Rozdział czwarty
rozdział czwarty
REPUBLIKAŃSKI KRĄŻOWNIK TYPU EMISSARY "TRZECI HORYZONT"
90 minut do zderzenia
W układzie Hetzal pojawił się statek, wyskakując z nadprzestrzeni i gwałtownie zwalniając podczas powrotu do zwykłej prędkości. Znalazł się
daleko w głębi kursu prowadzącego ku słońcu, a studnie grawitacyjne,
wśród których musiał manewrować, z pewnością rozerwałyby na strzępy
mniejszą jednostkę - a nawet tę, gdyby obsada jej mostka nie stanowiła
najlepszych spośród najlepszej kadry Republiki.
Statek nazywał się "Trzeci Horyzont" i był piękny. Poszycie jego
zaostrzającego się stopniowo kadłuba pełne było łagodnych krzywizn,
przypominających fale na srebrnym morzu, a wznoszące się z niego wieże i blanki upodabniały go do leżącej na boku fortecy złożonej z licznych
skrzydeł, iglic i wypiętrzeń. Był niczym wcielenie ambicji. Optymizmu.
Stanowił ucieleśnienie piękna, powołanego do życia dla samego jego
istnienia, bez przykładania specjalnej wagi do kosztów czy wysiłku
włożonego w budowę.
"Trzeci Horyzont" stanowił dzieło sztuki, symbol wielkiej Republiki i światów, które reprezentowała.
Z umieszczonych w kadłubie hangarów zaczęły się wysypywać mniejsze
jednostki, odrywając się od niego niczym płatki kwiatów porwane bryzą;
lśniące krople srebra i złota. To były statki zakonu Jedi, vectory. Jako
że Jedi i Republika ściśle ze sobą współpracowali, podobnie miała się
rzecz z ich statkami oraz samymi członkami zakonu. Hangary "Trzeciego
Horyzontu" opuszczały również większe jednostki, stanowiące siłę roboczą
Republiki: longbeamy - uniwersalne jednostki przeznaczone do walki,
misji poszukiwawczych i ratunkowych, transportu oraz wypełniania każdego
innego zadania, jakiego akurat wymagały okoliczności.
Vectory były stateczkami pasażerskimi, konfigurowanymi jako pojazdy
jedno- lub dwuosobowe - bo nie wszyscy Jedi podróżowali samotnie.
Niektórym towarzyszyli ich padawani, tak aby mogli przyswajać lekcje,
których pragnęli im udzielić ich mistrzowie. Longbeamy mogła obsługiwać
załoga złożona z trzech osób, ale były one zdolne pomieścić na swoich
pokładach do dwudziestu czterech żołnierzy, dyplomatów, sanitariuszy,
techników... każdego, kto był akurat potrzebny.
Mniejsze statki przyspieszyły, oddalając się od "Trzeciego Horyzontu",
aby zanurzyć się w głąb układu. Każdemu z nich wyznaczono cel, zadanie.
Każdy miał do ocalenia czyjeś życie.
Na mostku "Trzeciego Horyzontu" stała samotnie wysoka kobieta. Dookoła
niej jak w ukropie uwijali się członkowie załogi, w łukowatych niszach i zakamarkach mostka oficerowie, nawigatorzy i specjaliści zaczynali
koordynować swoje wysiłki ukierunkowane na ocalenie układu Hetzal od
zniszczenia. Kobieta nazywała się Avar Kriss i przez większość swojego
około trzydziestoletniego życia była członkinią zakonu Jedi. Jako
dziecko trafiła do Wielkiej Świątyni na Coruscant - szkoły, ambasady i klasztoru w jednym, stanowiącej jednocześnie ostoję Mocy łączącej
wszystkie istoty żywe. Początkowo należała do młodzików, aby w miarę
postępów awansować do stopnia padawanki, następnie rycerki Jedi i wreszcie stać się...
Mistrzynią.
To ona zawiadywała tą operacją. "Trzecim Horyzontem", stanowiącym część
niewielkiej floty sił pokojowych utrzymywanej przez Koalicję Obrony
Republiki, dowodził admirał nazwiskiem Kronara, ale w tej akcji, próbie
uchronienia Hetzala przed katastrofą, przekazał stery Jedi. Decyzja
została podjęta jednomyślnie i nie była przedmiotem dyskusji. Republika
miała swoje silne punkty, podobnie jak Jedi, i każda ze stron
wykorzystywała dostępne jej środki, aby wspierać drugą i działać na jej
korzyść.
Avar Kriss przyglądała się obrazowi układu Hetzal wyświetlanemu na
płaskiej srebrzystej ścianie projekcyjnej mostka przez specjalne droidy
łącznościowe lewitujące tuż przed nią. Mapę sytuacyjną tworzono na
podstawie informacji przekazywanych przez źródła wewnątrzukładowe, a także systemy czujników "Trzeciego Horyzontu". Na zielono zaznaczono na
niej światy, statki, stacje kosmiczne i satelity Hetzala. Własne zasoby
Kriss - vectory, longbeamy i sam "Horyzont" - miały barwę niebieską.
Śmiercionośne punkty, przemykające przez układ z niesamowitą prędkością,
nieznanego typu i źródła, były czerwone. Na jej oczach na wyświetlaczu
pojawiły się nowe szkarłatne plamki. Cokolwiek się tam działo, to
jeszcze nie był koniec.
Dłoń Avar Kriss powędrowała do ramienia, na którym jej długa biała szata
była spięta złotą klamrą w kształcie symbolu zakonu - żywego wschodu
słońca. To był ubiór ceremonialny, odpowiedni na walne zgromadzenie
przedstawicieli Jedi i Republiki, na które wysłano jakiś czas temu
"Trzeci Horyzont". Statek wypełnił już swoją misję i wracał właśnie z inspekcji na pokładzie dopiero co ukończonej stacji kosmicznej o nazwie
Latarnia Gwiezdny Blask, która miała zmienić oblicze galaktyki. Teraz
jednak, zważywszy na charakter czekającego ich zadania, zdobne szaty
tylko ją rozpraszały. Avar stuknęła palcem w klamrę, która otworzyła się
i opadła na ziemię pośród fałdów tkaniny, odsłaniając ukrytą pod
zbytkownym strojem prostą białą tunikę z dekoracyjnym złotym motywem. Na
biodrze kobiety, w białej kaburze, spoczywał metalowy cylinder - lity
walec ze srebrzystobiałego elektrum, przypominający rączkę jakiegoś
narzędzia pozbawioną elementu użytkowego. Przez całą długość cylindra,
aż do osłony emitera, biegła spiralnie żłobiona linia inkrustowana
żywozielonym morskim kamieniem - służąca zarówno jako zdobienie, jak i detal rękojeści poprawiający chwyt. To była broń, którą Avar biegle
władała, ale której nie będzie dziś potrzebować. Miecze świetlne nie
mogły ocalić Hetzala. Musieli to zrobić sami Jedi.
Avar usiadła na podłodze, krzyżując nogi. Jej sięgające do ramion jasne
włosy same odsunęły się z twarzy, jakby żyły własnym życiem, a potem
splotły się w skomplikowany węzeł, mandalę, której stworzenie samo w sobie pomagało jej się skupić. Avar przymknęła oczy...
Spowolniła oddech, sięgając poprzez otaczającą ją i przepełniającą Moc.
Powoli zaczęła się wznosić w powietrze i zatrzymała się jakiś metr nad
pokładem.
W jej stronę kierowało się coraz więcej zaciekawionych spojrzeń obsady
mostka "Trzeciego Horyzontu". Kiwali głowami lub uśmiechali się lekko.
Niektórzy tego nie okazywali, ale i w ich duszach na ten widok zapalała
się iskierka nadziei. Wszyscy wracali jednak szybko do wypełniania
swoich pilnych obowiązków.
Avar Kriss nie zwracała uwagi na reakcje otoczenia. Teraz istniały dla
niej tylko Moc oraz to, co jej ona przekazywała - i co Avar musiała
zrobić.
Przystąpiła do działania.
Rozdział piąty
rozdział piąty
ORBITA HETZAL PRIME
80 minut do zderzenia
Bell Zettifar czuł, jak statek zbliża się do górnych warstw atmosfery.
Ich vector nie miał nazwy, a przynajmniej nie oficjalnie. Wszystkie były
zasadniczo identyczne i teoretycznie losowo przypisywane latającym nimi
Jedi - on i jego mistrz zawsze jednak korzystali z tego samego: z niewielką rysą na skrzydle, będącą pamiątką po burzy jonowej, przez
którą kiedyś przelecieli. Miała gwiaździsty kształt, więc Bell - chociaż
tylko w myśli, nigdy na głos - nazywał ich statek "Novą".
Vectory były minimalistycznymi maszynami, pod każdym względem:
szczątkowe osłony, podstawowe uzbrojenie, ograniczone do niezbędnego
minimum wsparcie komputerowe. To ich piloci stanowili o ich
umiejętnościach. Jedi byli osłonami, bronią oraz mózgami swoich statków,
określającymi, do czego były one zdolne i co mogły osiągnąć. Vectory
były małe i zwinne. Flota takich jednostek stanowiła imponujący widok, z Jedi zasiadającymi za ich sterami i kierującymi nimi za pośrednictwem
Mocy, osiągającymi poziom precyzji, jakiego nie mógłby zapewnić żaden
droid ani zwykły pilot.
Wyglądały niczym stado ptaków, czy może raczej chmura opadających liści
porwanych podmuchem wiatru, ciągnących w tym samym kierunku, połączonych
ze sobą niewidzialną więzią... Mocą. Bell widział raz na Coruscant pokaz
zorganizowany w ramach programu promocji Świątyni: trzy tysiące vectorów
poruszających się jak jeden żywy organizm; złotych i srebrnych strzałek,
lśniących w słońcu nad placem Senackim. Rozpraszały się, splatały w pasma przypominające warkocze i przemykały wokół siebie nawzajem w niewiarygodnym pędzie. To była najpiękniejsza rzecz, jaką oglądał w życiu. Ludzie nazywali to dryfem. Dryfem vectorów.
Teraz jednak ich "Nova" leciała samotnie, jedynie z nimi dwoma na
pokładzie: uczniem Jedi Bellem Zettifarem oraz jego mistrzem Lodenem
Greatstormem, zasiadającym przed nim w fotelu pilota. Delegacja Jedi z pokładu "Trzeciego Horyzontu" została podzielona na grupy operacyjne i poszczególne vectory skierowano do różnych punktów w całym układzie.
Było zbyt wiele zadań do wypełnienia - i zbyt mało czasu.
Ich dwójkę wysłano z misją na największy zamieszkany obiekt w układzie,
planetę Hetzal Prime. Z misją tyleż ważną, co niezbyt jasno określoną:
nieść pomoc.
Bell zerknął przez iluminator na majaczącą w dole połać
zielono-złoto-błękitnego świata. To było piękne miejsce, a przynajmniej
takie można było odnieść wrażenie z tej wysokości. Przypuszczał jednak,
że tam, w dole, sprawy mogą się mieć zgoła inaczej. Jak okiem sięgnąć,
przestrzeń przecinały smugi pozostawiane przez układy napędu innych
statków - świadectwo masowego exodusu jednostek opuszczających planetę.
Ich "Nova" i kilka innych vectorów oraz republikańskich longbeamów,
które dostrzegał tu i tam, były jedynymi statkami lecącymi w przeciwnym
kierunku.
- Wchodzimy w górną warstwę atmosfery, Bell - rzucił przez ramię Loden.
- Gotów?
- Wiesz, jak to uwielbiam, mistrzu. - Bell westchnął.
Greatstorm parsknął śmiechem, a ich vector zanurkował... czy też może
raczej runął w dół, ciężko stwierdzić. Wnętrze kabiny statku wypełnił
ogłuszający ryk towarzyszący transformacji przestrzeni kosmicznej w atmosferę. Zaostrzone przednie płaty skrzydeł ich statku cięły przez nią
jak noże, ale i one napotykały pewien opór.
"Nova" przedzierała się przez górne warstwy atmosfery Hetzal Prime... nie,
nie przedzierała. Loden Greatstorm był na to zbyt wytrawnym pilotem.
Niektórzy Jedi używali swoich vectorów właśnie w ten sposób, ale nie on.
On prowadził go przez nią, ślizgając się na prądach powietrza, sunąc
wraz z nimi, pozwalając, by statek stał się po prostu kolejnym elementem
interakcji grawitacji i wiatrów nad powierzchnią planety. Statek chciał
spaść - i Greatstorm mu na to pozwalał. To była upojna, zabójczo
niebezpieczna i ryzykowna zabawa, balansowanie na krawędzi, vectory zaś
zaprojektowano tak, by przenosiły każdą, nawet najlżejszą wibrację i drżenie na zamkniętych w ich kokpitach Jedi. Dzięki temu mogli oni
pozwolić Mocy kierować ich reakcjami i jak najlepiej zestrajać się ze
statkiem. Bell zwinął dłonie w pięści, a jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
- Spektakularne - ocenił bez namysłu.
Jego mistrz wybuchnął śmiechem.
- Nic podobnego, Bell - zapewnił go. - Po prostu wycelowałem statkiem w planetę. Resztę załatwiła grawitacja.
Długi, gładki zakręt, łagodny niczym zakole rzeki, i nagle "Nova"
wyprostowała lot, teraz dość blisko powierzchni planety, by Bell mógł
rozróżnić poszczególne budynki, pojazdy i inne elementy krajobrazu w dole. Wszystko wyglądało tak spokojnie... Nic nie świadczyło o tym, aby w układzie rozgrywała się właśnie tragedia. Nic, za wyjątkiem wciąż
rosnącej liczby statków opuszczających jej powierzchnię.
- Gdzie powinniśmy wylądować? - spytał z namysłem Bell. - Czy mistrzyni
Kriss mówiła coś na ten temat?
- Dała nam wolną rękę - odparł Greatstorm, zerkając w bok; jego profil
przypominał ciemne poszarpane, górskie zbocze. Twi'lekańskie głowoogony,
lekku, wdzięcznie spływały mu na plecy, a oczami śledził smugi
pozostawiane przez napędy jednostek opuszczających układ. - Pomożemy
więc, jak tylko zdołamy.
- Ale to cała planeta! - zauważył Bell. - Skąd mamy wiedzieć, gdzie...
- Ty mi to powiedz, mój drogi - wszedł mu w słowo Loden. - Znajdź
miejsce, w które powinniśmy się udać.
- Szkolenie? - Bell znowu westchnął.
- Szkolenie.
Filozofia Lodena Greatstorma jako nauczyciela była bardzo prosta: jeśli
teoretycznie Bell był do czegoś zdolny, to nawet gdyby Loden mógł to
zrobić dziesięć razy szybciej i sto razy sprawniej niż on, ostatecznie
to właśnie Zettifar musiał to wykonać. "Gdybym wszystko robił sam, nikt
nigdy niczego by się ode mnie nie nauczył" - zwykł powtarzać Greatstorm.
Loden nie musiał oczywiście robić wiecznie wszystkiego sam, ale Bell nie
miałby nic przeciwko, gdyby jednak od czasu do czasu faktycznie coś
zrobił. Bycie uczniem wielkiego Lodena Greatstorma polegało na stawianiu
czoła niekończącym się wyzwaniom. Bell szkolił się w Świątyni Jedi przez
jakieś piętnaście lat (z osiemnastu, które liczył) i nigdy nie było
łatwo, ale terminowanie pod okiem Lodena w charakterze padawana... o, to
było coś zupełnie innego. Każdego dnia, bez wyjątku, jego mistrz zmuszał
go, by dawał z siebie wszystko. Każdą chwilę, która zostawała Bellowi,
chłopiec spędzał, niemal natychmiast zapadając w głęboki, kamienny sen,
dopóki się nie obudził i wszystko nie zaczynało się od nowa. Mimo to
jednak... uczył się. Był teraz lepszy niż pół roku temu - pod każdym
względem.
Bell wiedział, czego żąda od niego jego mistrz. To było kolejne niemal
niemożliwe do zrealizowania zadanie, ale on był Jedi - czy może raczej:
dążył do zostania nim - dzięki Mocy zaś wszystko było możliwe.
Przymknął oczy i otworzył swoje wnętrze... i znalazł je w sobie:
światełko, które nigdy nie gasło. Zawsze się w nim tliło, nawet jeśli
było maleńkie niczym płomyk świecy. Jeżeli się odpowiednio skupił,
potrafił je podsycić, by wybuchło jasnym płomieniem. Kilka razy się
zdarzyło, że rozbłysło jasno niczym słońce - emanowało blaskiem tak
silnym, że bał się, iż może od niego oślepnąć. Tak naprawdę nie miało to
jednak znaczenia. Od iskry do ognistego piekła - każda łączność z Mocą
odganiała cienie.
Bell zanurzył się w pulsujące w jego wnętrzu światło, szukając punktów
połączenia z innymi formami życia, innymi źródłami Mocy na planecie w dole. Bardzo blisko wyczuwał krynicę wielkiej potęgi i energii, obecnie
była wygaszona, niczym żarzące się węgle, wiedział jednak, że drzemią w niej ogromne pokłady siły, w razie gdyby zaszła konieczność ich użycia.
To był jego mistrz Loden. Bell minął go, zapuszczając się głębiej,
dalej. Szukał czegoś innego.
O, tam. Niczym nadawany z dużej odległości hologram, nabierający
kształtów, gdy sygnał zyskał wreszcie odpowiednią siłę, w umyśle Bella
pojawiła się sieć Mocy, łącząca umysły i dusze miliardów istot
zaludniających powierzchnię Hetzal Prime. Nie był to jasny, czytelny
obraz, raczej coś na kształt dającej bardzo ogólne rozeznanie mapy stref
emocjonalnych, nieróżniącej się wcale aż tak mocno od mozaiki pól
uprawnych przemykających daleko w dole pod brzuchem "Novy".
Pośród uczuć przeważały panika i strach, emocje, które Jedi ze
wszystkich sił starali się u siebie wyplenić. Zgodnie z ich naukami
kontakt prawdziwego Jedi ze strachem powinien się ograniczać wyłącznie
do wyczuwania go u innych - co, trzeba przyznać, było dość powszechnym
doznaniem. Bell wiele razy odczuwał te odbite emocje, zawsze jednak
towarzyszyły im również miłość, nadzieja, zaskoczenie, a także liczne
odcienie radości - spektrum uczuć typowe dla wszystkich istot żywych.
Cóż, przynajmniej zazwyczaj. W tej chwili emocjami emanującymi z Hetzal
Prime były głównie panika i strach.
Nie był tym zaskoczony. Słyszał wezwanie do ewakuacji: "Dotknęła nas
katastrofa na skalę układową. Wszystkie istoty żywe mają natychmiast
opuścić układ Hetzal wszelkimi dostępnymi środkami transportu i zachować
od niego minimalny bezpieczny dystans". Żadnych wyjaśnień, żadnych
ostrzeżeń. Przesłanie było oczywiste dla każdego, kto usłyszał
komunikat. Miliardy istot... i z pewnością zbyt mało statków, by zabrać
stąd je wszystkie. Kto by nie panikował?
Na świecie kipiącym tego rodzaju negatywną energią trudno było myśleć o tym, czego może dokonać dwójka Jedi. Loden Greatstorm powierzył jednak
Bellowi zadanie, więc chłopiec nadal sięgał na zewnątrz, szukając
miejsca, w którym przydałaby się ich pomoc.
Nagle coś wyczuł... jakiś punkt napięcia. Sprężonego, zagęszczonego...
konflikt, niepewność, przeczucie, że coś jest nie tak, jak być powinno.
Poczucie niesprawiedliwości.
Otworzył oczy.
- Na wschód - powiedział.
Jeśli komuś tam działa się krzywda... cóż, zaprowadzą sprawiedliwość. Na
tym polegało ich zadanie: Jedi byli sprawiedliwością.
"Nova" przechyliła się na bok, przyspieszając gładko pod kontrolą
Lodena. Mistrz Bella pozwalał mu od czasu do czasu latać - statek można
było pilotować z obydwu miejsc w kokpicie - ale sterowanie vectorami
wymagało niemal takiej samej wprawy jak władanie mieczem świetlnym.
Zważywszy na okoliczności, Bell cieszył się, że tym razem to Loden
pilotuje.
On sam pełnił funkcję nawigatora, wykorzystując swoją wciąż silną więź z Mocą, aby kierować ich vectora w stronę obszaru, na którym wyczuwał
silny konflikt, dawał Lodenowi wskazówki, dostrajając tor lotu ich
stateczku.
- Powinniśmy być teraz tuż nad nim - poinformował go. - Cokolwiek się
tam dzieje...
- Widzę - odparł Loden krótko, z wyczuwalnym napięciem. W normalnych
okolicznościach jego słowa były łagodne i ciepłe, brzmiało w nich echo
uśmiechu, nawet gdy otwarcie krytykował postępy Bella w nauce fachu
Jedi. Tym razem było jednak inaczej. Cokolwiek wyczuwał Bell, wiedział,
że mistrz Greatstorm z pewnością również to czuje, prawdopodobnie
jeszcze intensywniej. W dole, na powierzchni planety, tuż pod miejscem,
w którym kołował właśnie ich vector, ludzie mieli za chwilę zginąć. Być
może już ginęli.
Loden znów położył ich statek na skrzydło, zawijając ciasnym łukiem, tak
aby obaj mogli dobrze przyjrzeć się sytuacji w dole przez transpastalową
bańkę kokpitu "Novy".
Jakieś sto metrów niżej wznosił się otoczony murem zespół zabudowań.
Duży, ale nie rozległy - być może była to rezydencja jakiegoś zamożnego
obywatela lub rodziny, ale raczej nie placówka rządowa. Mury otaczał
tłum ludzi skupionych wokół bram. Wystarczył jeden rzut oka, by się
zorientować, co się dzieje.
Na terenie kompleksu dokował sporych rozmiarów statek kosmiczny.
Wyglądał na luksusowy jacht - dość duży, by spokojnie pomieścić
dwudziestu lub trzydziestu pasażerów plus załogę. A jeśli pasażerom nie
zależało zbytnio na wygodzie, jacht mógłby zapewne przyjąć na pokład
dziesięć razy tyle istot żywych. Musiał być widoczny z poziomu ziemi,
jego kadłub wystawał ponad mury, a kłębiący się wokół bram ludzie byli
najprawdopodobniej przekonani, że to ich jedyna droga ucieczki z tego
świata.
Z kolei pełniący wartę na murach uzbrojeni strażnicy byli najwyraźniej
zgoła innego zdania. Na oczach Bella z okolic bramy w stronę
zgromadzonych poszybowała blasterowa błyskawica - na szczęście tylko
strzał ostrzegawczy, jasne było jednak, że czas na ostrzeżenia kurczy
się w gwałtownym tempie. Napięcie w tłumie narastało - i by to dostrzec,
nie trzeba było wyostrzonych zmysłów Jedi.
- Dlaczego nie wpuszczają ludzi do środka? - zastanawiał się na głos
Bell. - Ten statek mógłby zapewnić bezpieczeństwo całemu mnóstwu
uchodźców...
- Przekonajmy się - zaproponował Loden i pstryknął jednym z przełączników na panelu kontrolnym. Osłona kokpitu płynnie odsunęła się
w tył, znikając w kadłubie "Novy". Wówczas Loden odwrócił się i uśmiechnął do swojego padawana; wiatr uderzył w nich mocno, szarpiąc
lekku Greatstorma i dredami Bella, powiewającymi teraz w pędzie za ich
głowami.
- Do zobaczenia na dole - powiedział Twi'lek. - I pamiętaj: większość
pracy wykonuje za ciebie grawitacja.
Z tymi słowy skoczył.
Rozdział szósty
rozdział szósty
UKŁAD HETZAL, REPUBLIKAŃSKI LONGBEAM "AURORA IX"
75 minut do zderzenia
- Czy jest pan tego pewien, kapitanie? - spytał podoficer Innamin,
wskazując na swój ekran, na którym wyświetlana była z grubsza ścieżka
jednej z anomalii nadprzestrzennych pędzących ku centrum układu. -
Musimy ją zestrzelić, nim kogoś zabije. Albo całe mnóstwo ktosiów.
Problem w tym, że nasze komputery celownicze nie mogą obliczyć
trajektorii. Anomalia porusza się zbyt prędko. Zaryzykowałbym
stwierdzenie, że w najlepszym razie mamy szansę jedną do trzech, by
trafić w cel.
Kapitan Bright pokręcił głową; wyrastające z niej macki zaszeleściły,
ocierając się o jego ramiona. Wiedział, że powinien prawdopodobnie
udzielić Innaminowi reprymendy za kwestionowanie jego rozkazów -
dzieciak robił to przez cały czas. Był młody jak na człowieka, nie miał
jeszcze nawet dwudziestu lat. Miał za to tendencję do upierania się, że
wszystko wie lepiej. A Bright zazwyczaj przymykał na to oko. Życie było
zbyt krótkie, a statki, którymi latali, zbyt małe, by niepotrzebnie
budować napięcie. Sporadyczne zadawanie wynikających z braku pewności
pytań nie było w zasadzie niesubordynacją.
"Jedna szansa na trzy" - westchnął w duchu. Właściwie to nie był pewien,
czego dokładnie oczekiwał. Po prostu... może wyniku lepszego niż jeden do
trzech, że uda im się wypełnić misję?
Ich longbeam o kodzie wywoławczym "Aurora IX" był prawdziwym dziełem
sztuki, jednym z najnowszych projektów republikańskich stoczni na
Hosnian Prime. Nie był to może okręt, ale i nie łupinka. Wyposażono go w procesory rozdzielone, zdolne opracowywać sekwencje ogniowe dla ataku na
liczne cele, a także przygotowywać blasterowy ostrzał rozproszony,
wystrzeliwać pociski oraz wysyłać w przestrzeń pojedyncze salwy obronne
w charakterze środków zaradczych. Był również przyjemny dla oka. Zdaniem
Brighta wyglądał niczym jedna z młotoryb, na które polował na swojej
ojczystej Glee Anselm - gruba, tępo zakończona czaszka, zwężająca się aż
do pojedynczej, zawiniętej płetwy ogonowej. To była mocna, piękna bestia
- nie było co do tego wątpliwości. Ale ich cel, jeden z tajemniczych
obiektów mknących przez układ Hetzal, poruszał się niemal z prędkością
światła. Wyskoczył z nadprzestrzeni niczym rozgrzana do czerwoności,
wystrzelona z działa gruda. "Aurora IX" mogła sobie i być dziełem
sztuki, ale to wcale nie znaczyło, że potrafi dokonywać cudów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział pierwszy
rozdział pierwszy
NADPRZESTRZEŃ, "SZLAK DZIEDZICTWA"
3 godziny do zderzenia
"Wszystko w jak najlepszym porządku".
Kapitan Hedda Casset powtórnie zlustrowała odczyty na ekranach i wyświetlaczach wbudowanych w jej fotel dowodzenia. Zawsze sprawdzała je
co najmniej dwa razy. Miała za sobą ponad czterdzieści lat służby na
pokładach różnych statków i była zdania, iż dwukrotne sprawdzanie, czy
wszystko jest w porządku, stanowi główny powód, dla którego zdołała
utrzymać się w tym zawodzie tak długo. Druga kontrola potwierdziła
pierwszą.
- Wszystko w porządku - powiedziała, tym razem na głos, informując o tym
załogę mostka. - Pora na obchód. Poruczniku Bowman, przekazuję mostek
pod pańskie rozkazy.
- Tak jest, pani kapitan - potwierdził jej pierwszy oficer, wstając ze
swojego fotela, aby przygotować się do zajęcia jej miejsca, dopóki Hedda
nie wróci ze swojej wieczornej przechadzki.
Nie każdy kapitan frachtowca dalekiego zasięgu dbał o swój statek niczym
o jednostkę wojskową. Hedda widywała statki kosmiczne o brudnych
podłogach, przeciekających przewodach, z popękanymi iluminatorami - i podobne uchybienia raniły ją do żywego. Hedda Casset zaczynała jednak
swoją karierę pilotki frachtowca w zespole połączonej grupy operacyjnej
Malastare-Sullust, utrzymującej porządek w ich małym sektorze na granicy
Środkowych Rubieży. Na początku pilotowała Z-24 Incoma, jednomiejscowy
myśliwiec z rodzaju tych nazywanych przez wszystkich bzykami. Wypełniała
głównie misje zapewniające ochronę, polowała na piratów i tym podobne. W końcu dochrapała się stanowiska dowódczyni ciężkiego krążownika, jednej
z największych jednostek we flocie. Przyzwoity awans, osiągnięty dzięki
ciężkiej pracy.
Opuściła szeregi PGO Mallust z wyróżnieniem i przerzuciła się na
dowodzenie statkami kupieckimi dla Gildii Byne, przechodząc na coś w rodzaju spokojnej emerytury. Ale trzydzieści kilka lat spędzonych w strukturach wojskowych oznaczało, że porządek i dyscyplina nie tylko
weszły jej w krew - stały się jej krwią. I w ten oto sposób dowodziła
teraz każdym statkiem, który trafił pod jej rozkazy, jakby szykowała się
do decydującego starcia z armadą Huttów - nawet jeśli przewoziła jedynie
ładunek skór ogrutów ze świata A na świat B. I statek, którym właśnie
zawiadywała, "Szlak Dziedzictwa", nie był pod tym względem wyjątkiem.
Hedda wstała, przyjmując i odwzajemniając służbisty salut porucznika
Jary'ego Bowmana. Przeciągnęła się, czując, jak kręgi w jej kręgosłupie
strzelają i trzaskają. Zbyt wiele lat spędzonych na patrolach w ciasnych
kokpitach, za dużo manewrów w stanie wysokiej grawitacji - czasem
podczas walki, czasem dlatego, że dzięki temu czuła, że żyje.
"Prawdziwym problemem - pomyślała, wsuwając za ucho niesforny kosmyk
włosów - jest jednak po prostu zbyt wiele lat".
Opuściła mostek, porzucając precyzyjną maszynerię swojego pokładu
dowodzenia i ruszając ciasnym korytarzem ku większemu, bardziej
chaotycznemu światowi "Szlaku Dziedzictwa". Statek był modułowym
frachtowcem klasy A ze stajni Kaniff Yards, ponad dwukrotnie starszym od
Heddy. To wynik, który plasował tę jednostkę zdecydowanie poza skalą
idealnego wieku operacyjnego, nadal jednak w obrębie bezpiecznych
parametrów, jeśli tylko odpowiednio się o nią dbało i regularnie
serwisowało - co rzeczywiście miało miejsce. Pilnowała tego skrupulatnie
jej kapitan.
"Szlak" był również statkiem powszechnego zastosowania, przeznaczonym do
transportu zarówno towarowego, jak i pasażerskiego - stąd też określenie
"modułowy" w jego nazwie. Pokaźną część struktury statku stanowił wielki
integralny przedział, ukształtowany na podobieństwo długiego,
trójkątnego graniastosłupa - z maszynownią na rufie i mostkiem w części
dziobowej, podczas gdy pozostała przestrzeń była zarezerwowana na
ładunek. Od centralnego "kręgosłupa" w regularnych odstępach odchodziły
ramiona bomów ładunkowych, do których można było mocować mniejsze moduły
- do stu czterdziestu czterech, dowolnie konfigurowanych, zdolnych
pomieścić każdy towar, jaki wymarzyłaby sobie galaktyka.
Heddzie podobała się uniwersalność jej statku, mogącego przewozić niemal
wszystko. Oznaczała ona bowiem, że nigdy nie wiadomo było, co się
człowiekowi trafi i przed jakim wyzwaniem stanie podczas kolejnego
zlecenia. Raz Casset kierowała statkiem, gdy połowę przestrzeni
załadunkowej głównego przedziału zmieniono w potężny zbiornik wodny, aby
przetransportować gigantyczną mieczorybę ze sztormowych mórz na Tibrinie
do prywatnego akwarium hrabiny z Abregado-rae. Hedda i jej załoga
dostarczyli bestię na miejsce bezpiecznie - nie lada wyczyn. Jeszcze
trudniejsze było jednak zaholowanie cholerstwa z powrotem na Tibrin trzy
cykle później, gdy przeklęte stworzenie się rozchorowało, bo ludzie
hrabiny nie mieli pojęcia, jak się o nie troszczyć. Hedda musiała jednak
przyznać: kobieta zapłaciła za pełny fracht, żeby odesłać mieczorybę do
domu. Całe mnóstwo ludzi, szczególnie z wyższych sfer, pozwoliłoby jej
po prostu zdechnąć.
Ten kurs należał dla odmiany do łatwiejszych. Sekcja ładunkowa "Szlaku
Dziedzictwa" była w około osiemdziesięciu procentach zapełniona
osadnikami kierującymi się na Zewnętrzne Rubieże z przeludnionych
światów Jądra i Kolonii, poszukującymi nowego startu, nowych możliwości
i nowych przestrzeni. Doskonale ich rozumiała. Hedda Casset przez całe
swoje życie nie mogła usiedzieć w jednym miejscu. I w głębi duszy
sądziła, że tak właśnie przyjdzie jej też umrzeć: wyglądając przez
iluminator w nadziei, że dostrzeże coś, czego nie widziała do tej pory.
Ponieważ to był kurs transportowy, większość modułów statku ustawiono w podstawowej konfiguracji pasażerskiej, z rozkładanymi siedzeniami, które
można było zmienić w łóżka - teoretycznie dość wygodne, by dało się na
nich spać. Do tego infrastruktura sanitarna, przestrzeń bagażowa, kilka
holoekranów, niewielkie kambuzy - i to w zasadzie wszystko. Na
osadników, skłonnych zapłacić odrobinę więcej za dodatkowe wygody i udogodnienia, w niektórych modułach czekały obsługiwane przez droidy
zautomatyzowane kantyny i prywatne przedziały sypialne, ale w niezbyt
dużej liczbie. To byli oszczędni, skromnie żyjący ludzie. Gdyby mieli
kredyty na zbyciu, nie wybieraliby się w ogóle na Zewnętrzne Rubieże,
aby spróbować zarabiać tam na życie. Mroczny skraj galaktyki obfitował w wyzwania - i to zarówno te ekscytujące, jak i śmiertelnie groźne. W istocie przeważały te ostatnie.
"Nawet droga do tego miejsca jest zdradliwa" - pomyślała Hedda,
wpatrując się w lśniący tunel nadprzestrzenny, wirujący za dużym
bulajem, który akurat mijała. Prędko oderwała od niego wzrok, wiedząc,
że istnieje ryzyko, iż skończy, stercząc pod nim następne dwadzieścia
minut, jeśli nie oprze się pokusie. Nadprzestrzeni nie można było ufać.
Jasne, przydawała się - dzięki niej można było dotrzeć z miejsca na
miejsce. Stanowiła też klucz do ekspansji Republiki poza tereny Jądra,
ale nikt tak naprawdę do końca jej nie rozumiał. Jeśli twój droid
nawigacyjny źle obliczył współrzędne skoku - jeżeli pomylił się choćby
minimalnie - można było zboczyć z wyznaczonej trasy, głównego szlaku
prowadzącego przez dany teren, i skończyć na mrocznej ścieżce, wiodącej
nie wiadomo dokąd. To się zdarzało nawet podczas podróży dobrze znanymi
trasami nadprzestrzennymi w pobliżu centrum galaktyki, tutaj zaś, w miejscu, w którym szlaki były ledwo przetarte... cóż, należało być bardzo,
ale to bardzo ostrożnym.
Hedda odsunęła troski na bok i podjęła marsz. Prawda była taka, że
"Szlak Dziedzictwa" mknął obecnie najbardziej uczęszczaną i najlepiej
poznaną trasą prowadzącą do światów Zewnętrznych Rubieży. Statki
bezustannie przemierzały ją w obydwu kierunkach. Nie było się czym
martwić.
Zarazem jednak dziewięć tysięcy istot żywych na pokładzie tego statku
zawierzyło kapitan Heddzie Casset, że dostarczy ich bezpiecznie do celu
ich podróży. Martwiła się. To był jeden z obowiązków towarzyszących tej
pracy.
Gdy korytarz się skończył, Hedda znalazła się w centralnej części
kadłuba - przestronnym, okrągłym i otwartym pomieszczeniu, którego
istnienie wymuszała konstrukcja statku, zmienionym obecnie w coś w rodzaju świetlicy. Grupka dzieci kopała piłkę, podczas gdy w pobliżu
stali pogrążeni w rozmowie dorośli; wszyscy cieszyli się chwilą
wytchnienia, z dala od ciasnoty modułów, w których spędzali większość
czasu. W pomieszczeniu nie było żadnych specjalnych udogodnień -
stanowiło po prostu miejsce zbiegu kilku krótkich korytarzy, ale było tu
czysto. Statek, na wyraźną prośbę pani kapitan, wyposażono w zautomatyzowaną ekipę serwisową, która dbała o to, by wnętrza były
schludne i uprzątnięte. Po ścianie pełzł właśnie któryś z droidów
nadzorczych, wypełniając jedno z niezliczonych zadań, których wymagało
utrzymywanie porządku na pokładzie jednostki takiego kalibru.
Hedda poświęciła chwilę na przyjrzenie się tej grupce pasażerów statku:
około dwadzieściorgu ludziom w różnym wieku, pochodzącym z rozlicznych
światów. Ludziom, ale i kilkorgu czwororękim, porośniętym sierścią
Ardennianom, rodzinie Givinów o charakterystycznych, trójkątnych oczach...
Był tu nawet Lannik o ściągniętej, pomarszczonej twarzy, włosach
upiętych na czubku głowy i dużych, spiczastych uszach odstających na
boki - przedstawicieli tego gatunku nie widywało się zbyt często.
Niezależnie jednak od tego, skąd pochodzili, wszystko to były zwykłe
istoty, zabijające czas w oczekiwaniu na moment, w którym zacznie się
ich nowe życie.
Jedno z dzieci, śniadoskóry, rudy chłopiec, podniosło na nią wzrok.
- Kapitan Casset! - zawołał mały.
Znała go.
- Witaj, Serj - powiedziała. - Co tam dobrego? Wszystko u was w porządku?
Reszta dzieci przerwała grę i otoczyła ją wianuszkiem.
- Przydałyby się jakieś nowe holofilmy - poinformował ją Serj. -
Obejrzeliśmy już wszystko, co jest w systemie.
- Nie mamy nic poza tym - odparła surowo Hedda. - I przestańcie próbować
włamać się do archiwum, żeby zobaczyć tytuły z ograniczeniem wiekowym.
Sądzicie, że o tym nie wiem? To mój statek. Wiem o wszystkim, co się
dzieje na pokładzie "Szlaku Dziedzictwa". - Pochyliła się w jego stronę.
- Wszystko.
Serj zarumienił się i zerknął w stronę swoich przyjaciół, którzy również
nagle znaleźli całe mnóstwo wielce interesujących rzeczy przykuwających
ich uwagę na kompletnie nieciekawej podłodze, suficie i ścianach
przedziału.
- Spokojnie - powiedziała po chwili Hedda, prostując się. - Rozumiem. To
dość nudny lot. Pewnie mi nie uwierzycie, ale już niedługo, gdy wasi
rodzice zaprzęgną was do spulchniania ziemi albo budowania ogrodzeń lub
odganiania rankorów, zatęsknicie za czasem spędzonym na tym statku.
Odprężcie się więc po prostu i odpoczywajcie.
Serj przewrócił oczami i wrócił do przerwanej gry w piłkę -
jakiekolwiek były jej zasady.
Hedda uśmiechnęła się szeroko i ruszyła przed siebie, kiwając po drodze
głową temu i owemu i gawędząc z tym lub tamtym pasażerem. Ludzie.
Niektórzy na pewno dobrzy, inni raczej źli, ale przez następnych kilka
dni to wszystko będą jej ludzie. Uwielbiała te kursy. Nieważne, co się
ostatecznie wydarzy w życiu tych istot - leciały na Rubieże, aby spełnić
swoje marzenia. Ona zaś była ich częścią i to sprawiało, że czuła się
dobrze.
Republika kanclerz Soh nie była idealna - żaden rząd nie mógł taki być -
ale stanowiła system, który dawał ludziom przestrzeń na marzenia.
Więcej: zachęcał do posiadania marzeń, zarówno tych dużych, jak i małych. Republika miała swoje ułomności, ale mogło być znacznie gorzej.
Obchód Heddy potrwał ponad godzinę - dokonała inspekcji przedziałów
pasażerskich, ale sprawdziła również ładunek superschłodzonej ciekłej
tibanny, aby upewnić się, że jest ona odpowiednio zabezpieczona (była),
zajrzała do maszynowni (silniki w porządku), skontrolowała status napraw
systemów recyrkulacji atmosferycznej statku (w toku, wszystko szło
zgodnie z planem) i zweryfikowała, czy rezerwy paliwa nadal są bardziej
niż wystarczające na resztę podróży, z uwzględnieniem odpowiedniego
marginesu (były).
Na pokładzie "Szlaku Dziedzictwa" wszystko było, jak trzeba: w idealnym
porządku. To był jej maleńki, dobrze utrzymany świat w dziczy kosmosu;
bezpieczna bańka komfortu, chroniąca przed próżnią. Nie mogła ręczyć za
to, co czeka na tych osadników, gdy już rozpierzchną się po Zewnętrznych
Rubieżach, ale zamierzała się upewnić, że dotrą tam cali i zdrowi, by
mogli przekonać się o tym na własnej skórze.
Wróciła na mostek, na którym porucznik Bowman, widząc ją, zerwał się na
równe nogi.
- Kapitan na mostku! - zawołał i reszta oficerów natychmiast
wyprostowała się na swoich stanowiskach.
- Dziękuję, Jary - powiedziała Hedda, podczas gdy jej zastępca odsunął
się na bok i wrócił na swoje miejsce.
Usiadła w swoim fotelu dowodzenia, automatycznie zerkając na
wyświetlacze i szukając czegokolwiek, co mogłoby świadczyć o tym, iż coś
jest nie tak.
"Wszystko w najlepszym porządku" - pomyślała.
- BIIP! BIIP! BIIP! BIIP! - Rozległo się wycie alarmu, głośne i natarczywe. Światła na mostku przeszły w tryb awaryjny, oblewając
wszystko czerwoną poświatą. Wir nadprzestrzeni za przednim panelem
widokowym wyglądał jakoś... dziwnie. Może to była wina świateł awaryjnych,
ale miał przyprawiający o mdłości czerwonawy odcień.
Hedda poczuła, jak przyspiesza jej puls. Jej umysł automatycznie
przestawił się w tryb bojowy.
- Raport! - warknęła, skanując pospiesznie własne ekrany w poszukiwaniu
źródła alarmu.
- Alarm uruchomiony przez komputer nawigacyjny, pani kapitan! - zawołał
jej nawigator, kadet Kalwar, młody Quermianin. - Coś jest na szlaku. Tuż
przed nami. Coś dużego. Kontakt za dziesięć sekund... - Głos kadeta był
spokojny i Hedda była z chłopaka dumna. Był zapewne niewiele starszy od
Serja.
Jeśli zaś chodzi o sytuację... cóż, wiedziała, że coś takiego jest
zwyczajnie niemożliwe. Szlaki nadprzestrzenne były puste - w tym właśnie
rzecz. Nie potrafiła przywołać z pamięci wszystkich naukowych teorii,
które za tym stały, wiedziała jednak z niezachwianą pewnością, że
kolizje nadświetlne na wytyczonych trasach po prostu się nie zdarzały.
To było "matematycznie absurdalne", jak zwykli nazywać podobne zjawiska
inżynierowie.
Hedda miała jednak na koncie wystarczającą liczbę lotów w głębokiej
przestrzeni, by wiedzieć, że niemożliwe zdarzało się cały czas - każdego
cholernego dnia. Zdawała też sobie sprawę, że dziesięć sekund to
mgnienie oka przy prędkości, z jaką podróżował "Szlak Dziedzictwa".
"Nadprzestrzeni nie można ufać" - powtórzyła sobie w myśli.
Hedda Casset wcisnęła dwa przyciski na swojej konsoli dowodzenia.
- Przygotować się - poleciła spokojnym głosem. - Przejmuję kontrolę...
Z podłokietników jej fotela dowodzenia wystrzeliły dwa drążki
sterowania. Hedda ujęła je w dłonie.
Odczekała chwilę potrzebną na zaczerpnięcie oddechu... i przejęła stery.
"Szlak Dziedzictwa" nie był bzykiem Z-24 Incoma ani nawet jednym z nowszych republikańskich longbeamów. Służył od dobrze ponad stu lat. To
frachtowiec u kresu - jeśli nie poza nim - swojej funkcjonalności,
załadowany po brzegi, wyposażony w silniki zaprojektowane do powolnego,
stopniowego przyspieszania i ostrożnego wytracania prędkości,
przeznaczony do dokowania w kosmoportach i orbitalnych placówkach
załadunkowych. Miał manewrowość księżyca.
"Szlak Dziedzictwa" nie był też okrętem. Daleko mu było do jednostki
wojskowej. Mimo to Hedda pokierowała nim właśnie w taki sposób.
Wprawne oko pilotki oraz instynkt umożliwiały jej dostrzeżenie
przeszkody na ich drodze - zbliżającej się z zawrotną prędkością, dość
dużej, by, czymkolwiek była, została rozpylona na atomy wraz z jej,
Heddy, statkiem wskutek zderzenia i przybrała formę pyłu dryfującego na
wieczną pamiątkę po gwiezdnych szlakach. Nie było miejsca na uniki. Jej
statek nie mógłby skręcić w porę. Mało miejsca, mało czasu.
Ale za sterami statku zasiadała kapitan Hedda Casset, a ona nie
zamierzała zawieść jednostki pod swoimi rozkazami.
Ledwie dostrzegalny skręt lewego drążka sterowniczego, nieco mocniejszy
obrót tego po prawej... i "Szlak" ruszył z kopyta. Trochę gwałtowniej,
niżby sobie tego życzył, ale dając dokładnie tyle, ile jego kapitan
wiedziała, że potrafi z siebie wykrzesać. Potężny frachtowiec
prześlizgnął się nieopodal stojącej na ich drodze przeszkody, która
przemknęła obok ich kadłuba tak blisko, że Hedda była pewna, że pęd
zmierzwił jej włosy - nawet mimo iż dzieliło ją od niej wiele warstw
kadłuba i osłon.
Najważniejsze jednak, że... żyli. Nie doszło do zderzenia. Ich statek
przetrwał.
Targnęły nimi dzikie turbulencje, którym Hedda mężnie starała się stawić
czoła. Walczyła ze wstrząsami i z drżeniem, przymknąwszy oczy - nie
musiała widzieć, co się dzieje dookoła, by prowadzić swój statek pewną
ręką. Szkielet frachtowca jęczał potępieńczo, cała konstrukcja szczękała
i postukiwała.
- Dasz radę, staruszku! - dodawała mu głośno animuszu Hedda. - Jasne,
może i jesteśmy parą zgrzybiałych tetryków, ale mamy jeszcze mnóstwo do
przeżycia! Zadbam o ciebie najlepiej, jak zdołam - i dobrze o tym wiesz.
Nie zawiodę cię... jeśli tylko ty nie zawiedziesz mnie.
Hedda nie zamierzała zawieść swojego statku.
Mimo to... on zawiódł ją.
Jęk przeciążonego metalu zmienił się w krzyk. Towarzyszące podróży przez
przestrzeń kosmiczną wibracje zmieniły tembr na taki, który Hedda czuła
wcześniej stanowczo zbyt wiele razy. To była skarga statku, który
wyczerpał do cna swoje możliwości - albo doznawszy zbyt dotkliwych
obrażeń wskutek walki, albo, tak jak teraz, zmuszony do manewru ponad
jego siły.
"Szlak Dziedzictwa" dał z siebie wszystko i za chwilę miał umrzeć
rozdarty na strzępy. Zostało im góra kilka sekund.
Hedda otworzyła oczy. Puściła drążki sterownicze i wklepała w konsolę
komendy aktywujące osłony grodzi, rozdzielających poszczególne moduły na
wypadek awarii, licząc na to, że w ten sposób zapewni swoim pasażerom
szansę na przetrwanie. Pomyślała o Serju i jego kolegach grających w piłkę w świetlicy i o tym, jak grodzie awaryjne opadały właśnie,
odcinając drogę do modułów pasażerskich, być może więżąc ich w strefie,
do której już wkrótce wedrze się próżnia. Hedda miała nadzieję, że gdy
rozbrzmiał alarm, dzieci wróciły do swoich rodzin.
Nie mogła jednak być tego pewna.
Nie wiedziała, czy tak się stało.
Spojrzała w oczy swojemu pierwszemu oficerowi, który wpatrywał się w nią
boleśnie świadom tego, co się za chwilę wydarzy. Zasalutował jej.
- Pani kapitan - powiedział porucznik Bowman. - To był...
Potężna siła rozdarła mostek.
Hedda Casset zginęła, nie mając pojęcia, czy zdołała kogokolwiek
ocalić.
Rozdział drugi
rozdział drugi
ZEWNĘTRZNE RUBIEŻE, UKŁAD HETZAL
2,5 godziny do zderzenia
Technik skanowania (trzeciego stopnia) Merven Getter był gotów. Gotów
zakończyć zmianę, wrócić promem do układu wewnętrznego, zajrzeć do
kantyny oddalonej o kilka ulic od kosmoportu na Księżycu Korzeniowym, w której za barem stała Sella. Gotów przekonać się, czy może to dziś jest
ten dzień, w którym zdobędzie się w końcu na odwagę, aby ją gdzieś
zaprosić. Była Twi'lekanką, a on Mirialaninem, ale właściwie co za
różnica? "Wszyscy jesteśmy Republiką" - jak głosił górnolotnie slogan
kanclerz Soh, ludzie jednak w to wierzyli. Jeśli chodzi o ścisłość, to
Merven chyba też. Postawy się zmieniały. Możliwości były nieograniczone.
Być może któraś z nich objawi się w końcu technikowi skanowania
(trzeciego stopnia), stacjonującemu w placówce monitorowania, położonej
wysoko na ekliptyce układu Hetzal w głębi Rubieży, smutnie daleko od
jasnych świateł i ciekawych planet Jądra Republiki. Być może technik
skanowania (trzeciego stopnia), który spędzał całe dnie na gapieniu się
w holoekrany, rejestrowaniu przylotów i odlotów jednostek przybywających
do układu i opuszczających go, faktycznie mógł wpaść w oko uroczej
czerwonoskórej damie, serwującej mu kufel miejscowego ale trzy do
czterech wieczorów w tygodniu? Sella miała osobliwy nawyk poświęcania mu
wiele swojego czasu i ucinania sobie z nim pogawędek, wracając do niego
co i rusz, podczas gdy inni klienci falami napływali do jej małej
knajpki i ją opuszczali. Miał wrażenie, że jego historie o życiu na
odległym skraju układu w niewyjaśniony sposób ją interesują.
Merven nie miał pojęcia, co ją w nich właściwie tak fascynowało.
Niekiedy w układzie pojawiały się statki, wyskakując z nadprzestrzeni i ukazując się na jego ekranach. Innym razem odlatywały i wówczas ich
niewielkie ikony znikały z jego wyświetlaczy. Nigdy nie działo się nic
ciekawego - rozpiskę lotów wprowadzano z wyprzedzeniem, więc zazwyczaj
wiedział, co przyleci albo odleci. Merven był odpowiedzialny za
pilnowanie, by wszystko przebiegało zgodnie z planem - i w zasadzie
niewiele więcej. W przypadku zaistnienia mało prawdopodobnej sytuacji, w której wydarzyłoby się coś niezwykłego, jego zadaniem było po prostu
poinformować o tym ludzi znacznie ważniejszych niż on.
Technik skanowania (trzeciego stopnia) Merven Getter spędzał dni na
patrzeniu, jak ludzie udają się w różne miejsca. W przeciwieństwie do
niego. On trwał niezmiennie w jednym punkcie od lat.
Ale może dziś będzie inaczej? Pomyślał o Selli. Pomyślał o jej uśmiechu,
o tym, jak ozdabiała swoje lekku tymi misternymi plecionkami, które, jak
mu zdradziła, sama projektowała... O tym, jak odrywała się od każdego
wykonywanego właśnie zajęcia, żeby nalać mu do kufla jego ulubiony ale w chwili, gdy Merven przekroczył próg kantyny - nim jeszcze zdążył
poprosić o piwo.
Tak. Zaprosi ją na kolację. Dziś wieczór. Miał trochę oszczędności i znał pewne miejsce niedaleko od kantyny. Jeśli chodzi o ścisłość,
również niezbyt daleko stąd... ale wszystko po kolei.
Najpierw musi przetrwać do końca tej smętnej zmiany...
Merven obejrzał się na swoją koleżankę po fachu, techniczkę skanowania
(drugiego stopnia) Vel Carann. Chciał ją zapytać, czy mógłby dziś wyjść
nieco wcześniej, żeby polecieć promem na Księżyc Korzeniowy. Czytała coś
w najwyższym skupieniu na swoim datapadzie. Pewnie jedną z tych powieści
o Jedi, na których punkcie miała takiego hopla. Merven kompletnie tego
nie rozumiał. Przeczytał kilka takich książek - pełno ich było w placówkach na odległym pograniczu Republiki. We wszystkich aż się roiło
od nieodwzajemnionych uczuć i łzawych spojrzeń, a jedyną akcją były
walki na miecze świetlne, stanowiące bez dwóch zdań substytut tego, na
co bohaterowie naprawdę mieli ochotę. Vel nie powinna czytać prywatnych
materiałów w czasie pracy, ale gdyby jej o tym przypomniał, stuknęłaby
tylko w ekran i przełączyła się na poradnik techniczny, twierdząc, że
nie robiła przecież nic złego. Problem w tym, że była techniczką
drugiego stopnia, on zaś trzeciego, co oznaczało w skrócie tyle, że
dopóki wykonywał swoją pracę, ona była święcie przekonana, że nie musi
wykonywać własnej.
Nie. Nie było sensu nawet pytać o możliwość wcześniejszego wyjścia. Nie
w przypadku Vel. Przesiedzi jakoś przez resztę zmiany. Zostało już
niewiele czasu i...
Na jednym z jego ekranów coś się pojawiło.
- Hmm - mruknął Merven.
To było... dziwne. Nic nie powinno się zjawić w układzie przez najbliższe
dwadzieścia minut - lub coś koło tego.
Chwilę później pojawiło się drugie coś. Kilka cosiów. Naliczył dziesięć...
- Co u... - zaczął Merven.
- Jakiś problem, Getter? - spytała Vel, nie podnosząc wzroku znad
swojego ekranu.
- Nie jestem pewien - odmruknął. - Mam kilka niezaplanowanych wejść do
układu... I jednostki nie zwalniają.
- Chwila... co takiego? - zainteresowała się Vel, odkładając dataekran i w końcu spoglądając na własne monitory. - Och. To dziwne...
Na ekranach Mervena wyświetliły się kolejne symbole, zbyt wiele, by je
zliczyć na pierwszy rzut oka.
- Czy to... Czy sądzisz, że to są... asteroidy? - podsunęła nerwowo.
- Przy tej prędkości? Wyskakujące z nadprzestrzeni? No nie wiem.
Przeprowadź analizę - poradził jej Merven. - Sprawdź, czy zdołasz
stwierdzić, co to takiego.
Vel milczała.
Merven obejrzał się na nią.
- Ja... nie wiem jak - bąknęła. - Po ostatniej aktualizacji nie uczyłam
się nawet obsługi systemów... Odniosłam wrażenie, że masz wszystko pod
kontrolą, a ja tak naprawdę jestem tutaj tylko dla nadzoru, no wiesz, i...
- W porządku - przerwał jej, z zaskoczeniem rejestrując, że jakoś wcale
go to nie dziwi. - Czy zdołasz przynajmniej wytyczyć trajektorie? Ta
podprocedura pozostaje niezmienna od jakichś dwóch lat.
- Tak - potwierdziła. - Dam radę.
Merven odwrócił się z powrotem do swoich ekranów i zaczął wklepywać w klawiatury komendy.
W układzie znajdowały się obecnie czterdzieści dwie anomalie, wszystkie
poruszające się z prędkością zbliżoną do świetlnej. Innymi słowy:
niesamowicie szybko. Znacznie szybciej, niż dopuszczały przepisy. Jeśli
to rzeczywiście były statki, to ktokolwiek je pilotował, ryzykował
potężny mandat. Merven wątpił jednak, by mieli do czynienia ze statkami.
Obiekty były na to zbyt małe - to po pierwsze, a po drugie, nie miały
sygnatur napędów.
Może to faktycznie były asteroidy? Kosmiczne skały ciśnięte do układu
przez jakąś nieznaną siłę? Jakaś dziwna burza kosmiczna albo rój komet?
To nie mógł być atak, co to, to nie - tego jednego Merven był pewny. W Republice panował pokój i wszystko wskazywało na to, że przez jakiś czas
miało tak pozostać. Wszyscy byli szczęśliwi, prowadząc spokojne życie.
Republika funkcjonowała, jak trzeba.
Nie mówiąc już o tym, że w układzie Hetzal nie znajdowało się nic, z powodu czego warto byłoby go atakować, ot, kilka planetek ze światem
głównym i z dwoma zamieszkałymi księżycami - Owocowym i Korzeniowym,
skupionymi na produkcji rolnej. Mieli tu gazowe olbrzymy i kule
zamarzniętej skały, ale zasadniczo było tu po prostu całe mnóstwo
farmerów i tego, co akurat uprawiali. Merven wiedział, że to ważne, iż
Hetzal eksportuje żywność na teren całych Zewnętrznych Rubieży, a część
produkcji trafia nawet do innych układów. Była też cała ta bacta, o której czytał - jakiś cudowny zamiennik juvanu, który próbowali uprawiać
na głównym świecie, mający rzekomo zrewolucjonizować przemysł medyczny,
gdyby tylko zdołali rozgryźć, jak produkować go na większą skalę... ale
tak czy inaczej, to wszystko były tylko rośliny. Kto by się ekscytował
roślinami?
Jeśli o niego chodzi, to największą chlubę Hetzala upatrywał w tym, iż
stanowił on ojczystą planetę słynnej skrzelośpiewaczki nazwiskiem
Illoria Daze, która potrafiła wprowadzić swój aparat głosowy w takie
drgania, że mogła wyśpiewywać melodie w sześciogłosowej harmonii. To zaś
w połączeniu z jej niezwykłym urokiem, dowcipem i historią z rodzaju "od
zera do milionera" uczyniło ją sławną w całej Republice. Ale Illoria
mieszkała teraz na Alderaanie, pośród tamtejszych sławnych i bogatych.
Hetzal nie oferował nic godnego uwagi. To wszystko nie miało sensu...
Na jego ekran wysypała się kolejna garść obiektów, teraz było ich tak
wiele, że jego nadmiernie obciążony komputer tracił zdolność do
śledzenia ich wszystkich. Merven pomniejszył obraz, przestawiając się na
widok ogólnoukładowy, aby zyskać lepsze rozeznanie w sytuacji. Widział,
że te obiekty - czymkolwiek były - nie wyskakują z nadprzestrzeni
wyłącznie w strefie bezpiecznego dostępu do układu. Pojawiały się
wszędzie, a niektóre z nich paskudnie blisko...
- O nie! - jęknęła Vel.
- Też to widzę - zawtórował jej Merven. Nie musiał nawet przeprowadzać
analizy trajektorii.
Anomalie kierowały się ku słońcu, a wiele z nich znalazło się na kursach
kolizyjnych z zamieszkanymi światami i ich stacjami orbitalnymi. Żaden z tych obiektów nie zwalniał. Ani odrobinę. A przy prędkości zbliżonej do
nadświetlnej, z jaką się poruszały, bez znaczenia było to, czy mieli tu
do czynienia z asteroidami, statkami, czy też pienistymi bąbelkami
cukierków musujących. Z czymkolwiek się zderzą, to po prostu... zniknie.
Na jego oczach jeden ze świetlnych punktów uderzył w bezzałogowego
satelitę łączności. Zarówno on, jak i satelita zniknęły z jego ekranu, a galaktykę zaśmieciło właśnie nieco więcej pyłu kosmicznego.
Hetzal Prime była dość duża, by przetrwać bombardowanie kilkoma takimi
obiektami i wyjść z tego cało - jako ciało niebieskie. Nawet dwa
zamieszkałe księżyce mogły przyjąć na siebie kilka trafień. Całe jednak
życie na ich powierzchni...
Na Księżycu Korzeniowym przebywała Sella.
- Musimy się stąd wynosić - powiedział Merven. - Jesteśmy w strefie
rażenia, a w każdej sekundzie pojawia się ich coraz więcej. Musimy
dotrzeć do promu.
- Racja - potwierdziła Vel głosem, w którym dały się ponownie słyszeć
nuty świadczące o tym, iż stara się zapanować nad sytuacją. - Najpierw
jednak powinniśmy wysłać ogólnoukładowy komunikat alarmowy. Musimy to
zrobić.
Merven przymknął na chwilę oczy, a gdy z powrotem je otworzył,
powiedział:
- Masz rację. Oczywiście.
- Aby uruchomić alarm ogólnoukładowy, komputer będzie wymagał od nas
obojga podania kodów autoryzacyjnych - poinformowała go Val. - Zrobimy
to na mój sygnał.
Wklepała w swoją klawiaturę kilka komend. Merven zrobił to samo, a potem
zaczekał na jej znak. Gdy skinęła głową, wpisał swój kod.
Pokład operacyjny rozbrzmiał cichym, dźwięcznym sygnałem alarmowym, gdy
wiadomość została wysłana. Merven wiedział, że podobny odgłos słychać
teraz w całym układzie Hetzal - dobiegał z głośników wszystkich
jednostek: od kabin śmieciarek aż po pałac ministra na świecie głównym.
Czterdzieści miliardów istot podnosiło właśnie z przerażeniem głowy i patrzyło w górę. Jedną z nich była urocza czerwonoskóra Twi'lekanka,
zastanawiająca się zapewne, czy jej ulubiony Mirialanin zjawi się w kantynie dziś wieczór.
Merven wstał.
- Zrobiliśmy, co do nas należało - oznajmił. - Teraz do promu. Wiadomość
wyjaśniającą, co się dzieje, możemy wysłać po drodze.
Vel pokiwała głową i również wstała ze swojego miejsca.
- Racja. Wynośmy się z...
Jeden z obiektów wyskoczył z nadprzestrzeni tak blisko i poruszał się
tak szybko, że w ujęciu kategorii astronomicznych uderzył w nich w tej
samej chwili, w której się pojawił.
Przelotny rozbłysk ognia i anomalia zniknęła - wraz ze stacją
monitorowania, dwójką obsługujących ją techników skanowania oraz
wszystkimi ich marzeniami, obawami, nadziejami i pragnieniami; energia
kinetyczna obiektu rozpyliła wszystko na atomy w czasie krótszym niż
mgnienie oka.
Rozdział trzeci
rozdział trzeci
AGUIRRE CITY, HETZAL PRIME
2 godziny do zderzenia
- Czy to prawda? - spytał minister Ecka, gdy w jego biurze rozbrzmiały
sygnały alarmowe: jednostajne, uporczywe, natarczywe. Niemożliwe do
zignorowania. Przypuszczał, że właśnie o to chodziło.
- Na to wygląda - potwierdził doradca Daan, wsuwając kosmyk włosów za
ucho. - Sygnał pochodzi ze stacji monitorowania ruchu na odległym skraju
układu. Nadano mu najwyższy priorytet i wysłano w trybie
ogólnoukładowym. Każdy komputer podłączony do głównego rdzenia procesora
odtwarza ten sam alarm.
- Ale co go wywołało? - spytał minister. - Czy nie dołączono żadnej
wiadomości?
- Nie - zaprzeczył Daan. - Wysyłamy regularnie prośby o wyjaśnienia, ale
jak dotąd nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Sądzimy, że... stacja monitorowania
została zniszczona.
Minister Ecka zastanawiał się nad czymś przez chwilę. Gdy odwrócił się w swoim fotelu tyłem do doradców, stare drewno zatrzeszczało cicho pod
ciężarem jego ciała. Wyjrzał przez wielkie okno panoramiczne za
biurkiem. Jak okiem sięgnąć, ciągnęły się za nim złote pola uprawne
Hetzala - aż po horyzont. Świat, a w zasadzie cały układ, wyznawał
zasadę, zgodnie z którą każdy kawałek wolnej przestrzeni należało
wykorzystać na hodowlę, uprawę i kultywację roślin. Dachy budynków
zmieniano w poletka uprawne, rzeki i jeziora wykorzystywano do hodowli
przydatnych alg i wodorostów, wieżowce wyposażano w zielone tarasy, a ich ściany porastały winorośle. Pośród nich uwijały się droidy żniwne
zbierające owoce - w zależności od tego, co akurat dojrzewało w danym
sezonie. Obecnie były to miodowoce, jagody królewskie i lodomelony. Za
miesiąc będzie to coś innego. Na Hetzalu zawsze był na coś sezon.
Ecka uwielbiał ten pejzaż. Uważał, że to najbardziej sielski widok w galaktyce. Wszystko było takie... produktywne i... właściwe.
Teraz jednak, gdy w uszach dzwoniło mu od wycia syren, wcale już mu się
takie nie wydawało. Wyglądało za to na... kruche, zagrożone.
- Coś tam się musiało wydarzyć - stwierdziła kolejna z grona doradców,
Devaronianka imieniem Zaffa.
Ecka znał ją od dawna i pierwszy raz słyszał w jej głosie niepokój.
Wpatrywała się w dataekran, marszcząc czoło.
- Wewnątrzukładowa platforma wydobywcza właśnie przestała działać -
zameldowała Zaffa. - Zaczyna też szwankować sieć satelitów. Całkiem
jakby coś dezaktywowało nasze placówki, jedną po drugiej...
- I nadal nie mamy wizji? - spytał Ecka. - To jakieś szaleństwo! - Dał
znak swojemu szefowi ochrony, korpulentnemu mężczyźnie w średnim wieku.
- Borta, dlaczego twoi ludzie nie wiedzą, co się tam dzieje?
Borta ściągnął brwi.
- Panie ministrze, z całym należnym szacunkiem, ale powinien pan
wiedzieć dlaczego. Pańskie ostatnie cięcia budżetowe zmniejszyły zespół
ochrony Hetzala do jednej dziesiątej jego poprzedniej wielkości.
Pracujemy nad tym, ale nie potrafimy zbyt wiele wskórać.
- Czy to jakiś rodzaj naturalnej anomalii? Bo chyba nie... chyba nas nie
zaatakowano, prawda?
- W tym momencie nie możemy mieć takiej pewności. To, co się dzieje,
wykazuje pewne cechy typowe dla wrogiej infiltracji, ale nie widzimy
sygnatur napędu, a obiekty są atakowane w sposób bardzo losowy. Nadal
mamy nieco orbitalnych platform obronnych i wszystkie są nietknięte.
Gdyby to był atak, powinni próbować uniemożliwić nam odpowiedź na niego,
ale tego nie robią.
Znów rozbrzmiał dźwięk alarmu; Ecka odwrócił ponownie swój fotel i wycelował palec w doradcę Daana, który aż się skulił.
- Czy wyłączysz w końcu ten cholerny alarm? Nie mogę się skupić!
Daan wyprostował się, wypiął pierś i dotknął kontrolki na swoim
dataekranie. Wycie wreszcie umilkło.
W ciszy, która nastała, odezwał się kolejny z doradców: Keven Tarr,
szczupły, młody mężczyzna o rudych włosach i wyjątkowo bladej cerze.
Przysłano go tu z ministerstwa technologii. Ecka nie znał się zbytnio na
technologii niezwiązanej z uprawą roli. W głębi duszy pozostał farmerem,
ale Tarr był ponoć bardzo bystry. Prawdopodobnie nie minie wiele czasu,
nim chłopak się wyrobi i znajdzie sobie pracę w jakimś ciekawszym
zakątku galaktyki. Tak właśnie wyglądała sytuacja na światach takich jak
Hetzal. Nie wszystkim się tu podobało.
- Chyba mogę panu pokazać, co się dzieje, panie ministrze - powiedział
Tarr. Jego długie (jak na człowieka) palce zatańczyły nad klawiaturą
datapada. - Proszę pozwolić, że prześlę informacje droidowi. Wyświetli
je, tak abyśmy wszyscy mogli je zobaczyć.
Wklepał jeszcze kilka komend, a potem wysunął kabel ze swojego datapada
i podłączył go do portu dostępu przysadzistego, sześciokątnego droida
łącznościowego, czekającego posłusznie w kącie pokoju. Robot podtoczył
się naprzód, a jego pojedyncze oko rozbłysło zielenią.
Rzutowany przez nie obraz padł na dużą białą ścianę w biurze ministra,
przeznaczoną specjalnie dla tego celu. W zwykłych okolicznościach
wyświetlane na wideościanie prezentacje dotyczyły upraw lub programów
walki ze szkodnikami. Teraz jednak obraz ukazywał cały układ Hetzal - ze
wszystkimi jego światami i stacjami, a także z satelitami, platformami i ze statkami.
Oraz z czymś jeszcze.
W oczach ministra Ecki wyglądało to niczym pole opanowane przez rój
żarłocznych insektów: w jego układzie kłębiły się setki maleńkich
świateł mknących z zawrotną prędkością w tym samym kierunku - w stronę
słońca. A dokładniej w stronę głównej planety układu - ku Hetzal Prime
oraz jej pobliskich księżyców, Owocowego i Korzeniowego. Jak również ku
wszystkim tym stacjom, satelitom, platformom i statkom... Wielu obsadzonym
istotami żywymi.
- Co to takiego? - zapytał, marszcząc czoło.
- Nie wiadomo - odpowiedział Tarr. - Otrzymałem ten obraz dzięki
połączeniu sygnałów przesyłanych przez niezniszczone satelity i stacje
monitorowania, ale ich liczba szybko maleje, co oznacza, że tracimy
odczyty z czujników. Czymkolwiek są te anomalie, poruszają się niemal z prędkością świetlną i bardzo trudno je śledzić. A gdy w coś trafią...
- ...jest kiepsko - dokończył za niego generał Borta.
- Jeśli chodzi o ścisłość, chciałem powiedzieć, że dochodzi do
katastrofy - poprawił go Tarr. - Wykrywam całkiem sporą ich liczbę na
trajektoriach kolizyjnych z głównym światem.
- Czy możemy coś zrobić? - spytał z nadzieją Ecka, patrząc na Bortę. -
Możemy je... zestrzelić?
Borta odpowiedział bezradnym spojrzeniem.
- Może dawniej byłoby to realne. Może udałoby się zestrzelić choć część.
Ale systemy obronne nie były naszym priorytetem przez... cóż, od dawna.
W ciszy zawisło niewyartykułowane oskarżenie, ale Ecka nie zamierzał
teraz drążyć tej sprawy. Podjął decyzje, które wydawały się wówczas
słuszne - na podstawie najlepszych informacji, jakimi dysponował.
Działał w dobrej wierze. Panował pokój! Wszędzie był pokój. Po co
trwonić pieniądze, skoro mógł dzięki nim pomóc swoim ludziom w inny
sposób? Nie było sensu patrzeć wstecz. Nigdy nie przychodziło z tego nic
dobrego. Nadeszła pora na kolejną decyzję. Najlepszą, jaką mógł w tej
sytuacji podjąć.
Nie wahał się. Gdy plony płonęły, liczyła się każda sekunda. Jakkolwiek
źle było, to im dłużej się zwlekało, tym bardziej pogarszała się
sytuacja.
- Wydać rozkaz do ewakuacji - polecił. - Ogólnoukładowy. A potem
wyślijcie wiadomość na Coruscant. Poinformujcie ich o tym, co się
dzieje. Nie zdążą przysłać tu nikogo na czas, ale przynajmniej będą
wiedzieli.
Doradczyni Zaffa przyjrzała mu się spod wpółprzymkniętych powiek.
- Nie wiem, czy zdołamy przeprowadzić pełną ewakuację planetarną, panie
ministrze - powiedziała. - Nie mamy dość statków, by zabrać stąd
wszystkich, a jeśli te obiekty poruszają się rzeczywiście z prędkością
zbliżoną do świetlnej, nie potrwa długo, nim...
- Rozumiem, doradczyni Zaffo - wszedł jej spokojnie w słowo Ecka. -
Nawet jednak jeśli te rozkazy ocalą choćby jedną osobę, to zostanie ona
ocalona. Tylko to się liczy.
Zaffa pokiwała głową i postukała palcem w swój dataekran.
- Gotowe - oznajmiła. - Ewakuacja ogólnoukładowa w toku.
Wszyscy przyglądali się wyświetlanej na ścianie projekcji, teraz
zniekształcanej co jakiś czas przez zakłócenia. Prowizoryczna siatka
Tarra traciła integralność, w miarę jak coraz więcej satelitów spotykał
ognisty koniec, ale mimo to przedstawiona na wideościanie sytuacja była
jasna dla każdego: wyglądało to całkiem, jakby ktoś ostrzeliwał układ
Hetzal z jakiegoś potężnego działa, a oni nic nie mogli zrobić, by temu
zapobiec.
- Chyba powinniście teraz wszyscy spróbować znaleźć jakiś sposób na
opuszczenie planety - zauważył Ecka. - Przypuszczam, że statki, którymi
dysponujemy, szybko się zapełnią.
Nikt nie ruszył się z miejsca.
- A pan? Co pan planuje, ministrze? - spytał doradca Daan.
Ecka odwrócił się z powrotem do swojego okna i spojrzał na złote,
ciągnące się aż po horyzont pola. Wyglądały tak spokojnie... Trudno było
uwierzyć, że mogłoby się tu wydarzyć coś złego.
- Sądzę, że zostanę - powiedział wreszcie. - Może nadam komunikat,
spróbuję nieco uspokoić mieszkańców. Ktoś musi się zatroszczyć o plon.
Wiadomość nadana przez ministra Eckę obiegła w mgnieniu oka całą Hetzal
Prime, docierając również do wszystkich zakątków dwóch jej zamieszkałych
księżyców, pojawiając się na ekranach datapadów i holowyświetlaczy,
nadawana na wszystkich kanałach łączności. Niosła ze sobą następujące
przesłanie: nigdzie nie jest bezpiecznie. Uciekajcie tak daleko, jak
tylko zdołacie.
Minister nie udzielił wyjaśnień, co zaowocowało licznymi spekulacjami.
Co się właściwie działo? Czy doszło do jakiegoś wypadku? Jaka katastrofa
mogła być tak poważna, że trzeba było ewakuować aż cały układ?
Niektórzy z mieszkańców zignorowali ostrzeżenie. Uznali, że to fałszywy
alarm - jeden z tych, które czasami się zdarzały. Bywało też, że hakerzy
robili sobie dowcipy albo popisywali się, włamując do sieci awaryjnych
systemów alarmowych. Co prawda, nigdy nie było to nic na podobną skalę,
ale jej ogrom w istocie tylko ułatwiał zlekceważenie całego incydentu.
No bo... cały układ w niebezpieczeństwie? To było po prostu niemożliwe.
Ci, którzy zbagatelizowali ostrzeżenia, zostali w domach. W pracy.
Wyłączali ekrany i wracali do swojego życia, bo to było znacznie lepsze
od alternatywy. A jeśli od czasu do czasu popatrywali na niebo i widzieli statki startujące i kierujące się ku głębokiej przestrzeni...
cóż, powtarzali sobie po prostu, że podróżujący na pokładach tych
jednostek ludzie to bojaźliwi głupcy.
Inni, w innych miejscach, zamierali w bezruchu. Nie wiedzieli, gdzie
szukać schronienia. Nie każdy mógł sobie pozwolić na ucieczkę z tego
świata. W rzeczywistości większość mieszkańców nie miała takiej
możliwości. Hetzal był układem zamieszkałym przez farmerów, bardzo
zżytych ze swoją ziemią. Jeśli już podróżowali dokądś na terenie
Republiki, to były to specjalne okazje, jednorazowe, wyjątkowe
doświadczenia. Teraz zaś, gdy informowano ich, iż powinni znaleźć sposób
na dotarcie do przestrzeni kosmicznej w jak najkrótszym czasie... jak
właściwie mieli to zrobić? Jak mieli tego dokonać?
Niektórzy mieszkańcy Hetzala mieli jednak statki - lub też żyli w miastach, w których podróże kosmiczne były bardziej powszechne. Ci
odszukiwali swoje dzieci, gromadzili najcenniejszy dobytek i pędzili co
sił w nogach do kosmoportów, licząc na to, że dotrą tam jako pierwsi i zdołają zarezerwować sobie miejsca na lot. Niestety, nie byli pierwsi.
Witały ich tłumy, kolejki, ceny biletów wywindowane do kwot, na których
zapłacenie mogli sobie pozwolić wyłącznie najbogatsi - dzięki
pozbawionym skrupułów oportunistom. Napięcie rosło. Wywiązywały się
bójki i chociaż Hetzal dysponował siłami zdolnymi tłumić podobne
zamieszki, to ich przedstawiciele również patrzyli w niebo,
zastanawiając się, czy przyjdzie im spędzić ostatnie chwile na próbach
zapewnienia bezpieczeństwa innym. Owszem, to byłby szlachetny koniec,
ale czy naprawdę tego chcieli? Oni również mieli swoje życie i rodziny.
Fundamenty ładu zaczynały się niebezpiecznie chwiać w posadach.
Na Księżycu Korzeniowym jeden z łaskawszych kupców zdecydował się
udostępnić publicznie statek, którego używał do transportu wyjątkowo
świeżych produktów eksportowanych z księżyca na żarłoczne światy
Zewnętrznych Rubieży. Zaoferował przestrzeń na pokładzie wszystkim,
którzy się pomieszczą, i chociaż jego pilot powiedział mu, że statek
jest stary, a jego silniki pamiętają lepsze czasy, kupiec się tym nie
przejął. To była pora na okazywanie wielkoduszności i niesienie nadziei,
a on zamierzał ocalić tak wiele istnień, jak tylko zdoła.
Statek, który pomieścił pięćset osiemdziesiąt dwie osoby, włącznie z kupcem i jego własną rodziną, zdołał wystartować z platformy lądowniczej
dopiero, gdy jego pilot wydusił z silników największą moc. Teraz musieli
się tylko wydostać ze studni grawitacyjnej księżyca. Gdy już znajdą się
w przestrzeni kosmicznej, będzie znacznie łatwiej. Zdołają umknąć w bezpieczne miejsce.
Przebyli niemal kilometr, gdy przeciążone silniki eksplodowały. Kula
ognia spadła na głowy tych, którzy zostali w dole i którzy nie
wiedzieli, czy im się poszczęściło, czy wręcz przeciwnie, zważywszy na
fakt, iż wciąż nie mieli pojęcia, co się wkrótce wydarzy. W wiadomości
ministra Ecki nie było nic na ten temat.
Zmodyfikowaną wersję jego komunikatu wysłano z Hetzala do wszystkich
układów i statków, które mogły go odebrać: "Mamy poważne problemy.
Przyślijcie pomoc, jeśli tylko zdołacie".
Został on odebrany na innych światach Zewnętrznych Rubieży - na Ab
Dalis, Mon Cali, Eriadu i wielu, wielu innych, a następnie przesłany za
pośrednictwem sieci transmisyjnej Republiki dalej, na planety Środkowych
i Wewnętrznych Rubieży, na teren Kolonii, a nawet do samego lśniącego
Jądra. Praktycznie każdy, kto go słyszał, chciał zrobić coś, by pomóc,
ale właściwie co? Jasnym było, iż cokolwiek dzieje się na Hetzalu,
dobiegnie końca na długo przed tym, nim zdołają tam dotrzeć.
Statki wysyłano jednak mimo to, w większości medyczne jednostki
ratunkowe, w nadziei, że zdołają nieść pomoc rannym obywatelom Hetzala.
O ile jacyś przetrwają.
- Udajcie się do najbliższej placówki transportu dalekiego zasięgu -
mówił minister Ecka do droida kamerzysty nagrywającego jego słowa i nadającego je w całym układzie. - Wyślemy statki, aby podjęły istoty,
które nie mają jak opuścić planety. To może zająć nieco czasu, ale
bądźcie spokojni i nie martwcie się. Macie moje słowo: zjawimy się po
was. Jesteśmy wszyscy z tego samego plonu. Jesteśmy krzepkim płodem tej
ziemi. Przetrwamy to, tak samo jak udawało nam się przetrwać każdą
surową zimę i letnią suszę: wspólnym wysiłkiem. Jesteśmy Hetzalem.
Jesteśmy Republiką - mówił. Podniósł dłoń i na jego sygnał droid
zakończył transmisję. To była czwarta wiadomość, którą wysłał od chwili
ogłoszenia sytuacji kryzysowej, liczył na to, że jego komunikaty odniosą
jakiś skutek. Raporty sugerowały jednak coś zgoła innego: w kosmoportach
na wszystkich trzech zamieszkanych światach dochodziło do zamieszek, ale
co jeszcze mógł właściwie zrobić? Nadawał wiadomości ze swojego biura w Aguirre City, pokazując innym, że nie opuścił swojego ludu w potrzebie,
mimo iż spokojnie mógł to zrobić. To była jego deklaracja solidarności z nim. Niewiele, ale zawsze coś.
Dookoła reszta jego personelu koordynowała własne próby niesienia pomocy
- na wszelkie dostępne im sposoby. Generał Borta mobilizował swoje
mizerne siły bezpieczeństwa, dbając, by jednocześnie starały się one
utrzymywać porządek i zabierały ludzi poza planetę. Z pomocą doradcy
Daana dopilnowali właśnie, aby szereg potężnych frachtowców
wykorzystywanych do transportu zbiorów i będących akurat w trasie został
zmieniony w punkty transferowe, polecając im zrzucić ładunki i zorganizować na pokładach przestrzeń na przyjęcie uchodźców. Każdy z nich mógł pomieścić dziesiątki tysięcy osób. Oczywiście, na ich
pokładach brakowało wygód, ale w tej sytuacji komfort był ostatnią
rzeczą, jaka miała znaczenie.
Mniejsze statki dostarczały Hetzalian na frachtowce, wyładowywały
pasażerów i wracały, aby podjąć kolejnych. Ten system nie działał może
idealnie, ale był jedynym, jaki mogli zaaranżować w tak krótkim czasie.
Nie istniał żaden plan przygotowany z myślą o sytuacjach takich jak ta.
Minister Ecka winił za to siebie, ale skąd mógł wiedzieć? Coś takiego
nie miało prawa się wydarzyć. Cokolwiek właściwie się stało, to było...
niemożliwe. Był w końcu tylko farmerem i...
"Nie" - pomyślał, nagle ogarnięty wstydem. Był ministrem Zeffrenem Ecką,
przywódcą całego tego zatraconego układu. Nie miało znaczenia, czy mógł
przewidzieć tę katastrofę, czy nie - doszło do niej, a on musiał zrobić
wszystko, co w jego mocy, by zniwelować jej skutki.
Gdy się nad tym zastanawiał, jego wzrok padł na Kevena Tarra, który
nadal czuwał nad swoją małą siecią informacyjną, starając się zachować
przepływ danych. Chłopak pracował teraz na trzech datapadach,
wykorzystując kilka droidów rzutujących różne obrazy na ściany i gromadząc tyle informacji, ile tylko zdołał, na temat rozmiarów
katastrofy, nadal zbierającej swoje żniwo w układzie. Wciąż nie miał
żadnych sensownych odpowiedzi na dręczące wszystkich pytania - innych
niż kolejne potwierdzenia, że Hetzal był dosłownie rozszarpywany przez
nieznane siły, które atakowały układ. Satelity, systemy anten, stacje...
rozdzierane przez burzę śmierci, która spadła na nich znienacka. To było
jak sezonowa plaga kąsających much, które niegdyś prześladowały Księżyc
Owocowy, dopóki nie zmodyfikowano ich genetycznie tak, że wyginęły.
Gdy zjawiał się rój, nie było przed nim ucieczki. Należało zagryźć zęby,
przeczekać i obsiać pola ponownie, kiedy było już po wszystkim.
Ecka obserwował, jak Keven Tarr ociera z oczu pot, a potem spogląda
ponownie na swój główny datapad, ten, który postawił na małym stoliku,
używanym jako biurko.
Otworzył szerzej oczy, a jego palce zamarły zawieszone nad ekranem.
- Panie ministrze... - bąknął. - Ja... odbieram sygnał!
- Jaki znowu sygnał? - spytał Ecka.
- Ja... może przekieruję - wykrztusił Tarr głosem, w którym pobrzmiewały
jakieś dziwne nuty, zaskoczenia czy też może niedowierzania.
Gdy jeden z droidów łącznościowych przesłał wiadomość do biura ministra
Ecki, w powietrzu rozległy się przerywane trzaskami zakłóceń słowa.
Kobiecy głos wypowiadał kilka zdań, które jednak niosły ze sobą... tak,
dokładnie to, czego w tej chwili potrzebowali najbardziej.
- Tu mistrzyni Jedi Avar Kriss - mówił głos. - Pomoc jest w drodze.
Wiadomość zwiastowała jedno.
Nadzieję.