Star Wars. Wielka republika. Ścieżka zdrady - Tessa Gratton, Justina Ireland

Kup ebooka

40.50 zł
33.94 zł (33,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

PRO­LOG

Radi­caz Dobbs, nazy­wany przez przy­ja­ciół Słon­kiem (a przez wro­gów znacz­nie mniej pochleb­nie), wylą­do­wał swoim zde­ze­lo­wa­nym jach­tem rekre­acyj­nym w doku na Dal­nie, nic nie­zna­czą­cej pla­netce poło­żo­nej w kom­plet­nie nie­istot­nej czę­ści prze­strzeni kosmicz­nej. Sytu­acja na pogra­ni­czu była trudna i Słonko przez lata naoglą­dał się wielu naj­róż­niej­szych prze­ja­wów ubó­stwa i nie­doli, jed­nak ni­gdy nie widział lądo­wi­ska w tak opła­ka­nym sta­nie. Sta­no­wiło w zasa­dzie po pro­stu błot­ni­stą nieckę, a zarządca portu nie zawra­cał sobie nawet głowy poda­wa­niem mu współ­rzęd­nych - zamiast tego, gdy Słonko opusz­czał górne war­stwy atmos­fery, wymam­ro­tał tylko pośród trza­sków i szu­mów nie­sta­bil­nego połą­cze­nia coś, co brzmiało jak "Posadź go gdzie­kol­wiek" - przy czym "gdzie­kol­wiek" ozna­czało dowolne miej­sce na prze­stron­nym tere­nie, który przy­po­mi­nał pobo­jo­wi­sko stra­to­wane wsku­tek migra­cji stada banth. Gdy Słonko spro­wa­dzał tam swój sta­tek, "Szpi­gat", zasta­na­wiał się, jak to moż­liwe, aby kolek­cjo­nerka cen­nych, zwią­za­nych z Mocą arte­fak­tów wybrała na spo­tka­nie tak zapy­ziałe miej­sce jak to. Nie myślał o tym jed­nak zbyt długo. Kre­dyty były kre­dy­tami - nie­ważne, skąd pocho­dziły.

"Szpi­gat" opadł na lądo­wi­sko bez prze­szkód. Dzięki temu, że wyglą­dał nie­po­zor­nie, nie ścią­gnie na sie­bie nie­po­trzeb­nej uwagi - nawet w tej naj­ża­ło­śniej­szej imi­ta­cji kosmo­portu, jaką Słonko kie­dy­kol­wiek oglą­dał. A gdyby zarządcy z jakichś bli­żej nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn przy­szło do głowy doko­nać loso­wej inspek­cji, nie zna­la­złby na pokła­dzie jachtu nic, do czego mógłby się przy­cze­pić. Wnę­trze "Szpi­gatu" nie wyda­wało się ani tro­chę bar­dziej inte­re­su­jące od jego wyglądu zewnętrz­nego: pokład był stary i pokie­re­szo­wany, a w środku uno­sił się zapach, któ­rego Słonko nie mógł się pozbyć - nie­ważne, jak czę­sto i skru­pu­lat­nie jego droid ser­wi­sowy DZ-23 szo­ro­wał ściany. Jed­nak pozory zanie­dba­nia i sędzi­wo­ści skry­wały potężne sil­niki, kilka dobrze zama­sko­wa­nych, chro­nio­nych kodami sej­fów, a także super­no­wo­cze­sną bazę danych oraz impo­nu­jący kom­pu­ter nawi­ga­cyjny. Słonko lubił wyprze­dzać kon­ku­ren­cję o krok - nie­ważne, na czym aku­rat pole­gało jego zada­nie.

Gdy już posa­dził bez­piecz­nie swój sta­tek i ukrył kilka cen­niej­szych, prze­zna­czo­nych dla lep­szych kup­ców arte­fak­tów, zgro­ma­dził pozo­stałe przed­mioty i owi­nął je ostroż­nie, a potem scho­wał do ple­caka. Nie zamie­rzał zabie­rać ze sobą wszyst­kich swo­ich łupów, jedy­nie kilka. Może i sta­wiał dopiero pierw­sze kroki w fachu pasera - nie mówiąc już o tym, że było to tylko jedno z wielu jego źró­deł utrzy­ma­nia - ale szybko się uczył. W tej galak­tyce obcy był obcemu rath­ta­rem - liczyło się tylko, by prze­trwać za wszelką cenę i nie dać się pożreć więk­szym od sie­bie.

Już, już miał opu­ścić pokład, gdy nagle usły­szał, jak ktoś łomo­cze w poszy­cie kadłuba. Wkle­pał odpo­wiedni kod i trap opadł, a gole­nie sta­bi­li­zu­jące na jego końcu ude­rzyły w zie­mię ze zgrzy­tem, od któ­rego Słonko skrzy­wił się kwa­śno. Gdy wyj­rzał na zewnątrz, żeby spraw­dzić, kto dobi­jał się do statku, zoba­czył potęż­nie zbu­do­wa­nego Nauto­la­nina, odzia­nego w oso­bliwe, nie­bie­sko-szare szaty, o czole, ramio­nach i dło­niach wyma­za­nych błę­kitną farbą. Jed­nak nie to oka­zało się naj­dziw­niej­sze w jego wyglą­dzie, a stan wyra­sta­ją­cych z jego czaszki gło­wo­ogo­nów, typo­wych dla przed­sta­wi­cieli tej rasy: ucięto je tak, że pozo­stały po nich tylko mię­si­ste kikuty. To sta­no­wiło bru­talne przy­po­mnie­nie, że pomimo łagod­nego uśmie­chu obcego, galak­tyka i jej miesz­kańcy potra­fili być cza­sem wyjąt­kowo okrutni.

- Ty pew­nie jesteś Słonko - ode­zwał się Nauto­la­nin, roz­kła­da­jąc na boki dło­nie zwró­cone wnę­trzem do góry i kła­nia­jąc mu się nisko. - To dla mnie zaszczyt móc cię poznać. Możesz mnie nazy­wać Herol­dem.

Męż­czy­znę prze­szedł dreszcz nie­po­koju.

- Skąd wiesz, kim jestem?

Nauto­la­nin uśmiech­nął się prze­lot­nie, a gdy się wypro­sto­wał, jego wiel­kie, czarne, wil­gotne oczy zalśniły chy­trze.

- Matka popro­siła, żebym się tu z tobą spo­tkał. Nie lubi Fer­dana i w miarę moż­li­wo­ści stara się uni­kać mia­sta. Prze­by­wa­nie w oto­cze­niu tak wielu istot żywych wpływa cza­sem na jej zdol­ność do obco­wa­nia z Mocą. Gdy­byś był łaskaw pójść za mną...

Słonko nie miał na to naj­mniej­szej ochoty, jed­nak kobieta, z którą wymie­niał wia­do­mo­ści, obie­cała mu sowitą zapłatę w zamian za dostar­cze­nie inte­re­su­ją­cych arte­fak­tów. I tak oto Słonko, winny Kar­te­lowi Hut­tów spore sumy kre­dy­tów, dotknął prze­lot­nie pasa, aby upew­nić się, że jego bla­ster jest tam, gdzie powi­nien, i podą­żył za Herol­dem.

- Nasz kom­pleks znaj­duje się nie­da­leko - poin­for­mo­wał go Nauto­la­nin, kie­ru­jąc się błot­ni­stą drogą w stronę obrzeży nie­wiel­kiej osady.

- Opusz­czamy Fer­dan? - zapy­tał Słonko.

- Tak. Miesz­kamy poza mia­stem.

- Hm, a więc nazy­wa­cie to mia­stem? - mruk­nął pod nosem Słonko, przy­glą­da­jąc się obser­wu­ją­cym ich ukrad­kiem isto­tom. Więk­szość prze­chod­niów nie poświę­cała im spe­cjal­nej uwagi, jed­nak nie­któ­rzy zatrzy­my­wali się i wyko­ny­wali gest, który znał z jaskiń hazar­do­wych - wśród gra­czy w ryke­strę sły­nął on jako chro­niący przed pechem. Popra­wił ple­cak i zer­k­nął na Herolda.

- Ow­szem. Dalna to spo­kojna, nie­zbyt gęsto zalud­niona pla­neta. Wła­śnie dla­tego my, zakon Ścieżki Otwar­tej Dłoni, wybra­li­śmy to miej­sce na nasz dom. Nie­wiele tu rze­czy, które mogłyby nas roz­pra­szać. Mimo to... lepiej, żeby­śmy się zbyt­nio nie ocią­gali. Trwa tu wła­śnie pora desz­czowa i jeśli będziemy prze­by­wali zbyt długo na zewnątrz, ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że prze­mok­niemy...

Słonko pró­bo­wał przy­śpie­szyć kroku, ale w prze­ci­wień­stwie do wyso­kiego, musku­lar­nie zbu­do­wa­nego Nauto­la­nina, był niski i przy­sa­dzi­sty. Gdy na hory­zon­cie zama­ja­czyły pierw­sze zabu­do­wa­nia Ścieżki, mocno się już zady­szał i cho­ciaż Herold kil­ka­krot­nie pro­po­no­wał mu, że ponie­sie ple­cak, Dobbs na­dal ści­skał mocno jego paski. Ten gość miał w sobie coś dziw­nego... a podej­rzane reak­cje miesz­kań­ców Fer­dana wypro­wa­dzały prze­myt­nika z rów­no­wagi.

Gdy męż­czy­zna i jego prze­wod­nik wyszli zza łagod­nego zakrętu błot­ni­stej drogi, ich oczom uka­zała się garstka cze­ka­ją­cych na nich istot, ubra­nych w stroje przy­po­mi­na­jące odzie­nie Herolda. Ten widok uzmy­sło­wił Słonku, że nie są one przy­pad­kowe: barwy musiały mieć zna­cze­nie sym­bo­liczne, bo u nie­któ­rych osób błę­kit prze­wa­żał nad sza­ro­ściami, a starsi człon­ko­wie grupy mieli na sobie wię­cej ozdób - mię­dzy innymi dziwne naszyj­niki z pacior­ków - i obli­cza pocią­gnięte grubą war­stwą nie­bie­skiej farby.

Jedyna przed­sta­wi­cielka rasy ludz­kiej pośród nich, ciem­no­skóra kobieta o twa­rzy oko­lo­nej szopą brą­zo­wych kędzio­rów i jasnych oczach, była odziana w szaty skro­jone zde­cy­do­wa­nie lepiej od tych, które mieli na sobie pozo­stali, i nosiła liczne srebrne ozdoby. Uśmie­chała się do nich życz­li­wie.

- Słonko Dob­b­sie, Moc wita cię pośród nas łaska­wie - oświad­czyła, wyko­nu­jąc skró­coną wer­sję wcze­śniej­szego ukłonu Herolda: roz­ło­żyła sze­roko dło­nie skie­ro­wane wnę­trzem ku niebu, ale nie zgięła się w pasie ani nie zamknęła oczu. Zamiast tego ski­nęła mu lekko głową, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku.

Męż­czy­zna zamru­gał nie­przy­tom­nie, lekko zdez­o­rien­to­wany, tra­cąc cały wcze­śniej­szy rezon.

- Ach, ty z pew­no­ścią jesteś Matką!

- Pro­szę, mów mi Ele­cia. Matka to mój tytuł, nie imię. - Bły­snęła zębami w kolej­nym przy­ja­znym uśmie­chu i Słonko poczuł, jak po jego ciele roz­lewa się bło­gie cie­pło - uczu­cie przy­po­mi­na­jące odro­binę to, które go ogar­niało, gdy ciut za dużo wypił. - Oto część człon­ków naszej star­szy­zny. Poma­gają mi podej­mo­wać trud­niej­sze decy­zje.

- Hm, cóż, tym razem chyba nie powin­naś mieć z tym pro­blemu - stwier­dził Słonko, wyczu­wa­jąc oka­zję do dobi­cia targu. Zdjął z ple­ców swój ple­cak i uśmiech­nął się od ucha do ucha. - Bo każdy arte­fakt, który mam na sprze­daż, to praw­dziwa uczta dla oczu... nie mówiąc już o tym, że wręcz wibrują Mocą na wszel­kie moż­liwe do wyobra­że­nia spo­soby!

Uśmiech Ele­cii stał się jesz­cze szer­szy.

- Och, taką mam szczerą nadzieję! Chodź! Po takiej dłu­giej podróży z pew­no­ścią jesteś wyczer­pany. Przy­go­to­wa­li­śmy w naszej głów­nej sali skromny poczę­stu­nek...

Ruszyli przez kom­pleks. Po dro­dze Słonko z roz­tar­gnie­niem zare­je­stro­wał obec­ność bawią­cych się w tra­wie dzieci. Wszyst­kie co do jed­nego były minia­tu­ro­wymi kopiami doro­słych: odziane w błę­kitno-szare szaty, z twa­rzami przy­ozdo­bio­nymi nie­bie­ską farbą. Starsi chłopcy i dziew­częta zbili się w grupki, pogrą­żeni w roz­mo­wie, a kil­koro młod­szych utwo­rzyło krąg i grało w jakąś skom­pli­ko­waną grę, która naj­wy­raź­niej pole­gała na utrzy­my­wa­niu nie­wiel­kiego woreczka w powie­trzu bez uży­cia rąk. Wszystko spra­wia­łoby wra­że­nie cał­ko­wi­cie nor­mal­nego... gdyby nie dziwne ubra­nia i poma­lo­wane na nie­bie­sko twa­rze.

Jed­nak mimo iż wokół było tyle nowych, obcych rze­czy, Słonko co i rusz łapał się na tym, że spo­gląda ukrad­kiem na Matkę - robił to tak czę­sto, że jedna ze Star­szych, posu­nięta w latach Twi'lekanka o pomarsz­czo­nych lekku, zauwa­żyła to i uśmiech­nęła się do niego.

- Jest piękna, czyż nie? - zagad­nęła.

- Eee... ja... hm, tak. Ow­szem, jest piękna.

- To dla­tego, że ema­nuje bla­skiem Mocy - wyja­śniła Twi'lekanka. - Matka prze­ma­wia jej gło­sem, a w zamian za to Moc obda­rza ją gra­cją i urodą.

Słonko zmarsz­czył czoło.

- Czy ona... jest Jedi? - bąk­nął. Nie­spe­cjal­nie prze­pa­dał za Jedi i ich sztucz­kami z wpły­wa­niem na umysł.

Star­sza Twi'lekanka żach­nęła się i cof­nęła o krok.

- Nie! Mocy ucho­waj! Matka jest... pro­ro­ki­nią! Dosko­nale wie, że Moc powinna pozo­stać wolna - nie można nią wła­dać jak bro­nią.

- No to jeste­śmy - oznaj­miła w tym momen­cie Ele­cia i obej­rzała się przez ramię, uśmie­cha­jąc pro­mien­nie do Słonka. - Sza­cowni Starsi, popro­si­ła­bym, aby­ście do nas dołą­czyli, ale zbliża się pora waszej medy­ta­cji. Jeśli nie macie nic prze­ciwko, Herold prze­każe wam wszyst­kie infor­ma­cje póź­niej.

Jedno po dru­gim, człon­ko­wie star­szy­zny kiwali gło­wami i odłą­czali się od grupy, kie­ru­jąc w stronę wej­ścia do pobli­skiej jaskini. Ele­cia odwró­ciła się tym­cza­sem do swo­jego gościa.

- Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko? Pomy­śla­łam, że przyda nam się nieco pry­wat­no­ści...

- Eee... hm, tak - wymam­ro­tał Słonko, lekko stre­mo­wany. Ta kobieta miała w sobie coś... odu­rza­ją­cego - do tego stop­nia, że trudno było mu zebrać myśli. A może po pro­stu tak dzia­łała na niego ta pla­neta? Powie­trze pach­niało tu świeżo i słodko, a kwiaty wdzięcz­nie skła­niały swoje kie­li­chy w powie­wach lek­kiej bryzy. Ogól­nie rzecz bio­rąc, pano­wała istna sie­lanka i Słonko zła­pał się na tym, że jego myśli dry­fują swo­bod­nie. Miał ochotę tu zostać - już na zawsze, w tym uro­czym miej­scu, z tą cudowną kobietą. Sama myśl o tym, że będzie musiał stąd odle­cieć, łamała mu serce.

Wów­czas jed­nak Matka dotknęła jego dłoni... i dziwne uczu­cie znik­nęło, pry­snęło jak bańka mydlana.

- Panie Dobbs? Czy wszystko w porządku?

- Pro­szę mi mówić Słonko, panno Ele­cio - bąk­nął, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie. - Pro­szę mi wyba­czyć. Przez chwilę nie byłem sobą...

- Cho­roba sło­neczna - stwier­dził ze znaw­stwem Herold, kiwa­jąc dobit­nie głową. - To się cza­sem zda­rza. Bliź­nia­cze słońca Dalny dzia­łają cza­sem dość sil­nie na tych, któ­rzy nie mieli wcze­śniej stycz­no­ści z tak inten­syw­nym świa­tłem.

- Wejdźmy do środka, żeby zająć się nie­cier­pią­cymi zwłoki spra­wami - zapro­po­no­wała Matka. - Jak tylko się cze­goś napi­jesz, na pewno od razu poczu­jesz się lepiej.

Weszli do domu spo­tkań - budynku nie­wy­róż­nia­ją­cego się niczym szcze­gól­nym na tle innych czy­stych i utrzy­ma­nych w dobrym sta­nie zabu­do­wań w kom­plek­sie - może za wyjąt­kiem tego, że był pozba­wiony wszel­kich ozdób. Ściany ude­ko­ro­wano dziw­nymi wzo­rami z kamie­nia, ale nie wid­niało na nich nic innego. Słonko spo­dzie­wał się raczej cze­goś w stylu Świą­tyni Jedi na Coru­scant: iglic, malo­wi­deł i tym podob­nych. Odwie­dził ją raz, za młodu, acz­kol­wiek nie pamię­tał dla­czego ani z kim. Pamię­tał tylko, że czuł się przy­tło­czony i dziw­nie mały.

Jed­nak człon­ko­wie Ścieżki dzia­łali na niego ina­czej: tutaj czuł się dobrze, mile widziany, cał­kiem jakby po bar­dzo dłu­gim okre­sie roz­łąki znów spo­tkał swoją rodzinę.

Z boku stał pusty stół i Herold wska­zał go gestem.

- Możesz tam poło­żyć swoje rze­czy, pod­czas gdy ja pójdę po coś do picia.

Gdy odszedł, Matka zbli­żyła się do niego, żeby przyj­rzeć się po kolei przed­mio­tom, które wyj­mo­wał z ple­caka i kładł na bla­cie. Słonko sta­rał się nic nie mówić i sku­pić się zamiast tego na ukła­da­niu arte­fak­tów, ale w obec­no­ści kobiety czuł się dziw­nie onie­śmie­lony i pode­ner­wo­wany - a gdy się dener­wo­wał, miał ten­den­cję do papla­nia bez ładu i składu.

- No to... jesteś użyt­kow­niczką Mocy? - zagad­nął.

Kobieta zmarsz­czyła czoło i natych­miast zorien­to­wał się, że nie powi­nien był o to pytać.

- Nie, jestem pro­ro­ki­nią - popra­wiła go z naci­skiem. - Nie uży­wam Mocy. Obcuję z nią, aby dzie­lić się jej wolą ze wszyst­kimi, któ­rzy chcą jej słu­chać.

- Och - bąk­nął Słonko. - Herold wspo­mi­nał, że nie lubisz mia­steczka, bo jest tam zbyt wielu ludzi...

Matka pod­nio­sła ze stołu bran­so­letę, przyj­rzała się jej, marsz­cząc brwi, i natych­miast odło­żyła ją z powro­tem.

- Moc to kwin­te­sen­cja życia, a prze­by­wa­nie w jego obec­no­ści w zbyt dużym natę­że­niu bar­dzo czę­sto bywa wyczer­pu­jące. - Urwała i mil­czała przez chwilę, jakby się nad czymś zasta­na­wiała. - Wyobraź sobie zatło­czony pokój, w któ­rym wszy­scy krzy­czą do sie­bie w naj­róż­niej­szych języ­kach. Wła­śnie tak wyglą­dają dla mnie wyprawy do mia­steczka. Hała­śliwe. Cha­otyczne. Nic przy­jem­nego. To wła­śnie dla­tego wolę zosta­wać tu, gdzie mogę obco­wać z Mocą w bar­dziej... cywi­li­zo­wany spo­sób. Jesz­cze lepiej czuję się, gdy prze­by­wam pośród gwiazd, na pokła­dzie naszego statku, "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia", gdzie ota­cza mnie jedy­nie har­mo­nia galak­tyki, sama Moc i jej piękne tchnie­nie.

Słonko zamarł, wpa­tru­jąc się w nią jak urze­czony, gdy tak mówiła. Na widok jej pała­ją­cych nie­ziem­skim wręcz bla­skiem oczu coś w nim drgnęło i nagle wie­dział z nie­za­chwianą pew­no­ścią, że zro­biłby wszystko, byle tylko uszczę­śli­wić tę kobietę. Tylko tyle - i aż tyle. W zamian wystar­czyłby mu jej uśmiech.

Jed­nak wów­czas dostrzegł, że Matka przy­gląda mu się badaw­czo, marsz­cząc czoło.

- Czy wszystko w porządku? Masz bar­dzo dziwną minę...

Nim zdą­żył coś odpo­wie­dzieć, wró­cił Herold z tacą, na któ­rej stały dwie szklanki her­baty. Jedną podał Słonku, drugą Matce, a potem odchrząk­nął.

- To naprawdę impo­nu­jący zestaw arte­fak­tów, ale... nie sądzę, aby zawie­rał to, czego szu­kamy. Skon­tak­to­wa­li­śmy się z tobą, bo jeste­śmy zain­te­re­so­wani przed­mio­tem zna­nym jako Różdżka Wie­ków. Sta­nowi ona część zestawu, zawie­ra­ją­cego rów­nież Różdżkę Pór Roku, którą posiada hyne­stiań­ska rodzina kró­lew­ska, a także Różdżkę Brza­sku, znaj­du­jącą się rze­komo w muzeum na Jedzie.

- Ach, tak, oczy­wi­ście. - Słonko upił pokaźny łyk swo­jej her­baty, a potem ponow­nie przyj­rzał się roz­ło­żo­nym na stole przed­mio­tom. To były głów­nie bibe­loty i świe­ci­dełka - tak naprawdę zwy­kły chłam. W głębi duszy liczył jed­nak na to, że miesz­kańcy tej odlud­nej pla­netki się na tym nie poznają. - Oba­wiam się, że to w dużej mie­rze legendy... Ale mam coś, co mogłoby was zain­te­re­so­wać: bran­so­letę, która ponoć nale­żała do lorda Sithów.

- Nie­stety, to nie to, czego szu­kamy - wes­tchnęła Matka z wyczu­wal­nym roz­cza­ro­wa­niem. - Celem naszej grupy jest wyzwa­la­nie Mocy - na wszel­kie dostępne nam spo­soby, mię­dzy innymi poprzez naby­wa­nie jej arte­fak­tów, tak aby nie były dłu­żej wyko­rzy­sty­wane w nie­wła­ściwy spo­sób. Bar­dzo mi przy­kro, że zmar­no­wa­li­śmy twój cenny czas, zmu­sza­jąc cię do prze­by­cia tak dłu­giej drogi... Zosta­łeś oszu­kany - żaden z tych przed­mio­tów nie rezo­nuje Mocą.

Słonko zmarsz­czył czoło. Czuł, że jego szanse na dobi­cie targu z każdą chwilą dra­stycz­nie maleją.

- Czy jesteś tego pewna? A może przy­naj­mniej kie­lich? Nale­żał do Jedi, który samo­dziel­nie zakoń­czył pla­ne­tarną wojnę domową!

Matka uśmiech­nęła się do niego smutno, jakby był dziec­kiem, upar­cie odma­wia­ją­cym pój­ścia spać mimo póź­nej pory.

- Tak, jestem pewna. Nie martw się, pokry­jemy ponie­sione przez cie­bie koszta paliwa, tak jak się uma­wia­li­śmy.

- Zacze­kaj! Mam jesz­cze jedną rzecz, któ­rej nie widzia­łaś... - Słonko się­gnął po swój ple­cak. Zabrał ze sobą to cacko pod wpły­wem nagłego impulsu, bez spe­cjal­nego powodu - sta­no­wiło naj­dziw­niej­szy przed­miot w jego kolek­cji. - Pocho­dzi z odle­głej pla­nety, leżą­cej po dru­giej stro­nie wiru. Nie­sa­mo­wi­tego, cudow­nego świata, tęt­nią­cego życiem i żyją­cego w zgo­dzie z Mocą. Próżno by go szu­kać na gwiezd­nych mapach...

Matka pod­nio­sła wysoko brwi.

- Mówisz serio?

- Tak - potwier­dził Słonko, się­ga­jąc do ple­caka po arte­fakt. Był dziw­nych roz­mia­rów - ważył mniej wię­cej tyle, co śred­nio spa­siona tooka. Zbyt duży, aby można go było uznać za klej­not, i zbyt osten­ta­cyjny, aby nosić go w cha­rak­te­rze ozdoby. Mało tego: część osób, któ­rym pró­bo­wał go sprze­dać, czuła do niego dziwną odrazę, cał­kiem jakby zamiast ze świe­tli­stą, fio­le­tową kulą mieli do czy­nie­nia z czymś paskud­nym.

Gdy jed­nak wydo­był ją z wnę­trza swo­jego ple­caka, Matka zaczerp­nęła gwał­tow­nie tchu.

- Och! - Wzięła od niego przed­miot, jakby nic nie ważył, a gdy przy­tu­liła go do piersi, na jej twa­rzy zago­ścił wyraz naj­wyż­szego zachwytu. - Wręcz śpiewa Mocą, żywą i abso­lut­nie fan­ta­styczną! Och, jak bar­dzo Moc raduje się per­spek­tywą uwol­nie­nia! Weź­miemy go, Słonko. Ile za niego chcesz?

Słonko zamru­gał... i dotarło do niego, że nie chce stąd odcho­dzić. Jesz­cze nie. Ta kobieta miała w sobie jakieś dobro... szcze­rość i uczci­wość, a cho­ciaż Słonko zawsze pra­gnął być dobry, ni­gdy nie uwa­żał uczci­wo­ści za przy­datną cechę.

- Być może w zamian... pozwo­li­ła­byś mi sobie pomóc...? Mógł­bym wyszu­ki­wać dla was kolejne takie arte­fakty Mocy i poma­gać wam ją... uwal­niać?

Matka zmarsz­czyła czoło i zorien­to­wał się, że tak naprawdę nie popro­sił, póki co, o nic w zamian za dziwny klej­not.

- To zna­czy, ma się rozu­mieć, za drob­nym wyna­gro­dze­niem...

Matka mil­czała przez chwilę, ale wresz­cie, gdy Słonko już, już zaczął się oba­wiać, że zażą­dał zbyt wiele, uśmiech­nęła się - och, uśmiech­nęła się do niego! Tylko do niego - i uświa­do­mił sobie nagle, że wstrzy­mał oddech, prze­ra­żony samą myślą, że może mu odmó­wić.

- Och, Słonko, to dosko­nały pomysł! Fan­ta­stycz­nie będzie móc z tobą współ­pra­co­wać.

Słonko odwza­jem­nił jej uśmiech. Przez ten cały czas szu­kał miej­sca, w któ­rym czułby się potrzebny... i oto, nie­spo­dzie­wa­nie, zna­lazł je - na nic nie­zna­czą­cej pla­netce, poło­żo­nej w kom­plet­nie nie­istot­nej czę­ści prze­strzeni kosmicz­nej.

Rozdział pierwszy

ROZ­DZIAŁ

PIERW­SZY

Kiedy pada­wan Jedi Kevmo Zink został przy­dzie­lony wraz ze swoją mistrzy­nią do tej misji na tere­nie Zewnętrz­nych Rubieży, liczył na mie­siące wypeł­nione cie­ka­wymi odkry­ciami, nie­sa­mo­wi­tymi wido­kami, potycz­kami z prze­myt­ni­kami i zło­dzie­jasz­kami, wizy­tami w obskur­nych spe­lu­nach, spo­tka­niami ze zde­ze­lo­wa­nymi dro­idami, pira­tami i far­me­rami wil­goci, a także, jeśli szczę­ście im dopi­sze, odwie­dzi­nami na Jedzie. Z całą pew­no­ścią nie spo­dzie­wał się chwiej­nego balan­so­wa­nia na pordze­wia­łej gra­wi­de­sce tuż przed nie­wy­obra­żal­nie wielką zgrają traw­nych reki­nów o zło­to­prąż­ko­wa­nych ciel­skach - całe stado liczące jakieś sie­dem­na­ście tysięcy sztuk zwie­rząt pędziło wprost na niego.

A jed­nak... wyda­wało się to rów­nież na swój spo­sób nie­sa­mo­wite.

- Kev! Ruchy! - wrza­snęła jego mistrzyni, Zal­lah Macri, lecąca rów­no­le­gle kawa­łek dalej. Led­wie ją usły­szał poprzez dud­nie­nie dzie­sią­tek tysięcy szpo­nia­stych łap, mkną­cych pośród traw i wzbi­ja­ją­cych w powie­trze jaskra­wo­czer­wony pył.

Kevmo przy­ci­snął piętą tylną część deski i wystrze­lił naprzód, pochy­la­jąc się, aby dosto­so­wać ciało do ruchu, gdy jego śro­dek trans­portu pode­rwał się w górę i zawi­nął. Jego szaty łopo­tały na wie­trze, kiedy akty­wo­wał miecz świetlny i mach­nął nim tuż przed nosami osob­ni­ków w pierw­szym rzę­dzie.

Rekiny zaskrze­czały i odsko­czyły w tył, ude­rza­jąc zakrę­co­nymi kłami pobra­tym­ców za swo­imi ple­cami, zmu­sza­jąc ich do odwró­ce­nia się i zapo­cząt­ko­wu­jąc tym samym efekt domina na potężną skalę, który stop­niowo, ale nie­uchron­nie zmie­niał kie­ru­nek tej maso­wej szarży w stronę Zal­lah, mają­cej już za chwilę prze­jąć ini­cja­tywę. Kevmo wydał z sie­bie trium­falny okrzyk i zama­chał do niej żół­tym mie­czem świetl­nym niczym flagą sygna­łową.

W odpo­wie­dzi jego mistrzyni wzbiła się wyżej na swo­jej gra­wi­de­sce i prze­le­ciała płyn­nie, ele­gancko nad nowo utwo­rzoną fron­tową linią stada.

Robili to już od wielu godzin, zmu­sza­jąc zwie­rzęta do cią­głej zmiany kie­runku wędrówki i prze­ga­nia­jąc je w ten spo­sób - bo zda­wali sobie sprawę z tego, że nie mają szans ich zatrzy­mać. Trawne rekiny doko­ny­wały takiej migra­cji raz na pięć lat - dzie­siątki mniej­szych stad spo­ty­kały się na pół­noc od tego miej­sca, żeby roz­po­cząć podróż na roz­le­głe połu­dniowe tereny, na któ­rych łączyły się w pary. Odkąd miesz­kańcy osady na skraju pre­rii się­gali pamię­cią, zwie­rzaki miały w zwy­czaju prze­miesz­czać się przez kanion leżący od niej nieco na zachód, omi­ja­jąc pla­cówkę han­dlową z jej setką - lub coś koło tego - oby­wa­teli, cze­ka­ją­cych w tej chwili tuż za gra­nią znaj­du­jącą się za ple­cami Kevma. Jed­nak w tym roku coś skło­niło je do odmien­nego zacho­wa­nia, a gdyby Jedi nie inter­we­nio­wali, osada zosta­łaby zrów­nana z zie­mią.

Na szczę­ście kolejny Jedi, Azlin Rell, pod­jął już odpo­wied­nie kroki, aby temu zapo­biec. Przy­da­łoby się jed­nak, by nieco się pośpie­szył...

Kevmo sta­rał się dzie­lić uwagę mię­dzy chłodny, błę­kitny blask mie­cza świetl­nego Zal­lah a trawne rekiny w dole, pod jego gra­wi­de­ską. Sze­ścio­nożne stwo­rze­nia o cia­łach w złote pasy miały potężne szczęki, uzbro­jone w zakrzy­wione kły - zde­cy­do­wa­nie róż­niły się od obrazu, jaki auto­ma­tycz­nie mu się nasu­nął, gdy usły­szał, że przyj­dzie im sta­wić czoła reki­nom. Jedno ze zwie­rząt unio­sło wła­śnie swój wydłu­żony pysk ku niebu i zaskrze­czało, a pozo­stałe natych­miast pod­chwy­ciły zew i odpo­wie­działy tym samym - dźwięk nara­stał, dopóki Kev nie prze­stał sły­szeć wła­snych myśli.

Po pra­wej stro­nie chłopca małe, czer­wone słońce chy­liło się już ku zacho­dowi - jego roz­myta poświata roz­le­wała się po nie­bie, mie­sza­jąc z rdza­wym pyłem, wzbi­ja­nym w powie­trze przez stado. Dwu­krot­nie zmu­sili zwie­rzęta do zbi­cia się w gro­madę, spy­cha­jąc je na pół­noc, nim te na prze­dzie nie skie­ro­wały się ponow­nie na połu­dnie. Kevmo był już zmę­czony. Nie wie­dział nic na temat tego gatunku - ani nawet czy zdo­łają w ogóle dopiąć swego, nim zapad­nie zmierzch. Zmrok nie pomoże im raczej w pró­bach utrzy­ma­nia reki­nów z dala od nie­wła­ści­wego kanionu...

- Jak idzie, Azlin? - rzu­cił do komu­ni­ka­tora. - Nie jestem pewny, jak długo zdo­łamy jesz­cze to prze­cią­gać, a gdy słońce zaj­dzie...

- Do tej pory osada powinna już zostać ewa­ku­owana - dole­ciał z gło­śnika głos Zal­lah, prze­ry­wany szu­mami i trza­skami.

- Już... nie­mal... gotowe - odpo­wie­dział Azlin. - Jesz­cze tylko kilka minut i C-9 zdoła...

Resztę wypo­wie­dzi Azlina zagłu­szył raniący uszy wizg, gdy gra­wi­de­ska Kevma zachy­bo­tała się gwał­tow­nie, a z jej układu wyde­cho­wego buch­nął kłąb tłu­stego, czar­nego dymu.

Kev krzyk­nął i rzu­cił się w bok, posił­ku­jąc się Mocą, aby odcze­pić buty od plat­formy, a następ­nie odbił się od niej z całej siły i pokie­ro­wał ciało z dala od stada.

Ude­rzył w zie­mię z impe­tem, który wyparł mu z płuc całe powie­trze, prze­to­czył się natych­miast na bok, zerwał na równe nogi i popę­dził przed sie­bie, ści­ska­jąc mocno ręko­jeść mie­cza świetl­nego. Za jego ple­cami z każdą sekundą przy­bie­rało na sile dud­nie­nie koń­czyn, pochrzą­ki­wa­nie i piski, więc Kevmo puścił się bie­giem w stronę gła­zów u stóp czer­wo­nej skały. Zal­lah krzy­czała coś przez komu­ni­ka­tor, ale nie mógł roz­róż­nić słów, a nie było czasu, by pro­sić ją, żeby powtó­rzyła. W końcu udało mu się dotrzeć do pierw­szego z kamieni i sko­czył w jego stronę, chwy­ta­jąc się mocno pokry­tej poro­stem skały. Pod­cią­gnął się na górę i przy­kuc­nął.

Stado zawi­nęło tym­cza­sem w bok, omi­ja­jąc głazy i skrę­ca­jąc z dala od grani. Błę­kitny roz­błysk na skraju pola widze­nia Keva poin­for­mo­wał go, że w pobliżu znaj­duje się Zal­lah. Prze­mknęła obok niego na swo­jej gra­wi­de­sce z mie­czem świetl­nym w dłoni, opa­da­jąc w dół i pło­sząc przy­wód­ców stada swoją bro­nią. To była mozolna, żmudna praca, ale się udało: zwie­rzęta ponow­nie zmie­niły kie­ru­nek sza­lo­nej galo­pady.

Serce waliło Kevmowi jak mło­tem, dud­niąc mu w uszach tak gło­śno, że zagłu­szało tętent reki­nów i zda­wało się tłu­mić drga­nia skały pod jego sto­pami. Skrzy­wił się, pró­bu­jąc zni­we­lo­wać głu­che łupa­nie w czaszce. Teraz, gdy prze­stał się ruszać, czuł prze­ni­ka­jący jego bio­dro i żebra pul­su­jący ból, wywo­łany ude­rze­niem o zie­mię. Prze­klęty, prze­rdze­wiały złom! Cóż, przy­naj­mniej wytrzy­mał aż do teraz... Nic mu nie będzie. Ale koniecz­nie musi coś zjeść. Naprawdę porząd­nie już zgłod­niał. Gdy otarł spo­cone czoło dło­nią, spo­strzegł, że jest uma­zana czer­wo­nym pyłem. Hm, tak - jedze­nie i kąpiel.

I nagle, cho­ciaż nie zauwa­żył żad­nej zmiany w oświe­tle­niu, powie­trzu ani samej Mocy, jak rów­nież w dzia­ła­niach Zal­lah, zacho­wa­nie traw­nych reki­nów ule­gło jakiejś nie­wy­tłu­ma­czal­nej zmia­nie. Nie szar­żo­wały już cha­otycz­nie - zamiast tego skie­ro­wały się ku zachod­niemu kanio­nowi, cał­kiem jakby każde zwie­rzę dosko­nale wie­działo, dokąd powinno biec.

Kevmo wstał i ostroż­nie wspiął się na palce. Osła­nia­jąc oczy dło­nią przed bla­skiem zacho­dzą­cego słońca, drugą ręką akty­wo­wał komu­ni­ka­tor.

- Cokol­wiek zro­bi­łeś, Azlin, chyba zadzia­łało.

- Dobrze wie­dzieć - odpo­wie­dział męż­czy­zna, a po chwili Zal­lah wtrą­ciła:

- Zamie­rzam podą­żać za sta­dem jesz­cze przez jakiś czas, aby się upew­nić, że nie wyda­rzy się nic nie­spo­dzie­wa­nego. Azlin, zgar­nął­byś Kevma? Mój uczeń stra­cił swoją wysłu­żoną gra­wi­de­skę...

Kevmo się skrzy­wił.

- Nic mi nie jest!

- Już się robi, Zal­lah - potwier­dził Azlin, igno­ru­jąc jego pro­te­sty, podob­nie jak mistrzyni.

Minęła dobra chwila, nim wszyst­kie sie­dem­na­ście tysięcy traw­nych reki­nów prze­ga­lo­po­wało obok i Kevmo mógł wresz­cie klap­nąć na swój głaz i zacze­kać, oce­nia­jąc - i doce­nia­jąc - przy oka­zji ogrom tego, co udało im się wła­śnie doko­nać.

Kevmo był pada­wa­nem Zal­lah od nie­mal dwóch lat, a cztery ostat­nie mie­siące spę­dzili, wypeł­nia­jąc różne sza­lone misje pod­czas pobytu w nowej pla­cówce Jedi w Por­cie Haileap. Nie­któ­rych się spo­dzie­wał: eskor­to­wali dygni­ta­rzy i dyplo­ma­tów, nad­zo­ro­wali prze­stęp­ców, a także badali sprawę szajki prze­myt­ni­ków, pró­bu­ją­cej zwą­chać się z Hut­tami. Zale­d­wie trzy dni temu ura­to­wali zaś zespół odkryw­ców nad­prze­strzen­nych, któ­rzy roz­bili się w samym środku super­sz­tormu na oce­anicz­nym księ­życu Amloch. Mieli wró­cić do Portu Haileap, nim jed­nak zdo­łali opu­ścić układ, Zal­lah z jakie­goś powodu zawa­hała się i stwier­dziła, że powinni zostać jesz­cze jeden dzień. Nic się tam nie działo, ale opóź­nie­nie odlotu ozna­czało, że byli na miej­scu w sam raz, aby ode­brać nadany za pośred­nic­twem sys­temu łącz­no­ści bli­skiego zasięgu komu­ni­kat Azlina Rella z prośbą o pomoc - i mogli dotrzeć na Tii­kae w samą porę, aby pokie­ro­wać stado z dala od osady, czyli tra­fili dokład­nie tam, gdzie chciała Moc.

Kevmo poło­żył się, wspie­ra­jąc rękami o powierzch­nię skały. Uwiel­biał Moc i kochał tę robotę. Dud­nie­nie odle­głego stada odbi­jało się echem od ścian kanionu i nio­sło daleko po pre­rii, małe słońce opro­mie­niało skraj urwi­ska roz­my­tym, czer­wo­nym bla­skiem, a niebo przy­brało osza­ła­mia­jący odcień fio­letu. Kev był zmę­czony, głodny i brudny... ale czuł się cudow­nie.

Pogra­ni­cze oka­zało się fan­ta­styczne i przy­pusz­czał, że nie miałby nic prze­ciwko pozo­sta­niu tu na zawsze.

Nara­sta­jący, sły­szalny z każdą chwilą coraz lepiej odgłos sil­nika uzmy­sło­wił mu, że zwie­rzęta rze­czy­wi­ście się odda­lały - tętent cichł, a gdy pada­wan odwró­cił się w stronę źró­dła niskiego pomruku, zoba­czył mknący ku niemu prom Azlina. Wstał, roze­śmiany od ucha do ucha, i zama­chał rękami nad głową. Sta­te­czek zwol­nił i zawisł w pobliżu naj­bliż­szego głazu. Jego gole­nie lądow­ni­cze roz­ło­żyły się z gło­śnym szczę­kiem i Kevmo zesko­czył ze skały, a potem pod­biegł do trapu i wspiął się do środka. Gdy zna­lazł się na pokła­dzie, otarł twarz z czer­wo­nego pyłu i zawo­łał:

- Dzięki, Azlin! Już jestem!

Poczuł, jak sta­tek wzbija się w górę, i wycią­gnął rękę, żeby przy­trzy­mać się gro­dzi. To był stan­dar­dowy jed­no­oso­bowy prom, mniej­szy niż ten, który przy­dzie­lono jemu i Zal­lah - i który czę­sto słu­żył im za kwa­terę. Mimo to Kevmo bez­błęd­nie wie­dział, jak dotrzeć do kok­pitu. Po dro­dze nie­mal wpadł na niskiego dro­ida astro­me­cha­nicz­nego o zie­lo­nych ozna­cze­niach, osa­dzo­nego na podwój­nych rol­kach, z dziw­nymi małymi klesz­czami wysta­ją­cymi wprost ze zde­cy­do­wa­nie nie­stan­dar­do­wej kopułki.

- Ty musisz być C-9 - powie­dział pada­wan, kła­nia­jąc mu się lekko.

Droid zapisz­czał w odpo­wie­dzi i obró­cił się płyn­nie w cia­snej prze­strzeni, pro­wa­dząc go do kabiny na dzio­bie sta­teczku.

Słońce wpa­dało przez ilu­mi­na­tor, oble­wa­jąc wnę­trze jaskra­wo­czer­wo­nym bla­skiem.

Gdy Kevmo wszedł do środka, sie­dzący za ste­rami Jedi o śnia­dej skó­rze i krót­kich, ciem­nych wło­sach - który musiał być Azli­nem Rel­lem - obej­rzał się w jego stronę przez ramię.

- Dzięki za pomoc - rzu­cił, a potem sku­pił się ponow­nie na kon­tro­l­kach. Dziób statku pochy­lił się odro­binę w dół, gdy prom przy­śpie­szył. - Zal­lah dała mi znać, że spo­tka się z nami w por­cie, w któ­rym zosta­wi­li­ście swój trans­port.

Kevmo zajął fotel dru­giego pilota, opie­ra­jąc się odru­cho­wej chęci wycią­gnię­cia się w nim wygod­nie. Zal­lah nie pochwa­li­łaby cze­goś takiego, więc wolał nie przy­no­sić jej wstydu w oczach innego Jedi. Zamiast tego uśmiech­nął się do pilota.

- To było naprawdę nie­sa­mo­wite! Wprost trudno uwie­rzyć, że się nam udało! Jak je odcią­gnę­li­ście?

- Usta­li­li­śmy, że pod­czas wyboru drogi kie­rują się polem magne­tycz­nym pla­nety, ono zaś zmie­niło się od momentu ostat­niej maso­wej migra­cji na tyle, że prze­mie­ściły się sta­now­czo zbyt bli­sko osady.

Kevmo usiadł pro­ściej.

- Ale chyba nie zmie­ni­li­ście usta­wie­nia całego pola magne­tycz­nego pla­nety... Tego się nie da zro­bić, prawda?

Azlin zer­k­nął na niego z ukosa, lekko zakło­po­tany.

- Nie. Oczy­wi­ście, że to nie­moż­liwe. C-9 pomógł mi zre­kon­fi­gu­ro­wać boję trans­mi­syjną, żeby je oszu­kać.

Kevmo roze­śmiał się w głos.

- Oszu­kać! - powtó­rzył, a C-9 zapisz­czał z taką dumą, że pada­wan nie musiał znać języka binar­nego, żeby zro­zu­mieć prze­kaz, jed­nak Azlin pokrę­cił tylko głową.

- To po pro­stu nasza praca - mruk­nął pod nosem.

Kevmo stłu­mił mimo­wolne par­sk­nię­cie i zamiast tego się uśmiech­nął.

- Racja - przy­znał. - Ale mimo wszystko to na­dal naprawdę nie­sa­mo­wite.

- Takiej samej sztuczki uży­li­śmy na Alde­ra­anie - dodał Azlin. - Daw­niej w taki sam spo­sób odcią­ga­li­śmy stada noco­lo­tów od naj­wyż­szych budyn­ków, aby je omi­jały.

Kevmo poki­wał głową i pochy­lił się do przodu, żeby lepiej przyj­rzeć się maja­czą­cym w oddali świa­tłom osady, która wynu­rzała się wła­śnie zza grani. Póki co nie miał jesz­cze oka­zji nic zoba­czyć na tej pla­ne­cie - to zna­czy poza sie­dem­na­stoma tysią­cami traw­nych reki­nów i całym mnó­stwem czer­wo­nego pyłu.

- No to... co tu u was naj­le­piej prze­ką­sić? - zapy­tał.

Jakąś godzinę póź­niej Kevmo był już wyszo­ro­wany do czy­sta, czuł się przy­jem­nie roz­grzany i sie­dział w przy­tul­nym bok­sie w zady­mio­nej tawer­nie, roz­świe­tlo­nej migo­czą­cymi lam­pami, pała­szu­jąc jaskra­wo­czer­woną potrawkę przy­pra­wioną maleń­kimi goto­wa­nymi nasio­nami, strze­la­ją­cymi mu zabaw­nie w ustach, gdy je prze­gry­zał. Azlin zamó­wił to samo. W końcu dołą­czyła do nich rów­nież Zal­lah, która przy­le­ciała tu ich pro­mem. Była Soikanką, smu­kłą i ele­gancką, o wyso­kim czole, deli­kat­nych rysach twa­rzy, fio­le­to­wych oczach i sre­brzy­stej skó­rze, spra­wia­ją­cej, że cała jej postać wyda­wała się wykuta z lodu. Krót­kie białe włosy na­dal miała wil­gotne i gładko zacze­sane po prysz­nicu. Gdy usia­dła, jak zwy­kle opa­no­wana i spo­kojna, uśmiech­nęła się lekko do Kevma. Odwza­jem­nił uśmiech, cie­sząc się z tego wyrazu apro­baty.

Począt­kowo, gdy wzięła go na swo­jego pada­wana, zacho­dził w głowę, dla­czego wybrała wła­śnie jego. Był towa­rzy­ski, w gorą­cej wodzie kąpany i nie potra­fił usie­dzieć na miej­scu. Chęt­nie nawią­zy­wał kon­takty - rów­nież fizyczne - i miał wro­dzoną skłon­ność do nie­świa­do­mego flir­to­wa­nia z nie­mal każdą formą życia, jaką spo­ty­kał na swo­jej dro­dze. Zal­lah z kolei stro­niła od kon­taktu fizycz­nego - nie lubiła, gdy ktoś jej doty­kał. Gdy się pil­no­wał, Kevmo wie­dział, jak utrzy­mać dystans, i stop­niowo opa­no­wy­wał sztukę kieł­zna­nia wła­snych zapę­dów coraz lepiej, na­dal jed­nak wiele istot uwa­żało go za nieco zbyt nachal­nego.

Ma się rozu­mieć, Zal­lah ide­al­nie nada­wała się na jego men­torkę, on zaś uczył się od niej, jak współ­dzia­łać z Mocą - i innymi isto­tami - przy uży­ciu deli­kat­nej pre­cy­zji, zamiast przy­tła­czać ich ogro­mem entu­zja­zmu. Jego mistrzyni dosko­nale zda­wała sobie z tego wszyst­kiego sprawę. Kie­dyś, gdy zma­gał się ze swoją ten­den­cją do rzu­ca­nia się bez­po­śred­nio w wir Mocy, oświad­czyła, że ona rów­nież go potrze­buje. Powie­działa, że przy­po­mina jej, iż cza­sami cał­ko­wite pod­da­nie się woli Mocy jest słusz­nym, wła­ści­wym roz­wią­za­niem.

Kevmo naprawdę nie miałby nic prze­ciwko, gdyby już na zawsze mógł pozo­stać jej pada­wa­nem.

Zal­lah usia­dła i gestem dała znać kel­ne­rowi, aby przy­niósł jej por­cję potrawki. Azlin prze­su­nął w jej stronę kubek miej­sco­wej kwa­śnej her­baty i Soikanka podzię­ko­wała mu, upiła łyk, po czym powie­działa:

- Po posiłku odla­tu­jemy, Kevmo.

- Już?

- Jeste­śmy potrzebni na Hyne­stii. Ktoś ukradł tam­tej­szej kró­lo­wej arte­fakt - minęło całe pięć dni, zanim wia­do­mość dotarła tam, gdzie trzeba... - Zal­lah urwała, wyraź­nie znie­sma­czona pozo­sta­wia­ją­cym wiele do życze­nia sta­nem łącz­no­ści na pogra­ni­czu. - Hyne­stia­nie chcą, aby tą sprawą zajęli się Jedi, a my jeste­śmy bli­żej niż Oli­viah i Vil­dar.

- Dla­czego aku­rat Jedi? - zapy­tał Kevmo, gdy prze­żuł i prze­łknął por­cję jedze­nia. Nie wie­dział zbyt wiele o Hyne­stii - poza tym, że była dość roz­wi­niętą pla­netą, mającą lep­szy kon­takt i utrzy­mu­jącą ści­ślej­sze sto­sunki z Jedi i Repu­bliką niż więk­szość świa­tów na tere­nie Zewnętrz­nych Rubieży, które nie miały tak dobrego dostępu do kre­dy­tów i nowo­cze­snych roz­wią­zań tech­no­lo­gicz­nych. - Czy zależy im po pro­stu na wspar­ciu kogoś z zewnątrz?

- Skra­dziony przed­miot jest rze­komo jakimś arte­fak­tem Mocy.

- Och!

Kevmo nie­mal prze­wró­cił swój kubek i Zal­lah upiła łyk her­baty, a potem spoj­rzała na niego bez słowa, uno­sząc brew. Gdy już się tro­chę opa­no­wał, zer­k­nął na Azlina, który pró­bo­wał - z mizer­nym skut­kiem - stłu­mić uśmiech na widok jego entu­zja­zmu.

- Azlin - zagad­nął Kevmo, pochy­la­jąc się w stronę nieco star­szego od niego Jedi. - Powi­nie­neś z nami lecieć!

- Muszę dokoń­czyć kilka rapor­tów i napraw, a potem udać się na Jedhę, żeby zamel­do­wać się w tam­tej­szej pla­cówce - odparł spo­koj­nie męż­czy­zna.

I cho­ciaż Kevmo nie wyobra­żał sobie, że mógłby prze­pu­ścić oka­zję do ści­ga­nia zło­dziei, aby zamiast tego sku­piać się na jakichś rapor­tach, któ­rymi z pew­no­ścią mógłby się zająć pod­czas podróży, to przy­pusz­czał, iż różne osoby mogą mieć do podob­nych kwe­stii odmienny sto­su­nek - nawet Jedi.

- Hm, szkoda - wes­tchnął. - Bar­dzo liczy­łem na to, że opo­wiesz mi nieco wię­cej na temat tego, czy zaj­mo­wa­łeś się tu przez ostat­nie kilka lat...

Azlin wzru­szył ramio­nami.

- Sądzę, że mniej wię­cej tym samym, co wy.

Kevmo przyj­rzał się jego obla­nej czer­wo­na­wym bla­skiem twa­rzy, pró­bu­jąc usta­lić, czy star­szy Jedi sobie z niego pokpiwa, ale nie - Azlin mówił szcze­rze. Pada­wan ski­nął więc głową, uniósł swój kubek w toa­ście i potwier­dził:

- Taak, pew­nie masz rację.

Rozdział drugi

ROZ­DZIAŁ

DRUGI

Marda Ro przy­mknęła oczy, zanu­rzyła trzy dłu­gie szare palce w naczy­niu z błę­kitną pastą z muszli bri­kal, a potem dotknęła czoła i prze­su­nęła po nim deli­kat­nie opusz­kami, roz­sma­ro­wu­jąc na skó­rze barw­nik.

Pach­niał deli­kat­nie kredą, któ­rej uży­wali, aby zwięk­szyć tre­ści­wość mazi­dła z pokru­szo­nych muszli, a także lekką sło­dy­czą spo­iwa. Marda wcią­gnęła ten zapach głę­boko w płuca i uśmiech­nęła się do swo­jego odbi­cia w nieco zaśnie­dzia­łym lustrze. Dopiero nie­dawno osią­gnęła peł­no­let­ność i została uznana za peł­no­prawną człon­ki­nię Ścieżki Otwar­tej Dłoni. W końcu mogła nosić sym­bol Żywej Mocy w jego potrój­nej postaci, odpo­wia­da­ją­cej kolejno wol­no­ści, har­mo­nii i jasno­ści. Falu­jące łagod­nie błę­kitne linie napeł­niały ją poczu­ciem słusz­no­ści tego, co robi.

Stała tak przez chwilę w kom­plet­nym bez­ru­chu, przy­go­to­wu­jąc się na cze­ka­jący ją dzień. Jej cela była mała - mie­ściła się tu jedy­nie jej mata do spa­nia i skromny doby­tek, na który skła­dały się dwie dłu­gie, zgrzebne szaty i bie­li­zna, gruba weł­niana pele­ryna, szpilki do wło­sów, naczy­nie z błę­kitną farbą, pil­ni­czek z krysz­ta­ło­wego pyłu do spi­ło­wy­wa­nia na ostro paznokci i zębów, a także płytka misa z wodą. Pły­wały w niej trzy liście o bar­wie jaskra­wego fio­letu.

Marda dotknęła jed­nego z nich, wpra­wia­jąc wszyst­kie w ruch wirowy, a potem musnęła panel kon­tro­lny i drzwi jej kwa­tery się roz­su­nęły. Za pro­giem stały san­dały. Wzuła je i wyszła w czer­wo­nawy świt. Po tej stro­nie Dalny trwała późna wio­sna i gdy pierw­sze słońce wychy­nęło zza ośnie­żo­nych szczy­tów trzech wul­ka­nów, niebo przy­brało odcień poły­skli­wego fio­letu. Cela Mardy była jedną z wielu, przy­le­ga­ją­cych do sie­bie i two­rzą­cych razem kom­pleks przy­po­mi­na­jący ukła­dem pla­ster miodu, leżący na połu­dnio­wym skraju komuny Ścieżki Otwar­tej Dłoni. Za pro­giem kwa­tery łąka opa­dała łagod­nie ku rzece, poro­śnięta tu i ówdzie smu­kłymi drze­wami o fio­le­to­wo­czer­wo­nych liściach, lśnią­cych w sło­necz­nym bla­sku. Zewsząd dobie­gało cyka­nie świersz­czy i kum­ka­nie traw­nych żab, a rosnące wzdłuż drogi pro­wa­dzą­cej do głów­nego budynku lom­popy zaczy­nały wła­śnie otwie­rać swoje pąki z cichym "Pop!", uwiecz­nio­nym w ich nazwie. Marda miała sporo czasu, więc wybrała dłuż­szą trasę, wio­dącą przez cen­tralny ogród spo­łecz­no­ści, cie­sząc oczy pięk­nem tego świata.

Po dro­dze zebrała kilka opa­dłych płat­ków i liści, a także piękne, różowe pióro mar­kruka - gro­ma­dziła tylko to, co natura ofia­ro­wała im sama, zamiast odbie­rać jej to prze­mocą. Dołą­czyw­szy do Ścieżki jako dzieci, Marda i jej kuzynka od małego na wła­sną rękę zaj­mo­wały się zdo­by­wa­niem żyw­no­ści i przy­dat­nych dóbr, uprawą i hodowlą, korzy­sta­jąc rów­nież z hoj­no­ści ich sąsia­dów z pobli­skiego mia­steczka Fer­dan, któ­rzy dostar­czali im to i owo. Taki styl życia wyro­bił w niej nawyk gro­ma­dze­nia wszyst­kiego, co mogło się przy­dać - lub co po pro­stu było piękne. Od zawsze potra­fiła doce­nić to, co inni uzna­wali za nie­warte uwagi, i odnaj­dy­wać war­tość w dro­bia­zgach trak­to­wa­nych powszech­nie jako nie­przy­datne odpady. Każdy ele­ment świata natu­ral­nego miał swój poten­cjał - nawet jeśli wywo­ły­wał on pobłaż­liwy uśmiech na twa­rzy Sta­rego Waidena, obda­ro­wa­nego czymś tak pro­za­icz­nym jak pióro.

W momen­cie, gdy Marda dotarła do ogrodu, gdzie zgro­ma­dziło się już kilku innych człon­ków Ścieżki, żeby wspól­nie zjeść śnia­da­nie, miała już mały bukiet kwia­tów. Roz­sy­pała zebrane płatki na końcu dłu­giego stołu, a pióro wetknęła w czarne, kędzie­rzawe włosy Sta­rego Waidena. Star­szy podał jej w zamian miskę owsianki i uśmiech­nął się do niej cie­pło. Wzięła ją i przy­sia­dła na ławce, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wom innych ran­nych ptasz­ków na temat ako­li­tów, któ­rzy wyru­szyli na zbie­rac­kie wyprawy przed świ­tem, a także tego, jak radzą sobie naj­nowsi kan­dy­daci oraz o postę­pach w kon­struk­cji naj­now­szego wiel­kiego przed­się­wzię­cia Matki: statku, mają­cego zabrać człon­ków Ścieżki na misję nawró­ce­nia galak­tyki. Budowa "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia" już nie­mal dobie­gła końca i Marda, doja­da­jąc swoją owsiankę, z naj­wyż­szym tru­dem skry­wała pod­eks­cy­to­wa­nie. Nie mogła się docze­kać, aż postawi stopę na pokła­dzie jed­nostki i odleci wraz z Matką i naj­bliż­szymi jej ako­li­tami, Dziećmi, ku gwiaz­dom. Kuzynka Mardy, Yana, rów­nież nale­żała do grona tych szczę­śliw­ców. Wybrana spo­śród reszty człon­ków, nim jesz­cze otrzy­mała zaszczyt nosze­nia wła­snych błę­kit­nych sym­boli wyzwo­lo­nej Mocy, Yana słu­żyła Matce od trzech lat. W tym samym cza­sie Matka powie­rzyła Mar­dzie obo­wią­zek czu­wa­nia nad Malucz­kimi, potom­kami człon­ków Ścieżki, któ­rych trzeba było uczyć pod­staw filo­zo­fii zgro­ma­dze­nia i rol­nic­twa, a także pisa­nia i czy­ta­nia. Teraz zaś, gdy Marda już doro­sła, ona rów­nież chciała dołą­czyć do Dzieci i kuzynki, wyko­rzy­stać swoje zdol­no­ści nauczy­ciel­skie oraz samo zro­zu­mie­nie Ścieżki Otwar­tej Dłoni, aby gło­sić jej słowo na tere­nie Zewnętrz­nych Rubieży. Aby dzia­łać w imie­niu Mocy.

To wła­śnie było jej powo­ła­nie. Miała tę pew­ność, czuła to głę­boko w kościach.

- Miło będzie ponow­nie zoba­czyć Ferize i jej part­ne­rów - zauwa­żył Efrik, jeden ze star­szych męż­czyzn z zewnętrz­nego kręgu ako­li­tów. - Nikt nie jest rów­nie dobry w znaj­do­wa­niu sar­ro­otów, co Er Dal.

- Sądzę, że dziś się wyklują - wtrą­ciła Marda i Efrik uśmiech­nął się, a wszyst­kim przy stole udzie­liła się atmos­fera pod­nie­ce­nia. Ferize i jej part­ne­rzy byli odizo­lo­wani w celi lęgo­wej od nie­mal sze­ściu tygo­dni.

- To cudowne! - stwier­dził Efrik. - Co za wspa­niały dzień na tak donio­słe wyda­rze­nie! Dziś w Fer­da­nie przy­pada dzień wolny, a Herold i Rada Star­szych zasu­ge­ro­wali, aby­śmy zapro­sili tych nowo przy­by­łych ze statku uchodź­czego z Eirama, któ­rzy wylą­do­wali tu dwa dni temu w poszu­ki­wa­niu schro­nie­nia.

- To będzie dobry dzień na powi­ta­nie nowego rodzeń­stwa - dodało Jezra'lin, kala­ma­riań­skie dziecko, mru­ga­jąc swo­imi wiel­kimi, wyłu­pia­stymi oczami.

- Po tej zimie potrzeba nam nowych ludzi - mruk­nął kwa­śno Mykge. Marda zer­k­nęła prze­lot­nie na jego bladą, zie­mi­stą skórę, opi­na­jącą kości­ste ciało, i szybko opu­ściła wzrok, żeby nie dostrzegł w jej spoj­rze­niu dez­apro­baty. Ta zima była bar­dzo trudna dla wszyst­kich człon­ków Ścieżki - z powodu paskud­nych, prze­dłu­ża­ją­cych się mro­zów, poprze­dzo­nych sta­now­czo zbyt wil­got­nym latem. Gło­do­wali i mar­zli przez wiele mie­sięcy, jed­nak tak wła­śnie wyglą­dało cza­sem życie w har­mo­nii z Mocą. Na tym pole­gała wol­ność Otwar­tej Dłoni. A Matka potra­fiła zadbać o nich lepiej, niż dbali sami o sie­bie, zanim się poja­wiła.

- Uchodźcy nie wniosą do naszej spo­łecz­no­ści zbyt dużego wkładu - zwró­cił się do Myk­gego Efrik i Marda wzięła głę­boki oddech, żeby się uspo­koić. Jeśli chciała zasłu­żyć na szansę bez­po­śred­niej współ­pracy z Matką, musiała być przy­go­to­wana do obrony Ścieżki na każdy spo­sób - nawet przed jej wła­snymi człon­kami, jeśli zaj­dzie taka potrzeba.

- Cokol­wiek będą mieli, wystar­czy, jeśli zechcą się tym z nami podzie­lić.

Po jej sło­wach zapa­dła pełna napię­cia cisza. Efrik skrzy­wił się, ale w końcu ski­nął głową, a Jezra'lin pochy­liło się w jej stronę.

- Czy mogło­bym pójść, żeby spraw­dzić postępy w wyklu­wa­niu? - spy­tało.

- Jasne - potwier­dziła Marda, wyskro­bu­jąc z miski resztki owsianki.

Chwilę póź­niej ktoś zapro­po­no­wał, aby zebrali nieco kulop­ną­czy z drzew nad rzeką, aby ozdo­bić nimi ogród na cześć nowego lęgu i uchodź­ców, więc pod­czas gdy wszy­scy sku­pili się na kwe­stiach zwią­za­nych z deko­ra­cją i zaczęli się zasta­na­wiać, czy mają dość miodu, aby przy­go­to­wać nit­ko­cu­kierki, Marda umyła swoją miseczkę i odsta­wiła ją na miej­sce, uca­ło­wała Sta­rego Waidena, który dbał o wspólną kuch­nię, i gestem dała znak Jezra'lin, aby poszło za nią, jeśli na­dal ma ochotę jej towa­rzy­szyć.

Wspól­nie weszli mię­dzy budynki kom­pleksu, prze­cho­dząc pod sze­ścioma strze­li­stymi cypry­sami ku wej­ściu do czę­ści pod­ziem­nej, miesz­czą­cej maga­zyny Ścieżki, wspólne zimowe kwa­tery i cele lęgowe. Jezra'lin przez całą drogę paplało o niczym, co zda­niem Mardy było na swój spo­sób uro­cze. Kala­ma­riano, niczym mała, roz­sz­cze­bio­tana pta­szyna, pod­ska­ki­wało co chwila, żeby dotrzy­mać kroku Mar­dzie. Ruchy miało roz­czu­la­jąco nie­zborne, ale jed­no­cze­śnie świad­czyło to o tym, jak bar­dzo pełne jest życia.

Pod­ziemny kom­pleks mie­ścił się w sieci natu­ral­nych jaskiń u stóp pra­sta­rego łań­cu­cha gór­skiego. Z góry zabu­do­wa­nia Ścieżki Otwar­tej Dłoni jawiły się jako grupa kil­ku­na­stu nie­wiel­kich budyn­ków, plus pięć zbi­tek oso­bi­stych cel, wznie­sio­nych z cegieł z ciem­no­ró­żo­wego, pozy­ski­wa­nego lokal­nie gra­nitu. W dwóch obiek­tach znaj­do­wały się jed­nak natu­ralne zapa­dli­ska, prze­kształ­cone w bez­pieczne zej­ścia, pro­wa­dzące do jaskiń. Pierwsi osad­nicy, któ­rzy utwo­rzyli Ścieżkę ponad sto lat temu, odkryli je, uzna­jąc za dar od Mocy - cie­płe, gotowe, aby się do nich wpro­wa­dzić domy. W ciągu kolej­nych lat obu­do­wali zapa­dli­ska, wzno­sząc wokół nich ściany, i wydrą­żyli w skale nie­wiel­kie tunele, dopro­wa­dza­jące do środka świa­tło i powie­trze, a także bar­dzo skromny sys­tem rur, czy­niąc wnę­trza bar­dziej przy­ja­znymi do życia.

Marda wpi­sała kod dostępu i zeszli razem z Jezra'lin na dół. Było tu cie­pło i wil­gotno, a w miarę jak zagłę­biali się coraz dalej, zapa­lały się kolejne świa­tła.

Nie­mal natych­miast do ich uszu dobiegł szum dola­tu­jący z celi lęgo­wej i Marda uśmiech­nęła się do Jezra'lin - to wła­śnie on sygna­li­zo­wał, że do wyklu­cia doj­dzie już wkrótce. Kiedy dotarli do drzwi, Marda deli­kat­nie zaskro­bała w nie swo­imi ostrymi paznok­ciami.

Ze środka dobie­gło zapro­sze­nie i kobieta ski­nie­niem głowy dała znać Jezra'lin, aby otwo­rzyło drzwi. Gdy te roz­su­nęły się odro­binę, wśli­zgnęli się szybko do środka i zamknęli je pośpiesz­nie za sobą, aby zacho­wać wewnątrz cie­pło i wil­goć - bo wła­śnie takie warunki pre­fe­ro­wali Kes­sa­ri­no­wie w okre­sie inku­ba­cji.

Jezra'lin wzięło Mardę za rękę i wspól­nie zacze­kali, aż ich oczy przy­wykną do łagod­nej, sre­brzy­sto­ró­żo­wej poświaty. Cela lęgowa była zbu­do­wana z takiego samego ciem­no­ró­żo­wego kamie­nia, co reszta kom­pleksu jaskiń, jed­nak jej kopu­la­ste skle­pie­nie prze­ci­nały prążki sło­necz­nego opalu, lśnią­cego i migo­czą­cego pośród warstw skały. Bez­po­śred­nio nad ich gło­wami poły­ski­wały osa­dzone w niej nie­wiel­kie kawałki tego samego mine­rału - gro­ma­dziły świa­tło wscho­dzą­cego słońca, które spły­wało roz­iskrzo­nymi żyłami w dół, napeł­nia­jąc pomiesz­cze­nie cie­płym bla­skiem. Pode­szli bli­żej przy akom­pa­nia­men­cie cichego chrzę­stu drob­nego żwirku pod ich san­da­łami.

W cen­tral­nej czę­ści komory spo­czy­wało pięć ide­al­nie okrą­głych jaj, mie­nią­cych się żół­tawo, niczym perły. Obok kucała Ferize, trzy­ma­jąc dłoń na jed­nym z nich i ota­cza­jąc je ogo­nem, podob­nie jak jej dwóch part­ne­rów - drob­niej­szej postury, ale za to posia­da­ją­cych po kilka ogo­nów. Jeden z nich pochra­py­wał cicho z głową ukrytą mię­dzy dwoma jajami, a drugi poma­chał Mar­dzie płe­twia­stą ręką.

W odpo­wie­dzi wycią­gnęła przed sie­bie dło­nie zwró­cone wnę­trzem do góry i ski­nęła głową, a potem dała Jezra'lin kuk­sańca, aby powtó­rzyło gest, i wspól­nie uklę­kli obok Ferize.

- Czy to już dziś? - zagad­nęła cicho Marda.

- Sądzę, że to nastąpi w ciągu jakiejś godziny - odparła Kes­sa­rinka.

Marda się­gnęła do naj­bliż­szego jaja i przy­tknęła do niego trzy palce, uwa­ża­jąc, żeby nie uszko­dzić jego powierzchni ostrymi jak szpony paznok­ciami. Sko­rupka wyda­wała się cie­pła i twarda. Gdy jaja zostały znie­sione, począt­kowo były mięk­kie, nie­mal gala­re­to­wate. Marda powio­dła po nim pal­cami, zna­cząc na jego powierzchni trzy fali­ste linie, i wymam­ro­tała pod nosem:

- Moc będzie wolna...

Mię­si­ste wypustki wyra­sta­jące z policz­ków Ferize opa­dły, co było u przed­sta­wi­cieli jej gatunku odpo­wied­ni­kiem uśmie­chu, więc Marda powtó­rzyła gest, doty­ka­jąc kolejno każ­dego z czte­rech pozo­sta­łych jaj, pod­czas gdy dumna przy­szła mama led­wie mogła usie­dzieć na miej­scu z pod­eks­cy­to­wa­nia. Kiedy Marda ode­rwała dłoń od ostat­niego, to zako­ły­sało się lekko pod jej pal­cami i obaj part­ne­rzy Ferize wypro­sto­wali się gwał­tow­nie. Przy­su­nęli się nieco bli­żej, wymie­nia­jąc pośpiesz­nie zda­nia w swoim ojczy­stym języku, a potem ten, który poma­chał wcze­śniej Mar­dzie na powi­ta­nie, powie­dział:

- Już czas.

Cała trójka Kes­sa­ri­nów zaczęła nucić do wtóru cichego pomruku jaj, co jakiś czas zmie­nia­jąc tona­cję. Marda splo­tła dło­nie i popro­siła Jezra'lin:

- Szybko. Leć i poin­for­muj Star­szych.

Kala­ma­riano zerwało się na równe nogi i w te pędy wybie­gło z celi.

Marda obser­wo­wała, jak w roz­my­tym, sre­brzy­sto­ró­żo­wym bla­sku pierw­sze jajo zaczyna pękać. Jego rodzice nucili bez prze­rwy i pogru­chi­wali zachę­ca­jąco, a nim pierw­sze dziecko przy­szło na świat, zaczęła pękać sko­rupka dru­giego jaja. Marda zgar­nęła i scho­wała odłamki w kącie jaskini, żeby zabrać je póź­niej. W całym ciele czuła rado­sne mro­wie­nie, wywo­łane cudem naro­dzin, cał­kiem jakby wyczu­wała, że Moc rośnie w siłę wraz z poja­wie­niem się na świe­cie każ­dego nowego życia.

Pot ście­kał jej stru­mycz­kiem po krę­go­słu­pie, gdy brała jedno z nowo naro­dzo­nych dzieci w obję­cia, trzy­ma­jąc jego małe, sku­lone ciałko obu­rącz, pod­czas gdy Ferize ocie­rała płyny z jego cia­sno stu­lo­nych wypu­stek, a potem sku­piła się na kolej­nym jaju, pozo­sta­wia­jąc młode pod opieką Mardy. Było takie lek­kie... i oddy­chało tak szybko, kwi­ląc przy tym cichutko, nie­spo­koj­nie. Marda uca­ło­wała jego lep­kie czółko i roze­śmiała się, odu­rzona eufo­rią. Jego maleń­kie jajowe zęby wysta­wały z pyszczka niczym kły - wie­działa, że wkrótce wypadną, i zasta­na­wiała się, czy powinna się przy­go­to­wać do ich zła­pa­nia. Czy przy­da­łyby się do cze­goś? Uśmiech­nęła się - dość sze­roko, żeby obna­żyć wła­sne ostre zęby, mimo iż oczy ose­ska na­dal były led­wie roz­warte, pokryte maziami lęgo­wymi. Och! Powinna je wytrzeć...

Wów­czas jed­nak Ferize podała jej kolejne młode i Marda przy­tu­liła oba do piersi, pod­czas gdy rodzice sku­pili się na pozo­sta­łych jajach. Usia­dła ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na pod­ło­dze obok basenu i wlała do niego nieco chłod­nej wody, a potem uło­żyła sobie maleń­stwa na kola­nach i ostroż­nie je obmyła.

W momen­cie, w któ­rym wszyst­kie pię­cioro dzieci przy­szło na świat, oczy pierw­szego były już sze­roko otwarte, a ono samo rado­śnie żuło koń­cówkę cien­kiego, czar­nego war­ko­cza Mardy. Wypadł mu już jeden kieł jajowy, ale drugi trzy­mał się mocno na swoim miej­scu.

- Mardo? - dobiegł ją zna­jomy, rado­sny głos jej kuzynki Yany. Star­sza dziew­czyna przy­kuc­nęła obok niej, odziana w swoją ofi­cjalną, zie­lono-złotą tunikę Dziecka, w wyso­kich butach i z bla­ste­rem przy­pa­sa­nym pod pachą. Na jego widok Marda zmarsz­czyła czoło.

Wów­czas dotarło do niej, że w celi lęgo­wej znaj­dują się rów­nież inni człon­ko­wie Ścieżki - było ich co naj­mniej trzy­dzie­stu, tło­czą­cych się pod poprze­ci­na­nymi opa­li­zu­ją­cymi pasmami ścia­nami, uśmie­cha­ją­cych się i ofe­ru­ją­cych wszel­kie formy pomocy nowo powięk­szo­nej rodzi­nie. Ferize i jej part­ne­rzy sie­dzieli, wsparci o sie­bie ramio­nami, z ogo­nami sple­cio­nymi w czu­łym geście.

- Och, widzę, że wszy­scy już są - zauwa­żyła Marda. Podała jedno z maleństw Yanie, która skrzy­wiła się, ale posłusz­nie wzięła je w ramiona. Marda wstała tym­cza­sem, trzy­ma­jąc w obję­ciach dru­gie, i postu­kała pal­cem w szare czoło kuzynki. - Gdzie twoje sym­bole?

- Śpie­szy­łam się - wyja­śniła Yana, kła­piąc żar­to­bli­wie zębami do dziecka, które trzy­mała przed sobą obu­rącz w wycią­gnię­tych ramio­nach.

- To się robi tak - poin­stru­owała ją Marda, poka­zu­jąc jej, jak popraw­nie zła­pać młode, jed­nak Yana zamiast tego roze­śmiała się tylko i prze­ka­zała je Jezra'lin, które pod­ska­ki­wało obok niej na pal­cach.

- Nie muszę ich trzy­mać. Innych chęt­nych tu pod dostat­kiem. A ty chodź ze mną, kuzynko - cie­bie też trzeba umyć.

Marda nie­chęt­nie oddała dru­gie dziecko Ferize, która pocią­gnęła ją z czu­ło­ścią za war­kocz, i pozwo­liła, aby Yana wypro­wa­dziła ją z celi lęgo­wej.

Gdy zna­la­zły się na świe­żym powie­trzu, Marda wes­tchnęła z bło­go­ścią.

- Dokąd idziemy? - zapy­tała, na co Yana par­sk­nęła, wska­zu­jąc pod­bród­kiem w stronę rzeki, i już za chwilę bie­gły ku niej co tchu. Yana, star­sza i sil­niej­sza od kuzynki, miała też porząd­niej­sze buty, ale Marda była szyb­sza. Mimo to prze­grała wyścig i dotarła do rzeki póź­niej niż Yana. Na domiar złego dziew­czyna zasko­czyła ją, pod­ci­na­jąc jej nogi, pod­ry­wa­jąc znie­nacka w powie­trze i wrzu­ca­jąc wprost do wody.

Marda z plu­skiem i krzy­kiem wpa­dła w mętną toń, ale nie wal­czyła - pozwo­liła, aby nurt pocią­gnął ją na muli­ste dno, a gdy opa­dała ku niemu, odprę­żyła się, pod­da­jąc mu się i napa­wa­jąc uczu­ciem swo­body, gdy obmy­wał ją i roz­plą­ty­wał jej włosy. Rzeka napie­rała na nią ze wszyst­kich stron, a gdy w końcu wynu­rzyła się, żeby zła­pać oddech, na­dal czuła na skó­rze i wło­sach ten miło­sny dotyk, który spra­wiał jej nie­opi­saną radość i roz­kosz. Wyda­wała się kwin­te­sen­cją życia, samą Mocą, ucie­le­śnie­niem wol­no­ści Ścieżki. Do ich sze­re­gów dołą­czyło pięć nowych dusz, a już wkrótce przyjmą kolej­nych uchodź­ców - była tego pewna.

Gdy już wyszo­ro­wała się do czy­sta, wyżęła włosy i tunikę, a potem wło­żyła z powro­tem ubra­nie, wyszła z wody i dołą­czyła do cze­ka­ją­cej na brzegu Yany. Kuzynka opie­rała się o drzewo, w roz­tar­gnie­niu sku­biąc zwitki kory łusz­czą­cej się z pnia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki