Rozdział pierwszy
ROZDZIAŁ
PIERWSZY
Strzeż się
Jedi - powiedział Er Dal do swojego partnera Fela Ixa, zapinając
skórzany karwasz wokół szarego nadgarstka jego lewej ręki.
Stali w ich rodzinnej kwaterze, znajdującej się głęboko w trzewiach
"Elektrycznego Spojrzenia", pod główną salą zgromadzeń, w której zebrała
się reszta członków Ścieżki Otwartej Dłoni. Statek był dobrym domem dla
Fela Ixa i jego bliskich: miał wydłużoną sylwetkę, kanciaste krawędzie,
tu i tam oznaczono go błękitnymi smugami. Nie trzymając się wytyczonych
szlaków nadprzestrzennych, jednostka samotnie, bezszelestnie przecinała
galaktykę niczym ogromny, smukły rekin. Choć wyglądała groźnie,
zapewniała im bezpieczeństwo i Fel Ix niechętnie się z nią żegnał.
On i jego rodzina byli Kessarinami, pochodzącymi z bagnistej planety na
Zewnętrznych Rubieżach, i od dnia, w którym Fel Ix poznał swoich
partnerów, Era Dala i Ferize, nigdy ich nie opuścił. Przez ostatnie trzy
lata mieszkali na małej planecie Dalna, będącej domem zarówno ich, jak i pozostałych członków Ścieżki Otwartej Dłoni. Czuli się szczęśliwi i bezpieczni, a zaledwie miesiąc wcześniej doczekali się pierwszego
potomstwa. Ale przywódczyni grupy, Matka, doznała wizji Ścieżki
podróżującej po galaktyce, walczącej o to, aby Moc była wolna - i wysyłała Fela Ixa na ważną misję.
- Er Dal ma rację - powiedziała ich partnerka, Ferize. - Strzeż się
Jedi. Na pewno się na nich natkniesz.
Er Dal i Fel Ix zwrócili się w jej stronę. Siedziała na niskiej sofie, a ich świeżo wyklute dzieci leżały zwinięte na jej kolanach, w różnych
stadiach snu. Ferize uśmiechnęła się smutno do Fela Ixa, który uklęknął
obok nich i ostrożnie podniósł malucha imieniem Fe Fer. Wzdłuż krawędzi
jego miniaturowych falbanek policzkowych zaczęły się już pojawiać
maleńkie łuski. Fel Ix przytulił szkraba, żałując, że nie może zostać ze
swoją rodziną. Ale Matka wyznaczyła go do wypełnienia tej misji.
Wybranie przez ich duchową przywódczynię było prawdziwym zaszczytem i chociaż Fel Ix kochał swoją rodzinę, wiedział, że chcą, aby podjął się
tego zadania. Wierzyli w Ścieżkę Otwartej Dłoni. Ufali Matce. Czyż
Ścieżka również nie stanowiła ich rodziny?
Po oddaniu Fe Fera w ręce Era Dala, Fel Ix pochylił się w stronę Ferize.
Pozwolił, aby jego policzek musnął jej, czując napięcie - zarówno
partnerki, jak i własne. Odetchnął głęboko. Syknął i wykrztusił w kessarińskim:
- Wiem, że poradzicie sobie beze mnie...
- Poradzimy sobie, ale nie będziemy szczęśliwi - odsyknęła Ferize. Ich
aparaty głosowe były przystosowane do mówienia zarówno na lądzie, jak i w wodzie. Dawno temu ich rasa należała do istot ziemnowodnych, ale teraz
mogli już tylko oddychać na powierzchni. Zieloną lub szarą skórę
Kessarinów wciąż gdzieniegdzie pokrywały drobne łuski, ich policzki i głowa przypominały nieco morskie wodorosty, wciąż mieli wewnętrzne błony
mrużne chroniące ich oczy, a także po trzy mocarne ogony. Fel Ix owijał
swoje wokół talii i ud, gdy musiał nosić kombinezon zamiast szat
Ścieżki.
- Moc będzie wolna - powiedział Er Dal w basicu. To było jedno z podstawowych haseł Ścieżki Otwartej Dłoni.
Wierzyli, że Moc nie powinna być wykorzystywana, i starali się żyć w harmonii i zgodzie z jej wolą. Er Dal uniósł zielonkawą dłoń o długich
palcach i pociągnął czule za jedną z falbanek na policzku Fela Ixa.
- To prawdziwy zaszczyt pomagać Matce w jej misji. Zwłaszcza po...
- Tak - wszedł mu w słowo Fel Ix. Er Dal miał na myśli bitwę na księżycu
Jedha, do której doszło dzień wcześniej. Była brutalna i przerażająca,
zwłaszcza że walki rozpętały się podczas rozmów pokojowych, a uczestniczyły w nich wszystkie frakcje wierzące w potęgę Mocy. Ale Jedi
walczyli przeciwko Ścieżce, a Matka poszczuła na nich swą dziwną,
błękitnoskórą istotę, którą nazywała Niwelatorem. Stworzenie rozprawiło
się z Jedi i przywróciło równowagę w Mocy, a w trakcie walk padł również
jeden z wielkich kamiennych posągów na Jedzie. Co gorsza, Herold Ścieżki
- silny Nautolanin, przewodzący grupie wraz z Matką - zdradził ich i został na planecie. Wszystko to było niepokojące - wręcz przerażające.
Ufali jednak, że Matka zadba o wyznawców i o ich przyszłość.
Fel Ix wstał. Zamrugał wewnętrznymi błonami mrużnymi i zewnętrznymi
powiekami, przyglądając się swojej najbliższej rodzinie, skulonej razem
i spokojnej, odzianej w szaro-niebieskie szaty Ścieżki. Rozłożył ręce,
zwrócone wnętrzem do góry, i skłonił im się.
- Moc będzie wolna - powiedział, a następnie wyszedł z ich kwatery.
Gdy Fel Ix opuścił przestrzeń mieszkalną "Elektrycznego Spojrzenia",
wygodne kajuty i przestronne korytarze z miękkimi zasłonami i niebiesko-szarymi dekoracjami ustąpiły miejsca przedziałom stworzonym
raczej z myślą o walce. Na czarnych ścianach migotały rzędy świateł, a korytarze stopniowo się zwężały. Fel Ix czuł, jak wici na jego
policzkach drżą od szumu silników.
Dotarł do skrzyżowania, z którego jeden korytarz prowadził na mostek i pokłady obserwacyjne, a drugi do hangaru. Czekały tam na niego sama
Matka, a także przyjaciółka Fela Ixa, Marda Ro.
Poza jego rodziną to właśnie ją spośród członków Ścieżki darzył
najcieplejszymi uczuciami. Everenka, mniej więcej w jego wieku, miała
przenikliwe, czarne oczy, zimną, szarą skórę i ostre zęby drapieżnika.
Ale w przeciwieństwie do wielu jej pobratymców, cechowała ją lojalność i łagodność. Zaledwie kilka tygodni wcześniej pomogła jego młodym wykluć
się z jaj i uratowała im życie. Fel Ix chciał, aby została także ich
przyjaciółką, gdy dorosną.
Marda i Matka w milczeniu czekały na jego przybycie. Ta druga miała
ciemnobrązową skórę, ciepłe oczy i nosiła strojne szaty Starszyzny
Ścieżki. Chociaż na jej ciele wciąż dało się dostrzec ślady po doznanych
niedawno obrażeniach, w oczach Fela Ixa była piękna. Pełna uroku i emanująca pokrzepiającą pewnością siebie. Patrząc na nią, bez trudu
wierzyło się, że Moc wybrała ją na swoją rzeczniczkę - zwłaszcza że
zawsze towarzyszył jej wierny Niwelator. Stworzenie przerażało i jednocześnie inspirowało Fela Ixa swoją potęgą. Kessarin oderwał wzrok
od jego upiornych oczu i spojrzał ponownie na Mardę. Stała bez ruchu,
spokojna jak zawsze. Czarne włosy miękko okalały jej twarz, a długie
szaro-niebieskie szaty, które nosili wszyscy członkowie Ścieżki, gdy
mieszkali na planecie Dalna jako rolnicy i prości zbieracze - zanim
Matka zabrała ich do gwiazd na pokładzie "Elektrycznego Spojrzenia" -
spływały aż do ziemi. Uśmiechnęła się do niego. Jej oczy i nos
przecinały trzy proste pasy, wymalowane niebieską farbą z muszli brikal.
Dziwne. Marda zwykle malowała sobie trzy łagodne, faliste linie na czole
- te były bardziej wyraziste, ostre. W dłoniach trzymała płytką miseczkę
z błękitną farbą.
Fel Ix zatrzymał się przed nimi i ponownie skłonił, z dłońmi zwróconymi
wnętrzami do góry. Kiedy się wyprostował, Marda uśmiechnęła się do
niego.
- Pozwolisz? - zapytała cicho.
- Oczywiście - odparł, podchodząc bliżej. Marda zanurzyła trzy długie
palce w niebieskiej mazi i wyciągnęła rękę, aby dotknąć nimi czoła Fela
Ixa. Rozsmarowała farbę zdecydowanym, płynnym ruchem.
- Idź z wolnością, harmonią i jasnością - powiedziała.
- Moc będzie wolna - odmruknął w odpowiedzi Kessarin.
Aby oczyścić dłoń, Marda rozmazała pozostałości niebieskiej farby na
jego naramienniku. Fel Ix się uśmiechnął.
- Czy szczegóły twojej misji są jasne? - zapytała Matka swoim
dźwięcznym, głębokim głosem i obdarzyła go łagodnym uśmiechem.
- Tak, Matko. Mam mapę priorytetowych boi i zapamiętałem symbole kodu
Grafów, więc nie będę potrzebował fizycznego zapisu.
- Imponujące - mruknęła Matka.
Fel Ix ponownie się ukłonił i czekał ze spuszczoną głową.
- Odprowadzę cię do twojego statku - zaproponowała Marda, a Matka
rzuciła na odchodnym:
- Oby twoja misja przebiegła sprawnie i szybko, Felu Ixie - i wracaj do
nas prędko.
Dotknęła przelotnie jego skroni, po czym odwróciła się w stronę mostka.
Jej kroki odbijały się echem od ciemnych ścian. Gdy zniknęła w głębi
"Elektrycznego Spojrzenia", Marda zbliżyła się do Fela Ixa. Trąciła go
ramieniem, po czym dała mu znak, by poszedł z nią. Jej żartobliwy gest
przypomniał mu, jak młodzi byli oboje, pomimo wszystkiego, czego
doznali, i życia rodzinnego, które budowali.
Fel Ix podążył za nią, ukradkiem przyglądając jej się po drodze.
Brikalowe symbole to nie jedyna rzecz, która zmieniła się w jej
wyglądzie. Choć wciąż uśmiechała się do niego uprzejmie, zachowywała się
z większym dystansem i wydawała się bardziej pewna siebie niż wcześniej
- przed spotkaniem z Jedi, przed bitwą na Jedzie. Fel Ix miał nadzieję,
że po prostu dorasta, że nie staje się bardziej chłodna, wycofana.
Partnerka Kessarina, Ferize, martwiła się, że ta walka między Ścieżką a Jedi złamie Mardę, spustoszy jej serce. Ale on wierzył, że jego
przyjaciółka nadal będzie służyć Ścieżce i Mocy z determinacją - i chciał robić to samo. Moc musiała być wolna, a oni będą walczyć o to,
aby tak się stało.
Gdy szli jednym z łagodnie zakręcających korytarzy, prowadzących na
niższe poziomy statku, mijali innych członków Ścieżki, którzy zajmowali
się swoimi sprawami - nowymi sprawami. Wszyscy, z wyjątkiem dzieci i osób starszych, pracowali nad utrzymaniem "Elektrycznego Spojrzenia" w jak najlepszym stanie, dokonywali przeglądu broni i dbali o to, aby na
pokładzie statku wszystko było w porządku. Inne zespoły również
przygotowywały się do odlotu, choć Fel Ix nie znał szczegółów ich misji.
Starał się zachować neutralny wyraz twarzy. Nie żeby większość istot
umiała trafnie interpretować mimikę i język ciała jego rasy. Ale Marda
spędziła z nim wystarczająco dużo czasu, aby móc rozgryźć go bez
większego trudu. Nie chciał, aby pomyślała, że się denerwuje.
W końcu dotarli do hangaru - długiego, dość wąskiego pomieszczenia, w którym stało siedem jednostek - połowa oznaczona błękitnymi symbolami
Ścieżki. Pozostałe nie miały żadnych charakterystycznych cech - poza
numerami identyfikacyjnymi namalowanymi na dziobach. Statek Fela Ixa był
jednym z tych nieoznakowanych, eleganckim małym promem, przystosowanym
do długich podróży. Oprócz niego miało nim podróżować jeszcze tylko
dwoje członków załogi.
Everenka zatrzymała się przy wejściu do hangaru. On również przystanął,
odwracając się w jej stronę.
- Mardo?
Uśmiechnęła się do niego, ale jej uśmiech był inny od tych, które znał -
bardziej drapieżny. Zębaty. Odpowiedział jej tak samo, rozciągając lekko
falbanki policzkowe.
- Czuwaj nad moimi Maluczkimi - poprosił.
Co dziwne, na dźwięk jego słów odwróciła wzrok. Zanim jednak zdążył
zapytać, co się stało, spojrzała mu prosto w oczy.
- Będę nosić ich imiona w sercu, w harmonii z Mocą - zapewniła go, a potem pochyliła się bliżej. - Ale nie jestem pewna, czy będę mogła z nimi zostać.
- Co takiego?
Chwyciła go za nadgarstek.
- Mam własną misję.
Fel Ix skinął głową.
- Moc będzie wolna.
- Dokładnie. - Marda znów się uśmiechnęła, lecz po chwili spoważniała. -
Felu Ixie, chciałam cię jednak ostrzec...
Czekał. Wokół nich rozbrzmiewały dźwięki wydawane przez droidy, syk
laserowych lutownic i podniesione głosy - zwykłe odgłosy hangaru. Nowe
odgłosy Ścieżki Otwartej Dłoni.
- Jedi - powiedziała ponuro Marda. - Po Jedzie... - Potrząsnęła głową. -
Przybędzie ich więcej. Matka jest gotowa, a twoja misja stanowi część
tych przygotowań. Ale opuszczasz bezpieczne schronienie jej otwartych
dłoni. Bądź ostrożny. Bądź czujny. Oni... są niebezpieczni.
Fel Ix wyciągnął przed siebie ręce zwrócone wnętrzem ku górze. Stłumił
dreszcz, ponieważ Marda potwierdziła właśnie to, co niepokoiło jego
partnerów. Powoli wsunęła swoje chłodne dłonie pod jego ręce,
przyciskając je do pokrytych łuskami knykci.
- Będę służył woli Mocy - zapewnił ją. - Nie boję się Jedi.
Rozdział drugi
ROZDZIAŁ
DRUGI
Padawanka
Jedi Rooper Nitani spędziła większość czasu na Batuu w archiwum
placówki badawczej Jedi, znajdującej się w odległości krótkiego lotu
śmigaczem od posterunku Black Spire.
Nie miała nic przeciwko zgłębianiu różnych tekstów - z dzienników i holoksiążek zgromadzonych na pograniczu można się było wiele dowiedzieć.
Po przygodach na Gloamie, jakie przeżyła ze swoją mistrzynią, Silandrą
Sho, Rooper wiedziała, że uzbrojenie się w jak największą ilość wiedzy
nigdy nie zaszkodzi - na wypadek sytuacji takich jak ta, w której
znalazły się całkiem niedawno.
Drugiego dnia swojej wizyty w archiwum została nawet nagrodzona za swoją
pracowitość. To znaczy, wolała nie myśleć o tym jako o nagrodzie,
ponieważ brzmiało to tak, jakby starała się na nią zasłużyć. A przecież
Moc nie była nikomu nic winna. Jedi nie oczekiwali nagród. Może to
bardziej... prezent? Szła wzdłuż długiego szeregu artefaktów z Zewnętrznych Rubieży, studiując dziwne kształty i ćwicząc
kategoryzowanie ich według typów. Nagle usłyszała, jak ktoś - lub coś? -
szepcze jej imię.
Odwróciła się, ale niczego nie zauważyła. W sali z artefaktami nie było
nikogo oprócz niej.
Rozglądając się, skupiła się na Mocy. Postrzegała ją jako kolory: tęcze
o żywych barwach i świetliste promienie, odcienie odzwierciedlające
imiona i potrzeby różnych istot oraz, jak sądziła, wolę Mocy. Kiedy
zamknęła oczy, komnata rozbłysła jasnym blaskiem, ponieważ wszystko w niej było połączone z Mocą. Ale znajdowała się tu jedna rzecz, pulsująca
chłodnym różem, przyzywająca ją: mały kompas, schowany za krystaliczną
czaszką starożytnego niedźwiedzia morskiego z Batuu. Rooper dotknęła go
i ogarnął ją dziwny spokój.
Kiedy powiedziała o tym mistrzowi Merakowi, oddanemu swojej pracy
archiwiście z placówki świątynnej, stary Gran zamrugał wszystkimi trzema
oczami po kolei i zasugerował, by schowała kompas do kieszeni i dalej
słuchała Mocy. Tak też Rooper zrobiła.
Ale dzisiaj była dziwnie rozkojarzona od nadmiaru pochłanianej wiedzy i słuchania. Dotarły do nich plotki o jakiejś bitwie... lub konflikcie, do
którego doszło na księżycu Jedha, gdzie przebywała mistrzyni Rooper,
Silandra Sho. Silandra zawsze chciała odbyć pielgrzymkę na Jedhę i chociaż Rooper również pragnęła tam kiedyś polecieć - zobaczyć
starożytne posągi i Świątynię Kyber lub spotkać użytkowników Mocy,
którzy nawet nie byli Jedi! - wiedziała, że jest na to jeszcze za
wcześnie. Miała zadanie do wykonania. Silandra zostawiła więc Rooper pod
opieką mistrza Meraka i udała się na Jedhę samotnie.
Informacje docierające ze Świętego Księżyca wydawały się niepokojące i niejasne, ale na Batuu nie rozmawiano od jakiegoś czasu o niczym innym.
Mówiono, że doszło do zamieszek, w które byli zaangażowani liczni
wyznawcy Mocy, w tym i Jedi! Podobno jeden z tych starożytnych posągów
runął i - co wydawało się wręcz niewiarygodne - pojawił się jakiś...
potwór? Jakieś koszmarne stworzenie, przyczyna niewyobrażalnego wręcz
chaosu. Nikt nie wiedział jednak nic na pewno - nawet mistrz Merak.
Rooper chciała natychmiast wskoczyć na pokład promu i polecieć do swojej
mistrzyni na Jedhę. Ma się rozumieć, nie mogła tego zrobić. Miała wszak
obowiązki tu, na Batuu.
Czuła jednak pod skórą, że tam, na pograniczu, coś się szykuje - i że
jest to na tyle niebezpieczne, iż Jedi postanowili poświęcić temu
większość swojej uwagi. A ona chciała pomóc! Ale by pomóc, potrzebowała
informacji. Jednak tego typu danych nie dało się znaleźć w archiwum.
Musiała być na bieżąco. Potrzebowała oficjalnych transmisji. Była nawet
skłonna uwierzyć w plotki i spekulacje, gdyby tylko zapewniły jej
odpowiedzi. Albo cel - misję, coś, czym mogłaby się zająć, dzięki czemu
mogłaby działać, coś wskórać.
Ale mistrz Merak nakazał jej cierpliwość. Powiedział, że Moc o wszystko
zadba, a zanim to nastąpi, Rooper powinna być przede wszystkim
bezpieczna.
Sfrustrowana padawanka spędziła tylko kilka wczesnoporannych godzin na
czytaniu w rotundzie archiwum, a potem skupiła się na medytacji i treningu z mieczami świetlnymi. Na lunch przekąsiła jedynie kilka
pikantnych placuszków z chmuroświerszczami, ponieważ tego popołudnia
zamierzała się udać na posterunek Black Spire, gdzie znajdowało się tyle
ulicznych budek z jedzeniem, że mogła się najeść do syta. Kupi w jednej
z nich coś na ząb, aby podzielić się posiłkiem ze swoim przyjacielem
Dassem Leffbrukiem, który następnego ranka miał wraz ze swoim ojcem
wziąć udział w Wielkim Wyścigu Nadprzestrzennym. Może on słyszał inne
plotki z Jedhy?
Opuściła wzniesioną z białego kamienia świątynię, gdy batuuańskie słońce
rzucało już długie popołudniowe cienie. Wieże budowli wznosiły się
niczym smukłe palce wśród starożytnych skamieniałych drzew,
kontrastujących mocno z żywą zielenią lasu. Same drzewa również
wyglądały jak strzeliste wieże, dlatego też placówka otrzymała nazwę
Black Spire - Czarna Iglica. Rooper podobało się na Batuu. Moc spajała
całe życie, a na planecie tak w nie obfitującej wszystkie jego formy
przybierały w oczach padawanki postać niesamowitego połączenia barw i kształtów. A pośród iglic Batuu, choć były od dawna martwe i skamieniałe, roiło się od owadów. Porośnięte wieloma gatunkami mchu,
wciąż emanowały Mocą, gdy Rooper posyłała jej wici w ich kierunku.
Ten widok był pokrzepiający - prawie tak samo jak wież świątyni,
ponieważ przypominały jej koronę głównej placówki Jedi na Coruscant.
Było słonecznie, ale chłodno - lekka bryza wiejąca od morza zwiastowała
rychły deszcz. Rooper miała na sobie ciemnobrązowy płaszcz z kapturem
opadającym na ramiona. Na szerokim błękitnym padawańskim obi nosiła pas
z ekwipunkiem, a także kilka dodatkowych sakw przypasanych do ud nad
cholewkami wysokich butów. Jej dwa bliźniacze miecze świetlne o niebieskich ostrzach spoczywały w kaburach na biodrach. Tydzień
wcześniej skończyła piętnaście lat i czuła się teraz bardzo dorosła.
Wyruszyła ze świątyni, kierując się w stronę posterunku Black Spire. W powietrzu rozlegało się dźwięczne kumkanie żab błotnych, a na drzewach
huśtało się kilka skrzeczących łuskomonków. Nie minęło wiele czasu, nim
ujrzała pierwszą z płaskich kopuł, wieńczących ceglano-wapienne budynki
placówki.
Miała nadzieję, że Dass znajdzie dla niej nieco czasu. Był o kilka lat
młodszy od Rooper, ale podczas wydarzeń na Gloamie zdołali się ze sobą
zaprzyjaźnić. Choć dość nerwowy i płochliwy, chłopiec potrafił wykazać
się odwagą, gdy zachodziła taka potrzeba. Rooper podziwiała to i słuchała go uważnie, gdy opowiadał o wszystkich przygodach, które
przeżył wraz z rodziną, wiodącą żywot poszukiwaczy nadprzestrzennych.
Dass powiedział jej kiedyś, że urodził się podczas długiej podróży,
pomiędzy krótkimi skokami - choć oczywiście była to tylko historia
opowiedziana mu przez tatę, aby lepiej zapamiętał nieżyjącą mamę.
Rooper wiedziała, że będzie tęskniła za Dassem, gdy on i jego ojciec,
Spence, odlecą - mieli opuścić Batuu następnego ranka. Zawarli umowę z rodziną San Tekków, zgodnie z którą mieli pożyczyć od nich statek i wziąć udział w wydarzeniu zwanym Wielkim Wyścigiem Nadprzestrzennym. Był
to swego rodzaju konkurs na wytyczanie nowych szlaków nadprzestrzennych,
sponsorowany przez San Tekków i Grafów, dwa rody mocno związane z pograniczem. Poszukiwacze rywalizowali podczas niego, próbując wyznaczyć
najbezpieczniejsze trasy do najbardziej obiecujących miejsc, i zdobywali
prawo do sprzedania ich którejś z rodzin. Można było zyskać w ten sposób
reputację i zarobić mnóstwo kredytów. Dass powiedział Rooper, że liczą
na to, iż uda im się dotrzeć statkiem San Tekków na tajemniczy świat
zwany Planetą X. Większość istot uważała, że ów świat nie istnieje - że
jest tylko mitem, legendą wymyśloną przez szalonych poszukiwaczy,
tracących zmysły w głębokiej przestrzeni albo po prostu lubiących
zmyślać. Rooper była jednak jedną z niewielu osób, które wiedziały, że
Dass i jego ojciec naprawdę ją odwiedzili. Ich statek, "Srebrna Smuga",
rozbił się tam - i ledwo uszli z życiem. Potem zostali zdradzeni przez
ich podłego partnera i nie mieli żadnego dowodu na to, że faktycznie tam
dotarli. Dass był bardzo podekscytowany możliwością powrotu i odzyskania
"Srebrnej Smugi".
Rooper nie miała co do tego najlepszych przeczuć, ale życzyła
przyjacielowi jak najlepiej - miała nadzieję, że ich wyprawa zakończy
się sukcesem.
W istocie jednak cała idea wyścigu nadprzestrzennego wydawała jej się
trochę pozbawiona sensu. Rooper uważała, że nadprzestrzeń powinna być
dostępna dla wszystkich, a nie udostępniana przez prywatne rody i nadzorowana przez Republikę - ale nie wszyscy się z tym zgadzali.
Otwarcie pogranicza było jednym z powodów, dla których ona i mistrzyni
Silandra do niedawna współpracowały z zespołem republikańskich
Zwiadowców. Ekipy te miały ułatwiać życie mieszkańcom Zewnętrznych
Rubieży. Przywozili ze sobą uzdrowicieli, poprawiali łączność, dbali o ład, porządek i sprawiedliwość.
Przyśpieszając kroku, Rooper pomachała do Mikkianki o skórze w kolorze
intensywnej żółci i głowie porośniętej wijącymi się mackami. Sprzedawała
ona małe dzbanuszki orzeźwiającego soku i zielononiebieskiego mleka tuż
za masywną, łukowatą bramą prowadzącą do Black Spire. Rooper skierowała
się bezpośrednio w stronę kosmoportu, w którym Dass i jego tata
zatrzymali się w zajeździe dla podróżnych do czasu przybycia transportu,
mającego zabrać ich na start wyścigu.
Padawanka nie mogła przestać martwić się o Dassa i ryzyko związane z zajęciem, jakim się parał. To była niebezpieczna praca: wytyczanie
zupełnie nowych tras pośród studni grawitacyjnych, prowadzących do
nieznanych układów gwiezdnych. Po drodze mogli wpaść w warkocz komety
lub chmury kosmicznych szczątków. Ale Dass chciał wrócić na Planetę X,
aby odzyskać swój statek, bez względu na to, jak bardzo mogło to być
niebezpieczne. Twierdził, że ów świat był pełen dziwnych stworzeń i niesamowitych, pięknych roślin. Jego zdaniem miał nieprawdopodobny
potencjał. Jego opisy naprawdę rozbudzały wyobraźnię. Rooper sama
chciałaby go zobaczyć! Poszukiwacze próbowali namierzyć tę legendarną
planetę od lat - a przynajmniej ci nieliczni, którzy wierzyli w jej
istnienie. Opowieści o niej zapoczątkował mężczyzna nazwiskiem Xirys
Patri, twierdzący, że rozbił się tam i ledwo uszedł z życiem - cudem
uleczony z poważnych obrażeń - przywożąc jedynie próbki skarbów, które
można było na niej znaleźć. Niesamowite rzeczy, jakie tam widział, były
niepodobne do niczego, co ktokolwiek wcześniej oglądał - bezcenne i piękne. Dass uwielbiał opowiadać Rooper tę historię. Chciał kiedyś
odkryć własną planetę.
Chłopiec i jego ojciec - oraz ich wstrętny były partner, "Słonko" Dobbs
- byli pierwszymi ludźmi, którzy raz pierwszy odnaleźli Planetę X od
czasów Xirysa. Udało im się przeniknąć przez dziwną, szalejącą wokół
globu burzę i udowodnić, że legendy są prawdziwe: Planeta X naprawdę
istniała. Ich statek rozbił się i ledwo udało im się uciec. Ale w drodze
powrotnej Słonko ukradł dane szlaku prowadzącego na ukryty świat i porzucił Leffbruków na Gloamie. Dass i Spence niemal zginęli tam
samotnie, narażeni na ataki starożytnych mieszkańców planety,
Katikootów, którzy zostali przemienieni w potwory. Ocaliło ich dopiero
przybycie Jedi.
Wyścig nadprzestrzenny był dla Dassa i jego ojca idealną okazją do
odzyskania "Srebrnej Smugi". Zgadzając się reprezentować San Tekków w rywalizacji, Leffbrukowie otrzymali statek poszukiwawczy ze wszystkimi
wymaganymi systemami i odpowiednią aparaturą. San Tekkowie cieszyli się,
że mogą pomóc - chociaż większość ludzi uważała doniesienia o Planecie X
za fałszywe lub przesadzone, przygody Spence'a i Dassa ożywiły plotki na
jej temat i sprawiły, że znacznie więcej osób zapłaciło wpisowe za
udział w wyścigu.
I choć Rooper miała złe przeczucia, cieszyła się, że Dass chce tam
wrócić. Na Gloamie był tak przerażony, że niemal wszystko wydawało się
warte wzbudzenia iskierki podekscytowania, która znów pojawiła się w jego oczach.
Zanim padawanka skręciła w stronę zajazdu, zatrzymała się przy jednej z budek z jedzeniem i kupiła dwa szaszłyki ze słodkich pieczonych żołędzi.
Cóż, tak naprawdę nie były to wcale żołędzie, ale kawałki miękkiego
korzeniodrewna, namoczone, a następnie ugotowane. Rooper wiedziała, że
Dass je uwielbia.
Niosąc szaszłyki w jednej ręce, drugą, wolną, osłoniła oczy przed
ostatnimi promieniami drugiego ze słońc, wydobywającymi się zza jednej z masywnych iglic, dzielącej najbliższy budynek na dwie części.
Właśnie wtedy poczuła w Mocy zawirowanie, zakłócające jej spokojny nurt.
Odwróciła się akurat w samą porę, by dostrzec, jak niektóre z istot w tłumie na szerokiej drodze prowadzącej do kosmoportu przystają i marszczą brwi. Shistavanen o ogromnych uszach położył je po sobie. Po
chwili zgromadzeni rozstąpili się i jej oczom ukazał się Dass Leffbruk,
biegnący przed siebie co sił w nogach.
Jego zielone, otwarte szeroko oczy rozbłysły, gdy zobaczył Rooper.
Sprawiał wrażenie spanikowanego.
- Rooper! - zawołał, machając do niej szaleńczo. - Tu jesteś!
- Dass?
Rooper opuściła wolną rękę na rękojeść jednego ze swoich mieczy
świetlnych.
Chłopiec zatrzymał się tuż przed nią.
- Musisz mi pomóc! Moje przyjacielo zostało zaatakowane przez piratów!
Rozdział trzeci
ROZDZIAŁ
TRZECI
Rooper biegła
za Dassem, a serce waliło jej jak oszalałe.
Chłopiec pędził przed siebie, starając się wymijać przechodniów. Bliżej
kosmoportu zrobiło się jeszcze tłoczniej. Padawanka zmarszczyła w skupieniu brwi. Żałowała, że nie może się zatrzymać i krzyknąć, aby
ludzie się rozstąpili, ale bała się, że jeśli to zrobi, zgubi Dassa.
Skręcił w lewo, w mniej zatłoczoną alejkę pomiędzy warsztatem a podupadającym sklepikiem. Rooper odetchnęła i schwyciła przyjaciela za
połę kurtki.
- Hej! - powiedziała, zatrzymując go lekkim szarpnięciem.
Odwrócił się... i omal nie potknął o stertę przewodów wystających z porzuconego korpusu droida, który opierał się o ścianę warsztatu.
- Wybacz, ale Sky jest samo, a tych wielkich zbirów próbujących wedrzeć
się na statek jest troje...
- Kto taki?
- Moje przyjacielo Sky. Jego statek... Piraci próbują go ukraść albo
porwać - albo coś w tym stylu!
- Dlaczego nie wezwałeś miejscowych służb? Biuro Republiki jest na
terenie kosmoportu...
Dass potrząsnął głową. Chwycił ją za rękę i znów puścił się biegiem
przed siebie. Rooper nie próbowała go ponownie zatrzymać - szybko
podążyła za nim. Gdy wybiegli z zaułka, chłopiec wyznał:
- Nie było na to czasu. Musiałbym ich jakoś przekonać. Wiedziałem
jednak, że ty mi pomożesz.
Rooper poczuła, jak w jej piersi rozlewa się błogie ciepło, ale
próbowała je stłumić. Dobrze było wiedzieć, że chłopiec uważa ją za
osobę chętną do pomocy, ale nie chciała być traktowana jako ktoś, kto
daje się wykorzystywać.
- Jasne, rozumiem - powiedziała tylko.
Poszli na skróty alejką za głównym kosmoportem, gdzie między iglicami
znajdowało się kilka lądowisk, ustawionych w szeregu niczym boksy dla
banth. Na większości z nich dokowały statki i Dass wyminął pierwsze, ze
starym, zniszczonym promem transportowym, kierując się do następnego, na
którym stał błyszczący, wyglądający na bardzo drogi, srebrno-czarny
jacht. Pod jego ostrym dziobem stało troje dużych, paskudnie
wyglądających zbirów. Potężnie zbudowany mężczyzna z karabinem laserowym
na plecach i najwyższy Lutrillianin, jakiego Rooper kiedykolwiek
widziała, stali po obu stronach kobiety wyglądającej na przywódczynię
bandy. W długie włosy miała wplecione barwne wstążki - zbyt ładne, by
pasowały do pokiereszowanej czarnej zbroi, w którą była odziana.
- Wpuść nas, dzieciaku! - zażądała, gdy przybyli: głośno i stanowczo,
ale słychać było, że sili się na cierpliwość.
Lutrillianin obejrzał się przez ramię na Rooper i Dassa, ale zastrzygł
tylko spiczastym uchem i skupił się ponownie na statku. Zostali
zignorowani. Rooper zacisnęła szczęki. Była młoda i nie wszyscy na
pograniczu rozpoznawali Jedi, ale mimo wszystko to... Cóż, wydawało się
niegrzeczne.
- Zostawcie "Świetlistego Ptaka" w spokoju! - krzyknął Dass. Stał tuż za
Rooper, z rękami wspartymi na biodrach i agresywnie uniesionym
podbródkiem. - Albo pożałujecie!
- Dass... - ostrzegła go łagodnie padawanka. Musiała lepiej zrozumieć, co
dokładnie się dzieje. Wyglądało na to, że przyjaciel właśnie pakował ją
w jakieś poważne kłopoty...
Trójka bandytów odwróciła się w ich stronę i zmierzyła Rooper
spojrzeniem od stóp do głów. Mężczyzna zdjął z pleców karabin blasterowy
i leniwie wsparł się na kolbie długiej broni. To była jawna groźba.
- Pożałujemy? - parsknęła przywódczyni bandy. Na jej śniadej twarzy
pojawił się wyraz zaskoczenia.
- Jestem padawanka Jedi Rooper Nitani - przedstawiła się Rooper i wyprostowała na pełną wysokość, przywołując cały autorytet, na jaki było
ją stać. - Czy zechcielibyście wyjaśnić, dlaczego nękacie właściciela
tego statku?
Lutrillianin prychnął, ale przywódczyni zbirów uśmiechnęła się uroczo.
- Właściciela? Zapewniam cię, że właściciel tego statku chce go po
prostu odzyskać. To moje zadanie. Nie ma powodu, by mieszali się w to
Jedi.
Wymówiła słowo "Jedi" w dziwny sposób i Rooper przeszedł dreszcz.
Odchrząknęła.
- Jeśli jest jakiś problem z ustaleniem prawowitego właściciela tego
statku, czy nie powinniście zwrócić się z tym przypadkiem do władz
planety? Republikańskie Biuro Pogranicza...
- Nie chcemy zawracać głowy urzędnikom takimi błahostkami - weszła jej
gładko w słowo kobieta. Opuściła rękę na biodro, muskając kciukiem
rękojeść małego blastera.
Rooper nie spuszczała wzroku z bandytów, ale pozwoliła, by wraz z kolejnym wydechem jej świadomość w Mocy się rozszerzyła. Czuła emanującą
od Dassa pomarańczową chmurę niepokoju i aurę napięcia, którą
promieniowały zbiry. Co na jej miejscu zrobiłaby mistrzyni Silandra?
Rooper musiała coś powiedzieć. Uśmiechnęła się blado.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki