Rozdział pierwszy
ROZDZIAŁ
PIERWSZY
Avon Starros nienawidziła Nihilów.
Nienawidziła ich niedorzecznych strojów, egoizmu, przemocy i każdej
innej nędznej cechy.
I właśnie dlatego dąsała się teraz, stojąc w sypialni w nihilskim
kompleksie na Hetzalu wraz ze swoją matką, Ghirrą Starros, samozwańczą
ambasadorką Nihilów, oraz Devą Lompop, Nihilką, która po wielu
brutalnych starciach została przydzielona Avon jako ochroniarka.
Jedynym, co mogło być gorsze od Nihilów, była kolacja, do udziału w której Ghirra próbowała właśnie zmusić córkę.
-?To niebezpieczne -?zauważyła Avon, z westchnieniem krzyżując ręce na
piersi. -?Nawet z Devą, matko. Podczas brunchu z okazji wizyty królowej
Hynestii ktoś próbował mnie otruć. Na bankiecie ku czci generał Viess
Deva musiała skręcić jakiejś kobiecie kark, żeby nie dźgnęła mnie nożem.
A w zeszłym tygodniu, kiedy siedziałam sobie tutaj spokojnie, ktoś
strzelił z blastera w moje drzwi!
Ghirra kręciła się po pokoju, podnosząc i przekładając datapady oraz
próbki kryształów, piętrzące się na biurku i blacie roboczym Avon,
najwyraźniej tylko jednym uchem słuchając tego, co mówi jej córka. Nic
nowego. Matka zawsze bardziej przejmowała się swoją karierą niż
problemami swojego dziecka, ale po raz pierwszy zdarzało się, że nie
martwiła się o jej bezpieczeństwo. Jedynym, co wydawało się ją
interesować, była uroczysta kolacja, na którą miały się właśnie wybrać.
Ghirra Starros miała na sobie elegancką suknię z wysokim kołnierzem,
uszytą z zielonej satystalowej tkaniny. Wyglądała dość ekstrawagancko,
ale Avon podsłuchała, jak mówiła droidowi odpowiedzialnemu za stworzenie
tego koszmarnego giezła, żeby upewnił się, iż podczas kolacji nikt nie
zdoła strzelić jej w plecy. Być może to właśnie dlatego Ghirra nie
wydawała się już tak bardzo przejmować kwestiami bezpieczeństwa?
Zagrożenie było nieodłączną częścią życia Nihilów. Nawet ich stroje były
projektowane przede wszystkim z myślą o zapewnieniu bezpieczeństwa
noszącym je osobom -?albo przewagi w walce. Avon wiedziała o tym bardzo
dobrze, ponieważ sama nie rozstawała się z ukrytą pod kurtką bronią.
Nie żeby w przeszłości jakoś specjalnie jej to pomogło. Dziewczynie
brakowało morderczych instynktów, które napędzały wszystkich Nihilów -
wyglądało na to, że nawet jej matkę.
-?Za każdym razem, gdy udaje ci się wyjść cało z kolejnych prób,
pokazujesz im, że jesteś silniejsza, niż się wydaje -?i to jest cudowne,
skarbie. Jesteśmy dla Marchiona ważne, a to sprawia, że inni są o nas
zazdrośni. To właśnie dlatego próbują nas skrzywdzić, a kiedy to robią,
spłacamy nasze długi po trzykroć. Powinnaś traktować te ataki jako
wyzwanie. Nigdy wcześniej nie uchylałaś się od trudnych zadań...
-?Kryształy nie grasują po galaktyce, plądrując i zabijając niewinnych
ludzi -?bąknęła Avon, niezdolna nawet spojrzeć na matkę. Kiedyś Ghirra
opowiadała jej o protokole i dobrych manierach oraz o tym, jak należy
zachowywać się w najsłynniejszych salonach politycznych galaktyki. Teraz
zaś mówiła o zamachach jako o... szansach.
Najwyraźniej Ghirra Starros straciła całą swoją wcześniejszą zdolność do
logicznego rozumowania, trzeźwy osąd i bystry umysł, a Avon nie widziała
sensu, by udawać, że jest inaczej.
-?Avon. Jeśli nie pojawisz się na kolacji, Marchion będzie bardzo
rozczarowany -?powiedziała Ghirra, odwracając się i obdarzając córkę
bladym uśmiechem. -?A ja za nic we wszechświecie nie chciałabym go
rozczarować.
Avon stłumiła w sobie chęć zareagowania na jej słowa krzykiem. To byłoby
miłe, ale jej matka raczej nie zrozumiałaby przekazu. Avon spotkała Oko
Nihilów dwukrotnie -?raz podczas kolacji, na którą została zaproszona
wkrótce po przybyciu na pokład jego statku, "Elektrycznego Spojrzenia",
tuż po zniszczeniu Latarni Gwiezdny Blask, a potem w trakcie czegoś w rodzaju triumfalnych uroczystości świętujących wzniesienie Wału
Burzowego, stanowiącego pasywną sieć przekaźników, która uniemożliwiała
wszystkim pozbawionym napędu Ścieżki bezpieczne korzystanie z nadprzestrzeni w tym rejonie. W zasadzie były to nie tyle uroczyste
obchody, co zamieszki, ponieważ Nihilowie przetoczyli się przez stolicę
niczym, nomen omen, burza, świętując swoje zwycięstwo sianiem
spustoszenia. Marchion Ro był zimną istotą, pustą i okrutną, i szczerze
mówiąc, Avon nie rozumiała, dlaczego robi się wokół niego tyle szumu.
Przypominał jej kwiatowe węże z Haileap: piękne, ale śmiercionośne,
niedbające o nic poza samymi sobą.
Przypuszczała więc, że jej obecność -?lub jej brak -?na tej kolacji
obejdzie go tyle, co banci bobek.
Nie wspominając już o tym, że za każdym razem, gdy spotykała Marchiona,
w ciągu niecałych kolejnych dwudziestu czterech godzin jakiś przypadkowy
Nihil próbował ją zabić. Zdecydowanie mogła się bez tego obejść.
-?Panienko Starros, jeśli nie zaczniesz się przygotowywać do imprezy,
spóźnisz się -?upomniała ją delikatnie Deva, jej ochroniarka rasy Shani.
Ghirra westchnęła ciężko i odwróciła się do córki.
-?Nie mam czasu na kłótnie. Devo? Każ jej się ubrać.
Deva pochyliła głowę, a wieńczący ją tęczowy grzebień piór zalśnił
feerią barw.
-?Chcesz, żebym użyła przemocy wobec twojego dziecka? -?W głosie Devy
zabrzmiała cicha groźba, na którą Ghirra zareagowała grymasem
poirytowania.
-?Nie, oczywiście, że nie! Po prostu... zaprowadź ją do głównej sali.
Avon, jeśli za godzinę nie będziesz siedziała obok mnie, możesz
zapomnieć o studiach na Coruscant.
Avon zrzedła mina i przeszedł ją zimny dreszcz. Poświęciła całe miesiące
na negocjacje i przymilanie się matce, aby pozwoliła jej podjąć naukę
poza strefą blokady kontrolowaną przez Nihilów, a teraz cała jej ciężka
praca miała pójść na marne?
-?Ale przecież obiecałaś! Już mnie przyjęli i wszystko załatwione! Mamo,
nie mogę tu zostać. Tu nie jest bezpiecznie i to nie... To nie w porządku.
-?Avon urwała i z przerażeniem poczuła, że do jej oczu napływają łzy. -
Proszę, nie zmuszaj mnie do udziału w tej kolacji! Pozwól mi opuścić
Hetzal...
Wyraz twarzy Ghirry złagodniał i wyciągnęła rękę w kierunku córki...
jednak w pół gestu zawiesiła ją w powietrzu, a potem zacisnęła w pięść.
-?Nihilowie muszą wiedzieć, że potrafię zapewnić bezpieczeństwo swojej
rodzinie. Nie możesz się tu ukrywać. Weźmiesz udział w uroczystości.
Devo, zajmij się nią.
Z tymi słowy, nie czekając na odpowiedź, wymaszerowała z pokoju, a Avon
została sama ze swoją opiekunką.
-?Cóż, szczeniaczku, wygląda na to, że negocjacje się nie powiodły -
powiedziała Deva z westchnieniem.
-?Jej... kompletnie nie obchodzi, że mogę zginąć! -?poskarżyła się Avon.
Czuła się dziwnie odrętwiała. -?Taka jest prawda. Mogę zginąć, a ona ma
to gdzieś! Dopóki wygląda w oczach innych na silną...
-?Po pierwsze, nigdy bym do tego nie dopuściła... -?zaczęła stanowczo
Deva, ale Avon zbyła ją machnięciem ręki.
-?Wiem o tym. Szczerze mówiąc, jesteś jedyną osobą, której tu ufam. -
Avon spojrzała jeszcze raz na suknię leżącą na łóżku, niebieską kopię
paskudztwa, które miała na sobie jej matka. -?To takie... głupie. Nawet
nie wiem, co świętujemy!
-?Triumf nad Jedi i Republiką podczas bitwy o Seswennę -?wyrecytowała
Deva, wzruszając ramionami. -?Pamiętaj, żeby zabrać wyrzutnię strzałek.
Obawiam się, że szykuje się niezła draka...
-?Może po prostu zostanę tutaj -?wymamrotała Avon, czując w ustach
gorzki smak bezradności. Zawsze potrafiła wymyślić wyjście z każdej
sytuacji, polegając na swojej inteligencji, tak jak jej matka polegała
na swoim uroku. Ale teraz czuła się zagubiona, bezsilna. Jak mogła
wydostać się z tej przerażającej klatki?
-?Musisz lecieć na Coruscant -?powiedziała Deva, podnosząc sukienkę i niemal ciskając nią w Avon, która ledwie zdołała ją złapać. -?I to nie
tylko ze względu na uniwersytet. Chodzi o twojego przyjaciela. Mam
wieści...
-?Mówisz o Imrim? -?zapytała Avon, czując ulgę, gdy jej myśli skierowały
się na inny tor. Zawsze czuła się lepiej, gdy nie myślała o matce.
-?Tak. Właśnie dowiedziałam się, że Kara Xoo organizuje operację na
Arichu. Mają tam cenny zasób, jakieś lokalne zioło, i sporo osób jest
zainteresowanych czerpaniem zysków z jego pozyskiwania i eksportu. To
tylko kwestia czasu, nim generał Viess również zwęszy zysk. Potrafi
wyczuć forsę na wiele parseków.
-?A gdzie leci generał, tam podążają za nią jej potwory -?wymamrotała
Avon, ponownie ogarnięta frustracją. -?Musimy więc w jakiś sposób
wydostać stamtąd Imriego. Nie mamy wyboru.
-?A co z Mkampą? -?zapytała Deva, unosząc brew.
Avon jęknęła. Od kilku miesięcy, odkąd podsłuchała rozmowę matki o doktor Mkampie pracującej nad Uderzeniem Gromu -?stacją kosmiczną,
odpowiedzialną za zasilanie i kodowanie systemów Wału Burzowego, Avon
starała się znaleźć sposób, aby dostać się na jej pokład. Jak dotąd
wszystkie próby kończyły się fiaskiem.
Potrząsnęła głową.
-?Pozwól mi tylko przetrwać dzisiejszy wieczór, a coś wymyślę.
Deva uśmiechnęła się do niej czule.
-?Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Avon ubrała się pośpiesznie, nie zawracając sobie głowy zmienianiem
butów i zostawiając pod suknią spodnie -?obszerna spódnica sięgała aż do
ziemi. Gdy sprawy przybiorą zły obrót, będzie mogła przynajmniej szybko
ją z siebie zrzucić i uciec.
Gdy wyszły, Deva trzymała się tuż za nią; wyglądała naprawdę groźnie w swojej nihilskiej masce, podczas gdy Avon starała się nie okazywać
strachu, mimo iż była bezgranicznie przerażona.
Ghirra Starros nie zdawała sobie sprawy, że za każdym razem, gdy ktoś
nastawał na życie Avon, dziewczyna miała wrażenie, jakby coraz bardziej
traciła swoją tożsamość -?jakby była jedynie ptakiem gaja, na którego
poluje się dla rozrywki. Nie spała dobrze od miesięcy -?wciąż budziły ją
koszmary, w których ktoś ją ścigał. To nie było życie -?tylko wieczna
udręka.
Kompleks Nihilów na Hetzalu był niegdyś budynkiem parlamentu -?a przynajmniej tym, co pozostało z ogromnej sali po zbombardowaniu miasta
przez Nihilów. W korytarzach wciąż ostało się kilka posągów i hologramów, przedstawiających rolniczą historię planety. Większość z nich została zniszczona -?popiersia przewrócono i pokruszono, a hologramy przeprogramowano tak, aby przedstawiały Nihilów wykonujących
nieprzyzwoite gesty lub bijących przypadkowe ofiary. Przemoc i ślady
ekscesów Nihilów były widoczne wszędzie, jak okiem sięgnąć; dekorację
stanowiły teraz sterty śmieci i szczątków. W pewnym momencie Avon
musiała nawet przejść nad nieprzytomnym Nautolaninem, który najwyraźniej
przegrał bójkę.
-?Na burzę, to miejsce szybko podupadło! -?skomentowała Deva,
spoglądając krzywo na sprośne napisy wyryte na kolumnie.
-?Nie wiem, jak możesz z nimi współpracować -?skwitowała Avon.
Deva się roześmiała.
-?Nie zawsze taka byłam. Wiesz o tym.
To była prawda. Dawno temu Deva porwała Avon, kiedy jeszcze pracowała
dla Jeźdźczyni Nawałnicy Kary Xoo. Ale w ciągu ostatniego roku wiele się
zmieniło. Avon wybrała Devę na swoją ochroniarkę, ponieważ była jedyną
Nihilką, której ufała. Nie była okrutna dla samego okrucieństwa. Jej
przemoc wydawała się rozmyślna i celowa, bardziej defensywna niż
ofensywna. A co najważniejsze, dotrzymała obietnicy danej Avon, kiedy
liczyło się to najbardziej.
Nikt inny w całym kompleksie nie zrobił dla niej tak wiele -?nawet jej
własna matka.
Były już prawie przy turbowindzie, która miała ich zabrać do głównej
jadalni, kiedy za nimi rozległ się tupot stóp. Gdy Avon się odwróciła,
spostrzegła Nautolanina, którego wcześniej widziały rozciągniętego na
ziemi. Biegł w ich kierunku, a Deva westchnęła ciężko, gdy wycelował do
nich z blastera.
-?Kryj się! -?krzyknęła, stając między nim a Avon. Wystrzelił mimo to, a jedna z salw trafiła Devę w bok. Shani krzyknęła z bólu, ale nawet się
nie zachwiała -?dobyła własnej broni i oddała jeden strzał, a potem
drugi i trzeci. Nautolanin upadł na ziemię, jego ciało drgnęło, po czym
zaległ nieruchomo na podłodze, najwyraźniej martwy.
Avon nie mogła się ruszyć. Stała jak wryta, a serce waliło jej w piersi
jak młotem. Do oczu napłynęły jej łzy, ale szybko zamrugała, aby się ich
pozbyć.
-?Nic ci nie jest? -?zapytała Deva, a potem wydała z siebie jęk,
lustrując zwęgloną skórę na żebrach. Jej bladozieloną twarz wykrzywiał
grymas bólu.
Avon skinęła głową.
-?Cała i zdrowa. Ale... on cię postrzelił! Zjesz go? -?zapytała. Kiedyś
przypadkiem podpatrzyła, co stało się z zabójcami, którzy próbowali
wykończyć Shani. Deva nie okazała skruchy, choć była nieco zawstydzona.
-?Mogę z tym... poczekać... -?wymamrotała kobieta, ale Avon potrząsnęła
głową.
-?Nie. Mam pewien... pomysł -?powiedziała i uśmiechnęła się, gdy dotarło
do niej, że to prawda. Po miesiącach frustracji w końcu zaczęła widzieć
światełko w tunelu. Ba! Wszystkie elementy układanki zaczęły wskakiwać
na swoje miejsca, tworząc jasną, zwięzłą wizję, umożliwiającą realizację
każdego z jej celów. Nie było to co prawda rozwiązanie, na które
zdecydowałaby się jeszcze kilka miesięcy temu, ale była zdesperowana. Im
dłużej pozostawała w przestrzeni Nihilów, tym trudniej będzie jej
osiągnąć zamierzone cele. -?Moja matka chce, żebym była silna.
Udowodnijmy jej, na co mnie stać.
Deva jadła szybko i równie szybko trawiła, więc po kilku chwilach z Nautolanina pozostała tylko głowa z mackami i para ciężkich butów, które
Shani sobie przywłaszczyła. Avon podniosła czerep Nihila z podłogi,
chwytając go za głowoogony. Cieszyła się, że ma na dłoniach rękawiczki,
ponieważ sam widok sprawiał, że robiło jej się niedobrze. Nie chciała
dotykać tego obrzydlistwa gołymi rękami
-?Chodźmy zrobić wielkie wejście -?mruknęła.
Szybko dotarły do Sali Oka, jak wszyscy nazywali teraz dawną
parlamentarną aulę. Rzędy siedzeń wznosiły się wysoko w półokręgu,
otaczając podium w centrum pomieszczenia. Kiedyś prawodawcy Hetzala
omawiali tutaj ważne sprawy swojego świata, dbając o dobrobyt
miejscowych obywateli. Teraz Nihilowie urządzali tu sobie strzelaniny i objadali się wyszukanymi potrawami z produktów skradzionych rolnikom i mieszkańcom planety, podczas gdy oni sami głodowali.
Avon nienawidziła ich wszystkich razem i każdego z osobna i nie mogła
się doczekać, aż zostaną rozbici w proch i pył.
Teraz postarała się jak najlepiej zaprezentować ową pogardę i nienawiść,
przybierając odpowiednią minę. Weszła do sali bankietowej i skierowała
się prosto do głównego stołu -?ustawionego na podwyższeniu, w centrum
uwagi wszystkich zgromadzonych -?przy którym siedzieli generał Viess,
Marchion Ro i jej matka. Otaczało ich grono pochlebców i lizusów,
walczących zaciekle o ich względy. Po drodze Avon odepchnęła łokciem
jednego z Nihilów, który wszedł jej w drogę, a Deva warczała na każdego,
kto zanadto się zbliżył.
Ghirra dostrzegła ją jako pierwsza i zerwała się na równe nogi, gdy jej
córka zbliżała się do stołu. Avon nie zadała sobie nawet trudu, by się
przywitać. Wolną ręką odepchnęła ostatniego z Nihilów, stojącego między
nią a jej matką, i wspięła się na podium.
-?Avon! Co się dzieje?
Jej córka rzuciła na stół głowę Nautolanina, a ta odbiła się od pustego
nakrycia Ghirry i potoczyła się tak, że jedna z macek wylądowała na
talerzu Marchiona. Avon ponownie poczuła mdłości, które stłumiła z najwyższym trudem.
-?Deva i ja lecimy na Coruscant. Dzisiaj w nocy. Idę na studia. Mam dość
życia w tym parszywym miejscu.
W sali zapadła głucha cisza, a Avon poczuła, jak jej determinacja
słabnie. Czy naprawdę cisnęła właśnie czerepem martwego Nihila w swoją
matkę i Marchiona Ro? To nie mogła być ona! Ona była przecież porządnym,
dobrym dzieckiem, a nie potworem rzucającym w innych głowami...
Cóż, może kiedyś, zanim spędziła miesiące w towarzystwie Nihilów. Teraz
Avon myślała tylko o tym, by przetrwać.
Zdała sobie sprawę, że nie ma potrzeby czekać na odpowiedź. Jej matka
chciała, żeby była taka jak Nihilowie, więc powinna brać bez pytania to,
czego pragnęła. Czyż nie tak właśnie postępowali podwładni Marchiona Ro?
Odwróciła się na pięcie i wyszła z sali, a jej kroki rozbrzmiały głośno
w ciszy, która zapadła po jej dramatycznym wystąpieniu. Całą swoją
wściekłość zamaskowała ponurą miną, łypiąc na wszystkich gniewnie, jakby
rzucała im wyzwanie, by spróbowali ją zatrzymać.
Nikt tego nie zrobił. Nie umiała jednak powiedzieć, czy to dlatego, że
Deva podążała tuż za nią, czy po prostu się bali.
Ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, opuszczając Salę Oka, był śmiech
Marchiona Ro, jakby ktoś właśnie opowiedział mu najzabawniejszy żart,
jaki kiedykolwiek usłyszał.
Wiele wysiłku kosztowało ją, by utrzymać równy krok i nie rzucić się do
wyjścia w panicznej ucieczce.
Rozdział drugi
ROZDZIAŁ
DRUGI
Xylan Graf miał zły dzień. Właściwie to
mało powiedziane -?prawda była taka, że Xylan miał zły dzień, a ten
stanowił zwieńczenie okropnego tygodnia po wyjątkowo frustrującym
miesiącu i głęboko irytującym roku. Nie powinien tak ciężko pracować,
mając tak niewielkie wsparcie i nie mogąc pozwolić sobie na żadne
luksusy -?a przynajmniej nie takie, na jakie zasługiwał.
A poza tym zdecydowanie nie lubił, gdy na niego krzyczano.
-?To niczego nie wyjaśnia! -?Generał Viess rąbnęła zieloną pięścią w lśniący, metalowy blat stołu. Hologram nihilskiego Wału Burzowego
zadrżał pod wpływem uderzenia. Xylan przesunął dłonią po panelu
sterowania i obraz zniknął.
-?Właśnie dlatego -?powiedział ostrożnie -?przedstawiłem w raporcie
kilka alternatywnych hipotez.
Raporcie, którego sporządzenie było dla niego uciążliwym obowiązkiem.
Nie pracował dla Nihilów. Tylko z nimi. Miał
własne ambicje.
Być może, jeśli będzie to sobie powtarzał odpowiednio często, w końcu w to uwierzy.
-?Zacznijmy od tego -?syknęła Mirialanka -?że konieczność napisania
podobnego raportu w ogóle nie powinna mieć miejsca. Nikt nie powinien
przedostać się przez Wał Burzowy!
Siedząca obok Xylana doktor Zadina Mkampa parsknęła drwiąco.
-?W galaktyce nie ma nic całkowicie niezawodnego.
Xylan skinął ciemnoskórej kobiecie głową. Lewa połowa jej twarzy była
cybernetyczna, włącznie z przerażającym czerwonym okiem, a w lewym
ramieniu miała więcej sztucznych komponentów niż ciała. Nie lubił jej,
ale nie z powodu wszczepów i protez. Nie podobało mu się jej obsesyjne
oddanie pracy, bo sprawiało, że nie ceniła niczego poza nią, co
skutecznie uniemożliwiało mu jej przekupienie.
Cóż, przynajmniej odwracała od niego uwagę mirialańskiej generał.
Ponieważ najwyraźniej to jego obarczano winą za naturalne wyłomy w Wale
Burzowym, Xylan musiał wkraść się z powrotem w łaski Viess -?to znaczy,
zakładając, że w ogóle kiedykolwiek kogokolwiek nimi darzyła. Jego zły
rok stałby się nieskończenie gorszy, gdyby wciąż czuł jej wściekłe
dyszenie na karku.
To nie jego wina, że Jedi Avar Kriss była na tyle dobra w tym, co
robiła, iż udało jej się przedrzeć przez Wał Burzowy. Marchion Ro i jego
nihilscy poplecznicy powinni być wdzięczni, że minął cały rok, nim
komukolwiek udało się tego dokonać. Nihilowie nie słynęli przecież z niezawodności ani solidności, a ta technologia była w najlepszym razie...
cóż, eksperymentalna. On z pewnością nie mógł jej ulepszyć -?potrafił
tylko rozwiązywać problemy i przekonywać wszystkich, że wie, co robi.
Bez Chancey Yarrow, która ją wynalazła, nie mógł wskórać nic więcej.
-?Rozmieść więcej Ziaren Burzy -?nalegała generał Viess.
Xylan utkwił w niej wzrok i gapił się na nią bez słowa. Wyjaśnił jej już
wcześniej, że dodawali urządzenia w miarę jak Wał Burzowy się rozszerzał
-?i że nie było to wcale takie proste, jak zagęszczanie oczek sieci. To
była zaawansowana technologia, a nie jakieś prymitywne laserowe lasso.
Nie miał ochoty tłumaczyć jej tego wszystkiego ponownie. Miał za to
ochotę na zimne wino lodowe z Naboo, wykwintny tort z fasoli fontra i trwające dziesięć lat wakacje -?może w ramach tego miesiąca miodowego,
który został mu tak okrutnie odebrany, gdy Nihilowie pojmali go jako
zakładnika w zeszłym roku.
Zamiast tego, jak przypuszczał, po raz kolejny będzie musiał przechodzić
przez wszystkie etapy wyjaśniania sposobu działania Wału Burzowego jak
bancie na rowie, całkiem jakby generał Viess była jego nowo narodzonym
kuzynem. Którego Xylan oczywiście jeszcze nie spotkał, ponieważ utknął w przestrzeni Nihilów, opiekując się tą najnowocześniejszą technologią,
wykorzystywaną nieudolnie jak jakaś prymitywna broń. Nikt na tym nie
zarabiał, a już na pewno nie on -?przynajmniej na razie. Xylan odchylił
się na oparcie krzesła i upił łyk kwaśnego napoju z kofeiną, który stał
obok niego.
Powinien był wiedzieć, że technologia opracowana przez Chancey Yarrow -
za pieniądze Grafów -?na pokładzie Serca Grawitacji przed jego
zniszczeniem nie zostanie wykorzystana do pomocy jego rodzinie w osiągnięciu dobrobytu, ale do zaszkodzenia Republice.
Nie to jednak budziło największą niechęć Xylana -?Republika była w najlepszym razie przereklamowanym, nadmiernie biurokratycznym tworem,
który rzadko realizował przyświecające mu ideały. Zasadniczo sprowadzała
się do rządu -?i jak każdy rząd, była warta tylko tyle, co ludzie,
którzy go tworzyli. I właśnie dlatego Nihilowie w dłuższej perspektywie
mieli ponieść porażkę. Xylan wiedział, że byli jedynie piratami,
próbującymi stworzyć coś na kształt imperium.
Mieli szczęście, że okazał się na tyle przezorny, by zbudować tę stację
kosmiczną, która powstawała równolegle z Sercem Grawitacji Chancey.
Opracowywanie planów awaryjnych na wypadek niepowodzenia planów
awaryjnych mogłoby być mottem rodziny Grafów. Szkoda, że Nihilowie
zapamiętali jego rolę w porażce z poprzedniego roku i nieubłaganie
przybyli, aby upomnieć się o swoje, oblegając jego wspaniały Blask
Grawitacji, zmuszając go do zmiany nazwy na Uderzenie Gromu i zatrzymując jako zakładnika, aby kierował z jego pokładu Wałem Burzowym.
Na domiar złego... przemalowali stację! Zmieniła się nie do poznania:
eleganckie wieże pokryte były niebieskimi oczami, a kopułę obserwacyjną
zamieniono w ring, na którym Nihilowie mogli dawać upust swojej
frustracji podczas obstawianych walk. Oburzające.
Zanim Xylan zdążył zdecydować, od czego tym razem zacząć wyjaśnienia,
jego uwagę przykuł potwór w odległym kącie sali konferencyjnej.
Patrzył na niego.
Xylan nigdy nie interesował się Mocą, dopóki nie zobaczył spustoszeń,
jakie ta istota i inne podobne jej stworzenia potrafiły siać wśród Jedi.
Potwór, o którym niektórzy mówili dość romantycznie jako o bezimiennym
lub Niwelatorze, kulił się i zawzięcie węszył. Jego szkieletowate ciało
wyglądało, jakby zostało poskładane na chybił trafił z różnych
przypadkowych części. Pokryte cienką białą skórą i porośnięte rzadką
sierścią, wyglądało, jakby ledwie trzymało się w jednym kawałku. Owa
pomarszczona skóra, która zwisała, gdy stwór trwał w bezruchu,
przywodziła Xylanowi na myśl jego wiekowych przodków. Ale w przeciwieństwie do nich, stwór był również uzbrojony w szponiaste łapy,
macki i emanował groźną energią. No i te jego oczy... Oczy, które znów
wpatrywały się w Xylana, wydawały się zaglądać prosto w jego duszę.
Całkiem jakby stworzenie wiedziało, że mężczyzna nie jest jednym z nich. Bo faktycznie, Graf znalazł się tu z powodu
kilku złych decyzji podjętych przez jego rodzinę i własnych problemów
finansowych.
Czuł się... osądzany.
Ten bezimienny, mniej romantycznie nazywany Pożeraczem Mocy, był
zdecydowanie większy od ostatniego, którego widział Xylan -?większy i brzydszy. Macki wyrastające z jego paskudnego pyska okazały się dłuższe
i bardziej przypominały robaki, a kostne wypustki na grzbiecie wydłużały
się, tworząc złowrogo wyglądające kolce. Nie był muskularny, raczej
wychudzony, jednak nie sprawiał wrażenia słabego. Wyglądał po prostu na
bardzo, ale to bardzo głodnego.
-?Graf! -?warknęła generał Viess.
Xylan oderwał wzrok od potwora i się uśmiechnął. Niemal natychmiast
przyszło mu do głowy, że stanowczo zbyt szeroko.
-?Przepraszam. Twój pupil rozprasza moją uwagę.
-?Za chwilę może cię rozproszyć jeszcze bardziej -?burknęła Mirialanka.
-?Nie, dziękuję. -?Xylan wygładził swoją fioletową jedwabstenową
marynarkę. Jego gest nie umknął uwagi Viess. Strój generał nie był w zasadzie mundurem, ale z pewnością sprawiał takie wrażenie -?prosto
skrojony, utrzymany w barwach głębokiej czerni i krwistej czerwieni, z lśniącymi, metalowymi guzikami. Gęste włosy kobiety zostały zaczesane do
tyłu i spięte wysadzanymi klejnotami spinkami, a wstążki na jednym
ramieniu sugerowały jakąś rangę, choć zasadniczo wśród Nihilów zależała
ona od liczby zamordowanych ofiar. Ale generał Viess należała do trójki
najbliższych doradców Marchiona Ro. I najwyraźniej ceniła sobie luksus
oraz miała dobry gust. Być może zamiast się z nią kłócić, warto byłoby
spróbować się z nią zaprzyjaźnić? A przez zaprzyjaźnienie się Xylan miał
oczywiście na myśli próbę przekupstwa.
Ma się rozumieć, krążyły też plotki, że w zamian za swoją rangę Viess
oddała Ro i Nihilom całą planetę Sarumo, więc z pewnością nie można jej
było ufać.
Xylan mógł jednak policzyć na palcach jednej ręki osoby, którym ufał, a one prawdopodobnie nie odwzajemniały jego zaufania -?z wyjątkiem jego
męża, który nie powinien.
-?No dobrze -?powiedział, starając się nie brzmieć zbyt protekcjonalnie.
-?Projekt Blask Grawitacji miał na celu wyciąganie statków z nadprzestrzeni poprzez tworzenie studni grawitacyjnej -?sztucznej
przeszkody. Oddziałuje ona na nadprzestrzeń jak mała planeta, powodując
awarię hipernapędu i wyrywając statki z nadprzestrzeni nawet podczas
lotu wytyczonymi szlakami. Może również po prostu je niszczyć, tak jakby
uderzały w planetarną przeszkodę...
Kątem oka Xylan zauważył, jak doktor Mkampa przewraca swoim jedynym
ludzkim okiem. Nie przejął się tym. Kontynuował:
-?Na podstawie tej technologii zostały opracowane urządzenia, którym
możemy nadawać formę sieci, tworzącej Wał Burzowy. To małe satelity,
które nieustannie porozumiewają się ze sobą i są połączone. Połowa z nich to zmodernizowane nadajniki nadprzestrzenne. Komunikują się one,
rozprzestrzeniając impulsy fraktalne o sile zbliżonej do jednej
dziesięciotysięcznej siły zakłócenia grawitacyjnego, wywoływanego przez
Serce. Nie wystarcza to, aby wpłynąć na przestrzeń rzeczywistą, ale w nadprzestrzeni może spowodować awarię wszystkich hipernapędów, co
unieruchamia statki, choć częściej po prostu je niszczy. Przedostanie
się przez blokadę jest możliwe tylko w jeden sposób, ten sam, w jaki
przedostajemy się przez naturalne przeszkody grawitacyjne -?czy może
raczej, w jaki je okrążamy. Można tego dokonać jedynie posiadając
namiary na bezpieczną trasę. W tym przypadku jest to jedna z setek
istniejących Ścieżek, przekazanych Nihilom przez Mari San Tekkę. -?Xylan
wykrzywił usta w niedbałym uśmieszku. Nie lubił potwierdzać zasług San
Tekków, ale nie dało się zaprzeczyć, że Mari była swego rodzaju
teoretyczną geniuszką.
-?Tak, wiem -?burknęła generał Viess. -?Potrzebujemy konkretnych
współrzędnych Ścieżek w określonych momentach, aby przedrzeć się przez
Wał Burzowy.
-?Impulsy fraktalne są powiązane ze Ścieżkami -?potwierdził. -?Tak więc
Ścieżki są kodem. Impulsy zmieniają się co dwanaście godzin -?i jeśli
ktoś posiada napęd oraz właściwy kod Ścieżki, może przelecieć przez Wał.
-?Ta Jedi, która uciekła, nie dysponowała silnikiem Ścieżki, nawet jeśli
miała właściwy kod z komputera nawigacyjnego "Kakofonii"!
-?Dlatego zadziałało to tylko raz -?i nie da się tego powtórzyć. Bez
napędu Ścieżki, który tłumaczy jej kod, powinien on być bezużyteczny.
Jedynym wyjaśnieniem jest to, że była w stanie użyć zwykłego
hipernapędu, aby wytyczyć trasę przez sieć okluzji tworzoną przez Wał -
lub w jakiś sposób ją odgadła. Bardzo prawdopodobne, że użyła starej
technologii poszukiwawczej -?tras droidów EX, do których, jak wiemy,
miała dostęp. Już rekalibrowałem impulsy fraktalne, aby uwzględnić
historyczne szlaki nadprzestrzenne. To się nie powtórzy.
-?Powiedziałeś "jedna dziesięciotysięczna" -?mruknęła Viess. -?Jak to
możliwe, że miała tyle szczęścia?
-?Może użyła Mocy? -?podsunął Xylan, rozkładając ręce. -?A może to był
po prostu łut szczęścia. Poszukiwacze dokonywali dawniej skoków, nie
wiedząc, dokąd lecą ani co znajduje się przed nimi. Właśnie w ten sposób
wytyczano szlaki nadprzestrzenne. -?Xylan wstał. -?Chcę przez to
powiedzieć, że najbardziej prawdopodobne rozwiązanie jest takie, iż ta
Jedi miała dostęp do zagubionej trasy nadprzestrzennej, która
przypadkowo pokrywała się ze Ścieżką -?i nikt nie będzie w stanie tego
powtórzyć. Dokładanie kolejnych Ziaren Burzy nie pomoże. Ale jeśli
naprawdę chcesz, możesz porozmawiać o tym z doktor Mkampą. -?Xylan
skłonił się jej szyderczo, nie mogąc się powstrzymać. -?To ona majstruje
przy sprzęcie. Ja jestem tylko teoretykiem.
Doktor Mkampa roześmiała się i poklepała go po ramieniu swoimi
cybernetycznymi palcami.
-?Nie umniejszaj swoich zasług, Xylanie. Bez ciebie nie dalibyśmy rady.
Odebrał to jako groźbę. Bezceremonialnie strząsnął jej dłoń.
-?Czy możesz wysyłać impulsy szybciej? -?zapytała generał Viess. -
Zwiększyć częstotliwość?
To było zaskakująco trafne pytanie jak na zatwardziałą morderczynię.
-?Być może -?odparł ostrożnie -?ale utrudniłoby to komunikację przy
wysyłaniu do wszystkich odpowiednich kodów. Już teraz koordynujemy
działania "Elektrycznego Spojrzenia", Uderzenia Gromu i jakichś
osiemdziesięciu siedmiu nihilskich statków...
-?Potrzebujesz więcej ludzi.
Wyprostował się. Oczywiście, że potrzebował więcej ludzi, ale Nihilom
nie można było ufać, a oni ledwie ufali jemu. Tak to już bywa, gdy ktoś
jest zmuszony pracować w takich warunkach. I to nie on popełnił błąd. A dopóki był skazany na współpracę z Nihilami, musiał pilnować, by o tym
pamiętali. Ci brutale cenili tylko siłę.
-?Nie. Wykonuję swoją pracę. To wy powinniście byli złapać tę Jedi,
zanim zdążyła przedrzeć się przez Wał.
-?Ty...
-?Może wy potrzebujecie więcej ludzi. -?Nie dał
jej dokończyć, pochylając się nad stołem. Serce waliło mu jak młotem,
ale -?na siódme piekło Ryloth! -?był zbyt bogaty i zbyt przystojny, żeby
harować dla tych nędznych tyranów.
Generał Viess odchyliła głowę w tył i spojrzała na niego ze wzgardą.
-?Waż słowa, chłopcze. Wbrew temu, co mówi doktor Mkampa, możemy znaleźć
kogoś, kto cię zastąpi. Mamy twoje dane i teorie. Naprawdę sądzisz, że
musimy znosić jeszcze twoje fumy?
Xylan miał na to gotową odpowiedź. Uśmiechnął się.
-?Jestem dobry w osiąganiu tego, czego chcę. Czyż nie jest to w zasadzie
motto Nihilów?
Viess wpatrywała się w niego bez słowa, a on niemal czuł widmo jej
potencjalnego gniewu, gdy obrzucała go wzrokiem. Nie przestawał się
jednak szeroko uśmiechać, aż w końcu Mirialanka skapitulowała i wybuchnęła śmiechem. Zawtórował jej. Wcale nie uważał, by było w tym coś
zabawnego, ale wiedział, że tak wypada.
Doktor Mkampa spojrzała na niego tak, jakby doskonale wiedziała, co
planuje.
-?Może udamy się do górnego kambuza na posiłek? -?zaproponował. -
Zaprojektowałem go z myślą o osobach o wyrafinowanym guście i pozostał w większości nienaruszony, pomimo... upodobań Nihilów. Będziemy mogli
kontynuować naszą rozmowę przy jednym lub dwóch hetzalskich aperitifach.
Jak się domyślam, przywiozłaś ze swojej ojczyzny jakieś ziołowe środki
pokrzepiające?
Generał Viess skinęła głową.
-?Myślę, że ci posmakują, choć ludzki organizm może na nie różnie
reagować.
-?Zaryzykuję -?odparł lekko Xylan.
-?Ja podziękuję -?wymamrotała doktor Mkampa. -?Alkohol raczej mi nie
służy.
Xylan wiedział, że kobieta chce po prostu jak najprędzej wrócić do
swojej piaskownicy. Kryształowa sieć, którą tworzyła na trzech niższych
poziomach stacji, zasilała cały Wał Burzowy. Byłby pod wrażeniem, gdyby
tylko zechciał sobie na nie pozwolić -?a jeszcze większym, gdyby
pozwoliła mu sprzedawać tę technologię. Ale niektórzy naukowcy zajmowali
się podobnymi rzeczami jedynie dla odkryć samych w sobie, postępu czy
czego tam jeszcze. Mkampa zajmowała się tym z obsesyjnej żądzy wojny.
-?Czy twoi pupile też muszą z nami iść? -?Xylan wskazał Pożeracza Mocy i cztery sztuki -?tak, cztery, co było absolutną przesadą -
droidów-egzekutorów, które nie odstępowały Viess na krok. Czysta
technika zastraszająca.
-?Dlaczego? Czy ich obecność cię denerwuje, Xylanie? -?zapytała generał
z udawaną niewinnością.
-?Tak -?odparł ostro.
Viess zamrugała, jakby zaskoczona, że się do tego przyznał. Ale nie
martwił się, że weźmie go za tchórza. Nie było powodu, by inwestować w heroizm, a on miał w zwyczaju grać atutami, które otrzymał od losu: nie
odwagą czy prawością, tylko pieniędzmi i arogancją.
Viess wzruszyła przyozdobionym epoletem ramieniem.
-?W porządku.
Doktor Mkampa machnęła lekceważąco ręką i wyszła.
Gdy Viess odprawiła swoją świtę, Xylan zaprowadził ją do górnego
kambuza. Był naprawdę imponujący -?wyposażony w miękkie poduszki i najnowocześniejszy sprzęt. Same szafki mogłyby pomieścić zapasy
wystarczające do wyżywienia kolonii na małym księżycu przez cały rok. Co
prawda brakowało rarytasów i ręcznie zbieranych owoców, w których
gustował Xylan, ale jedzenia było w bród. Pokazał Viess cierpki likier z Hetzala, o którym wspomniał wcześniej, i namówił niskiego rangą Nihila,
który został wyznaczony na szefa kuchni Uderzenia Gromu, aby przygotował
mały wegetariański posiłek -?nie dla Mirialanki, ale dla niego samego.
Był wybrednym smakoszem i lubił udawać, że jest jeszcze bardziej
grymaśny niż w rzeczywistości. Dzięki temu wiele się nauczył o innych: o tym, jak daleko są w stanie się posunąć, aby dostosować się do wymogów
czyjejś diety.
Słodkimi słówkami namówił Viess, aby opowiedziała mu kilka historii o swoich wyczynach -?na tyle krwawych, że cieszył się, iż nie słucha ich
na trzeźwo. Usłyszał między innymi szczegółową relację o tym, jak była
świadkiem egzekucji Wielkiego Mistrza Jedi Vetera -?całkiem jakby cała
galaktyka nie widziała transmisji -?oraz dowiedział się o podziwie,
jakim Viess darzyła Marchiona Ro.
Szczerze mówiąc, on również podziwiał niektóre cechy Ro: może i Oko był
niebezpiecznym megalomanem, ale podporządkował sobie pokaźny zakątek
galaktyki, tuż pod nosem Republiki. Tego nie dało się kupić za żadne
pieniądze. Xylan mógłby też przyznać, gdyby został do tego zmuszony, że
pieniądze to nie wszystko. Dobrze było mieć również na przykład
wyjątkowo uroczego psa. Mimo to wciąż pozostawał nieprzekonany odnośnie
do korzyści płynących z posiadania męża. Taka relacja wiązała się nie
tylko z irytującymi uczuciami, ale i z niebezpieczeństwem, że owe
uczucia zostaną odkryte i wykorzystane przeciwko niemu.
Zanim pogrążyli się zbytnio we wspomnieniach lub zaczęli się kłócić -
albo, co gorsza, nim generał Viess uznała, że Xylan z nią flirtuje, aby
coś ugrać -?uśmiechnął się, posłał starszej Mirialance całusa i się
pożegnał.
Kiedy upewnił się, że jest sam, wyprostował ramiona i wyrównał chód. Nie
był wcale tak pijany, jak udawał. Rozważał zatrzymanie się, aby omówić
wydarzenia dnia z doktor Mkampą, ale jak już wspomniał, nie lubił jej.
Jedyne osoby, które darzył sympatią, były daleko stąd.
Z wyjątkiem Plinki.
Jego kwatery na pokładzie Uderzenia Gromu znajdowały się na najwyższym
poziomie. Były to pomieszczenia najbardziej zbliżone do luksusowego
apartamentu, na jakie można liczyć na czymś, co w zasadzie przypominało
jedynie nieco podrasowany holownik. Ma się rozumieć, Uderzenie Gromu
było elegancko zaprojektowane i utrzymywane w idealnym stanie. Xylan
nigdy nie zaniedbywał tego, co należało do niego -?lub kiedyś należało. Poza tym stanowiło to najnowszy
element strategii dominacji Nihilów, a życie Xylana zależało od tego,
czy ta się sprawdzi. Wszystko musiało działać bez zarzutu. Konstrukcja z jasnego stopu na durastalowym szkielecie pyszniła się w przestrzeni
kosmicznej jak smukła wieża, najeżona antenami komunikacyjnymi i lśniącymi kryształami.
Kiedy położył dłoń na panelu sterowania, który odczytał jego sygnaturę
elektromagnetyczną i otworzył zamek, Xylan poczuł, jak napięcie opuszcza
jego mięśnie.
W chwili, gdy wszedł do swojej kwatery, powitała go góra miękkiego,
chłodnego, białego futra jego wielkiego śnieżnego theljańczyka. Plinka
wiedziała, że nie powinna go lizać, ale mimo to wystawiła niebieski
jęzor i zaczęła się o niego ocierać, zataczając wokół jego nóg kręgi tak
ciasne, jak tylko zdołała na swoich sześciu potężnych łapach.
Xylan pochylił się, zanurzając śniade palce w jej gęstej sierści.
Pachniała piżmem i kwiatami czarnego jaśminu, tym samym zapachem, który
miały jego kosmetyki do pielęgnacji włosów.
Nie powinien był zabierać ze sobą Plinki. Powinna być bezpieczna na
Coruscant lub u jego babki. Może wrócić na Thelj, znaleźć sobie psiego
męża i mieć gromadkę długonogich szczeniąt.
-?Muszę się zdrzemnąć -?poinformował ją. Plinka cofnęła się, mrugając
zawzięcie czworgiem oczu. Uśmiechnął się do niej. Wiedział, że
bezbłędnie rozpoznaje po zapachu, w jakim jest nastroju.
Przebiegła przez miękki dywan do łukowatego wejścia prowadzącego do jego
sypialni. Usłyszał stłumione skrzypnięcie szafy i się roześmiał.
Domyślił się, że nie mogła znaleźć jego ulubionej koszuli nocnej.
-?Idź się położyć, Plinko -?powiedział i zaczął zdejmować swój
wielowarstwowy jedwabny strój. Gdy się przebrał, umył twarz i zęby, a następnie nałożył na skórę kilka warstw kremów i balsamów. Rozczesał
włosy -?naprawdę urosły już zbyt długie. Ale nikomu na pokładzie
Uderzenia Gromu nie można było powierzyć ich przycięcia. Nikt na żadnej
z planet, na których sporadycznie bywał po tej stronie Wału Burzowego,
nie potrafiłby odpowiednio tego zrobić.
Pomyślał, że będzie musiał wrócić do przestrzeni Republiki raczej
wcześniej niż później. Minęło już sporo czasu, odkąd ostatni raz
rozmawiał szczerze ze swoją nemezis.
Poczyniwszy przygotowania do snu, usiadł przy swoim osobistym terminalu
łączności i zabrał się do nagrywania wiadomości dla generał Viess.
-?Pani generał -?powiedział -?przepraszam za kłopot, ale zastanawiałem
się nad tym, o czym rozmawialiśmy, i tym, co powiedziałaś o konieczności
zwiększenia liczby ludzi. Podtrzymuję swoje zapewnienia, że nie
potrzebuję większej siły roboczej, ale przydałoby się nieco dodatkowych
zasobów. Chciałbym prosić o zezwolenie na przejście przez Wał Burzowy i możliwość spotkania z senator Ghirrą Starros, aby porozmawiać o tym, co
może dla mnie zrobić. Dla nas. Byłbym zobowiązany, gdybyś udzieliła mi
tej zgody. -?Xylan postarał się, by w jego głos wkradły się ciepłe nuty.
Babka byłaby z niego dumna. -?I... mógłbym przywieźć trochę tego likieru
chili, o którym rozmawialiśmy podczas kolacji.
Nacisnął przycisk, aby wysłać prośbę, i usiadł wygodnie. Plinka
westchnęła głęboko, jak to śnieżne psy mają w zwyczaju, i oparła się o niego ciężko. Xylan miał nadzieję, że do rana otrzyma zgodę. Wtedy w przyszłym tygodniu mógłby być już na Coruscant. Warto będzie znosić
obecność przerażającego ochroniarza Nihilów -?czyli w zasadzie niańki -
którego mu przydzielą.
Doskonale wiedział, gdzie w Jądrze można zrobić świetną fryzurę.
Rozdział trzeci
ROZDZIAŁ
TRZECI
Avon Starros stała przed wejściem do
Świątyni Jedi na Coruscant i starała się wtopić w tłum uczonych,
odwiedzających archiwa Jedi. Poprawiła niebieską szatę, licząc na to, że
nikt nie zwróci uwagi na chudą dziewczynę o burzy kręconych włosów i brązowej skórze. Lekki wiatr targał rąbkiem jej kaptura, więc naciągnęła
go mocniej na oczy i spróbowała uspokoić szaleńcze bicie serca. Brała
głębokie oddechy, przywołując kojące wizje -?oceanów, wód na jej
rodzinnym Hosnian Prime, ptaków gaja, szybujących nisko nad falami i wyławiających z toni nieostrożne ryby...
Kiedy poczuła się lepiej, bardziej skupiona i mniej przestraszona,
obejrzała się przez ramię, aby upewnić się, że nikt jej nie śledzi.
O ile była w stanie stwierdzić, nikt za nią nie podążał.
Przed siedzibą zakonu było tłoczno -?roiło się tu nie tylko od Jedi
przychodzących do Świątyni i ją opuszczających, ale i od petentów,
pragnących przedstawić swoje sprawy zakonowi. Wcześniej osoby szukające
pomocy Jedi były nieliczne -?sporadyczni pielgrzymi z odległych miejsc,
których czasami można było zobaczyć w okolicach Świątyni. Teraz wzdłuż
niedawno utworzonego szpaleru świątynnych strażników gromadziły się
tłumy istot, wołających o pomoc, krzyczących do Jedi, aby wyzwolili tę
lub inną planetę odciętą przez Wał Burzowy, uwięzioną i uciśnioną pod
jarzmem Nihilów.
Jarzmem, które Avon znała aż za dobrze.
Patrzyła na nich wszystkich -?i czuła niewymowny smutek. Dobrze
wiedziała, jak się czują. Próbowała nawet tego samego, co oni, aby
znaleźć rycerkę Jedi Vernestrę Rwoh, swoją przyjaciółkę i jedyną
nadzieję, jednak strażnicy świątynni byli uprzejmi, ale stanowczy, nie
udzielając jej pomocy -?nie oferując nawet zapewnienia, że przekażą
wiadomość.
Teraz zamierzała wykorzystać to, czego nauczyła się podczas pobytu wśród
Nihilów.
Rozejrzała się ukradkiem jeszcze raz, aby upewnić się, że Deva stoi
dokładnie w umówionym miejscu i obserwuje ją z daleka. Kiedyś
nienawidziła, gdy ktoś kompetentny i stanowczy miał na nią oko. W końcu
ostatnie kilka lat spędziła z droidką opiekunką, J-6, którą łatwo było
zmanipulować. Ale Deva słusznie zauważyła, że niektórzy z Nihilów nadal
ukrywają swoje prawdziwe przekonania, tak jak przez długi czas robiła to
Ghirra. Ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę Avon, było stanie się tym,
co Deva zawsze nazywała łatwym celem -?eufemistyczne określenie na
ofiarę, która podaje przeciwnikom swoją głowę na srebrnej tacy.
-?Czy wszyscy gotowi? -?rozległ się zakłócany szumami obręczy
translacyjnej głos. Ithoriański wykładowca, doktor Yomo Vrex, obrzucił
zniecierpliwionym spojrzeniem grupę studentów, za których był
odpowiedzialny. Nie chciał pozwolić Avon do niej dołączyć, ponieważ jej
praca dotyczyła teorii kryształów, a nie agrobiologii, ale kiedy
wspomniała, że pracuje pod kierunkiem profesor Glenny Kip nad hybrydami
Drengirów, zmienił zdanie. Dzięki niech będą gwiazdom za przewidywalność
harmonogramu wykładów z nauk biologicznych i coroczną wycieczkę do banku
nasion w archiwach Jedi. Gdyby tylko wydział geologii był choć w połowie
tak zorganizowany...
Grupa zaczęła kierować się w stronę pilnie strzeżonego bocznego wejścia,
mijając z prawej petentów, którzy przybyli prosić Jedi o wsparcie. Avon
bardzo chciała zapytać ich, co wiedzą na temat Strefy Okluzji, obszaru
przestrzeni za Wałem Burzowym, ściśle kontrolowanym przez Nihilów -?i czy słyszeli coś więcej na temat uwięzionych tam członków zakonu.
Niedawno pojawiły się pogłoski o ucieczce rycerki Jedi ze Strefy
Okluzji, a Avon nie posiadała się z radości, gdy o tym usłyszała. Było
to na tyle ważne, że przerwano nawet zajęcia, aby ogłosić triumf przez
szkolny system komunikacyjny, a wszyscy zaczęli wiwatować. Avon spotkała
kiedyś Avar Kriss -?mistrzynię, której udało się przedrzeć przez Wał
Burzowy. Wyglądała tak samo jak wszyscy Jedi, jakich Avon kiedykolwiek
poznała -?z wyjątkiem irytującego nawyku nucenia pod nosem. Ale jeśli
ona potrafiła to zrobić, to inni też mogli.
Wzięła głęboki oddech i po raz kolejny powtórzyła sobie, że nie może się
martwić o Imriego. Z pewnością był bezpieczny. W przeciwnym razie
wszystko, co robiła, okazałoby się daremne -?przynajmniej w większości.
No i pozostawała jeszcze kwestia jej zemsty.
Przez chwilę znów przebywała na pokładzie Gwiezdnego Blasku, biegnąc
korytarzami wraz z J-6 i Imrim, podczas gdy alarmy wyły, a oni próbowali
znaleźć drogę ucieczki z pokładu stacji -?byli już niemal wolni, prawie
bezpieczni. A potem wszystko poszło bardzo, ale to bardzo źle.
Wspomnienie zniknęło równie szybko, jak się pojawiło, a Avon przełknęła
ślinę.
"Koniec ze łzami" -?upomniała się w duchu. Imri był na razie bezpieczny.
Nadszedł czas, by działać.
Tłum studentów biologii w końcu ruszył do przodu, a ona wraz z nim.
Świątynia Jedi robiła spore wrażenie -?to znaczy, jeśli ktoś interesował
się architekturą i sztuką. Ona niespecjalnie, więc skupiała uwagę
wyłącznie na majaczących w oddali drzwiach. Miała ochotę biec w ich
stronę, odepchnąć stojącą przed nią Pantorankę i skierować się prosto do
najbliższego terminala łączności, ale powstrzymała się i zamiast tego
skupiła na oddechu. Słyszała historie o strażnikach Jedi, którzy
zatrzymywali nihilskich sabotażystów, wyczuwając ich agresywne myśli.
Nie chciała ryzykować, że ktoś zorientuje się, iż kierują nią inne
motywy niż chęć odwiedzenia banku nasion -?zwłaszcza że wszyscy na
uniwersytecie znali ją jako Avon Sunvale, a nie Avon Starros. Niestety
miała do ukrycia więcej, niż inni mogliby przypuszczać.
To była prawdziwa ironia, że aby uniknąć zdemaskowania podczas
wchodzenia do Świątyni, wykorzystywała techniki medytacyjne, których
uczyła ją Vernestra. Była odprężona. Była opanowana i spokojna. Była
jednością z galaktyką, a galaktyka była jednością z nią. Nie było
powodu, aby strażnicy stojący przy drzwiach poświęcili jej więcej niż
przelotne spojrzenie...
W końcu znalazła się w środku, w imponująco zdobnym, przestronnym holu,
pośród odbijających echo ścian, kierując się w stronę turbowind, które
miały zabrać ją do banku nasion.
Stopniowo zwalniała, aż wreszcie znalazła się na końcu kolejki, chowając
się za parą Togrutanek, zachwycających się gobelinami i posągami w holu.
Następnie ukryła się w pobliskiej wnęce. Zdjęła szatę i odwróciła ją na
lewą stronę, zastępując niebieskie barwy wyróżniające studentów biologii
pomarańczowymi, które nosili badacze geologii. Następnie, nie oglądając
się za siebie, zmieniła kierunek i ruszyła w stronę głównego wejścia do
archiwów Jedi.
Była tu raz, kilka lat wcześniej. Miała wtedy nieco ponad dziesięć lat i uznała, że sekcja publiczna poświęcona teorii kryształów kyber jest
niekompletna i nieco nudna. Powiedziała o tym nawet bibliotekarzowi,
który pomagał jej w poszukiwaniach. Jej matka była tym zawstydzona i zirytowana, a archiwista po cichu zgodził się zamówić dodatkowe
materiały, zasugerowane przez Avon.
Teraz, po tylu latach, nadal odczuwała podziw i ekscytację, które
towarzyszyły jej podczas tej pierwszej wizyty w świątynnych archiwach,
tak dawno temu. Tym razem jednak były one zabarwione desperacją. Na
szczęście nawet Jedi w Świątyni nie wyglądali na tak spokojnych, jak
wcześniej.
Nihilowie zmienili życie wszystkich -?na gorsze.
Avon znalazła wejście do archiwów i przeszła bez problemu przez bramki
bezpieczeństwa. Skierowała się do terminala najbardziej oddalonego od
wejścia, ustawionego pod takim kątem, że mogła stąd widzieć każdego, kto
nadchodził -?zarówno z lewej, jak i prawej strony.
A potem zabrała się do pracy.
Systemów Jedi nie dało się łatwo zhakować, więc nawet nie próbowała.
Zamiast tego zaczęła wydawać terminalowi polecenia -?szybciej, niż był w stanie reagować. Kiedy się zawiesił, niezdolny do przetworzenia
wszystkich komend, którymi go zasypała, machnęła na jednego z krążących
w pobliżu droidów serwisowych.
-?Mój terminal nie działa prawidłowo -?oznajmiła z uprzejmym uśmiechem,
gdy podszedł do niej ociężale.
-?Proszę pozwolić, że się temu przyjrzę -?odpowiedział droid, otwierając
port w klatce piersiowej i łącząc się z terminalem za pomocą ramienia
pobierania danych. Zbyt proste.
Gdy tylko wpiął się do systemu, klepnęła go w plecy, umieszczając na
nich niewielkie urządzenie. Natychmiast się wyprostował.
-?Dostęp przyznany. Miłego dnia -?powiedział, po czym schował ramię i odszedł. Mikromoduł został stworzony przez samą Avon -?choć
jednorazowego użytku, zawierał zaprogramowany uprzednio zestaw
instrukcji. Był prymitywny, ale wystarczająco mały, aby nie wykryły go
czujniki w Świątyni. Teraz, gdy droid zapewnił jej swobodny dostęp do
terminala, mogła zabrać się do pracy.
Spróbowała sprawdzić, czy zdoła wpiąć się do systemu lokalizowania Jedi,
ale nawet mając nieograniczony dostęp do danych, nie mogła go namierzyć.
Zagryzła dolną wargę i zastanowiła się głęboko. Może znalazłaby to,
czego potrzebowała, przeszukując przychodzące i wychodzące wiadomości?
Vernestra z pewnością wysyłała regularne aktualizacje z miejsca, w którym się znajdowała...
Skierowała zapytanie do zewnętrznego systemu łączności, szukając
korespondencji wysyłanej do Vernestry -?lub przez nią. Nie siliła się
przy tym na finezję. Doszła do wniosku, że Jedi szybko zorientują się,
iż coś knuje, ale dopóki pozwoli jej to wysłać wiadomość do Vernestry,
to wystarczy.
-?Hej, co tu robisz? -?zapytał ktoś za jej plecami. Wcisnęła przycisk
wysyłania i odwróciła się z szerokim uśmiechem na twarzy.
-?Och, cześć! -?powiedziała, otwierając szeroko oczy tak, by wypełniły
się łzami, i pociągając lekko nosem. Przed nią stał blady młodzieniec o brązowych włosach i niewyróżniającej się niczym szczególnym twarzy.
Wyglądał jak ktoś, kto za dużo się martwi, i marszczył brwi, jakby
podejrzewał ją o jakieś niecne zamiary. Oczywiście, tak właśnie było,
ale ten Jedi nie musiał o tym wiedzieć.
-?Chyba potrzebuję pomocy -?westchnęła, mając nadzieję, że wygląda jak
zagubione dziecko, a nie nastolatka myszkująca tam, gdzie nie powinna. -
Próbowałam tylko znaleźć najnowsze traktaty Lerica Schmirelanda
dotyczące pozycjonowania tras promieniowania gwiazd w odniesieniu do
technologii wykorzystywanej przez San Tekków do późniejszego mapowania
szlaków podczas Gorączki Nadprzestrzennej. I po prostu, jakoś tak... -
Urwała i dla lepszego efektu ponownie pociągnęła nosem. Nie była dobra w udawaniu płaczu, więc miała nadzieję, że wzbudziła w Jedi wystarczające
współczucie, aby jej pomógł.
Chłopak uśmiechnął się łagodnie i niezręcznie poklepał ją po ramieniu.
-?Ojej, nie płacz! Mogę ci pomóc. Dopiero co je przeglądałem. Mogę ci je
pokazać na moim module -?ten jest chyba uszkodzony.
Avon zmusiła się do zamknięcia rozdziawionych ust. Kim był ten chłopak?
-?Och, to... -?zająknęła się, ale wtedy terminal zaczął piszczeć.
Otrzymała odpowiedź na swoje zapytanie.
Uśmiech Jedi zniknął bez śladu, gdy przeczytał wpis na ekranie. Wszedł
między Avon a urządzenie.
-?Dlaczego szukasz Vernestry Rwoh? -?W sposobie, w jaki wypowiedział to
imię, było coś znajomego, co sprawiło, że pomyślała, iż trafiła w dziesiątkę.
Zamrugała.
-?Znasz Vern?
Skrzyżował ręce na piersi, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę.
-?Kim jesteś?
Wahała się przez chwilę, zastanawiając się, jakie są szanse, że zdoła
odepchnąć Jedi i przeczytać informacje na ekranie, zanim chłopak użyje
Mocy, aby ją odsunąć, tak jak kiedyś zrobiła to Vernestra. Cóż, gdy
przez jakiś czas przebywało się pod opieką przydzielonej ci w charakterze niańki Jedi, można było przyswoić wiele cennych lekcji -
głównie na temat tego, jak bardzo uciążliwi potrafią być członkowie
zakonu.
Ale potem zdała sobie sprawę, że w przypadku tego dziwnego Jedi
najlepiej sprawdzi się to, co zawsze działało w przypadku Vernestry:
prawda.
-?Nazywam się Avon Starros i szukam Vernestry, ponieważ mam dla niej
bardzo ważną wiadomość.
Jedi potrząsnął głową.
-?Czekaj, to ty jesteś tym genialnym dzieckiem?
Uśmiechnęła się do niego -?tym razem szczerze.
-?Vern powiedziała, że jestem genialna? Cóż, to prawda, ale nie
sądziłam, że to zauważyła! Zawsze traktowała mnie, jakbym trochę
słabowała na umyśle, wiesz?
Chłopak ponownie pokręcił głową.
-?Wybacz, ale... czy przypadkiem nie powinnaś być martwa? -?bąknął. -
Słyszałem, że byłaś jedną z ofiar upadku Latarni Gwiezdny Blask...
-?Cóż, to trochę... niezręczne, ponieważ właśnie opuszczam wykład na temat
długotrwałej manipulacji strukturami krystalicznymi. Poza tym możesz mi
wierzyć, że gdyby moja matka mogła wykorzystać moją śmierć jako broń,
zrobiłaby to bez wahania.
Skinął głową.
-?Hm. Masz rację.
-?No to... teraz już wiesz, kim jestem. A ty, Jedi? -?zapytała, również
krzyżując ręce na piersi.
Uśmiechnął się, jakby coś w jej słowach go rozbawiło.
-?Nazywam się Reath. Reath Silas. Myślę, że Vernestra bardzo się
ucieszy, gdy się z nią skontaktujesz.
-?Mam taką nadzieję, bo potrzebuję jej pomocy. Bez niej nie zdołam
wyciągnąć Imriego ze Strefy Okluzji.
Reath otworzył szeroko oczy, wyraźnie wstrząśnięty.
-?Czy powiedziałaś "Imri"? Jak... Imri Cantaros? On żyje?
Skinęła głową, czując, że po roku spędzonym w samotności w końcu
znalazła sojusznika. Przynajmniej jednego, który nie był Nihilem.
-?Tak. Ale mamy niewiele czasu. Planeta, na której się ukrywa, zostanie
wkrótce opanowana przez Nihilów, a tam, gdzie oni, tam i ich Pożeracze
Mocy. Pomożesz mi znaleźć Vern czy nie?
Reath potrząsnął głową i odsunął się, aby Avon mogła wreszcie zobaczyć
ekran terminala.
-?Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Vern -?to znaczy Vernestra... Cóż, ona...
zniknęła. Nie wiem, gdzie się podziewa. Pracowała z innym Jedi nad
zabezpieczeniem pewnych artefaktów, a potem pewnego dnia po prostu
odeszła. W normalnych okolicznościach w takiej sytuacji zakon wysłałby
kogoś, żeby ją odnalazł i upewnił się, że nic jej nie jest, ale cóż... nie
mieliśmy na to środków.
Avon zrzedła mina, ale potem wzięła głęboki oddech. Jej matka była
obecnie budzącą największy postrach kobietą w galaktyce. Jeśli Ghirra
Starros potrafiła wodzić za nos Marchiona Ro, to jej córka z pewnością
poradzi sobie z jednym samotnym, nieśmiałym Jedi.
-?Cóż, Reacie, wygląda na to, że dziś jest twój szczęśliwy dzień. Bo już
za chwilę odnajdziemy zaginioną Jedi.
Rozdział czwarty
ROZDZIAŁ
CZWARTY
Jordanna Sparkburn
pochyliła się nad ramieniem Sylvestri Yarrow, wprowadzającej
"Mściwą Boginię" do hangaru mobilnej stacji naprawczej Koalicji Obrony
Republiki. Prześlizgnęły się przez osłony i podążyły za sygnałem
naprowadzającym -?płynnie i gładko. Sylvestri miała do tego prawdziwy
dryg.
Syl pochyliła się do mikrofonu i podziękowała technikowi, potwierdzając
jednocześnie tymczasowe zezwolenie na lądowanie.
-?Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za trzy godziny wyruszymy w dalszą drogę.
Zerknęła na Jordannę, która wzruszyła ramionami. Fakt, iż zazwyczaj to
ona była winna, gdy coś szło nie tak, nie oznaczał, że tym razem również
skrewi.
-?Wezmę M-2 i zabierzemy się za rozładunek.
-?W porządku -?zgodziła się Sylvestri ze znużonym uśmiechem. Jordanna
zatrzymała się w pół kroku i obejrzała się na nią. Syl wyglądała tak,
jak zawsze: piękna, choć nieco zmęczona, w świeżym kombinezonie pilota,
pod którym nosiła ciemnoczerwoną koszulę. Cienka czerwona opaska
utrzymywała burzę jej nieokiełznanych czarnych loków z dala od ciemnego
czoła, a w jej oczach migotał ciepły blask. Jordanna pochyliła się i pocałowała swoją dziewczynę w policzek.
-?Masz na nosie smar -?skłamała i czule musnęła go knykciami.
Syl odsunęła dłoń partnerki, ale jej uśmiech stał się nieco bardziej
promienny.
-?Jeśli szybko się uwiniemy, może Pop Teeno przygotuje nam coś na ząb.
-?Dobry pomysł, pani kapitan. -?Jordanna zasalutowała jej leniwie i wyszła z kokpitu. Bywały tu regularnie od jakichś dwóch miesięcy, a Pop
Teeno prowadził kantynę na piątym poziomie. Syl i Jordanna tak go
oczarowały, że traktował je jak swoje siostrzenice. Największe wrażenie
zrobiły na nim prawdopodobnie zioła, które podrzuciły mu podczas jednej
z ostatnich wizyt.
Gdy tylko Jordanna wyszła z kokpitu, jej oswojona vollka Remy -
przyjaciółka, nie pupil, za jakiego brała ją większość ludzi -
szturchnęła ją w biodro rogami wieńczącymi puchaty łeb.
-?Witaj, maleńka! -?zagruchała czule Jordanna, zanurzając dłoń w miękkiej sierści. Gigantyczna kotka towarzyszyła jej rodzinie od co
najmniej stu lat, ale Jordanna poznała ją na Tiikae. Czasami
zastanawiała się, czy Remy tęskni za rozległymi łąkami, łowami i swobodą, którą miała na tej planecie. Tam przynajmniej coś się działo.
Nie żeby sama narzekała ostatnio na brak zajęć, ale ich praca polegała
głównie na transporcie towarów, więc Remy mogła jedynie przechadzać się
metalowymi korytarzami lub zwijać w kłębek obok komputera nawigacyjnego.
-?Tym razem musisz zostać na statku -?poinformowała vollkę, tarmosząc ją
lekko za ucho. Remy prychnęła z wyraźnym niezadowoleniem. -?Ale postaram
się skombinować ci coś pysznego.
-?Przedstawicielko Sparkburn? -?rozległ się zgrzytliwy głos M-227.
Jordanna skrzywiła się na dźwięk tytułu, którym wciąż się do niej
zwracał. Nie była już przedstawicielką. Porzuciła swoje obowiązki -
obowiązki jej rodziny -?opuszczając placówkę na Tiikae. W tamtym
momencie uznała, że warto to zrobić, aby uratować osadników San Tekków
przed Nihilami i pomóc Jedi. Jednak większość przesiedleńców została
przeniesiona do kolonii na pograniczu, które obecnie znajdowało się pod
okupacją Nihilów w Strefie Okluzji -?albo zginęła podczas upadku Latarni
Gwiezdny Blask.
Jordanna nie zdołała ich uratować, a przebywając po republikańskiej
stronie Wału Burzowego, nie mogła pomóc tym, którzy ocaleli. Członkowie
jej rodziny, uwięzieni w przestrzeni Nihilów, mogli cierpieć -?lub
zginąć. Jordanna nie wiedziała nawet, czy jej brat i bratankowie wciąż
żyją. Wał Burzowy skutecznie blokował wszelką łączność.
Ale M-227 nadal tytułował ją mianem, które nosiła, gdy spotkali się po
raz pierwszy: przedstawicielka Sparkburn. Pomimo modernizacji, jaką
przeszedł w ubiegłym roku, po tym, jak zarobiły pokaźną sumkę dzięki
współpracy z Maz Kanatą, głos droida ochroniarza nadal ranił uszy, jakby
maszyna nie używała go od tysiąca lat (choć Sylvestri zapewniła
Jordannę, że M-227 ma tak naprawdę tylko około dwustu).
-?Co jest, M-2? -?zapytała, starając się, by w jej głos nie wkradły się
nuty niepokoju o bliskich i brzmiał profesjonalnie.
-?Systemy "Mściwej Bogini" opierały się wdrożeniu blokady bezpieczeństwa
przez dwie siedemnaste sekundy.
-?Prawdopodobnie niedopatrzenie konstrukcyjne, pozostałość po poprzednim
właścicielu -?odparła Jordanna lekceważąco.
Statek został zaprojektowany i zbudowany przez Xylana Grafa, zanim ten
został zmuszony przekazać go Sylvestri w ramach zapłaty. Jako kuzynka
rodu San Tekków, Jordanna miała niejako obowiązek pogardzania całą
rodziną Grafów, ale musiała przyznać, że to był wspaniały statek -
piękny, choć budzący słuszną grozę, doskonale chroniony i uzbrojony.
Nawet ona nie byłaby w stanie wymienić broni, którą można by dodać do
imponującego arsenału "Bogini". Kiedy starały się uzyskać kontrakt na
dostawy dla Koalicji Obrony Republiki, musiały przystać na wprowadzanie
pewnych ograniczeń związanych z działaniem systemów obronnych statku -
za każdym razem, gdy dokowały. "Mściwa Bogini" nie miała osobowości -
nie była droidem. Ale można było odnieść wrażenie, że w jej
oprogramowaniu jest coś narowistego, sprzeciwiającego się odgórnemu
narzucaniu zasad. A Jordanna i Syl nie miały w sumie nic przeciwko.
-?M-2? -?zagadnęła droida. -?Gotów do pomocy przy rozładunku?
-?Do usług, przedstawicielko.
Jordanna po raz kolejny nie zadała sobie trudu, aby go poprawić -
westchnęła tylko w duchu.
Kłócili się o to wielokrotnie, ale wiekowy droid po prostu nie
przyjmował tej informacji do wiadomości -?prawdopodobnie z winy usterki
oprogramowania podobnej do tej, co u "Bogini".
-?W takim razie zabierajmy się do roboty.
Zostawiła M-227, powierzając mu zadanie odblokowania paneli
rozładunkowych, i wyszła ze statku, żeby skoordynować działania z ekipą
hangaru. Praca z organizacjami wojskowymi była prostsza, ale wymagała
więcej biurokracji niż ich zwykłe zlecenia. Przez jakiś czas po tym, jak
ponownie połączyła siły z Sylvestri, pracowały dla Maz z Takodany,
obracając się w środowisku buntowników i przemytników, z których
większość balansowała na granicy prawa. Wojna domowa na Genetii
sprawiła, że miały ręce pełne roboty nawet po tym, jak kriffoleni
Nihilowie postawili ten swój kriffolony Wał Burzowy i odcięli część
galaktyki od reszty. Jordanna chciała natychmiast dołączyć do walk z Nihilami, ale były dwa problemy: po pierwsze, nie miała w tej kwestii
zbyt dużego pola do manewru bez dołączania do oddziałów zbrojnych, a po
drugie, Sylvestri kategorycznie sprzeciwiła się jej pomysłowi.
Syl chciał dostarczać żywność i zaopatrzenie ludziom, którzy tego
potrzebowali, a walcząc, nie mogłyby tego robić. Argumentowała, że mają
dobrą pracę. Maz załatwiała im świetne fuchy. Pomagały ludziom i zarabiały -?wystarczająco dużo, by dawny drugi pilot Syl, Neeto,
przeszedł na emeryturę po zaledwie pięciu kursach. Miały wszystko, czego
potrzebowały. Czego mogłyby chcieć więcej?
To był przekonujący argument -?zwłaszcza że oprócz dobrej pracy i lepszych zarobków miały siebie nawzajem.
Jordanna wciąż kręciła z niedowierzaniem głową, gdy przypominała sobie,
jak niewiele brakowało, a ponownie utraciłaby Sylvestri. To wystarczało,
by powstrzymała się przed popychaniem jej dziewczyny w kierunku, w którym ta nie chciała podążać -?mimo iż Jordanna desperacko tego
pragnęła, ze względu na spoczywający na jej barkach ciężar wielowiekowej
historii rodu San Tekków. San Tekkowie działali, odkrywali, śmiało parli
naprzód -?odciskali na galaktyce piętno, pozostawiali po sobie ślad.
Ale ona i Syl miały dobrą pracę i dobre życie, i nawet podczas tego
katastrofalnego dla Republiki ostatniego roku nie zboczyły z raz
obranego kursu. Ale wciąż istniało tak wiele pytań bez odpowiedzi, tak
wiele kwestii domagających się ich uwagi... Matka Sylvestri zaginęła i prawdopodobnie znajdowała się teraz za Wałem Burzowym -?i choć Syl
próbowała udawać, że jej to nie obchodzi, to Jordanna wiedziała, że
dziewczyna martwi się o nią. Nie mogło być inaczej. Chancey Yarrow
zostawiła córkę na pewną śmierć, więc Jordanna rozumiała postawę Syl,
która chciała się nie przejmować, odpuścić i pogodzić z tym, że utraciła matkę już na zawsze. Ale to nie musiała być
prawda! Chancey mogła zginąć... ale co, jeśli wciąż żyła? Odpowiedzi na te
pytania znajdowały się jednak za Wałem Burzowym, na razie niedostępne.
Podobnie jak odpowiedzi, których potrzebowała sama Jordanna.
Syl oskarżyła ją o wykorzystywanie jej rzekomo martwej matki jako
pretekstu do osiągnięcia własnych celów. Strasznie się wtedy pokłóciły.
W końcu Jordanna przyznała, że Sylvestri ma rację. Jordannie naprawdę
zależało na poznaniu prawdy o losach Chancey, ponieważ kochała
Sylvestri. Ale bardziej zależało jej na tym, co utraciła sama. I nie
chodziło tylko o Tiikae -?tę zapomnianą przez Moc planetę, którą zajęli
Nihilowie, mimo iż teoretycznie była chroniona przez San Tekków. Nie
tylko o ludzi z pogranicza, którym miała zapewnić bezpieczeństwo -?i których zawiodła. Nie tylko o jej obowiązki. San Tekkowie funkcjonowali
na pograniczu od zarania dziejów. Poszerzali granice kosmosu, odkrywali,
tworzyli, przewodzili -?formowali Zewnętrzne Rubieże. Jordanna pragnęła
nadal kształtować galaktykę tak, jak czynili to jej przodkowie -?tak jak
nadal robili to San Tekkowie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki