Prolog
PROLOG
Radicaz Dobbs, nazywany przez przyjaciół Słonkiem (a przez wrogów znacznie mniej pochlebnie), wylądował swoim zdezelowanym jachtem rekreacyjnym w doku na Dalnie, nic nieznaczącej planetce położonej w kompletnie nieistotnej części przestrzeni kosmicznej. Sytuacja na pograniczu była trudna i Słonko przez lata naoglądał się wielu najróżniejszych przejawów ubóstwa i niedoli, jednak nigdy nie widział lądowiska w tak opłakanym stanie. Stanowiło w zasadzie po prostu błotnistą nieckę, a zarządca portu nie zawracał sobie nawet głowy podawaniem mu współrzędnych - zamiast tego, gdy Słonko opuszczał górne warstwy atmosfery, wymamrotał tylko pośród trzasków i szumów niestabilnego połączenia coś, co brzmiało jak "Posadź go gdziekolwiek" - przy czym "gdziekolwiek" oznaczało dowolne miejsce na przestronnym terenie, który przypominał pobojowisko stratowane wskutek migracji stada banth. Gdy Słonko sprowadzał tam swój statek, "Szpigat", zastanawiał się, jak to możliwe, aby kolekcjonerka cennych, związanych z Mocą artefaktów wybrała na spotkanie tak zapyziałe miejsce jak to. Nie myślał o tym jednak zbyt długo. Kredyty były kredytami - nieważne, skąd pochodziły.
"Szpigat" opadł na lądowisko bez przeszkód. Dzięki temu, że wyglądał
niepozornie, nie ściągnie na siebie niepotrzebnej uwagi - nawet w tej
najżałośniejszej imitacji kosmoportu, jaką Słonko kiedykolwiek oglądał.
A gdyby zarządcy z jakichś bliżej niewyjaśnionych przyczyn przyszło do
głowy dokonać losowej inspekcji, nie znalazłby na pokładzie jachtu nic,
do czego mógłby się przyczepić. Wnętrze "Szpigatu" nie wydawało się ani
trochę bardziej interesujące od jego wyglądu zewnętrznego: pokład był
stary i pokiereszowany, a w środku unosił się zapach, którego Słonko nie
mógł się pozbyć - nieważne, jak często i skrupulatnie jego droid
serwisowy DZ-23 szorował ściany. Jednak pozory zaniedbania i sędziwości
skrywały potężne silniki, kilka dobrze zamaskowanych, chronionych kodami
sejfów, a także supernowoczesną bazę danych oraz imponujący komputer
nawigacyjny. Słonko lubił wyprzedzać konkurencję o krok - nieważne, na
czym akurat polegało jego zadanie.
Gdy już posadził bezpiecznie swój statek i ukrył kilka cenniejszych,
przeznaczonych dla lepszych kupców artefaktów, zgromadził pozostałe
przedmioty i owinął je ostrożnie, a potem schował do plecaka. Nie
zamierzał zabierać ze sobą wszystkich swoich łupów, jedynie kilka. Może
i stawiał dopiero pierwsze kroki w fachu pasera - nie mówiąc już o tym,
że było to tylko jedno z wielu jego źródeł utrzymania - ale szybko się
uczył. W tej galaktyce obcy był obcemu rathtarem - liczyło się tylko, by
przetrwać za wszelką cenę i nie dać się pożreć większym od siebie.
Już, już miał opuścić pokład, gdy nagle usłyszał, jak ktoś łomocze w poszycie kadłuba. Wklepał odpowiedni kod i trap opadł, a golenie
stabilizujące na jego końcu uderzyły w ziemię ze zgrzytem, od którego
Słonko skrzywił się kwaśno. Gdy wyjrzał na zewnątrz, żeby sprawdzić, kto
dobijał się do statku, zobaczył potężnie zbudowanego Nautolanina,
odzianego w osobliwe, niebiesko-szare szaty, o czole, ramionach i dłoniach wymazanych błękitną farbą. Jednak nie to okazało się
najdziwniejsze w jego wyglądzie, a stan wyrastających z jego czaszki
głowoogonów, typowych dla przedstawicieli tej rasy: ucięto je tak, że
pozostały po nich tylko mięsiste kikuty. To stanowiło brutalne
przypomnienie, że pomimo łagodnego uśmiechu obcego, galaktyka i jej
mieszkańcy potrafili być czasem wyjątkowo okrutni.
- Ty pewnie jesteś Słonko - odezwał się Nautolanin, rozkładając na boki
dłonie zwrócone wnętrzem do góry i kłaniając mu się nisko. - To dla mnie
zaszczyt móc cię poznać. Możesz mnie nazywać Heroldem.
Mężczyznę przeszedł dreszcz niepokoju.
- Skąd wiesz, kim jestem?
Nautolanin uśmiechnął się przelotnie, a gdy się wyprostował, jego
wielkie, czarne, wilgotne oczy zalśniły chytrze.
- Matka poprosiła, żebym się tu z tobą spotkał. Nie lubi Ferdana i w miarę możliwości stara się unikać miasta. Przebywanie w otoczeniu tak
wielu istot żywych wpływa czasem na jej zdolność do obcowania z Mocą.
Gdybyś był łaskaw pójść za mną...
Słonko nie miał na to najmniejszej ochoty, jednak kobieta, z którą
wymieniał wiadomości, obiecała mu sowitą zapłatę w zamian za
dostarczenie interesujących artefaktów. I tak oto Słonko, winny
Kartelowi Huttów spore sumy kredytów, dotknął przelotnie pasa, aby
upewnić się, że jego blaster jest tam, gdzie powinien, i podążył za
Heroldem.
- Nasz kompleks znajduje się niedaleko - poinformował go Nautolanin,
kierując się błotnistą drogą w stronę obrzeży niewielkiej osady.
- Opuszczamy Ferdan? - zapytał Słonko.
- Tak. Mieszkamy poza miastem.
- Hm, a więc nazywacie to miastem? - mruknął pod nosem Słonko,
przyglądając się obserwującym ich ukradkiem istotom. Większość
przechodniów nie poświęcała im specjalnej uwagi, jednak niektórzy
zatrzymywali się i wykonywali gest, który znał z jaskiń hazardowych -
wśród graczy w rykestrę słynął on jako chroniący przed pechem. Poprawił
plecak i zerknął na Herolda.
- Owszem. Dalna to spokojna, niezbyt gęsto zaludniona planeta. Właśnie
dlatego my, zakon Ścieżki Otwartej Dłoni, wybraliśmy to miejsce na nasz
dom. Niewiele tu rzeczy, które mogłyby nas rozpraszać. Mimo to... lepiej,
żebyśmy się zbytnio nie ociągali. Trwa tu właśnie pora deszczowa i jeśli
będziemy przebywali zbyt długo na zewnątrz, istnieje duże
prawdopodobieństwo, że przemokniemy...
Słonko próbował przyśpieszyć kroku, ale w przeciwieństwie do wysokiego,
muskularnie zbudowanego Nautolanina, był niski i przysadzisty. Gdy na
horyzoncie zamajaczyły pierwsze zabudowania Ścieżki, mocno się już
zadyszał i chociaż Herold kilkakrotnie proponował mu, że poniesie
plecak, Dobbs nadal ściskał mocno jego paski. Ten gość miał w sobie coś
dziwnego... a podejrzane reakcje mieszkańców Ferdana wyprowadzały
przemytnika z równowagi.
Gdy mężczyzna i jego przewodnik wyszli zza łagodnego zakrętu błotnistej
drogi, ich oczom ukazała się garstka czekających na nich istot, ubranych
w stroje przypominające odzienie Herolda. Ten widok uzmysłowił Słonku,
że nie są one przypadkowe: barwy musiały mieć znaczenie symboliczne, bo
u niektórych osób błękit przeważał nad szarościami, a starsi członkowie
grupy mieli na sobie więcej ozdób - między innymi dziwne naszyjniki z paciorków - i oblicza pociągnięte grubą warstwą niebieskiej farby.
Jedyna przedstawicielka rasy ludzkiej pośród nich, ciemnoskóra kobieta o twarzy okolonej szopą brązowych kędziorów i jasnych oczach, była odziana
w szaty skrojone zdecydowanie lepiej od tych, które mieli na sobie
pozostali, i nosiła liczne srebrne ozdoby. Uśmiechała się do nich
życzliwie.
- Słonko Dobbsie, Moc wita cię pośród nas łaskawie - oświadczyła,
wykonując skróconą wersję wcześniejszego ukłonu Herolda: rozłożyła
szeroko dłonie skierowane wnętrzem ku niebu, ale nie zgięła się w pasie
ani nie zamknęła oczu. Zamiast tego skinęła mu lekko głową, nie
spuszczając z niego wzroku.
Mężczyzna zamrugał nieprzytomnie, lekko zdezorientowany, tracąc cały
wcześniejszy rezon.
- Ach, ty z pewnością jesteś Matką!
- Proszę, mów mi Elecia. Matka to mój tytuł, nie imię. - Błysnęła zębami
w kolejnym przyjaznym uśmiechu i Słonko poczuł, jak po jego ciele
rozlewa się błogie ciepło - uczucie przypominające odrobinę to, które go
ogarniało, gdy ciut za dużo wypił. - Oto część członków naszej
starszyzny. Pomagają mi podejmować trudniejsze decyzje.
- Hm, cóż, tym razem chyba nie powinnaś mieć z tym problemu - stwierdził
Słonko, wyczuwając okazję do dobicia targu. Zdjął z pleców swój plecak i uśmiechnął się od ucha do ucha. - Bo każdy artefakt, który mam na
sprzedaż, to prawdziwa uczta dla oczu... nie mówiąc już o tym, że wręcz
wibrują Mocą na wszelkie możliwe do wyobrażenia sposoby!
Uśmiech Elecii stał się jeszcze szerszy.
- Och, taką mam szczerą nadzieję! Chodź! Po takiej długiej podróży z pewnością jesteś wyczerpany. Przygotowaliśmy w naszej głównej sali
skromny poczęstunek...
Ruszyli przez kompleks. Po drodze Słonko z roztargnieniem zarejestrował
obecność bawiących się w trawie dzieci. Wszystkie co do jednego były
miniaturowymi kopiami dorosłych: odziane w błękitno-szare szaty, z twarzami przyozdobionymi niebieską farbą. Starsi chłopcy i dziewczęta
zbili się w grupki, pogrążeni w rozmowie, a kilkoro młodszych utworzyło
krąg i grało w jakąś skomplikowaną grę, która najwyraźniej polegała na
utrzymywaniu niewielkiego woreczka w powietrzu bez użycia rąk. Wszystko
sprawiałoby wrażenie całkowicie normalnego... gdyby nie dziwne ubrania i pomalowane na niebiesko twarze.
Jednak mimo iż wokół było tyle nowych, obcych rzeczy, Słonko co i rusz
łapał się na tym, że spogląda ukradkiem na Matkę - robił to tak często,
że jedna ze Starszych, posunięta w latach Twi'lekanka o pomarszczonych
lekku, zauważyła to i uśmiechnęła się do niego.
- Jest piękna, czyż nie? - zagadnęła.
- Eee... ja... hm, tak. Owszem, jest piękna.
- To dlatego, że emanuje blaskiem Mocy - wyjaśniła Twi'lekanka. - Matka
przemawia jej głosem, a w zamian za to Moc obdarza ją gracją i urodą.
Słonko zmarszczył czoło.
- Czy ona... jest Jedi? - bąknął. Niespecjalnie przepadał za Jedi i ich
sztuczkami z wpływaniem na umysł.
Starsza Twi'lekanka żachnęła się i cofnęła o krok.
- Nie! Mocy uchowaj! Matka jest... prorokinią! Doskonale wie, że Moc
powinna pozostać wolna - nie można nią władać jak bronią.
- No to jesteśmy - oznajmiła w tym momencie Elecia i obejrzała się przez
ramię, uśmiechając promiennie do Słonka. - Szacowni Starsi,
poprosiłabym, abyście do nas dołączyli, ale zbliża się pora waszej
medytacji. Jeśli nie macie nic przeciwko, Herold przekaże wam wszystkie
informacje później.
Jedno po drugim, członkowie starszyzny kiwali głowami i odłączali się od
grupy, kierując w stronę wejścia do pobliskiej jaskini. Elecia odwróciła
się tymczasem do swojego gościa.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? Pomyślałam, że przyda nam się
nieco prywatności...
- Eee... hm, tak - wymamrotał Słonko, lekko stremowany. Ta kobieta miała w sobie coś... odurzającego - do tego stopnia, że trudno było mu zebrać
myśli. A może po prostu tak działała na niego ta planeta? Powietrze
pachniało tu świeżo i słodko, a kwiaty wdzięcznie skłaniały swoje
kielichy w powiewach lekkiej bryzy. Ogólnie rzecz biorąc, panowała istna
sielanka i Słonko złapał się na tym, że jego myśli dryfują swobodnie.
Miał ochotę tu zostać - już na zawsze, w tym uroczym miejscu, z tą
cudowną kobietą. Sama myśl o tym, że będzie musiał stąd odlecieć, łamała
mu serce.
Wówczas jednak Matka dotknęła jego dłoni... i dziwne uczucie zniknęło,
prysnęło jak bańka mydlana.
- Panie Dobbs? Czy wszystko w porządku?
- Proszę mi mówić Słonko, panno Elecio - bąknął, uśmiechając się
niepewnie. - Proszę mi wybaczyć. Przez chwilę nie byłem sobą...
- Choroba słoneczna - stwierdził ze znawstwem Herold, kiwając dobitnie
głową. - To się czasem zdarza. Bliźniacze słońca Dalny działają czasem
dość silnie na tych, którzy nie mieli wcześniej styczności z tak
intensywnym światłem.
- Wejdźmy do środka, żeby zająć się niecierpiącymi zwłoki sprawami -
zaproponowała Matka. - Jak tylko się czegoś napijesz, na pewno od razu
poczujesz się lepiej.
Weszli do domu spotkań - budynku niewyróżniającego się niczym
szczególnym na tle innych czystych i utrzymanych w dobrym stanie
zabudowań w kompleksie - może za wyjątkiem tego, że był pozbawiony
wszelkich ozdób. Ściany udekorowano dziwnymi wzorami z kamienia, ale nie
widniało na nich nic innego. Słonko spodziewał się raczej czegoś w stylu
Świątyni Jedi na Coruscant: iglic, malowideł i tym podobnych. Odwiedził
ją raz, za młodu, aczkolwiek nie pamiętał dlaczego ani z kim. Pamiętał
tylko, że czuł się przytłoczony i dziwnie mały.
Jednak członkowie Ścieżki działali na niego inaczej: tutaj czuł się
dobrze, mile widziany, całkiem jakby po bardzo długim okresie rozłąki
znów spotkał swoją rodzinę.
Z boku stał pusty stół i Herold wskazał go gestem.
- Możesz tam położyć swoje rzeczy, podczas gdy ja pójdę po coś do picia.
Gdy odszedł, Matka zbliżyła się do niego, żeby przyjrzeć się po kolei
przedmiotom, które wyjmował z plecaka i kładł na blacie. Słonko starał
się nic nie mówić i skupić się zamiast tego na układaniu artefaktów, ale
w obecności kobiety czuł się dziwnie onieśmielony i podenerwowany - a gdy się denerwował, miał tendencję do paplania bez ładu i składu.
- No to... jesteś użytkowniczką Mocy? - zagadnął.
Kobieta zmarszczyła czoło i natychmiast zorientował się, że nie powinien
był o to pytać.
- Nie, jestem prorokinią - poprawiła go z naciskiem. - Nie używam Mocy. Obcuję z nią, aby dzielić się jej wolą
ze wszystkimi, którzy chcą jej słuchać.
- Och - bąknął Słonko. - Herold wspominał, że nie lubisz miasteczka, bo
jest tam zbyt wielu ludzi...
Matka podniosła ze stołu bransoletę, przyjrzała się jej, marszcząc brwi,
i natychmiast odłożyła ją z powrotem.
- Moc to kwintesencja życia, a przebywanie w jego obecności w zbyt dużym
natężeniu bardzo często bywa wyczerpujące. - Urwała i milczała przez
chwilę, jakby się nad czymś zastanawiała. - Wyobraź sobie zatłoczony
pokój, w którym wszyscy krzyczą do siebie w najróżniejszych językach.
Właśnie tak wyglądają dla mnie wyprawy do miasteczka. Hałaśliwe.
Chaotyczne. Nic przyjemnego. To właśnie dlatego wolę zostawać tu, gdzie
mogę obcować z Mocą w bardziej... cywilizowany sposób. Jeszcze lepiej
czuję się, gdy przebywam pośród gwiazd, na pokładzie naszego statku,
"Elektrycznego Spojrzenia", gdzie otacza mnie jedynie harmonia
galaktyki, sama Moc i jej piękne tchnienie.
Słonko zamarł, wpatrując się w nią jak urzeczony, gdy tak mówiła. Na
widok jej pałających nieziemskim wręcz blaskiem oczu coś w nim drgnęło i nagle wiedział z niezachwianą pewnością, że zrobiłby wszystko, byle
tylko uszczęśliwić tę kobietę. Tylko tyle - i aż tyle. W zamian
wystarczyłby mu jej uśmiech.
Jednak wówczas dostrzegł, że Matka przygląda mu się badawczo, marszcząc
czoło.
- Czy wszystko w porządku? Masz bardzo dziwną minę...
Nim zdążył coś odpowiedzieć, wrócił Herold z tacą, na której stały dwie
szklanki herbaty. Jedną podał Słonku, drugą Matce, a potem odchrząknął.
- To naprawdę imponujący zestaw artefaktów, ale... nie sądzę, aby zawierał
to, czego szukamy. Skontaktowaliśmy się z tobą, bo jesteśmy
zainteresowani przedmiotem znanym jako Różdżka Wieków. Stanowi ona część
zestawu, zawierającego również Różdżkę Pór Roku, którą posiada
hynestiańska rodzina królewska, a także Różdżkę Brzasku, znajdującą się
rzekomo w muzeum na Jedzie.
- Ach, tak, oczywiście. - Słonko upił pokaźny łyk swojej herbaty, a potem ponownie przyjrzał się rozłożonym na stole przedmiotom. To były
głównie bibeloty i świecidełka - tak naprawdę zwykły chłam. W głębi
duszy liczył jednak na to, że mieszkańcy tej odludnej planetki się na
tym nie poznają. - Obawiam się, że to w dużej mierze legendy... Ale mam
coś, co mogłoby was zainteresować: bransoletę, która ponoć należała do
lorda Sithów.
- Niestety, to nie to, czego szukamy - westchnęła Matka z wyczuwalnym
rozczarowaniem. - Celem naszej grupy jest wyzwalanie Mocy - na wszelkie
dostępne nam sposoby, między innymi poprzez nabywanie jej artefaktów,
tak aby nie były dłużej wykorzystywane w niewłaściwy sposób. Bardzo mi
przykro, że zmarnowaliśmy twój cenny czas, zmuszając cię do przebycia
tak długiej drogi... Zostałeś oszukany - żaden z tych przedmiotów nie
rezonuje Mocą.
Słonko zmarszczył czoło. Czuł, że jego szanse na dobicie targu z każdą
chwilą drastycznie maleją.
- Czy jesteś tego pewna? A może przynajmniej kielich? Należał do Jedi,
który samodzielnie zakończył planetarną wojnę domową!
Matka uśmiechnęła się do niego smutno, jakby był dzieckiem, uparcie
odmawiającym pójścia spać mimo późnej pory.
- Tak, jestem pewna. Nie martw się, pokryjemy poniesione przez ciebie
koszta paliwa, tak jak się umawialiśmy.
- Zaczekaj! Mam jeszcze jedną rzecz, której nie widziałaś... - Słonko
sięgnął po swój plecak. Zabrał ze sobą to cacko pod wpływem nagłego
impulsu, bez specjalnego powodu - stanowiło najdziwniejszy przedmiot w jego kolekcji. - Pochodzi z odległej planety, leżącej po drugiej stronie
wiru. Niesamowitego, cudownego świata, tętniącego życiem i żyjącego w zgodzie z Mocą. Próżno by go szukać na gwiezdnych mapach...
Matka podniosła wysoko brwi.
- Mówisz serio?
- Tak - potwierdził Słonko, sięgając do plecaka po artefakt. Był
dziwnych rozmiarów - ważył mniej więcej tyle, co średnio spasiona tooka.
Zbyt duży, aby można go było uznać za klejnot, i zbyt ostentacyjny, aby
nosić go w charakterze ozdoby. Mało tego: część osób, którym próbował go
sprzedać, czuła do niego dziwną odrazę, całkiem jakby zamiast ze
świetlistą, fioletową kulą mieli do czynienia z czymś paskudnym.
Gdy jednak wydobył ją z wnętrza swojego plecaka, Matka zaczerpnęła
gwałtownie tchu.
- Och! - Wzięła od niego przedmiot, jakby nic nie ważył, a gdy
przytuliła go do piersi, na jej twarzy zagościł wyraz najwyższego
zachwytu. - Wręcz śpiewa Mocą, żywą i absolutnie fantastyczną! Och, jak
bardzo Moc raduje się perspektywą uwolnienia! Weźmiemy go, Słonko. Ile
za niego chcesz?
Słonko zamrugał... i dotarło do niego, że nie chce stąd odchodzić. Jeszcze
nie. Ta kobieta miała w sobie jakieś dobro... szczerość i uczciwość, a chociaż Słonko zawsze pragnął być dobry, nigdy nie uważał uczciwości za
przydatną cechę.
- Być może w zamian... pozwoliłabyś mi sobie pomóc...? Mógłbym wyszukiwać
dla was kolejne takie artefakty Mocy i pomagać wam ją... uwalniać?
Matka zmarszczyła czoło i zorientował się, że tak naprawdę nie poprosił,
póki co, o nic w zamian za dziwny klejnot.
- To znaczy, ma się rozumieć, za drobnym wynagrodzeniem...
Matka milczała przez chwilę, ale wreszcie, gdy Słonko już, już zaczął
się obawiać, że zażądał zbyt wiele, uśmiechnęła się - och, uśmiechnęła
się do niego! Tylko do niego - i uświadomił
sobie nagle, że wstrzymał oddech, przerażony samą myślą, że może mu
odmówić.
- Och, Słonko, to doskonały pomysł! Fantastycznie będzie móc z tobą
współpracować.
Słonko odwzajemnił jej uśmiech. Przez ten cały czas szukał miejsca, w którym czułby się potrzebny... i oto, niespodziewanie, znalazł je - na nic
nieznaczącej planetce, położonej w kompletnie nieistotnej części
przestrzeni kosmicznej.
Rozdział pierwszy
ROZDZIAŁ
PIERWSZY
Kiedy padawan
Jedi Kevmo Zink został przydzielony wraz
ze swoją mistrzynią do tej misji na terenie Zewnętrznych Rubieży, liczył
na miesiące wypełnione ciekawymi odkryciami, niesamowitymi widokami,
potyczkami z przemytnikami i złodziejaszkami, wizytami w obskurnych
spelunach, spotkaniami ze zdezelowanymi droidami, piratami i farmerami
wilgoci, a także, jeśli szczęście im dopisze, odwiedzinami na Jedzie. Z całą pewnością nie spodziewał się chwiejnego balansowania na
pordzewiałej grawidesce tuż przed niewyobrażalnie wielką zgrają trawnych
rekinów o złotoprążkowanych cielskach - całe stado liczące jakieś
siedemnaście tysięcy sztuk zwierząt pędziło wprost na niego.
A jednak... wydawało się to również na swój sposób niesamowite.
- Kev! Ruchy! - wrzasnęła jego mistrzyni, Zallah Macri, lecąca
równolegle kawałek dalej. Ledwie ją usłyszał poprzez dudnienie
dziesiątek tysięcy szponiastych łap, mknących pośród traw i wzbijających
w powietrze jaskrawoczerwony pył.
Kevmo przycisnął piętą tylną część deski i wystrzelił naprzód,
pochylając się, aby dostosować ciało do ruchu, gdy jego środek
transportu poderwał się w górę i zawinął. Jego szaty łopotały na
wietrze, kiedy aktywował miecz świetlny i machnął nim tuż przed nosami
osobników w pierwszym rzędzie.
Rekiny zaskrzeczały i odskoczyły w tył, uderzając zakręconymi kłami
pobratymców za swoimi plecami, zmuszając ich do odwrócenia się i zapoczątkowując tym samym efekt domina na potężną skalę, który
stopniowo, ale nieuchronnie zmieniał kierunek tej masowej szarży w stronę Zallah, mającej już za chwilę przejąć inicjatywę. Kevmo wydał z siebie triumfalny okrzyk i zamachał do niej żółtym mieczem świetlnym
niczym flagą sygnałową.
W odpowiedzi jego mistrzyni wzbiła się wyżej na swojej grawidesce i przeleciała płynnie, elegancko nad nowo utworzoną frontową linią stada.
Robili to już od wielu godzin, zmuszając zwierzęta do ciągłej zmiany
kierunku wędrówki i przeganiając je w ten sposób - bo zdawali sobie
sprawę z tego, że nie mają szans ich zatrzymać. Trawne rekiny dokonywały
takiej migracji raz na pięć lat - dziesiątki mniejszych stad spotykały
się na północ od tego miejsca, żeby rozpocząć podróż na rozległe
południowe tereny, na których łączyły się w pary. Odkąd mieszkańcy osady
na skraju prerii sięgali pamięcią, zwierzaki miały w zwyczaju
przemieszczać się przez kanion leżący od niej nieco na zachód, omijając
placówkę handlową z jej setką - lub coś koło tego - obywateli,
czekających w tej chwili tuż za granią znajdującą się za plecami Kevma.
Jednak w tym roku coś skłoniło je do odmiennego zachowania, a gdyby Jedi
nie interweniowali, osada zostałaby zrównana z ziemią.
Na szczęście kolejny Jedi, Azlin Rell, podjął już odpowiednie kroki, aby
temu zapobiec. Przydałoby się jednak, by nieco się pośpieszył...
Kevmo starał się dzielić uwagę między chłodny, błękitny blask miecza
świetlnego Zallah a trawne rekiny w dole, pod jego grawideską.
Sześcionożne stworzenia o ciałach w złote pasy miały potężne szczęki,
uzbrojone w zakrzywione kły - zdecydowanie różniły się od obrazu, jaki
automatycznie mu się nasunął, gdy usłyszał, że przyjdzie im stawić czoła
rekinom. Jedno ze zwierząt uniosło właśnie swój wydłużony pysk ku niebu
i zaskrzeczało, a pozostałe natychmiast podchwyciły zew i odpowiedziały
tym samym - dźwięk narastał, dopóki Kev nie przestał słyszeć własnych
myśli.
Po prawej stronie chłopca małe, czerwone słońce chyliło się już ku
zachodowi - jego rozmyta poświata rozlewała się po niebie, mieszając z rdzawym pyłem, wzbijanym w powietrze przez stado. Dwukrotnie zmusili
zwierzęta do zbicia się w gromadę, spychając je na północ, nim te na
przedzie nie skierowały się ponownie na południe. Kevmo był już
zmęczony. Nie wiedział nic na temat tego gatunku - ani nawet czy zdołają
w ogóle dopiąć swego, nim zapadnie zmierzch. Zmrok nie pomoże im raczej
w próbach utrzymania rekinów z dala od niewłaściwego kanionu...
- Jak idzie, Azlin? - rzucił do komunikatora. - Nie jestem pewny, jak
długo zdołamy jeszcze to przeciągać, a gdy słońce zajdzie...
- Do tej pory osada powinna już zostać ewakuowana - doleciał z głośnika
głos Zallah, przerywany szumami i trzaskami.
- Już... niemal... gotowe - odpowiedział Azlin. - Jeszcze tylko kilka minut
i C-9 zdoła...
Resztę wypowiedzi Azlina zagłuszył raniący uszy wizg, gdy grawideska
Kevma zachybotała się gwałtownie, a z jej układu wydechowego buchnął
kłąb tłustego, czarnego dymu.
Kev krzyknął i rzucił się w bok, posiłkując się Mocą, aby odczepić buty
od platformy, a następnie odbił się od niej z całej siły i pokierował
ciało z dala od stada.
Uderzył w ziemię z impetem, który wyparł mu z płuc całe powietrze,
przetoczył się natychmiast na bok, zerwał na równe nogi i popędził przed
siebie, ściskając mocno rękojeść miecza świetlnego. Za jego plecami z każdą sekundą przybierało na sile dudnienie kończyn, pochrząkiwanie i piski, więc Kevmo puścił się biegiem w stronę głazów u stóp czerwonej
skały. Zallah krzyczała coś przez komunikator, ale nie mógł rozróżnić
słów, a nie było czasu, by prosić ją, żeby powtórzyła. W końcu udało mu
się dotrzeć do pierwszego z kamieni i skoczył w jego stronę, chwytając
się mocno pokrytej porostem skały. Podciągnął się na górę i przykucnął.
Stado zawinęło tymczasem w bok, omijając głazy i skręcając z dala od
grani. Błękitny rozbłysk na skraju pola widzenia Keva poinformował go,
że w pobliżu znajduje się Zallah. Przemknęła obok niego na swojej
grawidesce z mieczem świetlnym w dłoni, opadając w dół i płosząc
przywódców stada swoją bronią. To była mozolna, żmudna praca, ale się
udało: zwierzęta ponownie zmieniły kierunek szalonej galopady.
Serce waliło Kevmowi jak młotem, dudniąc mu w uszach tak głośno, że
zagłuszało tętent rekinów i zdawało się tłumić drgania skały pod jego
stopami. Skrzywił się, próbując zniwelować głuche łupanie w czaszce.
Teraz, gdy przestał się ruszać, czuł przenikający jego biodro i żebra
pulsujący ból, wywołany uderzeniem o ziemię. Przeklęty, przerdzewiały
złom! Cóż, przynajmniej wytrzymał aż do teraz... Nic mu nie będzie. Ale
koniecznie musi coś zjeść. Naprawdę porządnie już zgłodniał. Gdy otarł
spocone czoło dłonią, spostrzegł, że jest umazana czerwonym pyłem. Hm,
tak - jedzenie i kąpiel.
I nagle, chociaż nie zauważył żadnej zmiany w oświetleniu, powietrzu ani
samej Mocy, jak również w działaniach Zallah, zachowanie trawnych
rekinów uległo jakiejś niewytłumaczalnej zmianie. Nie szarżowały już
chaotycznie - zamiast tego skierowały się ku zachodniemu kanionowi,
całkiem jakby każde zwierzę doskonale wiedziało, dokąd powinno biec.
Kevmo wstał i ostrożnie wspiął się na palce. Osłaniając oczy dłonią
przed blaskiem zachodzącego słońca, drugą ręką aktywował komunikator.
- Cokolwiek zrobiłeś, Azlin, chyba zadziałało.
- Dobrze wiedzieć - odpowiedział mężczyzna, a po chwili Zallah wtrąciła:
- Zamierzam podążać za stadem jeszcze przez jakiś czas, aby się upewnić,
że nie wydarzy się nic niespodziewanego. Azlin, zgarnąłbyś Kevma? Mój
uczeń stracił swoją wysłużoną grawideskę...
Kevmo się skrzywił.
- Nic mi nie jest!
- Już się robi, Zallah - potwierdził Azlin, ignorując jego protesty,
podobnie jak mistrzyni.
Minęła dobra chwila, nim wszystkie siedemnaście tysięcy trawnych rekinów
przegalopowało obok i Kevmo mógł wreszcie klapnąć na swój głaz i zaczekać, oceniając - i doceniając - przy okazji ogrom tego, co udało im
się właśnie dokonać.
Kevmo był padawanem Zallah od niemal dwóch lat, a cztery ostatnie
miesiące spędzili, wypełniając różne szalone misje podczas pobytu w nowej placówce Jedi w Porcie Haileap. Niektórych się spodziewał:
eskortowali dygnitarzy i dyplomatów, nadzorowali przestępców, a także
badali sprawę szajki przemytników, próbującej zwąchać się z Huttami.
Zaledwie trzy dni temu uratowali zaś zespół odkrywców nadprzestrzennych,
którzy rozbili się w samym środku supersztormu na oceanicznym księżycu
Amloch. Mieli wrócić do Portu Haileap, nim jednak zdołali opuścić układ,
Zallah z jakiegoś powodu zawahała się i stwierdziła, że powinni zostać
jeszcze jeden dzień. Nic się tam nie działo, ale opóźnienie odlotu
oznaczało, że byli na miejscu w sam raz, aby odebrać nadany za
pośrednictwem systemu łączności bliskiego zasięgu komunikat Azlina Rella
z prośbą o pomoc - i mogli dotrzeć na Tiikae w samą porę, aby pokierować
stado z dala od osady, czyli trafili dokładnie tam, gdzie chciała Moc.
Kevmo położył się, wspierając rękami o powierzchnię skały. Uwielbiał Moc
i kochał tę robotę. Dudnienie odległego stada odbijało się echem od
ścian kanionu i niosło daleko po prerii, małe słońce opromieniało skraj
urwiska rozmytym, czerwonym blaskiem, a niebo przybrało oszałamiający
odcień fioletu. Kev był zmęczony, głodny i brudny... ale czuł się
cudownie.
Pogranicze okazało się fantastyczne i przypuszczał, że nie miałby nic
przeciwko pozostaniu tu na zawsze.
Narastający, słyszalny z każdą chwilą coraz lepiej odgłos silnika
uzmysłowił mu, że zwierzęta rzeczywiście się oddalały - tętent cichł, a gdy padawan odwrócił się w stronę źródła niskiego pomruku, zobaczył
mknący ku niemu prom Azlina. Wstał, roześmiany od ucha do ucha, i zamachał rękami nad głową. Stateczek zwolnił i zawisł w pobliżu
najbliższego głazu. Jego golenie lądownicze rozłożyły się z głośnym
szczękiem i Kevmo zeskoczył ze skały, a potem podbiegł do trapu i wspiął
się do środka. Gdy znalazł się na pokładzie, otarł twarz z czerwonego
pyłu i zawołał:
- Dzięki, Azlin! Już jestem!
Poczuł, jak statek wzbija się w górę, i wyciągnął rękę, żeby przytrzymać
się grodzi. To był standardowy jednoosobowy prom, mniejszy niż ten,
który przydzielono jemu i Zallah - i który często służył im za kwaterę.
Mimo to Kevmo bezbłędnie wiedział, jak dotrzeć do kokpitu. Po drodze
niemal wpadł na niskiego droida astromechanicznego o zielonych
oznaczeniach, osadzonego na podwójnych rolkach, z dziwnymi małymi
kleszczami wystającymi wprost ze zdecydowanie niestandardowej kopułki.
- Ty musisz być C-9 - powiedział padawan, kłaniając mu się lekko.
Droid zapiszczał w odpowiedzi i obrócił się płynnie w ciasnej
przestrzeni, prowadząc go do kabiny na dziobie stateczku.
Słońce wpadało przez iluminator, oblewając wnętrze jaskrawoczerwonym
blaskiem.
Gdy Kevmo wszedł do środka, siedzący za sterami Jedi o śniadej skórze i krótkich, ciemnych włosach - który musiał być Azlinem Rellem - obejrzał
się w jego stronę przez ramię.
- Dzięki za pomoc - rzucił, a potem skupił się ponownie na kontrolkach.
Dziób statku pochylił się odrobinę w dół, gdy prom przyśpieszył. -
Zallah dała mi znać, że spotka się z nami w porcie, w którym
zostawiliście swój transport.
Kevmo zajął fotel drugiego pilota, opierając się odruchowej chęci
wyciągnięcia się w nim wygodnie. Zallah nie pochwaliłaby czegoś takiego,
więc wolał nie przynosić jej wstydu w oczach innego Jedi. Zamiast tego
uśmiechnął się do pilota.
- To było naprawdę niesamowite! Wprost trudno uwierzyć, że się nam
udało! Jak je odciągnęliście?
- Ustaliliśmy, że podczas wyboru drogi kierują się polem magnetycznym
planety, ono zaś zmieniło się od momentu ostatniej masowej migracji na
tyle, że przemieściły się stanowczo zbyt blisko osady.
Kevmo usiadł prościej.
- Ale chyba nie zmieniliście ustawienia całego pola magnetycznego
planety... Tego się nie da zrobić, prawda?
Azlin zerknął na niego z ukosa, lekko zakłopotany.
- Nie. Oczywiście, że to niemożliwe. C-9 pomógł mi zrekonfigurować boję
transmisyjną, żeby je oszukać.
Kevmo roześmiał się w głos.
- Oszukać! - powtórzył, a C-9 zapiszczał z taką dumą, że padawan nie
musiał znać języka binarnego, żeby zrozumieć przekaz, jednak Azlin
pokręcił tylko głową.
- To po prostu nasza praca - mruknął pod nosem.
Kevmo stłumił mimowolne parsknięcie i zamiast tego się uśmiechnął.
- Racja - przyznał. - Ale mimo wszystko to nadal naprawdę niesamowite.
- Takiej samej sztuczki użyliśmy na Alderaanie - dodał Azlin. - Dawniej
w taki sam sposób odciągaliśmy stada nocolotów od najwyższych budynków,
aby je omijały.
Kevmo pokiwał głową i pochylił się do przodu, żeby lepiej przyjrzeć się
majaczącym w oddali światłom osady, która wynurzała się właśnie zza
grani. Póki co nie miał jeszcze okazji nic zobaczyć na tej planecie - to
znaczy poza siedemnastoma tysiącami trawnych rekinów i całym mnóstwem
czerwonego pyłu.
- No to... co tu u was najlepiej przekąsić? - zapytał.
Jakąś godzinę później Kevmo był już wyszorowany do czysta, czuł się
przyjemnie rozgrzany i siedział w przytulnym boksie w zadymionej
tawernie, rozświetlonej migoczącymi lampami, pałaszując jaskrawoczerwoną
potrawkę przyprawioną maleńkimi gotowanymi nasionami, strzelającymi mu
zabawnie w ustach, gdy je przegryzał. Azlin zamówił to samo. W końcu
dołączyła do nich również Zallah, która przyleciała tu ich promem. Była
Soikanką, smukłą i elegancką, o wysokim czole, delikatnych rysach
twarzy, fioletowych oczach i srebrzystej skórze, sprawiającej, że cała
jej postać wydawała się wykuta z lodu. Krótkie białe włosy nadal miała
wilgotne i gładko zaczesane po prysznicu. Gdy usiadła, jak zwykle
opanowana i spokojna, uśmiechnęła się lekko do Kevma. Odwzajemnił
uśmiech, ciesząc się z tego wyrazu aprobaty.
Początkowo, gdy wzięła go na swojego padawana, zachodził w głowę,
dlaczego wybrała właśnie jego. Był towarzyski, w gorącej wodzie kąpany i nie potrafił usiedzieć na miejscu. Chętnie nawiązywał kontakty - również
fizyczne - i miał wrodzoną skłonność do nieświadomego flirtowania z niemal każdą formą życia, jaką spotykał na swojej drodze. Zallah z kolei
stroniła od kontaktu fizycznego - nie lubiła, gdy ktoś jej dotykał. Gdy
się pilnował, Kevmo wiedział, jak utrzymać dystans, i stopniowo
opanowywał sztukę kiełznania własnych zapędów coraz lepiej, nadal jednak
wiele istot uważało go za nieco zbyt nachalnego.
Ma się rozumieć, Zallah idealnie nadawała się na jego mentorkę, on zaś
uczył się od niej, jak współdziałać z Mocą - i innymi istotami - przy
użyciu delikatnej precyzji, zamiast przytłaczać ich ogromem entuzjazmu.
Jego mistrzyni doskonale zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę.
Kiedyś, gdy zmagał się ze swoją tendencją do rzucania się bezpośrednio w wir Mocy, oświadczyła, że ona również go potrzebuje. Powiedziała, że
przypomina jej, iż czasami całkowite poddanie się woli Mocy jest
słusznym, właściwym rozwiązaniem.
Kevmo naprawdę nie miałby nic przeciwko, gdyby już na zawsze mógł
pozostać jej padawanem.
Zallah usiadła i gestem dała znać kelnerowi, aby przyniósł jej porcję
potrawki. Azlin przesunął w jej stronę kubek miejscowej kwaśnej herbaty
i Soikanka podziękowała mu, upiła łyk, po czym powiedziała:
- Po posiłku odlatujemy, Kevmo.
- Już?
- Jesteśmy potrzebni na Hynestii. Ktoś ukradł tamtejszej królowej
artefakt - minęło całe pięć dni, zanim wiadomość dotarła tam, gdzie
trzeba... - Zallah urwała, wyraźnie zniesmaczona pozostawiającym wiele do
życzenia stanem łączności na pograniczu. - Hynestianie chcą, aby tą
sprawą zajęli się Jedi, a my jesteśmy bliżej niż Oliviah i Vildar.
- Dlaczego akurat Jedi? - zapytał Kevmo, gdy przeżuł i przełknął porcję
jedzenia. Nie wiedział zbyt wiele o Hynestii - poza tym, że była dość
rozwiniętą planetą, mającą lepszy kontakt i utrzymującą ściślejsze
stosunki z Jedi i Republiką niż większość światów na terenie
Zewnętrznych Rubieży, które nie miały tak dobrego dostępu do kredytów i nowoczesnych rozwiązań technologicznych. - Czy zależy im po prostu na
wsparciu kogoś z zewnątrz?
- Skradziony przedmiot jest rzekomo jakimś artefaktem Mocy.
- Och!
Kevmo niemal przewrócił swój kubek i Zallah upiła łyk herbaty, a potem
spojrzała na niego bez słowa, unosząc brew. Gdy już się trochę opanował,
zerknął na Azlina, który próbował - z mizernym skutkiem - stłumić
uśmiech na widok jego entuzjazmu.
- Azlin - zagadnął Kevmo, pochylając się w stronę nieco starszego od
niego Jedi. - Powinieneś z nami lecieć!
- Muszę dokończyć kilka raportów i napraw, a potem udać się na Jedhę,
żeby zameldować się w tamtejszej placówce - odparł spokojnie mężczyzna.
I chociaż Kevmo nie wyobrażał sobie, że mógłby przepuścić okazję do
ścigania złodziei, aby zamiast tego skupiać się na jakichś raportach,
którymi z pewnością mógłby się zająć podczas podróży, to przypuszczał,
iż różne osoby mogą mieć do podobnych kwestii odmienny stosunek - nawet
Jedi.
- Hm, szkoda - westchnął. - Bardzo liczyłem na to, że opowiesz mi nieco
więcej na temat tego, czy zajmowałeś się tu przez ostatnie kilka lat...
Azlin wzruszył ramionami.
- Sądzę, że mniej więcej tym samym, co wy.
Kevmo przyjrzał się jego oblanej czerwonawym blaskiem twarzy, próbując
ustalić, czy starszy Jedi sobie z niego pokpiwa, ale nie - Azlin mówił
szczerze. Padawan skinął więc głową, uniósł swój kubek w toaście i potwierdził:
- Taak, pewnie masz rację.
Rozdział drugi
ROZDZIAŁ
DRUGI
Marda Ro przymknęła oczy, zanurzyła trzy długie szare
palce w naczyniu z błękitną pastą z muszli brikal, a potem dotknęła
czoła i przesunęła po nim delikatnie opuszkami, rozsmarowując na skórze
barwnik.
Pachniał delikatnie kredą, której używali, aby zwiększyć treściwość
mazidła z pokruszonych muszli, a także lekką słodyczą spoiwa. Marda
wciągnęła ten zapach głęboko w płuca i uśmiechnęła się do swojego
odbicia w nieco zaśniedziałym lustrze. Dopiero niedawno osiągnęła
pełnoletność i została uznana za pełnoprawną członkinię Ścieżki Otwartej
Dłoni. W końcu mogła nosić symbol Żywej Mocy w jego potrójnej postaci,
odpowiadającej kolejno wolności, harmonii i jasności. Falujące łagodnie
błękitne linie napełniały ją poczuciem słuszności tego, co robi.
Stała tak przez chwilę w kompletnym bezruchu, przygotowując się na
czekający ją dzień. Jej cela była mała - mieściła się tu jedynie jej
mata do spania i skromny dobytek, na który składały się dwie długie,
zgrzebne szaty i bielizna, gruba wełniana peleryna, szpilki do włosów,
naczynie z błękitną farbą, pilniczek z kryształowego pyłu do
spiłowywania na ostro paznokci i zębów, a także płytka misa z wodą.
Pływały w niej trzy liście o barwie jaskrawego fioletu.
Marda dotknęła jednego z nich, wprawiając wszystkie w ruch wirowy, a potem musnęła panel kontrolny i drzwi jej kwatery się rozsunęły. Za
progiem stały sandały. Wzuła je i wyszła w czerwonawy świt. Po tej
stronie Dalny trwała późna wiosna i gdy pierwsze słońce wychynęło zza
ośnieżonych szczytów trzech wulkanów, niebo przybrało odcień
połyskliwego fioletu. Cela Mardy była jedną z wielu, przylegających do
siebie i tworzących razem kompleks przypominający układem plaster miodu,
leżący na południowym skraju komuny Ścieżki Otwartej Dłoni. Za progiem
kwatery łąka opadała łagodnie ku rzece, porośnięta tu i ówdzie smukłymi
drzewami o fioletowoczerwonych liściach, lśniących w słonecznym blasku.
Zewsząd dobiegało cykanie świerszczy i kumkanie trawnych żab, a rosnące
wzdłuż drogi prowadzącej do głównego budynku lompopy zaczynały właśnie
otwierać swoje pąki z cichym "Pop!", uwiecznionym w ich nazwie. Marda
miała sporo czasu, więc wybrała dłuższą trasę, wiodącą przez centralny
ogród społeczności, ciesząc oczy pięknem tego świata.
Po drodze zebrała kilka opadłych płatków i liści, a także piękne, różowe
pióro markruka - gromadziła tylko to, co natura ofiarowała im sama,
zamiast odbierać jej to przemocą. Dołączywszy do Ścieżki jako dzieci,
Marda i jej kuzynka od małego na własną rękę zajmowały się zdobywaniem
żywności i przydatnych dóbr, uprawą i hodowlą, korzystając również z hojności ich sąsiadów z pobliskiego miasteczka Ferdan, którzy
dostarczali im to i owo. Taki styl życia wyrobił w niej nawyk
gromadzenia wszystkiego, co mogło się przydać - lub co po prostu było
piękne. Od zawsze potrafiła docenić to, co inni uznawali za niewarte
uwagi, i odnajdywać wartość w drobiazgach traktowanych powszechnie jako
nieprzydatne odpady. Każdy element świata naturalnego miał swój
potencjał - nawet jeśli wywoływał on pobłażliwy uśmiech na twarzy
Starego Waidena, obdarowanego czymś tak prozaicznym jak pióro.
W momencie, gdy Marda dotarła do ogrodu, gdzie zgromadziło się już kilku
innych członków Ścieżki, żeby wspólnie zjeść śniadanie, miała już mały
bukiet kwiatów. Rozsypała zebrane płatki na końcu długiego stołu, a pióro wetknęła w czarne, kędzierzawe włosy Starego Waidena. Starszy
podał jej w zamian miskę owsianki i uśmiechnął się do niej ciepło.
Wzięła ją i przysiadła na ławce, przysłuchując się rozmowom innych
rannych ptaszków na temat akolitów, którzy wyruszyli na zbierackie
wyprawy przed świtem, a także tego, jak radzą sobie najnowsi kandydaci
oraz o postępach w konstrukcji najnowszego wielkiego przedsięwzięcia
Matki: statku, mającego zabrać członków Ścieżki na misję nawrócenia
galaktyki. Budowa "Elektrycznego Spojrzenia" już niemal dobiegła końca i Marda, dojadając swoją owsiankę, z najwyższym trudem skrywała
podekscytowanie. Nie mogła się doczekać, aż postawi stopę na pokładzie
jednostki i odleci wraz z Matką i najbliższymi jej akolitami, Dziećmi,
ku gwiazdom. Kuzynka Mardy, Yana, również należała do grona tych
szczęśliwców. Wybrana spośród reszty członków, nim jeszcze otrzymała
zaszczyt noszenia własnych błękitnych symboli wyzwolonej Mocy, Yana
służyła Matce od trzech lat. W tym samym czasie Matka powierzyła Mardzie
obowiązek czuwania nad Maluczkimi, potomkami członków Ścieżki, których
trzeba było uczyć podstaw filozofii zgromadzenia i rolnictwa, a także
pisania i czytania. Teraz zaś, gdy Marda już dorosła, ona również
chciała dołączyć do Dzieci i kuzynki, wykorzystać swoje zdolności
nauczycielskie oraz samo zrozumienie Ścieżki Otwartej Dłoni, aby głosić
jej słowo na terenie Zewnętrznych Rubieży. Aby działać w imieniu Mocy.
To właśnie było jej powołanie. Miała tę pewność, czuła to głęboko w kościach.
- Miło będzie ponownie zobaczyć Ferize i jej partnerów - zauważył Efrik,
jeden ze starszych mężczyzn z zewnętrznego kręgu akolitów. - Nikt nie
jest równie dobry w znajdowaniu sarrootów, co Er Dal.
- Sądzę, że dziś się wyklują - wtrąciła Marda i Efrik uśmiechnął się, a wszystkim przy stole udzieliła się atmosfera podniecenia. Ferize i jej
partnerzy byli odizolowani w celi lęgowej od niemal sześciu tygodni.
- To cudowne! - stwierdził Efrik. - Co za wspaniały dzień na tak
doniosłe wydarzenie! Dziś w Ferdanie przypada dzień wolny, a Herold i Rada Starszych zasugerowali, abyśmy zaprosili tych nowo przybyłych ze
statku uchodźczego z Eirama, którzy wylądowali tu dwa dni temu w poszukiwaniu schronienia.
- To będzie dobry dzień na powitanie nowego rodzeństwa - dodało
Jezra'lin, kalamariańskie dziecko, mrugając swoimi wielkimi,
wyłupiastymi oczami.
- Po tej zimie potrzeba nam nowych ludzi - mruknął kwaśno Mykge. Marda
zerknęła przelotnie na jego bladą, ziemistą skórę, opinającą kościste
ciało, i szybko opuściła wzrok, żeby nie dostrzegł w jej spojrzeniu
dezaprobaty. Ta zima była bardzo trudna dla wszystkich członków Ścieżki
- z powodu paskudnych, przedłużających się mrozów, poprzedzonych
stanowczo zbyt wilgotnym latem. Głodowali i marzli przez wiele miesięcy,
jednak tak właśnie wyglądało czasem życie w harmonii z Mocą. Na tym
polegała wolność Otwartej Dłoni. A Matka potrafiła zadbać o nich lepiej,
niż dbali sami o siebie, zanim się pojawiła.
- Uchodźcy nie wniosą do naszej społeczności zbyt dużego wkładu -
zwrócił się do Mykgego Efrik i Marda wzięła głęboki oddech, żeby się
uspokoić. Jeśli chciała zasłużyć na szansę bezpośredniej współpracy z Matką, musiała być przygotowana do obrony Ścieżki na każdy sposób -
nawet przed jej własnymi członkami, jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Cokolwiek będą mieli, wystarczy, jeśli zechcą się tym z nami
podzielić.
Po jej słowach zapadła pełna napięcia cisza. Efrik skrzywił się, ale w końcu skinął głową, a Jezra'lin pochyliło się w jej stronę.
- Czy mogłobym pójść, żeby sprawdzić postępy w wykluwaniu? - spytało.
- Jasne - potwierdziła Marda, wyskrobując z miski resztki owsianki.
Chwilę później ktoś zaproponował, aby zebrali nieco kulopnączy z drzew
nad rzeką, aby ozdobić nimi ogród na cześć nowego lęgu i uchodźców, więc
podczas gdy wszyscy skupili się na kwestiach związanych z dekoracją i zaczęli się zastanawiać, czy mają dość miodu, aby przygotować
nitkocukierki, Marda umyła swoją miseczkę i odstawiła ją na miejsce,
ucałowała Starego Waidena, który dbał o wspólną kuchnię, i gestem dała
znak Jezra'lin, aby poszło za nią, jeśli nadal ma ochotę jej
towarzyszyć.
Wspólnie weszli między budynki kompleksu, przechodząc pod sześcioma
strzelistymi cyprysami ku wejściu do części podziemnej, mieszczącej
magazyny Ścieżki, wspólne zimowe kwatery i cele lęgowe. Jezra'lin przez
całą drogę paplało o niczym, co zdaniem Mardy było na swój sposób
urocze. Kalamariano, niczym mała, rozszczebiotana ptaszyna, podskakiwało
co chwila, żeby dotrzymać kroku Mardzie. Ruchy miało rozczulająco
niezborne, ale jednocześnie świadczyło to o tym, jak bardzo pełne jest
życia.
Podziemny kompleks mieścił się w sieci naturalnych jaskiń u stóp
prastarego łańcucha górskiego. Z góry zabudowania Ścieżki Otwartej Dłoni
jawiły się jako grupa kilkunastu niewielkich budynków, plus pięć zbitek
osobistych cel, wzniesionych z cegieł z ciemnoróżowego, pozyskiwanego
lokalnie granitu. W dwóch obiektach znajdowały się jednak naturalne
zapadliska, przekształcone w bezpieczne zejścia, prowadzące do jaskiń.
Pierwsi osadnicy, którzy utworzyli Ścieżkę ponad sto lat temu, odkryli
je, uznając za dar od Mocy - ciepłe, gotowe, aby się do nich wprowadzić
domy. W ciągu kolejnych lat obudowali zapadliska, wznosząc wokół nich
ściany, i wydrążyli w skale niewielkie tunele, doprowadzające do środka
światło i powietrze, a także bardzo skromny system rur, czyniąc wnętrza
bardziej przyjaznymi do życia.
Marda wpisała kod dostępu i zeszli razem z Jezra'lin na dół. Było tu
ciepło i wilgotno, a w miarę jak zagłębiali się coraz dalej, zapalały
się kolejne światła.
Niemal natychmiast do ich uszu dobiegł szum dolatujący z celi lęgowej i Marda uśmiechnęła się do Jezra'lin - to właśnie on sygnalizował, że do
wyklucia dojdzie już wkrótce. Kiedy dotarli do drzwi, Marda delikatnie
zaskrobała w nie swoimi ostrymi paznokciami.
Ze środka dobiegło zaproszenie i kobieta skinieniem głowy dała znać
Jezra'lin, aby otworzyło drzwi. Gdy te rozsunęły się odrobinę,
wślizgnęli się szybko do środka i zamknęli je pośpiesznie za sobą, aby
zachować wewnątrz ciepło i wilgoć - bo właśnie takie warunki preferowali
Kessarinowie w okresie inkubacji.
Jezra'lin wzięło Mardę za rękę i wspólnie zaczekali, aż ich oczy
przywykną do łagodnej, srebrzystoróżowej poświaty. Cela lęgowa była
zbudowana z takiego samego ciemnoróżowego kamienia, co reszta kompleksu
jaskiń, jednak jej kopulaste sklepienie przecinały prążki słonecznego
opalu, lśniącego i migoczącego pośród warstw skały. Bezpośrednio nad ich
głowami połyskiwały osadzone w niej niewielkie kawałki tego samego
minerału - gromadziły światło wschodzącego słońca, które spływało
roziskrzonymi żyłami w dół, napełniając pomieszczenie ciepłym blaskiem.
Podeszli bliżej przy akompaniamencie cichego chrzęstu drobnego żwirku
pod ich sandałami.
W centralnej części komory spoczywało pięć idealnie okrągłych jaj,
mieniących się żółtawo, niczym perły. Obok kucała Ferize, trzymając dłoń
na jednym z nich i otaczając je ogonem, podobnie jak jej dwóch partnerów
- drobniejszej postury, ale za to posiadających po kilka ogonów. Jeden z nich pochrapywał cicho z głową ukrytą między dwoma jajami, a drugi
pomachał Mardzie płetwiastą ręką.
W odpowiedzi wyciągnęła przed siebie dłonie zwrócone wnętrzem do góry i skinęła głową, a potem dała Jezra'lin kuksańca, aby powtórzyło gest, i wspólnie uklękli obok Ferize.
- Czy to już dziś? - zagadnęła cicho Marda.
- Sądzę, że to nastąpi w ciągu jakiejś godziny - odparła Kessarinka.
Marda sięgnęła do najbliższego jaja i przytknęła do niego trzy palce,
uważając, żeby nie uszkodzić jego powierzchni ostrymi jak szpony
paznokciami. Skorupka wydawała się ciepła i twarda. Gdy jaja zostały
zniesione, początkowo były miękkie, niemal galaretowate. Marda powiodła
po nim palcami, znacząc na jego powierzchni trzy faliste linie, i wymamrotała pod nosem:
- Moc będzie wolna...
Mięsiste wypustki wyrastające z policzków Ferize opadły, co było u przedstawicieli jej gatunku odpowiednikiem uśmiechu, więc Marda
powtórzyła gest, dotykając kolejno każdego z czterech pozostałych jaj,
podczas gdy dumna przyszła mama ledwie mogła usiedzieć na miejscu z podekscytowania. Kiedy Marda oderwała dłoń od ostatniego, to zakołysało
się lekko pod jej palcami i obaj partnerzy Ferize wyprostowali się
gwałtownie. Przysunęli się nieco bliżej, wymieniając pośpiesznie zdania
w swoim ojczystym języku, a potem ten, który pomachał wcześniej Mardzie
na powitanie, powiedział:
- Już czas.
Cała trójka Kessarinów zaczęła nucić do wtóru cichego pomruku jaj, co
jakiś czas zmieniając tonację. Marda splotła dłonie i poprosiła
Jezra'lin:
- Szybko. Leć i poinformuj Starszych.
Kalamariano zerwało się na równe nogi i w te pędy wybiegło z celi.
Marda obserwowała, jak w rozmytym, srebrzystoróżowym blasku pierwsze
jajo zaczyna pękać. Jego rodzice nucili bez przerwy i pogruchiwali
zachęcająco, a nim pierwsze dziecko przyszło na świat, zaczęła pękać
skorupka drugiego jaja. Marda zgarnęła i schowała odłamki w kącie
jaskini, żeby zabrać je później. W całym ciele czuła radosne mrowienie,
wywołane cudem narodzin, całkiem jakby wyczuwała, że Moc rośnie w siłę
wraz z pojawieniem się na świecie każdego nowego życia.
Pot ściekał jej strumyczkiem po kręgosłupie, gdy brała jedno z nowo
narodzonych dzieci w objęcia, trzymając jego małe, skulone ciałko
oburącz, podczas gdy Ferize ocierała płyny z jego ciasno stulonych
wypustek, a potem skupiła się na kolejnym jaju, pozostawiając młode pod
opieką Mardy. Było takie lekkie... i oddychało tak szybko, kwiląc przy tym
cichutko, niespokojnie. Marda ucałowała jego lepkie czółko i roześmiała
się, odurzona euforią. Jego maleńkie jajowe zęby wystawały z pyszczka
niczym kły - wiedziała, że wkrótce wypadną, i zastanawiała się, czy
powinna się przygotować do ich złapania. Czy przydałyby się do czegoś?
Uśmiechnęła się - dość szeroko, żeby obnażyć własne ostre zęby, mimo iż
oczy oseska nadal były ledwie rozwarte, pokryte maziami lęgowymi. Och!
Powinna je wytrzeć...
Wówczas jednak Ferize podała jej kolejne młode i Marda przytuliła oba do
piersi, podczas gdy rodzice skupili się na pozostałych jajach. Usiadła
ze skrzyżowanymi nogami na podłodze obok basenu i wlała do niego nieco
chłodnej wody, a potem ułożyła sobie maleństwa na kolanach i ostrożnie
je obmyła.
W momencie, w którym wszystkie pięcioro dzieci przyszło na świat, oczy
pierwszego były już szeroko otwarte, a ono samo radośnie żuło końcówkę
cienkiego, czarnego warkocza Mardy. Wypadł mu już jeden kieł jajowy, ale
drugi trzymał się mocno na swoim miejscu.
- Mardo? - dobiegł ją znajomy, radosny głos jej kuzynki Yany. Starsza
dziewczyna przykucnęła obok niej, odziana w swoją oficjalną,
zielono-złotą tunikę Dziecka, w wysokich butach i z blasterem
przypasanym pod pachą. Na jego widok Marda zmarszczyła czoło.
Wówczas dotarło do niej, że w celi lęgowej znajdują się również inni
członkowie Ścieżki - było ich co najmniej trzydziestu, tłoczących się
pod poprzecinanymi opalizującymi pasmami ścianami, uśmiechających się i oferujących wszelkie formy pomocy nowo powiększonej rodzinie. Ferize i jej partnerzy siedzieli, wsparci o siebie ramionami, z ogonami
splecionymi w czułym geście.
- Och, widzę, że wszyscy już są - zauważyła Marda. Podała jedno z maleństw Yanie, która skrzywiła się, ale posłusznie wzięła je w ramiona.
Marda wstała tymczasem, trzymając w objęciach drugie, i postukała palcem
w szare czoło kuzynki. - Gdzie twoje symbole?
- Śpieszyłam się - wyjaśniła Yana, kłapiąc żartobliwie zębami do
dziecka, które trzymała przed sobą oburącz w wyciągniętych ramionach.
- To się robi tak - poinstruowała ją Marda, pokazując jej, jak poprawnie
złapać młode, jednak Yana zamiast tego roześmiała się tylko i przekazała
je Jezra'lin, które podskakiwało obok niej na palcach.
- Nie muszę ich trzymać. Innych chętnych tu pod dostatkiem. A ty chodź
ze mną, kuzynko - ciebie też trzeba umyć.
Marda niechętnie oddała drugie dziecko Ferize, która pociągnęła ją z czułością za warkocz, i pozwoliła, aby Yana wyprowadziła ją z celi
lęgowej.
Gdy znalazły się na świeżym powietrzu, Marda westchnęła z błogością.
- Dokąd idziemy? - zapytała, na co Yana parsknęła, wskazując podbródkiem
w stronę rzeki, i już za chwilę biegły ku niej co tchu. Yana, starsza i silniejsza od kuzynki, miała też porządniejsze buty, ale Marda była
szybsza. Mimo to przegrała wyścig i dotarła do rzeki później niż Yana.
Na domiar złego dziewczyna zaskoczyła ją, podcinając jej nogi,
podrywając znienacka w powietrze i wrzucając wprost do wody.
Marda z pluskiem i krzykiem wpadła w mętną toń, ale nie walczyła -
pozwoliła, aby nurt pociągnął ją na muliste dno, a gdy opadała ku niemu,
odprężyła się, poddając mu się i napawając uczuciem swobody, gdy obmywał
ją i rozplątywał jej włosy. Rzeka napierała na nią ze wszystkich stron,
a gdy w końcu wynurzyła się, żeby złapać oddech, nadal czuła na skórze i włosach ten miłosny dotyk, który sprawiał jej nieopisaną radość i rozkosz. Wydawała się kwintesencją życia, samą Mocą, ucieleśnieniem
wolności Ścieżki. Do ich szeregów dołączyło pięć nowych dusz, a już
wkrótce przyjmą kolejnych uchodźców - była tego pewna.
Gdy już wyszorowała się do czysta, wyżęła włosy i tunikę, a potem
włożyła z powrotem ubranie, wyszła z wody i dołączyła do czekającej na
brzegu Yany. Kuzynka opierała się o drzewo, w roztargnieniu skubiąc
zwitki kory łuszczącej się z pnia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki