Star Wars. Wielka Republika. Konwergencja - Zoraida Córdova

Kup ebooka

40.50 zł
34.43 zł (33,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział trzeci. Pokład "Walecznego", nadprzestrzeń

Tuż przed koli­zją rycerka Jedi Gella Nat­tai prze­by­wała bez­piecz­nie w ładowni "Walecz­nego", spa­ce­ru­jąc w powie­trzu.

Skrzy­nie z zaopa­trze­niem medycz­nym prze­zna­czo­nym dla Eirama pię­trzyły się nie­mal pod sam sufit long­be­ama, ale Gella ni­gdy nie miała pro­blemu z odna­le­zie­niem się w nawet naj­cia­śniej­szej prze­strzeni. Ubrana jedy­nie w swoją tunikę w kolo­rze pia­sko­wym i leg­ginsy, kon­cen­tro­wała się na robie­niu jed­nego kroku na raz. Napo­wietrzny spa­cer, który widziała w wyko­na­niu kapłanki Śpie­wa­ją­cej Góry pod­czas ostat­niej piel­grzymki do Jedha City, wyma­gał od niej naj­wyż­szego sku­pie­nia. Jej serce stop­niowo zwal­niało, bijąc w zgo­dzie z ryt­mem głę­bo­kich odde­chów. Moc utrzy­my­wała w powie­trzu całe jej ciało, zapew­nia­jąc dziwną sprzecz­ność wra­żeń - uno­siła się, ale jed­no­cze­śnie wyda­wała się sta­bil­nie osa­dzona - spo­kojna, ale w cią­głym ruchu. Była chwilą... ale i w jakiś nie­po­jęty spo­sób wiecz­no­ścią.

Zro­biła kolejny krok, obra­ca­jąc się teraz bokiem. Powoli wycią­gnęła ręce na zewnątrz, trzy­ma­jąc dło­nie zwró­cone wnę­trzem ku górze, i poczuła, jak zaczy­nają drżeć jej mię­śnie. "Skon­cen­truj się!" - upo­mniała się w myśli i sku­piła wzrok na błę­kitno-bia­łym świetl­nym wirze za ilu­mi­na­to­rem. Pod­czas podróży na misje zakonu odwie­dzała światy oce­aniczne, prze­pra­wiała się przez gór­skie doliny i gościła w mia­stach pośród chmur. Ale nad­prze­strzeń miała w sobie coś, co prze­ma­wiało do niej jak nic innego. Medy­to­wa­nie w jej oto­cze­niu było jak zanu­rza­nie się w świe­tle, w samej Mocy. Była tu... a potem nagle zni­kała. Mgnie­nie oka, gwiazda, życie.

Ode­tchnęła ponow­nie, głę­boko... a po chwili poczuła czy­jąś obec­ność przed drzwiami do ładowni, które za moment otwo­rzyły się z sykiem.

- Rany, wygod­nie ci tak? - zapy­tała pada­wanka mistrza Roya, Enya Keen.

Gella spró­bo­wała utrzy­mać rów­no­wagę w powie­trzu... ale stra­ciła kon­cen­tra­cję. Upa­dła ciężko na bok. Ból prze­szył jej ramię i bark.

- Hm, teraz z pew­no­ścią ci nie­wy­god­nie - skwi­to­wała Enya, przy­sia­da­jąc na jed­nej ze skrzyń, na któ­rej Gella poło­żyła swoje mie­cze świetlne, tabard i szatę.

Gella stęk­nęła i wstała z pod­łogi.

- Było mi bardzo wygod­nie, zanim ktoś mi nie­grzecz­nie prze­rwał.

Enya uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco, ale nie miała zamiaru ruszyć się z miej­sca. Zgięła jedną nogę w kola­nie i wsu­nęła ją sobie pod dru­gie udo, bawiąc się w zamy­śle­niu swoim pada­wań­skim war­ko­czy­kiem. Naj­wy­raź­niej nie­dawno się obu­dziła, bo brą­zową skórę pod oczami miała lekko zapuch­niętą, a z dwóch kocz­ków na poty­licy, upię­tych po bokach prze­działka, wysu­nęły się koń­cówki war­ko­czy, spły­wa­jąc wzdłuż ple­ców.

- Ni­gdy nie widzia­łam nikogo medy­tu­ją­cego na sto­jąco - powie­działa - ani - tym bar­dziej! - uno­szą­cego się w powie­trzu do góry nogami. Wyglą­da­łaś jak loth-nie­to­perz!

- Ist­nieje wiele spo­so­bów medy­to­wa­nia - jak zapewne dosko­nale wiesz. - Gella wło­żyła swój brą­zowy tabard i scho­wała bliź­nia­cze mie­cze świetlne do kabur na bio­drach, po czym szybko zało­żyła skar­petki i zno­szone buty.

- Ale jaki z tego poży­tek dla Jedi? - dopy­ty­wała Enya swoim melo­dyj­nym, wyso­kim gło­sem.

Gella nie zasta­na­wiała się wcze­śniej, jakie wła­ści­wie korzy­ści mogą pły­nąć dla Jedi ze świę­tego rytu­ału Śpie­wa­ją­cej Góry. Po pro­stu... chciała zro­zu­mieć, jak to działa. Chciała spraw­dzić, czy potrafi tego doko­nać.

Enya jed­nak nie pozwo­liła jej tego wyja­śnić, bo pod­jęła bez chwili zwłoki:

- Nauczy­ła­byś mnie tego?

- Wygląda na to, że sama tego jesz­cze nie opa­no­wa­łam. - Gella nie chciała być nie­miła, ale zaszyła się w ładowni, bo pra­gnęła samot­no­ści, a jej kajuta nie miała paneli wido­ko­wych, przez które mogłaby oglą­dać nad­prze­strzeń. Przez chwilę zasta­na­wiała się, czy nie zna­leźć sobie jakiejś wymówki i nie ukryć się w jed­nym ze sta­cjo­nu­ją­cych w han­ga­rze myśliw­ców typu Alpha.

- Fakt. Ale czy nie mia­łaś przy­pad­kiem lecieć na Jedhę? To zna­czy, po tym, jak Rada się na cie­bie wku­rzyła i... - Led­wie Enya skoń­czyła mówić, zaczerp­nęła gwał­tow­nie tchu. - Och! Pew­nie nie powin­nam była pod­słu­chi­wać, jak mistrzo­wie o tym roz­ma­wiają...

Gella się skrzy­wiła.

- Pew­nie nie.

- Cóż, tak czy ina­czej, jestem pewna, że to, co wyda­rzyło się pod­czas waszej wyprawy na Orvax, się nie powtó­rzy! - zapew­niła ją Enya. - Pod­słu­cha­łam też, że Jedi Neve­rez ma tylko stłu­czoną kość ogo­nową, a reszta szybko doj­dzie do sie­bie.

Gella uci­snęła pal­cami grzbiet nosa. Minęły dwa tygo­dnie, a ona na­dal bole­śnie pamię­tała o swo­jej porażce pod­czas pierw­szej misji w roli dowód­czyni zespołu Zwia­dow­ców. Po tam­tych wyda­rze­niach popro­siła Radę o pozwo­le­nie na powrót na Jedhę, gdzie mogłaby pobie­rać nauki od jed­nego z wielu zako­nów stu­diu­ją­cych mistyczne drogi Mocy. Aby się sku­pić, odzy­skać rów­no­wagę i spoj­rzeć z per­spek­tywy na to, co poszło nie tak - które z jej decy­zji oka­zały się błędne. Zamiast tego została jed­nak przy­dzie­lona do innej misji, na pla­netę leżącą jesz­cze głę­biej na tere­nie Zewnętrz­nych Rubieży - i tak oto tra­fiła na pokład "Walecz­nego" z mistrzami Sunem i Royem oraz pada­wanką Enyą Keen. Trudno było nie odno­sić wra­że­nia, że to kara.

Rów­nie dobrze mogła dowie­dzieć się wszyst­kiego, co pod­słu­chała Enya.

- Czy mistrz Sun mówił coś jesz­cze?

- Powie­dział też, że jesteś impul­sywna, ale masz odpo­wied­nie umie­jęt­no­ści, by pew­nego dnia zostać wielką mistrzy­nią - jeśli tylko się posta­rasz.

W odpo­wie­dzi na sze­roki uśmiech pada­wanki Gella skrzy­wiła się, ale po chwili się roz­ch­mu­rzyła. Nie mogła sobie przy­po­mnieć, aby kie­dy­kol­wiek try­skała taką ener­gią jak Enya, mimo że w wieku trzy­dzie­stu stan­dar­do­wych lat była od niej tylko o dekadę star­sza. Mimo to wiecz­nie uśmiech­nięta i pełna świe­żej, nie­win­nej nadziei Enya miała w sobie coś, czym natych­miast zjed­ny­wała sobie wszyst­kich wokół. Nawet jeśli jej bez­u­stanny entu­zjazm był wyczer­pu­jący pod­czas dłu­gich podróży, takich jak ta.

- Dosko­nale - skwi­to­wała Gella. - Nauczę cię tego, gdy tylko dotrzemy na Eiram. Muszę po pro­stu jesz­cze poćwi­czyć.

- No i widzisz? - ucie­szyła się Enya. - Powiem Aidzie Forte, że wcale nie trzeba się cie­bie bać. - Dotknęła z namy­słem pal­cem pod­bródka. - Zasta­na­wiam się, jak długo zaba­wimy na Eira­mie. Ostat­nimi czasy mam wra­że­nie, że ni­gdzie nie zosta­jemy zbyt długo.

- Przy­pusz­czam, że wystar­cza­jąco długo, aby dostar­czyć im środki medyczne. - Gella narzu­ciła swoją szatę i prze­cze­sała pal­cami dłu­gie, czarne włosy.

- Tak długo, jak będą potrze­bo­wali naszej pomocy - dobiegł je od drzwi głos mistrza Cre­igh­tona Suna, który wyszedł wła­śnie zza rogu. Był poważ­nym, sta­tecz­nym męż­czy­zną impo­nu­ją­cego wzro­stu. Gella widy­wała go na prze­strzeni lat pod­czas róż­nych spo­tkań, ale odno­siła wra­że­nie, że nic a nic się nie zmie­nia. Przy­pusz­czała, że miał teraz około czter­dzie­stu stan­dar­do­wych lat, ale nawet gdy był mło­dym ryce­rzem Jedi, jego skro­nie zdo­biły te same pasma siwi­zny, a oczy oka­lały drobne zmarszczki, cał­kiem jak u kogoś uro­dzo­nego, aby być mądrzej­szym i star­szym od innych. Może wła­śnie dla­tego czuła potrzebę sko­ry­go­wa­nia swo­jej postawy zawsze, gdy wcho­dził do pokoju.

Rozej­rzał się po ładowni, jakby spo­dzie­wał się, że zasta­nie ją doszczęt­nie zde­mo­lo­waną lub znisz­czoną. Prawda była taka, że coś takiego fak­tycz­nie się Gelli przy­da­rzyło - ale tylko raz, a poza tym to nie była jej wina.

Rycerka i pada­wanka sta­nęły nie­mal na bacz­ność.

- Oczy­wi­ście, mistrzu Sun - powie­działa pośpiesz­nie Gella.

Gdy wzrok Cre­igh­tona Suna padł na rycerkę, mistrz Jedi zmarsz­czył swoje ciemne, krza­cza­ste brwi, podra­pał się po świeżo ogo­lo­nej szczęce i wes­tchnął z udręką.

- Jak zapewne wiesz już od Enyi, zbli­żamy się do celu...

Pada­wanka bez słowa wybie­gła z ładowni - i Gella poszłaby w jej ślady, gdyby nie waha­nie, które wyczuła od mistrza Suna.

- Sły­sza­łem, co powie­działa Enya - dodał, na co potrzą­snęła głową.

- W porządku, mistrzu Sun. Mimo wszystko... to pokrze­pia­jące wie­dzieć, że wie­rzysz, iż pew­nego dnia zostanę wielką mistrzy­nią. Liczy­łam po pro­stu na to, że po wypeł­nie­niu ostat­niej misji będę miała nieco czasu na kon­ty­nu­owa­nie szko­le­nia...

Podo­bało jej się to, iż naprawdę jej słu­chał - widziała to choćby po tym, że na dźwięk jej słów ścią­gnął brwi nieco moc­niej niż zwy­kle.

- I sądzisz, że powin­naś to robić na Jedzie?

- Mam wra­że­nie, że to oczy­wi­sty wybór - przy­znała. - Czy ist­nieje lep­szy spo­sób na pozna­nie Mocy i odna­le­zie­nie w niej mojego miej­sca niż tre­no­wa­nie pośród wszyst­kich reli­gii i grup, które żyją z nią w zgo­dzie? Tak byłoby chyba naj­bez­piecz­niej...

- Naj­bez­piecz­niej? - powtó­rzył łagod­nie mistrz Sun. - Dla kogo? A może: dla­czego?

Gella spoj­rzała w jego życz­liwe oczy o brą­zo­wej bar­wie pni leśnych drzew. Pierw­sza odpo­wiedź, jaka jej się nasu­nęła, brzmiała: "Dla mnie", ale kiedy otwo­rzyła usta, nie była w sta­nie powie­dzieć tego na głos.

- Wiem, jak głę­boko wie­rzysz w naszą sprawę - dodał, gdy upar­cie mil­czała. - Aby strzec pokoju i spra­wie­dli­wo­ści w galak­tyce, musimy naj­pierw jej doświad­czyć. Lepiej zro­zu­mieć wszyst­kie żywe istoty, które są połą­czone Mocą. Rada nie wysłała cię na tę misję, żebyś pomo­gła w dostar­cze­niu środ­ków medycz­nych. Wysłała cię, abyś nauczyła się, jak być czę­ścią zespołu.

Jako pada­wanka Gella robiła wszystko, co jej kazano. Sko­czyła z klifu, wie­rząc, że Moc uchroni ją przed upad­kiem z dużej wyso­ko­ści. Ćwi­czyła w świą­ty­niach na róż­nych świa­tach. Na Jedzie poznała sze­ro­kie spek­trum grup wła­da­ją­cych Mocą i wie­rzących w nią. Tre­no­wała. Godzi­nami. Przez całe dnie, mie­siące, lata. Dostro­iła się do struk­tury swo­jego ciała, medy­to­wała - aż do momentu, w któ­rym nie wie­działa, gdzie koń­czy się jej fizyczne jeste­stwo, a zaczyna Moc. Zro­biła wszystko, co powinna... ale kiedy została przy­dzie­lona do naj­waż­niej­szej misji jako dowód­czyni zespołu - zawio­dła.

"Może lepiej byłoby, gdy­bym słu­żyła zako­nowi samot­nie?" - pomy­ślała.

Mistrz Sun uniósł współ­czu­jąco brwi.

- Ist­nieje całe mnó­stwo ście­żek i głę­boko wie­rzę, że z cza­sem odnaj­dziesz swoją, Gello Nat­tai - powie­dział. - Ale wydaje mi się, że dopiero odkry­wasz wła­sne zdol­no­ści. Powin­naś się wyka­zać...

- ...cier­pli­wo­ścią - dokoń­czyła za niego.

- Dokład­nie - potwier­dził, odwra­ca­jąc się, aby opu­ścić ładow­nię. - Masz poten­cjał do nawią­zy­wa­nia więzi w spo­sób, który nie jest oczy­wi­sty dla reszty z nas. Będziemy pra­co­wać w gru­pie.

- Doce­niam twoją wiarę we mnie, mistrzu Sun - odparła. Za nic w świe­cie nie chciała go zawieść. Nie ponow­nie.

- A teraz pośpieszmy się i przy­pnijmy. Pod­czas naszej ostat­niej podróży na Eiram wyj­ście z nad­prze­strzeni prze­bie­gło dość... burz­li­wie.

Podą­żyła za nim kory­ta­rzem i wkrótce dotarli do kok­pitu, gdzie za ste­rami zasia­dał mistrz Char-Ryl-Roy. Nawet w pozy­cji sie­dzą­cej Cere­anin góro­wał nad pozo­sta­łymi człon­kami ich małej załogi. Gdy powi­tał Gellę szyb­kim ski­nie­niem głowy, żółte i białe świa­tła odbiły się od jego nagiej, wydłu­żo­nej czaszki.

- Byłeś już kie­dyś na Eira­mie, prawda? - zapy­tała Gella mistrza Suna, przy­pi­na­jąc się w fotelu za Enyą.

- O, tak - odpo­wie­działa za niego pada­wanka, ze znie­cier­pli­wie­niem wyła­mu­jąc palce. - Ale ostat­nim razem byli­śmy zmu­szeni się ewa­ku­ować, zanim zdą­ży­li­śmy wylą­do­wać.

Usta mistrza Suna roz­cią­gnęły się w lek­kim uśmie­chu, po czym męż­czy­zna wyja­śnił:

- To będzie nasz trzeci raz w ciągu ostat­niego roku. Eiram i E'ronoh są uwi­kłane w kon­flikt już od pół dekady. Choć pamię­tam, że sły­sza­łem o ich spo­rach jesz­cze gdy byłem pada­wa­nem. Oba­wiam się, że udo­stęp­nie­nie szlaku nad­prze­strzen­nego w ich sek­to­rze i tra­giczne oko­licz­no­ści śmierci księ­cia E'ronoh otwo­rzyły stare rany.

- Czy to aby roz­sądne, na­dal anga­żo­wać się w ten kon­flikt? - spy­tała ostroż­nie Gella.

Mistrz Sun zmru­żył swoje brą­zowe oczy, głę­boko zamy­ślony.

- Naszym obo­wiąz­kiem jest poma­gać tym, któ­rzy pro­szą o pomoc. Eiram robił to już kilka razy, ale E'ronoh ni­gdy jesz­cze tego nie uczy­niło. Ich monar­cha jest bar­dzo nie­ufny wobec obcych.

Gella roz­wa­żała przez chwilę w myśli jego słowa.

- A kró­lowa Eirama nie?

- Och, ona rów­nież nie ufa poza­świa­tow­com - stwier­dził ponuro mistrz Sun. - Nie­dawne znisz­cze­nie ich szpi­tala woj­sko­wego dopro­wa­dziło jed­nak Eiram do despe­ra­cji. Prze­ko­na­li­śmy ich, że jedy­nym spo­so­bem na bez­pieczne udzie­le­nie pomocy medycz­nej ran­nym jest zgoda na zawie­sze­nie broni zapro­po­no­wane przez księż­niczkę E'ronoh. Przy­pusz­czam, że to naj­dłuż­sze jak dotąd zawie­sze­nie broni, odkąd roz­po­częły się walki.

- To rze­czy­wi­ście spore osią­gnię­cie - dodał mistrz Roy z fotela pilota.

- Jak długo trwa? - zapy­tała Gella.

- Trzy dni - odparł, uśmie­cha­jąc się pod nosem.

"Trzy dni!" - pomy­ślała Gella. Pra­wie tyle samo czasu zajęło im dotar­cie do układu Eiram-E'ronoh w sek­to­rze dal­nań­skim.

- Mów to, co myślisz, Gello Nat­tai - zachę­cił ją mistrz Sun. - Wiem, że dołą­czy­łaś do nas z poru­cze­nia Rady, ale chcę, żebyś stała się czę­ścią naszego zespołu. A teraz mam wra­że­nie, że się powstrzy­mu­jesz.

Gella ni­gdy nie czuła się szcze­gól­nie elo­kwentna, gdy pro­szono ją o wyra­że­nie swo­ich myśli. Mimo to odchrząk­nęła i wyznała:

- Szcze­rze powie­dziaw­szy, nie sądzę, aby trzy­dniowy rozejm był jakimś szcze­gól­nym osią­gnię­ciem.

Enya odwró­ciła się do niej i wytrzesz­czyła oczy.

- Być może. Ale to dopiero począ­tek - powie­dział z prze­ko­na­niem mistrz Sun. - To bar­dzo trudny czas dla Eirama i E'ronoh. Roz­ziew mię­dzy tymi pla­ne­tami jest głę­boki, ale mam nadzieję, że znajdą drogę do praw­dzi­wego, trwa­łego pokoju.

- Począ­tek - powtó­rzyła Gella. Czy wła­śnie tym była dla niej ta misja? Nowym począt­kiem po tak wielu kło­po­tach? - No tak.

I wów­czas ich stat­kiem tar­gnął gwał­towny wstrząs.

- Trzy­maj­cie się! - krzyk­nęła Enya, kur­czowo ści­ska­jąc swoją uprząż. Mistrz Sun zamknął oczy i chwy­cił się drążka nad swoją głową.

Gella czuła się dziw­nie sta­bil­nie, poru­sza­jąc wraz ze stat­kiem, gdy zna­leźli się z powro­tem w nor­mal­nej prze­strzeni, a nie­bie­ska poświata zmie­niła się w roz­gwież­dżoną czerń. Mistrz Roy stęk­nął, kiedy ude­rzył głową o zagłó­wek swo­jego fotela. Roz­legł się gło­śny huk i cały pokład ponow­nie zadrżał.

- Co, do kriffa?! - zawo­łała Enya.

Gella nie sły­szała wcze­śniej, aby pada­wanka prze­kli­nała przy swoim mistrzu, ale tym razem wcale jej się nie dzi­wiła. Świa­tła awa­ryjne migo­tały, a alarmy wyły wście­kle, gdy coś ude­rzyło w ich long­be­ama. Na początku nie mogła pojąć, co się wła­ści­wie wyda­rzyło. Tuż przed nimi znaj­do­wała się jed­nostka wyglą­da­jąca na jakiś stary trans­por­to­wiec, pędząca przez pole gruzu w kie­runku tur­ku­so­wej pla­nety. Gella wie­działa, że powinna spo­dzie­wać się woj­sko­wej eskorty Eirama, ale w wąskiej szcze­li­nie mię­dzy świa­tami sta­cjo­no­wały naj­wy­raź­niej siły E'ronoh. Wcze­śniej ni­gdy nie przy­szłoby jej do głowy, że podzie­le­nie cze­goś tak nie­ma­te­rial­nego jak prze­strzeń jest moż­liwe, ale te wal­czące ze sobą pla­nety naj­wi­docz­niej zna­la­zły na to spo­sób.

- Musimy się wyco­fać! - krzyk­nęła Enya.

Z mar­twego punktu przed nimi wyło­niła się druga jed­nostka typu Long­beam. Gella czuła, jak mistrz Roy stara się omi­nąć pró­bu­jący sko­ry­go­wać kurs repu­bli­kań­ski sta­tek, ale nos "Walecz­nego" wbił się w jego rufę.

- To "Paxion"! - poin­for­mo­wała ich Enya, wpa­tru­jąc się w odczyty na panelu kon­tro­l­nym.

- Jesteś pewna? - zapy­tał mistrz Sun.

Gella znała tę nazwę, choć tylko ze sły­sze­nia.

- Co tu robi sta­tek kanc­le­rza Molla?

Zanim kto­kol­wiek zdą­żył wysu­nąć jakąś teo­rię, czerń za ilu­mi­na­to­rami roz­świe­tlił zie­lony błysk. Ude­rzył w kawa­łek wraku - wyglą­dało na to, że salwa została oddana przez samotny kore­liań­ski dia­bli myśli­wiec, szar­żu­jący przez szczątki.

- Zawie­sze­nie broni chyba dobie­gło końca - mruk­nęła Gella, przy­trzy­mu­jąc się zagłówka fotela dru­giego pilota.

Mistrz Sun skrzy­wił usta, a potem chwy­cił moc­niej drą­żek, gdy sta­tek znów zady­go­tał.

- Tu mistrz Char-Ryl-Roy z Rady Jedi - rzu­cił Cere­anin do mikro­fonu sys­temu łącz­no­ści. - Jeste­śmy trans­por­tem medycz­nym w dro­dze na Eiram. Powta­rzam: jeste­śmy trans­por­tem medycz­nym. Wstrzy­mać ogień.

Świa­tła kok­pitu zami­go­tały i roz­legł się ogłu­sza­jący szczęk, gdy ze wszyst­kich stron ude­rzył w nich lase­rowy ogień i odłamki.

- Prze­kie­ro­wuję zasi­la­nie pomoc­ni­cze do osłon - powie­działa Enya, wpro­wa­dza­jąc odpo­wied­nią komendę.

- Sto­lico Era­smus, zgłoś się! - ryk­nął do komu­ni­ka­tora mistrz Roy, ale odpo­wie­działy mu tylko szumy i trza­ski. - Eira­mie? Odbiór!

- Pró­bo­wa­łam odpo­wie­dzieć na wezwa­nie "Paxiona", ale chyba... - palec Enyi wska­zy­wał talerz anteny, wiru­jący w polu szcząt­ków - pozba­wi­li­śmy ich odbior­nika.

- Kie­ruj się na Eiram! - zawo­łał mistrz Sun, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć wycie syren. - Nie możemy cze­kać na eskortę.

- Mam dobre i złe wie­ści - zamel­do­wała Enya. - Dobra wia­do­mość jest taka, że teraz strze­lają do sie­bie nawza­jem, a nie do nas.

- To cie­kawa inter­pre­ta­cja okre­śle­nia "dobre wie­ści", ale mów dalej - popro­sił mistrz Roy.

- Nie mogę skon­tak­to­wać się z Era­smu­sem, aby prze­słać im naszą zgodę na lądo­wa­nie. A bez tego obrona mia­sta może spró­bo­wać nas zestrze­lić, gdy tylko wej­dziemy w atmos­ferę...

- Nie możemy tu zostać - zapro­te­sto­wał mistrz Sun.

Wspo­mniał, że to trudny czas dla Eirama i E'ronoh, ale co musiało się wyda­rzyć, aby dopro­wa­dzić do walk w momen­cie, w któ­rym obie pla­nety pil­nie ocze­ki­wały na tak potrzebną im pomoc?

Gella chwy­ciła pod­ło­kiet­niki swo­jego fotela, roz­pacz­li­wie pra­gnąc coś zro­bić - cokol­wiek! Wyczu­wała, że mistrz Sun jest rów­nie sfru­stro­wany, co ona.

- Powin­ni­śmy tam lecieć...

- Nie możemy tego zro­bić - odparł zbo­la­łym gło­sem.

- Nie możemy wybie­rać stron - zgo­dził się z nim mistrz Roy. - Naszą misją jest dostar­cze­nie pomocy, o którą popro­sił Eiram, a nie walka w ich woj­nie. Na razie udamy się na księ­życ, zanim wcią­gnie nas gra­wi­ta­cja E'ronoh.

Gella śle­dziła walkę myśliw­ców, roz­gry­wa­jącą się w prze­strzeni kosmicz­nej na ich oczach. Się­gnęła ku nim Mocą, żeby wyba­dać skalę znisz­czeń. Każdy z pilo­tów ema­no­wał gnie­wem i stra­chem, ale jeden z nich sil­niej niż pozo­stali. Pilot statku, który wymknął się spod kon­troli... Kore­liań­ski model, na oko star­szego typu, z czer­woną farbą roz­bry­zganą na sza­rym meta­lo­wym poszy­ciu, two­rzącą cha­otyczne, agre­sywne pasy, i z dział­kami lase­ro­wymi wysta­ją­cymi z każ­dego skrzy­dła. Widziała, że pilot myśliwca robi, co w jego mocy, ale nie mógł odzy­skać kon­troli nad stat­kiem. Wyczu­wała jego bez­gra­niczny strach i panikę, które pozo­sta­wiały na jej języku cierpki posmak.

Wska­zała na zna­ro­wioną maszynę.

- Tam.

- Ja też to czuję - przy­znała Enya. - Pilot stra­cił kon­trolę nad swoim stat­kiem i jest prze­ra­żony.

- Nie możemy nic zro­bić. Naj­pierw musimy dostać się w bez­pieczne miej­sce - powie­dział mistrz Char-Ryl-Roy, gdy w ich sta­tek ude­rzyła kolejna zbłą­kana salwa.

Wie­działa, że mogą dotrzeć na powierzch­nię księ­życa - wów­czas być może zdo­ła­łaby prze­ko­nać mistrzów, aby pozwo­lili jej wziąć jedną z jed­no­stek Alpha-3 nale­żą­cych do Jedi i pomóc w jakiś spo­sób pilo­towi, któ­remu naj­wy­raź­niej gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo. Ale wtedy... Cóż, wtedy byłoby już pew­nie za późno.

Zanim plan zdą­żył się w pełni ukształ­to­wać w jej gło­wie, Gella Nat­tai odpięła uprząż i pośpie­szyła na rufę, zeszła po dra­bince i wsko­czyła za stery jed­nego z dwóch myśliw­ców w han­ga­rze. Na myśl o samot­nym locie poczuła w żołądku nie­przy­jemny ucisk, ale szybko uspo­ko­iła oddech. Jej wła­sne pro­blemy nie miały zna­cze­nia - nie, kiedy ktoś potrze­bo­wał pomocy. Czy w końcu nie po to tu przy­byli? Aby poma­gać? Wdu­siła odpo­wied­nie kon­tro­lki, żeby zwol­nić przy­lgi magne­tyczne, i odcze­kała, aż owiewka się uszczelni.

Gdy dołą­czyła do walki, całe jej wcze­śniej­sze pode­ner­wo­wa­nie znik­nęło, a cel stał się jasny i wyraźny. Może i nie była naj­lep­szą pilotką w zako­nie, ale miała po swo­jej stro­nie Moc. Mija­jąc czer­wone roz­bły­ski eks­plo­zji, dotarła w samo serce bitwy. Statki o kadłu­bach w kolo­rze meta­licz­nego błę­kitu i zaokrą­glo­nych owiew­kach prze­my­kały zako­sami mię­dzy więk­szymi kawał­kami złomu, ści­ga­jąc myśliwce pozna­czone czer­wo­nymi liniami. Kawałki zwę­glo­nego metalu i coś, co wyglą­dało jak resztki buta, odbiły się od jej osłon, a zie­lone wyła­do­wa­nia ener­gii przy­nio­sły jej chwi­lowe wytchnie­nie, gdy pędziła w kie­runku pilota w potrze­bie.

- Alpha Jeden? Zgłoś się! - wywo­łał ją przez gło­śniki mistrz Roy. Nie spra­wiał wra­że­nia zbyt zado­wo­lo­nego. - Natych­miast wra­caj na "Walecz­nego", to roz­kaz!

- Przy­kro mi, mistrzu - odpo­wie­działa. - Ale ten pilot jest w zbyt cięż­kim sta­nie. Nie wytrzyma zbyt długo...

Roz­le­gło się chrząk­nię­cie dez­apro­baty, a po nim kolejne słowa:

- Oczy­ścimy ci drogę.

Gella utrzy­mała kurs, lecąc w kie­runku kore­liań­skiego dia­blego myśliwca. Teraz, gdy była już bli­żej, dostrze­gała liczbę nama­lo­waną na jego skrzy­dle: dzie­wiątkę. Pilot mknął wprost na Eiram, toru­jąc sobie drogę zamon­to­wa­nymi na przo­dzie szyb­ko­strzel­nymi dział­kami, pod­czas gdy siły obrony pla­nety ście­rały się z zastę­pami e'roniań­skich myśliw­ców, pró­bu­jąc zli­kwi­do­wać zagro­że­nie.

Gella zasta­na­wiała się, pod jakim kątem powinna strze­lić, aby tra­fić w skrzy­dło pilota i spro­wa­dzić go na bez­pieczny tor. Wie­działa jedno: musi odcią­gnąć go od Eirama - gdyby tam wylą­do­wał, kon­flikt eska­lo­wałby jesz­cze moc­niej.

"Nie wszystko naraz - upo­mniała się w myśli. - Krok po kroku".

Czuj­niki wykryły dwa statki, szybko zbli­ża­jące się do niej z flanki. Pod­jęła manewry uni­kowe i ścią­gnęła stery, aby umknąć z drogi myśliw­ców, które pomknęły łukiem w górę, omi­ja­jąc szczątki.

Z gło­śni­ków sys­temu łącz­no­ści popły­nął naglący głos:

- Tu kapi­tan Xiri A'lba­ran. Wyco­faj się, Alpha, albo będę strze­lać. To jedyne ostrze­że­nie.

- Och, pani kapi­tan! - ode­zwał się drugi, cierpki głos. - Powin­ni­śmy byli wie­dzieć, że coś knu­jesz. Jesteś kłam­czy­nią, tak samo jak twój ojciec!

- To nie­po­ro­zu­mie­nie, gene­rale - powie­działa kapi­tan A'lba­ran i choć jej głos prze­ry­wały trza­ski i szumy, sły­chać było wyraź­nie, że z całej siły stara się poha­mo­wać gniew. - Jestem gotowa pod­trzy­mać i wzno­wić zawie­sze­nie broni, byleby moi piloci mogli bez­piecz­nie dotrzeć do trans­por­towca.

- Myślisz, że obcho­dzi mnie lód, gdy do mojej sto­licy zmie­rza wrogi sta­tek?

- On stra­cił kon­trolę nad swoją maszyną! - krzyk­nęła kapi­tan.

Gella wyczuła, że sytu­acja wymaga czy­nów, nie słów. Na Moc, naprawdę nie­na­wi­dziła latać, ale w jej sercu nie było miej­sca na strach. Mocno pchnęła stery i syk­nęła: uprząż bez­pie­czeń­stwa wpiła się bole­śnie w jej ciało, gdy leciała po sko­sie w pętli, prze­ci­na­jąc prze­strzeń mię­dzy wro­gimi stat­kami - na tyle bli­sko, by musnąć kra­wę­dziami skrzy­deł ich burty. Skrzy­wiła się bole­śnie, sły­sząc zgrzyt metalu, ale natych­miast przy­wo­łała się do porządku: osią­gnęła swój cel, sku­tecz­nie zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę pilo­tów myśliw­ców.

- Gene­rale, pani kapi­tan - pro­szę posłu­chać. Pró­buję wam pomóc!

- Pomóc?! - par­sk­nęła kapi­tan A'lba­ran, wciąż ści­ga­jąc zbun­to­wany myśli­wiec.

- Tak, pomóc - potwier­dziła. - Jestem rycerką Jedi, nazy­wam się Gella Nat­tai...

- Jedi! - zawo­łał, wyraź­nie zdu­miony, jeden z pozo­sta­łych pilo­tów. Miała wra­że­nie, że bez względu na to, do jakiego zakątka galak­tyki się udaje, wszy­scy wypo­wia­dają to słowo z takim samym zasko­cze­niem. Sku­piła się na nucie uzna­nia w jego gło­sie, na tym, jak wiele ono zna­czyło. To nie było nic choćby zbli­żo­nego do dumy - o nie, ale poczuła się pod­bu­do­wana poczu­ciem słusz­no­ści, jakie nio­sło ze sobą to prze­ko­na­nie, czymś, czego nie potra­fiła wyra­zić sło­wami.

- Odwo­łaj­cie swoje myśliwce - popro­siła.

- W kie­runku naszej sto­licy, Era­smusa, leci wrogi sta­tek kosmiczny! - wypluł gene­rał. - Nic z tego!

- Eiram popro­sił nas o pomoc, gene­rale - nie dawała za wygraną Gella. - Mogę spró­bo­wać uspo­koić tego pilota, aby odzy­skał na czas kon­trolę nad swoim stat­kiem. Pro­szę, zaufaj mi...

Nastą­piła chwila ciszy, potem roz­legł się prze­ni­kliwy wizg, a następ­nie nie­chętne:

- W porządku. Rób swoje.

- Lecę tuż za tobą - powie­działa kapi­tan A'lba­ran.

Gella nie tra­ciła czasu. Ruszyła naprzód, roz­pę­dza­jąc się do mak­sy­mal­nej pręd­ko­ści, aby dogo­nić zna­ro­wiony e'roniań­ski dia­bli myśli­wiec. Siły Eirama wyco­fy­wały się, jedna maszyna po dru­giej, pod­czas gdy eska­dra E'ronoh oto­czyła frach­to­wiec z lodem. "Waleczny" i "Paxion" sunęły tym­cza­sem kory­ta­rzem w kie­runku srebr­nego księ­życa, lśnią­cego mię­dzy świa­tami. Gella ode­tchnęła z ulgą, ale wie­działa, że to jesz­cze nie pora na cie­sze­nie się sku­tecz­nie wypeł­nioną misją.

- Dzie­wiątko? Zgłoś się! - rzu­ciła do mikro­fonu, lecąc u boku kore­liań­skiej maszyny, gdy ta zbli­żała się do gigan­tycz­nej nie­bie­skiej pla­nety. - Jak ci na imię?

Szturch­nęła sta­tek z pra­wej strony, popy­cha­jąc go w górę, z dala od tra­jek­to­rii pro­wa­dzą­cej ku sto­licy.

- Nie mogę się zatrzy­mać! Nie wiem, czy... - wykrztu­sił pilot.

- Słu­chaj mojego głosu. - popro­siła łagod­nym tonem, który zda­wał się omi­jać sys­temy łącz­no­ści i tra­fiać pro­sto do jego myśli. - Jak ci na imię?

- Kim jesteś? - zapy­tał i w tych dwóch sło­wach usły­szała wyraź­nie, jak bar­dzo był młody i wystra­szony.

- W porządku. Poroz­ma­wiaj z nią, Rap­tus - zachę­ciła go kapi­tan A'lba­ran.

- Bly - wyznał dysz­kan­tem. - Bly Tevin, ale wszy­scy mówią na mnie Rap­tus.

- W porządku, Rap­tus, posłu­chaj swo­jej kapi­tan...

Jego dia­bli myśli­wiec znów skrę­cił w jej stronę, a z przed­nich dzia­łek blu­znęły wiązki ener­gii. Pró­bo­wał zmie­nić kie­ru­nek, znów obrać kurs na Eiram. Kapi­tan A'lba­ran zbli­żyła się do niego z dru­giej strony i cała trójka starła się ze sobą pośród zgrzytu metalu i sno­pów iskier. Gella się­gnęła Mocą, pozwa­la­jąc, aby jej bez­pieczna osłona oto­czyła pilota. Gdyby mogła spę­dzić z nim kilka chwil wię­cej, być może zdo­ła­łaby go poznać nieco lepiej - zro­zu­mieć. Zła­go­dzić cały ten mętlik emo­cji, które zaciem­niały obraz jego zacho­wa­nia. Nie było jed­nak na to czasu - to musiało wystar­czyć.

- Rap­tus? - rzu­ciła nagląco kapi­tan Xiri. - Dez­ak­ty­wuj...

- Nie mogę! Nie dam rady...!

- Dasz radę - weszła mu w słowo Gella, kie­ru­jąc bez­po­śred­nio do niego spo­kojne wibra­cje swego głosu. - To potrwa tylko chwilę.

Poczuła, jak ogar­nia go nie­po­kój, gdy znów stra­cił kon­trolę nad sobą i stat­kiem. Jego maszyna zachy­bo­tała się, ude­rza­jąc w eskor­tu­jące ją myśliwce, a Gella i Xiri podwo­iły wysiłki, aby utrzy­mać go w miej­scu.

- To nie działa! - jęk­nął Rap­tus. - Włą­czył się auto­pi­lot... Nie mam wła­dzy nad kon­tro­l­kami. Będzie­cie musieli mnie zestrze­lić...

- Takie roz­wią­za­nie abso­lut­nie nie wcho­dzi w rachubę, Thy­lo­gni­sty Dzie­więć - zaprze­czyła sta­now­czo kapi­tan Xiri. - Nie obcho­dzi mnie, czy będziesz musiał otwo­rzyć ten panel gołymi rękami - znajdź spo­sób, aby go wyłą­czyć!

Jeśli nawet Rap­tus odpo­wie­dział, nie usły­szały jego słów. Gella pchnęła stery do oporu. Alpha-3 był lżej­szy niż stara e'roniań­ska maszyna i dia­bli myśli­wiec. Gella mogła latać szyb­ciej i z więk­szą gra­cją dzięki Mocy, ale wysi­łek, jakiego wyma­gało od niej utrzy­ma­nie Rap­tusa w powie­trzu, dosłow­nie roze­rwałby ją na strzępy - zarówno psy­chicz­nie, jak i fizycz­nie. Jej kon­trola nad i tak już słabą wię­zią pry­sła, gdy z gło­śni­ków dobiegł nowy, gar­dłowy głos:

- Bar­dzo mi przy­kro, księż­niczko - powie­dział nie­zna­jomy. - Ale nie na to się pisa­li­śmy. Uwal­niamy ładu­nek.

Gella uchwy­ciła kątem oka błysk holow­nika opusz­cza­ją­cego sek­tor i masywną skrzy­nię lecącą w stronę pasa szcząt­ków, pod­czas gdy kapi­tan wyce­dziła przez zęby całą serię prze­kleństw. W tym momen­cie waha­nia Rap­tus uwol­nił się z ich klesz­czy, a jego sta­tek zanur­ko­wał z powro­tem w kie­runku wcze­śniej­szego celu - Eirama.

- Wyrzu­cili lód i ucie­kli! Porucz­niku Segaru, nie zgub­cie naszego ładunku...

I wów­czas, bez ostrze­że­nia, pozba­wiony kon­troli dia­bli myśli­wiec stra­cił zasi­la­nie, wpa­da­jąc w bez­władny wir.

- Udało mi się! Udało...!

Gella wyczuła ulgę Rap­tusa, a jego gorzki, chro­pawy strach draż­nił jej skórę niczym ostre odłamki żwiru.

- Gene­rale Lao... pro­szę... - zaczęła kapi­tan A'lba­ran. Rap­tus wciąż znaj­do­wał się na kur­sie koli­zyj­nym z Eira­mem, ale przy­naj­mniej jego sys­temy uzbro­je­nia były dez­ak­ty­wo­wane - póki co.

- Rozu­miem - bąk­nął nie­chęt­nie gene­rał Lao. - Oso­bi­ście upew­nię się, żeby­ście oboje wró­cili do domu.

- Dzię­kuję, Gello - dodała kapi­tan A'lba­ran, gdy Gella odda­lała się od trzech maszyn, zmie­rza­jąc w stronę "Walecz­nego".

- Pani kapi­tan... - W gło­sie Rap­tusa brzmiał dobrze sły­szalny strach, a kiedy Gella się odwró­ciła, spo­strze­gła, że kapi­tan i gene­rał wciąż lecą ramię w ramię z pilo­tem. Coś było nie tak. - Mam pro­blem. Ja...

Zanim zdą­żył dokoń­czyć - i nim Gella zdą­żyła odda­lić się na bez­pieczną odle­głość - dia­bli myśli­wiec Blya Tevina eks­plo­do­wał w kuli biało-czer­wo­nego ognia.

Poza stud­nią gra­wi­ta­cyjną Eirama

Bly Tevin od zawsze chciał zoba­czyć z bli­ska błę­kitne wody Eirama - nawet jeśli było to miej­sce, któ­rego powi­nien nie­na­wi­dzić. Ale chło­pak, któ­rego nazy­wano Rap­tu­sem, nie potra­fił nikogo nie­na­wi­dzić. Nie tak, jak czy­nili to nie­któ­rzy z jego kole­gów pilo­tów, żywiący gniew tak głę­boki, że wypa­lał swoje piętno na ich skó­rze. Ta misja powinna być pierw­szym dniem jego dłu­giej kariery woj­sko­wej. Oka­zją do dokoń­cze­nia tego, co zaczęła jego sio­stra, o co wal­czył za młodu jego dzia­dek. Dla E'ronoh. Zawsze - i tylko i wyłącz­nie dla E'ronoh.

Kiedy został przy­dzie­lony do jed­nego z nowych stat­ków, roz­ko­szo­wał się uczu­ciem prze­bi­ja­nia się przez atmos­ferę w nie­skoń­czoną prze­strzeń. To było coś, czego nie mógł odtwo­rzyć żaden symu­la­tor ani tre­ningi w wąwo­zie Ram­shead. Zamie­rzał udo­wod­nić, że nie jest Rap­tu­sem, poryw­czym, nie­udol­nym pilo­tem. Zamie­rzał zostać Blyem Tevi­nem, boha­te­rem E'ronoh.

Tyle tylko, że... nie był boha­te­rem, któ­rym chciał zostać. W chwili, kiedy stra­cił kon­trolę nad swoim stat­kiem, pró­bo­wał zbo­czyć z kursu - nawet jeśli pozor­nie mogło to wyglą­dać, jakby chciał zde­zer­te­ro­wać. Nie chciał, aby komu­kol­wiek stała się krzywda, ale urzą­dze­nia ste­ru­jące nie reago­wały. Zapro­gra­mo­wano je do pro­wa­dze­nia ostrzału, a jego sta­tek zna­lazł się na kur­sie koli­zyj­nym ze sto­licą Eirama.

Czuł się, jakby przez wiele godzin nie pano­wał nad sobą, wrzesz­cząc wnie­bo­głosy, zanim nie usły­szał jej głosu. Poczuł ucisk w klatce pier­sio­wej, usu­wa­jący chmury stra­chu, dopóki w końcu nie zyskał pew­no­ści wzglę­dem tego, co powi­nien zro­bić. Przy­po­mniał sobie o cere­mo­nial­nym ostrzu zguby, przy­pa­sa­nym na bio­drze. Spo­cone, drżące palce szar­pały nie­cier­pli­wie, nie­stru­dze­nie, zapię­cie pochwy, dopóki go z niej nie uwol­nił. Prze­ka­zane mu przez dziadka, nie było wystar­cza­jąco ostre, aby prze­ciąć skórę przy pierw­szej pró­bie, ale wystar­czyło. Wbił je w port. Zwar­cie sku­tecz­nie dez­ak­ty­wo­wało sys­temy nawi­ga­cji i unie­ru­cho­miło sta­tek.

- Udało mi się. Udało...!

Mógł teraz ręcz­nie zre­star­to­wać myśli­wiec. Wylą­do­wać na Eira­mie. Pomy­ślał o swo­jej matce, sie­dzą­cej w ich miesz­ka­niu. Obie­cała mu, że kiedy wróci - i jeśli zawie­sze­nie broni się utrzyma - przy­go­tuje spe­cjal­nie z tej oka­zji potrawkę pilafa. To mię­dzy innymi dla­tego zna­lazł się tutaj - jed­no­cze­śnie tak daleko i tak bli­sko domu. Uśmiech­nął się, myśląc o niej i o cza­sach, gdy bawił się z innymi dziećmi na wąskich, pyli­stych ulicz­kach przed pała­cem. Była kobietą, która jakimś cudem potra­fiła w magiczny spo­sób roz­dy­spo­no­wać ich racje żyw­no­ściowe z przy­działu tak, aby star­czyły na wiele dni. Żywił prze­ko­na­nie, że naprawdę potrafi czy­nić cuda... dopóki pew­nego razu nie dostrzegł, jak prze­raź­li­wie chuda i smutna jest, mie­sza­jąc w garnku zupę. Wspól­nie patrzyli, jak jego sio­stra spada z nieba, a on dzię­ko­wał swoim szczę­śli­wym gwiaz­dom, że ni­gdy nie widziała jego zma­gań pod­czas tre­ningu, gdy par­to­lił jedną symu­la­cję po dru­giej, aż ochrzcili go Rap­tu­sem. Rap­tu­sem Tevi­nem. To był przy­do­mek, z któ­rego śmiał się razem z innymi, mimo iż nie­na­wi­dził go z całego serca.

Kiedy prze­stał dygo­tać jak w febrze i roz­po­czął pro­ce­durę manu­al­nego restartu swo­jej maszyny, zamknął oczy i podzię­ko­wał pra­daw­nym bogom. Tym, do któ­rych wciąż modliła się jego matka. Był pewny, że nawet w tej chwili wygląda go z wieży war­tow­ni­czej, gdzie wspi­nały się wszyst­kie rodziny, cze­ka­jąc, aż statki wrócą do domu. Bo wła­śnie dla niej to robił. Dla niej...

Gdy sys­temy jego myśliwca obu­dziły się ponow­nie do życia i roz­po­częło się odli­cza­nie, wezwał pomoc... która nie nade­szła. Ostat­nim, o czym pomy­ślał Bly Tevin, była jego matka. Ona też zawsze chciała zoba­czyć tur­ku­sowe morza na pla­ne­cie wroga.

Rozdział czwarty. Kanał Rayes, miasto stołeczne Erasmus, Eiram

Kiedy nad Eira­mem spa­dały gwiazdy, nikt nie patrzył w górę. Miesz­kańcy sto­licy wie­dzieli, że nie ma nic szcze­gól­nie inte­re­su­ją­cego w kawał­kach skał z kosmosu - nie wtedy, gdy bur­czało im w żołąd­kach, a racji było bole­śnie mało. I wła­śnie dla­tego w momen­cie, gdy dwa obiekty prze­biły się przez wiecz­nie spo­wi­ja­jące gór­skie szczyty chmury, nikt nie zaczął pani­ko­wać. Nikt nie odczu­wał stra­chu. Nikt nie wypo­wia­dał życzeń ani nie podzi­wiał, jak szczątki opa­dają w dół. Już wkrótce miej­skie wie­życzki rakiet obron­nych namie­rzą cel, a w razie awa­rii poci­sków, kopuły elek­tro­sta­tyczne, ota­cza­jące tak wiele głów­nych miast Eirama, ochro­nią znaj­du­ją­cych się pod nimi oby­wa­teli.

Phan-tu Zenn był pierw­szą osobą, która zauwa­żyła statki wcho­dzące w atmos­ferę pla­nety. Pocho­dzący zni­kąd chło­piec miał dziwny zwy­czaj spo­glą­da­nia w niebo.

Roz­pro­wa­dzał racje żyw­no­ściowe i niósł pomoc miesz­kań­com oko­lic Kanału Rayes, wąskiego szlaku wod­nego, wpa­da­ją­cego do Morza Era­smus. W tej czę­ści mia­sta obskurne budynki nacho­dziły na sie­bie jak rzędy zgni­łych, krzy­wych zębów. Wysy­cha­jące wodo­ro­sty i pąkle zna­czyły ściany i mury kanału, niczym okru­chy chleba, po któ­rych każdy mógł dotrzeć do przy­stani. Wychu­dzone sło­no­wodne ptaki, pod­la­tu­jące zbyt bli­sko kopuły, rażono impul­sami elek­trycz­nymi, co uczyło je, aby nie powta­rzały tego błędu. Prze­zro­czy­sta tar­cza ochronna ota­cza­jąca mia­sto była jed­nak widoczna dzięki bia­łym pasmom wyła­do­wań elek­trycz­nych, powta­rza­ją­cych wzory wzno­szą­cych się fal, ozna­cza­ją­cych punkty dostępu dla stat­ków, które mogły przez nią prze­cho­dzić, a w tle wiecz­nie dawał się sły­szeć cha­rak­te­ry­styczny szum osłon.

Phan-tu nie powi­nien był w ogóle prze­by­wać na tere­nie Kanału Rayes, ale na prze­strzeni lat nauczył się wymy­kać swo­jej ochro­nie. Wsko­czył na grzbiet ago­pie i popro­wa­dził wod­nego konia na swoje ulu­bione molo.

W kilka chwil został oto­czony przez tłum ludzi - zarówno tych uro­dzo­nych i wycho­wa­nych nad Rayes, jak i uchodź­ców, przy­by­wa­ją­cych tłum­nie z zachod­nich wysp, które ostat­nio zostały zaata­ko­wane przez siły E'ronoh. Phan-tu powi­nien się cie­szyć, że wojna z ich bliź­nia­czą pla­netą nie dotarła jesz­cze do sto­licy, ale znisz­cze­nie pobli­skich miast ozna­czało, że infra­struk­tura Era­smusa ero­do­wała tak szybko, jak ich wybrzeża w porze mon­su­no­wej. I to wła­śnie ci na samym dole naj­do­tkli­wiej odczu­wali brze­mię tego cię­żaru.

Mimo to nawet teraz, wrę­cza­jąc potrze­bu­ją­cym racje żyw­no­ściowe, gra­nulki nawad­nia­jące i wszystko inne - cokol­wiek tylko zdo­łał wydo­stać z pała­co­wych odpa­dów - był bole­śnie świa­dom tego, że to sta­now­czo za mało. Opróż­nił już swój wózek, a prze­cież dopiero co zaczął roz­da­wać jego zawar­tość! Czuł w piersi doj­mu­jący ból, patrząc, jak rodzice i starsi odcho­dzą z pustymi rękami. Posu­nął się nawet do tego, że zaofe­ro­wał miej­sco­wym swoją tunikę z lnia­nego włókna i wyszy­wane złotą nicią pan­to­fle, które spra­wiały, że czuł się wręcz idio­tycz­nie w tym oto­cze­niu. Ale nikt ich nie chciał. Z dru­giej strony jed­nak nikt na niego nie pomsto­wał ani nie powie­dział pod jego adre­sem złego słowa - nie pozwo­lili, aby ich despe­ra­cja prze­ro­dziła się w gniew. A przy­naj­mniej nie ten wymie­rzony bez­po­śred­nio w niego.

Phan-tu był prze­cież jed­nym z nich.

Wie­dział, że powi­nien już wra­cać do pałacu. Jego matki z pew­no­ścią się o niego mar­twiły. Ale pamięć mię­śniowa zapro­wa­dziła go na molo. Zano­to­wał w pamięci, ile osób ode­szło z niczym. Wię­cej, niż mógł zli­czyć. Bez­rad­ność, którą czuł w związku z tym fak­tem, dła­wiła go nie­mal fizycz­nie i szu­kał uko­je­nia w widoku morza.

Na naj­bar­dziej wysu­nię­tym na połu­dnie krańcu kanału, po spę­ka­nym molo peł­zał bla­do­nie­bie­ski skor­pion wiel­ko­ści kamyka - zbyt młody, aby być jado­wi­tym, ale na tyle mały, że musiał jakimś cudem prze­śli­zgnąć się przez kopułę. Zrzu­cił go kop­nia­kiem z kra­wę­dzi.

Wzdłuż wybrzeża tło­czyły się małe kwa­dra­towe domki, wznie­sione z bia­łego kamie­nia i poma­lo­wane na jaskrawe odcie­nie błę­kitu, zie­leni i żółci. Płó­cienne mar­kizy zapew­niały nie­wiele cie­nia w peł­nym słońcu, ale tak czy ina­czej, to był jego dom. Kie­dyś, przed naj­gor­szym mon­su­nem w jego życiu, miesz­kał tu ze swoją bio­lo­giczną matką i młod­szą sio­strą Tallą. Pew­nego razu, gdy kopuła elek­tro­sta­tyczna nie wytrzy­mała naporu sztor­mo­wych fal, wszyst­kich zmio­tło bez­li­to­sne morze. Tylko jemu udało się dotrzeć do brzegu.

Gdy tłumy się roze­szły, dziew­czynka z krót­kimi brą­zo­wymi lokami, ubrana w sukienkę uszytą z jakie­goś prze­two­rzo­nego płótna, szarp­nęła go za nogawkę spodni. Wyglą­dała jak jego sio­stra, więc przy­klęk­nął i wska­zał na jej zamkniętą pięść.

- Co tam masz? - zapy­tał.

Wyda­wała się mocno pode­ner­wo­wana, ale Phan-tu uśmiech­nął się do niej cie­pło. Miała taką samą cerę jak on - jasno­brą­zową skórę, usianą zie­lon­ka­wymi pie­gami i bla­do­zie­lone oczy, cha­rak­te­ry­styczne dla Eiram­czy­ków, któ­rzy osie­dlili się na pla­ne­cie wiele poko­leń temu.

- Dla kró­lo­wej - wymam­ro­tała, roz­pro­sto­wu­jąc drobne paluszki i odsła­nia­jąc garstkę pokry­tych bło­tem pereł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział pierwszy. Wieża, E'ronoh

Po raz pierw­szy od pię­ciu lat niebo nad sto­licą E'ronoh było wolne od wal­czą­cych ze sobą stat­ków. A gdy atmos­ferę prze­ci­nały zbłą­kane szczątki, to nim osia­dły na kamien­nych łukach, wyda­ją­cych się wiel­kimi olbrzy­mami strze­gą­cymi świtu pla­nety, zasty­głymi na tle czer­wo­nego poranka, pozo­sta­wały z nich już tylko płatki popiołu.

Wojna nie dobie­gła końca, ale życie toczyło się dalej. Cho­ciaż część mia­sta na­dal pło­nęła, żałob­nicy śpie­szyli, aby pocho­wać swo­ich bli­skich. Gdy roze­szła się wieść o ostat­nim zawie­sze­niu broni z Eira­mem, rynek w Wieży, sto­licy E'ronoh, zalała fala oby­wa­teli ocze­ku­ją­cych codzien­nej dostawy wody.

Ser­rena, smu­kła postać w sza­rej pele­ry­nie, prze­my­kała pośród prze­krzy­ku­ją­cego się tłumu.

- Tip-yipy, dzie­sięć pez­zów za kilo­gram!

- Trzy­dzie­ści za baryłkę!

- Kupuj­cie gwiezd­no­pył - śnij­cie sny umar­łych!

Matka tar­go­wała się o wytła­czankę jaj, nie spusz­cza­jąc przy tym oka z nieba. Dziew­czynka w wieku przed­po­bo­ro­wym trzy­mała na jed­nym bio­drze głod­nego bra­ciszka, a na dru­gim dźwi­gała kawałki taniego, tłu­stego mięsa od rzeź­nika. Żebrak wyma­chi­wał pustym kub­kiem. Sprze­dawca odga­niał muchy od zepsu­tych owo­ców. Straż­nik pała­cowy pod­sko­czył na dźwięk szczęku metalu i odwró­cił się jak użą­dlony - jedy­nie po to, aby z ulgą prze­ko­nać się, że to tylko prze­wra­ca­jący się prze­wo­żący złom śmi­gacz.

Ser­rena nasu­nęła głę­biej kap­tur swo­jej pele­ryny na czoło, ale nic poza maską odde­chową nie mogło ochro­nić istot prze­by­wa­ją­cych na tej pla­ne­cie przed łyka­niem wszech­obec­nego pyłu - nawet gdy nie wiało. Prze­szła przez tar­go­wi­sko i wąskie pod­ziemne przej­ście, aż wresz­cie zatrzy­mała się na skraju lądo­wi­ska. Natu­ralne ukształ­to­wa­nie kanionu spra­wiało, że sta­no­wił ide­alny han­gar dla kró­lew­skiej floty. Miej­scowi lubili mawiać, że otwór jaskini sta­no­wił ska­mie­niałą, roz­wartą sze­roko pasz­czę jed­nego z pra­daw­nych bogów. Dla Ser­reny było to po pro­stu kolejne miej­sce, kolejna oka­zja, aby słu­żyć jedy­nej isto­cie naprawdę zaan­ga­żo­wa­nej w utrzy­ma­nie rów­no­wagi w galak­tyce.

Pod­czas gdy człon­ko­wie załogi prze­my­kali w tę i we w tę, przy­go­to­wu­jąc eska­drę do lotu, Ser­rena prze­kra­dała się wzdłuż pofał­do­wa­nych ścian kanionu, nie­wi­doczna dla oczu pilo­tów, ota­cza­ją­cych cia­snym kor­do­nem swoją kapi­tan, nie­mal jakby chcieli ją chro­nić. Twarz mło­dej kobiety była na wpół ukryta w cie­niu ścian wąwozu, ale Ser­rena dostrze­gała spo­kój i dosto­jeń­stwo bijące z kró­lew­skiego obli­cza. Obiet­nicę, jaką nio­sła pięść, którą dziew­czyna ude­rzała się w pierś. Sły­szała wykrzy­ki­wane przez obec­nych słowa, prze­bi­ja­jące się przez kako­fo­nię dźwię­ków niczym e'roniań­skie klej­noty:

- Za E'ronoh!

- Dzięki za tę mówkę moty­wa­cyjną, kapi­tan A'lba­ran - mruk­nęła Ser­rena, kuca­jąc za jed­nym z dro­idów astro­me­cha­nicz­nych i wsu­wa­jąc nie­wielki chip do szcze­liny na jego przed­nim panelu. Prze­szedł ją dreszcz eks­cy­ta­cji, ale chwila triumfu nie trwała długo.

Zza rogu wyszedł żoł­nierz z opa­ską na oku. Zatrzy­mał się na jej widok z wyra­zem kon­ster­na­cji na twa­rzy, który jed­nak szybko zastą­pił nie­po­kój, a potem zaczął zmniej­szać dzie­lący ich dystans, sadząc w jej stronę dłu­gimi kro­kami.

- Hej! Ty tam! Nie masz upraw­nień, żeby prze­by­wać w tym miej­scu!

Ser­rena sku­liła się i przy­pa­dła do ziemi, ale pode­rwał ją w górę i pchnął na stos skrzyń. Roz­legł się gło­śny trzask pustej manierki ude­rza­ją­cej o kamień. Pył, ten wszech­obecny na pla­ne­cie pył, zgrzy­tał jej mię­dzy zębami, dła­wiąc w gar­dle.

- Co ty tu...

- Pro­szę - jęk­nęła Ser­rena i zaka­słała. - Rzuć pezza bied­nej far­merce. Tro­chę wody...

- W samo połu­dnie roz­da­wane są racje żyw­no­ściowe - burk­nął żoł­nierz, pusz­cza­jąc ją ze znie­cier­pli­wio­nym syk­nię­ciem. Z jego insy­gniów wyni­kało, że ma sto­pień porucz­nika, choć nie zauwa­żyła go wcze­śniej u boku kapi­tan. Na jego pokry­tej bli­znami twa­rzy dostrze­gła litość, a potem fru­stra­cję, gdy się­gnął do kie­szeni i wycią­gnął brą­zową monetę. - A teraz precz! Już cię tu nie ma!

Ser­rena chwy­ciła monetę i odda­liła się bie­giem od lądo­wi­ska, ponow­nie wta­pia­jąc się w morze zaku­rzo­nych postaci na tar­go­wi­sku, na któ­rym w mię­dzy­cza­sie wybu­chła walka. Zde­spe­ro­wani miesz­kańcy E'ronoh prze­py­chali się i szar­pali, aby zapew­nić sobie lep­sze miej­sce w kolejce po racje wody, która wydłu­żyła się dwu­krot­nie, pod­czas gdy ona wypeł­niała swoją misję. Ser­rena parła naprzód, osła­nia­jąc twarz przed natło­kiem spo­co­nych ciał, dopóki nie przedarła się przez tłum. Wrzu­ciła brą­zo­wego pezza do bla­sza­nego kubka żebraka, a potem wypro­sto­wała się i ruszyła w stronę drogi pro­wa­dzą­cej z mia­sta.

- Gotowe - rzu­ciła do komu­ni­ka­tora krót­kiego zasięgu.

- Czy jesteś pewna... że to... słuszne...? - odpo­wie­dział jej prze­ry­wany zakłó­ce­niami głos.

- Tak, tak, jestem pewna. - Zdu­siła w sobie złość, którą wywo­łało w niej pyta­nie.

Została wybrana do tej misji.

- Pośpiesz się. Zna­la­złam miej­sce, z któ­rego... będziemy mieli ide­alny widok na... fajer­werki.

W chwili, w któ­rej puściła się bie­giem przed sie­bie, w niebo unio­sło się trzy­dzie­ści myśliw­ców.

Pozwo­liła, aby kap­tur zsu­nął jej się na plecy, a potem, cie­sząc się pro­mie­niami wscho­dzą­cego słońca, uśmiech­nęła się w ocze­ki­wa­niu na wolę Mocy - ponie­waż, jeśli takie będzie jej życze­nie, żaden z tych myśliw­ców już nie wróci.

Rozdział drugi. Poza studnią grawitacyjną E'ronoh

Kapi­tan Xiri A'lba­ran była już zmę­czona cze­ka­niem. Cze­ka­niem, aż trans­por­to­wiec z ładun­kiem lodu wysko­czy z nad­prze­strzeni. Cze­ka­niem, aż wróg zła­mie zawie­sze­nie broni i zaata­kuje. Aż jej świat znów sta­nie w pło­mie­niach i aż ona sama zyska pew­ność, że tym razem, pomimo wszyst­kiego, o co wal­czyła, będzie to tylko i wyłącz­nie jej wina. A mimo to Xiri cze­kała, bo tutaj, w odle­głym zakątku galak­tyki, na pery­fe­riach lepiej zna­nych świa­tów i sek­to­rów, nie mogła zro­bić nic poza cze­ka­niem. Na wskroś bez­radna, trzy­mała jed­nak wysoko unie­siony pod­bró­dek, wpa­tru­jąc się w prze­stwór kosmosu. Była kapi­tan floty E'ronoh. Musiała dawać przy­kład nowym rekru­tom, z któ­rych każdy wyda­wał się coraz młod­szy od poprzed­niego.

Jej Eska­dra Thy­lo­gni­stych czu­wała tuż nad atmos­ferą pla­nety od świtu. Przed wojną monar­cha E'ronoh być może nie przy­dzie­liłby ich flo­cie zada­nia, będą­cego pro­stą misją eskor­tową. Jed­nak na jej pla­ne­cie pano­wała susza, a na szla­kach nad­prze­strzen­nych roiło się od pira­tów, więc bez­pie­czeń­stwo ładunku było kwe­stią życia lub śmierci.

W innych oko­licz­no­ściach Xiri podzi­wia­łaby widoki tego zachwy­ca­ją­cego, nie­sa­mo­wi­tego zakątka galak­tyki - jej wła­sny świat, z jego czer­wo­nymi górami i wąskimi kanio­nami oraz tur­ku­sowe morza sąsied­niego Eirama, wzbu­rzone cią­głymi sztor­mami. Pomię­dzy nimi znaj­do­wał się pas szcząt­ków - pozo­sta­ło­ści po latach bitew, zaśmie­ca­jące kory­tarz niczym aste­ro­idy - oraz księ­życ zwany Straż­ni­kiem Czasu. Jej bab­cia mawiała, że miliardy lat temu E'ronoh i Eiram były dwiema kosmicz­nymi isto­tami, które wyło­niły się z gwiezd­nego pyłu, a księ­życ sta­no­wił ich wspólne serce, kon­tro­lu­jące wia­try wie­jące na E'ronoh i przy­pływy Eirama. Xiri uwiel­biała tę histo­rię. Czy to w cza­sie pokoju, czy pod­czas wojny, pla­nety i ich księ­życ zostały nie­ro­ze­rwal­nie ze sobą zwią­zane, nie tylko siłą gra­wi­ta­cji, ale także długą prze­szło­ścią i nie­pewną przy­szło­ścią. Przy­szło­ścią, któ­rej napra­wie Xiri zamie­rzała poświę­cić swoje życie.

Nie­po­kój wśród mło­dych pilo­tów zaczął dawać o sobie znać: jeden z nich wyła­mał się z for­ma­cji, ale szybko do niej wró­cił.

Kapi­tan A'lba­ran i porucz­nik Segaru wybrali do tej misji bez­pre­ce­den­sową liczbę trzy­dzie­stu pilo­tów: odpo­wied­nią eskortę, zapew­nia­jącą nale­żyte bez­pie­czeń­stwo trans­por­tow­cowi, mają­cemu przy­być do sto­licy, i zdolną przy­go­to­wać lód do natych­mia­sto­wej dys­try­bu­cji. Sta­tek się spóź­niał. Poprzedni trans­port został znisz­czony pod­czas ich ostat­niego star­cia z Eira­mem. Ten jesz­cze wcze­śniej­szy w tajem­ni­czy spo­sób znik­nął w labi­ryn­cie nowych szla­ków nad­prze­strzen­nych. Ten, który wysłano przed nim - czy może raczej to, co z niego zostało - został odna­le­ziony spu­sto­szony do cna (praw­do­po­dob­nie przez pira­tów) i roze­brany prak­tycz­nie na czę­ści; połowa jego załogi dry­fo­wała mar­twa w prze­strzeni kosmicz­nej. O, nie - jedy­nym spo­so­bem na zabez­pie­cze­nie tego ładunku było prze­chwy­ce­nie i eskor­to­wa­nie go od momentu, gdy tylko opu­ści nad­prze­strzeń.

- Pani kapi­tan? Nie możemy tu zaba­wić zbyt długo - zamel­do­wał porucz­nik Segaru na pry­wat­nym kanale gło­sem prze­ry­wa­nym szu­mem zakłó­ceń.

- Będą tu lada chwila - zapew­niła go.

- Pani kapi­tan...

- Przy­lecą. - Prze­su­nęła języ­kiem po wyschnię­tym pod­nie­bie­niu. Tego ranka oddała swoją manierkę z wodą dziecku żebrzą­cemu na targu i sta­rała się nie myśleć o wła­snym pra­gnie­niu. - Nie może być ina­czej.

Odwró­ciła się w lewo, w stronę miej­sca, które zawsze zaj­mo­wał w ich for­ma­cji. Brą­zowy hełm zasła­niał więk­szość bro­da­tej twa­rzy Segaru. W wyobraźni widziała spoj­rze­nie jego sza­rego niczym burzowe chmury oka i spo­sób, w jaki bli­zny pod jego prze­pa­ską czer­wie­niały, gdy był sfru­stro­wany i zły. Wie­działa też, że praw­do­po­dob­nie ści­ska wła­śnie ręko­jeść swo­jego cere­mo­nial­nego ostrza zguby, które każdy e'roniań­ski żoł­nierz nosił u pasa - tak jak ona. Że w głębi serca ni­gdy nie wyba­czy jej, że to ona została awan­so­wana zamiast niego. Że czuje do niej nie­chęć... nawet w chwili, kiedy odwró­cił się w jej kie­runku, jakby czuł na sobie jej spoj­rze­nie.

- Pani kapi­tan - powtó­rzył, a potem, nieco łagod­niej, dodał: - Xiri...

- Nie. - Skie­ro­wała wzrok przed sie­bie, poza błę­kit Eirama, wbi­ja­jąc go w punk­ciki odle­głych gwiazd. - Mamy szczę­ście, że udało się zabez­pie­czyć ten ładu­nek po tym, jak Mero­kia nie dotrzy­mała danej nam obiet­nicy udzie­le­nia pomocy.

Mero­kia była ostat­nią pla­netą na liście ich daw­nych sojusz­ni­ków. Czego wła­ści­wie ona lub monar­cha mogli się spo­dzie­wać? Wraz z każ­dym upły­wa­ją­cym rokiem, każ­dym zerwa­nym zawie­sze­niem broni, każdą nie­udaną próbą zawar­cia pokoju nawet ich naj­bliżsi part­ne­rzy han­dlowi odwra­cali się od E'ronoh. Nie­wielu odwa­żyło się inge­ro­wać w kon­flikt, a więk­szość po pro­stu cze­kała z wybra­niem strony na moment, w któ­rym wyłoni się zwy­cięzca.

- Zdaję sobie sprawę z naszej trud­nej sytu­acji, kapi­tan A'lba­ran. To... - Segaru urwał i mil­czał tak długo, że Xiri pochy­liła się, żeby prze­łą­czyć kanał i spraw­dzić, czy przy­pad­kiem łącz­ność znów nie zaczęła szwan­ko­wać. - Usta­li­li­śmy, że opu­ścimy kory­tarz mię­dzy dwiema pla­ne­tami dla eskorty woj­sko­wej Eirama. Naszą prze­dłu­ża­jącą się obec­ność w tym miej­scu mogą uznać za naru­sze­nie warun­ków. Zawsze jestem gotów do walki, ale to zawie­sze­nie broni, opusz­cze­nie kory­tarza... to był twój plan.

Tak. To był jej plan. Jer­rod Segaru zawsze wie­dział, jak jej dogryźć.

Prze­ko­na­nie ojca, by w ogóle się na to zgo­dził, zajęło jej wiele lat. Był prze­świad­czony, że to wszystko sta­nowi misterny plan wroga, obli­czony na wcią­gnię­cie E'ronoh w pułapkę i zaata­ko­wa­nie w chwili, gdy nada­rzy się ku temu ide­alna oka­zja - stąd aż trzy­dzie­ści myśliw­ców. Warunki wyda­wały się pro­ste - Xiri miała popro­wa­dzić misję eskor­tową o świ­cie, a po połu­dniu oczy­ścić prze­strzeń dla Eirama. Żad­nych dzia­łań zbroj­nych. Poprzed­nie zawie­sze­nia broni zry­wano z błah­szych powo­dów, ale liczyła na to, że Eiram­czycy będą rów­nie zde­spe­ro­wani co oni, więc zro­zu­mieją.

Dobrze wie­działa, kto zosta­nie obar­czony winą, gdy - jeśli - coś pój­dzie nie tak.

- Dzię­kuję za przy­po­mnie­nie, porucz­niku - powie­działa chłodno. - Ale nie możemy wró­cić do domu z pustymi rękami, a ja nie pozwolę, aby kolejny z naszych trans­por­tów został znisz­czony lub ogra­biony, bo sku­pi­li­śmy się na tocze­niu wojny. Zajmę się Eiram­czy­kami, jeśli zaj­dzie taka potrzeba. Zosta­jemy.

- Mam nadzieję, że eiram­ski gene­rał okaże się tak samo wyro­zu­miały jak ty - mruk­nął, po czym prze­łą­czył się na kanał ogólny.

Poszła w jego ślady, dla zabi­cia czasu wsłu­chu­jąc się w szum roz­mów w tle. Z każdą chwilą, którą piloci spę­dzali w otwar­tej prze­strzeni, zda­wali się coraz bar­dziej zapo­mi­nać o tym, że dowód­czyni im się przy­słu­chuje. Nie prze­szka­dzało jej to. W ten spo­sób, wsłu­chu­jąc się w kojący rytm gło­sów, pozna­wała ich lepiej pod­czas tych rzad­kich momen­tów wytchnie­nia.

- Spójrz­cie tylko na ten cały złom - mówił wła­śnie Thy­lo­gni­sty Dzie­sięć.

- To nie jest złom - obru­szył się Thy­lo­gni­sty Dzie­więć. Xiri sły­szała, że gdy wyma­wiał ostat­nie słowo, głos mu się zała­mał. Był spo­śród nich naj­młod­szy i już pierw­szego dnia szko­le­nia zyskał sobie przy­do­mek "Rap­tus".

Świeżo upie­czeni rekruci pocho­dzili głów­nie z poboru, ale Rap­tus zgło­sił się sam, bła­ga­jąc o pozwo­le­nie na wcze­śniej­sze zacią­gnię­cie się do woj­ska, aby uczcić pamięć swo­jej pole­głej sio­stry, Liny. Wiek pobo­rowy miał osią­gnąć dopiero za kilka tygo­dni. Xiri zro­biła to samo po śmierci brata - i być może wła­śnie dla­tego przy­stała na jego prośbę.

Widziała w swoim życiu setki giną­cych żoł­nie­rzy, ale śmierć Liny oka­zała się dla E'ronoh punk­tem zwrot­nym. To, co powinno być ruty­nową misją zwia­dow­czą na zachod­nich wyspach Eirama, zakoń­czyło się tra­ge­dią, gdy chwilę po star­cie nastą­piła awa­ria sil­ni­ków manew­ro­wych jej myśliwca, który runął w dół - już trzeci taki przy­pa­dek w ciągu ostat­nich dni, ale pierw­szy, kiedy ktoś zgi­nął. Wyda­wało się, że wszy­scy w Wieży wstrzy­mali oddech, patrząc, jak sta­tek roz­bija się w wąwo­zie Ram­shead.

To wła­śnie tra­giczny koniec Liny wywo­łał zamieszki na uli­cach. Ilu innych stra­cili - nie przez Eiram, ale wsku­tek tego, że ich flota była kosz­mar­nie prze­sta­rzała? Co uczyni monar­cha, aby to się nie powtó­rzyło? Co zrobi, żeby w końcu wygrać tę wojnę? Gdzie obie­cane racje żyw­no­ści i wody? Xiri nie mogła - nie chciała - wal­czyć jed­no­cze­śnie z wła­snym ludem i z Eira­mem, ale dysy­denci skło­nili monar­chę do wydzier­ża­wie­nia Kore­lii terenu w górach na połu­dnio­wej pół­kuli w zamian za trzy tuziny dia­blich myśliw­ców. Xiri prze­kli­nała tę decy­zję. Wie­działa jed­nak, że sta­no­wiło to naj­sen­sow­niej­sze roz­wią­za­nie w tej sytu­acji. Ich flota była zbyt mocno roz­pro­szona. E'ronoh goniło resztką sił. Ale... co monar­cha mógłby sprze­dać w zamian za pomoc jako następne? Co wystar­czy­łoby, aby odpo­wied­nio ich wzmoc­nić? Kwe­stio­no­wa­nie jego decy­zji, zwłasz­cza w cza­sie wojny i zwłaszcza przez e'roniań­ską kapi­tan, zosta­łoby uznane za zdradę. Nawet w przy­padku córki samego monar­chy.

Jedyną formą buntu, na jaką mogła się zdo­być Xiri, było odda­nie jed­nego z nowych stat­ków - przy­dzie­lo­nego jej - Rap­tu­sowi, będą­cemu świeżo po pod­sta­wo­wym szko­le­niu bojo­wym. Ona sama zde­cy­do­wała się zacho­wać swo­jego sta­rego gru­chota, któ­rym latała od czasu, gdy się zacią­gnęła. Poza tym, bez względu na to, co pilo­to­wała, zawsze docie­rała tam, gdzie chciała.

- To nie złom - powtó­rzył Rap­tus. Xiri zauwa­żyła, że jego sta­tek się zako­ły­sał - praw­do­po­dob­nie chło­pa­kowi trzę­sły się ręce.

- Spo­koj­nie, Thy­lo­gni­sty Dzie­więć - rzu­cił porucz­nik Segaru. - I sta­raj się lepiej kon­tro­lo­wać sta­tek.

Rap­tus opa­no­wał swoją maszynę i wymam­ro­tał prze­pro­siny.

- Nie mia­łem nic złego na myśli - mruk­nął Thy­lo­gni­sty Dzie­sięć. - Po pro­stu... Wystar­czy spoj­rzeć

Cóż, nie dało się zaprze­czyć - przed nimi cią­gnął się pas szcząt­ków, sta­no­wiący jawne potwier­dze­nie jego słów: czarna, meta­lowa rzeka wra­ków i zamar­z­nię­tych ciał, dry­fu­jąca w kosmo­sie. Począt­kowo Xiri pro­wa­dziła misje, pod­czas któ­rych ścią­gali na pokłady złom i ofiary, zapeł­nia­jąc nimi ładow­nie stat­ków - cho­ciażby po to, aby zapew­nić spo­kój ducha tym cze­ka­ją­cym na powierzchni pla­nety. Teraz było ich jed­nak tak wiele... Uznała, że jeśli zawie­sze­nie broni się utrzyma, spró­buje ponow­nie pod­jąć się tego zada­nia.

"Ludzie chcą po pro­stu mieć coś, co mogliby pogrze­bać" - przy­po­mi­nał jej czę­sto porucz­nik Segaru. Być może nie dane im się będzie ni­gdy zaprzy­jaź­nić, ale nie mogła kwe­stio­no­wać jego lojal­no­ści i odda­nia spra­wie.

- Nie, on ma rację. To nie jest zło­mo­wi­sko. Tylko cmen­ta­rzy­sko - stwier­dził Thy­lo­gni­sty Sześć, a jego ponu­rym sło­wom towa­rzy­szył dziwny odgłos.

- Czy to twój żołą­dek? - zapy­tał ktoś.

- Jest po pro­stu zde­ner­wo­wany - skwi­to­wał współ­czu­jąco porucz­nik Segaru. - To jego pierw­szy lot.

"Albo jest zwy­czaj­nie głodny, ty wielki dur­niu - pomy­ślała Xiri, gry­ząc się w język, żeby nie powie­dzieć tego na głos. Ale nie mogła zaprze­czyć, że porucz­nik Segaru potra­fił łago­dzić nastroje swo­ich żoł­nie­rzy. - Spo­koj­nie, młody. To tylko mała eks­plo­zja. Wojna nie­uchron­nie pociąga za sobą ofiary. Dopil­nu­jemy, żeby Eiram zapła­cił za swoje zbrod­nie i zato­pimy ich szklane pałace na dnie mórz".

Segaru prze­jął w ich tan­de­mie rolę tego dobrego, pod­czas gdy ona dawała im wycisk - kazała dawać z sie­bie wszystko, zamar­twia­jąc się jed­no­cze­śnie o to, czy oni i ich gło­du­jące rodziny otrzy­mują obie­cane racje żyw­no­ściowe. Ona musiała wal­czyć ze swoim ojcem o to, aby prio­ry­te­tem były dostawy wody, nie paliwa - i wła­śnie dla­tego ten trans­por­to­wiec z lodem musiał się poja­wić - teraz, zaraz i w nie­na­ru­szo­nym sta­nie, bo po pię­ciu latach walki jej lud uznał, że ma dość.

"Pra­dawni bogo­wie są wście­kli - lamen­to­wała star­szy­zna w świą­tyni. - Pra­dawni bogo­wie są roz­gnie­wani wojną monar­chy i wstrzy­mali desz­cze".

Xiri nie mogła winić pra­daw­nych bogów - ani nowych, skoro już o tym mowa - za naj­gor­szą suszę, jakiej zaznała jej pla­neta, odkąd się­gali pamię­cią. Mogła wie­rzyć tylko w samą sie­bie i zro­bić wszystko, co w jej mocy, aby zapew­nić swo­jemu ludowi wszelką pomoc. E'ronoh wyma­gało od niej każ­dego poświę­ce­nia, na jakie było ją stać - a ona zamie­rzała dawać z sie­bie wszystko, aż nie zosta­nie jej kom­plet­nie nic.

Pod­czas gdy bliź­nia­cze światy kon­ty­nu­owały swoją powolną wędrówkę po orbi­cie księ­życa, Xiri ska­no­wała powierzch­nię Eirama w poszu­ki­wa­niu ruchu, ale widziała tylko war­stwy obło­ków, kłę­biące się nad tur­ku­so­wymi oce­anami. Żad­nych stat­ków eskor­to­wych, ale wie­działa, że te wkrótce na pewno się poja­wią.

- Moja żona mnie zabije, jeśli znów spóź­nię się na kola­cję - mruk­nęła Thy­lo­gni­sta Trzy. Xiri wie­działa, że Kinni jest jedną z naj­star­szych człon­kiń eska­dry - eme­ry­to­wana mecha­niczka ponow­nie zacią­gnęła się do woj­ska kilka lat temu.

- Tęsk­nię za potrawką pilafa mojej mamy - dodał Rap­tus.

Kinni zaśmiała się cicho.

- Ma się rozu­mieć, wszy­scy jeste­ście mile widziani!

- Teraz, gdy wojna się skoń­czyła... - zaczął Thy­lo­gni­sty Sześć, ale prze­rwało mu zna­czące chrząk­nię­cie.

- Prze­stań śnić! - wark­nął Thy­lo­gni­sty Trzy­na­ście. - Do końca jesz­cze daleko. To się nie skoń­czy, dopóki nie zwrócą wszyst­kiego, co nam ode­brali. Naszej kolo­nii, naszego księ­cia, naszego życia. Eiram ni­gdy nie powi­nien zaznać pokoju.

Thy­lo­gni­sty Trzy­na­ście, Rev Fer­rol, był synem wice­króla Fer­rola, jed­nego z naj­bar­dziej zaufa­nych dorad­ców ojca Xiri, a jego słowa oka­zały się tymi samymi gorz­kimi fra­zami, które monar­cha gło­sił ze swo­jego bal­konu, gdy czuł, że morale jego ludu spada. Roz­le­gły się pomruki ogól­nej zgody i Xiri spró­bo­wała prze­łknąć ślinę, ale miała zbyt wyschnięte gar­dło. Czuła na sobie spoj­rze­nie porucz­nika Segaru, ale tylko potrzą­snęła głową. Jej ludzie byli sfru­stro­wani, a ona zawio­dłaby ich nie tylko jako kapi­tan, ale i jako księż­niczka, gdyby wyłą­czyła się teraz tylko i wyłącz­nie z powodu wła­snego poczu­cia winy.

- Po pro­stu łapiemy oddech, to wszystko. I pąkle - dodał porucz­nik Segaru.

- Moja bab­cia mawiała, że kiedy była mała, mie­rzyli czas nie według księ­życa, ale według tego, kiedy statki Eirama prze­la­ty­wały nad mia­stem. - Rap­tus zachi­cho­tał ner­wowo. - Myślę, że prze­sa­dzała, ale to było wieki temu.

- Czyżby? - prych­nęła Kinni. - W takim razie wygląda na to, że mam kil­ka­set lat!

Wszy­scy się roze­śmiali.

- Cóż, kiedy to się skoń­czy - powie­dział Rap­tus z tym swoim, tak typo­wym dla niego prze­ko­na­niem - zabie­ram się barką na jedną z tych pla­net wypo­czyn­ko­wych.

- Żadna barka wyciecz­kowa tu nie przy­leci - mruk­nął Rev.

- Sły­sza­łem, że na nie­któ­rych świa­tach można zapła­cić za jed­no­cze­sne...

- Co jed­no­cze­snego, Dzie­siątko? - roz­legł się prze­ry­wany trza­skami głos Xiri i reszta zaczęła chi­cho­tać, roz­ba­wiona zakło­po­ta­niem pilota.

Chło­pak zamilkł, po czym wykrztu­sił:

- K...księż­niczko! To zna­czy, pani kapi­tan... kapi­tan A'lba­ran.

- W porządku, Thy­lo­gni­sty. Bądź czujny - pole­cił mu spo­koj­nie porucz­nik Segaru.

Xiri uśmiech­nęła się pod nosem. Lubiła, gdy jej ludzie opo­wia­dali o swo­ich marze­niach i pla­nach. Wyobra­żali sobie "kiedy" i "potem". Ich nadzieja była kru­cha, ale mieli ją, a ona nie mogła o tym zapo­mi­nać - nawet na sekundę.

Na jej panelu kon­tro­l­nym zami­go­tała lampka czuj­nika. Z pochmur­nej atmos­fery Eirama wyło­niło się kil­ka­na­ście stat­ków o bul­wia­stych kadłu­bach, przy­sto­so­wa­nych przede wszyst­kim do zanu­rza­nia się pod powierzch­nię wody, a dopiero w dru­giej kolej­no­ści do lotów kosmicz­nych.

- Są tu! - zawo­łał Rap­tus. Jego sta­tek wyrwał się naprzód, ale za chwilę się zatrzy­mał.

- Spo­koj­nie - ostrzegł go ponow­nie porucz­nik Segaru.

- To te nowe statki - wykrztu­sił Rap­tus, dysząc ciężko. - Ich sys­temy ste­row­ni­cze są zbyt czułe.

- Jaasne - mruk­nął Trzy­nastka, a pozo­stali par­sk­nęli śmie­chem.

- Pamię­taj­cie - upo­mnie­nie Xiri sku­tecz­nie ich uci­szyło - Eiram też odbiera ładu­nek. Zarówno oni, jak i my eskor­tu­jemy dostawy na nasze pla­nety. Cze­kaj­cie na moje roz­kazy.

- Pani kapi­tan - zgło­sił porucz­nik Segaru. - Wywo­łują cię.

Xiri obli­zała przed­nie zęby. Sta­rała się nie myśleć o swoim pra­gnie­niu i walą­cym nie­spo­koj­nie sercu. Eska­dra jej potrze­bo­wała. Podob­nie jak E'ronoh.

- Tu kapi­tan Xiri A'lba­ran - powie­działa, sta­ra­jąc się brzmieć pew­niej, niż się czuła.

- Pani kapi­tan, tu gene­rał Nhi­van Lao - dobiegł z jej gło­śnika rze­czowy głos, znie­kształ­cony przez sys­temy prze­sta­rza­łego myśliwca. Ude­rzyła mocno w panel, aby skło­nić je do lep­szej współ­pracy i pozbyć się zakłó­ceń. - Uzgod­ni­li­śmy, że kory­tarz mię­dzy pla­ne­tami będzie czy­sty. I to wy zapro­po­no­wa­li­ście te warunki, o ile się nie mylę...

- Zga­dza się, gene­rale - odparła Xiri. - Ale nasz trans­port się opóź­nia. Na waszym miej­scu rów­nież oka­za­li­by­śmy wam tę uprzej­mość i...

- Och, czyżby? - prych­nął gene­rał.

Xiri nie dała się jed­nak spro­wo­ko­wać, więc w ete­rze zapa­dła cisza, aż w końcu męż­czy­zna odchrząk­nął i pod­jął:

- W porządku zatem. Pil­nuj­cie więc, żeby nie opusz­czać waszej strony kory­ta­rza.

- Oczy­wi­ście. - Roz­łą­czyła się, zak­tu­ali­zo­wała dane doty­czące roz­lo­ko­wa­nia swo­jej eska­dry, po czym ści­snęła moc­niej stery i wbiła wzrok w pustą prze­strzeń kosmiczną, jakby mogła samą tylko siłą spoj­rze­nia otwo­rzyć w niej czarną dziurę i wyrwać trans­por­to­wiec z nad­prze­strzeni.

- Powin­ni­śmy zabrać wszystko, co mają, plus nasz ładu­nek - wark­nął Rev. - Założę się, że pla­nują to samo. Idę o zakład, że...

- Nie ufał­bym Eiram­czy­kom, nawet gdy­bym miał dwoje zdro­wych oczu - wszedł mu w słowo porucz­nik Segaru. - Ale na razie zosta­jemy na swo­ich poste­run­kach.

- Czy nie stra­cił pan przy­pad­kiem oka w pierw­szej bitwie, sir? - zagad­nął Rap­tus.

- Zga­dza się.

- Chcę, żeby ten kanał pozo­stał czy­sty - ostrze­gła Xiri. - Czy to jasne?

Jeden po dru­gim człon­ko­wie eska­dry roz­łą­czali się, potwier­dza­jąc przy­ję­cie roz­kazu.

Lampki sygna­li­za­cyjne jej sys­temu czuj­ni­ków ponow­nie zamru­gały.

- Zbliża się sta­tek, za chwilę opu­ści nad­prze­strzeń - oznaj­miła, czu­jąc, jak wnętrz­no­ści skrę­cają jej się w cia­sny węzeł ocze­ki­wa­nia.

Pośród ota­cza­ją­cych ich punk­ci­ków świetl­nych znaj­do­wała się ukryta strefa wyj­ścia z nad­prze­strzeni, którą Repu­blika utwo­rzyła kilka lat temu. Wyglą­dało na to, że mimo iż E'ronoh i Eiram tkwiły w samym środku kosmicz­nego wygwiz­dowa, znaj­do­wały się jed­no­cze­śnie na tra­sie wio­dą­cej w każde dowolne miej­sce w galak­tyce.

Gdy sta­tek wyszedł z nad­prze­strzeni, Xiri wstrzy­mała oddech. Pro­wa­dziła swoją eska­drę nad błysz­czą­cymi igli­cami Doliny Modine, widziała, jak kwitną pierw­sze pustynne róże, a jed­nak w tej chwili nic nie wyda­wało jej się pięk­niej­sze od tego sta­rego, zardze­wia­łego trans­por­towca z lodem.

Pochy­liła się wycze­ku­jąco naprzód, a jej usta roz­cią­gnęły się w uśmie­chu tak sze­ro­kim, że spierzch­nięte wargi popę­kały i zaczęły krwa­wić. Mimo to, obser­wu­jąc, jak holow­nik sunie kory­ta­rzem mię­dzy E'ronoh i Eira­mem, nie mogła się opę­dzić od bole­snej świa­do­mo­ści, że cały lód prze­wo­żony na jego pokła­dzie jest już roz­dy­spo­no­wany i będą musieli zna­leźć spo­sób, by zdo­być wię­cej, zanim roz­dzielą ostat­nie kro­ple wody. Tym jed­nak zamie­rzała się mar­twić póź­niej.

Była o krok od wywo­ła­nia trans­por­towca, gdy czuj­niki jej myśliwca zapisz­czały, tym razem sygna­li­zu­jąc ano­ma­lię.

- Pani kapi­tan? - ode­zwał się Segaru, wyraź­nie zmar­twiony i zdez­o­rien­to­wany. - Z nad­prze­strzeni wycho­dzą wła­śnie dwa kolejne statki. Musimy oczy­ścić... - Urwał, gdy tuż przed nimi zma­te­ria­li­zo­wała się potężna jed­nostka, tylko o włos uni­ka­jąc zde­rze­nia z jej stat­kami. Do tej pory Xiri widziała podobne maszyny jedy­nie w Holo­Ne­cie, a z gorącz­ko­wych komen­ta­rzy, które natych­miast roz­brzmiały na kanale, wyni­kało, że człon­ko­wie jej eska­dry rów­nież.

- Czy to long­beam typu Alif?

- Czy to nie statki Repu­bliki?

- Dank far­rik, co tu robi Repu­blika?

Long­be­amy miały wąskie kadłuby, zakoń­czone zwę­ża­ją­cymi się dzio­bami. Xiri śle­dziła tor ich lotu, gro­żący podwójną koli­zją z trans­por­tow­cem lodu. Aby zapo­biec zde­rze­niu, holow­nik zawi­nął w bok i zmie­nił kurs, kie­ru­jąc się w stronę Eirama. Jeśli ścią­gnie go gra­wi­ta­cja oce­anicz­nej pla­nety, E'ronoh będzie mogło się poże­gnać z kolejną dostawą wody. Eiram mógłby prze­jąć trans­port tylko dla­tego, że zna­lazł się w ich prze­strzeni, a cały trud, jaki Xiri wło­żyła w dopro­wa­dze­nie do tej sytu­acji - tym­cza­so­wego zaskle­pie­nia bole­snej rany wojny, aby zapew­nić chwi­lowy pokój - poszedłby na marne.

Gdyby jed­nak inter­we­nio­wała, naru­szy­łaby gra­nice kory­ta­rza i wkro­czy­łaby na tery­to­rium prze­ciw­nika, który mógłby roz­po­cząć ostrzał.

- Gene­rale Lao? - rzu­ciła do mikro­fonu. - Zgłoś się!

Jego odpo­wiedź zagłu­szył trzask zakłó­ceń.

- Pani kapi­tan... - roz­brzmiał na ich pry­wat­nym kanale nie­spo­kojny głos porucz­nika Segaru.

Palce Xiri na panelu kon­tro­l­nym zadrżały.

- Pró­buję ich wywo­łać!

Jeden z long­be­amów zgło­sił się, nada­jąc znie­kształ­cony komu­ni­kat:

- Tu repu­bli­kań­ski long­beam "Paxion". Kto jest tu odpo­wie­dzialny za kie­ro­wa­nie ruchem nad­prze­strzen­nym?

Xiri nie mogła powstrzy­mać gorz­kiego śmie­chu.

- "Paxion"? Zawra­caj­cie. Nie macie upo­waż­nie­nia do wkra­cza­nia w e'roniań­ską prze­strzeń kosmiczną.

- Z kim roz­ma­wiam? - spy­tał ura­żony głos.

Xiri nie odpo­wie­działa. Rzeka złomu i kosmicz­nego śmie­cia przy­śpie­szyła, wzbu­rzona, gdy "Paxion" wbi­jał się coraz głę­biej w prze­strzeń mię­dzy dwoma świa­tami. W stronę jej eska­dry mknęły roz­pę­dzone szczątki. Coś, co wyglą­dało jak hełm, roz­trza­skało się o ilu­mi­na­tor jej kok­pitu, pozo­sta­wia­jąc na trans­pa­stali rysę.

Drugi, nie­zi­den­ty­fi­ko­wany long­beam odbił od "Paxiona" i skie­ro­wał się w stronę księ­życa. Ponie­waż jed­nak Eiram i E'ronoh znaj­do­wały się tak bli­sko sie­bie, kory­tarz kosmiczny był nie­zwy­kle wąski, a statki nie­przy­zwy­cza­jone do nawi­ga­cji w ich ukła­dzie mogły łatwo wpaść w stud­nię gra­wi­ta­cyjną któ­rejś z pla­net. Pilot "Paxiona" naj­wy­raź­niej nie przy­wykł do tak deli­kat­nych manew­rów i zaczy­nało go już ścią­gać w kie­runku E'ronoh. Kiedy próby nawią­za­nia kon­taktu zawio­dły, Xiri pod­jęła decy­zję: wie­działa, że musi coś zro­bić. Musiała dzia­łać - i liczyć na to, że Eiram zro­zu­mie, iż to próba unik­nię­cia long­beama, a nie akt agre­sji.

- Eska­dro Thy­lo­gni­stych? Za mną! - rzu­ciła do komu­ni­ka­tora, pod­no­sząc swój myśli­wiec coraz wyżej i wyżej. - Oddal­cie się od "Paxiona" i pod żad­nym pozo­rem nie prze­kra­czaj­cie, powta­rzam, nie prze­kra­czaj­cie gra­nic kory­ta­rza.

- Ale trans­por­to­wiec wciąż leci w złą stronę! - zawo­łał spa­ni­ko­wany Rap­tus. Widziała, jak jego dia­bli myśli­wiec odłą­cza się od ich grupy.

- Thy­lo­gni­sty Dzie­więć, utrzy­maj szyk! - roz­ka­zała Xiri. - Porucz­niku Segaru, niech pan wywoła holow­nik i poleci im zmie­nić kurs. Ja roz­mó­wię się z gene­ra­łem.

Nie miała jed­nak oka­zji tego zro­bić. Zbun­to­wany dia­bli myśli­wiec cał­ko­wi­cie wyła­mał się z szyku i mknął przez prze­strzeń, wyko­nu­jąc gwał­towne zwroty i prze­chyły.

- Thy­lo­gni­sty Dzie­więć, gdy­byś nie zagra­żał bez­pie­czeń­stwu naszej misji, pogra­tu­lo­wał­bym ci naj­lep­szego lotu w two­jej kla­sie - rzu­cił kwa­śno porucz­nik Segaru. - A teraz bierz dupę w troki i natych­miast tu wra­caj!

- To nie ja! - jęk­nął Rap­tus. - Stra­ci­łem kon­trolę nad stat­kiem! Nie mogę...

- Dzie­wiątko, to był roz­kaz! Sły­szysz?! - wark­nęła Xiri, krzy­wiąc się na dźwięk trza­sków sprzę­że­nia zwrot­nego. Wszyst­kie statki pró­bo­wały poro­zu­mieć się ze sobą na raz, ale komu­ni­katy nie docie­rały do odbior­ców, bo przez pole szcząt­ków przedarła się wła­śnie świe­tli­sta zie­lona smuga, mknąc na spo­tka­nie sił Eirama. Nie miało zna­cze­nia, że wiązka nie tra­fiła. To był strzał oddany z e'roniań­skiego myśliwca Thy­lo­gni­stego Dzie­więć.

I ta jedna salwa wystar­czyła.

Xiri nie sły­szała nic poza ogłu­sza­ją­cym dud­nie­niem pulsu w skro­niach. Czuła w ustach smak krwi ze spę­ka­nych warg, a z gar­dła wydo­był jej się zdu­szony, bez­radny okrzyk. Na chwilę zapa­no­wała cisza, gdy komu­ni­ka­tory zamil­kły, a potem każda z eiram­skich jed­no­stek odpo­wie­działa ogniem.