Star Wars Wielka Republika. Światło Jedi - Charles Soule

Kup ebooka

35.99 zł
30.59 zł (29,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział czwarty

roz­dział czwarty

REPU­BLI­KAŃ­SKI KRĄ­ŻOW­NIK TYPU EMIS­SARY "TRZECI HORY­ZONT"

90 minut do zde­rze­nia

W ukła­dzie Het­zal poja­wił się sta­tek, wyska­ku­jąc z nad­prze­strzeni i gwał­tow­nie zwal­nia­jąc pod­czas powrotu do zwy­kłej pręd­ko­ści. Zna­lazł się daleko w głębi kursu pro­wa­dzą­cego ku słońcu, a stud­nie gra­wi­ta­cyjne, wśród któ­rych musiał manew­ro­wać, z pew­no­ścią roze­rwa­łyby na strzępy mniej­szą jed­nostkę - a nawet tę, gdyby obsada jej mostka nie sta­no­wiła naj­lep­szych spo­śród naj­lep­szej kadry Repu­bliki.

Sta­tek nazy­wał się "Trzeci Hory­zont" i był piękny. Poszy­cie jego zaostrza­ją­cego się stop­niowo kadłuba pełne było łagod­nych krzy­wizn, przy­po­mi­na­ją­cych fale na srebr­nym morzu, a wzno­szące się z niego wieże i blanki upo­dab­niały go do leżą­cej na boku for­tecy zło­żo­nej z licz­nych skrzy­deł, iglic i wypię­trzeń. Był niczym wcie­le­nie ambi­cji. Opty­mi­zmu. Sta­no­wił ucie­le­śnie­nie piękna, powo­ła­nego do życia dla samego jego ist­nie­nia, bez przy­kła­da­nia spe­cjal­nej wagi do kosz­tów czy wysiłku wło­żo­nego w budowę.

"Trzeci Hory­zont" sta­no­wił dzieło sztuki, sym­bol wiel­kiej Repu­bliki i świa­tów, które repre­zen­to­wała.

Z umiesz­czo­nych w kadłu­bie han­ga­rów zaczęły się wysy­py­wać mniej­sze jed­nostki, odry­wa­jąc się od niego niczym płatki kwia­tów porwane bryzą; lśniące kro­ple sre­bra i złota. To były statki zakonu Jedi, vec­tory. Jako że Jedi i Repu­blika ści­śle ze sobą współ­pra­co­wali, podob­nie miała się rzecz z ich stat­kami oraz samymi człon­kami zakonu. Han­gary "Trze­ciego Hory­zontu" opusz­czały rów­nież więk­sze jed­nostki, sta­no­wiące siłę robo­czą Repu­bliki: long­be­amy - uni­wer­salne jed­nostki prze­zna­czone do walki, misji poszu­ki­waw­czych i ratun­ko­wych, trans­portu oraz wypeł­nia­nia każ­dego innego zada­nia, jakiego aku­rat wyma­gały oko­licz­no­ści.

Vec­tory były sta­tecz­kami pasa­żer­skimi, kon­fi­gu­ro­wa­nymi jako pojazdy jedno- lub dwu­oso­bowe - bo nie wszy­scy Jedi podró­żo­wali samot­nie. Nie­któ­rym towa­rzy­szyli ich pada­wani, tak aby mogli przy­swa­jać lek­cje, któ­rych pra­gnęli im udzie­lić ich mistrzo­wie. Long­be­amy mogła obsłu­gi­wać załoga zło­żona z trzech osób, ale były one zdolne pomie­ścić na swo­ich pokła­dach do dwu­dzie­stu czte­rech żoł­nie­rzy, dyplo­ma­tów, sani­ta­riu­szy, tech­ni­ków... każ­dego, kto był aku­rat potrzebny.

Mniej­sze statki przy­spie­szyły, odda­la­jąc się od "Trze­ciego Hory­zontu", aby zanu­rzyć się w głąb układu. Każ­demu z nich wyzna­czono cel, zada­nie. Każdy miał do oca­le­nia czy­jeś życie.

Na mostku "Trze­ciego Hory­zontu" stała samot­nie wysoka kobieta. Dookoła niej jak w ukro­pie uwi­jali się człon­ko­wie załogi, w łuko­wa­tych niszach i zaka­mar­kach mostka ofi­ce­ro­wie, nawi­ga­to­rzy i spe­cja­li­ści zaczy­nali koor­dy­no­wać swoje wysiłki ukie­run­ko­wane na oca­le­nie układu Het­zal od znisz­cze­nia. Kobieta nazy­wała się Avar Kriss i przez więk­szość swo­jego około trzy­dzie­sto­let­niego życia była człon­ki­nią zakonu Jedi. Jako dziecko tra­fiła do Wiel­kiej Świą­tyni na Coru­scant - szkoły, amba­sady i klasz­toru w jed­nym, sta­no­wią­cej jed­no­cze­śnie ostoję Mocy łączą­cej wszyst­kie istoty żywe. Począt­kowo nale­żała do mło­dzi­ków, aby w miarę postę­pów awan­so­wać do stop­nia pada­wanki, następ­nie rycerki Jedi i wresz­cie stać się...

Mistrzy­nią.

To ona zawia­dy­wała tą ope­ra­cją. "Trze­cim Hory­zon­tem", sta­no­wią­cym część nie­wiel­kiej floty sił poko­jo­wych utrzy­my­wa­nej przez Koali­cję Obrony Repu­bliki, dowo­dził admi­rał nazwi­skiem Kro­nara, ale w tej akcji, pró­bie uchro­nie­nia Het­zala przed kata­strofą, prze­ka­zał stery Jedi. Decy­zja została pod­jęta jed­no­myśl­nie i nie była przed­mio­tem dys­ku­sji. Repu­blika miała swoje silne punkty, podob­nie jak Jedi, i każda ze stron wyko­rzy­sty­wała dostępne jej środki, aby wspie­rać drugą i dzia­łać na jej korzyść.

Avar Kriss przy­glą­dała się obra­zowi układu Het­zal wyświe­tla­nemu na pła­skiej sre­brzy­stej ścia­nie pro­jek­cyj­nej mostka przez spe­cjalne dro­idy łącz­no­ściowe lewi­tu­jące tuż przed nią. Mapę sytu­acyjną two­rzono na pod­sta­wie infor­ma­cji prze­ka­zy­wa­nych przez źró­dła wewnątrz­u­kła­dowe, a także sys­temy czuj­ni­ków "Trze­ciego Hory­zontu". Na zie­lono zazna­czono na niej światy, statki, sta­cje kosmiczne i sate­lity Het­zala. Wła­sne zasoby Kriss - vec­tory, long­be­amy i sam "Hory­zont" - miały barwę nie­bie­ską. Śmier­cio­no­śne punkty, prze­my­ka­jące przez układ z nie­sa­mo­witą pręd­ko­ścią, nie­zna­nego typu i źró­dła, były czer­wone. Na jej oczach na wyświe­tla­czu poja­wiły się nowe szkar­łatne plamki. Cokol­wiek się tam działo, to jesz­cze nie był koniec.

Dłoń Avar Kriss powę­dro­wała do ramie­nia, na któ­rym jej długa biała szata była spięta złotą klamrą w kształ­cie sym­bolu zakonu - żywego wschodu słońca. To był ubiór cere­mo­nialny, odpo­wiedni na walne zgro­ma­dze­nie przed­sta­wi­cieli Jedi i Repu­bliki, na które wysłano jakiś czas temu "Trzeci Hory­zont". Sta­tek wypeł­nił już swoją misję i wra­cał wła­śnie z inspek­cji na pokła­dzie dopiero co ukoń­czo­nej sta­cji kosmicz­nej o nazwie Latar­nia Gwiezdny Blask, która miała zmie­nić obli­cze galak­tyki. Teraz jed­nak, zwa­żyw­szy na cha­rak­ter cze­ka­ją­cego ich zada­nia, zdobne szaty tylko ją roz­pra­szały. Avar stuk­nęła pal­cem w klamrę, która otwo­rzyła się i opa­dła na zie­mię pośród fał­dów tka­niny, odsła­nia­jąc ukrytą pod zbyt­kow­nym stro­jem pro­stą białą tunikę z deko­ra­cyj­nym zło­tym moty­wem. Na bio­drze kobiety, w bia­łej kabu­rze, spo­czy­wał meta­lowy cylin­der - lity walec ze sre­brzy­sto­bia­łego elek­trum, przy­po­mi­na­jący rączkę jakie­goś narzę­dzia pozba­wioną ele­mentu użyt­ko­wego. Przez całą dłu­gość cylin­dra, aż do osłony emi­tera, bie­gła spi­ral­nie żło­biona linia inkru­sto­wana żywo­zie­lo­nym mor­skim kamie­niem - słu­żąca zarówno jako zdo­bie­nie, jak i detal ręko­je­ści popra­wia­jący chwyt. To była broń, którą Avar bie­gle wła­dała, ale któ­rej nie będzie dziś potrze­bo­wać. Mie­cze świetlne nie mogły oca­lić Het­zala. Musieli to zro­bić sami Jedi.

Avar usia­dła na pod­ło­dze, krzy­żu­jąc nogi. Jej się­ga­jące do ramion jasne włosy same odsu­nęły się z twa­rzy, jakby żyły wła­snym życiem, a potem splo­tły się w skom­pli­ko­wany węzeł, man­dalę, któ­rej stwo­rze­nie samo w sobie poma­gało jej się sku­pić. Avar przy­mknęła oczy...

Spo­wol­niła oddech, się­ga­jąc poprzez ota­cza­jącą ją i prze­peł­nia­jącą Moc. Powoli zaczęła się wzno­sić w powie­trze i zatrzy­mała się jakiś metr nad pokła­dem.

W jej stronę kie­ro­wało się coraz wię­cej zacie­ka­wio­nych spoj­rzeń obsady mostka "Trze­ciego Hory­zontu". Kiwali gło­wami lub uśmie­chali się lekko. Nie­któ­rzy tego nie oka­zy­wali, ale i w ich duszach na ten widok zapa­lała się iskierka nadziei. Wszy­scy wra­cali jed­nak szybko do wypeł­nia­nia swo­ich pil­nych obo­wiąz­ków.

Avar Kriss nie zwra­cała uwagi na reak­cje oto­cze­nia. Teraz ist­niały dla niej tylko Moc oraz to, co jej ona prze­ka­zy­wała - i co Avar musiała zro­bić.

Przy­stą­piła do dzia­ła­nia.

Roz­dział piąty

roz­dział piąty

ORBITA HET­ZAL PRIME

80 minut do zde­rze­nia

Bell Zet­ti­far czuł, jak sta­tek zbliża się do gór­nych warstw atmos­fery. Ich vec­tor nie miał nazwy, a przy­naj­mniej nie ofi­cjal­nie. Wszyst­kie były zasad­ni­czo iden­tyczne i teo­re­tycz­nie losowo przy­pi­sy­wane lata­ją­cym nimi Jedi - on i jego mistrz zawsze jed­nak korzy­stali z tego samego: z nie­wielką rysą na skrzy­dle, będącą pamiątką po burzy jono­wej, przez którą kie­dyś prze­le­cieli. Miała gwiaź­dzi­sty kształt, więc Bell - cho­ciaż tylko w myśli, ni­gdy na głos - nazy­wał ich sta­tek "Novą".

Vec­tory były mini­ma­li­stycz­nymi maszy­nami, pod każ­dym wzglę­dem: szcząt­kowe osłony, pod­sta­wowe uzbro­je­nie, ogra­ni­czone do nie­zbęd­nego mini­mum wspar­cie kom­pu­te­rowe. To ich piloci sta­no­wili o ich umie­jęt­no­ściach. Jedi byli osło­nami, bro­nią oraz mózgami swo­ich stat­ków, okre­śla­ją­cymi, do czego były one zdolne i co mogły osią­gnąć. Vec­tory były małe i zwinne. Flota takich jed­no­stek sta­no­wiła impo­nu­jący widok, z Jedi zasia­da­ją­cymi za ich ste­rami i kie­ru­ją­cymi nimi za pośred­nic­twem Mocy, osią­ga­ją­cymi poziom pre­cy­zji, jakiego nie mógłby zapew­nić żaden droid ani zwy­kły pilot.

Wyglą­dały niczym stado pta­ków, czy może raczej chmura opa­da­ją­cych liści porwa­nych podmu­chem wia­tru, cią­gną­cych w tym samym kie­runku, połą­czo­nych ze sobą nie­wi­dzialną wię­zią... Mocą. Bell widział raz na Coru­scant pokaz zor­ga­ni­zo­wany w ramach pro­gramu pro­mo­cji Świą­tyni: trzy tysiące vec­to­rów poru­sza­ją­cych się jak jeden żywy orga­nizm; zło­tych i srebr­nych strza­łek, lśnią­cych w słońcu nad pla­cem Senac­kim. Roz­pra­szały się, spla­tały w pasma przy­po­mi­na­jące war­ko­cze i prze­my­kały wokół sie­bie nawza­jem w nie­wia­ry­god­nym pędzie. To była naj­pięk­niej­sza rzecz, jaką oglą­dał w życiu. Ludzie nazy­wali to dry­fem. Dry­fem vec­to­rów.

Teraz jed­nak ich "Nova" leciała samot­nie, jedy­nie z nimi dwoma na pokła­dzie: uczniem Jedi Bel­lem Zet­ti­fa­rem oraz jego mistrzem Lode­nem Gre­at­stor­mem, zasia­da­ją­cym przed nim w fotelu pilota. Dele­ga­cja Jedi z pokładu "Trze­ciego Hory­zontu" została podzie­lona na grupy ope­ra­cyjne i poszcze­gólne vec­tory skie­ro­wano do róż­nych punk­tów w całym ukła­dzie. Było zbyt wiele zadań do wypeł­nie­nia - i zbyt mało czasu.

Ich dwójkę wysłano z misją na naj­więk­szy zamiesz­kany obiekt w ukła­dzie, pla­netę Het­zal Prime. Z misją tyleż ważną, co nie­zbyt jasno okre­śloną: nieść pomoc.

Bell zer­k­nął przez ilu­mi­na­tor na maja­czącą w dole połać zie­lono-złoto-błę­kit­nego świata. To było piękne miej­sce, a przy­naj­mniej takie można było odnieść wra­że­nie z tej wyso­ko­ści. Przy­pusz­czał jed­nak, że tam, w dole, sprawy mogą się mieć zgoła ina­czej. Jak okiem się­gnąć, prze­strzeń prze­ci­nały smugi pozo­sta­wiane przez układy napędu innych stat­ków - świa­dec­two maso­wego exo­dusu jed­no­stek opusz­cza­ją­cych pla­netę. Ich "Nova" i kilka innych vec­to­rów oraz repu­bli­kań­skich long­be­amów, które dostrze­gał tu i tam, były jedy­nymi stat­kami lecą­cymi w prze­ciw­nym kie­runku.

- Wcho­dzimy w górną war­stwę atmos­fery, Bell - rzu­cił przez ramię Loden. - Gotów?

- Wiesz, jak to uwiel­biam, mistrzu. - Bell wes­tchnął.

Gre­at­storm par­sk­nął śmie­chem, a ich vec­tor zanur­ko­wał... czy też może raczej runął w dół, ciężko stwier­dzić. Wnę­trze kabiny statku wypeł­nił ogłu­sza­jący ryk towa­rzy­szący trans­for­ma­cji prze­strzeni kosmicz­nej w atmos­ferę. Zaostrzone przed­nie płaty skrzy­deł ich statku cięły przez nią jak noże, ale i one napo­ty­kały pewien opór.

"Nova" prze­dzie­rała się przez górne war­stwy atmos­fery Het­zal Prime... nie, nie prze­dzie­rała. Loden Gre­at­storm był na to zbyt wytraw­nym pilo­tem. Nie­któ­rzy Jedi uży­wali swo­ich vec­to­rów wła­śnie w ten spo­sób, ale nie on. On pro­wa­dził go przez nią, śli­zga­jąc się na prą­dach powie­trza, sunąc wraz z nimi, pozwa­la­jąc, by sta­tek stał się po pro­stu kolej­nym ele­men­tem inte­rak­cji gra­wi­ta­cji i wia­trów nad powierzch­nią pla­nety. Sta­tek chciał spaść - i Gre­at­storm mu na to pozwa­lał. To była upojna, zabój­czo nie­bez­pieczna i ryzy­kowna zabawa, balan­so­wa­nie na kra­wę­dzi, vec­tory zaś zapro­jek­to­wano tak, by prze­no­siły każdą, nawet naj­lżej­szą wibra­cję i drże­nie na zamknię­tych w ich kok­pi­tach Jedi. Dzięki temu mogli oni pozwo­lić Mocy kie­ro­wać ich reak­cjami i jak naj­le­piej zestra­jać się ze stat­kiem. Bell zwi­nął dło­nie w pię­ści, a jego usta roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Spek­ta­ku­larne - oce­nił bez namy­słu.

Jego mistrz wybuch­nął śmie­chem.

- Nic podob­nego, Bell - zapew­nił go. - Po pro­stu wyce­lo­wa­łem stat­kiem w pla­netę. Resztę zała­twiła gra­wi­ta­cja.

Długi, gładki zakręt, łagodny niczym zakole rzeki, i nagle "Nova" wypro­sto­wała lot, teraz dość bli­sko powierzchni pla­nety, by Bell mógł roz­róż­nić poszcze­gólne budynki, pojazdy i inne ele­menty kra­jo­brazu w dole. Wszystko wyglą­dało tak spo­koj­nie... Nic nie świad­czyło o tym, aby w ukła­dzie roz­gry­wała się wła­śnie tra­ge­dia. Nic, za wyjąt­kiem wciąż rosną­cej liczby stat­ków opusz­cza­ją­cych jej powierzch­nię.

- Gdzie powin­ni­śmy wylą­do­wać? - spy­tał z namy­słem Bell. - Czy mistrzyni Kriss mówiła coś na ten temat?

- Dała nam wolną rękę - odparł Gre­at­storm, zer­ka­jąc w bok; jego pro­fil przy­po­mi­nał ciemne poszar­pane, gór­skie zbo­cze. Twi'lekań­skie gło­wo­ogony, lekku, wdzięcz­nie spły­wały mu na plecy, a oczami śle­dził smugi pozo­sta­wiane przez napędy jed­no­stek opusz­cza­ją­cych układ. - Pomo­żemy więc, jak tylko zdo­łamy.

- Ale to cała pla­neta! - zauwa­żył Bell. - Skąd mamy wie­dzieć, gdzie...

- Ty mi to powiedz, mój drogi - wszedł mu w słowo Loden. - Znajdź miej­sce, w które powin­ni­śmy się udać.

- Szko­le­nie? - Bell znowu wes­tchnął.

- Szko­le­nie.

Filo­zo­fia Lodena Gre­at­storma jako nauczy­ciela była bar­dzo pro­sta: jeśli teo­re­tycz­nie Bell był do cze­goś zdolny, to nawet gdyby Loden mógł to zro­bić dzie­sięć razy szyb­ciej i sto razy spraw­niej niż on, osta­tecz­nie to wła­śnie Zet­ti­far musiał to wyko­nać. "Gdy­bym wszystko robił sam, nikt ni­gdy niczego by się ode mnie nie nauczył" - zwykł powta­rzać Gre­at­storm.

Loden nie musiał oczy­wi­ście robić wiecz­nie wszyst­kiego sam, ale Bell nie miałby nic prze­ciwko, gdyby jed­nak od czasu do czasu fak­tycz­nie coś zro­bił. Bycie uczniem wiel­kiego Lodena Gre­at­storma pole­gało na sta­wia­niu czoła nie­koń­czą­cym się wyzwa­niom. Bell szko­lił się w Świą­tyni Jedi przez jakieś pięt­na­ście lat (z osiem­na­stu, które liczył) i ni­gdy nie było łatwo, ale ter­mi­no­wa­nie pod okiem Lodena w cha­rak­te­rze pada­wana... o, to było coś zupeł­nie innego. Każ­dego dnia, bez wyjątku, jego mistrz zmu­szał go, by dawał z sie­bie wszystko. Każdą chwilę, która zosta­wała Bel­lowi, chło­piec spę­dzał, nie­mal natych­miast zapa­da­jąc w głę­boki, kamienny sen, dopóki się nie obu­dził i wszystko nie zaczy­nało się od nowa. Mimo to jed­nak... uczył się. Był teraz lep­szy niż pół roku temu - pod każ­dym wzglę­dem.

Bell wie­dział, czego żąda od niego jego mistrz. To było kolejne nie­mal nie­moż­liwe do zre­ali­zo­wa­nia zada­nie, ale on był Jedi - czy może raczej: dążył do zosta­nia nim - dzięki Mocy zaś wszystko było moż­liwe.

Przy­mknął oczy i otwo­rzył swoje wnę­trze... i zna­lazł je w sobie: świa­tełko, które ni­gdy nie gasło. Zawsze się w nim tliło, nawet jeśli było maleń­kie niczym pło­myk świecy. Jeżeli się odpo­wied­nio sku­pił, potra­fił je pod­sy­cić, by wybu­chło jasnym pło­mie­niem. Kilka razy się zda­rzyło, że roz­bły­sło jasno niczym słońce - ema­no­wało bla­skiem tak sil­nym, że bał się, iż może od niego oślep­nąć. Tak naprawdę nie miało to jed­nak zna­cze­nia. Od iskry do ogni­stego pie­kła - każda łącz­ność z Mocą odga­niała cie­nie.

Bell zanu­rzył się w pul­su­jące w jego wnę­trzu świa­tło, szu­ka­jąc punk­tów połą­cze­nia z innymi for­mami życia, innymi źró­dłami Mocy na pla­ne­cie w dole. Bar­dzo bli­sko wyczu­wał kry­nicę wiel­kiej potęgi i ener­gii, obec­nie była wyga­szona, niczym żarzące się węgle, wie­dział jed­nak, że drze­mią w niej ogromne pokłady siły, w razie gdyby zaszła koniecz­ność ich uży­cia. To był jego mistrz Loden. Bell minął go, zapusz­cza­jąc się głę­biej, dalej. Szu­kał cze­goś innego.

O, tam. Niczym nada­wany z dużej odle­gło­ści holo­gram, nabie­ra­jący kształ­tów, gdy sygnał zyskał wresz­cie odpo­wied­nią siłę, w umy­śle Bella poja­wiła się sieć Mocy, łącząca umy­sły i dusze miliar­dów istot zalud­nia­ją­cych powierzch­nię Het­zal Prime. Nie był to jasny, czy­telny obraz, raczej coś na kształt dają­cej bar­dzo ogólne roze­zna­nie mapy stref emo­cjo­nal­nych, nie­róż­nią­cej się wcale aż tak mocno od mozaiki pól upraw­nych prze­my­ka­ją­cych daleko w dole pod brzu­chem "Novy".

Pośród uczuć prze­wa­żały panika i strach, emo­cje, które Jedi ze wszyst­kich sił sta­rali się u sie­bie wyple­nić. Zgod­nie z ich naukami kon­takt praw­dzi­wego Jedi ze stra­chem powi­nien się ogra­ni­czać wyłącz­nie do wyczu­wa­nia go u innych - co, trzeba przy­znać, było dość powszech­nym dozna­niem. Bell wiele razy odczu­wał te odbite emo­cje, zawsze jed­nak towa­rzy­szyły im rów­nież miłość, nadzieja, zasko­cze­nie, a także liczne odcie­nie rado­ści - spek­trum uczuć typowe dla wszyst­kich istot żywych.

Cóż, przy­naj­mniej zazwy­czaj. W tej chwili emo­cjami ema­nu­ją­cymi z Het­zal Prime były głów­nie panika i strach.

Nie był tym zasko­czony. Sły­szał wezwa­nie do ewa­ku­acji: "Dotknęła nas kata­strofa na skalę ukła­dową. Wszyst­kie istoty żywe mają natych­miast opu­ścić układ Het­zal wszel­kimi dostęp­nymi środ­kami trans­portu i zacho­wać od niego mini­malny bez­pieczny dystans". Żad­nych wyja­śnień, żad­nych ostrze­żeń. Prze­sła­nie było oczy­wi­ste dla każ­dego, kto usły­szał komu­ni­kat. Miliardy istot... i z pew­no­ścią zbyt mało stat­ków, by zabrać stąd je wszyst­kie. Kto by nie pani­ko­wał?

Na świe­cie kipią­cym tego rodzaju nega­tywną ener­gią trudno było myśleć o tym, czego może doko­nać dwójka Jedi. Loden Gre­at­storm powie­rzył jed­nak Bel­lowi zada­nie, więc chło­piec na­dal się­gał na zewnątrz, szu­ka­jąc miej­sca, w któ­rym przy­da­łaby się ich pomoc.

Nagle coś wyczuł... jakiś punkt napię­cia. Sprę­żo­nego, zagęsz­czo­nego... kon­flikt, nie­pew­ność, prze­czu­cie, że coś jest nie tak, jak być powinno. Poczu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści.

Otwo­rzył oczy.

- Na wschód - powie­dział.

Jeśli komuś tam działa się krzywda... cóż, zapro­wa­dzą spra­wie­dli­wość. Na tym pole­gało ich zada­nie: Jedi byli spra­wie­dli­wo­ścią.

"Nova" prze­chy­liła się na bok, przy­spie­sza­jąc gładko pod kon­trolą Lodena. Mistrz Bella pozwa­lał mu od czasu do czasu latać - sta­tek można było pilo­to­wać z oby­dwu miejsc w kok­pi­cie - ale ste­ro­wa­nie vec­to­rami wyma­gało nie­mal takiej samej wprawy jak wła­da­nie mie­czem świetl­nym. Zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, Bell cie­szył się, że tym razem to Loden pilo­tuje.

On sam peł­nił funk­cję nawi­ga­tora, wyko­rzy­stu­jąc swoją wciąż silną więź z Mocą, aby kie­ro­wać ich vec­tora w stronę obszaru, na któ­rym wyczu­wał silny kon­flikt, dawał Lode­nowi wska­zówki, dostra­ja­jąc tor lotu ich sta­teczku.

- Powin­ni­śmy być teraz tuż nad nim - poin­for­mo­wał go. - Cokol­wiek się tam dzieje...

- Widzę - odparł Loden krótko, z wyczu­wal­nym napię­ciem. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach jego słowa były łagodne i cie­płe, brzmiało w nich echo uśmie­chu, nawet gdy otwar­cie kry­ty­ko­wał postępy Bella w nauce fachu Jedi. Tym razem było jed­nak ina­czej. Cokol­wiek wyczu­wał Bell, wie­dział, że mistrz Gre­at­storm z pew­no­ścią rów­nież to czuje, praw­do­po­dob­nie jesz­cze inten­syw­niej. W dole, na powierzchni pla­nety, tuż pod miej­scem, w któ­rym koło­wał wła­śnie ich vec­tor, ludzie mieli za chwilę zgi­nąć. Być może już ginęli.

Loden znów poło­żył ich sta­tek na skrzy­dło, zawi­ja­jąc cia­snym łukiem, tak aby obaj mogli dobrze przyj­rzeć się sytu­acji w dole przez trans­pa­sta­lową bańkę kok­pitu "Novy".

Jakieś sto metrów niżej wzno­sił się oto­czony murem zespół zabu­do­wań. Duży, ale nie roz­le­gły - być może była to rezy­den­cja jakie­goś zamoż­nego oby­wa­tela lub rodziny, ale raczej nie pla­cówka rzą­dowa. Mury ota­czał tłum ludzi sku­pio­nych wokół bram. Wystar­czył jeden rzut oka, by się zorien­to­wać, co się dzieje.

Na tere­nie kom­pleksu doko­wał spo­rych roz­mia­rów sta­tek kosmiczny. Wyglą­dał na luk­su­sowy jacht - dość duży, by spo­koj­nie pomie­ścić dwu­dzie­stu lub trzy­dzie­stu pasa­że­rów plus załogę. A jeśli pasa­że­rom nie zale­żało zbyt­nio na wygo­dzie, jacht mógłby zapewne przy­jąć na pokład dzie­sięć razy tyle istot żywych. Musiał być widoczny z poziomu ziemi, jego kadłub wysta­wał ponad mury, a kłę­biący się wokół bram ludzie byli naj­praw­do­po­dob­niej prze­ko­nani, że to ich jedyna droga ucieczki z tego świata.

Z kolei peł­niący wartę na murach uzbro­jeni straż­nicy byli naj­wy­raź­niej zgoła innego zda­nia. Na oczach Bella z oko­lic bramy w stronę zgro­ma­dzo­nych poszy­bo­wała bla­ste­rowa bły­ska­wica - na szczę­ście tylko strzał ostrze­gaw­czy, jasne było jed­nak, że czas na ostrze­że­nia kur­czy się w gwał­tow­nym tem­pie. Napię­cie w tłu­mie nara­stało - i by to dostrzec, nie trzeba było wyostrzo­nych zmy­słów Jedi.

- Dla­czego nie wpusz­czają ludzi do środka? - zasta­na­wiał się na głos Bell. - Ten sta­tek mógłby zapew­nić bez­pie­czeń­stwo całemu mnó­stwu uchodź­ców...

- Prze­ko­najmy się - zapro­po­no­wał Loden i pstryk­nął jed­nym z prze­łącz­ni­ków na panelu kon­tro­l­nym. Osłona kok­pitu płyn­nie odsu­nęła się w tył, zni­ka­jąc w kadłu­bie "Novy". Wów­czas Loden odwró­cił się i uśmiech­nął do swo­jego pada­wana; wiatr ude­rzył w nich mocno, szar­piąc lekku Gre­at­storma i dre­dami Bella, powie­wa­ją­cymi teraz w pędzie za ich gło­wami.

- Do zoba­cze­nia na dole - powie­dział Twi'lek. - I pamię­taj: więk­szość pracy wyko­nuje za cie­bie gra­wi­ta­cja.

Z tymi słowy sko­czył.

Roz­dział szó­sty

roz­dział szó­sty

UKŁAD HET­ZAL, REPU­BLI­KAŃ­SKI LONG­BEAM "AURORA IX"

75 minut do zde­rze­nia

- Czy jest pan tego pewien, kapi­ta­nie? - spy­tał pod­ofi­cer Inna­min, wska­zu­jąc na swój ekran, na któ­rym wyświe­tlana była z grub­sza ścieżka jed­nej z ano­ma­lii nad­prze­strzen­nych pędzą­cych ku cen­trum układu. - Musimy ją zestrze­lić, nim kogoś zabije. Albo całe mnó­stwo kto­siów. Pro­blem w tym, że nasze kom­pu­tery celow­ni­cze nie mogą obli­czyć tra­jek­to­rii. Ano­ma­lia poru­sza się zbyt prędko. Zary­zy­ko­wał­bym stwier­dze­nie, że w naj­lep­szym razie mamy szansę jedną do trzech, by tra­fić w cel.

Kapi­tan Bri­ght pokrę­cił głową; wyra­sta­jące z niej macki zasze­le­ściły, ocie­ra­jąc się o jego ramiona. Wie­dział, że powi­nien praw­do­po­dob­nie udzie­lić Inna­mi­nowi repry­mendy za kwe­stio­no­wa­nie jego roz­ka­zów - dzie­ciak robił to przez cały czas. Był młody jak na czło­wieka, nie miał jesz­cze nawet dwu­dzie­stu lat. Miał za to ten­den­cję do upie­ra­nia się, że wszystko wie lepiej. A Bri­ght zazwy­czaj przy­my­kał na to oko. Życie było zbyt krót­kie, a statki, któ­rymi latali, zbyt małe, by nie­po­trzeb­nie budo­wać napię­cie. Spo­ra­dyczne zada­wa­nie wyni­ka­ją­cych z braku pew­no­ści pytań nie było w zasa­dzie nie­sub­or­dy­na­cją.

"Jedna szansa na trzy" - wes­tchnął w duchu. Wła­ści­wie to nie był pewien, czego dokład­nie ocze­ki­wał. Po pro­stu... może wyniku lep­szego niż jeden do trzech, że uda im się wypeł­nić misję?

Ich long­beam o kodzie wywo­ław­czym "Aurora IX" był praw­dzi­wym dzie­łem sztuki, jed­nym z naj­now­szych pro­jek­tów repu­bli­kań­skich stoczni na Hosnian Prime. Nie był to może okręt, ale i nie łupinka. Wypo­sa­żono go w pro­ce­sory roz­dzie­lone, zdolne opra­co­wy­wać sekwen­cje ogniowe dla ataku na liczne cele, a także przy­go­to­wy­wać bla­ste­rowy ostrzał roz­pro­szony, wystrze­li­wać poci­ski oraz wysy­łać w prze­strzeń poje­dyn­cze salwy obronne w cha­rak­te­rze środ­ków zarad­czych. Był rów­nież przy­jemny dla oka. Zda­niem Bri­ghta wyglą­dał niczym jedna z mło­to­ryb, na które polo­wał na swo­jej ojczy­stej Glee Anselm - gruba, tępo zakoń­czona czaszka, zwę­ża­jąca się aż do poje­dyn­czej, zawi­nię­tej płe­twy ogo­no­wej. To była mocna, piękna bestia - nie było co do tego wąt­pli­wo­ści. Ale ich cel, jeden z tajem­ni­czych obiek­tów mkną­cych przez układ Het­zal, poru­szał się nie­mal z pręd­ko­ścią świa­tła. Wysko­czył z nad­prze­strzeni niczym roz­grzana do czer­wo­no­ści, wystrze­lona z działa gruda. "Aurora IX" mogła sobie i być dzie­łem sztuki, ale to wcale nie zna­czyło, że potrafi doko­ny­wać cudów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Roz­dział pierw­szy

roz­dział pierw­szy

NAD­PRZE­STRZEŃ, "SZLAK DZIE­DZIC­TWA"

3 godziny do zde­rze­nia

"Wszystko w jak naj­lep­szym porządku".

Kapi­tan Hedda Cas­set powtór­nie zlu­stro­wała odczyty na ekra­nach i wyświe­tla­czach wbu­do­wa­nych w jej fotel dowo­dze­nia. Zawsze spraw­dzała je co naj­mniej dwa razy. Miała za sobą ponad czter­dzie­ści lat służby na pokła­dach róż­nych stat­ków i była zda­nia, iż dwu­krotne spraw­dza­nie, czy wszystko jest w porządku, sta­nowi główny powód, dla któ­rego zdo­łała utrzy­mać się w tym zawo­dzie tak długo. Druga kon­trola potwier­dziła pierw­szą.

- Wszystko w porządku - powie­działa, tym razem na głos, infor­mu­jąc o tym załogę mostka. - Pora na obchód. Porucz­niku Bow­man, prze­ka­zuję mostek pod pań­skie roz­kazy.

- Tak jest, pani kapi­tan - potwier­dził jej pierw­szy ofi­cer, wsta­jąc ze swo­jego fotela, aby przy­go­to­wać się do zaję­cia jej miej­sca, dopóki Hedda nie wróci ze swo­jej wie­czor­nej prze­chadzki.

Nie każdy kapi­tan frach­towca dale­kiego zasięgu dbał o swój sta­tek niczym o jed­nostkę woj­skową. Hedda widy­wała statki kosmiczne o brud­nych pod­ło­gach, prze­cie­ka­ją­cych prze­wo­dach, z popę­ka­nymi ilu­mi­na­to­rami - i podobne uchy­bie­nia raniły ją do żywego. Hedda Cas­set zaczy­nała jed­nak swoją karierę pilotki frach­towca w zespole połą­czo­nej grupy ope­ra­cyj­nej Mala­stare-Sul­lust, utrzy­mu­ją­cej porzą­dek w ich małym sek­to­rze na gra­nicy Środ­ko­wych Rubieży. Na początku pilo­to­wała Z-24 Incoma, jed­no­miej­scowy myśli­wiec z rodzaju tych nazy­wa­nych przez wszyst­kich bzy­kami. Wypeł­niała głów­nie misje zapew­nia­jące ochronę, polo­wała na pira­tów i tym podobne. W końcu dochra­pała się sta­no­wi­ska dowód­czyni cięż­kiego krą­żow­nika, jed­nej z naj­więk­szych jed­no­stek we flo­cie. Przy­zwo­ity awans, osią­gnięty dzięki cięż­kiej pracy.

Opu­ściła sze­regi PGO Mal­lust z wyróż­nie­niem i prze­rzu­ciła się na dowo­dze­nie stat­kami kupiec­kimi dla Gil­dii Byne, prze­cho­dząc na coś w rodzaju spo­koj­nej eme­ry­tury. Ale trzy­dzie­ści kilka lat spę­dzo­nych w struk­tu­rach woj­sko­wych ozna­czało, że porzą­dek i dys­cy­plina nie tylko weszły jej w krew - stały się jej krwią. I w ten oto spo­sób dowo­dziła teraz każ­dym stat­kiem, który tra­fił pod jej roz­kazy, jakby szy­ko­wała się do decy­du­ją­cego star­cia z armadą Hut­tów - nawet jeśli prze­wo­ziła jedy­nie ładu­nek skór ogru­tów ze świata A na świat B. I sta­tek, któ­rym wła­śnie zawia­dy­wała, "Szlak Dzie­dzic­twa", nie był pod tym wzglę­dem wyjąt­kiem.

Hedda wstała, przyj­mu­jąc i odwza­jem­nia­jąc służ­bi­sty salut porucz­nika Jary'ego Bow­mana. Prze­cią­gnęła się, czu­jąc, jak kręgi w jej krę­go­słu­pie strze­lają i trza­skają. Zbyt wiele lat spę­dzo­nych na patro­lach w cia­snych kok­pi­tach, za dużo manew­rów w sta­nie wyso­kiej gra­wi­ta­cji - cza­sem pod­czas walki, cza­sem dla­tego, że dzięki temu czuła, że żyje.

"Praw­dzi­wym pro­ble­mem - pomy­ślała, wsu­wa­jąc za ucho nie­sforny kosmyk wło­sów - jest jed­nak po pro­stu zbyt wiele lat".

Opu­ściła mostek, porzu­ca­jąc pre­cy­zyjną maszy­ne­rię swo­jego pokładu dowo­dze­nia i rusza­jąc cia­snym kory­ta­rzem ku więk­szemu, bar­dziej cha­otycz­nemu świa­towi "Szlaku Dzie­dzic­twa". Sta­tek był modu­ło­wym frach­tow­cem klasy A ze stajni Kaniff Yards, ponad dwu­krot­nie star­szym od Heddy. To wynik, który pla­so­wał tę jed­nostkę zde­cy­do­wa­nie poza skalą ide­al­nego wieku ope­ra­cyj­nego, na­dal jed­nak w obrę­bie bez­piecz­nych para­me­trów, jeśli tylko odpo­wied­nio się o nią dbało i regu­lar­nie ser­wi­so­wało - co rze­czy­wi­ście miało miej­sce. Pil­no­wała tego skru­pu­lat­nie jej kapi­tan.

"Szlak" był rów­nież stat­kiem powszech­nego zasto­so­wa­nia, prze­zna­czo­nym do trans­portu zarówno towa­ro­wego, jak i pasa­żer­skiego - stąd też okre­śle­nie "modu­łowy" w jego nazwie. Pokaźną część struk­tury statku sta­no­wił wielki inte­gralny prze­dział, ukształ­to­wany na podo­bień­stwo dłu­giego, trój­kąt­nego gra­nia­sto­słupa - z maszy­now­nią na rufie i most­kiem w czę­ści dzio­bo­wej, pod­czas gdy pozo­stała prze­strzeń była zare­zer­wo­wana na ładu­nek. Od cen­tral­nego "krę­go­słupa" w regu­lar­nych odstę­pach odcho­dziły ramiona bomów ładun­ko­wych, do któ­rych można było moco­wać mniej­sze moduły - do stu czter­dzie­stu czte­rech, dowol­nie kon­fi­gu­ro­wa­nych, zdol­nych pomie­ścić każdy towar, jaki wyma­rzy­łaby sobie galak­tyka.

Hed­dzie podo­bała się uni­wer­sal­ność jej statku, mogą­cego prze­wo­zić nie­mal wszystko. Ozna­czała ona bowiem, że ni­gdy nie wia­domo było, co się czło­wie­kowi trafi i przed jakim wyzwa­niem sta­nie pod­czas kolej­nego zle­ce­nia. Raz Cas­set kie­ro­wała stat­kiem, gdy połowę prze­strzeni zała­dun­ko­wej głów­nego prze­działu zmie­niono w potężny zbior­nik wodny, aby prze­trans­por­to­wać gigan­tyczną mie­czo­rybę ze sztor­mo­wych mórz na Tibri­nie do pry­wat­nego akwa­rium hra­biny z Abre­gado-rae. Hedda i jej załoga dostar­czyli bestię na miej­sce bez­piecz­nie - nie lada wyczyn. Jesz­cze trud­niej­sze było jed­nak zaho­lo­wa­nie cho­ler­stwa z powro­tem na Tibrin trzy cykle póź­niej, gdy prze­klęte stwo­rze­nie się roz­cho­ro­wało, bo ludzie hra­biny nie mieli poję­cia, jak się o nie trosz­czyć. Hedda musiała jed­nak przy­znać: kobieta zapła­ciła za pełny fracht, żeby ode­słać mie­czo­rybę do domu. Całe mnó­stwo ludzi, szcze­gól­nie z wyż­szych sfer, pozwo­li­łoby jej po pro­stu zdech­nąć.

Ten kurs nale­żał dla odmiany do łatwiej­szych. Sek­cja ładun­kowa "Szlaku Dzie­dzic­twa" była w około osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach zapeł­niona osad­ni­kami kie­ru­ją­cymi się na Zewnętrzne Rubieże z prze­lud­nio­nych świa­tów Jądra i Kolo­nii, poszu­ku­ją­cymi nowego startu, nowych moż­li­wo­ści i nowych prze­strzeni. Dosko­nale ich rozu­miała. Hedda Cas­set przez całe swoje życie nie mogła usie­dzieć w jed­nym miej­scu. I w głębi duszy sądziła, że tak wła­śnie przyj­dzie jej też umrzeć: wyglą­da­jąc przez ilu­mi­na­tor w nadziei, że dostrzeże coś, czego nie widziała do tej pory.

Ponie­waż to był kurs trans­por­towy, więk­szość modu­łów statku usta­wiono w pod­sta­wo­wej kon­fi­gu­ra­cji pasa­żer­skiej, z roz­kła­da­nymi sie­dze­niami, które można było zmie­nić w łóżka - teo­re­tycz­nie dość wygodne, by dało się na nich spać. Do tego infra­struk­tura sani­tarna, prze­strzeń baga­żowa, kilka holo­ekra­nów, nie­wiel­kie kam­buzy - i to w zasa­dzie wszystko. Na osad­ni­ków, skłon­nych zapła­cić odro­binę wię­cej za dodat­kowe wygody i udo­god­nie­nia, w nie­któ­rych modu­łach cze­kały obsłu­gi­wane przez dro­idy zauto­ma­ty­zo­wane kan­tyny i pry­watne prze­działy sypialne, ale w nie­zbyt dużej licz­bie. To byli oszczędni, skrom­nie żyjący ludzie. Gdyby mieli kre­dyty na zby­ciu, nie wybie­ra­liby się w ogóle na Zewnętrzne Rubieże, aby spró­bo­wać zara­biać tam na życie. Mroczny skraj galak­tyki obfi­to­wał w wyzwa­nia - i to zarówno te eks­cy­tu­jące, jak i śmier­tel­nie groźne. W isto­cie prze­wa­żały te ostat­nie.

"Nawet droga do tego miej­sca jest zdra­dliwa" - pomy­ślała Hedda, wpa­tru­jąc się w lśniący tunel nad­prze­strzenny, wiru­jący za dużym bula­jem, który aku­rat mijała. Prędko ode­rwała od niego wzrok, wie­dząc, że ist­nieje ryzyko, iż skoń­czy, ster­cząc pod nim następne dwa­dzie­ścia minut, jeśli nie oprze się poku­sie. Nad­prze­strzeni nie można było ufać. Jasne, przy­da­wała się - dzięki niej można było dotrzeć z miej­sca na miej­sce. Sta­no­wiła też klucz do eks­pan­sji Repu­bliki poza tereny Jądra, ale nikt tak naprawdę do końca jej nie rozu­miał. Jeśli twój droid nawi­ga­cyjny źle obli­czył współ­rzędne skoku - jeżeli pomy­lił się choćby mini­mal­nie - można było zbo­czyć z wyzna­czo­nej trasy, głów­nego szlaku pro­wa­dzą­cego przez dany teren, i skoń­czyć na mrocz­nej ścieżce, wio­dą­cej nie wia­domo dokąd. To się zda­rzało nawet pod­czas podróży dobrze zna­nymi tra­sami nad­prze­strzennymi w pobliżu cen­trum galak­tyki, tutaj zaś, w miej­scu, w któ­rym szlaki były ledwo prze­tarte... cóż, nale­żało być bar­dzo, ale to bar­dzo ostroż­nym.

Hedda odsu­nęła tro­ski na bok i pod­jęła marsz. Prawda była taka, że "Szlak Dzie­dzic­twa" mknął obec­nie naj­bar­dziej uczęsz­czaną i naj­le­piej poznaną trasą pro­wa­dzącą do świa­tów Zewnętrz­nych Rubieży. Statki bez­u­stan­nie prze­mie­rzały ją w oby­dwu kie­run­kach. Nie było się czym mar­twić.

Zara­zem jed­nak dzie­więć tysięcy istot żywych na pokła­dzie tego statku zawie­rzyło kapi­tan Hed­dzie Cas­set, że dostar­czy ich bez­piecz­nie do celu ich podróży. Mar­twiła się. To był jeden z obo­wiąz­ków towa­rzy­szą­cych tej pracy.

Gdy kory­tarz się skoń­czył, Hedda zna­la­zła się w cen­tral­nej czę­ści kadłuba - prze­stron­nym, okrą­głym i otwar­tym pomiesz­cze­niu, któ­rego ist­nie­nie wymu­szała kon­struk­cja statku, zmie­nio­nym obec­nie w coś w rodzaju świe­tlicy. Grupka dzieci kopała piłkę, pod­czas gdy w pobliżu stali pogrą­żeni w roz­mo­wie doro­śli; wszy­scy cie­szyli się chwilą wytchnie­nia, z dala od cia­snoty modu­łów, w któ­rych spę­dzali więk­szość czasu. W pomiesz­cze­niu nie było żad­nych spe­cjal­nych udo­god­nień - sta­no­wiło po pro­stu miej­sce zbiegu kilku krót­kich kory­tarzy, ale było tu czy­sto. Sta­tek, na wyraźną prośbę pani kapi­tan, wypo­sa­żono w zauto­ma­ty­zo­waną ekipę ser­wi­sową, która dbała o to, by wnę­trza były schludne i uprząt­nięte. Po ścia­nie pełzł wła­śnie któ­ryś z dro­idów nad­zor­czych, wypeł­nia­jąc jedno z nie­zli­czo­nych zadań, któ­rych wyma­gało utrzy­my­wa­nie porządku na pokła­dzie jed­nostki takiego kali­bru.

Hedda poświę­ciła chwilę na przyj­rze­nie się tej grupce pasa­że­rów statku: około dwa­dzie­ściorgu ludziom w róż­nym wieku, pocho­dzą­cym z roz­licz­nych świa­tów. Ludziom, ale i kil­korgu czwo­ro­rę­kim, poro­śnię­tym sier­ścią Arden­nia­nom, rodzi­nie Givi­nów o cha­rak­te­ry­stycz­nych, trój­kąt­nych oczach... Był tu nawet Lan­nik o ścią­gnię­tej, pomarsz­czo­nej twa­rzy, wło­sach upię­tych na czubku głowy i dużych, spi­cza­stych uszach odsta­ją­cych na boki - przed­sta­wi­cieli tego gatunku nie widy­wało się zbyt czę­sto. Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, skąd pocho­dzili, wszystko to były zwy­kłe istoty, zabi­ja­jące czas w ocze­ki­wa­niu na moment, w któ­rym zacznie się ich nowe życie.

Jedno z dzieci, śnia­do­skóry, rudy chło­piec, pod­nio­sło na nią wzrok.

- Kapi­tan Cas­set! - zawo­łał mały.

Znała go.

- Witaj, Serj - powie­działa. - Co tam dobrego? Wszystko u was w porządku?

Reszta dzieci prze­rwała grę i oto­czyła ją wia­nusz­kiem.

- Przy­da­łyby się jakieś nowe holo­filmy - poin­for­mo­wał ją Serj. - Obej­rze­li­śmy już wszystko, co jest w sys­te­mie.

- Nie mamy nic poza tym - odparła surowo Hedda. - I prze­stań­cie pró­bo­wać wła­mać się do archi­wum, żeby zoba­czyć tytuły z ogra­ni­cze­niem wie­ko­wym. Sądzi­cie, że o tym nie wiem? To mój sta­tek. Wiem o wszyst­kim, co się dzieje na pokła­dzie "Szlaku Dzie­dzic­twa". - Pochy­liła się w jego stronę. - Wszystko.

Serj zaru­mie­nił się i zer­k­nął w stronę swo­ich przy­ja­ciół, któ­rzy rów­nież nagle zna­leźli całe mnó­stwo wielce inte­re­su­ją­cych rze­czy przy­ku­wa­ją­cych ich uwagę na kom­plet­nie nie­cie­ka­wej pod­ło­dze, sufi­cie i ścia­nach prze­działu.

- Spo­koj­nie - powie­działa po chwili Hedda, pro­stu­jąc się. - Rozu­miem. To dość nudny lot. Pew­nie mi nie uwie­rzy­cie, ale już nie­długo, gdy wasi rodzice zaprzę­gną was do spulch­nia­nia ziemi albo budo­wa­nia ogro­dzeń lub odga­nia­nia ran­ko­rów, zatę­sk­ni­cie za cza­sem spę­dzo­nym na tym statku. Odpręż­cie się więc po pro­stu i odpo­czy­waj­cie.

Serj prze­wró­cił oczami i wró­cił do prze­rwa­nej gry w piłkę - jakie­kol­wiek były jej zasady.

Hedda uśmiech­nęła się sze­roko i ruszyła przed sie­bie, kiwa­jąc po dro­dze głową temu i owemu i gawę­dząc z tym lub tam­tym pasa­że­rem. Ludzie. Nie­któ­rzy na pewno dobrzy, inni raczej źli, ale przez następ­nych kilka dni to wszystko będą jej ludzie. Uwiel­biała te kursy. Nie­ważne, co się osta­tecz­nie wyda­rzy w życiu tych istot - leciały na Rubieże, aby speł­nić swoje marze­nia. Ona zaś była ich czę­ścią i to spra­wiało, że czuła się dobrze.

Repu­blika kanc­lerz Soh nie była ide­alna - żaden rząd nie mógł taki być - ale sta­no­wiła sys­tem, który dawał ludziom prze­strzeń na marze­nia. Wię­cej: zachę­cał do posia­da­nia marzeń, zarówno tych dużych, jak i małych. Repu­blika miała swoje ułom­no­ści, ale mogło być znacz­nie gorzej.

Obchód Heddy potrwał ponad godzinę - doko­nała inspek­cji prze­dzia­łów pasa­żer­skich, ale spraw­dziła rów­nież ładu­nek super­schło­dzo­nej cie­kłej tibanny, aby upew­nić się, że jest ona odpo­wied­nio zabez­pie­czona (była), zaj­rzała do maszy­nowni (sil­niki w porządku), skon­tro­lo­wała sta­tus napraw sys­te­mów recyr­ku­la­cji atmos­fe­rycz­nej statku (w toku, wszystko szło zgod­nie z pla­nem) i zwe­ry­fi­ko­wała, czy rezerwy paliwa na­dal są bar­dziej niż wystar­cza­jące na resztę podróży, z uwzględ­nie­niem odpo­wied­niego mar­gi­nesu (były).

Na pokła­dzie "Szlaku Dzie­dzic­twa" wszystko było, jak trzeba: w ide­al­nym porządku. To był jej maleńki, dobrze utrzy­many świat w dzi­czy kosmosu; bez­pieczna bańka kom­fortu, chro­niąca przed próż­nią. Nie mogła ręczyć za to, co czeka na tych osad­ni­ków, gdy już roz­pierzchną się po Zewnętrz­nych Rubie­żach, ale zamie­rzała się upew­nić, że dotrą tam cali i zdrowi, by mogli prze­ko­nać się o tym na wła­snej skó­rze.

Wró­ciła na mostek, na któ­rym porucz­nik Bow­man, widząc ją, zerwał się na równe nogi.

- Kapi­tan na mostku! - zawo­łał i reszta ofi­ce­rów natych­miast wypro­sto­wała się na swo­ich sta­no­wi­skach.

- Dzię­kuję, Jary - powie­działa Hedda, pod­czas gdy jej zastępca odsu­nął się na bok i wró­cił na swoje miej­sce.

Usia­dła w swoim fotelu dowo­dze­nia, auto­ma­tycz­nie zer­ka­jąc na wyświe­tla­cze i szu­ka­jąc cze­go­kol­wiek, co mogłoby świad­czyć o tym, iż coś jest nie tak.

"Wszystko w naj­lep­szym porządku" - pomy­ślała.

- BIIP! BIIP! BIIP! BIIP! - Roz­le­gło się wycie alarmu, gło­śne i natar­czywe. Świa­tła na mostku prze­szły w tryb awa­ryjny, oble­wa­jąc wszystko czer­woną poświatą. Wir nad­prze­strzeni za przed­nim pane­lem wido­ko­wym wyglą­dał jakoś... dziw­nie. Może to była wina świa­teł awa­ryjnych, ale miał przy­pra­wia­jący o mdło­ści czer­wo­nawy odcień.

Hedda poczuła, jak przy­spie­sza jej puls. Jej umysł auto­ma­tycz­nie prze­sta­wił się w tryb bojowy.

- Raport! - wark­nęła, ska­nu­jąc pospiesz­nie wła­sne ekrany w poszu­ki­wa­niu źró­dła alarmu.

- Alarm uru­cho­miony przez kom­pu­ter nawi­ga­cyjny, pani kapi­tan! - zawo­łał jej nawi­ga­tor, kadet Kal­war, młody Quer­mia­nin. - Coś jest na szlaku. Tuż przed nami. Coś dużego. Kon­takt za dzie­sięć sekund... - Głos kadeta był spo­kojny i Hedda była z chło­paka dumna. Był zapewne nie­wiele star­szy od Serja.

Jeśli zaś cho­dzi o sytu­ację... cóż, wie­działa, że coś takiego jest zwy­czaj­nie nie­moż­liwe. Szlaki nad­prze­strzenne były puste - w tym wła­śnie rzecz. Nie potra­fiła przy­wo­łać z pamięci wszyst­kich nauko­wych teo­rii, które za tym stały, wie­działa jed­nak z nie­za­chwianą pew­no­ścią, że koli­zje nad­świetlne na wyty­czo­nych tra­sach po pro­stu się nie zda­rzały. To było "mate­ma­tycz­nie absur­dalne", jak zwy­kli nazy­wać podobne zja­wi­ska inży­nie­ro­wie.

Hedda miała jed­nak na kon­cie wystar­cza­jącą liczbę lotów w głę­bo­kiej prze­strzeni, by wie­dzieć, że nie­moż­liwe zda­rzało się cały czas - każ­dego cho­ler­nego dnia. Zda­wała też sobie sprawę, że dzie­sięć sekund to mgnie­nie oka przy pręd­ko­ści, z jaką podró­żo­wał "Szlak Dzie­dzic­twa".

"Nad­prze­strzeni nie można ufać" - powtó­rzyła sobie w myśli.

Hedda Cas­set wci­snęła dwa przy­ci­ski na swo­jej kon­soli dowo­dze­nia.

- Przy­go­to­wać się - pole­ciła spo­koj­nym gło­sem. - Przej­muję kon­trolę...

Z pod­ło­kiet­ni­ków jej fotela dowo­dze­nia wystrze­liły dwa drążki ste­ro­wa­nia. Hedda ujęła je w dło­nie.

Odcze­kała chwilę potrzebną na zaczerp­nię­cie odde­chu... i prze­jęła stery.

"Szlak Dzie­dzic­twa" nie był bzy­kiem Z-24 Incoma ani nawet jed­nym z now­szych repu­bli­kań­skich long­be­amów. Słu­żył od dobrze ponad stu lat. To frach­to­wiec u kresu - jeśli nie poza nim - swo­jej funk­cjo­nal­no­ści, zała­do­wany po brzegi, wypo­sa­żony w sil­niki zapro­jek­to­wane do powol­nego, stop­nio­wego przy­spie­sza­nia i ostroż­nego wytra­ca­nia pręd­ko­ści, prze­zna­czony do doko­wa­nia w kosmo­por­tach i orbi­tal­nych pla­ców­kach zała­dun­ko­wych. Miał manew­ro­wość księ­życa.

"Szlak Dzie­dzic­twa" nie był też okrę­tem. Daleko mu było do jed­nostki woj­sko­wej. Mimo to Hedda pokie­ro­wała nim wła­śnie w taki spo­sób.

Wprawne oko pilotki oraz instynkt umoż­li­wiały jej dostrze­że­nie prze­szkody na ich dro­dze - zbli­ża­ją­cej się z zawrotną pręd­ko­ścią, dość dużej, by, czym­kol­wiek była, została roz­py­lona na atomy wraz z jej, Heddy, stat­kiem wsku­tek zde­rze­nia i przy­brała formę pyłu dry­fu­ją­cego na wieczną pamiątkę po gwiezd­nych szla­kach. Nie było miej­sca na uniki. Jej sta­tek nie mógłby skrę­cić w porę. Mało miej­sca, mało czasu.

Ale za ste­rami statku zasia­dała kapi­tan Hedda Cas­set, a ona nie zamie­rzała zawieść jed­nostki pod swo­imi roz­ka­zami.

Led­wie dostrze­galny skręt lewego drążka ste­row­ni­czego, nieco moc­niej­szy obrót tego po pra­wej... i "Szlak" ruszył z kopyta. Tro­chę gwał­tow­niej, niżby sobie tego życzył, ale dając dokład­nie tyle, ile jego kapi­tan wie­działa, że potrafi z sie­bie wykrze­sać. Potężny frach­to­wiec prze­śli­zgnął się nie­opo­dal sto­ją­cej na ich dro­dze prze­szkody, która prze­mknęła obok ich kadłuba tak bli­sko, że Hedda była pewna, że pęd zmierz­wił jej włosy - nawet mimo iż dzie­liło ją od niej wiele warstw kadłuba i osłon.

Naj­waż­niej­sze jed­nak, że... żyli. Nie doszło do zde­rze­nia. Ich sta­tek prze­trwał.

Tar­gnęły nimi dzi­kie tur­bu­len­cje, któ­rym Hedda męż­nie sta­rała się sta­wić czoła. Wal­czyła ze wstrzą­sami i z drże­niem, przy­mknąw­szy oczy - nie musiała widzieć, co się dzieje dookoła, by pro­wa­dzić swój sta­tek pewną ręką. Szkie­let frach­towca jęczał potę­pień­czo, cała kon­struk­cja szczę­kała i postu­ki­wała.

- Dasz radę, sta­ruszku! - doda­wała mu gło­śno ani­mu­szu Hedda. - Jasne, może i jeste­śmy parą zgrzy­bia­łych tetry­ków, ale mamy jesz­cze mnó­stwo do prze­ży­cia! Zadbam o cie­bie naj­le­piej, jak zdo­łam - i dobrze o tym wiesz. Nie zawiodę cię... jeśli tylko ty nie zawie­dziesz mnie.

Hedda nie zamie­rzała zawieść swo­jego statku.

Mimo to... on zawiódł ją.

Jęk prze­cią­żo­nego metalu zmie­nił się w krzyk. Towa­rzy­szące podróży przez prze­strzeń kosmiczną wibra­cje zmie­niły tembr na taki, który Hedda czuła wcze­śniej sta­now­czo zbyt wiele razy. To była skarga statku, który wyczer­pał do cna swoje moż­li­wo­ści - albo doznaw­szy zbyt dotkli­wych obra­żeń wsku­tek walki, albo, tak jak teraz, zmu­szony do manewru ponad jego siły.

"Szlak Dzie­dzic­twa" dał z sie­bie wszystko i za chwilę miał umrzeć roz­darty na strzępy. Zostało im góra kilka sekund.

Hedda otwo­rzyła oczy. Puściła drążki ste­row­ni­cze i wkle­pała w kon­solę komendy akty­wu­jące osłony gro­dzi, roz­dzie­la­ją­cych poszcze­gólne moduły na wypa­dek awa­rii, licząc na to, że w ten spo­sób zapewni swoim pasa­że­rom szansę na prze­trwa­nie. Pomy­ślała o Serju i jego kole­gach gra­ją­cych w piłkę w świe­tlicy i o tym, jak gro­dzie awa­ryjne opa­dały wła­śnie, odci­na­jąc drogę do modu­łów pasa­żer­skich, być może wię­żąc ich w stre­fie, do któ­rej już wkrótce wedrze się próż­nia. Hedda miała nadzieję, że gdy roz­brzmiał alarm, dzieci wró­ciły do swo­ich rodzin.

Nie mogła jed­nak być tego pewna.

Nie wie­działa, czy tak się stało.

Spoj­rzała w oczy swo­jemu pierw­szemu ofi­ce­rowi, który wpa­try­wał się w nią bole­śnie świa­dom tego, co się za chwilę wyda­rzy. Zasa­lu­to­wał jej.

- Pani kapi­tan - powie­dział porucz­nik Bow­man. - To był...

Potężna siła roz­darła mostek.

Hedda Cas­set zgi­nęła, nie mając poję­cia, czy zdo­łała kogo­kol­wiek oca­lić.

Roz­dział drugi

roz­dział drugi

ZEWNĘTRZNE RUBIEŻE, UKŁAD HET­ZAL

2,5 godziny do zde­rze­nia

Tech­nik ska­no­wa­nia (trze­ciego stop­nia) Merven Get­ter był gotów. Gotów zakoń­czyć zmianę, wró­cić pro­mem do układu wewnętrz­nego, zaj­rzeć do kan­tyny odda­lo­nej o kilka ulic od kosmo­portu na Księ­życu Korze­nio­wym, w któ­rej za barem stała Sella. Gotów prze­ko­nać się, czy może to dziś jest ten dzień, w któ­rym zdo­bę­dzie się w końcu na odwagę, aby ją gdzieś zapro­sić. Była Twi'lekanką, a on Miria­la­ni­nem, ale wła­ści­wie co za róż­nica? "Wszy­scy jeste­śmy Repu­bliką" - jak gło­sił gór­no­lot­nie slo­gan kanc­lerz Soh, ludzie jed­nak w to wie­rzyli. Jeśli cho­dzi o ści­słość, to Merven chyba też. Postawy się zmie­niały. Moż­li­wo­ści były nie­ogra­ni­czone.

Być może któ­raś z nich objawi się w końcu tech­ni­kowi ska­no­wa­nia (trze­ciego stop­nia), sta­cjo­nu­ją­cemu w pla­cówce moni­to­ro­wa­nia, poło­żo­nej wysoko na eklip­tyce układu Het­zal w głębi Rubieży, smut­nie daleko od jasnych świa­teł i cie­ka­wych pla­net Jądra Repu­bliki. Być może tech­nik ska­no­wa­nia (trze­ciego stop­nia), który spę­dzał całe dnie na gapie­niu się w holo­ekrany, reje­stro­wa­niu przy­lo­tów i odlo­tów jed­no­stek przy­by­wa­ją­cych do układu i opusz­cza­ją­cych go, fak­tycz­nie mógł wpaść w oko uro­czej czer­wo­no­skó­rej damie, ser­wu­ją­cej mu kufel miej­sco­wego ale trzy do czte­rech wie­czo­rów w tygo­dniu? Sella miała oso­bliwy nawyk poświę­ca­nia mu wiele swo­jego czasu i uci­na­nia sobie z nim poga­wę­dek, wra­ca­jąc do niego co i rusz, pod­czas gdy inni klienci falami napły­wali do jej małej knajpki i ją opusz­czali. Miał wra­że­nie, że jego histo­rie o życiu na odle­głym skraju układu w nie­wy­ja­śniony spo­sób ją inte­re­sują.

Merven nie miał poję­cia, co ją w nich wła­ści­wie tak fascy­no­wało. Nie­kiedy w ukła­dzie poja­wiały się statki, wyska­ku­jąc z nad­prze­strzeni i uka­zu­jąc się na jego ekra­nach. Innym razem odla­ty­wały i wów­czas ich nie­wiel­kie ikony zni­kały z jego wyświe­tla­czy. Ni­gdy nie działo się nic cie­ka­wego - roz­pi­skę lotów wpro­wa­dzano z wyprze­dze­niem, więc zazwy­czaj wie­dział, co przy­leci albo odleci. Merven był odpo­wie­dzialny za pil­no­wa­nie, by wszystko prze­bie­gało zgod­nie z pla­nem - i w zasa­dzie nie­wiele wię­cej. W przy­padku zaist­nie­nia mało praw­do­po­dob­nej sytu­acji, w któ­rej wyda­rzy­łoby się coś nie­zwy­kłego, jego zada­niem było po pro­stu poin­for­mo­wać o tym ludzi znacz­nie waż­niej­szych niż on.

Tech­nik ska­no­wa­nia (trze­ciego stop­nia) Merven Get­ter spę­dzał dni na patrze­niu, jak ludzie udają się w różne miej­sca. W prze­ci­wień­stwie do niego. On trwał nie­zmien­nie w jed­nym punk­cie od lat.

Ale może dziś będzie ina­czej? Pomy­ślał o Selli. Pomy­ślał o jej uśmie­chu, o tym, jak ozda­biała swoje lekku tymi mister­nymi ple­cion­kami, które, jak mu zdra­dziła, sama pro­jek­to­wała... O tym, jak odry­wała się od każ­dego wyko­ny­wa­nego wła­śnie zaję­cia, żeby nalać mu do kufla jego ulu­biony ale w chwili, gdy Merven prze­kro­czył próg kan­tyny - nim jesz­cze zdą­żył popro­sić o piwo.

Tak. Zaprosi ją na kola­cję. Dziś wie­czór. Miał tro­chę oszczęd­no­ści i znał pewne miej­sce nie­da­leko od kan­tyny. Jeśli cho­dzi o ści­słość, rów­nież nie­zbyt daleko stąd... ale wszystko po kolei.

Naj­pierw musi prze­trwać do końca tej smęt­nej zmiany...

Merven obej­rzał się na swoją kole­żankę po fachu, tech­niczkę ska­no­wa­nia (dru­giego stop­nia) Vel Carann. Chciał ją zapy­tać, czy mógłby dziś wyjść nieco wcze­śniej, żeby pole­cieć pro­mem na Księ­życ Korze­niowy. Czy­tała coś w naj­wyż­szym sku­pie­niu na swoim data­pa­dzie. Pew­nie jedną z tych powie­ści o Jedi, na któ­rych punk­cie miała takiego hopla. Merven kom­plet­nie tego nie rozu­miał. Prze­czy­tał kilka takich ksią­żek - pełno ich było w pla­ców­kach na odle­głym pogra­ni­czu Repu­bliki. We wszyst­kich aż się roiło od nie­odwza­jem­nio­nych uczuć i łza­wych spoj­rzeń, a jedyną akcją były walki na mie­cze świetlne, sta­no­wiące bez dwóch zdań sub­sty­tut tego, na co boha­te­ro­wie naprawdę mieli ochotę. Vel nie powinna czy­tać pry­wat­nych mate­ria­łów w cza­sie pracy, ale gdyby jej o tym przy­po­mniał, stuk­nę­łaby tylko w ekran i prze­łą­czyła się na porad­nik tech­niczny, twier­dząc, że nie robiła prze­cież nic złego. Pro­blem w tym, że była tech­niczką dru­giego stop­nia, on zaś trze­ciego, co ozna­czało w skró­cie tyle, że dopóki wyko­ny­wał swoją pracę, ona była świę­cie prze­ko­nana, że nie musi wyko­ny­wać wła­snej.

Nie. Nie było sensu nawet pytać o moż­li­wość wcze­śniej­szego wyj­ścia. Nie w przy­padku Vel. Prze­sie­dzi jakoś przez resztę zmiany. Zostało już nie­wiele czasu i...

Na jed­nym z jego ekra­nów coś się poja­wiło.

- Hmm - mruk­nął Merven.

To było... dziwne. Nic nie powinno się zja­wić w ukła­dzie przez naj­bliż­sze dwa­dzie­ścia minut - lub coś koło tego.

Chwilę póź­niej poja­wiło się dru­gie coś. Kilka cosiów. Nali­czył dzie­sięć...

- Co u... - zaczął Merven.

- Jakiś pro­blem, Get­ter? - spy­tała Vel, nie pod­no­sząc wzroku znad swo­jego ekranu.

- Nie jestem pewien - odmruk­nął. - Mam kilka nie­za­pla­no­wa­nych wejść do układu... I jed­nostki nie zwal­niają.

- Chwila... co takiego? - zain­te­re­so­wała się Vel, odkła­da­jąc data­ekran i w końcu spo­glą­da­jąc na wła­sne moni­tory. - Och. To dziwne...

Na ekra­nach Mervena wyświe­tliły się kolejne sym­bole, zbyt wiele, by je zli­czyć na pierw­szy rzut oka.

- Czy to... Czy sądzisz, że to są... aste­ro­idy? - pod­su­nęła ner­wowo.

- Przy tej pręd­ko­ści? Wyska­ku­jące z nad­prze­strzeni? No nie wiem. Prze­pro­wadź ana­lizę - pora­dził jej Merven. - Sprawdź, czy zdo­łasz stwier­dzić, co to takiego.

Vel mil­czała.

Merven obej­rzał się na nią.

- Ja... nie wiem jak - bąk­nęła. - Po ostat­niej aktu­ali­za­cji nie uczy­łam się nawet obsługi sys­te­mów... Odnio­słam wra­że­nie, że masz wszystko pod kon­trolą, a ja tak naprawdę jestem tutaj tylko dla nad­zoru, no wiesz, i...

- W porządku - prze­rwał jej, z zasko­cze­niem reje­stru­jąc, że jakoś wcale go to nie dziwi. - Czy zdo­łasz przy­naj­mniej wyty­czyć tra­jek­to­rie? Ta pod­pro­ce­dura pozo­staje nie­zmienna od jakichś dwóch lat.

- Tak - potwier­dziła. - Dam radę.

Merven odwró­cił się z powro­tem do swo­ich ekra­nów i zaczął wkle­py­wać w kla­wia­tury komendy.

W ukła­dzie znaj­do­wały się obec­nie czter­dzie­ści dwie ano­ma­lie, wszyst­kie poru­sza­jące się z pręd­ko­ścią zbli­żoną do świetl­nej. Innymi słowy: nie­sa­mo­wi­cie szybko. Znacz­nie szyb­ciej, niż dopusz­czały prze­pisy. Jeśli to rze­czy­wi­ście były statki, to kto­kol­wiek je pilo­to­wał, ryzy­ko­wał potężny man­dat. Merven wąt­pił jed­nak, by mieli do czy­nie­nia ze stat­kami. Obiekty były na to zbyt małe - to po pierw­sze, a po dru­gie, nie miały sygna­tur napę­dów.

Może to fak­tycz­nie były aste­ro­idy? Kosmiczne skały ciśnięte do układu przez jakąś nie­znaną siłę? Jakaś dziwna burza kosmiczna albo rój komet? To nie mógł być atak, co to, to nie - tego jed­nego Merven był pewny. W Repu­blice pano­wał pokój i wszystko wska­zy­wało na to, że przez jakiś czas miało tak pozo­stać. Wszy­scy byli szczę­śliwi, pro­wa­dząc spo­kojne życie. Repu­blika funk­cjo­no­wała, jak trzeba.

Nie mówiąc już o tym, że w ukła­dzie Het­zal nie znaj­do­wało się nic, z powodu czego warto byłoby go ata­ko­wać, ot, kilka pla­ne­tek ze świa­tem głów­nym i z dwoma zamiesz­ka­łymi księ­ży­cami - Owo­co­wym i Korze­nio­wym, sku­pio­nymi na pro­duk­cji rol­nej. Mieli tu gazowe olbrzymy i kule zamar­z­nię­tej skały, ale zasad­ni­czo było tu po pro­stu całe mnó­stwo far­me­rów i tego, co aku­rat upra­wiali. Merven wie­dział, że to ważne, iż Het­zal eks­por­tuje żyw­ność na teren całych Zewnętrz­nych Rubieży, a część pro­duk­cji tra­fia nawet do innych ukła­dów. Była też cała ta bacta, o któ­rej czy­tał - jakiś cudowny zamien­nik juvanu, który pró­bo­wali upra­wiać na głów­nym świe­cie, mający rze­komo zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wać prze­mysł medyczny, gdyby tylko zdo­łali roz­gryźć, jak pro­du­ko­wać go na więk­szą skalę... ale tak czy ina­czej, to wszystko były tylko rośliny. Kto by się eks­cy­to­wał rośli­nami?

Jeśli o niego cho­dzi, to naj­więk­szą chlubę Het­zala upa­try­wał w tym, iż sta­no­wił on ojczy­stą pla­netę słyn­nej skrze­loś­pie­waczki nazwi­skiem Illo­ria Daze, która potra­fiła wpro­wa­dzić swój apa­rat gło­sowy w takie drga­nia, że mogła wyśpie­wy­wać melo­die w sze­ścio­gło­so­wej har­mo­nii. To zaś w połą­cze­niu z jej nie­zwy­kłym uro­kiem, dow­ci­pem i histo­rią z rodzaju "od zera do milio­nera" uczy­niło ją sławną w całej Repu­blice. Ale Illo­ria miesz­kała teraz na Alde­ra­anie, pośród tam­tej­szych sław­nych i boga­tych.

Het­zal nie ofe­ro­wał nic god­nego uwagi. To wszystko nie miało sensu...

Na jego ekran wysy­pała się kolejna garść obiek­tów, teraz było ich tak wiele, że jego nad­mier­nie obcią­żony kom­pu­ter tra­cił zdol­ność do śle­dze­nia ich wszyst­kich. Merven pomniej­szył obraz, prze­sta­wia­jąc się na widok ogól­no­ukła­dowy, aby zyskać lep­sze roze­zna­nie w sytu­acji. Widział, że te obiekty - czym­kol­wiek były - nie wyska­kują z nad­prze­strzeni wyłącz­nie w stre­fie bez­piecz­nego dostępu do układu. Poja­wiały się wszę­dzie, a nie­które z nich paskud­nie bli­sko...

- O nie! - jęk­nęła Vel.

- Też to widzę - zawtó­ro­wał jej Merven. Nie musiał nawet prze­pro­wa­dzać ana­lizy tra­jek­to­rii.

Ano­ma­lie kie­ro­wały się ku słońcu, a wiele z nich zna­la­zło się na kur­sach koli­zyj­nych z zamiesz­ka­nymi świa­tami i ich sta­cjami orbi­tal­nymi. Żaden z tych obiek­tów nie zwal­niał. Ani odro­binę. A przy pręd­ko­ści zbli­żo­nej do nad­świetl­nej, z jaką się poru­szały, bez zna­cze­nia było to, czy mieli tu do czy­nie­nia z aste­ro­idami, stat­kami, czy też pie­ni­stymi bąbel­kami cukier­ków musu­ją­cych. Z czym­kol­wiek się zde­rzą, to po pro­stu... znik­nie.

Na jego oczach jeden ze świetl­nych punk­tów ude­rzył w bez­za­ło­go­wego sate­litę łącz­no­ści. Zarówno on, jak i sate­lita znik­nęły z jego ekranu, a galak­tykę zaśmie­ciło wła­śnie nieco wię­cej pyłu kosmicz­nego.

Het­zal Prime była dość duża, by prze­trwać bom­bar­do­wa­nie kil­koma takimi obiek­tami i wyjść z tego cało - jako ciało nie­bie­skie. Nawet dwa zamiesz­kałe księ­życe mogły przy­jąć na sie­bie kilka tra­fień. Całe jed­nak życie na ich powierzchni...

Na Księ­życu Korze­nio­wym prze­by­wała Sella.

- Musimy się stąd wyno­sić - powie­dział Merven. - Jeste­śmy w stre­fie raże­nia, a w każ­dej sekun­dzie poja­wia się ich coraz wię­cej. Musimy dotrzeć do promu.

- Racja - potwier­dziła Vel gło­sem, w któ­rym dały się ponow­nie sły­szeć nuty świad­czące o tym, iż stara się zapa­no­wać nad sytu­acją. - Naj­pierw jed­nak powin­ni­śmy wysłać ogól­no­ukła­dowy komu­ni­kat alar­mowy. Musimy to zro­bić.

Merven przy­mknął na chwilę oczy, a gdy z powro­tem je otwo­rzył, powie­dział:

- Masz rację. Oczy­wi­ście.

- Aby uru­cho­mić alarm ogól­no­ukła­dowy, kom­pu­ter będzie wyma­gał od nas obojga poda­nia kodów auto­ry­za­cyj­nych - poin­for­mo­wała go Val. - Zro­bimy to na mój sygnał.

Wkle­pała w swoją kla­wia­turę kilka komend. Merven zro­bił to samo, a potem zacze­kał na jej znak. Gdy ski­nęła głową, wpi­sał swój kod.

Pokład ope­ra­cyjny roz­brzmiał cichym, dźwięcz­nym sygna­łem alar­mo­wym, gdy wia­do­mość została wysłana. Merven wie­dział, że podobny odgłos sły­chać teraz w całym ukła­dzie Het­zal - dobie­gał z gło­śni­ków wszyst­kich jed­no­stek: od kabin śmie­cia­rek aż po pałac mini­stra na świe­cie głów­nym. Czter­dzie­ści miliar­dów istot pod­no­siło wła­śnie z prze­ra­że­niem głowy i patrzyło w górę. Jedną z nich była uro­cza czer­wo­no­skóra Twi'lekanka, zasta­na­wia­jąca się zapewne, czy jej ulu­biony Miria­la­nin zjawi się w kan­ty­nie dziś wie­czór.

Merven wstał.

- Zro­bi­li­śmy, co do nas nale­żało - oznaj­mił. - Teraz do promu. Wia­do­mość wyja­śnia­jącą, co się dzieje, możemy wysłać po dro­dze.

Vel poki­wała głową i rów­nież wstała ze swo­jego miej­sca.

- Racja. Wyno­śmy się z...

Jeden z obiek­tów wysko­czył z nad­prze­strzeni tak bli­sko i poru­szał się tak szybko, że w uję­ciu kate­go­rii astro­no­micz­nych ude­rzył w nich w tej samej chwili, w któ­rej się poja­wił.

Prze­lotny roz­błysk ognia i ano­ma­lia znik­nęła - wraz ze sta­cją moni­to­ro­wa­nia, dwójką obsłu­gu­ją­cych ją tech­ni­ków ska­no­wa­nia oraz wszyst­kimi ich marze­niami, oba­wami, nadzie­jami i pra­gnie­niami; ener­gia kine­tyczna obiektu roz­py­liła wszystko na atomy w cza­sie krót­szym niż mgnie­nie oka.

Roz­dział trzeci

roz­dział trzeci

AGU­IRRE CITY, HET­ZAL PRIME

2 godziny do zde­rze­nia

- Czy to prawda? - spy­tał mini­ster Ecka, gdy w jego biu­rze roz­brzmiały sygnały alar­mowe: jed­no­stajne, upo­rczywe, natar­czywe. Nie­moż­liwe do zigno­ro­wa­nia. Przy­pusz­czał, że wła­śnie o to cho­dziło.

- Na to wygląda - potwier­dził doradca Daan, wsu­wa­jąc kosmyk wło­sów za ucho. - Sygnał pocho­dzi ze sta­cji moni­to­ro­wa­nia ruchu na odle­głym skraju układu. Nadano mu naj­wyż­szy prio­ry­tet i wysłano w try­bie ogól­no­ukła­do­wym. Każdy kom­pu­ter pod­łą­czony do głów­nego rdze­nia pro­ce­sora odtwa­rza ten sam alarm.

- Ale co go wywo­łało? - spy­tał mini­ster. - Czy nie dołą­czono żad­nej wia­do­mo­ści?

- Nie - zaprze­czył Daan. - Wysy­łamy regu­lar­nie prośby o wyja­śnie­nia, ale jak dotąd nie otrzy­ma­li­śmy odpo­wie­dzi. Sądzimy, że... sta­cja moni­to­ro­wa­nia została znisz­czona.

Mini­ster Ecka zasta­na­wiał się nad czymś przez chwilę. Gdy odwró­cił się w swoim fotelu tyłem do dorad­ców, stare drewno zatrzesz­czało cicho pod cię­ża­rem jego ciała. Wyj­rzał przez wiel­kie okno pano­ra­miczne za biur­kiem. Jak okiem się­gnąć, cią­gnęły się za nim złote pola uprawne Het­zala - aż po hory­zont. Świat, a w zasa­dzie cały układ, wyzna­wał zasadę, zgod­nie z którą każdy kawa­łek wol­nej prze­strzeni nale­żało wyko­rzy­stać na hodowlę, uprawę i kul­ty­wa­cję roślin. Dachy budyn­ków zmie­niano w poletka uprawne, rzeki i jeziora wyko­rzy­sty­wano do hodowli przy­dat­nych alg i wodo­ro­stów, wie­żowce wypo­sa­żano w zie­lone tarasy, a ich ściany pora­stały wino­ro­śle. Pośród nich uwi­jały się dro­idy żniwne zbie­ra­jące owoce - w zależ­no­ści od tego, co aku­rat doj­rze­wało w danym sezo­nie. Obec­nie były to mio­do­woce, jagody kró­lew­skie i lodo­me­lony. Za mie­siąc będzie to coś innego. Na Het­zalu zawsze był na coś sezon.

Ecka uwiel­biał ten pej­zaż. Uwa­żał, że to naj­bar­dziej siel­ski widok w galak­tyce. Wszystko było takie... pro­duk­tywne i... wła­ściwe.

Teraz jed­nak, gdy w uszach dzwo­niło mu od wycia syren, wcale już mu się takie nie wyda­wało. Wyglą­dało za to na... kru­che, zagro­żone.

- Coś tam się musiało wyda­rzyć - stwier­dziła kolejna z grona dorad­ców, Deva­ro­nianka imie­niem Zaffa.

Ecka znał ją od dawna i pierw­szy raz sły­szał w jej gło­sie nie­po­kój. Wpa­try­wała się w data­ekran, marsz­cząc czoło.

- Wewnątrz­u­kła­dowa plat­forma wydo­byw­cza wła­śnie prze­stała dzia­łać - zamel­do­wała Zaffa. - Zaczyna też szwan­ko­wać sieć sate­li­tów. Cał­kiem jakby coś dez­ak­ty­wo­wało nasze pla­cówki, jedną po dru­giej...

- I na­dal nie mamy wizji? - spy­tał Ecka. - To jakieś sza­leń­stwo! - Dał znak swo­jemu sze­fowi ochrony, kor­pu­lent­nemu męż­czyź­nie w śred­nim wieku. - Borta, dla­czego twoi ludzie nie wie­dzą, co się tam dzieje?

Borta ścią­gnął brwi.

- Panie mini­strze, z całym należ­nym sza­cun­kiem, ale powi­nien pan wie­dzieć dla­czego. Pań­skie ostat­nie cię­cia budże­towe zmniej­szyły zespół ochrony Het­zala do jed­nej dzie­sią­tej jego poprzed­niej wiel­ko­ści. Pra­cu­jemy nad tym, ale nie potra­fimy zbyt wiele wskó­rać.

- Czy to jakiś rodzaj natu­ral­nej ano­ma­lii? Bo chyba nie... chyba nas nie zaata­ko­wano, prawda?

- W tym momen­cie nie możemy mieć takiej pew­no­ści. To, co się dzieje, wyka­zuje pewne cechy typowe dla wro­giej infil­tra­cji, ale nie widzimy sygna­tur napędu, a obiekty są ata­ko­wane w spo­sób bar­dzo losowy. Na­dal mamy nieco orbi­tal­nych plat­form obron­nych i wszyst­kie są nie­tknięte. Gdyby to był atak, powinni pró­bo­wać unie­moż­li­wić nam odpo­wiedź na niego, ale tego nie robią.

Znów roz­brzmiał dźwięk alarmu; Ecka odwró­cił ponow­nie swój fotel i wyce­lo­wał palec w doradcę Daana, który aż się sku­lił.

- Czy wyłą­czysz w końcu ten cho­lerny alarm? Nie mogę się sku­pić!

Daan wypro­sto­wał się, wypiął pierś i dotknął kon­tro­lki na swoim data­ekra­nie. Wycie wresz­cie umil­kło.

W ciszy, która nastała, ode­zwał się kolejny z dorad­ców: Keven Tarr, szczu­pły, młody męż­czy­zna o rudych wło­sach i wyjąt­kowo bla­dej cerze. Przy­słano go tu z mini­ster­stwa tech­no­lo­gii. Ecka nie znał się zbyt­nio na tech­no­lo­gii nie­zwią­za­nej z uprawą roli. W głębi duszy pozo­stał far­me­rem, ale Tarr był ponoć bar­dzo bystry. Praw­do­po­dob­nie nie minie wiele czasu, nim chło­pak się wyrobi i znaj­dzie sobie pracę w jakimś cie­kaw­szym zakątku galak­tyki. Tak wła­śnie wyglą­dała sytu­acja na świa­tach takich jak Het­zal. Nie wszyst­kim się tu podo­bało.

- Chyba mogę panu poka­zać, co się dzieje, panie mini­strze - powie­dział Tarr. Jego dłu­gie (jak na czło­wieka) palce zatań­czyły nad kla­wia­turą data­pada. - Pro­szę pozwo­lić, że prze­ślę infor­ma­cje dro­idowi. Wyświe­tli je, tak aby­śmy wszy­scy mogli je zoba­czyć.

Wkle­pał jesz­cze kilka komend, a potem wysu­nął kabel ze swo­jego data­pada i pod­łą­czył go do portu dostępu przy­sa­dzi­stego, sze­ścio­kąt­nego dro­ida łącz­no­ścio­wego, cze­ka­ją­cego posłusz­nie w kącie pokoju. Robot pod­to­czył się naprzód, a jego poje­dyn­cze oko roz­bły­sło zie­le­nią.

Rzu­to­wany przez nie obraz padł na dużą białą ścianę w biu­rze mini­stra, prze­zna­czoną spe­cjal­nie dla tego celu. W zwy­kłych oko­licz­no­ściach wyświe­tlane na wide­ościa­nie pre­zen­ta­cje doty­czyły upraw lub pro­gra­mów walki ze szkod­ni­kami. Teraz jed­nak obraz uka­zy­wał cały układ Het­zal - ze wszyst­kimi jego świa­tami i sta­cjami, a także z sate­li­tami, plat­for­mami i ze stat­kami.

Oraz z czymś jesz­cze.

W oczach mini­stra Ecki wyglą­dało to niczym pole opa­no­wane przez rój żar­łocz­nych insek­tów: w jego ukła­dzie kłę­biły się setki maleń­kich świa­teł mkną­cych z zawrotną pręd­ko­ścią w tym samym kie­runku - w stronę słońca. A dokład­niej w stronę głów­nej pla­nety układu - ku Het­zal Prime oraz jej pobli­skich księ­ży­ców, Owo­co­wego i Korze­nio­wego. Jak rów­nież ku wszyst­kim tym sta­cjom, sate­li­tom, plat­for­mom i stat­kom... Wielu obsa­dzo­nym isto­tami żywymi.

- Co to takiego? - zapy­tał, marsz­cząc czoło.

- Nie wia­domo - odpo­wie­dział Tarr. - Otrzy­ma­łem ten obraz dzięki połą­cze­niu sygna­łów prze­sy­ła­nych przez nie­znisz­czone sate­lity i sta­cje moni­to­ro­wa­nia, ale ich liczba szybko maleje, co ozna­cza, że tra­cimy odczyty z czuj­ni­ków. Czym­kol­wiek są te ano­ma­lie, poru­szają się nie­mal z pręd­ko­ścią świetlną i bar­dzo trudno je śle­dzić. A gdy w coś tra­fią...

- ...jest kiep­sko - dokoń­czył za niego gene­rał Borta.

- Jeśli cho­dzi o ści­słość, chcia­łem powie­dzieć, że docho­dzi do kata­strofy - popra­wił go Tarr. - Wykry­wam cał­kiem sporą ich liczbę na tra­jek­to­riach koli­zyj­nych z głów­nym świa­tem.

- Czy możemy coś zro­bić? - spy­tał z nadzieją Ecka, patrząc na Bortę. - Możemy je... zestrze­lić?

Borta odpo­wie­dział bez­rad­nym spoj­rze­niem.

- Może daw­niej byłoby to realne. Może uda­łoby się zestrze­lić choć część. Ale sys­temy obronne nie były naszym prio­ry­te­tem przez... cóż, od dawna.

W ciszy zawi­sło nie­wy­ar­ty­ku­ło­wane oskar­że­nie, ale Ecka nie zamie­rzał teraz drą­żyć tej sprawy. Pod­jął decy­zje, które wyda­wały się wów­czas słuszne - na pod­sta­wie naj­lep­szych infor­ma­cji, jakimi dys­po­no­wał. Dzia­łał w dobrej wie­rze. Pano­wał pokój! Wszę­dzie był pokój. Po co trwo­nić pie­nią­dze, skoro mógł dzięki nim pomóc swoim ludziom w inny spo­sób? Nie było sensu patrzeć wstecz. Ni­gdy nie przy­cho­dziło z tego nic dobrego. Nade­szła pora na kolejną decy­zję. Naj­lep­szą, jaką mógł w tej sytu­acji pod­jąć.

Nie wahał się. Gdy plony pło­nęły, liczyła się każda sekunda. Jak­kol­wiek źle było, to im dłu­żej się zwle­kało, tym bar­dziej pogar­szała się sytu­acja.

- Wydać roz­kaz do ewa­ku­acji - pole­cił. - Ogól­no­ukła­dowy. A potem wyślij­cie wia­do­mość na Coru­scant. Poin­for­muj­cie ich o tym, co się dzieje. Nie zdążą przy­słać tu nikogo na czas, ale przy­naj­mniej będą wie­dzieli.

Dorad­czyni Zaffa przyj­rzała mu się spod wpół­przy­mknię­tych powiek.

- Nie wiem, czy zdo­łamy prze­pro­wa­dzić pełną ewa­ku­ację pla­ne­tarną, panie mini­strze - powie­działa. - Nie mamy dość stat­ków, by zabrać stąd wszyst­kich, a jeśli te obiekty poru­szają się rze­czy­wi­ście z pręd­ko­ścią zbli­żoną do świetl­nej, nie potrwa długo, nim...

- Rozu­miem, dorad­czyni Zaffo - wszedł jej spo­koj­nie w słowo Ecka. - Nawet jed­nak jeśli te roz­kazy ocalą choćby jedną osobę, to zosta­nie ona oca­lona. Tylko to się liczy.

Zaffa poki­wała głową i postu­kała pal­cem w swój data­ekran.

- Gotowe - oznaj­miła. - Ewa­ku­acja ogól­no­ukła­dowa w toku.

Wszy­scy przy­glą­dali się wyświe­tla­nej na ścia­nie pro­jek­cji, teraz znie­kształ­ca­nej co jakiś czas przez zakłó­ce­nia. Pro­wi­zo­ryczna siatka Tarra tra­ciła inte­gral­ność, w miarę jak coraz wię­cej sate­li­tów spo­ty­kał ogni­sty koniec, ale mimo to przed­sta­wiona na wideościa­nie sytu­acja była jasna dla każ­dego: wyglą­dało to cał­kiem, jakby ktoś ostrze­li­wał układ Het­zal z jakie­goś potęż­nego działa, a oni nic nie mogli zro­bić, by temu zapo­biec.

- Chyba powin­ni­ście teraz wszy­scy spró­bo­wać zna­leźć jakiś spo­sób na opusz­cze­nie pla­nety - zauwa­żył Ecka. - Przy­pusz­czam, że statki, któ­rymi dys­po­nu­jemy, szybko się zapeł­nią.

Nikt nie ruszył się z miej­sca.

- A pan? Co pan pla­nuje, mini­strze? - spy­tał doradca Daan.

Ecka odwró­cił się z powro­tem do swo­jego okna i spoj­rzał na złote, cią­gnące się aż po hory­zont pola. Wyglą­dały tak spo­koj­nie... Trudno było uwie­rzyć, że mogłoby się tu wyda­rzyć coś złego.

- Sądzę, że zostanę - powie­dział wresz­cie. - Może nadam komu­ni­kat, spró­buję nieco uspo­koić miesz­kań­ców. Ktoś musi się zatrosz­czyć o plon.

Wia­do­mość nadana przez mini­stra Eckę obie­gła w mgnie­niu oka całą Het­zal Prime, docie­ra­jąc rów­nież do wszyst­kich zakąt­ków dwóch jej zamiesz­ka­łych księ­ży­ców, poja­wia­jąc się na ekra­nach data­pa­dów i holo­wy­świe­tla­czy, nada­wana na wszyst­kich kana­łach łącz­no­ści. Nio­sła ze sobą nastę­pu­jące prze­sła­nie: ni­gdzie nie jest bez­piecz­nie. Ucie­kaj­cie tak daleko, jak tylko zdo­ła­cie.

Mini­ster nie udzie­lił wyja­śnień, co zaowo­co­wało licz­nymi spe­ku­la­cjami. Co się wła­ści­wie działo? Czy doszło do jakie­goś wypadku? Jaka kata­strofa mogła być tak poważna, że trzeba było ewa­ku­ować aż cały układ?

Nie­któ­rzy z miesz­kań­ców zigno­ro­wali ostrze­że­nie. Uznali, że to fał­szywy alarm - jeden z tych, które cza­sami się zda­rzały. Bywało też, że hake­rzy robili sobie dow­cipy albo popi­sy­wali się, wła­mu­jąc do sieci awa­ryj­nych sys­te­mów alar­mo­wych. Co prawda, ni­gdy nie było to nic na podobną skalę, ale jej ogrom w isto­cie tylko uła­twiał zlek­ce­wa­że­nie całego incy­dentu. No bo... cały układ w nie­bez­pie­czeń­stwie? To było po pro­stu nie­moż­liwe.

Ci, któ­rzy zba­ga­te­li­zo­wali ostrze­że­nia, zostali w domach. W pracy. Wyłą­czali ekrany i wra­cali do swo­jego życia, bo to było znacz­nie lep­sze od alter­na­tywy. A jeśli od czasu do czasu popa­try­wali na niebo i widzieli statki star­tu­jące i kie­ru­jące się ku głę­bo­kiej prze­strzeni... cóż, powta­rzali sobie po pro­stu, że podró­żu­jący na pokła­dach tych jed­no­stek ludzie to bojaź­liwi głupcy.

Inni, w innych miej­scach, zamie­rali w bez­ru­chu. Nie wie­dzieli, gdzie szu­kać schro­nie­nia. Nie każdy mógł sobie pozwo­lić na ucieczkę z tego świata. W rze­czy­wi­sto­ści więk­szość miesz­kań­ców nie miała takiej moż­li­wo­ści. Het­zal był ukła­dem zamiesz­ka­łym przez far­me­rów, bar­dzo zży­tych ze swoją zie­mią. Jeśli już podró­żo­wali dokądś na tere­nie Repu­bliki, to były to spe­cjalne oka­zje, jed­no­ra­zowe, wyjąt­kowe doświad­cze­nia. Teraz zaś, gdy infor­mo­wano ich, iż powinni zna­leźć spo­sób na dotar­cie do prze­strzeni kosmicz­nej w jak naj­krót­szym cza­sie... jak wła­ści­wie mieli to zro­bić? Jak mieli tego doko­nać?

Nie­któ­rzy miesz­kańcy Het­zala mieli jed­nak statki - lub też żyli w mia­stach, w któ­rych podróże kosmiczne były bar­dziej powszechne. Ci odszu­ki­wali swoje dzieci, gro­ma­dzili naj­cen­niej­szy doby­tek i pędzili co sił w nogach do kosmo­por­tów, licząc na to, że dotrą tam jako pierwsi i zdo­łają zare­zer­wo­wać sobie miej­sca na lot. Nie­stety, nie byli pierwsi. Witały ich tłumy, kolejki, ceny bile­tów wywin­do­wane do kwot, na któ­rych zapła­ce­nie mogli sobie pozwo­lić wyłącz­nie naj­bo­gatsi - dzięki pozba­wio­nym skru­pu­łów opor­tu­ni­stom. Napię­cie rosło. Wywią­zy­wały się bójki i cho­ciaż Het­zal dys­po­no­wał siłami zdol­nymi tłu­mić podobne zamieszki, to ich przed­sta­wi­ciele rów­nież patrzyli w niebo, zasta­na­wia­jąc się, czy przyj­dzie im spę­dzić ostat­nie chwile na pró­bach zapew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa innym. Ow­szem, to byłby szla­chetny koniec, ale czy naprawdę tego chcieli? Oni rów­nież mieli swoje życie i rodziny.

Fun­da­menty ładu zaczy­nały się nie­bez­piecz­nie chwiać w posa­dach.

Na Księ­życu Korze­nio­wym jeden z łaskaw­szych kup­ców zde­cy­do­wał się udo­stęp­nić publicz­nie sta­tek, któ­rego uży­wał do trans­portu wyjąt­kowo świe­żych pro­duk­tów eks­por­to­wa­nych z księ­życa na żar­łoczne światy Zewnętrz­nych Rubieży. Zaofe­ro­wał prze­strzeń na pokła­dzie wszyst­kim, któ­rzy się pomiesz­czą, i cho­ciaż jego pilot powie­dział mu, że sta­tek jest stary, a jego sil­niki pamię­tają lep­sze czasy, kupiec się tym nie prze­jął. To była pora na oka­zy­wa­nie wiel­ko­dusz­no­ści i nie­sie­nie nadziei, a on zamie­rzał oca­lić tak wiele ist­nień, jak tylko zdoła.

Sta­tek, który pomie­ścił pięć­set osiem­dzie­siąt dwie osoby, włącz­nie z kup­cem i jego wła­sną rodziną, zdo­łał wystar­to­wać z plat­formy lądow­ni­czej dopiero, gdy jego pilot wydu­sił z sil­ni­ków naj­więk­szą moc. Teraz musieli się tylko wydo­stać ze studni gra­wi­ta­cyj­nej księ­życa. Gdy już znajdą się w prze­strzeni kosmicz­nej, będzie znacz­nie łatwiej. Zdo­łają umknąć w bez­pieczne miej­sce.

Prze­byli nie­mal kilo­metr, gdy prze­cią­żone sil­niki eks­plo­do­wały. Kula ognia spa­dła na głowy tych, któ­rzy zostali w dole i któ­rzy nie wie­dzieli, czy im się poszczę­ściło, czy wręcz prze­ciw­nie, zwa­żyw­szy na fakt, iż wciąż nie mieli poję­cia, co się wkrótce wyda­rzy. W wia­do­mo­ści mini­stra Ecki nie było nic na ten temat.

Zmo­dy­fi­ko­waną wer­sję jego komu­ni­katu wysłano z Het­zala do wszyst­kich ukła­dów i stat­ków, które mogły go ode­brać: "Mamy poważne pro­blemy. Przy­ślij­cie pomoc, jeśli tylko zdo­ła­cie".

Został on ode­brany na innych świa­tach Zewnętrz­nych Rubieży - na Ab Dalis, Mon Cali, Eriadu i wielu, wielu innych, a następ­nie prze­słany za pośred­nic­twem sieci trans­mi­syj­nej Repu­bliki dalej, na pla­nety Środ­ko­wych i Wewnętrz­nych Rubieży, na teren Kolo­nii, a nawet do samego lśnią­cego Jądra. Prak­tycz­nie każdy, kto go sły­szał, chciał zro­bić coś, by pomóc, ale wła­ści­wie co? Jasnym było, iż cokol­wiek dzieje się na Het­zalu, dobie­gnie końca na długo przed tym, nim zdo­łają tam dotrzeć.

Statki wysy­łano jed­nak mimo to, w więk­szo­ści medyczne jed­nostki ratun­kowe, w nadziei, że zdo­łają nieść pomoc ran­nym oby­wa­te­lom Het­zala.

O ile jacyś prze­trwają.

- Udaj­cie się do naj­bliż­szej pla­cówki trans­portu dale­kiego zasięgu - mówił mini­ster Ecka do dro­ida kame­rzy­sty nagry­wa­ją­cego jego słowa i nada­ją­cego je w całym ukła­dzie. - Wyślemy statki, aby pod­jęły istoty, które nie mają jak opu­ścić pla­nety. To może zająć nieco czasu, ale bądź­cie spo­kojni i nie mar­tw­cie się. Macie moje słowo: zja­wimy się po was. Jeste­śmy wszy­scy z tego samego plonu. Jeste­śmy krzep­kim pło­dem tej ziemi. Prze­trwamy to, tak samo jak uda­wało nam się prze­trwać każdą surową zimę i let­nią suszę: wspól­nym wysił­kiem. Jeste­śmy Het­za­lem. Jeste­śmy Repu­bliką - mówił. Pod­niósł dłoń i na jego sygnał droid zakoń­czył trans­mi­sję. To była czwarta wia­do­mość, którą wysłał od chwili ogło­sze­nia sytu­acji kry­zy­so­wej, liczył na to, że jego komu­ni­katy odniosą jakiś sku­tek. Raporty suge­ro­wały jed­nak coś zgoła innego: w kosmo­por­tach na wszyst­kich trzech zamiesz­ka­nych świa­tach docho­dziło do zamie­szek, ale co jesz­cze mógł wła­ści­wie zro­bić? Nada­wał wia­do­mo­ści ze swo­jego biura w Agu­irre City, poka­zu­jąc innym, że nie opu­ścił swo­jego ludu w potrze­bie, mimo iż spo­kojnie mógł to zro­bić. To była jego dekla­ra­cja soli­dar­no­ści z nim. Nie­wiele, ale zawsze coś.

Dookoła reszta jego per­so­nelu koor­dy­no­wała wła­sne próby nie­sie­nia pomocy - na wszel­kie dostępne im spo­soby. Gene­rał Borta mobi­li­zo­wał swoje mizerne siły bez­pie­czeń­stwa, dba­jąc, by jed­no­cze­śnie sta­rały się one utrzy­my­wać porzą­dek i zabie­rały ludzi poza pla­netę. Z pomocą doradcy Daana dopil­no­wali wła­śnie, aby sze­reg potęż­nych frach­tow­ców wyko­rzy­sty­wa­nych do trans­portu zbio­rów i będą­cych aku­rat w tra­sie został zmie­niony w punkty trans­fe­rowe, pole­ca­jąc im zrzu­cić ładunki i zor­ga­ni­zo­wać na pokła­dach prze­strzeń na przy­ję­cie uchodź­ców. Każdy z nich mógł pomie­ścić dzie­siątki tysięcy osób. Oczy­wi­ście, na ich pokła­dach bra­ko­wało wygód, ale w tej sytu­acji kom­fort był ostat­nią rze­czą, jaka miała zna­cze­nie.

Mniej­sze statki dostar­czały Het­za­lian na frach­towce, wyła­do­wy­wały pasa­że­rów i wra­cały, aby pod­jąć kolej­nych. Ten sys­tem nie dzia­łał może ide­al­nie, ale był jedy­nym, jaki mogli zaaran­żo­wać w tak krót­kim cza­sie. Nie ist­niał żaden plan przy­go­to­wany z myślą o sytu­acjach takich jak ta.

Mini­ster Ecka winił za to sie­bie, ale skąd mógł wie­dzieć? Coś takiego nie miało prawa się wyda­rzyć. Cokol­wiek wła­ści­wie się stało, to było... nie­moż­liwe. Był w końcu tylko far­me­rem i...

"Nie" - pomy­ślał, nagle ogar­nięty wsty­dem. Był mini­strem Zef­fre­nem Ecką, przy­wódcą całego tego zatra­co­nego układu. Nie miało zna­cze­nia, czy mógł prze­wi­dzieć tę kata­strofę, czy nie - doszło do niej, a on musiał zro­bić wszystko, co w jego mocy, by zni­we­lo­wać jej skutki.

Gdy się nad tym zasta­na­wiał, jego wzrok padł na Kevena Tarra, który na­dal czu­wał nad swoją małą sie­cią infor­ma­cyjną, sta­ra­jąc się zacho­wać prze­pływ danych. Chło­pak pra­co­wał teraz na trzech data­pa­dach, wyko­rzy­stu­jąc kilka dro­idów rzu­tu­ją­cych różne obrazy na ściany i gro­ma­dząc tyle infor­ma­cji, ile tylko zdo­łał, na temat roz­mia­rów kata­strofy, na­dal zbie­ra­ją­cej swoje żniwo w ukła­dzie. Wciąż nie miał żad­nych sen­sow­nych odpo­wie­dzi na drę­czące wszyst­kich pyta­nia - innych niż kolejne potwier­dze­nia, że Het­zal był dosłow­nie roz­szar­py­wany przez nie­znane siły, które ata­ko­wały układ. Sate­lity, sys­temy anten, sta­cje... roz­dzie­rane przez burzę śmierci, która spa­dła na nich znie­nacka. To było jak sezo­nowa plaga kąsa­ją­cych much, które nie­gdyś prze­śla­do­wały Księ­życ Owo­cowy, dopóki nie zmo­dy­fi­ko­wano ich gene­tycz­nie tak, że wygi­nęły.

Gdy zja­wiał się rój, nie było przed nim ucieczki. Nale­żało zagryźć zęby, prze­cze­kać i obsiać pola ponow­nie, kiedy było już po wszyst­kim.

Ecka obser­wo­wał, jak Keven Tarr ociera z oczu pot, a potem spo­gląda ponow­nie na swój główny data­pad, ten, który posta­wił na małym sto­liku, uży­wa­nym jako biurko.

Otwo­rzył sze­rzej oczy, a jego palce zamarły zawie­szone nad ekra­nem.

- Panie mini­strze... - bąk­nął. - Ja... odbie­ram sygnał!

- Jaki znowu sygnał? - spy­tał Ecka.

- Ja... może prze­kie­ruję - wykrztu­sił Tarr gło­sem, w któ­rym pobrzmie­wały jakieś dziwne nuty, zasko­cze­nia czy też może nie­do­wie­rza­nia.

Gdy jeden z dro­idów łącz­no­ścio­wych prze­słał wia­do­mość do biura mini­stra Ecki, w powie­trzu roz­le­gły się prze­ry­wane trza­skami zakłó­ceń słowa. Kobiecy głos wypo­wia­dał kilka zdań, które jed­nak nio­sły ze sobą... tak, dokład­nie to, czego w tej chwili potrze­bo­wali naj­bar­dziej.

- Tu mistrzyni Jedi Avar Kriss - mówił głos. - Pomoc jest w dro­dze.

Wia­do­mość zwia­sto­wała jedno.

Nadzieję.