Star Wars. Wielka Republika. Oko Ciemności - George Mann

Kup ebooka

44.00 zł
37.40 zł (36,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział piąty. UKŁAD RIBENTO

Roz­dział piąty

UKŁAD RIBENTO

Melis Shryke zaczy­nała rozu­mieć, dla­czego Mar­chion Ro i reszta Nihi­lów tak bar­dzo nie­na­wi­dzili Jedi.

Dołą­czyła do nich zale­d­wie sześć mie­sięcy temu, po tym, jak ich tak zwana mini­ster ochrony - krewka Miria­lanka w inkru­sto­wa­nej czar­nej zbroi, nazy­wana przez innych Nihi­lów gene­rał Viess - przy­była do mia­sta Jodzia na rodzin­nej pla­ne­cie Shryke, Ban­too, żąda­jąc daniny. Kiedy bur­mistrz mia­sta odmó­wił uisz­cze­nia opłaty, twier­dząc, że Nihi­lo­wie dzia­łali nie­le­gal­nie, wzno­sząc Wał Burzowy i zamy­ka­jąc Ban­too w Stre­fie Oklu­zji, Shryke obser­wo­wała ze swo­jego bal­konu, jak najeźdźcy prze­ta­czają się przez mia­sto niczym roz­sza­lała burza, zrów­nu­jąc z zie­mią trzy dziel­nice przy dźwię­kach swo­jej okrop­nej "muzyki" i bru­tal­nie mor­du­jąc każ­dego, kto sta­nął im na dro­dze.

Powinna być wście­kła. Powinna była wezwać straże, aby spró­bo­wać ochro­nić oby­wa­teli. Powinna była zro­bić to, czego ocze­ki­wano od jej rodziny, i w obli­czu kata­strofy sta­wić męż­nie czoła wro­gowi. Przeciwsta­wić się cie­mięż­com. Ponie­waż, jak zawsze powta­rzał jej ojciec, tylko człon­ko­wie rodziny Shryke mogli gnę­bić kogo­kol­wiek w Jodzi.

Ale Melis Shryke tego nie zro­biła.

Zamiast tego po pro­stu stała na bal­ko­nie i patrzyła, jak Nihi­lo­wie pusto­szą jej mia­sto, pozo­sta­wia­jąc za sobą szlak znisz­czeń i zakrwa­wio­nych ciał.

Mało tego: spra­wiło jej to satys­fak­cję. W isto­cie roz­ko­szo­wała się tym wido­kiem. Pocią­gała ją czy­stość dzia­łań Nihi­lów, szcze­rość tkwiąca w ich bru­tal­no­ści. Uznała, że to istoty nie­skrę­po­wane spo­łecz­nymi impe­ra­ty­wami, iry­tu­ją­cymi rytu­ałami i zasa­dami, które zawsze kie­ro­wały jej życiem jako córki zna­mie­ni­tego rodu. Regu­łami, które uczy­niły to życie wię­zie­niem. Nihi­lo­wie rozu­mieli radość pły­nącą z cał­ko­wi­tego porzu­ce­nia wszel­kich norm i dzia­ła­nia samo­pas. Ich jedyny kodeks sta­no­wiła wiara w impul­syw­ność, pod­da­wa­nie się pod­sta­wo­wym pra­gnie­niom bez kwe­stio­no­wa­nia ich słusz­no­ści, bez obaw czy poczu­cia winy. Brali to, czego chcieli, i mówili dokład­nie to, co myśleli. I cecho­wała ich piękna, nisz­czy­ciel­ska skłon­ność do prze­mocy.

Kobie­cie, która przez całe życie była dzie­dziczką ary­sto­kra­tycz­nej spu­ści­zny, od małego ubie­raną w wyszu­kane stroje, stro­joną i wysta­wianą na widok publiczny, któ­rej ni­gdy nie pozwa­lano mówić, robić ani zacho­wy­wać się tak, jak chciała, wyda­wało się to cał­ko­wi­cie odu­rza­jące. Nihi­lów cecho­wała w jej oczach wol­ność, o jakiej ni­gdy nie śmiała marzyć. A w gene­rał Viess wresz­cie zna­la­zła kogoś, na kim mogła się wzo­ro­wać. Była osobą, która żyła dokład­nie tak, jak Shryke zawsze chciała żyć.

I tak oto po raz pierw­szy pozwo­liła, by jej dzia­ła­niami pokie­ro­wały impulsy.

Naj­pierw zde­cy­do­wała, że potrze­buje jakie­goś bar­dziej odpo­wied­niego stroju. Cze­goś, co Viess, odziana w swoją wspa­niałą zbroję, mogłaby doce­nić.

Pośpiesz­nie wło­żyła swój wła­sny cere­mo­nialny pan­cerz, który został wykuty, aby mogła go nosić pod­czas impo­nu­ją­cych parad, każ­dego sezonu orga­ni­zo­wa­nych w mie­ście przez jej rodzinę. Cho­ciaż nie zno­siła prze­py­chu i oko­licz­no­ści towa­rzy­szą­cych tego typu wyda­rze­niom, zawsze uwiel­biała samą zbroję: jej błę­kitny połysk, jej cię­żar na ramio­nach i ple­cach, spo­sób, w jaki wypo­le­ro­wany kobalt kon­tra­sto­wał z ostrą bielą jej sple­cio­nych wło­sów. Mając ją na sobie, czuła się potężna. Jakby mogła zro­bić wszystko - lub być kim­kol­wiek.

Gdy była już odpo­wied­nio ubrana, wzięła ozdobny bla­ster ojca z szu­flady w jego gabi­ne­cie i zastrze­liła bied­nego głupca w łóżku. Nie wywo­łało to u niej smutku ani poczu­cia winy - nie nale­żał do przy­kład­nych rodzi­ców, a ona wciąż uwa­żała, że odpo­wiada za śmierć matki. W isto­cie w chwili, gdy pocią­gnęła za spust i patrzyła, jak z jego otwar­tych sze­roko z prze­ra­że­nia oczu znika blask świa­do­mo­ści, ogar­nęło ją coś na kształt odświe­ża­ją­cego wyzwo­le­nia.

Następ­nie wyce­lo­wała bla­ster w głów­nego doradcę ojca, aż w końcu Neimo­idia­nin zgo­dził się otwo­rzyć ich rodzinny skar­biec (musiała co prawda zastrze­lić dwóch jego słu­gu­sów, aby prze­ko­nać go, że mówi poważ­nie). Zabrała tyle kre­dy­tów, ile zdo­łała unieść, a potem wyszła z pałacu na zasłane gru­zem ulice.

Kro­cząc pośród czar­nego dymu, uno­szą­cego się ze spa­lo­nych ciał, pode­szła do gene­rał Viess, kła­dąc stertę kre­dy­tów u jej stóp.

- Zapłacę daninę. Ale chcę do was dołą­czyć.

Viess uśmiech­nęła się do niej z roz­ba­wie­niem, przy­glą­da­jąc się jej lśnią­cej zbroi i har­dej postu­rze, a następ­nie ski­nęła głową.

Teraz, sześć mie­sięcy póź­niej, Shryke miała swój wła­sny sta­tek, "Kako­fo­nię", obsa­dzony jej wła­sną załogą, i prze­pro­wa­dzała naloty poza zewnętrz­nymi gra­ni­cami prze­strzeni Nihi­lów. Gro­ziła śmier­cią tym, któ­rzy mogliby choć roz­wa­żać bunt prze­ciwko nowemu reżi­mowi. Kon­ty­nu­owała cudowne dzieło Mar­chiona Ro i jego ludzi, sie­jąc chaos i bez­ład w galak­tyce. Zbie­rała żniwo śmierci i kre­dy­tów.

Ale co naj­waż­niej­sze, dobrze się przy tym bawiła. Po raz pierw­szy w życiu.

A teraz Jedi chcieli to wszystko zepsuć. Miała ochotę ich po pro­stu poza­bi­jać, żeby prze­stali wcho­dzić jej w drogę. To lek­cja, któ­rej nauczyła się od Nihi­lów - i jedyna, która naprawdę się liczyła.

Jed­nak zabi­ja­nie ich nie było czę­ścią jej misji. Nie­stety. Viess roz­ka­zała jej ich spro­wa­dzić. Schwy­tać żyw­cem i zabrać do bazy Nihi­lów na Het­zalu. Wię­cej karmy dla tych okrop­nych stwo­rzeń, które Ro trzy­mał zamknięte w piw­nicy lub para­do­wał z nimi, trzy­ma­jąc je na elek­trycz­nej smy­czy - karmy takiej jak ten Tar­nab, któ­rego pochwy­ciła kilka mie­sięcy temu.

To była godna walka. Melis odczu­wała wdzięcz­ność za tech­no­lo­gię Nihi­lów gene­ru­jącą pole blo­ku­jące dzia­ła­nie mie­cza świetl­nego po tym, jak prze­chwy­cili jego unie­ru­cho­miony sta­tek. Widok miny Jedi był wart wszel­kich poświę­ceń.

Tym razem jed­nak nie miała moż­li­wo­ści sko­rzy­sta­nia z takiego luk­susu. Wyglą­dało na to, że bra­ko­wało im gene­ra­to­rów.

- Co teraz, Burzo?

Shryke spoj­rzała na drobną istotę rasy Caphex, usa­do­wioną w fotelu pilota, z jedną nogą prze­rzu­coną non­sza­lancko przez pod­ło­kiet­nik. Szar­pała za jeden z kosmy­ków bia­łych wło­sów, pora­sta­ją­cych boki jej twa­rzy. Od wszyst­kich Nihi­lów wyma­gano nosze­nia sym­bolu Oka, wyma­lo­wa­nego na ciele lub zbroi, a Bryn malo­wało go sobie nie­bie­ską farbą na czole.

- Mówi­łam ci, żebyś mnie tak nie nazy­wało, Bryn.

Bryn uśmiech­nęło się z roz­ba­wie­niem.

- Wiesz prze­cież, że to oznaka sza­cunku, tak? Nie jesteś Jeźdź­czy­nią Nawał­nicy, ale dla nas jesteś w porządku. A więc Burza.

Shryke zasta­na­wiała się przez chwilę, czy nie zetrzeć mu tego paskud­nego uśmieszku z twa­rzy bla­ste­rem, ale w końcu doszła do wnio­sku, że ma rację. Może powinna się z tym pogo­dzić. Po pro­stu... sądziła, że skoń­czyła z wszyst­kimi tymi głu­pimi, nie­po­trzeb­nymi tytu­łami, kiedy wyrze­kła się swo­jej rodziny i powią­zań z daw­nym życiem.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Mniej­sza o to. W tej chwili mam waż­niej­sze rze­czy na gło­wie.

- Racja. Jak na przy­kład ci cho­lerni Jedi.

- Taak. Praw­dziwy wrzód na tyłku. - Par­sk­nęła śmie­chem. - Co w sumie pod­dało mi pewien pomysł...

Bryn obser­wo­wało ją przez moment, zanim w jego oku nie poja­wił się błysk zro­zu­mie­nia. Zdjęło nogę z pod­ło­kiet­nika.

- Och. Och! Podoba mi się twój tok rozu­mo­wa­nia. - Pochy­liło się nad kon­tro­l­kami, a jego palce zatań­czyły nad kla­wia­turą. - No to... idziemy na całość? Pełen roz­mach? Wszyst­kie sześć?

Shryke potrzą­snęła głową.

- Nie. Jesz­cze nie. Dwa powinny wystar­czyć, by zatrzy­mać to repu­bli­kań­skie ścierwo. I zająć się tym, co jest na jego pokła­dzie.

Bryn się roze­śmiało.

- Zupa z Jedi!

- Chcia­ła­bym - wes­tchnęła. - Ale potrze­bu­jemy ich żywych. I lepiej miej to na uwa­dze. - Odwró­ciła się, roz­kła­da­jąc sze­roko ramiona, aby zwró­cić na sie­bie uwagę pozo­sta­łych Nihi­lów na mostku. Jej załogi. Jedy­nych istot na tyle mądrych, by jej słu­chać. - Gdzie muzyka?! - zawo­łała. - Czy nie powin­ni­śmy przy­pad­kiem dobrze się bawić?!

Roz­le­gły się hała­śliwe okrzyki apro­baty, Nihi­lo­wie tupali i pohu­ki­wali na znak zgody. Z gło­śni­ków popły­nął ryk wrak­punka, a panele pod­ło­gowe aż zadrżały, gdy po statku poniósł się indu­strialny jazgot.

Shryke zamknęła oczy, roz­ko­szu­jąc się chwilą, nara­sta­ją­cym napię­ciem, przy­pły­wem adre­na­liny, uwiel­bie­niem swo­jej załogi i hała­sem. To był praw­dziwy chaos. To była esen­cja życia Nihi­lów. I było to nie­skoń­cze­nie piękne.

- Na twój roz­kaz... - powie­działo Bryn.

Shryke otwo­rzyła oczy i uśmiech­nęła się do Caphexo.

- Zróbmy to.

Rozdział szósty. UKŁAD RIBENTO

Roz­dział szó­sty

UKŁAD RIBENTO

Jesz­cze wię­cej stat­ków? - jęk­nęła Pel, wsta­jąc z fotela dowódcy na mostku "Trak­tatu".

Bell pod­szedł do ekranu, aby spoj­rzeć na nad­la­tu­jące jed­nostki.

Ich sky­wingi były teraz zwią­zane walką z czte­rema nowymi nihil­skimi myśliw­cami, krą­żą­cymi niczym komary wokół dwóch więk­szych stat­ków, pod­czas gdy ostrzał z dział "Kako­fo­nii" na­dal siał spu­sto­sze­nie w kadłu­bie "Trak­tatu".

Quarik robiła, co w jej mocy, aby chro­nić ich krą­żow­nik, zmu­sza­jąc go do wyko­ny­wa­nia manew­rów, do któ­rych zde­cy­do­wa­nie nie był prze­zna­czony, ale "Kako­fo­nia" nie odpusz­czała, bez trudu podą­ża­jąc za nimi, zwin­niej­sza i posia­da­jąca więk­szą moc sil­ni­ków.

Śmier­cio­no­śna.

Z jej rufo­wego han­garu wystar­to­wały wła­śnie dwa statki, spra­wia­jące wra­że­nie skle­co­nych na chy­bił tra­fił, więk­sze od pozo­sta­łych nihil­skich myśliw­ców, i wystrze­liły w ich stronę niczym poci­ski oto­czone pió­ro­pu­szami migo­czą­cego świa­tła. Róż­niły się od pozo­sta­łych wiel­ko­ścią, ale nie wyglą­dem: ich kadłuby zostały zło­żone z róż­nych ele­men­tów, pokry­tych bli­znami i mato­wymi plac­kami rdzy oraz śla­dami daw­nych tra­fień. Ich burty zdo­biło graf­fiti przed­sta­wia­jące jasne, wiru­jące oko Mar­chiona Ro.

Widać było wyraź­nie, że pod­stawę obu sta­no­wił ten sam stary model - miały zwę­ża­jące się, spi­ralne nosy, które błysz­czały w chłod­nym świe­tle słońca Ribento.

I oba zbli­żały się szybko do "Trak­tatu".

- Uniki! - wark­nęła Pel.

Bell za późno zdał sobie sprawę, z czym mieli do czy­nie­nia: to były statki wiert­ni­cze. Prze­sta­rzałe jed­nostki wydo­byw­cze, zapro­jek­to­wane do prze­bi­ja­nia się przez aste­ro­idy lub inne war­stwy skał i mine­ra­łów, praw­do­po­dob­nie kupione albo skra­dzione od zło­dzieja, który pozy­skał je z jakie­goś zapo­mnia­nego pola bitwy, porzu­cone tam po zakoń­cze­niu Wiecz­nej Wojny mię­dzy E'ronoh a jej bliź­nia­czą pla­netą, Eira­mem.

"Miej­sca, w któ­rym upa­dła Latar­nia Gwiezdny Blask" - pomy­ślał smęt­nie Bell. "Miej­sca, w któ­rym Burry pra­wie zgi­nął, a wielu innych stra­ciło życie. Miej­sca naszej naj­więk­szej hańby".

Nihi­lo­wie pró­bo­wali przy­po­mnieć im o wszyst­kim, co utra­cili.

I to dzia­łało.

Quarik despe­racko wal­czyła z kon­tro­l­kami, pró­bu­jąc obró­cić "Trak­tat", ale było już za późno.

"Kako­fo­nia" zasta­wiła pułapkę... a oni nie mogli nic zro­bić.

Pierw­sza jed­nostka wiert­ni­cza ude­rzyła w ich lewą burtę z grom­kim impe­tem, wpra­wia­jąc cały sta­tek w drże­nie. Bell usły­szał - i poczuł - jak koń­cówka wier­tła prze­bija kadłub "Trak­tatu", roz­dzie­ra­jąc meta­lowe poszy­cie przy akom­pa­nia­men­cie paskud­nego zgrzytu. Odwró­cił się i otwo­rzył sze­rzej oczy, się­ga­jąc Mocą, aby utrzy­mać nią w miej­scu Ama­ryl Pel, którą w innym wypadku impet zde­rze­nia pchnąłby przez całą dłu­gość mostka. Po chwili zwol­nił uścisk i deli­kat­nie opu­ścił ją na pod­łogę, gdy sta­tek powoli odzy­ski­wał sta­bilną pozy­cję.

- Kadłub naru­szony! - wykrzyk­nęła Quarik, prze­glą­da­jąc odczyty na ekra­nie przy swo­jej kon­soli.

Pel spoj­rzała na Burry'ego, który poma­gał jej wstać.

- Co to, u licha, mia...?

Prze­rwał jej szczęk licz­nych przylg, przy­wie­ra­ją­cych do kadłuba, i jego potę­pień­czy jęk, gdy sta­tek wiert­ni­czy naparł na nich moc­niej. Bell wie­dział już, co się szy­kuje.

Powie­trze prze­szył wysoki wizg wier­tła, gdy zaczęło zagłę­biać się w burtę "Trak­tatu", wpra­wia­jąc go w drże­nie i wibra­cje.

- Uszczel­nić gro­dzie! Zapie­czę­to­wać wyrwę! - krzyk­nęła Pel.

- Tak jest!

Bell wparł stopy w pokład, gdy drugi sta­tek wiert­ni­czy ude­rzył w prawą burtę, dołą­cza­jąc pośród war­kotu do swo­jego bliź­niaka.

Już za chwilę oba wier­tła wedrą się głę­boko w ich trze­wia, a "Trak­tat" zosta­nie zaklesz­czony mię­dzy wro­gimi jed­nost­kami. A ponie­waż gro­dzie pan­cerne były zamknięte, nie mogli dotrzeć do swo­ich vec­to­rów...

- Lada chwila roze­drą sta­tek! - jęk­nął Pha Rool. - Już po nas!

- Czy wciąż mamy dostęp do kap­suł ratun­ko­wych? - spy­tał nagląco Bell.

Pel ski­nęła głową. Wyglą­dała na skraj­nie prze­ra­żoną.

- Więc chyba nie mamy wyboru...

- Opu­ścić sta­tek! - krzyk­nęła Pel. - Powta­rzam: wszy­scy opu­ścić sta­tek! Natych­miast! Do kap­suł ratun­ko­wych!

To była ryzy­kowna decy­zja. Kap­suły ratun­kowe staną się łatwym celem dla Nihi­lów. Ale pozo­sta­nie na "Trak­ta­cie" także nie wcho­dziło już w rachubę.

- Pani kapi­tan? Mam raport o wal­kach - zgło­siła Quarik. Nikt z załogi mostka nie opu­ścił swo­jego sta­no­wi­ska, pomimo roz­kazu Pel. Cze­kali do ostat­niej chwili, aby upew­nić się, że jak naj­wię­cej innych człon­ków załogi dotrze bez­piecz­nie do kap­suł.

- Zosta­li­śmy zaata­ko­wani przez chmarę dro­idów-egze­ku­to­rów, które prze­do­stały się przez otwory wywier­cone w bur­tach! Kilka przedarło się przed zablo­ko­wa­niem gro­dzi pan­cer­nych...

Bell odwró­cił się, sły­sząc dźwięk włą­cza­nego mie­cza świetl­nego.

- Rrr­rawww waaar­r­ghh! - zawar­czał Bur­ry­aga.

- Tak - potwier­dził Bell. Wydo­był swoją broń z kabury i zapa­lił ostrze. - Ja też. - Spoj­rzał przy­ja­cie­lowi w oczy. - Każdy po jed­nym?

- War­ra­arrr - stwier­dził sta­now­czo Burry.

Bell zwró­cił się do Pel.

- Będziemy was osła­niać. Zabierz swo­ich ludzi z pokładu.

Odwró­cił się i wybiegł z mostka, pędząc głów­nym kory­ta­rzem obok Burry'ego, po czym skrę­cili: Zet­ti­far na lewą burtę, Wookiee na prawą.

Wokół niego roz­le­gały się upiorne odgłosy, gdy kadłub statku był dosłow­nie roz­dzie­rany na strzępy. Przed cał­ko­wi­tym znisz­cze­niem chro­niła ich tylko pan­cerna gródź, ale zapas tlenu nie wystar­czy na długo, a ist­niało duże praw­do­po­do­bień­stwo, że "Trak­tat" może w każ­dej chwili stra­cić szczel­ność.

Musiał dzia­łać szybko.

Z oddali dobie­gał huk bla­ste­ro­wych salw, prze­bi­ja­jący się przez jęk umie­ra­ją­cego statku. Bell przy­śpie­szył, poko­nu­jąc zakręt, i zamach­nął się mie­czem, aby odbić zabłą­kany pro­mień zabój­czej ener­gii.

Pokład był zaście­lony cia­łami mar­twych żoł­nie­rzy KOR. Inni, sze­ścio­oso­bowa grupa dowo­dzona przez Togru­ta­nina o impo­nu­ją­cych, nie­bie­sko-bia­łych mon­tra­lach, odpo­wia­dała ogniem gru­pie dro­idów-egze­ku­to­rów, które zajęły sta­no­wi­ska nieco dalej w tym samym kory­ta­rzu.

Nali­czył co naj­mniej dzie­sięć wyso­kich robo­tów o huma­no­idal­nych syl­wet­kach. Każdy z nich miał troje czer­wo­nych, asy­me­trycz­nie osa­dzo­nych w meta­lo­wych cze­re­pach oczu, jarzą­cych się zło­wro­gim bla­skiem, a ich ciemne kor­pusy zdo­biły błę­kitne sym­bole oka Mar­chiona Ro. Uzbro­jone w cięż­kie bla­stery maszyny były wyraź­nie prze­sta­rzałe - tak stare, że Bell dzi­wił się, iż w ogóle są w sta­nie utrzy­mać pion - a ich powłoki powgnia­tane i pokryte pla­mami rdzy. Mimo to wciąż pozo­sta­wały zabój­czo groźne.

Dro­idy wyce­lo­wały ponow­nie... a żoł­nie­rze KOR przy­go­to­wali się na atak.

Bell roz­luź­nił ramiona, zaci­snął moc­niej dło­nie na ręko­je­ści swo­jego mie­cza świetl­nego i puścił się bie­giem przed sie­bie.

- Z drogi! - krzyk­nął do żoł­nie­rzy. - Do kap­suł! Będę was osła­niał!

Jedną nogą odbił się od ściany, wyska­ku­jąc w powie­trze i uży­wa­jąc Mocy, aby wydłu­żyć skok. Jego miecz świetlny o zie­lo­nym ostrzu - nie­gdyś broń Rany Kant - bły­snął, opa­da­jąc mię­dzy sto­jące ramię w ramię dro­idy. Jed­nego z nich pozba­wił głowy, innego prze­ciął od ramie­nia aż do bio­dra.

Obró­cił się, uno­sząc wysoko miecz świetlny, i zato­czył nim łuk, pozba­wia­jąc kolej­nego dro­ida nogi - cios w staw kola­nowy spra­wił, że egze­ku­tor runął jak długi, zmu­sza­jąc dwóch swo­ich meta­lo­wych pobra­tym­ców do cof­nię­cia się.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog. HETZAL, STREFA OKLUZJI

Pro­log

HET­ZAL, STREFA OKLU­ZJI

Jak wszyst­kie istoty żywe, tak i wielki mistrz Jedi Pra-Tre Veter znał strach.

Był to w końcu natu­ralny, bio­lo­giczny impuls, reak­cja na bodźce zewnętrzne rzą­dząca zacho­wa­niem stwo­rzeń w całej galak­tyce. Strach zapew­niał im ochronę, sta­no­wił sys­tem alar­mowy, ostrze­ga­jący przed zagro­że­niem, sygnał do ucieczki, naka­zu­jący szu­kać bez­piecz­nego miej­sca z dala od dra­pież­ni­ków, mogą­cych wyrzą­dzić im krzywdę.

Ale strach był rów­nież narzę­dziem. Bro­nią, którą posłu­gi­wali się ludzie o złych zamia­rach, instru­men­tem kon­troli. Dawało się go wyko­rzy­stać - cza­sami w spo­sób deli­katny i pre­cy­zyjny, a cza­sem z siłą młota kru­szą­cego kamień. Strach mógł zła­mać nawet naj­sil­niej­sze jed­nostki i dopro­wa­dzić całe popu­la­cje do upadku, zmu­sza­jąc je do pod­po­rząd­ko­wa­nia się cie­mięż­com.

Strach miał moc nisz­cze­nia gwiazd.

Była to jed­nak broń tchó­rzy. Strach dało się poko­nać. Prze­zwy­cię­żyć. Prze­kuć w siłę.

Jako pada­wan i póź­niej, jako rycerz Jedi, Veter nauczył się kon­tro­lo­wać swoje emo­cje, powstrzy­my­wać je, rozu­mieć i wyko­rzy­sty­wać. Nie cho­dziło o to, że prze­stał odczu­wać lub roz­po­zna­wać strach - raczej zro­zu­miał, czym on jest, i nauczył się go od sie­bie odsu­wać. Dla niego, podob­nie jak dla więk­szo­ści Jedi, strach sta­no­wił po pro­stu infor­ma­cję - sys­tem ostrze­gaw­czy, który pozwa­lał mu roz­po­znać zagro­że­nie, a następ­nie odpo­wied­nio zare­ago­wać. Jako wielki mistrz Rady Jedi nie pozwa­lał już, by mącił on jego myśli. Każda jego decy­zja była racjo­nalna i prze­my­ślana.

W ten oto spo­sób Veter, podob­nie jak wielu Jedi przed nim, nauczył się sta­wiać czoła nie­bez­pie­czeń­stwu. Nara­żać się, by chro­nić innych i robić to spo­koj­nie i logicz­nie, będąc pogo­dzo­nym z wła­snym losem.

To zaś spra­wiało, że jego obecna sytu­acja stała się jesz­cze trud­niej­sza.

Nie cho­dziło o to, że prze­szka­dzała mu kom­pletna, czarna jak smoła ciem­ność. Ani ściany czy zimne meta­lowe kraty jego celi. Nie bał się też Nihi­lów, Mar­chiona Ro ani jego słu­gu­sów, śmierci i per­spek­tywy połą­cze­nia z Mocą.

Ale to coś, ta istota cza­jąca się gdzieś tam w mroku daleko poza jego celą... O, to było coś zde­cy­do­wa­nie innego. Coś zdol­nego dosłow­nie pożreć to, kim był, znisz­czyć go do cna. Miało zdol­ność wywo­ły­wa­nia stra­chu, któ­rego nie potra­fił się wyzbyć, który zwi­jał się w jego trze­wiach niczym zimny wąż. Bez­i­mienni mieli być stwo­rze­niami z mitów, potwo­rami z histo­rii opo­wia­da­nych dzie­ciom, aby je wystra­szyć. Ale Veter - podob­nie jak wielu nie­for­tun­nych Jedi przed nim - prze­ko­nał się na wła­snej skó­rze, że te bestie oka­zały się jak naj­bar­dziej realne.

Jeśli uważ­nie się wsłu­chał, mógł usły­szeć, jak to coś spa­ce­ruje gdzieś w odle­głym mroku, czła­pie wzdłuż ścian wła­snej celi - dra­pież­nik w klatce, cze­ka­jący na odpo­wiedni moment, by zaata­ko­wać, by się uwol­nić. Wygło­dzona bestia, która wie, że jej ofiara jest bli­sko.

Veter otwo­rzył oczy, ale nic nie widział. Żad­nego ruchu ani prze­bły­sku świa­tła. Jego jedy­nym uko­je­niem były teraz wspo­mnie­nia. Uwię­ziony tutaj, tak bli­sko tego bez­i­mien­nego stwora, nie mógł oczy­ścić umy­słu, sku­pić się... od ilu dni? Czy minęły już całe tygo­dnie? A może mie­siące? Stra­cił poczu­cie czasu. Ale wciąż pozo­sta­wał Jedi, a to ozna­czało, że nie wszystko jesz­cze stra­cone. Na­dal miał w sobie siłę. Umac­niały go wspo­mnie­nia o jego towa­rzy­szach z zakonu - iskra nadziei, którą w nim wskrze­sili. Nie tylko w nim, ale w całej galak­tyce. Nadziei, którą mogli na nowo roz­bu­dzić.

Nie bał się. Ale znał strach i znaj­dzie spo­sób, by go poko­nać, tak jak zawsze.

Veter się­gnął do nosa, by uci­snąć jego grzbiet... i zawa­hał się, prze­kli­na­jąc w duchu samego sie­bie, gdy jego ramię prze­szył impuls bólu. Lewa ręka mistrza Jedi znik­nęła, zre­du­ko­wana do popie­la­tego kikuta. Ślady dziw­nego zwap­nie­nia bie­gły wzdłuż reszty przed­ra­mie­nia niczym zatrute żyły, odci­na­jąc się mocno od brą­zo­wo­czar­nego ciała. Choć powoli, zwap­nie­nie wciąż się roz­prze­strze­niało, bole­śnie peł­znąc coraz wyżej wraz z każdą upły­wa­jącą godziną. Doznał też innych obra­żeń - Nihi­lo­wie roz­ko­szo­wali się odci­na­niem rogo­wych wypu­stek wień­czą­cych jego głowę, pró­bu­jąc go upo­ko­rzyć, pozba­wia­jąc dzie­dzic­twa jego rasy, Tar­na­bów. Ale Pra-Tre ni­gdy nie odzna­czał się dumą. To tylko zwy­kłe rany, bli­zny, z któ­rymi zdoła żyć dalej; nie zmie­niały tego, kim był. Ale dziwne zwap­nie­nie... to coś innego: jak pierw­sze symp­tomy śmierci, spo­wo­do­wane kon­tak­tem z tam­tym stwo­rze­niem.

Sta­no­wiły wynik jed­nego z eks­pe­ry­men­tów Nihi­lów, prze­pro­wa­dzo­nego w pro­wi­zo­rycz­nym labo­ra­to­rium przez tego sza­lo­nego mło­to­gło­wego, Itho­ria­nina, mam­ro­czą­cego coś bez prze­rwy w swoim wibru­ją­cym ojczy­stym języku w trak­cie całego pro­cesu, komen­tu­ją­cego na bie­żąco, pod­czas gdy jego oprawcy powoli zmniej­szali dystans mię­dzy nim a stwo­rze­niem trzy­ma­nym na naelek­try­zo­wa­nej łań­cu­cho­wej smy­czy po dru­giej stro­nie pomiesz­cze­nia. A przy­naj­mniej tak wyda­wało się Vete­rowi - nie był w sta­nie sku­pić wzroku na stwo­rze, sama jego bli­skość spra­wiała, że wszystko roz­my­wało się pod wpły­wem roz­pa­lo­nych włóczni bólu, wbi­ja­ją­cych się w jego czaszkę. A gdy zaczęło się nim żywić, powoli wysy­sa­jąc z ciała Jedi Moc, jego prze­ra­że­nie uro­sło do nie­wy­obra­żal­nych roz­mia­rów, prze­kra­cza­jąc wszel­kie znane mu gra­nice.

To był moment, w któ­rym Pra-Tre utra­cił nad sobą kon­trolę. Strach zawład­nął nim bez reszty, a resztki roz­sądku wypa­ro­wały. Nie do końca pamię­tał, co wyda­rzyło się póź­niej, ale wie­dział, że został odcią­gnięty, zanim stwór zdą­żył go pochło­nąć. Sły­szał, jak zwie­rzę wyje, szar­piąc naelek­try­zo­waną smycz, pró­bu­jąc go dosię­gnąć, łamiąc wła­sne kości z total­nej despe­ra­cji i głodu, pod­czas gdy on został wtrą­cony z powro­tem do swo­jej celi, pogrą­ża­jąc się w głę­bo­kiej nie­świa­do­mo­ści, jakimś cudem peł­nej jed­nak nie­po­ko­ją­cych wizji.

Kiedy się ock­nął, był zasko­czony, że jesz­cze żyje. Gar­dło miał zdarte od krzyku, a jego lewa dłoń znik­nęła, zre­du­ko­wana do zwap­nia­łego kikuta w miej­scu, w któ­rym kie­dyś znaj­do­wał się nad­gar­stek.

Nie wie­dział, ile czasu minęło od tam­tego dnia - być może godziny, ale rów­nie dobrze mogło to być kilka dni. Tak czy ina­czej, od tam­tego momentu tkwił samot­nie w swo­jej celi. Jej jedyne wypo­sa­że­nie sta­no­wił dzba­nek let­niej wody sto­jący w kącie. Cokol­wiek zro­bił mu ten Itho­ria­nin - Veter zauwa­żył ślady po zastrzy­kach na swoim dru­gim ramie­niu, suge­ru­jące, że gdy był nie­przy­tomny, prze­pro­wa­dzano na nim kolejne eks­pe­ry­menty - wyglą­dało na to, że spo­wol­niło to pro­ces prze­miany w zwap­niałą sko­rupę.

"Wol­niej­sza, bar­dziej bole­sna śmierć. Bar­dzo w stylu Nihi­lów..."

Wyczuł w ciem­no­ści jakiś ruch.

Szczęk mecha­nicz­nego zamka. Skrzy­pie­nie zawia­sów. A potem nagły roz­błysk świa­tła, tak ostry, że zakrę­ciło mu się w gło­wie, jakby rze­czy­wi­stość nagle wdarła się bru­tal­nie do jego umy­słu i wypa­liła w nim dziurę. Zaci­snął powieki, uno­sząc pozba­wione dłoni ramię, aby osło­nić oczy przed świa­tłem.

"Cóż za iro­nia" - pomy­ślał. "Dla świa­tła i życia..."

Odgłos kro­ków przy­brał na sile - stu­kot cięż­kich butów. Zatrzy­mały się przed kra­tami jego celi. Veter odniósł wra­że­nie, że usły­szał znie­sma­czone prych­nię­cie.

Powoli otwo­rzył oczy i prze­ko­nał się, że świa­tło nie jest wcale tak ostre i jasne, jak mu się wyda­wało. Tak bar­dzo przy­zwy­czaił się do mroku, że naj­mniej­szy blask - zna­jomy blask - wyda­wał się rażący i bole­sny dla jego nawy­kłych do ciem­no­ści oczu.

Ale nie - to była tylko żółta poświata skra­dzio­nego mie­cza świetl­nego, zaci­śnię­tego w dłoni obcej osoby. Pra-Tre poczuł falę wzbu­rze­nia. Prze­błysk jego daw­nego "ja".

"Jak on śmie?" - wark­nął w duchu. "Jak śmie uży­wać naszej wła­snej broni, naszych wła­snych sym­boli prze­ciwko nam? Jak to się stało, że upa­dli­śmy tak nisko?"

Niczym Latar­nia spa­da­jąca z eiram­skiego nieba, Jedi zostali bru­tal­nie spro­wa­dzeni na zie­mię. Ale powstaną ponow­nie. Będą znowu kro­czyć w świe­tle.

- Widzę, że odzy­ska­łeś nieco wigoru. - Głos był zimny, pozba­wiony emo­cji. - Dostrze­gam to w two­ich oczach. Nie brak ci hartu ducha, trzeba to przy­znać. - Postać pode­szła bli­żej, wcho­dząc w krąg migo­czą­cego bla­sku rzu­ca­nego przez klingę mie­cza świetl­nego. - Ale to ziarno nadziei, które tak pie­czo­ło­wi­cie hołu­bisz, ta wiara, że Jedi pod­niosą się po tym wszyst­kim, że uda im się odwró­cić to, czego doko­na­li­śmy... to fałsz, ułuda. Zmiaż­dżę je, tak jak skru­szy­łem wszystko inne, w co ty i tobie podobni wie­rzy­cie. Będę patrzył, jak się płasz­czysz. - Postać zatrzy­mała się, po czym uprzej­mym, cywi­li­zo­wa­nym tonem dodała: - Ale może jesz­cze nie dziś.

Veter pod­niósł wzrok. Spoj­rzał na tę istotę - tego potwora - hardo, but­nie.

Oto stał przed nim sprawca tego wszyst­kiego, całego tego bólu, cier­pie­nia, cha­osu. Mar­chion Ro, Oko Nihi­lów, serce burzy.

Wyglą­dał impo­nu­jąco w swoim szkar­łat­nym płasz­czu, z futrza­nym koł­nie­rzem zarzu­co­nym na sze­ro­kie ramiona. I jesz­cze ten hełm, z osa­dzo­nym cen­tral­nie dziw­nym, czer­wo­nym okiem, w któ­rym kłę­bił się czer­wony wir. Usa­do­wiony na ziemi niczym skru­szony pokut­nik u stóp swego pana, Veter miał wra­że­nie, że oko wwierca mu się w czaszkę.

Wszystko dokład­nie tak, jak zapla­no­wał to Mar­chion Ro.

Zde­ter­mi­no­wany, by nie dać Oku satys­fak­cji, jakiej Nihil tak bar­dzo pra­gnął, Pra-Tre podźwi­gnął się z pod­łogi, sta­ra­jąc się ukryć napię­cie i sła­bość, które czuł głę­boko w kościach. Był gło­dzony, tor­tu­ro­wany i nara­żony na kon­takt z tym okrut­nym stwo­rze­niem, ale wciąż pozo­sta­wał Jedi. Wciąż pozo­sta­wał człon­kiem Naj­wyż­szej Rady.

Zmu­sił się, by utrzy­mać pion, i zro­bił krok w stronę krat, aby zna­leźć się bli­żej swo­jego oprawcy. Bucze­nie mie­cza świetl­nego było jedy­nym odgło­sem mącą­cym ciszę, z wyjąt­kiem nie­rów­nego odde­chu Vetera. Wie­dział, że wkrótce sta­nie się jed­no­ścią z Mocą.

Spoj­rzał wyzy­wa­jąco na Ro, wbi­ja­jąc wzrok w to świ­dru­jące, cyklo­powe oko pośrodku hełmu Eve­rena.

Gdyby tylko mógł wycią­gnąć rękę i wyrwać mu miecz świetlny...

Się­gnął po Moc. Wyda­wała się odle­gła, słaba - nikłe echo tego, czym była dla niego wcze­śniej, czym była zawsze. Bli­skość istoty zakłó­cała jego połą­cze­nie z nią, jakby w jakiś spo­sób stwór wysy­sał z niego Żywą Moc.

Veter zawsze odczu­wał Moc jako coś sta­łego, litego, nie­mal nama­cal­nego. Ela­stycz­nego i podat­nego na for­mo­wa­nie niczym glina. Coś, co mógł kształ­to­wać na nowe spo­soby, by wyra­zić sie­bie... ale teraz jej mate­ria wyda­wała się rzadka i luźna, nie­zdolna do utwo­rze­nia form, które pró­bo­wał nadać jej w swoim umy­śle. Głód stwo­rze­nia kąsał obrzeża jego sku­pie­nia, roz­pra­sza­jąc go i zakłó­ca­jąc każdą myśl. Był jak nie­ustę­pliwa, upo­rczywa, roz­pa­lona do bia­ło­ści igła, wbi­ja­jąca się w jego poty­licę, zde­ter­mi­no­wana, by nie zaznał spo­koju, unie­moż­li­wia­jąca mu odna­le­zie­nie rów­no­wagi. A jed­nak, jak nauczał go nie­gdyś mistrz Yoda, kiedy Veter nale­żał jesz­cze do grona mło­dzi­ków: nie ma pró­bo­wa­nia, jest tylko dzia­ła­nie. Bez względu na oko­licz­no­ści, bez względu na ból.

Się­gnął po miecz świetlny, przy­cią­ga­jąc go do sie­bie. Ręko­jeść prze­su­nęła się lekko w dłoni Ro, drga­jąc, jakby kie­ro­wana ku tar­nab­skiemu mistrzowi Jedi niczym igła kom­pasu... ale jej utrzy­ma­nie wyma­gało od niego zbyt wiel­kiego wysiłku. Zro­bił chwiejny krok w tył, pozwa­la­jąc, by broń wyśli­zgnęła się z jego sła­bego chwytu.

Ro zga­sił miecz świetlny kciu­kiem, ponow­nie pogrą­ża­jąc celę w nie­prze­nik­nio­nym mroku. A potem, bez słowa, po pro­stu odwró­cił się i odszedł.

Rozdział pierwszy. CORUSCANT

Roz­dział pierw­szy

CORU­SCANT

Wysoko ponad strze­li­stymi igli­cami Coru­scant gwiazdy obra­cały się na fir­ma­men­cie tak, jak robiły to od wie­ków. Maleń­kie świetlne punk­ciki, wska­zu­jące pozy­cje odle­głych słońc, dale­kich świa­tów, odda­lo­nych ludów, któ­rym odpo­wia­dały z dołu roz­mi­go­tane świa­tła tęt­nią­cej życiem pla­nety-mia­sta.

To był piękny widok. To zna­czy, powi­nien wpra­wiać w zachwyt.

Ale Elzar Mann nie potra­fił się nim cie­szyć. Bez względu na to, jak mocno i jak długo wpa­try­wał się w gwiazdy ze swo­jego punktu obser­wa­cyj­nego na wiel­kim bal­ko­nie przed biu­rem kanc­le­rza, wyda­wały się w jakiś spo­sób... znie­kształ­cone. Cał­kiem jakby galak­tyka nagle zmie­niła swoją formę, wypa­czyła się i zawęź­liła. Jakby wszystko, na czym kie­dyś mógł pole­gać - każdy nie­ru­chomy punkt w pogrą­żo­nej w cha­osie galak­tyce - zostało mu nagle ode­brane, bru­tal­nie wyrwane spod stóp, gdy tak despe­racko pró­bo­wał utrzy­mać pozy­cję sto­jącą.

Czuł się tak od momentu, gdy runęła Latar­nia Gwiezdny Blask...

...i gdy stra­cili Stel­lana.

Elzar zamknął oczy i pozwo­lił, by bryza potar­gała jego i tak już zmierz­wione włosy, jakby w nadziei, że chłodny wiatr w jakiś spo­sób zabie­rze ze sobą wspo­mnie­nia, ponie­sie je ku stru­mie­niom ruchu powietrz­nego i z dala od iglic i kopuł, dopóki nie znikną bez śladu. Zauwa­żył, że w ciągu ostat­nich mie­sięcy na jego skro­niach poja­wiło się kilka nowych siwych pase­mek. Stra­cił też na wadze i choć wciąż był w dobrej for­mie - więk­szość wie­czo­rów spę­dzał na ćwi­cze­niach z mie­czem świetl­nym i tre­no­wał do póź­nej nocy - mocno schudł. Pró­bo­wał wmó­wić sobie, że to wsku­tek nawału pracy, sku­pia­nia się bez reszty na zna­le­zie­niu roz­wią­za­nia pro­blemu Nihi­lów, ale wie­dział, iż po pro­stu za bar­dzo się zamar­twia.

Stel­lan by go wyśmiał. Dałby mu kuk­sańca i kazał prze­stać roz­pa­mię­ty­wać to, czego nie dało się cof­nąć. Sku­pić się na "tu i teraz". Zro­bić to, co należy, i zaufać, że Moc go popro­wa­dzi, jak zawsze.

Ale Stel­lana już nie było. Zjed­no­czył się z Mocą. Od tam­tych wyda­rzeń minął już rok. Elzar wie­dział, że jego stary przy­ja­ciel odna­lazł spo­kój. A jed­nak wciąż dotkli­wie odczu­wał jego brak. I nie tylko on. Jego nie­obec­ność powo­do­wała pustkę nie tylko w ser­cach i umy­słach Jedi - jej piętno bole­śnie odci­snęło się rów­nież na struk­tu­rach przy­wód­czych zakonu. Zwłasz­cza teraz, gdy Nihi­lo­wie wygrali, znisz­czyli Latar­nię Gwiezdny Blask, a następ­nie zaanek­to­wali dzie­siątki świa­tów, cały sek­tor Zewnętrz­nych Rubieży, odci­na­jąc go od reszty galak­tyki. Obszar ten został nazwany Strefą Oklu­zji Nihi­lów i oddzie­lony od pozo­sta­łych tere­nów nie­wi­dzialną zaporą, poza którą roz­cią­gał się obszar ich nie­po­dziel­nych rzą­dów.

Wał Burzowy sta­no­wił roz­le­głą barierę zakłó­ca­jącą podróże z pręd­ko­ścią nad­świetlną. Każda jed­nostka, pró­bu­jąca ją sfor­so­wać, była gwał­tow­nie wyrzu­cana z nad­prze­strzeni i albo ule­gała natych­mia­sto­wemu znisz­cze­niu, albo zni­kała bez śladu. Pro­wa­dzono liczne dys­ku­sje na temat tego, co dokład­nie działo się z tymi zagi­nio­nymi stat­kami, szcze­gól­nie że Wał Burzowy zakłó­cał rów­nież łącz­ność, ale zakła­dano, iż wszyst­kie, które nie zostały uni­ce­stwione pod­czas próby przedar­cia się przez niego, były zatrzy­my­wane przez nihil­skie patrole i tra­fiały do tak zwa­nych stref śmierci. Tak czy ina­czej, ni­gdy wię­cej o nich nie sły­szano.

Co gor­sza, siatka prze­kaź­ni­ków i boi - zwa­nych Ziar­nami Burzy - która sta­no­wiła pod­stawę Wału Burzo­wego, była tak gęsta, że zwy­kłe prze­nik­nię­cie przez nią rów­nież nie wcho­dziło w grę. Każdy sta­tek pró­bu­jący prze­drzeć się przez tak wielki szmat prze­strzeni kosmicz­nej z pręd­ko­ścią pod­świetlną musiałby lecieć przez sto lat, zanim dotarłby do celu. Mało tego: każda próba prze­do­sta­nia się przez zaporę w nor­mal­nym tem­pie wią­zała się z ryzy­kiem nara­że­nia się na patrole Nihi­lów lub atak rojów dro­idów demon­ta­żo­wych, zaalar­mo­wa­nych przez zauto­ma­ty­zo­wane sys­temy kon­tro­lu­jące Wał. Patrole mogły poko­nać barierę i zadać zabój­czy cios, zanim ofiara w ogóle zdała sobie sprawę, co się wła­ści­wie dzieje.

Kon­struk­cja Wału była prze­wrot­nie genialna i jak dotąd sku­tecz­nie uda­rem­niała wszel­kie próby poko­na­nia go przez Jedi lub Repu­blikę, zwy­kle z kata­stro­fal­nym skut­kiem. Statki pilo­to­wane przez dro­idy. Impulsy elek­tro­ma­gne­tyczne. Prze­chwy­ty­wa­nie danych. Zma­so­wany atak na dobrze chro­nione Ziarna Burzy. Nic nie zadzia­łało. Kom­plet­nie nic się nie spraw­dzało.

Dzięki Wałowi Burzo­wemu Nihi­lo­wie stwo­rzyli wła­sną domenę, rzu­ca­jąc wyzwa­nie Repu­blice na każ­dym kroku. A mając na swo­ich usłu­gach bez­i­mien­nych - lub Poże­ra­czy Mocy, jak ich nazy­wano - posia­dali w swoim arse­nale broń, w obli­czu któ­rej nawet zakon oka­zy­wał się bez­radny. Broń wymie­rzoną w samą esen­cję tego, kim byli Jedi. Broń zapro­jek­to­waną, by ich znisz­czyć.

Elzar z sykiem wypu­ścił powie­trze z płuc.

Wszystko byłoby o wiele łatwiej­sze, gdyby miał u swo­jego boku Avar. Nie­stety, prze­by­wała obec­nie gdzieś w głębi Strefy Oklu­zji, tak samo odle­gła i nie­osią­galna jak Stel­lan.

Stali obok sie­bie na Eira­mie, patrząc, jak ostat­nie szczątki Latarni zni­kają pod zim­nymi, bez­li­to­snymi falami oce­anu, grze­biąc ze sobą wszyst­kie nadzieje i marze­nia Repu­bliki. Sta­cja była sym­bo­lem siły i jed­no­ści, świa­tła w mroku, nadziei. Nihi­lo­wie, dowo­dzeni przez Mar­chiona Ro, w drwiąco okrutny spo­sób wypa­czyli ten sym­bol, obró­cili go prze­ciwko nim. Teraz stała się jedy­nie sym­bo­lem porażki i straty.

W tam­tej chwili Elzar pozwo­lił, by Avar wzięła go za rękę, doda­jąc mu sił. Czer­pał z tego gestu pokrze­pie­nie - to było jak potwier­dze­nie wza­jem­nego zro­zu­mie­nia, ciche zapew­nie­nie, że mimo wszystko wciąż mają sie­bie nawza­jem, pomimo tego, że galak­tykę wokół nich stop­niowo ogar­niał coraz więk­szy chaos. Teraz jed­nak prze­kli­nał się w duchu za to, że pogrą­żony we wła­snym szoku i żalu, we wła­snym wsty­dzie za to, co zro­bił, nie zapy­tał jej, jak się czuje. Nie zaofe­ro­wał jej pocie­sze­nia, które ona zaofe­ro­wała jemu. I bał się, że to wła­śnie ten ból, który w sobie nosiła, to poczu­cie straty i porażki spra­wiły, iż ode­szła.

Chyba, iż to on sam był tego powo­dem. Ta myśl prze­śla­do­wała go, nie dawała mu spo­koju, napeł­niała drę­czącą nie­pew­no­ścią i wsty­dem. W końcu zebrał się na odwagę, by zwie­rzyć się jej z tego, co wyda­rzyło się w ostat­nich chwi­lach Gwiezd­nego Bla­sku. O tym, jak pod wpły­wem impulsu, dzia­ła­jąc bez zasta­no­wie­nia, zamor­do­wał tę Nihilkę, Chan­cey Yar­row, pod­czas gdy ona sta­rała się ura­to­wać ich wszyst­kich. Ma się rozu­mieć, wów­czas o tym nie wie­dział. Zało­żył, że jest tylko kolejną piratką, pró­bu­jącą sabo­to­wać wysiłki Jedi, mające na celu oca­le­nie sta­cji kosmicz­nej. Tak czy ina­czej, zni­we­czył ich ostat­nią szansę na powstrzy­ma­nie kata­strofy Latarni, odbie­ra­jąc życie komuś, kto chciał pomóc.

Wszystko, co wyda­rzyło się póź­niej, było po czę­ści jego winą. Musiał to napra­wić, spró­bo­wać przy­wró­cić galak­tyce choćby odro­binę tego dobra, jakie Stel­lan tak hoj­nie jej ofia­ro­wał. Posta­rać się jakoś wypeł­nić tę pustkę, którą po sobie pozo­sta­wił. Wyznał to wszystko Avar wtedy, gdy stali ramię w ramię na eiram­skim brzegu.

Jak można się było spo­dzie­wać, odpo­wie­działa tak, jak nale­żało, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści. Usły­szał z jej ust wszyst­kie te wyświech­tane fra­zesy i zapew­nie­nia, wyli­cze­nie zasad, jakimi kie­ruje się Moc, i przy­po­mnie­nia, że wszystko dzieje się z jakie­goś powodu, że nie może się winić. Że odpo­wie­dzial­ność pono­szą tylko i wyłącz­nie Nihi­lo­wie. Oka­zała mu współ­czu­cie i zro­zu­mie­nie, na jakie liczył.

A jed­nak... nie mógł prze­stać się zasta­na­wiać, czy nie był to rów­nież jeden z powo­dów, dla któ­rych wyru­szyła na tę misję - aby spró­bo­wać zbli­żyć się do Nihi­lów, odkryć ich zamiary i plany po tym, jak odnie­śli triumf. Inten­cje, któ­rych żadne z nich nie mogło prze­wi­dzieć.

A teraz stra­cił i ją. Zagi­nęła, uwię­ziona za Wałem Burzo­wym, głę­boko w prze­strzeni Nihi­lów. Nie wie­dział nawet, czy jesz­cze żyje.

"Nie, Elzar" - upo­mniał się w myśli. "Wie­dział­byś, gdyby tak się stało. Ona wciąż gdzieś tam jest. Musi być".

Spro­wa­dzi ją z powro­tem. Avar i innych, któ­rzy podzie­lili jej los. Znaj­dzie jakiś spo­sób. Zagro­że­nie ze strony Nihi­lów zosta­nie zaże­gnane. Wał Burzowy upad­nie, a do galak­tyki ponow­nie powróci pokój.

Nie miał wyboru. Zrobi to, co zro­biłby na jego miej­scu Stel­lan. Nie­ważne, że pró­bo­wali już wszyst­kiego, co przy­szło im do głowy. Nie­ważne, że Nihi­lo­wie raz po raz zada­wali im dru­zgo­cące ciosy.

Znaj­dzie jakiś spo­sób, by temu wszyst­kiemu zara­dzić.

Musi to zro­bić.

To było jedyne wyj­ście, by wszystko napra­wić.

Odwró­cił się, gdy jego uszu dobiegł odgłos otwie­ra­nych z tyłu drzwi bal­ko­no­wych. Zna­jomy droid pod­to­czył się do niego i obró­cił w jego stronę swoją z grub­sza huma­no­idalną górną część ciała, by utkwić w nim puste spoj­rze­nie foto­re­cep­to­rów ema­nu­ją­cych mie­dzia­nym bla­skiem. Droid, któ­rego poda­ro­wał Stel­la­nowi, JJ-5145. Ostat­nie, co łączyło go z jego sta­rym przy­ja­cie­lem.

- Naj­wyż­sza kanc­lerz Soh jest już pra­wie gotowa, mistrzu Elza­rze - oznaj­mił robot. Jego elek­tro­niczny, brzę­kliwy głos bole­śnie ranił uszy Jedi po chwi­lach spę­dzo­nych na cichej kon­tem­pla­cji. Ranił... a jed­no­cze­śnie był dziw­nie kojący.

- Dzię­kuję, 45. Dołą­czę do was za moment.

Droid jesz­cze przez chwilę nie spusz­czał z niego tak­su­ją­cego wzroku.

- Twoje waha­nie suge­ruje nie­pew­ność. Jeśli zechcesz podzie­lić się ze mną swo­imi oba­wami, pomogę ci upo­rząd­ko­wać myśli i usta­lić prio­ry­tety.

- Nic mi nie jest, 45.

W odpo­wie­dzi droid mruk­nął jedy­nie z namy­słem, a potem odwró­cił się i znik­nął za roz­su­wa­nymi drzwiami.

Elzar uśmiech­nął się pod nosem. Przy­pusz­czał, że droid Stel­lana zna go lepiej niż on sam sie­bie. Poda­ro­wał JJ-5145 przy­ja­cie­lowi dla żartu, ale też aby uświa­da­miał mu, by pro­sił o pomoc, by pole­gał na innych, gdy będzie tego potrze­bo­wał. A teraz JJ-5145 przy­po­mi­nał mu o tym samym. Dawał do zro­zu­mie­nia, by żył chwilą obecną, skon­cen­tro­wał się na zada­niu, które go cze­kało.

Elzar wygła­dził poły swo­jej świą­tyn­nej szaty i ruszył w ślad za nad­gor­li­wym dro­idem.

Rozdział drugi. ZEWNĘTRZNE RUBIEŻE

Roz­dział drugi

ZEWNĘTRZNE RUBIEŻE

Statek o nazwie "Trak­tat" prze­śli­zgi­wał się przez nad­prze­strzeń niczym maleńki okruch, połknięty przez samą gar­dziel galak­tyki - pozba­wiony zna­cze­nia i samotny.

Repu­bli­kań­ska jed­nostka typu Paci­fier nie­po­strze­że­nie i bez­sze­lest­nie prze­my­kała przez Zewnętrzne Rubieże, omi­ja­jąc kra­wę­dzie tak zwa­nej Strefy Oklu­zji. Z otwar­tymi kana­łami łącz­no­ści ska­no­wała układy pla­ne­tarne na gra­ni­cach prze­strzeni Nihi­lów w poszu­ki­wa­niu jakich­kol­wiek sygna­łów wzy­wa­ją­cych pomocy.

Rycerz Jedi Bell Zet­ti­far stał w cen­trum dowo­dze­nia na dzio­bie statku, obser­wu­jąc nie­bie­skie smugi nad­prze­strzeni, wiru­jące za ilu­mi­na­to­rami. Mijali liczne światy - wiele z nich tęt­niło życiem: kako­fo­nia odgło­sów, każdy jak punk­cik świa­tła w Żywej Mocy. Zet­ti­far wyczu­wał je - ich nadzieje i obawy, pło­nące jasnym, moc­nym bla­skiem.

"Dla świa­tła i życia..."

To była man­tra Jedi, od zawsze. I bez względu na to, co się działo, Bell w nią wie­rzył, trzy­mał się jej kur­czowo.

"Dla każ­dej żywej istoty".

"Dla pokoju".

Wła­śnie dla­tego robił to, co robił. Aby wypeł­niać te fun­da­men­talne zasady. Aby dopil­no­wać, by wszyst­kie te kosz­marne straty, które ponie­śli, cały ten ból i udręka, które prze­żyli, nie poszły na marne.

Deli­kat­nie pokle­pał Żarkę po łebku. Towa­rzy­sząca mu węglo­ga­rzyca wydała z sie­bie niski pomruk, a z jej noz­drzy buch­nął obło­czek pary.

- Wiem, Żarko. Cicho tu, prawda? Tak spo­koj­nie...

W odpo­wie­dzi deli­kat­nie szturch­nęła go pyskiem w udo, ale wie­dział, że wyczuwa jego emo­cje.

Sta­rał się odsu­nąć od sie­bie nara­sta­jący nie­po­kój. Pokrę­cił szyją, pró­bu­jąc roz­luź­nić napięte ramiona. Pró­bo­wał medy­to­wać, ale nie mógł się sku­pić, drę­czony myślami o zbli­ża­ją­cej się rocz­nicy upadku Gwiezd­nego Bla­sku i o zagi­nio­nych za liniami wroga isto­tach - nie­które z nich były jego przy­ja­ciółmi.

Isto­tach takich jak Avar Kriss, Por­ter Engle, Pra-Tre Veter i wielu innych. Nie miał poję­cia, czy któ­re­kol­wiek z nich jesz­cze żyje, a myśl o tym napeł­niała go czymś nie­bez­piecz­nie bli­skim gniewu. Zwłasz­cza, że był tam, gdy Veter został poj­many dwa mie­siące wcze­śniej pod­czas nalotu Nihi­lów. Wielki mistrz Jedi - czło­nek Rady - zgło­sił się na ochot­nika do powstrzy­ma­nia ataku wroga, pod­czas gdy Bell i Bur­ry­aga ewa­ku­owali osadę, ale jakimś cudem nihil­skim napast­ni­kom udało się go obez­wład­nić, wziąć do nie­woli i zawlec za barierę.

Od tam­tej pory wszelki słuch po nim zagi­nął. A najazdy Nihi­lów nie usta­wały.

Przy­naj­mniej tutaj, na skraju Strefy Oklu­zji, Bell czuł, że coś robi, że wal­czy. Sta­wia opór.

Pod­czas gdy Elzar Mann i reszta Jedi pró­bo­wali roz­wią­zać pro­blem prze­nik­nię­cia przez Wał Burzowy, on sta­rał się o uzy­ska­nie od Rady pozwo­le­nia na sku­pie­nie się na obro­nie potrze­bu­ją­cych, któ­rzy nagle zna­leźli się na zewnętrz­nych obrze­żach tej zmi­li­ta­ry­zo­wa­nej prze­strzeni. Owe światy nie­spo­dzie­wa­nie zostały odizo­lo­wane, odcięte od daw­nych szla­ków han­dlo­wych i nara­żone na nie­re­gu­larne naloty nihil­skich stat­ków, bez­kar­nie wla­tu­ją­cych i wyla­tu­ją­cych ze Strefy Oklu­zji, wyko­rzy­stu­ją­cych tajne trasy nad­prze­strzenne, do któ­rych mieli dostęp dzięki napę­dom Ścieżki, do omi­ja­nia Wału Burzo­wego. Tam, gdzie oby­wa­tele galak­tyki żyli nie­gdyś we względ­nym bez­pie­czeń­stwie pośród sąsied­nich ukła­dów pla­ne­tar­nych, teraz zagro­żone były całe kul­tury - całe cywi­li­za­cje.

Rada Jedi dała mu swo­bodę nie­zbędną do wyko­na­nia misji, którą sobie wyzna­czył, zwal­nia­jąc go w dro­dze wyjątku od Pro­ce­dur Straż­ni­czych, wpro­wa­dzo­nych zale­d­wie tydzień po upadku Gwiezd­nego Bla­sku. Wie­dzieli dosko­nale, że jeśli Bell i jego mały zespół okażą się sku­teczni w zestrze­le­niu choć jed­nego z nihil­skich stat­ków, ist­niała rów­nież szansa, że uda im się zdo­być napęd Ścieżki, zapew­nia­jący bez­pieczne przej­ście przez Wał Burzowy. Zagwa­ran­to­wa­łoby to Jedi dostęp do zamknię­tej strefy, któ­rego tak despe­racko szu­kali.

Dla Bella było to ważne, ale miało dru­go­rzędne zna­cze­nie. Jego prio­ry­te­tem pozo­sta­wała koniecz­ność rato­wa­nia życia. Pod­czas gdy Jedi zaj­mo­wali się obmy­śla­niem spo­sobu na powstrzy­ma­nie Nihi­lów, ktoś musiał sku­pić się na tym, co zawsze robili naj­le­piej: poma­ga­niu isto­tom w potrze­bie. Bro­nie­niu tych, któ­rzy nie mogli obro­nić się sami. Po każ­dym najeź­dzie Nihi­lo­wie zosta­wiali za sobą rzekę roz­la­nej krwi i nie­szczęść. Jedi powinni ich powstrzy­mać... bez względu na zwią­zane z tym ryzyko.

Bo ryzyko ist­niało. I to poważne. Bell był tego doj­mu­jąco świa­dom.

Nihi­lo­wie spo­wo­do­wali tyle bólu... Wyrzą­dzili tak wiele krzywd. I cho­ciaż Jedi wciąż nie do końca rozu­mieli broń, któ­rej wróg uży­wał prze­ciwko nim - pomimo ponad roku prób zro­zu­mie­nia tych stwo­rzeń i tego, jak zakłó­cały lub kar­miły się wię­zią Jedi z Mocą - Bell wie­dział, że zakon nie może się wyco­fać, ustą­pić w walce z prze­ciw­ni­kiem. Wal­czyli więc dalej, pomimo licz­nych zagro­żeń.

Z krań­ców pamięci napły­nęły wspo­mnie­nia jego daw­nego mistrza, Lodena Gre­at­storma. Prze­ra­że­nie wykrzy­wia­jące rysy jego pobla­dłej twa­rzy. Szare ciało, zre­du­ko­wane do pustej sko­rupy. Serce Bella prze­szył ból straty, wciąż dotkliwy i ostry. To samo przy­tra­fiło się też innym. Orli Jareni. Nib Assek... Tak wielu innym - a każdy z nich był jego przy­ja­cie­lem lub nauczy­cie­lem. Każdy z nich pozo­sta­wił po sobie pustkę, któ­rej nie dawało się wypeł­nić.

Nihi­lów nale­żało powstrzy­mać, za wszelką cenę.

Tak więc pod­czas gdy reszta Jedi sku­piała wysiłki na przedar­ciu się przez Wał Burzowy lub zna­le­zie­niu spo­sobu na walkę z bez­i­mien­nymi, Bell, wraz z innymi, takimi jak Mirro Lox i Ama­deo Azzazzo, kon­ty­nu­owali próby uda­rem­nie­nia najaz­dów Nihi­lów i nie­do­pusz­cze­nia, by skrzyw­dzili kolejne istoty.

W tej woj­nie - woj­nie Bella - liczyło się każde życie. Każda śmierć była porażką. Co innego ozna­czało dzia­ła­nie dla świa­tła i życia, jeśli nie to?

Roz­mowy mię­dzy załogą statku - skła­da­jącą się głów­nie z żoł­nie­rzy KOR - nie­uchron­nie zeszły na temat zbli­ża­ją­cej się rocz­nicy upadku Gwiezd­nego Bla­sku i cho­ciaż sta­rali się mówić cicho w pobliżu swo­ich pasa­że­rów Jedi, mimo wszystko wpra­wiło to Bella w reflek­syjny nastrój.

Przez ulotną chwilę po znisz­cze­niu Latarni Zet­ti­far sądził, że stra­cił wszystko. Ale to był tylko moment zwąt­pie­nia. Pomimo tego, co się wyda­rzyło, zakon Jedi wciąż trwał. A skoro Jedi wciąż czu­wali, stali na straży pokoju i dokła­dali wszel­kich sta­rań, by go przy­wró­cić - ci, któ­rzy prze­żyli, wszy­scy na Coru­scant - wciąż mogli pod­trzy­my­wać świa­tło. Wciąż mogli być latar­nią roz­świe­tla­jącą mrok.

Bell ni­gdy nie stra­cił nadziei. Ni­gdy...

- Rww­wa­aaarr­r­wooo!

Uśmie­cha­jąc się pod nosem, Bell odwró­cił się, aby spoj­rzeć na swo­jego przy­ja­ciela Bur­ry­agę. Jedi rasy Wookiee patrzył na niego pyta­ją­cym wzro­kiem, prze­chy­la­jąc lekko głowę na ramię, na które spły­wała mu sple­ciona w cien­kie war­ko­czyki sierść.

- Arro­orr­rooo - odmruk­nął Bell. Więk­szość ostat­niego roku spę­dził, ucząc się shy­rii­wo­oka, ale arty­ku­ło­wa­nie pew­nych słów i wyra­żeń wciąż przy­pra­wiało go o ból krtani.

Bur­ry­aga roze­śmiał się szcze­kli­wie i sko­men­to­wał:

- Warr­raa roowarr!

Bell wzru­szył ramio­nami, a jego usta roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu. Po chwili on rów­nież roze­śmiał się ser­decz­nie.

- Cóż, przy­naj­mniej pró­bo­wa­łem. - Wygła­dził poły swo­ich szat. - I... hm, tak. Wpa­dłem chyba w melan­cho­lijny nastrój - wiesz, cała ta rocz­nica i w ogóle...

Burry wyraź­nie spo­waż­niał. Gdy odwró­cił wzrok, pocie­ra­jąc z namy­słem kark, Żarka pod­bie­gła do niego i otarła się o jego nogi. Wookiee pośpiesz­nie pokle­pał sierść w miej­scu, w któ­rym zaczęła się tlić.

- Prze­pra­szam - bąk­nął Bell. - Wiem, że to dla cie­bie wciąż trudne. - Oddech uwiązł mu w gar­dle i on także odwró­cił wzrok. Na­dal nie mógł myśleć spo­koj­nie o tym, jak nie­wiele bra­ko­wało, by stra­cił kolej­nego przy­ja­ciela z powodu Nihi­lów.

Tuż przed upad­kiem Gwiezd­nego Bla­sku Bur­ry­aga wal­czył z rath­ta­rem i znik­nął bez śladu. Nie odna­le­ziono go pośród szcząt­ków sta­cji kosmicz­nej, która runęła do eiram­skiego oce­anu, i uznano, że zgi­nął w kata­stro­fie, podob­nie jak mistrz Stel­lan, Maru i wszy­scy inni, pró­bu­jący zapo­biec znisz­cze­niu Latarni lub poma­ga­jący w despe­rac­kich pró­bach ewa­ku­acji.

Ale Bell nie zamie­rzał przy­jąć tego do wia­do­mo­ści. Był prze­ko­nany, że Burry zdo­łał prze­żyć. I miał rację. Zna­lazł go głę­boko pod powierzch­nią eiram­skiego oce­anu, uwię­zio­nego w sys­te­mie jaskiń, z koń­czą­cym się szybko zapa­sem tlenu. Jakimś cudem prze­trwał: udało mu się zna­leźć kie­szeń powietrzną w jed­nej z grot i spę­dził tam mie­siąc, z deter­mi­na­cją wal­cząc o życie i zasta­na­wia­jąc się, czy komu­kol­wiek z zakonu przyj­dzie do głowy, by go szu­kać.

A potem zna­lazł go Bell, zaś powrót Burry'ego na Coru­scant oka­zał się jakże potrzeb­nym Jedi w tych trud­nych momen­tach małym zwy­cię­stwem, które zna­cząco pod­bu­do­wało ich osła­bione morale. Jed­nak cza­sem, w mrocz­nych chwi­lach zwąt­pie­nia, Zet­ti­far na­dal nie mógł prze­stać się zasta­na­wiać, co by się stało, gdyby posłu­chał innych, wró­cił na Coru­scant i zało­żył, że Burry nie żyje, że zgi­nął w ciem­nych głę­bi­nach oce­anu.

Moc dopro­wa­dziła go do Wookie­ego, mimo iż wszy­scy inni zwąt­pili. Bell wie­dział, że Naj­wyż­sza Rada musi podej­mo­wać nie­ła­twe decy­zje, że zagro­że­nie ze strony Nihi­lów jest waż­niej­szym pro­ble­mem niż tro­ska o los jed­nostki, ale mimo to nauczył się cen­nej lek­cji ufa­nia wła­snym instynk­tom, nawet jeśli te instynkty cza­sami wyda­wały się sprzeczne z osą­dem innych. I wła­śnie dla­tego był tutaj, wypeł­nia­jąc swoją misję. Był tam, gdzie powi­nien. Czuł to głę­boko w kościach.

W ciągu mie­sięcy po tym, jak ura­to­wał Burry'ego, zadzierz­gnęła się mię­dzy nimi silna więź przy­jaźni. Wspól­nie zostali paso­wani na ryce­rzy, obcięto im pada­wań­skie war­ko­czyki i stali się peł­no­praw­nymi Jedi, a ich wysiłki na rzecz nie­sie­nia pomocy pod­czas kata­strofy Gwiezd­nego Bla­sku zostały uznane przez Radę Jedi za wystar­cza­jące potwier­dze­nie, iż są gotowi na awans.

Wspie­rali się nawza­jem pod­czas misji wypeł­nia­nych na nowym pogra­ni­czu galak­tyki - na skraju Strefy Oklu­zji - i wal­czyli ramię w ramię, bro­niąc przed Nihi­lami osady na księ­życu Sal­tear, gdzie po raz pierw­szy natknęli się na nihil­ski okręt "Kako­fo­nia" i jego nie­bez­pieczną, bia­ło­włosą kapi­tan, Melis Shryke. Tą samą, która odpo­wia­dała za porwa­nie wiel­kiego mistrza Vetera.

Kiedy Bell zwró­cił się do Rady o pozwo­le­nie na pod­ję­cie tej misji, Burry był u jego boku, nie­złomny i zde­ter­mi­no­wany jak zawsze. Z całego serca wie­rzył w powo­ła­nie Zet­ti­fara, podzie­la­jąc pra­gnie­nie przy­ja­ciela, by chro­nić tych, któ­rzy nie mogą obro­nić się sami. I tak oto zna­leźli się tutaj, na pokła­dzie statku Repu­bliki, współ­pra­cu­jąc z nie­wiel­kim oddzia­łem żoł­nie­rzy KOR, pró­bu­ją­cych prze­wi­dzieć miej­sca przy­szłych nalo­tów Nihi­lów.

Młody Jedi sądził, że ataki te miały cha­rak­ter opor­tu­ni­styczny - że wróg celowo napada na osady znaj­du­jące się tuż poza Strefą Oklu­zji, obie­ra­jąc sobie za cele tych, któ­rzy byli zbyt słabi lub prze­stra­szeni, by się bro­nić. Typowe tchó­rzow­skie zagrywki.

Bell i załoga statku pró­bo­wali namie­rzyć nihil­skie jed­nostki, ale cała łącz­ność w Stre­fie Oklu­zji, w tym sygnały nada­wane przez urzą­dze­nia namie­rza­jące, była blo­ko­wana lub kon­tro­lo­wana przez wro­gów. Gdy tylko ich jed­nostki prze­la­ty­wały przez Wał Burzowy, prak­tycz­nie zni­kały i nie ist­niał spo­sób, aby dowie­dzieć się, gdzie poja­wią się póź­niej. Jedy­nym, co mogli zro­bić w tej sytu­acji, było trwać w pobliżu naj­bar­dziej nara­żo­nych ukła­dów i... cze­kać.

A Bell nie lubił cze­kać. A już szcze­gól­nie, gdy w grę wcho­dziło czy­jeś życie.

Rozej­rzał się po opu­sto­sza­łym mostku "Trak­tatu".

- Jakieś wie­ści od mistrza Elzara? - spy­tał, sku­pia­jąc ponow­nie wzrok na Bur­ry­adze.

Wookiee potrzą­snął głową.

Brak postę­pów był... nie­po­ko­jący. Zwa­żyw­szy na wszyst­kie sta­ra­nia połą­czo­nych sił Jedi i Repu­bliki, zna­le­zie­nie spo­sobu na poko­na­nie Wału Burzo­wego powinno pozo­sta­wać tylko kwe­stią czasu. Wyglą­dało jed­nak na to, że Nihi­lo­wie oka­zali się nie­by­wale wręcz sku­teczni w obra­ca­niu tech­no­lo­gii Repu­bliki prze­ciwko niej samej: jak dotąd próby sfor­so­wa­nia bariery poskut­ko­wały jedy­nie utratą kilku stat­ków i ich pilo­tów. Nie­które zostały wycią­gnięte z nad­prze­strzeni w postaci zma­sa­kro­wa­nych wra­ków, pod­czas gdy inne po pro­stu znik­nęły bez śladu - wszelki słuch po nich zagi­nął.

A teraz poja­wiły się pogło­ski o pró­bach pod­ję­cia poko­jo­wych nego­cja­cji...

Bell popie­rał każde roz­wią­za­nie, pozwa­la­jące unik­nąć prze­mocy, ale prawda była taka, że ani przez chwilę nie wie­rzył, iż Nihi­lo­wie rze­czy­wi­ście chcą pokoju.

Wszy­scy sły­szeli mowę Mar­chiona Ro po upadku Gwiezd­nego Bla­sku. Drwiący, okrutny ton Oka Burzy. Jesz­cze na Coru­scant Bell sta­no­wił część zespołu, który pró­bo­wał ana­li­zo­wać trans­mi­sję w poszu­ki­wa­niu jakichś wska­zó­wek - odtwa­rzano ją w kółko raz po raz, aż słowa Eve­rena wryły się głę­boko w mózg Zet­ti­fara, jakby wyżło­biły w nim nowe, trwałe bruzdy.

"Dla tej czę­ści galak­tyki nie ma nadziei. Jest tylko roz­pacz".

To było kłam­stwo. Jawne, okropne kłam­stwo.

Ale Bell nie mógł prze­stać się zasta­na­wiać, ile istot w Stre­fie Oklu­zji uwie­rzyło, że to prawda, zwłasz­cza po całym roku spę­dzo­nym pod nihil­skimi rzą­dami ter­roru.

Z zadumy wyrwał go cichy, pełen tro­ski pomruk Bur­ry­agi.

- Tak, wiem - wes­tchnął. - Masz rację. Powi­nie­nem poświę­cić tro­chę czasu na medy­ta­cję. Ale co, jeśli...

Prze­rwał mu prze­ni­kliwy dźwięk alarmu, nio­sący się po całym statku. Żarka szczek­nęła, zanie­po­ko­jona nagłym hała­sem.

- Oca­lony przez alarm - zażar­to­wał Bell, zer­ka­jąc na Burry'ego. Prze­szedł do miej­sca, w któ­rym kapi­tan "Trak­tatu", Ama­ryl Pel, pośpiesz­nie wyda­wała pilo­towi roz­kaz opusz­cze­nia nad­prze­strzeni.

- Kolejny nalot? - zapy­tał.

Kobieta spoj­rzała na niego prze­lot­nie, po czym wzru­szyła ramio­nami.

- Nie­znany sygnał alar­mowy, pocho­dzący z pla­nety Ribento.

- Ale... czy to Nihi­lo­wie? - dopy­ty­wał Zet­ti­far.

- A czy to ważne? - odpo­wie­działa pyta­niem Pel, nie kry­jąc iry­ta­cji. - Ktoś potrze­buje naszej pomocy.

Bell ski­nął głową.

- Oczy­wi­ście. - Obej­rzał się na Burry'ego. - Gotów?

- Wrr­raaw!

- Tak wła­śnie myśla­łem - odparł Zet­ti­far.

Rozdział trzeci. CORUSCANT

Roz­dział trzeci

CORU­SCANT

Kanc­lerz Lina Soh sie­działa za biur­kiem, przy­gar­biona, z głową pochy­loną nad data­pa­dem. Towa­rzy­szyły jej dwa wierne tar­gony, Matari i Voru, olbrzy­mie koty o mięk­kiej, puszy­stej sier­ści, czte­rech oczach i wydat­nych, ostrych kłach. Były tyleż jej pupi­lami, co straż­ni­kami, i nie odstę­po­wały kobiety prak­tycz­nie na krok. Gdy Elzar wszedł do pokoju, pod­nio­sły na niego wzrok. Czy może raczej: przyj­rzały mu się tak­su­jąco od stóp do głów. Nie był tego do końca pewien, ale czuł, że obser­wują go uważ­nie.

Kanc­lerz wyglą­dała na zamy­śloną. Marsz­czyła w sku­pie­niu brwi, a Mann nie mógł nie dostrzec, że zmarszczki wokół jej oczu się pogłę­biły - nie z powodu postę­pu­ją­cego wieku, ale bez wąt­pie­nia ze względu na nie­ustanną pre­sję zwią­zaną z pia­sto­wa­nym sta­no­wi­skiem. Oto miał przed sobą kobietę, która dźwi­gała na swo­ich bar­kach cię­żar całej Repu­bliki, która prze­trwała burzę naj­więk­szych strat, jakich galak­tyka kie­dy­kol­wiek doznała, która odnio­sła rany i poznała smak stra­chu, a mimo to była w sta­nie zacho­wać spo­kój oraz sku­pie­nie i zro­bić wszystko, co nale­żało w tej sytu­acji.

Cóż, a przy­naj­mniej przez więk­szość czasu. Jej syn Kitrep Soh rów­nież zagi­nął, przy­pusz­czal­nie uwię­ziony za Wałem wraz ze swoją sym­pa­tią, Jomem Larii­nem, a kanc­lerz czuła coraz bar­dziej despe­racką potrzebę ich odna­le­zie­nia - i oca­le­nia.

Gdy rok wcze­śniej posta­wiono Wał Burzowy, chłopcy podró­żo­wali po Zewnętrz­nych Rubie­żach i od tam­tej pory słuch po nich zagi­nął, podob­nie jak o wielu innych.

Gdy Elzar pod­szedł do biurka, kanc­lerz rów­nież pod­nio­sła na niego wzrok, a kącik jej ust drgnął w lek­kim uśmie­chu.

- Mistrzu Mann! Elza­rze...

- Powta­rzasz ostatni raz swoją mowę?

Potrzą­snęła głową.

- Chcia­ła­bym. - Z wes­tchnie­niem odło­żyła data­pad na biurko. - To raporty rol­ni­cze. Ponie­waż Het­zal wciąż pozo­staje w Stre­fie Oklu­zji, musimy roz­dzie­lać zbiory z innych świa­tów, aby móc nakar­mić i dostar­czyć wodę tym na jej zewnętrz­nych obrze­żach. To spore obcią­że­nie dla całych Środ­ko­wych Rubieży...

Leżący obok niej Matari prych­nął, jakby wyczu­wa­jąc jej nara­sta­jącą fru­stra­cję. Się­gnęła do tar­gona i zmierz­wiła czule jego grzywę.

- Wiesz, że nie jestem zwo­len­ni­kiem fra­ze­sów. Ale wyko­nu­jesz nie­sa­mo­witą pracę. Acz­kol­wiek bar­dzo nie­wdzięczną.

Unio­sła brwi.

- Cie­szę się, że przy­naj­mniej ty to dostrze­gasz. Ale spró­buj powie­dzieć to Sena­towi...

- Wiesz, że im rów­nież nie jest lekko. Jak zresztą nikomu ostat­nio. Dopóki nie upo­ramy się z zagro­że­niem ze strony Nihi­lów...

- Minął rok, Elza­rze - weszła mu w słowo. - Dokład­nie rok. Zaczy­nam się oba­wiać, że musimy prze­stać się okła­my­wać. Zmie­rzyć się z okrutną prawdą. Że nie pora­dzimy sobie z nimi - że Nihi­lo­wie tu zostaną. Już na zawsze...

- Po tym, czego się dopu­ścili? Pomyśl o tych wszyst­kich ludziach uwię­zio­nych za Wałem Burzo­wym - na Dele­mede, Gal­tei, Pan­to­rze, ugi­na­ją­cych karki pod jarz­mem Nihi­lów. Nie możemy przejść nad tym do porządku dzien­nego i o nich zapo­mnieć.

- Mi to mówisz? - wark­nęła, a Elzar zga­nił się w duchu za swoją obce­so­wość. - Nie myślę o niczym innym. Nie wiem nawet, czy Kip wciąż żyje. I gnębi mnie to każ­dego dnia. Bar­dziej, niż kto­kol­wiek jest sobie w sta­nie wyobra­zić.

- Wiem i prze­pra­szam - bąk­nął. - Ale nie możemy ustą­pić. Musimy dzia­łać. Zna­leźć spo­sób, aby wedrzeć się do Strefy Oklu­zji i ich powstrzy­mać. Zagro­że­nie, jakie sta­no­wią dla galak­tyki... nie wspo­mi­na­jąc o Jedi...

Ski­nęła głową, zre­zy­gno­wana.

- Wiem. Po pro­stu... są osoby, które naci­skają, aby­śmy zawarli poro­zu­mie­nie. Byśmy uznali legal­ność prze­strzeni Nihi­lów w nadziei na ponowne otwar­cie szla­ków han­dlo­wych. A ich głosy są coraz licz­niej­sze...

- Są w błę­dzie - odparł z mocą.

- Czyżby? - spy­tała gorzko Soh. - Zasta­na­wiam się... - urwała na chwilę. - Co, jeśli to jedyny spo­sób na odzy­ska­nie tych, któ­rzy zagi­nęli? Zawrzeć jakiś układ, zgo­dzić się na warunki Nihi­lów? Może mogli­by­śmy wyne­go­cjo­wać wymianę...?

Elzar potrzą­snął głową, prze­ra­żony samą suge­stią.

- Nie - zapro­te­sto­wał sta­now­czo. - Kapi­tu­la­cja ozna­cza­łaby, że się pod­da­jemy. Że zapo­mnie­li­śmy o wszyst­kim, co utra­ci­li­śmy. Kogo stra­ci­li­śmy. Nie możemy ufać Nihi­lom - ani teraz, ani ni­gdy. Skąd mamy w ogóle wie­dzieć, czy ich pro­po­zy­cje nie są tylko kolejną sprytną zagrywką, obli­czoną na zyska­nie cze­goś wię­cej?

- Nie możemy mieć takiej pew­no­ści.

Przez chwilę oboje mil­czeli.

- Ja też za nimi tęsk­nię - powie­działa, zmie­nia­jąc pozy­cję, by wyre­gu­lo­wać pro­tezę nogi - sku­tek obra­żeń, jakich doznała na Valo pod­czas ataku Nihi­lów na Festi­walu Repu­bliki. Być może aby przy­po­mnieć Elza­rowi, że wie aż nadto dobrze, jak wiele stra­cili.

Mann prze­łknął ślinę; nagle zaschło mu w ustach.

- Oni... wal­czy­liby dalej. Oboje. Avar i Stel­lan.

- Wiem.

- Avar na pewno się nie podda. Jest tam teraz i robi wszystko, co w jej mocy, by spro­wa­dzić ich ze Strefy Oklu­zji.

Soh ski­nęła głową.

- Masz rację. Coś wymy­ślimy. Wymy­ślisz... - Obli­zała ner­wowo wargi. - Oby szybko. Dla dobra nas wszyst­kich. Nie mogę w nie­skoń­czo­ność trzy­mać Senatu w nie­pew­no­ści. I nie mogę cze­kać. Muszę zyskać pew­ność, że nic mu nie jest, Elza­rze. Jestem pewna, że to rozu­miesz. Aku­rat ty powi­nie­neś wie­dzieć o tym aż nadto dobrze.

Ski­nął głową.

- On wie, że pró­bu­jesz do niego dotrzeć. Oni wszy­scy. Wie­dzą, że się nie pod­da­li­śmy.

Uśmiech­nęła się z przy­mu­sem.

- Tak, oczy­wi­ście. I zawsze jest szansa, że któ­raś z two­ich wia­do­mo­ści do nich dotarła. Nio­sąc im nadzieję, że o nich nie zapo­mnie­li­śmy, prawda? Muszę w to wie­rzyć.

- Też na to liczę - zapew­nił ją. Pod­czas gdy Nihi­lo­wie blo­ko­wali całą łącz­ność w oko­li­cach Strefy Oklu­zji, Elzar spę­dził wiele mie­sięcy, nada­jąc serię wia­do­mo­ści na sze­ro­kim spek­trum kana­łów i czę­sto­tli­wo­ści - nie­któ­rych dawno zapo­mnia­nych, odna­le­zio­nych w Archi­wach Jedi. Miał nadzieję, że przy­po­mną one wszyst­kim Jedi, wszyst­kim isto­tom w Stre­fie Oklu­zji, że Jedi są z nimi, bez względu na wszystko. Że wciąż jest nadzieja. Że Repu­blika i zakon wspól­nie znajdą spo­sób, aby spro­wa­dzić ich do domu lub uwol­nić od jarzma uci­sku.

Miał tylko nadzieję, że jego prze­kaz został ode­brany.

Elzar potarł w zamy­śle­niu pod­bró­dek, ze zdzi­wie­niem reje­stru­jąc, że pokrywa go krótka, ostra szcze­cina. Czy naprawdę tak dawno się nie golił?

- Pasuje ci - stwier­dziła z uśmie­chem kanc­lerz.

Potrzą­snął głową.

- O nie. Nie pró­buję...

Uśmiech­nęła się do niego ponow­nie.

"Nie pró­buję zapu­ścić brody jak Stel­lan" - dokoń­czył w myśli Mann, nie ośmie­la­jąc się wypo­wie­dzieć tych słów na głos. Odwró­cił wzrok, wziął głę­boki wdech i wypu­ścił z sykiem powie­trze z płuc.

- Prze­pra­szam, Elza­rze. Nie chcia­łam cię zawsty­dzić - powie­działa. Wciąż się uśmie­chała, ale w jej oczach widział smu­tek. - Wszy­scy odczu­wamy pre­sję - dodała, nieco ciszej. - Zwłasz­cza dziś. - Po chwili mil­cze­nia spy­tała: - Jak się trzy­masz? Tylko szcze­rze.

Pod­chwy­cił jej wzrok. Jak to moż­liwe, że osoba dźwi­ga­jąca tak ogromny cię­żar na swo­ich bar­kach mogła myśleć o innych, zwłasz­cza w dniu takim jak dzi­siej­szy?

- Mam tylko nadzieję, że Nihi­lo­wie nie pla­nują uczcić tej oka­zji - wymam­ro­tał.

- Od mie­siąca są dziw­nie cicho - zauwa­żyła w odpo­wie­dzi.

- Kon­ty­nu­owali naloty na nie­które z odle­głych ukła­dów.

- Tak, ale z naszego wywiadu, nawet jeśli nie mamy zbyt wielu infor­ma­cji, nie wynika, by pla­no­wali jakieś ataki na dużą skalę - powie­działa kanc­lerz. - Nie­mniej jed­nak Koali­cja Obrony Repu­bliki jest w peł­nej goto­wo­ści. Pod­ję­li­śmy środki ostroż­no­ści i roz­mie­ści­li­śmy floty w pobliżu wszel­kich wraż­li­wych celów wzdłuż gra­nicy Strefy Oklu­zji. - Usia­dła pro­ściej, jakby samą zmianą postawy chciała dać mu do zro­zu­mie­nia, że roz­ma­wiają teraz na bar­dziej ofi­cjal­nej sto­pie - i jakby chciała utwier­dzić w tym prze­ko­na­niu rów­nież samą sie­bie. - Nie spo­dzie­wamy się żad­nych kło­po­tów.

- Obyś miała rację - wes­tchnął.

Lina Soh zamru­gała, wzięła głę­boki wdech i wstała, a wraz z nią dwa oswo­jone tar­gony.

- A teraz czas na prze­mó­wie­nie.

Rozdział czwarty. UKŁAD RIBENTO

Roz­dział czwarty

UKŁAD RIBENTO

Statek opu­ścił nad­prze­strzeń. Odgłosy alar­mów zbli­że­nio­wych odbi­jały się echem od gro­dzi, ostre i natar­czywe. Świa­tła ostrze­gaw­cze roz­bły­ski­wały naglącą, pul­su­jącą czer­wie­nią, a człon­ko­wie załogi prze­krzy­ki­wali się jeden przez dru­giego:

- Trzy nihil­skie statki!

- Bom­bar­dują pla­netę z orbity!

- Zauwa­żyli nas!

Bell zamknął oczy. Wziął długi, głę­boki oddech, sta­ra­jąc się oczy­ścić umysł. "Skup się!" - naka­zał sobie w myśli. "Skon­cen­truj się..."

- Przy­go­to­wać się - powie­dział, otwie­ra­jąc oczy. Jego głos był mia­rowy i spo­kojny, ale w jakiś spo­sób zda­wał się prze­bi­jać przez kako­fo­nię alar­mów i peł­nych napię­cia okrzy­ków. Załoga na swo­ich sta­no­wi­skach kur­czowo trzy­mała się krze­seł i kon­sol, gdy "Trak­tat" zadrżał, ugo­dzony sal­wami w lewą burtę. Roz­le­gły się kolejne syreny. Z sufitu posy­pał się deszcz iskier, a Żarka wydała z sie­bie ostrze­gaw­cze szczek­nię­cie.

- Arr­r­wooo! - mruk­nął Bur­ry­aga.

- Tak - potwier­dził Bell. - Cztery nihil­skie jed­nostki.

- Raport o uszko­dze­niach! - zażą­dała kapi­tan Pel.

- Śluza powietrzna na pra­wej bur­cie roz­sz­czel­niona, ale poza tym kadłub zacho­wał inte­gral­ność.

- Zawró­cić - roz­ka­zała Pel. - I niech Hin­tis przy­śle posiłki, natych­miast!

- Tak jest, pani kapi­tan!

"Trak­tat" pochy­lił dziób, wyko­nu­jąc obrót w prawo i zmie­nia­jąc lekko pozy­cję, dzięki czemu Bell i reszta po raz pierw­szy zyskali dobry widok na układ Ribento, w któ­rym się zna­leźli. Trzeba przy­znać, że robił nie­sa­mo­wite wra­że­nie - jasne gwiazdy podwójne, trwa­jące w maje­sta­tycz­nym tańcu z trzema cia­łami nie­bie­skimi: pla­netą Ribento i jej dwoma zamiesz­ka­łymi księ­ży­cami, Mor­la­sem i Tho - ale efekt psuły aktu­al­nie roz­rzu­cone szczątki cze­goś, co nie­gdyś musiało być sta­cjami poste­run­ko­wymi, oraz obec­ność kilku nihil­skich stat­ków.

Trzy z nich były mniej­szymi, skle­co­nymi z róż­nych ele­men­tów jed­nost­kami, typo­wymi dla tej grupy - prak­tycz­nie ster­tami złomu, połą­cze­niem źle dopa­so­wa­nych czę­ści pozy­ska­nych z wra­ków lub maszyn skra­dzio­nych porwa­nym ofia­rom - ale ostatni zde­cy­do­wa­nie wyglą­dał zna­jomo. "Kako­fo­nia". Sta­tek Melis Shryke. Nihilki, która porwała wiel­kiego mistrza Vetera tuż spod ich nosów i siała ter­ror na roz­pro­szo­nych świa­tach na gra­nicy Strefy Oklu­zji.

- Wresz­cie! - wyrwało się Bel­lowi z głębi ści­śnię­tej z napię­cia klatki pier­sio­wej. To była ich szansa na zmu­sze­nie Shryke, by zapła­ciła za swoje czyny. Posta­wie­nie jej przed obli­czem spra­wie­dli­wo­ści. Oka­zja, na którą cze­kał.

- Wysłać sky­wingi! - roz­ka­zała Pel.

Quarik prze­ka­zała roz­kaz.

Osiem małych repu­bli­kań­skich myśliw­ców o kadłu­bach w kształ­cie grotu strzały wystar­to­wało z han­garu "Trak­tatu", for­mu­jąc dwie eska­dry.

W chwili obec­nej "Kako­fo­nia" ostrze­li­wała z orbity sto­jącą w pło­mie­niach osadę na Ribento - praw­do­po­dob­nie to oni wzy­wali pomocy. Pozo­stałe, mniej­sze statki Nihi­lów zawra­cały w ich stronę. Jeden z nich - myśli­wiec z jasno­nie­bie­skim okiem wyma­lo­wa­nym na bur­cie - zami­go­tał i znik­nął, wcho­dząc w nad­prze­strzeń.

- Salwa na sie­dem-dzie­więć-prze­ci­nek-trzy-dwa-pięć - naka­zał Bell.

- Ale tam nic nie ma! - sprze­ci­wiła się Pel.

- Zaufaj mi - popro­sił. Dzia­łał teraz instynk­tow­nie, pozwa­la­jąc swoim wyostrzo­nym Mocą zmy­słom się­gnąć poza gra­nice statku, aby wyczuć każde, nawet naj­mniej­sze jej drże­nie.

- Cel namie­rzony! - zawo­łał strze­lec, wysoki, szczu­pły Kel Dor nazwi­skiem Pha Rool. Jego głos był lekko przy­tłu­miony z powodu maski odde­cho­wej.

- Ognia! - krzyk­nęła Pel.

Pocisk - jeden z zale­d­wie sze­ściu będą­cych na wypo­sa­że­niu "Trak­tatu" - opu­ścił gniazdo przy akom­pa­nia­men­cie ryku zapłonu, mknąc przez próż­nię w kie­runku gwiazdy.

Mijały sekundy. Pel odwró­ciła się i spoj­rzała na Bella, z fru­stra­cją marsz­cząc brwi. Dwa pozo­stałe małe nihil­skie statki szybko się do nich zbli­żały.

- Chwila - powie­dział Bell, pod­no­sząc rękę i pro­sząc o jesz­cze odro­binę cier­pli­wo­ści. - Cze­kaj­cie...

I wtedy nihil­ski myśli­wiec wyszedł z nad­prze­strzeni wprost na torze lotu nad­la­tu­ją­cej rakiety. Pilot nie był w sta­nie nic zro­bić. Nie zdą­żył nawet pod­jąć żad­nych prób uniku, bo pocisk ude­rzył w płyty abla­cyjne na dzio­bie sta­teczku, a ten natych­miast roz­pry­snął się w kuli ognia, sie­jąc wokół szcząt­kami.

Bell wyczuł, jak w Mocy migo­cze i gaśnie kilka świa­te­łek, i się skrzy­wił.

Wśród załogi roz­le­gły się okrzyki triumfu. Pel obrzu­ciła Bella spoj­rze­niem, w któ­rym dało się dostrzec zarówno sza­cu­nek, jak i podejrz­li­wość.

- Nad­la­tują!

- Wyko­nać unik!

"Trak­tat" zatrząsł się potęż­nie, gdy odpa­lono jego tylne sil­niki manew­rowe, a jego dziób opadł gwał­tow­nie. Tuż nad ich lewą dzio­bową płe­twą prze­mknęła salwa wystrze­lona przez drugi nihil­ski sta­tek, zale­d­wie o włos omi­ja­jąc mostek, na któ­rym stał Bell i reszta.

Cztery sky­wingi natych­miast rzu­ciły się za nim w pościg, rażąc go pro­mie­niami wystrze­li­wa­nymi z dzia­łek lase­ro­wych. Pozo­stałe zawró­ciły, przy­go­to­wu­jąc się do star­cia z ostat­nią z mniej­szych nihil­skich jed­no­stek.

- Musimy dotrzeć do "Kako­fo­nii" - powie­dział Bell. - Sky­wingi pora­dzą sobie z myśliw­cami.

Burry poki­wał gor­li­wie głową, aż zako­ły­sały się jego war­ko­czyki. Zawar­czał w shy­rii­wo­oku, suge­ru­jąc, by wsko­czyli za stery swo­ich vec­to­rów.

- Dobry pomysł - oce­nił Zet­ti­far, odwra­cają się do Pel. - Czy mogli­by­śmy jed­nak naj­pierw pod­le­cieć bli­żej?

- Oczy­wi­ście - potwier­dziła kapi­tan. - Quarik? Pod­pro­wadź nas.

"Trak­tat" pomknął naprzód, nabie­ra­jąc z każdą chwilą pręd­ko­ści.

Nie­opo­dal, za przed­nim ilu­mi­na­to­rem, cztery sky­wingi oskrzy­dliły wła­śnie nihil­ski myśli­wiec. Działka blu­znęły... i sta­te­czek znik­nął w chmu­rze ogni­stej eks­plo­zji.

Reszta myśliw­ców ści­gała ostat­nią z mniej­szych wro­gich jed­no­stek. Nie minie wiele czasu, nim i ona zosta­nie zmie­niona w obłok gwiezd­nego pyłu.

Bell poczuł przy­pływ nadziei.

"Tym razem... - pomy­ślał - ...tym razem nam się uda".

Tym­cza­sem "Kako­fo­nia" prze­rwała ostrzał Ribento i powoli obra­cała się w ich stronę, odsu­wa­jąc od studni gra­wi­ta­cyj­nej pla­nety, aby sta­wić im czoła.

Bell szturch­nął Bur­ry­agę w ramię.

- Mam nadzieję, że jesteś gotów do walki?

Wookiee odrzu­cił głowę na plecy i zary­czał potwier­dza­jąco.

- Przy­go­to­wać działa - roz­ka­zała Pel, pochy­la­jąc się do przodu w swoim fotelu. - Ostrze­lać ich dziób, gdy tylko znajdą się w zasięgu. Cze­kać w pogo­to­wiu. Pamię­taj­cie, że naszym celem jest uniesz­ko­dli­wie­nie ich, a nie znisz­cze­nie. Musimy zdo­być dzia­ła­jący napęd Ścieżki.

- Tak jest, pani kapi­tan! - roz­le­gła się chó­ralna odpo­wiedź.

"Trak­tat" kon­ty­nu­ował lot, szybko zmniej­sza­jąc dystans dzie­lący obie jed­nostki.

- Zaj­miemy ich, dopóki do nich nie dotrze­cie - powie­działa Pel, patrząc ostro na Bella. - Ale pamię­taj­cie: wkrótce przy­będą posiłki. Nie musi­cie podej­mo­wać zbęd­nego ryzyka. Wiem, że jeste­ście Jedi, ale na­dal pozo­sta­je­cie czę­ścią tej załogi.

Zet­ti­far ski­nął głową. Pel też była obecna, gdy porwano Pra-Tre Vetera. Naj­wy­raź­niej nie zamie­rzała pozwo­lić, by znowu poj­mano przy niej kolej­nych Jedi.

- Będę celo­wał w ich napęd. Burry zaj­mie się sys­te­mami uzbro­je­nia. Jeśli uda nam się ich unie­ru­cho­mić do czasu przy­by­cia posił­ków, mamy szansę.

Wookiee potwier­dził kiw­nię­ciem głowy, rusza­jąc już w kie­runku rufy statku, gdzie w han­ga­rze cze­kały ich vec­tory.

- Zacze­kaj­cie! - zawo­łała w ślad za nimi Quarik.

Bell odwró­cił się w jej stronę.

- Tak?

- Opu­ścili stud­nię gra­wi­ta­cyjną pla­nety. Akty­wują hiper­na­pęd...

Bell zamarł, wpa­tru­jąc się w "Kako­fo­nię", która nagle zami­go­tała i znik­nęła z pola widze­nia, ska­cząc w nad­świetlną.

- Użyli napędu Ścieżki - powie­dział Pha Rool.

- Ucie­kli? - jęk­nęła Pel.

Bell wal­czył z falą nara­sta­ją­cej fru­stra­cji.

Tak mało bra­ko­wało... Znowu. Kolejna porażka.

- Na to wygląda - potwier­dziła Quarik. - Nie ma po nich śladu.

Pel zaklęła pod nosem.

- W porządku. Odwo­łajmy sky­wingi, jak tylko... - Resztę jej słów zagłu­szył potężny huk ostrzału, który ugo­dził w górną część kadłuba, wpra­wia­jąc cały sta­tek w drże­nie. Roz­le­gły się kolejne alarmy, a wyświe­tla­cze na całym mostku poczer­wie­niały od sygna­łów ostrze­gaw­czych.

- Raport!

- To "Kako­fo­nia"! Wysko­czyli z nad­prze­strzeni tuż nad nami! - krzyk­nął Pha Rool.

- I wysy­łają wię­cej stat­ków - dodała Quarik drżą­cym z napię­cia gło­sem. - Lecą pro­sto na nas.