Prolog
Prolog
Klinith Da ostrożnie posadziła skradziony holownik frachtowy na obrzeżach doku, podczas gdy jej partner Gwishi wziął się do przetrząsania przedziałów, aby odszukać list przewozowy statku. Zabieranie różnych rzeczy słabszym było fantastycznym sposobem na życie, ale od czasu do czasu wymagało również mierzenia się z pewnymi niedogodnościami, na przykład wtedy, gdy robotę utrudniali ci jacyś durni urzędnicy. W normalnych okolicznościach Klinith nie przejmowałaby się takimi błahostkami - jako kobieta w galaktyce pełnej ras znacznie silniejszych od jej gatunku potrafiła świetnie sobie radzić - ale podczas tej misji musieli działać potajemnie, co oznaczało niestety, że strzelanie do ludzi było wykluczone.
- Naprawdę sądzisz, że zażądają oficjalnych papierów? - spytała,
odsuwając z twarzy pukiel wściekle różowych włosów. Podchwyciła
przelotnie swoje odbicie w jednym z bocznych paneli widokowych.
Wyglądała... dziwnie. Usunęła wszystkie widoczne kolczyki, a zdobiące jej
ciało symbole Błyskawicy - tatuaże świadczące o jej statusie i karierze
piratki - zasłaniał kombinezon, ale nie zamierzała zmieniać fryzury.
Była Nihilką, nawet jeśli w tej misji udawała kogoś innego.
Po chwili namysłu sięgnęła do kieszeni i wsunęła w dziurki w dolnej
wardze srebrny kolczyk. O tak - tak było nieco lepiej. Normalniej.
- Na takim wygwizdowie nie powinni sobie zawracać tym głowy - stwierdził
Aqualish; miał problemy z wymową w basicu, więc jego słowa brzmiały
nieco bełkotliwie. - Republika nie ma pełnej kontroli nad tą częścią
galaktyki. Jeszcze nie.
Podobnie jak Klinith, Gwishi był ubrany w prosty skafander zakrywający
jego oznaczenia Błyskawicy, ale nie paskudną bliznę na policzku,
pamiątkę po strzale z blastera, który pozbawił go oka. Ślad był
zabarwiony na niebiesko: poszarpana linia przecinająca prawą dolną
powiekę i kończąca się na kle. Nim rana się zagoiła, wpuszczono w nią
tusz, aby widać było na pierwszy rzut oka, że choć Aqualish doznał
poważnych obrażeń, osoba, która mu je zadała, nie będzie już miała
okazji popełnić tego samego błędu.
Nihilowie odpłacali za wszystkie krzywdy po trzykroć.
Klinith sięgnęła po blaster i nóż - bo w sytuacjach, w których należało
zachować dyskrecję, noże były czasami bardziej przydatne niż broń
energetyczna - i umieściła je w swojej skrzynce na narzędzia. Gwishi też
zabrał swój blaster, a także maskę i zbiornik z ovaksem, które również
włożył do własnej skrzynki narzędziowej, razem z resztą ekwipunku. Gaz
będzie niezbędny do unieszkodliwienia mechaników na pokładzie "Mocnego
Skrzydła", luksusowego liniowca, który śledzili aż do Portu Haileap,
odległej placówki na skraju Sektora Dalnańskiego.
Plan był prosty: polecono im dostać się na pokład "Skrzydła" i sabotować
je, tak aby nikt na statku nie przeżył. Liniowiec miał na Haileap podjąć
kogoś z jakichś powodów ważnego dla Republiki, a Nihilowie chcieli dać
jej do zrozumienia, że jej obecność w tej części galaktyki nie jest mile
widziana.
Ani teraz, ani nigdy. Republika tylko psuła interesy i mieszała im
szyki.
Zanim Klinith opuściła pokład holownika, wróciła jeszcze po drugi
blaster - na tyle mały, że mieścił się w cholewce jej buta. Niekiedy
robiło się gorąco i ludzie obrywali. Tę część Klinith lubiła
najbardziej.
Krótki spacer przez gęstą dżunglę, pośród strzelistych marmurodrzew
porośniętych błękitnym mchem... i ich oczom ukazał się ruchliwy, gwarny
kosmoport. Klinith celowo wylądowała na uboczu, aby ona i Gwishi mogli
wejść na jego teren niepostrzeżenie. Ostatnim, czego w tej chwili
potrzebowali, było zbyt wiele osób zadających niewygodne pytania. List
przewozowy czy nie, im mniej uwagi na siebie ściągną, tym lepiej.
- Tam jest. - Gwishi wskazał potężny statek zajmujący większość
lądowiska. Był co najmniej dziesięć razy większy od holownika
frachtowego, który ukradli, i Klinith poczuła na jego widok ukłucie
strachu.
- Jak, na siedem genetiańskich księżyców, mamy to zniszczyć? - jęknęła.
Gwishi westchnął.
- Od środka - powiedział. - Jesteś Nihilką. Zachowuj się więc, jakbyś
nią była, i przestań marudzić.
- Wcale nie marudzę - obruszyła się jego koleżanka. Nie miała problemu
z misją. Po prostu... wydawała jej się ona bardziej poważna od poprzednich
zleceń, jakby Klinith miała nagle awansować. I co tu dużo mówić: jeśli
się jej powiedzie, jeżeli zrobi wszystko, jak trzeba, z pewnością tak
właśnie się stanie: awansuje. Wespnie się wyżej w hierarchii Nihilów.
Kto wie? Może nawet będzie odpowiadała bezpośrednio przed samym
Kassavem?
Klinith i Gwishi byli już blisko statku i kobieta uśmiechnęła się
szeroko na myśl o świetlanej przyszłości, która z pewnością czeka ją już
niebawem. Zniszczenie "Mocnego Skrzydła" będzie na ustach wszystkich.
- Nie mogę się już doczekać! - Westchnęła. - To będzie... naprawdę coś.
Szkoda tylko, że zabraknie okazji do porządnej demolki...
Gwishi przyglądał jej się przez chwilę bez słowa.
- Chodźmy - powiedział wreszcie.
W porcie roiło się od istot z najróżniejszych układów. Jako ostatni
przystanek na trasie prowadzącej do najniebezpieczniejszych z nieoznakowanych regionów galaktyki Port Haileap, podobnie jak inne
kosmoporty na skraju tego, co uznawano za cywilizowaną przestrzeń, był
miejscem, w którym jednostki uzupełniały paliwo, a ludzie sprawdzali,
czy u ich bliskich wszystko w porządku, i próbowali się nieco odprężyć
przed spędzeniem długiego czasu w ciasnej przestrzeni na pokładzie tego
lub innego statku. Duże lądowisko, zastawione towarami i otoczone
pierścieniem sklepów, wyglądało wypisz, wymaluj jak większość podobnych
placówek, w których Klinith była do tej pory - może za wyjątkiem
potężnych marmurodrzew majaczących w oddali i sięgających ku fioletowemu
niebu zielonymi koronami. Tłum ludzi, Trandoshan, Pantoran i przedstawicieli wielu innych ras, kłębił się jak okiem sięgnąć; każdy
spieszył do własnych spraw, kierując się do różnych punktów otaczających
lądowisko. Na widok reklamy kasyna w głębi jednego z korytarzy Klinith
zaswędziały ręce. Minęło już sporo czasu, odkąd ostatni raz zdarzyło jej
się zagrać w rykestrę, popularną grę w kości. W tej chwili miała jednak
na głowie ważniejsze rzeczy niż hazard.
Razem z Gwishim wspięli się po trapie na pokład "Mocnego Skrzydła".
Stojący u jego szczytu republikańscy strażnicy śmiali się z czegoś i w ogóle nie zwracali uwagi na piratów, gdy ci ich mijali. Kobieta i Aqualish zupełnie nie rzucali się w oczy: idealnie wtapiali się w tłum
innych mechaników, nieustannie wchodzących na pokład luksusowego
liniowca i go opuszczających. Gdy już znaleźli się na statku, Gwishi
klepnął ją w plecy.
- Coś za łatwo poszło - zauważył. I miał rację. Ona również była tego
samego zdania.
Kiedy szli korytarzem, Klinith poczuła, jak gdzieś w głębi jej trzewi
wzbiera znajome uczucie gniewu. To był wielki statek o pięknych złotych
podłogach i srebrzystych ścianach, na których umieszczono ekrany
wyświetlające delikatne kwiatowe motywy zmieniające się co kilka sekund.
Próbowała sobie wyobrazić, jak by to było naprawdę podróżować takim
wykwintnym środkiem transportu. Nie było jej jednak na to stać - i złościło ją to niepomiernie. Nie mogła się doczekać, aż zniszczy "Mocne
Skrzydło" i będzie patrzyła, jak jego piękno rozprasza się w pustce
przestrzeni kosmicznej.
Szła za Gwishim, zatrzymując się, gdy co jakiś czas wskazywał plakietkę
na ścianie. Statek był tak duży, że co kilka metrów umieszczono mapy,
aby pasażerowie mogli się zorientować, jak dotrzeć do różnych części
liniowca.
- Ja idę tutaj. - Gwishi wskazał jakiś punkt na mapie, a potem poklepał
ciężką skrzynkę z narzędziami, którą niósł. - Podrzucę im kilka
niespodzianek. Ty zajmij się kapsułami ratunkowymi i dopilnuj, by
skutecznie wyłączyć je z użytku. Rozbitkowie to ostatnia rzecz, na
jakiej nam zależy. To powinna być katastrofa, przy której wypadek z udziałem "Szlaku Dziedzictwa" wyda się miłym dniem spędzonym w parku
rozrywki.
Nim jednak Klinith zdążyła coś na to odpowiedzieć, Gwishi odwrócił się
na pięcie i ruszył w swoją stronę, zostawiwszy ją sam na sam z obowiązkiem ustalenia, gdzie znajdują się kapsuły ratunkowe. Po kilku
chwilach spędzonych na próbach rozgryzienia mapy (Klinith nie była zbyt
dobra w ich czytaniu, w dodatku miała wrażenie, że tę tutaj celowo
sporządzono tak, by wprowadzała w błąd) udało jej się ustalić, że są na
sąsiednim pokładzie.
Gdy jednak do nich dotarła, okazało się, że nie jest sama. W pobliżu
kręcił się droid serwisowy. Na jej widok przerwał to, co akurat robił.
- Czy to ty masz pokwitować odbiór kapsuł? - spytał. Wyglądał jak
niewielka skrzynka, z której wystawało kilka ustawionych pod różnymi
kątami chwytaków.
- Tak - potwierdziła. - Ale otrzymaliśmy rozkaz ich zmodyfikowania. W tym celu będę z nich musiała wymontować moduły łączności i nawigacji.
Droid przetoczył się kawałek w przód i w tył, przetwarzając usłyszane
informacje.
- Nie dostałem takich poleceń - stwierdził wreszcie. - Muszę
zaktualizować dane, aby pobrać nowe instrukcje.
Na ścianie wisiał duży hydroklucz; Klinith zdjęła go i zważyła w dłoni,
szacując jego ciężar.
- Och, ależ mam wszystkie niezbędne aktualizacje tutaj, pod ręką! -
zapewniła robocika i z całej siły opuściła na niego klucz - a potem
jeszcze raz i kolejny, dopóki z droida nie zostało wiele więcej niż
kupka bliżej niezidentyfikowanych metalowych części. Wówczas Klinith się
uśmiechnęła, oceniając swoje dzieło zniszczenia.
A więc mimo wszystko nadarzyła się okazja do demolki.
Rozdział pierwszy
Rozdział
pierwszy
Vernestra Rwoh spojrzała na lśniący statek dokujący na lądowisku i pomyślała o czekającym ją zadaniu z mieszanką podekscytowania i strachu. To będzie jej pierwsza misja dla Rady Jedi oraz jej pierwsze zadanie jako rycerki Jedi. Marzyła o tym dniu, odkąd została padawanką. Pasowano ją całkiem niedawno i nadal miała wrażenie, że to wszystko to tylko jakiś piękny sen.
Nawet jeśli przydzielone jej zadanie polegało po prostu na zadbaniu o bezpieczeństwo córki pani senator. Cóż, mogłoby się zdawać, że
niańczenie dzieci nie należy do obowiązków rycerzy Jedi... Ale Vernestra
nie zamierzała pozwolić, by ta myśl zepsuła jej humor. Czekający na
lądowisku luksusowy liniowiec, który przysłała sama pani kanclerz, był
wielki i okazały. W porównaniu z nim inne statki dokujące w Porcie
Haileap wydawały się mikre i skromne; jego kadłub lśnił niczym wyrzucona
na brzeg wiroryba, srebrzysty, smukły i obły. "Mocne Skrzydło" miało
szesnaście pokładów (z których jeden przeznaczono w całości na kasyno),
trzy piękne ogrody, a nawet salę restauracyjną mogącą pomieścić tysiąc
osób. Statek był bardziej zbytkowny niż cokolwiek, co Vernestra miała
okazję oglądać dotąd w swoim życiu, a Port Haileap regularnie odwiedzały
liniowce najznamienitszych biur podróży - od Galaxy Tours poprzez
ThrillSpace Travels aż po Chandrila Star Lines - oprócz, oczywiście,
jachtów wypoczynkowych, na pokładach których zjawiali się tu
odwiedzający odludne planety ambasadorzy czy poszukiwacze przygód żądni
odkrywania nowych światów na niezbadanych terenach.
"Mocne Skrzydło" zaś... O, to było coś zupełnie innego. Klasa sama w sobie. To był statek odpowiedni dla ważnej delegacji.
Vernestra poprawiła tabard (lśniący złoty ornament wzdłuż dolnej
krawędzi wskazywał na jej rangę rycerki ze Świątynii na Hynestii) i przestąpiła niespokojnie z nogi na nogę, dziwnie skrępowana w stroju
znacznie elegantszym od tego, który nosiła na co dzień. Port Haileap był
gwarnym, czasem niezbyt przyjaznym miejscem, w którym Vernestra
zazwyczaj pokazywała się w swoim zwykłym zestawie: złotej tunice i kremowych spodniach, z prostym tabardem ozdobionym takim samym złotym
wzorem jej Świątyni co ten na jej galowym ubiorze. W placówkach takich
jak Port Haileap obnoszenie się z przepychem raczej nie było dobrym
pomysłem. Ten niewielki skrawek cywilizacji wydarty gęstwie
marmurodrzewnego lasu istniał, by umożliwiać frachtowcom dalekiego
zasięgu uzupełnienie rezerw paliwa oraz zaopatrzenia. Wygląd młodej
rycerki Jedi był ostatnią rzeczą, którą zaprzątałyby sobie głowę
odwiedzające to miejsce istoty. Ten statek miał jednak udać się na
stację kosmiczną Latarnia Gwiezdny Blask, największe osiągnięcie
prześwietnej Republiki, a na jego pokładzie miała podróżować delegacja z pobliskiej Dalny, aby po wizycie na stacji lecieć na Coruscant.
Vernestra nie mogła się im pokazać w zwykłej zgaszonej bieli i prostych
haftach. I tak oto była tu w swoim odświętnym stroju, czując się w nim
zdecydowanie niekomfortowo.
Wystarczyło jednak samo wspomnienie o Latarni Gwiezdny Blask, by oderwać
jej myśli od misji i konieczności jak najlepszego wypełnienia
powierzonego jej zadania, tak aby nie przynieść Jedi wstydu. Potężna
stacja kosmiczna, w połowie świątynia, w połowie zaś placówka Republiki,
powstawała, odkąd Vernestra sięgała pamięcią. Już jako jedna z młodzików
dziewczyna słyszała, jak starsi rozmawiają między sobą o tym, w jaki
sposób Gwiezdny Blask - bo stację często nazywano tak w skrócie - zmieni
galaktykę na lepsze, szczególnie w przypadku planet leżących z dala od
Jądra. Poprawa łączności, większe wsparcie Republiki... Latarnia Gwiezdny
Blask miała odmienić dosłownie wszystko. Stacja Republiki w kosmicznych
ostępach Zewnętrznych Rubieży miała być bezpieczną przystanią w dziczy,
światełkiem w ciemności. Dzięki niej galaktyka stanie się lepszym
miejscem - dla wszystkich. Vernestrę spotkało prawdziwe szczęście, że
będzie mogła ją zobaczyć na własne oczy.
Myśl o niej sprawiała, że młoda rycerka czuła się dumna z tego, że jest
Jedi, i cieszyła się, że Moc dała jej tę szansę. Próbowała nie dopuścić
do tego, by rozpierała ją duma, bo wiedziała, iż ten zaszczyt to w równej mierze zasługa Mocy, co jej własnej ciężkiej pracy, gdy jednak
patrzyła na "Mocne Skrzydło" i rozmyślała o kilku kolejnych tygodniach,
trudno jej było nie czuć podekscytowania.
Cóż, na swoją obronę miała to, że ostatni rok był naprawdę trudny.
Vernestra została poddana próbom Jedi wcześniej niż większość padawanów,
z polecenia jej mistrza i - ku zaskoczeniu wielu osób - przeszła je
pomyślnie. "Kim ona jest? Nikim specjalnym!" - mamrotali pod nosem
niektórzy z padawanów i... cóż, w zasadzie mieli rację. Vernestra była
tylko zwykłą mirialańską dziewczyną obdarzoną darem Mocy - istniały
setki innych padawanów i młodzików takich jak ona.
O ile się jednak orientowała, była też jedyną Jedi, która przeszła próby
przy pierwszym podejściu w wieku piętnastu lat, podczas gdy większość
padawanów nadal stawiała pierwsze kroki na ścieżce nauki w zakonie. Mimo
to przez większość czasu zamiast dumy czy pychy płynącej z bycia
"cudownym dzieckiem" Vernestra czuła olbrzymią odpowiedzialność i potrzebę pomagania galaktyce w każdy możliwy sposób, który tylko Moc i Rada Jedi uznają za stosowny. Czy jednak to naprawdę było takie złe:
poświęcić chwilę, aby nacieszyć się własnymi osiągnięciami? Vernestra
przymknęła oczy, pozwoliła, by wypełniła ją Moc, i zastanowiła się nad
własnymi uczuciami oraz zadaniem, które ją czekało. Nawet teraz, gdy
miała już szesnaście lat, bycie rycerką Jedi wydawało jej się olbrzymim
wyzwaniem. Wiedziała jednak, że poradzi sobie z nim najlepiej, jak zdoła
- i będzie to robiła tak długo, jak trzeba.
Postanowiła, że będzie się cieszyła tą pierwszą misją, nawet jeśli
chodziło tylko o opiekę nad dzieckiem.
- Hej! Zatrzymać ją!
Cały spokój prysł jak bańka mydlana, a gdy Vernestra otworzyła oczy,
spostrzegła droida serwisowego ścigającego drobną ciemnoskórą
dziewczynkę pędzącą na zbudowanym z części śmigoskuterze. Ciemne włosy
okalały jej buzię gąszczem niesfornych kędziorów, a w jednej obleczonej
w rękawiczkę dłoni mała trzymała lśniący mocnym blaskiem kryształ
zasilający. Malujący się na jej twarzy wyraz radosnego triumfu Vernestra
znała aż za dobrze.
Avon Starros, córka senatorki Ghirry Starros, znowu rozrabiała.
Avon nie widziała jeszcze Vernestry, która postanowiła wykorzystać tę
przewagę. Podniosła ręce, zwracając dłonie wnętrzem w stronę
dziewczynki... i pchnęła ją Mocą. Dziewczynka spadła ze skleconego z przypadkowych części pojazdu, zamiast jednak upaść boleśnie na ziemię,
zawisła w powietrzu, podobnie jak skuter, który zatrzymał się na środku
doku.
- Avon - zagadnęła spokojnie Vernestra. - Co to ma znaczyć?
Dziewczynka odwróciła się w jej stronę; na widok Vernestry radosna mina
zrzedła, zastąpiona skwaszonym grymasem.
- Uchhh... sądziłam, że jesteś już na pokładzie!
- Nie. Uznałam, że nim odlecimy, przejdę się jeszcze ostatni raz po
porcie. Widzę, że nie tylko ja wpadłam na taki pomysł. Co znów
wyprawiasz?
- Nic! - obruszyła się dziewczynka. - Nic nie zrobiłam! Na gwiazdy, nie
wiem, dlaczego zawsze o wszystko mnie obwiniasz, Vern.
Na dźwięk okropnego zdrobnienia Vernestra zacisnęła zęby. Douglas
Sunvale ją tak nazywał i chociaż nie zamierzała zwracać uwagi mistrzowi
Jedi, nie miała skrupułów przed poprawianiem kogoś młodszego od niej:
- Nie nazywaj mnie tak, proszę - powiedziała, a potem zwolniła uścisk
Mocy i Avon upadła na ziemię - która nie była wcale tak daleko. Skuter,
który Avon bez wątpienia zmontowała własnoręcznie z materiałów
pozostawionych bez opieki w kosmoporcie, uderzył w pobliską stertę
skrzyń.
- Jesteś okropna! - jęknęła rozpłaszczona na ziemi Avon, dramatycznym
gestem rozrzucając kończyny na boki.
- Do ziemi było blisko - zauważyła Vernestra, chociaż w głębi duszy
zdawała sobie sprawę z tego, że to było z jej strony podłe: pozwolić
dziewczynce upaść, zamiast ostrożnie ją postawić.
- Wezmę to - oznajmił tymczasem droid serwisowy, wyłuskując ze skrytej w rękawiczce dłoni Avon kryształ, a potem odwrócił się na pięcie i odmaszerował w swoją stronę.
Vernestra podeszła do Avon i wyciągnęła do niej rękę, aby pomóc jej
wstać, ale dziewczynka spiorunowała ją tylko wzrokiem i sama dźwignęła
się z ziemi.
- Pewnego dnia - oznajmiła - gdy będę najsłynniejszą wynalazczynią
galaktyki, stworzę urządzenie blokujące Moc! Zobaczymy, jak ci się to
spodoba!
Vernestra się roześmiała.
- Avon, rozmawiałyśmy już o tym. Moc jest wszędzie wokół nas, a także
wewnątrz nas. To coś innego niż twoje kryształy zasilające. Nie można
jej zablokować. A skoro już o tym mowa, dlaczego zabrałaś temu droidowi
źródło zasilania?
Avon prychnęła.
- Było mi potrzebne do eksperymentu, ale wcale nie zamierzam ci się z tego tłumaczyć, Jedi. Wiem, że znowu znalazłabyś jakiś sposób, żeby
wszystko zepsuć. A poza tym... jak to, nie możesz po prostu odczytać tego
z moich myśli? - Skrzyżowała ręce na piersi, a Vernestra westchnęła.
Ona i Avon wiecznie się o coś sprzeczały. I to nie dlatego, że Vernestra
nie lubiła swojej podopiecznej, wręcz przeciwnie: uważała niektóre z licznych wynalazków Avon oraz część jej teorii za niezwykle wręcz
fascynujące. Niestety, Avon nie lubiła, gdy czegoś jej zabraniano - i właśnie dlatego znalazła się w Porcie Haileap. Jej matka, senatorka
Ghirra Starros, postanowiła wysłać ją tutaj, licząc na to, że czas
spędzony na skraju przestrzeni kosmicznej sprawi, iż Avon bardziej
doceni swoje pełne wygód życie na Coruscant. Jakimś jednak cudem skutek
był póki co odwrotny od zamierzonego i dziewczynka była jeszcze bardziej
zdeterminowana, by robić, co jej się żywnie podoba, czyli zasadniczo
składać maszyny z tego, co akurat wpadło jej w ręce.
Nie istniał żaden realny powód, dla którego Avon miałaby towarzyszyć
delegacji na Gwiezdny Blask i wracać z nią na Coruscant; jej matka nie
posłała po nią, a ona nie miała do odegrania podczas podróży żadnej
specjalnej roli, ale mistrz Douglas, stojący na czele placówki,
poprosił, aby Avon im towarzyszyła, bo syn dalnańskiego ambasadora był
rówieśnikiem dziewczynki. Jedi liczył na to, że ta dwójka się
zaprzyjaźni i że ta więź skłoni lud Dalny do spojrzenia na Republikę
nieco łaskawszym okiem.
Vernestra również miała taką nadzieję - głównie z tego względu, że jej
zdaniem Avon po prostu potrzebowała przyjaciela.
- Panienko Avon! Jest już panienka spóźniona. Jeśli natychmiast nie
wsiądzie panienka na pokład tego statku, rozprzęgnę przewody i zobaczymy, jak będzie się wówczas sprawował panienki śmigo-skuter!
W ich stronę dreptał różowozłoty droid dorównujący wysokością
Vernestrze. J-6, droid protokolarny Avon, był po części jej strażnikiem,
po części opiekunem. Bardzo bezczelnym i pewnym siebie, należy dodać.
Wyrażał się w sposób diametralnie różny od wszystkich droidów
protokolarnych, z którymi Vernestra miała w życiu do czynienia - i przypuszczała, że palce maczała w tym sama Avon.
Dziewczynka westchnęła ciężko i odsunęła niesforne loki z buzi, a potem
podeszła do swojego unieruchomionego śmigoskutera i spróbowała go
ustawić tak, aby móc wspiąć się na siodełko.
- Cóż, wygląda na to, że zabawa skończona. Możesz mi wierzyć, Jay-Six,
sabotaż nie jest konieczny. Idziesz, Vern? Chyba nie chcesz się spóźnić?
Vernestra się uśmiechnęła i kiwnęła głową. Naprawdę nie mogła się
doczekać, kiedy zobaczy Latarnię Gwiezdny Blask, nawet jeśli oznaczało
to konieczność dołożenia dodatkowych starań, by utrzymać Avon z dala od
kłopotów.
- Chodźmy.
Gdy szli w stronę trapu "Mocnego Skrzydła", Vernestra potknęła się
nagle i zaczerpnęła gwałtownie tchu. Avon zerknęła na nią kątem oka.
- Wszystko w porządku?
Vernestra przyłożyła dłoń do piersi i popatrzyła na Aqualisha, który
majstrował coś właśnie przy panelu dostępu w pobliżu trapu. Odwzajemnił
spojrzenie, łypiąc na nią trojgiem oczu. Jednego z dolnej pary brakowało
- w jego miejscu widniała zabarwiona na błękitno blizna. Poza tym nie
wyróżniał się niczym szczególnym; miał na sobie taki sam pomarańczowy
skafander jak pozostali członkowie zespołu serwisowego kosmoportu.
- Nic mi nie jest. - Vernestra odpowiedziała w końcu na pytanie Avon i uśmiechnęła się blado do Aqualisha, który odwrócił się bez słowa,
wracając do przerwanej czynności - cokolwiek robił. Coś w jego wyglądzie
- a może zachowaniu? - zaalarmowało Vernestrę bardziej, niż powinno.
Ogarnęło ją dziwne uczucie niepokoju, którego nie umiała wyjaśnić.
"Jestem po prostu podenerwowana i zanadto podekscytowana wyprawą na
Gwiezdny Blask, to wszystko" - tłumaczyła sobie. To była jej pierwsza
prawdziwa misja Jedi i bardzo jej zależało, by wszystko poszło, jak
należy. To właśnie dlatego przejmowała się nawet przypadkowo napotkanym
mechanikiem, zwyczajnie wypełniającym swoje zadania.
A przynajmniej tak sobie wmawiała, nawet jeśli w głębi duszy wcale nie
była o tym do końca przekonana.
Odsunęła złe przeczucia na bok i ruszyła wraz z Avon i J-6 w głąb
"Mocnego Skrzydła", próbując się skupić na pilnowaniu, by dziewczynka
nie uciekła, nim statek wystartuje. Vernestra miała ręce pełne roboty i nie potrzeba jej było do tego wszystkiego jeszcze wypatrywania w każdym
zakamarku Mocy zjaw i upiorów.
Rozdział drugi
Rozdział
drugi
Avon weszła na pokład statku eskortowana przez J-6 i Vernestrę. Nie mogła oderwać wzroku od miecza świetlnego spoczywającego w kaburze na biodrze starszej dziewczyny. Broń była zasilana kryształem kyber, a ona słyszała o nich niesamowite historie. Za każdym razem, gdy Jedi używała swojego miecza, jego ostrze lśniło fioletową energią. Avon próbowała namówić Vernestrę, by ta pozwoliła jej zerknąć na broń, ale rycerka grzecznie, acz stanowczo, odmówiła:
"Jedi i kyber są połączeni więzią Mocy - wyjaśniła. - Mój kryształ
śpiewa dla mnie, a mój duch odpowiada na jego zew. To nie jest zwykły
kryształ energetyczny, Avon. Przykro mi, ale nie mogę ci go dać, żebyś
go zbadała".
Avon już dawno temu stwierdziła, że najbardziej wkurzającą cechą
Vernestry była jej niezłomna uprzejmość. Autentyczna przykrość, z jaką
zawsze odmawiała prośbom Avon. To było niemal tak samo denerwujące jak
nieustanne narzekanie J-6 w kwestii jej ubioru.
- Panienko Avon, powinniśmy się teraz udać do panienki kwater i przygotować się do kolacji. Mam również dla panienki sukienkę, którą
przysłała panienki matka. Będzie idealna na uroczyste otwarcie
Gwiezdnego Blasku, ale nim tam dotrzemy, trzeba będzie dokonać kilku
poprawek krawieckich - poinformował ją droid, złocistoróżowe
ucieleśnienie zrzędliwości.
- Tak, to dobry pomysł - oceniła Vernestra. - Aczkolwiek powinniście
mieć na te poprawki całe mnóstwo czasu. Mistrz Douglas powiedział, że z powodu serii niedawnych katastrof nadprzestrzennych będziemy podróżowali
z prędkością podświetlną nieco dłużej, dopóki nie dotrzemy do
bezpiecznego punktu skoku wewnątrz układu, z którego wejdziemy w nadświetlną, aby kontynuować naszą podróż. Prawdopodobnie dobrze byłoby
więc znaleźć sobie jakieś przytulne miejsce i przygotować się na długą
podróż.
- Och, to cudowna wiadomość! - zapiała z mechanicznym zachwytem J-6. -
Ten statek to istne dzieło sztuki, wcielenie luksusu i nowoczesności.
Nie mogę się doczekać, aż podepnę się do sieci i zaktualizuję swoje
oprogramowanie. Poza tym całe wieki minęły, odkąd ostatni raz ktoś
oliwił moje stawy. - Droid posłał Avon znaczące spojrzenie, a dziewczynka parsknęła.
- Ostatnim razem, gdy próbowałam zaktualizować ci systemy, wściekłaś
się! - wypomniała maszynie.
- Bo dodałaś do mojego oprogramowania cały słownik aqualishańskich
przekleństw! - odcięła się J-6. - Jesteś okropnym dzieckiem,
niewdzięcznym i podłym.
Avon wyszczerzyła zęby w uśmiechu, bo J-6 mówiła kompletnie bez
przekonania.
- Może i tak, ale przypomnij sobie tylko, co było, gdy zjawili się ci
handlarze winem i próbowałaś przywitać ich kapitana! Nie wiedziałam
nawet, że Aqualishowie mają poczucie humoru, ale członkowie jego
załogi niemal pękli ze śmiechu!
Bladozielona skóra Vernestry pociemniała o kilka odcieni, a jej ciemne
brwi powędrowały tak wysoko w górę, że niemal dotknęły linii włosów.
- A więc to dlatego mistrz Douglas musiał zejść do doku i zakończyć
bójkę, która wtedy wybuchła... Oni wcale się nie śmiali, Avon! Te
pogwizdywania to u nich obelgi! Och, pewnego dnia twoje psoty naprawdę
wpędzą cię w tarapaty...
Avon wzruszyła tylko ramionami i puściła przyganę Vernestry mimo uszu.
- Mniejsza o to, Vern. No to... nadal odpowiadasz za pilnowanie, żebym
podczas tej podróży dobrze wypadła, tak?
Prawda była taka, że Avon planowała zostać w Porcie Haileap. Wcale nie
miała ochoty nigdzie się stamtąd ruszać. Gdyby udało jej się pozbyć
Jedi, którzy odlecieliby na Coruscant (wszystko wskazywało na to, że to
Moc zawsze zdradzała Avon, nim jeszcze zrobiły to czujniki i droidy
strażnicze), mogłaby wreszcie skończyć swój najnowszy wynalazek,
antygrawitacyjne wkładki do butów. Niestety, tuż przed wyprawą J-6
zaczęła pakować jej rzeczy i oznajmiła, że lecą do Latarni Gwiezdny
Blask razem z delegacją dyplomatyczną z Dalny. Jedynym plusem było to,
że obowiązkiem jej pilnowania obarczono Vernestrę, co oznaczało, że Avon
być może będzie miała ponownie okazję przyjrzeć się mieczowi świetlnemu
Jedi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki