Star Wars Wielka Republika. Na ratunek Valo - Daniel Jose Older

Kup ebooka

29.90 zł
25.42 zł (24,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Ram Joma­ram sie­dział ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na sta­rym fotelu pilota wymon­to­wa­nym z myśliwca. Zamknął oczy i spró­bo­wał odsu­nąć od sie­bie cały ota­cza­jący go zgiełk i rwe­tes. A było tego co nie­miara: pośród malow­ni­czych gór i lasów Valo zebrało się całe mnó­stwo dygni­ta­rzy i gości z naj­dal­szych nawet zakąt­ków galak­tyki. Przy­byli, aby wziąć udział w pierw­szym od bar­dzo dłu­giego czasu Festi­walu Repu­bliki. Więk­szość miesz­kań­ców Lonisa City zajęła się ostat­nimi przy­go­to­wa­niami do uro­czy­sto­ści - pil­no­wa­niem roz­wie­sza­nia sztan­da­rów, przy­rzą­dza­niem sma­ko­wi­tego poczę­stunku i szy­ko­wa­niem kwa­ter dla gości. Już wkrótce zgro­ma­dzą się pod nie­mal ukoń­czoną świą­ty­nią Jedi, aby powi­tać na Valo samą panią kanc­lerz.

Lonisa City, mia­steczko, w któ­rym Ram dora­stał, nie było zbyt duże. Wszy­scy się tu znali i trosz­czyli o sie­bie nawza­jem. Odno­siło się wra­że­nie, że życie toczy się tu całe lata świetlne od gwaru i cha­osu panu­ją­cego w resz­cie galak­tyki. Jed­nak w ciągu ostat­nich kilku tygo­dni Ram czuł z każ­dym dniem coraz bar­dziej dotkli­wie, jak owa fala roz­go­rącz­ko­wa­nia i ów zgiełk zbli­żają się do Valo, pod­czas gdy na pla­netę zwra­cały się kolejne pary oczu oby­wa­teli Repu­bliki. Zor­ga­ni­zo­wa­nie imprezy na taką skalę wyma­gało tak wielu przy­go­to­wań i tyle było do zro­bie­nia!

Mimo to...

W tej chwili to wszystko nie miało żad­nego zna­cze­nia.

Liczył się tylko ten moment, tu i teraz.

Ram wspo­mniał mimo­cho­dem mistrzowi Kun­pa­rowi, że jeden ze sku­te­rów repul­so­ro­wych zespołu ochrony jest zepsuty - uszko­dzony został pier­ścień uszczel­nia­jący, a wszy­scy miej­scowi mecha­nicy byli zajęci orga­ni­zo­wa­niem poka­zów świetl­nych, więc... Cóż. Mistrz Kun­par krę­cił tro­chę nosem i wywi­jał wyra­sta­ją­cymi mu z pod­bródka mac­kami, ale w końcu ustą­pił - i wła­śnie dla­tego Ram znaj­do­wał się teraz w swoim ulu­bio­nym miej­scu na pla­ne­cie: obskur­nym, ciem­nym warsz­ta­cie, peł­nym pordze­wia­łych czę­ści i narzę­dzi.

Grupa Bon­bra­ków śmi­gała w tę i we w tę po pół­kach wokół niego, traj­ko­cząc do sie­bie i prze­my­ka­jąc od jed­nej drob­nej naprawy do dru­giej, ale poza nimi nie było tu nikogo, więc pada­wan Jedi Ram Joma­ram mógł się w pełni cie­szyć tym naj­pięk­niej­szym sta­nem, jaki znał: samot­no­ścią we wła­snym warsz­ta­cie, małej klitce na tyłach kwa­ter Jedi.

Tutaj nikt nie wyma­gał od niego prze­strze­ga­nia zawi­łych zasad czy pro­to­ko­łów. W pobliżu nie było też żad­nych wie­ko­wych mądrych mistrzów, któ­rym trzeba by oka­zy­wać należny sza­cu­nek. Tylko metal, sworz­nie i pla­stoid, a także kilka wiel­ko­uchych futrza­stych kulek o dłu­gich ogo­nach, które robiły mnó­stwo piskli­wego har­mi­dru, ale zaj­mo­wały się głów­nie wła­snymi spra­wami.

"Silna jest Moc, a ja jestem silny Mocą" - powtó­rzył sobie w myśli Ram. Tutaj, w tej zacisz­nej, brud­nej od smaru kry­jówce mógł bez reszty zanu­rzyć się w spo­koju i sile wła­snego wnę­trza. Wokół niego uno­siła się w powie­trzu nie­wielka kon­ste­la­cja czę­ści sku­tera. Wśród nich znaj­do­wały się mię­dzy innymi skó­rzane sio­dełko, a także meta­lowa osłona cen­tralki - w tej chwili nie potrze­bo­wał ich jed­nak. Był też sil­nik, razem z kratką, uszczel­kami i rurami. A oto i skrzynka bez­piecz­ni­kowa, mon­to­wana obok pasa wen­ty­la­cyj­nego i łącząca się z resztą pod­ze­spo­łów. I cen­tralka napędu repul­sora, na­dal jesz­cze lśniąca od resz­tek oleju roz­sz­cze­pie­nio­wego, wyplu­tych przez nią nieco wcze­śniej pod­czas ruty­no­wego patrolu.

"Musisz postrze­gać wszystko jako całość - powta­rzał Ramowi tak wiele, wiele razy mistrz Kun­par. - I trak­to­wać każdą część jako ele­ment tej cało­ści, patrzeć na nią przez pry­zmat odgry­wa­nej przez nią roli, nie tego, czym chcesz, aby była. Ani tego, czym oba­wiasz się, że może się oka­zać. Trak­tuj ją po pro­stu jako to, czym jest".

W jego ustach brzmiało to tak pro­sto! Z dru­giej strony wygła­szana przez men­tora rada doty­czyła praw­do­po­dob­nie w więk­szo­ści przy­pad­ków tech­nik medy­ta­cji i manew­rów bojo­wych, czyli rze­czy zwią­za­nych nie­ro­ze­rwal­nie z byciem Jedi. Jed­nak dla Rama dłu­ba­nie w czę­ściach sta­no­wiło rodzaj medy­ta­cji. A poza tym Moc i tak była prze­cież wszę­dzie, prawda? Uznał, że mistrz byłby zado­wo­lony z tego, iż pada­wan zna­lazł prak­tyczne zasto­so­wa­nie dla jego teo­rii. O tak. A przy­naj­mniej taką miał nadzieję.

Ram wyczu­wał cichy szum każ­dej czę­ści, led­wie zauwa­żalne wibra­cje prze­ni­ka­jące powie­trze, defi­niu­jące każdą z nich, gdy tak krą­żyły z wolna wokół niego - mię­dzy innymi ten odle­gły trel wewnątrz cen­tralki, który brzmiał odro­binę fał­szy­wie wzglę­dem pozo­sta­łych kom­po­nen­tów. Każda część odgrywa swoją rolę... O, wła­śnie tutaj! To ozna­czało, że coś jest nie tak, jak należy. Wie­dział, jak powinny wyglą­dać wszyst­kie inne ele­menty - jakie muszą dawać odczu­cia, jak powinny brzmieć. Już jako mło­dzik ślę­czał godzi­nami nad spe­cy­fi­ka­cjami tech­nicz­nymi i roz­mon­to­wy­wał na czę­ści każde urzą­dze­nie, jakie tylko wpa­dło mu w ręce, potra­fił więc nie­omyl­nie roz­po­znać fał­szywe nuty w emi­to­wa­nych przez nie wibra­cjach. A ta tutaj część... Coś wypa­czyło jej kształt, być może doszło do tego pod wpły­wem zbyt wyso­kiej tem­pe­ra­tury? Ale dla­czego? "Nie to, czym chcesz, aby była, nie tym, czym oba­wiasz się, że może się oka­zać..." O nie. Coś innego musiało być nie w porządku.

Wie­dział, że więk­szość Jedi nie korzy­sta z Mocy w ten spo­sób, ale jaki jest poży­tek z posia­da­nia fan­ta­stycz­nych umie­jęt­no­ści, jeśli nie można dzięki nim nawet zba­dać wnę­trza sta­rych, roz­kle­ko­ta­nych czę­ści? Cóż, wła­śnie w ten spo­sób postrze­gał to Ram. Uwiel­biał try­biki i prze­wody, a także tajem­nice, które mogły skry­wać, i kochał uczu­cie prze­pły­wa­ją­cej przez niego Mocy, wią­żą­cej go z całym wszech­świa­tem. A połą­cze­nie tych dwóch rze­czy to było naj­lep­sze, co mogło ist­nieć.

Kon­ty­nu­ował prze­gląd, prze­śli­zgu­jąc się umy­słem od peda­łów przy­śpie­sze­nia poprzez mecha­nizm ste­ro­wa­nia i panele kon­tro­lne aż po rurę wyde­chową. "Trak­tuj ją jako to, czym jest". Wła­śnie coś namie­rzył, to nie­skoń­cze­nie deli­katne wra­że­nie dyso­nansu, fał­szywą nutę, gdy nagle...

- Witaj, mistrzu Ram! - dobiegł od strony drzwi meta­liczny głos V-18.

- Muszę postrze­gać całość jako całość - wyszep­tał Ram, nie otwie­ra­jąc oczu. Pod­ze­społy sku­tera zatrzy­mały się w swoim powol­nym tańcu i opa­dły nieco niżej. - Każda część odgrywa swoją rolę.

- Joma­ra­ma­Ram do chunda mota mota-ta! - obu­rzył się któ­ryś z poiry­to­wa­nych Bon­bra­ków. To był praw­do­po­dob­nie Tip, naj­młod­szy i naj­bar­dziej opry­skliwy z zespołu małych mecha­ni­ków. Kilku innych zawtó­ro­wało mu gło­śno.

- Nie ma potrzeby być nie­uprzej­mym - zauwa­żył V-18.

Czę­ści sku­tera opa­dły jesz­cze niżej.

- Nie jako to, czym chcę, by była. Nie jako to, czym oba­wiam się, że może się oka­zać - wymam­ro­tał Ram przez zaci­śnięte zęby. - Tylko jako to, czym jest.

- Bacha no bacha krib­krib patrak!

- Pra­trak patrak!

- Joma­ramaRam!

- Po pro­stu się przy­wi­ta­łem - obru­szył się V-18. - Tak się zło­żyło, że bar­dzo się ucie­szy­łem na widok mło­dego pada­wana, a przy oka­zji mam pilną misję, i to wła­śnie dla­tego, jeśli już musi­cie wie­dzieć, usta­wi­łem swój głos na więk­szą czę­sto­tli­wość i gło­śność niż zwy...

Jeden z Bon­bra­ków zapisz­czał (nie­mal na pewno Fezmix, wyjąt­kowo hała­śliwy), roz­le­gło się meta­liczne stuk­nię­cie i V-18 krzyk­nął z obu­rze­niem:

- To nie było konieczne!

- Muszę postrze­gać całość jako całość! - wrza­snął Ram, a tym­cza­sem czę­ści sku­tera, z wyjąt­kiem jed­nej, która kon­ty­nu­owała zata­cza­nie w powie­trzu chwiej­nego koła, runęły na zie­mię i znie­ru­cho­miały. Gdy pod­niósł wzrok, napo­tkał sie­dem par pacior­ko­wa­tych czar­nych oczu i jeden lśniący, elek­tro­niczny foto­re­cep­tor, wszyst­kie wpa­try­wały się w niego.

- Och, jej - wymam­ro­tał V-18.

Ram wes­tchnął i wów­czas ostat­nia część wylą­do­wała ze szczę­kiem na pod­ło­dze.

Bon­bra­ko­wie natych­miast zaczęli się ze sobą kłó­cić, a Ram wstał z fotela pilota i potarł ze znu­że­niem oczy.

- O co cho­dzi, Vee-Eigh­teen?

Droid prze­by­wał tu od Moc wie ilu lat i było to widać na pierw­szy rzut oka. Góro­wał nad wszyst­kim niczym wielka, nie­praw­do­po­dob­nie pordze­wiała skrzy­nia na pęka­tych nóż­kach. Ram poma­lo­wał go na jaskra­wo­fio­le­towo, bo ludzie bez­u­stan­nie nie­chcący łado­wali go na statki, gdy był w try­bie uśpie­nia, bio­rąc go za część ładunku. Z boków kan­cia­stego kor­pusu łypały na niego umiesz­czone nieco nie­sy­me­trycz­nie oczy, które cza­sem mru­gały, sygna­li­zu­jąc znie­cier­pli­wie­nie czy też może błąd opro­gra­mo­wa­nia? Ram ni­gdy nie był tego do końca pewien.

- Mistrzo­wie Kun­par i Lege przy­go­to­wują się w świą­tyni do dzi­siej­szego wiel­kiego wyda­rze­nia - oznaj­mił V-18. - Które... ma się rozu­mieć, roz­pocz­nie się już wkrótce!

- Taak?

- A mistrzo­wie Devo i Shon­na­trucks witają nowe siły ochrony, które Repu­blika przy­słała na czas trwa­nia imprezy. Mają zostać ode­słane na teren festi­walu. Czyli już nie­długo.

- Vee-Eigh­teen...

- Są z nimi wszy­scy inni pada­wani.

- Vee-Eigh­teen, czemu infor­mu­jesz mnie o miej­scu prze­by­wa­nia każ­dego z valoń­skich Jedi?

- Bo wieża Cra­sh­po­int szwan­kuje.

Wieża łącz­no­ści znaj­do­wała się poza Lonisa City, w głębi lasu Faro­din, na wzgó­rzu, które miej­scowi śmiał­ko­wie nazwali wzgó­rzem Cra­sh­po­int. Wkrótce zaś zrobi się ciemno i...

- Cóż, w takim razie lepiej się temu przyj­rzę.

- Nie!

Ram zamru­gał nie­przy­tom­nie i popa­trzył na V-18 z kon­ster­na­cją.

- Dla­czego?

- Bo jest pewna sprawa, która wymaga pil­niej two­jej uwagi! - oświad­czył robot.

- Czy mam cię roz­mon­to­wać na czę­ści, by dostać się do two­ich baz danych i wydo­być z cie­bie tę infor­ma­cję, czy może sam wyja­śnisz mi wresz­cie, o co cho­dzi?

- Och, jejku. Nie ma potrzeby...

- Vee-Eigh­teen!

- Na pery­me­trze ochrony wieży łącz­no­ści uru­cho­mił się alarm.

Ram otwo­rzył sze­roko oczy. Samo naru­sze­nie pery­me­tru nie musiało od razu zwia­sto­wać niczego poważ­nego - praw­do­po­dob­nie była to po pro­stu sprawka jakie­goś leśnego stwo­rze­nia. Jed­nak w sytu­acji pona­wia­nych ata­ków Nihi­lów na tere­nie Zewnętrz­nych Rubieży oraz z uwagi na zbli­ża­jący się festi­wal wszy­scy byli mak­sy­mal­nie czujni, więc Jedi pole­cono trak­to­wać każdy moż­liwy pro­blem z ochroną jako mający naj­wyż­szy prio­ry­tet.

- Co masz na myśli? Czy poin­for­mo­wa­łeś o tym mistrzów?

V-18 pokrę­cił swoim wiel­kim, kan­cia­stym kor­pu­sem i zamru­gał z roz­draż­nie­niem - tym razem Ram był pewny, że migo­ta­nie foto­re­cep­to­rów było celowe.

- Przed chwilą ci powie­dzia­łem: łącz­ność szwan­kuje! Rany, czło­wieku!

- A więc doszło do naru­sze­nia bez­pie­czeń­stwa wieży, a łącz­ność szwan­kuje? I... dla­czego w ogóle infor­mu­jesz o tym aku­rat mnie?

- Cóż, nie chciał­bym, by komuś stała się krzywda.

Ram nie miał czasu zagłę­biać się w przy­pusz­cze­nia, nie miało to sensu.

- Musimy to spraw­dzić! - zawo­łał. - Kiedy doszło do naru­sze­nia?

- Godzinę temu - ogło­sił trium­fal­nie V-18.

- Trzeba się tam dostać, teraz, natych­miast! Musimy... - Ram odwró­cił się gwał­tow­nie, gotów wsko­czyć na sku­ter ochrony, i nagle przy­po­mniał sobie, że maszyna leży roz­krę­cona w czę­ściach na pod­ło­dze warsz­tatu. On zaś nie miał upraw­nień do uży­wa­nia żad­nego z więk­szych pojaz­dów. Pie­sza wyprawa potrwa­łaby sta­now­czo za długo - w życiu nie dotar­liby tam przed zmro­kiem, a po tym, co naru­szyło pery­metr i praw­do­po­dob­nie uszko­dziło wieżę łącz­no­ści, już dawno nie byłoby wów­czas śladu. Może i dobrze, bo Ram nie musiałby wtedy sta­wić temu czoła i z tym wal­czyć. Ram Joma­ram nie­na­wi­dził walki. Cóż, tak naprawdę ni­gdy do tej pory nie miał oka­zji tego robić, ale wstrętna była mu sama idea kon­fron­ta­cji. Miał wra­że­nie, że jego ciało odma­wia współ­pracy za każ­dym razem, gdy nad­cho­dziła pora na ćwi­cze­nie sztuk walki. Nauka posłu­gi­wa­nia się mie­czem świetl­nym i ogólne manewry bojowe Jedi nale­żały do zajęć, któ­rych nie­na­wi­dził naj­bar­dziej, a na samą myśl o star­ciu z wro­giem robiło mu się nie­do­brze.

To jed­nak nie miało żad­nego zna­cze­nia. Był pada­wa­nem Jedi, a w pobliżu nie było naj­wy­raź­niej nikogo innego, kto mógłby się tym zająć. To jego obo­wią­zek, nawet jeśli wolałby spę­dzić resztę wie­czoru na maj­ster­ko­wa­niu. I ozna­czało to rów­nież, że powi­nien dotrzeć do wieży tak szybko, jak tylko zdoła.

Zer­k­nął na V-18.

- Naj­pierw, zgod­nie z pro­to­ko­łem, musia­łem spraw­dzić, gdzie znaj­dują się wszy­scy mistrzo­wie Jedi - pero­ro­wał droid - ale kwa­tery miesz­kalne i świą­ty­nia oka­zały się puste! Potem spró­bo­wa­łem wywo­łać kogoś przez komu­ni­ka­tor, ale... Dla­czego tak na mnie patrzysz?

W gło­wie Rama rodził się wła­śnie pewien pomysł, a gdy to się działo, zazwy­czaj trudno było mu już myśleć o czym­kol­wiek innym. Bar­dzo praw­do­po­dobne, że łypał na dro­ida w dzi­waczny spo­sób; oce­niał wła­śnie, w któ­rych miej­scach na tym masyw­nym ciele dałoby się zamon­to­wać różne czę­ści.

- Czy twoje nogi się cho­wają? - zapy­tał, zer­ka­jąc na jed­nostkę napędu manew­ro­wego, którą wymon­to­wał ze sta­rej jed­no­oso­bo­wej odsie­warki mają­cej tra­fić na złom. Sie­dem par maleń­kich oczu podą­żyło za jego spoj­rze­niem.

- Powi­nie­neś wie­dzieć, że ten zwinny, ale solidny ele­ment jest zdolny do nie­zli­czo­nych mane...

- Cho­wają się? - Ram spoj­rzał zna­cząco na Bon­bra­ków, któ­rzy zaczęli już usta­wiać się na pozy­cjach wokół V-18. Cie­szył się, że nauczyli się roz­po­zna­wać jego minę sygna­li­zu­jącą koniecz­ność goto­wo­ści do dzia­ła­nia.

- Oczy­wi­ście! Nie ma potrzeby wcho­dzić mi w sło...

- A co byś powie­dział na małe uspraw­nie­nie two­jej mobil­no­ści?

- Cóż, nie bar­dzo wiem, jak mógł­byś udo­sko­na­lić jesz­cze bar­dziej ten nie­zrów­nany kompo...

- Vee-Eigh­teen!

- Och, cóż, jasne, być może spodo­ba­łoby mi się to... odro­binę - ska­pi­tu­lo­wał droid.

- W takim razie do dzieła! - wykrzyk­nął Ram, a Bon­bra­ko­wie rzu­cili się do roboty, popi­sku­jąc z oży­wie­niem.

- Co się dzieje? - zanie­po­koił się V-18. - Puść­cie mnie, wy małe łobuzy! Zosta­wia­cie ślady zatłusz­czo­nych palu­chów na moich deli­kat­nych powło­kach!

- To nie potrwa długo - zapew­nił go Ram.

I rze­czy­wi­ście nie potrwało. Lęk V-18 szybko zmie­nił się w entu­zjazm, gdy tylko do robota dotarło, jak fan­ta­styczną mody­fi­ka­cję zamie­rza wpro­wa­dzić Ram - i nawet pró­bo­wał mu nieco przy tym pomóc. Pod­czas gdy Bon­bra­ko­wie zajęli się oka­blo­wa­niem i spa­wa­niem, Ram przy­mo­co­wał do kor­pusu V-18 napęd i zamon­to­wał prak­tyczne sio­dełko oraz pedały kon­troli przy­śpie­sze­nia. Nie było czasu doda­wać hamul­ców, ale kto ich wła­ści­wie potrze­bo­wał? No dobrze: były potrzebne, ale Ram posta­no­wił, że pomy­śli o tym póź­niej. Na razie będzie musiało wystar­czyć wytra­ca­nie pręd­ko­ści.

Rzu­cił tęskne spoj­rze­nie na poroz­rzu­cane po pod­ło­dze szczątki sku­tera, a potem wspiął się po pedale na grzbiet V-18, prze­chy­lo­nego lekko do przodu i uno­szą­cego się tuż nad zie­mią. Sio­dełko, które dodał, było cał­kiem wygodne, a rączki zostały zamon­to­wane aku­rat na wła­ści­wej wyso­ko­ści. Ram odpa­lił sil­nik i wypry­snął z garażu przez drzwi pośród okrzy­ków wiwa­tu­ją­cych Bon­bra­ków.

- To wła­ści­wie cał­kiem przy­jemne! - zawo­łał V-18, sta­ra­jąc się prze­krzy­czeć pęd wia­tru, gdy gnali pośród domostw na obrze­żach Lonisa City i zagłę­biali się w las Faro­din.

- Tak wła­śnie myśla­łem, że ci się spodoba! - odkrzyk­nął Ram. - Pyta­nie brzmi: czy możemy lecieć odro­binę szyb­ciej?

- Nie jestem pewien, czy to dobry po...

Ram wci­snął gaz do dechy i sil­nik V-18 wsko­czył na naj­wyż­sze obroty, nio­sąc ich mię­dzy potęż­nymi cier­nio­aka­cjami, a potem w górę zbo­cza, tuż nad ska­li­stym nasy­pem.

- Juhu­uuu! - wykrzyk­nął pada­wan.

Słońce zaczy­nało wła­śnie kryć się pośród chmur za odle­głym pasmem gór­skim, gdy wyle­cieli na pole, nad któ­rym góro­wała wieża łącz­no­ści.

Ram zdjął stopę z pedału gazu. W oddali przed nimi coś się poru­szyło: jakaś postać wstała z miej­sca, w któ­rym wcze­śniej kucała. Po chwili pod­nio­sła długą cylin­dryczną broń, którą wyce­lo­wała w ich stronę. Ram otwo­rzył sze­roko oczy. Pchnął mocno drą­żek prze­pust­nicy i skrę­cił sil­ni­kami manew­ro­wymi w ostat­niej chwili: już za moment pierw­szy strzał z działka tra­fił w drzewa tuż za nimi.

- Ojo­joj! - zaskam­lał V-18. Nad ich gło­wami prze­mknął kolejny ogni­sty strzał. - Co teraz?

Ram zakrę­cił za stertę gła­zów i zwol­nił, dopóki nie zawi­śli nie­ru­chomo w powie­trzu. Strzały ustały, ale sły­szał teraz gniewny war­kot sil­ni­ków śmi­ga­cza. Pośród gałęzi i liści na tle ciem­nie­ją­cego nieba zami­go­tało kilka maleń­kich świa­te­łek.

- Zamie­rzają uciec! - wyszep­tał Ram. - Wró­cić do statku, któ­rym tu przy­le­cieli.

A skoro intruzi bar­dziej inte­re­so­wali się ucieczką niż zli­kwi­do­wa­niem prze­ciw­nika, ozna­czało to, że ich misja była naprawdę ważna. Co z kolei zna­czyło, że...

- Mam nadzieję, że nie pla­nu­jesz... - zaczął V-18, ale jego słowa zagłu­szył ryk sil­nika, gdy Ram odpa­lił napęd.

- Musimy ich powstrzy­mać!

Roz­dział drugi

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Galak­tyka wiro­wała wokół Luli Tali­soli w dzi­kim kalej­do­sko­pie bez­u­stan­nie zmie­nia­ją­cych się świa­teł i barw. Była taka piękna i wyda­wało się, że poru­sza się wraz z nią. Lula sta­no­wiła jej część - a ona była czę­ścią Luli.

- Lula?

Kto śmiał nie­po­koić ją w chwili takiej jak ta? Pośród tych wszyst­kich obra­ca­ją­cych się z gra­cją gwiazd i galak­tyk...

Poczuła, jak ktoś dotyka jej ramie­nia.

- Lula! - powtó­rzył głos. To była Zeen.

- Mmmhmm?

- Już nie­mal dotar­li­śmy!

Ale dokąd niby mieli dotrzeć?

Ach! Na Try­mant IV!

Lula usia­dła, mru­ga­jąc pół­przy­tom­nie. Była w swo­jej pada­wań­skiej kaju­cie na pokła­dzie "Gwiezd­nego Skoczka". Na gło­wie miała jedwabny zawój, a wokół uno­sił się zna­jomy, stę­chły zapach snu, zmie­szany z woniami ciał istot róż­nych ras.

Try­mant IV był ojczy­stą pla­netą Zeen. Nie­mal już tam dotarli. Mieli na nią wró­cić pierw­szy raz od chwili, gdy wrak statku wysko­czył z nad­prze­strzeni wiele mie­sięcy temu i pra­wie znisz­czył przy tym cały świat. Zeen oca­liła wów­czas Lulę i jej przy­ja­ciół, uży­wa­jąc Mocy, mimo iż była zwy­kłą dziew­czyną, nie pada­wanką Jedi jak Lula. W isto­cie Zeen od małego uczono, by nie ufać Jedi i ukry­wać przed wszyst­kimi swoją wraż­li­wość na Moc. I tak wła­śnie było - do czasu, gdy pło­nący szczą­tek nie­omal spadł na głowy Luli i jej przy­ja­ciół, Farzali i Qorta. Byli tak mocno sku­pieni na odpie­ra­niu ataku Nihi­lów - grupy zama­sko­wa­nych najeźdź­ców, któ­rzy napa­dli na pla­netę - że nie widzieli, jak nad­la­tuje. Na szczę­ście Zeen go dostrze­gła. Zatrzy­mała szczą­tek, unie­ru­cha­mia­jąc go w powie­trzu i oca­la­jąc im życie. Od tam­tej pory wszystko się zmie­niło. Lula ni­gdy nie widziała, aby ktoś nie­wy­szko­lony w tech­ni­kach uży­wa­nia Mocy miał tak natu­ralny talent do jej wyko­rzy­sty­wa­nia.

Stały się nie­mal nie­roz­łączne i, ku uldze Luli, Zeen posta­no­wiła towa­rzy­szyć pada­wa­nom, mimo że prze­kro­czyła odpo­wiedni wiek, by roz­po­cząć szko­le­nie.

- Wszystko w porządku? - spy­tała Zeen.

Lula prze­tarła oczy, usu­wa­jąc spod powiek resztki wspo­mnień galak­tycz­nych snów, i się prze­cią­gnęła. Po Wiel­kiej Kata­stro­fie prze­mie­rza­nie szla­ków nad­prze­strzen­nych na­dal wią­zało się z ryzy­kiem, więc byli zmu­szeni odbyć serię sko­ków, co znacz­nie wydłu­żyło podróż.

- Jasne - zapew­niła przy­ja­ciółkę i zmarsz­czyła czoło, widząc nie­po­kój malu­jący się na fio­le­to­wej twa­rzy Zeen oraz falu­jące lekko wici, które wyra­stały z jej czaszki. - Ale ty wyglą­dasz, jakby coś cię tra­piło...

Zeen odwró­ciła wzrok.

- Nie, nie - zapro­te­sto­wała pośpiesz­nie. - Nic podob­nego.

- Taak, a ja jestem kol­cza­stym mor­gle­sna­pem. - Lula prze­wró­ciła oczami i pokle­pała miej­sce na koi obok sie­bie. - Sia­daj!

Zeen posłu­chała, na­dal jed­nak uni­kała wzroku przy­ja­ciółki.

Cóż, nic dziw­nego, że Zeen się dener­wo­wała. Już za chwilę miała wró­cić na swoją ojczy­stą pla­netę, i to z isto­tami, któ­rym jej przy­ja­ciele i rodzina za kre­dyta nie ufali: z Jedi. Praw­do­po­dob­nie wie­ści o tym, że użyła Mocy, już się roze­szły - ludzie nie zapo­mi­nali łatwo o takich rze­czach. Co gor­sza, świad­kiem tam­tych wyda­rzeń był przy­ja­ciel Zeen z dzie­ciń­stwa, Krix Kama­rat. Jego rów­nież oca­liła, ale ten nie­wdzięczny nic­poń zamiast podzię­ko­wać, wściekł się na nią i uciekł z nihil­skimi najeźdź­cami.

- No dobrze. Mar­twię się - przy­znała wresz­cie Zeen. - Ale to minie. - Zmu­siła się do bla­dego uśmie­chu.

Lula chwy­ciła poduszkę i pac­nęła nią przy­ja­ciółkę w głowę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki