Star Wars Wielka Republika. Pośród cieni - Justina Ireland

Kup ebooka

42.00 zł
35.70 zł (34,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Sylve­stri Yar­row spoj­rzała na leżący przed nią rachu­nek i nie­mal zaczęła krzy­czeć. Dla­czego nikt jej nie ostrzegł, jak kosz­towne jest utrzy­my­wa­nie wła­snego statku? Wzrost cen paliwa oraz zagro­że­nie ze strony Nihi­lów zmu­sza­jące ich do zmian tras wyczy­ściły konto jej, a także załogi nie­mal do zera. Gdy już dostar­czą ładu­nek wina z jagód gno­stry, reali­zu­jąc naj­bar­dziej docho­dowy kurs od wielu mie­sięcy, zosta­nie im jesz­cze do spła­ce­nia resztka długu po ostat­nim tan­ko­wa­niu w Por­cie Haileap. Nie mówiąc już o wciąż nie­za­pła­co­nych rachun­kach z Batuu. W tym tem­pie i w takich oko­licz­no­ściach już wkrótce będzie zadłu­żona po uszy w poło­wie galak­tyki.

Syl opa­dła na opar­cie swo­jego fotela w kok­pi­cie "Ser­pen­tyny", jej dumy i jed­no­cze­śnie przy­czyny ostat­nich zmar­twień, i wpa­trzyła się w spo­kojny błę­kit ota­cza­ją­cej ich nad­prze­strzeni. Było tu dość ciemno, by widziała wyraź­nie wła­sne odbi­cie w ilu­mi­na­to­rze - na śnia­dej twa­rzy widocz­nej w lśnią­cej tafli malo­wał się wyraz głę­bo­kiej roz­pa­czy i Syl wie­działa, że jeśli jej drugi pilot, Neeto, zoba­czy ją w takim sta­nie, natych­miast zorien­tuje się, jak bar­dzo jest kiep­sko. Wzięła więc głę­boki oddech, przy­mknęła oczy i spró­bo­wała się nad tym wszyst­kim jesz­cze raz spo­koj­nie zasta­no­wić.

Musiało ist­nieć jakieś roz­wią­za­nie. Gdyby wciąż pra­co­wali dla Gil­dii Byne, która jakiś czas temu została roz­wią­zana z powodu pod­pi­sy­wa­nia kon­trak­tów nie­wol­ni­czych, mie­liby jakąś ochronę przed wie­rzy­cie­lami, ale bez gwa­ran­cji zle­ceń i udziału w zyskach Gil­dii Syl była zdana sama na sie­bie. I wła­śnie dla­tego mio­tała się teraz w despe­ra­cji, szu­ka­jąc roz­wią­za­nia wła­snych pro­ble­mów finan­so­wych. Całe życie spę­dziła, prze­wo­żąc ładunki, ale jakimś cudem nagle oka­zało się, że to zbyt mało, by jakoś wią­zać koniec z koń­cem. Galak­tyka się zmie­niła - i to wcale nie na lep­sze. I jak zawsze, ci, któ­rzy przę­dli naj­cie­niej, odczuli to na swo­jej skó­rze naj­bo­le­śniej.

"Co robić? - myślała gorącz­kowo. - Wydłu­żyć kursy? Zacząć zabie­rać pasa­że­rów? Podwoić stawki... które i tak są już wyż­sze niż rok temu?" Jakie magiczne rów­na­nie uczy­ni­łoby dostar­cza­nie ładun­ków zyskow­nym pro­ce­de­rem - szcze­gól­nie w tych trud­nych cza­sach, gdy Nihi­lo­wie, piraci kosmiczni bez choćby krzty poczu­cia honoru czy instynktu samo­za­cho­waw­czego, zagra­żali bez­pie­czeń­stwu szla­ków nad­prze­strzen­nych? Jak miała pozbyć się dłu­gów i zacho­wać sta­tek, który był rów­nież jedy­nym domem, jaki znała?

Jeśli wie­rzy­ciele na­dal będą ją nękali, odbiorą jej w końcu "Ser­pen­tynę", a wów­czas Syl zosta­nie z niczym... podob­nie jak Neeto i M-227. Już na samą myśl o tym czuła paskudny cię­żar w żołądku. Musiała zna­leźć jakiś spo­sób, by inte­res się krę­cił - tak jak czy­niła to zawsze jej matka. Nie miała jed­nak poję­cia, co robić, a próby zna­le­zie­nia jakie­goś wyj­ścia z tej sytu­acji przy­pra­wiały ją o ból głowy.

- Emtoo? - zagad­nęła, otwie­ra­jąc oczy i zwra­ca­jąc się do dro­ida sie­dzą­cego w fotelu dru­giego pilota. - Chyba mamy pro­blem...

Droid-ochro­niarz odwró­cił w jej stronę głowę przy akom­pa­nia­men­cie zgrzytu, na dźwięk któ­rego Syl odru­chowo się skrzy­wiła.

- Będziemy ci też musieli kupić nieco tego taniego smaru... - Się­gnęła po sto­jącą w pobliżu puszkę i zaczęła oli­wić prze­guby robota. Licząca sobie ponad dwie­ście lat jed­nostka M-227 była naj­star­szym dro­idem, jakiego Syl kie­dy­kol­wiek spo­tkała, i do tego kom­plet­nie bez­u­ży­tecz­nym jako ochro­niarz. Podob­nie jak "Ser­pen­tyna" droid sta­no­wił część spadku, który dziew­czyna odzie­dzi­czyła, gdy jej matka została zabita przez nihil­skich najeźdź­ców, był także jedną z nie­wielu rze­czy, które mogła nazwać swoim dobyt­kiem. Wie­działa, że powinna go sprze­dać, ale jakoś nie mogła się do tego zmu­sić. Był dla niej jak rodzina. Przy­po­mi­nał jej o daw­nych, lep­szych cza­sach.

Wła­ści­wie to wcale nie tak odle­głych, bo od tam­tej tra­ge­dii minęło zale­d­wie kilka mie­sięcy. Syl zaczęła w myśli nazy­wać ten okres cza­sami "przed": przed tym, nim Nihi­lo­wie znisz­czyli pokaźną część sto­licy Valo, gdy zabili setki tysięcy istot. Przed tym, jak Repu­blika uświa­do­miła sobie, że są oni praw­dzi­wym zagro­że­niem. Matka Syl, Chan­cey Yar­row, wie­działa, że Nihi­lo­wie są nie­bez­pieczni, od samego początku. Ich bru­talne hordy nękały obrzeża galak­tyki, dając się miesz­kań­com we znaki gorzej niż komu­kol­wiek innemu. Połą­czyła siły z garstką innych spe­dy­to­rów i wspól­nie orę­do­wali za tym, by pla­nety z pogra­ni­cza sprzy­mie­rzyły się i chro­niły szlaki przed Nihi­lami, szcze­gól­nie po roz­wią­za­niu Gil­dii Byne, jed­nak nie wskó­rali za wiele.

Ich wysiłki nie uchro­niły rów­nież Chan­cey, która zgi­nęła z rąk gra­bież­ców.

Syl otarła łzy, które nie­spo­dzie­wa­nie napły­nęły jej do oczu.

- Pro­szę. Nie martw się - powie­dział M-227, prze­sad­nie akcen­tu­jąc zgło­ski. Jego moduł arty­ku­la­cyjny nie był aktu­ali­zo­wany od wielu lat, a w ciągu kilku ostat­nich mie­sięcy jego stan znacz­nie się pogor­szył. To była kolejna rzecz, którą Syl wiecz­nie odkła­dała na póź­niej, gdy będzie miała nieco dodat­ko­wych kre­dy­tów na zby­ciu.

- Za późno... - wyszep­tała, bar­dziej do sie­bie niż do dro­ida. Wsparła głowę na dło­niach i wzięła głę­boki oddech, prze­cze­su­jąc pal­cami ciemne loki i pusząc nastro­szoną czu­prynę jesz­cze moc­niej. Syl uwiel­biała "Ser­pen­tynę". Kochała mknąć przez kosmiczną czerń i ska­kać w chłodny błę­kit nad­prze­strzeni. Uwiel­biała spo­ty­kać nowych ludzi i odwie­dzać nowe miej­sca, dziwne i eks­cy­tu­jące. A najbar­dziej ze wszyst­kiego uwiel­biała to, że nikt jej tego nie zabra­niał. Była znacz­nie bar­dziej nie­za­leżna niż więk­szość osiem­na­sto­la­tek w galak­tyce.

Wie­działa jed­nak, że jeśli szybko cze­goś nie wymy­śli, nie zdoła wyży­wić sie­bie ani Neeta, nie mówiąc już o napra­wach kapry­śnego hiper­na­pędu czy mody­fi­ka­cjach, które chciała wpro­wa­dzić do sil­ni­ków swo­jego statku.

"Ser­pen­tyna" wysko­czyła z nad­prze­strzeni z lek­kim wstrzą­sem i nagle alarmy jak jeden mąż zawyły potę­pień­czo.

- Nie ma mnie minutę i już wszystko zaczyna się sypać! - poskar­żył się Neeto Jana­jana z głębi kory­ta­rza pro­wa­dzą­cego do mesy. Sul­lu­sta­nin nie biegł, sta­wiał po pro­stu nieco dłuż­sze kroki niż zwy­kle. Jego lśniące, czarne oczy ni­gdy nie zdra­dzały choćby cie­nia nie­po­koju, a na pozna­czo­nym głę­bo­kimi bruz­dami obli­czu o wydat­nych fał­dach policz­ko­wych rzadko malo­wał się wyraz lęku. Syl zasta­na­wiała się cza­sem, czy w jego słow­niku ist­nieje w ogóle takie sfor­mu­ło­wa­nie jak "śpie­szyć się", czy może jest to po pro­stu coś, czego zna­cze­nia nie poj­muje, podob­nie jak kon­cep­cji nie­wtrą­ca­nia się w nie­swoje sprawy. - W co rąb­nę­łaś?

- W nic! - jęk­nęła. - Po pro­stu wysko­czy­li­śmy z nad­prze­strzeni! I zanim zapy­tasz: nie, nic nie zro­bi­łam. Wyrwało nas! Chyba odro­binę za wcze­śnie... - dodała, zer­k­nąw­szy na odczyty. Odło­żyła data­pad na bok, ekra­nem do dołu. Nie było potrzeby, by Neeto wie­dział, że byli nie tylko spłu­kani, ale i zadłu­żeni po uszy. Może i mało potra­fiło wytrą­cić go z rów­no­wagi, ale widmo kon­traktu nie­wol­ni­czego mogło zde­ner­wo­wać każ­dego, on zaś już kie­dyś posma­ko­wał takiego gorz­kiego życia.

W Gil­dii Byne nie zawsze było różowo - Syl zaczęła zda­wać sobie z tego sprawę dopiero teraz, zmu­szona głę­biej się nad tym zasta­no­wić. Neeto był tylko jedną z licz­nych ofiar dra­pież­nych kon­trak­tów nie­wol­ni­czych orga­ni­za­cji, nim zaczął pra­co­wać dla Chan­cey Yar­row, ale ani Syl, ani jej matka nie miały o tym poję­cia, nim Gil­dia nie została roz­wią­zana.

M-227 wstał, zgrzy­ta­jąc zasta­łymi sta­wami, a Neeto zajął jego miej­sce w fotelu dru­giego pilota. Zmarsz­czył czoło, mru­żąc lekko swoje duże, czarne oczy i strzy­gąc wiel­kimi uszami.

- Hmm, to na pewno nie szczątki. Bo gdyby tak było, pro­wa­dzi­li­by­śmy tę roz­mowę w atmos­fe­rze znacz­nie uboż­szej w tlen.

Syl poki­wała głową.

- Prze­pro­wa­dzę dia­gno­stykę. Może się cze­goś dowiemy.

- Dobry pomysł - skwi­to­wał Neeto. - Sądzisz, że te plotki, które sły­sze­li­śmy w Por­cie Haileap... były praw­dziwe?

Pod­czas zała­dunku Syl i Neeto pod­słu­chali roz­mowy na temat stat­ków zni­ka­ją­cych nagle ze szla­ków. Zda­niem kilku co prze­sąd­niej­szych prze­woź­ni­ków to była sprawka Nihi­lów. "Widzie­li­ście, co zro­bili pod­czas Festi­walu Repu­bliki na Valo - powie­dział Migda, stary, zapra­wiony w bojach kosmiczny łazęga, szczę­ka­jąc żuwacz­kami. - Co, gdyby mieli w swo­ich sze­re­gach użyt­kow­ni­ków Mocy?"

"Jedi ni­gdy by na to nie przy­stali" - zapro­te­sto­wał wów­czas z obu­rze­niem Neeto, a Syl w pełni się z nim zga­dzała. Nie było szans na to, aby naj­po­tęż­niejsi użyt­kow­nicy Mocy w galak­tyce pozwo­lili Nihi­lom wyko­rzy­sty­wać Moc do czy­nie­nia zła. Z holo­wia­do­mo­ści wyni­kało, że Jedi wal­czą obec­nie z Nihi­lami w imie­niu Repu­bliki, a fakt, iż połą­czyli z nią siły, dawał nadzieję na szyb­kie poło­że­nie kresu zagro­że­niu.

Syl na­dal nie sądziła, by ta zbie­ra­nina, pożal się Mocy, pira­tów, była zdolna do cze­goś tak skom­pli­ko­wa­nego, jak wycią­ga­nie stat­ków z nad­prze­strzeni.

- Może natra­fi­li­śmy na jakiś roz­błysk sło­neczny? - pod­su­nęła.

Neeto mruk­nął coś pod nosem, nie potwier­dził, ale i nie oba­lił jej teo­rii.

- To dziwne...

Syl prze­łknęła ślinę, czu­jąc, że zaschło jej w gar­dle. Bo Neeto miał rację. Nim zgi­nęła jej matka, rów­nież wyda­rzyło się coś dziw­nego: odczyty wska­zy­wały jakieś kosmiczne war­to­ści, a potem nagle poja­wiły się statki, które przy­pu­ściły na nich atak. Teraz jed­nak... chyba nie mieli znowu do czy­nie­nia z Nihi­lami? Zapla­no­wała trasę omi­ja­jącą wszyst­kie sek­tory, które kie­dy­kol­wiek zgło­siły poja­wie­nie się w oko­licy najeźdź­ców. Powinni być bez­pieczni!

Odsu­nęła tro­ski na bok i zabrała się do prze­pro­wa­dza­nia dia­gno­styki hiper­na­pędu, pod­czas gdy sta­tek dry­fo­wał swo­bod­nie w prze­strzeni kosmicz­nej. To była stan­dar­dowa pro­ce­dura - rzadko zda­rzało się, by jed­nostka została wyrwana z nadprze­strzeni bez powodu, ale przy roz­kle­ko­ta­nym hiper­na­pę­dzie "Ser­pen­tyny" wszystko było moż­liwe, szcze­gól­nie gdy dodać do tego prze­pro­wa­dzone w pośpie­chu obli­cze­nia i nie­do­kładną trian­gu­la­cję. Potrze­bo­wali nowego hiper­na­pędu - i pew­nie rów­nież kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego, któ­re­goś z now­szych, dokład­niej­szych modeli.

To zaś spra­wiło, że myśli o tym, iż cier­pią na doj­mu­jący brak pie­nię­dzy, powró­ciły nie­pro­szone.

- Coś jest nie tak - mruk­nął Neeto, wyry­wa­jąc ją ponow­nie z odmę­tów roz­pa­czy. - Spójrz tylko, wygląda, jak­by­śmy jakimś cudem wró­cili do sek­tora Berenge. Nie ma tu nic poza mar­twą gwiazdą i... cóż, kom­plet­nie niczym.

Syl zamru­gała oczami, gdy na jej ekra­nie poja­wiły się dane sygna­li­zu­jące w pobliżu obec­ność licz­nych stat­ków.

- Ale jak... o nie, nie, nie, tylko nie to! - jęk­nęła. - Znowu to samo!

Neeto wyj­rzał przez ilu­mi­na­tor.

- Czy to...? - spy­tał cicho i zawie­sił głos.

Wymie­nili spoj­rze­nia i dziew­czyna poczuła, jak po ple­cach peł­znie jej zimny dreszcz.

- Nihi­lo­wie - wyszep­tała.

Sul­lu­sta­nin poki­wał głową.

- Pew­nie tak. Wszystko wska­zuje na to, że w sło­wach Migdy było ziarno prawdy.

Syl poczuła, jak gdzieś w głębi jej trzewi zaczyna kieł­ko­wać strach.

- Nie sądzisz chyba, że to oni w jakiś spo­sób wycią­gnęli nas z nad­prze­strzeni, co?

Neeto wzru­szył ramio­nami.

- Nie mam poję­cia. Ale nie zamie­rzam tu tkwić bez­czyn­nie i cze­kać, żeby móc ich zapy­tać oso­bi­ście, jak to zro­bili.

Kiw­nęła głową, sta­rała się zapo­mnieć o innych zmar­twie­niach i bez reszty sku­pić na nad­la­tu­ją­cych stat­kach.

- Zabie­rajmy się stąd.

- Już się robi - odmruk­nął Neeto, po czym prze­łą­czył przy­ci­ski.

"Ser­pen­tyna" odpa­liła sil­niki i odwró­ciła się od nad­la­tu­ją­cych stat­ków, kie­ru­jąc ku miej­scu, w któ­rym zostali wyrwani z nad­prze­strzeni.

- Nie mogę namie­rzyć ani jed­nej boi! - poskar­żył się Neeto. W tak rzadko uczęsz­cza­nych zakąt­kach galak­tyki, jak sek­tor Berenge, boje to naj­lep­sza gwa­ran­cja popraw­nego wyty­cze­nia trasy - były niczym minia­tu­rowe latar­nie w głę­bo­kiej prze­strzeni kosmicz­nej, stra­te­gicz­nie roz­miesz­czone trans­mi­tery, emi­tu­jące prze­miesz­cza­jące się szyb­ciej od pręd­ko­ści świa­tła sygnały, któ­rymi mógł się kie­ro­wać w nadprze­strzeni kom­pu­ter nawi­ga­cyjny, gdy nie znało się bez­piecz­nej drogi. I wyda­wały się wręcz nie­za­stą­pione w przy­padku tak prze­sta­rza­łego sprzętu, jak ten na pokła­dzie "Ser­pen­tyny".

Jed­nak ska­ka­nie na pod­sta­wie loka­li­za­cji tylko jed­nej boi wią­zało się z dużym ryzy­kiem. Opty­malną sytu­acją było namie­rze­nie co naj­mniej trzech, w opar­ciu o roz­miesz­cze­nie któ­rych można by obli­czyć skok. Im wię­cej, tym lepiej, bo dzięki temu pilot miał dokład­niej­sze roze­zna­nie w ich ukła­dzie i lepiej orien­to­wał się w moż­li­wo­ściach dotar­cia w dane miej­sce - wła­śnie po to doko­ny­wano trian­gu­la­cji.

- Czy nie możemy sko­czyć bez usta­la­nia celu podróży? - spy­tała Syl, pró­bu­jąc nakło­nić kom­pu­ter nawi­ga­cyjny do ska­li­bro­wa­nia choćby naj­krót­szego skoku. Cóż, to było pyta­nie reto­ryczne. Znała odpo­wiedź, nawet jeśli bar­dzo, ale to bar­dzo jej się ona nie podo­bała.

- To nie jest zbyt dobry pomysł, ale na pewno lep­szy od tego, co szy­kują dla nas nasi przy­ja­ciele. I tak, wiem. Musimy jed­nak pod­jąć ryzyko.

Syl się skrzy­wiła.

- Bałam się, że to powiesz...

- W porządku, namie­rzy­li­śmy boję. Trzy­maj się! - powie­dział Sul­lu­sta­nin, zmie­nia­jąc trasę skoku w opar­ciu o poje­dyn­czy sygnał.

Oczy­wi­ście, wła­śnie ten moment musiał wybrać sil­nik ich statku, aby odmó­wić współ­pracy.

Gdy Syl usły­szała odgłosy dez­ak­ty­wo­wa­nych sys­te­mów tra­cą­cych stop­niowo moc, w jej żołądku ufor­mo­wała się lodo­wata kula stra­chu.

- O nie! Tylko nie teraz!

Neeto się skrzy­wił.

- Domy­ślam się, że regu­la­tor coaxium uznał, że jed­nak nie będzie dłu­żej cze­kał na wymianę - stwier­dził spo­koj­nym, opa­no­wa­nym gło­sem, w któ­rym nie było cie­nia paniki. Jedy­nym wido­mym świa­dec­twem tego, że czuje się nie­kom­for­towo, była dodat­kowa pio­nowa zmarszczka, która poja­wiła się mię­dzy jego dużymi, lśnią­cymi oczami. - Utknę­li­śmy jak kol­co­ryba w beczce - dodał, przy­glą­da­jąc się nad­la­tu­ją­cym stat­kom. - Musimy się ewa­ku­ować...

- Nie - zapro­te­sto­wała Syl. Jej strach nie zma­lał ani na jotę, ale wypro­sto­wała się w swoim fotelu i spoj­rzała pew­nie przed sie­bie.

- Tak - oświad­czył twardo Sul­lu­sta­nin. - Nihi­lo­wie chcą nam zapewne ode­brać ładu­nek, a może i sta­tek, a my nie mamy czasu na naprawy. Jeśli uciek­niemy, być może uda nam się ujść z życiem. Wąt­pię, by zauwa­żyli kap­sułę ratun­kową. Emtoo? Poin­for­muj, pro­szę, Syl, jakie są nasze szanse na prze­trwa­nie, jeśli się teraz ewa­ku­ujemy. Nim nas dorwą.

M-227 odwró­cił się w ich stronę pośród jęków i zgrzy­tów.

- Ewa­ku­acja to w tej sytu­acji nasza naj­lep­sza opcja.

- Nie - powtó­rzyła Syl, zwie­sza­jąc ponow­nie ramiona. Oto­czyła ciało rękami, zmro­żona samą myślą o tym, że mia­łaby opu­ścić "Ser­pen­tynę". Spę­dziła na pokła­dzie tego statku całe swoje życie, prze­wo­żąc z matką towary. Łączyły się z nim nie­ro­ze­rwal­nie wszyst­kie zwią­zane z nią wspo­mnie­nia, zarówno te dobre, jak i złe. - To wszystko, co mam, Neeto - szep­nęła. - A poza tym dosko­nale wiesz, że ucie­ka­nie nie jest w moim stylu. Jeśli Nihi­lo­wie chcą mój sta­tek, będą musieli mi go ode­brać. Beti i ja pora­dzimy sobie z nimi. - Pochy­liła się i z kabury umiesz­czo­nej pod pul­pi­tem kon­tro­l­nym wyjęła swój zmo­dy­fi­ko­wany kara­bin bla­ste­rowy. Gdy matka wrę­czyła Syl broń, nada­jąc jej imię na cześć lalki, którą bawiła się w dzie­ciń­stwie, żar­to­wała, ale miano przy­lgnęło, i od tam­tej pory Syl i Beti sta­no­wiły zabój­czy tan­dem. Sylve­stri ni­gdy nie chy­biała, a w tam­tym strasz­nym dniu, w któ­rym zgi­nęła jej matka, nie zdo­łała powstrzy­mać Nihi­lów tylko dla­tego, że użyli tru­ją­cego gazu.

Neeto wes­tchnął.

- Syl...

- Kapi­tan nie opusz­cza swo­jego statku, nie­ważne, co się dzieje. - Dziew­czyna zamru­gała, aby pozbyć się z oczu łez i odwró­ciła się w stronę Neeta. - To wszystko, co mi zostało, i o co warto wal­czyć.

Sul­lu­sta­nin wstał i wska­zał za ilu­mi­na­tor, na nad­cią­ga­jące statki.

- Jak sądzisz, jak wiele osób zgi­nęło taką samą śmier­cią jak twoja matka? Musimy opo­wie­dzieć komuś o tym, co tu się wyda­rzyło. Myślisz, że Repu­blika albo Jedi wie­dzą, że Nihi­lo­wie zapu­ścili się nawet tutaj? Zabili do tej pory tak wiele osób... ale to ozna­cza, że ni­gdzie nie jest już bez­piecz­nie. Powin­ni­śmy poin­for­mo­wać o tym kogoś z Repu­bliki. Jak ina­czej ostrze­żemy inne trans­por­towce, że nie powinny się tu zapusz­czać?

Syl znowu zamru­gała, a M-227 zaczął się kie­ro­wać w stronę kap­suły ratun­ko­wej, kuś­ty­ka­jąc jak bar­dzo stary czło­wiek. Każ­demu jego kro­kowi towa­rzy­szyło popi­ski­wa­nie prze­rdze­wia­łych sta­wów. Cóż, jeśli nawet jej droid straż­ni­czy nie chciał wal­czyć... to było naprawdę kiep­sko. Syl wie­działa, że obaj mają rację, ale w tym momen­cie nie mogła się powstrzy­mać. Wcale nie miała ochoty słu­chać głosu roz­sądku. Chciała tylko prze­stać czuć ból zła­ma­nego serca.

- "Ser­pen­tyna" to mój dom - szep­nęła.

- Mój rów­nież - przy­po­mniał jej Neeto stłu­mio­nym od natłoku emo­cji gło­sem; rzadko sobie na to pozwa­lał. - I obie­cuję ci, że go odzy­skamy. Jed­nak aby to zro­bić, musimy naj­pierw prze­żyć.

Kiw­nęła głową, z ocią­ga­niem wstała i wsu­nęła Beti do kabury na ple­cach, a potem puściła się bie­giem do kap­suły ratun­ko­wej w ślad za Neetem i M-227, aby rato­wać życie i porzu­cić jedną z ostat­nich pamią­tek, jakie zostały jej po matce.

Dotarli do kap­suły w tej samej chwili, w któ­rej od ścian statku odbiły się echem odgłosy Nihi­lów prze­dzie­ra­ją­cych się przez śluzę powietrzną. Kiedy star­to­wali, mknąc przez czerń kosmosu, Syl nie mogła prze­stać myśleć o "Ser­pen­ty­nie".

Zrobi wszystko, co w jej mocy, aby odzy­skać swój sta­tek.

A jeśli jej się to nie uda... zadba o to, by Nihi­lo­wie zapła­cili jego rów­no­war­tość we wła­snej krwi.

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Verne­stra Rwoh zamknęła oczy i ode­tchnęła głę­boko. Zie­lona twarz Miria­lanki wygła­dziła się, a napię­cie cza­jące się zazwy­czaj w kąci­kach jej oczu znik­nęło bez śladu - sześć maleń­kich rom­bów, wyta­tu­owa­nych w dwóch pio­no­wych liniach, w końcu ukła­dało się w regu­larny wzór. Ciche szem­ra­nie stru­myka zmie­niło się w gło­śniej­szy, jed­no­stajny szum potoku, który z kolei prze­kształ­cił się w rwącą rzekę, wpły­wa­jącą do morza będą­cego Mocą. Każdy Jedi postrze­gał ją w nieco inny spo­sób - dla Ver­ne­stry zawsze była ona niczym sze­roko roz­lana sieć wód, łączą­cych ze sobą wszel­kie życie w galak­tyce.

Zanu­rza­jąc się w potę­dze i poten­cjale Mocy, Ver­ne­stra poczuła wresz­cie spo­kój, któ­rego bra­ko­wało jej przez cały dzień. Ogród medy­ta­cyjny na pokła­dzie Latarni Gwiezdny Blask był jej ulu­bio­nym miej­scem. Wokół nie było żywej duszy - tylko niczym nie­zmą­cony spo­kój, mdły zapach ghe­rul­liań­skich pną­czy... i słodka, bło­go­sła­wiona cisza.

Ver­ne­stra oddy­chała powoli, pogrą­żona w medy­ta­cji, głę­boko połą­czona z Mocą całym swoim jeste­stwem. Na­dal nie radziła sobie zbyt dobrze z dystan­so­wa­niem się od rze­czy­wi­sto­ści; gnę­biona codzien­nymi tro­skami, czę­sto zbyt szybko wra­cała do swo­jego fizycz­nego ja, ale z każdą kolejną medy­ta­cją szło jej coraz lepiej. Nie, żeby miała dużo czasu na tego typu aktyw­ność. W ciągu ubie­głego roku co rusz wysy­łano ją na kolejne misje, więc te nie­liczne momenty, które miała dla sie­bie, były bar­dzo cenne. Stop­niowe wyco­fa­nie, ode­rwa­nie od rze­czy­wi­sto­ści spra­wiało, że czuła się wyci­szona i bar­dziej sku­piona, a dokład­nie tego w tej chwili potrze­bo­wała.

Ucze­nie wła­snego pada­wana było trudne.

Przej­ście prób w wieku pięt­na­stu lat mogło się wyda­wać nie lada wyczy­nem, ale to nic w porów­na­niu z próbą naucze­nia kogoś, jak być Jedi. W wieku zale­d­wie szes­na­stu lat Ver­ne­stra wzięła pod swoje skrzy­dła swo­jego pierw­szego pada­wana, a rok póź­niej na­dal zma­gała się z tru­dami naucza­nia innego Jedi, zwłasz­cza kogoś tak instynk­tow­nie nawią­zu­ją­cego więzi ze wszyst­kimi wokół, jak Imri Can­ta­ros. Jako natu­ralny empata chło­piec wyczu­wał nawet naj­de­li­kat­niej­szą zmianę nastro­jów u osób ze swo­jego oto­cze­nia.

Włącz­nie z wła­sną mistrzy­nią.

Ver­ne­stra wzięła go na swo­jego ucznia, bo miała wra­że­nie, że zawio­dła chło­paka, gdy tra­fili na Wevo. Imri opła­ki­wał wów­czas śmierć swo­jego poprzed­niego mistrza, a ona nie dostrze­gła w porę pierw­szych zwia­stu­nów żalu, a także całego gniewu oraz wąt­pli­wo­ści, które wyra­stały buj­nie na tak żyznej gle­bie emo­cji. Wyda­wało jej się, że może mu pomóc zbu­do­wać pew­ność sie­bie, poka­zać, że on rów­nież może zostać wspa­nia­łym Jedi, jeśli tylko będzie ciężko pra­co­wał i podą­żał za wska­zów­kami Mocy. Naucza­nie sta­no­wiło pod­wa­linę zakonu - dzie­le­nie się wie­dzą było nie­mal tak samo ważne, jak chro­nie­nie życia. Miria­lanka sądziła, że wzię­cie pod opiekę pada­wana będzie łatwe, że przyj­dzie jej to bez trudu dzięki jej wro­dzo­nym pre­dys­po­zy­cjom.

Jed­nak... cóż, to było rok temu, a w ciągu minio­nych mie­sięcy ona i Imri bar­dzo się do sie­bie zbli­żyli i wiele się nauczyli o zawi­ło­ściach rela­cji mistrz-pada­wan. Prze­ko­nała się na wła­snej skó­rze, że dla każ­dej osoby droga do osią­gnię­cia rangi ryce­rza jest inna i że mniej powinna sku­piać się na tym, co spraw­dza się w jej przy­padku, a bar­dziej na tym, co będzie dobre dla chłopca. To zaś oka­zało się naprawdę trudne. Począt­kowo chciała, aby Imri uczył się w ten sam spo­sób co ona, bo wyda­wało jej się, że to naj­lep­szy wybór. Szybko prze­ko­nała się jed­nak, że wcale tak nie jest.

I tak oto robiła, co w jej mocy, aby pomóc Imriemu wyty­czyć wła­sny szlak do zosta­nia ryce­rzem. Cza­sami ozna­czało to uświa­do­mie­nie sobie, że sam musi szu­kać wła­snej drogi i że powinna mniej anga­żo­wać się w jego codzienną naukę. Pró­bo­wała namó­wić go do obser­wo­wa­nia innych mistrzów Jedi na pokła­dzie Latarni Gwiezdny Blask, bo prze­by­wało tu rów­nież kilku takich, któ­rzy nie szko­lili obec­nie uczniów. Poza tym uznała, że przyda mu się świa­do­mość, że nawet mimo iż wszyst­kich Jedi łączy wspólny cel, to jed­nak cza­sem bar­dzo się od sie­bie róż­nią.

Zaczy­nała podej­rze­wać, że jej pro­blemy są po czę­ści spo­wo­do­wane wła­śnie tym, że tak dobrze się ze sobą doga­dują. Była tylko o dwa lata star­sza od niego i czę­sto trak­to­wała go bar­dziej jako kolegę niż ucznia. Zawsze czuła się tro­chę głu­pio, mówiąc mu, żeby zro­bił to czy tamto. Nie żeby Imri miał coś prze­ciwko, ale jej wła­sny mistrz, Stel­lan Gios, był wobec niej znacz­nie surow­szy, gdy ją szko­lił, i za każ­dym razem czuła się w jego obec­no­ści nieco onie­śmie­lona. Może powinna spró­bo­wać trak­to­wać chłopca bar­dziej jako ucznia, za któ­rego była odpo­wie­dzialna, a mniej jako przy­ja­ciela, który potrze­bo­wał po pro­stu odro­biny dodat­ko­wego wspar­cia?

To jed­nak nie zna­czyło wcale, że Ver­ne­stra nie pró­bo­wała uczyć go, jak być porząd­nym Jedi - nic podob­nego. Ozna­czało to po pro­stu, że spę­dzała wię­cej czasu niż powinna, zasta­na­wia­jąc się, czy wła­ści­wie robi to, co trzeba. Moc wie­działa, jakie sta­ra­nia pod­jęła, a mimo to wciąż drę­czyło ją poczu­cie, że powinna robić coś innego.

Coś wię­cej.

- Vern! Tu jesteś!

Ver­ne­stra otwo­rzyła oczy i zoba­czyła sto­ją­cego przed nią Imriego; jego blade policzki były zaru­mie­nione. Tylko jedna osoba na całym pokła­dzie Latarni Gwiezdny Blask nazy­wała ją Vern, więc widok jej pada­wana w ogro­dzie medy­ta­cyj­nym nie był dla niej nie­spo­dzianką. Chło­pak, nieco wyż­szy i postaw­niej­szy od niej, uśmie­chał się, jakby wła­śnie odkrył jakiś nowy sekret Mocy.

- Domy­ślam się, że twoja... roz­mowa o mie­czach świetl­nych z mistrzy­nią Avar była owocna?

Imri od mie­sięcy opo­wia­dał o cha­rak­te­ry­stycz­nej ręko­je­ści i tech­nice walki mie­czem świetl­nym mistrzyni Jedi; zafik­so­wał się na tym do tego stop­nia, że Ver­ne­stra w końcu pod­dała się i zapy­tała dowo­dzącą Gwiezd­nego Bla­sku, czy ta zechcia­łaby odbyć lek­cję spa­rin­gową z jej uczniem. Co zaska­ku­jące, Avar Kriss chęt­nie przy­stała na jej prośbę. Mistrzyni Jedi była bar­dzo hojna, jeśli cho­dzi o dys­po­no­wa­nie wła­snym cza­sem - zwłasz­cza gdy w grę wcho­dzili pada­wani - i Ver­ne­stra skry­cie marzyła o tym, że któ­re­goś dnia będzie rów­nie kom­pe­tentna, co Avar Kriss. Bo na razie w tej dzie­dzi­nie czuła się mniej niż pew­nie.

Co za iro­nia, że po raz pierw­szy zakwe­stio­no­wała swoje kom­pe­ten­cje Jedi aku­rat teraz, gdy szko­liła wła­snego pada­wana! Czy to nie ona powinna być tą, która zna odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia i roz­trop­nie ich udziela?

Imri prze­stę­po­wał z nogi na nogę, wyglą­dał bar­dziej jak pod­eks­cy­to­wany mło­dzik niż jak pada­wan.

- Spójrz tylko! - Wycią­gnął swój miecz świetlny, żeby Ver­ne­stra mogła go obej­rzeć. Do jego ręko­je­ści dodano dodat­kowy emi­ter, z któ­rego wysu­nęło się ostrze, gdy Imri akty­wo­wał broń. - Powie­dzia­łem mistrzyni Avar, jak bar­dzo podoba mi się jej miecz świetlny, a ona pomo­gła mi nieco zmo­dy­fi­ko­wać mój pro­jekt! Odparła, że dodat­kowy cię­żar sprawi, że będzie lepiej leżał w dłoni pod­czas walki, i rze­czy­wi­ście, jest znacz­nie lepiej! I obie­cuję, że go nie stracę! - Wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

Był nieco wyczu­lony na punk­cie swo­jego mie­cza. Jego poprzedni zagi­nął nie­mal rok temu i jesz­cze do nie­dawna pada­wan korzy­stał z broni wypo­ży­cza­nej ze zbro­jowni Gwiezd­nego Bla­sku. Minęło zale­d­wie kilka mie­sięcy od chwili, gdy mógł w końcu wyru­szyć na poszu­ki­wa­nia nowego krysz­tału kyber - w podróż zde­cy­do­wa­nie nie­bez­pieczną z powodu zagro­że­nia ze strony Nihi­lów. A po tra­ge­dii na Valo, w któ­rej w ciągu jed­nego strasz­li­wego dnia zgi­nęło tyle istot, dla Jedi jesz­cze waż­niej­sze było posia­da­nie na podo­rę­dziu broni, tak aby w każ­dej chwili mogli w razie potrzeby jej użyć. Atak zmu­sił wszyst­kich Jedi do przej­ścia w stan naj­wyż­szej goto­wo­ści. Mało kto na­dal wie­rzył, że Nihi­lo­wie są drob­nym, lokal­nym pro­ble­mem, a w ciągu ostat­nich kilku tygo­dni nawet naj­bar­dziej poko­jowo nasta­wieni Jedi chęt­niej się­gali po mie­cze świetlne już przy pierw­szych zwia­stu­nach nie­bez­pie­czeń­stwa.

Wszę­dzie... z wyłą­cze­niem ogrodu medy­ta­cyj­nego.

- Imri... - zaczęła Ver­ne­stra, roz­pla­ta­jąc skrzy­żo­wane nogi. Po chwili wstała. - Jeste­śmy w ogro­dzie medy­ta­cyj­nym.

- Och, racja! Prze­pra­szam - bąk­nął potul­nie chło­piec. Nawet jeśli rze­czy­wi­ście przy­po­mi­nał momen­tami roz­do­ka­zy­wane nek­siątko, potra­fił szybko się opa­mię­tać, gdy tylko zwró­cono mu uwagę, i to było godne pochwały.

Bo gafy zda­rzały mu się bez­u­stan­nie.

- Poza tym na zewnątrz czeka na cie­bie droid łącz­no­ściowy - dodał, cho­wa­jąc miecz świetlny z powro­tem do kabury. - Wydaje mi się, że im rów­nież nie wolno wcho­dzić na teren ogrodu medy­ta­cyj­nego.

Ver­ne­stra uśmiech­nęła się do niego i zmierz­wiła mu czule czu­prynę, mimo iż był od niej o pół głowy wyż­szy.

- Ow­szem. Czy wspo­mi­nał, od kogo jest wia­do­mość?

Holo­ro­zmowy na żywo, w prze­ci­wień­stwie do nagra­nych wia­do­mo­ści, które były na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku na porządku dzien­nym, sta­no­wiły rzad­kość, zazwy­czaj zare­zer­wo­waną dla sytu­acji awa­ryj­nych. Ver­ne­stra nie znała poza mistrzy­nią Avar nikogo, kto regu­lar­nie kon­tak­to­wałby się z galak­tyką za pośred­nic­twem holo­gra­mów prze­ka­zy­wa­nych w cza­sie rze­czy­wi­stym.

Imri pokrę­cił głową. Wyszedł z ogrodu tuż za nią; ciszę i spo­kój zastą­pił szum zra­sza­czy, aż wresz­cie zna­leźli się w dłu­gim, lśnią­cym, bia­łym kory­ta­rzu, któ­rym dotarli do jed­nej z głów­nych hal Gwiezd­nego Bla­sku. Zgiełk i rwe­tes panu­jące na pokła­dzie draż­niły uszy po cza­sie spę­dzo­nym w ciszy ogrodu medy­ta­cyj­nego i Ver­ne­stra wes­tchnęła.

Może powinna była wró­cić do Portu Haileap, gdy mistrzyni Avar jej to pro­po­no­wała? Gdy mistrzyni Jedi Jorinda Bof­frey, Del­phi­dianka o prąż­ko­wa­nej, lśnią­cej skó­rze i łagod­nym obej­ściu, zatrzy­mała się na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku, powie­działa jej, że chęt­nie przyj­mie ją do swo­jej małej świą­tyni, ale jed­no­cze­śnie zachę­ciła do słu­cha­nia pod­po­wie­dzi Mocy i uda­nia się tam, dokąd ta ją przy­zy­wała. Ver­ne­stra nie była pewna, czy to wła­śnie Moc kazała jej zostać tu, na Gwiezd­nym Bla­sku, ale dzięki temu, że zaba­wiła tu dłu­żej, mogła wziąć udział w wielu misjach rato­wa­nia życia. A poza tym, gdyby opu­ściła sta­cję, ona i Imri stra­ci­liby bar­dzo wiele oka­zji do nauki. W Por­cie Haileap nie­wiele się działo, a ona celowo odkła­dała decy­zję o powro­cie na póź­niej, aby jak naj­peł­niej doświad­czyć życia na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku, który był nie tyle pla­cówką, ile raczej tęt­nią­cym życiem mia­stem. Być może zwle­kała zbyt długo i zakon odsy­łał ją teraz z powro­tem do Haileap?

- O, wła­śnie jedzie! - powie­dział Imri, gdy w ich stronę poto­czył się, zaska­ku­jąco nie­sta­bil­nie, dwu­ko­łowy droid. Sre­brzy­sty pręt połą­czony z osią robota roz­su­nął się, two­rząc ekran, na któ­rym mru­gało nazwi­sko Ver­ne­stry.

- To ja jestem Ver­ne­stra Rwoh! - zawo­łała, gdy droid ją minął. Na dźwięk jej słów zawró­cił, nie­omal się przy tym prze­wra­ca­jąc. Wpadł na prze­jeż­dża­ją­cego aku­rat obok nich astro­me­cha, który wydał z sie­bie serię obu­rzo­nych pisków, a następ­nie zawró­cił i zato­czył koło, nim wresz­cie zatrzy­mał się przed Ver­ne­strą i Imrim.

- Jestem Ver­ne­stra Rwoh - powtó­rzyła rycerka, a ekran z jej nazwi­skiem zami­go­tał jesz­cze raz, po czym poja­wiła się na nim kla­wia­tura.

- Pro­szę wpi­sać hasło - zażą­dał droid.

- Eee... nie znam hasła.

Stali na samym środku kory­ta­rza, więc istoty i dro­idy śpie­szące w obu kie­run­kach musiały ich omi­jać. Ver­ne­stra spró­bo­wała cof­nąć się pod ścianę, aby zejść im z drogi. Imri zamru­gał raz i drugi, a rumie­niec na jego policz­kach zbladł.

- Czy mi się wydaje się, czy jakoś tu dziś wyjąt­kowo tłoczno? - bąk­nął.

Ver­ne­stra poki­wała głową.

- Pew­nie z pogra­ni­cza przy­le­ciał jakiś więk­szy trans­por­to­wiec.

- Czy mogli­by­śmy się spo­tkać w porze posiłku? - zapy­tał Imri. Strze­lał oczami na lewo i prawo i wyglą­dał, jakby widok całego tego tłumu kłę­bią­cego się w kory­ta­rzu przy­pra­wiał go o mdło­ści.

- Przy­tło­czony? - spy­tała go Ver­ne­stra. Wszystko wska­zy­wało na to, że po tra­gicz­nych wyda­rze­niach na Valo chło­piec stał się jesz­cze bar­dziej wyczu­lony na nastroje ota­cza­ją­cych go osób i wyda­wało się, że naj­więk­szy wpływ miały na niego duże grupy istot nie­wraż­li­wych na Moc.

- Bar­dzo - potwier­dził.

- Spró­buj może wró­cić do ogrodu medy­ta­cyj­nego? - pod­su­nęła. - Przyjdę po cie­bie, gdy już doga­dam się z tym tutaj dro­idem. I pamię­taj, pro­szę, żeby nie wyj­mo­wać mie­cza z kabury!

Imri poki­wał głową i pośpie­szył w stronę, z któ­rej przy­szli, a Ver­ne­stra sku­piła się z powro­tem na miga­ją­cym przed nią ekra­nie.

- Pro­szę wpi­sać hasło - powtó­rzył droid łącz­no­ściowy.

- Och, aku­rat ten jest zepsuty - dobiegł z głębi kory­ta­rza czyjś głos.

Gdy Ver­ne­stra odwró­ciła się w stronę jego źró­dła, dostrze­gła zna­jomą twarz, uśmiech­niętą od ucha do ucha.

- Reath! - zawo­łała. - Czy już wró­ci­łeś z wyprawy do gene­tiań­skich ruin?

Pada­wan poki­wał głową. Reath Silas był pil­nym, wiecz­nie sku­pio­nym uczniem Jedi o bla­dej cerze, brą­zo­wych wło­sach, bystrych, lśnią­cych inte­li­gen­cją oczach i abso­lut­nie uro­czej awer­sji do przy­gód. Ver­ne­stra znała go, odkąd byli mło­dzi­kami, i wła­śnie dla­tego zawsze tak dziw­nie się czuła, widząc go na­dal z pada­wań­skim war­ko­czy­kiem. Przy­po­mi­nał jej fakt, że zaszła znacz­nie dalej od więk­szo­ści swo­ich rówie­śni­ków, nawet jeśli czuła się w tym momen­cie nie­zbyt pew­nie.

Reath poskro­bał się w poty­licę i roze­śmiał krótko.

- Taak. Koniec koń­ców oka­zało się, że ruiny wyglą­dają znacz­nie mniej oka­zale, niż sądzi­li­śmy, a zwa­żyw­szy na tra­ge­dię na Valo, mistrz Coh­mac uznał, że lepiej będzie wró­cić zawczasu, zamiast cze­kać na poten­cjalne wezwa­nie do powrotu. Chyba bar­dziej przy­damy się tutaj, pod­czas walki z Nihi­lami...

- Pew­nie - potwier­dziła. - Na Valo było... - Urwała, wra­ca­jąc myślą do rzezi na pla­ne­cie, która nie­dawno dołą­czyła do Repu­bliki. Festi­wal Repu­bliki miał być wiel­kim wyda­rze­niem, jed­no­czą­cym galak­tykę i potwier­dza­ją­cym siłę i róż­no­rod­ność Repu­bliki, pod­czas któ­rego miała ona przy­jąć pod swoje skrzy­dła Valo, jed­nak zamiast tego zmie­nił się w masową tra­ge­dię, gdy Nihi­lo­wie przy­pu­ścili na pla­netę atak. Tak wiele strat... i tak wiele cier­pie­nia. Żaden z Jedi, któ­rzy stam­tąd wró­cili, nie był w sta­nie opi­sać kosz­maru i skali tego, co się tam roze­grało, mimo iż we wszyst­kich repu­bli­kań­skich mediach nie trą­biono o niczym poza kata­strofą, a także teo­riami spi­sko­wymi na temat tego, co i dla­czego poszło nie tak. - Sporo się tam działo.

- Och - bąk­nął Reath. - Nie wie­dzia­łem, że tam byłaś. Przy­kro mi...

- Nic nie dzieje się bez przy­czyny, nawet jeśli nie wia­domo jesz­cze, dla­czego tak się stało. Wła­śnie tak działa Moc. To zna­czy, tak sobie powta­rzam. I wiem, że to w żaden spo­sób nie zmniej­szy tra­ge­dii tam­tych wyda­rzeń, ale muszę się w tej chwili na tym sku­pić. - W innym przy­padku praw­do­po­dob­nie zro­bi­łaby wszystko, byle tylko spę­dzać cały wolny czas na pła­wie­niu się w spo­koju kosmicz­nej Mocy i nie wra­cać do codzien­nych spraw zwią­za­nych z żywą Mocą.

Żywa Moc była ener­gią łączącą ze sobą wszyst­kie istoty żywe, kosmiczna Moc zaś samą galak­tyką, nie­zmie­rzona i bez­kre­sna. Gdy ktoś naprawdę tego chciał, łatwo mógł się zagu­bić w jej prze­stwo­rze. Nie­któ­rzy Jedi z dez­apro­batą patrzyli na tych, któ­rzy zanie­dby­wali zbyt długo swoje ciała, aby podą­żać za zewem kosmicz­nej Mocy.

Mimo to Ver­ne­stra czuła cza­sem echo jej przy­zy­wa­ją­cego głosu. Brzmiał niczym szum odle­głych fal i Miria­lanka zasta­na­wiała się, co odna­la­złaby, gdyby podą­żyła za tym dźwię­kiem na skraj zna­nej galak­tyki. Wolała jed­nak nie pod­da­wać się temu impul­sowi zbyt czę­sto.

- Pro­szę wpi­sać hasło - upo­mniał się uprzej­mie droid.

- Nie mam żad­nego hasła! - jęk­nęła Ver­ne­stra. - Przy­się­gam, że za chwilę użyję mie­cza i...

- Mogę...? - Reath wska­zał na robota.

Ver­ne­stra odsu­nęła się na bok.

- Nie krę­puj się.

Reath pla­snął otwartą dło­nią w bok mecha­nicz­nego cze­repu, na co kilka osób w kory­ta­rzu zare­ago­wało zasko­czo­nymi spoj­rze­niami, ale po chwili ekran roz­bły­snął, uka­zu­jąc puste pomiesz­cze­nie.

- Rany, dzięki! - ucie­szyła się Ver­ne­stra.

- Nie ma za co. Hm, cóż, lepiej wrócę, żeby pomóc mistrzowi Coh­ma­cowi roz­ła­do­wy­wać sta­tek. Do zoba­cze­nia póź­niej! - Reath wmie­szał się w tłum kłę­biący się na kory­ta­rzu, a Ver­ne­stra sku­piła tym­cza­sem uwagę z powro­tem na dro­idzie. Kto­kol­wiek pró­bo­wał się z nią skon­tak­to­wać, naj­wy­raź­niej wró­cił już do swo­ich spraw. Zer­k­nęła na ekran, usi­łu­jąc doj­rzeć na nim coś, co powie­dzia­łoby jej, co to wła­ści­wie za miej­sce. Tak naprawdę spo­dzie­wała się, że zoba­czy nagle spo­glą­da­jącą na nią z ekranu Avon Star­ros. To nie byłby pierw­szy raz, gdy jej eks­po­do­pieczna zmon­to­wa­łaby moduł łącz­no­ści, aby uciąć sobie z nią poga­wędkę.

- Halo? - zawo­łała Ver­ne­stra, ale wyglą­dało na to, że po dru­giej stro­nie rze­czy­wi­ście nikogo nie ma.

- Ver­ne­stra! - Na wyświe­tla­czu poja­wiła się nagle twarz mistrza Stel­lana Giosa i usta dziew­czyny roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu. - Wybacz. Nie przy­pusz­cza­łem, że nawią­zy­wa­nie połą­cze­nia z Gwiezd­nym Bla­skiem może trwać tak długo.

- Mistrzu Stel­la­nie! Czyż­byś zaczął zapusz­czać sobie brodę?

- Ow­szem. Cho­ciaż zasad­ni­czo nie z wyboru, nie mia­łem po pro­stu czasu jej przy­ci­nać... - Star­szy Jedi prze­su­nął dło­nią po twa­rzy i uśmiech­nął się do rycerki smęt­nie, czu­jąc pod pal­cami szorstki zarost na policz­kach i pod­bródku.

Mistrz Stel­lan nieco przy­po­mi­nał Ver­ne­strze Reatha, nie dla­tego, że wszy­scy ludzie byli do sie­bie podobni, tylko dla­tego, że obaj mieli tak samo bladą cerę i brą­zowe włosy. Jed­nak pod­czas gdy Reath gar­bił się, żeby nie rzu­cać się w oczy, to kiedy mistrz Stel­lan wcho­dził do pomiesz­cze­nia, samym swoim wyglą­dem budził sza­cu­nek i wymu­szał posłuch. Przej­mo­wał kon­trolę nad sytu­acją w natu­ralny spo­sób, który zawsze spra­wiał, że Ver­ne­stra czuła się dumna, iż jest jego pada­wanką.

- Dobrze wyglą­dasz, taki lekko... eee, zapusz­czony, mistrzu Stel­la­nie - poin­for­mo­wała go z uśmie­chem. - Cał­kiem jak boha­ter któ­re­goś z tych holo­se­riali przy­go­do­wych Zagro­że­nia pogra­ni­cza.

Gios się roze­śmiał.

- Tak mię­dzy nami, zapusz­czam ją głów­nie dla­tego, żeby wyglą­dać dostoj­niej. Bycie człon­kiem Rady Jedi to poważna sprawa. - Nagle spo­waż­niał. - Jak sobie radzisz po tym... po tym wszyst­kim, co zaszło na Valo? Myślę, że atak pod­czas Festi­walu Repu­bliki wstrzą­snął każ­dym z nas, jed­nak to wła­śnie wów­czas widzie­li­śmy się po raz ostatni, a ja bar­dzo źle się czu­łem z tym, że od tam­tej pory nie mie­li­śmy szansy dłu­żej poroz­ma­wiać.

Po tym, jak Nihi­lo­wie wymor­do­wali tak wiele tysięcy istot na Valo, Jedi przy­pu­ścili atak na ich twier­dzę na Gri­zalu, roz­bi­ja­jąc siły wroga i poważ­nie hamu­jąc jego nisz­czy­ciel­skie zapędy. W chwili obec­nej połą­czone siły Jedi i Repu­bliki toczyły liczne bitwy w całej galak­tyce, aby wyeli­mi­no­wać zagro­że­nie z ich strony raz na zawsze.

Ver­ne­stra skrzy­żo­wała ręce na piersi. Zde­cy­do­wa­nie wola­łaby nie poru­szać tematu walki, ale nie mogła ot tak, zbyć mistrza Jedi.

- Czuję się tak dobrze, jak tylko to moż­liwe, zwa­żyw­szy na sytu­ację - odparła oględ­nie. - I cie­szę się, że cię widzę. Mar­twi­łam się. Po Valo... - Urwała. Wszy­scy widzieli obraz mistrza Stel­lana sto­ją­cego pośród zglisz­czy i pobo­jo­wi­ska, mię­dzy wyją­cymi z bólu isto­tami, pod­czas gdy po policzku spły­wała mu samotna łza. Stał się boha­te­rem Valo w chwili, gdy wszyst­kich innych uznano za win­nych tra­ge­dii, włącz­nie z panią kanc­lerz, która na­dal jesz­cze docho­dziła do sie­bie. Ver­ne­stra wciąż dziw­nie się czuła z myślą, że Jedi, który ją szko­lił, był teraz kimś w rodzaju galak­tycz­nego cele­bryty.

Stel­lan poki­wał głową.

- Valo wszystko zmie­niło... i to w zasa­dzie wła­śnie z tego powodu się z tobą kon­tak­tuję. Chcia­łem wezwać cie­bie i two­jego pada­wana na Coru­scant.

Ver­ne­stra zamru­gała, zasko­czona. Puls nieco jej przy­śpie­szył, więc wzięła kilka głę­bo­kich, uspo­ka­ja­ją­cych odde­chów. Wszy­scy wie­dzieli, że wezwa­nie do głów­nej Świą­tyni wią­zało się zazwy­czaj z czymś poważ­nym, a ona czuła, jak na jej barki opada cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści. Ale... to dobrze wró­żyło, zga­dza się?

- Czy... z jakie­goś kon­kret­nego powodu? - spy­tała nie­śmiało.

- Cóż, jeśli cho­dzi o ści­słość, to tak. - Stel­lan znów się roz­pro­mie­nił. - Twoje boha­ter­stwo i odwaga zostały dostrze­żone i doce­nione. Ktoś z grona sena­to­rów Repu­bliki nalega, abyś to wła­śnie ty pomo­gła roz­wią­zać pewien pro­blem, z któ­rym bory­kamy się w sek­to­rze Berenge.

- Berenge? - powtó­rzyła, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, co wie na temat tej czę­ści pogra­ni­cza. Popra­wiła spięte w kucyk czar­no­fio­le­towe włosy, gra­jąc na zwłokę, aby móc sobie to wszystko nieco lepiej prze­my­śleć. - Ale... ale tam nic nie ma.

- I wła­śnie w tym cały pro­blem - wes­tchnął mistrz Gios. - Tak czy ina­czej, zapo­znam cię ze szcze­gó­łami już na miej­scu.

Ver­ne­stra poki­wała głową.

- Jak się domy­ślam, omó­wi­łeś już wszystko z mistrzy­nią Avar?

- Za chwilę się z nią skon­tak­tuję. Nie martw się, Ver­ne­stro. To ci wyj­dzie tylko na dobre. Nie dość, że w tak mło­dym wieku zosta­łaś rycerką, to już zdą­ży­łaś się wyka­zać. Zakon powi­nien się cie­szyć, mając w swo­ich sze­re­gach kogoś takiego jak ty. Niech Moc będzie z tobą.

- I z tobą rów­nież - odparła, koń­cząc roz­mowę. Przy­gry­zła wargę. Wie­ści mistrza Stel­lana powinny ją ucie­szyć. Daw­niej marzyła o tym, żeby wypeł­niać misje dla głów­nej Świą­tyni Jedi na Coru­scant, i oto jej marze­nie się speł­niało, a miała zale­d­wie sie­dem­na­ście lat!

Jed­nak zamiast się cie­szyć, czuła jedy­nie roz­pacz. Na pokła­dzie Latarni Gwiezdny Blask mogła się tak wiele nauczyć! Sta­cja kosmiczna stała się prak­tycz­nie jej domem. Nie mówiąc już o tym, że nie chciała teraz opusz­czać mistrzyni Avar, która pla­no­wała wła­śnie zakro­joną na dużą skalę misję. Ver­ne­stra pra­gnęła wziąć w niej udział. Chciała pomóc usu­nąć z pogra­ni­cza zagro­że­nie, jakim byli Nihi­lo­wie, poma­gać osad­ni­kom budo­wać nowe życie, tak aby mogli czuć się bez­pieczni i chro­nieni przed kolej­nymi ata­kami.

Wzięła głę­boki oddech i wró­ciła do ogrodu medy­ta­cyj­nego, aby odszu­kać Imriego. Naj­pierw coś zje­dzą, a potem zapyta o radę mistrzy­nię Avar. Jeśli ktoś mógł dora­dzić jej w chwili takiej jak ta, to tylko ona.

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Reath Silas nie był zbyt szczę­śliwy w związku z koniecz­no­ścią powrotu na pokład Latarni Gwiezdny Blask, ale skła­małby, gdyby powie­dział, że na myśl o tym nie czuł i pew­nej ulgi. W ciągu ostat­niego roku, od chwili, gdy zaczęła się jego walka z Dren­gi­rami na ama­xiń­skiej sta­cji kosmicz­nej, stop­niowo przy­zwy­cza­jał się do prze­ży­wa­nia przy­gód. Mistrz Coh­mac może i był histo­ry­kiem i folk­lo­ry­stą, ale miał rów­nież upodo­ba­nie do poszu­ki­wa­nia arte­fak­tów w bar­dzo, ale to bar­dzo nie­bez­piecz­nych miej­scach.

Jak dotąd do Reatha strze­lano nie­zli­czoną ilość razy (acz­kol­wiek ni­gdy nie został tra­fiony) i dwu­krot­nie pró­bo­wano go porwać (w tym raz sku­tecz­nie). Wal­czył rów­nież z tyloma Nihi­lami i Dren­gi­rami, że stra­cił już rachubę. Ode­brał też życie kilku wro­gom i świa­do­mość tego faktu bar­dzo mu cią­żyła, gdy tylko zaczy­nał zbyt mocno się nad tym zasta­na­wiać. Mimo to na­dal był prze­ko­nany, że doko­nał dobrego wyboru, pro­sząc Coh­maca Vitusa, aby ten został jego mistrzem, po tym, jak stra­cił swoją poprzed­nią mistrzy­nię - Jora Malli zgi­nęła, wal­cząc z Nihi­lami po kata­stro­fie "Szlaku Dzie­dzic­twa".

Jed­nak wciąż zda­rzały się też chwile takie jak ta, gdy roz­ła­do­wu­jąc sta­tek po powro­cie z ostat­niej misji, w pew­nym sen­sie żało­wał swo­jej decy­zji.

- Mistrzu Coh­macu? Czy naprawdę, eee... potrze­bu­jesz wszyst­kich sześć­dzie­się­ciu czte­rech tomów Alma­na­chu tere­nów nie­zna­nych Lerica Schmi­re­landa? - zagad­nął Reath, spo­glą­da­jąc na sto­jącą przed nim skrzy­nię. Cho­ciaż kochał infor­ma­cje zapi­sane na data­ta­śmach, nie dało się zaprze­czyć, że ważyły swoje.

- Wyda­nie na data­ta­śmach zawiera kilka nowych loka­li­za­cji i nieco innych infor­ma­cji, któ­rych nie ma na wer­sji z bazy danych - wyja­śnił mistrz Coh­mac i pod­niósł skrzy­nię Mocą, by opu­ścić ją na cze­ka­jący w pobliżu wózek. - Schmi­re­land to jeden z naj­więk­szych umy­słów Epoki Odkryć i wiel­kim zanie­dba­niem byłoby nie­po­sia­da­nie tutaj, w biblio­tece Latarni Gwiezdny Blask, kopii jego dzieła.

Reath nie odpo­wie­dział, zamiast tego wró­cił do prze­no­sze­nia skrzyń na pobli­ski wózek. Zasia­da­jący za jego ste­rami droid zapisz­czał z poiry­to­wa­niem i mistrz Coh­mac wes­tchnął.

- Potrwa to tyle, ile musi, przy­ja­cielu - wyja­śnił, odpo­wia­da­jąc na obu­rzony komen­tarz robota, który skar­żył się, że ma też inne rze­czy do roboty.

Reath pod­niósł dłoń i Mocą prze­niósł na wózek dwie ostat­nie skrzy­nie. To była naprawdę absur­dalna liczba arte­fak­tów i taśm, ale mistrz Coh­mac pozo­stał nie­wzru­szony: jego zda­niem bar­dzo istotne było, aby zacho­wać tak wiele pamią­tek z Gene­tii, jak tylko to moż­liwe, jako że już wkrótce na pla­ne­cie wybuch­nie naj­praw­do­po­dob­niej wojna domowa. Zakon zazwy­czaj nie mie­szał się w podobne sprawy, ale mistrz Coh­mac uznał, iż pety­cja zło­żona przez spo­łecz­ność aka­de­micką pla­nety jest kusząca, i zdo­łał oca­lić nie­mal dwie całe biblio­teki, a także zbiory arte­fak­tów z jed­nego z muzeów. Pew­nego dnia, gdy sytu­acja nieco się unor­muje, zakon zwróci arte­fakty pra­wo­wi­temu rzą­dowi, jed­nak do tego czasu miały pozo­stać na pokła­dzie Latarni Gwiezdny Blask.

- Wygląda na to, że to już koniec - wes­tchnął mistrz Coh­mac, ocie­ra­jąc dło­nią spo­cone czoło. Podob­nie jak Reath na­dal miał na sobie swój strój polowy, brą­zową tunikę, zale­d­wie o odcień ciem­niej­szą od cie­płej barwy jego kar­na­cji. Jego ciemna broda była nieco zmierz­wiona (ostat­nie kilka dni na Gene­tii spę­dzili, ukry­wa­jąc się przed rewo­lu­cjo­ni­stami, któ­rzy zda­niem Jedi byli emi­sa­riu­szami króla demo­nów), jed­nak poza tym wyda­wał się zado­wo­lony z pracy, jaką wyko­nali. Ostatni raz Reath widział u niego taką minę jesz­cze przed tra­ge­dią na Valo i ata­kiem na nihil­skiego Jeźdźca Nawał­nicy, Pana Eytę, który po niej nastą­pił. Podróż na Gene­tię była dokład­nie tym, czego mistrz Jedi potrze­bo­wał po udziale w tak wiel­kiej bitwie, a Reath czuł pewną ulgę, widząc, że Coh­mac spra­wia wra­że­nie nieco mniej zatro­ska­nego niż ostat­nimi czasy.

- Może powin­ni­śmy pójść coś zjeść? - zapro­po­no­wał.

- Po spo­tka­niu z mistrzy­nią Avar - zastrzegł Coh­mac. - Chciał­bym ją spy­tać, czy ruszyło się może coś w spra­wie mojej prośby o spro­wa­dze­nie kopii Medy­ta­cji mistrzyni Eve­lyn Qwisp z archi­wów na Coru­scant.

Reath zdo­łał stłu­mić wes­tchnie­nie, ale jego żołą­dek zabur­czał gło­śno i sły­sząc to, mistrz Coh­mac się roze­śmiał.

- Leć, zjedz coś. Zła­piemy się, gdy skoń­czę roz­ma­wiać z Avar.

Reath nie cze­kał, aż jego mistrz zmieni zda­nie - ruszył nie­zwłocz­nie śpiesz­nym kro­kiem do wspól­nej mesy. Jedna z rze­czy, za któ­rymi naprawdę tęsk­nił pod­czas misji, to praw­dziwe jedze­nie, zde­cy­do­wa­nie smacz­niej­sze niż pasty i batony, na które było się ska­za­nym pod­czas podróży.

Gdy wcho­dził do sto­łówki, przy­wi­tał go zapach pie­czo­nych warzyw i aro­ma­tycz­nego chleba, i pada­wan nie­mal załkał z rado­ści. Strefa jadalna na pokła­dzie Latarni Gwiezdny Blask była naprawdę impo­nu­jąca, jak zresztą wszystko na sta­cji. Prze­stronne pomiesz­cze­nie zasta­wiono dłu­gimi rzę­dami lśnią­cych sto­łów, skru­pu­lat­nie puco­wa­nych przez dro­idy ser­wi­sowe, pod­czas gdy przed­sta­wi­ciele Repu­bliki i inni podróżni wcho­dzili, jedli i wycho­dzili. W prze­ciw­le­głym krańcu sto­łówki znaj­do­wał się kon­tuar, przy któ­rym dro­idy kuchenne nad­zo­ro­wały wyda­wa­nie nie­mal stu róż­nych dań, pod­grze­wa­nych w lśnią­cych, sre­brzy­stych naczy­niach. Strefa jadalna była zawsze czynna, bo przez teren sta­cji prze­wi­jały się całe rze­sze istot naj­róż­niej­szych ras, mają­cych różne cykle dzienne, jed­nak dziś pano­wał tu mniej­szy tłok niż zazwy­czaj, więc Reathowi udało się bez cze­ka­nia zdo­być tacę i bez kolejki podejść do lady z jedze­niem.

Pla­no­wał zjeść tyle pie­czo­nego har­mo­ni­ka­baczka i świeżo upie­czo­nego ziar­no­chleba z grubą war­stwą nie­bie­skiego masła i jesz­cze grub­szą war­stwą kon­fi­tury z żół­tych dzwo­no­wo­ców, ile sam waży.

Zała­do­waw­szy tacę jedze­niem, pod­szedł do dłu­giego rzędu sto­łów. Zamie­rzał wła­śnie usiąść przy jed­nym z wol­nych, gdy zauwa­żył, że macha do niego zna­joma zie­lo­no­skóra postać. Uśmiech­nął się do roz­pro­mie­nio­nej Ver­ne­stry i zaczął iść w jej stronę, żeby zjeść razem z nią i chłop­cem, który jej towa­rzy­szył.

- Reath! Czy pozna­łeś już mojego pada­wana, Imriego Can­ta­rosa? - spy­tała Miria­lanka, gdy usiadł obok niej.

Zamru­gał z zasko­cze­nia. Sły­szał co prawda, że rycerka wzięła sobie pada­wana, ale świa­do­mość, że Jedi - którą znał, odkąd byli mło­dzi­kami - ma już ucznia, spra­wiła, że poczuł się nieco zagu­biony... a może i odro­binę nie­udolny. Wie­dział, że nie jest jesz­cze gotów, by przejść próby i zostać ryce­rzem, jed­nak pozor­nie pozba­wiona wysiłku sku­tecz­ność Ver­ne­stry i jej bie­głość w nie­mal każ­dej dzie­dzi­nie wywo­łały w nim uczu­cie, iż powi­nien bar­dziej się sta­rać. Odsu­nął na bok nie­pro­szone myśli i sku­pił się ponow­nie na roz­mo­wie.

- Nie - zaprze­czył. - Eee, jestem Reath Silas - przed­sta­wił się, macha­jąc na powi­ta­nie sie­dzą­cemu przy stole chłopcu. Na oko dałby mu tyle samo lat, ile miał sam: osiem­na­ście, ale teraz, gdy zajął miej­sce naprze­ciwko niego, Imri wydał mu się nieco młod­szy. W jego sze­roko otwar­tych oczach i nieco zmar­twio­nym wyra­zie twa­rzy ujrzał coś, co przy­wo­dziło mu na myśl jego samego, gdy był młod­szy.

Imri odma­chał i sku­pił się ponow­nie na swoim tale­rzu, na­dal spra­wiał wra­że­nie dziw­nie zafra­so­wa­nego. Reath pod­niósł brew i spoj­rzał pyta­jąco na Ver­ne­strę, która zbyła go jed­nak, jakby zatro­ska­nie chłopca - cokol­wiek go gnę­biło - nie miało zbyt wiel­kiego zna­cze­nia.

- No to... teraz, gdy nie wal­czę już z dro­idem łącz­no­ścio­wym, możesz mi w końcu opo­wie­dzieć o Gene­tii. Czy jest tak piękna, jak mówią? - zapy­tała rycerka. - Imri, czy to przy­pad­kiem nie twoja ojczy­sta pla­neta?

Pada­wan poki­wał głową, a potem wzru­szył ramio­nami.

- I tak, i nie. Mój ojciec pocho­dził z Gene­tii, a moja mama z Hyne­stii. Zanim moi rodzice oddali mnie do świą­tyni na tej dru­giej pla­ne­cie, gdy odkryli, że jestem wraż­liwy na Moc, miesz­ka­li­śmy po tro­chu na obu świa­tach. Nie­wiele pamię­tam z tego okresu... - Zmarsz­czył czoło i wbił wzrok w talerz, jakby nie miał ochoty brać udziału w roz­mo­wie. Reath nie znał go dość dobrze, aby wie­dzieć, czy to u niego nor­malne, a ponie­waż nie był zbyt dobry w odczy­ty­wa­niu emo­cji ota­cza­ją­cych go istot, spró­bo­wał się po pro­stu do niego pokrze­pia­jąco uśmiech­nąć.

Mimo to chło­piec nawet nie pod­niósł na niego wzroku.

- Och, w takim razie sam będziesz musiał nam opo­wie­dzieć, jak jest teraz na Gene­tii, Reath, cho­ciażby ze względu na Imriego - powie­działa Ver­ne­stra.

Zacho­wa­nie pada­wana naj­wy­raź­niej w naj­mniej­szym stop­niu jej nie dzi­wiło, bo uśmiech­nęła się tylko do niego, ale widok zmarsz­czo­nych tatu­aży w kąci­kach jej oczu przy­po­mniał Reathowi nie­spo­dzie­wa­nie o cza­sach, w któ­rych oboje byli mło­dzi­kami. Pamię­tał Ver­ne­strę jako cichą, spo­kojną dziew­czynę, wiecz­nie poświę­ca­jącą zbyt dużo czasu na szli­fo­wa­nie roz­ma­itych umie­jęt­no­ści i przy­swa­ja­nie wie­dzy. A może wła­śnie wcale nie zbyt dużo? Miała rangę rycerki, pod­czas gdy Reath na­dal był pada­wa­nem, a jego mistrz ani sło­wem nie zająk­nął się nawet na temat przy­go­to­wań do prób.

Nagle Imri pode­rwał głowę znad swo­jego tale­rza, a wyraz zatro­ska­nia malu­jący się na jego twa­rzy jesz­cze się pogłę­bił.

- To nic takiego. Ja też się cza­sem tak czuję... - bąk­nął, pokle­pu­jąc przy tym pokrze­pia­jąco dłoń Reatha. Maleńka iskra zazdro­ści, która tliła się wcze­śniej w piersi star­szego chłopca, zga­sła, nim zdą­żyła buch­nąć pło­mie­niem, i Reath zamru­gał, zer­ka­jąc podejrz­li­wie na dru­giego pada­wana.

- Co... co takiego wła­śnie zro­bi­łeś? - zapy­tał go, igno­ru­jąc wcze­śniej­szą prośbę Ver­ne­stry.

- Ja... nic nie zro­bi­łem - zapro­te­sto­wał Imri, a na jego blade policzki wystą­pił silny rumie­nie.

- Ow­szem, zro­bi­łeś. Ja rów­nież to poczu­łam - wtrą­ciła Ver­ne­stra; jej uprzejmy uśmiech znikł bez śladu. - To było jak... - Wyko­nała bli­żej nie­okre­ślony gest dło­nią. - Jak gła­dze­nie... albo koje­nie? Ale... co takiego pró­bo­wa­łeś ukoić?

- Ja po pro­stu... Reath spra­wiał wra­że­nie nieco wzbu­rzo­nego i chcia­łem, żeby poczuł się lepiej.

- Uko­iłeś moje roz­draż­nie­nie - stwier­dził Reath, zain­try­go­wany spo­so­bem, w jaki Imri użył Mocy. - Nie tyle je usu­ną­łeś, co... w pewien spo­sób stłu­mi­łeś.

Ver­ne­stra wstała.

- To nie jest wła­ściwe. Imri, nie możesz uży­wać Mocy do mani­pu­lo­wa­nia innymi!

Reath otwo­rzył usta, żeby sta­nąć w obro­nie chłopca - nim utra­cili Lodena Gre­at­storma, poznał twi'lekań­skiego Jedi i wie­dział, że podobną tech­nikę sto­suje się rzadko, jed­nak uży­wana w odpo­wiedni spo­sób może być naprawdę bar­dzo przy­datna - ale nim zdą­żył coś powie­dzieć, ugryzł się w język, przy­tło­czony falą emo­cji, która napły­nęła nagle od młod­szego pada­wana.

- Nie chcia­łem...! - zaczął Imri, ale urwał na widok Ver­ne­stry pod­no­szą­cej dło­nie w geście kapi­tu­la­cji.

- Spo­koj­nie, Imri. Weź głę­boki wdech. Wiem, że mogłeś to zro­bić mimo­wol­nie, ale będziemy musieli nad tym popra­co­wać, żeby upew­nić się, że zdo­łasz kon­tro­lo­wać te... odru­chy. Naj­pierw jed­nak... powin­ni­śmy poroz­ma­wiać z mistrzem Maru. Moż­liwe, że będzie wie­dział, co takiego zro­bi­łeś, i znał jakieś ćwi­cze­nia, które pomo­głyby ci to opa­no­wać. A może znaj­dziemy coś na ten temat w biblio­tece? - Ver­ne­stra uśmiech­nęła się do Reatha prze­pra­sza­jąco. - Wybacz. Naprawdę chcia­łam posłu­chać opo­wie­ści o two­jej wypra­wie. Od czasu tra­ge­dii na Valo wszyst­kim nam jest ciężko, a to tylko jedna z wielu rze­czy, nad któ­rymi musimy popra­co­wać...

- Och, nie przej­muj się. Dobrze było znów cię zoba­czyć, Ver­ne­stro. Mam nadzieję, że spo­tkamy się jesz­cze nie­ba­wem. - Led­wie wypo­wie­dział te słowa, dotarło do niego, że to nie była zwy­kła grzecz­no­ściowa for­mułka, naprawdę chciał ją znów zoba­czyć i świa­do­mość tego faktu spra­wiła, że zaru­mie­nił się lekko.

Imri zer­k­nął na niego z ukosa nie­zbyt przy­jaź­nie i Reath zaczął się zasta­na­wiać, czy chło­piec naprawdę potrafi tak łatwo odczy­tać jego emo­cje. Odkaszl­nął, żeby ukryć zmie­sza­nie; patrząc w ślad za odcho­dzącą dwójką, poczuł sporą ulgę.

Wie­dział, że zakon potę­pia takie rze­czy, ale nie mógł nic pora­dzić na to, że Ver­ne­stra... cóż, podo­bała mu się. Była bystra, miła i trak­to­wała zakon rów­nie serio, jak inni mistrzo­wie. Nie dawało się jej nie lubić. To jed­nak wcale nie zna­czyło, że była obiek­tem jego wes­tchnień, prawda? Jedi nie mogli zawie­rać mał­żeństw ani mieć dzieci, a Ver­ne­stra z pew­no­ścią trak­to­wała swoje przy­sięgi śmier­tel­nie poważ­nie.

Z jakie­goś powodu pomy­ślał nagle o Nan, Nihilce, którą spo­tkał... cóż, wyda­wało mu się, że to było całe wieki temu. Nagle zaczął się zasta­na­wiać, czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze ją spo­tka i co dziew­czyna teraz pora­bia. Czy w ogóle na­dal żyła? A może zgi­nęła w jed­nej z wielu bitew, które od tam­tej pory Nihi­lo­wie sto­czyli z Jedi i siłami Repu­bliki?

Nie miał poję­cia i nie wie­dział w ogóle, dla­czego pomy­ślał o niej aku­rat teraz... ani dla­czego wła­ści­wie zaczął się zasta­na­wiać nad tym, jak by to było poca­ło­wać kogoś. Przy­po­mniaw­szy sobie, że Nan pró­bo­wała mu się przy­po­do­bać tylko po to, żeby wycią­gnąć od niego infor­ma­cje, odsu­nął to dziwne, krę­pu­jące uczu­cie na bok i zabrał się do pała­szo­wa­nia, wie­dząc, że prę­dzej czy póź­niej mistrz Coh­mac po niego przyj­dzie, a wów­czas będzie musiał się sku­pić na kolej­nym zada­niu.

A on nie miał zamiaru zabie­rać się do pracy o pustym żołądku.

ROZ­DZIAŁ TRZECI

Nan stała na ubo­czu w świą­tyni na pokła­dzie "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia" i przy­glą­dała się spo­tka­niu Oka z jego Jeźdź­cami Nawał­nic. Podob­nie jak na całym statku, tutaj rów­nież pano­wał pół­mrok, a powie­trze prze­sy­cała nikła woń rdzy i roz­kładu. Nie­gdyś ten obiekt był miej­scem kultu, cho­ciaż Nan nie roz­po­zna­wała żad­nego z sym­boli wyry­tych w ścia­nach. Jesz­cze jakiś czas temu Oku z pew­no­ścią nie prze­szłoby nawet przez myśl, by zapro­sić Jeźdź­ców Nawał­nic na pokład swo­jego okrętu, jed­nak w ciągu kilku ostat­nich mie­sięcy Repu­blika i jej Jedi poważ­nie prze­trze­bili liczne tajne bazy Nihi­lów, zmu­sza­jąc ich do mobi­li­za­cji i reor­ga­ni­za­cji sze­re­gów.

- Nie powin­naś tu być! - szep­nął do niej chło­piec o kilka lat młod­szy od niej; więk­szość twa­rzy prze­sła­niała mu szopa jasnych kosmy­ków.

- A ty? - odcięła się, przy­gła­dza­jąc wła­sne ciemne włosy i uda­jąc, że kom­plet­nie nie przej­muje się zło­śli­wym komen­ta­rzem. Krix miał rację. Teo­re­tycz­nie nie powinna tu prze­by­wać, ale jeśli ten wku­rza­jący mały mynock zamie­rzał się tu krę­cić, żeby pod­słu­chi­wać, to ona nie mogła być gor­sza. - Lepiej się odczep, zanim zaro­bisz nożem mię­dzy żebra.

Nim chło­pak się cof­nął, par­sk­nął cicho i mimo­wol­nie zaczęła roz­wa­żać w myśli różne sce­na­riu­sze zakoń­cze­nia jego żało­snego żywota, cho­ciażby po to, aby usu­nąć z tego pomiesz­cze­nia jego smród.

Jej doświad­cze­niami z ostat­niego roku można by obdzie­lić setki istot - czuła się, jakby prze­żyła w tym cza­sie kilka żyć. Wal­czyła z Jedi i napa­dała na stocz­nie. Zgro­ma­dziła dla Oka wię­cej danych niż któ­ry­kol­wiek z jego zaufa­nych szpie­gów. Jej młody, nie­winny wygląd i umie­jęt­ność kła­ma­nia bez zająk­nię­cia czy­niły ją wręcz nie­za­stą­pio­nym źró­dłem infor­ma­cji. Była w sta­nie prze­ko­nać dosłow­nie każ­dego, by uwie­rzył w to, co chciała, i wyko­rzy­sty­wała tę zdol­ność bez skru­pu­łów w imie­niu Oka, Mar­chiona Ro.

Uczci­wie zapra­co­wała na miej­sce u jego boku... w prze­ci­wień­stwie do Kriksa, który był obśli­zgłą szu­mo­winą o kośla­wych zębach, spę­dza­jącą wię­cej czasu na stwa­rza­niu pro­ble­mów niż przy­no­sze­niu chwały Burzy. Nan naprawdę miała ochotę zamor­do­wać tego bla­dego dupka, ale bała się, że Ro z jakie­goś powodu może na nim zale­żeć, więc zamiast tego łyp­nęła tylko na chło­paka spode łba, mając szczerą nadzieję, że prę­dzej niż póź­niej skoń­czy po złej stro­nie lufy bla­stera.

- Dla­czego docho­dzą mnie słu­chy o stra­tach w naszych ludziach na Dal­nie? - pytał Mar­chion Ro, usa­do­wiony w potęż­nym fotelu sto­ją­cym naprze­ciwko miejsc zaj­mo­wa­nych przez jego Jeźdź­ców Nawał­nic i spra­wia­jący wra­że­nie kom­plet­nie znu­dzo­nego roz­mową. Nan prze­cho­dziły ciarki za każ­dym razem, gdy widziała go w tym wyda­niu: bez hełmu, z czar­nymi wło­sami spły­wa­ją­cymi swo­bod­nie na jego nagą, chro­pawą skórę i nazna­czone gwiezd­nymi sym­bo­lami ramiona. Jego pozba­wione wyrazu oczy były czarne jak kosmos, a Nan stała dość bli­sko, by dostrzec, jak led­wie zauwa­żal­nie strzyże uszami. Nikt nie wie­dział, z jakiego gatunku pocho­dzi. A każdy, kto o to pytał, koń­czył jako zimny trup. Mar­chion Ro był rów­nie piękny, co zabój­czy, i Nan cie­szyła się, że spo­tkało ją szczę­ście dzie­le­nia z nim prze­strzeni.

- To po pro­stu kolejny spi­sek Repu­bliki, pró­bu­ją­cej zama­sko­wać fakt, że wygry­wamy - oświad­czył naj­now­szy naby­tek pośród Jeźdź­ców, Kara Xoo, bru­talna Quar­renka, która uwa­żała tor­tury za coś w rodzaju sportu wido­wi­sko­wego. Nan podo­bał się spo­sób jej dzia­ła­nia, pole­ga­jący głów­nie na dużej dawce zdro­wej roz­wałki, dopra­wio­nej szczyptą gra­bieży. Ten jeden raz, gdy miała oka­zję uczest­ni­czyć w napa­dzie wraz z jej Nawał­nicą, świet­nie się bawiła, nawet jeśli nie obło­wiła się zbyt­nio. Awansu na Jeźdź­czy­nię Xoo dochra­pała się zaś tylko dla­tego, że po ataku na Valo wszelki słuch po Panie Eycie zagi­nął. Więk­szość Nihi­lów uznała, że nie żyje. I wła­ści­wie nikt spe­cjal­nie za nim nie tęsk­nił.

- Skoro tak, to dla­czego twoja flota została zre­du­ko­wana do zale­d­wie dwu­dzie­stu stat­ków? - spy­tała Lourna Dee. Podob­nie jak Ro umo­ściła się w swoim fotelu wygod­nie i spra­wiała wra­że­nie total­nie wylu­zo­wa­nej. Lourna była Twi'lekanką o skó­rze w nie­zdro­wym odcie­niu zie­leni, ubraną w nie­od­łączny pan­cerz i znacz­nie nie­bez­piecz­niej­szą, niż mogło się wyda­wać na pierw­szy rzut oka, a każdy prze­ciw­nik, który zlek­ce­wa­żył jej bru­tal­ność, słono pła­cił za swój błąd. Nie cheł­piła się ani nie prze­chwa­lała jak Kara czy poprzedni Jeź­dziec Nawał­nicy, Pan Eyta; zamiast tego uśmie­chała się jedy­nie milutko, a potem z zimną krwią zabi­jała każ­dego, kto ją wku­rzył. Człon­ko­wie jej Nawał­nicy byli rów­nie zabój­czo sku­teczni, jak ona, i tak samo skryci. Jed­no­cze­śnie Lourna jako jedyna spo­śród grona Jeźdź­ców spra­wiała, że Nan czuła się nie­swojo. I to wcale nie dla­tego, że Twi'lekanka była tak nie­bez­pieczna, tylko dla­tego, że cza­sem zda­rzało jej się mówić z akcen­tem wyż­szych sfer z Hosnian Prime. Nie­ważne, jak mocno Nan sta­rała się odkryć sekrety Lourny, jej wysiłki nie­odmien­nie speł­zały na niczym.

- Dwa­dzie­ścia stat­ków? - powtó­rzył Oko, pro­stu­jąc się w swoim fotelu. - Kto dowo­dził tym ata­kiem?

- Ja - zgło­sił się jeden z Nihi­lów, Itho­ria­nin. - Stra­ci­łem połowę Bły­ska­wicy i całą moją Burzę. - Jego jed­nostka trans­la­cyjna punk­to­wała słowa serią trza­sków. - Nie mie­li­śmy szans. Nawet z sil­ni­kami Ścieżki.

Na­dal miał na sobie swoją maskę, co w oczach Nan było rażą­cym bra­kiem sza­cunku wobec lorda Ro. "Elek­tryczne Spoj­rze­nie" było naj­bez­piecz­niej­szym stat­kiem w całej galak­tyce. Jedi zdo­łali co prawda naje­chać ich bazę na Gri­zalu, a także sze­reg bez­piecz­nych kry­jó­wek, z któ­rych korzy­stali Nihi­lo­wie, jed­nak "Spoj­rze­nie" pozo­stało wciąż nie­od­kryte, a nie­któ­rzy z młod­szych Nihi­lów zaczy­nali już poszep­ty­wać po kątach, jakoby Mar­chion Ro był kimś wię­cej niż tylko zwy­kłą istotą.

Nan nie podej­rze­wała Oka o żadne nad­na­tu­ralne zdol­no­ści, ale - podob­nie jak ona - nale­żał do osób, któ­rymi kie­ro­wała przede wszyst­kim wola prze­trwa­nia, i wie­dział, jak pla­no­wać swoje dzia­ła­nia ade­kwat­nie do tej potrzeby, reali­zu­jąc bez­u­stan­nie kilka kon­cep­tów jed­no­cze­śnie. Podo­bało jej się to i podzi­wiała tę umie­jęt­ność.

Mar­chion Ro pod­niósł jakiś przed­miot leżący koło jego fotela i cisnął nim w Itho­ria­nina. Nan zdo­łała dostrzec tylko prze­lotny błysk, nim obiekt przy­lgnął do maski pirata, który natych­miast do niego się­gnął, pró­bu­jąc go ode­rwać. Teraz Nan widziała, że to jeden z lep­kich ładun­ków, któ­rych Nihi­lo­wie uży­wali cza­sem, aby prze­drzeć się przez wyjąt­kowo dobrze chro­nione śluzy powietrzne.

Itho­ria­nin nie zdą­żył wykrztu­sić nawet słowa; już za chwilę górna połowa jego ciała zmie­niła się w krwawą mia­zgę, a siła wybu­chu pora­ziła istoty z jego grupy, które miały to nie­szczę­ście, że stały za bli­sko niego. Żaden z pozo­sta­łych Nihi­lów nawet nie drgnął - impreza, pod­czas któ­rej nikt nie zgi­nął, była kiep­ską imprezą.

- A skoro już mowa o stat­kach... Lourno? Gdzie ta broń, którą mi obie­ca­łaś? - zagad­nął Ro, odwra­ca­jąc się do Jeźdź­czyni Nawał­nicy w tej samej chwili, w któ­rej Kara dała gestem znak swoim ludziom, aby wynie­śli ciała. Jej Nawał­nica pomniej­szyła się wła­śnie o co naj­mniej jedną Bły­ska­wicę, ale Mar­chion Ro zupeł­nie się tym nie prze­jął. - I moi Jedi? Teraz, gdy stra­ci­li­śmy tego poprzed­niego, nasz nadworny oprawca męczy mnie o kolejne obiekty do swo­ich testów. Wolał­bym, żeby nie zaczął szu­kać ochot­ni­ków tam, gdzie nie trzeba...

Lourna wzru­szyła ramio­nami, ide­al­nie obo­jętna.

- Gdy w grę wcho­dzi nauka, pośpiech jest nie­wska­zany, Ro. Na­dal mapu­jemy trasy w tym regio­nie. Co się zaś tyczy Jedi... pra­cuję nad tym. Jak zapewne dosko­nale wiesz, w poli­tyce wszystko toczy się nie­zno­śnie wolno. Musisz jed­nak wie­dzieć, że współpra­cuję z Gra­fami od dawna i wiele nas łączy. Dosta­niesz swoje obiekty.

- Broń jest waż­niej­sza od Jedi - zastrzegł Ro. - Repu­blika ma wię­cej niż dość naszych sil­ni­ków Ścieżki, aby roz­po­cząć dogłębną ana­lizę. To jedy­nie kwe­stia czasu, nim roz­gryzą dzia­ła­nie Ście­żek. - Oko wciąż spra­wiał wra­że­nie znu­dzo­nego, jed­nak bęb­nie­nie jego obsy­dia­no­wych szpo­nów o poręcz fotela zdra­dzało lek­kie znie­cier­pli­wie­nie. - Obie­ca­łaś mi, że znaj­dziesz spo­sób, by temu zapo­biec.

- I wła­śnie taki efekt osią­gniemy dzięki Sercu Gra­wi­ta­cji - zapew­niła go Lourna. - Jed­nak nie zapo­znaw­szy się dokład­nie ze wszyst­kimi szla­kami w tym sek­to­rze, wskó­ramy jedy­nie tyle, że zaszko­dzimy samym sobie. Otrzy­ma­łeś ładu­nek coaxium, zga­dza się?

- Tak, ale powie­rzy­łem ci inne zada­nie - stwier­dził Ro, na co Lourna Dee uśmiech­nęła się pół­gęb­kiem.

- Gdy­byś zapew­nił mi wspar­cie swo­jej sawantki, mogła­bym szyb­ciej zre­ali­zo­wać ten pro­jekt...

Gry­mas na twa­rzy Ro zmie­nił się w coś na kształt zasko­cze­nia.

- Tak?

- Ow­szem. Tylko ona zna nawet naj­mniej uczęsz­czane Ścieżki, nie­prze­li­czone trasy bie­gnące przez nad­prze­strzeń. Może nam pomóc wyty­czyć i prze­śle­dzić skoki ener­gii w tym rejo­nie. To prze­cież wła­śnie ona zapro­po­no­wała sek­tor Berenge...

Ro wypro­sto­wał się jesz­cze moc­niej, czujny i podejrz­liwy.

- Och, czyżby? A więc zaczę­łaś wty­kać nos w nie swoje sprawy, Lourno?

- Nic podob­nego - zaprze­czyła. - To Ścieżka, o którą pro­si­łam cię po Valo. Zapo­mnia­łeś już?

Jej pyta­nie nie­bez­piecz­nie ocie­rało się o bez­czel­ność i wie­dział o tym każdy ze zgro­ma­dzo­nych. Wszy­scy jak jeden mąż wstrzy­mali oddech i zaczęli prze­stę­po­wać ner­wowo z nogi na nogę, zasta­na­wia­jąc się, czy Ro potrak­tuje jej słowa jako groźbę, czy też puści tę znie­wagę pła­zem. Nihi­lo­wie zawsze byli gotowi do walki, ale teraz, gdy ich sze­regi nie­bez­piecz­nie top­niały, zda­niem Nan nie­mą­drze było pro­wo­ko­wać otwarty kon­flikt.

Wie­działa jed­nak, gdzie celo­wać, w razie gdyby wywią­zała się walka. Sto­jący po prze­ciw­nej stro­nie Krix jakby czy­tał jej w myślach, bo wła­śnie w tej chwili spoj­rzał w jej stronę; pod­chwy­ciła jego spoj­rze­nie i obna­żyła zęby w dra­pież­nym gry­ma­sie...

Jed­nak Ro uśmiech­nął się tylko, obda­rza­jąc Lournę wyszcze­rzo­nym uśmie­chem, a potem opadł na opar­cie swo­jego fotela.

- A cze­muż to miał­bym udo­stęp­niać ci moją sawantkę? Co będę z tego miał?

Twi'lekanka usia­dła, pro­stu­jąc się bar­dziej, i posłała Ro chy­tre spoj­rze­nie.

- Jak sądzisz, skąd zdo­by­łam coaxium? Broń jest już bar­dzo sku­teczna, ale nie dość dokładna. Lep­sze mapo­wa­nie w połą­cze­niu z lep­szym wywia­dem zapew­nią nam znacz­nie cen­niej­sze łupy. A broń... może być naszym naj­po­tęż­niej­szym atu­tem w walce, gdy następ­nym razem przyj­dzie nam się zmie­rzyć z Repu­bliką. Byłoby w końcu bar­dzo... nie­for­tun­nie, gdy­by­śmy dali się ponow­nie zasko­czyć, tak jak Pan nad Cyc­lo­rem.

Szpony Mar­chiona Ro zazgrzy­tały o metal pod­ło­kiet­ni­ków. Wspo­mi­na­nie ich porażki na Gri­zalu było bar­dzo ryzy­kow­nym posu­nię­ciem - zgi­nęło wów­czas mnó­stwo Nihi­lów, a od tam­tej pory ich roz­pro­szone siły były zmu­szone do bez­u­stan­nej ucieczki.

- Oko, widzę, że cię roz­gnie­wa­łam - przy­znała potul­nie Lourna, skła­nia­jąc głowę. Jej wcze­śniej­sza buń­czucz­ność zmie­niła się w mgnie­niu oka w słu­żal­czość. - Chcia­łam ci tylko uzmy­sło­wić, że z powodu zapla­no­wa­nych na naj­bliż­szy okres wypraw nie powi­nie­neś raczej potrze­bo­wać dostępu do nowych Ście­żek. Z pomocą two­jej sawantki mogli­by­śmy lepiej przy­go­to­wać broń, tak aby była gotowa, gdy wró­cisz ze swo­ich eks­pe­dy­cji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki