no­ści w nowy spo­sób".

Ale prze­cież Reath testo­wał już swoje zdol­no­ści, czyż nie? Pró­bo­wał swo­ich sił w każ­dej dys­cy­pli­nie - i to nie tylko w tych ulu­bio­nych. Kto zawsze pla­so­wał się w ści­słej czo­łówce, jeśli cho­dzi o szer­mierkę świetlną w lidze pada­wa­nów - i to mimo tego, że wcale, ale to wcale nie prze­pa­dał za fech­tun­kiem? Reath Silas. Kto zda­wał śpie­wa­jąco wszyst­kie egza­miny - poza tym jed­nym, kiedy miał pro­blemy żołąd­kowe? Rów­nież Reath, któż by inny! Kto był jedy­nym od wielu dzie­się­cio­leci uczniów, który opa­no­wał ćwi­cze­nia z gata­len­tań­skiej medy­ta­cji przed ukoń­cze­niem dwu­dzie­stego roku życia...?

"Padasz ofiarą wła­snej pychy - upo­mniał się w myśli. - Nad­mierna duma świad­czy o tym, że podobne odczu­cia są zde­cy­do­wa­nie nie na miej­scu".

Nie żeby ini­cja­tywa wyszła wła­ści­wie od jego mistrzyni. Gdy wyra­ził obiek­cje, wyja­śniła mu, że została wybrana do wypeł­nie­nia tej misji przez swoje kole­żanki i kole­gów z zakonu. Miała sta­nąć na czele dele­ga­tury Jedi na pokła­dzie Latarni Gwiezdny Blask, którą pla­no­wano ofi­cjal­nie uru­cho­mić lada dzień, aby słu­żyła ludom tego sek­tora jako sym­bol jed­no­ści i wspar­cia Repu­bliki. Jego mistrzyni zasłu­gi­wała na każdy przy­wi­lej, który jej przy­znano, oraz moż­li­wość wypeł­nie­nia każ­dego obo­wiązku, jaki na sie­bie przy­jęła. Gdyby nie zale­żało jej na tym przy­dziale, odrzu­ci­łaby tę pro­po­zy­cję, więc wszystko wska­zy­wało na to, że był on dla niej z jakie­goś powodu bar­dzo ważny. A gdzie szedł mistrz... cóż, tam podą­żał jego uczeń.

Mistrzyni Jora pole­ciała na Gwiezdny Blask kilka tygo­dni temu, zosta­wia­jąc go na Coru­scant, aby mógł zdać egza­miny koń­czące kurs histo­rio­gra­fii, na który się zapi­sał. Teraz jed­nak miał to już za sobą. Jego czas na Coru­scant dobie­gał końca (przez chwilę zasta­na­wiał się, czy celowo nie oblać, ale koniec koń­ców porzu­cił ten pomysł; nie potra­fiłby się na to zdo­być).

"Dla­czego żaden Jedi nie może poko­nać Kybe­ro­wego Łuku samot­nie?" - zapy­tał sam sie­bie po raz nie wia­domo który. Naprawdę chciał mieć gotową odpo­wiedź dla mistrzyni Jory, gdy spo­tka się z nią na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku. Koniecz­ność przy­go­to­wa­nia się do egza­mi­nów ozna­czała, że nie miał zbyt wiele czasu na zasta­no­wie­nie się nad jej pyta­niem. W pew­nym momen­cie wybrał się do Łuku spe­cjal­nie, aby lepiej mu się przyj­rzeć, licząc na to, że jego widok coś mu pod­po­wie, jed­nak zamiast tego miał oka­zję na wła­sne oczy prze­ko­nać się, jak któ­ryś z Jedi poko­nuje go - zupeł­nie sam i to bez więk­szych pro­ble­mów. Wie­dział jed­nak, że nic nie wskóra, infor­mu­jąc o tymi mistrzy­nię Jorę.

Miał do wypeł­nie­nia misję. Nad­szedł czas, by się na niej sku­pić.

- Nie powi­nie­nem narze­kać na ten przy­dział - powie­dział do Kym. - Jedi nie powinni maru­dzić ani wybrzy­dzać.

Dziew­czyna wzru­szyła tylko ramio­nami, nie prze­sta­jąc koły­sać się w rytm muzyki.

- Hej, wcale nie jest tak, że każdy z nas jest gotowy w każ­dej chwili pod­jąć się wszyst­kiego, co zleci mu Rada czy jego mistrz. Wła­śnie dla­tego nazy­wają to przy­dzia­łami, zamiast... no, nie wiem, zgła­sza­niem się na ochot­nika.

- Trak­tuję to jak zwy­kłe zada­nie - Reath mówił teraz w rów­nej mie­rze do sie­bie, co do Kym. - A bycie Jedi to powo­ła­nie. Zosta­li­śmy pobło­go­sła­wieni posia­da­niem tych zdol­no­ści... tych darów, które powin­ni­śmy wyko­rzy­sty­wać do dzia­ła­nia na korzyść wszyst­kich istot żywych. I doty­czy to w takim samym stop­niu pogra­ni­cza, co Coru­scant.

Sęk w tym, że Reath po pro­stu... nie odczu­wał tego w ten spo­sób. Nie było sensu się oszu­ki­wać.

- Dzięki za wykład, mistrzu Yodo - par­sk­nęła Kym, prze­wra­ca­jąc oczami. - A teraz może łaska­wie prze­sta­niesz się w końcu tak spi­nać i spró­bu­jesz tro­chę się zaba­wić?

Reath spró­bo­wał. Dobrze było znowu zoba­czyć się ze wszyst­kimi (nie­któ­rzy z uczniów rów­nież już wyru­szyli na pokład Latarni - nie mógł się docze­kać, aż się z nimi spo­tka, szcze­gól­nie z Imrim. A Ver­ne­stra jakimś cudem została już paso­wana na rycerkę Jedi, co było nie­sa­mo­wite. Cie­szył się na myśl o tym, że będzie mogła go opro­wa­dzić po Gwiezd­nym Bla­sku). Ama­tor­ski zespół muzyczny zło­żony z uczniów naj­wy­raź­niej naprawdę odbył kilka prób, bo przy­naj­mniej ten jeden raz utwory w jego wyko­na­niu brzmiały cał­kiem nie­źle. Reath uśmie­chał się, tań­czył i popi­jał to i owo - napoje, któ­rych zakon teo­re­tycz­nie nie zabra­niał, ale i nie pochwa­lał ich spo­ży­wa­nia przez pada­wa­nów w jego wieku. Z dru­giej strony jed­nak, jak mawiała jego mistrzyni, odro­bina fol­go­wa­nia sobie nie musiała koniecz­nie być czymś złym. Tego typu oka­zje, gdy ludzie gro­ma­dzili się, aby cie­szyć się i wspól­nie świę­to­wać w zgo­dzie i har­mo­nii, nale­żało cele­bro­wać.

Mimo to jego wzrok wciąż wędro­wał ku pano­ra­micz­nemu oknu - za przej­rzy­stą taflą roz­cią­gał się tęt­niący życiem kra­jo­braz Coru­scant: statki i śmi­ga­cze prze­my­kały na róż­nych wyso­ko­ściach i w róż­nych kie­run­kach; iglice budyn­ków wzbi­jały się w niebo; liczne kładki prze­ci­nały się, two­rząc sieć tak gęstą, że przy­po­mi­nała paję­czynę. Odkąd Reath się­gał pamię­cią, uwiel­biał tę pul­su­jącą, roz­tęt­nioną ener­gię - poczu­cie, że każ­dego dnia sły­szy bicie żywego serca galak­tyki.

"Zaj­rzyj w głąb sie­bie, pada­wa­nie - pora­dziła mu kie­dyś mistrzyni Jora, gdy Reath spró­bo­wał jej to wyja­śnić. - Być może masz po pro­stu opory przed porzu­ce­niem jedy­nego domu, jaki kie­dy­kol­wiek zna­łeś".

Cóż, jego zda­niem nie cho­dziło wyłącz­nie o to... ale nie mógł jej odmó­wić odro­biny racji. Odro­biny, ale zawsze. Jed­nak samo uświa­do­mie­nie sobie tego nie mogło niczego zmie­nić. Reath na­dal chciał tu zostać - nie miał ochoty ni­gdzie się stąd ruszać.

Jego chro­no­metr zapisz­czał i chło­piec poczuł w piersi nie­zno­śny cię­żar. Nade­szła pora opu­ścić przy­ję­cie, porzu­cić archiwa, Świą­ty­nię, pla­netę... a także, ogól­nie rzecz bio­rąc, cywi­li­za­cję.

Reath miał pro­blemy z roz­sta­niem się z przy­ja­ciółmi, z któ­rych każdy pra­gnął się z nim czule poże­gnać, dla­tego wyru­szył w podróż do kosmo­portu sto­sun­kowo późno. Wpadł na jego teren, z torbą prze­wie­szoną przez ramię, zale­d­wie kilka minut przed pla­no­wym odlo­tem statku, który miał go stąd zabrać... Jed­nak jakimś cudem zja­wił się w umó­wio­nym doku jako pierw­szy - a przy­naj­mniej wszystko na to wska­zy­wało. Jak okiem się­gnąć, w oko­licy nie było widać żad­nego Jedi. Gorzej, że nie było też statku.

Czyżby pomy­lił numery doków? Zamie­rzał to spraw­dzić, gdy usły­szał zna­jomy głos:

- Mia­łem nadzieję, że cię tu zła­pię!

Gdy się odwró­cił, spo­strzegł idą­cego w jego stronę ryce­rza Jedi Deza Rydana - odzia­nego w szaty podróżne, z torbą prze­wie­szoną przez ramię. Nie spra­wiał wra­że­nia, jakby zja­wił się w kosmo­por­cie po to, by poże­gnać się z Reathem.

- Dez? - zagad­nął go pada­wan. - Co tu robisz?

Dez obda­rzył go sze­ro­kim uśmie­chem.

- Wygląda na to, że lecimy tym samym trans­por­tem! Wybie­ram się na pogra­ni­cze.

- Nie wie­dzia­łem, że też dosta­łeś przy­dział na wygwiz­dowo - zdzi­wił się Reath. Tak młody i obie­cu­jący rycerz jak Dez mógł lecieć dokąd tylko zechciał.

- Dopiero co. - Dez wzru­szył ramio­nami. - Wła­ści­wie to popro­si­łem o niego w ostat­niej chwili, dosłow­nie kilka dni temu. Praw­dziwy fart, że się zgo­dzili, co?

Reath poki­wał głową - tylko dla­tego, że było to znacz­nie łatwiej­sze i bar­dziej tak­towne od zapy­ta­nia: "Ale kto przy zdro­wych zmy­słach chciałby porzu­cać cywi­li­zo­wany region galak­tyki dla jakie­goś zabi­tego dechami zaścianka?". I to w dodatku... ktoś taki jak Dez Rydan?!

Być może miało to coś wspól­nego ze sło­wami mistrzyni Jory na temat tego, że jej dru­giego pada­wana kom­plet­nie nie inte­re­so­wało prze­ży­wa­nie przy­gód, pod­czas gdy pierw­szy bez­u­stan­nie za nimi gonił.

To wła­śnie Deza szko­liła Jora Malli, nim przy­jęła pod swoje skrzy­dła Reatha. Cza­sem zda­rzało się, że mło­dzi ryce­rze zosta­wali men­to­rami i bli­skimi przy­ja­ciółmi następ­nych pod­opiecz­nych swo­ich byłych mistrzów. I cho­ciaż Reatha i Deza nie łączyły jakieś spe­cjal­nie zażyłe sto­sunki - głów­nie z powodu podej­mo­wa­nych bez­u­stan­nie przez tego ostat­niego misji, wyma­ga­ją­cych od niego zapusz­cza­nia się w naj­róż­niej­sze odle­głe zakątki galak­tyki - to darzyli się nawza­jem sym­pa­tią i zda­rzało im się wspól­nie ćwi­czyć szer­mierkę. Wielu pada­wa­nów, wpa­trzo­nych w Deza jak w obra­zek i sta­wia­ją­cych go sobie za wzór do naśla­do­wa­nia, bar­dzo tego Reathowi zazdro­ściło.

I cho­ciaż nie podzie­lał on skłon­no­ści Deza do przy­gód, wybie­ra­jąc zamiast tego zaci­sze archi­wów, podzi­wiał swo­jego star­szego kolegę, jak wszy­scy. Przy­stojny, ambitny, wysoki, o zło­ci­ście lśnią­cej cerze i gęstych, czar­nych wło­sach, Dez bez pro­blemu zjed­ny­wał sobie przy­ja­ciół. Mimo że prze­szedł próby i został paso­wany na ryce­rza zale­d­wie osiem lat temu, miał już na kon­cie liczne suk­cesy - zarówno na polu dyplo­ma­cji, jak i w walce.

- Gdzie nasz trans­port? - spy­tał lekko beł­ko­tli­wie Reath. Na­dal jesz­cze tro­chę szu­miało mu w gło­wie od kapki napo­jów wysko­ko­wych, na które pozwo­lił sobie pod­czas przy­ję­cia, ale po cichu liczył na to, że Dez nie zwróci uwagi na jego nie do końca trzeźwy stan. Nie żeby bał się, iż usły­szy od niego jakiś umo­ral­nia­jący wykład. Wie­dział, że mistrzyni Jora przy­ła­pała go kie­dyś po suto zakra­pia­nej impre­zie i miała go na oku, dopóki nie prze­szedł swo­ich rycer­skich prób.

Tak czy ina­czej, nawet jeśli Dez zauwa­żył lekki rausz Reatha, naj­wy­raź­niej nie zamie­rzał mu tego wyty­kać.

- Z tego co się orien­tuję, w statku, któ­rym mie­li­śmy lecieć, padł sub­al­ter­na­tor - wyja­śnił. - I raczej nic z tym na szybko nie zro­bią. Powie­dziano mi, że pod­sta­wią trans­port zastęp­czy, ale chyba zła­pali jakąś obsuwę.

- A jak nie pod­sta­wią? - spy­tał Reath, w głębi duszy licząc na to, że odpo­wiedź będzie brzmiała: "Cóż, wów­czas otrzy­masz cał­kiem nowy przy­dział!".

Dez ponow­nie wzru­szył jed­nak tylko ramio­nami.

- Znaj­dziemy inny sta­tek. Jestem pewien, że ktoś tam będzie leciał na dniach.

- Na dniach? A kto by chciał tyle cze­kać? - Orla Jareni skrzy­żo­wała ręce na piersi i wsparła się o pobli­ski dźwi­gar. Poja­wiła się dosłow­nie zni­kąd, a jej postać na tle ciem­nych sza­ro­ści kosmo­portu wyda­wała się nie­mal lśnić. Pod­czas gdy Reath i Dez mieli na sobie zwy­kłe szaty podróżne, ona była ubrana w swój fir­mowy śnież­no­biały strój. - Ja mogę lecieć w każ­dej chwili. A wy może­cie mi wie­rzyć: w tym kosmo­por­cie jest z pew­no­ścią co naj­mniej jeden sta­tek, któ­rego wła­ści­ciel z poca­ło­wa­niem ręki przy­tuli nasze kre­dyty i zabie­rze nas w razie potrzeby nawet do Otchłani.

Reath znał Orlę Jareni tylko ze sły­sze­nia, ale opo­wie­ści, które o niej krą­żyły, robiły wra­że­nie. Cał­kiem nie­dawno obwo­łała się Poszu­ki­waczką - Jedi dzia­ła­jącą na wła­sną rękę, poza jurys­dyk­cją Rady Jedi. Zda­rzało się, że nie­któ­rzy Jedi czuli w tym lub innym momen­cie swo­jej służby potrzebę unie­za­leż­nie­nia się od zakonu, aby medy­to­wać na szczy­cie góry, udzie­lać pomocy rewo­lu­cjo­ni­stom pra­gną­cym wyzwo­lić się spod jarzma dyk­ta­tora czy nawet robić karierę wokalną na Alde­ra­anie - bo zakonne annały zare­je­stro­wały i taki przy­pa­dek. Reathowi wciąż wbi­jano go głowy, że do głęb­szego zro­zu­mie­nia Mocy można dotrzeć naj­róż­niej­szymi ścież­kami. Jeśli jed­nak o niego cho­dziło... cóż, zde­cy­do­wa­nie wolał kla­syczne podej­ście. Lecz jeśli tylko Rada Jedi sza­no­wała decy­zję Orli, on rów­nież zamie­rzał to zro­bić. Naj­wy­raź­niej zaś jej powo­ła­nie wzy­wało ją na pogra­ni­cze.

Jej wygląd był rów­nie nie­zwy­kły, co wybory, któ­rych doko­ny­wała: była Umba­ranką, o bla­dej skó­rze i wyso­kich kościach policz­ko­wych, typo­wych dla przed­sta­wi­cieli tej rasy, a jej szaty miały barwę bieli tak nie­ska­zi­tel­nej, że w porów­na­niu z nimi jej cera wyda­wała się nie­mal rumiana. Ścią­gnięte w cia­sny węzeł włosy były sre­brzy­ste, ale ich odcień był tak ciemny, że wyda­wały się pra­wie czarne. Poza tym wszystko w jej postaci było kan­cia­ste i ostre: począw­szy od ręko­je­ści jej mie­cza świetl­nego o podwój­nym ostrzu, aż po zaci­śnięte w lekko drwią­cym uśmieszku wąskie wargi.

Jej tak­su­jące spoj­rze­nie uzmy­sło­wiło Reathowi, że to nie­grzecz­nie tak się na kogoś gapić. Pospiesz­nie spu­ścił wzrok i wbił go w pod­łogę, licząc na to, że się przy tym nie rumieni.

- Hmm, wcale nie był­bym tego taki pewien - stwier­dził z namy­słem mistrz Coh­mac Vitus, dołą­cza­jąc nie­spiesz­nie do ich grupki. Dźwięczny głos dobie­ga­jący spod kap­tura zło­ci­stej szaty brzmiał niczym ogła­szany przez sędziego wyrok. - W oko­lice Gwiezd­nego Bla­sku rzadko latają komer­cyjne jed­nostki - przy­naj­mniej na razie.

Coh­maca rów­nież Reath nie znał zbyt dobrze - cho­ciaż w głębi duszy nie miałby nic prze­ciwko temu, by poznać go lepiej. Mistrz Jedi sły­nął w sze­re­gach zakonu zarówno jako wybitny uczony, jak i mistyk. Reath miał cza­sem wra­że­nie, że przy­pisy na temat jego wyczy­nów znaj­dują się w co dru­giej księ­dze, którą czy­tał - i to nie­za­leż­nie od tego, czy doty­czyła ona sta­ro­żyt­nych rytu­ałów Mocy, czy też nego­cja­cji pod­czas wyjąt­kowo trud­nego kry­zysu z udzia­łem zakład­ni­ków. Jed­nak żadna z tych infor­ma­cji w naj­mniej­szym stop­niu nie tłu­ma­czyła spo­wi­ja­ją­cej go nie­mal wyczu­wal­nej aury tajem­ni­czo­ści. Mistrz Coh­mac był śred­niego wzro­stu (jak na przed­sta­wi­ciela rasy ludz­kiej czy gatun­ków huma­no­idal­nych), wyda­wał się jed­nak wyż­szy z powodu szczu­płej, nie­mal kości­stej budowy ciała. Gęste, czarne włosy się­gały mu do ramion, a od całej jego postaci dosłow­nie biło jakieś nie­sa­mo­wite dosto­jeń­stwo.

Aż do nie­dawna pada­wan czę­sto widy­wał go w archi­wach. Usa­do­wiony przy któ­rymś ze sta­no­wisk, spę­dzał tam rów­nie wiele godzin co sam Reath, bez reszty pochło­nięty zgłę­bia­niem tre­ści kolej­nych holo­kro­nów. I wła­śnie dla­tego Reath nie mógł się nadzi­wić, jak to moż­liwe, by ktoś taki z wła­snej woli popro­sił o przy­dział do pla­cówki na odle­głym pogra­ni­czu. Aż nagle sobie przy­po­mniał: prze­cież Coh­mac był rów­nież bada­czem folk­loru! Z pew­no­ścią posta­no­wił się z nimi zabrać z myślą o gro­ma­dze­niu miej­sco­wych podań i legend.

Reath zasta­no­wił się prze­lot­nie, czy taka misja nie będzie odro­binę zbyt nie­bez­pieczna dla mistrza Coh­maca, który sły­nął ze swo­jej wyjąt­ko­wej wraż­li­wo­ści na Moc. Podróż w tak dzi­kie i nie­zba­dane miej­sca bez dwóch zdań ozna­czała kon­takt z kul­tu­rami, o któ­rych żadne z nich nie miało zie­lo­nego poję­cia.

Nagle spo­strzegł z pew­nym zdzi­wie­niem, że Orla Jareni i Coh­mac Vitus idą w swoją stronę, patrząc sobie w oczy; po ustach obojga błą­kały się nie­mal iden­tyczne, dziwne pół­u­śmie­chy.

- Och, mogła­bym przy­siąc - rzu­ciła Orla, pozor­nie od nie­chce­nia - że sły­sza­łam, jak kie­dyś zarze­ka­łeś się, że już ni­gdy nie zapu­ścisz się w te rejony galak­tyki!

- Nie­ważne, jak daleko uciek­niemy ani dokąd - odparł reflek­syj­nie Coh­mac - koniec koń­ców zawsze wra­camy do punktu wyj­ścia.

Orla poki­wała powoli głową.

- Zga­dza się. Nade­szła pora, by histo­ria zato­czyła pełen krąg.

"Co to może zna­czyć?" - zacho­dził w głowę Reath. Wymie­nili z Dezem spoj­rze­nia - młody rycerz Jedi wyglą­dał na rów­nie zain­try­go­wa­nego co on, ale obaj tak­tow­nie powstrzy­mali się od komen­ta­rzy i zada­wa­nia pytań.

Tym bar­dziej, że uwagę ich wszyst­kich przy­kuł wła­śnie sta­tek kie­ru­jący się ku lądo­wi­sku. Obni­żył lot, po czym zaczął pod­cho­dzić do plat­formy, na któ­rej cze­kali na swój trans­port. Wyglą­dał... dość nie­zwy­kle, przy­naj­mniej w oczach Reatha: poma­lo­wany na ciem­no­nie­bie­sko, o dziw­nym, wyoblo­nym kok­pi­cie i zaokrą­glo­nej sek­cji napędu. Albo został zbu­do­wany bar­dzo dawno temu, albo też istoty, które go skon­stru­owały, nie czuły zupeł­nie potrzeby podą­ża­nia za nowin­kami tech­no­lo­gicz­nymi (co samo w sobie wydało się Reathowi dość nie­po­ko­jące). Gdy sta­tek osia­dał na plat­for­mie, Jedi wymie­nili spoj­rze­nia.

- Wygląda raczej jak frach­to­wiec niż sta­tek pasa­żer­ski - oce­nił mistrz Coh­mac.

- A kogo to obcho­dzi? - par­sk­nął Dez. - Wystar­czy, że da radę sko­czyć w nad­świetlną, tak? - Wyszcze­rzył zęby w sze­ro­kim uśmie­chu, gdy podmuch gazów uwal­nia­nych z sykiem z dysz zmierz­wił im włosy i roz­wiał szaty.

- Może i tak. - Reath przyj­rzał się machi­nie z powąt­pie­wa­niem, marsz­cząc czoło.

Gdy tylko sta­tek opadł na plat­formę, przy akom­pa­nia­men­cie gło­śnego meta­licz­nego szczęku, otwo­rzył się właz. Ze środka wynu­rzyła się dziew­czyna - na oko w wieku Reatha, góra dwa lata od niego star­sza. Miała śniadą skórę, a jej dłu­gie, brą­zowe włosy falo­wały w rytm jej kro­ków, gdy szła w ich stronę; była ubrana w pro­sty ska­fan­der pilota, dziw­nie czy­sty i wypra­so­wany, w dokład­nie tym samym odcie­niu ciem­nego błę­kitu co kadłub statku. Na jego ręka­wie wid­niała naszywka z godłem w kształ­cie ciem­no­po­ma­rań­czo­wej gwiazdy. Nie­zna­joma oparła ręce na bio­drach i zmie­rzyła ich kry­tycz­nym spoj­rze­niem, jakby czuła się roz­cza­ro­wana.

- To was mam zabrać na Gwiezdny Blask? Sądzi­łam, że mamy zgar­nąć jakichś mni­chów... czy coś w tym stylu. A wy wyglą­da­cie... nor­mal­nie.

- Tak. To my jeste­śmy two­imi pasa­że­rami. I można nas nazwać mni­chami. W pew­nym sen­sie - odpo­wie­dział mistrz Coh­mac. Nie wyda­wał się szcze­gól­nie zasko­czony i wahał się zale­d­wie uła­mek sekundy, nim dodał: - Czy jesteś naszą pilotką?

Dziew­czyna uśmiech­nęła się i wska­zała przez ramię kciu­kiem na właz.

- Nic podob­nego. To zna­czy, jestem, ale drugą pilotką. Nazy­wam się Affie Hol­low - przed­sta­wiła się. - A pierw­szym pilo­tem jest on.

Reath miał pewne obiek­cje odno­śnie do zdol­no­ści nasto­latki w dzie­dzi­nie pilo­tażu, ale gdy spoj­rzał we wska­za­nym przez nią kie­runku, jego wąt­pli­wo­ści tylko się wzmo­gły. Czy naprawdę mieli powie­rzyć swoje bez­pie­czeń­stwo temu face­towi w roz­cheł­sta­nej koszuli, idą­cemu im na spo­tka­nie z roz­po­star­tymi sze­roko ramio­nami? Czy ten koleś naprawdę zamie­rzał ich wszyst­kich wyści­skać na powi­ta­nie? Czy był naćpany przy­prawą?

"Nie - popra­wił się nie­mal natych­miast w myśli. - Nie czy, tylko jak bardzo".

- Moje słod­kie dziatki! - zawo­łał pilot, prze­cią­ga­jąc leni­wie zgło­ski i szcze­rząc się od ucha do ucha. - Jestem Leox Gyasi i witam was niniej­szym na pokła­dzie mojego statku.

Cisza, która nastała po jego sło­wach, para­dok­sal­nie spra­wiła, że Reath poczuł się nieco lepiej, bo suge­ro­wała, że nawet towa­rzy­szący mu bar­dziej od niego doświad­czeni Jedi nie byli pewni, jak zare­ago­wać w tej sytu­acji. W końcu Dez postą­pił naprzód z typo­wym dla niego nie­wy­mu­szo­nym wdzię­kiem i się przed­sta­wił:

- Dez Rydan. Miło mi cię poznać. Jak nazywa się twój sta­tek?

Leox i Affie wymie­nili roz­ba­wione spoj­rze­nia, jakby w mil­cze­niu dzie­lili się jakimś her­me­tycz­nym, nie­do­stęp­nym dla reszty żar­tem.

- Już wam powie­dzia­łem - oświad­czył spo­koj­nie Leox. Był wysoki, ogo­rzały i szczu­pły, o falo­wa­nych wło­sach w kolo­rze ciem­no­blond, spra­wia­ją­cych wra­że­nie, jakby od dawna nie widziały grze­bie­nia. Cóż, być może ni­gdy go nie oglą­dały. - Nasz sta­tek nazywa się... "Sta­tek" - oświad­czył z satys­fak­cją. - Nazwa­łem go tak, bo rymuje się z "osta­tek" i "niedosta­tek", dzięki czemu przy­po­mina mi o tym, że wszystko jest ulotne i należy cenić to, co się ma. Wie­cie, co mam na myśli, prawda?

"Brzmi cał­kiem jak coś, co mógłby wymy­ślić ostro naćpany mistrz Yoda" - stwier­dził Reath. Co zasad­ni­czo mogło dobrze wró­żyć. Albo źle. Trudno było stwier­dzić na pewno.

- Jest cudowny! - zapiała Orla z zachwy­tem, który wyda­wał się auten­tyczny. - Czy możemy zoba­czyć nasze kajuty?

Affie się skrzy­wiła.

- No wła­śnie, skoro już o tym mowa... Tak naprawdę to raczej frach­to­wiec, nie sta­tek pasa­żer­ski. - Na dźwięk jej słów mistrz Coh­mac rzu­cił Dez­owi spoj­rze­nie, które wyda­wało się mówić: "A to ci dopiero nie­spo­dzianka!". - Ale zare­zer­wo­wa­li­śmy dla was nieco prze­strzeni na miej­sca do spa­nia. - Jej szczu­płą twarz roz­pro­mie­nił uśmiech. - Sam fakt, że jeste­śmy trans­por­tem zastęp­czym zor­ga­ni­zo­wa­nym w ostat­niej chwili, wcale nie zna­czy, że nie możemy zapew­nić wam odro­biny wygód, prawda?

- To jest - wtrą­cił Leox - o ile oczy­wi­ście nie jeste­ście jacyś super­or­to­dok­syjni, jeśli cho­dzi o defi­ni­cję okre­śle­nia "wygody".

Orla szła już w stronę trapu.

- Jeste­śmy Jedi, panie Gyasi - uświa­do­miła go. - Nie wyma­gamy luk­su­sów.

Affie zmarsz­czyła nos.

- No to... Jedi są w końcu mni­chami czy nie?

Reath zatrzy­mał się w pół kroku, gdy dotarło do niego, co to musiało ozna­czać. Skoro ci ludzie nie wie­dzieli nawet, kim są Jedi...

- Jeste­ście z pogra­ni­cza, zga­dza się? - spy­tał.

- Dla nas, synu, to nie żadne pogra­ni­cze. - Leox wpro­wa­dził jego i Orlę na pokład "Statku". - Tylko dom. Jeśli jed­nak chcia­łeś przez to powie­dzieć, że nie znamy zbyt dobrze tej czę­ści galak­tyki, to zga­dza się, masz rację. Ni­gdy wcze­śniej nie zapu­ści­li­śmy się tak bli­sko Jądra, o nie.

- Gil­dia Byne zaj­muje się trans­por­tem ładun­ków w tym sek­to­rze. - W gło­sie Affie brzmiała nie­skry­wana duma. - Latamy dla niej. To zna­czy, jako jedna z mniej­szych jed­no­stek, jeśli cho­dzi o ści­słość, ale mimo tego to wła­śnie nam Sco­ver Byne zde­cy­do­wała się powie­rzyć pierw­szą misję na Coru­scant.

Zawsty­dzo­nemu swoim bra­kiem taktu Reathowi zale­żało na pod­trzy­ma­niu tej roz­mowy. Sądził, że słowa Affie to coś w rodzaju zachęty, by wypy­tał ją bar­dziej szcze­gó­łowo o nią, Leoksa i ich sta­tek, a także o to, dla­czego to aku­rat ich spo­tkał ten ewi­dentny zaszczyt. Poczuł się rów­nież wywo­łany do odpo­wie­dzi, aby wyja­śnić im - ludziom, któ­rzy naj­wy­raź­niej ni­gdy nie sły­szeli o Jedi - jak działa zakon.

Roz­mowa umarła jed­nak śmier­cią natu­ralną, gdy Leox i Affie zatrzy­mali się wraz ze swo­imi pasa­że­rami w wej­ściu do kok­pitu.

- A oto - oznaj­mił Leox z sze­ro­kim uśmie­chem - nasz nawi­ga­tor, Geoda.

W kącie ste­rowni stała... skała. Dorów­nu­jąca wyso­ko­ścią mniej wię­cej Reathowi, była ciem­no­szara, o lekko zaokrą­glo­nych kra­wę­dziach i krze­mion­ko­wej, chro­pa­wej powierzchni. Wyglą­dała... impo­nu­jąco - to zna­czy na tyle, na ile impo­nu­jąco może wyglą­dać głaz. Mimo to wciąż była tylko skałą. Reath zmarsz­czył czoło, prze­ko­nany, że to jakiś dziwny żart.

- To Vin­tia­nin. Z pla­nety Vint. - Leox leni­wym gestem oto­czył ramie­niem "barki" skały, tak jak mógłby objąć przy­ja­ciela. - A tak przy oka­zji, "Geoda" to ksywka. Wygląda na to, że istoty wypo­sa­żone w apa­rat mowy nie są w sta­nie popraw­nie wymó­wić jego imie­nia.

Reath spró­bo­wał prze­tra­wić w myśli tę infor­ma­cję - i poległ z kre­te­sem. Jego głów­nym pocie­sze­niem było to, że Dez i mistrz Coh­mac wyglą­dali na tak samo zbi­tych z tropu, jak on sam się czuł. Po ustach Orli Jareni błą­kał się nato­miast kolejny z jej enig­ma­tycz­nych uśmiesz­ków.

- Geoda, hę? - powtó­rzyła. - Miło mi cię poznać.

Affie prze­lot­nie pokle­pała Geodę po boku.

- Na początku bywa nie­śmiały, ale zacze­kaj­cie, aż pozna was lepiej.

Leox zachi­cho­tał i popro­wa­dził ich z kok­pitu w głąb statku.

- Taaak, odro­bina cier­pli­wo­ści - nic wię­cej nie trzeba. Uprze­dzę was jed­nak na wstę­pie, bo nie chcę, żeby­ście odnie­śli mylne wra­że­nie: Geoda to może i odro­binę dzi­kus, ale jeśli cho­dzi o nawi­ga­cję... cóż, nie ma sobie rów­nych. Można na niego liczyć.

- Masz na myśli, że jest solidny jak głaz? - Orla pod­nio­sła brew. - Fan­ta­stycz­nie. W takim razie zer­k­nijmy teraz na nasze kajuty...

- W zasa­dzie to zanim je zoba­czy­cie, musimy je naj­pierw zmon­to­wać - przy­znała skru­szona Affie. - Rów­nie dobrze możemy zabrać się za to już teraz.

"Cudow­nie! - wes­tchnął w myśli Reath, gdy przy­stę­po­wali do wcie­la­nia planu w życie. - Nie dość, że wyru­szam na galak­tyczne zadu­pie, to aby tam dotrzeć, mamy pole­gać na... skale".

Wyglą­dało na to, że Moc mie­wała cza­sem prze­wrotne poczu­cie humoru.

W ciągu pół godziny zbu­do­wano i przy­dzie­lono tym­cza­sowe kwa­tery - i zarówno załoga, jak i pasa­że­ro­wie byli gotowi do startu. Ze swo­jego miej­sca Reath widział frag­ment panelu wido­ko­wego w kok­pi­cie, ogra­ni­czo­nego pane­lami kon­tro­l­nymi z jed­nej i syl­wetką Geody z dru­giej strony. Vin­tia­nin trwał w bez­ru­chu na miej­scu, które było naj­wy­raź­niej sta­no­wi­skiem nawi­ga­tora. Pada­wan musiał wycią­gać szyję, żeby zoba­czyć coś przez ilu­mi­na­tor, ale uznał, że ten wysi­łek jest wart swo­jej ceny; cho­ciażby dla­tego, że Coru­scant miał zoba­czyć następ­nym razem dopiero za wiele dłu­gich mie­sięcy. Może nawet za rok? Nie dopusz­czał do sie­bie myśli, że jego przy­dział mógłby potrwać dłu­żej.

"Dom" - to słowo wypły­nęło, nie­pro­szone, na powierzch­nię jego świa­do­mo­ści, spra­wia­jąc, że serce ści­snęło mu się z bólu. Jedi uczono, by nie trak­to­wali swo­ich świą­tyń jak domów, a także, by nie myśleli w ten spo­sób o pla­ne­tach, z któ­rych pocho­dzili. A jed­nak tęsk­nota za domem była czymś, przed czym nie była w sta­nie ustrzec się do końca żadna z żywych istot. Reath nie chciał się przed nią bro­nić. Chciał zapa­mię­tać Coru­scant takim, jakie było: lśniące niczym klej­not, roz­wi­ja­jące się niczym piękny kwiat.

"Czy sprze­ci­wiasz się naukom Jedi, pada­wa­nie? - W uszach roz­brzmiał mu głos mistrzyni Jory, sta­now­czy, ale zabar­wiony nutą roz­ba­wie­nia. - To nie przy­stoi człon­kowi zakonu...".

"Jestem gotów kro­czyć ścieżką Jedi - odpo­wie­dział jej w myślach bar­dziej dobit­nie i wyraź­nie, niż udało mu się to, gdy roz­ma­wiał z nią ostatni raz. - Czuję jed­nak, że moje miej­sce jest tutaj, na Coru­scant, w archi­wach".

Nie­mal natych­miast upo­mniał się w myśli: sam fakt, że coś mówiło mu, iż nie powi­nien niczego zmie­niać w swoim życiu, wcale nie ozna­czał, że to musiała być Moc.

Z dru­giej strony jed­nak... co, jeśli to fak­tycz­nie była ona?

Sku­lił się w swoim fotelu, roz­pacz­li­wie pra­gnąc wie­rzyć w słusz­ność instynk­tów, które pod­po­wia­dały mu, że cała ta podróż to zły pomysł - przy­naj­mniej w jego przy­padku. Pozo­stała trójka Jedi wyda­wała się kom­plet­nie zre­lak­so­wana i nie­wzru­szona. Wręcz spo­kojna. Zazdro­ścił im tego opa­no­wa­nia i wiary w nie­omyl­ność losu; pew­nej, sta­bil­nej więzi z Mocą.

"Gdy sam przejdę próby - posta­no­wił w myśli - będę jak oni: pewny sie­bie i spo­kojny. Świa­dom wła­snego celu. Pozba­wiony wszel­kich roz­te­rek i wąt­pli­wo­ści".

Orla Jareni zaci­snęła dło­nie na wyście­ła­nych pasach swo­jej uprzęży bez­pie­czeń­stwa. Warunki podróży były mniej kom­for­towe niż te, do któ­rych przy­wy­kła. Jed­nakże nie było to nic, czego nie spo­dzie­wa­łaby się w miej­scu, do któ­rego się wybie­rali - a fakt, że zna­la­zła to bli­żej, niż ocze­ki­wała, zamie­rzała potrak­to­wać jako dobry omen. Po chwili namy­słu uznała jed­nak, że doszu­ki­wa­nie się dobrych wróżb w sytu­acjach pod­szy­tych nadzieją lub stra­chem nie jest zbyt dobrym pomy­słem. Praw­dziwe pro­roc­twa zja­wiały się nie­pro­szone, a gdy się obja­wiały, trudno było je pomy­lić z czym­kol­wiek innym.

Póki co jed­nak nie poja­wiły się żadne znaki na nie­bie ani ziemi, które utwier­dzi­łyby ją w prze­ko­na­niu, że pod­jęła dobrą decy­zję.

"Czy powin­nam się wyco­fać? Zre­zy­gno­wać? - zasta­na­wiała się. - Rada z pew­no­ścią nie mia­łaby mi tego za złe. Gdy­bym im powie­działa, że się myli­łam, że to był błąd... Cóż, to by ozna­czało, że stra­ci­łaś wiarę w sie­bie - odpowie­działa krótko samej sobie. - Przy­naj­mniej spró­buj. Zacznij. Wróć do źró­deł. Wtedy dowiesz się, czy to był słuszny wybór... czy wręcz prze­ciw­nie".

Kap­tur pele­ryny peł­nił wiele funk­cji: chro­nił przed zim­nem, w razie potrzeby zapew­niał ano­ni­mo­wość, tłu­mił zbędny hałas... i tak dalej, i tak dalej. W chwili, gdy odla­ty­wali, Coh­mac Vitus nasu­nął go na głowę w cha­rak­te­rze osłony. Wkła­dał zbyt wiele wysiłku w kon­tro­lo­wa­nie swo­ich emo­cji, aby musieć się jesz­cze mar­twić o to, by na jego twa­rzy nie poja­wił się naj­mniej­szy ślad, który by go zdra­dził. Nim podej­mie się wypeł­nia­nia swo­ich obo­wiąz­ków na pogra­ni­czu, musi stłu­mić wewnętrzny nie­po­kój.

Zgło­sze­nie się na ochot­nika do tej misji wyda­wało mu się dobrą decy­zją - a przy­naj­mniej w chwili, gdy ją podej­mo­wał. To było nie tylko ważne zada­nie. Dzięki niemu Coh­mac będzie mógł wró­cić do miej­sca, w któ­rym - w jego wła­snym mnie­ma­niu - prze­stał być uczniem i stał się praw­dzi­wym Jedi. Bo po tym, co wyda­rzyło się pod­czas kry­zysu Eiram-E'ronoh, próby rycer­skie były w zasa­dzie jedy­nie for­mal­no­ścią.

A jed­nak za każ­dym razem, gdy Coh­mac myślał o tam­tej sytu­acji, był zmu­szony tłu­mić w sobie emo­cje, któ­rych nie powi­nien doświad­czać żaden Jedi.

"Powrót przy­nie­sie ci spo­kój - prze­ko­ny­wał sam sie­bie. - W końcu będziesz mógł na zawsze odsu­nąć od sie­bie te uczu­cia".

Gdy powta­rzał to sobie na Coru­scant, wie­rzył w to. Naprawdę w to wie­rzył.

Teraz jed­nak wcale nie był już tego taki pewien.

Dez Rydan wycią­gnął swoje dłu­gie nogi przed sie­bie, skrzy­żo­wał je w kost­kach i odchy­lił opar­cie fotela mak­sy­mal­nie do tyłu, w nadziei, że zdoła się po dro­dze nieco zdrzem­nąć. Prawdę powie­dziaw­szy, spo­dzie­wał się, że będzie bar­dziej pode­ner­wo­wany, ale zamiast tego czuł się odświe­żony i pełen ener­gii. Cóż, cza­sem zda­rzało się, że sam fakt pod­ję­cia jakiejś decy­zji miał moc dorów­nu­jącą samemu dzia­ła­niu. Cel roz­ja­śniał i nada­wał zna­cze­nie wszyst­kim czy­nom, uwznio­ślał każdą myśl.

Mistrzyni Jora bez wąt­pie­nia prze­strze­głaby go, że powi­nien być ostroż­niej­szy. Powie­dzia­łaby, że taka żądza przy­gód może prze­cie­rać szlaki dla innych pra­gnień, sto­ją­cych w sprzecz­no­ści z rolą Jedi.

Nagła i nie­spo­dzie­wana rezy­gna­cja z misji na Zeito­oine wywo­łała nie­uchron­nie serię pytań, a on wie­dział, że na tym się nie skoń­czy.

"Zro­bi­łeś to, co musia­łeś - prze­ko­ny­wał sam sie­bie. - Gdy­byś został tam dłu­żej, twoja fru­stra­cja prze­ro­dzi­łaby się w gniew. Czy nie mia­łeś przy­pad­kiem prze­stać poda­wać w wąt­pli­wość każdą swoją decy­zję?".

Wyda­wało mu się, że ma to już za sobą - i przez chwilę rze­czy­wi­ście tak było. Jed­nak to czas miał zwe­ry­fi­ko­wać, jak długo zdoła wytrwać w swoim posta­no­wie­niu.

Na widok współ­rzęd­nych, które poja­wiły się na wyświe­tla­czu w kok­pi­cie, Leox kiw­nął głową. Sznury jego pacior­ków medy­ta­cyj­nych, omo­tane wokół dźwi­gni akty­wa­cji goleni lądow­ni­czych, zako­ły­sały się, poszczę­ku­jąc cicho, gdy Affie pode­rwała "Sta­tek", wypro­wa­dza­jąc go z terenu kosmo­portu wprost w gwar i zgiełk coru­scań­skiego ruchu powietrz­nego.

- Dobra robota, Geodo - pochwa­lił vin­tiań­skiego nawi­ga­tora. - Nie mogę się docze­kać, aż opu­ścimy tę sza­loną pla­netę. Tyle tu budowli i taki ruch, że cho­ciaż czło­wiek jest na zewnątrz, czuje się jak w zamknię­tym pomiesz­cze­niu.

- Ja rów­nież nie jestem pod jakimś szcze­gól­nym wra­że­niem - zgo­dziła się z nim Affie. - Nie mie­li­śmy zbyt wiele czasu, żeby się rozej­rzeć, ale z tego, co mówiła Sco­ver, wyni­kało, że to naj­bar­dziej impo­nu­jące miej­sce w galak­tyce.

- Pod wzglę­dem zabu­dowy na pewno. - Leox kiw­nął głową w stronę powierzchni pla­nety, od któ­rej odda­lali się coraz bar­dziej z każdą chwilą. - Ale nie­zbyt uro­kliwe, jeśli chcesz znać moje zda­nie.

Affie nie mogła nic pora­dzić na to, że czuła się roz­cza­ro­wana. Miała nadzieję wró­cić do Sco­ver Byne z jaki­miś bły­sko­tli­wymi spo­strze­że­niami albo wra­że­niami, które potwier­dzą, że warto było wysy­łać ją jako jedną z pierw­szych osób z grona człon­ków Gil­dii w podróż do Jądra Galak­tyki. Coru­scant musiało mieć w sobie coś wyjąt­ko­wego i nie­sa­mo­wi­tego - w prze­ciw­nym razie nie byłoby naj­waż­niej­szym ze Świa­tów Jądra, czyż nie? Cokol­wiek to jed­nak było, naj­wy­raź­niej umknęło Affie. Może przy­naj­mniej ich pasa­że­ro­wie okażą się inte­re­su­jący; jeśli ci cali Jedi rze­czy­wi­ście byli tak ważni, będzie mogła opo­wie­dzieć Sco­ver choć o nich.

"Chcia­ła­bym po pro­stu, żebyś była ze mnie dumna" - wes­tchnęła w duchu do swo­jej przy­bra­nej matki.

Atmos­fera się roz­pro­szyła, niebo pociem­niało. "Sta­tek" opu­ścił Coru­scant i wśli­zgnął się z powro­tem w prze­strzeń kosmiczną. Leox chwy­cił za dźwi­gnie hiper­na­pędu.

- Nie mogę się docze­kać, aż zosta­wię całą tę "cywi­li­za­cję" daleko w tyle - oświad­czył i sko­czyli, opusz­cza­jąc Jądro Galak­tyki i mknąc ku nie­zna­nym, dzi­kim tere­nom.

Roz­dział drugi

Prowi­zo­ryczne kajuty na pokła­dzie "Statku" nie były zbyt wygodne, ale kwa­te­rom pada­wań­skim w Świą­tyni Jedi rów­nież daleko było do luk­su­sów. Reath bez słowa skargi pogo­dził się z koniecz­no­ścią spa­nia na wąskiej koi w mikro­sko­pij­nym prze­dziale, wydzie­lo­nym za pomocą cien­kich ścia­nek i wypo­sa­żo­nym w pro­wi­zo­ryczny odświe­żacz.

Nie zamie­rzał też narze­kać na sam "Sta­tek". No dobrze, może i jego załoga była nieco... eks­cen­tryczna, a sam śro­dek trans­portu bar­dziej zde­ze­lo­wany niż więk­szość jed­no­stek, które odwie­dzały Coru­scant, ale sil­niki pra­co­wały równo i sta­bil­nie, tem­pe­ra­tura na pokła­dzie utrzy­my­wała się w zakre­sie opty­mal­nym dla ludzi i więk­szo­ści gatun­ków huma­no­idal­nych, a Jedi mieli mnó­stwo miej­sca na relaks - samot­nie bądź też w towa­rzy­stwie innych, w mesie.

Reath zasta­na­wiał się, czy znaj­dzie tu jakiś punkt dostępu do infor­ma­cji. Może mógłby zna­leźć coś cie­ka­wego do czy­ta­nia? "Oczy­wi­ście, że nie" - odpo­wie­dział prędko sam sobie. Głu­pio byłoby spo­dzie­wać się tego typu luk­su­sów na tak nie­wiel­kim statku. Tak czy ina­czej, uznał to za pierw­szy sygnał nie­do­god­no­ści, w które bez wąt­pie­nia będzie obfi­to­wało pogra­ni­cze. Cóż, być może lepiej wziąć się w garść i się z tym pogo­dzić, nim ponow­nie spo­tka się z mistrzy­nią Jorą i przyj­mie na sie­bie nowe obo­wiązki. Wciąż jesz­cze żywił nadzieję, że zdoła nakło­nić ją do zmiany zda­nia, ale zda­wał sobie sprawę z tego, że straci tę nikłą szansę, nim w ogóle spró­buje ją wyko­rzy­stać, jeśli nie dotrze na pokład Gwiezd­nego Bla­sku w naj­lep­szej for­mie.

Nie był w zbyt towa­rzy­skim nastroju, za to zde­cy­do­wa­nie był w nastroju, by coś prze­ką­sić. Jak zwy­kle zresztą. Rósł bły­ska­wicz­nie (tylko w ciągu ostat­niego roku przy­było mu dwa­na­ście cen­ty­me­trów!) i pochła­niał tak ogromne ilo­ści jedze­nia, że cza­sem sam się dzi­wił, jakim cudem jego żołą­dek jest w sta­nie tyle pomie­ścić.

Ku jego uldze, mesa oka­zała się opu­sto­szała. Ucie­szył się, że będzie mógł zjeść w samot­no­ści.

- Dwie pie­cze­nie na jed­nym o... - mruk­nął do sie­bie pod nosem, ale nie zdą­żył dokoń­czyć, bo w pół zda­nia z gar­dła wyrwało mu się pełne zasko­cze­nia i udręki: - Aach! - na widok sto­ją­cego w kącie pomiesz­cze­nia Geody. W jaki spo­sób prze­mie­ścił się tu z kok­pitu? Czy to Leox i Affie go tu prze­nie­śli? Czy ta... istota cho­dziła samo­dziel­nie? A może peł­zała, toczyła się lub nawet miała zdol­ność tele­por­ta­cji? Reath zmru­żył oczy i przyj­rzał się skale podejrz­li­wie, pró­bu­jąc usta­lić, czy wygląda na przy­ja­zną czy poiry­to­waną oraz czy w ogóle jest przy­tomna i świa­doma jego obec­no­ści. Poległ z kre­te­sem. - Prze­pra­szam - bąk­nął. - Tro­chę mnie, eee... wystra­szy­łeś.

Geoda nie odpo­wie­dział i Reath poczuł się głu­pio, że w ogóle spo­dzie­wał się jakiejś odpo­wie­dzi.

- O, cześć! - zawo­łała Affie Hol­low, poja­wia­jąc się nagle w wej­ściu do świe­tlicy. - No to... jak ci się podoba? To zna­czy, mam na myśli "Sta­tek".

- Jest ide­alny dla naszych potrzeb - oznaj­mił dyplo­ma­tycz­nie Reath.

Na dźwięk słowa "ide­alny" twarz Affie roz­pro­mie­niła się jak nabo­oań­ska latar­nia.

- Uwiel­biam go. To mój naj­ulu­bień­szy sta­tek w naszej flo­cie.

- Jakiej flo­cie?

- Flo­cie Gil­dii Byne - wyja­śniła Affie, otwie­ra­jąc paczkę bla­do­ró­żo­wego proszku i wsy­pu­jąc go do miseczki. - Jej wła­ści­cielka, Sco­ver Byne, chcia­łaby, żebym pew­nego dnia prze­jęła inte­res. Gdy nabiorę nieco doświad­cze­nia, da mi wła­sny sta­tek - wiem to, jestem tego pewna. Ale ja nie zamie­ni­ła­bym tego na żaden inny.

Reath po cichu zwe­ry­fi­ko­wał swoje mnie­ma­nie o skali i wpły­wach Gil­dii Byne. "Sta­tek" był w pełni sprawny i niczego mu nie bra­ko­wało, jeśli jed­nak był naj­lep­szym, co miała do zaofe­ro­wa­nia flota Gil­dii, to... cóż, Reath nie miał wię­cej pytań.

Jego mina naj­wy­raź­niej go zdra­dziła, bo na jej widok Affie par­sk­nęła gło­śnym śmie­chem.

- Sco­ver też nie rozu­mie, dla­czego to wła­śnie ten lubię naj­bar­dziej. Mam jed­nak wra­że­nie, że... nie­które jed­nostki ema­nują czymś w rodzaju wyjąt­ko­wej ener­gii, wiesz? Może nawet mają coś w stylu duszy. A "Sta­tek" ma tego "cze­goś" wię­cej niż cokol­wiek innego, czym lata­łam do tej pory. I wła­śnie dla­tego to nim chcia­ła­bym prze­mie­rzać galak­tykę.

- Rozu­miem - zapew­nił ją Reath. Może po pro­stu w miarę upływu czasu sta­tek i wła­ści­ciel w pewien spo­sób docie­rali się i zży­wali ze sobą? - Na pewno nie można mu odmó­wić... eee... oso­bo­wo­ści.

Affie wlała do miseczki nieco wody i różo­wawy pro­szek przy­brał formę kle­istej klu­chy.

- No dobrze. Chcia­ła­bym, żebyś mi wyja­śnił, kim są Jedi - tak w dwóch zda­niach. Albo nawet kró­cej.

Reath uśmiech­nął się - miał wra­że­nie, że pierw­szy raz od bar­dzo dawna.

- W dwóch zda­niach? W porządku, ale ostrze­gam: mogą być bar­dzo dłu­gie.

- Przed nami szmat nad­prze­strzeni do prze­mie­rze­nia. Mamy mnó­stwo czasu - odparła Affie, sia­da­jąc i odgry­za­jąc pokaźny kęs lep­kiej buły. - Gotów na opo­wieść, Geodo? - spy­tała z peł­nymi ustami.

Geoda nie odpo­wie­dział ani nie dał w żaden inny spo­sób do zro­zu­mie­nia, że usły­szał pyta­nie.

Reath wes­tchnął. Od czego zacząć? "Naj­le­piej od samego początku" - uznał.

- Wiesz, czym jest Moc?

Affie spio­ru­no­wała go wzro­kiem.

- Daj spo­kój. Co to za pyta­nie? Wszy­scy to wie­dzą!

- Dobrze już, dobrze! - Reath pod­niósł dło­nie w geście kapi­tu­la­cji. - Wybacz. Chcia­łem się tylko upew­nić. No to... Jedi są użyt­kow­ni­kami Mocy, zjed­no­czo­nymi w wysił­kach, by zro­zu­mieć jej taj­niki. Peł­nią też funk­cję galak­tycz­nych straż­ni­ków pokoju i spra­wie­dli­wo­ści.

- Sły­sza­łam już o użyt­kow­ni­kach Mocy - wyznała Affie. - Ale... dla­czego wła­ści­wie nazy­wają was mni­chami?

- Jesz­cze dru­gie zda­nie - zastrzegł Reath, po czym przy­stą­pił do wyja­śnień: - My... sta­ramy się sku­pić na egzy­sten­cji ducho­wej i porzu­cić indy­wi­du­alne więzi, aby bez reszty oddać się dzia­ła­niu na rzecz spraw więk­szej wagi.

Affie przez chwilę prze­żu­wała z namy­słem swoją rację żyw­no­ściową, aż wresz­cie zapy­tała:

- A więc zero seksu?

Zasta­na­wiał się, czy powi­nien powtó­rzyć jej całą prze­mowę mistrzyni Jory na temat róż­nic mię­dzy celi­ba­tem cie­le­snym a praw­dziwą czy­sto­ścią serca. To był bar­dzo długi wykład, więc uznał osta­tecz­nie, że lepiej sobie daro­wać.

- No, mniej wię­cej - stwier­dził tylko oględ­nie.

Affie poki­wała głową.

- A więc fak­tycz­nie żyje­cie jak mnisi.

- Rany, po pro­stu tego nie łapię - stwier­dził Leox nieco póź­niej, gdy Affie i Geoda pró­bo­wali obja­śnić mu idee przy­świe­ca­jące Jedi. - Jak można kochać całą galak­tykę, jeśli się nie wie, jak darzyć miło­ścią drugą osobę?

Affie wzru­szyła ramio­nami, spraw­dza­jąc odczyty na wyświe­tla­czach. Pul­su­jący nie­bie­ski wir nad­prze­strzeni odbi­jał się w każ­dym meta­lo­wym ele­men­cie wypo­sa­że­nia kok­pitu, oble­wa­jąc go nie­sa­mo­witą, elek­try­zu­jącą poświatą. Nawet ciało Geody lśniło bla­dym błę­kit­na­wym bla­skiem.

- Nie musisz upra­wiać z kimś seksu, by go kochać - zwró­ciła mu uwagę. - Aku­rat ty powi­nie­neś dosko­nale o tym wie­dzieć.

- Ow­szem, to prawda - przy­znał. - Ale inne istoty wydają się... cenić kopu­la­cję jako formę two­rze­nia i umac­nia­nia więzi. - Leox skrzy­wił się i zaklął pod nosem. - Wybacz, nie chcia­łem, żeby to tak zabrzmiało...

Affie wie­działa, że nie chciał spra­wić jej przy­kro­ści, ale nie mogła zaprze­czyć: nie zno­siła, gdy zamiast jak równą, trak­to­wał ją, jakby była dziec­kiem. Na szczę­ście nie zda­rzało mu się to zbyt czę­sto.

- Nic się nie stało - zapew­niła go. - Wiesz, chyba już kie­dyś obiło mi się o uszy to i owo na temat seksu.

W odpo­wie­dzi Leox się roze­śmiał.

- Nie zapo­mnij tylko uświa­do­mić swo­jej mamie, że to nie ja pierw­szy poru­szy­łem w roz­mo­wie z tobą ten temat.

Za każ­dym razem, gdy mówił o Sco­ver Byne jako o jej matce, Affie robiło się cie­pło na sercu.

- Wiesz, że gdy­byś posta­rał się choć odro­binę, Sco­ver z pew­no­ścią by cię polu­biła? Może gdy­byś raz na jakiś czas poświę­cił się i zało­żył ska­fan­der Gil­dii...

- Co to, to nie - zapro­te­sto­wał sta­now­czo i pokrę­cił głową. - Nie ma takiej opcji. Trzeba mieć zasady. A ponie­waż bra­kuje mi środ­ków finan­so­wych, które pozwo­li­łyby mi unie­za­leż­nić się od Gil­dii, muszę uze­wnętrz­niać moją oso­bo­wość stro­jem. Innymi słowy: możesz zabrać mi kora­liki, ale po moim tru­pie.

Affie stłu­miła cisnący jej się na usta uśmiech.

- Wiesz, Jedi powie­dzie­liby pew­nie, że przy­wią­zu­jesz zbyt dużą wagę do rze­czy mate­rial­nych.

- Nie tobie oce­niać mój sto­su­nek do kwe­stii meta­fi­zycz­nych, Kru­szyno.

- Nie nazy­waj mnie tak!

Coh­mac Vitus był rze­czo­wym czło­wie­kiem, kie­ru­ją­cym się w życiu pra­wami logiki. I cho­ciaż nie nego­wał wła­snych uczuć, ni­gdy nie pozwa­lał, by mąciły one jego osąd. A przy­naj­mniej miał nadzieję, że mu się to udaje. Jego ści­sły, mate­ma­tyczny umysł przed­kła­dał nama­cal­ność i dowody nad mgli­stą nie­ja­sność i prze­czu­cia, a od tajem­ni­czo­ści wolał wymier­ność. Nie­je­den raz zda­rzało się, że ten lub inny Jedi zwra­cał mu uwagę na to, iż to bar­dzo nie­zwy­kłe podej­ście u bądź co bądź mistyka. Jed­nak Coh­mac miał wra­że­nie, że to wła­śnie była część wiana, które wno­sił do zakonu: opa­no­wa­nie i racjo­nal­ność.

Dla­czego więc to nasta­wie­nie zda­wało mu się teraz mniej darem, a bar­dziej czymś w rodzaju sys­temu obron­nego?

"Bo uda­jesz się w miej­sce, w któ­rym pierw­szy raz prze­ko­na­łeś się o szko­dli­wo­ści pły­ną­cej z braku skru­pu­lat­no­ści - odpo­wie­dział sam sobie. - Z kie­ro­wa­nia się uczu­ciami. Wszyst­kiego, czym zaowo­co­wała misja zwią­zana z kon­flik­tem na linii Eiram-E'ronoh".

Przez chwilę był znów w labi­ryn­cie jaskiń, z Orlą drżącą u jego boku, wpa­tru­jącą się ze stra­chem w kształty maja­czące w lodo­wa­tym mroku...

Potrzą­snął głową, jakby w ten spo­sób mógł usu­nąć z pamięci wspo­mnie­nia tam­tych chwil. Naj­lep­szym zna­nym mu spo­so­bem na oczysz­cze­nie umy­słu były ćwi­cze­nia fizyczne. Na statku tych roz­mia­rów moż­li­wo­ści były bar­dzo ogra­ni­czone, ale ener­giczna prze­chadzka kory­ta­rzami powinna wystar­czyć. Masze­ro­wał więc żwawo przed sie­bie, licząc na to, że po dro­dze nikogo nie spo­tka. Nadzieje oka­zały się jed­nak płonne, bo nie­mal natych­miast wpadł na Deza, pogrą­żo­nego w oży­wio­nej dys­ku­sji z Reathem Sila­sem.

- Mam tu na myśli - tłu­ma­czył pada­wan, żywo gesty­ku­lu­jąc - czy nazwał­byś nas mni­chami?

- Nie­ko­niecz­nie - odparł Dez. - Widzę, że nie zdo­ła­łeś prze­ko­nać mistrzyni Jory w kwe­stii swo­jego pada­wań­skiego war­ko­czyka?

- Nie­stety nie. - Reath mach­nął dło­nią w kie­runku swo­jej poty­licy.

Daw­niej nosze­nie przez pada­wa­nów war­ko­czy­ków było obo­wiąz­kowe - a przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o rasy z okrywą wło­sową na gło­wach. Obec­nie nie każdy mistrz ich wyma­gał. Coh­mac nie miał zamiaru nale­gać na zapusz­cza­nie war­ko­czyka, gdyby kie­dy­kol­wiek wziął sobie pada­wana. Naj­wy­raź­niej jed­nak mistrzyni Jora była innego zda­nia.

Miał zamiar wyco­fać się nie­zau­wa­że­nie, ale nim zdo­łał to zro­bić, Reath odwró­cił się w jego stronę.

- Mistrzu Vitu­sie? Czy mógł­bym o coś spy­tać? W jaki spo­sób odkry­wasz i reje­stru­jesz nowe legendy? To zna­czy, jako folk­lo­ry­sta. Czy znaj­du­jesz po pro­stu miej­scową gawę­dziarkę czy gawę­dzia­rza i pro­sisz ich, by ci coś opo­wie­dzieli?

- Cza­sami - przy­znał Coh­mac, wyglą­da­jąc przez jeden z nie­licz­nych maleń­kich ilu­mi­na­to­rów "Statku" w inten­sywny, hip­no­ty­zu­jący błę­kit nad­prze­strzeni. - Ale znacz­nie czę­ściej to... bar­dziej skom­pli­ko­wane. Jest całe mnó­stwo histo­rii, któ­rymi istoty są skłonne się dzie­lić... ale są i inne. Tajemne, mrocz­niej­sze - te, któ­rych zna­cze­nie znacz­nie trud­niej jest pojąć. Tych histo­rii nie opo­wia­dają obcym tak chęt­nie. Jak można się jed­nak spo­dzie­wać, pra­wie zawsze to wła­śnie one są naj­waż­niej­sze.

"To wła­śnie dzięki nim kon­flikt mię­dzy Eira­mem a E'ronoh mógłby się skoń­czyć ina­czej" - dodał w myśli.

Dez uśmiech­nął się do niego i pochy­lił, żeby roz­piąć buty.

- To jak ich nama­wiasz, żeby ci je zdra­dzili?

- To zależy - odparł Coh­mac. - Ist­nieją gatunki sza­nu­jące obcych, któ­rzy naci­skają i pró­bują wycią­gnąć od nich pewne infor­ma­cje. Są też takie, które w podob­nych sytu­acjach mają raczej w zwy­czaju ich poże­rać. Naj­le­piej zbyt mocno nie nale­gać, dopóki nie prze­ko­nasz się, z jaką kul­turą masz do czy­nie­nia. W tym cza­sie... - Wzru­szył ramio­nami. - Stu­diu­jesz na przy­kład ich sztukę. Obrazy, gobe­liny, lite­ra­turę - cokol­wiek. Sym­bo­lizm i ale­go­rie mogą wiele wyja­śnić. Potem pytasz o tę sztukę... a oni w spo­sób natu­ralny prze­cho­dzą do legend.

- Sprytne - oce­nił Reath. - I genialne w swo­jej pro­sto­cie.

- Dzię­kuję. - Coh­mac skło­nił głowę.

- Mimo to... ta misja to będzie dla cie­bie praw­dziwe wyzwa­nie, czyż nie? - drą­żył Dez. - Zapu­ścić się w nie­zba­dane regiony...

- I to dosłow­nie! - zaśmiał się Reath.

Coh­mac mógłby im zdra­dzić, że był już kie­dyś w tym rejo­nie prze­strzeni kosmicz­nej - a dokład­niej na zapo­mnia­nym księ­życu mię­dzy bliź­nia­czymi pla­ne­tami, które stoją teraz na straży nowej Latarni Gwiezdny Blask.

Nie było jed­nak takiej potrzeby, a on już dawno nauczył się, że należy ważyć słowa. Sta­now­czo zbyt łatwo było powie­dzieć wię­cej, niż się chciało i niż było to konieczne.

W kok­pi­cie "Statku" Leox Gyasi żuł przy­pra­wową pałeczkę i wpa­try­wał się w odczyty na ekra­nie kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego.

Przy­pra­wowe pałeczki były legalne w prze­strzeni Repu­bliki - a przy­naj­mniej na razie. Głów­nie dla­tego, że póki co wła­dze nie miały czasu pochy­lać się na każdą dupe­relą i zaka­zy­wać wszyst­kiego, co wyda­wało im się podej­rzane. A może pałeczki prze­ła­mią tę passę i zacho­wają sta­tus legal­nej używki? Ale jed­nak... wcale nie musiało tak się stać. Leox zgro­ma­dził sobie mały zapa­sik - na wszelki wypa­dek.

"Powin­ni­śmy spraw­dzić inne odczyty doty­czące ruchu - myślał. - Uzy­skać dokład­niej­sze dane. Czyżby sys­temy szwan­ko­wały? Ale jeśli tak... to dla­czego?".

- Geodo, mój drogi przy­ja­cielu - zagad­nął. - Czy widzisz to co ja?

Zło­wiesz­cze mil­cze­nie Geody dawało do myśle­nia. Coś było bar­dzo nie w porządku z ruchem w nad­prze­strzeni. Bar­dzo, ale to bar­dzo. Te kilka jed­no­stek, które był w sta­nie namie­rzyć, poru­szało się w spo­sób, który... cóż, nie miał żad­nego sensu.

- Nie podoba mi się to - mruk­nął pod nosem Leox. - Wcale mi się nie podoba.

Ich sta­tek na­dal leciał przez nad­prze­strzeń, nie wyka­zu­jąc żad­nych nie­po­ko­ją­cych obja­wów, więc rów­nie dobrze mogli kon­ty­nu­ować podróż. Leox uznał więc, że to może być jakiś lokalny pro­blem - coś, co już za chwilę miną i o czym szybko zapo­mną.

Orla Jareni liczyła na to, że przy­naj­mniej część podróży na Latar­nię Gwiezdny Blask spę­dzi na roz­mo­wach z załogą. Pla­no­wała kupić wkrótce wła­sny sta­tek - pierw­szy raz w życiu. I cho­ciaż prze­stu­dio­wała całe mnó­stwo spe­cy­fi­ka­cji tech­nicz­nych i zapo­znała się dogłęb­nie z danymi wielu modeli, to sądziła, że mogłaby się rów­nież sporo dowie­dzieć na ten temat od ludzi, któ­rzy spę­dzali całe życie na podró­żo­wa­niu wśród gwiazd.

Nie­któ­rzy Jedi padali ofiarą prze­ko­na­nia, że osoby spoza zakonu nie mogą ich niczego nauczyć. Orla zawsze miała jed­nak na uwa­dze, że każda, dosłow­nie każda istota w galak­tyce wie przy­naj­mniej jedną rzecz, o któ­rej ona sama nie ma choćby bla­dego poję­cia.

Affie Hol­low wyda­wała się naj­lep­szą kan­dy­datką do odby­cia takiej roz­mowy - cho­ciażby z tego względu, że spra­wiała wra­że­nie naj­przy­tom­niej­szej i naj­moc­niej stą­pa­ją­cej po ziemi z całej załogi "Statku".

A jed­nak Orla co i rusz łapała się na tym, że odkłada tę poga­wędkę na póź­niej. Bo dys­ku­sja o zaku­pie statku ozna­czała też z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa dys­ku­sję na temat jej decy­zji, aby zostać Poszu­ki­waczką. I cho­ciaż Affie nie wie­działa o Jedi zbyt wiele, to z pew­no­ścią zada to nasu­wa­jące się auto­ma­tycz­nie pyta­nie: dla­czego?

Orla nie czuła się zaś w tej chwili gotowa, by na nie odpo­wia­dać.

Mogłaby co prawda rzu­cić nie­zo­bo­wią­zu­jąco, że pod­po­wie­dział jej to instynkt - i zasad­ni­czo byłaby to prawda, jed­nak Orla przy­pusz­czała, że nie zaspo­ko­iłaby w ten spo­sób cie­ka­wo­ści Affie. Jeżeli już, to tylko by ją tym pod­sy­ciła.

A może powinna po pro­stu powie­dzieć, że ona i zakon Jedi prze­stali być w pew­nych kwe­stiach jed­no­myślni?

Cóż, mówiąc to, rów­nież by nie skła­mała. Prawdą było jed­nak też, że mia­łaby zapewne kło­poty, gdyby kto­kol­wiek z Rady się o tym dowie­dział.

Być może naj­lep­szą odpo­wie­dzią byłoby: "Chcę prze­stu­dio­wać Moc głę­biej, aby lepiej poznać jej taj­niki"? To także byłaby prawda - a na doda­tek stwier­dze­nie dość oględne i nie­ja­sne, by znie­chę­cić do dal­szych pytań.

"Poszu­ki­waczka" - szep­tał jej umysł i nie było sensu temu zaprze­czać: ode­szła od zakonu, aby eks­plo­ro­wać na wła­sną rękę nie­znany rejon galak­tyki. Licząc na to, że znaj­dzie tu cel, któ­rego nie mogła odszu­kać w poprzed­nich, powie­rza­nych jej odgór­nie misjach.

- Kogo chcę oszu­kać? - mruk­nęła do sie­bie, sto­jąc w mesie i parząc sobie chan­dri­lań­ską her­batę. - Skoro nie zdo­ła­łam zna­leźć odpo­wie­dzi w Świą­tyni, dla­czego mia­ła­bym je zna­leźć gdzieś... tam? Co powie­dzia­łaby moja mistrzyni, gdyby mnie teraz zoba­czyła? - Zamil­kła, licząc na to, że nikt jej nie pod­słu­chuje. Szanse na to były co prawda nie­wiel­kie, ale na pokła­dzie tak małego statku nie mogła być stu­pro­cen­towo pewna. Posta­no­wiła, że na czas podróży zachowa swoje prze­my­śle­nia dla sie­bie.

Poświę­ciła chwilę, by uspo­koić się i wziąć w garść, ale miała z tym pro­blem. Atmos­fera na pokła­dzie była dziw­nie zmą­cona... a nawet wzbu­rzona.

- Co się dzieje? - wymam­ro­tała... i wła­śnie wtedy z gło­śni­ków dobiegł głos Leoksa Gyasiego:

- Każdy, kto chce ujść z życiem, lepiej niech szybko się przy­pnie!

Reath ruszył bie­giem w stronę roz­kła­da­nych sie­dzeń, docie­ra­jąc do nich w tej samej chwili, co pozo­stali Jedi.

- Co się dzieje? - zawo­łała Orla, gdy pospiesz­nie zapi­nali pasy uprzęży bez­pie­czeń­stwa.

- O ile jestem w sta­nie stwier­dzić, coś jest nie tak z nad­prze­strze­nią! - odkrzyk­nął Leox.

- Co takiego? - Dez wyglą­dał na tak samo zbi­tego z tropu, jak Reath się czuł. - Co dokład­nie?

- Widzie­li­ście kie­dyś w nad­prze­strzeni chmurę szcząt­ków? - spy­tał Leox. - Coś, co nie ma prawa się w niej poja­wić? Cóż, wła­śnie się w niej zama­ni­fe­sto­wało. - Mełł zawzię­cie w ustach przy­pra­wową pałeczkę. - Szczątki są dosłow­nie wszę­dzie!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki