Star Wars Wielka Republika. Próba odwagi - Justina Ireland

Kup ebooka

26.00 zł
22.10 zł (21,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Pro­log

Klinith Da ostroż­nie posa­dziła skra­dziony holow­nik frach­towy na obrze­żach doku, pod­czas gdy jej part­ner Gwi­shi wziął się do prze­trzą­sa­nia prze­dzia­łów, aby odszu­kać list prze­wo­zowy statku. Zabie­ra­nie róż­nych rze­czy słab­szym było fan­ta­stycz­nym spo­so­bem na życie, ale od czasu do czasu wyma­gało rów­nież mie­rze­nia się z pew­nymi nie­do­god­no­ściami, na przy­kład wtedy, gdy robotę utrud­niali ci jacyś durni urzęd­nicy. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Kli­nith nie przej­mo­wa­łaby się takimi bła­host­kami - jako kobieta w galak­tyce peł­nej ras znacz­nie sil­niej­szych od jej gatunku potra­fiła świet­nie sobie radzić - ale pod­czas tej misji musieli dzia­łać pota­jem­nie, co ozna­czało nie­stety, że strze­la­nie do ludzi było wyklu­czone.

- Naprawdę sądzisz, że zażą­dają ofi­cjal­nych papie­rów? - spy­tała, odsu­wa­jąc z twa­rzy pukiel wście­kle różo­wych wło­sów. Pod­chwy­ciła prze­lot­nie swoje odbi­cie w jed­nym z bocz­nych paneli wido­ko­wych. Wyglą­dała... dziw­nie. Usu­nęła wszyst­kie widoczne kol­czyki, a zdo­biące jej ciało sym­bole Bły­ska­wicy - tatu­aże świad­czące o jej sta­tu­sie i karie­rze piratki - zasła­niał kom­bi­ne­zon, ale nie zamie­rzała zmie­niać fry­zury. Była Nihilką, nawet jeśli w tej misji uda­wała kogoś innego.

Po chwili namy­słu się­gnęła do kie­szeni i wsu­nęła w dziurki w dol­nej war­dze srebrny kol­czyk. O tak - tak było nieco lepiej. Nor­mal­niej.

- Na takim wygwiz­do­wie nie powinni sobie zawra­cać tym głowy - stwier­dził Aqu­alish; miał pro­blemy z wymową w basicu, więc jego słowa brzmiały nieco beł­ko­tli­wie. - Repu­blika nie ma peł­nej kon­troli nad tą czę­ścią galak­tyki. Jesz­cze nie.

Podob­nie jak Kli­nith, Gwi­shi był ubrany w pro­sty ska­fan­der zakry­wa­jący jego ozna­cze­nia Bły­ska­wicy, ale nie paskudną bli­znę na policzku, pamiątkę po strzale z bla­stera, który pozba­wił go oka. Ślad był zabar­wiony na nie­bie­sko: poszar­pana linia prze­ci­na­jąca prawą dolną powiekę i koń­cząca się na kle. Nim rana się zago­iła, wpusz­czono w nią tusz, aby widać było na pierw­szy rzut oka, że choć Aqu­alish doznał poważ­nych obra­żeń, osoba, która mu je zadała, nie będzie już miała oka­zji popeł­nić tego samego błędu.

Nihi­lo­wie odpła­cali za wszyst­kie krzywdy po trzy­kroć.

Kli­nith się­gnęła po bla­ster i nóż - bo w sytu­acjach, w któ­rych nale­żało zacho­wać dys­kre­cję, noże były cza­sami bar­dziej przy­datne niż broń ener­ge­tyczna - i umie­ściła je w swo­jej skrzynce na narzę­dzia. Gwi­shi też zabrał swój bla­ster, a także maskę i zbior­nik z ovak­sem, które rów­nież wło­żył do wła­snej skrzynki narzę­dzio­wej, razem z resztą ekwi­punku. Gaz będzie nie­zbędny do uniesz­ko­dli­wie­nia mecha­ni­ków na pokła­dzie "Moc­nego Skrzy­dła", luk­su­so­wego liniowca, który śle­dzili aż do Portu Haileap, odle­głej pla­cówki na skraju Sek­tora Dal­nań­skiego.

Plan był pro­sty: pole­cono im dostać się na pokład "Skrzy­dła" i sabo­to­wać je, tak aby nikt na statku nie prze­żył. Linio­wiec miał na Haileap pod­jąć kogoś z jakichś powo­dów waż­nego dla Repu­bliki, a Nihi­lo­wie chcieli dać jej do zro­zu­mie­nia, że jej obec­ność w tej czę­ści galak­tyki nie jest mile widziana.

Ani teraz, ani ni­gdy. Repu­blika tylko psuła inte­resy i mie­szała im szyki.

Zanim Kli­nith opu­ściła pokład holow­nika, wró­ciła jesz­cze po drugi bla­ster - na tyle mały, że mie­ścił się w cho­lewce jej buta. Nie­kiedy robiło się gorąco i ludzie obry­wali. Tę część Kli­nith lubiła naj­bar­dziej.

Krótki spa­cer przez gęstą dżun­glę, pośród strze­li­stych mar­mu­ro­drzew poro­śnię­tych błę­kit­nym mchem... i ich oczom uka­zał się ruchliwy, gwarny kosmo­port. Kli­nith celowo wylą­do­wała na ubo­czu, aby ona i Gwi­shi mogli wejść na jego teren nie­po­strze­że­nie. Ostat­nim, czego w tej chwili potrze­bo­wali, było zbyt wiele osób zada­ją­cych nie­wy­godne pyta­nia. List prze­wo­zowy czy nie, im mniej uwagi na sie­bie ścią­gną, tym lepiej.

- Tam jest. - Gwi­shi wska­zał potężny sta­tek zaj­mu­jący więk­szość lądo­wi­ska. Był co naj­mniej dzie­sięć razy więk­szy od holow­nika frach­to­wego, który ukra­dli, i Kli­nith poczuła na jego widok ukłu­cie stra­chu.

- Jak, na sie­dem gene­tiań­skich księ­ży­ców, mamy to znisz­czyć? - jęk­nęła.

Gwi­shi wes­tchnął.

- Od środka - powie­dział. - Jesteś Nihilką. Zacho­wuj się więc, jak­byś nią była, i prze­stań maru­dzić.

- Wcale nie maru­dzę - obru­szyła się jego kole­żanka. Nie miała pro­blemu z misją. Po pro­stu... wyda­wała jej się ona bar­dziej poważna od poprzed­nich zle­ceń, jakby Kli­nith miała nagle awan­so­wać. I co tu dużo mówić: jeśli się jej powie­dzie, jeżeli zrobi wszystko, jak trzeba, z pew­no­ścią tak wła­śnie się sta­nie: awan­suje. Wesp­nie się wyżej w hie­rar­chii Nihi­lów. Kto wie? Może nawet będzie odpo­wia­dała bez­po­śred­nio przed samym Kas­sa­vem?

Kli­nith i Gwi­shi byli już bli­sko statku i kobieta uśmiech­nęła się sze­roko na myśl o świe­tla­nej przy­szło­ści, która z pew­no­ścią czeka ją już nie­ba­wem. Znisz­cze­nie "Moc­nego Skrzy­dła" będzie na ustach wszyst­kich.

- Nie mogę się już docze­kać! - Wes­tchnęła. - To będzie... naprawdę coś. Szkoda tylko, że zabrak­nie oka­zji do porząd­nej demolki...

Gwi­shi przy­glą­dał jej się przez chwilę bez słowa.

- Chodźmy - powie­dział wresz­cie.

W por­cie roiło się od istot z naj­róż­niej­szych ukła­dów. Jako ostatni przy­sta­nek na tra­sie pro­wa­dzą­cej do naj­nie­bez­piecz­niej­szych z nie­ozna­ko­wa­nych regio­nów galak­tyki Port Haileap, podob­nie jak inne kosmo­porty na skraju tego, co uzna­wano za cywi­li­zo­waną prze­strzeń, był miej­scem, w któ­rym jed­nostki uzu­peł­niały paliwo, a ludzie spraw­dzali, czy u ich bli­skich wszystko w porządku, i pró­bo­wali się nieco odprę­żyć przed spę­dze­niem dłu­giego czasu w cia­snej prze­strzeni na pokła­dzie tego lub innego statku. Duże lądo­wi­sko, zasta­wione towa­rami i oto­czone pier­ście­niem skle­pów, wyglą­dało wypisz, wyma­luj jak więk­szość podob­nych pla­có­wek, w któ­rych Kli­nith była do tej pory - może za wyjąt­kiem potęż­nych mar­mu­ro­drzew maja­czą­cych w oddali i się­ga­ją­cych ku fio­le­to­wemu niebu zie­lo­nymi koro­nami. Tłum ludzi, Tran­do­shan, Pan­to­ran i przed­sta­wi­cieli wielu innych ras, kłę­bił się jak okiem się­gnąć; każdy spie­szył do wła­snych spraw, kie­ru­jąc się do róż­nych punk­tów ota­cza­ją­cych lądo­wi­sko. Na widok reklamy kasyna w głębi jed­nego z kory­ta­rzy Kli­nith zaswę­działy ręce. Minęło już sporo czasu, odkąd ostatni raz zda­rzyło jej się zagrać w ryke­strę, popu­larną grę w kości. W tej chwili miała jed­nak na gło­wie waż­niej­sze rze­czy niż hazard.

Razem z Gwi­shim wspięli się po tra­pie na pokład "Moc­nego Skrzy­dła". Sto­jący u jego szczytu repu­bli­kań­scy straż­nicy śmiali się z cze­goś i w ogóle nie zwra­cali uwagi na pira­tów, gdy ci ich mijali. Kobieta i Aqu­alish zupeł­nie nie rzu­cali się w oczy: ide­al­nie wta­piali się w tłum innych mecha­ni­ków, nie­ustan­nie wcho­dzą­cych na pokład luk­su­so­wego liniowca i go opusz­cza­ją­cych. Gdy już zna­leźli się na statku, Gwi­shi klep­nął ją w plecy.

- Coś za łatwo poszło - zauwa­żył. I miał rację. Ona rów­nież była tego samego zda­nia.

Kiedy szli kory­ta­rzem, Kli­nith poczuła, jak gdzieś w głębi jej trzewi wzbiera zna­jome uczu­cie gniewu. To był wielki sta­tek o pięk­nych zło­tych pod­ło­gach i sre­brzy­stych ścia­nach, na któ­rych umiesz­czono ekrany wyświe­tla­jące deli­katne kwia­towe motywy zmie­nia­jące się co kilka sekund. Pró­bo­wała sobie wyobra­zić, jak by to było naprawdę podró­żo­wać takim wykwint­nym środ­kiem trans­portu. Nie było jej jed­nak na to stać - i zło­ściło ją to nie­po­mier­nie. Nie mogła się docze­kać, aż znisz­czy "Mocne Skrzy­dło" i będzie patrzyła, jak jego piękno roz­pra­sza się w pustce prze­strzeni kosmicz­nej.

Szła za Gwi­shim, zatrzy­mu­jąc się, gdy co jakiś czas wska­zy­wał pla­kietkę na ścia­nie. Sta­tek był tak duży, że co kilka metrów umiesz­czono mapy, aby pasa­że­ro­wie mogli się zorien­to­wać, jak dotrzeć do róż­nych czę­ści liniowca.

- Ja idę tutaj. - Gwi­shi wska­zał jakiś punkt na mapie, a potem pokle­pał ciężką skrzynkę z narzę­dziami, którą niósł. - Pod­rzucę im kilka nie­spo­dzia­nek. Ty zaj­mij się kap­su­łami ratun­ko­wymi i dopil­nuj, by sku­tecz­nie wyłą­czyć je z użytku. Roz­bit­ko­wie to ostat­nia rzecz, na jakiej nam zależy. To powinna być kata­strofa, przy któ­rej wypa­dek z udzia­łem "Szlaku Dzie­dzic­twa" wyda się miłym dniem spę­dzo­nym w parku roz­rywki.

Nim jed­nak Kli­nith zdą­żyła coś na to odpo­wie­dzieć, Gwi­shi odwró­cił się na pię­cie i ruszył w swoją stronę, zosta­wiw­szy ją sam na sam z obo­wiąz­kiem usta­le­nia, gdzie znaj­dują się kap­suły ratun­kowe. Po kilku chwi­lach spę­dzo­nych na pró­bach roz­gry­zie­nia mapy (Kli­nith nie była zbyt dobra w ich czy­ta­niu, w dodatku miała wra­że­nie, że tę tutaj celowo spo­rzą­dzono tak, by wpro­wa­dzała w błąd) udało jej się usta­lić, że są na sąsied­nim pokła­dzie.

Gdy jed­nak do nich dotarła, oka­zało się, że nie jest sama. W pobliżu krę­cił się droid ser­wi­sowy. Na jej widok prze­rwał to, co aku­rat robił.

- Czy to ty masz pokwi­to­wać odbiór kap­suł? - spy­tał. Wyglą­dał jak nie­wielka skrzynka, z któ­rej wysta­wało kilka usta­wio­nych pod róż­nymi kątami chwy­ta­ków.

- Tak - potwier­dziła. - Ale otrzy­ma­li­śmy roz­kaz ich zmo­dy­fi­ko­wa­nia. W tym celu będę z nich musiała wymon­to­wać moduły łącz­no­ści i nawi­ga­cji.

Droid prze­to­czył się kawa­łek w przód i w tył, prze­twa­rza­jąc usły­szane infor­ma­cje.

- Nie dosta­łem takich pole­ceń - stwier­dził wresz­cie. - Muszę zak­tu­ali­zo­wać dane, aby pobrać nowe instruk­cje.

Na ścia­nie wisiał duży hydro­klucz; Kli­nith zdjęła go i zwa­żyła w dłoni, sza­cu­jąc jego cię­żar.

- Och, ależ mam wszyst­kie nie­zbędne aktu­ali­za­cje tutaj, pod ręką! - zapew­niła robo­cika i z całej siły opu­ściła na niego klucz - a potem jesz­cze raz i kolejny, dopóki z dro­ida nie zostało wiele wię­cej niż kupka bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych meta­lo­wych czę­ści. Wów­czas Kli­nith się uśmiech­nęła, oce­nia­jąc swoje dzieło znisz­cze­nia.

A więc mimo wszystko nada­rzyła się oka­zja do demolki.

Roz­dział pierw­szy

Roz­dział pierw­szy

Verne­stra Rwoh spoj­rzała na lśniący sta­tek doku­jący na lądo­wi­sku i pomy­ślała o cze­ka­ją­cym ją zada­niu z mie­szanką pod­eks­cy­to­wa­nia i stra­chu. To będzie jej pierw­sza misja dla Rady Jedi oraz jej pierw­sze zada­nie jako rycerki Jedi. Marzyła o tym dniu, odkąd została pada­wanką. Paso­wano ją cał­kiem nie­dawno i na­dal miała wra­że­nie, że to wszystko to tylko jakiś piękny sen.

Nawet jeśli przy­dzie­lone jej zada­nie pole­gało po pro­stu na zadba­niu o bez­pie­czeń­stwo córki pani sena­tor. Cóż, mogłoby się zda­wać, że niań­cze­nie dzieci nie należy do obo­wiąz­ków ryce­rzy Jedi... Ale Ver­ne­stra nie zamie­rzała pozwo­lić, by ta myśl zepsuła jej humor. Cze­ka­jący na lądo­wi­sku luk­su­sowy linio­wiec, który przy­słała sama pani kanc­lerz, był wielki i oka­zały. W porów­na­niu z nim inne statki doku­jące w Por­cie Haileap wyda­wały się mikre i skromne; jego kadłub lśnił niczym wyrzu­cona na brzeg wiro­ryba, sre­brzy­sty, smu­kły i obły. "Mocne Skrzy­dło" miało szes­na­ście pokła­dów (z któ­rych jeden prze­zna­czono w cało­ści na kasyno), trzy piękne ogrody, a nawet salę restau­ra­cyjną mogącą pomie­ścić tysiąc osób. Sta­tek był bar­dziej zbyt­kowny niż cokol­wiek, co Ver­ne­stra miała oka­zję oglą­dać dotąd w swoim życiu, a Port Haileap regu­lar­nie odwie­dzały liniowce naj­zna­mie­nit­szych biur podróży - od Galaxy Tours poprzez Thril­l­Space Tra­vels aż po Chan­drila Star Lines - oprócz, oczy­wi­ście, jach­tów wypo­czyn­ko­wych, na pokła­dach któ­rych zja­wiali się tu odwie­dza­jący odludne pla­nety amba­sa­do­rzy czy poszu­ki­wa­cze przy­gód żądni odkry­wa­nia nowych świa­tów na nie­zba­da­nych tere­nach.

"Mocne Skrzy­dło" zaś... O, to było coś zupeł­nie innego. Klasa sama w sobie. To był sta­tek odpo­wiedni dla waż­nej dele­ga­cji.

Ver­ne­stra popra­wiła tabard (lśniący złoty orna­ment wzdłuż dol­nej kra­wę­dzi wska­zy­wał na jej rangę rycerki ze Świą­ty­nii na Hyne­stii) i prze­stą­piła nie­spo­koj­nie z nogi na nogę, dziw­nie skrę­po­wana w stroju znacz­nie ele­gant­szym od tego, który nosiła na co dzień. Port Haileap był gwar­nym, cza­sem nie­zbyt przy­ja­znym miej­scem, w któ­rym Ver­ne­stra zazwy­czaj poka­zy­wała się w swoim zwy­kłym zesta­wie: zło­tej tunice i kre­mo­wych spodniach, z pro­stym tabar­dem ozdo­bio­nym takim samym zło­tym wzo­rem jej Świą­tyni co ten na jej galo­wym ubio­rze. W pla­ców­kach takich jak Port Haileap obno­sze­nie się z prze­py­chem raczej nie było dobrym pomy­słem. Ten nie­wielki skra­wek cywi­li­za­cji wydarty gęstwie mar­mu­ro­drzew­nego lasu ist­niał, by umoż­li­wiać frach­tow­com dale­kiego zasięgu uzu­peł­nie­nie rezerw paliwa oraz zaopa­trze­nia. Wygląd mło­dej rycerki Jedi był ostat­nią rze­czą, którą zaprzą­ta­łyby sobie głowę odwie­dza­jące to miej­sce istoty. Ten sta­tek miał jed­nak udać się na sta­cję kosmiczną Latar­nia Gwiezdny Blask, naj­więk­sze osią­gnię­cie prze­świet­nej Repu­bliki, a na jego pokła­dzie miała podró­żo­wać dele­ga­cja z pobli­skiej Dalny, aby po wizy­cie na sta­cji lecieć na Coru­scant. Ver­ne­stra nie mogła się im poka­zać w zwy­kłej zga­szo­nej bieli i pro­stych haftach. I tak oto była tu w swoim odświęt­nym stroju, czu­jąc się w nim zde­cy­do­wa­nie nie­kom­for­towo.

Wystar­czyło jed­nak samo wspo­mnie­nie o Latarni Gwiezdny Blask, by ode­rwać jej myśli od misji i koniecz­no­ści jak naj­lep­szego wypeł­nie­nia powie­rzo­nego jej zada­nia, tak aby nie przy­nieść Jedi wstydu. Potężna sta­cja kosmiczna, w poło­wie świą­ty­nia, w poło­wie zaś pla­cówka Repu­bliki, powsta­wała, odkąd Ver­ne­stra się­gała pamię­cią. Już jako jedna z mło­dzi­ków dziew­czyna sły­szała, jak starsi roz­ma­wiają mię­dzy sobą o tym, w jaki spo­sób Gwiezdny Blask - bo sta­cję czę­sto nazy­wano tak w skró­cie - zmieni galak­tykę na lep­sze, szcze­gól­nie w przy­padku pla­net leżą­cych z dala od Jądra. Poprawa łącz­no­ści, więk­sze wspar­cie Repu­bliki... Latar­nia Gwiezdny Blask miała odmie­nić dosłow­nie wszystko. Sta­cja Repu­bliki w kosmicz­nych ostę­pach Zewnętrz­nych Rubieży miała być bez­pieczną przy­sta­nią w dzi­czy, świa­teł­kiem w ciem­no­ści. Dzięki niej galak­tyka sta­nie się lep­szym miej­scem - dla wszyst­kich. Ver­ne­strę spo­tkało praw­dziwe szczę­ście, że będzie mogła ją zoba­czyć na wła­sne oczy.

Myśl o niej spra­wiała, że młoda rycerka czuła się dumna z tego, że jest Jedi, i cie­szyła się, że Moc dała jej tę szansę. Pró­bo­wała nie dopu­ścić do tego, by roz­pie­rała ją duma, bo wie­działa, iż ten zaszczyt to w rów­nej mie­rze zasługa Mocy, co jej wła­snej cięż­kiej pracy, gdy jed­nak patrzyła na "Mocne Skrzy­dło" i roz­my­ślała o kilku kolej­nych tygo­dniach, trudno jej było nie czuć pod­eks­cy­to­wa­nia.

Cóż, na swoją obronę miała to, że ostatni rok był naprawdę trudny. Ver­ne­stra została pod­dana pró­bom Jedi wcze­śniej niż więk­szość pada­wa­nów, z pole­ce­nia jej mistrza i - ku zasko­cze­niu wielu osób - prze­szła je pomyśl­nie. "Kim ona jest? Nikim spe­cjal­nym!" - mam­ro­tali pod nosem nie­któ­rzy z pada­wa­nów i... cóż, w zasa­dzie mieli rację. Ver­ne­stra była tylko zwy­kłą miria­lań­ską dziew­czyną obda­rzoną darem Mocy - ist­niały setki innych pada­wa­nów i mło­dzi­ków takich jak ona.

O ile się jed­nak orien­to­wała, była też jedyną Jedi, która prze­szła próby przy pierw­szym podej­ściu w wieku pięt­na­stu lat, pod­czas gdy więk­szość pada­wa­nów na­dal sta­wiała pierw­sze kroki na ścieżce nauki w zako­nie. Mimo to przez więk­szość czasu zamiast dumy czy pychy pły­ną­cej z bycia "cudow­nym dziec­kiem" Ver­ne­stra czuła olbrzy­mią odpo­wie­dzial­ność i potrzebę poma­ga­nia galak­tyce w każdy moż­liwy spo­sób, który tylko Moc i Rada Jedi uznają za sto­sowny. Czy jed­nak to naprawdę było takie złe: poświę­cić chwilę, aby nacie­szyć się wła­snymi osią­gnię­ciami? Ver­ne­stra przy­mknęła oczy, pozwo­liła, by wypeł­niła ją Moc, i zasta­no­wiła się nad wła­snymi uczu­ciami oraz zada­niem, które ją cze­kało. Nawet teraz, gdy miała już szes­na­ście lat, bycie rycerką Jedi wyda­wało jej się olbrzy­mim wyzwa­niem. Wie­działa jed­nak, że pora­dzi sobie z nim naj­le­piej, jak zdoła - i będzie to robiła tak długo, jak trzeba.

Posta­no­wiła, że będzie się cie­szyła tą pierw­szą misją, nawet jeśli cho­dziło tylko o opiekę nad dziec­kiem.

- Hej! Zatrzy­mać ją!

Cały spo­kój prysł jak bańka mydlana, a gdy Ver­ne­stra otwo­rzyła oczy, spo­strze­gła dro­ida ser­wi­so­wego ści­ga­ją­cego drobną ciem­no­skórą dziew­czynkę pędzącą na zbu­do­wa­nym z czę­ści śmi­go­sku­te­rze. Ciemne włosy oka­lały jej buzię gąsz­czem nie­sfor­nych kędzio­rów, a w jed­nej oble­czo­nej w ręka­wiczkę dłoni mała trzy­mała lśniący moc­nym bla­skiem krysz­tał zasi­la­jący. Malu­jący się na jej twa­rzy wyraz rado­snego triumfu Ver­ne­stra znała aż za dobrze.

Avon Star­ros, córka sena­torki Ghirry Star­ros, znowu roz­ra­biała.

Avon nie widziała jesz­cze Ver­ne­stry, która posta­no­wiła wyko­rzy­stać tę prze­wagę. Pod­nio­sła ręce, zwra­ca­jąc dło­nie wnę­trzem w stronę dziew­czynki... i pchnęła ją Mocą. Dziew­czynka spa­dła ze skle­co­nego z przy­pad­ko­wych czę­ści pojazdu, zamiast jed­nak upaść bole­śnie na zie­mię, zawi­sła w powie­trzu, podob­nie jak sku­ter, który zatrzy­mał się na środku doku.

- Avon - zagad­nęła spo­koj­nie Ver­ne­stra. - Co to ma zna­czyć?

Dziew­czynka odwró­ciła się w jej stronę; na widok Ver­ne­stry rado­sna mina zrze­dła, zastą­piona skwa­szo­nym gry­ma­sem.

- Uchhh... sądzi­łam, że jesteś już na pokła­dzie!

- Nie. Uzna­łam, że nim odle­cimy, przejdę się jesz­cze ostatni raz po por­cie. Widzę, że nie tylko ja wpa­dłam na taki pomysł. Co znów wypra­wiasz?

- Nic! - obru­szyła się dziew­czynka. - Nic nie zro­bi­łam! Na gwiazdy, nie wiem, dla­czego zawsze o wszystko mnie obwi­niasz, Vern.

Na dźwięk okrop­nego zdrob­nie­nia Ver­ne­stra zaci­snęła zęby. Douglas Sunvale ją tak nazy­wał i cho­ciaż nie zamie­rzała zwra­cać uwagi mistrzowi Jedi, nie miała skru­pu­łów przed popra­wia­niem kogoś młod­szego od niej:

- Nie nazy­waj mnie tak, pro­szę - powie­działa, a potem zwol­niła uścisk Mocy i Avon upa­dła na zie­mię - która nie była wcale tak daleko. Sku­ter, który Avon bez wąt­pie­nia zmon­to­wała wła­sno­ręcz­nie z mate­ria­łów pozo­sta­wio­nych bez opieki w kosmo­por­cie, ude­rzył w pobli­ską stertę skrzyń.

- Jesteś okropna! - jęk­nęła roz­płasz­czona na ziemi Avon, dra­ma­tycz­nym gestem roz­rzu­ca­jąc koń­czyny na boki.

- Do ziemi było bli­sko - zauwa­żyła Ver­ne­stra, cho­ciaż w głębi duszy zda­wała sobie sprawę z tego, że to było z jej strony podłe: pozwo­lić dziew­czynce upaść, zamiast ostroż­nie ją posta­wić.

- Wezmę to - oznaj­mił tym­cza­sem droid ser­wi­sowy, wyłu­sku­jąc ze skry­tej w ręka­wiczce dłoni Avon krysz­tał, a potem odwró­cił się na pię­cie i odma­sze­ro­wał w swoją stronę.

Ver­ne­stra pode­szła do Avon i wycią­gnęła do niej rękę, aby pomóc jej wstać, ale dziew­czynka spio­ru­no­wała ją tylko wzro­kiem i sama dźwi­gnęła się z ziemi.

- Pew­nego dnia - oznaj­miła - gdy będę naj­słyn­niej­szą wyna­laz­czy­nią galak­tyki, stwo­rzę urzą­dze­nie blo­ku­jące Moc! Zoba­czymy, jak ci się to spodoba!

Ver­ne­stra się roze­śmiała.

- Avon, roz­ma­wia­ły­śmy już o tym. Moc jest wszę­dzie wokół nas, a także wewnątrz nas. To coś innego niż twoje krysz­tały zasi­la­jące. Nie można jej zablo­ko­wać. A skoro już o tym mowa, dla­czego zabra­łaś temu dro­idowi źró­dło zasi­la­nia?

Avon prych­nęła.

- Było mi potrzebne do eks­pe­ry­mentu, ale wcale nie zamie­rzam ci się z tego tłu­ma­czyć, Jedi. Wiem, że znowu zna­la­zła­byś jakiś spo­sób, żeby wszystko zepsuć. A poza tym... jak to, nie możesz po pro­stu odczy­tać tego z moich myśli? - Skrzy­żo­wała ręce na piersi, a Ver­ne­stra wes­tchnęła.

Ona i Avon wiecz­nie się o coś sprze­czały. I to nie dla­tego, że Ver­ne­stra nie lubiła swo­jej pod­opiecz­nej, wręcz prze­ciw­nie: uwa­żała nie­które z licz­nych wyna­laz­ków Avon oraz część jej teo­rii za nie­zwy­kle wręcz fascy­nu­jące. Nie­stety, Avon nie lubiła, gdy cze­goś jej zabra­niano - i wła­śnie dla­tego zna­la­zła się w Por­cie Haileap. Jej matka, sena­torka Ghirra Star­ros, posta­no­wiła wysłać ją tutaj, licząc na to, że czas spę­dzony na skraju prze­strzeni kosmicz­nej sprawi, iż Avon bar­dziej doceni swoje pełne wygód życie na Coru­scant. Jakimś jed­nak cudem sku­tek był póki co odwrotny od zamie­rzo­nego i dziew­czynka była jesz­cze bar­dziej zde­ter­mi­no­wana, by robić, co jej się żyw­nie podoba, czyli zasad­ni­czo skła­dać maszyny z tego, co aku­rat wpa­dło jej w ręce.

Nie ist­niał żaden realny powód, dla któ­rego Avon mia­łaby towa­rzy­szyć dele­ga­cji na Gwiezdny Blask i wra­cać z nią na Coru­scant; jej matka nie posłała po nią, a ona nie miała do ode­gra­nia pod­czas podróży żad­nej spe­cjal­nej roli, ale mistrz Douglas, sto­jący na czele pla­cówki, popro­sił, aby Avon im towa­rzy­szyła, bo syn dal­nań­skiego amba­sa­dora był rówie­śni­kiem dziew­czynki. Jedi liczył na to, że ta dwójka się zaprzy­jaźni i że ta więź skłoni lud Dalny do spoj­rze­nia na Repu­blikę nieco łaskaw­szym okiem.

Ver­ne­stra rów­nież miała taką nadzieję - głów­nie z tego względu, że jej zda­niem Avon po pro­stu potrze­bo­wała przy­ja­ciela.

- Panienko Avon! Jest już panienka spóź­niona. Jeśli natych­miast nie wsią­dzie panienka na pokład tego statku, roz­przę­gnę prze­wody i zoba­czymy, jak będzie się wów­czas spra­wo­wał panienki śmigo-sku­ter!

W ich stronę drep­tał różo­wo­złoty droid dorów­nu­jący wyso­ko­ścią Ver­ne­strze. J-6, droid pro­to­ko­larny Avon, był po czę­ści jej straż­ni­kiem, po czę­ści opie­ku­nem. Bar­dzo bez­czel­nym i pew­nym sie­bie, należy dodać. Wyra­żał się w spo­sób dia­me­tral­nie różny od wszyst­kich dro­idów pro­to­ko­larnych, z któ­rymi Ver­ne­stra miała w życiu do czy­nie­nia - i przy­pusz­czała, że palce maczała w tym sama Avon.

Dziew­czynka wes­tchnęła ciężko i odsu­nęła nie­sforne loki z buzi, a potem pode­szła do swo­jego unie­ru­cho­mio­nego śmi­go­sku­tera i spró­bo­wała go usta­wić tak, aby móc wspiąć się na sio­dełko.

- Cóż, wygląda na to, że zabawa skoń­czona. Możesz mi wie­rzyć, Jay-Six, sabo­taż nie jest konieczny. Idziesz, Vern? Chyba nie chcesz się spóź­nić?

Ver­ne­stra się uśmiech­nęła i kiw­nęła głową. Naprawdę nie mogła się docze­kać, kiedy zoba­czy Latar­nię Gwiezdny Blask, nawet jeśli ozna­czało to koniecz­ność doło­że­nia dodat­ko­wych sta­rań, by utrzy­mać Avon z dala od kło­po­tów.

- Chodźmy.

Gdy szli w stronę trapu "Moc­nego Skrzy­dła", Ver­ne­stra potknęła się nagle i zaczerp­nęła gwał­tow­nie tchu. Avon zer­k­nęła na nią kątem oka.

- Wszystko w porządku?

Ver­ne­stra przy­ło­żyła dłoń do piersi i popa­trzyła na Aqu­ali­sha, który maj­stro­wał coś wła­śnie przy panelu dostępu w pobliżu trapu. Odwza­jem­nił spoj­rze­nie, łypiąc na nią troj­giem oczu. Jed­nego z dol­nej pary bra­ko­wało - w jego miej­scu wid­niała zabar­wiona na błę­kitno bli­zna. Poza tym nie wyróż­niał się niczym szcze­gól­nym; miał na sobie taki sam poma­rań­czowy ska­fan­der jak pozo­stali człon­ko­wie zespołu ser­wi­so­wego kosmo­portu.

- Nic mi nie jest. - Ver­ne­stra odpo­wie­działa w końcu na pyta­nie Avon i uśmiech­nęła się blado do Aqu­ali­sha, który odwró­cił się bez słowa, wra­ca­jąc do prze­rwa­nej czyn­no­ści - cokol­wiek robił. Coś w jego wyglą­dzie - a może zacho­wa­niu? - zaalar­mo­wało Ver­ne­strę bar­dziej, niż powinno. Ogar­nęło ją dziwne uczu­cie nie­po­koju, któ­rego nie umiała wyja­śnić. "Jestem po pro­stu pode­ner­wo­wana i zanadto pod­eks­cy­to­wana wyprawą na Gwiezdny Blask, to wszystko" - tłu­ma­czyła sobie. To była jej pierw­sza praw­dziwa misja Jedi i bar­dzo jej zale­żało, by wszystko poszło, jak należy. To wła­śnie dla­tego przej­mo­wała się nawet przy­pad­kowo napo­tka­nym mecha­ni­kiem, zwy­czaj­nie wypeł­nia­ją­cym swoje zada­nia.

A przy­naj­mniej tak sobie wma­wiała, nawet jeśli w głębi duszy wcale nie była o tym do końca prze­ko­nana.

Odsu­nęła złe prze­czu­cia na bok i ruszyła wraz z Avon i J-6 w głąb "Moc­nego Skrzy­dła", pró­bu­jąc się sku­pić na pil­no­wa­niu, by dziew­czynka nie ucie­kła, nim sta­tek wystar­tuje. Ver­ne­stra miała ręce pełne roboty i nie potrzeba jej było do tego wszyst­kiego jesz­cze wypa­try­wa­nia w każ­dym zaka­marku Mocy zjaw i upio­rów.

Roz­dział drugi

Roz­dział drugi

Avon weszła na pokład statku eskor­to­wana przez J-6 i Ver­ne­strę. Nie mogła ode­rwać wzroku od mie­cza świetl­nego spo­czy­wa­ją­cego w kabu­rze na bio­drze star­szej dziew­czyny. Broń była zasi­lana krysz­ta­łem kyber, a ona sły­szała o nich nie­sa­mo­wite histo­rie. Za każ­dym razem, gdy Jedi uży­wała swo­jego mie­cza, jego ostrze lśniło fio­le­tową ener­gią. Avon pró­bo­wała namó­wić Ver­ne­strę, by ta pozwo­liła jej zer­k­nąć na broń, ale rycerka grzecz­nie, acz sta­now­czo, odmó­wiła:

"Jedi i kyber są połą­czeni wię­zią Mocy - wyja­śniła. - Mój krysz­tał śpiewa dla mnie, a mój duch odpo­wiada na jego zew. To nie jest zwy­kły krysz­tał ener­ge­tyczny, Avon. Przy­kro mi, ale nie mogę ci go dać, żebyś go zba­dała".

Avon już dawno temu stwier­dziła, że naj­bar­dziej wku­rza­jącą cechą Ver­ne­stry była jej nie­złomna uprzej­mość. Auten­tyczna przy­krość, z jaką zawsze odma­wiała proś­bom Avon. To było nie­mal tak samo dener­wu­jące jak nie­ustanne narze­ka­nie J-6 w kwe­stii jej ubioru.

- Panienko Avon, powin­ni­śmy się teraz udać do panienki kwa­ter i przy­go­to­wać się do kola­cji. Mam rów­nież dla panienki sukienkę, którą przy­słała panienki matka. Będzie ide­alna na uro­czy­ste otwar­cie Gwiezd­nego Bla­sku, ale nim tam dotrzemy, trzeba będzie doko­nać kilku popra­wek kra­wiec­kich - poin­for­mo­wał ją droid, zło­ci­sto­ró­żowe ucie­le­śnie­nie zrzę­dli­wo­ści.

- Tak, to dobry pomysł - oce­niła Ver­ne­stra. - Acz­kol­wiek powin­ni­ście mieć na te poprawki całe mnó­stwo czasu. Mistrz Douglas powie­dział, że z powodu serii nie­daw­nych kata­strof nad­prze­strzen­nych będziemy podró­żo­wali z pręd­ko­ścią pod­świetlną nieco dłu­żej, dopóki nie dotrzemy do bez­piecz­nego punktu skoku wewnątrz układu, z któ­rego wej­dziemy w nad­świetlną, aby kon­ty­nu­ować naszą podróż. Praw­do­po­dob­nie dobrze byłoby więc zna­leźć sobie jakieś przy­tulne miej­sce i przy­go­to­wać się na długą podróż.

- Och, to cudowna wia­do­mość! - zapiała z mecha­nicz­nym zachwy­tem J-6. - Ten sta­tek to istne dzieło sztuki, wcie­le­nie luk­susu i nowo­cze­sno­ści. Nie mogę się docze­kać, aż pode­pnę się do sieci i zak­tu­ali­zuję swoje opro­gra­mo­wa­nie. Poza tym całe wieki minęły, odkąd ostatni raz ktoś oli­wił moje stawy. - Droid posłał Avon zna­czące spoj­rze­nie, a dziew­czynka par­sk­nęła.

- Ostat­nim razem, gdy pró­bo­wa­łam zak­tu­ali­zo­wać ci sys­temy, wście­kłaś się! - wypo­mniała maszy­nie.

- Bo doda­łaś do mojego opro­gra­mo­wa­nia cały słow­nik aqu­ali­shań­skich prze­kleństw! - odcięła się J-6. - Jesteś okrop­nym dziec­kiem, nie­wdzięcz­nym i pod­łym.

Avon wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu, bo J-6 mówiła kom­plet­nie bez prze­ko­na­nia.

- Może i tak, ale przy­po­mnij sobie tylko, co było, gdy zja­wili się ci han­dla­rze winem i pró­bo­wa­łaś przy­wi­tać ich kapi­tana! Nie wie­dzia­łam nawet, że Aqu­ali­sho­wie mają poczu­cie humoru, ale człon­ko­wie jego załogi nie­mal pękli ze śmie­chu!

Bla­do­zie­lona skóra Ver­ne­stry pociem­niała o kilka odcieni, a jej ciemne brwi powę­dro­wały tak wysoko w górę, że nie­mal dotknęły linii wło­sów.

- A więc to dla­tego mistrz Douglas musiał zejść do doku i zakoń­czyć bójkę, która wtedy wybu­chła... Oni wcale się nie śmiali, Avon! Te pogwiz­dy­wa­nia to u nich obe­lgi! Och, pew­nego dnia twoje psoty naprawdę wpę­dzą cię w tara­paty...

Avon wzru­szyła tylko ramio­nami i puściła przy­ganę Ver­ne­stry mimo uszu.

- Mniej­sza o to, Vern. No to... na­dal odpo­wia­dasz za pil­no­wa­nie, żebym pod­czas tej podróży dobrze wypa­dła, tak?

Prawda była taka, że Avon pla­no­wała zostać w Por­cie Haileap. Wcale nie miała ochoty ni­gdzie się stam­tąd ruszać. Gdyby udało jej się pozbyć Jedi, któ­rzy odle­cie­liby na Coru­scant (wszystko wska­zy­wało na to, że to Moc zawsze zdra­dzała Avon, nim jesz­cze zro­biły to czuj­niki i dro­idy straż­ni­cze), mogłaby wresz­cie skoń­czyć swój naj­now­szy wyna­la­zek, anty­gra­wi­ta­cyjne wkładki do butów. Nie­stety, tuż przed wyprawą J-6 zaczęła pako­wać jej rze­czy i oznaj­miła, że lecą do Latarni Gwiezdny Blask razem z dele­ga­cją dyplo­ma­tyczną z Dalny. Jedy­nym plu­sem było to, że obo­wiąz­kiem jej pil­no­wa­nia obar­czono Ver­ne­strę, co ozna­czało, że Avon być może będzie miała ponow­nie oka­zję przyj­rzeć się mie­czowi świetl­nemu Jedi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki