Star Wars. Wielka Republika. Pokusy Mocy - Tessa Gratton

Kup ebooka

46.00 zł
39.10 zł (35,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział piąty

OANNE, PRZE­STRZEŃ REPU­BLIKI, GRA­NICA STREFY OKLU­ZJI

Bur­ry­aga czuł się bez­gra­nicz­nie sfru­stro­wany.

Leśny świat Oanne był jedną z nie­wielu odwie­dzo­nych przez niego pla­net, na któ­rych umiał posłu­gi­wać się głów­nym języ­kiem tubyl­ców. Pro­blem w tym, że mimo to nie potra­fił się z nimi poro­zu­mieć.

Jego przy­ja­ciel, rycerz Jedi Bell Zet­ti­far, sta­rał się go pocie­szać, jak tylko zdo­łał:

-?To nie potrwa wiecz­nie, jestem pewien -?powie­dział, przy­klę­ka­jąc na jedno kolano obok przy­wód­czyni kolo­nii Elia-Anów. Bie­gła w Uzdra­wia­niu - tak brzmiał jej ofi­cjalny tytuł według dro­ida tłu­ma­cza -?się­gała Burry'emu dokład­nie do połowy uda i Wookiee musiał się bez­u­stan­nie powstrzy­my­wać od chęci poło­że­nia swo­jej dużej, wło­cha­tej dłoni na jej puszy­stej gło­wie. Ciało przed­sta­wi­cieli rasy Elia-Anów pokry­wało sztywne wło­sie, ale tuż przy skó­rze pora­stało je mięk­kie runo w opa­li­zu­ją­cych kolo­rach per­ło­wego szma­ragdu i błę­kitu, odpo­wia­da­ją­cych liniom serca ich rodo­wych drzew.

Bie­gła w Uzdra­wia­niu pokle­pała Bella po ramie­niu i wydała z sie­bie serię krót­kich treli, brzmią­cych jak świer­go­tliwa odmiana shy­rii­wo­oka.

-?To bez zna­cze­nia, jeśli... spa­lone -?prze­ło­żył droid tłu­macz. Czę­ścią języka Elia-Anów były ruchy wło­sków oka­la­ją­cych ich szyje, a mecha­niczny trans­la­tor nie radził sobie zbyt dobrze z ich inter­pre­ta­cją, co jesz­cze pogłę­biało pro­blem z komu­ni­ka­cją.

Jedi przy­byli tu trzy dni temu wraz z zespo­łem Koali­cji Obrony Repu­bliki, który miał dopil­no­wać przy­go­to­wań do akcji ewa­ku­acyj­nej. Oanne była jedyną zamiesz­kałą pla­netą w ukła­dzie, a jej miesz­kańcy pozo­sta­wali w dużej mie­rze samo­wy­star­czalni. Repu­blika nie inge­ro­wała zbyt­nio w ich sprawy, oprócz tego, że impor­to­wała stąd pewien gatu­nek grzyba. Pora­sta­jący korze­nie sta­rych drzew rodo­wych orga­nizm był wyko­rzy­sty­wany jako bar­dzo wydajny -?i co waż­niej­sze, nie­wy­kry­walny - prze­wod­nik elek­tryczny. Kilka poko­leń wstecz Repu­blika zawarła umowę han­dlową z kolo­niami Elia-Anów, włą­cza­jąc pla­netę w poczet swo­ich świa­tów człon­kow­skich. W zamian Elia-Ano­wie popro­sili repu­bli­kań­skich naukow­ców o pomoc w zro­zu­mie­niu niu­an­sów sym­bio­tycz­nego pro­cesu roz­woju, który łączył ich ze swo­imi drze­wami rodo­wymi, oraz o pod­ję­cie prób stwo­rze­nia alter­na­tyw­nych roz­wią­zań, które umoż­li­wi­łyby im podróże poza pla­netę. W dro­dze na Oanne Burry przej­rzał całe mnó­stwo pli­ków z infor­ma­cjami na ten temat, zgro­ma­dzo­nymi przez eks­perta z gatunku Ho'Din. Wyglą­dało jed­nak na to, że na razie nikomu nie udało się stwo­rzyć sztucz­nej, nawet tym­cza­so­wej komory roz­wo­jo­wej, imi­tu­ją­cej sys­tem dzia­ła­nia ich drzew rodo­wych na tyle dobrze, by Elia-Ano­wie mogli się roz­mna­żać.

I na tym wła­śnie pole­gał pro­blem, przed któ­rym sta­nęły Koali­cja Obrony Repu­bliki i zakon: Oanne znaj­do­wała się bar­dzo bli­sko obec­nej gra­nicy Wału Burzo­wego i ist­niało duże praw­do­po­do­bień­stwo, że Mar­chion Ro wkrótce znów ją prze­su­nie -?w ten kapry­śny, nie­prze­wi­dy­walny spo­sób, w jaki zaczął powięk­szać swoje tery­to­rium po ucieczce mistrzyni Avar Kriss. W obli­czu wchło­nię­cia przez Strefę Oklu­zji, Elia-Ano­wie sta­nęli przed trud­nym wybo­rem: zostać i nara­żać się na oku­pa­cję Nihi­lów oraz śmierć z rąk najeźdź­ców lub opu­ścić swoją ojczy­znę.

Bell był zde­ter­mi­no­wany prze­ko­nać ich, że powinni odejść. Był pewien, że to tylko tym­cza­sowe roz­wią­za­nie, choć Bur­ry­aga nie podzie­lał tego prze­ko­na­nia.

-?Nihi­lo­wie mogą pod­pa­lić wasze lasy, to prawda -?potwier­dził Zet­ti­far, marsz­cząc brwi. -?Ale jeśli tu zosta­nie­cie, was rów­nież czeka śmierć. Jeżeli odle­ci­cie stąd z nami, macie szansę prze­trwać...

-?A czy Repu­blice nie zależy na nas jedy­nie z powodu naszych... -?Droid tłu­macz urwał, nie­zdolny pora­dzić sobie z nazwą miej­sco­wych grzy­bów.

Burry nie potrze­bo­wał jed­nak jego wyja­śnień.

-?Nie -?zaprze­czył w języku an-an tak ostro, że Bell rzu­cił mu zasko­czone spoj­rze­nie, ale Bie­gła w Uzdra­wia­niu odchy­liła tylko głowę w tył, żeby lepiej widzieć góru­ją­cego nad nią Wookie­ego.

Burry pod­chwy­cił spoj­rze­nie jej inten­syw­nie zie­lo­nych oczu. Wło­ski na jej szyi falo­wały, zmie­nia­jąc barwę z zie­lo­no­nie­bie­skiej na nie­bie­sko­zie­loną.

-?Być może Repu­blika fak­tycz­nie potrze­buje waszych grzy­bów -?powie­dział łagod­nie Bell -?ale mi i Bur­ry­adze zależy przede wszyst­kim na waszym dobru. Chcemy zapew­nić wam bez­pie­czeń­stwo.

-?Nasz las nie może odejść -?poin­for­mo­wała Bie­gła Burry'ego, wyda­jąc z sie­bie serię cichych, śpiew­nych pomru­ków.

Zmięk­cza­jąc swój shy­rii­wook, aby lepiej odzwier­cie­dlał wymowę an-an, Burry wyja­śnił jej, że być może lasu nie uda się ura­to­wać, jeśli ich świat pad­nie ofiarą Nihi­lów.

Bie­gła w Uzdra­wia­niu wyraź­nie posmut­niała. I nie cho­dziło tylko o zmiany w ruchu i ubar­wie­niu jej wło­sia -?Burry wyczu­wał jej emo­cje, napły­wa­jące ku niemu poprzez Moc.

Gdy spoj­rzał na Bella, zoba­czył, że jego przy­ja­ciel wysuwa lekko do przodu dolną wargę -?w ten cha­rak­te­ry­styczny spo­sób, jak miał w zwy­czaju zawsze, gdy nie­mal rozu­miał jakieś bar­dziej skom­pli­ko­wane zda­nie, wypo­wie­dziane przez Bur­ry­agę. Zet­ti­far bywał sfru­stro­wany tym, że tak czę­sto musi pole­gać na pomocy tłu­ma­czy. Burry'emu kom­plet­nie to nie prze­szka­dzało, ale doce­niał wysi­łek przy­ja­ciela i upór, z jakim sta­rał się poznać język Wookie­ech. Kiedy zorien­to­wał się, że Bell zaczął uczyć się shy­rii­wo­oka, wpadł jak burza do jego małej kwa­tery w Świą­tyni i porwał chło­paka w obję­cia. Pomiesz­cze­nie było zbyt cia­sne, by zdo­łał obró­cić go dookoła, ale nie prze­jął się tym zbyt­nio. Mistrzyni Burry'ego, Nib Assek, zadała sobie trud, by poznać jego ojczy­sty język, bo chciała bez prze­szkód poro­zu­mie­wać się ze swoim pada­wa­nem, ale Bell nie musiał tego robić. Był po pro­stu jego przy­ja­cie­lem, który chciał oka­zać mu w ten spo­sób sza­cu­nek i wspar­cie, świa­dom, że mecha­niczni tłu­ma­cze nie zawsze są w sta­nie wychwy­cić wszyst­kie niu­anse skom­pli­ko­wanego narze­cza. Bell Zet­ti­far pra­gnął go po pro­stu rozu­mieć.

Kiedy Burry utknął w jaskini na dnie eiram­skiego oce­anu, tylko cudem unik­nąw­szy śmierci, wyry­wał sobie kępki sier­ści, aby za pośred­nic­twem two­rzo­nych z niej małych tote­mów wysy­łać wia­do­mo­ści -?z nadzieją na to, iż ktoś natknie się na nie na brzegu. Wie­dział, że szanse na to, iż ktoś w ogóle je znaj­dzie, a tym bar­dziej zro­zu­mie, są bole­śnie nikłe. Ale nie prze­sta­wał wie­rzyć, że w jakiś spo­sób dotrą do Bella. Że deter­mi­na­cja jego przy­ja­ciela, jego upór i nie­ustę­pli­wość go ocalą. Nie zawiódł się.

Bie­gła w Uzdra­wia­niu wycią­gnęła jedną ze swo­ich sied­mio­pal­cza­stych głów­nych rąk (Elia-Ano­wie mieli dodat­kową parę ramion, krót­szych i uzbro­jo­nych w szpony, któ­rymi wcze­piali się w swoje drzewa rodowe) i pokle­pała Burry'ego po brzu­chu -?tak wysoko, jak tylko zdo­łała się­gnąć, czyli tuż nad pasem jego brą­zo­wych szat. Następ­nie dotknęła wła­snego brzu­cha ponad sple­cio­nymi paskami szarf, słu­żą­cymi jej za ubra­nie, i powie­działa coś, czego droid tłu­macz nie był w sta­nie przetłu­maczyć. Brzmiało jak słowo ozna­cza­jące w shy­rii­wo­oku "dzwonki": Arryss­slesh.

Jej imię. Burry dotknął swo­jego brzu­cha w miej­scu, w któ­rym spo­częły jej palce, i odpo­wie­dział jej w swoim ojczy­stym języku, wyja­wia­jąc wła­sne.

-?Chodź­cie -?przy­na­gliła ich, kie­ru­jąc się w głąb lasu i gestem dając im znak, by podą­żyli za nią.

Burry spoj­rzał na Bella, po czym chwy­cił przy­ja­ciela za łokieć i pocią­gnął za sobą. Ruszyli w ślad za Bie­głą w Uzdra­wia­niu wraz ze sta­ra­ją­cym się za nimi nadą­żyć dro­idem tłu­ma­czem.

Las stop­niowo gęst­niał. Ota­czały ich drzewa rodowe o gład­kiej, zie­lo­no­czar­nej korze, na któ­rej wraz z wie­kiem poja­wiała się poje­dyn­cza bruzda, bie­gnąca wzdłuż pnia. Więk­szość z nich była bar­dzo stara -?dały życie wielu poko­le­niom Elia-Anów. Ich błę­kitne, przy­wo­dzące na myśl smu­kłe kie­liszki do szam­pana gałę­zie wzno­siły się ku niebu, a liście, pokryte tym samym puszy­stym mesz­kiem, który pora­stał skórę tubyl­ców, koły­sały się deli­kat­nie na wie­trze. Mię­dzy nimi dało się dostrzec mniej­sze, kwit­nące drzewka. Ich gałązki się­gały ku sąsia­dom, two­rząc coś na kształt koronki z mlecz­no­bia­łych witek, roz­snu­tej na tyle nisko, że Burry musiał się schy­lić i prak­tycz­nie pod nią czoł­gać. Sta­rał się nie zgnia­tać trawy rosną­cej wzdłuż wąskiej ścieżki Elia-Anów, ale jego stopy były zbyt duże. Źdźbła ugi­nały się i łamały pod cię­ża­rem jego ciała, wydzie­la­jąc woń przy­praw, a ich sok mie­nił się jak gwiaź­dzi­ste algi, roz­świe­tla­jąc pod­szyt nie­ziem­skim bla­skiem.

-?Pięk­nie tu -?wes­tchnął z zachwy­tem Bell, jakby czy­tał w myślach Burry'emu, który wydał z sie­bie cichy pomruk zgody.

Nie­trudno było zro­zu­mieć, dla­czego Elia-Ano­wie nie chcieli opusz­czać swo­jego lasu. Gdyby przy­byli tu Nihi­lo­wie, w mgnie­niu oka zamie­ni­liby go w zglisz­cza.

Burry pró­bo­wał odsu­nąć od sie­bie gniew, który budziła w nim sama myśl o nisz­czy­ciel­skiej deter­mi­na­cji Nihi­lów. Zamiast mu się pod­da­wać, powi­nien roz­ko­szo­wać się chwi­lami spo­koju w tym buj­nym, roz­tęt­nio­nym Mocą lesie. Czuł się silny i połą­czony ze wszyst­kim, co go ota­czało -?jak cząstka zdro­wego, sta­bil­nego eko­sys­temu. Dzięki swo­jej nie­zwy­kłej empa­tii wyczu­wał emo­cje napły­wa­jące od oko­licz­nej roślin­no­ści. A ta była naprawdę nie­zwy­kła: Bur­ry­aga ni­gdy wcze­śniej nie natknął się na drzewa, które byłyby tak sil­nie, prak­tycz­nie nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane z tubyl­czą rasą. Zasta­na­wiał się, czy któ­ryś z bada­ją­cych je wcze­śniej Jedi pró­bo­wał prze­sa­dzić rośliny do arbo­re­tum na pokła­dzie statku. Może gdyby za pośred­nic­twem Mocy dało się w jakiś spo­sób prze­ko­nać je, że aby prze­trwać, powinny prze­nieść się w bez­piecz­niej­sze miej­sce, roz­wią­za­łoby to pro­blem z Nihi­lami...?

Bie­gła w Uzdra­wia­niu zapro­wa­dziła ich na łąkę, nad którą uno­sił się rój jaskra­wo­żół­tych owa­dów. Po chwili namy­słu uznał, że to raczej jakieś... nasiona. A może jed­nak owady? W końcu prych­nął z lek­kim roz­ba­wie­niem. Tak naprawdę nie miało to żad­nego zna­cze­nia. W tym miej­scu wszystko było naj­wy­raź­niej ze sobą połą­czone -?i to nie tylko za pośred­nic­twem Mocy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

SEK­TOR SESWENNA, STREFA OKLU­ZJI

Por­ter Engle dry­fo­wał na skraju jawy i snu.

To nie był pierw­szy raz, kiedy zgi­nął... czy może raczej pra­wie zgi­nął -?i praw­do­po­dob­nie nie ostatni. Mimo to wie­dział, że pew­nego dnia śmierć nie­uchron­nie w końcu się o niego upo­mni, a wów­czas sta­nie się jed­no­ścią z Mocą.

Ostat­nim, co pamię­tał, był widok kosmicz­nej próżni, roz­po­ście­ra­jący się przed nim, gdy stał na poszar­pa­nej kra­wę­dzi statku, pozba­wiony swo­jego mie­cza świetl­nego, z krwa­wią­cym ramie­niem, a stara Miria­lanka patrzyła na niego z góry, szcze­rząc zęby w sza­leń­czym uśmie­chu. "Żegnaj, Por­te­rze Engle'u" -?tak brzmiały jej słowa.

"Żegnaj, Por­te­rze Engle'u. Nie jesteś sam".

Nie, to nie były...

Por­ter jęk­nął cicho i ponow­nie odpły­nął.

Pamię­tał zgrzyt metalu, syk ostrza mie­cza ude­rza­ją­cego o beskar. Pamię­tał, jak kogoś ode­słał ("Nie jesteś sam...") -?znowu, zawsze odsy­łał innych, patrzył, jak odcho­dzą, odcią­gał ich...

Nie.

Tym razem to była Avar Kriss, zde­ter­mi­no­wana, by osią­gnąć swój cel, prze­peł­niona bla­skiem nadziei.

Pamię­tał białe war­ko­czyki prze­ci­na­jące powie­trze i śmiech, pogoń za tym śmie­chem, pogoń za obiet­ni­cami, łzami i mie­czami świetl­nymi, spa­da­ją­cymi na zie­mię wokół niego jak lawina...

Gene­rał Viess. Star­sza. Sil­niej­sza. "Żegnaj, Por­te­rze Engle'u".

A potem, na poszar­pa­nej meta­lo­wej kra­wę­dzi tego, co kie­dyś było pokła­dem han­ga­ro­wym... Por­ter pamię­tał, jak usiadł, aby powi­tać czułe obję­cia Mocy. Zamknął oczy i pozwo­lił, by ból roz­pro­szył się w świe­tle, a krew oble­pia­jąca jego skórę sta­no­wiła cie­płe przy­po­mnie­nie o życiu, które zosta­wiał za sobą.

Wysą­czało się z niego stop­niowo, a on wsłu­chi­wał się w Moc. Czuł, jak inne istoty mio­tają się we wnę­trzu potrza­ska­nego wraku, sły­szał jęk stali, eks­plo­zje sil­ni­ków i szept ostrzy prze­ci­na­ją­cych powie­trze: Moc ota­czała go ze wszyst­kich stron.

Por­ter Engle ni­gdy nie szu­kał śmierci, choć na prze­strzeni dłu­gich lat jego życia czę­sto go nawie­dzała. Teraz w końcu mógł ją powi­tać poprzez Moc.

Tyle tylko, że...

Był tutaj. Na łóżku z cien­kim mate­ra­cem, który ugi­nał się dziw­nie pod jego cię­ża­rem, niczym mate­riał nacią­gnięty na meta­lowe pręty. Łóżko polowe. Głowa pul­so­wała mu tępym bólem, a w ramie­niu czuł mro­wie­nie. Usły­szał dźwięk, który powi­nien był roz­po­znać. Zna­jomy. Ryt­miczny.

Na Moc! Bolało go całe ciało.

Żył.

Nie był jesz­cze gotów, by otwo­rzyć oczy, więc ponow­nie wziął głę­boki oddech i sku­pił się na ana­li­zie docie­ra­ją­cych do niego sygna­łów. Miał na sobie coś, co wyda­wało się cienką, czy­stą szatą. Czuł zapach lekarstw i kojącą, cierpką woń dymu, przy­po­mi­na­jącą kadzi­dło. Nie miał butów ani opa­ski na oku. Lewe ramię w miej­scu, w które dźgnęła go Viess, opa­sy­wał ban­daż. Mógł poru­szać pal­cami u rąk i nóg.

Pod­su­mo­wu­jąc: nie było źle.

Sądząc po echu tego zna­jo­mego, ryt­micz­nego dźwięku, pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wał, było nie­wiel­kie.

Ach! Tak. Przy­po­mniał sobie. To muzyka. Roz­po­zna­wał dźwięki.

Ktoś w pobliżu grał na czymś w rodzaju harfy, choć nie­spe­cjal­nie dobrze.

Kiedy Por­ter sku­pił się moc­niej, usły­szał szmer odde­chu i sze­lest ubra­nia. Odle­głe, stłu­mione odgłosy życia za dobrze izo­lo­wa­nymi oknami. Być może mia­sta?

Roze­słał wici Mocy i po chwili odkrył w pomiesz­cze­niu jesz­cze jedną istotę. Wyda­wała się względ­nie spo­kojna, choć wyraź­nie czymś sfru­stro­wana. Nie sta­no­wiła jed­nak bez­po­śred­niego zagro­że­nia...

W dole poru­szały się kolejne, dobrze wyczu­walne poprzez Moc. Był na pię­trze jakie­goś budynku. Sam, nie licząc har­fi­sty.

Powoli odwró­cił głowę w stronę źró­dła dźwię­ków i otwo­rzył oczy, pozwa­la­jąc, by świa­tło dzienne wlało się pod powieki.

Muzy­kiem oka­zał się męż­czy­zna, ubrany w czarną tunikę i szatę przy­ozdo­bioną jaskra­wo­czer­wo­nymi wstąż­kami, które mocno opa­sy­wały jego przed­ra­miona. Stał nad poziomą harfą i deli­kat­nie wygry­wał na niej melo­dię, ude­rza­jąc w struny małymi mło­tecz­kami. Na jego mło­dej, przy­stoj­nej śnia­dej twa­rzy malo­wał się wyraz naj­wyż­szego sku­pie­nia, a kosmyki czar­nych wło­sów, które wyśli­zgnęły się z nie­sta­ran­nie upię­tego koka, opa­dały mu na oczy.

Wyglą­dał na nie­szko­dli­wego, a rany Por­tera zostały opa­trzone, ale lepiej było nie ryzy­ko­wać.

Engle usiadł ostroż­nie i się­gnął po Moc. Odcze­kał, aż poczuje wokół sie­bie jej obec­ność, ostrą niczym sto kling, rezo­nu­jącą w jego umy­śle jak kyber...

Teraz!

Wybił się i prze­fru­nął przez cały pokój mię­dzy jed­nym ude­rze­niem mło­teczka a dru­gim. Nim to ostat­nie wybrzmiało, stał przy­ci­śnięty bokiem do ple­ców męż­czy­zny, z jedną ręką owi­niętą wokół jego szyi -?zbyt luźno, by zabić, zbyt mocno, by nie­zna­jomy zdo­łał oswo­bo­dzić się z uści­sku.

Muzyk zastygł w bez­ru­chu.

-?Obu­dzi­łeś się -?mruk­nął po chwili.

Por­ter odchrząk­nął.

-?Kim jesteś? -?spy­tał schryp­nię­tym, zgrzy­tli­wym gło­sem. Nie­uży­wa­nym od Moc jedna wie, jak dawna. Może przez jeden dzień... a może całe tygo­dnie.

-?Cair -?przed­sta­wił się cicho młody męż­czy­zna. Powoli opu­ścił mło­teczki i deli­kat­nie zło­żył je na stru­nach harfy. "Dul­ci­mer" -?słowo poja­wiło się samo­ist­nie w umy­śle Por­tera. Widy­wał już takie instru­menty.

-?Gdzie jeste­śmy?

-?W Seswenna City.

Engle ski­nął głową, mimo­wol­nie zwi­ja­jąc prawą dłoń w pięść i nie­świa­do­mie zacie­śnia­jąc uścisk na szyi Caira.

-?Jak się tu zna­la­złem?

-?Ura­to­wa­łem cię -?odpo­wie­dział męż­czy­zna i po raz pierw­szy Por­ter zare­je­stro­wał ton jego głosu: sztucz­nie rado­sny, roz­myśl­nie łagodny. Taki, jakim można by się zwra­cać do dzi­kiego dra­pież­nika.

W swoim dłu­gim życiu Por­ter Engle miał wiele wcie­leń. Był rów­nież dra­pież­ni­kiem. Łowcą. Nie był to jego natu­ralny tryb -?ani przez niego pre­fe­ro­wany, skoro już o tym mowa -?ale na­dal znaj­do­wali się w Stre­fie Oklu­zji, miej­scu, w któ­rym wła­dzę wciąż spra­wo­wali Nihi­lo­wie. Zamknął oczy na roz­pa­da­ją­cym się nihil­skim statku, a gdy otwo­rzył je ponow­nie, zna­lazł się tutaj. Naj­roz­sąd­niej było w tej sytu­acji zało­żyć, że ten cały Cair rów­nież nale­żał do Nihi­lów. Pomimo muzyki, którą grał -?i mimo iż Por­ter nie był skrę­po­wany.

Engle prych­nął i potrzą­snął lekko mło­dym męż­czy­zną.

-?Ura­to­wa­łeś mnie, hę? Niby jak? Ten sta­tek był pełen Nihi­lów -?i tylko Nihi­lów.

-?Cóż -?bąk­nął Cair -?cza­sami dostar­czam im zaopa­trze­nie...

Por­ter z sykiem wcią­gnął powie­trze przez zęby.

-?Ale! -?dodał prędko męż­czy­zna, uno­sząc ręce w geście kapi­tu­la­cji. Uwagi Por­tera nie uszło to, że lewa była pro­tezą, wyko­naną z jakie­goś czar­nego stopu. -?Robię to tylko po to, żeby zacho­wać swoje upraw­nie­nia -?no wiesz, w razie spo­tka­nia z dro­idami demon­ta­żo­wymi -?i żeby móc się swo­bod­nie poru­szać po ich tere­nie. Poza tym prze­my­cam różne rze­czy, tuż pod ich nosem. Infor­ma­cje, towary, cza­sem nawet istoty żywe, choć bywa trudno...

-?Trudno to mi uwie­rzyć w tę histo­rię -?wszedł mu w słowo Por­ter, bar­dziej roz­draż­niony niż zwy­kle -?z powodu wszyst­kiego, czego nie wie­dział, a także bolą­cego ramie­nia i nara­sta­ją­cej w nim zło­ści. - Chcesz mi wmó­wić, że jakiś Nihil nie­bę­dący Nihi­lem po pro­stu natknął się na mnie, wycią­gnął mnie z wraku i się mną zaopie­ko­wał?

Cair pró­bo­wał wzru­szyć ramio­nami, ale uścisk Por­tera sku­tecz­nie ogra­ni­czał mu zakres ruchu.

-?Cóż... -?rzu­cił ponow­nie. -?Przy­pusz­czam, że wcale nie tak trudno w to uwie­rzyć, jeśli ufasz Mocy.

W odpo­wie­dzi Por­ter wybuch­nął śmie­chem i znów wzmoc­nił uścisk wokół szyi Caira.

-?Mocy?

-?Pokażę ci coś, sta­ruszku -?powie­dział męż­czy­zna, obra­ca­jąc głowę i pre­zen­tu­jąc Por­te­rowi błysk ciem­no­brą­zo­wego oka oraz kącik unie­sio­nych w uśmie­chu ust.

Przez chwilę Engle sta­rał się wpa­try­wać w to oko, pró­bu­jąc wyba­dać Mocą, czy Cair nie pró­buje go zwieść. Jed­nak jedy­nym, co wyczuł, była szcze­rość, zabar­wiona dresz­czem stra­chu i pod­nie­ce­nia. Nic wię­cej.

Cóż. Por­ter nie prze­trwałby tak długo, gdyby nie ryzy­ko­wał raz po raz sko­ków z meta­fo­rycz­nych (a cza­sem nawet bar­dzo real­nych) kli­fów.

-?W porządku.

Uwol­niw­szy męż­czy­znę jed­nym płyn­nym ruchem, cof­nął się, opu­ścił ręce wzdłuż ciała i zaci­snął dło­nie w pię­ści. Był ostrzem. A Moc była z nim.

Cair wymi­nął harfę i szybko okrą­żył łóżko, na któ­rym spo­czy­wał wcze­śniej nie­przy­tomny Ikkruk­kia­nin. Po prze­ciw­nej stro­nie pry­czy stała mała meta­lowa szafka z kil­koma szu­fla­dami. Cair otwo­rzył górną, a Por­ter napiął całe ciało, się­ga­jąc po Moc, na wypa­dek gdyby męż­czy­zna dobył z szafki bla­ster...

Ale nic takiego nie nastą­piło.

Zamiast tego Cair trzy­mał w dłoni miecz świetlny -?miecz Por­tera, ten sam, który Jedi utra­cił na znisz­czo­nym pokła­dzie statku gene­rał Viess. Engle wpa­try­wał się w niego bez słowa, a młody męż­czy­zna obró­cił ręko­jeść w dłoni, wycią­ga­jąc ją w jego stronę.

-?Nie znam zbyt wielu Jedi -?przy­znał. -?Ale pocho­dzę z Jądra -?nie zawsze tu miesz­ka­łem. Nie zawsze tkwi­łem pod butem Nihi­lów. Potra­fię roz­po­znać miecz świetlny, gdy go widzę -?i umiem poznać Jedi, nawet bez ich szat.

Coś w jego sło­wach spra­wiło, że Por­ter poczuł się, jakby na jego bar­kach osiadł nagle jakiś ogromny cię­żar. Wziął głę­boki oddech i się­gnął Mocą po miecz.

Cair roz­warł palce i broń poko­nała w mgnie­niu oka krótki dystans, lądu­jąc z gra­cją w nad­sta­wio­nej dłoni. Por­ter miał wra­że­nie, że minęły całe lata, odkąd ostatni raz trzy­mał ją w ręku.

-?Ile czasu minęło, odkąd mnie zna­la­złeś?

-?Nieco ponad mie­siąc -?odparł Cair. -?Z powodu odnie­sio­nych obra­żeń musia­łeś przez jakiś czas pozo­sta­wać w sta­nie hiber­na­cji. Poza tym, szcze­rze mówiąc, pod oku­pa­cją Nihi­lów nie mam dostępu do naj­lep­szych leków, więc tro­chę minęło, nim udało mi się zna­leźć to, czego potrze­bo­wa­łem.

-?Hm, ta twoja ręka wygląda cał­kiem przy­zwo­icie -?zauwa­żył Por­ter, mimo iż zaczy­nał wie­rzyć temu całemu Cairowi.

-?To długa histo­ria -?wes­tchnął męż­czy­zna, poru­sza­jąc czarną pro­tezą. Po chwili jed­nak otrzą­snął się z ponu­rych myśli i pod­szedł ze wzno­wioną werwą do Por­tera. -?Słu­chaj, wiem, jak działa Moc. Jestem pewien, że dopro­wa­dziła mnie do cie­bie z jakie­goś powodu. Sta­ram się poma­gać tutej­szym, jak mogę. Nie mam, co prawda, zdol­no­ści Jedi, ale tacy jak my robią, co w ich mocy...

-?Wiem -?mruk­nął Por­ter. W ciągu ostat­niego roku widział tak wiele... Był świad­kiem zarówno nie­wy­obra­żal­nego zła, jak i praw­dzi­wych aktów altru­izmu i męstwa.

-?Mógł­byś nam pomóc. Wiem cał­kiem sporo na temat orga­ni­zo­wa­nia taj­nych ope­ra­cji, szpie­go­stwa i prze­mytu, ale nie znam się na tak­tyce i...

Por­ter prze­rwał mu, krę­cąc głową.

-?Zapo­mnij.

-?Ale...

-?Poszu­kaj kobiety nazwi­skiem Rhil Dairo i ugnau­ghc­kiego pilota, Belina, który tak jak ty pra­cuje dla Nihi­lów. Oni ci pomogą.

-?Och. -?Cair zamru­gał, jakby jego umysł miał pro­blem z prze­two­rze­niem tak wielu infor­ma­cji naraz.

-?Nie jestem twoim więź­niem, prawda? -?spy­tał Por­ter.

-?Nie! -?zaprze­czył natych­miast Cair, otwie­ra­jąc sze­rzej oczy.

-?W takim razie zabie­ram się stąd. Gdzie moje rze­czy?

Męż­czy­zna wska­zał na pojem­nik obok łóżka polo­wego.

-?Buty, pasek, kurtka -?wszystko znaj­dziesz tam.

Engle ski­nął głową, ubrał się pośpiesz­nie, a następ­nie pod­szedł do jedy­nych drzwi w pomiesz­cze­niu.

-?Zacze­kaj!

Por­ter zigno­ro­wał męż­czy­znę, zaci­ska­jąc moc­niej palce na ręko­je­ści mie­cza świetl­nego. Czuł, że to słuszna decy­zja. Wie­dział, dokąd musi się udać.

Nim jed­nak dotknął przy­ci­sku na panelu obok drzwi, zatrzy­mał się prze­lot­nie i obej­rzał na Caira.

-?Jeśli spo­tkasz innych Jedi... albo usły­szysz o kimś z zakonu, nie mów, że mnie widzia­łeś. Nie wspo­mi­naj, że żyję.

-?Dla­czego? -?Młody męż­czy­zna wyglą­dał na zasko­czo­nego.

Por­ter zaci­snął usta i spoj­rzał mu pro­sto w oczy. Czuł prze­możną, fru­stru­jącą potrzebę otwo­rze­nia utra­co­nego oka, fan­to­mowe prze­ko­na­nie o tym, że wciąż je ma, choć minęło już tyle czasu. "Potrzebna mi nowa opa­ska" -?wes­tchnął w duchu, na głos powie­dział zaś:

-?Nie chcę, żeby Jedi mnie szu­kali. Nie mogą za mną podą­żyć tam, dokąd zamie­rzam się udać.

Z tymi słowy Por­ter Engle wdu­sił przy­cisk na panelu i drzwi roz­su­nęły się z sykiem.

-?Wyjaw mi przy­naj­mniej swoje imię! -?zawo­łał w ślad za nim Cair. - Nikomu go nie zdra­dzę, obie­cuję.

-?Taak -?mruk­nął pod nosem Por­ter, nie­mal do samego sie­bie, ale mimo to ski­nął głową. -?Por­ter Engle.

-?Dzię­kuję -?powie­dział Cair. -?A więc żegnaj, Jedi Por­te­rze Engle'u. Jeśli Moc jest z nami, nasze drogi jesz­cze się skrzy­żują.

Por­ter powi­nien się ucie­szyć, sły­sząc od kogoś ze Strefy Oklu­zji zapew­nie­nie o wie­rze w Moc. Mimo to w tej chwili mógł myśleć tylko o jed­nym: o tym, dokąd zamie­rzał się udać. O tym, co go czeka.

"Żegnaj, Por­te­rze Engle'u".

Rozdział pierwszy

CORU­SCANT

Avar Kriss szła bez­sze­lest­nie kory­ta­rzem Świą­tyni Jedi, trzy­ma­jąc w jed­nej ręce cera­miczną flaszkę kwa­so­ka­mien­nego miodu pit­nego, a w dru­giej pudełko bułe­czek z orze­chami kel­dov. Gdy dotarła do kwa­ter Elzara Manna, zatrzy­mała się, scho­wała alko­hol pod pachę i przy­ci­snęła dłoń do chłod­nych meta­lo­wych drzwi.

W więk­szo­ści pomiesz­czeń w Świą­tyni pieśń Mocy roz­brzmie­wała spo­koj­nie i swo­bod­nie -?i to miej­sce nie było wyjąt­kiem. Avar roze­snuła wici swo­jej świa­do­mo­ści, szu­ka­jąc nimi obec­no­ści przy­ja­ciela. Był tam. Na jej ustach poja­wił się lekki uśmiech, ale nim zdą­żyła zapu­kać, drzwi się otwo­rzyły. Stał w nich nie kto inny, a sam Elzar, dra­piąc się po bro­dzie, ale na jej widok natych­miast opu­ścił rękę.

-?Avar.

-?Elza­rze. -?W jej uśmie­chu coś się zmie­niło -?poja­wiły się w nim jakaś deli­kat­ność i wycze­ki­wa­nie. -?Rano odla­tuję i...

-?Wiem -?powie­dział tylko, wpa­tru­jąc się w nią bez mru­gnię­cia.

Cze­kała, śle­dząc linie płyt­kich zmarsz­czek, oka­la­ją­cych jego oczy - oznak stresu i napię­cia. Jego broda była gęsta, choć krót­sza niż u Stel­lana. Miał na sobie tylko dolne war­stwy świą­tyn­nych szat -?białą tunikę i białe spodnie -?i był boso. Kiedy zauwa­żył jej spoj­rze­nie, poru­szył pal­cami u stóp.

-?Czy mogę wejść? -?zapy­tała, w ostat­niej chwili powstrzy­mu­jąc się od doda­nia: "Ostat­nim razem, gdy ode­szłam... źle to roze­gra­łam. Nie chcę znów cię zosta­wiać. Nie chcę, żeby­śmy się roz­sta­wali".

-?Oczy­wi­ście. -?Gdy się cof­nął, weszła do środka, przy­ci­ska­jąc pudełko z bułecz­kami do brzu­cha.

-?Czy to z Tal-Iree? -?spy­tał teatral­nym szep­tem.

Uśmiech­nęła się od ucha do ucha.

-?Wciąż jest dokład­nie tam, gdzie daw­niej, w tej alejce w Dziel­nicy Jade­ito­wej!

-?Przy­niosę tale­rze -?mruk­nął z ukon­ten­to­wa­niem, kie­ru­jąc się do szafki w kącie.

-?I kubki! -?Avar posta­wiła miód pitny na pod­ło­dze, a potem zdjęła buty i powie­siła na wie­szaku nie tylko pele­rynę, ale i wierzch­nią złotą szatę. Po chwili namy­słu pozbyła się rów­nież pasa i mie­cza świetl­nego.

Choć od jej powrotu z tery­to­rium oku­po­wa­nego przez Nihi­lów minęło już sześć tygo­dni, na­dal nie zdo­łała ponow­nie przy­zwy­czaić się do nosze­nia wszyst­kich tych warstw for­mal­nego stroju Jedi. Mimo to ceniła świą­tynne szaty za to, co sym­bo­li­zo­wały: bycie cząstką cało­ści, linią melo­dyczną w wiel­kiej sym­fo­nii. Szkoda, że ta nowa misja ponow­nie wyma­gała od niej ano­ni­mo­wo­ści. Elzar z kolei od zawsze nie­na­wi­dził ofi­cjal­nych szat, a teraz przy­szło mu je nosić codzien­nie. Cóż, wyglą­dało na to, że oboje będą się musieli dosto­so­wać...

Avar pochy­liła się, roz­cią­ga­jąc tylne mię­śnie ud i łydek, i się­gnęła po alko­hol.

-?Są trzy -?powie­dział nagle Elzar.

Zasko­czona, pod­nio­sła na niego wzrok. Stał przy bla­cie, na któ­rym spo­czy­wała ciemna taca z dwoma tale­rzy­kami i kub­kami, i wpa­try­wał się w otwarte pudełko.

Avar prze­łknęła ślinę.

-?Kiedy weszłam do sklepu, poczu­łam się tak oszo­ło­miona... Pach­niało dokład­nie tak samo, jak wtedy. Menu też wciąż jest takie, jak kie­dyś, sto­liki na­dal wyszczer­bione, a nad ladą wisi ten sam obraz. Odru­chowo wzię­łam to, co zawsze, a kiedy już się zorien­to­wa­łam, nie mogłam się zmu­sić do prośby o zmianę zamó­wie­nia...

Elzar ski­nął głową i wyło­żył ciastka na tacę. Kiedy się do niej odwró­cił, po jego ustach błą­kał się smutny uśmiech.

-?Widzę, że czu­jesz się już jak u sie­bie? -?rzu­cił pół­żar­tem.

-?Ten bała­gan jest zbyt zna­jomy, żebym nie czuła się tu jak w domu - odcięła się.

Kwa­tery Elzara były rów­nie skromne, co wszyst­kie inne w Świą­tyni. Jedyne odstęp­stwo od normy sta­no­wiły mały sto­lik, niskie łóżko, mata do medy­ta­cji i dość pokaźna liczba wkom­po­no­wa­nych w różne prze­strze­nie pó­łek, zaśmie­co­nych naj­roz­ma­it­szymi dro­bia­zgami: głów­nie trud­nymi do ziden­ty­fi­ko­wa­nia ele­men­tami jakichś ukła­dów mecha­nicz­nych, narzę­dziami, czę­ściami kom­pu­te­rów i data­pa­dami. Z opar­cia samot­nego krze­sła zwie­szało się kilka ele­men­tów gar­de­roby. Avar odsu­nęła od stóp łóżka stos cze­goś, co wyglą­dało jak kawałki poszy­cia dro­ida, opa­dła na cienki dywan i oparła się ple­cami o mebel. Odkor­ko­wała flaszkę, a po chwili dołą­czył do niej Elzar.

-?Roz­cień­czy­łaś? -?zapy­tał, gdy nale­wała tru­nek do kub­ków.

-?Sokiem z róża­nasa -?odparła lek­kim tonem. W grun­cie rze­czy to wła­śnie po niego zapu­ściła się do Dziel­nicy Jade­ito­wej. Kiedy mieli po pięt­na­ście lat i pstro w gło­wie, dole­wali go do kwa­so­ka­mien­nego miodu ze względu na Stel­lana -?nie dla­tego, że miał coś prze­ciwko samemu alko­ho­lowi, ale żeby po pro­stu osło­dzić jego smak.

Wznie­śli toast i wypili. Nie sma­ko­wało tak dobrze jak wtedy, gdy byli młodsi -?praw­do­po­dob­nie dla­tego, że teraz nie towa­rzy­szył im dresz­czyk emo­cji spo­wo­do­wany obawą, że zostaną przy­ła­pani. Wtedy... nie mieli jesz­cze poję­cia, co przy­nie­sie los. Jasne: nikt nie jest w sta­nie prze­wi­dzieć przy­szło­ści, ale jako nasto­latka Avar sądziła, że będzie wyjąt­kiem. Ona, Elzar i Stel­lan: wszy­scy byli wyjąt­kowi.

Cóż, w pew­nym sen­sie miała rację.

Wzięła jedną z bułe­czek i roz­darła ciem­no­brą­zową skórkę, odsła­nia­jąc bogate wnę­trze. Wska­zała pod­bród­kiem na stół.

-?Wygląda jak czę­ści urzą­dze­nia Sunvale.

-?Eks­pe­ry­men­to­wa­łem z róż­nymi powło­kami i pró­bo­wa­łem mak­sy­mal­nie uprzy­stęp­nić formę modułu, aby paso­wał do ukła­dów róż­nych typów stat­ków. Samego wnę­trza -?kabli, sys­temu ste­ro­wa­nia i pod­ze­spo­łów kom­pu­te­ro­wych - nie tykam. To, co zapro­jek­to­wali Avon i Keven, to dla mnie w więk­szo­ści czarna magia.

-?Cie­szę się, że poma­gasz. -?Avar wgry­zła się w bułeczkę i wsparła ramie­niem o jego ramię.

-?Chyba nie sądzi­łaś, że pozwolę ci wró­cić na drugą stronę Wału Burzo­wego bez jakiejś cząstki mnie?

Te pro­ste, a jed­nak nio­sące ze sobą tak głę­bo­kie prze­sła­nie słowa spra­wiły, że nie­mal zakrztu­siła się swoją bułeczką.

Wie­działa, jak nie­bez­pieczna jest cze­ka­jąca ją misja. Nowo opra­co­wana tech­no­lo­gia prze­kra­cza­nia Wału Burzo­wego nie została jesz­cze prze­te­sto­wana. Zada­niem Avar była koor­dy­na­cja dzia­łań Jedi i Koali­cji Obrony Repu­bliki, KOR, w celu usta­le­nia jej sku­tecz­no­ści i kie­ro­wa­nie wypra­wami. Ist­niała spora szansa, że będzie to bilet w jedną stronę. Wał Burzowy wciąż pozo­sta­wał prak­tycz­nie nie­prze­byty. Nikt inny nie wie­dział o tym lepiej niż ona: była pierw­szą osobą, któ­rej udało się go prze­kro­czyć, po roku nie­uda­nych prób.

-?Kiedy już opa­nu­jemy ten pro­ces... to nie będzie zbyt eks­cy­tu­jące - wes­tchnęła. -?Będziemy po pro­stu ska­kać tam i z powro­tem, ewa­ku­ując ludzi i dostar­cza­jąc towary do kon­tak­tów Maz Kanaty w Stre­fie Oklu­zji. Być może na­dal są tam jacyś inni Jedi, któ­rzy... -?Urwała, myśląc o Por­te­rze Engle'u, który poświę­cił się, aby odwró­cić uwagę nihil­skiej gene­rał Viess od ucieczki Avar. Trudno było wyobra­zić sobie śmierć kogoś takiego jak nie­ustra­szone Ostrze Bar­dotty. Ale nawet naj­po­tęż­niej­szy Jedi nie mógł prze­żyć eks­plo­zji statku, nie mówiąc o prze­trwa­niu w próżni kosmicz­nej.

Otrzą­snąw­szy się z ponu­rych myśli i upiw­szy łyk miodu, pod­jęła:

-?To będzie nie­koń­czący się ciąg misji, za każ­dym razem z innymi prio­ry­te­tami, innymi celami. Akcje ratun­kowe, pomoc huma­ni­tarna...

-?Brzmi nie­źle. Jak coś, co może zro­bić róż­nicę. -?Sły­szała w sło­wach Elzara to, czego nie mówił: "Lep­sze to niż zabawa w poli­tykę. Niż cokol­wiek, czym się tu zaj­muję".

-?Nie­bez­pie­czeń­stwa, eks­pe­ry­men­talne spo­soby uży­cia Mocy, wąt­pliwi sojusz­nicy. Brzmi jak -?zauwa­żyła, spo­glą­da­jąc na niego kątem oka - misja ide­alna dla Elzara Manna.

Skrzy­wił się.

-?Bar­dziej przy­dam się tutaj, na Coru­scant.

-?Dla­czego?

-?Jestem tu od pra­wie pół­tora roku, peł­niąc funk­cję pośred­nika mię­dzy Radą a kanc­lerz. Gdy­bym teraz odszedł, mogłoby dojść do... pro­ble­mów. Kanc­lerz mi ufa.

-?El... -?powie­działa łagod­nie, z lekką nutą wyrzutu w gło­sie. Wie­działa, że odpo­wiedź, któ­rej jej udzie­lił, była for­mułką przy­go­to­waną spe­cjal­nie z myślą o Sena­cie lub opi­nii publicz­nej. Być może innych Jedi. Ona jed­nak zwy­czaj­nie tego nie kupo­wała. Znała go zbyt dobrze.

Przez długi czas mil­czał. Avar sły­szała go w Mocy. Przez ostatni rok cier­piała katu­sze, nie mając poję­cia, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek usły­szy jego głos -?tę pokrze­pia­jącą, nie­zbędną jej do życia jak tlen melo­dię jego zna­jo­mej pie­śni. A ten brak, kiedy tak roz­pacz­li­wie jej potrze­bo­wała, nauczył ją bar­dzo wiele o tym, czego naprawdę pra­gnęła. Kim była.

Chwy­ciła bułeczkę Elzara, ode­rwała kawa­łek i pod­su­nęła przy­ja­cie­lowi pod nos, a on uśmiech­nął się blado i pozwo­lił, by wsu­nęła mu go do ust. Prze­żu­wał w sku­pie­niu, bez reszty pochło­nięty zaprzą­ta­ją­cymi jego głowę myślami.

Na prze­strzeni lat stali się sobie tak bli­scy, jak tylko mogą być dwie istoty ludz­kie. Znała go lepiej niż kto­kol­wiek inny i nie miała wąt­pli­wo­ści, że wie, jakiej odpo­wie­dzi powi­nien jej udzie­lić. Cze­kała cier­pli­wie, aż odnaj­dzie odpo­wied­nie słowa. Aż będzie gotów.

Dawno temu... wyznałby jej wszystko, bez waha­nia. Przy­szedłby do niej sam, przej­mu­jąc ini­cja­tywę, nawet jeśli było to nie­zgodne z naukami Jedi. Och, jak bar­dzo tego pra­gnęła! Zbyt długo trzy­mała go na dystans, pozwa­la­jąc, by mię­dzy nich wkradł się chłód, by podzie­liły ich ostre słowa -?z powodu jej wła­snych, myl­nych prze­ko­nań doty­czą­cych ego­izmu i przy­wią­za­nia, poczu­cia obo­wiązku i celu. Teraz zro­zu­miała, że ta całość, któ­rej była cząstką, nie miała racji bytu bez niego, bez Elzara.

Tyle tylko, że... teraz to on nie był gotowy.

Przy­cią­gnęła kolana do klatki pier­sio­wej i zło­żyła na nich ręce. Popeł­niła tak wiele błę­dów... Zwłasz­cza w ostat­nich mie­sią­cach ist­nie­nia Gwiezd­nego Bla­sku. Pod pre­tek­stem wyko­ny­wa­nia swo­jej pracy podą­żyła za gnie­wem, nie­mal pozwo­liła, by zawład­nęła nią chęć zemsty, i pra­wie ule­gła poku­sie ciem­nej strony. Po tam­tych dru­zgo­cą­cych wyda­rze­niach z udzia­łem Dren­gi­rów dyso­nans ciem­no­ści wybrzmie­wał tak gło­śno... Avar po pro­stu nie była w sta­nie trwać na poste­runku pod­czas upadku Gwiezd­nego Bla­sku, nie było jej tu, by pomóc -?lub opła­ki­wać wszyst­kich, któ­rzy zgi­nęli wsku­tek kata­strofy: cywi­lów, załogi stat­ków, Jedi... A potem, gdy powinna słu­żyć wspar­ciem Elza­rowi, kiedy wycią­gnął do niej rękę, pogrą­żony w żalu i szu­ka­jący pokrze­pie­nia, ode­pchnęła go i ode­szła. Zosta­wiła go w potrze­bie. Opu­ściła prze­strzeń Repu­bliki i porzu­ciła samą sie­bie.

Uwię­ziona w Stre­fie Oklu­zji, odna­la­zła sie­bie na nowo. Zaczęła nawią­zy­wać kon­takty -?z Por­te­rem Engle'em, zrzę­dli­wym ugnau­ghc­kim pilo­tem Beli­nem, Rhil Dairo -?a kiedy ponow­nie zaczęła współ­pra­co­wać z innymi, znów odkryła melo­dię swo­jej wła­snej pie­śni Mocy.

Wró­ciła do domu.

Jed­nak wciąż pozo­sta­wało mnó­stwo do zro­bie­nia -?i wła­śnie dla­tego znów wyru­szała na nie­bez­pieczną, ryzy­kowną misję. Tym razem nie zamie­rzała jed­nak opu­ścić Elzara, pod­dać się bez walki. Potrze­bo­wali sie­bie nawza­jem. Uznała więc, że warto odro­binę go przy­ci­snąć.

-?Czy to dla­tego, że nie możesz ponow­nie sta­wić czoła Wałowi Burzo­wemu?

Elzar zamknął oczy. Komuś postron­nemu mógłby się wydać oazą spo­koju, ale Avar znała go zbyt dobrze -?widziała wyraź­nie, jak wiele kosz­tuje go próba zacho­wa­nia pozo­rów. Dostrze­gała to w napię­tych liniach wokół jego ust i led­wie zauwa­żal­nym drgnię­ciu małych mię­śni w oko­li­cach skroni.

-?Kiedy ostatni raz zro­bi­łem coś jak należy?

Zasko­czona, zaczerp­nęła gwał­tow­nie tchu. Nie zawiódł jej. Wie­dział - powie­działa mu o tym -?jak wiele zna­czyła dla niej jego wia­do­mość. Że był dla niej jak kotwica pośród wzbu­rzo­nych fal sztormu, nawet wtedy, gdy dzie­lił ich tak wielki dystans. Popeł­nił błędy, jasne, ale, podob­nie jak ona, powró­cił do bez­piecz­nego portu Mocy. Tak wiele osób tutaj, na Coru­scant -?w tym sama kanc­lerz i Rada Jedi -?słu­chało jego rad. Ufali mu.

-?Wiem -?mruk­nął, jakby czy­tał jej w myślach. -?Wiem, że cza­sem udaje mi się zna­leźć roz­wią­za­nie tego czy innego pro­blemu. Jestem uparty, a nawet nie­ustę­pliwy. Kiedy cze­goś pra­gnę, potra­fię wymy­ślić spo­sób, aby to osią­gnąć. Ale kiedy coś idzie nie po mojemu... tak łatwo jest się pod­dać gnie­wowi. Nie potra­fię tego prze­zwy­cię­żyć.

-?Nie możesz prze­stać... czuć -?powie­działa, doty­ka­jąc deli­kat­nie jego kolana.

Wymam­ro­tał pod nosem coś nie­zro­zu­mia­łego.

-?W ciągu ostat­nich dwóch lat każ­demu z nas zda­rzały się potknię­cia - dodała. -?Wszy­scy pozna­li­śmy smak porażki.

-?Ale mimo to za każ­dym razem pod­no­simy się i pró­bu­jemy jesz­cze raz, ze zdwo­jo­nym wysił­kiem.

-?Tak.

-?Co jed­nak, jeśli to za mało? Nie­któ­rych rze­czy nie da się napra­wić.

-?Masz na myśli to, co... zro­bi­łeś na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku? -?Avar wzięła głę­boki oddech. -?Pró­bo­wa­łeś mi o tym powie­dzieć na Eira­mie, kiedy obwi­nia­łam się za to, co się stało, i nie mogłam, nie chcia­łam tego sły­szeć. Czu­ła­bym się... zaszczy­cona, gdy­byś spró­bo­wał ponow­nie - teraz, kiedy jestem gotowa cię wysłu­chać.

-?Radzę sobie z tym coraz lepiej -?zaczął. -?Godzę się z tym, co się wyda­rzyło. W więk­szo­ści. Gdy­bym nie pró­bo­wał ci o tym powie­dzieć, mógł­bym to po pro­stu stłu­mić i pozwo­lić, by wciąż tra­wiło mnie od środka, niczym jątrząca się rana. Jed­nak te słowa... pozo­stały we mnie, kiedy cię nie było. Myśla­łem o tym w kółko, raz za razem, aż w końcu zaak­cep­to­wa­łem, że to po pro­stu... się wyda­rzyło. Nie mogę jed­nak pogo­dzić się z myślą, że to mogłoby się powtó­rzyć. Gniew, który czu­łem, patrząc, jak Wielki Mistrz Veter został stra­cony w tak bez­li­to­sny spo­sób... i po tym... kiedy flota... Co, jeśli zdo­łam utrzy­mać się w ryzach tylko wtedy, gdy nie będę miał nic, co mógł­bym zaata­ko­wać? Nic, na czym mógł­bym wyła­do­wać swój gniew?

Avar ści­snęła jego kolano.

-?Chan­cey Yar­row tam była. Była tam. Jako nasza więź­niarka, ponie­waż współ­pra­co­wała z Nihi­lami. Ale tego dnia sta­rała się oca­lić Gwiezdny Blask, a ja ją... zabi­łem. Nie zasta­na­wia­łem się nad tym, nie zawa­ha­łem się ani sekundy -?po pro­stu to zro­bi­łem. Nie mam nic na swoje uspra­wie­dli­wie­nie. To był... mrok. Nie byłem tym, za kogo się uwa­żam -?ani osobą, którą chcę być. I zapła­ci­li­śmy za to naj­wyż­szą cenę. Stra­ci­li­śmy... wszystko.

-?Nie wszystko. -?Avar spoj­rzała na niego i ści­snęło ją w gar­dle na widok łzy spły­wa­ją­cej po jego policzku. -?Chodź do mnie -?wyszep­tała, przy­cią­ga­jąc go do sie­bie. Nie pro­te­sto­wał. Gdy oto­czył ją ramie­niem, poczuła, że w jej oczach rów­nież wzbiera zdra­dziecka wil­goć.

Wła­śnie tak powinno to wyglą­dać tuż po upadku Gwiezd­nego Bla­sku. Ich dwoje, razem, wspie­ra­ją­cych się nawza­jem. Ale go odtrą­ciła -?ponow­nie - i jakaś cząstka Avar (wła­ści­wie to cał­kiem spora część) wciąż nie mogła uwie­rzyć, że na­dal jej ufał. Na tyle, by dać jej kolejną szansę. Nie była pewna, czy zasłu­guje na to zaufa­nie.

Opu­ściła go. Ale on ni­gdy jej nie porzu­cił. Nawet gdy dzie­lił ich Wał Burzowy, nie­zli­czone lata świetlne, mnó­stwo nie­po­ro­zu­mień, gniewu, pora­żek i strat, po roku żalu i koniecz­no­ści sta­wia­nia czoła nie­wy­obra­żal­nym prze­ciw­no­ściom losu -?nie, ponad roku! -?ni­gdy jej nie skre­ślił.

Avar wie­działa -?była tego pewna tak, jak ist­nie­nia samej Mocy -?że Elzar Mann ni­gdy jej nie opu­ści. Nawet w gnie­wie.

Kie­dyś świa­do­mość tego faktu wytrą­ci­łaby ją z rów­no­wagi. Uzna­łaby, że ich rela­cje są zbyt bli­skie, pod­szyte ego­izmem. Nie­po­trzebny gali­ma­tias emo­cji, wpływu hor­mo­nów i zbęd­nego przy­wią­za­nia.

Teraz nie trak­to­wała już tego w ten spo­sób. W gło­sie przy­ja­ciela, gdy dotarła do niej jego wia­do­mosć, poko­nu­jąc szmat galak­tyki i Wał Burzowy, Avar wyczuła bez­gra­niczną, nie­za­chwianą wiarę. W nią. W Moc. W nadzieję.

Pogo­dze­nie się z tym uczy­niło ją sil­niej­szą. Gdy uświa­do­miła sobie -?i pogo­dziła się z tym, że go kocha, spły­nął na nią spo­kój, który ją umoc­nił.

Mimo to bała się, że jeśli mu to teraz wyzna, tym razem on uciek­nie.

-?Stel­lan... -?zaczął Elzar, ale urwał. Naj­wy­raź­niej nie był jesz­cze gotów dokoń­czyć. Avar dała mu czas. Oddy­chała, sku­piona na ryt­micz­nym biciu wła­snego serca, na cie­ple jego ramie­nia. W końcu pod­jął: -?Stel­lan powie­działby mi, żebym pojed­nał się z samym sobą, z Mocą. A potem, żebym poroz­ma­wiał o tym z Radą. Szu­kał wspar­cia.

-?Zga­dza się -?potwier­dziła, sta­ra­jąc się zigno­ro­wać rze­czy, które sama z roz­my­słem ukry­wała przed Radą.

-?Tęsk­nię za nim. Za nimi wszyst­kimi. Ale on po pro­stu...

-?Ja też -?wykrztu­siła przez ści­śnięte gar­dło.

Zmie­nił pozy­cję, osu­wa­jąc się na pod­łogę i wspie­ra­jąc poli­czek o jej udo. Prze­cze­sała pal­cami jego włosy i pogła­dziła go po bro­dzie, wil­got­nej od łez. Opo­wia­dał jej o tym, jak się czuł, o para­li­żu­ją­cym prze­ra­że­niu, spo­wo­do­wa­nym świa­do­mo­ścią tego, co zro­bił, i o bez­gra­nicz­nym lęku wywo­ła­nym przez bez­i­mien­nych, gra­su­ją­cych na tere­nie sta­cji kosmicz­nej. Mówił o tym, jak straszne były te dłu­gie godziny na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku -?i o ostat­nich chwi­lach spę­dzo­nych ze Stel­la­nem. Opo­wie­dział jej też o tym, jak popro­wa­dził flotę KOR do ataku na Wał Burzowy -?tylko po to, by bez­rad­nie patrzeć, jak tak wiele osób ginie, nada­remno. Znów. Wyznał, że wie, jak samo­lubny był, roz­pacz­li­wie pra­gnąc jej powrotu, jak despe­racko chciał usły­szeć jej odpo­wiedź na swoje wezwa­nie.

A ona słu­chała. Słu­chała jego głosu i melo­dii jego Mocy. I powta­rzała szep­tem jego imię, ile­kroć potrze­bo­wał je usły­szeć.

Ran­kiem obu­dzili się na pod­ło­dze, pół­przy­tomni i zapła­kani. Śmie­jąc się z samych sie­bie, wypili kaf. Avar wyraź­nie widziała, że wciąż jest znu­żony. Czuła ten sam strach i gniew, które drę­czyły i jego, od tak dawna. Ale w jakiś spo­sób... było lepiej. Zdo­łają przez to wszystko przejść -?wspól­nie. Nie mogło być ina­czej.

Kiedy ruszyła w stronę drzwi, chwy­cił ją za rękę.

-?Za każ­dym razem, gdy będziesz wra­cać przez Wał Burzowy, daj mi znać.

Dotknęła policzka Elzara, a potem wplo­tła palce w jego brodę.

-?Obie­cuję.

Przez chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu; ciszę mącił jedy­nie szmer ich ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­nych odde­chów. Się­gnęła ku niemu poprzez Moc, odnaj­du­jąc w jej pie­śni nuty jego melo­dii. Poczuła, jak odpo­wiada na jej wezwa­nie. Łącząca ich więź nie była już tak silna, jak kie­dyś. Ale to musiało wystar­czyć. To był dobry począ­tek.

Roz­stali się bez słowa -?nie pozo­stało już nic do doda­nia -?i każde z nich wró­ciło do swo­ich obo­wiąz­ków.

Rozdział drugi

NORI­SYN, STREFA OKLU­ZJI

Mar­chion Ro się nudził. Od bar­dzo, bar­dzo dawna.

Był znu­dzony, zmę­czony i wście­kły. Cza­sami oży­wiał się lekko, pobu­dzony przez akty okru­cień­stwa, które daw­niej napeł­ni­łyby go bez­brzeżną rado­ścią, a cza­sem prze­krę­cał nóż, który wbił dawno temu -?tylko po to, aby poczuć nikłe echo satys­fak­cji.

Rze­czy, które kie­dyś go moty­wo­wały, zmie­niły się w nużące obo­wiązki.

Ale to... To było -?cóż, co naj­mniej inte­re­su­jące.

Stał na dzio­bie, przy­trzy­mu­jąc się jedną dło­nią relingu. Barka wisiała nisko nad lasem krysz­ta­łów, dorów­nu­ją­cych wyso­ko­ścią doro­słemu czło­wie­kowi. Cała ta strona księ­życa została prze­kształ­cona w farmę suro­wych krysz­ta­łów hestalt i sztucz­nych kybe­rów. Od ponad roku księ­życ mie­nił się i iskrzył dym­no­sza­rymi i różo­wymi frak­ta­lami kwarcu - zbie­ra­nymi co mie­siąc i prze­wo­żo­nymi na pokład sta­cji kosmicz­nej Ude­rze­nie Gromu, aby włą­czyć je do układu zasi­la­ją­cego dok­tor Mkampy, pod­trzy­mu­ją­cego jego Wał Burzowy.

Tutaj, pod bla­do­nie­bie­skim słoń­cem Nori­syna, było zimno, ale Ro nie przej­mo­wał się tym. W swoim życiu zno­sił znacz­nie gor­sze warunki. Czymże była odro­bina chłodu dla kogoś, kto wal­czył gołymi rękami z lyle­kami i prze­mie­rzał Woal? Istoty, która rzu­ciła Repu­blikę na kolana -?i która na­dal sku­tecz­nie zmu­szała ją, by się przed nią korzyła?

Trwał w kom­plet­nym bez­ru­chu niczym dra­pież­nik, wpa­tru­jąc się swo­imi czar­nymi jak noc oczami w jeżące się w dole krysz­ta­łowe kolce.

-?Cóż za piękny widok -?powie­działa sto­jąca obok niego Eve­renka.

Ro ją zigno­ro­wał.

-?Ni­gdy nie widzia­łam cze­goś podob­nego... W dodatku stwo­rzono to spe­cjal­nie dla cie­bie -?kon­ty­nu­owała łagod­nie, z czymś na kształt podziwu w gło­sie.

Ro sły­szał ją od dawna -?i musiał przy­znać, że sta­no­wiła miłą odmianę po prze­peł­nio­nych gnie­wem i poiry­to­wa­niem poła­jan­kach ojca. Jed­nak zaczęła się poja­wiać sto­sun­kowo nie­dawno. Zazwy­czaj mani­fe­sto­wała się w wieku star­szym od niego, z czer­wo­nymi pasmami w dłu­gich czar­nych wło­sach, typo­wej eve­reń­skiej oznace posu­nię­cia się w latach. Jej ciem­no­szara skóra kon­tra­sto­wała żywo z bielą odzie­nia, zęby były ostre niczym u dra­pież­nika, a duże czarne oczy wyda­wały się tak samo puste i pozba­wione duszy jak jego wła­sne. Cza­sami z jej ust kapała krew.

Była wizją, efek­tem zdol­no­ści przed­sta­wi­cieli jego rasy -?a może cią­żą­cej na nich klą­twy? -?do dostrze­ga­nia swo­ich przod­ków. Ale Mar­chion Ro nie roz­ma­wiał ze zmar­łymi, jeśli tylko mógł tego unik­nąć.

Ro pochy­lił się nad relin­giem, a następ­nie nie­śpiesz­nie dotknął przy­ci­sku zwięk­sza­ją­cego obroty sil­nika barki. Napęd zamru­czał cicho, gdy jed­nostka zaczęła się cofać, uwal­nia­jąc z plamy dłu­giego cie­nia for­ma­cje krysz­ta­łów, które lustro­wał wcze­śniej Mar­chion.

Kilka dni temu jego asy­stentka, Thaya Ferr, poin­for­mo­wała go, że pośród krysz­ta­łów na far­mie zało­żo­nej na pią­tym księ­życu Nori­syna roz­prze­strze­nia się jakaś plaga. Na razie nie mieli żad­nych teo­rii na temat jej źró­dła, ponie­waż pra­cow­nicy doglą­da­jący hodowli krysz­ta­łów po pro­stu prze­stali w pew­nym momen­cie wysy­łać raporty, a ostatni trans­por­to­wiec, który wysłano tu po par­tię towaru, wylą­do­wał co prawda, ale ni­gdy nie wró­cił. Dok­tor Mkampa uskar­żała się na brak krysz­ta­łów zastęp­czych -?a potrze­bo­wała ich w try­bie pil­nym, ponie­waż ciśnie­nie spo­wo­do­wane kąpielą bazal­tową i wraż­liwa kon­struk­cja jej ukła­dów dość regu­lar­nie powo­do­wały nie­od­wra­calne uszko­dze­nia mine­ra­łów. Skarga tra­fiła odpo­wied­nimi kana­łami do Thayi, a Ro był skłonny przy­znać, że nie­które pro­cesy prze­bie­gały spraw­niej dzięki zmia­nom w struk­tu­rze jego orga­ni­za­cji, wpro­wa­dzo­nym przez Ghirrę Star­ros. Prę­dzej wyłu­piłby jed­nak sobie wła­sno­ręcz­nie oczy, niż przy­znał się do tego przed kim­kol­wiek innym poza samym sobą. Thaya przed­sta­wiła mu kilka pro­po­zy­cji doty­czą­cych tego, kogo należy odde­le­go­wać do zba­da­nia sprawy, ale Ro, jak czę­sto miało to miej­sce ostat­nimi czasy, był aku­rat bez­gra­nicz­nie znu­dzony.

-?Polecę sam -?oznaj­mił, kła­dąc kres wszel­kim dys­ku­sjom.

"Elek­tryczne Spoj­rze­nie" orbi­to­wało teraz wokół księ­życa -?długa smuga głę­bo­kiego cie­nia, prze­ci­na­jąca blade niebo. Ro udał się pro­mem do opu­sto­sza­łych bara­ków, z któ­rych bez prze­szkód zabrał tę ciężką barkę, wypo­sa­żoną w arse­nał sys­te­mów kor­bo­wych i prze­ci­na­ków lase­ro­wych, słu­żą­cych do zbio­rów i trans­portu hestaltu i sztucz­nego kyberu. Po dro­dze nie natknął się na żaden ślad istoty żywej -?trans­por­to­wiec, który miał ode­brać towar, został porzu­cony. Tu i ówdzie budynki szpe­ciły osma­le­nia od bla­ste­ro­wych salw, ale ni­gdzie nie widać było ciał. "Być może doszło do jakie­goś buntu lub ucieczki z wię­zie­nia -?pomy­ślał Ro. - A może nic złego się nie stało, ale pra­cow­nicy ucie­kli". Takie wyja­śnie­nie nie miało jed­nak sensu. Gdyby na księ­życ Nori­syna przy­byli bun­tow­nicy, wro­go­wie Nihi­lów lub Jedi, z pew­no­ścią zja­wi­liby się tu z zamia­rem uda­rem­nie­nia mu pro­duk­cji krysz­ta­łów, o tej zaś... cóż, musie­liby przede wszyst­kim wie­dzieć. A odna­le­zie­nie tego księ­życa przez przy­pa­dek było bar­dziej niż mało praw­do­po­dobne - gra­ni­czyło z cudem, nawet gdyby ktoś dys­po­no­wał Mocą, jak Jedi. Nie mówiąc już o tym, że w takiej sytu­acji intruzi nie ogra­ni­czy­liby się raczej do uwol­nie­nia garstki pozba­wio­nych więk­szego zna­cze­nia robot­ni­ków -?znisz­czy­liby z pew­no­ścią wszyst­kie jego uprawy.

Cóż, wyglą­dało na to, że krysz­tały i tak nie prze­trwają, ale im dłu­żej Ro badał tę plagę, tym mniej mar­twiły go ogromne straty. Dostrze­gał jedy­nie nie­sa­mo­wity poten­cjał.

-?Roz­prze­strze­nia się z tego miej­sca. -?Duch Eve­renki wska­zał epi­cen­trum zarazy.

Połowa pola krysz­ta­łów skrzyła się w bla­sku nie­bie­skiego słońca. Druga była matowa, w nie­zdro­wym, kre­do­wym odcie­niu.

Sza­ro­biały pył wyda­wał się roz­cho­dzić z jed­nego punktu, pochła­nia­jąc wszystko na swo­jej dro­dze, nada­jąc włócz­niom hestaltu i kolum­nom sztucz­nego kyberu nową formę. Prze­kształ­ca­jąc je w coś... mar­twego. Jakby wysy­sał z nich całą ener­gię i życie.

Epi­de­mia nie ogra­ni­czała się jed­nak do samych krysz­ta­łów. Cho­roba ska­ziła rów­nież ziar­ni­ste mine­ralne matryce na powierzchni księ­życa, z któ­rych te wyra­stały. Gdy zaś Ro spoj­rzał w dal, gdzie pole prze­cho­dziło w tun­drę, zauwa­żył, że trawy i cienka war­stwa gleby rów­nież zostały zain­fe­ko­wane.

Pro­wa­dził barkę wzdłuż kra­wę­dzi upraw, oce­nia­jąc zakres spu­sto­sze­nia.

-?Spo­koj­nie tu -?zauwa­żyła stara Eve­renka. Znał jej imię, ale nie zamie­rzał ją nim nazy­wać, nawet w myśli. -?Czy nie sądzisz, że spo­kój nie­sie ze sobą wol­ność?

Ro zazgrzy­tał zębami, aby powstrzy­mać się od odpo­wie­dzi. Zawi­nął w kie­runku małej osady i widział już, że palce zarazy dosię­gły rów­nież pomiesz­czeń miesz­kal­nych. Oko­liczna flora przy­po­mi­nała sterty zwie­trza­łych szkie­le­tów i hałdy pyłu, a pół­or­ga­niczne ściany bara­ków wcale nie wyglą­dały lepiej. Ele­menty ze stali i two­rzyw sztucz­nych zacho­wały resztki inte­gral­no­ści, ale nawet na ich powierzch­niach dało się dostrzec pierw­sze ślady uszko­dzeń. Ska­że­nia.

-?Powi­nie­neś odpo­wie­dzieć, że spo­kój można odna­leźć tylko w śmierci, mały Eve­re­nie -?rzu­ciła z uśmie­chem sta­ruszka. -?Ale ty ni­gdy nie robisz tego, czego ocze­kują od cie­bie inni, prawda?

Igno­ru­jąc jej roz­ba­wione spoj­rze­nie, Ro skie­ro­wał barkę z powro­tem ku linii plagi w samym sercu krysz­ta­ło­wego lasu. Opu­ścił ją tak nisko, że nie­mal widział swoje odbi­cie w lśnią­cej powierzchni sztucz­nego kyberu. Wsparł się obu­rącz o reling i patrzył. Ana­li­zo­wał. Cze­kał.

Sztuczny kyber był piękny, nie dało się zaprze­czyć. Gdyby raczył roz­ma­wiać ze zmar­łymi, nie omiesz­kałby wspo­mnieć o tym swo­jej przod­kini. Przy­dy­mione ściany pię­trzą­cych się ku górze krysz­ta­łów mie­niły się skry­tymi w ich głębi reflek­sami błę­kitu, zie­leni i różu. Ale i one nie ustrze­gły się przed zarazą. U ich pod­stawy dostrzegł cien­kie nitki popie­la­tej paję­czyny. Nie spusz­cza­jąc ich z oka, oddy­chał mia­rowo, powoli -?i cze­kał.

Trwał w bez­ru­chu, obser­wu­jąc, jak sza­rawa siatka zasnuwa coraz więk­szą powierzch­nię kry­sta­licz­nej for­ma­cji.

Nie­bie­skie słońce skryło się za pla­netą Nori­syn, a Ro wciąż patrzył.

Na ciem­nym nie­bie wze­szły gwiazdy, farmę krysz­ta­łów spo­wił nie­prze­nik­niony mrok, ale Ro ani drgnął. Mru­gał i oddy­chał, jed­nak nic poza tym.

Dotrzy­mu­jąca mu towa­rzy­stwa mar­twa Eve­renka nie musiała nawet mru­gać. Wszak zmarli nie mru­gają, czyż nie?

Przez całą krótką noc Mar­chion Ro stał obok swo­jej pra­pra­babki i wspól­nie obser­wo­wali, jak żar­łoczna plaga nico­ści zagar­nia coraz więk­sze poła­cie sztucz­nego kyberu.

Kiedy pla­netę oto­czył blady nimb, zwia­stu­jący księ­ży­cowy świt, jego przod­kini zauwa­żyła:

-?Kybery infe­kuje szyb­ciej niż hestalt. A pochło­nię­cie ram ze stopu zajęło mu dłu­żej niż roz­pra­wie­nie się z trawą i włók­ni­stymi oknami. Cie­kawe, czy...

Ro ledwo zmru­żył czarne oczy w bla­sku świa­tła poranka, bez reszty sku­piony na postę­pach zarazy, peł­zną­cej w górę dłu­giej, pio­no­wej ściany krysz­tału.

-?Cie­kawe, czy... -?powtó­rzyła Eve­renka, pochy­la­jąc się nad relin­giem barki.

Mar­chion Ro akty­wo­wał swój komu­ni­ka­tor.

-?Thayo? Przy­ślij tu kogoś z mię­sem, trzema pierw­szymi rze­czami, które masz pod ręką i które zdo­łasz zapa­ko­wać do torby, kil­koma róż­nymi rodza­jami broni i tą trój­nogą tooką, którą Bas Ear'lasr karmi w prze­dziale han­ga­ro­wym.

-?Tak jest, moje Oko. Już się robi -?potwier­dziła natych­miast jego asy­stentka.

Już nie­ba­wem na skraju farmy wylą­do­wał prom wysłany z pokładu "Spoj­rze­nia". Ro usta­wił barkę tuż nad nim, roz­wi­nął dra­binkę i pole­cił kurie­rowi sko­rzy­stać z jed­nego z gór­nych wła­zów kon­ser­wa­cyj­nych, by się po niej wspiąć.

Wkrótce zja­wił się Nihil, na któ­rego Ro ni­gdy wcze­śniej nie zwra­cał jakiejś szcze­gól­nej uwagi (i któ­remu na­dal nie zamie­rzał jej poświę­cać), wypo­sa­żony w dwie torby. Jedną posta­wił na pokła­dzie, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie zapa­no­wać nad drugą, którą miał prze­wie­szoną przez ramię, a w któ­rej coś sza­mo­tało się wście­kle, syczało i raz po raz prze­bi­jało mate­riał ostrymi pazu­rami.

Ro wziął ją od niego i bez zbęd­nych cere­gieli wyrzu­cił uwię­zioną w niej tookę za reling barki.

Stwo­rze­nie zamiau­czało wście­kle, lądu­jąc na trzech łapach na wierz­chołku jed­nego z krysz­ta­łów. Po chwili zaczęło się z niego ześli­zgi­wać, aż wresz­cie zatrzy­mało się u jego pod­stawy, na matrycy mine­ral­nej. Czy może raczej na tym, co z niej zostało, czyli sza­rych niby popiół szcząt­kach.

Ro obser­wo­wał, jak spło­szona tooka prze­dziera się przez zwap­niałą farmę krysz­ta­łów, z uszami posta­wio­nymi na sztorc i skie­ro­wa­nymi w stronę jedy­nego źró­dła dźwięku w pobliżu: cichego pomruku sil­ni­ków barki.

-?Co... co to miało być? -?wykrztu­sił Nihil, męż­czy­zna o ciele pokry­tym licz­nymi tatu­ażami i z nie­bie­skim okiem wyma­lo­wa­nym na twa­rzy.

Ro obrzu­cił go znie­sma­czo­nym spoj­rze­niem, a jego pogarda pogłę­biła się jesz­cze, gdy zauwa­żył w oczach pod­wład­nego błysk stra­chu. Zamiast naka­zać mu wyrzu­cić zawar­tość dru­giej torby za burtę, uśmiech­nął się do niego sze­roko, pre­zen­tu­jąc w peł­nej kra­sie gar­ni­tur swo­ich ostrych kłów.

-?Eks­pe­ry­ment -?rzu­cił zdaw­kowo i pchnął Nihila na reling. Bez­ce­re­mo­nial­nie rąb­nął męż­czy­znę pię­ścią w splot sło­neczny, sku­tecz­nie pozba­wia­jąc go tchu, a następ­nie wyrzu­cił za burtę.

Nihil ude­rzył w zie­mię z gło­śnym hukiem i jękiem. Ro ponow­nie obda­rzył go uśmie­chem.

Sto­jąca obok niego stara Eve­renka wes­tchnęła i wsparła się o jego ramię. Nie czuł kom­plet­nie nic, gdy nawią­zy­wał łącz­ność z pro­mem, naka­zu­jąc mu powrót na pokład "Spoj­rze­nia".

A potem znów wró­cił do trybu czu­wa­nia, igno­ru­jąc prze­kleń­stwa i bła­galne okrzyki nie­szczę­snego Nihila, podob­nie jak wrza­ski kota. Mała, wiel­ko­ucha tooka o prę­go­wa­nej, fio­le­to­wej sier­ści zgi­nęła jako pierw­sza. Nie została szybko pochło­nięta przez zarazę, ale jej śmierć nie była też tak powolna, jak stop­niowe obumie­ra­nie sztucz­nego kyberu.

Nihil gra­mo­lił się nie­po­rad­nie przez iglice i rdze­nie krysz­ta­ło­wego lasu, sta­ra­jąc się dotrzeć do osady. Jego wysiłki były jed­nak żało­śnie daremne. Został już zara­żony, a poza tym prom dawno odle­ciał. Ro patrzył w ślad za nim, przy­słu­chu­jąc się, jak męż­czy­zna wyklina go, splu­wa­jąc na ska­żoną, roz­pa­da­jącą się pod jego sto­pami zie­mię. Umarł dopiero po zmroku, gdy zaraza dopeł­zła do jego klatki pier­sio­wej i zmie­niła jego płuca w proch.

Pro­ces był tak powolny. Tak bole­sny. A jego efekt tak...

-?...zna­jomy -?pod­su­nęła usłuż­nie jego przod­kini. -?Jak moc Niwe­la­tora.

Mar­chion Ro nie roz­ma­wiał ze zmar­łymi. Ale cza­sami ich słu­chał.

Rozdział trzeci

PRZE­STRZEŃ REPU­BLIKI, GRA­NICA STREFY OKLU­ZJI

Mistrzyni Jedi Avar Kriss zamknęła oczy i wsłu­chała się w pieśń Mocy.

Ota­czała ją ze wszyst­kich stron, a jej melo­die prze­pla­tały się ze sobą, two­rząc har­mo­nijną sym­fo­nię, utkaną z gwiazd, sygna­łów życia i szmeru odde­chów.

Avar pozwo­liła, by otu­liła ją szczel­nie, napeł­nia­jąc głę­bo­kim spo­ko­jem, i cze­kała.

Gdy tylko otwo­rzyła oczy, unio­sła wzrok znad kon­tro­lek kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego i omio­tła nim usianą gwiaz­dami prze­strzeń kosmiczną. Ani śladu znie­kształ­ceń wizu­al­nych, boi ani miga­ją­cych lam­pek. Jak okiem się­gnąć, widziała tylko odle­głe świetlne punk­ciki na tle aksa­mit­nej czerni próżni. Nie dała się jed­nak zwieść pozo­rom: tuż przed nią roz­cią­gała się połać Wału Burzo­wego.

-?Jestem gotowa, na twój znak -?powie­działa cicho do Friie­lana, piloto KOR sie­dzą­cego obok niej.

Friie­lan ski­nęło głową. Było w poło­wie The­eli­nem, o skó­rze w kolo­rze ciem­nej mie­dzi i inten­syw­nie fio­le­to­wych wło­sach. Łagod­nym w obej­ściu, ale i dość zdy­stan­so­wa­nym, co, jak wie­działa Avar, wią­zało się z utratą naj­bliż­szej rodziny pod­czas tra­gicz­nych wyda­rzeń, które roze­grały się na Valo.

-?Moduł w pełni nała­do­wany i gotowy do uży­cia -?zamel­do­wało.

Mistrzyni Jedi uśmiech­nęła się pod nosem na dźwięk jego słów. Choć dla osoby postron­nej mogło to brzmieć jak zwy­kła, sztam­powa for­mułka, to, co tu robili, było w rze­czy­wi­sto­ści tyleż nie­bez­pieczne, co nowa­tor­skie.

Odkąd opu­ściła Coru­scant -?i Elzara -?prze­kro­czyła Wał Burzowy sześć razy. Dzi­siaj miał być siódmy.

Kiedy po raz pierw­szy ucie­kła ze Strefy Oklu­zji na pokła­dzie uszko­dzo­nej "Kako­fo­nii", doko­nała tego jedy­nie dzięki despe­ra­cji, łutowi szczę­ścia i poświę­ce­niu odda­nych przy­ja­ciół. Teraz lista rze­czy, któ­rych potrze­bo­wali, by to powtó­rzyć, była nieco dłuż­sza. Wyma­gało to spo­rej dozy odwagi, pomocy doświad­czo­nego pilota, małego urzą­dze­nia skon­stru­owa­nego przez młodą geniuszkę nazwi­skiem Avon Sunvale, dzięki któ­remu mogli oszu­kać Wał Burzowy, serii kodów Ścieżki, wykra­dzio­nych Nihi­lom i wpi­sa­nych do kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego za pośred­nic­twem wyna­lazku Sunvale, oraz kogoś zaufa­nego, kto wpro­wa­dzałby współ­rzędne nad­prze­strzenne na bie­żąco -?i co waż­niej­sze, bez­błęd­nie.

Jak dotąd tej sztuki udało się doko­nać jej i sze­ściorgu innym Jedi, w tym byłej pada­wance Stel­lana, Ver­ne­strze Rwoh, która ode­grała klu­czową rolę w pozy­ska­niu danych nie­zbęd­nych, by urzą­dze­nie Sunvale dzia­łało jak należy. Jed­nak pomimo ich wysił­ków i wspar­ciu Mocy, dwie z misji zakoń­czyły się nie­po­wo­dze­niem. W jed­nej z nich stra­cili ryce­rza Jedi Ilsana Kowala oraz jego pilota z KOR, a druga porażka kosz­to­wała ich nie tylko życie mistrza Jedi For­sy­tha Wrya i towa­rzy­szą­cego mu pilota Maz Kanaty, ale i pię­ciorga uchodź­ców, któ­rzy wra­cali zza Wału wraz z nimi.

Avar z deter­mi­na­cją odsu­nęła od sie­bie nie­we­sołe myśli o kon­se­kwen­cjach pora­żek -?zarówno tych minio­nych, jak i poten­cjal­nych -?i sku­piła się na zada­niu, które mieli do wyko­na­nia.

Tym razem do Strefy Oklu­zji z zaopa­trze­niem, infor­ma­cjami, kodami i wia­do­mo­ściami prze­zna­czo­nymi dla róż­nych osób uwię­zio­nych w prze­strzeni Nihi­lów kie­ro­wała się tylko ona i Friie­lan. To przed­się­wzię­cie było zbyt ryzy­kowne, by przy­dzie­lać do niego dwójkę Jedi naraz -?mimo iż Pro­ce­dury Straż­ni­cze zabra­niały człon­kom zakonu wypeł­nia­nia misji w poje­dynkę. Poza tym nie mogli użyć long­be­ama ani żad­nego ze stat­ków wyma­ga­ją­cych obsa­dze­nia więk­szą załogą ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, zwłasz­cza że zasad­ni­czo ich zada­nie było tylko szyb­kim wypa­dem prze­myt­ni­czym za Wał Burzowy. Avar leciała do usta­lo­nego uprzed­nio punktu, wymie­niała swój ładu­nek na ładu­nek ze Strefy Oklu­zji, a następ­nie wra­cała. Teo­re­tycz­nie powrót wyma­gał takiego samego wysiłku i wią­zał się z takim samym ryzy­kiem jak wyprawa w tamtą stronę, ale Avar prze­ko­nała się, że w rze­czy­wi­sto­ści podróż powrotna była dla niej znacz­nie trud­niej­sza.

Ponie­waż tym dru­gim "ładun­kiem" zawsze były istoty żywe. Istoty despe­racko potrze­bu­jące pomocy, pra­gnące uciec przed Nihi­lami -?za wszelką cenę. Istoty, któ­rych los spo­czy­wał w jej rękach i zale­żał od jej zdol­no­ści do prze­by­cia ści­śle okre­ślo­nej, bez­piecz­nej trasy nad­prze­strzen­nej.

W minio­nym roku, gdy samot­nie zma­gała się w Stre­fie Oklu­zji z tar­ga­ją­cymi nią żalem i gnie­wem, jej pieśń była stłu­miona i pełna dyso­nan­sów. Potem zaczęła współ­pra­co­wać z innymi, a gdy znów poczuła się czę­ścią zespołu, odna­la­zła w sobie nadzieję i siłę, aby uciec i wró­cić do domu, do Jedi i Elzara. Dystans nie mógł zerwać raz utwo­rzo­nej więzi. Choć galak­tykę podzie­lił Wał Burzowy, to na­dal pozo­sta­wała ich galak­tyką. Avar mogła wresz­cie ponow­nie usły­szeć wyraź­nie urze­ka­jącą pieśń Mocy bez znie­kształ­ceń -?po raz pierw­szy od upadku Gwiezd­nego Bla­sku, kiedy to utra­cili Stel­lana, Maru i tak wielu innych.

Wów­czas dotarło do niej, że odtąd musi wyko­ny­wać swoją pracę tutaj, na obrze­żach prze­strzeni Repu­bliki -?dzia­ła­jąc, poma­ga­jąc, jak tylko zdoła. Taka była jej rola w służ­bie świa­tła. Nie pla­no­wa­nie i kie­ro­wa­nie, jak czę­sto robiła to wcze­śniej. Teraz uda­wała się tam, gdzie Moc potrze­bo­wała poje­dyn­czej nuty, aby roz­brzmie­wać jasno i czy­sto.

Niczym prze­ni­kliwy dźwięk rogu sygna­ło­wego.

Wśród osób, któ­rym poma­gała, byli uchodźcy, dzia­ła­cze poli­tyczni Repu­bliki i dzieci. Każdy z nich bła­gał o ratu­nek, kupu­jąc lub zapew­nia­jąc sobie bilet powrotny jaki­miś zasłu­gami. Avar nie wie­działa, w jaki spo­sób ich wybie­rano, ale umowa wyne­go­cjo­wana przez Maz Kanatę mię­dzy Jedi a gru­pami bojow­ni­ków o wol­ność, orga­ni­zu­ją­cymi się w Stre­fie Oklu­zji, obej­mo­wała waru­nek, zgod­nie z któ­rym to ci dru­dzy decy­do­wali, kto ma zostać oca­lony. Jedi mogli skła­dać wnio­ski doty­czące kon­kret­nych jed­no­stek, ale osta­teczna decy­zja nale­żała do ich sojusz­ni­ków.

Na tym eta­pie Avar nauczyła się już ufać swoim kon­tak­tom, bo jej pasa­że­rami czę­sto oka­zy­wały się istoty, które nie byłyby w sta­nie zapła­cić za potrak­to­wa­nie ich prio­ry­te­towo. W gru­pach zawsze były dzieci. Pod­czas dwóch wypa­dów prze­rzu­cała tylko dzieci. Ich los spo­czy­wał w jej rękach -?tylko od niej zale­żało, czy prze­trwają -?i jak dotąd udało się zapew­nić bez­pie­czeń­stwo wszyst­kim jej tym­cza­so­wym pod­opiecz­nym.

-?Uru­cha­miam moduł Sunvale i hiper­na­pęd. Masz czter­dzie­ści dwie sekundy -?zamel­do­wało Friie­lan. Jego śniade palce poru­szały się spraw­nie pośród pokrę­teł i suwa­ków pul­pitu ste­row­ni­czego.

Avar wypu­ściła powie­trze z płuc i pozwo­liła, by wszystko wokół się roz­myło, prze­stało ist­nieć. Sku­piła się bez reszty na przy­go­to­wa­niach do medy­ta­cji, a żywa, pul­su­jąc pieśń Mocy znów obmyła ją i oto­czyła ze wszyst­kich stron, cał­kiem jakby ktoś pod­krę­cił gło­śność w odtwa­rza­czu.

Znała na pamięć dłu­gie ciągi cyfr, które skła­dały się na współ­rzędne tej trasy nad­prze­strzen­nej. Czuła ich rytm. A teraz pozwo­liła, by Moc prze­kształ­ciła je w refren, który mogła zaśpie­wać.

Friie­lan odli­czało dla niej ostat­nie sekundy, a kiedy oznaj­miło: - Star­tu­jemy -?Avar pochy­liła się i pozwo­liła, by współ­rzędne wypły­nęły z jej umy­słu i prze­nik­nęły do jej pal­ców. Wpro­wa­dziła dane -?szybko, pre­cy­zyj­nie -?i poczuła, jak "Błę­kitne Pasmo" drży przy akom­pa­nia­men­cie cichego szumu, gdy sko­czyli w nad­prze­strzeń.

Oddy­chała spo­koj­nie, w ocze­ki­wa­niu na eks­plo­zję roz­bły­sku, który w mgnie­niu oka mógłby prze­rwać ich misję. Nie bała się ciszy natych­mia­sto­wej zagłady wsku­tek zde­rze­nia z fluk­tu­acjami gra­wi­ta­cyj­nymi Wału Burzo­wego. Te lęki zostały zare­zer­wo­wane dla kosz­ma­rów. Teraz była pora na naj­wyż­sze sku­pie­nie i radość z połą­cze­nia z Mocą.

Wpro­wa­dziła kolejne współ­rzędne -?z taką samą pre­cy­zją.

Dała się porwać, pro­wa­dzić melo­dii Mocy. Była tylko kolej­nym z licz­nych gło­sów w jej nie­skoń­czo­nym chó­rze.

Sku­piła się na linii melo­dycz­nej lotu w nad­prze­strzeni i nasłu­chi­wała wska­zó­wek pilota. Wstu­kała następne koor­dy­naty, a gdy ostat­nie cyfry wyszły spod jej pal­ców, wydała z sie­bie dłu­gie, ciche wes­tchnie­nie.

Lekki wstrząs zasy­gna­li­zo­wał powrót "Błę­kit­nego Pasma" do zwy­kłej prze­strzeni.

-?Dotar­li­śmy do punktu prze­ję­cia -?zgło­siło Friie­lan. W jego gło­sie sły­chać było wyraźną ulgę.

Avar uśmiech­nęła się pod nosem, pozwa­la­jąc sobie przez chwilę cie­szyć się tym kolej­nym suk­ce­sem.

Nagle poczuła poprzez Moc fale nie­po­koju, napły­wa­jące od Friie­lana. Pod­nio­sła wzrok na ilu­mi­na­tor...

Lśniły za nim gwiazdy, a pośród nich -?meta­lowe powłoki dzie­sią­tek dro­idów demon­ta­żo­wych.

Poczuła, jak jej ciało spo­wija chłód. Współ­rzędne punktu zbor­nego pocho­dziły z tego samego źró­dła, co zwy­kle -?dla­czego nagle ktoś miałby ich zwa­bić w pułapkę? Po co chciałby ich ścią­gać do strefy śmierci przy­go­to­wa­nej przez Nihi­lów?

Friie­lan zaklęło pod nosem i zawró­ciło, a Avar prze­bie­gła przez kok­pit do sta­no­wi­ska łącz­no­ści i uru­cho­miła ska­ner.

-?Jakieś ślady naszego kon­taktu?

Za ilu­mi­na­to­rem dro­idy demon­ta­żowe obu­dziły się do życia i zaczęły szybko zbli­żać się do "Błę­kit­nego Pasma".

-?Znaj­dziemy się w ich zasięgu za dzie­sięć... dzie­więć... Akty­wuję osłony - oznaj­miło Friie­lan. -?Czy masz jakieś inne współ­rzędne, żeby­śmy mogli prze­sko­czyć, czy mam uru­cho­mić nawi­kom­pu­ter?

Avar przyj­rzała się odczy­tom na ekra­nie, sta­ra­jąc się igno­ro­wać nie­po­ko­jącą grupę punk­tów, sym­bo­li­zu­ją­cych dro­idy demon­ta­żowe.

-?W pobliżu jest jakaś więk­sza jed­nostka... ale ma ozna­cze­nia Nihi­lów. "Krwawy Sęp" -?powie­działa ponuro. Gdy wyj­rzała przez ilu­mi­na­tor, spo­strze­gła, że jeden z dro­idów jest już tuż-tuż, wycią­ga­jąc swoje meta­lowe chwy­taki w stronę ich lewej burty.

W tym samym momen­cie w kok­pi­cie ode­zwał się nie­zna­jomy głos:

-?Tu "Świe­tli­sty Ptak", hasło: "Thel­jiań­skie psy śnieżne słyną ze swo­jej wier­no­ści".

-?Och! -?wykrztu­siła Avar i wdu­siła przy­cisk mikro­fonu, aby wypo­wie­dzieć odzew: -?"Plinka to naj­grzecz­niej­sza sunia w galak­tyce". Pro­szę, powiedz mi, że masz kody tych dro­idów demon­ta­żo­wych...

-?Wła­śnie prze­sy­łamy -?zapew­nił ją bez­tro­sko roz­mówca. -?Wybacz­cie tę nie­spo­dziankę z dro­idami -?testu­jemy kilka pomy­słów i mamy nadzieję, że Nihi­lom ni­gdy nie przyj­dzie do głowy, żeby szu­kać nas pośród tych paskud­nych maszy­nek.

-?Cóż, jeśli cho­dzi o nas, to nie­spo­dzianka zde­cy­do­wa­nie się udała - stwier­dziła z prze­ką­sem Avar. -?Oby wasze kody były aktu­alne...

-?Odbie­ram -?potwier­dziło napię­tym gło­sem Friie­lan. -?I retrans­mi­tuję... Poszło!

Avar sku­piła się bez reszty na naje­żo­nych narzę­dziami dro­idach, z roz­my­słem odsu­wa­jąc od sie­bie wspo­mnie­nia wizgu ich pił i zgrzytu szpo­nów roz­ry­wa­ją­cych kadłub statku z taką łatwo­ścią, jakby był zro­biony z sen­tu­viań­skiego sera.

Nagle dro­idy demon­ta­żowe zasty­gły w bez­ru­chu...

Zawi­sły w prze­strzeni, jakby nagle ktoś odciął im wszyst­kim zasi­la­nie. Kody zadzia­łały.

-?Dzięki, "Świe­tli­sty Ptaku" -?wes­tchnęła Avar. -?"Błę­kitne Pasmo" jest gotowe do pro­ce­dury doko­wa­nia. Czy może­cie pod­le­cieć?

-?Przy­ją­łem, prze­sy­łam kody -?potwier­dził nie­zna­jomy.

-?Zejdę na dół, żeby ręcz­nie zabez­pie­czyć blo­kadę -?powie­działa Avar. Nie było to konieczne, ale lubiła nad­zo­ro­wać wszystko oso­bi­ście, aby poma­gać dzie­ciom w poko­ny­wa­niu pozba­wio­nego gra­wi­ta­cji rękawa doku­ją­cego.

Friie­lan ski­nęło głową.

-?Przejmę stery.

Avar zeszła na naj­niż­szy poziom, na któ­rym znaj­do­wała się śluza powietrzna. "Błę­kitne Pasmo" było śred­niej wiel­ko­ści trans­por­tow­cem, wypo­sa­żo­nym w trzy pokłady dla załogi, pod­sta­wowe sys­temy uzbro­je­nia, silne osłony i awa­ryjny moduł hiper­na­pędu. Zamiast jed­nak sko­rzy­stać z tur­bo­windy, Avar zeszła na dół po dra­bince za kwa­te­rami kapi­tana. Gdy dotarła do ładowni, w któ­rej znaj­do­wał się pier­ścień doku­jący, akty­wo­wała sys­tem cumow­ni­czy i cze­kała na sygnał od Friie­lana.

Kiedy nade­szło potwier­dze­nie, pilot "Świe­tli­stego Ptaka" poin­for­mo­wał:

-?Roz­po­czy­nam pro­ce­durę doko­wa­nia.

Avar przy­słu­chi­wała się cichym szu­mom i stu­ko­tom, gdy "Pasmo" łączyło się z "Pta­kiem". Jak dziw­nie łatwo było w takiej chwili zapo­mnieć o tym, że prze­by­wają na tery­to­rium wroga, pośród roju prze­ra­ża­ją­cych dro­idów demon­ta­żo­wych, cze­ka­ją­cych w uśpie­niu tuż za pane­lami poszy­cia kadłuba...

Świa­tła pier­ście­nia doku­ją­cego zami­go­tały na nie­bie­sko, a potem roz­ja­rzyły się czer­wie­nią, gdy klamry zostały zablo­ko­wane i roz­po­czął się pro­ces wyrów­ny­wa­nia ciśnie­nia w łącz­niku. Kiedy czer­wone lampki zga­sły, Avar obró­ciła zacisk zwal­nia­jący. Natych­miast roz­legł się sygnał ostrze­gaw­czy, ale zigno­ro­wała go i otwo­rzyła śluzę.

W ręka­wie cumow­ni­czym przy­trzy­mała się jed­nego z uchwy­tów, aby utrzy­mać rów­no­wagę. Od "Świe­tli­stego Ptaka" dzie­liło ją teraz tylko kilka kro­ków, a przez prze­ciw­le­głe drzwi zaczy­nali już prze­cho­dzić pierwsi pasa­że­ro­wie. Avar przy­wo­łała na twarz uprzejmy uśmiech, świa­doma, że wygląda jak zwy­kła człon­kini załogi, nie jak Jedi. Na czas misji prze­rzu­to­wej pozbyła się wszyst­kich atry­bu­tów zakonu, z wyjąt­kiem mie­cza świetl­nego. Teo­re­tycz­nie nie miało to więk­szego sensu, ponie­waż jej twarz od jakie­goś czasu znało co naj­mniej pół galak­tyki, ale uznała, że nie warto ryzy­ko­wać.

Pierw­szą osobą, która się­gnęła po jej dłoń, aby sko­rzy­stać z pomocy, był star­szy męż­czy­zna. Gdy dotarło do niej, że go roz­po­znaje, unio­sła ze zdu­mie­niem brwi, choć po chwili uświa­do­miła sobie, że wła­ści­wie powinna była się tego spo­dzie­wać.

To był Mar­lowe San Tekka, a tuż za nim stał jego mąż, Vel­lis.

Ostat­nim razem Avar widziała ich, gdy wraz z Elza­rem wybrali się na Naboo tuż po Wiel­kiej Kata­stro­fie Nad­prze­strzen­nej, aby pro­sić San Tek­ków o poradę w kwe­stiach zwią­za­nych z nad­prze­strze­nią. Ich pla­neta została wcie­lona do Strefy Oklu­zji jakiś czas temu, gdy ponow­nie prze­su­nięto gra­nice Wału Burzo­wego, a sami San Tek­ko­wie byli jed­nymi z osób na świecz­niku, któ­rzy roz­pacz­li­wie chcieli stam­tąd uciec.

-?Mar­lowe San Tekka -?powie­działa, chwy­ta­jąc go za rękę i deli­kat­nie pocią­ga­jąc w stronę wyj­ścia. -?Witamy na pokła­dzie "Błę­kit­nego Pasma".

-?Mistrzyni Kriss -?odparł chra­pli­wym, zmę­czo­nym gło­sem. -?Nie spo­dzie­wa­łem się tu zastać aku­rat cie­bie.

-?Może powi­nie­neś -?mruk­nął cicho jego mąż, Vel­lis.

Avar uśmiech­nęła się do nich.

-?Ostroż­nie -?rzu­ciła, poma­ga­jąc im przejść przez śluzę.

Za nimi podą­żyło kilka innych osób, w tym kobiety, męż­czyźni i trójka star­szych dzieci, ubra­nych w nabo­oań­skie szaty, a także przy­sa­dzi­sty Ugnau­ght, któ­rego Avar natych­miast roz­po­znała.

-?Belin?! -?wykrzyk­nęła zdu­miona, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha.

Ugnau­ght pode­rwał głowę, odwza­jem­nia­jąc jej uśmiech.

-?Jedi! -?powie­dział. -?Współ­czuję, że musia­łaś tak szybko wró­cić na tę zafaj­daną stronę galak­tyki.

Nad jego ramie­niem prze­fru­nął mały okrą­gły droid kame­rzy­sta, mru­ga­jąc świa­teł­kami i popi­sku­jąc cicho. Belin prze­wró­cił oczami, ale Avar dostrze­gła w nich dziwny błysk, gdy oznaj­mił:

-?Rhil też tu jest.

Odsu­nęła się na bok, aby mógł przejść, ale pod­szedł i zamknął ją w uści­sku tak moc­nym, że aż roze­śmiała się mimo­wol­nie.

-?Nie mia­łam poję­cia, że współ­pra­cu­je­cie z naszymi sojusz­ni­kami - powie­działa, gdy wresz­cie wypu­ścił ją z objęć. -?Choć pew­nie powin­nam była się tego spo­dzie­wać.

-?Zwy­kle nie zawra­camy sobie głowy takimi rze­czami -?przy­znał Belin - ale Rhil i ja mamy inte­res do Boha­terki z Het­zala...

Rozdział czwarty

STREFA OKLU­ZJI

Avar skon­tak­to­wała się z Friie­la­nem, pro­sząc piloto, aby pomo­gło uchodź­com roz­go­ścić się w ich kwa­te­rach, pod­czas gdy sama udała się na pokład "Świe­tli­stego Ptaka", żeby ode­brać wła­sno­ręcz­nie pakiety danych z wia­do­mo­ściami i infor­ma­cjami wywia­dow­czymi. Wcze­śniej oso­bi­ście dopil­no­wała, by każdy z nowych pasa­że­rów "Błę­kit­nego Pasma" wsiadł do tur­bo­windy. Pokle­py­wała ich po ramio­nach i uśmie­chała się do nich krze­piąco, zapew­nia­jąc, że wkrótce wróci i że za nie­całą godzinę będą już po dru­giej stro­nie Wału Burzo­wego.

Wszy­scy zda­wali sobie sprawę z ryzyka, z jakim wią­zała się ta wyprawa - ina­czej by ich tu nie było. Avar nie musiała im o tym przy­po­mi­nać. Lepiej było oka­zy­wać zamiast tego pew­ność sie­bie i wiarę w to, że im się uda. I tak już sta­now­czo zbyt wielu z nich wybu­chało pła­czem, gdy wyja­wiała im swoje imię.

Kiedy wysłała ostat­niego na wyż­szy poziom, odwró­ciła się do Belina. Miło było go znów zoba­czyć po nie­mal trzech mie­sią­cach, które minęły od ich roz­sta­nia -?i to w tak nie­spo­dzie­wa­nych oko­licz­no­ściach. Poznała go pod­czas tych ostat­nich trud­nych tygo­dni w prze­strzeni Nihi­lów. To było dość sza­lone spo­tka­nie, bo ni­gdy nie spo­dzie­wa­łaby się, że zyska tak lojal­nego sojusz­nika pod­czas tam­tej kar­ko­łom­nej misji, kiedy to porwała sta­tek dostaw­czy Nihi­lów, aby dostar­czyć zboże gło­du­ją­cym. Jed­nak od tam­tej pory Belin wspie­rał ją we wszyst­kim, co robiła, i towa­rzy­szył jej, dopóki nie spo­tkał Rhil Dairo. Wów­czas posta­no­wił zostać z byłą repu­bli­kań­ską repor­terką, aby kon­ty­nu­ować ich misję po tym, jak Avar opu­ściła Strefę Oklu­zji.

Belin był zgryź­liwy i nie­ustę­pliwy, ale można było na nim pole­gać. Avar darzyła go bez­gra­nicz­nym zaufa­niem i cie­szyła się, że będzie miała oka­zję odwdzię­czyć mu się za wszyst­kie przy­sługi, jakie jej wyświad­czył.

Mimo to czuła lekki nie­po­kój z powodu tego, jak sfor­mu­ło­wał swoją prośbę. Wcze­śniej był z nią na oku­po­wa­nym przez Nihi­lów Het­zalu...

-?Miło cię widzieć -?powie­działa, kie­ru­jąc się w stronę pier­ście­nia doku­ją­cego.

-?Mnie cie­bie też, Avar! -?zawo­łała Rhil Dairo z otwar­tej śluzy "Świe­tli­stego Ptaka".

Mały droid kame­rzy­sta prze­mknął przez krótki kory­tarz z taką pręd­ko­ścią, że nie­mal ude­rzył w pierś Rhil.

-?Pani przo­dem -?rzu­cił Belin, skła­da­jąc Avar żar­to­bliwy ukłon. Roz­ko­szo­wała się pokrze­pia­ją­cym uczu­ciem, jakie budziła w niej jego obec­ność, gdy za pomocą uchwy­tów prze­su­wała się wzdłuż rękawa w kie­runku Rhil. Miała przy­ja­ciół w całej galak­tyce, zwłasz­cza w sze­re­gach zakonu i na Coru­scant, ale miło było przy­po­mnieć sobie, że ma ich rów­nież w prze­strzeni Nihi­lów.

Rhil Dairo z uśmie­chem wycią­gnęła do niej rękę, aby pomóc jej wejść na pokład "Świe­tli­stego Ptaka". Teraz, gdy Avar była bli­żej, dostrze­gła, że ciem­no­skóra repor­terka znów dys­po­nuje peł­nym kom­ple­tem swo­ich cyber­ne­tycz­nych mody­fi­ka­cji. Kiedy widziały się po raz ostatni, Rhil miała tylko moduł wmon­to­wany w skroń i oko­lice oczo­dołu -?po tym, jak utra­ciła wizjer i łącze z dro­idem kame­rzy­stą.

Dairo chwy­ciła ją za obie dło­nie. Choć wciąż się uśmie­chała, jej głos brzmiał rze­czowo i nieco ofi­cjal­nie, gdy zapew­niała:

-?To nie potrwa długo. Dzię­kuję, że zgo­dzi­łaś się poświę­cić nam czas.

-?O co dokład­nie cho­dzi?

-?Naj­le­piej niech wyja­śni to sam mózg ope­ra­cji -?mruk­nął Belin zza ple­ców Avar, pstry­ka­jąc kil­koma przy­ci­skami, aby prze­łą­czyć rękaw cumow­ni­czy w tryb czu­wa­nia.

-?Jasne, Beli­nie -?potwier­dziła Rhil i wska­zała na dro­ida uno­szą­cego się nad jej ramie­niem. -?To T-9. Obec­nie nie nagrywa, ale na­dal widzę to samo, co on.

-?Cie­szę się, że go odzy­ska­łaś.

-?T-9 był na Ben­to­rze -?tam, gdzie go utra­ci­łam. -?Rhil nie­mal czule wycią­gnęła rękę do swo­jego mecha­nicz­nego przy­ja­ciela, cał­kiem jakby chciała nagro­dzić piesz­czotą pupila. -?Jego odna­le­zie­nie było naszą pierw­szą misją ratun­kową.

T-9 wydał z sie­bie serię szu­mów i pisków, gdy zapusz­czali się wraz z Avar w głąb "Świe­tli­stego Ptaka".

To był nie­wielki, sta­ro­modny sta­tek poszu­ki­waw­czy, podobny do wielu innych spo­ty­ka­nych na Zewnętrz­nych Rubie­żach, czę­sto prze­bu­do­wy­wa­nych i mody­fi­ko­wa­nych do peł­nie­nia róż­nych ról. Widać było wyraź­nie, że ten kon­kretny egzem­plarz został kie­dyś wypo­sa­żony w naj­no­wo­cze­śniej­szy sprzęt i luk­su­sowe udo­god­nie­nia, choć ich sty­li­styka dawno wyszła już z mody, a moduły pokry­wały liczne rysy i szramy. Tu i ówdzie dało się rów­nież dostrzec ślady typo­wych cha­otycz­nych prze­ró­bek Nihi­lów. Avar zasta­na­wiała się, czy kie­dy­kol­wiek miał dzia­ła­jący sil­nik Ścieżki.

-?Co pora­bia­li­ście, odkąd się ostat­nio widzie­li­śmy? -?zagad­nęła, gdy pro­wa­dzili ją po spi­ral­nych scho­dach do wspól­nej prze­strzeni kam­buza.

-?Tro­chę nam zajęło nawią­za­nie kon­taktu z odpo­wied­nimi sojusz­ni­kami - wyja­śniła Rhil. -?Nawet gdy zaczę­łam nada­wać rela­cje na sta­rych czę­sto­tli­wo­ściach EX. Czę­sto prze­no­si­li­śmy się z miej­sca na miej­sce, żeby nas nie namie­rzono, i szu­ka­li­śmy lep­szych pod­sta­cji, żeby uzy­skać więk­szy zasięg. Wła­ści­wie to Cair zna­lazł nas. -?Uśmiech­nęła się pod nosem. -?Acz­kol­wiek Belin nie był zachwy­cony spo­so­bem, w jaki to zro­bił. Do prze­ka­za­nia zako­do­wa­nej wia­do­mo­ści użył... pie­śni bojo­wej Nihi­lów.

-?Aż mi uszy krwa­wiły! -?poskar­żył się Ugnau­ght, wspi­na­jąc się za nimi po scho­dach.

-?Masz po pro­stu sta­ro­świecki gust, sta­ruszku -?oznaj­mił ten sam rado­sny głos, który powi­tał Avar i Friie­lana, gdy dotarli do punktu zbor­nego.

Mistrzyni Jedi odwró­ciła się w stronę kory­ta­rza, który praw­do­po­dob­nie pro­wa­dził do kok­pitu. Jej palce odru­chowo powę­dro­wały do ręko­je­ści mie­cza świetl­nego, ale szybko opu­ściła dłoń.

-?Avar Kriss -?powie­działa Rhil -?poznaj Caira San Tekkę, mózg i serce siatki bun­tow­ni­ków po tej stro­nie Wału Burzo­wego.

-?Po pro­stu jed­nego z nich -?popra­wił ją z uśmie­chem Cair. -?Gdy byłem młod­szy, zde­cy­do­wa­nie wola­łem okre­śle­nie "anar­chi­sta", ale te nihil­skie dra­nie sku­tecz­nie mi go obrzy­dziły.

San Tekka miał na oko dwa­dzie­ścia kilka lat, był wysoki i szczu­pły. Wspie­rał się nie­dbale bio­drem o gródź, ubrany w obci­sły czarny kom­bi­ne­zon pilota i sfa­ty­go­waną czarną szatę, prze­wią­zaną w nad­garst­kach czer­wo­nymi wstąż­kami. Miał śniadą skórę, a czarne włosy zwią­zał w nie­dbały kok. Kiedy uśmiech­nął się do Avar, w kąci­kach jego brą­zo­wych, lekko sko­śnych oczu utwo­rzyły się zmarszczki. Przy­ło­żył dło­nie do piersi i skło­nił jej się zalot­nie.

Avar nie kryła roz­ba­wie­nia, ale sta­rała się zama­sko­wać zdzi­wie­nie wywo­łane świa­do­mo­ścią, że ktoś tak młody pełni tak odpo­wie­dzialną funk­cję.

-?Cair San Tekka? -?powtó­rzyła, siląc się na lekki ton. -?Czy jesteś może spo­krew­niony z Mar­lowe'em i Vel­li­sem?

-?Ow­szem -?potwier­dził. -?To moi dalecy kuzyni, ale wszy­scy nazy­wamy ich po pro­stu wujami. Wiesz pew­nie, jacy są San Tek­ko­wie...

-?Przy­go­tuję tro­chę tej muli­stej her­baty -?zapro­po­no­wał Belin, pod­cho­dząc do sze­regu paneli na ścia­nie kam­buza. -?I lepiej się pośpieszmy, zanim dro­idy demon­ta­żowe zwę­szą, że coś jest nie tak.

-?Dobry pomysł -?oce­nił Cair. Spoj­rzał na Rhil, która ski­nęła głową i gestem zapro­siła Avar, by usia­dła na ławce przy stole wyglą­da­ją­cym na bar­dzo stary, z praw­dzi­wego drewna, o bla­cie pokry­tym licz­nymi pla­mami i rysami.

-?Mie­li­ście może jakieś wie­ści o Por­te­rze? -?spy­tała mistrzyni Jedi, zwra­ca­jąc się do Rhil szep­tem, choć i tak pozo­stali z pew­no­ścią ją sły­szeli.

Kobieta potrzą­snęła głową i wyraź­nie posmut­niała.

-?"Dawna Kata­strofa" została znisz­czona nad Seswenną, a Nihi­lo­wie i dro­idy demon­ta­żowe natych­miast zja­wili się na miej­scu kata­strofy. Gene­rał Viess prze­żyła, być może Por­ter rów­nież, ale... nie sły­sze­li­śmy nic na temat jego dal­szych losów.

-?Wie­dzie­li­by­śmy, gdyby został schwy­tany przez Nihi­lów -?wtrą­cił Cair San Tekka. Odrzu­cił teatral­nym gestem połę swo­jej kurtki, zajął miej­sce za sto­łem, a następ­nie poło­żył sple­cione dło­nie na bla­cie, demon­stru­jąc osten­ta­cyj­nie cyber­ne­tyczną pro­tezę lewej ręki. Była wyko­nana z ele­ganc­kiego czar­nego stopu, z ciem­no­czer­wo­nymi prze­gu­bami, wyraź­nie dopa­so­wana do sty­li­styki jego ubioru. Sam fakt, że mógł sobie pozwo­lić na coś takiego, był wido­mym świa­dec­twem jego pokre­wień­stwa z San Tek­kami z Naboo.

Avar pozwo­liła, by w jej sercu roz­go­rzała iskierka nadziei. Jeśli kto­kol­wiek mógł prze­żyć coś takiego, to tylko i wyłącz­nie Por­ter Engle.

-?Belin powie­dział, że macie do mnie jakąś prośbę?

-?Zga­dza się. Mamy. -?Bez­tro­skę Caira bły­ska­wicz­nie zastą­piła śmier­telna powaga -?zmiana zaszła tak płyn­nie, że nie­je­den Jedi mógłby mu pozaz­dro­ścić umie­jęt­no­ści kon­tro­lo­wa­nia wła­snych emo­cji. Jedno było pewne: Cair San Tekka był dosko­na­łym akto­rem. Gdy pod­chwy­cił spoj­rze­nie Avar, w jego brą­zo­wych oczach lśniła głę­boka szcze­rość. -?Znasz Belina i Rhil, więc wiesz, do czego są zdolni -?zwłasz­cza ona. Stała się gło­sem pod­zie­mia w prze­strzeni Nihi­lów. Nadaje głów­nie pod­trzy­mu­jące na duchu prze­sła­nia i zako­do­wane wska­zówki dla tych, któ­rzy potrze­bują pomocy. Jest naprawdę nie­sa­mo­wita. -?Obda­rzył Rhil krzy­wym uśmiesz­kiem.

Repor­terka ski­nęła tylko głową, naj­wy­raź­niej przy­zwy­cza­jona do jego flir­ciar­skich zagry­wek, a przy­go­to­wu­jący her­batę Belin par­sk­nął. Mimo to Cair wciąż się uśmie­chał, kom­plet­nie nie­zra­żony.

-?Zasad­ni­czo sta­ramy się pod­no­sić morale -?jak tylko zdo­łamy. Prze­kie­ro­wu­jemy trans­mi­sje do róż­nych boi komu­ni­ka­cyj­nych lub nada­jemy na czę­sto­tli­wo­ściach ukła­do­wych, aby zakłó­cić łącz­ność Nihi­lów i sze­rzyć nasz prze­kaz. Aby istoty po tej stro­nie Wału wie­działy, że tutaj, pod jarz­mem najeźdź­ców, wciąż jest ktoś, na kogo mogą liczyć. -?Pochy­lił się w stronę Avar. -?Z pew­no­ścią wiesz, że naj­lep­szym spo­so­bem na pod­trzy­ma­nie kogoś na duchu jest zapew­nie­nie mu celu, do któ­rego mógłby dążyć. Nawet jeśli opiera się to na czymś tak abs­trak­cyj­nym jak...

-?...nadzieja -?dokoń­czyła za niego Avar.

-?Dokład­nie tak. -?Cair San Tekka ski­nął głową i poło­żył dło­nie pła­sko na obdra­pa­nym drew­nia­nym bla­cie. -?Chcie­li­by­śmy, żebyś nagrała jedną - albo, szcze­rze powie­dziaw­szy, może nawet dzie­sięć wia­do­mo­ści. Tyle, ile tylko zdo­łasz.

-?Komu­ni­katy pod­no­szące morale. -?Avar z całej siły sta­rała się nie marsz­czyć brwi. Rozu­miała. Naprawdę. Ale coś takiego... będzie miało swoje kon­se­kwen­cje.

-?Dokład­nie. -?Rhil przy­szła Cairowi w sukurs. -?Jeśli ty, Avar Kriss, Boha­terka z Het­zala, zdo­łasz prze­mó­wić do nich w naszym imie­niu, będzie to miało sil­niej­szy wydźwięk niż wszystko, co zdo­ła­li­by­śmy powie­dzieć sami. Ty -?osoba, któ­rej się udało. I która wciąż wraca, aby poma­gać.

Avar potrzą­snęła głową.

-?Ja... wola­ła­bym niczego nie pro­wo­ko­wać. Nie sądzę, aby publiczne chwa­le­nie się tym, że mogę swo­bod­nie poko­ny­wać Wał Burzowy, było dobrym pomy­słem.

-?To nie prze­chwałka -?powie­działa z naci­skiem Rhil. -?Tylko obiet­nica.

Belin posta­wił na stole tacę z czte­rema paru­ją­cymi kub­kami.

-?Oni i tak już wie­dzą, że prze­kra­cza­cie Wał, Jedi -?powie­dział, poda­jąc jej jeden z kub­ków.

-?Naprawdę?

-?Zga­dza się -?potwier­dził Cair. -?Robi­cie to od tygo­dni, dopro­wa­dza­jąc Nihi­lów do szału -?a przy­naj­mniej tak twier­dzi moje źró­dło w ich sze­re­gach.

-?Ale nie wie­dzą, jak udaje wam się tego doko­nać -?dopo­wie­działa Rhil. - Nie są w sta­nie tego roz­gryźć, co nie­zbyt dobrze wpływa z kolei na ich morale.

Avar zmru­żyła oczy i wbiła wzrok w Caira San Tekkę.

-?Kto jest twoim źró­dłem? Jak udało ci się nawią­zać kon­takt z kimś spo­śród nich? Czy to on dostar­cza ci zmien­nych kodów Ście­żek, dzięki któ­rym możemy prze­kra­czać Wał Burzowy? Jeśli masz szpiega w sze­re­gach Nihi­lów, powin­nam o tym wie­dzieć...

Uśmiech Caira stał się bar­dziej dra­pieżny.

-?Nic z tego. Ale zapew­niam cię, że ufam mu bez­gra­nicz­nie.

Belin wydał z sie­bie zdu­szony jęk, a Rhil rzu­ciła:

-?Są mał­żeń­stwem. Lepiej go nie pod­ju­dzaj.

Avar dosłow­nie zatkało. Tego się nie spo­dzie­wała. Mil­czała, wpa­tru­jąc się w Caira San Tekkę i wsłu­chu­jąc w Moc, w pod­szepty swo­ich instynk­tów, wyostrzo­nych przez dzie­się­cio­le­cia tre­ningu. Wszystko pod­po­wia­dało jej: on mówi prawdę. Oni wszy­scy mają rację.

Mimo to... musiała wie­dzieć wię­cej. Głów­nym powo­dem, dla któ­rego Jedi i KOR na­dal mieli zwią­zane ręce, zmu­szeni ogra­ni­czyć swoje dzia­ła­nia do tych zakro­jo­nych na nie­zbyt dużą skalę misji, był brak wystar­cza­ją­cych infor­ma­cji wywia­dow­czych. Jeśli kon­takt tego całego Caira w sze­re­gach Nihi­lów miał dostęp do kodów Ścieżki, z pew­no­ścią mógłby pomóc Jedi zlo­ka­li­zo­wać główne źró­dło zasi­la­nia Wału Burzo­wego. A wtedy mogliby zmo­bi­li­zo­wać grupę ude­rze­niową, aby to wszystko zakoń­czyć, raz na zawsze.

-?Prze­każ swo­jemu kon­tak­towi, że musimy się dowie­dzieć, jak znisz­czyć Wał Burzowy.

-?Pra­cuję nad tym -?zapew­nił ją Cair.

-?Jeśli będzie to konieczne, możemy go chro­nić. Spro­wadź go do prze­strzeni Repu­bliki, zapew­nij mu bez­pie­czeń­stwo. To obiet­nica, którą jestem gotowa zło­żyć jako Boha­terka z Het­zala.

-?Prze­każę mu to -?odburk­nął młody San Tekka, lekko poiry­to­wany.

-?W porządku. -?W tej chwili Avar nie mogła zro­bić nic wię­cej. Objęła gorący kubek dłońmi, ale nie upiła naparu. -?Czy jeśli nagram dla was wia­do­mość, Nihi­lo­wie nie spró­bują się zemścić?

Cair San Tekka postu­kał cyber­ne­tycz­nym pal­cem w stół.

-?Pew­nie spró­bują. Acz­kol­wiek -?pochy­lił się, uprze­dza­jąc pro­te­sty Avar -?oni i tak już zabi­jają, kogo im się żyw­nie podoba. Jutro zabiją sto osób, a poju­trze tysiąc. Skoro i tak to zro­bią, czy nie powin­ni­śmy spró­bo­wać wszyst­kiego, co w naszej mocy, aby łago­dzić nie­po­koje? Pod­no­sić na duchu tych, któ­rzy tracą nadzieję? Nie mamy wpływu na to, kto zgi­nie -?możemy tylko sta­rać się przy­po­mi­nać żyją­cym, że wciąż jest coś, o co warto wal­czyć.

Avar przy­glą­dała mu się bez słowa. W jego spoj­rze­niu pło­nęła pasja, ale nuty jego melo­dii w Mocy były zaska­ku­jąco czy­ste i dźwięczne, cał­kiem jakby ryzyko, na które się świa­do­mie pisał, było tylko teo­rią, czymś abs­trak­cyj­nym. Nie zauwa­żała w nim despe­ra­cji -?jedy­nie współ­czu­cie. Nie wyglą­dał na zła­ma­nego przez opre­sję Nihi­lów. Wyczu­wała w nim nie­po­kój, ow­szem, ale nie spra­wiał wra­że­nia kogoś zdru­zgo­ta­nego. Poczuła ukłu­cie bólu na myśl o tym, że to tylko kwe­stia czasu, nim to się zmieni. Nie mogła jed­nak zaprze­czyć praw­dzie i temu, że zwy­czaj­nie w niego wie­rzy. To prze­ko­na­nie rezo­no­wało w Mocy echem, napie­rało na nią nie­ustę­pli­wie jak fala ude­rze­niowa. W głębi duszy Avar cie­szyła się, że na­dal są istoty takie jak ten młody czło­wiek, gotowe robić to, co słuszne.

Belin wes­tchnął ciężko.

-?Jedi, nawet Rhil dała się prze­ka­ba­cić temu dzie­cia­kowi.

Cair zare­ago­wał na jego uwagę gło­śnym, ura­żo­nym prych­nię­ciem, ale Rhil ude­rzyła Ugnau­ghta w ramię i roze­śmiała się bez­tro­sko.

-?Nie da się ukryć, Beli­nie -?powie­działa, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha. -?Znam swój arse­nał i wiem, jak zro­bić z niego naj­lep­szy uży­tek.

Gdy Avar tak na nich patrzyła -?na zrzę­dli­wego pilota, sza­loną repor­terkę i zapa­lo­nego bojow­nika o wol­ność, wymie­nia­ją­cych w przy­ja­ciel­skiej atmos­fe­rze uwagi na tematy tyleż waż­kie, co śmier­tel­nie nie­bez­pieczne, iskierka nadziei w jej sercu zapło­nęła jesz­cze jaśniej.

-?W porządku. -?Uśmiech­nęła się do nich. -?Zróbmy to.