Rozdział piąty
OANNE, PRZESTRZEŃ REPUBLIKI, GRANICA STREFY OKLUZJI
Burryaga czuł się bezgranicznie sfrustrowany.
Leśny świat Oanne był jedną z niewielu odwiedzonych przez niego planet,
na których umiał posługiwać się głównym językiem tubylców. Problem w tym, że mimo to nie potrafił się z nimi porozumieć.
Jego przyjaciel, rycerz Jedi Bell Zettifar, starał się go pocieszać, jak
tylko zdołał:
-?To nie potrwa wiecznie, jestem pewien -?powiedział, przyklękając na
jedno kolano obok przywódczyni kolonii Elia-Anów. Biegła w Uzdrawianiu -
tak brzmiał jej oficjalny tytuł według droida tłumacza -?sięgała
Burry'emu dokładnie do połowy uda i Wookiee musiał się bezustannie
powstrzymywać od chęci położenia swojej dużej, włochatej dłoni na jej
puszystej głowie. Ciało przedstawicieli rasy Elia-Anów pokrywało sztywne
włosie, ale tuż przy skórze porastało je miękkie runo w opalizujących
kolorach perłowego szmaragdu i błękitu, odpowiadających liniom serca ich
rodowych drzew.
Biegła w Uzdrawianiu poklepała Bella po ramieniu i wydała z siebie serię
krótkich treli, brzmiących jak świergotliwa odmiana shyriiwooka.
-?To bez znaczenia, jeśli... spalone -?przełożył droid tłumacz. Częścią
języka Elia-Anów były ruchy włosków okalających ich szyje, a mechaniczny
translator nie radził sobie zbyt dobrze z ich interpretacją, co jeszcze
pogłębiało problem z komunikacją.
Jedi przybyli tu trzy dni temu wraz z zespołem Koalicji Obrony
Republiki, który miał dopilnować przygotowań do akcji ewakuacyjnej.
Oanne była jedyną zamieszkałą planetą w układzie, a jej mieszkańcy
pozostawali w dużej mierze samowystarczalni. Republika nie ingerowała
zbytnio w ich sprawy, oprócz tego, że importowała stąd pewien gatunek
grzyba. Porastający korzenie starych drzew rodowych organizm był
wykorzystywany jako bardzo wydajny -?i co ważniejsze, niewykrywalny -
przewodnik elektryczny. Kilka pokoleń wstecz Republika zawarła umowę
handlową z koloniami Elia-Anów, włączając planetę w poczet swoich
światów członkowskich. W zamian Elia-Anowie poprosili republikańskich
naukowców o pomoc w zrozumieniu niuansów symbiotycznego procesu rozwoju,
który łączył ich ze swoimi drzewami rodowymi, oraz o podjęcie prób
stworzenia alternatywnych rozwiązań, które umożliwiłyby im podróże poza
planetę. W drodze na Oanne Burry przejrzał całe mnóstwo plików z informacjami na ten temat, zgromadzonymi przez eksperta z gatunku
Ho'Din. Wyglądało jednak na to, że na razie nikomu nie udało się
stworzyć sztucznej, nawet tymczasowej komory rozwojowej, imitującej
system działania ich drzew rodowych na tyle dobrze, by Elia-Anowie mogli
się rozmnażać.
I na tym właśnie polegał problem, przed którym stanęły Koalicja Obrony
Republiki i zakon: Oanne znajdowała się bardzo blisko obecnej granicy
Wału Burzowego i istniało duże prawdopodobieństwo, że Marchion Ro
wkrótce znów ją przesunie -?w ten kapryśny, nieprzewidywalny sposób, w jaki zaczął powiększać swoje terytorium po ucieczce mistrzyni Avar
Kriss. W obliczu wchłonięcia przez Strefę Okluzji, Elia-Anowie stanęli
przed trudnym wyborem: zostać i narażać się na okupację Nihilów oraz
śmierć z rąk najeźdźców lub opuścić swoją ojczyznę.
Bell był zdeterminowany przekonać ich, że powinni odejść. Był pewien, że
to tylko tymczasowe rozwiązanie, choć Burryaga nie podzielał tego
przekonania.
-?Nihilowie mogą podpalić wasze lasy, to prawda -?potwierdził Zettifar,
marszcząc brwi. -?Ale jeśli tu zostaniecie, was również czeka śmierć.
Jeżeli odlecicie stąd z nami, macie szansę przetrwać...
-?A czy Republice nie zależy na nas jedynie z powodu naszych... -?Droid
tłumacz urwał, niezdolny poradzić sobie z nazwą miejscowych grzybów.
Burry nie potrzebował jednak jego wyjaśnień.
-?Nie -?zaprzeczył w języku an-an tak ostro, że Bell rzucił mu
zaskoczone spojrzenie, ale Biegła w Uzdrawianiu odchyliła tylko głowę w tył, żeby lepiej widzieć górującego nad nią Wookieego.
Burry podchwycił spojrzenie jej intensywnie zielonych oczu. Włoski na
jej szyi falowały, zmieniając barwę z zielononiebieskiej na
niebieskozieloną.
-?Być może Republika faktycznie potrzebuje waszych grzybów -?powiedział
łagodnie Bell -?ale mi i Burryadze zależy przede wszystkim na waszym
dobru. Chcemy zapewnić wam bezpieczeństwo.
-?Nasz las nie może odejść -?poinformowała Biegła Burry'ego, wydając z siebie serię cichych, śpiewnych pomruków.
Zmiękczając swój shyriiwook, aby lepiej odzwierciedlał wymowę an-an,
Burry wyjaśnił jej, że być może lasu nie uda się uratować, jeśli ich
świat padnie ofiarą Nihilów.
Biegła w Uzdrawianiu wyraźnie posmutniała. I nie chodziło tylko o zmiany
w ruchu i ubarwieniu jej włosia -?Burry wyczuwał jej emocje, napływające
ku niemu poprzez Moc.
Gdy spojrzał na Bella, zobaczył, że jego przyjaciel wysuwa lekko do
przodu dolną wargę -?w ten charakterystyczny sposób, jak miał w zwyczaju
zawsze, gdy niemal rozumiał jakieś bardziej
skomplikowane zdanie, wypowiedziane przez Burryagę. Zettifar bywał
sfrustrowany tym, że tak często musi polegać na pomocy tłumaczy.
Burry'emu kompletnie to nie przeszkadzało, ale doceniał wysiłek
przyjaciela i upór, z jakim starał się poznać język Wookieech. Kiedy
zorientował się, że Bell zaczął uczyć się shyriiwooka, wpadł jak burza
do jego małej kwatery w Świątyni i porwał chłopaka w objęcia.
Pomieszczenie było zbyt ciasne, by zdołał obrócić go dookoła, ale nie
przejął się tym zbytnio. Mistrzyni Burry'ego, Nib Assek, zadała sobie
trud, by poznać jego ojczysty język, bo chciała bez przeszkód
porozumiewać się ze swoim padawanem, ale Bell nie musiał tego robić. Był
po prostu jego przyjacielem, który chciał okazać mu w ten sposób
szacunek i wsparcie, świadom, że mechaniczni tłumacze nie zawsze są w stanie wychwycić wszystkie niuanse skomplikowanego narzecza. Bell
Zettifar pragnął go po prostu rozumieć.
Kiedy Burry utknął w jaskini na dnie eiramskiego oceanu, tylko cudem
uniknąwszy śmierci, wyrywał sobie kępki sierści, aby za pośrednictwem
tworzonych z niej małych totemów wysyłać wiadomości -?z nadzieją na to,
iż ktoś natknie się na nie na brzegu. Wiedział, że szanse na to, iż ktoś
w ogóle je znajdzie, a tym bardziej zrozumie, są boleśnie nikłe. Ale nie
przestawał wierzyć, że w jakiś sposób dotrą do Bella. Że determinacja
jego przyjaciela, jego upór i nieustępliwość go ocalą. Nie zawiódł się.
Biegła w Uzdrawianiu wyciągnęła jedną ze swoich siedmiopalczastych
głównych rąk (Elia-Anowie mieli dodatkową parę ramion, krótszych i uzbrojonych w szpony, którymi wczepiali się w swoje drzewa rodowe) i poklepała Burry'ego po brzuchu -?tak wysoko, jak tylko zdołała sięgnąć,
czyli tuż nad pasem jego brązowych szat. Następnie dotknęła własnego
brzucha ponad splecionymi paskami szarf, służącymi jej za ubranie, i powiedziała coś, czego droid tłumacz nie był w stanie przetłumaczyć.
Brzmiało jak słowo oznaczające w shyriiwooku "dzwonki": Arryssslesh.
Jej imię. Burry dotknął swojego brzucha w miejscu, w którym spoczęły jej
palce, i odpowiedział jej w swoim ojczystym języku, wyjawiając własne.
-?Chodźcie -?przynagliła ich, kierując się w głąb lasu i gestem dając im
znak, by podążyli za nią.
Burry spojrzał na Bella, po czym chwycił przyjaciela za łokieć i pociągnął za sobą. Ruszyli w ślad za Biegłą w Uzdrawianiu wraz ze
starającym się za nimi nadążyć droidem tłumaczem.
Las stopniowo gęstniał. Otaczały ich drzewa rodowe o gładkiej,
zielonoczarnej korze, na której wraz z wiekiem pojawiała się pojedyncza
bruzda, biegnąca wzdłuż pnia. Większość z nich była bardzo stara -?dały
życie wielu pokoleniom Elia-Anów. Ich błękitne, przywodzące na myśl
smukłe kieliszki do szampana gałęzie wznosiły się ku niebu, a liście,
pokryte tym samym puszystym meszkiem, który porastał skórę tubylców,
kołysały się delikatnie na wietrze. Między nimi dało się dostrzec
mniejsze, kwitnące drzewka. Ich gałązki sięgały ku sąsiadom, tworząc coś
na kształt koronki z mlecznobiałych witek, rozsnutej na tyle nisko, że
Burry musiał się schylić i praktycznie pod nią czołgać. Starał się nie
zgniatać trawy rosnącej wzdłuż wąskiej ścieżki Elia-Anów, ale jego stopy
były zbyt duże. Źdźbła uginały się i łamały pod ciężarem jego ciała,
wydzielając woń przypraw, a ich sok mienił się jak gwiaździste algi,
rozświetlając podszyt nieziemskim blaskiem.
-?Pięknie tu -?westchnął z zachwytem Bell, jakby czytał w myślach
Burry'emu, który wydał z siebie cichy pomruk zgody.
Nietrudno było zrozumieć, dlaczego Elia-Anowie nie chcieli opuszczać
swojego lasu. Gdyby przybyli tu Nihilowie, w mgnieniu oka zamieniliby go
w zgliszcza.
Burry próbował odsunąć od siebie gniew, który budziła w nim sama myśl o niszczycielskiej determinacji Nihilów. Zamiast mu się poddawać, powinien
rozkoszować się chwilami spokoju w tym bujnym, roztętnionym Mocą lesie.
Czuł się silny i połączony ze wszystkim, co go otaczało -?jak cząstka
zdrowego, stabilnego ekosystemu. Dzięki swojej niezwykłej empatii
wyczuwał emocje napływające od okolicznej roślinności. A ta była
naprawdę niezwykła: Burryaga nigdy wcześniej nie natknął się na drzewa,
które byłyby tak silnie, praktycznie nierozerwalnie związane z tubylczą
rasą. Zastanawiał się, czy któryś z badających je wcześniej Jedi
próbował przesadzić rośliny do arboretum na pokładzie statku. Może gdyby
za pośrednictwem Mocy dało się w jakiś sposób przekonać je, że aby
przetrwać, powinny przenieść się w bezpieczniejsze miejsce, rozwiązałoby
to problem z Nihilami...?
Biegła w Uzdrawianiu zaprowadziła ich na łąkę, nad którą unosił się rój
jaskrawożółtych owadów. Po chwili namysłu uznał, że to raczej jakieś...
nasiona. A może jednak owady? W końcu prychnął z lekkim rozbawieniem.
Tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia. W tym miejscu wszystko było
najwyraźniej ze sobą połączone -?i to nie tylko za pośrednictwem Mocy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
SEKTOR SESWENNA, STREFA OKLUZJI
Porter Engle dryfował na skraju jawy i snu.
To nie był pierwszy raz, kiedy zginął... czy może raczej prawie zginął -?i prawdopodobnie nie ostatni. Mimo to
wiedział, że pewnego dnia śmierć nieuchronnie w końcu się o niego
upomni, a wówczas stanie się jednością z Mocą.
Ostatnim, co pamiętał, był widok kosmicznej próżni, rozpościerający się
przed nim, gdy stał na poszarpanej krawędzi statku, pozbawiony swojego
miecza świetlnego, z krwawiącym ramieniem, a stara Mirialanka patrzyła
na niego z góry, szczerząc zęby w szaleńczym uśmiechu. "Żegnaj, Porterze
Engle'u" -?tak brzmiały jej słowa.
"Żegnaj, Porterze Engle'u. Nie jesteś sam".
Nie, to nie były...
Porter jęknął cicho i ponownie odpłynął.
Pamiętał zgrzyt metalu, syk ostrza miecza uderzającego o beskar.
Pamiętał, jak kogoś odesłał ("Nie jesteś sam...") -?znowu, zawsze odsyłał
innych, patrzył, jak odchodzą, odciągał ich...
Nie.
Tym razem to była Avar Kriss, zdeterminowana, by osiągnąć swój cel,
przepełniona blaskiem nadziei.
Pamiętał białe warkoczyki przecinające powietrze i śmiech, pogoń za tym
śmiechem, pogoń za obietnicami, łzami i mieczami świetlnymi, spadającymi
na ziemię wokół niego jak lawina...
Generał Viess. Starsza. Silniejsza. "Żegnaj, Porterze Engle'u".
A potem, na poszarpanej metalowej krawędzi tego, co kiedyś było pokładem
hangarowym... Porter pamiętał, jak usiadł, aby powitać czułe objęcia Mocy.
Zamknął oczy i pozwolił, by ból rozproszył się w świetle, a krew
oblepiająca jego skórę stanowiła ciepłe przypomnienie o życiu, które
zostawiał za sobą.
Wysączało się z niego stopniowo, a on wsłuchiwał się w Moc. Czuł, jak
inne istoty miotają się we wnętrzu potrzaskanego wraku, słyszał jęk
stali, eksplozje silników i szept ostrzy przecinających powietrze: Moc
otaczała go ze wszystkich stron.
Porter Engle nigdy nie szukał śmierci, choć na przestrzeni długich lat
jego życia często go nawiedzała. Teraz w końcu mógł ją powitać poprzez
Moc.
Tyle tylko, że...
Był tutaj. Na łóżku z cienkim materacem, który
uginał się dziwnie pod jego ciężarem, niczym materiał naciągnięty na
metalowe pręty. Łóżko polowe. Głowa pulsowała mu tępym bólem, a w ramieniu czuł mrowienie. Usłyszał dźwięk, który powinien był rozpoznać.
Znajomy. Rytmiczny.
Na Moc! Bolało go całe ciało.
Żył.
Nie był jeszcze gotów, by otworzyć oczy, więc ponownie wziął głęboki
oddech i skupił się na analizie docierających do niego sygnałów. Miał na
sobie coś, co wydawało się cienką, czystą szatą. Czuł zapach lekarstw i kojącą, cierpką woń dymu, przypominającą kadzidło. Nie miał butów ani
opaski na oku. Lewe ramię w miejscu, w które dźgnęła go Viess, opasywał
bandaż. Mógł poruszać palcami u rąk i nóg.
Podsumowując: nie było źle.
Sądząc po echu tego znajomego, rytmicznego dźwięku, pomieszczenie, w którym się znajdował, było niewielkie.
Ach! Tak. Przypomniał sobie. To muzyka. Rozpoznawał dźwięki.
Ktoś w pobliżu grał na czymś w rodzaju harfy, choć niespecjalnie dobrze.
Kiedy Porter skupił się mocniej, usłyszał szmer oddechu i szelest
ubrania. Odległe, stłumione odgłosy życia za dobrze izolowanymi oknami.
Być może miasta?
Rozesłał wici Mocy i po chwili odkrył w pomieszczeniu jeszcze jedną
istotę. Wydawała się względnie spokojna, choć wyraźnie czymś
sfrustrowana. Nie stanowiła jednak bezpośredniego zagrożenia...
W dole poruszały się kolejne, dobrze wyczuwalne poprzez Moc. Był na
piętrze jakiegoś budynku. Sam, nie licząc harfisty.
Powoli odwrócił głowę w stronę źródła dźwięków i otworzył oczy,
pozwalając, by światło dzienne wlało się pod powieki.
Muzykiem okazał się mężczyzna, ubrany w czarną tunikę i szatę
przyozdobioną jaskrawoczerwonymi wstążkami, które mocno opasywały jego
przedramiona. Stał nad poziomą harfą i delikatnie wygrywał na niej
melodię, uderzając w struny małymi młoteczkami. Na jego młodej,
przystojnej śniadej twarzy malował się wyraz najwyższego skupienia, a kosmyki czarnych włosów, które wyślizgnęły się z niestarannie upiętego
koka, opadały mu na oczy.
Wyglądał na nieszkodliwego, a rany Portera zostały opatrzone, ale lepiej
było nie ryzykować.
Engle usiadł ostrożnie i sięgnął po Moc. Odczekał, aż poczuje wokół
siebie jej obecność, ostrą niczym sto kling, rezonującą w jego umyśle
jak kyber...
Teraz!
Wybił się i przefrunął przez cały pokój między jednym uderzeniem
młoteczka a drugim. Nim to ostatnie wybrzmiało, stał przyciśnięty bokiem
do pleców mężczyzny, z jedną ręką owiniętą wokół jego szyi -?zbyt luźno,
by zabić, zbyt mocno, by nieznajomy zdołał oswobodzić się z uścisku.
Muzyk zastygł w bezruchu.
-?Obudziłeś się -?mruknął po chwili.
Porter odchrząknął.
-?Kim jesteś? -?spytał schrypniętym, zgrzytliwym głosem. Nieużywanym od
Moc jedna wie, jak dawna. Może przez jeden dzień... a może całe tygodnie.
-?Cair -?przedstawił się cicho młody mężczyzna. Powoli opuścił młoteczki
i delikatnie złożył je na strunach harfy. "Dulcimer" -?słowo pojawiło
się samoistnie w umyśle Portera. Widywał już takie instrumenty.
-?Gdzie jesteśmy?
-?W Seswenna City.
Engle skinął głową, mimowolnie zwijając prawą dłoń w pięść i nieświadomie zacieśniając uścisk na szyi Caira.
-?Jak się tu znalazłem?
-?Uratowałem cię -?odpowiedział mężczyzna i po raz pierwszy Porter
zarejestrował ton jego głosu: sztucznie radosny, rozmyślnie łagodny.
Taki, jakim można by się zwracać do dzikiego drapieżnika.
W swoim długim życiu Porter Engle miał wiele wcieleń. Był również
drapieżnikiem. Łowcą. Nie był to jego naturalny tryb -?ani przez niego
preferowany, skoro już o tym mowa -?ale nadal znajdowali się w Strefie
Okluzji, miejscu, w którym władzę wciąż sprawowali Nihilowie. Zamknął
oczy na rozpadającym się nihilskim statku, a gdy otworzył je ponownie,
znalazł się tutaj. Najrozsądniej było w tej sytuacji założyć, że ten
cały Cair również należał do Nihilów. Pomimo muzyki, którą grał -?i mimo
iż Porter nie był skrępowany.
Engle prychnął i potrząsnął lekko młodym mężczyzną.
-?Uratowałeś mnie, hę? Niby jak? Ten statek był pełen Nihilów -?i tylko Nihilów.
-?Cóż -?bąknął Cair -?czasami dostarczam im zaopatrzenie...
Porter z sykiem wciągnął powietrze przez zęby.
-?Ale! -?dodał prędko mężczyzna, unosząc ręce w geście kapitulacji.
Uwagi Portera nie uszło to, że lewa była protezą, wykonaną z jakiegoś
czarnego stopu. -?Robię to tylko po to, żeby zachować swoje uprawnienia
-?no wiesz, w razie spotkania z droidami demontażowymi -?i żeby móc się
swobodnie poruszać po ich terenie. Poza tym przemycam różne rzeczy, tuż
pod ich nosem. Informacje, towary, czasem nawet istoty żywe, choć bywa
trudno...
-?Trudno to mi uwierzyć w tę historię -?wszedł mu w słowo Porter,
bardziej rozdrażniony niż zwykle -?z powodu wszystkiego, czego nie
wiedział, a także bolącego ramienia i narastającej w nim złości. -
Chcesz mi wmówić, że jakiś Nihil niebędący Nihilem po prostu natknął się
na mnie, wyciągnął mnie z wraku i się mną zaopiekował?
Cair próbował wzruszyć ramionami, ale uścisk Portera skutecznie
ograniczał mu zakres ruchu.
-?Cóż... -?rzucił ponownie. -?Przypuszczam, że wcale nie tak trudno w to
uwierzyć, jeśli ufasz Mocy.
W odpowiedzi Porter wybuchnął śmiechem i znów wzmocnił uścisk wokół szyi
Caira.
-?Mocy?
-?Pokażę ci coś, staruszku -?powiedział mężczyzna, obracając głowę i prezentując Porterowi błysk ciemnobrązowego oka oraz kącik uniesionych w uśmiechu ust.
Przez chwilę Engle starał się wpatrywać w to oko, próbując wybadać Mocą,
czy Cair nie próbuje go zwieść. Jednak jedynym, co wyczuł, była
szczerość, zabarwiona dreszczem strachu i podniecenia. Nic więcej.
Cóż. Porter nie przetrwałby tak długo, gdyby nie ryzykował raz po raz
skoków z metaforycznych (a czasem nawet bardzo realnych) klifów.
-?W porządku.
Uwolniwszy mężczyznę jednym płynnym ruchem, cofnął się, opuścił ręce
wzdłuż ciała i zacisnął dłonie w pięści. Był ostrzem. A Moc była z nim.
Cair wyminął harfę i szybko okrążył łóżko, na którym spoczywał wcześniej
nieprzytomny Ikkrukkianin. Po przeciwnej stronie pryczy stała mała
metalowa szafka z kilkoma szufladami. Cair otworzył górną, a Porter
napiął całe ciało, sięgając po Moc, na wypadek gdyby mężczyzna dobył z szafki blaster...
Ale nic takiego nie nastąpiło.
Zamiast tego Cair trzymał w dłoni miecz świetlny -?miecz Portera, ten
sam, który Jedi utracił na zniszczonym pokładzie statku generał Viess.
Engle wpatrywał się w niego bez słowa, a młody mężczyzna obrócił
rękojeść w dłoni, wyciągając ją w jego stronę.
-?Nie znam zbyt wielu Jedi -?przyznał. -?Ale pochodzę z Jądra -?nie
zawsze tu mieszkałem. Nie zawsze tkwiłem pod butem Nihilów. Potrafię
rozpoznać miecz świetlny, gdy go widzę -?i umiem poznać Jedi, nawet bez
ich szat.
Coś w jego słowach sprawiło, że Porter poczuł się, jakby na jego barkach
osiadł nagle jakiś ogromny ciężar. Wziął głęboki oddech i sięgnął Mocą
po miecz.
Cair rozwarł palce i broń pokonała w mgnieniu oka krótki dystans,
lądując z gracją w nadstawionej dłoni. Porter miał wrażenie, że minęły
całe lata, odkąd ostatni raz trzymał ją w ręku.
-?Ile czasu minęło, odkąd mnie znalazłeś?
-?Nieco ponad miesiąc -?odparł Cair. -?Z powodu odniesionych obrażeń
musiałeś przez jakiś czas pozostawać w stanie hibernacji. Poza tym,
szczerze mówiąc, pod okupacją Nihilów nie mam dostępu do najlepszych
leków, więc trochę minęło, nim udało mi się znaleźć to, czego
potrzebowałem.
-?Hm, ta twoja ręka wygląda całkiem przyzwoicie -?zauważył Porter, mimo
iż zaczynał wierzyć temu całemu Cairowi.
-?To długa historia -?westchnął mężczyzna, poruszając czarną protezą. Po
chwili jednak otrząsnął się z ponurych myśli i podszedł ze wznowioną
werwą do Portera. -?Słuchaj, wiem, jak działa Moc. Jestem pewien, że
doprowadziła mnie do ciebie z jakiegoś powodu. Staram się pomagać
tutejszym, jak mogę. Nie mam, co prawda, zdolności Jedi, ale tacy jak my
robią, co w ich mocy...
-?Wiem -?mruknął Porter. W ciągu ostatniego roku widział tak wiele... Był
świadkiem zarówno niewyobrażalnego zła, jak i prawdziwych aktów
altruizmu i męstwa.
-?Mógłbyś nam pomóc. Wiem całkiem sporo na temat organizowania tajnych
operacji, szpiegostwa i przemytu, ale nie znam się na taktyce i...
Porter przerwał mu, kręcąc głową.
-?Zapomnij.
-?Ale...
-?Poszukaj kobiety nazwiskiem Rhil Dairo i ugnaughckiego pilota, Belina,
który tak jak ty pracuje dla Nihilów. Oni ci pomogą.
-?Och. -?Cair zamrugał, jakby jego umysł miał problem z przetworzeniem
tak wielu informacji naraz.
-?Nie jestem twoim więźniem, prawda? -?spytał Porter.
-?Nie! -?zaprzeczył natychmiast Cair, otwierając szerzej oczy.
-?W takim razie zabieram się stąd. Gdzie moje rzeczy?
Mężczyzna wskazał na pojemnik obok łóżka polowego.
-?Buty, pasek, kurtka -?wszystko znajdziesz tam.
Engle skinął głową, ubrał się pośpiesznie, a następnie podszedł do
jedynych drzwi w pomieszczeniu.
-?Zaczekaj!
Porter zignorował mężczyznę, zaciskając mocniej palce na rękojeści
miecza świetlnego. Czuł, że to słuszna decyzja. Wiedział, dokąd musi się
udać.
Nim jednak dotknął przycisku na panelu obok drzwi, zatrzymał się
przelotnie i obejrzał na Caira.
-?Jeśli spotkasz innych Jedi... albo usłyszysz o kimś z zakonu, nie mów,
że mnie widziałeś. Nie wspominaj, że żyję.
-?Dlaczego? -?Młody mężczyzna wyglądał na zaskoczonego.
Porter zacisnął usta i spojrzał mu prosto w oczy. Czuł przemożną,
frustrującą potrzebę otworzenia utraconego oka, fantomowe przekonanie o tym, że wciąż je ma, choć minęło już tyle czasu. "Potrzebna mi nowa
opaska" -?westchnął w duchu, na głos powiedział zaś:
-?Nie chcę, żeby Jedi mnie szukali. Nie mogą za mną podążyć tam, dokąd
zamierzam się udać.
Z tymi słowy Porter Engle wdusił przycisk na panelu i drzwi rozsunęły
się z sykiem.
-?Wyjaw mi przynajmniej swoje imię! -?zawołał w ślad za nim Cair. -
Nikomu go nie zdradzę, obiecuję.
-?Taak -?mruknął pod nosem Porter, niemal do samego siebie, ale mimo to
skinął głową. -?Porter Engle.
-?Dziękuję -?powiedział Cair. -?A więc żegnaj, Jedi Porterze Engle'u.
Jeśli Moc jest z nami, nasze drogi jeszcze się skrzyżują.
Porter powinien się ucieszyć, słysząc od kogoś ze Strefy Okluzji
zapewnienie o wierze w Moc. Mimo to w tej chwili mógł myśleć tylko o jednym: o tym, dokąd zamierzał się udać. O tym, co go czeka.
"Żegnaj, Porterze Engle'u".
Rozdział pierwszy
CORUSCANT
Avar Kriss szła bezszelestnie korytarzem Świątyni Jedi, trzymając w jednej ręce ceramiczną flaszkę kwasokamiennego miodu pitnego, a w drugiej pudełko bułeczek z orzechami keldov. Gdy dotarła do kwater
Elzara Manna, zatrzymała się, schowała alkohol pod pachę i przycisnęła
dłoń do chłodnych metalowych drzwi.
W większości pomieszczeń w Świątyni pieśń Mocy rozbrzmiewała spokojnie i swobodnie -?i to miejsce nie było wyjątkiem. Avar rozesnuła wici swojej
świadomości, szukając nimi obecności przyjaciela. Był tam. Na jej ustach
pojawił się lekki uśmiech, ale nim zdążyła zapukać, drzwi się otworzyły.
Stał w nich nie kto inny, a sam Elzar, drapiąc się po brodzie, ale na
jej widok natychmiast opuścił rękę.
-?Avar.
-?Elzarze. -?W jej uśmiechu coś się zmieniło -?pojawiły się w nim jakaś
delikatność i wyczekiwanie. -?Rano odlatuję i...
-?Wiem -?powiedział tylko, wpatrując się w nią bez mrugnięcia.
Czekała, śledząc linie płytkich zmarszczek, okalających jego oczy -
oznak stresu i napięcia. Jego broda była gęsta, choć krótsza niż u Stellana. Miał na sobie tylko dolne warstwy świątynnych szat -?białą
tunikę i białe spodnie -?i był boso. Kiedy zauważył jej spojrzenie,
poruszył palcami u stóp.
-?Czy mogę wejść? -?zapytała, w ostatniej chwili powstrzymując się od
dodania: "Ostatnim razem, gdy odeszłam... źle to rozegrałam. Nie chcę znów
cię zostawiać. Nie chcę, żebyśmy się rozstawali".
-?Oczywiście. -?Gdy się cofnął, weszła do środka, przyciskając pudełko z bułeczkami do brzucha.
-?Czy to z Tal-Iree? -?spytał teatralnym szeptem.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha.
-?Wciąż jest dokładnie tam, gdzie dawniej, w tej alejce w Dzielnicy
Jadeitowej!
-?Przyniosę talerze -?mruknął z ukontentowaniem, kierując się do szafki
w kącie.
-?I kubki! -?Avar postawiła miód pitny na podłodze, a potem zdjęła buty
i powiesiła na wieszaku nie tylko pelerynę, ale i wierzchnią złotą
szatę. Po chwili namysłu pozbyła się również pasa i miecza świetlnego.
Choć od jej powrotu z terytorium okupowanego przez Nihilów minęło już
sześć tygodni, nadal nie zdołała ponownie przyzwyczaić się do noszenia
wszystkich tych warstw formalnego stroju Jedi. Mimo to ceniła świątynne
szaty za to, co symbolizowały: bycie cząstką całości, linią melodyczną w wielkiej symfonii. Szkoda, że ta nowa misja ponownie wymagała od niej
anonimowości. Elzar z kolei od zawsze nienawidził oficjalnych szat, a teraz przyszło mu je nosić codziennie. Cóż, wyglądało na to, że oboje
będą się musieli dostosować...
Avar pochyliła się, rozciągając tylne mięśnie ud i łydek, i sięgnęła po
alkohol.
-?Są trzy -?powiedział nagle Elzar.
Zaskoczona, podniosła na niego wzrok. Stał przy blacie, na którym
spoczywała ciemna taca z dwoma talerzykami i kubkami, i wpatrywał się w otwarte pudełko.
Avar przełknęła ślinę.
-?Kiedy weszłam do sklepu, poczułam się tak oszołomiona... Pachniało
dokładnie tak samo, jak wtedy. Menu też wciąż jest takie, jak kiedyś,
stoliki nadal wyszczerbione, a nad ladą wisi ten sam obraz. Odruchowo
wzięłam to, co zawsze, a kiedy już się zorientowałam, nie mogłam się
zmusić do prośby o zmianę zamówienia...
Elzar skinął głową i wyłożył ciastka na tacę. Kiedy się do niej
odwrócił, po jego ustach błąkał się smutny uśmiech.
-?Widzę, że czujesz się już jak u siebie? -?rzucił półżartem.
-?Ten bałagan jest zbyt znajomy, żebym nie czuła się tu jak w domu -
odcięła się.
Kwatery Elzara były równie skromne, co wszystkie inne w Świątyni. Jedyne
odstępstwo od normy stanowiły mały stolik, niskie łóżko, mata do
medytacji i dość pokaźna liczba wkomponowanych w różne przestrzenie
półek, zaśmieconych najrozmaitszymi drobiazgami: głównie trudnymi do
zidentyfikowania elementami jakichś układów mechanicznych, narzędziami,
częściami komputerów i datapadami. Z oparcia samotnego krzesła zwieszało
się kilka elementów garderoby. Avar odsunęła od stóp łóżka stos czegoś,
co wyglądało jak kawałki poszycia droida, opadła na cienki dywan i oparła się plecami o mebel. Odkorkowała flaszkę, a po chwili dołączył do
niej Elzar.
-?Rozcieńczyłaś? -?zapytał, gdy nalewała trunek do kubków.
-?Sokiem z różanasa -?odparła lekkim tonem. W gruncie rzeczy to właśnie
po niego zapuściła się do Dzielnicy Jadeitowej. Kiedy mieli po
piętnaście lat i pstro w głowie, dolewali go do kwasokamiennego miodu ze
względu na Stellana -?nie dlatego, że miał coś przeciwko samemu
alkoholowi, ale żeby po prostu osłodzić jego smak.
Wznieśli toast i wypili. Nie smakowało tak dobrze jak wtedy, gdy byli
młodsi -?prawdopodobnie dlatego, że teraz nie towarzyszył im dreszczyk
emocji spowodowany obawą, że zostaną przyłapani. Wtedy... nie mieli
jeszcze pojęcia, co przyniesie los. Jasne: nikt nie jest w stanie
przewidzieć przyszłości, ale jako nastolatka Avar sądziła, że będzie
wyjątkiem. Ona, Elzar i Stellan: wszyscy byli wyjątkowi.
Cóż, w pewnym sensie miała rację.
Wzięła jedną z bułeczek i rozdarła ciemnobrązową skórkę, odsłaniając
bogate wnętrze. Wskazała podbródkiem na stół.
-?Wygląda jak części urządzenia Sunvale.
-?Eksperymentowałem z różnymi powłokami i próbowałem maksymalnie
uprzystępnić formę modułu, aby pasował do układów różnych typów statków.
Samego wnętrza -?kabli, systemu sterowania i podzespołów komputerowych -
nie tykam. To, co zaprojektowali Avon i Keven, to dla mnie w większości
czarna magia.
-?Cieszę się, że pomagasz. -?Avar wgryzła się w bułeczkę i wsparła
ramieniem o jego ramię.
-?Chyba nie sądziłaś, że pozwolę ci wrócić na drugą stronę Wału
Burzowego bez jakiejś cząstki mnie?
Te proste, a jednak niosące ze sobą tak głębokie przesłanie słowa
sprawiły, że niemal zakrztusiła się swoją bułeczką.
Wiedziała, jak niebezpieczna jest czekająca ją misja. Nowo opracowana
technologia przekraczania Wału Burzowego nie została jeszcze
przetestowana. Zadaniem Avar była koordynacja działań Jedi i Koalicji
Obrony Republiki, KOR, w celu ustalenia jej skuteczności i kierowanie
wyprawami. Istniała spora szansa, że będzie to bilet w jedną stronę. Wał
Burzowy wciąż pozostawał praktycznie nieprzebyty. Nikt inny nie wiedział
o tym lepiej niż ona: była pierwszą osobą, której udało się go
przekroczyć, po roku nieudanych prób.
-?Kiedy już opanujemy ten proces... to nie będzie zbyt ekscytujące -
westchnęła. -?Będziemy po prostu skakać tam i z powrotem, ewakuując
ludzi i dostarczając towary do kontaktów Maz Kanaty w Strefie Okluzji.
Być może nadal są tam jacyś inni Jedi, którzy... -?Urwała, myśląc o Porterze Engle'u, który poświęcił się, aby odwrócić uwagę nihilskiej
generał Viess od ucieczki Avar. Trudno było wyobrazić sobie śmierć kogoś
takiego jak nieustraszone Ostrze Bardotty. Ale nawet najpotężniejszy
Jedi nie mógł przeżyć eksplozji statku, nie mówiąc o przetrwaniu w próżni kosmicznej.
Otrząsnąwszy się z ponurych myśli i upiwszy łyk miodu, podjęła:
-?To będzie niekończący się ciąg misji, za każdym razem z innymi
priorytetami, innymi celami. Akcje ratunkowe, pomoc humanitarna...
-?Brzmi nieźle. Jak coś, co może zrobić różnicę. -?Słyszała w słowach
Elzara to, czego nie mówił: "Lepsze to niż zabawa w politykę. Niż
cokolwiek, czym się tu zajmuję".
-?Niebezpieczeństwa, eksperymentalne sposoby użycia Mocy, wątpliwi
sojusznicy. Brzmi jak -?zauważyła, spoglądając na niego kątem oka -
misja idealna dla Elzara Manna.
Skrzywił się.
-?Bardziej przydam się tutaj, na Coruscant.
-?Dlaczego?
-?Jestem tu od prawie półtora roku, pełniąc funkcję pośrednika między
Radą a kanclerz. Gdybym teraz odszedł, mogłoby dojść do... problemów.
Kanclerz mi ufa.
-?El... -?powiedziała łagodnie, z lekką nutą wyrzutu w głosie. Wiedziała,
że odpowiedź, której jej udzielił, była formułką przygotowaną specjalnie
z myślą o Senacie lub opinii publicznej. Być może innych Jedi. Ona
jednak zwyczajnie tego nie kupowała. Znała go zbyt dobrze.
Przez długi czas milczał. Avar słyszała go w Mocy. Przez ostatni rok
cierpiała katusze, nie mając pojęcia, czy jeszcze kiedykolwiek usłyszy
jego głos -?tę pokrzepiającą, niezbędną jej do życia jak tlen melodię
jego znajomej pieśni. A ten brak, kiedy tak rozpaczliwie jej
potrzebowała, nauczył ją bardzo wiele o tym, czego naprawdę pragnęła.
Kim była.
Chwyciła bułeczkę Elzara, oderwała kawałek i podsunęła przyjacielowi pod
nos, a on uśmiechnął się blado i pozwolił, by wsunęła mu go do ust.
Przeżuwał w skupieniu, bez reszty pochłonięty zaprzątającymi jego głowę
myślami.
Na przestrzeni lat stali się sobie tak bliscy, jak tylko mogą być dwie
istoty ludzkie. Znała go lepiej niż ktokolwiek inny i nie miała
wątpliwości, że wie, jakiej odpowiedzi powinien jej udzielić. Czekała
cierpliwie, aż odnajdzie odpowiednie słowa. Aż będzie gotów.
Dawno temu... wyznałby jej wszystko, bez wahania. Przyszedłby do niej sam,
przejmując inicjatywę, nawet jeśli było to niezgodne z naukami Jedi.
Och, jak bardzo tego pragnęła! Zbyt długo trzymała go na dystans,
pozwalając, by między nich wkradł się chłód, by podzieliły ich ostre
słowa -?z powodu jej własnych, mylnych przekonań dotyczących egoizmu i przywiązania, poczucia obowiązku i celu. Teraz zrozumiała, że ta całość,
której była cząstką, nie miała racji bytu bez niego, bez Elzara.
Tyle tylko, że... teraz to on nie był gotowy.
Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i złożyła na nich ręce.
Popełniła tak wiele błędów... Zwłaszcza w ostatnich miesiącach istnienia
Gwiezdnego Blasku. Pod pretekstem wykonywania swojej pracy podążyła za
gniewem, niemal pozwoliła, by zawładnęła nią chęć zemsty, i prawie
uległa pokusie ciemnej strony. Po tamtych druzgocących wydarzeniach z udziałem Drengirów dysonans ciemności wybrzmiewał tak głośno... Avar po
prostu nie była w stanie trwać na posterunku podczas upadku Gwiezdnego
Blasku, nie było jej tu, by pomóc -?lub opłakiwać wszystkich, którzy
zginęli wskutek katastrofy: cywilów, załogi statków, Jedi... A potem, gdy
powinna służyć wsparciem Elzarowi, kiedy wyciągnął do niej rękę,
pogrążony w żalu i szukający pokrzepienia, odepchnęła go i odeszła.
Zostawiła go w potrzebie. Opuściła przestrzeń Republiki i porzuciła samą
siebie.
Uwięziona w Strefie Okluzji, odnalazła siebie na nowo. Zaczęła
nawiązywać kontakty -?z Porterem Engle'em, zrzędliwym ugnaughckim
pilotem Belinem, Rhil Dairo -?a kiedy ponownie zaczęła współpracować z innymi, znów odkryła melodię swojej własnej pieśni Mocy.
Wróciła do domu.
Jednak wciąż pozostawało mnóstwo do zrobienia -?i właśnie dlatego znów
wyruszała na niebezpieczną, ryzykowną misję. Tym razem nie zamierzała
jednak opuścić Elzara, poddać się bez walki. Potrzebowali siebie
nawzajem. Uznała więc, że warto odrobinę go przycisnąć.
-?Czy to dlatego, że nie możesz ponownie stawić czoła Wałowi Burzowemu?
Elzar zamknął oczy. Komuś postronnemu mógłby się wydać oazą spokoju, ale
Avar znała go zbyt dobrze -?widziała wyraźnie, jak wiele kosztuje go
próba zachowania pozorów. Dostrzegała to w napiętych liniach wokół jego
ust i ledwie zauważalnym drgnięciu małych mięśni w okolicach skroni.
-?Kiedy ostatni raz zrobiłem coś jak należy?
Zaskoczona, zaczerpnęła gwałtownie tchu. Nie zawiódł jej. Wiedział -
powiedziała mu o tym -?jak wiele znaczyła dla niej jego wiadomość. Że
był dla niej jak kotwica pośród wzburzonych fal sztormu, nawet wtedy,
gdy dzielił ich tak wielki dystans. Popełnił błędy, jasne, ale, podobnie
jak ona, powrócił do bezpiecznego portu Mocy. Tak wiele osób tutaj, na
Coruscant -?w tym sama kanclerz i Rada Jedi -?słuchało jego rad. Ufali
mu.
-?Wiem -?mruknął, jakby czytał jej w myślach. -?Wiem, że czasem udaje mi
się znaleźć rozwiązanie tego czy innego problemu. Jestem uparty, a nawet
nieustępliwy. Kiedy czegoś pragnę, potrafię wymyślić sposób, aby to
osiągnąć. Ale kiedy coś idzie nie po mojemu... tak łatwo jest się poddać
gniewowi. Nie potrafię tego przezwyciężyć.
-?Nie możesz przestać... czuć -?powiedziała, dotykając delikatnie jego
kolana.
Wymamrotał pod nosem coś niezrozumiałego.
-?W ciągu ostatnich dwóch lat każdemu z nas zdarzały się potknięcia -
dodała. -?Wszyscy poznaliśmy smak porażki.
-?Ale mimo to za każdym razem podnosimy się i próbujemy jeszcze raz, ze
zdwojonym wysiłkiem.
-?Tak.
-?Co jednak, jeśli to za mało? Niektórych rzeczy nie da się naprawić.
-?Masz na myśli to, co... zrobiłeś na pokładzie Gwiezdnego Blasku? -?Avar
wzięła głęboki oddech. -?Próbowałeś mi o tym powiedzieć na Eiramie,
kiedy obwiniałam się za to, co się stało, i nie mogłam, nie chciałam
tego słyszeć. Czułabym się... zaszczycona, gdybyś spróbował ponownie -
teraz, kiedy jestem gotowa cię wysłuchać.
-?Radzę sobie z tym coraz lepiej -?zaczął. -?Godzę się z tym, co się
wydarzyło. W większości. Gdybym nie próbował ci o tym powiedzieć,
mógłbym to po prostu stłumić i pozwolić, by wciąż trawiło mnie od
środka, niczym jątrząca się rana. Jednak te słowa... pozostały we mnie,
kiedy cię nie było. Myślałem o tym w kółko, raz za razem, aż w końcu
zaakceptowałem, że to po prostu... się wydarzyło. Nie mogę jednak pogodzić
się z myślą, że to mogłoby się powtórzyć. Gniew, który czułem, patrząc,
jak Wielki Mistrz Veter został stracony w tak bezlitosny sposób... i po
tym... kiedy flota... Co, jeśli zdołam utrzymać się w ryzach tylko wtedy,
gdy nie będę miał nic, co mógłbym zaatakować? Nic, na czym mógłbym
wyładować swój gniew?
Avar ścisnęła jego kolano.
-?Chancey Yarrow tam była. Była tam. Jako nasza więźniarka, ponieważ
współpracowała z Nihilami. Ale tego dnia starała się ocalić Gwiezdny
Blask, a ja ją... zabiłem. Nie zastanawiałem się nad tym, nie zawahałem
się ani sekundy -?po prostu to zrobiłem. Nie mam nic na swoje
usprawiedliwienie. To był... mrok. Nie byłem tym, za kogo się uważam -?ani
osobą, którą chcę być. I zapłaciliśmy za to
najwyższą cenę. Straciliśmy... wszystko.
-?Nie wszystko. -?Avar spojrzała na niego i ścisnęło ją w gardle na
widok łzy spływającej po jego policzku. -?Chodź do mnie -?wyszeptała,
przyciągając go do siebie. Nie protestował. Gdy otoczył ją ramieniem,
poczuła, że w jej oczach również wzbiera zdradziecka wilgoć.
Właśnie tak powinno to wyglądać tuż po upadku Gwiezdnego Blasku. Ich
dwoje, razem, wspierających się nawzajem. Ale go odtrąciła -?ponownie -
i jakaś cząstka Avar (właściwie to całkiem spora część) wciąż nie mogła
uwierzyć, że nadal jej ufał. Na tyle, by dać jej kolejną szansę. Nie
była pewna, czy zasługuje na to zaufanie.
Opuściła go. Ale on nigdy jej nie porzucił. Nawet gdy dzielił ich Wał
Burzowy, niezliczone lata świetlne, mnóstwo nieporozumień, gniewu,
porażek i strat, po roku żalu i konieczności stawiania czoła
niewyobrażalnym przeciwnościom losu -?nie, ponad roku! -?nigdy jej nie
skreślił.
Avar wiedziała -?była tego pewna tak, jak istnienia samej Mocy -?że
Elzar Mann nigdy jej nie opuści. Nawet w gniewie.
Kiedyś świadomość tego faktu wytrąciłaby ją z równowagi. Uznałaby, że
ich relacje są zbyt bliskie, podszyte egoizmem. Niepotrzebny galimatias
emocji, wpływu hormonów i zbędnego przywiązania.
Teraz nie traktowała już tego w ten sposób. W głosie przyjaciela, gdy
dotarła do niej jego wiadomosć, pokonując szmat galaktyki i Wał Burzowy,
Avar wyczuła bezgraniczną, niezachwianą wiarę. W nią. W Moc. W nadzieję.
Pogodzenie się z tym uczyniło ją silniejszą. Gdy uświadomiła sobie -?i pogodziła się z tym, że go kocha, spłynął na nią spokój, który ją
umocnił.
Mimo to bała się, że jeśli mu to teraz wyzna, tym razem on ucieknie.
-?Stellan... -?zaczął Elzar, ale urwał. Najwyraźniej nie był jeszcze gotów
dokończyć. Avar dała mu czas. Oddychała, skupiona na rytmicznym biciu
własnego serca, na cieple jego ramienia. W końcu podjął: -?Stellan
powiedziałby mi, żebym pojednał się z samym sobą, z Mocą. A potem, żebym
porozmawiał o tym z Radą. Szukał wsparcia.
-?Zgadza się -?potwierdziła, starając się zignorować rzeczy, które sama
z rozmysłem ukrywała przed Radą.
-?Tęsknię za nim. Za nimi wszystkimi. Ale on po prostu...
-?Ja też -?wykrztusiła przez ściśnięte gardło.
Zmienił pozycję, osuwając się na podłogę i wspierając policzek o jej
udo. Przeczesała palcami jego włosy i pogładziła go po brodzie,
wilgotnej od łez. Opowiadał jej o tym, jak się czuł, o paraliżującym
przerażeniu, spowodowanym świadomością tego, co zrobił, i o bezgranicznym lęku wywołanym przez bezimiennych, grasujących na terenie
stacji kosmicznej. Mówił o tym, jak straszne były te długie godziny na
pokładzie Gwiezdnego Blasku -?i o ostatnich chwilach spędzonych ze
Stellanem. Opowiedział jej też o tym, jak poprowadził flotę KOR do ataku
na Wał Burzowy -?tylko po to, by bezradnie patrzeć, jak tak wiele osób
ginie, nadaremno. Znów. Wyznał, że wie, jak samolubny był, rozpaczliwie
pragnąc jej powrotu, jak desperacko chciał usłyszeć jej odpowiedź na
swoje wezwanie.
A ona słuchała. Słuchała jego głosu i melodii jego Mocy. I powtarzała
szeptem jego imię, ilekroć potrzebował je usłyszeć.
Rankiem obudzili się na podłodze, półprzytomni i zapłakani. Śmiejąc się
z samych siebie, wypili kaf. Avar wyraźnie widziała, że wciąż jest
znużony. Czuła ten sam strach i gniew, które dręczyły i jego, od tak
dawna. Ale w jakiś sposób... było lepiej. Zdołają przez to wszystko
przejść -?wspólnie. Nie mogło być inaczej.
Kiedy ruszyła w stronę drzwi, chwycił ją za rękę.
-?Za każdym razem, gdy będziesz wracać przez Wał Burzowy, daj mi znać.
Dotknęła policzka Elzara, a potem wplotła palce w jego brodę.
-?Obiecuję.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu; ciszę mącił jedynie szmer
ich idealnie zsynchronizowanych oddechów. Sięgnęła ku niemu poprzez Moc,
odnajdując w jej pieśni nuty jego melodii. Poczuła, jak odpowiada na jej
wezwanie. Łącząca ich więź nie była już tak silna, jak kiedyś. Ale to
musiało wystarczyć. To był dobry początek.
Rozstali się bez słowa -?nie pozostało już nic do dodania -?i każde z nich wróciło do swoich obowiązków.
Rozdział drugi
NORISYN, STREFA OKLUZJI
Marchion Ro się nudził. Od bardzo, bardzo dawna.
Był znudzony, zmęczony i wściekły. Czasami ożywiał się lekko, pobudzony
przez akty okrucieństwa, które dawniej napełniłyby go bezbrzeżną
radością, a czasem przekręcał nóż, który wbił dawno temu -?tylko po to,
aby poczuć nikłe echo satysfakcji.
Rzeczy, które kiedyś go motywowały, zmieniły się w nużące obowiązki.
Ale to... To było -?cóż, co najmniej interesujące.
Stał na dziobie, przytrzymując się jedną dłonią relingu. Barka wisiała
nisko nad lasem kryształów, dorównujących wysokością dorosłemu
człowiekowi. Cała ta strona księżyca została przekształcona w farmę
surowych kryształów hestalt i sztucznych kyberów. Od ponad roku księżyc
mienił się i iskrzył dymnoszarymi i różowymi fraktalami kwarcu -
zbieranymi co miesiąc i przewożonymi na pokład stacji kosmicznej
Uderzenie Gromu, aby włączyć je do układu zasilającego doktor Mkampy,
podtrzymującego jego Wał Burzowy.
Tutaj, pod bladoniebieskim słońcem Norisyna, było zimno, ale Ro nie
przejmował się tym. W swoim życiu znosił znacznie gorsze warunki. Czymże
była odrobina chłodu dla kogoś, kto walczył gołymi rękami z lylekami i przemierzał Woal? Istoty, która rzuciła Republikę na kolana -?i która
nadal skutecznie zmuszała ją, by się przed nią korzyła?
Trwał w kompletnym bezruchu niczym drapieżnik, wpatrując się swoimi
czarnymi jak noc oczami w jeżące się w dole kryształowe kolce.
-?Cóż za piękny widok -?powiedziała stojąca obok niego Everenka.
Ro ją zignorował.
-?Nigdy nie widziałam czegoś podobnego... W dodatku stworzono to
specjalnie dla ciebie -?kontynuowała łagodnie, z czymś na kształt
podziwu w głosie.
Ro słyszał ją od dawna -?i musiał przyznać, że stanowiła miłą odmianę po
przepełnionych gniewem i poirytowaniem połajankach ojca. Jednak zaczęła
się pojawiać stosunkowo niedawno. Zazwyczaj manifestowała się w wieku
starszym od niego, z czerwonymi pasmami w długich czarnych włosach,
typowej evereńskiej oznace posunięcia się w latach. Jej ciemnoszara
skóra kontrastowała żywo z bielą odzienia, zęby były ostre niczym u drapieżnika, a duże czarne oczy wydawały się tak samo puste i pozbawione
duszy jak jego własne. Czasami z jej ust kapała krew.
Była wizją, efektem zdolności przedstawicieli jego rasy -?a może
ciążącej na nich klątwy? -?do dostrzegania swoich przodków. Ale Marchion
Ro nie rozmawiał ze zmarłymi, jeśli tylko mógł tego uniknąć.
Ro pochylił się nad relingiem, a następnie nieśpiesznie dotknął
przycisku zwiększającego obroty silnika barki. Napęd zamruczał cicho,
gdy jednostka zaczęła się cofać, uwalniając z plamy długiego cienia
formacje kryształów, które lustrował wcześniej Marchion.
Kilka dni temu jego asystentka, Thaya Ferr, poinformowała go, że pośród
kryształów na farmie założonej na piątym księżycu Norisyna
rozprzestrzenia się jakaś plaga. Na razie nie mieli żadnych teorii na
temat jej źródła, ponieważ pracownicy doglądający hodowli kryształów po
prostu przestali w pewnym momencie wysyłać raporty, a ostatni
transportowiec, który wysłano tu po partię towaru, wylądował co prawda,
ale nigdy nie wrócił. Doktor Mkampa uskarżała się na brak kryształów
zastępczych -?a potrzebowała ich w trybie pilnym, ponieważ ciśnienie
spowodowane kąpielą bazaltową i wrażliwa konstrukcja jej układów dość
regularnie powodowały nieodwracalne uszkodzenia minerałów. Skarga
trafiła odpowiednimi kanałami do Thayi, a Ro był skłonny przyznać, że
niektóre procesy przebiegały sprawniej dzięki zmianom w strukturze jego
organizacji, wprowadzonym przez Ghirrę Starros. Prędzej wyłupiłby jednak
sobie własnoręcznie oczy, niż przyznał się do tego przed kimkolwiek
innym poza samym sobą. Thaya przedstawiła mu kilka propozycji
dotyczących tego, kogo należy oddelegować do zbadania sprawy, ale Ro,
jak często miało to miejsce ostatnimi czasy, był akurat bezgranicznie
znudzony.
-?Polecę sam -?oznajmił, kładąc kres wszelkim dyskusjom.
"Elektryczne Spojrzenie" orbitowało teraz wokół księżyca -?długa smuga
głębokiego cienia, przecinająca blade niebo. Ro udał się promem do
opustoszałych baraków, z których bez przeszkód zabrał tę ciężką barkę,
wyposażoną w arsenał systemów korbowych i przecinaków laserowych,
służących do zbiorów i transportu hestaltu i sztucznego kyberu. Po
drodze nie natknął się na żaden ślad istoty żywej -?transportowiec,
który miał odebrać towar, został porzucony. Tu i ówdzie budynki szpeciły
osmalenia od blasterowych salw, ale nigdzie nie widać było ciał. "Być
może doszło do jakiegoś buntu lub ucieczki z więzienia -?pomyślał Ro. -
A może nic złego się nie stało, ale pracownicy uciekli". Takie
wyjaśnienie nie miało jednak sensu. Gdyby na księżyc Norisyna przybyli
buntownicy, wrogowie Nihilów lub Jedi, z pewnością zjawiliby się tu z zamiarem udaremnienia mu produkcji kryształów, o tej zaś... cóż, musieliby
przede wszystkim wiedzieć. A odnalezienie tego
księżyca przez przypadek było bardziej niż mało prawdopodobne -
graniczyło z cudem, nawet gdyby ktoś dysponował Mocą, jak Jedi. Nie
mówiąc już o tym, że w takiej sytuacji intruzi nie ograniczyliby się
raczej do uwolnienia garstki pozbawionych większego znaczenia robotników
-?zniszczyliby z pewnością wszystkie jego uprawy.
Cóż, wyglądało na to, że kryształy i tak nie przetrwają, ale im dłużej
Ro badał tę plagę, tym mniej martwiły go ogromne straty. Dostrzegał
jedynie niesamowity potencjał.
-?Rozprzestrzenia się z tego miejsca. -?Duch Everenki wskazał epicentrum
zarazy.
Połowa pola kryształów skrzyła się w blasku niebieskiego słońca. Druga
była matowa, w niezdrowym, kredowym odcieniu.
Szarobiały pył wydawał się rozchodzić z jednego punktu, pochłaniając
wszystko na swojej drodze, nadając włóczniom hestaltu i kolumnom
sztucznego kyberu nową formę. Przekształcając je w coś... martwego. Jakby
wysysał z nich całą energię i życie.
Epidemia nie ograniczała się jednak do samych kryształów. Choroba
skaziła również ziarniste mineralne matryce na powierzchni księżyca, z których te wyrastały. Gdy zaś Ro spojrzał w dal, gdzie pole przechodziło
w tundrę, zauważył, że trawy i cienka warstwa gleby również zostały
zainfekowane.
Prowadził barkę wzdłuż krawędzi upraw, oceniając zakres spustoszenia.
-?Spokojnie tu -?zauważyła stara Everenka. Znał jej imię, ale nie
zamierzał ją nim nazywać, nawet w myśli. -?Czy nie sądzisz, że spokój
niesie ze sobą wolność?
Ro zazgrzytał zębami, aby powstrzymać się od odpowiedzi. Zawinął w kierunku małej osady i widział już, że palce zarazy dosięgły również
pomieszczeń mieszkalnych. Okoliczna flora przypominała sterty
zwietrzałych szkieletów i hałdy pyłu, a półorganiczne ściany baraków
wcale nie wyglądały lepiej. Elementy ze stali i tworzyw sztucznych
zachowały resztki integralności, ale nawet na ich powierzchniach dało
się dostrzec pierwsze ślady uszkodzeń. Skażenia.
-?Powinieneś odpowiedzieć, że spokój można odnaleźć tylko w śmierci,
mały Everenie -?rzuciła z uśmiechem staruszka. -?Ale ty nigdy nie robisz
tego, czego oczekują od ciebie inni, prawda?
Ignorując jej rozbawione spojrzenie, Ro skierował barkę z powrotem ku
linii plagi w samym sercu kryształowego lasu. Opuścił ją tak nisko, że
niemal widział swoje odbicie w lśniącej powierzchni sztucznego kyberu.
Wsparł się oburącz o reling i patrzył. Analizował. Czekał.
Sztuczny kyber był piękny, nie dało się zaprzeczyć. Gdyby raczył
rozmawiać ze zmarłymi, nie omieszkałby wspomnieć o tym swojej przodkini.
Przydymione ściany piętrzących się ku górze kryształów mieniły się
skrytymi w ich głębi refleksami błękitu, zieleni i różu. Ale i one nie
ustrzegły się przed zarazą. U ich podstawy dostrzegł cienkie nitki
popielatej pajęczyny. Nie spuszczając ich z oka, oddychał miarowo,
powoli -?i czekał.
Trwał w bezruchu, obserwując, jak szarawa siatka zasnuwa coraz większą
powierzchnię krystalicznej formacji.
Niebieskie słońce skryło się za planetą Norisyn, a Ro wciąż patrzył.
Na ciemnym niebie wzeszły gwiazdy, farmę kryształów spowił
nieprzenikniony mrok, ale Ro ani drgnął. Mrugał i oddychał, jednak nic
poza tym.
Dotrzymująca mu towarzystwa martwa Everenka nie musiała nawet mrugać.
Wszak zmarli nie mrugają, czyż nie?
Przez całą krótką noc Marchion Ro stał obok swojej praprababki i wspólnie obserwowali, jak żarłoczna plaga nicości zagarnia coraz większe
połacie sztucznego kyberu.
Kiedy planetę otoczył blady nimb, zwiastujący księżycowy świt, jego
przodkini zauważyła:
-?Kybery infekuje szybciej niż hestalt. A pochłonięcie ram ze stopu
zajęło mu dłużej niż rozprawienie się z trawą i włóknistymi oknami.
Ciekawe, czy...
Ro ledwo zmrużył czarne oczy w blasku światła poranka, bez reszty
skupiony na postępach zarazy, pełznącej w górę długiej, pionowej ściany
kryształu.
-?Ciekawe, czy... -?powtórzyła Everenka, pochylając się nad relingiem
barki.
Marchion Ro aktywował swój komunikator.
-?Thayo? Przyślij tu kogoś z mięsem, trzema pierwszymi rzeczami, które
masz pod ręką i które zdołasz zapakować do torby, kilkoma różnymi
rodzajami broni i tą trójnogą tooką, którą Bas Ear'lasr karmi w przedziale hangarowym.
-?Tak jest, moje Oko. Już się robi -?potwierdziła natychmiast jego
asystentka.
Już niebawem na skraju farmy wylądował prom wysłany z pokładu
"Spojrzenia". Ro ustawił barkę tuż nad nim, rozwinął drabinkę i polecił
kurierowi skorzystać z jednego z górnych włazów konserwacyjnych, by się
po niej wspiąć.
Wkrótce zjawił się Nihil, na którego Ro nigdy wcześniej nie zwracał
jakiejś szczególnej uwagi (i któremu nadal nie zamierzał jej poświęcać),
wyposażony w dwie torby. Jedną postawił na pokładzie, starając się
jednocześnie zapanować nad drugą, którą miał przewieszoną przez ramię, a w której coś szamotało się wściekle, syczało i raz po raz przebijało
materiał ostrymi pazurami.
Ro wziął ją od niego i bez zbędnych ceregieli wyrzucił uwięzioną w niej
tookę za reling barki.
Stworzenie zamiauczało wściekle, lądując na trzech łapach na wierzchołku
jednego z kryształów. Po chwili zaczęło się z niego ześlizgiwać, aż
wreszcie zatrzymało się u jego podstawy, na matrycy mineralnej. Czy może
raczej na tym, co z niej zostało, czyli szarych niby popiół szczątkach.
Ro obserwował, jak spłoszona tooka przedziera się przez zwapniałą farmę
kryształów, z uszami postawionymi na sztorc i skierowanymi w stronę
jedynego źródła dźwięku w pobliżu: cichego pomruku silników barki.
-?Co... co to miało być? -?wykrztusił Nihil, mężczyzna o ciele pokrytym
licznymi tatuażami i z niebieskim okiem wymalowanym na twarzy.
Ro obrzucił go zniesmaczonym spojrzeniem, a jego pogarda pogłębiła się
jeszcze, gdy zauważył w oczach podwładnego błysk strachu. Zamiast
nakazać mu wyrzucić zawartość drugiej torby za burtę, uśmiechnął się do
niego szeroko, prezentując w pełnej krasie garnitur swoich ostrych kłów.
-?Eksperyment -?rzucił zdawkowo i pchnął Nihila na reling.
Bezceremonialnie rąbnął mężczyznę pięścią w splot słoneczny, skutecznie
pozbawiając go tchu, a następnie wyrzucił za burtę.
Nihil uderzył w ziemię z głośnym hukiem i jękiem. Ro ponownie obdarzył
go uśmiechem.
Stojąca obok niego stara Everenka westchnęła i wsparła się o jego ramię.
Nie czuł kompletnie nic, gdy nawiązywał łączność z promem, nakazując mu
powrót na pokład "Spojrzenia".
A potem znów wrócił do trybu czuwania, ignorując przekleństwa i błagalne
okrzyki nieszczęsnego Nihila, podobnie jak wrzaski kota. Mała,
wielkoucha tooka o pręgowanej, fioletowej sierści zginęła jako pierwsza.
Nie została szybko pochłonięta przez zarazę, ale jej śmierć nie była też
tak powolna, jak stopniowe obumieranie sztucznego kyberu.
Nihil gramolił się nieporadnie przez iglice i rdzenie kryształowego
lasu, starając się dotrzeć do osady. Jego wysiłki były jednak żałośnie
daremne. Został już zarażony, a poza tym prom dawno odleciał. Ro patrzył
w ślad za nim, przysłuchując się, jak mężczyzna wyklina go, spluwając na
skażoną, rozpadającą się pod jego stopami ziemię. Umarł dopiero po
zmroku, gdy zaraza dopełzła do jego klatki piersiowej i zmieniła jego
płuca w proch.
Proces był tak powolny. Tak bolesny. A jego efekt tak...
-?...znajomy -?podsunęła usłużnie jego przodkini. -?Jak moc Niwelatora.
Marchion Ro nie rozmawiał ze zmarłymi. Ale czasami ich słuchał.
Rozdział trzeci
PRZESTRZEŃ REPUBLIKI, GRANICA STREFY OKLUZJI
Mistrzyni Jedi Avar Kriss zamknęła oczy i wsłuchała się w pieśń Mocy.
Otaczała ją ze wszystkich stron, a jej melodie przeplatały się ze sobą,
tworząc harmonijną symfonię, utkaną z gwiazd, sygnałów życia i szmeru
oddechów.
Avar pozwoliła, by otuliła ją szczelnie, napełniając głębokim spokojem,
i czekała.
Gdy tylko otworzyła oczy, uniosła wzrok znad kontrolek komputera
nawigacyjnego i omiotła nim usianą gwiazdami przestrzeń kosmiczną. Ani
śladu zniekształceń wizualnych, boi ani migających lampek. Jak okiem
sięgnąć, widziała tylko odległe świetlne punkciki na tle aksamitnej
czerni próżni. Nie dała się jednak zwieść pozorom: tuż przed nią
rozciągała się połać Wału Burzowego.
-?Jestem gotowa, na twój znak -?powiedziała cicho do Friielana, piloto
KOR siedzącego obok niej.
Friielan skinęło głową. Było w połowie Theelinem, o skórze w kolorze
ciemnej miedzi i intensywnie fioletowych włosach. Łagodnym w obejściu,
ale i dość zdystansowanym, co, jak wiedziała Avar, wiązało się z utratą
najbliższej rodziny podczas tragicznych wydarzeń, które rozegrały się na
Valo.
-?Moduł w pełni naładowany i gotowy do użycia -?zameldowało.
Mistrzyni Jedi uśmiechnęła się pod nosem na dźwięk jego słów. Choć dla
osoby postronnej mogło to brzmieć jak zwykła, sztampowa formułka, to, co
tu robili, było w rzeczywistości tyleż niebezpieczne, co nowatorskie.
Odkąd opuściła Coruscant -?i Elzara -?przekroczyła Wał Burzowy sześć
razy. Dzisiaj miał być siódmy.
Kiedy po raz pierwszy uciekła ze Strefy Okluzji na pokładzie uszkodzonej
"Kakofonii", dokonała tego jedynie dzięki desperacji, łutowi szczęścia i poświęceniu oddanych przyjaciół. Teraz lista rzeczy, których
potrzebowali, by to powtórzyć, była nieco dłuższa. Wymagało to sporej
dozy odwagi, pomocy doświadczonego pilota, małego urządzenia
skonstruowanego przez młodą geniuszkę nazwiskiem Avon Sunvale, dzięki
któremu mogli oszukać Wał Burzowy, serii kodów Ścieżki, wykradzionych
Nihilom i wpisanych do komputera nawigacyjnego za pośrednictwem
wynalazku Sunvale, oraz kogoś zaufanego, kto wprowadzałby współrzędne
nadprzestrzenne na bieżąco -?i co ważniejsze, bezbłędnie.
Jak dotąd tej sztuki udało się dokonać jej i sześciorgu innym Jedi, w tym byłej padawance Stellana, Vernestrze Rwoh, która odegrała kluczową
rolę w pozyskaniu danych niezbędnych, by urządzenie Sunvale działało jak
należy. Jednak pomimo ich wysiłków i wsparciu Mocy, dwie z misji
zakończyły się niepowodzeniem. W jednej z nich stracili rycerza Jedi
Ilsana Kowala oraz jego pilota z KOR, a druga porażka kosztowała ich nie
tylko życie mistrza Jedi Forsytha Wrya i towarzyszącego mu pilota Maz
Kanaty, ale i pięciorga uchodźców, którzy wracali zza Wału wraz z nimi.
Avar z determinacją odsunęła od siebie niewesołe myśli o konsekwencjach
porażek -?zarówno tych minionych, jak i potencjalnych -?i skupiła się na
zadaniu, które mieli do wykonania.
Tym razem do Strefy Okluzji z zaopatrzeniem, informacjami, kodami i wiadomościami przeznaczonymi dla różnych osób uwięzionych w przestrzeni
Nihilów kierowała się tylko ona i Friielan. To przedsięwzięcie było zbyt
ryzykowne, by przydzielać do niego dwójkę Jedi naraz -?mimo iż Procedury
Strażnicze zabraniały członkom zakonu wypełniania misji w pojedynkę.
Poza tym nie mogli użyć longbeama ani żadnego ze statków wymagających
obsadzenia większą załogą ze względów bezpieczeństwa, zwłaszcza że
zasadniczo ich zadanie było tylko szybkim wypadem przemytniczym za Wał
Burzowy. Avar leciała do ustalonego uprzednio punktu, wymieniała swój
ładunek na ładunek ze Strefy Okluzji, a następnie wracała. Teoretycznie
powrót wymagał takiego samego wysiłku i wiązał się z takim samym
ryzykiem jak wyprawa w tamtą stronę, ale Avar przekonała się, że w rzeczywistości podróż powrotna była dla niej znacznie trudniejsza.
Ponieważ tym drugim "ładunkiem" zawsze były istoty żywe. Istoty
desperacko potrzebujące pomocy, pragnące uciec przed Nihilami -?za
wszelką cenę. Istoty, których los spoczywał w jej rękach i zależał od
jej zdolności do przebycia ściśle określonej, bezpiecznej trasy
nadprzestrzennej.
W minionym roku, gdy samotnie zmagała się w Strefie Okluzji z targającymi nią żalem i gniewem, jej pieśń była stłumiona i pełna
dysonansów. Potem zaczęła współpracować z innymi, a gdy znów poczuła się
częścią zespołu, odnalazła w sobie nadzieję i siłę, aby uciec i wrócić
do domu, do Jedi i Elzara. Dystans nie mógł zerwać raz utworzonej więzi.
Choć galaktykę podzielił Wał Burzowy, to nadal pozostawała ich galaktyką. Avar mogła wreszcie ponownie usłyszeć
wyraźnie urzekającą pieśń Mocy bez zniekształceń -?po raz pierwszy od
upadku Gwiezdnego Blasku, kiedy to utracili Stellana, Maru i tak wielu
innych.
Wówczas dotarło do niej, że odtąd musi wykonywać swoją pracę tutaj, na
obrzeżach przestrzeni Republiki -?działając, pomagając, jak tylko zdoła.
Taka była jej rola w służbie światła. Nie planowanie i kierowanie, jak
często robiła to wcześniej. Teraz udawała się tam, gdzie Moc
potrzebowała pojedynczej nuty, aby rozbrzmiewać jasno i czysto.
Niczym przenikliwy dźwięk rogu sygnałowego.
Wśród osób, którym pomagała, byli uchodźcy, działacze polityczni
Republiki i dzieci. Każdy z nich błagał o ratunek, kupując lub
zapewniając sobie bilet powrotny jakimiś zasługami. Avar nie wiedziała,
w jaki sposób ich wybierano, ale umowa wynegocjowana przez Maz Kanatę
między Jedi a grupami bojowników o wolność, organizującymi się w Strefie
Okluzji, obejmowała warunek, zgodnie z którym to ci drudzy decydowali,
kto ma zostać ocalony. Jedi mogli składać wnioski dotyczące konkretnych
jednostek, ale ostateczna decyzja należała do ich sojuszników.
Na tym etapie Avar nauczyła się już ufać swoim kontaktom, bo jej
pasażerami często okazywały się istoty, które nie byłyby w stanie
zapłacić za potraktowanie ich priorytetowo. W grupach zawsze były
dzieci. Podczas dwóch wypadów przerzucała tylko
dzieci. Ich los spoczywał w jej rękach -?tylko od niej zależało, czy
przetrwają -?i jak dotąd udało się zapewnić bezpieczeństwo wszystkim jej
tymczasowym podopiecznym.
-?Uruchamiam moduł Sunvale i hipernapęd. Masz czterdzieści dwie sekundy
-?zameldowało Friielan. Jego śniade palce poruszały się sprawnie pośród
pokręteł i suwaków pulpitu sterowniczego.
Avar wypuściła powietrze z płuc i pozwoliła, by wszystko wokół się
rozmyło, przestało istnieć. Skupiła się bez reszty na przygotowaniach do
medytacji, a żywa, pulsując pieśń Mocy znów obmyła ją i otoczyła ze
wszystkich stron, całkiem jakby ktoś podkręcił głośność w odtwarzaczu.
Znała na pamięć długie ciągi cyfr, które składały się na współrzędne tej
trasy nadprzestrzennej. Czuła ich rytm. A teraz pozwoliła, by Moc
przekształciła je w refren, który mogła zaśpiewać.
Friielan odliczało dla niej ostatnie sekundy, a kiedy oznajmiło: -
Startujemy -?Avar pochyliła się i pozwoliła, by współrzędne wypłynęły z jej umysłu i przeniknęły do jej palców. Wprowadziła dane -?szybko,
precyzyjnie -?i poczuła, jak "Błękitne Pasmo" drży przy akompaniamencie
cichego szumu, gdy skoczyli w nadprzestrzeń.
Oddychała spokojnie, w oczekiwaniu na eksplozję rozbłysku, który w mgnieniu oka mógłby przerwać ich misję. Nie bała się ciszy
natychmiastowej zagłady wskutek zderzenia z fluktuacjami grawitacyjnymi
Wału Burzowego. Te lęki zostały zarezerwowane dla koszmarów. Teraz była
pora na najwyższe skupienie i radość z połączenia z Mocą.
Wprowadziła kolejne współrzędne -?z taką samą precyzją.
Dała się porwać, prowadzić melodii Mocy. Była tylko kolejnym z licznych
głosów w jej nieskończonym chórze.
Skupiła się na linii melodycznej lotu w nadprzestrzeni i nasłuchiwała
wskazówek pilota. Wstukała następne koordynaty, a gdy ostatnie cyfry
wyszły spod jej palców, wydała z siebie długie, ciche westchnienie.
Lekki wstrząs zasygnalizował powrót "Błękitnego Pasma" do zwykłej
przestrzeni.
-?Dotarliśmy do punktu przejęcia -?zgłosiło Friielan. W jego głosie
słychać było wyraźną ulgę.
Avar uśmiechnęła się pod nosem, pozwalając sobie przez chwilę cieszyć
się tym kolejnym sukcesem.
Nagle poczuła poprzez Moc fale niepokoju, napływające od Friielana.
Podniosła wzrok na iluminator...
Lśniły za nim gwiazdy, a pośród nich -?metalowe powłoki dziesiątek
droidów demontażowych.
Poczuła, jak jej ciało spowija chłód. Współrzędne punktu zbornego
pochodziły z tego samego źródła, co zwykle -?dlaczego nagle ktoś miałby
ich zwabić w pułapkę? Po co chciałby ich ściągać do strefy śmierci
przygotowanej przez Nihilów?
Friielan zaklęło pod nosem i zawróciło, a Avar przebiegła przez kokpit
do stanowiska łączności i uruchomiła skaner.
-?Jakieś ślady naszego kontaktu?
Za iluminatorem droidy demontażowe obudziły się do życia i zaczęły
szybko zbliżać się do "Błękitnego Pasma".
-?Znajdziemy się w ich zasięgu za dziesięć... dziewięć... Aktywuję osłony -
oznajmiło Friielan. -?Czy masz jakieś inne współrzędne, żebyśmy mogli
przeskoczyć, czy mam uruchomić nawikomputer?
Avar przyjrzała się odczytom na ekranie, starając się ignorować
niepokojącą grupę punktów, symbolizujących droidy demontażowe.
-?W pobliżu jest jakaś większa jednostka... ale ma oznaczenia Nihilów.
"Krwawy Sęp" -?powiedziała ponuro. Gdy wyjrzała przez iluminator,
spostrzegła, że jeden z droidów jest już tuż-tuż, wyciągając swoje
metalowe chwytaki w stronę ich lewej burty.
W tym samym momencie w kokpicie odezwał się nieznajomy głos:
-?Tu "Świetlisty Ptak", hasło: "Theljiańskie psy śnieżne słyną ze swojej
wierności".
-?Och! -?wykrztusiła Avar i wdusiła przycisk mikrofonu, aby wypowiedzieć
odzew: -?"Plinka to najgrzeczniejsza sunia w galaktyce". Proszę, powiedz
mi, że masz kody tych droidów demontażowych...
-?Właśnie przesyłamy -?zapewnił ją beztrosko rozmówca. -?Wybaczcie tę
niespodziankę z droidami -?testujemy kilka pomysłów i mamy nadzieję, że
Nihilom nigdy nie przyjdzie do głowy, żeby szukać nas pośród tych
paskudnych maszynek.
-?Cóż, jeśli chodzi o nas, to niespodzianka zdecydowanie się udała -
stwierdziła z przekąsem Avar. -?Oby wasze kody były aktualne...
-?Odbieram -?potwierdziło napiętym głosem Friielan. -?I retransmituję...
Poszło!
Avar skupiła się bez reszty na najeżonych narzędziami droidach, z rozmysłem odsuwając od siebie wspomnienia wizgu ich pił i zgrzytu
szponów rozrywających kadłub statku z taką łatwością, jakby był zrobiony
z sentuviańskiego sera.
Nagle droidy demontażowe zastygły w bezruchu...
Zawisły w przestrzeni, jakby nagle ktoś odciął im wszystkim zasilanie.
Kody zadziałały.
-?Dzięki, "Świetlisty Ptaku" -?westchnęła Avar. -?"Błękitne Pasmo" jest
gotowe do procedury dokowania. Czy możecie podlecieć?
-?Przyjąłem, przesyłam kody -?potwierdził nieznajomy.
-?Zejdę na dół, żeby ręcznie zabezpieczyć blokadę -?powiedziała Avar.
Nie było to konieczne, ale lubiła nadzorować wszystko osobiście, aby
pomagać dzieciom w pokonywaniu pozbawionego grawitacji rękawa
dokującego.
Friielan skinęło głową.
-?Przejmę stery.
Avar zeszła na najniższy poziom, na którym znajdowała się śluza
powietrzna. "Błękitne Pasmo" było średniej wielkości transportowcem,
wyposażonym w trzy pokłady dla załogi, podstawowe systemy uzbrojenia,
silne osłony i awaryjny moduł hipernapędu. Zamiast jednak skorzystać z turbowindy, Avar zeszła na dół po drabince za kwaterami kapitana. Gdy
dotarła do ładowni, w której znajdował się pierścień dokujący,
aktywowała system cumowniczy i czekała na sygnał od Friielana.
Kiedy nadeszło potwierdzenie, pilot "Świetlistego Ptaka" poinformował:
-?Rozpoczynam procedurę dokowania.
Avar przysłuchiwała się cichym szumom i stukotom, gdy "Pasmo" łączyło
się z "Ptakiem". Jak dziwnie łatwo było w takiej chwili zapomnieć o tym,
że przebywają na terytorium wroga, pośród roju przerażających droidów
demontażowych, czekających w uśpieniu tuż za panelami poszycia kadłuba...
Światła pierścienia dokującego zamigotały na niebiesko, a potem
rozjarzyły się czerwienią, gdy klamry zostały zablokowane i rozpoczął
się proces wyrównywania ciśnienia w łączniku. Kiedy czerwone lampki
zgasły, Avar obróciła zacisk zwalniający. Natychmiast rozległ się sygnał
ostrzegawczy, ale zignorowała go i otworzyła śluzę.
W rękawie cumowniczym przytrzymała się jednego z uchwytów, aby utrzymać
równowagę. Od "Świetlistego Ptaka" dzieliło ją teraz tylko kilka kroków,
a przez przeciwległe drzwi zaczynali już przechodzić pierwsi
pasażerowie. Avar przywołała na twarz uprzejmy uśmiech, świadoma, że
wygląda jak zwykła członkini załogi, nie jak Jedi. Na czas misji
przerzutowej pozbyła się wszystkich atrybutów zakonu, z wyjątkiem miecza
świetlnego. Teoretycznie nie miało to większego sensu, ponieważ jej
twarz od jakiegoś czasu znało co najmniej pół galaktyki, ale uznała, że
nie warto ryzykować.
Pierwszą osobą, która sięgnęła po jej dłoń, aby skorzystać z pomocy, był
starszy mężczyzna. Gdy dotarło do niej, że go rozpoznaje, uniosła ze
zdumieniem brwi, choć po chwili uświadomiła sobie, że właściwie powinna
była się tego spodziewać.
To był Marlowe San Tekka, a tuż za nim stał jego mąż, Vellis.
Ostatnim razem Avar widziała ich, gdy wraz z Elzarem wybrali się na
Naboo tuż po Wielkiej Katastrofie Nadprzestrzennej, aby prosić San
Tekków o poradę w kwestiach związanych z nadprzestrzenią. Ich planeta
została wcielona do Strefy Okluzji jakiś czas temu, gdy ponownie
przesunięto granice Wału Burzowego, a sami San Tekkowie byli jednymi z osób na świeczniku, którzy rozpaczliwie chcieli stamtąd uciec.
-?Marlowe San Tekka -?powiedziała, chwytając go za rękę i delikatnie
pociągając w stronę wyjścia. -?Witamy na pokładzie "Błękitnego Pasma".
-?Mistrzyni Kriss -?odparł chrapliwym, zmęczonym głosem. -?Nie
spodziewałem się tu zastać akurat ciebie.
-?Może powinieneś -?mruknął cicho jego mąż, Vellis.
Avar uśmiechnęła się do nich.
-?Ostrożnie -?rzuciła, pomagając im przejść przez śluzę.
Za nimi podążyło kilka innych osób, w tym kobiety, mężczyźni i trójka
starszych dzieci, ubranych w nabooańskie szaty, a także przysadzisty
Ugnaught, którego Avar natychmiast rozpoznała.
-?Belin?! -?wykrzyknęła zdumiona, uśmiechając się od ucha do ucha.
Ugnaught poderwał głowę, odwzajemniając jej uśmiech.
-?Jedi! -?powiedział. -?Współczuję, że musiałaś tak szybko wrócić na tę
zafajdaną stronę galaktyki.
Nad jego ramieniem przefrunął mały okrągły droid kamerzysta, mrugając
światełkami i popiskując cicho. Belin przewrócił oczami, ale Avar
dostrzegła w nich dziwny błysk, gdy oznajmił:
-?Rhil też tu jest.
Odsunęła się na bok, aby mógł przejść, ale podszedł i zamknął ją w uścisku tak mocnym, że aż roześmiała się mimowolnie.
-?Nie miałam pojęcia, że współpracujecie z naszymi sojusznikami -
powiedziała, gdy wreszcie wypuścił ją z objęć. -?Choć pewnie powinnam
była się tego spodziewać.
-?Zwykle nie zawracamy sobie głowy takimi rzeczami -?przyznał Belin -
ale Rhil i ja mamy interes do Bohaterki z Hetzala...
Rozdział czwarty
STREFA OKLUZJI
Avar skontaktowała się z Friielanem, prosząc piloto, aby pomogło
uchodźcom rozgościć się w ich kwaterach, podczas gdy sama udała się na
pokład "Świetlistego Ptaka", żeby odebrać własnoręcznie pakiety danych z wiadomościami i informacjami wywiadowczymi. Wcześniej osobiście
dopilnowała, by każdy z nowych pasażerów "Błękitnego Pasma" wsiadł do
turbowindy. Poklepywała ich po ramionach i uśmiechała się do nich
krzepiąco, zapewniając, że wkrótce wróci i że za niecałą godzinę będą
już po drugiej stronie Wału Burzowego.
Wszyscy zdawali sobie sprawę z ryzyka, z jakim wiązała się ta wyprawa -
inaczej by ich tu nie było. Avar nie musiała im o tym przypominać.
Lepiej było okazywać zamiast tego pewność siebie i wiarę w to, że im się
uda. I tak już stanowczo zbyt wielu z nich wybuchało płaczem, gdy
wyjawiała im swoje imię.
Kiedy wysłała ostatniego na wyższy poziom, odwróciła się do Belina. Miło
było go znów zobaczyć po niemal trzech miesiącach, które minęły od ich
rozstania -?i to w tak niespodziewanych okolicznościach. Poznała go
podczas tych ostatnich trudnych tygodni w przestrzeni Nihilów. To było
dość szalone spotkanie, bo nigdy nie spodziewałaby się, że zyska tak
lojalnego sojusznika podczas tamtej karkołomnej misji, kiedy to porwała
statek dostawczy Nihilów, aby dostarczyć zboże głodującym. Jednak od
tamtej pory Belin wspierał ją we wszystkim, co robiła, i towarzyszył
jej, dopóki nie spotkał Rhil Dairo. Wówczas postanowił zostać z byłą
republikańską reporterką, aby kontynuować ich misję po tym, jak Avar
opuściła Strefę Okluzji.
Belin był zgryźliwy i nieustępliwy, ale można było na nim polegać. Avar
darzyła go bezgranicznym zaufaniem i cieszyła się, że będzie miała
okazję odwdzięczyć mu się za wszystkie przysługi, jakie jej wyświadczył.
Mimo to czuła lekki niepokój z powodu tego, jak sformułował swoją
prośbę. Wcześniej był z nią na okupowanym przez Nihilów Hetzalu...
-?Miło cię widzieć -?powiedziała, kierując się w stronę pierścienia
dokującego.
-?Mnie ciebie też, Avar! -?zawołała Rhil Dairo z otwartej śluzy
"Świetlistego Ptaka".
Mały droid kamerzysta przemknął przez krótki korytarz z taką prędkością,
że niemal uderzył w pierś Rhil.
-?Pani przodem -?rzucił Belin, składając Avar żartobliwy ukłon.
Rozkoszowała się pokrzepiającym uczuciem, jakie budziła w niej jego
obecność, gdy za pomocą uchwytów przesuwała się wzdłuż rękawa w kierunku
Rhil. Miała przyjaciół w całej galaktyce, zwłaszcza w szeregach zakonu i na Coruscant, ale miło było przypomnieć sobie, że ma ich również w przestrzeni Nihilów.
Rhil Dairo z uśmiechem wyciągnęła do niej rękę, aby pomóc jej wejść na
pokład "Świetlistego Ptaka". Teraz, gdy Avar była bliżej, dostrzegła, że
ciemnoskóra reporterka znów dysponuje pełnym kompletem swoich
cybernetycznych modyfikacji. Kiedy widziały się po raz ostatni, Rhil
miała tylko moduł wmontowany w skroń i okolice oczodołu -?po tym, jak
utraciła wizjer i łącze z droidem kamerzystą.
Dairo chwyciła ją za obie dłonie. Choć wciąż się uśmiechała, jej głos
brzmiał rzeczowo i nieco oficjalnie, gdy zapewniała:
-?To nie potrwa długo. Dziękuję, że zgodziłaś się poświęcić nam czas.
-?O co dokładnie chodzi?
-?Najlepiej niech wyjaśni to sam mózg operacji -?mruknął Belin zza
pleców Avar, pstrykając kilkoma przyciskami, aby przełączyć rękaw
cumowniczy w tryb czuwania.
-?Jasne, Belinie -?potwierdziła Rhil i wskazała na droida unoszącego się
nad jej ramieniem. -?To T-9. Obecnie nie nagrywa, ale nadal widzę to
samo, co on.
-?Cieszę się, że go odzyskałaś.
-?T-9 był na Bentorze -?tam, gdzie go utraciłam. -?Rhil niemal czule
wyciągnęła rękę do swojego mechanicznego przyjaciela, całkiem jakby
chciała nagrodzić pieszczotą pupila. -?Jego odnalezienie było naszą
pierwszą misją ratunkową.
T-9 wydał z siebie serię szumów i pisków, gdy zapuszczali się wraz z Avar w głąb "Świetlistego Ptaka".
To był niewielki, staromodny statek poszukiwawczy, podobny do wielu
innych spotykanych na Zewnętrznych Rubieżach, często przebudowywanych i modyfikowanych do pełnienia różnych ról. Widać było wyraźnie, że ten
konkretny egzemplarz został kiedyś wyposażony w najnowocześniejszy
sprzęt i luksusowe udogodnienia, choć ich stylistyka dawno wyszła już z mody, a moduły pokrywały liczne rysy i szramy. Tu i ówdzie dało się
również dostrzec ślady typowych chaotycznych przeróbek Nihilów. Avar
zastanawiała się, czy kiedykolwiek miał działający silnik Ścieżki.
-?Co porabialiście, odkąd się ostatnio widzieliśmy? -?zagadnęła, gdy
prowadzili ją po spiralnych schodach do wspólnej przestrzeni kambuza.
-?Trochę nam zajęło nawiązanie kontaktu z odpowiednimi sojusznikami -
wyjaśniła Rhil. -?Nawet gdy zaczęłam nadawać relacje na starych
częstotliwościach EX. Często przenosiliśmy się z miejsca na miejsce,
żeby nas nie namierzono, i szukaliśmy lepszych podstacji, żeby uzyskać
większy zasięg. Właściwie to Cair znalazł nas. -?Uśmiechnęła się pod
nosem. -?Aczkolwiek Belin nie był zachwycony sposobem, w jaki to zrobił.
Do przekazania zakodowanej wiadomości użył... pieśni bojowej Nihilów.
-?Aż mi uszy krwawiły! -?poskarżył się Ugnaught, wspinając się za nimi
po schodach.
-?Masz po prostu staroświecki gust, staruszku -?oznajmił ten sam radosny
głos, który powitał Avar i Friielana, gdy dotarli do punktu zbornego.
Mistrzyni Jedi odwróciła się w stronę korytarza, który prawdopodobnie
prowadził do kokpitu. Jej palce odruchowo powędrowały do rękojeści
miecza świetlnego, ale szybko opuściła dłoń.
-?Avar Kriss -?powiedziała Rhil -?poznaj Caira San Tekkę, mózg i serce
siatki buntowników po tej stronie Wału Burzowego.
-?Po prostu jednego z nich -?poprawił ją z uśmiechem Cair. -?Gdy byłem
młodszy, zdecydowanie wolałem określenie "anarchista", ale te nihilskie
dranie skutecznie mi go obrzydziły.
San Tekka miał na oko dwadzieścia kilka lat, był wysoki i szczupły.
Wspierał się niedbale biodrem o gródź, ubrany w obcisły czarny
kombinezon pilota i sfatygowaną czarną szatę, przewiązaną w nadgarstkach
czerwonymi wstążkami. Miał śniadą skórę, a czarne włosy związał w niedbały kok. Kiedy uśmiechnął się do Avar, w kącikach jego brązowych,
lekko skośnych oczu utworzyły się zmarszczki. Przyłożył dłonie do piersi
i skłonił jej się zalotnie.
Avar nie kryła rozbawienia, ale starała się zamaskować zdziwienie
wywołane świadomością, że ktoś tak młody pełni tak odpowiedzialną
funkcję.
-?Cair San Tekka? -?powtórzyła, siląc się na lekki ton. -?Czy jesteś
może spokrewniony z Marlowe'em i Vellisem?
-?Owszem -?potwierdził. -?To moi dalecy kuzyni, ale wszyscy nazywamy ich
po prostu wujami. Wiesz pewnie, jacy są San Tekkowie...
-?Przygotuję trochę tej mulistej herbaty -?zaproponował Belin,
podchodząc do szeregu paneli na ścianie kambuza. -?I lepiej się
pośpieszmy, zanim droidy demontażowe zwęszą, że coś jest nie tak.
-?Dobry pomysł -?ocenił Cair. Spojrzał na Rhil, która skinęła głową i gestem zaprosiła Avar, by usiadła na ławce przy stole wyglądającym na
bardzo stary, z prawdziwego drewna, o blacie pokrytym licznymi plamami i rysami.
-?Mieliście może jakieś wieści o Porterze? -?spytała mistrzyni Jedi,
zwracając się do Rhil szeptem, choć i tak pozostali z pewnością ją
słyszeli.
Kobieta potrząsnęła głową i wyraźnie posmutniała.
-?"Dawna Katastrofa" została zniszczona nad Seswenną, a Nihilowie i droidy demontażowe natychmiast zjawili się na miejscu katastrofy.
Generał Viess przeżyła, być może Porter również, ale... nie słyszeliśmy
nic na temat jego dalszych losów.
-?Wiedzielibyśmy, gdyby został schwytany przez Nihilów -?wtrącił Cair
San Tekka. Odrzucił teatralnym gestem połę swojej kurtki, zajął miejsce
za stołem, a następnie położył splecione dłonie na blacie, demonstrując
ostentacyjnie cybernetyczną protezę lewej ręki. Była wykonana z eleganckiego czarnego stopu, z ciemnoczerwonymi przegubami, wyraźnie
dopasowana do stylistyki jego ubioru. Sam fakt, że mógł sobie pozwolić
na coś takiego, był widomym świadectwem jego pokrewieństwa z San Tekkami
z Naboo.
Avar pozwoliła, by w jej sercu rozgorzała iskierka nadziei. Jeśli
ktokolwiek mógł przeżyć coś takiego, to tylko i wyłącznie Porter Engle.
-?Belin powiedział, że macie do mnie jakąś prośbę?
-?Zgadza się. Mamy. -?Beztroskę Caira błyskawicznie zastąpiła śmiertelna
powaga -?zmiana zaszła tak płynnie, że niejeden Jedi mógłby mu
pozazdrościć umiejętności kontrolowania własnych emocji. Jedno było
pewne: Cair San Tekka był doskonałym aktorem. Gdy podchwycił spojrzenie
Avar, w jego brązowych oczach lśniła głęboka szczerość. -?Znasz Belina i Rhil, więc wiesz, do czego są zdolni -?zwłaszcza ona. Stała się głosem
podziemia w przestrzeni Nihilów. Nadaje głównie podtrzymujące na duchu
przesłania i zakodowane wskazówki dla tych, którzy potrzebują pomocy.
Jest naprawdę niesamowita. -?Obdarzył Rhil krzywym uśmieszkiem.
Reporterka skinęła tylko głową, najwyraźniej przyzwyczajona do jego
flirciarskich zagrywek, a przygotowujący herbatę Belin parsknął. Mimo to
Cair wciąż się uśmiechał, kompletnie niezrażony.
-?Zasadniczo staramy się podnosić morale -?jak tylko zdołamy.
Przekierowujemy transmisje do różnych boi komunikacyjnych lub nadajemy
na częstotliwościach układowych, aby zakłócić łączność Nihilów i szerzyć
nasz przekaz. Aby istoty po tej stronie Wału wiedziały, że tutaj, pod
jarzmem najeźdźców, wciąż jest ktoś, na kogo mogą liczyć. -?Pochylił się
w stronę Avar. -?Z pewnością wiesz, że najlepszym sposobem na
podtrzymanie kogoś na duchu jest zapewnienie mu celu, do którego mógłby
dążyć. Nawet jeśli opiera się to na czymś tak abstrakcyjnym jak...
-?...nadzieja -?dokończyła za niego Avar.
-?Dokładnie tak. -?Cair San Tekka skinął głową i położył dłonie płasko
na obdrapanym drewnianym blacie. -?Chcielibyśmy, żebyś nagrała jedną -
albo, szczerze powiedziawszy, może nawet dziesięć wiadomości. Tyle, ile
tylko zdołasz.
-?Komunikaty podnoszące morale. -?Avar z całej siły starała się nie
marszczyć brwi. Rozumiała. Naprawdę. Ale coś takiego... będzie miało swoje
konsekwencje.
-?Dokładnie. -?Rhil przyszła Cairowi w sukurs. -?Jeśli ty, Avar Kriss,
Bohaterka z Hetzala, zdołasz przemówić do nich w naszym imieniu, będzie
to miało silniejszy wydźwięk niż wszystko, co zdołalibyśmy powiedzieć
sami. Ty -?osoba, której się udało. I która wciąż wraca, aby pomagać.
Avar potrząsnęła głową.
-?Ja... wolałabym niczego nie prowokować. Nie sądzę, aby publiczne
chwalenie się tym, że mogę swobodnie pokonywać Wał Burzowy, było dobrym
pomysłem.
-?To nie przechwałka -?powiedziała z naciskiem Rhil. -?Tylko obietnica.
Belin postawił na stole tacę z czterema parującymi kubkami.
-?Oni i tak już wiedzą, że przekraczacie Wał, Jedi -?powiedział, podając
jej jeden z kubków.
-?Naprawdę?
-?Zgadza się -?potwierdził Cair. -?Robicie to od tygodni, doprowadzając
Nihilów do szału -?a przynajmniej tak twierdzi moje źródło w ich
szeregach.
-?Ale nie wiedzą, jak udaje wam się tego dokonać -?dopowiedziała Rhil. -
Nie są w stanie tego rozgryźć, co niezbyt dobrze wpływa z kolei na ich morale.
Avar zmrużyła oczy i wbiła wzrok w Caira San Tekkę.
-?Kto jest twoim źródłem? Jak udało ci się nawiązać kontakt z kimś
spośród nich? Czy to on dostarcza ci zmiennych kodów Ścieżek, dzięki
którym możemy przekraczać Wał Burzowy? Jeśli masz szpiega w szeregach
Nihilów, powinnam o tym wiedzieć...
Uśmiech Caira stał się bardziej drapieżny.
-?Nic z tego. Ale zapewniam cię, że ufam mu bezgranicznie.
Belin wydał z siebie zduszony jęk, a Rhil rzuciła:
-?Są małżeństwem. Lepiej go nie podjudzaj.
Avar dosłownie zatkało. Tego się nie spodziewała. Milczała, wpatrując
się w Caira San Tekkę i wsłuchując w Moc, w podszepty swoich instynktów,
wyostrzonych przez dziesięciolecia treningu. Wszystko podpowiadało jej:
on mówi prawdę. Oni wszyscy mają rację.
Mimo to... musiała wiedzieć więcej. Głównym powodem, dla którego Jedi i KOR nadal mieli związane ręce, zmuszeni ograniczyć swoje działania do
tych zakrojonych na niezbyt dużą skalę misji, był brak wystarczających
informacji wywiadowczych. Jeśli kontakt tego całego Caira w szeregach
Nihilów miał dostęp do kodów Ścieżki, z pewnością mógłby pomóc Jedi
zlokalizować główne źródło zasilania Wału Burzowego. A wtedy mogliby
zmobilizować grupę uderzeniową, aby to wszystko zakończyć, raz na
zawsze.
-?Przekaż swojemu kontaktowi, że musimy się dowiedzieć, jak zniszczyć
Wał Burzowy.
-?Pracuję nad tym -?zapewnił ją Cair.
-?Jeśli będzie to konieczne, możemy go chronić. Sprowadź go do
przestrzeni Republiki, zapewnij mu bezpieczeństwo. To obietnica, którą
jestem gotowa złożyć jako Bohaterka z Hetzala.
-?Przekażę mu to -?odburknął młody San Tekka, lekko poirytowany.
-?W porządku. -?W tej chwili Avar nie mogła zrobić nic więcej. Objęła
gorący kubek dłońmi, ale nie upiła naparu. -?Czy jeśli nagram dla was
wiadomość, Nihilowie nie spróbują się zemścić?
Cair San Tekka postukał cybernetycznym palcem w stół.
-?Pewnie spróbują. Aczkolwiek -?pochylił się, uprzedzając protesty Avar
-?oni i tak już zabijają, kogo im się żywnie podoba. Jutro zabiją sto
osób, a pojutrze tysiąc. Skoro i tak to zrobią, czy nie powinniśmy
spróbować wszystkiego, co w naszej mocy, aby łagodzić niepokoje?
Podnosić na duchu tych, którzy tracą nadzieję? Nie mamy wpływu na to,
kto zginie -?możemy tylko starać się przypominać żyjącym, że wciąż jest
coś, o co warto walczyć.
Avar przyglądała mu się bez słowa. W jego spojrzeniu płonęła pasja, ale
nuty jego melodii w Mocy były zaskakująco czyste i dźwięczne, całkiem
jakby ryzyko, na które się świadomie pisał, było tylko teorią, czymś
abstrakcyjnym. Nie zauważała w nim desperacji -?jedynie współczucie. Nie
wyglądał na złamanego przez opresję Nihilów. Wyczuwała w nim niepokój,
owszem, ale nie sprawiał wrażenia kogoś zdruzgotanego. Poczuła ukłucie
bólu na myśl o tym, że to tylko kwestia czasu, nim to się zmieni. Nie
mogła jednak zaprzeczyć prawdzie i temu, że zwyczajnie w niego wierzy.
To przekonanie rezonowało w Mocy echem, napierało na nią nieustępliwie
jak fala uderzeniowa. W głębi duszy Avar cieszyła się, że nadal są
istoty takie jak ten młody człowiek, gotowe robić to, co słuszne.
Belin westchnął ciężko.
-?Jedi, nawet Rhil dała się przekabacić temu dzieciakowi.
Cair zareagował na jego uwagę głośnym, urażonym prychnięciem, ale Rhil
uderzyła Ugnaughta w ramię i roześmiała się beztrosko.
-?Nie da się ukryć, Belinie -?powiedziała, uśmiechając się od ucha do
ucha. -?Znam swój arsenał i wiem, jak zrobić z niego najlepszy użytek.
Gdy Avar tak na nich patrzyła -?na zrzędliwego pilota, szaloną
reporterkę i zapalonego bojownika o wolność, wymieniających w przyjacielskiej atmosferze uwagi na tematy tyleż ważkie, co śmiertelnie
niebezpieczne, iskierka nadziei w jej sercu zapłonęła jeszcze jaśniej.
-?W porządku. -?Uśmiechnęła się do nich. -?Zróbmy to.