Prolog
Marda mówiła, a
Ścieżka Otwartej Dłoni słuchała.
Płyty pokładu wibrowały pod jej stopami w rytm delikatnego pomruku
silników. Wciąż zdumiewało ją, jak potężne, a jednocześnie tchnące
dziwnym spokojem było "Elektryczne Spojrzenie", gigantyczny okręt, który
po latach budowy na zakurzonych równinach Dalny w końcu wzniósł się w niebo i rozpoczął swój rejs wśród gwiazd. Marda spędziła większość
swojego życia marząc o tej chwili i oto teraz ona - oni wszyscy - mknęli w kierunku Jedhy, legendarnego
Księżyca Pielgrzymów, aby szerzyć słowo Ścieżki. A co najbardziej
niewiarygodne, to ona im przewodziła: Marda, zawsze pozostająca w cieniu, podczas gdy jej kuzynka Yana wyruszała z Dziećmi, elitarną grupą
uczniów Matki, przemierzającą galaktykę, aby uwalniać artefakty Mocy
spod władzy tych, którzy chcieli je niewłaściwie wykorzystać. Marda
wielokrotnie prosiła o dołączenie do Dzieci, ale jej prośby były
odrzucane. Podczas gdy Yana przebywała pośród gwiazd, ona zostawała na
Dalnie, opiekując się Maluczkimi i zastanawiając się, dlaczego nie jest
godna błogosławieństwa Matki.
A potem zjawił się Kevmo Zink - i wszystko się zmieniło. Piękny, radosny
Kevmo sprawił, iż Marda zwątpiła we wszystko, w co kiedykolwiek
wierzyła, zanim udowodniła, że zawsze miała rację. Młody padawan
wywrócił jej świat do góry nogami - nie było co do tego wątpliwości -
przybywając na Dalnę, szafując swoimi sztuczkami Jedi i lekkomyślnie
manipulując Mocą, nie biorąc też pod uwagę konsekwencji swoich działań.
Marda błagała go, by zastanowił się nad tym, co robi, dzieląc się z nim
prawdami Ścieżki. Nadużywanie Mocy, nawet w najbardziej trywialny sposób
- choćby podnosząc w powietrze płatki kwiatów, aby zadziwić Maluczkich,
tak jak zrobił to podczas ich pierwszego spotkania - mogło spowodować
łańcuch wydarzeń o nieprzewidzianych i potencjalnie katastrofalnych
konsekwencjach w innych częściach galaktyki. To, co zaczęło się jako
lekka zmarszczka na tafli Mocy na Dalnie, mogło przekształcić się w tsunami gdzieś daleko, daleko stąd, tsunami niszczące wszystko na swojej
drodze. Kevmo i jemu podobni nie mieli pojęcia, jaki ból i cierpienie
zadają innym. Marda próbowała wytłumaczyć mu, na czym polegają
przewinienia, których nieświadomie się dopuszczał, ale on nie chciał
słuchać. Ma się rozumieć, nie mogła go całkowicie obwiniać - nie do
końca. Był tylko uczniem, oddanym swojej mistrzyni Jedi, bladej Soikance
nazwiskiem Zallah Macri. Zallah upierała się, że Moc nie podlega naukom
Ścieżki, a Kevmo, indoktrynowany od małego, gładko przełykał jej
kłamstwa.
Gdy Marda myślała o młodym Pantoraninie, jedynym chłopcu, którego
kiedykolwiek pokochała, serce dosłownie pękało jej z bólu. Wiedziała, że
już nigdy więcej nie zobaczy jego olśniewającego uśmiechu ani tych
gładkich, niebieskich policzków, rumieniących się pod misternymi
tatuażami, gdy wymienili pocałunek. Jego bolesna, gorzka naiwność
odcisnęła trwałe piętno na wszystkich jej wspomnieniach o nim. Kiedy
zamykała oczy, widziała tylko zimne ciało Kevma, leżące w jaskiniach pod
kompleksem Ścieżki na Dalnie, jego miękką skórę zwapniałą od wpływu
dziwnej istoty, nazywanej przez Ścieżkę Niwelatorem - tej samej bestii,
która teraz obserwowała ją z cienia w sali zgromadzeń, awatara samej
Mocy.
Kevmo i Zallah nadużyli jej potęgi, a ona ukarała ich, gasząc światło
Jedi w najbardziej przerażający sposób, jaki można sobie wyobrazić.
Zostali zredukowani do pozbawionych życia skorup, a ich ciała rozpadły
się w proch i pył.
Marda nosiła miecz świetlny Kevma ukryty w fałdach swoich szat jako
przypomnienie tego, co straciła i zyskała w tej jednej strasznej chwili.
Śmierć Kevma złamała jej serce i nawet gdy Matka ogłosiła, że Ścieżka
opuści Dalnę, aby udać się na Jedhę, Marda poprzysięgła sobie, iż nigdy
nie pozwoli, by ktokolwiek inny cierpiał z powodu bólu i pustki, które
odczuwała teraz ona sama. Ostrzegała wszystkich przed
niebezpieczeństwami płynącymi nieuchronnie z nadużywania Mocy, aby nikt
już nigdy nie doświadczył tego samego rozdzierającego smutku. Kevmo
zginął, ponieważ nie chciał jej słuchać. Nie pozwoli innym podzielić
jego losu. Matka dostrzegła jej potencjał, mianując ją duchową
przewodniczką Ścieżki, dając przyzwolenie na prowadzenie obrządków i szerzenie jej słowa w zastępstwie przywódczyni. Wreszcie Marda będzie
mogła chronić Moc. Wreszcie będzie mogła ocalić tych, którzy przyjdą po
Kevmie.
Uśmiechnęła się, nie przestając mówić. Jej ciemne oczy zalśniły od łez,
a Ścieżka słuchała, szlochając razem z nią.
Yana nie płakała. To znaczy - nie żeby nie chciała. Naprawdę miała
ochotę. Chyba. Ale nie mogła - nie tu, nie teraz. Wszystko zmieniło się
tak szybko! Zaledwie kilka tygodni temu planowała opuścić szeregi
Ścieżki, aby zacząć od nowa, z miłością swojego życia u boku, z dala od
machinacji Matki, z dala od tej przeklętej planety.
Opuszczała Dalnę, ale nie tak, jak pragnęła. Po pierwsze, nie było z nią
Kor. Zamiast tego ciało jej dziewczyny spoczywało głęboko pod lodem na
zamarzniętym świecie oddalonym o całe lata świetlne. To tam Yana musiała
porzucić ukochaną, aby uniknąć tego samego losu. W chwilach
najczarniejszej rozpaczy wyobrażała sobie Kor Plouth taką jak teraz -
nie tętniącą życiem Nautolankę, którą znała od trzynastego roku życia,
ale zwłoki odarte z ciała przez padlinożerców z głębin Thelj. Ten
groteskowy i przerażający obraz sprawiał, że Yana pragnęła
sprawiedliwości. Matka zdradziła Kor, sprzedając czwórkę Dzieci podczas
ich ostatniej, z góry skazanej na porażkę misji. Yana przeżyła tylko
dzięki swoim ostrym evereńskim kłom. Mieszkańcy całej galaktyki - ci
którzy nie znali jej gatunku - panicznie bali się jego przedstawicieli.
Oceniali ich na podstawie reputacji i wyglądu - łupkowoszarej skóry,
ostrych jak brzytwa zębów i szponów oraz czarnych jak węgiel oczu.
Everenowie byli postrzegani jak okrutne drapieżniki, a Yana, teraz
bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, na Wielką Burzę, pragnęła
udowodnić, że mają rację. Ile razy marzyła o tym, by powalić Matkę na
ziemię i rozszarpać gardło fałszywej prorokini na oczach wielbiącego ją
tłumu! Zamiast tego jednak nie robiła nic, stojąc z tyłu sali zgromadzeń
"Elektrycznego Spojrzenia" i słuchając, jak Marda wygłasza kolejne
naiwne kazanie na temat zawiłości doktryny Ścieżki.
Marda... bardzo się zmieniła. Yana chroniła swoją kuzynkę od chwili, gdy
przybyły na Dalnę jako uchodźczynie - pragnąc, by w końcu odnalazła w sobie odwagę, wzięła się w garść. Myślała... miała nadzieję, że Kevmo Zink stanie się dla niej czymś w rodzaju katalizatora, że uczucie, które rozkwitło między jej kuzynką a młodym Jedi, pomoże Mardzie uświadomić sobie, kim jest - i kim może zostać. I faktycznie tak się stało, ale nie dało
efektu, na jaki liczyła Yana. Zamiast tego Marda na nowo odkryła w sobie
ducha fanatyczki i Yana ledwo ją rozpoznawała. Najbardziej widoczną tego
oznaką była zmiana w sposobie malowania trzech niebieskich linii,
którymi wszyscy członkowie Ścieżki naznaczali swoje twarze za pomocą
sproszkowanych muszli brikal. Symbolizujące wolność, harmonię i jasność,
od zawsze miały formę łagodnych fal, nawiązujących do pływów oceanu, ale
od śmierci Kevma Marda przekształciła je w trzy pionowe linie,
przecinające ostro twarz dziewczyny od czoła aż do podbródka.
Powiedziała Yanie, że nowy wzór reprezentuje jej przekonanie, iż Ścieżka
musi stać się bardziej wytrwała w swoich dążeniach do aktywnego
tropienia nadużyć Mocy i usuwania ich niczym zepsucia, którym w istocie
są. Inni poszli w jej ślady, malując swoje twarze w ten sam sposób, w miarę jak popularność Mardy rosła. Znaki Yany, nakładane w tradycyjny
sposób wzdłuż czoła, były symbolami wybieranymi obecnie przez
zdecydowaną mniejszość.
- Spójrz na nich tylko - odezwał się obok niej cichy głos. Nie
odpowiedziała, nie odrywając wzroku od Mardy. - Uwielbiają ją. Nową
Przewodniczkę Ścieżki.
Lud Yany doznał naprawdę wielu krzywd. Everenowie nie mieli prawdziwego
domu, prawdziwej tożsamości - innej niż obelgi, którymi obrzucali ich
inni - żadnego realnego celu. Do tego dochodziły najbardziej
nieprawdopodobne plotki na ich temat, historie, w jakie Yana nigdy do
końca nie wierzyła... aż do teraz.
Po raz pierwszy usłyszała najbardziej makabryczne z nich w barze na
Rekardii. Początkowo próbowała zignorować pomruki grupy przemytników,
którzy obrzucili ją nienawistnymi spojrzeniami, gdy tylko przekroczyła
próg knajpy.
- Wiecie, że oni, ci cali Everenowie, rozmawiają ze zmarłymi? - rzucił
jeden z nich do swoich towarzyszy, bez dwóch zdań napędzany ignorancją i tanim piwem. - Widzą duchy tych, których zabili, zagubione dusze skazane
na podążanie za tymi przeklętymi rekinami, gdziekolwiek się udadzą.
To były oczywiście zabobonne bzdury, jak przypomniała zielonoskóremu
Argazdaninowi po tym, jak rozbiła mu nos o kontuar. Opowiedziała nawet
tę historię Kor, gdy spotkały się ponownie w kosmoporcie, na co ta
zareagowała ze śmiechem, potrząsając wyrastającymi z jej głowy
wypustkami. A jednak fakt, że te historie zostały bez wątpienia wyssane
z palca, w żaden sposób nie mógł wpłynąć na to, iż Yana dostrzegła
boleśnie znajomą postać, stojącą na tyłach tłumu, gdy po raz pierwszy
wsiadali na pokład "Elektrycznego Spojrzenia". Wszędzie rozpoznałaby te
jasnozielone macki. Skóra Nautolanki nie zdradzała żadnych oznak
rozkładu, choć jej niegdyś ciemne oczy stały się mętne, gdy wpatrywała
się w Yanę, otoczona członkami Ścieżki, a gdy się uśmiechnęła, spomiędzy
spękanych ust wypłynęły strużki lodowatej wody.
Od tamtej pory Kor towarzyszyła jej bezustannie, zawsze kilka kroków za
dziewczyną, niewidoczna dla nikogo poza nią, a jej głos był tak wyraźny,
jakby leżała obok niej na pryczy na Dalnie.
- Zostawiłaś mnie, ale ja wciąż jestem z tobą. Zawsze będę z tobą,
dopóki będziesz mnie potrzebować.
Yana wiedziała, że tak naprawdę to nie ona - nie do końca. Kor nie żyła.
Ta zjawa stała się manifestacją poczucia winy i gniewu Yany.
Wściekłości, płonącej głęboko w jej sercu, tego samego palącego gniewu,
który doprowadził ją do sprzymierzenia się z pogrążonym w żałobie ojcem
Kor, Werthem Plouthem, Heroldem Otwartej Dłoni. On również czekał na
odpowiedni moment, aby pozbawić Matkę władzy, gdy tylko nadarzy się
okazja.
- Znaczy: kiedy on się na to zdecyduje? - szepnęła Kor.
Yana zacisnęła dłonie w pięści i skupiła się na bólu spowodowanym
paznokciami wpijającymi się w jej suche dłonie. A jednak nadal nie mogła
wycisnąć z oczu choćby jednej łzy, nawet gdy członkowie Ścieżki
powtórzyli ostatnie słowa Mardy:
- Moc będzie wolna.
- Moc będzie wolna - powiedziała Kor, owiewając chłodnym oddechem ucho
Yany.
- Tak, ale czy my będziemy? - zapytała Yana, nie odrywając wzroku od
kuzynki.
Zgromadzeni już wyszli, ale Marda nadal nie opuszczała sali. Starsi
podziękowali jej za pocieszenie, jakie przyniosły jej słowa. Matka
oczywiście nie uczestniczyła w spotkaniu - Elecia spędzała większość
czasu w swoich prywatnych komnatach, obcując z Mocą. Marda jednak czuła
się zaskoczona nieobecnością Herolda. Przywykła, że Nautolanin trzymał
się zazwyczaj na tyłach; jego oczy wydawały się niemal tak ciemne jak
jej, a kikuty odciętych macek odznaczały się wyraźnie na tle jego
zielonej cery. Być może miał jakieś sprawy do załatwienia w innym
miejscu na potężnym statku? Prawdopodobnie tak właśnie było, ale Marda
wątpiła, by zamierzał ją o tym informować. Przed jej awansem na
Przewodniczkę ich relacje stały się napięte, ale teraz ochłodziły się
jeszcze bardziej. Czuła niechęć Wertha, emanującą od niego falami, ale
nie orientowała się, dlaczego tak bardzo jej nie lubi. Nie stanowiła
zagrożenia - zwłaszcza dla niego. Oboje mieli ten sam cel: głosić
przesłanie Ścieżki jak galaktyka długa i szeroka. Czy chodziło o jej
nowo odkrytą bliskość z Matką, więź, którą dzieliły? Czy Herold był...
zazdrosny?
Niewątpliwie sfrustrowało go, gdy Matka wysłała "Słonko" Dobbsa na jego
statku przed "Elektrycznym Spojrzeniem", aby ogłosił przybycie Ścieżki
na Jedhę. Po części to rozumiała. Jak sugerował jego tytuł, Herold miał
być posłańcem Ścieżki, a Słonko Dobbs, cóż... Słonko był niewiele więcej
niż oszustem. A przynajmniej zanim poświęcił swoje życie Ścieżce. Dawny
poszukiwacz dosłownie promieniał za każdym razem, gdy przebywał w obecności Matki - do tego stopnia, że Marda zastanawiała się, czy od
czasu nawrócenia nie zaczął żywić do Elecii jakichś cieplejszych uczuć.
Wiedziała jednak, że Matka nie wykorzystałaby jego zauroczenia, nawet
jeśli faktycznie coś do niej czuł.
Ale entuzjazm Słonka sprawił, że Herold stał się jeszcze bardziej
przybity. Żal Wertha po stracie córki wyssał z niego całą radość życia i odarł z wcześniejszego oddania sprawie. Od jakiegoś czasu niemal z nikim
nie rozmawiał - nawet ze swoją żoną, Opari. Ta po śmierci Kor zamknęła
się w sobie, ukrywając w kwaterach, które zajmowała z Heroldem na
pokładzie "Spojrzenia". Jego jedynym powiernikiem zdawała się być Yana,
co było zaskakujące, biorąc pod uwagę dzielące ich w przeszłości
różnice, ale Marda nie mogła mieć do niego pretensji o to, że szukał
pocieszenia u jej kuzynki. Bez wątpienia zbliżył ich do siebie wspólny
żal, więź, jaka dawniej łączyła ich z Kor, córką i dziewczyną, którą
każde z nich kochało na swój sposób - jedno miłością rodzica, drugie -
jako partnerkę.
Bez względu na powód, Marda chciała jedynie, żeby Yana w końcu z nią
porozmawiała.
- Mardo?
Na dźwięk jej głosu niemal podskoczyła. Stała tak, zatopiona w myślach,
wpatrując się w iluminator, że aż nie usłyszała zbliżającej się Yany. A może chodziło po prostu o to, że jej kuzynka była tak biegła w sztuce
skradania się? Yana potrafiła być cicha niczym chyłkot, ale mniejsza o to - najważniejsze, że przyszła tu, chwała niech będzie Mocy, całkiem
jakby ta odpowiedziała na jej modły. Marda odwróciła się, by powitać
kuzynkę, ale jej uśmiech zbladł na widok długich pałek bojowych w rękach
Yany.
- Kuzynko?
- Kuzynko - odpowiedziała na powitanie Yana głosem kompletnie wyzutym z emocji, wyciągając jedną z pałek w stronę Mardy.
- O co chodzi? - zapytała Marda.
- A jak myślisz? Przydałby ci się trening.
Marda parsknęła śmiechem, nie wierząc własnym uszom.
- To sala zgromadzeń. Święte miejsce!
Yana wzruszyła ramionami.
- Wiara to pole bitwy.
Marda zrobiła krok w stronę kuzynki.
- Yano. Porozmawiajmy. Chodźmy... coś zjeść.
- Zjeść? - prychnęła Yana.
- Magazyn jest pełen zapasów z Dalny. Starszy Sarevelin zabrał nawet
kandyzowane orzechy! Jeśli masz ochotę na coś bardziej treściwego, w kambuzie jest mnóstwo pikantnej potrawki. Twojej ulubionej...
Yana nadal trzymała przed sobą wyciągniętą pałkę.
- Możemy zjeść później.
Marda zwiesiła ramiona.
- Po treningu?
W odpowiedzi Yana skinęła głową, ale Marda wiedziała, że to nie jest
obietnica.
- Po treningu.
Marda opuściła spojrzenie na broń. Może w ten sposób kuzynka chciała
złagodzić napięcie, które narosło między nimi ostatnimi czasy, zrobić
pierwszy krok na drodze ku odbudowie ich wzajemnych relacji? To była bez
wątpienia najdłuższa wymiana zdań, jaką odbyły od momentu wejścia na
pokład "Spojrzenia". Powinna skorzystać z okazji, zanim Yana się
rozmyśli.
Wzięła pałkę i przyjęła pozycję obronną, a kuzynka natychmiast ruszyła
do ataku.
- Zgnuśniałaś! - zadrwiła, gdy Marda jakimś cudem zdołała uchylić się
przed ciosem. Zamachnęła się pałką, by zaatakować z drugiej strony. Tym
razem Marda nie miała nawet szansy zareagować w porę.
Krzyknęła, gdy czubek broni Yany trafił ją w żebra.
- Kompletnie się nie starasz.
- Bo nie powinnam! - Marda spróbowała przypuścić kontratak, ale Yana
uchyliła się przed ciosem i koniec pałki dziewczyny uderzył w płyty
pokładu u stóp kuzynki.
Tym razem broń Yany wbiła się w mostek Mardy, odpychając ją z mocą w tył.
- A to... mogło cię zabić.
Kij zawirował, tym razem uderzając w plecy przeciwniczki.
- Tym... mogłam złamać ci kręgosłup.
Marda ryknęła z frustracji, wznosząc swoją pałkę łukiem nad głowę i opuszczając ją gwałtownie w ciosie, który Yana była zmuszona odbić,
zanim trafił ją w szczękę.
- No, teraz trochę lepiej.
Marda nie przestawała krzyczeć, obracając się wokół własnej osi, ale
Yana ponownie zablokowała jej cios, chwaląc Mardę w ten sam sposób, w jaki ta chwaliła Maluczkich pod swoją opieką za postępy w malowaniu
palcami.
Łup!
- Teraz lepiej.
Łup!
- Całkiem nieźle.
Łup!
- Skoncentruj się!
Przez chwilę Marda zatraciła się w walce, dźgając, blokując, uderzając i parując. Obrazy tańczyły przed oczami dziewczyny, gdy jej pałka
przecinała z furią chłodne powietrze przefiltrowane przez pokładowe
systemy uzdatniania atmosfery; wspomnienia przemykały przez jej umysł -
niewiele więcej niż przebłyski dźwięków i barwnych plam. Moment, kiedy
przybyła na Dalnę jeszcze jako dziecko, zagubione i przerażone. Chwila,
w której pierwszy raz zobaczyła Matkę. Spotkanie z Kevmem, szybsze bicie
serca, to uczucie, gdy jego wargi dotknęły jej ust...
- Wystarczy!
Yana zamachnęła się swoją pałką, celując nisko i podcinając Mardzie
nogi. Broń dziewczyny uderzyła o podłogę, a ona runęła w ślad za nią.
Powietrze uszło jej z płuc, a Yana stanęła nad kuzynką i przez sekundę
Marda myślała, że za chwilę opuści swój kij, aby zadać jej ostateczny
cios... Zamiast tego jednak Yana wyraźnie się rozluźniła, a jej bojowe
nastawienie ustąpiło poirytowaniu, gdy zaczęła rytmicznie uderzać pałką
o płyty pokładu.
- Nie jesteś gotowa na Jedhę.
Marda z trudem złapała oddech.
- Lecimy z misją pokojową...
Yana parsknęła szczekliwym śmiechem.
- Pokojową? Aby powiedzieć wszystkim, którzy zebrali się w tym
najświętszym z miejsc, że ich wierzenia to bzdura? Aby poinformować całe
to Zgromadzenie Mocy, że muszą zmienić swoje postępowanie lub czeka ich
zagłada?
- Jedi plugawią Moc - wycedziła Marda, wspierając się drżącymi dłońmi o pokład i próbując się podnieść.
Yana wyciągnęła do niej rękę.
- Nie mówiłam o Jedi.
Marda przyjęła dłoń i pozwoliła, aby Yana pomogła jej wstać.
- Wiem. Ale Jedi mają destrukcyjny wpływ na Zgromadzenie...
Yana puściła rękę Mardy.
- "Destrukcyjny wpływ"? Brzmisz jak Matka.
- Dziękuję - powiedziała cicho Marda, uznając drwinę za komplement.
Spojrzała kuzynce w oczy, próbując złapać oddech. - Zgromadzenie zrzesza
przedstawicieli wszystkich głównych religii. Jeśli uda nam się ich
przekonać, że zagrażają Mocy...
- Nie uwierzą ci.
- Ale musimy spróbować!
Stały przez chwilę naprzeciwko siebie w milczeniu - Yana z zaciśniętą
szczęką, a Marda dysząc ciężko. Widziała ból w oczach kuzynki, gniew,
który płonął w jej wnętrzu. Gdyby tylko Yana mogła odpowiednio go
ukierunkować, przekuć w gorliwość, aby głosić prawdy Ścieżki...
Wykorzystać do odnalezienia spokoju w ich prostocie... Marda miała ochotę
przytulić ją, powiedzieć, że rozumie i że wszystko będzie dobrze, ale
zanim zdążyła wykonać gest, właściwa pora minęła bezpowrotnie. Yana
schyliła się, aby podnieść z podłogi pałkę kuzynki.
- Za godzinę - oświadczyła, wsuwając broń z powrotem w ręce Mardy. -
Spotkamy się w rezerwowej ładowni. Musisz być przygotowana na wszystko.
Noce na Jedzie są ciemne.
- Ale to Księżyc Światła!
- To księżyc pełen pielgrzymów, którzy nie zareagują zbyt dobrze na to,
co masz im do powiedzenia.
Nie "mamy". "Masz".
- A co z potrawką?
Yana odwróciła się i wyszła z sali zgromadzeń, nie oglądając się za
siebie.
- Może później.
Marda wiedziała jednak, że powiedziała tak tylko po to, by ją zbyć.
Drzwi zamknęły się za kuzynką i została sama. "Nie. Nie sama" -
poprawiła się w myśli. Już nie.
- Przejrzy na oczy - oznajmiła na głos. - Dostrzeże, jak bardzo się
myli. Jedha posłucha. Wszyscy ujrzą prawdę...
- Owszem - przytaknął stojący w pobliżu Kevmo. Jego skóra, niegdyś
błękitna, była teraz kredowobiała, a głos przypominał chrzęst żwiru pod
stopami. - Moc będzie wolna.
- Moc będzie wolna - powtórzyła z uśmiechem Marda.
Rozdział pierwszy
Jedha nie słuchała. Nikt nie
słuchał. A teraz Marda została sama.
Spokój, który odczuwała, stojąc w sali zgromadzeń "Elektrycznego
Spojrzenia" (po pobiciu przez Yanę na jej ramionach i boku już tworzyły
się siniaki), towarzyszył jej przez całą drogę na Księżyc Pielgrzymów. W zasadzie to przybrał na sile, zmieniając się w coś w rodzaju zachwytu,
gdy schodziła po trapie promu, którym przyleciała na powierzchnię ze
statku sekty.
Na początku wszystko wskazywało na to, że Marda miała rację. Napotkane
tutaj istoty były bardziej niż gotowe na przyjęcie przesłania Ścieżki.
Słonko Dobbs dotrzymał słowa, a jego rozklekotany, przestarzały statek,
"Szpigat", wylądował na Księżycu Pielgrzymów na kilka dni przed
przybyciem "Spojrzenia". Sam Dobbs zrobił dobry użytek ze swoich
niechlubnych umiejętności, przekupując skutecznie każdego, kto mógłby
stanąć im na drodze, i zmniejszając, jeśli nie całkowicie usuwając
potencjalne przeszkody, a nawet inwestując część zaskakująco zasobnej
kiesy Ścieżki w zakup podupadającego przytułku - w ramach demonstracji
wielkoduszności i dobrych zamiarów sekty. Zgromadzenie Mocy zgodziło się
spotkać z Heroldem, a Matka okazała się cenną pomocą w rozmowach
pokojowych między Eiramem a E'ronoh, światami od pokoleń pozostającymi w konflikcie.
Wszystko szło zgodnie z planem... ale potem zaczęły się rozruchy.
Pyliste ulice Jedhy spływały teraz krwią. To, co zaczęło się jako scysja
między Heroldem a Zgromadzeniem, przerodziło się w zamieszki, podczas
których Herold wyszedł na schody siedziby organizacji i podburzał
przechodniów, żerując na ich własnej nieufności zarówno wobec samego
Zgromadzenia, jak i siebie nawzajem. Najpierw padły obelgi, potem ciosy,
a następnie przemoc rozprzestrzeniła się niczym pożoga. Takie wydarzenie
samo w sobie byłoby wystarczająco katastrofalne w skutkach, ale sytuacja
zaogniła się jeszcze bardziej, gdy rozmowy pokojowe między Eiramem a E'ronoh zostały brutalnie przerwane, a uzbrojeni strażnicy i droidy-egzekutorzy z dwóch walczących planet wyszli na ulice. I tak
przerażeni już mieszkańcy Jedhy wpadli w panikę, rozpętały się istne
piekło i chaos, aż miasto zmieniło się w pole bitwy, gdy różne frakcje,
wcześniej współistniejące tu w stanie kruchej równowagi i pokoju,
zwróciły się przeciwko sobie, podsycane tłumionymi przez lata wzajemnymi
pretensjami i zarzutami, które, bulgoczące wcześniej cicho pod
przykrywką tego tygla, zawrzały teraz i zaczęły kipieć.
Marda próbowała służyć Mocy, uspokajając tłum i zajmując się rannymi,
ale wtedy Jedi przejęli kontrolę, jak zawsze, wkraczając na scenę ze
swoimi płonącymi mieczami świetlnymi. Tylko pogorszyli sytuację -
przemoc eskalowała, aż w końcu nikt nie pamiętał już, dlaczego właściwie
rozgorzała ta bitwa...
Jedi zawsze wszystko psuli.
Marda odruchowo przypadła do ziemi, gdy nad jej głową z rykiem silników
przemknęły myśliwce. Na sąsiedniej ulicy doszło do eksplozji, a po niej
rozległ się chór okrzyków bólu i przerażenia. Tak wiele wybuchów. Tak
wiele cierpienia...
Marda sięgnęła po komunikator i aktywowała łącze.
- Yana? Yano, słyszysz mnie? Straciłam z oczu Matkę - nie widziałam jej
od czasu zniszczenia przytułku...
Marda nie mogła już dłużej zaprzeczać: poniosła kompletną porażkę. Yana
miała pełne prawo, by triumfować i z niej drwić. Wszystko, co
powiedziała jej kuzynka, okazało się prawdą, samospełniającym się
proroctwem. Lud Jedhy odpowiedział na ich przesłanie przemocą. Wszystko
było stracone...
- Yana? Proszę, odpowiedz! Yano!
Odpowiedź jednak nie nadeszła - nawet w formie kpiącego śmiechu ani
pełnego samozadowolenia "A nie mówiłam?".
Jeden z myśliwców nad jej głową stanął w płomieniach, jego poskręcany
kadłub spadł z nieba i wbił się w świątynię jakiegoś na wpół
zapomnianego kultu.
- Co robić? - jęknęła Marda, ale nikt nie odpowiedział. Ani Yana, ani
nawet Kevmo, który nie pokazał się, odkąd sytuacja na Jedzie wymknęła
się spod kontroli. Może w ogóle nigdy nie istniał? Marda nie była już
niczego pewna.
Rozległ się kolejny krzyk, tym razem bliżej. Na moment umysł Mardy
zalała fala irracjonalnego strachu: czy to nie Matka? Czy znalazła się w niebezpieczeństwie? Ów lęk, irracjonalny czy nie, uruchomił w niej
odruchowe mechanizmy, zmuszając do działania. Chwilę później biegła już
w kierunku źródła krzyku. Yana wyśmiałaby ją, twierdząc, iż ma omamy,
ale Marda musiała wierzyć, że kieruje nią sama Moc.
Serce podeszło jej do gardła, gdy mijając skruszone ruiny niegdyś
potężnej świątyni, dostrzegła leżącą w kurzu podartą niebieską tunikę,
pociemniałą od pyłu i krwi. Odziana w nią postać była zwinięta w kłębek
i osłaniała głowę ramionami, podczas gdy banda buntowników kopała ją i biła, obrzucając wyzwiskami. Czy to Matka? Nie mogła dostrzec szczegółów
- nie w sytuacji, gdy tłum robił wszystko, co w jego mocy, by zatłuc
tego kogoś na śmierć. Marda musiała coś zrobić, musiała ocalić mu życie.
Yana niewątpliwie rzuciłaby się w wir walki bez wahania i strachu, ale
to, co się tu działo, utwierdziło Mardę raz na zawsze w przekonaniu o jednym: nie była swoją kuzynką. Nie miała nawet broni...
"Ależ owszem, masz broń" - powiedział z przekąsem głos w jej głowie.
Marda spojrzała na swoje ostre jak brzytwa paznokcie, zastanawiając się,
czy wystarczą, ale w głębi serca wiedziała, że to za mało.
- Nie one - powiedział Kevmo, w końcu materializując się ponownie, aby
szepnąć jej do ucha: - Pod twoimi szatami. Mój miecz świetlny.
Zanim zdążyła sobie uzmysłowić, co właściwie robi, zaczęła gmerać przy
pasie, wsuwając dłoń pod zakurzone szaty, aby odnaleźć chłodną rękojeść,
gotową do użycia. Chwyciła ją i zaczęła obracać metalowy cylinder, aby
znaleźć aktywator, ale panika sprawiała, że nie była w stanie myśleć
jasno, mąciła jej wzrok.
- Jest tutaj! Pod kciukiem. Użyj go.
Marda nacisnęła, a rękojeść zawibrowała Mocą, gdy żółte ostrze płonącej
plazmy ożyło. Ten widok zaparł jej dech w piersiach. Ostatni raz
widziała tę broń w rękach Kevma. Od jego śmierci co jakiś czas myślała o tym, by ją aktywować, ale w jakiś dziwny sposób wydawało jej się to
czymś na kształt świętokradztwa - odnosiła wrażenie, że w ten sposób
zbezcześci zarówno jego pamięć, jak i samą Moc. Teraz nie miała jednak
wyboru.
- Przestańcie! Natychmiast przestańcie! - zawołała, a w jej głosie
zabrzmiały ostre nuty groźby - coś, czego nigdy by się po sobie nie
spodziewała. - Cofnijcie się!
Bandziory odwróciły się do niej - dwoje ludzi i złotooki Kyuzoanin.
- Crukkolona Jedi! - warknął Kyuzoanin, spoglądając na buczące ostrze.
- To nie twój interes. Odejdź. Spływaj stąd, ale już.
- Nic z tego - odpowiedziała głosem drżącym niemal tak mocno, jak broń w jej rękach.
- A dlaczegóż to niby, ślicznotko? - zadrwił jeden z ludzi, mężczyzna o szerokich barach, z rudą czupryną i krzywymi zębami. - Bo co, Moc ci tak
każe?
To przesądziło o sprawie. Nie musiała wiedzieć nic więcej. Rudy brutal
nie należał do żadnego z tutejszych kultów. To, co robił, czynił tylko
dla rozrywki, a osoba należąca do Ścieżki, wciąż skulona u jego stóp,
znalazła się po prostu w złym miejscu o niewłaściwym czasie.
Marda zrobiła ostrożny krok do przodu.
- Mówiłam, żebyście się cofnęli...
Ciało na ziemi było nieruchome. Na gwiazdy, dlaczego się nie ruszało?
Cóż, przynajmniej wskórała tyle, że napastnicy się od niego odsunęli -
cała trójka szła teraz w stronę Mardy.
Musiała użyć całej siły woli, żeby nie odwrócić się na pięcie i nie
uciec.
- Nie jesteś Jedi - uświadomił sobie Kyuzoanin, uśmiechając się
paskudnie pod przesłaniającym mu usta wokabulatorem, tłumaczącym jego
mowę na basic. - Jesteś jak on. Należysz do tej sekty...
- Nie jesteśmy sektą - zaprotestowała. Nie uszło jej uwagi, że mówiąc o ich ofierze, użył formy męskiej. A więc to nie Matka, dzięki niech będą
Mocy! Sekundę później ulgę zastąpiło jednak poczucie winy. Nie miało
znaczenia, kogo bili - liczyło się tylko to, że przestali to robić,
nawet jeśli tylko na chwilę.
- Nie zbliżaj się - ostrzegła go, mocniej zaciskając drżące palce na
rękojeści.
- Bo co? - prychnął rudy rzezimieszek. - Zadźgasz nas tym swoim
laserowym mieczykiem?
- Crukkolona zabójczyni planet. Ona nie wie, co robi! - parsknął
Kyuzoanin, podchodząc bliżej. - Pewnie znalazła go na ulicy. - Wyciągnął
do niej obleczoną rękawicą dłoń. - Daj mi to, dziewczyno, zanim zrobisz
komuś krzywdę. Prawdopodobnie samej sobie.
Marda nie wiedziała, czy to z powodu obelgi, tego zarzutu, powtarzanego
wobec przedstawicieli jej rasy, odkąd opuścili Everon, czy też z powodu
jawnego lekceważenia zagrożenia, jakie stanowiła, ale w jej trzewiach
rozgorzał nagle płomień. Skoczyła naprzód - z większą gracją niż
kiedykolwiek podczas treningów na pokładzie "Spojrzenia", zamachując się
mieczem świetlnym, którego ostrze cięło płynnie przez nadgarstek
Kyuzoanina. Obcy padł na kolana, wyjąc z bólu i ściskając kikut drugą
ręką. Nie zdążył nawet podnieść wzroku, gdy Marda bez zastanowienia
zaatakowała ponownie, wbijając lśniące ostrze głęboko w jego klatkę
piersiową. Jego żółte oczy otworzyły się szerzej, a z wokabulatora
wydobył się dziwny bełkot, gdy mężczyzna osunął się na bok i wylądował z ciężkim łomotem na ziemi.
Marda wypuściła miecz świetlny z dłoni, jakby nagle zaczął ją parzyć, a ostrze natychmiast zgasło. Co też uczyniła? Ledwie zauważyła, że
towarzysze Kyuzoanina wykrzykują jego imię i sięgają po blastery. Nie
była w stanie oderwać wzroku od rozciągniętego na ziemi obcego.
Martwego.
Jak przez mgłę usłyszała huk wystrzałów.
Rozdział drugi
Marda zamknęła
oczy i czekała, aż blasterowe salwy przeszyją
jej pierś. Zawiodła ich wszystkich. Matkę. Yanę. Nawet Kevma. Zwłaszcza jego. Mylił się, tak bardzo się mylił we
wszystkim, co robił, ale wiedziała, że nigdy nie użyłby swojej broni, by
zabić. Być może będzie miała okazję go przeprosić, gdy zjednoczy się z nim w Mocy, bo tam właśnie się znalazł. Była tego pewna - tak pewna, jak
tego, że zobaczy go ponownie. Nie takiego, jakim jawił się jej od swojej
śmierci, ale tamtego chłopca, który po raz pierwszy pocałował ją na
dalnańskim targowisku. Być może, gdyby teraz otworzyła oczy, zobaczyłaby
go uśmiechniętego, z jego skórą o barwie fal Oceanu Strukiańskiego...
Ale ból nie nadszedł. Salwy jej nie dosięgnęły. Zamiast tego, gdy
otworzyła oczy, zobaczyła tylko kalejdoskop barw: czerwień blasterowych
promieni, rozkwitających niczym gwiazdy na tle błękitnego łuku. Rozległy
się krzyki i szloch, stłumione przez trudne do pomylenia z czymkolwiek
innym buczenie miecza świetlnego. Opuściła wzrok na ziemię, ale nigdzie
nie widziała rękojeści broni Kevma. To nie ją trzymała również Jedi,
stojąca teraz między nią a zbirami, z połyskliwą tarczą przymocowaną do
jednego z jej opasanych owijkami ramion i lśniącym mieczem świetlnym w drugiej ręce. Jej płynne ruchy przywodziły na myśl nurt wartkiego
strumienia - była pełna gracji, a jednocześnie emanowała pewnością
siebie, która budziła słuszną grozę: dało się dostrzec, że jeśli tylko
zechce, potrafi być zabójczo skuteczna. Rudy brutal rzucił się na nią z gniewnym okrzykiem, ale wysoka, smukła kobieta nawet nie mrugnęła.
Zamiast tego tarcza ześlizgnęła się z jej ramienia, jakby pchnięta
niewidzialną siłą, i uderzyła w szeroką klatkę piersiową mężczyzny,
obalając go na plecy, po czym wróciła na jej nadgarstek. Mardę ogarnęło
znajome, mdlące uczucie obrzydzenia, gdy zdała sobie sprawę, iż po raz
kolejny jest świadkiem, jak Jedi używa Mocy dla zwykłego kaprysu, nawet
jeśli oznaczało to, że ratuje jej życie. Ostatni członek gangu chwycił
oszołomionego towarzysza i odciągnął go w tył, stwierdzając, że to
bitwa, której nie zdołają wygrać, zwłaszcza gdy jeden z nich leży martwy
na ziemi. Jedi nie ruszyła się z miejsca, stojąc murem między Mardą a wycofującymi się zbirami. Dopiero gdy zniknęli im z zasięgu wzroku,
kobieta odwróciła się i spojrzała na Everenkę ciemnobrązowymi oczami.
- Jesteś ranna?
Jej głos był dziwnie spokojny i kojący, pomimo tej budzącej grozę
sytuacji, ale w żaden sposób nie mógł stłumić ognia, który płonął
głęboko w trzewiach Mardy - płomienia wstydu, gniewu i potępienia
jednocześnie.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, odezwał się znajomy głos:
- Mardo?
Odwróciła się w stronę jego źródła tak szybko, że niemal zakręciło jej
się w głowie, ale kompletnie się tym nie przejęła. Teraz nie liczyło się
nic, oprócz...
- Matko! - wykrztusiła, nie wierząc własnym oczom. - Matko! Ty żyjesz!
Żyjesz!
Poruszając się instynktownie, przyskoczyła do niej, obejmując ramionami
prorokinię, która sprowadziła ich na Jedhę, i przytulając ją mocno.
Kobieta zesztywniała w jej uścisku i Marda cofnęła się o krok.
- Jesteś ranna? - spytała z niepokojem.
Matka uśmiechnęła się do niej, ale wydawała się dziwnie starsza niż
wtedy, gdy przybyły na Księżyc Pielgrzymów. Zmarszczki na jej twarzy
jakby się pogłębiły, a siwe pasma w jej włosach stały się bardziej
wyraziste.
- Nic mi nie jest. Jestem bezpieczna, Mardo - dzięki Silandrze Sho. -
Skinęła głową Jedi, nachylającej się teraz przed poległym Kyuzoaninem, z mieczem ponownie schowanym w kaburze i tarczą przymocowaną do uprzęży
noszonej na plecach. - Prawdziwej służebnicy Mocy - dodała głosem, w którym pobrzmiewało zmęczenie.
Marda powiodła wzrokiem od Matki do Jedi i z powrotem. Radość z powodu
tego, że Elecia przeżyła bitwę, zastąpiła dezorientacja. Dlaczego Matka
tak wychwalała Jedi - Jedi?! Jak w ogóle mogło
jej przyjść do głowy, by nazywać ich sługami Mocy? Byli jej oprawcami!
Działali na nią destrukcyjnie...
- Co tu się wydarzyło? - spytała Sho, wyrywając Mardę z zamyślenia. Jej
smukła dłoń spoczywała tuż obok dziury wypalonej w piersi Kyuzoanina.
- Ja... - Mardę ścisnęło w gardle od dławiącego poczucia winy. Nie była w stanie wykrztusić nic więcej, ale nagle rozległ się inny, głębszy głos:
- Znaleźliśmy tego biedaka leżącego na wznak.
Oczy trójki kobiet zwróciły się na Ovissianina, który podnosił się
właśnie z ziemi. Marda zdziwiła się, że choć przez chwilę mogła go
wcześniej wziąć za Matkę, drobną i niskiej postury, w przeciwieństwie do
obcego. Szerokousty i niewiele starszy od Everenki mężczyzna miał ze dwa
metry wzrostu, a jego ramiona były równie szerokie jak rozłożyste rogi,
wyrastające z płaskiej głowy. Zaschnięta krew, plamiąca szaty
Ovissianina, najwyraźniej nie należała do niego - jego własna posoka o barwie miedzianej patyny obficie sączyła się z rozcięcia na czole i zasklepiała wokół otworu po wyrwanym kle, który powinien wystawać z lewej strony jego podbródka. Czy wyrwali mu go ci oprawcy?
- Marda próbowała go ocucić - dodał, zerkając na dziewczynę - ale
bezskutecznie.
- Trudno ocucić kogoś przebitego mieczem świetlnym - skomentowała
beznamiętnie Jedi.
- I wtedy te... potwory nas zaatakowały - wykrztusił Ovissianin, po czym
opadł na jedno kolano i dokończył schrypniętym, ledwie słyszalnym
głosem: - Obwiniając za to, co...
Z trudem zaczerpnął tchu i zachwiał się. Sho przyskoczyła do niego, ale
Marda przypadła do jego boku pierwsza, rzucając Jedi spojrzenie, na
widok którego ta zastygła w bezruchu. Gdyby tylko zdołała wcześniej
zatrzymać w ten sam sposób napastników...
- Dziękuję - szepnęła do szmaragdowoskórego olbrzyma, wdzięczna za
kłamstwa, chroniące ją przed gniewem Jedi. Spojrzał na nią swoim jedynym
zdrowym okiem i odchrząknął chrapliwie.
- Miecz wtoczył się pod szczątki po twojej prawej - dodał szeptem, ale
jego głos brzmiał zdecydowanie pewniej niż wcześniej. - Po tym, jak go
upuściłaś.
Marda nie odważyła się spojrzeć w tę stronę - na wypadek gdyby
dostrzegła to Jedi. Nie chodziło o to, że nie chciała stawić czoła
konsekwencjom swoich czynów... to znaczy, nie do końca - po prostu nie
była jeszcze gotowa oddać tego, co należało do Kevma.
- Och, mój biedaku! Twoje obrażenia... - powiedziała Matka, podchodząc i ujmując wielką łapę Ovissianina w swoją dłoń, uważając przy tym, aby nie
urazić zdartych do krwi knykci, które świadczyły o tym, że walczył
mężnie, zanim został powalony przez napastników.
- Wydobrzeję - zapewnił ją, pochylając z szacunkiem głowę. - Z woli
Mocy.
- Moc wybawi nas wszystkich - odpowiedziała Matka. - Tyle mogę ci
obiecać.
Marda jednak tylko połowicznie skupiała się na wymianie zdań między
wyznawcą Ścieżki a prorokinią. Zamiast tego patrzyła na Jedi, która
wciąż badała ranę szpecącą klatkę piersiową Kyuzoanina. Tuż obok niej,
pod kawałkiem gruzu, Marda dostrzegała charakterystyczny, srebrzysty
błysk rękojeści miecza świetlnego Kevma. Gdyby Sho spojrzała w bok...
- Powinniśmy już iść - powiedziała, odwracając się w stronę kobiety. -
Mistrzyni Jedi, dziękujemy za zwrócenie nam Matki, ale teraz musimy
zabrać ją na nasz statek...
Sho wstała, porzucając oględziny ciała.
- Będę wam towarzyszyć.
Marda zrobiła krok naprzód.
- Nie.
Protest zabrzmiał ostrzej, niż planowała, i Jedi zmrużyła lekko oczy.
Everenka uniosła dłoń w geście przeprosin, dodając nieco łagodniej:
- Chcę przez to powiedzieć, że to nasz obowiązek. Jestem Przewodniczką
Ścieżki Otwartej Dłoni...
- Czyżby? - zapytała Sho, a Marda z całej siły starała się nie skrzywić,
słysząc niedowierzanie w głosie Jedi.
- Zabiorę moich ludzi w bezpieczne miejsce.
Sho nadal nie zamierzała się oddalić. Czy wszyscy Jedi byli tak uparci?
Gdzieś zza pleców Mardy dobiegło drwiące:
- Tak.
- Nie pomagasz - mruknęła cicho pod adresem Kevma. Jej myśli krążyły jak
oszalałe. Jeśli Jedi pozwoli im odejść, będzie mogła wrócić i odzyskać
miecz świetlny. Ale co, jeśli Sho wezwie tu więcej swoich towarzyszy?
Co, jeśli w jakiś sposób wyczuje dręczące Mardę poczucie winy?
Z ponurych rozmyślań wyrwał ją nagły sygnał komunikatora Jedi. Sho
uniosła nadgarstek do ust, odwracając się nieco, aby odebrać połączenie.
- Tu Sho.
- Silandro? Gdzie jesteś? - zapytał męski głos, a na linii pojawiły się
zakłócenia. - Czekamy na ciebie na pokładzie republikańskiego statku
transportowego...
- Eskortowałam Matkę Ścieżki Otwartej Dłoni do jej statku -
odpowiedziała Sho.
- I wypełniła to zadanie doskonale, mistrzu Sun - wtrąciła Matka,
podnosząc głos tak, aby było ją słychać przez łącze. - Ale teraz, skoro
jestem już ponownie pośród swoich, mistrzyni Sho powinna wrócić do
własnych obowiązków. Jesteśmy jej dozgonnie wdzięczni za pomoc.
- Jesteś tego pewna? - spytała mistrzyni, przyglądając się z namysłem
Mardzie, która poczuła, jak jej szare policzki ciemnieją pod czujnym
spojrzeniem Jedi.
Matka uśmiechnęła się życzliwie, łącząc przed sobą dłonie w uniwersalnym
symbolu pokoju.
- Proszę... Chociaż możemy nigdy nie zgodzić się w kwestiach używania
Mocy, nie mogłabym - nie śmiałabym! - nie docenić wartości twojej pracy.
Jedha cię potrzebuje, Silandro. Idź - z moim błogosławieństwem.
Marda tylko z najwyższym trudem stłumiła cisnące jej się na usta
westchnienie ulgi, gdy Jedi złożyła im krótki ukłon i rzuciła na
pożegnanie:
- Niech Moc będzie z tobą - i twoimi ludźmi.
- Zawsze jest - odparła Matka, gdy kobieta w końcu odwróciła się na
pięcie i puściła się biegiem przed siebie z komunikatorem przy ustach.
Marda miała ochotę zapaść się pod ziemię i szlochać, ale nie chciała
okazywać słabości w obecności Matki i tego nieznanego jej Ovissianina.
Łzy mogły poczekać. Zamiast tego, gdy tylko upewniła się, że Jedi nie
zamierza zawrócić, przypadła do sterty gruzu i wydobyła spod niej miecz
świetlny.
- Dobrze się spisałaś - pochwaliła ją Matka, gdy dziewczyna odwróciła
się z rękojeścią spoczywającą bezpiecznie w jej dłoni.
- Naprawdę? - spytała, desperacko starając się nie patrzeć na ciało
leżące u jej stóp.
- Uratowałaś mi życie - zauważył Ovissianin.
- A ty ocaliłeś mnie - odparła Marda. - Byłam pewna, że ta Jedi się
domyśli... albo przynajmniej będzie coś podejrzewała...
- To w tej chwili bez znaczenia - ucięła Matka. - W tej chwili liczy się
tylko, żeby zostawili nas w spokoju.
- Nazwałaś ją służebnicą Mocy - zauważyła Marda, wciąż zaskoczona. -
Dałaś jej swoje błogosławieństwo...
- Dałam jej to, co chciała usłyszeć - odpowiedziała ostro Matka. -
Schlebiałam jej ego, nic poza tym.
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale". Byliśmy w niebezpieczeństwie. Musiałam... -
Urwała, zaczerpując gwałtownie tchu i przyciskając dłoń do boku.
Marda, podobnie jak Ovissianin, natychmiast przyskoczyła do ich
przywódczyni, aby ją wesprzeć, zanim upadnie.
- Jesteś ranna - zaniepokoiła się, dostrzegając na jej palcach ślady
świeżej krwi.
- To nic takiego - zapewniła ją Matka, choć napięcie w jej głosie
zaprzeczało tym słowom. - Zaaplikuję sobie pakiet rejuvu, gdy tylko
znajdziemy się na statku Słonka.
- Słonka? - zapytała Marda. - Ale prom...
- Prom został zniszczony - weszła jej w słowo Matka. Gdy Ovissianin
zdołał oderwać jej rękę od rany, zbladła zauważalnie.
Na widok kawałka metalu sterczącego z jej boku Marda zaczerpnęła
gwałtownie tchu.
- Odłamek... - odchrząknął Ovissianin, badając ranę. - Utkwił głęboko...
- Jesteś lekarzem? - spytała Marda, ale obcy potrząsnął głową.
- Powiedzmy, że widziałem wiele ran odniesionych w walce - rzucił, po
czym skupił całą swoją uwagę ponownie na Matce, popatrując na nią z podziwem. - To niesamowite, że szłaś w takim stanie... i w dodatku pytałaś
o moje obrażenia, podczas gdy twoje własne...
Matka przesunęła dłonią po policzku Ovissianina.
- Moc o nas dba... Jak cię zwą?
- Bokana - przedstawił się Ovissianin, z dumą wypowiadając swoje imię. -
Bokana Koss. Świeżo nawrócony na waszą Ścieżkę.
- Na naszą Ścieżkę, Bokano - poprawiła go
łagodnie Matka. - Naszą wspólną.
- Która utraci swoją przywódczynię, jeśli natychmiast nie zabierzemy cię
na pokład "Szpigatu" - wtrąciła Marda, nagle czując się bardziej niż
odrobinę zapomniana. - Czy wiesz, gdzie go szukać?
Matka skinęła głową, oblizując spierzchnięte wargi.
- Na prywatnym lądowisku, niedaleko Świątyni Roalj... należącym do jednego
z naszych darczyńców.
Niestety, od świątyni dzielił ich długi marsz przez całe miasto -
podróż, która byłaby trudna nawet gdyby Matka nie słabła wraz z każdym
pokonanym krokiem. Spora część miasta płonęła, wciąż toczyły się walki
między Strażnikami Whillów a eiramskimi droidami-egzekutorami, zaś
oportuniści bez skrępowania plądrowali miejsca kultu. Marda wciąż
próbowała wywołać Yanę, przeskakując między kanałami w poszukiwaniu choć
jednego, który byłby wolny od zakłóceń spowodowanych bitwą. Jedi mieli
łączność ze sobą, więc dlaczego ona napotykała same problemy?
- Tędy - mruknął Bokana, gdy musieli się zatrzymać, bo natrafili na
kolejne zamieszki. Rzucił się w stronę alejki wciśniętej między budynki
o wypolerowanych przez burze piaskowe ścianach, jakimś cudem wciąż w miarę nietkniętych.
- Jesteś pewien? - zapytała Marda.
- Nie kwestionuj jego decyzji, Mardo! - warknęła Matka. Jej wyrzut ubódł
dziewczynę, choć ból zamienił się w troskę, gdy prorokini potknęła się i upadła.
- Matko!
- Nie dam rady... iść dalej... - wysapała Elecia. - Jestem... zbyt zmęczona.
- Poniosę cię - zaproponował Bokana, podnosząc kobietę.
- Sam jesteś ranny - zauważyła Marda.
- Poradzę sobie - zaprotestował, biorąc Matkę w swoje silne ramiona,
choć nie zdołał stłumić jęku, który wydarł się z jego rozchylonych ust,
gdy śpieszyli w stronę zaułka.
- Jesteś pewien, że to właściwa droga? - powtórzyła Marda, gdy w pobliżu
rozległy się odgłosy kolejnych eksplozji. Zamiast odpowiedzieć,
przyśpieszył tylko, ale z każdym krokiem jego chód stawał się coraz
bardziej chwiejny.
W pewnym momencie, gdy biegli, coś przykuło uwagę Mardy - coś na skraju
jej pola widzenia: błysk czerwieni na szczycie ściany po ich prawej
stronie. Czy w pobliżu przemieszczało się jakieś zwierzę? Marda bez
zastanowienia dobyła miecza świetlnego Kevma, ale powstrzymała się przed
zapaleniem ostrza. Istniało duże prawdopodobieństwo, że przypadkowo
chlaśnie Bokanę w nogę, ale trzymając rękojeść w dłoni czuła się lepiej,
nawet jeśli wspomnienia, które ta przywoływała, były w tej chwili dla
niej trudniejsze do rozszyfrowania niż kiedykolwiek wcześniej.
- Już prawie jesteśmy! - stęknął Bokana, wpadając w ostry zakręt.
Marda podążyła instynktownie za nim i wyhamowała dosłownie w ostatniej
chwili, by nie wpaść na niego, gdy się zatrzymał, nieomal przewracając
przy tym Matkę.
- Ostrożnie! - warknęła, zanim zdała sobie sprawę, co się właściwie
stało. - To ślepy zaułek!
Ovissianin zachwiał się lekko na nogach i wybełkotał niewyraźnie:
- Przepraszam, ja... myślałem, że wiem, dokąd nas prowadzę. Byłem tego
taki pewien... - Urwał i ponownie się zachwiał, dysząc ciężko.
Jedno wiedzieli na pewno: nie mogli tu zostać. Teraz od Mardy zależało,
czy cała trójka dotrze w bezpieczne miejsce.
- Powodzenia - parsknął trupi głos w jej głowie, ale słowa natychmiast
zagłuszył głęboki gardłowy warkot, dobiegający zza ich pleców.
Gdy Marda się odwróciła, zobaczyła dzikie oczy stwora wpatrującego się w nich wygłodniałym wzrokiem.
Kevmo miał rację: będzie teraz potrzebowała dużo szczęścia.
Przełykając ciężko, aktywowała miecz świetlny.
Rozdział trzeci
Sytuacja na Jedzie była tak zła, jak Yana się spodziewała. Nie -
właściwie to nawet gorsza. Znacznie gorsza. Powinna przewidzieć, jak
sprawy się potoczą, w chwili, gdy tylko wysiadła z promu "Elektrycznego
Spojrzenia" i wmieszała się w tłum pielgrzymów. Powietrze wydawało się
tu gęste od dławiących woni przypraw i narastającego z każdą chwilą
napięcia, na ulicach ścierały się ze sobą grupy wyznawców i różnych
frakcji Mocy. Przez cały czas tak zwane Zgromadzenie Mocy próbowało
szerzyć pokój i harmonię między różnymi kultami, promując festiwal,
który miał zjednoczyć Święte Miasto... ale w rzeczywistości tylko pogłębił
istniejące od wielu lat podziały.
Pod wieloma względami wszystko to było Matce na rękę. Plan, ułożony wraz
z Heroldem, wydawał się dość prosty: Werth Plouth wystąpi z petycją do
Zgromadzenia o zakaz jakichkolwiek form używania Mocy w obrębie murów
miasta, a ten wniosek zostanie naturalnie z miejsca odrzucony. Wówczas
Herold zaapeluje do tłumów zebranych przed budynkiem Zgromadzenia,
przekonując ich, że rada nie słucha głosu rozsądku, że chcą służyć tylko
sobie, a nie Mocy. Wydarzenia potoczyły się dokładnie tak, jak
przewidziała Matka, a słowa Herolda tak rozwścieczyły tłum, że zwrócił
się przeciwko Zgromadzeniu, gdy tylko użytkownicy Mocy wybiegli ze
swoich komnat, aby zobaczyć, co się dzieje.
Wtedy do akcji wkroczyła Yana, uwalniając Niwelatora. Upiorne stworzenie
nie zaatakowało, nie żerowało, ale sama jego obecność wystarczyła, aby
doprowadzić użytkowników Mocy do szaleństwa. Niezdolni rozróżnić, co
jest rzeczywistością, a co omamem, członkowie Zgromadzenia wpadli w panikę, wykorzystując swoje umiejętności przeciwko zgromadzonym, którzy
z kolei zareagowali strachem, wzniecając zamieszki na Placu Proszalnym.
Przemoc rozprzestrzeniła się jak pożoga, a wówczas Herold i Yana
wycofali się, gotowi wprowadzić w życie drugą fazę planu.
Okazało się, że Matka miała swoich agentów na całej Jedzie. Nawiązywała
tu kontakty od miesięcy - bez wątpienia to właśnie dlatego tak bardzo
sprzeciwiała się wysłaniu Ścieżki na Księżyc Pielgrzymów, gdy Marda
zasugerowała to po raz pierwszy. Jej wtyki od tygodni plądrowały
sanktuaria i świątynie, kradnąc religijne artefakty, aby sprzedać je na
czarnym rynku i sfinansować działania Ścieżki. Ale siatka Elecii okazała
się niezbyt imponująca - składała się z drobnych złodziejaszków i szemranych typów, nawet niedomyślających się prawdziwych powodów, dla
których Ścieżka zjawiła się na Jedzie. Różdżka Brzasku była legendarnym
artefaktem i w połączeniu z Różdżką Pór Roku - już pozyskaną przez Yanę
z pałacu królewskiego na Hynestii - pozwalała na pełną kontrolę nad
Niwelatorem. Ale Różdżka Brzasku zaginęła i aby ją zdobyć, Matka
potrzebowała swoich Dzieci - co stanowiło problem, ponieważ Yana
przetrwała jako jedyna. Cała reszta zginęła, złożona przez Matkę w ofierze na ołtarzu jej wybujałych ambicji.
Zgromadzono więc nowy zespół. W jego skład weszły osoby, które w przeszłości dobrze rokowały, a Herold wybrał kilku nowych członków,
takich jak Shea Ganandra, utalentowana inżynier, zaskakująco dobrze
wyszkolona w walce, oraz Barkov, potężny Lasat, dokooptowany - jak
podejrzewała Yana - bardziej ze względu na swój rozmiar niż
umiejętności. Podczas gdy władze próbowały uspokoić motłoch, nowe Dzieci
Matki zakradły się do jedhańskich archiwów, wykorzystując wskazówki
dostarczone przez jeden z najbardziej zaufanych kontaktów Elecii w Świętym Mieście. Wkrótce przetrząsnęli Świątynię Whillów i Archiwa
Dragigańskie, ale po przeklętej różdżce nie było ani śladu.
Kończył im się już czas i Yana zamierzała porzucić misję, gdy pojawił
się nowy trop - pogłoski o tajnym skarbcu Jedi na pustyni, a konkretnie
na obszarze znanym jako Wydmy Kontemplacji. Przez wieki na straży
miejsca, w którym podobno znajdował się skarbiec, stał gigantyczny posąg
samotnego Jedi. Gdy jednak tam dotarli, potężna statua została już
obalona przez protestujących przeciwko zakonowi. Moc uśmiechnęła się do
nich po raz pierwszy, gdy dowiedzieli się, że posąg nie strzegł skarbca
- sam nim był, a w środku ukryto tysiące artefaktów, w tym legendarną
Różdżkę Brzasku.
Herold ucieszył się, zwłaszcza gdy kontakt Matki ostrzegł ich, że
posiłki Jedi są już w drodze. Nie mógł się doczekać okazji na
przetestowanie mocy połączonych różdżek - i skorzystał z niej skrzętnie,
gdy tylko się nadarzyła.
Legendy okazały się prawdziwe. Teraz, gdy mieli oba artefakty, Niwelator
był im całkowicie posłuszny. Yana na własne oczy zobaczyła, jak potworna
bestia żeruje na seloniańskiej Jedi, a szare futro użytkowniczki Mocy
zamienia się na ich oczach w kamień.
A potem... potem wszystko zaczęło iść na opak. Zjawił się kolejny Jedi w towarzystwie fioletowoskórego Sephianina, używającego przeciwko nim
jednego z wielu artefaktów ze skarbca.
Niwelator jako pierwszy padł ofiarą mocy starożytnej rękawicy, którą
Sephianin nasunął sobie na dłoń. Być może awatar Mocy Matki nie był tak
niezniszczalny, jak początkowo sądzili... podobnie jak Herold, na tyle
nierozsądny, by chwycić za miecz świetlny i zaatakować Jedi, Kiffara,
opierającego się wpływowi Niwelatora i stawiającego opór.
Wciąż walczyli, ale Herold, choć utalentowany, nie mógł pokonać Jedi,
szkolonego w walce od lat. W innych okolicznościach Yana pośpieszyłaby
mu z pomocą, ale teraz miała na głowie inne problemy, a mianowicie
Niwelatora, który leżał na boku, skomląc jak ranny ogar kath.
- Wstawaj! - warknęła do stwora, trzymając w dłoniach obie różdżki.
Niwelator próbował wypełnić rozkaz, ale nie był w stanie podnieść się z ziemi, rozciągnięty obok skamieniałych zwłok swojej ostatniej ofiary.
- Yana! - krzyknął ktoś.
To jednak nie Herold, wciąż ścierający się z Jedi na miecze świetlne,
ale Shea Ganandra. Walczyła z Sephianinem, teraz pozbawionym swojej
przeklętej rękawicy, ale wciąż udowadniającym, że i bez niej potrafi być
godnym przeciwnikiem.
Yana powiodła wzrokiem od stworzenia do inżynierki, z każdą chwilą
tracącej przewagę, i z powrotem. Wiedziała, jak bardzo wściekłaby się
Matka, gdyby wrócili bez jej pupila...
- Na litość burz! - syknęła, zostawiając Niwelatora w miejscu, w którym
zaległ, i podbiegając do Shei.
Na jej widok Sephianin otworzył szerzej oczy, ale uchylił się w porę,
nim zdążyła go dosięgnąć zakrzywionym ostrzem różdżki. Chwycił jej
drzewce, obrócił się i złamał ją na pół. Yana rzuciła się naprzód, wciąż
uzbrojona w Różdżkę Pór Roku, podczas gdy Sephianin trzymał szczątki
Różdżki Brzasku. Shea próbowała go schwycić, gdy Yana odzyskiwała
równowagę, ale obcy wymierzył silny kopniak w jej klatkę piersiową.
Niemal natychmiast zwrócił się w stronę Yany i zaatakował ją uszkodzoną
bronią. Dziewczyna zamachnęła się i klinga Różdżki Pór Roku naparła na
ostrą jak brzytwa krawędź drugiego artefaktu. Yana wciąż jednak nie
mogła zdobyć przewagi nad przeciwnikiem, a Sephianin obrócił się i opuścił złamane drzewce na jej głowę...
Przed oczami zamigotały jej gwiazdy i upadła, mocno uderzając o ziemię.
Zanim zdążyła się otrząsnąć, Sephianin stał nad nią z Różdżką Brzasku
wycelowaną w jej serce.
- Ani drgnij - warknął, dysząc ciężko. - Tak będzie dla ciebie lepiej.
Dla nas obojga.
Przez chwilę Yana zastanawiała się, czy posłuchać. Tak łatwo byłoby
zerwać się na równe nogi, zmusić napastnika do pchnięcia zakrzywionym
ostrzem. To by wszystko zakończyło, w ten czy inny sposób. Koniec z gniewem. Koniec z żalem. Słyszała już nawet wołanie Kor:
- Yana! Yano...!
Na burze, jak bardzo Yana chciałaby do niej dołączyć...
Ale wszechświat miał inne plany. Sephianin odwrócił się, gdy za jego
plecami rozległo się warczenie. Niwelator w końcu podźwignął się z ziemi
i ruszył na wroga. Najwyraźniej jego obrażenia nie były tak poważne, jak
wcześniej przypuszczała. Może to żądza zemsty pchała go naprzód, a może
wezwanie Różdżki Pór Roku, która wciąż znajdowała się w rękach Yany. Tak
czy inaczej, humanoidalny obcy nie miał szans, gdy potwór skoczył i wylądował na jego klatce piersiowej, powalając go na ziemię. Różdżka
Brzasku wypadła mu z ręki, odtaczając się na bok, gdy Niwelator
przygniótł mężczyznę do zapylonej podłogi. Ślina kapiąca z pyska
stworzenia zalewała wykrzywioną z wysiłku twarz Sephianina, gdy ten
próbował odepchnąć kłapiące szczęki z dala od siebie.
Przez cały ten czas w uszach Yany rozbrzmiewał głos z zaświatów:
- Yana! Yano...! Yano, słyszysz mnie?
Tyle tylko, że... ten głos nie należał do Kor. To była Marda!
Yana obróciła się w prawo, dostrzegając swój komunikator na ziemi. To z niego dobiegał przerażony głos Mardy.
Sięgnęła po urządzenie, aby odebrać.
- Marda? Mardo, słyszę cię! Potrzebujemy pomocy...
Ale Marda albo nie słyszała, albo nie mogła jej pomóc, a to drugie
wyjaśnienie stawało się coraz bardziej realne, gdy jej błagania nie
ustawały:
- W pobliżu kosmoportu... Oni... oni nas zabiją, Yano...! Matka... ranna...
Potrzebuję cię, kuzynko... Potrzebuję Niwelatora...
Yana podniosła wzrok na Herolda, wciąż atakowanego zaciekle przez Jedi,
który, zgodnie z przysięgą złożoną zakonowi, robił wszystko, by
obezwładnić przeciwnika, zamiast go zabijać. Nigdzie nie widziała
Różdżki Brzasku, zagubionej gdzieś pośród szczątków skarbca. Shea
przyskoczyła do Everenki, próbując podźwignąć ją na nogi, póki Sephianin
siłował się z Niwelatorem, ale sytuacja jeszcze się pogorszyła, gdy do
sali wtargnęła druga Jedi, brązowoskóra kobieta trzymająca się za
brzuch.
- Yano, musimy się stąd wydostać! - jęknęła Shea, potrząsając nią. - Na
zewnątrz są skutery. Możemy wrócić nimi do miasta...
- Ale Herold...
- Już po nim. My wciąż mamy szansę przeżyć.
"Podobnie jak Marda" - pomyślała Yana, podejmując decyzję.
Zerwała się na równe nogi, odszukała zgubioną różdżkę i wraz z Sheą
puściły się biegiem przed siebie, zostawiając Herolda na pastwę losu.
Gdy dotarły do zaparkowanych na zewnątrz skuterów repulsorowych, Yana
wskoczyła na siodełko najbliższego z nich, odpaliła silnik i z rykiem
wystartowała. Zaledwie chwilę później dotarło do niej, że ktoś za nimi
podąża... To jednak nie była Jedi, ale Niwelator, biegnący za nimi co sił
w łapach, zmuszony do podążania za zewem różdżki.
Misja zakończyła się klęską, ale wciąż miała szansę ocalić Mardę... O ile
nie dotrze do niej za późno...
Rozdział czwarty
Stwór był jednym z wargaranów - bestii, z którymi Marda miała
już do czynienia.
Niezwykle rzadkie - i jeszcze bardziej niebezpieczne - drapieżniki
zostały sprowadzone na Jedhę przez pozbawionego skrupułów handlarza,
liczącego na to, że zbije fortunę, wystawiając (a może nawet sprzedając)
bestie podczas Festiwalu Równowagi, międzywyznaniowego wydarzenia
organizowanego przez Zgromadzenie w celu zjednoczenia frakcji
przebywających na Jedzie. Na nieszczęście dla wszystkich, w tym samego
biznesmena, zwierzęta zostały wypuszczone z klatek przez jedną z Maluczkich Mardy, desperacko pragnącą "postąpić właściwie" i zupełnie
nieprzygotowaną na konsekwencje swoich działań. Marda towarzyszyła
Naddie, gdy po raz pierwszy zobaczyły wargarany, piękne, ale i budzące
współczucie w swoich klatkach. Potężne, o smukłych ciałach porośniętych
piórami w płomiennych odcieniach zachodzącego słońca, bardziej
przypominające gady niż ssaki, leżały za kratami swoich klatek,
spoglądając żałośnie na świat, na którym nigdy nie miały zaznać
wolności. Naddie zrobiło się ich żal, zwłaszcza gdy handlarz zaczął o nich opowiadać, chcąc zaciekawić potencjalne klientki:
- Wargarany to łowcy - powiedział, błyskając w uśmiechu swoimi złotymi
zębami. - Drapieżniki. I do tego sprytne. Polują w sforach - złożonych z nie więcej niż trzech osobników - i wyczuwają ofiary poprzez szmery,
które te pozostawiają w Mocy.
Naddie była tak zbulwersowana ich opłakanym położeniem, że gdy Marda nie
patrzyła, wymknęła się i otworzyła klatki, uwalniając zwierzęta.
Odpłaciły się dziewczynce za jej dobroć, atakując ją, gdy tylko wyrwały
się na zewnątrz. Naddie przeżyła wyłącznie dzięki szybkiej reakcji
Mardy, choć pamiątka po tej przygodzie miała jej zostać do końca życia -
w postaci paskudnych blizn. Niestety, inni nie okazali się takimi
szczęśliwcami - wiele osób zginęło, gdy stworzenia wdarły się na główny
rynek Jedhy, mordując każdego, kto nie mógł uciekać wystarczająco
szybko. To nie była wina zwierzaków. Kierowały się jedynie instynktem,
ale ofiar przybyłoby, gdyby Matka nie interweniowała, mobilizując
członków Ścieżki, aby powstrzymać stwory i zagonić je z powrotem do
klatek. Ocaleni okrzyknęli ich bohaterami, a Matka została nawet
zaproszona do wzięcia udziału w zakończonych ostatecznie fiaskiem
rozmowach pokojowych między Eiramem a E'ronoh.
Jednak fakt, iż dwa duże wargarany stały tu teraz, wpatrując się w nich
wygłodniałym wzrokiem, dowodził, że albo wysiłki Ścieżki podejmowane w celu schwytania zwierząt nie okazały się tak skuteczne, jak wcześniej
sądzono, albo wargarany po raz kolejny uciekły podczas zamieszek. Nie
wyglądały już co prawda równie majestatycznie, co wcześniej - tu i ówdzie na ich ciałach można było dostrzec łyse placki po kępkach
wyrwanego pierza, a głębokie rozcięcia na bokach tylko dodawały im
dzikości i grozy. Jedyną rzeczą, która powstrzymywała je przed
skoczeniem na trójkę członków Ścieżki, okazał się miecz świetlny Kevma.
Marda trzymała ostrze przed sobą, wymachując nim w przód i w tył, a stojące przed nią wargarany wpatrywały się w żółtą plazmową klingę jak
zahipnotyzowane. Jednak sądząc po pozycji ich spiętych, gotowych do
ataku ciał, fortel już wkrótce przestanie się sprawdzać.
- Postaw mnie na ziemi - wysapała Elecia, wciąż podtrzymywana przez
Bokanę, który wyglądał, jakby lada chwila miał upaść.
- Nie ma mowy - zaprotestowała Marda, jeszcze mocniej ściskając w dłoniach rękojeść. - Absolutnie nie. Jesteś zbyt mocno osłabiona...
- A ty nie jesteś wojowniczką. Nie jesteś jak twoja kuzynka.
Słowa Matki zabolały, ponieważ Marda wiedziała, że kobieta tylko
stwierdzała fakt. Podobnie jak słowa Yany wypowiedziane na "Elektrycznym
Spojrzeniu", które mimo wszystko okazały się prawdą. Ale Yany tu nie
było. Marda próbowała wywołać ją przez komunikator, ale nie wiedziała,
czy jej wiadomość w ogóle dotarła, a Bokana, choć potężny, ledwo stał na
nogach. Nawet Kevmo ją opuścił - jego cichy głos zniknął, gdy
najbardziej go potrzebowała.
Większy z dwóch wargaranów zrobił krok do przodu, a Marda zablokowała mu
drogę mieczem świetlnym. Jego towarzysz natychmiast skoczył naprzód i Everenka zamachnęła się w drugą stronę. Czubek ostrza drasnął pierzasty
pysk i stwór zawył, odskakując w tył, a wówczas większa bestia podjęła
atak po raz drugi. Marda zaprzestała wymachiwania mieczem - zamiast tego
chlasnęła nim dziko w powietrzu, nie dbając o to, czy ostrze przetnie
pióra i kości. W tej chwili zależało jej tylko na zmuszeniu stworzenia
do odwrotu.
Gdy większy z wargaranów zaatakował, a drugi poszedł w jego ślady,
zaczęła się wycofywać, podobnie jak Bokana. W uszach wciąż dźwięczały
jej drwiące słowa, nagle tak bolesne:
"Nie jesteś wojowniczką".
"Musisz być przygotowana, Mardo".
"Nie jesteś jak twoja kuzynka".
Za jej plecami Ovissianin postawił Elecię na ziemi.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła Marda, a większy z wargaranów zawył,
gdy ostrze Kevma cięło przez jego szpony, raczej przypadkiem niż celowo.
- Muszę... walczyć... - wykrztusił Bokana.
- Musisz ją chronić! - zaprotestowała Everenka.
- Chroni! - syknęła Matka.
I wtedy Marda usłyszała warknięcie. Nie wydobyło się ono jednak z pyska
żadnego z wargaranów przed nią - pochodziło od trzeciego, stojącego na
murze za ich plecami, z obnażonymi kłami i nastroszonymi piórami.
"Polują w sforach - złożonych z nie więcej niż trzech osobników"...
Wargaran rzucił się do ataku, ale Marda nie mogła się obrócić, aby
bronić się przed szponami, które, jak sobie wyobrażała, wkrótce rozedrą
jej plecy - nie, jeśli chciała ochronić swoich towarzyszy przed dwoma
stworami, osaczającymi ich w zaułku.
Miała wrażenie, że czas zwolnił nagle, a jednocześnie wszystko wydarzyło
się w tym samym momencie: jej plecy pozostały nietknięte, a Bokana stał
między nią a skaczącym wargaranem, rozkładając umięśnione ramiona, jakby
chciał wziąć stwora w objęcia. Siła impetu skaczącego na nich zwierzęcia
sprawiła, że Ovissianin zatoczył się i wpadł na Mardę, która straciła
równowagę. Czubek miecza świetlnego Kevma ze skwierczeniem wbił się w ziemię. Mniejszy z dwóch nacierających wargaranów runął na nią w mgnieniu oka, przewracając ją na plecy. Tylko fakt, że wcześniej
pozbawiła go przypadkiem szponów, uchronił jej ramię przed
rozszarpaniem, gdy olbrzymia łapa przygniotła je do ziemi.
Ale kły stwora wciąż przypominały ostre brzytwy. W tej chwili wszystkim,
co widziała, była jedynie szeroka paszcza wargarana, rzucającego się jej
do gardła. Zadziałała instynktownie, unosząc miecz świetlny Kevma, by
się bronić. Kły bestii zacisnęły się na rękojeści, wbijając w metalowy
cylinder, który Kevmo z taką pieczołowitością poskładał samodzielnie tak
dawno temu. Stwór warknął z frustracji, poruszając głową w przód i w tył, a gwałtowny ruch wyrwał broń z uścisku Mardy. Miecz przeleciał
przez alejkę, upadając poza jej zasięgiem - nawet gdyby chciała, nie
zdołałaby go dosięgnąć. Zamiast tego wykorzystała jedyną szansę, jaka
jej pozostała. W końcu nie tylko wargaran miał szpony. Drapieżnik zawył
z bólu, gdy wbiła pazury w jego pysk - z wystarczającą siłą, by odrzucić
wydłużony łeb stworzenia do tyłu. Zyskała przewagę, ale tylko na
boleśnie ulotny moment. Na jej palce pociekła krew, jednak rany były
tylko powierzchowne. Wargaran ponownie kłapnął szczęką - i tym razem nic
nie mogło go powstrzymać. Chwyciła go za gardło, odpychając od siebie ze
wszystkich sił, ale zwierzę okazało się zbyt silne. Ogarnęły ją mdłości,
gdy owionął ją cuchnący oddech bestii - ostatnia rzecz, jaką miała
poczuć przed śmiercią...
A przynajmniej tak jej się wydawało.
Wargaran zawył przeciągle, kiedy przebiło go lśniące ostrze - błękitna
klinga jaśniejsza niż słońce. Martwy, osunął się na bok, a miecz
świetlny wyślizgnął się jednym płynnym ruchem z jego ciała i opadł na
drugą bestię. Przez chwilę Marda myślała, że to Silandra Sho powróciła,
aby po raz drugi ocalić ją przed śmiercią, ale wirujące szaty nie
należały do Jedi, lecz do Matki Otwartej Dłoni. Elecia trzymała w dłoniach miecz świetlny, należący do mistrzyni Kevma, Soikanki, która
zginęła wraz z nim na Dalnie. Musiała go ukrywać pod swoimi szatami, tak
samo jak Marda, nierozstająca się z bronią Kevma po jego śmierci -
kolejny przykład tego, jak wiele je łączyło: Matkę i Mardę, prorokinię i jej Przewodniczkę. Niestety, pomimo swojego heroicznego wyczynu ta
pierwsza ledwie trzymała się na nogach. Tymczasem Bokana wciąż zmagał
się z wargaranem, który zaatakował ich z góry. Stado zostało zredukowane
do dwójki, ale wciąż było silniejsze niż troje członków Ścieżki,
słaniających się ze zmęczenia i rannych.
- Pacyfistyczny porządek, który zabija buntowników na ulicy - szepnął
jej do ucha ten gorzki głos - wbijając im ostrza prosto w serce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki