Rozdział piąty. UKŁAD RIBENTO
Rozdział piąty
UKŁAD RIBENTO
Melis Shryke zaczynała rozumieć, dlaczego Marchion Ro i reszta Nihilów
tak bardzo nienawidzili Jedi.
Dołączyła do nich zaledwie sześć miesięcy temu, po tym, jak ich tak
zwana minister ochrony - krewka Mirialanka w inkrustowanej czarnej
zbroi, nazywana przez innych Nihilów generał Viess - przybyła do miasta
Jodzia na rodzinnej planecie Shryke, Bantoo, żądając daniny. Kiedy
burmistrz miasta odmówił uiszczenia opłaty, twierdząc, że Nihilowie
działali nielegalnie, wznosząc Wał Burzowy i zamykając Bantoo w Strefie
Okluzji, Shryke obserwowała ze swojego balkonu, jak najeźdźcy
przetaczają się przez miasto niczym rozszalała burza, zrównując z ziemią
trzy dzielnice przy dźwiękach swojej okropnej "muzyki" i brutalnie
mordując każdego, kto stanął im na drodze.
Powinna być wściekła. Powinna była wezwać straże, aby spróbować ochronić
obywateli. Powinna była zrobić to, czego oczekiwano od jej rodziny, i w obliczu katastrofy stawić mężnie czoła wrogowi. Przeciwstawić się
ciemiężcom. Ponieważ, jak zawsze powtarzał jej ojciec, tylko członkowie
rodziny Shryke mogli gnębić kogokolwiek w Jodzi.
Ale Melis Shryke tego nie zrobiła.
Zamiast tego po prostu stała na balkonie i patrzyła, jak Nihilowie
pustoszą jej miasto, pozostawiając za sobą szlak zniszczeń i zakrwawionych ciał.
Mało tego: sprawiło jej to satysfakcję. W istocie rozkoszowała się tym
widokiem. Pociągała ją czystość działań Nihilów, szczerość tkwiąca w ich
brutalności. Uznała, że to istoty nieskrępowane społecznymi
imperatywami, irytującymi rytuałami i zasadami, które zawsze kierowały
jej życiem jako córki znamienitego rodu. Regułami, które uczyniły to
życie więzieniem. Nihilowie rozumieli radość płynącą z całkowitego
porzucenia wszelkich norm i działania samopas. Ich jedyny kodeks
stanowiła wiara w impulsywność, poddawanie się podstawowym pragnieniom
bez kwestionowania ich słuszności, bez obaw czy poczucia winy. Brali to,
czego chcieli, i mówili dokładnie to, co myśleli. I cechowała ich
piękna, niszczycielska skłonność do przemocy.
Kobiecie, która przez całe życie była dziedziczką arystokratycznej
spuścizny, od małego ubieraną w wyszukane stroje, strojoną i wystawianą
na widok publiczny, której nigdy nie pozwalano mówić, robić ani
zachowywać się tak, jak chciała, wydawało się to całkowicie odurzające.
Nihilów cechowała w jej oczach wolność, o jakiej nigdy nie śmiała
marzyć. A w generał Viess wreszcie znalazła kogoś, na kim mogła się
wzorować. Była osobą, która żyła dokładnie tak, jak Shryke zawsze
chciała żyć.
I tak oto po raz pierwszy pozwoliła, by jej działaniami pokierowały
impulsy.
Najpierw zdecydowała, że potrzebuje jakiegoś bardziej odpowiedniego
stroju. Czegoś, co Viess, odziana w swoją wspaniałą zbroję, mogłaby
docenić.
Pośpiesznie włożyła swój własny ceremonialny pancerz, który został
wykuty, aby mogła go nosić podczas imponujących parad, każdego sezonu
organizowanych w mieście przez jej rodzinę. Chociaż nie znosiła
przepychu i okoliczności towarzyszących tego typu wydarzeniom, zawsze
uwielbiała samą zbroję: jej błękitny połysk, jej ciężar na ramionach i plecach, sposób, w jaki wypolerowany kobalt kontrastował z ostrą bielą
jej splecionych włosów. Mając ją na sobie, czuła się potężna. Jakby
mogła zrobić wszystko - lub być kimkolwiek.
Gdy była już odpowiednio ubrana, wzięła ozdobny blaster ojca z szuflady
w jego gabinecie i zastrzeliła biednego głupca w łóżku. Nie wywołało to
u niej smutku ani poczucia winy - nie należał do przykładnych rodziców,
a ona wciąż uważała, że odpowiada za śmierć matki. W istocie w chwili,
gdy pociągnęła za spust i patrzyła, jak z jego otwartych szeroko z przerażenia oczu znika blask świadomości, ogarnęło ją coś na kształt
odświeżającego wyzwolenia.
Następnie wycelowała blaster w głównego doradcę ojca, aż w końcu
Neimoidianin zgodził się otworzyć ich rodzinny skarbiec (musiała co
prawda zastrzelić dwóch jego sługusów, aby przekonać go, że mówi
poważnie). Zabrała tyle kredytów, ile zdołała unieść, a potem wyszła z pałacu na zasłane gruzem ulice.
Krocząc pośród czarnego dymu, unoszącego się ze spalonych ciał, podeszła
do generał Viess, kładąc stertę kredytów u jej stóp.
- Zapłacę daninę. Ale chcę do was dołączyć.
Viess uśmiechnęła się do niej z rozbawieniem, przyglądając się jej
lśniącej zbroi i hardej posturze, a następnie skinęła głową.
Teraz, sześć miesięcy później, Shryke miała swój własny statek,
"Kakofonię", obsadzony jej własną załogą, i przeprowadzała naloty poza
zewnętrznymi granicami przestrzeni Nihilów. Groziła śmiercią tym, którzy
mogliby choć rozważać bunt przeciwko nowemu reżimowi. Kontynuowała
cudowne dzieło Marchiona Ro i jego ludzi, siejąc chaos i bezład w galaktyce. Zbierała żniwo śmierci i kredytów.
Ale co najważniejsze, dobrze się przy tym bawiła. Po raz pierwszy w życiu.
A teraz Jedi chcieli to wszystko zepsuć. Miała ochotę ich po prostu
pozabijać, żeby przestali wchodzić jej w drogę. To lekcja, której
nauczyła się od Nihilów - i jedyna, która naprawdę się liczyła.
Jednak zabijanie ich nie było częścią jej misji. Niestety. Viess
rozkazała jej ich sprowadzić. Schwytać żywcem i zabrać do bazy Nihilów
na Hetzalu. Więcej karmy dla tych okropnych stworzeń, które Ro trzymał
zamknięte w piwnicy lub paradował z nimi, trzymając je na elektrycznej
smyczy - karmy takiej jak ten Tarnab, którego pochwyciła kilka miesięcy
temu.
To była godna walka. Melis odczuwała wdzięczność za technologię Nihilów
generującą pole blokujące działanie miecza świetlnego po tym, jak
przechwycili jego unieruchomiony statek. Widok miny Jedi był wart
wszelkich poświęceń.
Tym razem jednak nie miała możliwości skorzystania z takiego luksusu.
Wyglądało na to, że brakowało im generatorów.
- Co teraz, Burzo?
Shryke spojrzała na drobną istotę rasy Caphex, usadowioną w fotelu
pilota, z jedną nogą przerzuconą nonszalancko przez podłokietnik.
Szarpała za jeden z kosmyków białych włosów, porastających boki jej
twarzy. Od wszystkich Nihilów wymagano noszenia symbolu Oka,
wymalowanego na ciele lub zbroi, a Bryn malowało go sobie niebieską
farbą na czole.
- Mówiłam ci, żebyś mnie tak nie nazywało, Bryn.
Bryn uśmiechnęło się z rozbawieniem.
- Wiesz przecież, że to oznaka szacunku, tak? Nie jesteś Jeźdźczynią
Nawałnicy, ale dla nas jesteś w porządku. A więc Burza.
Shryke zastanawiała się przez chwilę, czy nie zetrzeć mu tego paskudnego
uśmieszku z twarzy blasterem, ale w końcu doszła do wniosku, że ma
rację. Może powinna się z tym pogodzić. Po prostu... sądziła, że skończyła
z wszystkimi tymi głupimi, niepotrzebnymi tytułami, kiedy wyrzekła się
swojej rodziny i powiązań z dawnym życiem.
Wzruszyła ramionami.
- Mniejsza o to. W tej chwili mam ważniejsze rzeczy na głowie.
- Racja. Jak na przykład ci cholerni Jedi.
- Taak. Prawdziwy wrzód na tyłku. - Parsknęła śmiechem. - Co w sumie
poddało mi pewien pomysł...
Bryn obserwowało ją przez moment, zanim w jego oku nie pojawił się błysk
zrozumienia. Zdjęło nogę z podłokietnika.
- Och. Och! Podoba mi się twój tok rozumowania. - Pochyliło się nad
kontrolkami, a jego palce zatańczyły nad klawiaturą. - No to... idziemy na
całość? Pełen rozmach? Wszystkie sześć?
Shryke potrząsnęła głową.
- Nie. Jeszcze nie. Dwa powinny wystarczyć, by zatrzymać to
republikańskie ścierwo. I zająć się tym, co jest na jego pokładzie.
Bryn się roześmiało.
- Zupa z Jedi!
- Chciałabym - westchnęła. - Ale potrzebujemy ich żywych. I lepiej miej
to na uwadze. - Odwróciła się, rozkładając szeroko ramiona, aby zwrócić
na siebie uwagę pozostałych Nihilów na mostku. Jej załogi. Jedynych
istot na tyle mądrych, by jej słuchać. - Gdzie muzyka?! - zawołała. -
Czy nie powinniśmy przypadkiem dobrze się bawić?!
Rozległy się hałaśliwe okrzyki aprobaty, Nihilowie tupali i pohukiwali
na znak zgody. Z głośników popłynął ryk wrakpunka, a panele podłogowe aż
zadrżały, gdy po statku poniósł się industrialny jazgot.
Shryke zamknęła oczy, rozkoszując się chwilą, narastającym napięciem,
przypływem adrenaliny, uwielbieniem swojej załogi i hałasem. To był
prawdziwy chaos. To była esencja życia Nihilów. I było to nieskończenie
piękne.
- Na twój rozkaz... - powiedziało Bryn.
Shryke otworzyła oczy i uśmiechnęła się do Caphexo.
- Zróbmy to.
Rozdział szósty. UKŁAD RIBENTO
Rozdział szósty
UKŁAD RIBENTO
Jeszcze więcej statków? - jęknęła Pel,
wstając z fotela dowódcy na mostku "Traktatu".
Bell podszedł do ekranu, aby spojrzeć na nadlatujące jednostki.
Ich skywingi były teraz związane walką z czterema nowymi nihilskimi
myśliwcami, krążącymi niczym komary wokół dwóch większych statków,
podczas gdy ostrzał z dział "Kakofonii" nadal siał spustoszenie w kadłubie "Traktatu".
Quarik robiła, co w jej mocy, aby chronić ich krążownik, zmuszając go do
wykonywania manewrów, do których zdecydowanie nie był przeznaczony, ale
"Kakofonia" nie odpuszczała, bez trudu podążając za nimi, zwinniejsza i posiadająca większą moc silników.
Śmiercionośna.
Z jej rufowego hangaru wystartowały właśnie dwa statki, sprawiające
wrażenie skleconych na chybił trafił, większe od pozostałych nihilskich
myśliwców, i wystrzeliły w ich stronę niczym pociski otoczone
pióropuszami migoczącego światła. Różniły się od pozostałych wielkością,
ale nie wyglądem: ich kadłuby zostały złożone z różnych elementów,
pokrytych bliznami i matowymi plackami rdzy oraz śladami dawnych
trafień. Ich burty zdobiło graffiti przedstawiające jasne, wirujące oko
Marchiona Ro.
Widać było wyraźnie, że podstawę obu stanowił ten sam stary model -
miały zwężające się, spiralne nosy, które błyszczały w chłodnym świetle
słońca Ribento.
I oba zbliżały się szybko do "Traktatu".
- Uniki! - warknęła Pel.
Bell za późno zdał sobie sprawę, z czym mieli do czynienia: to były
statki wiertnicze. Przestarzałe jednostki wydobywcze, zaprojektowane do
przebijania się przez asteroidy lub inne warstwy skał i minerałów,
prawdopodobnie kupione albo skradzione od złodzieja, który pozyskał je z jakiegoś zapomnianego pola bitwy, porzucone tam po zakończeniu Wiecznej
Wojny między E'ronoh a jej bliźniaczą planetą, Eiramem.
"Miejsca, w którym upadła Latarnia Gwiezdny Blask" - pomyślał smętnie
Bell. "Miejsca, w którym Burry prawie zginął, a wielu innych straciło
życie. Miejsca naszej największej hańby".
Nihilowie próbowali przypomnieć im o wszystkim, co utracili.
I to działało.
Quarik desperacko walczyła z kontrolkami, próbując obrócić "Traktat",
ale było już za późno.
"Kakofonia" zastawiła pułapkę... a oni nie mogli nic zrobić.
Pierwsza jednostka wiertnicza uderzyła w ich lewą burtę z gromkim
impetem, wprawiając cały statek w drżenie. Bell usłyszał - i poczuł -
jak końcówka wiertła przebija kadłub "Traktatu", rozdzierając metalowe
poszycie przy akompaniamencie paskudnego zgrzytu. Odwrócił się i otworzył szerzej oczy, sięgając Mocą, aby utrzymać nią w miejscu Amaryl
Pel, którą w innym wypadku impet zderzenia pchnąłby przez całą długość
mostka. Po chwili zwolnił uścisk i delikatnie opuścił ją na podłogę, gdy
statek powoli odzyskiwał stabilną pozycję.
- Kadłub naruszony! - wykrzyknęła Quarik, przeglądając odczyty na
ekranie przy swojej konsoli.
Pel spojrzała na Burry'ego, który pomagał jej wstać.
- Co to, u licha, mia...?
Przerwał jej szczęk licznych przylg, przywierających do kadłuba, i jego
potępieńczy jęk, gdy statek wiertniczy naparł na nich mocniej. Bell
wiedział już, co się szykuje.
Powietrze przeszył wysoki wizg wiertła, gdy zaczęło zagłębiać się w burtę "Traktatu", wprawiając go w drżenie i wibracje.
- Uszczelnić grodzie! Zapieczętować wyrwę! - krzyknęła Pel.
- Tak jest!
Bell wparł stopy w pokład, gdy drugi statek wiertniczy uderzył w prawą
burtę, dołączając pośród warkotu do swojego bliźniaka.
Już za chwilę oba wiertła wedrą się głęboko w ich trzewia, a "Traktat"
zostanie zakleszczony między wrogimi jednostkami. A ponieważ grodzie
pancerne były zamknięte, nie mogli dotrzeć do swoich vectorów...
- Lada chwila rozedrą statek! - jęknął Pha Rool. - Już po nas!
- Czy wciąż mamy dostęp do kapsuł ratunkowych? - spytał nagląco Bell.
Pel skinęła głową. Wyglądała na skrajnie przerażoną.
- Więc chyba nie mamy wyboru...
- Opuścić statek! - krzyknęła Pel. - Powtarzam: wszyscy opuścić statek!
Natychmiast! Do kapsuł ratunkowych!
To była ryzykowna decyzja. Kapsuły ratunkowe staną się łatwym celem dla
Nihilów. Ale pozostanie na "Traktacie" także nie wchodziło już w rachubę.
- Pani kapitan? Mam raport o walkach - zgłosiła Quarik. Nikt z załogi
mostka nie opuścił swojego stanowiska, pomimo rozkazu Pel. Czekali do
ostatniej chwili, aby upewnić się, że jak najwięcej innych członków
załogi dotrze bezpiecznie do kapsuł.
- Zostaliśmy zaatakowani przez chmarę droidów-egzekutorów, które
przedostały się przez otwory wywiercone w burtach! Kilka przedarło się
przed zablokowaniem grodzi pancernych...
Bell odwrócił się, słysząc dźwięk włączanego miecza świetlnego.
- Rrrrawww waaarrghh! - zawarczał Burryaga.
- Tak - potwierdził Bell. Wydobył swoją broń z kabury i zapalił ostrze.
- Ja też. - Spojrzał przyjacielowi w oczy. - Każdy po jednym?
- Warraarrr - stwierdził stanowczo Burry.
Bell zwrócił się do Pel.
- Będziemy was osłaniać. Zabierz swoich ludzi z pokładu.
Odwrócił się i wybiegł z mostka, pędząc głównym korytarzem obok
Burry'ego, po czym skręcili: Zettifar na lewą burtę, Wookiee na prawą.
Wokół niego rozlegały się upiorne odgłosy, gdy kadłub statku był
dosłownie rozdzierany na strzępy. Przed całkowitym zniszczeniem chroniła
ich tylko pancerna gródź, ale zapas tlenu nie wystarczy na długo, a istniało duże prawdopodobieństwo, że "Traktat" może w każdej chwili
stracić szczelność.
Musiał działać szybko.
Z oddali dobiegał huk blasterowych salw, przebijający się przez jęk
umierającego statku. Bell przyśpieszył, pokonując zakręt, i zamachnął
się mieczem, aby odbić zabłąkany promień zabójczej energii.
Pokład był zaścielony ciałami martwych żołnierzy KOR. Inni,
sześcioosobowa grupa dowodzona przez Togrutanina o imponujących,
niebiesko-białych montralach, odpowiadała ogniem grupie
droidów-egzekutorów, które zajęły stanowiska nieco dalej w tym samym
korytarzu.
Naliczył co najmniej dziesięć wysokich robotów o humanoidalnych
sylwetkach. Każdy z nich miał troje czerwonych, asymetrycznie osadzonych
w metalowych czerepach oczu, jarzących się złowrogim blaskiem, a ich
ciemne korpusy zdobiły błękitne symbole oka Marchiona Ro. Uzbrojone w ciężkie blastery maszyny były wyraźnie przestarzałe - tak stare, że Bell
dziwił się, iż w ogóle są w stanie utrzymać pion - a ich powłoki
powgniatane i pokryte plamami rdzy. Mimo to wciąż pozostawały zabójczo
groźne.
Droidy wycelowały ponownie... a żołnierze KOR przygotowali się na atak.
Bell rozluźnił ramiona, zacisnął mocniej dłonie na rękojeści swojego
miecza świetlnego i puścił się biegiem przed siebie.
- Z drogi! - krzyknął do żołnierzy. - Do kapsuł! Będę was osłaniał!
Jedną nogą odbił się od ściany, wyskakując w powietrze i używając Mocy,
aby wydłużyć skok. Jego miecz świetlny o zielonym ostrzu - niegdyś broń
Rany Kant - błysnął, opadając między stojące ramię w ramię droidy.
Jednego z nich pozbawił głowy, innego przeciął od ramienia aż do biodra.
Obrócił się, unosząc wysoko miecz świetlny, i zatoczył nim łuk,
pozbawiając kolejnego droida nogi - cios w staw kolanowy sprawił, że
egzekutor runął jak długi, zmuszając dwóch swoich metalowych pobratymców
do cofnięcia się.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog. HETZAL, STREFA OKLUZJI
Prolog
HETZAL, STREFA OKLUZJI
Jak wszystkie istoty żywe, tak i wielki mistrz Jedi Pra-Tre Veter znał
strach.
Był to w końcu naturalny, biologiczny impuls, reakcja na bodźce
zewnętrzne rządząca zachowaniem stworzeń w całej galaktyce. Strach
zapewniał im ochronę, stanowił system alarmowy, ostrzegający przed
zagrożeniem, sygnał do ucieczki, nakazujący szukać bezpiecznego miejsca
z dala od drapieżników, mogących wyrządzić im krzywdę.
Ale strach był również narzędziem. Bronią, którą posługiwali się ludzie
o złych zamiarach, instrumentem kontroli. Dawało się go wykorzystać -
czasami w sposób delikatny i precyzyjny, a czasem z siłą młota
kruszącego kamień. Strach mógł złamać nawet najsilniejsze jednostki i doprowadzić całe populacje do upadku, zmuszając je do podporządkowania
się ciemiężcom.
Strach miał moc niszczenia gwiazd.
Była to jednak broń tchórzy. Strach dało się pokonać. Przezwyciężyć.
Przekuć w siłę.
Jako padawan i później, jako rycerz Jedi, Veter nauczył się kontrolować
swoje emocje, powstrzymywać je, rozumieć i wykorzystywać. Nie chodziło o to, że przestał odczuwać lub rozpoznawać strach - raczej zrozumiał, czym
on jest, i nauczył się go od siebie odsuwać. Dla niego, podobnie jak dla
większości Jedi, strach stanowił po prostu informację - system
ostrzegawczy, który pozwalał mu rozpoznać zagrożenie, a następnie
odpowiednio zareagować. Jako wielki mistrz Rady Jedi nie pozwalał już,
by mącił on jego myśli. Każda jego decyzja była racjonalna i przemyślana.
W ten oto sposób Veter, podobnie jak wielu Jedi przed nim, nauczył się
stawiać czoła niebezpieczeństwu. Narażać się, by chronić innych i robić
to spokojnie i logicznie, będąc pogodzonym z własnym losem.
To zaś sprawiało, że jego obecna sytuacja stała się jeszcze trudniejsza.
Nie chodziło o to, że przeszkadzała mu kompletna, czarna jak smoła
ciemność. Ani ściany czy zimne metalowe kraty jego celi. Nie bał się też
Nihilów, Marchiona Ro ani jego sługusów, śmierci i perspektywy
połączenia z Mocą.
Ale to coś, ta istota czająca się gdzieś tam w mroku daleko poza jego
celą... O, to było coś zdecydowanie innego. Coś zdolnego dosłownie
pożreć to, kim był, zniszczyć go do cna. Miało zdolność wywoływania
strachu, którego nie potrafił się wyzbyć, który zwijał się w jego
trzewiach niczym zimny wąż. Bezimienni mieli być stworzeniami z mitów,
potworami z historii opowiadanych dzieciom, aby je wystraszyć. Ale Veter
- podobnie jak wielu niefortunnych Jedi przed nim - przekonał się na
własnej skórze, że te bestie okazały się jak najbardziej realne.
Jeśli uważnie się wsłuchał, mógł usłyszeć, jak to coś spaceruje gdzieś w odległym mroku, człapie wzdłuż ścian własnej celi - drapieżnik w klatce,
czekający na odpowiedni moment, by zaatakować, by się uwolnić.
Wygłodzona bestia, która wie, że jej ofiara jest blisko.
Veter otworzył oczy, ale nic nie widział. Żadnego ruchu ani przebłysku
światła. Jego jedynym ukojeniem były teraz wspomnienia. Uwięziony tutaj,
tak blisko tego bezimiennego stwora, nie mógł oczyścić umysłu, skupić
się... od ilu dni? Czy minęły już całe tygodnie? A może miesiące? Stracił
poczucie czasu. Ale wciąż pozostawał Jedi, a to oznaczało, że nie
wszystko jeszcze stracone. Nadal miał w sobie siłę. Umacniały go
wspomnienia o jego towarzyszach z zakonu - iskra nadziei, którą w nim
wskrzesili. Nie tylko w nim, ale w całej galaktyce. Nadziei, którą mogli
na nowo rozbudzić.
Nie bał się. Ale znał strach i znajdzie sposób, by go pokonać, tak jak
zawsze.
Veter sięgnął do nosa, by ucisnąć jego grzbiet... i zawahał się,
przeklinając w duchu samego siebie, gdy jego ramię przeszył impuls bólu.
Lewa ręka mistrza Jedi zniknęła, zredukowana do popielatego kikuta.
Ślady dziwnego zwapnienia biegły wzdłuż reszty przedramienia niczym
zatrute żyły, odcinając się mocno od brązowoczarnego ciała. Choć powoli,
zwapnienie wciąż się rozprzestrzeniało, boleśnie pełznąc coraz wyżej
wraz z każdą upływającą godziną. Doznał też innych obrażeń - Nihilowie
rozkoszowali się odcinaniem rogowych wypustek wieńczących jego głowę,
próbując go upokorzyć, pozbawiając dziedzictwa jego rasy, Tarnabów. Ale
Pra-Tre nigdy nie odznaczał się dumą. To tylko zwykłe rany, blizny, z którymi zdoła żyć dalej; nie zmieniały tego, kim był. Ale dziwne
zwapnienie... to coś innego: jak pierwsze symptomy śmierci, spowodowane
kontaktem z tamtym stworzeniem.
Stanowiły wynik jednego z eksperymentów Nihilów, przeprowadzonego w prowizorycznym laboratorium przez tego szalonego młotogłowego,
Ithorianina, mamroczącego coś bez przerwy w swoim wibrującym ojczystym
języku w trakcie całego procesu, komentującego na bieżąco, podczas gdy
jego oprawcy powoli zmniejszali dystans między nim a stworzeniem
trzymanym na naelektryzowanej łańcuchowej smyczy po drugiej stronie
pomieszczenia. A przynajmniej tak wydawało się Veterowi - nie był w stanie skupić wzroku na stworze, sama jego bliskość sprawiała, że
wszystko rozmywało się pod wpływem rozpalonych włóczni bólu, wbijających
się w jego czaszkę. A gdy zaczęło się nim żywić, powoli wysysając z ciała Jedi Moc, jego przerażenie urosło do niewyobrażalnych rozmiarów,
przekraczając wszelkie znane mu granice.
To był moment, w którym Pra-Tre utracił nad sobą kontrolę. Strach
zawładnął nim bez reszty, a resztki rozsądku wyparowały. Nie do końca
pamiętał, co wydarzyło się później, ale wiedział, że został odciągnięty,
zanim stwór zdążył go pochłonąć. Słyszał, jak zwierzę wyje, szarpiąc
naelektryzowaną smycz, próbując go dosięgnąć, łamiąc własne kości z totalnej desperacji i głodu, podczas gdy on został wtrącony z powrotem
do swojej celi, pogrążając się w głębokiej nieświadomości, jakimś cudem
pełnej jednak niepokojących wizji.
Kiedy się ocknął, był zaskoczony, że jeszcze żyje. Gardło miał zdarte od
krzyku, a jego lewa dłoń zniknęła, zredukowana do zwapniałego kikuta w miejscu, w którym kiedyś znajdował się nadgarstek.
Nie wiedział, ile czasu minęło od tamtego dnia - być może godziny, ale
równie dobrze mogło to być kilka dni. Tak czy inaczej, od tamtego
momentu tkwił samotnie w swojej celi. Jej jedyne wyposażenie stanowił
dzbanek letniej wody stojący w kącie. Cokolwiek zrobił mu ten Ithorianin
- Veter zauważył ślady po zastrzykach na swoim drugim ramieniu,
sugerujące, że gdy był nieprzytomny, przeprowadzano na nim kolejne
eksperymenty - wyglądało na to, że spowolniło to proces przemiany w zwapniałą skorupę.
"Wolniejsza, bardziej bolesna śmierć. Bardzo w stylu Nihilów..."
Wyczuł w ciemności jakiś ruch.
Szczęk mechanicznego zamka. Skrzypienie zawiasów. A potem nagły rozbłysk
światła, tak ostry, że zakręciło mu się w głowie, jakby rzeczywistość
nagle wdarła się brutalnie do jego umysłu i wypaliła w nim dziurę.
Zacisnął powieki, unosząc pozbawione dłoni ramię, aby osłonić oczy przed
światłem.
"Cóż za ironia" - pomyślał. "Dla światła i życia..."
Odgłos kroków przybrał na sile - stukot ciężkich butów. Zatrzymały się
przed kratami jego celi. Veter odniósł wrażenie, że usłyszał
zniesmaczone prychnięcie.
Powoli otworzył oczy i przekonał się, że światło nie jest wcale tak
ostre i jasne, jak mu się wydawało. Tak bardzo przyzwyczaił się do
mroku, że najmniejszy blask - znajomy blask - wydawał się rażący i bolesny dla jego nawykłych do ciemności oczu.
Ale nie - to była tylko żółta poświata skradzionego miecza świetlnego,
zaciśniętego w dłoni obcej osoby. Pra-Tre poczuł falę wzburzenia.
Przebłysk jego dawnego "ja".
"Jak on śmie?" - warknął w duchu. "Jak śmie używać naszej własnej broni,
naszych własnych symboli przeciwko nam? Jak to się stało, że upadliśmy
tak nisko?"
Niczym Latarnia spadająca z eiramskiego nieba, Jedi zostali brutalnie
sprowadzeni na ziemię. Ale powstaną ponownie. Będą znowu kroczyć w świetle.
- Widzę, że odzyskałeś nieco wigoru. - Głos był zimny, pozbawiony
emocji. - Dostrzegam to w twoich oczach. Nie brak ci hartu ducha, trzeba
to przyznać. - Postać podeszła bliżej, wchodząc w krąg migoczącego
blasku rzucanego przez klingę miecza świetlnego. - Ale to ziarno
nadziei, które tak pieczołowicie hołubisz, ta wiara, że Jedi podniosą
się po tym wszystkim, że uda im się odwrócić to, czego dokonaliśmy... to
fałsz, ułuda. Zmiażdżę je, tak jak skruszyłem wszystko inne, w co ty i tobie podobni wierzycie. Będę patrzył, jak się płaszczysz. - Postać
zatrzymała się, po czym uprzejmym, cywilizowanym tonem dodała: - Ale
może jeszcze nie dziś.
Veter podniósł wzrok. Spojrzał na tę istotę - tego potwora - hardo,
butnie.
Oto stał przed nim sprawca tego wszystkiego, całego tego bólu,
cierpienia, chaosu. Marchion Ro, Oko Nihilów, serce burzy.
Wyglądał imponująco w swoim szkarłatnym płaszczu, z futrzanym kołnierzem
zarzuconym na szerokie ramiona. I jeszcze ten hełm, z osadzonym
centralnie dziwnym, czerwonym okiem, w którym kłębił się czerwony wir.
Usadowiony na ziemi niczym skruszony pokutnik u stóp swego pana, Veter
miał wrażenie, że oko wwierca mu się w czaszkę.
Wszystko dokładnie tak, jak zaplanował to Marchion Ro.
Zdeterminowany, by nie dać Oku satysfakcji, jakiej Nihil tak bardzo
pragnął, Pra-Tre podźwignął się z podłogi, starając się ukryć napięcie i słabość, które czuł głęboko w kościach. Był głodzony, torturowany i narażony na kontakt z tym okrutnym stworzeniem, ale wciąż pozostawał
Jedi. Wciąż pozostawał członkiem Najwyższej Rady.
Zmusił się, by utrzymać pion, i zrobił krok w stronę krat, aby znaleźć
się bliżej swojego oprawcy. Buczenie miecza świetlnego było jedynym
odgłosem mącącym ciszę, z wyjątkiem nierównego oddechu Vetera. Wiedział,
że wkrótce stanie się jednością z Mocą.
Spojrzał wyzywająco na Ro, wbijając wzrok w to świdrujące, cyklopowe oko
pośrodku hełmu Everena.
Gdyby tylko mógł wyciągnąć rękę i wyrwać mu miecz świetlny...
Sięgnął po Moc. Wydawała się odległa, słaba - nikłe echo tego, czym była
dla niego wcześniej, czym była zawsze. Bliskość istoty zakłócała jego
połączenie z nią, jakby w jakiś sposób stwór wysysał z niego Żywą Moc.
Veter zawsze odczuwał Moc jako coś stałego, litego, niemal namacalnego.
Elastycznego i podatnego na formowanie niczym glina. Coś, co mógł
kształtować na nowe sposoby, by wyrazić siebie... ale teraz jej materia
wydawała się rzadka i luźna, niezdolna do utworzenia form, które
próbował nadać jej w swoim umyśle. Głód stworzenia kąsał obrzeża jego
skupienia, rozpraszając go i zakłócając każdą myśl. Był jak
nieustępliwa, uporczywa, rozpalona do białości igła, wbijająca się w jego potylicę, zdeterminowana, by nie zaznał spokoju, uniemożliwiająca
mu odnalezienie równowagi. A jednak, jak nauczał go niegdyś mistrz Yoda,
kiedy Veter należał jeszcze do grona młodzików: nie ma próbowania, jest
tylko działanie. Bez względu na okoliczności, bez względu na ból.
Sięgnął po miecz świetlny, przyciągając go do siebie. Rękojeść
przesunęła się lekko w dłoni Ro, drgając, jakby kierowana ku
tarnabskiemu mistrzowi Jedi niczym igła kompasu... ale jej utrzymanie
wymagało od niego zbyt wielkiego wysiłku. Zrobił chwiejny krok w tył,
pozwalając, by broń wyślizgnęła się z jego słabego chwytu.
Ro zgasił miecz świetlny kciukiem, ponownie pogrążając celę w nieprzeniknionym mroku. A potem, bez słowa, po prostu odwrócił się i odszedł.
Rozdział pierwszy. CORUSCANT
Rozdział pierwszy
CORUSCANT
Wysoko ponad strzelistymi iglicami Coruscant gwiazdy obracały się na
firmamencie tak, jak robiły to od wieków. Maleńkie świetlne punkciki,
wskazujące pozycje odległych słońc, dalekich światów, oddalonych ludów,
którym odpowiadały z dołu rozmigotane światła tętniącej życiem
planety-miasta.
To był piękny widok. To znaczy, powinien wprawiać w zachwyt.
Ale Elzar Mann nie potrafił się nim cieszyć. Bez względu na to, jak
mocno i jak długo wpatrywał się w gwiazdy ze swojego punktu
obserwacyjnego na wielkim balkonie przed biurem kanclerza, wydawały się
w jakiś sposób... zniekształcone. Całkiem jakby galaktyka nagle zmieniła
swoją formę, wypaczyła się i zawęźliła. Jakby wszystko, na czym kiedyś
mógł polegać - każdy nieruchomy punkt w pogrążonej w chaosie galaktyce -
zostało mu nagle odebrane, brutalnie wyrwane spod stóp, gdy tak
desperacko próbował utrzymać pozycję stojącą.
Czuł się tak od momentu, gdy runęła Latarnia Gwiezdny Blask...
...i gdy stracili Stellana.
Elzar zamknął oczy i pozwolił, by bryza potargała jego i tak już
zmierzwione włosy, jakby w nadziei, że chłodny wiatr w jakiś sposób
zabierze ze sobą wspomnienia, poniesie je ku strumieniom ruchu
powietrznego i z dala od iglic i kopuł, dopóki nie znikną bez śladu.
Zauważył, że w ciągu ostatnich miesięcy na jego skroniach pojawiło się
kilka nowych siwych pasemek. Stracił też na wadze i choć wciąż był w dobrej formie - większość wieczorów spędzał na ćwiczeniach z mieczem
świetlnym i trenował do późnej nocy - mocno schudł. Próbował wmówić
sobie, że to wskutek nawału pracy, skupiania się bez reszty na
znalezieniu rozwiązania problemu Nihilów, ale wiedział, iż po prostu za
bardzo się zamartwia.
Stellan by go wyśmiał. Dałby mu kuksańca i kazał przestać rozpamiętywać
to, czego nie dało się cofnąć. Skupić się na "tu i teraz". Zrobić to, co
należy, i zaufać, że Moc go poprowadzi, jak zawsze.
Ale Stellana już nie było. Zjednoczył się z Mocą. Od tamtych wydarzeń
minął już rok. Elzar wiedział, że jego stary przyjaciel odnalazł spokój.
A jednak wciąż dotkliwie odczuwał jego brak. I nie tylko on. Jego
nieobecność powodowała pustkę nie tylko w sercach i umysłach Jedi - jej
piętno boleśnie odcisnęło się również na strukturach przywódczych
zakonu. Zwłaszcza teraz, gdy Nihilowie wygrali, zniszczyli Latarnię
Gwiezdny Blask, a następnie zaanektowali dziesiątki światów, cały sektor
Zewnętrznych Rubieży, odcinając go od reszty galaktyki. Obszar ten
został nazwany Strefą Okluzji Nihilów i oddzielony od pozostałych
terenów niewidzialną zaporą, poza którą rozciągał się obszar ich
niepodzielnych rządów.
Wał Burzowy stanowił rozległą barierę zakłócającą podróże z prędkością
nadświetlną. Każda jednostka, próbująca ją sforsować, była gwałtownie
wyrzucana z nadprzestrzeni i albo ulegała natychmiastowemu zniszczeniu,
albo znikała bez śladu. Prowadzono liczne dyskusje na temat tego, co
dokładnie działo się z tymi zaginionymi statkami, szczególnie że Wał
Burzowy zakłócał również łączność, ale zakładano, iż wszystkie, które
nie zostały unicestwione podczas próby przedarcia się przez niego, były
zatrzymywane przez nihilskie patrole i trafiały do tak zwanych stref
śmierci. Tak czy inaczej, nigdy więcej o nich nie słyszano.
Co gorsza, siatka przekaźników i boi - zwanych Ziarnami Burzy - która
stanowiła podstawę Wału Burzowego, była tak gęsta, że zwykłe
przeniknięcie przez nią również nie wchodziło w grę. Każdy statek
próbujący przedrzeć się przez tak wielki szmat przestrzeni kosmicznej z prędkością podświetlną musiałby lecieć przez sto lat, zanim dotarłby do
celu. Mało tego: każda próba przedostania się przez zaporę w normalnym
tempie wiązała się z ryzykiem narażenia się na patrole Nihilów lub atak
rojów droidów demontażowych, zaalarmowanych przez zautomatyzowane
systemy kontrolujące Wał. Patrole mogły pokonać barierę i zadać zabójczy
cios, zanim ofiara w ogóle zdała sobie sprawę, co się właściwie dzieje.
Konstrukcja Wału była przewrotnie genialna i jak dotąd skutecznie
udaremniała wszelkie próby pokonania go przez Jedi lub Republikę, zwykle
z katastrofalnym skutkiem. Statki pilotowane przez droidy. Impulsy
elektromagnetyczne. Przechwytywanie danych. Zmasowany atak na dobrze
chronione Ziarna Burzy. Nic nie zadziałało. Kompletnie nic się nie
sprawdzało.
Dzięki Wałowi Burzowemu Nihilowie stworzyli własną domenę, rzucając
wyzwanie Republice na każdym kroku. A mając na swoich usługach
bezimiennych - lub Pożeraczy Mocy, jak ich nazywano - posiadali w swoim
arsenale broń, w obliczu której nawet zakon okazywał się bezradny. Broń
wymierzoną w samą esencję tego, kim byli Jedi. Broń zaprojektowaną, by
ich zniszczyć.
Elzar z sykiem wypuścił powietrze z płuc.
Wszystko byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby miał u swojego boku Avar.
Niestety, przebywała obecnie gdzieś w głębi Strefy Okluzji, tak samo
odległa i nieosiągalna jak Stellan.
Stali obok siebie na Eiramie, patrząc, jak ostatnie szczątki Latarni
znikają pod zimnymi, bezlitosnymi falami oceanu, grzebiąc ze sobą
wszystkie nadzieje i marzenia Republiki. Stacja była symbolem siły i jedności, światła w mroku, nadziei. Nihilowie, dowodzeni przez Marchiona
Ro, w drwiąco okrutny sposób wypaczyli ten symbol, obrócili go przeciwko
nim. Teraz stała się jedynie symbolem porażki i straty.
W tamtej chwili Elzar pozwolił, by Avar wzięła go za rękę, dodając mu
sił. Czerpał z tego gestu pokrzepienie - to było jak potwierdzenie
wzajemnego zrozumienia, ciche zapewnienie, że mimo wszystko wciąż mają
siebie nawzajem, pomimo tego, że galaktykę wokół nich stopniowo ogarniał
coraz większy chaos. Teraz jednak przeklinał się w duchu za to, że
pogrążony we własnym szoku i żalu, we własnym wstydzie za to, co zrobił,
nie zapytał jej, jak się czuje. Nie zaoferował jej pocieszenia, które
ona zaoferowała jemu. I bał się, że to właśnie ten ból, który w sobie
nosiła, to poczucie straty i porażki sprawiły, iż odeszła.
Chyba, iż to on sam był tego powodem. Ta myśl prześladowała go, nie
dawała mu spokoju, napełniała dręczącą niepewnością i wstydem. W końcu
zebrał się na odwagę, by zwierzyć się jej z tego, co wydarzyło się w ostatnich chwilach Gwiezdnego Blasku. O tym, jak pod wpływem impulsu,
działając bez zastanowienia, zamordował tę Nihilkę, Chancey Yarrow,
podczas gdy ona starała się uratować ich wszystkich. Ma się rozumieć,
wówczas o tym nie wiedział. Założył, że jest tylko kolejną piratką,
próbującą sabotować wysiłki Jedi, mające na celu ocalenie stacji
kosmicznej. Tak czy inaczej, zniweczył ich ostatnią szansę na
powstrzymanie katastrofy Latarni, odbierając życie komuś, kto chciał
pomóc.
Wszystko, co wydarzyło się później, było po części jego winą. Musiał to
naprawić, spróbować przywrócić galaktyce choćby odrobinę tego dobra,
jakie Stellan tak hojnie jej ofiarował. Postarać się jakoś wypełnić tę
pustkę, którą po sobie pozostawił. Wyznał to wszystko Avar wtedy, gdy
stali ramię w ramię na eiramskim brzegu.
Jak można się było spodziewać, odpowiedziała tak, jak należało,
zważywszy na okoliczności. Usłyszał z jej ust wszystkie te wyświechtane
frazesy i zapewnienia, wyliczenie zasad, jakimi kieruje się Moc, i przypomnienia, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu, że nie może się
winić. Że odpowiedzialność ponoszą tylko i wyłącznie Nihilowie. Okazała
mu współczucie i zrozumienie, na jakie liczył.
A jednak... nie mógł przestać się zastanawiać, czy nie był to również
jeden z powodów, dla których wyruszyła na tę misję - aby spróbować
zbliżyć się do Nihilów, odkryć ich zamiary i plany po tym, jak odnieśli
triumf. Intencje, których żadne z nich nie mogło przewidzieć.
A teraz stracił i ją. Zaginęła, uwięziona za Wałem Burzowym, głęboko w przestrzeni Nihilów. Nie wiedział nawet, czy jeszcze żyje.
"Nie, Elzar" - upomniał się w myśli. "Wiedziałbyś, gdyby tak się stało.
Ona wciąż gdzieś tam jest. Musi być".
Sprowadzi ją z powrotem. Avar i innych, którzy podzielili jej los.
Znajdzie jakiś sposób. Zagrożenie ze strony Nihilów zostanie zażegnane.
Wał Burzowy upadnie, a do galaktyki ponownie powróci pokój.
Nie miał wyboru. Zrobi to, co zrobiłby na jego miejscu Stellan.
Nieważne, że próbowali już wszystkiego, co przyszło im do głowy.
Nieważne, że Nihilowie raz po raz zadawali im druzgocące ciosy.
Znajdzie jakiś sposób, by temu wszystkiemu zaradzić.
Musi to zrobić.
To było jedyne wyjście, by wszystko naprawić.
Odwrócił się, gdy jego uszu dobiegł odgłos otwieranych z tyłu drzwi
balkonowych. Znajomy droid podtoczył się do niego i obrócił w jego
stronę swoją z grubsza humanoidalną górną część ciała, by utkwić w nim
puste spojrzenie fotoreceptorów emanujących miedzianym blaskiem. Droid,
którego podarował Stellanowi, JJ-5145. Ostatnie, co łączyło go z jego
starym przyjacielem.
- Najwyższa kanclerz Soh jest już prawie gotowa, mistrzu Elzarze -
oznajmił robot. Jego elektroniczny, brzękliwy głos boleśnie ranił uszy
Jedi po chwilach spędzonych na cichej kontemplacji. Ranił... a jednocześnie był dziwnie kojący.
- Dziękuję, 45. Dołączę do was za moment.
Droid jeszcze przez chwilę nie spuszczał z niego taksującego wzroku.
- Twoje wahanie sugeruje niepewność. Jeśli zechcesz podzielić się ze mną
swoimi obawami, pomogę ci uporządkować myśli i ustalić priorytety.
- Nic mi nie jest, 45.
W odpowiedzi droid mruknął jedynie z namysłem, a potem odwrócił się i zniknął za rozsuwanymi drzwiami.
Elzar uśmiechnął się pod nosem. Przypuszczał, że droid Stellana zna go
lepiej niż on sam siebie. Podarował JJ-5145 przyjacielowi dla żartu, ale
też aby uświadamiał mu, by prosił o pomoc, by polegał na innych, gdy
będzie tego potrzebował. A teraz JJ-5145 przypominał mu o tym samym.
Dawał do zrozumienia, by żył chwilą obecną, skoncentrował się na
zadaniu, które go czekało.
Elzar wygładził poły swojej świątynnej szaty i ruszył w ślad za
nadgorliwym droidem.
Rozdział drugi. ZEWNĘTRZNE RUBIEŻE
Rozdział drugi
ZEWNĘTRZNE RUBIEŻE
Statek o nazwie "Traktat" prześlizgiwał się przez nadprzestrzeń niczym
maleńki okruch, połknięty przez samą gardziel galaktyki - pozbawiony
znaczenia i samotny.
Republikańska jednostka typu Pacifier niepostrzeżenie i bezszelestnie
przemykała przez Zewnętrzne Rubieże, omijając krawędzie tak zwanej
Strefy Okluzji. Z otwartymi kanałami łączności skanowała układy
planetarne na granicach przestrzeni Nihilów w poszukiwaniu jakichkolwiek
sygnałów wzywających pomocy.
Rycerz Jedi Bell Zettifar stał w centrum dowodzenia na dziobie statku,
obserwując niebieskie smugi nadprzestrzeni, wirujące za iluminatorami.
Mijali liczne światy - wiele z nich tętniło życiem: kakofonia odgłosów,
każdy jak punkcik światła w Żywej Mocy. Zettifar wyczuwał je - ich
nadzieje i obawy, płonące jasnym, mocnym blaskiem.
"Dla światła i życia..."
To była mantra Jedi, od zawsze. I bez względu na to, co się działo, Bell
w nią wierzył, trzymał się jej kurczowo.
"Dla każdej żywej istoty".
"Dla pokoju".
Właśnie dlatego robił to, co robił. Aby wypełniać te fundamentalne
zasady. Aby dopilnować, by wszystkie te koszmarne straty, które
ponieśli, cały ten ból i udręka, które przeżyli, nie poszły na marne.
Delikatnie poklepał Żarkę po łebku. Towarzysząca mu węglogarzyca wydała
z siebie niski pomruk, a z jej nozdrzy buchnął obłoczek pary.
- Wiem, Żarko. Cicho tu, prawda? Tak spokojnie...
W odpowiedzi delikatnie szturchnęła go pyskiem w udo, ale wiedział, że
wyczuwa jego emocje.
Starał się odsunąć od siebie narastający niepokój. Pokręcił szyją,
próbując rozluźnić napięte ramiona. Próbował medytować, ale nie mógł się
skupić, dręczony myślami o zbliżającej się rocznicy upadku Gwiezdnego
Blasku i o zaginionych za liniami wroga istotach - niektóre z nich były
jego przyjaciółmi.
Istotach takich jak Avar Kriss, Porter Engle, Pra-Tre Veter i wielu
innych. Nie miał pojęcia, czy którekolwiek z nich jeszcze żyje, a myśl o tym napełniała go czymś niebezpiecznie bliskim gniewu. Zwłaszcza, że był
tam, gdy Veter został pojmany dwa miesiące wcześniej podczas nalotu
Nihilów. Wielki mistrz Jedi - członek Rady - zgłosił się na ochotnika do
powstrzymania ataku wroga, podczas gdy Bell i Burryaga ewakuowali osadę,
ale jakimś cudem nihilskim napastnikom udało się go obezwładnić, wziąć
do niewoli i zawlec za barierę.
Od tamtej pory wszelki słuch po nim zaginął. A najazdy Nihilów nie
ustawały.
Przynajmniej tutaj, na skraju Strefy Okluzji, Bell czuł, że coś robi, że
walczy. Stawia opór.
Podczas gdy Elzar Mann i reszta Jedi próbowali rozwiązać problem
przeniknięcia przez Wał Burzowy, on starał się o uzyskanie od Rady
pozwolenia na skupienie się na obronie potrzebujących, którzy nagle
znaleźli się na zewnętrznych obrzeżach tej zmilitaryzowanej przestrzeni.
Owe światy niespodziewanie zostały odizolowane, odcięte od dawnych
szlaków handlowych i narażone na nieregularne naloty nihilskich statków,
bezkarnie wlatujących i wylatujących ze Strefy Okluzji, wykorzystujących
tajne trasy nadprzestrzenne, do których mieli dostęp dzięki napędom
Ścieżki, do omijania Wału Burzowego. Tam, gdzie obywatele galaktyki żyli
niegdyś we względnym bezpieczeństwie pośród sąsiednich układów
planetarnych, teraz zagrożone były całe kultury - całe cywilizacje.
Rada Jedi dała mu swobodę niezbędną do wykonania misji, którą sobie
wyznaczył, zwalniając go w drodze wyjątku od Procedur Strażniczych,
wprowadzonych zaledwie tydzień po upadku Gwiezdnego Blasku. Wiedzieli
doskonale, że jeśli Bell i jego mały zespół okażą się skuteczni w zestrzeleniu choć jednego z nihilskich statków, istniała również szansa,
że uda im się zdobyć napęd Ścieżki, zapewniający bezpieczne przejście
przez Wał Burzowy. Zagwarantowałoby to Jedi dostęp do zamkniętej strefy,
którego tak desperacko szukali.
Dla Bella było to ważne, ale miało drugorzędne znaczenie. Jego
priorytetem pozostawała konieczność ratowania życia. Podczas gdy Jedi
zajmowali się obmyślaniem sposobu na powstrzymanie Nihilów, ktoś musiał
skupić się na tym, co zawsze robili najlepiej: pomaganiu istotom w potrzebie. Bronieniu tych, którzy nie mogli obronić się sami. Po każdym
najeździe Nihilowie zostawiali za sobą rzekę rozlanej krwi i nieszczęść.
Jedi powinni ich powstrzymać... bez względu na związane z tym ryzyko.
Bo ryzyko istniało. I to poważne. Bell był tego dojmująco świadom.
Nihilowie spowodowali tyle bólu... Wyrządzili tak wiele krzywd. I chociaż
Jedi wciąż nie do końca rozumieli broń, której wróg używał przeciwko nim
- pomimo ponad roku prób zrozumienia tych stworzeń i tego, jak zakłócały
lub karmiły się więzią Jedi z Mocą - Bell wiedział, że zakon nie może
się wycofać, ustąpić w walce z przeciwnikiem. Walczyli więc dalej,
pomimo licznych zagrożeń.
Z krańców pamięci napłynęły wspomnienia jego dawnego mistrza, Lodena
Greatstorma. Przerażenie wykrzywiające rysy jego pobladłej twarzy. Szare
ciało, zredukowane do pustej skorupy. Serce Bella przeszył ból straty,
wciąż dotkliwy i ostry. To samo przytrafiło się też innym. Orli Jareni.
Nib Assek... Tak wielu innym - a każdy z nich był jego przyjacielem lub
nauczycielem. Każdy z nich pozostawił po sobie pustkę, której nie dawało
się wypełnić.
Nihilów należało powstrzymać, za wszelką cenę.
Tak więc podczas gdy reszta Jedi skupiała wysiłki na przedarciu się
przez Wał Burzowy lub znalezieniu sposobu na walkę z bezimiennymi, Bell,
wraz z innymi, takimi jak Mirro Lox i Amadeo Azzazzo, kontynuowali próby
udaremnienia najazdów Nihilów i niedopuszczenia, by skrzywdzili kolejne
istoty.
W tej wojnie - wojnie Bella - liczyło się każde życie. Każda śmierć była
porażką. Co innego oznaczało działanie dla światła i życia, jeśli nie
to?
Rozmowy między załogą statku - składającą się głównie z żołnierzy KOR -
nieuchronnie zeszły na temat zbliżającej się rocznicy upadku Gwiezdnego
Blasku i chociaż starali się mówić cicho w pobliżu swoich pasażerów
Jedi, mimo wszystko wprawiło to Bella w refleksyjny nastrój.
Przez ulotną chwilę po zniszczeniu Latarni Zettifar sądził, że stracił
wszystko. Ale to był tylko moment zwątpienia. Pomimo tego, co się
wydarzyło, zakon Jedi wciąż trwał. A skoro Jedi wciąż czuwali, stali na
straży pokoju i dokładali wszelkich starań, by go przywrócić - ci,
którzy przeżyli, wszyscy na Coruscant - wciąż mogli podtrzymywać
światło. Wciąż mogli być latarnią rozświetlającą mrok.
Bell nigdy nie stracił nadziei. Nigdy...
- Rwwwaaaarrrwooo!
Uśmiechając się pod nosem, Bell odwrócił się, aby spojrzeć na swojego
przyjaciela Burryagę. Jedi rasy Wookiee patrzył na niego pytającym
wzrokiem, przechylając lekko głowę na ramię, na które spływała mu
spleciona w cienkie warkoczyki sierść.
- Arroorrrooo - odmruknął Bell. Większość ostatniego roku spędził,
ucząc się shyriiwooka, ale artykułowanie pewnych słów i wyrażeń wciąż
przyprawiało go o ból krtani.
Burryaga roześmiał się szczekliwie i skomentował:
- Warrraa roowarr!
Bell wzruszył ramionami, a jego usta rozciągnęły się w szerokim
uśmiechu. Po chwili on również roześmiał się serdecznie.
- Cóż, przynajmniej próbowałem. - Wygładził poły swoich szat. - I... hm,
tak. Wpadłem chyba w melancholijny nastrój - wiesz, cała ta rocznica i w ogóle...
Burry wyraźnie spoważniał. Gdy odwrócił wzrok, pocierając z namysłem
kark, Żarka podbiegła do niego i otarła się o jego nogi. Wookiee
pośpiesznie poklepał sierść w miejscu, w którym zaczęła się tlić.
- Przepraszam - bąknął Bell. - Wiem, że to dla ciebie wciąż trudne. -
Oddech uwiązł mu w gardle i on także odwrócił wzrok. Nadal nie mógł
myśleć spokojnie o tym, jak niewiele brakowało, by stracił kolejnego
przyjaciela z powodu Nihilów.
Tuż przed upadkiem Gwiezdnego Blasku Burryaga walczył z rathtarem i zniknął bez śladu. Nie odnaleziono go pośród szczątków stacji
kosmicznej, która runęła do eiramskiego oceanu, i uznano, że zginął w katastrofie, podobnie jak mistrz Stellan, Maru i wszyscy inni, próbujący
zapobiec zniszczeniu Latarni lub pomagający w desperackich próbach
ewakuacji.
Ale Bell nie zamierzał przyjąć tego do wiadomości. Był przekonany, że
Burry zdołał przeżyć. I miał rację. Znalazł go głęboko pod powierzchnią
eiramskiego oceanu, uwięzionego w systemie jaskiń, z kończącym się
szybko zapasem tlenu. Jakimś cudem przetrwał: udało mu się znaleźć
kieszeń powietrzną w jednej z grot i spędził tam miesiąc, z determinacją
walcząc o życie i zastanawiając się, czy komukolwiek z zakonu przyjdzie
do głowy, by go szukać.
A potem znalazł go Bell, zaś powrót Burry'ego na Coruscant okazał się
jakże potrzebnym Jedi w tych trudnych momentach małym zwycięstwem, które
znacząco podbudowało ich osłabione morale. Jednak czasem, w mrocznych
chwilach zwątpienia, Zettifar nadal nie mógł przestać się zastanawiać,
co by się stało, gdyby posłuchał innych, wrócił na Coruscant i założył,
że Burry nie żyje, że zginął w ciemnych głębinach oceanu.
Moc doprowadziła go do Wookieego, mimo iż wszyscy inni zwątpili. Bell
wiedział, że Najwyższa Rada musi podejmować niełatwe decyzje, że
zagrożenie ze strony Nihilów jest ważniejszym problemem niż troska o los
jednostki, ale mimo to nauczył się cennej lekcji ufania własnym
instynktom, nawet jeśli te instynkty czasami wydawały się sprzeczne z osądem innych. I właśnie dlatego był tutaj, wypełniając swoją misję. Był
tam, gdzie powinien. Czuł to głęboko w kościach.
W ciągu miesięcy po tym, jak uratował Burry'ego, zadzierzgnęła się
między nimi silna więź przyjaźni. Wspólnie zostali pasowani na rycerzy,
obcięto im padawańskie warkoczyki i stali się pełnoprawnymi Jedi, a ich
wysiłki na rzecz niesienia pomocy podczas katastrofy Gwiezdnego Blasku
zostały uznane przez Radę Jedi za wystarczające potwierdzenie, iż są
gotowi na awans.
Wspierali się nawzajem podczas misji wypełnianych na nowym pograniczu
galaktyki - na skraju Strefy Okluzji - i walczyli ramię w ramię, broniąc
przed Nihilami osady na księżycu Saltear, gdzie po raz pierwszy natknęli
się na nihilski okręt "Kakofonia" i jego niebezpieczną, białowłosą
kapitan, Melis Shryke. Tą samą, która odpowiadała za porwanie wielkiego
mistrza Vetera.
Kiedy Bell zwrócił się do Rady o pozwolenie na podjęcie tej misji, Burry
był u jego boku, niezłomny i zdeterminowany jak zawsze. Z całego serca
wierzył w powołanie Zettifara, podzielając pragnienie przyjaciela, by
chronić tych, którzy nie mogą obronić się sami. I tak oto znaleźli się
tutaj, na pokładzie statku Republiki, współpracując z niewielkim
oddziałem żołnierzy KOR, próbujących przewidzieć miejsca przyszłych
nalotów Nihilów.
Młody Jedi sądził, że ataki te miały charakter oportunistyczny - że wróg
celowo napada na osady znajdujące się tuż poza Strefą Okluzji, obierając
sobie za cele tych, którzy byli zbyt słabi lub przestraszeni, by się
bronić. Typowe tchórzowskie zagrywki.
Bell i załoga statku próbowali namierzyć nihilskie jednostki, ale cała
łączność w Strefie Okluzji, w tym sygnały nadawane przez urządzenia
namierzające, była blokowana lub kontrolowana przez wrogów. Gdy tylko
ich jednostki przelatywały przez Wał Burzowy, praktycznie znikały i nie
istniał sposób, aby dowiedzieć się, gdzie pojawią się później. Jedynym,
co mogli zrobić w tej sytuacji, było trwać w pobliżu najbardziej
narażonych układów i... czekać.
A Bell nie lubił czekać. A już szczególnie, gdy w grę wchodziło czyjeś
życie.
Rozejrzał się po opustoszałym mostku "Traktatu".
- Jakieś wieści od mistrza Elzara? - spytał, skupiając ponownie wzrok na
Burryadze.
Wookiee potrząsnął głową.
Brak postępów był... niepokojący. Zważywszy na wszystkie starania
połączonych sił Jedi i Republiki, znalezienie sposobu na pokonanie Wału
Burzowego powinno pozostawać tylko kwestią czasu. Wyglądało jednak na
to, że Nihilowie okazali się niebywale wręcz skuteczni w obracaniu
technologii Republiki przeciwko niej samej: jak dotąd próby sforsowania
bariery poskutkowały jedynie utratą kilku statków i ich pilotów.
Niektóre zostały wyciągnięte z nadprzestrzeni w postaci zmasakrowanych
wraków, podczas gdy inne po prostu zniknęły bez śladu - wszelki słuch po
nich zaginął.
A teraz pojawiły się pogłoski o próbach podjęcia pokojowych negocjacji...
Bell popierał każde rozwiązanie, pozwalające uniknąć przemocy, ale
prawda była taka, że ani przez chwilę nie wierzył, iż Nihilowie
rzeczywiście chcą pokoju.
Wszyscy słyszeli mowę Marchiona Ro po upadku Gwiezdnego Blasku. Drwiący,
okrutny ton Oka Burzy. Jeszcze na Coruscant Bell stanowił część zespołu,
który próbował analizować transmisję w poszukiwaniu jakichś wskazówek -
odtwarzano ją w kółko raz po raz, aż słowa Everena wryły się głęboko w mózg Zettifara, jakby wyżłobiły w nim nowe, trwałe bruzdy.
"Dla tej części galaktyki nie ma nadziei. Jest tylko rozpacz".
To było kłamstwo. Jawne, okropne kłamstwo.
Ale Bell nie mógł przestać się zastanawiać, ile istot w Strefie Okluzji
uwierzyło, że to prawda, zwłaszcza po całym roku spędzonym pod
nihilskimi rządami terroru.
Z zadumy wyrwał go cichy, pełen troski pomruk Burryagi.
- Tak, wiem - westchnął. - Masz rację. Powinienem poświęcić trochę czasu
na medytację. Ale co, jeśli...
Przerwał mu przenikliwy dźwięk alarmu, niosący się po całym statku.
Żarka szczeknęła, zaniepokojona nagłym hałasem.
- Ocalony przez alarm - zażartował Bell, zerkając na Burry'ego.
Przeszedł do miejsca, w którym kapitan "Traktatu", Amaryl Pel,
pośpiesznie wydawała pilotowi rozkaz opuszczenia nadprzestrzeni.
- Kolejny nalot? - zapytał.
Kobieta spojrzała na niego przelotnie, po czym wzruszyła ramionami.
- Nieznany sygnał alarmowy, pochodzący z planety Ribento.
- Ale... czy to Nihilowie? - dopytywał Zettifar.
- A czy to ważne? - odpowiedziała pytaniem Pel, nie kryjąc irytacji. -
Ktoś potrzebuje naszej pomocy.
Bell skinął głową.
- Oczywiście. - Obejrzał się na Burry'ego. - Gotów?
- Wrrraaw!
- Tak właśnie myślałem - odparł Zettifar.
Rozdział trzeci. CORUSCANT
Rozdział trzeci
CORUSCANT
Kanclerz Lina Soh siedziała za biurkiem, przygarbiona, z głową pochyloną
nad datapadem. Towarzyszyły jej dwa wierne targony, Matari i Voru,
olbrzymie koty o miękkiej, puszystej sierści, czterech oczach i wydatnych, ostrych kłach. Były tyleż jej pupilami, co strażnikami, i nie
odstępowały kobiety praktycznie na krok. Gdy Elzar wszedł do pokoju,
podniosły na niego wzrok. Czy może raczej: przyjrzały mu się taksująco
od stóp do głów. Nie był tego do końca pewien, ale czuł, że obserwują go
uważnie.
Kanclerz wyglądała na zamyśloną. Marszczyła w skupieniu brwi, a Mann nie
mógł nie dostrzec, że zmarszczki wokół jej oczu się pogłębiły - nie z powodu postępującego wieku, ale bez wątpienia ze względu na nieustanną
presję związaną z piastowanym stanowiskiem. Oto miał przed sobą kobietę,
która dźwigała na swoich barkach ciężar całej Republiki, która
przetrwała burzę największych strat, jakich galaktyka kiedykolwiek
doznała, która odniosła rany i poznała smak strachu, a mimo to była w stanie zachować spokój oraz skupienie i zrobić wszystko, co należało w tej sytuacji.
Cóż, a przynajmniej przez większość czasu. Jej syn Kitrep Soh również
zaginął, przypuszczalnie uwięziony za Wałem wraz ze swoją sympatią,
Jomem Lariinem, a kanclerz czuła coraz bardziej desperacką potrzebę ich
odnalezienia - i ocalenia.
Gdy rok wcześniej postawiono Wał Burzowy, chłopcy podróżowali po
Zewnętrznych Rubieżach i od tamtej pory słuch po nich zaginął, podobnie
jak o wielu innych.
Gdy Elzar podszedł do biurka, kanclerz również podniosła na niego wzrok,
a kącik jej ust drgnął w lekkim uśmiechu.
- Mistrzu Mann! Elzarze...
- Powtarzasz ostatni raz swoją mowę?
Potrząsnęła głową.
- Chciałabym. - Z westchnieniem odłożyła datapad na biurko. - To raporty
rolnicze. Ponieważ Hetzal wciąż pozostaje w Strefie Okluzji, musimy
rozdzielać zbiory z innych światów, aby móc nakarmić i dostarczyć wodę
tym na jej zewnętrznych obrzeżach. To spore obciążenie dla całych
Środkowych Rubieży...
Leżący obok niej Matari prychnął, jakby wyczuwając jej narastającą
frustrację. Sięgnęła do targona i zmierzwiła czule jego grzywę.
- Wiesz, że nie jestem zwolennikiem frazesów. Ale wykonujesz niesamowitą
pracę. Aczkolwiek bardzo niewdzięczną.
Uniosła brwi.
- Cieszę się, że przynajmniej ty to dostrzegasz. Ale spróbuj powiedzieć
to Senatowi...
- Wiesz, że im również nie jest lekko. Jak zresztą nikomu ostatnio.
Dopóki nie uporamy się z zagrożeniem ze strony Nihilów...
- Minął rok, Elzarze - weszła mu w słowo. - Dokładnie rok. Zaczynam się
obawiać, że musimy przestać się okłamywać. Zmierzyć się z okrutną
prawdą. Że nie poradzimy sobie z nimi - że Nihilowie tu zostaną. Już na
zawsze...
- Po tym, czego się dopuścili? Pomyśl o tych wszystkich ludziach
uwięzionych za Wałem Burzowym - na Delemede, Galtei, Pantorze,
uginających karki pod jarzmem Nihilów. Nie możemy przejść nad tym do
porządku dziennego i o nich zapomnieć.
- Mi to mówisz? - warknęła, a Elzar zganił się w duchu za swoją
obcesowość. - Nie myślę o niczym innym. Nie wiem nawet, czy Kip wciąż
żyje. I gnębi mnie to każdego dnia. Bardziej, niż ktokolwiek jest sobie
w stanie wyobrazić.
- Wiem i przepraszam - bąknął. - Ale nie możemy ustąpić. Musimy działać.
Znaleźć sposób, aby wedrzeć się do Strefy Okluzji i ich powstrzymać.
Zagrożenie, jakie stanowią dla galaktyki... nie wspominając o Jedi...
Skinęła głową, zrezygnowana.
- Wiem. Po prostu... są osoby, które naciskają, abyśmy zawarli
porozumienie. Byśmy uznali legalność przestrzeni Nihilów w nadziei na
ponowne otwarcie szlaków handlowych. A ich głosy są coraz liczniejsze...
- Są w błędzie - odparł z mocą.
- Czyżby? - spytała gorzko Soh. - Zastanawiam się... - urwała na chwilę. -
Co, jeśli to jedyny sposób na odzyskanie tych, którzy zaginęli? Zawrzeć
jakiś układ, zgodzić się na warunki Nihilów? Może moglibyśmy
wynegocjować wymianę...?
Elzar potrząsnął głową, przerażony samą sugestią.
- Nie - zaprotestował stanowczo. - Kapitulacja oznaczałaby, że się
poddajemy. Że zapomnieliśmy o wszystkim, co utraciliśmy. Kogo
straciliśmy. Nie możemy ufać Nihilom - ani teraz, ani nigdy. Skąd mamy w ogóle wiedzieć, czy ich propozycje nie są tylko kolejną sprytną
zagrywką, obliczoną na zyskanie czegoś więcej?
- Nie możemy mieć takiej pewności.
Przez chwilę oboje milczeli.
- Ja też za nimi tęsknię - powiedziała, zmieniając pozycję, by
wyregulować protezę nogi - skutek obrażeń, jakich doznała na Valo
podczas ataku Nihilów na Festiwalu Republiki. Być może aby przypomnieć
Elzarowi, że wie aż nadto dobrze, jak wiele stracili.
Mann przełknął ślinę; nagle zaschło mu w ustach.
- Oni... walczyliby dalej. Oboje. Avar i Stellan.
- Wiem.
- Avar na pewno się nie podda. Jest tam teraz i robi wszystko, co w jej
mocy, by sprowadzić ich ze Strefy Okluzji.
Soh skinęła głową.
- Masz rację. Coś wymyślimy. Wymyślisz... - Oblizała nerwowo wargi. - Oby
szybko. Dla dobra nas wszystkich. Nie mogę w nieskończoność trzymać
Senatu w niepewności. I nie mogę czekać. Muszę zyskać pewność, że nic mu
nie jest, Elzarze. Jestem pewna, że to rozumiesz. Akurat ty powinieneś
wiedzieć o tym aż nadto dobrze.
Skinął głową.
- On wie, że próbujesz do niego dotrzeć. Oni wszyscy. Wiedzą, że się nie
poddaliśmy.
Uśmiechnęła się z przymusem.
- Tak, oczywiście. I zawsze jest szansa, że któraś z twoich wiadomości
do nich dotarła. Niosąc im nadzieję, że o nich nie zapomnieliśmy,
prawda? Muszę w to wierzyć.
- Też na to liczę - zapewnił ją. Podczas gdy Nihilowie blokowali całą
łączność w okolicach Strefy Okluzji, Elzar spędził wiele miesięcy,
nadając serię wiadomości na szerokim spektrum kanałów i częstotliwości -
niektórych dawno zapomnianych, odnalezionych w Archiwach Jedi. Miał
nadzieję, że przypomną one wszystkim Jedi, wszystkim istotom w Strefie
Okluzji, że Jedi są z nimi, bez względu na wszystko. Że wciąż jest
nadzieja. Że Republika i zakon wspólnie znajdą sposób, aby sprowadzić
ich do domu lub uwolnić od jarzma ucisku.
Miał tylko nadzieję, że jego przekaz został odebrany.
Elzar potarł w zamyśleniu podbródek, ze zdziwieniem rejestrując, że
pokrywa go krótka, ostra szczecina. Czy naprawdę tak dawno się nie
golił?
- Pasuje ci - stwierdziła z uśmiechem kanclerz.
Potrząsnął głową.
- O nie. Nie próbuję...
Uśmiechnęła się do niego ponownie.
"Nie próbuję zapuścić brody jak Stellan" - dokończył w myśli Mann, nie
ośmielając się wypowiedzieć tych słów na głos. Odwrócił wzrok, wziął
głęboki wdech i wypuścił z sykiem powietrze z płuc.
- Przepraszam, Elzarze. Nie chciałam cię zawstydzić - powiedziała. Wciąż
się uśmiechała, ale w jej oczach widział smutek. - Wszyscy odczuwamy
presję - dodała, nieco ciszej. - Zwłaszcza dziś. - Po chwili milczenia
spytała: - Jak się trzymasz? Tylko szczerze.
Podchwycił jej wzrok. Jak to możliwe, że osoba dźwigająca tak ogromny
ciężar na swoich barkach mogła myśleć o innych, zwłaszcza w dniu takim
jak dzisiejszy?
- Mam tylko nadzieję, że Nihilowie nie planują uczcić tej okazji -
wymamrotał.
- Od miesiąca są dziwnie cicho - zauważyła w odpowiedzi.
- Kontynuowali naloty na niektóre z odległych układów.
- Tak, ale z naszego wywiadu, nawet jeśli nie mamy zbyt wielu
informacji, nie wynika, by planowali jakieś ataki na dużą skalę -
powiedziała kanclerz. - Niemniej jednak Koalicja Obrony Republiki jest w pełnej gotowości. Podjęliśmy środki ostrożności i rozmieściliśmy floty w pobliżu wszelkich wrażliwych celów wzdłuż granicy Strefy Okluzji. -
Usiadła prościej, jakby samą zmianą postawy chciała dać mu do
zrozumienia, że rozmawiają teraz na bardziej oficjalnej stopie - i jakby
chciała utwierdzić w tym przekonaniu również samą siebie. - Nie
spodziewamy się żadnych kłopotów.
- Obyś miała rację - westchnął.
Lina Soh zamrugała, wzięła głęboki wdech i wstała, a wraz z nią dwa
oswojone targony.
- A teraz czas na przemówienie.
Rozdział czwarty. UKŁAD RIBENTO
Rozdział czwarty
UKŁAD RIBENTO
Statek opuścił nadprzestrzeń. Odgłosy alarmów zbliżeniowych odbijały się
echem od grodzi, ostre i natarczywe. Światła ostrzegawcze rozbłyskiwały
naglącą, pulsującą czerwienią, a członkowie załogi przekrzykiwali się
jeden przez drugiego:
- Trzy nihilskie statki!
- Bombardują planetę z orbity!
- Zauważyli nas!
Bell zamknął oczy. Wziął długi, głęboki oddech, starając się oczyścić
umysł. "Skup się!" - nakazał sobie w myśli. "Skoncentruj się..."
- Przygotować się - powiedział, otwierając oczy. Jego głos był miarowy i spokojny, ale w jakiś sposób zdawał się przebijać przez kakofonię
alarmów i pełnych napięcia okrzyków. Załoga na swoich stanowiskach
kurczowo trzymała się krzeseł i konsol, gdy "Traktat" zadrżał, ugodzony
salwami w lewą burtę. Rozległy się kolejne syreny. Z sufitu posypał się
deszcz iskier, a Żarka wydała z siebie ostrzegawcze szczeknięcie.
- Arrrwooo! - mruknął Burryaga.
- Tak - potwierdził Bell. - Cztery nihilskie jednostki.
- Raport o uszkodzeniach! - zażądała kapitan Pel.
- Śluza powietrzna na prawej burcie rozszczelniona, ale poza tym kadłub
zachował integralność.
- Zawrócić - rozkazała Pel. - I niech Hintis przyśle posiłki,
natychmiast!
- Tak jest, pani kapitan!
"Traktat" pochylił dziób, wykonując obrót w prawo i zmieniając lekko
pozycję, dzięki czemu Bell i reszta po raz pierwszy zyskali dobry widok
na układ Ribento, w którym się znaleźli. Trzeba przyznać, że robił
niesamowite wrażenie - jasne gwiazdy podwójne, trwające w majestatycznym
tańcu z trzema ciałami niebieskimi: planetą Ribento i jej dwoma
zamieszkałymi księżycami, Morlasem i Tho - ale efekt psuły aktualnie
rozrzucone szczątki czegoś, co niegdyś musiało być stacjami
posterunkowymi, oraz obecność kilku nihilskich statków.
Trzy z nich były mniejszymi, skleconymi z różnych elementów jednostkami,
typowymi dla tej grupy - praktycznie stertami złomu, połączeniem źle
dopasowanych części pozyskanych z wraków lub maszyn skradzionych
porwanym ofiarom - ale ostatni zdecydowanie wyglądał znajomo.
"Kakofonia". Statek Melis Shryke. Nihilki, która porwała wielkiego
mistrza Vetera tuż spod ich nosów i siała terror na rozproszonych
światach na granicy Strefy Okluzji.
- Wreszcie! - wyrwało się Bellowi z głębi ściśniętej z napięcia klatki
piersiowej. To była ich szansa na zmuszenie Shryke, by zapłaciła za
swoje czyny. Postawienie jej przed obliczem sprawiedliwości. Okazja, na
którą czekał.
- Wysłać skywingi! - rozkazała Pel.
Quarik przekazała rozkaz.
Osiem małych republikańskich myśliwców o kadłubach w kształcie grotu
strzały wystartowało z hangaru "Traktatu", formując dwie eskadry.
W chwili obecnej "Kakofonia" ostrzeliwała z orbity stojącą w płomieniach
osadę na Ribento - prawdopodobnie to oni wzywali pomocy. Pozostałe,
mniejsze statki Nihilów zawracały w ich stronę. Jeden z nich - myśliwiec
z jasnoniebieskim okiem wymalowanym na burcie - zamigotał i zniknął,
wchodząc w nadprzestrzeń.
- Salwa na siedem-dziewięć-przecinek-trzy-dwa-pięć - nakazał Bell.
- Ale tam nic nie ma! - sprzeciwiła się Pel.
- Zaufaj mi - poprosił. Działał teraz instynktownie, pozwalając swoim
wyostrzonym Mocą zmysłom sięgnąć poza granice statku, aby wyczuć każde,
nawet najmniejsze jej drżenie.
- Cel namierzony! - zawołał strzelec, wysoki, szczupły Kel Dor
nazwiskiem Pha Rool. Jego głos był lekko przytłumiony z powodu maski
oddechowej.
- Ognia! - krzyknęła Pel.
Pocisk - jeden z zaledwie sześciu będących na wyposażeniu "Traktatu" -
opuścił gniazdo przy akompaniamencie ryku zapłonu, mknąc przez próżnię w kierunku gwiazdy.
Mijały sekundy. Pel odwróciła się i spojrzała na Bella, z frustracją
marszcząc brwi. Dwa pozostałe małe nihilskie statki szybko się do nich
zbliżały.
- Chwila - powiedział Bell, podnosząc rękę i prosząc o jeszcze odrobinę
cierpliwości. - Czekajcie...
I wtedy nihilski myśliwiec wyszedł z nadprzestrzeni wprost na torze lotu
nadlatującej rakiety. Pilot nie był w stanie nic zrobić. Nie zdążył
nawet podjąć żadnych prób uniku, bo pocisk uderzył w płyty ablacyjne na
dziobie stateczku, a ten natychmiast rozprysnął się w kuli ognia, siejąc
wokół szczątkami.
Bell wyczuł, jak w Mocy migocze i gaśnie kilka światełek, i się
skrzywił.
Wśród załogi rozległy się okrzyki triumfu. Pel obrzuciła Bella
spojrzeniem, w którym dało się dostrzec zarówno szacunek, jak i podejrzliwość.
- Nadlatują!
- Wykonać unik!
"Traktat" zatrząsł się potężnie, gdy odpalono jego tylne silniki
manewrowe, a jego dziób opadł gwałtownie. Tuż nad ich lewą dziobową
płetwą przemknęła salwa wystrzelona przez drugi nihilski statek,
zaledwie o włos omijając mostek, na którym stał Bell i reszta.
Cztery skywingi natychmiast rzuciły się za nim w pościg, rażąc go
promieniami wystrzeliwanymi z działek laserowych. Pozostałe zawróciły,
przygotowując się do starcia z ostatnią z mniejszych nihilskich
jednostek.
- Musimy dotrzeć do "Kakofonii" - powiedział Bell. - Skywingi poradzą
sobie z myśliwcami.
Burry pokiwał gorliwie głową, aż zakołysały się jego warkoczyki.
Zawarczał w shyriiwooku, sugerując, by wskoczyli za stery swoich
vectorów.
- Dobry pomysł - ocenił Zettifar, odwracają się do Pel. - Czy moglibyśmy
jednak najpierw podlecieć bliżej?
- Oczywiście - potwierdziła kapitan. - Quarik? Podprowadź nas.
"Traktat" pomknął naprzód, nabierając z każdą chwilą prędkości.
Nieopodal, za przednim iluminatorem, cztery skywingi oskrzydliły właśnie
nihilski myśliwiec. Działka bluznęły... i stateczek zniknął w chmurze
ognistej eksplozji.
Reszta myśliwców ścigała ostatnią z mniejszych wrogich jednostek. Nie
minie wiele czasu, nim i ona zostanie zmieniona w obłok gwiezdnego pyłu.
Bell poczuł przypływ nadziei.
"Tym razem... - pomyślał - ...tym razem nam się uda".
Tymczasem "Kakofonia" przerwała ostrzał Ribento i powoli obracała się w ich stronę, odsuwając od studni grawitacyjnej planety, aby stawić im
czoła.
Bell szturchnął Burryagę w ramię.
- Mam nadzieję, że jesteś gotów do walki?
Wookiee odrzucił głowę na plecy i zaryczał potwierdzająco.
- Przygotować działa - rozkazała Pel, pochylając się do przodu w swoim
fotelu. - Ostrzelać ich dziób, gdy tylko znajdą się w zasięgu. Czekać w pogotowiu. Pamiętajcie, że naszym celem jest unieszkodliwienie ich, a nie zniszczenie. Musimy zdobyć działający napęd Ścieżki.
- Tak jest, pani kapitan! - rozległa się chóralna odpowiedź.
"Traktat" kontynuował lot, szybko zmniejszając dystans dzielący obie
jednostki.
- Zajmiemy ich, dopóki do nich nie dotrzecie - powiedziała Pel, patrząc
ostro na Bella. - Ale pamiętajcie: wkrótce przybędą posiłki. Nie musicie
podejmować zbędnego ryzyka. Wiem, że jesteście Jedi, ale nadal
pozostajecie częścią tej załogi.
Zettifar skinął głową. Pel też była obecna, gdy porwano Pra-Tre Vetera.
Najwyraźniej nie zamierzała pozwolić, by znowu pojmano przy niej
kolejnych Jedi.
- Będę celował w ich napęd. Burry zajmie się systemami uzbrojenia. Jeśli
uda nam się ich unieruchomić do czasu przybycia posiłków, mamy szansę.
Wookiee potwierdził kiwnięciem głowy, ruszając już w kierunku rufy
statku, gdzie w hangarze czekały ich vectory.
- Zaczekajcie! - zawołała w ślad za nimi Quarik.
Bell odwrócił się w jej stronę.
- Tak?
- Opuścili studnię grawitacyjną planety. Aktywują hipernapęd...
Bell zamarł, wpatrując się w "Kakofonię", która nagle zamigotała i zniknęła z pola widzenia, skacząc w nadświetlną.
- Użyli napędu Ścieżki - powiedział Pha Rool.
- Uciekli? - jęknęła Pel.
Bell walczył z falą narastającej frustracji.
Tak mało brakowało... Znowu. Kolejna porażka.
- Na to wygląda - potwierdziła Quarik. - Nie ma po nich śladu.
Pel zaklęła pod nosem.
- W porządku. Odwołajmy skywingi, jak tylko... - Resztę jej słów zagłuszył
potężny huk ostrzału, który ugodził w górną część kadłuba, wprawiając
cały statek w drżenie. Rozległy się kolejne alarmy, a wyświetlacze na
całym mostku poczerwieniały od sygnałów ostrzegawczych.
- Raport!
- To "Kakofonia"! Wyskoczyli z nadprzestrzeni tuż nad nami! - krzyknął
Pha Rool.
- I wysyłają więcej statków - dodała Quarik drżącym z napięcia głosem. -
Lecą prosto na nas.