Star Wars. Wielka Republika. Kataklizm - Lydia Kang

Kup ebooka

44.50 zł
37.83 zł (36,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

POKŁAD "ELEK­TRYCZ­NEGO SPOJ­RZE­NIA", NAD­PRZE­STRZEŃ

Binnot Ullo prze­cha­dzał się w tę i we w tę po sali kon­fe­ren­cyj­nej na pokła­dzie "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia". Po jego pra­wej stro­nie znaj­do­wał się ilu­mi­na­tor, przez który do środka wpa­dało hip­no­ty­zu­jące świa­tło nad­prze­strzeni, pod­czas gdy sta­tek pędził w kie­runku układu Eirama i E'ronoh. Bin­not przy­sta­nął w pew­nym momen­cie, żeby wyj­rzeć na zewnątrz, ale widok go iry­to­wał. Chciał już tam być, coś robić, dzia­łać.

Gdy ponow­nie zatrzy­mał się w oko­li­cach gro­dzi, aby kolejny raz zawró­cić, zna­lazł się przed lustrem opra­wio­nym w ramę intar­sjo­waną pole­ro­wa­nym szkłem. Od niego rów­nież szybko ode­rwał wzrok. Cze­kał tu już pra­wie godzinę. Ale dla szansy, by doko­nać cze­goś jesz­cze - wresz­cie stać się dla Matki kimś wię­cej - zamie­rzał zdo­być się na cier­pli­wość. Nagle drzwi się otwo­rzyły i kobieta weszła do środka. Zawsze zaska­ki­wało go to, jak zwy­czajna wyda­wała się na pierw­szy rzut oka, a jed­nak jak nie­zwy­kła oka­zy­wała się po bliż­szym pozna­niu. Na jej czole wid­niały trzy fali­ste linie wyma­lo­wane błę­kitną farbą z muszli bri­kal, cho­ciaż od nie­dawna nie­któ­rzy z człon­ków Ścieżki zaczęli je malo­wać pio­nowo. Jej szaty były pro­ste, ale je rów­nież zdo­biły nie­bie­skie modli­tewne linie. Od czasu, gdy widział ją po raz ostatni, pośród jej ciem­no­brą­zo­wych wło­sów poja­wiło się wię­cej srebr­nych pase­mek, a ona sama wyda­wała się znacz­nie star­sza. Mimo to, w prze­ci­wień­stwie do reszty człon­ków Ścieżki Otwar­tej Dłoni, na­dal nosiła naszyj­nik wysa­dzany klej­no­tami, a jej szaty uszyto z deli­kat­niej­szego, jedwa­bi­stego mate­riału. Ale tym, co czy­niło ją wyjąt­kową, był nie tyle jej wygląd, ile spo­sób, w jaki się zacho­wy­wała - cał­kiem, jakby wszystko widziała. Jakby wie­działa.

Zza jej ple­ców dobiegł war­kot - tak niski, że Bin­not wyczuł jego wibra­cje w opusz­kach pal­ców. Matka odwró­ciła się, żeby szybko zamknąć drzwi.

- Czy został nakar­miony? - zapy­tał Bin­not.

- Tak. W tej chwili jest dość spo­kojny. Podob­nie jak i ty, Bin­not. - Uśmiech­nęła się deli­kat­nie, a on poczuł się tak, jak zawsze, gdy poświę­cała mu całą swoją uwagę. Jakby mógł sta­wić czoła wszyst­kiemu - i wszyst­kim - w całej galak­tyce.

Zajęła miej­sce przy stole na środku pokoju, ozdo­bio­nym podob­nie rżnię­tym szkłem, co lustro - lśnią­cym niczym krysz­tałki lodu roz­rzu­cone po bla­cie. Nie zapro­siła go, by do niej dołą­czył. Nie opo­no­wał jed­nak. Wolał nie czuć się zbyt kom­for­towo. Miał zada­nie do wyko­na­nia.

- Mój sta­tek jest gotowy do drogi - powie­dział.

- A Goi Ganok? - Matka unio­sła brew.

- Rów­nież.

- Dobrze ode­gra rolę roz­trzę­sio­nego nie­wi­niątka - stwier­dziła. - Ale będziesz musiał mieć na niego oko. Bra­kuje mu two­ich talen­tów, Bin­not.

Ski­nął głową, sta­ra­jąc się zama­sko­wać uśmiech, który poja­wił się na jego ustach na dźwięk kom­ple­mentu.

- Zała­do­wa­li­śmy już kly­to­bak­te­rię na pokład. Upew­nimy się, że zosta­niemy wykryci przez e'roniań­ski sta­tek, gdy tylko wej­dziemy w neu­tralny kory­tarz mię­dzy E'ronoh a Eira­mem w pobliżu ich księ­życa.

Oso­bi­ście dopil­no­wał umiesz­cze­nia dużych, wypeł­nio­nych cie­czą cylin­drów w ukry­tych prze­dzia­łach statku. Nie znaj­dzie ich nikt, kto dokona pobież­nej inspek­cji... ale trafi na nie z pew­no­ścią każdy, kto będzie szu­kał dobrego powodu do wzno­wie­nia wojny.

- Dosko­nale. - Matka złą­czyła dłu­gie, smu­kłe palce w pira­midkę. Złota bran­so­letka zsu­nęła się z jej nad­garstka, zni­ka­jąc pod ręka­wem. - Gdy tylko znaj­dzie­cie się w pobliżu e'roniań­skiej prze­strzeni, wysa­dzisz sil­nik i zażą­dasz, żeby odho­lo­wano was na księ­życ celem doko­na­nia napraw... - poin­stru­owała go.

- A drugi sil­nik wybuch­nie na miej­scu, gdy tylko upew­nimy się, że eiram­ski sta­tek będzie w zasięgu. - Odwró­cił się i znowu zaczął spa­ce­ro­wać po pomiesz­cze­niu. - Ale co z Jedhą?

- A co z nią?

- Trak­tat poko­jowy nie został pod­pi­sany. Wojna i tak roz­go­rzeje na nowo. Czy na pewno jestem ci potrzebny do wypeł­nie­nia tej misji? Stać mnie na wię­cej...

- Wiem, że wiele potra­fisz. - Matka znów się uśmiech­nęła, a potem wstała i pode­szła do Bin­nota. Prze­wyż­szał ją nie­mal o głowę. Poło­żyła mu dło­nie na ramio­nach i odwró­ciła go w stronę ściany. Czy może raczej lustra.

Było wystar­cza­jąco duże, by odbić syl­wetki ich obojga, ale teraz wid­niał w nim tylko Bin­not, a postać Matki jawiła się za nim, led­wie widoczna, niczym cień. W prze­ci­wień­stwie do innych Miria­lan, jego bla­do­zie­loną skórę zdo­biły jedy­nie nie­liczne sym­bole. Wyni­kało to z faktu, że dołą­czył do Ścieżki, gdy ukoń­czył zaled­wie dzie­sięć lat, i nie zdo­był więk­szej liczby tatu­aży, świad­czą­cych o jego osią­gnię­ciach, co mia­łoby miej­sce, gdyby spę­dził na Mirialu całe swoje życie. Matka pod­chwy­ciła w lustrze jego wzrok.

- Wiem, o czym myślisz. Dostą­pisz zaszczytu i otrzy­masz szansę prze­cie­ra­nia wła­snego szlaku, kro­cząc Ścieżką - nawet jeśli oznaki two­ich osią­gnięć nie będą widoczne na skó­rze, ale w tobie, w twoim wnę­trzu. Dla mnie twoja war­tość wciąż rośnie, Bin­not.

- Tak, Matko.

- Bitwa o Jedhę dobie­gła końca - dodała, wciąż skryta w jego cie­niu. - Herold dopil­no­wał, aby posąg Jedi na obrze­żach Świę­tego Mia­sta, który od nie­pa­mięt­nych cza­sów szpe­cił ten kra­jo­braz, legł w gru­zach. A wszel­kie szanse utrwa­le­nia poro­zu­mie­nia poko­jo­wego mię­dzy Eira­mem a E'ronoh zostały uni­ce­stwione. - Jej dło­nie, spo­czy­wa­jące na ramio­nach Bin­nota, dziw­nie zesztyw­niały. Coś w Jedzie ją nie­po­ko­iło. - Herold pod­że­gał do wsz­czę­cia zamie­szek prze­ciwko użyt­kow­ni­kom Mocy.

- Ale czy nie taki był... plan? - zapy­tał Bin­not.

Matka zwle­kała przez chwilę z odpo­wie­dzią. W końcu zabrała dło­nie z jego ramion i zaczęła go powoli okrą­żać, pod­czas gdy on na­dal stał nie­ru­chomo przed lustrem.

- Nie­zu­peł­nie. Celem było dopro­wa­dze­nie do zerwa­nia roz­mów poko­jo­wych. Ale Herold dzia­łał na wła­sną rękę. Nie tak chcę pro­wa­dzić Ścieżkę. O wiele łatwiej jest dzia­łać pod wpły­wem chwili, tak jak zro­bił to on, niż reali­zo­wać szer­szą wizję.

- A jaka jest twoja wizja, Matko? - spy­tał ją.

- Że to ja jestem Ścieżką. - Nachy­liła się do niego. - A ręka Ścieżki wkrótce się­gnie aż po krańce galak­tyki, o wiele dalej, niż Repu­blika czy Jedi mogliby sobie kie­dy­kol­wiek wyobra­zić.

Bin­no­towi przy­szło do głowy, że nie musiała mu wcale o tym mówić - o swo­ich nadzie­jach i roz­cza­ro­wa­niu Herol­dem. To była... oznaka zaufa­nia. Pra­wie się uśmiech­nął. W głębi duszy jej plan go zachwy­cał, a głupi błąd Nauto­la­nina ozna­czał, że jego miej­sce u boku Matki mogło się zwol­nić. Był na to gotów - gdyby tylko dostrze­gła jego poten­cjał.

- Skoro roz­mowy poko­jowe zostały prze­rwane, to po co wsz­czy­nać wojnę z pomocą kly­to­bak­te­rii? - Obej­rzał się na nią. Nie mógł już dłu­żej patrzeć na swoje odbi­cie. Matka z pew­no­ścią wie­działa, że wpra­wia go to w pode­ner­wo­wa­nie. Znał tę sztuczkę. Nauczył się jej dawno temu. Wystar­czy wytrą­cić kogoś z rów­no­wagi, a będzie bar­dziej skłonny do mówie­nia prawdy - czyż nie?

- Broń bio­lo­giczna, użyta prze­ciwko Eira­mowi. Nie dostrze­gasz w tym iro­nii? - spy­tała go. - Po tym, czego pró­bo­wała doko­nać ich kró­lowa, pro­du­ku­jąc tru­ci­znę? Po tym, jak wyco­fała się z naszej umowy doty­czą­cej jej uży­cia i zamknęła swój ośro­dek badaw­czy przed tym śmiesz­nym, fik­cyj­nym ślu­bem? To zbyt dobry pomysł, by prze­pu­ścić kolejną oka­zję do zagwa­ran­to­wa­nia, że wojna będzie trwała na­dal. E'ronoh zaprze­czy, że to oni za wszyst­kim stoją, ale sam fakt ist­nie­nia bak­te­rii sta­nie się kolej­nym powo­dem do prze­mocy. I tak oto walka roz­go­rzeje na nowo. Potrze­buję kon­fliktu, aby pło­nął jak ogień, Bin­not. Ścieżka tego potrze­buje. Potrze­bu­jemy cha­osu. Dzięki niemu będziemy mogli zro­bić w tej galak­tyce coś wię­cej.

- Chaos - powtó­rzył. Czy miała na myśli Axela? Ale Grey­lark prze­by­wał obec­nie w wię­zie­niu. Z pew­no­ścią on sam, Bin­not, był w tym momen­cie bar­dziej przy­datny niż syn pani kanc­lerz. Odwró­cił się i przy­ło­żył dłoń do skroni. Głowa zaczy­nała mu pul­so­wać lek­kim bólem.

- Czy wszystko w porządku, moje dziecko? - zatro­skała się Matka, ponow­nie zaj­mu­jąc swoje miej­sce przy stole.

- Oczy­wi­ście - zapew­nił ją, może odro­binę zbyt szybko. Zawsze czuł się w jej obec­no­ści nieco nie­swojo. Nie wyda­wała się onie­śmie­la­jąca, ale jego ciało mówiło co innego. A może to dla­tego, że w jej pobliżu zawsze krę­cił się Niwe­la­tor? Sam jego zło­wiesz­czy wygląd przy­pra­wiał go o mdło­ści.

- Taak - powie­działa Matka, wska­zu­jąc bli­żej nie­okre­ślo­nym gestem prze­strzeń za ilu­mi­na­to­rem "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia". - Chaos. Mój chaos. Mówię o Axelu Grey­larku.

- Axel Grey­lark - powtó­rzył Bin­not, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać zazdro­ści. - Ten sam Axel Grey­lark, który prze­bywa obec­nie w wię­zie­niu?

- Nie potrwa to długo - zapew­niła go. - Po tym, jak twoja misja wznie­ce­nia wojny na nowo zakoń­czy się suk­ce­sem, musisz odbić Axela z wię­zie­nia na Pipy­y­rze.

- Ale on cię zdra­dził. Zdra­dził nas wszyst­kich - wark­nął Bin­not.

- Ow­szem. I nie pozwolę mu o tym zapo­mnieć - zapew­niła go Matka i zaci­snęła usta. - Ale bar­dziej przyda mi się poza wię­zie­niem niż w nim. - Obrzu­ciła Bin­nota czuj­nym spoj­rze­niem spod zmarsz­czo­nych brwi. - O co cho­dzi, moje dziecko? Nie wyglą­dasz na zachwy­co­nego myślą o ponow­nym spo­tka­niu ze swoim dobrym przy­ja­cie­lem.

W ciągu ostat­nich kilku lat Axel poja­wiał się i zni­kał ze świata Matki zgod­nie z wła­snymi życze­niami. Bin­not uwiel­biał spę­dzać z nim czas, gdy byli młodsi. Ale misja Axela na Eira­mie i E'ronoh poszła fatal­nie. Nie zabił Jedi. Nie dostar­czył Matce tru­ci­zny. Teraz zaś, gdy Axel znik­nął, Bin­not czuł... ulgę. Po pro­stu Grey­lark od zawsze był zło­tym chłop­cem, który ścią­gał na sie­bie całą uwagę oto­cze­nia i usu­wał wszyst­kich innych w cień, gdy tylko się poja­wiał. Bin­not cie­szył się, że teraz może oka­zać się bar­dziej uży­teczny dla Matki. Gdyby sie­dział tu Axel, znów ist­niałby dla niej tylko on. Mimo to po pro­stu się uśmiech­nął, jakby wła­śnie ujrzał prze­bi­ja­jący się przez chmury pro­mień słońca.

- No to... jak to zro­bimy? - zapy­tał. - Czy mamy na Pipy­y­rze człon­ków Ścieżki, któ­rzy mogliby nam pomóc?

- Nie - zaprze­czyła Matka, z namy­słem stu­ka­jąc pal­cem w pod­bró­dek. - Ale mamy dostęp do pobli­skich boi komu­ni­ka­cyj­nych. Ist­nieją spo­soby na prze­chwy­ty­wa­nie i mody­fi­ko­wa­nie wia­do­mo­ści. Potrze­bu­jemy tylko tej wła­ści­wej.

- Ale... on zawiódł - zauwa­żył Bin­not. - Dla­czego mie­li­by­śmy dawać mu kolejną szansę?

Matka wstała i ruszyła w stronę drzwi. Wes­tchnęła, jakby roz­mowa z Bin­no­tem zaczy­nała ją męczyć. Wyglą­dało na to, że nie będzie mu dane poznać dal­szych szcze­gó­łów jej pla­nów. Być może nie darzyła go aż tak wiel­kim zaufa­niem, jak przy­pusz­czał. Poło­żyła dłoń na drzwiach i przy­sta­nęła.

- Kiedy znasz wszyst­kie ruchome czę­ści danego mecha­ni­zmu, możesz nimi mani­pu­lo­wać w dowolny spo­sób, mój drogi Bin­no­cie. Nawet znisz­cze­nie kogoś, kto cię zawiódł, może oka­zać się uży­tecz­nym manew­rem, jeśli dokona się tego w deli­katny spo­sób. Axel Grey­lark to wciąż pio­nek, któ­rym można grać. - Wznio­sła wzrok ku górze, jakby zasta­na­wiała się nad losem męż­czy­zny niczym ktoś myślący o wybo­rze cia­sta na deser.

- Zamie­rzasz go... zabić? - wykrztu­sił Bin­not, sta­ra­jąc się nie spra­wiać wra­że­nia zasko­czo­nego.

- Być może. A może nie. Ale jest mi potrzebny. Zrób to, Bin­not. - Obda­rzyła go ostat­nim uśmie­chem i wyszła, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Kilka sekund póź­niej do sali wpadł Roona­nin Goi Ganok, ze sple­cio­nymi dłońmi i ciem­nymi, dużymi oczami, sze­roko otwar­tymi z pod­eks­cy­to­wa­nia.

- Goi - powi­tał go Bin­not. - Czy jesteś gotów? "Spoj­rze­nie" wkrótce wyj­dzie z nad­prze­strzeni. Czas wejść na pokład naszego trans­por­towca.

- Ruszajmy więc. Dla Ścieżki! - powie­dział Goi, bły­ska­jąc w uśmie­chu drob­nymi zębami.

- Dla Matki - dodał Bin­not, gdy towa­rzysz opu­ścił salę.

Odwró­cił się w stronę lustra i zmu­sił do spoj­rze­nia we wła­sne ciem­no­zie­lone oczy.

- I dla mnie - wyszep­tał.

Rozdział pierwszy

SIE­DZIBA RZĄDU REPU­BLIKI, CORU­SCANT

Kanc­lerz Kyong Grey­lark sie­działa w swoim prze­stron­nym gabi­ne­cie, odwró­cona ple­cami do ogrom­nego biurka. Spo­glą­dała na pano­ramę mia­sta. Powoli zapa­dał zmierzch i sło­neczny blask odbi­jał się od sre­brzy­stych iglic i kopuł, spra­wia­jąc, że wyglą­dały jak powle­czone zło­tem.

To była pora dnia, która zwy­kle przy­no­siła jej spo­kój i wyci­sze­nie. Ale choć z całych sił sta­rała się odprę­żyć, wciąż zaci­skała kur­czowo dło­nie na kra­wę­dziach fotela, jakby była na pokła­dzie swo­jego statku, "Bla­sku Jutrzenki", mają­cego się lada chwila roz­bić. Po krę­go­słu­pie prze­biegł jej zimny dreszcz, a klej­noty zdo­biące jade­itowe przy­bra­nie głowy - rodową pamiątkę - zadzwo­niły cicho.

Drzwi do jej kom­naty się otwo­rzyły.

- Kanc­lerz Grey­lark - powie­działa jej asy­stentka. - Nade­szła wia­do­mość.

- Wie­ści z Jedhy? - spy­tała Kyong.

- Nie, pani kanc­lerz. To...

Kyong uci­szyła ją unie­sie­niem dłoni. To była jedyna chwila dzi­siej­szego dnia, kiedy mogła zaznać spo­koju. Albo przy­naj­mniej spró­bo­wać, nawet jeśli ten miał się nie poja­wić.

- Mówi­łam ci już, że nie chcę, aby mi prze­szka­dzano - chyba że cho­dzi o poro­zu­mie­nia poko­jowe - upo­mniała asy­stentkę.

- Ale... to kanc­lerz Mollo, z Eirama. Cho­dzi o two­jego syna.

Kyong odwró­ciła się na krze­śle i ski­nęła głową, zaci­ska­jąc usta w wąską linię. Tym razem rzeź­bione jade­itowe kro­ple zwie­sza­jące się z łuków nad jej głową nie wydały żad­nego dźwięku. Naci­snęła przy­cisk na biurku i w powie­trzu poja­wił się holo­obraz kanc­le­rza Molla.

- Kanc­lerz Grey­lark - prze­mó­wił niskim bary­to­nem. Quar­ren znaj­do­wał się w pomiesz­cze­niu o wiele mniej oka­za­łym niż jej biuro. Był ubrany w ciemne, obla­mo­wane sre­brem kanc­ler­skie szaty, a macki na jego twa­rzy falo­wały lekko w ocze­ki­wa­niu. - Mam nadzieję, że u cie­bie wszystko w porządku?

- Ow­szem, kanc­le­rzu Mollo. Dzię­kuję. - Pozwo­liła sobie na małe ski­nie­nie głową, ale nic poza tym. Uśmiech ozna­czałby, że nie przej­muje się tym, iż jej jedyne dziecko sie­dzi w aresz­cie, a rodzina Grey­lar­ków musi się wsty­dzić przed całą Repu­bliką. Zmarsz­cze­nie brwi - że nie radzi sobie dobrze z poli­tycz­nymi kon­se­kwen­cjami tej sytu­acji. Sza­no­wana pani kanc­lerz, któ­rej syn dopu­ścił się takich hanieb­nych czy­nów? Który oka­zał się mor­dercą? Choć wyda­wało się to nie­po­jęte, taka była prawda. - Jak sytu­acja na Eira­mie?

- Nie jest ide­al­nie, ale idzie cał­kiem nie­źle. Na wspól­nym księ­życu, Eirie, doszło do drob­nego incy­dentu. Wła­śnie mi o nim donie­siono - coś z udzia­łem trans­por­towca, który się roz­bił i wymaga napraw. Aha, w toku są już rów­nież plany odbu­dowy mia­sta sto­łecz­nego Era­smus. Trwają roz­mowy mię­dzy kró­lową Adriallą a monar­chą A'lba­ra­nem. Co prawda atmos­fera jest wciąż dość ner­wowa, ale dzięki świeżo poślu­bio­nym następ­com tro­nów sprawy posu­wają się naprzód. Xiri i Phan-tu sta­rają się łago­dzić napię­cia.

- Jak zawsze - powie­działa Kyong, skła­nia­jąc lekko głowę - jestem ci bar­dzo wdzięczna za wszystko, co robisz na Zewnętrz­nych Rubie­żach.

- A ja tobie za to, że ogar­niasz tę stertę metalu, jaką jest Coru­scant, i jej nie­koń­czące się zawi­ło­ści poli­tyczne. Jakieś wie­ści z Jedhy? - zapy­tał Mollo. - Jakiś czas temu prze­stali skła­dać nam raporty. To... nie­po­ko­jące.

- Cze­kamy na potwier­dze­nie pod­pi­sa­nia trak­tatu poko­jo­wego - odparła Kyong. - Lada chwila powin­ni­śmy je otrzy­mać.

Mollo ski­nął głową.

- Dosko­nale. Szkoda, że ochrona nie pozwo­liła nam uczest­ni­czyć w tym wyda­rze­niu. Mimo to nie mogę się docze­kać, aż będziemy mogli cele­bro­wać tutaj, wraz z kró­lową i monar­chą. - Urwał, a jego macki zafa­lo­wały nie­spo­koj­nie. - Jest coś jesz­cze, o czym chcia­łem z tobą poroz­ma­wiać. Axel. Kilku człon­ków naszych komi­te­tów dorad­czych zło­żyło pro­po­zy­cję doty­czącą jego uwię­zie­nia.

Brwi Kyong drgnęły. Nie sły­szała o żad­nych dys­ku­sjach na temat Axela. Wyrok został wydany bły­ska­wicz­nie po jego schwy­ta­niu na Eira­mie, wsku­tek czego kilka tygo­dni temu tra­fił do wię­zie­nia na odle­głym Pipy­y­rze, gdzieś w pobliżu Bakury, na Zewnętrz­nych Rubie­żach. Kiedy wyobra­żała go sobie w celi, prze­sta­wała na kilka sekund oddy­chać, więc roz­wią­zała ten pro­blem, despe­racko sta­ra­jąc się w ogóle o nim nie myśleć.

Mollo kon­ty­nu­ował:

- Nie sły­sza­łaś o tym, ponie­waż spe­cjal­nie popro­si­łem o komen­tarz bez two­jego wkładu, aby zgro­ma­dzić bez­stronne opi­nie. - Holo­gra­ficzna postać Quar­rena lekko pochy­liła się w jej stronę. - Zapro­po­no­wali zła­go­dze­nie wyroku Axela i prze­nie­sie­nie go do zakładu o łagod­niej­szym rygo­rze, gdzie mógłby zostać pod­dany reso­cja­li­za­cji.

- Słu­cham? - Zasko­czona, Kyong na chwilę porzu­ciła swoją zwy­kłą maskę sta­tecz­no­ści i for­mal­no­ści.

- Wszy­scy zda­jemy sobie sprawę z błę­dów popeł­nio­nych przez Axela. Ale zro­bił też coś dobrego. Ura­to­wał Phan-tu Zenna przed zabój­cami. Pomógł ujaw­nić ist­nie­nie fio­lek z tru­ci­zną i je znisz­czyć.

- Nisz­cząc przy tym rów­nież eiram­ską sto­licę - dodała gorzko Kyong. - Zabił tam­tego więź­nia. Okła­mał wszyst­kich i zatu­szo­wał swoje występki. Zamor­do­wał nie­win­nego e'roniań­skiego ojca. Co gor­sza, jest jedy­nie czę­ścią więk­szej cało­ści, try­bi­kiem w machi­nie, a my wciąż nie mamy peł­nego obrazu jej dzia­ła­nia. To nie były drobne błędy lek­ko­myśl­nego, mło­dego czło­wieka - i oboje o tym wiemy.

Mollo potrzą­snął głową.

- Czy to nie dziwne, że to ja bro­nię two­jego syna, a ty nie chcesz dać mu dru­giej szansy?

- Mylisz się. Chcę, żeby dostał drugą szansę. Ale za błędy należy pła­cić, nawet jeśli jest on moim jedy­nym dziec­kiem. - Kyong odchy­liła się na opar­cie swo­jego fotela. Słońce skryło się już za linią hory­zontu i wszystko zaczął powoli spo­wi­jać lawen­dowy zmrok. Pani kanc­lerz odwró­ciła się na chwilę w stronę okna, aby uspo­koić oddech. Im mniej Mollo wyczyta z jej twa­rzy, tym lepiej. Coraz trud­niej było jej ukryć nie­po­kój.

- Komi­sje doszły do wnio­sku, że jeśli - i tylko jeśli - oboje zgo­dzimy się na jego reso­cja­li­za­cję i prze­nie­sie­nie do wię­zie­nia o zmniej­szo­nym rygo­rze, to są za.

- Oboje? - powtó­rzyła Kyong.

Macki Molla zafa­lo­wały, a potem znie­ru­cho­miały. Po chwili pod­jął, teraz nieco łagod­niej:

- Myślę, że powi­nien dostać drugą szansę. Moja odpo­wiedź brzmi: tak. A twoja? Co ty na to, Kyong?

Mollo nie­czę­sto zwra­cał się do niej po imie­niu - i nie uszło to jej uwa­dze. Ponow­nie złą­czyła opuszki pal­ców. Napły­nęły do niej wspo­mnie­nia maleń­kiego Axela. Jego błysz­czące ciemne oczy i kępka ciem­nych wło­sów na gło­wie. Fio­le­towe zna­mię na ple­cach, które znik­nęło, gdy nieco pod­rósł. Czy­sta nie­win­ność, którą widziała w tym pierw­szym uśmie­chu, tak wiele lat temu. Nie oglą­dała tego uśmie­chu od śmierci jego ojca. Oboje nosili w ser­cach tę stratę jak ni­gdy nie­go­jącą się ranę.

- Moja odpo­wiedź brzmi... - Głos uwiązł jej w gar­dle i zaczęła od nowa: - Moja odpo­wiedź brzmi: nie.

Macki Molla zafa­lo­wały jesz­cze gwał­tow­niej.

- Jak możesz... Kyong... Myśla­łem, że...

Nagle do biura wpa­dła jak burza asy­stentka kanc­lerz Grey­lark i zarówno Kyong, jak i holo­gra­ficzny Mollo zwró­cili się w jej stronę.

- Kanc­lerz Grey­lark. Kanc­lerzu Mollo. Pro­szę mi wyba­czyć to nie­spo­dzie­wane naj­ście, ale... - Twi'lekanka ukło­niła się szybko. Oczy miała sze­roko otwarte, a jej dło­nie drżały. - Jedha. Roz­mowy poko­jowe na Jedzie zakoń­czyły się fia­skiem! Amba­sa­dor z E'ronoh nie żyje, a amba­sa­dorka z Eirama została oskar­żona o zdradę. Doszło do...

Obok holo­gramu kanc­le­rza Molla poja­wiła się holo­tran­smi­sja od jed­nego z wyso­kich rangą przed­sta­wi­cieli Kyong w pobliżu Jedhy.

- Pani kanc­lerz! Prze­pra­szam, że zakłó­cam pani spo­kój, ale... na Jedzie wybu­chły zamieszki. Trwałe poro­zu­mie­nie o zawie­sze­niu broni nie zostało pod­pi­sane...

U boku Molla zja­wił się asy­stent, wyraź­nie zmie­szany i zdy­szany.

- Kanc­le­rzu Mollo! Mamy pilne wie­ści. Dele­ga­cje z Eirama i E'ronoh ucie­kły z Jedhy. Są ofiary...

Wcze­śniej­sza roz­mowa dygni­ta­rzy ode­szła w zapo­mnie­nie, zagłu­szona kolej­nymi zgło­sze­niami i pil­nymi rapor­tami. Zarówno Grey­lark, jak i Mollo wysłu­chali ich w sku­pie­niu, zanim ponow­nie zapa­dła cisza, w któ­rej trwali oboje, zszo­ko­wani, przez kilka chwil.

Orlen Mollo mocno zaci­snął powieki, jakby prze­ły­kał gorz­kie lekar­stwo. Przy­ło­żył dłoń do czoła.

- Nie... Po tym wszyst­kim, co zro­bi­li­śmy. Po ślu­bie...

Ofiary. Zdrada. Zerwane zawie­sze­nie broni. To wszystko brzmiało okrop­nie, ale Kyong wie­działa z doświad­cze­nia, że szcze­góły, które poznają już wkrótce, będą nie­skoń­cze­nie gor­sze. Zawsze tak było.

- Co możemy zro­bić w tej sytu­acji? Kyong? - zagad­nął Mollo, krę­cąc głową.

Kyong Grey­lark wstała, odsu­wa­jąc na bok myśl o Axelu. Mieli pracę do wyko­na­nia, a to stało się dla niej o wiele łatwiej­sze niż myśle­nie o prze­wi­nie­niach jej naj­bliż­szych. Cza­sami wojna była o wiele wygod­niej­sza niż pokój.

Gdy się ode­zwała, jej głos brzmiał tak ostro, że nawet kanc­lerz Mollo się skrzy­wił.

- Poin­for­mo­wać Radę Jedi.

KSIĘŻYC MIĘDZY EIRAMEM A E'RONOHGodzinę wcześniej

Księ­życ wisiał w prze­strzeni kosmicz­nej niczym matowa perła, utrzy­my­wana tam przez pola gra­wi­ta­cyjne Eirama i E'ronoh. Nie posia­dał złóż, które można by eks­plo­ato­wać - był zasobny jedy­nie w ogromne ilo­ści soli, przez co czę­sto popa­dał w zapo­mnie­nie, sła­wiony jedy­nie w ckli­wych eiram­skich pie­śniach o wywo­ły­wa­nych jego siłami pły­wach. Mity i wie­rze­nia E'ronoh zdo­mi­no­wało słońce, księ­życ sta­no­wił w nich jedy­nie nie­wiele zna­czący doda­tek, piesz­czo­tli­wie nazy­wany Straż­ni­kiem Czasu.

Kiedy więc na księ­życu doszło do eks­plo­zji - prze­lot­nego, led­wie zauwa­żal­nego na prze­sy­co­nej solą kuli bły­sku - dostrze­gła ją tylko kapi­tan Plana Van.

Leciała wła­śnie swoim trans­por­tow­cem na Eiram, z ładow­niami wypeł­nio­nymi modu­łami do prze­twa­rza­nia alg, kiedy w jej polu widze­nia poja­wił się zło­tawy obłok.

- Co to, na zimny księ­życ, było?! - wykrzyk­nęła (choć o sate­li­cie czę­sto zapo­mi­nano, chęt­nie przy­wo­ły­wano go w prze­kleń­stwach). Odru­chowo zwol­niła, pod­czas gdy do kok­pitu wpa­dło dwóch człon­ków jej załogi.

- Widzia­łaś to? - zapy­tał z oczami otwar­tymi sze­roko jak świeżo roz­kwi­tły gro­no­ro­stowy ukwiał młody chło­pak, przy­ucza­jący się do zawodu. Jego skóra była usiana pie­gami w żyw­szym odcie­niu zie­leni niż u Plany, ponie­waż miesz­kał na Eira­mie jesz­cze zale­d­wie kilka mie­sięcy temu. Plana nie­mal całe ostat­nie pięć lat spę­dziła na pokła­dach stat­ków, tak zajęta pracą, że w ciągu roku prze­by­wała na swo­jej pla­ne­cie zale­d­wie przez kilka dni. Na jej twa­rzy znać było piętno czasu spę­dzo­nego z dala od domu. Bez regu­lar­nej diety wzbo­ga­co­nej algami jej zie­lone piegi stały się bar­dzo blade.

- Tak.

- Myśla­łem, że wojna się skoń­czyła - bąk­nął Lun­nto, jej drugi pilot, star­szy Eiram­czyk. Jego zaokrą­glony brzuch przy­po­mi­nał Pla­nie złotą meduzę, jedno z jej ulu­bio­nych zwie­rząt z ojczy­stego świata. Czę­sto zda­rzało mu się naj­pierw mówić, a dopiero potem myśleć, ale miał dobry instynkt.

- Mamy zawie­sze­nie broni - przy­po­mniała mu i wzru­szyła ramio­nami - w głębi duszy nie liczyła na to, że praw­dziwy pokój jest moż­liwy, ale bała się zape­szyć. - Nie odbie­ramy żad­nych sygna­łów alar­mo­wych. Zresztą co mogłoby wybuch­nąć na Eirie? Jedyna sta­cja doko­wa­nia jest rzadko uży­wana...

Niebo i prze­strzeń nad obiema pla­ne­tami były przez ostat­nie kilka tygo­dni miło­sier­nie ciche... jed­nak ta cisza oka­zała się jed­no­cze­śnie bar­dzo nie­po­ko­jąca. Plana, podob­nie jak wszy­scy inni na Eira­mie, przy­zwy­cza­iła się do wybu­chów i eks­plo­zji w oko­li­cach szlaku nad­prze­strzen­nego dzie­lo­nego przez obie pla­nety. Jeśli aku­rat nie strze­lał do cie­bie e'roniań­ski patrol woj­skowy, trzeba było wystrze­gać się pira­tów, któ­rych liczba w tym ukła­dzie zda­wała się rosnąć wykład­ni­czo. Albo sta­rać się nie utknąć w peł­nym odłam­ków pasie znisz­czo­nych stat­ków i innych szcząt­ków, uno­szą­cych się w pobliżu studni gra­wi­ta­cyj­nych obu pla­net.

Plana odrzu­ciła cięż­kie war­ko­cze na plecy i zwią­zała je rze­mie­niem - gest, który koja­rzył jej się z przy­go­to­wy­wa­niami do bitwy. Ekran roz­świe­tlił się ostrze­że­niem wysła­nym z Eirama. Naj­wy­raź­niej oni też zare­je­stro­wali eks­plo­zję.

- Kapi­tan Van? Tu dowódco kosmo­portu Era­smus, Ailee. Pro­szę o aktu­ali­za­cję sta­tusu.

- Tu kapi­tan Van. - Jej głos natych­miast stał się chłodny i mecha­niczny - kolejny nawyk z lat spę­dzo­nych w eiram­skim woj­sku. Obec­nie była w rezer­wie, ponie­waż jej praca jako prze­woź­niczki towa­rów oka­zała się na tyle ważna, że nie została przy­wró­cona do czyn­nej służby przez całą wojnę. - Wra­ca­li­śmy wła­śnie do domu. Z ładun­kiem, który wcze­śniej zgło­si­li­śmy. Nie wyda­rzyło się nic nie­zwy­kłego, dopóki... - Wła­ści­wie to spo­dzie­wali się, że coś w końcu pój­dzie nie tak. Wojna i tak dalej. Cała misja od samego początku prze­bie­gała sta­now­czo zbyt spo­koj­nie. Szcze­rze powie­dziaw­szy, ta sytu­acja wyda­wała jej się... bar­dziej zbli­żona do normy. - Wła­śnie byli­śmy świad­kami małego incy­dentu na księ­życu. Poje­dyn­cza eks­plo­zja. Żad­nych sygna­łów z prośbą o pomoc. Nasz sta­tek nie ucier­piał.

- Kapi­tan Van, pro­szę pamię­tać, że znaj­duje się pani na neu­tral­nym tery­to­rium. Czy jeste­ście przy­go­to­wani do walki?

Plana zesztyw­niała.

- Czy nie obo­wią­zuje nas przy­pad­kiem zawie­sze­nie broni?

- Mimo to bądź­cie przy­go­to­wani, tak jak zawsze.

- Nikt do nas nie strze­lał. Nie mamy infor­ma­cji na temat przy­czyn tej eks­plo­zji.

W tej chwili, cał­kiem jakby na to cze­kał, Otto zgło­sił ner­wowo:

- Tak przy oka­zji, reje­struję na księ­życu obec­ność myśliwca z E'ronoh. Być może to wła­śnie on jest źró­dłem eks­plo­zji.

- Albo jej sprawcą - zauwa­żyła Plana.

Lun­nto odwró­cił się i wle­pił w nią wzrok.

- Wiesz, jak to wygląda. Na kilo­metr cuch­nie pira­tami. Założę się, że e'roniań­ski myśli­wiec zestrze­lił jeden z naszych stat­ków zaopa­trze­nio­wych, a teraz pró­bują posprzą­tać bała­gan.

Plana wes­tchnęła. Ta dostawa miała być szybką, łatwą, spo­kojną robótką. Kanał łącz­no­ści z dowódco Ailee wciąż pozo­sta­wał otwarty. Wszystko sły­szało.

- Kapi­tan Van? - ode­zwało się Ailee. - Pro­szę wylą­do­wać na księ­życu i spraw­dzić, czy nie ma ofiar.

- Ale nie ma żad­nych dowo­dów na to, że... - zaczęła Plana.

- Kapi­tan Van - weszło jej w słowo. - Może i parasz się obec­nie frach­tem, ale jako rezer­wistka na­dal pod­le­gasz moim roz­ka­zom jako dowódcy two­jego kosmo­portu.

- Tak jest, dowódco. - Plana prze­wró­ciła oczami. Och, ileż by dała, żeby ta wojna naprawdę dobie­gła już końca...

Odwró­ciła się do swo­jej maleń­kiej załogi - Lun­nta i Otta. Pell, nawi­ga­tor, spał gdzieś na rufie.

- Cóż. W takim razie w drogę. - Skie­ro­wała swój sta­tek w stronę Eirie.

Wkrótce dotarli na jedyny aktywny obszar księ­życa. Znaj­do­wała się tu samotna sta­cja doko­wa­nia, baza pali­wowa i maga­zyn z zaopa­trze­niem. Kapi­tan widziała już e'roniań­ski sta­tek, zauwa­żony przez Otta na ska­ne­rach - doko­wał obok trans­por­towca, z któ­rego sil­nika wydo­by­wały się kłęby dymu - pokło­sie eks­plo­zji. To nie była eiram­ska maszyna, ale też nie e'roniań­ska - praw­do­po­dob­nie frach­to­wiec z innego sek­tora, dostar­cza­jący towary na któ­rąś z pla­net.

W porów­na­niu z ich wła­snym stat­kiem, dia­bli myśli­wiec z E'ronoh był mały, ale szybki i miał dużą moc. Uszko­dzony trans­por­to­wiec wyglą­dał na może za dwa razy więk­szy od niego, ale wciąż dość mały jak na jed­nostkę prze­wo­żącą towary w tym sek­to­rze. Jego kadłub wyda­wał się nie­na­ru­szony, ale brzegi nie­re­gu­lar­nej dziury w dymią­cym sil­niku zostały osma­lone.

Plana odchrząk­nęła, wywo­łu­jąc e'roniań­ski sta­tek.

- Tu kapi­tan Plana Van z Eirama. Pro­szę, wyle­gi­ty­muj­cie się i podaj­cie swój cel. - Rów­nie dobrze mogła zacząć ogól­ni­kowo.

Przez ponad minutę pano­wała cisza, zanim ode­zwał się czyjś głos:

- Tu porucz­nik Gun­naw z e'roniań­skiej Eska­dry Thy­lo­gni­stych. - Nastą­piła kolejna długa pauza. Plana wyobra­ziła sobie gry­mas wykrzy­wia­jący twarz jej roz­mówcy, jego obna­żone zęby. - Zgod­nie z warun­kami zawie­sze­nia broni to wszystko, co muszę wyja­wić. Dodam jed­nak, że natknę­li­śmy się na ten trans­por­to­wiec zmie­rza­jący na Shu­ra­den. Dry­fo­wał i spro­wa­dzi­li­śmy go na księ­życ celem doko­na­nia napraw.

Plana zmarsz­czyła brwi.

- Tutej­sza sta­cja doko­wa­nia nie jest odpo­wied­nio wypo­sa­żona do prze­pro­wa­dza­nia skom­pli­ko­wa­nych napraw.

- Jeste­śmy tego świa­domi. Załoga statku - licząca tylko dwie osoby - stwier­dziła, że doko­nają napraw samo­dziel­nie, jeśli tylko zdo­łają gdzieś bez­piecz­nie zado­ko­wać. Nie uwie­rzyli, że zawie­sze­nie broni jest w mocy, i popro­sili o spro­wa­dze­nie ich na księ­życ.

Neu­tralne tery­to­rium. Miało to sens, ale mimo wszystko...

- Co prze­wożą?

- A jakie to ma zna­cze­nie? Zostali zaata­ko­wani przez pira­tów. Ładu­nek znik­nął. Weszli­śmy na pokład, by prze­szu­kać sta­tek i zwe­ry­fi­ko­wać ich histo­rię.

- Czy wie­cie, co spo­wo­do­wało eks­plo­zję?

- Sil­nik statku wybuchł. To nie była nasza wina.

- A dokąd zmier­za­cie?

- Nie wasza sprawa.

- A załoga tam­tego statku? Czy możemy z nimi poroz­ma­wiać?

- Oni nie chcą z wami roz­ma­wiać.

Plana aż się zje­żyła. To było jak gada­nie do ściany. Połą­czyła się z dowódco Ailee i prze­ka­zała mu nowe infor­ma­cje.

- Coś tu nie gra - stwier­dziło dowódco. Plana rów­nież miała takie wra­że­nie, ale nic nie powie­działa. - Z nie­woj­sko­wego punktu widze­nia mamy prawo sami zająć się roz­bit­kami i oce­nić bez­pie­czeń­stwo unie­ru­cho­mio­nego statku.

Plana poczuła nara­sta­jący nie­po­kój, pod­no­szący jej ciśnie­nie. Zawie­sze­nie broni wyda­wało się takie kru­che! Ale wojna mogła się ofi­cjal­nie zakoń­czyć w każ­dej chwili. Dla­czego więc wciąż zda­wało się, że to nie­moż­liwe, nawet po zjed­no­cze­niu obu pla­net?

- Roz­ka­zuję pani prze­szu­kać ten sta­tek, kapi­tan Van, i wysy­łam cztery myśliwce pół­księ­ży­cowe jako wspar­cie - powie­działo Ailee. - Wszystko, co dzieje się na księ­życu, wpływa na nas znacz­nie moc­niej niż na E'ronoh.

- Tak jest, dowódco.

Lud Eirama od zawsze to czuł. Księ­życ bar­dzo sil­nie oddzia­ły­wał na jego pływy. Stwo­rze­nia na ich wod­nej pla­ne­cie żyły, roz­mna­żały się i umie­rały dzięki nim - a co za tym idzie, miesz­kańcy Eirama rów­nież. Gdyby E'ronoh zro­biło cokol­wiek, co by na niego wpły­nęło - prze­su­nę­łoby go o kilo­metr w jakiś nie­moż­liwy, ale prze­ra­ża­jący spo­sób - ozna­cza­łoby to nie­uchron­nie zagładę Eirama. Nikt ni­gdy się nad tym nie zasta­na­wiał, ale gdy Pla­nie przy­szło to teraz, nie­spo­dzie­wa­nie, do głowy, zmro­ziło ją to do szpiku kości.

Dowódco miało rację. Załogi e'roniań­skiego myśliwca i uszko­dzo­nego statku coś ukry­wały.

- Och, i... kapi­tan Van?

- Tak?

- Pro­szę się pośpie­szyć. Za kilka minut, jak tylko E'ronia­nie zoba­czą, że nasze jed­nostki są w dro­dze, przy­ślą tu kolejne myśliwce. Nie strze­laj­cie, chyba że będzie to abso­lut­nie konieczne. Z tego, co wiemy, nasi amba­sa­do­ro­wie pod­pi­sali już trwałe poro­zu­mie­nie poko­jowe na Jedzie.

Plana Van strze­liła knyk­ciami, jak miała w zwy­czaju, gdy zamie­rzała ubru­dzić sobie ręce. Odwró­ciła się do swo­jej załogi.

- Ogar­nij­cie podwójne działko i obudź­cie Pella - powie­działa. Drzemka nawi­ga­tora dobie­gła końca. - Wcho­dzimy na pokład tego statku.

LAGUNA ORRA, EIRAM

Laguna Orra, poło­żona zale­d­wie pięć kilo­me­trów od sto­licy, była jedną z wielu w tym regio­nie. To wła­śnie jedna z rze­czy, które Phan-tu Zenn naj­bar­dziej uwiel­biał w Eira­mie: w każ­dym mie­ście lub wio­sce, bez względu na to, jak bar­dzo wyda­wały się tłoczne i gwarne, dawało się zna­leźć wodę. Oraz ciszę i spo­kój.

Phan-tu poma­gał przy zbio­rach sleka - wod­nej jarzyny, tak deli­kat­nej i smacz­nej, że gdy nacho­dziła go ochota na robiony z niej tra­dy­cyjny gulasz, bez waha­nia oddałby łódź za jego miskę. To było ulu­bione warzywo jego matki i sio­stry - i wiecz­nie za nim tęsk­nił. Kró­lowa Adrialla i kró­lowa mał­żonka, Ode­lia, rów­nież je uwiel­biały, jesz­cze na długo przed tym, jak go adop­to­wały. I choć nabrał już wprawy w poru­sza­niu się po zdra­dli­wym grun­cie pała­co­wej poli­tyki, zawsze szu­kał wymówki, aby wró­cić nad wodę. Dora­stał nad Kana­łem Rayes - i wie­dział, że dzie­ciń­stwo spę­dzone w oko­licy por­to­wej ni­gdy nie pozwoli mu się w pełni zasy­mi­lo­wać z tymi naj­bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­nymi.

A jed­nak laguna, podob­nie jak wiele innych obsza­rów Eirama, nie przy­po­mi­nała już tej z daw­nych lat. Tęt­niące życiem wody, zie­leń oka­la­jąca jej brzegi niczym nie­prze­byta dżun­gla, plaże, które lśniły żółto i złoto niczym metale szla­chetne... Teraz pia­ski były czę­sto popla­mione ropą i pali­wem, wycie­ka­ją­cymi z wra­ków. Zie­leń w wielu miej­scach spło­nęła do nagiej ziemi wsku­tek eks­plo­zji. Domy popa­dały w ruinę, a zasoby bole­śnie się skur­czyły. Pró­bu­jący wyko­rzy­stać panu­jący chaos piraci bez­u­stan­nie nękali i napa­dali statki przy­la­tu­jące z zaopa­trze­niem. Trudno było zna­leźć tu spo­kój, gdy wszę­dzie wokół dostrze­gało się ślady wojny.

Zanu­rzony po kolana w chłod­nej wodzie, się­gnął po maleńką, wiotką wić falu­jącą w pobliżu jego stóp, pocią­gnął za nią deli­kat­nie i wło­żył ją do koszyka zawie­szo­nego u pasa. Coś zabrzę­czało w oko­licy jego nad­garstka i mach­nął odru­chowo ręką, zanim zdał sobie sprawę, że to nie gry­ząca muszka, ale komu­ni­ka­tor. Jego żona, Xiri, pró­bo­wała się z nim skon­tak­to­wać.

Żona! To słowo wciąż wyda­wało mu się takie dziwne!

- Cześć, Xee - rzu­cił ze śmie­chem do mikro­fonu. - Nie­mal wzią­łem połą­cze­nie od cie­bie za atak natręt­nego robala!

- Hm, dzięki! - odparła, ale spra­wiała wra­że­nia roz­ba­wio­nej. Ups! - Słu­chaj, coś się dzieje na Straż­niku Czasu...

Phan-tu wypro­sto­wał się i zamarł w bez­ru­chu.

- Masz na myśli księ­życ? Dla­czego... dla­czego coś mia­łoby się tam dziać? - Odru­chowo spoj­rzał w niebo. Sierp księ­życa wisiał tuż nad hory­zon­tem. Choć sate­lita posia­dał warunki pozwa­la­jące osie­dlić się na jego powierzchni, nie został sko­lo­ni­zo­wany przez żadną z pla­net. Eiram kochał swoje obfite lazu­rowe wody, E'ronoh uwiel­biał żar i spie­czone słoń­cem kra­jo­brazy, a tych nie było na księ­życu. Drobne fale laguny łączyły się z Morzem Era­smus, a wyso­kość wody obi­ja­ją­cej się o nogi księ­cia wyni­kała z wpływu sate­lity na Eiram.

- Nie wiem, co się dzieje, ale naj­wy­raź­niej w dro­dze są już eiram­skie myśliwce pół­księ­ży­cowe. Doszły mnie słu­chy, że my rów­nież wysy­łamy tam swoje jed­nostki. - Xiri była lekko zdy­szana. - Pilo­to­wa­łam swój sta­tek, kiedy dosta­łam wezwa­nie. Już jestem w dro­dze, aby poroz­ma­wiać z ojcem i dowie­dzieć się cze­goś wię­cej. Musisz tu przy­le­cieć. Natych­miast.

- Przy­le­cieć... na E'ronoh? Ja... - "Cóż, jestem wła­śnie po kolana w wodzie" - chciał powie­dzieć Phan-tu. Co nie mijało się z prawdą, ale tym, co naprawdę go draż­niło, było to, że brzmiała, jakby wyda­wała mu roz­kaz. - Pla­no­wa­łem wró­cić do pałacu, żeby zoba­czyć się z kró­lową i kró­lową mał­żonką. Myślę, że w tej chwili zro­bi­li­by­śmy wię­cej dobrego, pró­bu­jąc uga­sić wszel­kie ewen­tu­alne punkty zapalne na naszych wła­snych pla­ne­tach...

- W porządku - przy­stała Xiri, zaska­ku­jąco ugo­dowo. - Trak­tat poko­jowy zosta­nie pod­pi­sany lada chwila. Jeste­śmy tak bli­sko, Phan-tu! Musimy tylko do tego czasu utrzy­mać wszystko pod kon­trolą.

- Oczy­wi­ście. Będziemy w kon­tak­cie.

- Phan-tu?

- Tak? - Cze­kał z nie­cier­pli­wo­ścią na to, co chciała dodać.

Nastą­piła długa pauza.

- Tęsk­nię za tobą.

- Ja też za tobą tęsk­nię, Xee. Do zoba­cze­nia!

Cza­sami roz­mowy z Xiri na­dal brzmiały dziw­nie i nie­zręcz­nie. Jasne, byli mał­żeń­stwem i się kochali. Ale ich zwią­zek wciąż wyda­wał się bar­dzo młody i świeży. Połowę czasu spę­dzali razem, a połowę na swo­ich ojczy­stych pla­ne­tach, uspo­ka­ja­jąc napię­cia pod­czas zawie­sze­nia broni. Phan-tu na­dal nie czuł się peł­no­praw­nym księ­ciem E'ronoh i wie­dział, że Xiri podob­nie pod­cho­dzi do jego dzie­dzic­twa. Poza tym, jako człon­ko­wie kró­lew­skich rodów musieli bez­u­stan­nie mieć się na bacz­no­ści, bo wiecz­nie śle­dziły ich liczne pary czuj­nych oczu. Na­dal pra­co­wał nad tym, aby instynk­tow­nie obej­mo­wać żonę ramie­niem. Poru­sza­nie się w ich wspól­nej prze­strzeni wciąż było dla nich czymś nowym, podob­nie jak peł­nie­nie ról repre­zen­tan­tów oby­dwu pla­net.

Phan-tu wyszedł z wody. Dzieci o nosach i policz­kach usia­nych zie­lo­nymi pie­gami kła­niały mu się w pas, gdy prze­cho­dził obok. Nie uro­dził się ary­sto­kratą, ale teraz nale­żał do rodziny kró­lew­skiej. Nie­które ze star­szych nasto­lat­ków przy­glą­dały mu się z daleka z lekko kpią­cymi uśmiesz­kami, błą­ka­ją­cymi im się na ustach. Nie wszy­scy byli zado­wo­leni z tego, że oże­nił się z e'roniań­ską księż­niczką. Przed ślu­bem mniej przej­mo­wał się tymi ukrad­ko­wymi - a cza­sem i otwar­tymi - spoj­rze­niami i szep­tami. W końcu przede wszyst­kim nale­żało powstrzy­mać wojnę. Teraz czę­sto zauwa­żał jed­nak tylko je.

Wsko­czył na swój sku­ter i obrał naj­krót­szą drogę do pałacu. Gdy tam dotarł, skie­ro­wał nie­zwłocz­nie kroki do jed­nej z dużych sal w pół­noc­nym skrzy­dle, gdzie zastał kró­lową Adriallę i grono jej dorad­ców. Pokój ota­czała pły­nąca pod ścia­nami minia­tu­rowa rzeka, na powierzchni któ­rej uno­siły się lilie wodne o opa­li­zu­ją­cych płat­kach.

- Ach, Phan-tu! Wła­śnie pla­no­wa­li­śmy cię wezwać. - Kró­lowa gestem przy­wo­łała go do sie­bie. Wstała ze swo­jego mister­nie wyrzeź­bio­nego z drzewa mor­skiego tronu i wycią­gnęła do niego brą­zową dłoń. Z sza­cun­kiem przy­tknął do niej swoje czoło i się wypro­sto­wał. Gdy uśmiech­nęła się do niego, w kąci­kach jej oczu poja­wiły się kurze łapki. W ciem­nych war­ko­czach upię­tych w koronę na jej kró­lew­skiej gło­wie poły­ski­wały srebrne nitki siwi­zny. Gdy wspól­nie szli do bocz­nej salki, jej szaty z błysz­czo­je­dwa­biu sze­le­ściły cicho. Z jed­nej strony dużego stołu w kształ­cie łzy zasia­dali doradcy. Kró­lowa mał­żonka Ode­lia wstała i poca­ło­wała Phan-tu w poli­czek, uno­sząc prze­lot­nie woalkę.

- Przy­by­wasz w samą porę. Potrze­bu­jemy świe­żego osądu i chłod­nej głowy - szep­nęła, zaj­mu­jąc miej­sce obok kró­lo­wej Adrialli.

Doradcy zacho­wy­wali się uprzej­mie, ale ema­no­wali rów­nież led­wie zauwa­żal­nym chło­dem - to była nowość, którą zaczął zauwa­żać w dniu, gdy ogło­szono, że poślubi Xiri. Przy­po­mniał sobie słowa wypo­wie­dziane przez jego straż­nika Viga przed ślu­bem: "Już wkrótce połowa two­jego serca będzie nale­żała do E'ronoh. Skąd mamy wie­dzieć, że będziesz kochał swój lud tak mocno, jak zawsze?".

Wciąż go to bolało.

- Jakie wie­ści? - zapy­tała kró­lowa.

- Załoga jed­nego z naszych trans­por­tow­ców dostrze­gła eks­plo­zję na księ­życu. Nasze sys­temy czuj­ni­ków to potwier­dziły. W miej­scu, w któ­rym doszło do wybu­chu doko­nu­ją­cego napraw trans­por­towca, dokuje jeden z e'roniań­skich myśliw­ców.

- Na Eirie? Na naszym księ­życu? Dziwne - stwier­dził jeden z dorad­ców.

"Na naszym księ­życu". Phan-tu nagle poczuł wzglę­dem maleń­kiego sate­lity dziwną zabor­czość. Praw­do­po­dob­nie podob­nie jak wszy­scy zgro­ma­dzeni w tej sali.

Jeden z dorad­ców zgło­sił:

- Dowódco Ailee chce prze­słu­chać pasa­że­rów.

- E'ronia­nom się to nie spodoba - zastrzegł inny z dorad­ców - naj­star­szy, z białą brodą do kolan.

- Nie - zgo­dziła się z nim kró­lowa. - Ale w dobrej wie­rze powinni na to pozwo­lić, jeśli nie mają nic do ukry­cia. Nie możemy zro­bić nic, co zagro­zi­łoby poro­zu­mie­niu poko­jo­wemu. Możemy tylko cier­pli­wie cze­kać na wie­ści, że na Jedzie wszystko poszło zgod­nie z pla­nem.

Doradcy poru­szyli się nie­spo­koj­nie na swo­ich miej­scach. Pla­neta znaj­do­wała w sta­nie wojny od tak dawna, że wyda­wali się strasz­nie skrę­po­wani samą ideą trak­to­wa­nia uprzej­mie ludzi, któ­rzy zestrze­li­wali ich statki, zaśmie­ca­jąc prze­strzeń meta­lo­wymi szcząt­kami. I cia­łami ofiar.

Phan-tu spoj­rzał na swoją kon­solę.

- Mamy trans­mi­sję. Dowódco Ailee? Jak wygląda sytu­acja?

W tej samej chwili ode­zwał się rów­nież jego komu­ni­ka­tor na nad­garstku. Xiri. Wsu­nął ręce pod stół i zigno­ro­wał połą­cze­nie.

- Nasza pilotka wcho­dzi na pokład.

- Z czy­jego upo­waż­nie­nia? - zapy­tała kró­lowa.

- Mojego. Na pokła­dzie mogą się znaj­do­wać Eiram­czycy. To neu­tralne tery­to­rium.

Phan-tu ści­szył komu­ni­ka­tor i pod­niósł go do ucha, uda­jąc, że dra­pie się po gło­wie.

- Powiedz im, żeby nie wcho­dzili na pokład tego statku! - syk­nęła Xiri. - Phan-tu? Sły­szysz mnie? To nad­uży­cie! Powiedz im...

Kró­lowa rzu­ciła mu ukrad­kowe spoj­rze­nie. Nie sły­szała, co mówi Xiri, ale potra­fiła dostrzec, gdy Phan-tu coś przed nią ukry­wał. Pośpiesz­nie opu­ścił rękę.

- To czas na budo­wa­nie zaufa­nia. Myślę, że to nie­roz­sądne - wcho­dzić na pokład statku bez wyraź­nego pozwo­le­nia E'ronoh - powie­dział ostroż­nie.

- Oczy­wi­ście, że tak uwa­żasz. A może to twoja żona tak sądzi? - powie­dział star­szy doradca.

- Ow­szem - potwier­dził Phan-tu. - Ale to bez zna­cze­nia. Obie strony wciąż liżą rany po woj­nie i na­dal noszą w sobie strach. Współ­praca to jedyny spo­sób, aby to wszystko ode­szło w zapo­mnie­nie i byśmy mogli sku­pić się na tym, co przed nami.

Z kon­soli dobiegł głos dowódco Ailee:

- Kapi­tan Van weszła na pokład.

Phan-tu poczuł w piersi nie­zno­śny cię­żar. Było już za późno.

KSIĘŻYC MIĘDZY EIRAMEM A E'RONOH

Bin­not Ullo wypro­sto­wał się i otrze­pał swój kom­bi­ne­zon. Goi Ganok stał u jego boku, z dłońmi sple­cio­nymi przed sobą.

Do środka weszła wysoka i umię­śniona kobieta w śred­nim wieku. Miała na sobie ciem­no­nie­bie­ski mun­dur pilotki z wod­nymi insy­gniami Eirama na ramie­niu. Cywilka, ale zacho­wy­wała się jak woj­skowa. Była uzbro­jona, podob­nie jak jej towa­rzysz - Eiram­czyk, który wyglą­dał na znacz­nie młod­szego od niej, z twa­rzą usianą zie­lon­ka­wo­nie­bie­skimi pie­gami. Spra­wiał wra­że­nie rów­nie zde­ner­wo­wa­nego, co Goi. Sto­jący tuż za pro­giem e'roniań­ski pilot, porucz­nik Gun­naw, zmarsz­czył brwi i cze­kał.

- Jestem kapi­tan Plana Van z Eirama - przed­sta­wiła się kobieta. - Podaj­cie swoje nazwi­ska, pocho­dze­nie i cel.

- Bin­not Ullo. - Bin­not skło­nił się lekko. Nie chciał uży­wać fał­szy­wego imie­nia. Ani on, ani Goi nie byli znani poza sze­re­gami Ścieżki. Wkrótce jed­nak miało się to zmie­nić. Przy­naj­mniej dla Bin­nota. Lekko kop­nął Goia, który ukło­nił się sztywno, jak zardze­wiały droid wyma­ga­jący naoli­wie­nia.

- Goi Ganok. Jeste­śmy tylko zwy­kłymi spe­dy­to­rami. - Uśmiech­nął się, odro­binę zbyt sze­roko, uka­zu­jąc rzędy drob­nych zębów.

- Pocho­dzimy oczy­wi­ście z Miriala i Roony - dodał Bin­not. - Byli­śmy w dro­dze na Shu­ra­den, lecimy z naszej sta­cji w pobliżu Skye.

Kapi­tan Van zmru­żyła oczy.

- To dziwne, że wasza trasa prze­biega w pobliżu układu Eirama. Więk­szość prze­woź­ni­ków unika nas ze względu na pas szcząt­ków...

- Tędy było szyb­ciej - wyja­śnił Bin­not.

- Nie­wiele - odparła kapi­tan Van. - Rozu­miem, że zosta­li­ście zaata­ko­wani przez pira­tów i przy­by­li­ście na księ­życ celem doko­na­nia napraw. Czy napast­nicy się ziden­ty­fi­ko­wali?

Bin­not rzu­cił jej pro­tek­cjo­nalne spoj­rze­nie.

- To byli piraci. Oczy­wi­ście, że się nie ziden­ty­fi­ko­wali.

- A wasz ładu­nek? Co prze­wo­zi­li­ście?

- Kon­cen­traty biał­kowe. Ale wszyst­kie beczki zostały zabrane. - Bin­not wska­zał gestem na pustą ładow­nię. Obser­wo­wał, jak kapi­tan i jej kolega powoli obcho­dzą pomiesz­cze­nie. Miało około dwu­na­stu metrów dłu­go­ści i nieco mniej sze­ro­ko­ści i wyso­ko­ści, zaj­mu­jąc więk­szość powierzchni małego statku. Van pocią­gnęła nosem - raz, a potem drugi.

Młody Eiram­czyk rów­nież węszył przez chwilę.

W końcu kobieta odwró­ciła się do swo­jego towa­rzy­sza.

- Czu­jesz to, Otto? - Wymi­nęła Bin­nota, a odgłos jej kro­ków odbi­jał się głu­chym echem od gro­dzi, gdy prze­cho­dziła przez ładow­nię. Nagle dźwięk się zmie­nił - zabrzmiał dziw­nie pusto i dono­śnie. Van przy­klę­kła i wyjęła z pochwy u pasa nóż, wsu­wa­jąc jego ostrze w szcze­linę mię­dzy meta­lo­wymi pane­lami. Pod­wa­żyła jeden z nich i szarp­nęła mocno, a potem odrzu­ciła na bok meta­lowy kwa­drat, który ude­rzył ze szczę­kiem o gródź.

Ukryty prze­dział w pod­ło­dze był pełen szczel­nie zamknię­tych kadzi, a okienko w wieku każ­dej z nich poka­zy­wało, że są wypeł­nione po brzegi atra­men­tową cie­czą. Dla Bin­nota była kom­plet­nie bez­wonna - no, może pach­niała lekko solanką - ale eiram­ska kapi­tan i jej towa­rzysz naj­wy­raź­niej wyczu­wali jej zapach i, sądząc po ich minach, nie byli nią zachwy­ceni. Kobieta roz­dęła noz­drza i skrzy­wiła się kwa­śno.

- To kly­to­bak­te­ria - oznaj­miła, wpa­tru­jąc się w Bin­nota. - Co ona tu robi?

Bin­not potrzą­snął głową, podob­nie jak Goi - tro­chę zbyt ener­gicz­nie.

- Co to jest kly­to­bak­te­ria? - zapy­tał Goi, sta­ra­jąc się przy­brać pełen zakło­po­ta­nia wyraz twa­rzy.

- Pew­nego suchego lata, gdy byłam dziec­kiem - zaczęła kapi­tan Van - poja­wiła się na pół­noc­nym brzegu mojej rodzin­nej wyspy na Eira­mie. Zabiła ryby, mor­skie warzywa, ptaki... wszystko. Przez lata nie mogli­śmy pły­wać ani nawet wcho­dzić do wody. - Patrzyła na nich oskar­ży­ciel­sko. - Co zamie­rza­li­ście z nią zro­bić?

- Nie mie­li­śmy poję­cia, że to coś tu jest! Nie czu­li­śmy żad­nego dziw­nego zapa­chu - zapew­nił ją Bin­not, pod­no­sząc ręce w obron­nym geście. - Zapła­cono nam tylko za dostar­cze­nie kon­cen­tra­tów biał­ko­wych na Shu­ra­den...

Kapi­tan Van poło­żyła dłoń na ręko­je­ści swo­jego bla­stera.

- Celowo wle­cie­li­ście do układu Eirama, mimo iż łatwo mogli­ście tego unik­nąć, a teraz oka­zuje się, że prze­wo­zi­cie broń bio­lo­giczną, która mogłaby spro­wa­dzić kata­strofę na moją pla­netę?

Sto­jący u jej boku Eiram­czyk zaci­snął dło­nie w pię­ści i wyrzu­cił z sie­bie:

- Pra­cu­je­cie dla E'ronoh?

- Waż słowa! - Porucz­nik Gun­naw wszedł do ładowni. Zer­k­nął na zbior­niki, a potem spoj­rzał ostro na Bin­nota i Otta.

- Otto! - Kapi­tan Van zgro­miła swo­jego mło­dego towa­rzy­sza wzro­kiem.

Goi, spra­wia­jący wra­że­nie auten­tycz­nie obu­rzo­nego, wark­nął:

- Nie!

Bin­not ude­rzył go w ramię tak mocno, że Goi stra­cił rów­no­wagę i zato­czył się w bok, zło­rze­cząc pod nosem.

- Ten sta­tek ni­gdzie się stąd nie ruszy. - Kapi­tan Van dotknęła komu­ni­ka­tora na nad­garstku. - Dowódco Ailee? Mają na pokła­dzie broń bio­lo­giczną. Kly­to­bak­te­rię.

Pod­czas gdy kapi­tan Van roz­ma­wiała ze swoim zwierzch­ni­kiem, porucz­nik Gun­naw rów­nież mówił coś szybko do wła­snego komu­ni­ka­tora. Goi pocił się ze zde­ner­wo­wa­nia tak obfi­cie, że jego kurtka pociem­niała od wil­goci. Bin­not wycią­gnął do niego rękę, a gdy towa­rzysz pod­chwy­cił jego wzrok, męż­czy­zna pochy­lił się bli­żej i szep­nął:

- Pamię­taj, Goi. Wła­śnie na tym nam zależy. Tak?

Męż­czy­zna led­wie zauwa­żal­nie ski­nął głową.

Kiedy kapi­tan Van skoń­czyła skła­dać raport, ona i Otto pośpiesz­nie wyszli z ładowni.

- Ani ten sta­tek, ani żaden z was nie opu­ści tego księ­życa, dopóki będę miała w tej kwe­stii coś do powie­dze­nia - rzu­ciła Van tuż przed tym, jak drzwi do ładowni zasu­nęły się za nią z hukiem. Bin­not i Goi usły­szeli szczęk­nię­cie blo­kady. Z dru­giej strony dobie­gały pod­nie­sione głosy porucz­nika Gun­nawa, kłó­cą­cego się z kobietą.

"Och, ależ oczy­wi­ście, że zamie­rzam opu­ścić ten księ­życ" - pomy­ślał z mściwą satys­fak­cją Bin­not. "I to już wkrótce!" Mimo to był zado­wo­lony. Matka będzie zachwy­cona. Dopil­no­wał dostar­cze­nia led­wie zaga­szo­nej woj­nie mnó­stwa paliwa, aby mogła znowu buch­nąć wyso­kim pło­mie­niem. Jeśli kto­kol­wiek jesz­cze będzie się zasta­na­wiał, czy Eiram i E'ronoh ponow­nie zasiądą przy stole, aby pod­jąć nego­cja­cje, to kly­to­bak­te­ria sku­tecz­nie to unie­moż­liwi. Podob­nie zresztą uni­ce­stwi wszelką dobrą wolę, jaką Xiri A'lba­ran i Phan-tu Zenn mogli wykrze­sać u miesz­kań­ców pla­net swym nie­do­rzecz­nym mał­żeń­stwem.

- Hej! - Z gło­śni­ków statku dobiegł głos e'roniań­skiego pilota. - Wokół sta­cji roi się od eiram­skich stat­ków. Co pla­no­wa­li­ście zro­bić z tą kly­to­bak­te­rią?

- Nie mamy z tym nic wspól­nego - zapew­nił go gładko Bin­not. - To praw­do­po­dob­nie nawet nie jest kly­to­bak­te­ria, tylko resztki szlamu ze sta­rej, zepsu­tej dostawy kon­cen­tra­tów biał­ko­wych. Jeste­śmy nie­winni!

- Trzy­maj­cie się tam - powie­dział pilot. - Wspar­cie z E'ronoh jest w dro­dze. Wła­ści­wie to... już tu są.

Usły­szeli niskie dud­nie­nie sil­ni­ków, gdy w pobliżu poja­wił się kolejny sta­tek.

- Och - mruk­nął Goi i zasło­nił otwory uszne dłońmi. - Zaczy­namy.

CENTRUM MIASTA ERASMUS, EIRAM

Phan-tu słu­chał zszo­ko­wany, jak dowódco Ailee przed­sta­wia swój zak­tu­ali­zo­wany raport. Broń bio­lo­giczna? Jego matka, kró­lowa, aż się zje­żyła na dźwięk tych słów. Ona rów­nież miała na sumie­niu pro­du­ko­wa­nie tru­ci­zny, któ­rej zamie­rzała użyć, aby bro­nić swo­jego ludu - zale­d­wie kilka tygo­dni temu. Straszny, despe­racki błąd. Teraz jed­nak, gdy patrzyła na Phan-tu, nie spra­wiała wra­że­nia zatro­ska­nej, a raczej lekko usa­tys­fak­cjo­no­wa­nej, jakby chciała powie­dzieć: "Widzisz, Phan-tu? Czy nie mia­łam racji, pró­bu­jąc zro­bić dokład­nie to, co chcą teraz zro­bić E'ronia­nie?".

Ale zgo­dzili się, że to nie było dobre roz­wią­za­nie, a w tej chwili ozna­czało kolejny krok w kie­runku nie­czy­stej gry w i tak już brud­nej woj­nie. Prze­ra­ża­jące prak­tyki, takie jak uży­wa­nie stat­ków wiert­ni­czych, oka­zy­wały się prze­sta­rza­łymi meto­dami. Teraz sto­so­wano bar­dziej wyra­fi­no­wane i bru­talne tak­tyki. Ale... kly­to­bak­te­ria? Tru­ci­zna mogła uśmier­cić pod­że­ga­czy wojen­nych. Uży­cie bak­te­rii, jeśli jej stę­że­nie byłoby odpo­wied­nio wyso­kie, mogło wytrze­bić całe gatunki i zakłó­cić rów­no­wagę deli­kat­nych eko­sys­te­mów. Kly­to­bak­te­ria mogła zabić całą pla­netę. Tego już za wiele. Prze­kaz był jasny i pro­sty: to eska­la­cja.

- Skąd możemy mieć pew­ność, że to naprawdę kly­to­bak­te­ria? - zapy­tał Phan-tu.

Star­szy doradca pochy­lił się do przodu.

- Wszy­scy wiemy, jak ona pach­nie. Jak śmierć.

Phan-tu poczuł, jak wśród zgro­ma­dzo­nych w sali nara­sta wście­kłość. Kró­lowa mał­żonka Ode­lia zaci­skała palce na kra­wę­dzi stołu tak mocno, jakby chciała zła­mać blat na pół. Pod­niósł rękę, uda­jąc, że chce prze­trzeć czoło, i szep­nął do komu­ni­ka­tora:

- Xiri? Kly­to­bak­te­ria. Czy to prawda?

- Nie mamy z tym nic wspól­nego! - zapew­niła go natych­miast. - Musisz mi uwie­rzyć. Wiem, że twoi ludzie mogą myśleć, że to odpo­wiedź na tru­ci­znę, któ­rej kró­lowa chciała użyć prze­ciwko E'ronoh. Musimy uspo­koić nastroje i wyja­śnić tę sprawę.

Kró­lowa Adrialla unio­sła dło­nie, pobrzę­ku­jąc bran­so­le­tami.

- To nie ma sensu. Jeste­śmy o krok od trwa­łego pokoju...

- Xiri mówi, że nie mają z tym nic wspól­nego - oznaj­mił Phan-tu.

- Wspie­rała mnie, gdy sama popeł­ni­łam błędy, pró­bu­jąc bro­nić Eirama. Obie­ca­łam, że będę chro­niła przy­szłość tych dwóch świa­tów. Wie­rzę Xiri. Musimy to prze­dys­ku­to­wać, zamiast dzia­łać pochop­nie - powie­działa sta­now­czo kró­lowa Adrialla.

Star­szy doradca wstał.

- Księż­niczka Xiri ma dobre inten­cje. Ale Xiri to nie E'ronoh, a E'ronoh to nie Xiri. A tam nie bra­kuje i takich, któ­rzy zawsze będą nam źle życzyli. Wystar­czy wspo­mnieć wice­króla Fer­rola i jego syna. Pró­bo­wali zabić wła­sną księż­niczkę z powodu jej powią­zań z Eira­mem! Musimy chro­nić nasz lud. - Odwró­cił się do pozo­sta­łych dorad­ców i rodziny kró­lew­skiej. - Po ślu­bie wszy­scy zgo­dzi­li­śmy się podej­mo­wać decy­zje więk­szo­ścią gło­sów, aby nie powtó­rzyła się kolejna nie­szczę­śliwa histo­ria, taka jak z tru­ci­zną. Co powie­dzie­li­by­ście na reak­cję, która zade­mon­stro­wa­łaby naszą siłę w odpo­wie­dzi na zagro­że­nie kly­to­bak­te­rią?

Spo­śród dzie­wię­ciu osób sie­dzą­cych przy stole, sześć wysu­nęło do przodu dło­nie zwi­nięte w pię­ści - na znak, że popie­rają ten pomysł. Tylko kró­lowa, jej mał­żonka i Phan-tu poło­żyli je pła­sko na stole, wyra­ża­jąc sprze­ciw.

Kró­lowa Adrialla spoj­rzała bez­rad­nie na syna.

- Nie mamy wyboru.

Naj­star­szy z dorad­ców uniósł rękę.

- Za Eiram.

- Za Eiram! - powtó­rzyli wszy­scy zgod­nym chó­rem. Wszy­scy, z wyjąt­kiem Phan-tu, który miał wra­że­nie, że zie­mia usuwa mu się spod stóp. Wszystko, nad czym on i Xiri tak ciężko pra­co­wali... Wszystko poszło na marne.

Sły­szał dobie­ga­jący z oko­lic nad­garstka cichy głos jego żony. Choć był bar­dzo cichy, rów­nie dobrze mogłaby krzy­czeć mu pro­sto do ucha. Wie­dział jed­nak, że nie ma sensu jej teraz odpo­wia­dać.

- Powiedz im, żeby się wstrzy­mali! Phan-tu, sły­szysz mnie?! Phan-tu!

KSIĘŻYC MIĘDZY EIRAMEM A E'RONOH

Sta­tek kapi­tan Plany Van uno­sił się nad sta­cją, na tere­nie któ­rej doko­wał trans­por­to­wiec pełen zbior­ni­ków z kly­to­bak­te­rią. Eskor­to­wały ją dwa myśliwce pół­księ­ży­cowe, ale wola­łaby mieć je przed sobą. Po jej ostat­nim mel­dunku zło­żo­nym dowódco Ailee zja­wiły się dwa e'roniań­skie dia­ble myśliwce, które dołą­czyły do statku porucz­nika Gun­nawa i znaj­do­wały się teraz sta­now­czo za bli­sko jak na jej gust. Wie­działa, że wystar­czyłby strzał lub dwa, aby zre­du­ko­wać jej trans­por­to­wiec do sterty szcząt­ków. Nie, chwila... Teraz w zasięgu wzroku poja­wiły się już cztery. Sytu­acja szybko eska­lo­wała.

- Mamy pozwo­le­nie na zestrze­le­nie tego frach­towca - ode­zwało się Ailee. - Prze­wozi zaka­zaną broń bio­lo­giczną. E'ronoh zła­mał pakt o zawie­sze­niu broni.

- Ale nie mamy żad­nej pew­no­ści, że te zbior­niki z kly­to­bak­te­rią pocho­dzą z E'ronoh. Pilot powie­dział, że... - Zanim jed­nak zdo­łała dokoń­czyć, nade­szło naraz kilka trans­mi­sji - a dokład­niej pięć. Jedna z towa­rzy­szą­cego jej pół­księ­ży­co­wego myśliwca, trzy z boi komu­ni­ka­cyj­nej tuż za księ­ży­cem i jedna bez­po­śred­nio od cen­tral­nej rady Eirama.

- Co, na zimny księ­życ, się dzieje?! - Zaczęła odbie­rać komu­ni­katy, jeden po dru­gim:

- Pilne wie­ści! Roz­mowy poko­jowe na Jedzie zakoń­czyły się fia­skiem!

- Amba­sa­dor Tin­tak z E'ronoh został zabity! To koniec! Wszystko skoń­czone...

- To była praw­dziwa rzeź! Eiram­czycy zostali wcią­gnięci w pułapkę. Jedha pło­nie, są donie­sie­nia o ofia­rach...

Plana Van wyj­rzała przez ilu­mi­na­tor. Trzę­sły jej się ręce. Musieli strze­lać. Mieli do tego pełne prawo, teraz, gdy zawie­sze­nie broni zostało zerwane. Ale nie mogła się ruszyć. Powrót do walki był ostat­nią rze­czą, któ­rej by sobie życzyła. Czy naprawdę mogła mieć pew­ność, że kly­to­bak­te­ria to sprawka E'ronoh? Czy znała wszyst­kie fakty? Ale prze­czu­cie pod­po­wia­dało jej, że powinna bro­nić ojczy­stej pla­nety, a sama per­spek­tywa ska­że­nia kly­to­bak­te­rią prze­ra­żała kobietę do szpiku kości. Tylko to się liczyło. Wzięła głę­boki oddech.

- Z mojego upo­waż­nie­nia... - powie­działa. - Strze­lać bez...

Ale zanim zdą­żyła dokoń­czyć, w jej polu widze­nia doszło do wybu­chów. Jeden z pół­księ­ży­co­wych myśliw­ców strze­lił do uno­szą­cej się nad sta­cją dia­blej maszyny porucz­nika Gun­nawa, pod­czas gdy drugi eiram­ski sta­tek wziął na cel unie­ru­cho­miony trans­por­to­wiec pełen śmier­cio­no­śnej bak­te­rii, wciąż doku­jący w dole. Myśli­wiec Gun­nawa natych­miast eks­plo­do­wał, a jed­nostka Bin­nota i Goia sta­nęła w pło­mie­niach. Kapi­tan Van widziała, jak odbie­gają od wraku w poszu­ki­wa­niu osłony, i ten widok spra­wił, że poczuła zarówno ulgę, jak i zasko­cze­nie. Ale porucz­nik Gun­naw nie żył. Plana zamknęła oczy, pró­bu­jąc pogo­dzić się z tą strasz­liwą świa­do­mo­ścią.

- Aresz­to­wać roz­bit­ków. Musimy się dowie­dzieć, gdzie wypro­du­ko­wano tę broń bio­lo­giczną i jak możemy znisz­czyć jej źró­dło - roz­ka­zało dowódco.

Statki się roz­pro­szyły. Dwa eiram­skie myśliwce zawi­nęły w uniku, sta­ra­jąc się zejść z linii strza­łów dwóch e'roniań­skich dia­blich maszyn. Licząc na to, że nikt nie będzie ści­gał jej cywil­nego frach­towca, Plana zanur­ko­wała ku powierzchni księ­życa, aby zatrzy­mać Bin­nota i Goia.

Jej nadzieje oka­zały się płonne. Pięć sekund póź­niej jeden z e'roniań­skich myśliw­ców prze­rwał pościg za pół­księ­ży­co­wym stat­kiem prze­ciw­nika i zaczął zmniej­szać dzie­lący ją od niego dystans. Plana wyko­nała ostry zwrot, odda­la­jąc się od księ­życa.

- Musimy wra­cać na Eiram - powie­działa do swo­jego dru­giego pilota, Lun­nta. - Nie damy rady w bez­po­śred­nim star­ciu z tymi maszy­nami.

Z gło­śni­ków dobiegł głos dowódco Ailee, ape­lu­ją­cego do wszyst­kich eiram­skich jed­no­stek w oko­licy:

- E'ronoh wzywa na pomoc swo­ich pilo­tów prze­by­wa­ją­cych poza sek­to­rem. Obie pla­nety wysłały duży kon­tyn­gent na Jedhę, ale nie możemy skon­tak­to­wać się z naszymi jed­nost­kami. Jeśli E'ronia­nie spro­wa­dzą tu posiłki, już po nas. Musimy unie­moż­li­wić im wysła­nie wia­do­mo­ści...

- Ile stat­ków? - Trans­por­to­wiec się zatrząsł - zostali tra­fieni. Prze­stali przy­śpie­szać. Lun­nto natych­miast zerwał się z fotela, żeby spró­bo­wać obejść uszko­dze­nie prze­wodu pali­wo­wego i powstrzy­mać wyciek. - Napraw to! Szybko! - wyce­dziła.

- A myślisz, że co robię?! - odkrzyk­nął Lun­nto, opusz­cza­jąc w pośpie­chu kok­pit i kie­ru­jąc się do maszy­nowni.

- Kapi­tan Van? Wszy­scy piloci! Sły­szy­cie mnie? Znisz­czyć te boje komu­ni­ka­cyjne - albo już za chwilę na głowę zwali nam się wię­cej e'roniań­skich stat­ków, niż będziemy w sta­nie zli­czyć!

Plana wark­nęła gniew­nie. Nie da rady wal­czyć z flotą e'roniań­skich stat­ków, ale jej małe podwójne działko mogło znisz­czyć boję.

- Zajmę się tym - powie­działa. - Wyno­śmy się stąd. Pięć boi obsłu­gu­ją­cych te pla­nety to C-12, C-13, A-01 do A-03. Mamy wystar­cza­jąco dużo paliwa i dość siły ognia, aby je zli­kwi­do­wać.

Sil­niki statku nagle zamru­czały satys­fak­cjo­nu­jąco. Lun­nto napra­wił prze­wód pali­wowy. Przy­śpie­szyli, kie­ru­jąc się ku pierw­szej boi, z e'roniań­skim dia­blim myśliw­cem wciąż sie­dzą­cym im na ogo­nie. Wystar­czył jed­nak jeden strzał, aby małe urzą­dze­nie eks­plo­do­wało w powo­dzi iskier.

Lun­nto wró­cił do kok­pitu z twa­rzą uma­zaną sma­rem.

- Co, jeśli będziemy ich potrze­bo­wali do kon­taktu z innymi sek­to­rami? - zapy­tał, wci­ska­jąc przy­ci­ski tak szybko, że led­wie nadą­żała za ruchami jego pal­ców.

"Nie mamy pew­no­ści, że to dobre roz­wią­za­nie" - pomy­ślała Plana, ale teraz potrze­bo­wali przy­wódcy.

- Niby po co? - rzu­ciła, bar­dziej do samej sie­bie niż do niego. - Nikt nam nie pomaga. Jeste­śmy w tym wszyst­kim osa­mot­nieni. Repu­blika twier­dzi, że chce nas wes­przeć, ale nie jeste­śmy jej czę­ścią, a syn kanc­lerz znisz­czył Era­smus. Jedi mieli pomóc w roz­mo­wach poko­jo­wych, ale te zakoń­czyły się fia­skiem. Jeste­śmy zdani na sie­bie, Lun­nto. - Zmarsz­czyła brwi. - Ta kly­to­bak­te­ria nie wzięła się zni­kąd. Jeśli E'ronoh otrzy­muje pomoc z zewnątrz, czas z tym skoń­czyć. Weź na cel kolejną boję. - Przy­śpie­szyła, zosta­wia­jąc wal­czące myśliwce w tyle.

Chwilę póź­niej ośle­pia­jący błysk i huk spra­wiły, że Plana upa­dła na pod­łogę; zawyły alarmy. Jej nawi­ga­tor, Pell, wszedł chwiej­nym kro­kiem do kok­pitu, dra­piąc się po nie­bie­ska­wej bro­dzie i mru­ga­jąc powoli.

- Hej, chyba ktoś do nas strzela! - mruk­nął chra­pli­wym gło­sem.

Plana prze­wró­ciła oczami. Ha! To ci dopiero była drzemka. Wsko­czyła z powro­tem na fotel pilota i pokle­pała czule kon­solę.

- No, a teraz pokaż, co potra­fisz - mruk­nęła, przy­śpie­sza­jąc do mak­sy­mal­nej pręd­ko­ści. Dia­bli myśli­wiec kon­ty­nu­ował atak, aż w końcu uwol­niła ich od niego pół­księ­ży­cowa eiram­ska maszyna. Trans­por­to­wiec Plany miał osłony dość mocne, żeby zdo­łali wytrzy­mać jesz­cze kilka tra­fień.

Kolejna boja znik­nęła w skwier­czą­cej kuli ognia. Plana była dobrą pilotką, ale w mło­do­ści rów­nież dosko­nale strze­lała. Nie­któ­rych rze­czy się nie zapo­mina. Następne urzą­dze­nie znaj­do­wało się po dru­giej stro­nie Eirama, ale nie musieli nawet tam lecieć.

- Kapi­tan Van? Ostat­nia boja komu­ni­ka­cyjna znisz­czona.

- Dosko­nale! - zawo­łała Plana, a załoga zawtó­ro­wała jej serią entu­zja­stycz­nych okrzy­ków. - Kto ją zdjął?

Cho­ciaż wal­czyli zale­d­wie od kilku minut, w gło­sie dowódco Ailee znać już było znu­że­nie:

- Trudno powie­dzieć. E'roniań­skie statki strze­lały jed­no­cze­śnie z naszymi. Wygląda na to, że pomy­śleli o tym samym.

Plana poczuła w całym ciele mro­wie­nie, gdy zwol­niła i zawró­ciła trans­por­to­wiec. W oddali prze­strzeń ota­cza­jącą Eirie roz­świe­tlały eks­plo­zje, pochła­nia­jące statki zarówno z Eirama, jak i E'ronoh. Znowu ginęli ludzie. Pomy­ślała o wszyst­kich innych pla­ne­tach i isto­tach w roz­le­głej galak­tyce - tak wielu przy­było na uro­czy­stą cere­mo­nię zaślu­bin zale­d­wie kilka tygo­dni temu. Teraz byli odcięci, bez szans na pomoc z zewnątrz. Pomy­ślała o tych wszyst­kich nowych bojach komu­ni­ka­cyj­nych umiesz­czo­nych przez nie­zli­czo­nych poszu­ki­wa­czy nad­prze­strzen­nych w ciągu ostat­nich kilku lat. Połą­czyły ich pla­nety z resztą galak­tyki. A teraz, w mgnie­niu oka znik­nęły - prze­stały ist­nieć.

Byli sami. Zdani tylko i wyłącz­nie na sie­bie. I ponow­nie w sta­nie wojny.

Rozdział drugi

POKŁAD "ZMIERZ­CHU"

Gella Nat­tai sie­działa w zacisz­nym kącie małej mesy na pokła­dzie "Zmierz­chu", czysz­cząc swoje mie­cze świetlne. Dziw­nie było mieć wła­sny sta­tek. Ele­gancki, o smu­kłej syl­wetce, sta­no­wił pre­zent od kanc­lerz Grey­lark - a teraz słu­żył jako śro­dek trans­portu grupce Jedi. Wszy­scy zmie­rzali na Jedhę z Coru­scant, gdzie Rada Jedi pozy­tyw­nie roz­pa­trzyła wnio­sek Gelli, pozwa­la­jąc jej zostać Poszu­ki­waczką. Począt­kowo wahali się co prawda, wyra­ża­jąc obawy, czy stres zwią­zany z wyda­rze­niami na Eira­mie zbyt mocno nią nie wstrzą­snął, ale gdy do obrad pro­wa­dzo­nych za zamknię­tymi drzwiami dołą­czył w for­mie holo­gramu mistrz Cre­igh­ton Sun, przy­chy­lili się osta­tecz­nie do jej prośby. Pomimo wszyst­kiego, co wyda­rzyło się na Eira­mie i E'ronoh, z tej całej sytu­acji wyni­kło rów­nież coś pozy­tyw­nego: zyskała w końcu pew­ność.

Po jakimś cza­sie spę­dzo­nym w tam­tej­szej świą­tyni myślała, że jest gotowa kon­ty­nu­ować swoje medy­ta­cje w Jedha City, ale wie­ści od Aidy, które nade­szły zale­d­wie wczo­raj, pokrzy­żo­wały jej plany. Wia­do­mość o zama­chu bom­bo­wym, do któ­rego doszło pod­czas cere­mo­nii pod­pi­sa­nia trak­tatu poko­jo­wego, zszo­ko­wała wszyst­kich. A teraz Gella nie mogła prze­stać myśleć o Axelu i o tym, czy fak­tycz­nie od początku coś go łączyło ze Ścieżką Otwar­tej Dłoni.

Bez prze­rwy ana­li­zo­wała wszyst­kie ich roz­mowy i spo­tka­nia, odtwa­rza­jąc je w myślach niczym zapę­tlone nagra­nie. Każde kłam­stwo, które usły­szała z jego ust. Każde spoj­rze­nie. Czy­tała raporty służb Repu­bliki z jego prze­słu­chań po tym, jak został uwię­ziony, ale nie zna­la­zła w nich ani nic god­nego uwagi, ani odpo­wie­dzi na pyta­nie, dla­czego jej wła­sna intu­icja ją zawio­dła. Sytu­ację pogar­szał jesz­cze fakt, że gdzie nie spoj­rzała, przy­po­mi­nało jej o Axelu luk­su­sowe wypo­sa­że­nie "Zmierz­chu", oso­bi­ście przez niego wybrane. Mar­mu­rowe posadzki i obi­cia ze szczot­ko­wa­nego jedwa­biu wyda­wały się tu dziw­nie nie na miej­scu. Potrzą­snęła głową i się­gnęła po ostro zakoń­czone narzę­dzie, aby usu­nąć dro­binki brudu z małych szcze­lin wzdłuż ręko­je­ści. Następ­nie użyła szmatki do pole­ro­wa­nia i tarła meta­lowe powierzch­nie z takim zapa­łem, że pomimo iż w pomiesz­cze­niu pano­wał chłód, zro­biło jej się gorąco. Mie­cze świetlne były już tak czy­ste, jak tylko to moż­liwe, ale Gella wciąż pocie­rała je szmatką, jakby od tego zale­żało jej życie. Potrze­bo­wała cze­goś do roboty, nawet jeśli miało to ozna­czać pole­ro­wa­nie broni tak długo, aż zostaną z niej jedy­nie meta­lowe wióry.

- Hej!

W progu mesy sta­nął mistrz Jedi Orin Darhga. Przy­go­to­wała się na żart, który zwy­kle padał z jego ust po sło­wach powi­ta­nia, ale Orin wyda­wał się dziw­nie nie­swój. Poważny. Jego rudo­brą­zowe włosy i broda były jak zwy­kle potar­gane, ale nie­bie­skie oczy nie lśniły psot­nie. Kop­nął lekko czub­kiem buta we fra­mugę.

- Co się stało?

- Wia­do­mość od mistrza Cre­igh­tona Suna i Aidy Forte. Ozna­czona jako pilna. Wiem, że nie musisz jej odbie­rać, ale pamię­tam rów­nież, że ty i Cre­igh­ton czę­sto współ­pra­co­wa­li­ście. Wybór należy od cie­bie.

- Jasne.

Gella wstała i podą­żyła za nim do pomiesz­cze­nia w samym sercu statku, w któ­rym znaj­do­wała się duża kon­sola łącz­no­ści z pole­ro­wa­nego szkła. Zgła­szała się na ochot­nika i ofe­ro­wała swój sta­tek jako śro­dek trans­portu innym Jedi, kiedy tylko mogła. Wciąż dziw­nie się czuła, mając go na wła­sność. Prawdę powie­dziaw­szy, po roz­mo­wie z Aidą i infor­ma­cji o zama­chu, natych­miast zaczęła przy­go­to­wa­nia do podróży na Jedhę - tak na wszelki wypa­dek. Żywiła jed­nak nadzieję, że zanim znik­nie pośród krę­tych uli­czek Świę­tego Mia­sta, usły­szy, iż nego­cja­cje zakoń­czyły się suk­ce­sem. Chciała w końcu oczy­ścić swój umysł ze wszyst­kiego, co miało jaki­kol­wiek zwią­zek z Eira­mem lub E'ronoh - a zwłasz­cza z Axe­lem.

- Czy wszystko w porządku? - Orin szturch­nął ją łok­ciem.

- Tak, tak, oczy­wi­ście. Dla­czego pytasz?

- Żyłka na skroni pul­suje ci tak, jakby miała lada chwila pęk­nąć.

Nic na to nie odpo­wie­działa.

- Posłu­chaj - wes­tchnął. - Cała ta sprawa z Grey­lar­kiem... Wszystko, co wyda­rzyło się na E'ronoh i Eira­mie - to nie twoja wina. Odwa­li­łaś kawał dobrej roboty. Nie możesz sie­bie winić za to, że ktoś ma złe inten­cje.

- Powin­nam była lepiej oce­nić całą sytu­ację - powie­działa gorzko.

- Ależ wła­śnie to zro­bi­łaś. Do samego końca robi­łaś to, co słuszne. Cho­dzi o to, na co się liczy, prawda? Mia­łem nadzieję, że nie urażę nikogo jakimś głu­pim żar­tem na przy­ję­ciu w kon­su­la­cie w zeszłym tygo­dniu, ale to zro­bi­łem. Skąd mia­łem wie­dzieć, że na Tran­do­shy żarty zwią­zane z zała­twia­niem swo­ich potrzeb fizjo­lo­gicz­nych są uzna­wane za rzu­ce­nie wyzwa­nia do walki?

- Orin...

- Hej, przy­naj­mniej wygra­łem! - Pokle­pał swój miecz świetlny. - Ale to nauczka na przy­szłość. Nie wszy­scy lubią klo­aczny humor. Poza tym naj­wy­raź­niej nie jestem dobrym mate­ria­łem na amba­sa­dora. Ach, oto i jeste­śmy.

Główny prze­dział statku był duży i wypo­sa­żony w ele­ganc­kie sre­brzy­ste krze­sła. Cze­kała już na nich z nie­cier­pli­wo­ścią czwórka innych Jedi - dwoje ludzi, Twi'lek i Iktot­chi. Od początku podróży Gella izo­lo­wała się tak sku­tecz­nie, że nawet ich jesz­cze nie poznała.

W powie­trzu zama­ja­czyły holo­gra­ficzne posta­cie Cre­igh­tona Suna i Aidy Forte. Połą­cze­nie było nie­sta­bilne, a kra­wę­dzie syl­we­tek - roz­myte, co nie dzi­wiło, bio­rąc pod uwagę burze pia­skowe sza­le­jące na Jedzie. Twarz Cre­igh­tona szpe­ciło kilka roz­cięć, a Aida wyglą­dała na do cna wyczer­paną. Szaty obojga były podarte i postrzę­pione.

Gella zaczerp­nęła gwał­tow­nie tchu, zasko­czona. "O, nie... Co tam się wyda­rzyło?" - jęk­nęła w duchu, gdy Cre­igh­ton zaczął:

- Roz­mowy poko­jowe zakoń­czyły się cał­ko­wi­tym fia­skiem. Bitwa wresz­cie dobie­gła końca...

- Bitwa? Wcze­śniej wspo­mnie­li­ście, że ta eks­plo­zja to zwy­kły... incy­dent - wykrztu­siła Gella.

- Wybu­chły zamieszki - wyja­śniła ponuro Aida. - Nie mamy pew­no­ści, ale sądzimy, że to sprawka Ścieżki Otwar­tej Dłoni.

- Albo jakiejś mniej­szej frak­cji w jej sze­re­gach - dodał Cre­igh­ton. - Wiemy, że Herold - Werth Plo­uth - był w jakiś spo­sób zaan­ga­żo­wany w zamieszki, ale nie mamy poję­cia, czy je wywo­łał, czy po pro­stu do nich dołą­czył. Wer­sje tej histo­rii co chwila się zmie­niają. Nie wiemy też, czy celowo pró­bo­wali dopro­wa­dzić do zerwa­nia nego­cja­cji poko­jo­wych, czy zwy­czaj­nie roz­wście­czyła ich obec­ność Jedi. Wielu z nas wciąż docho­dzi do sie­bie po bitwie.

- Co takiego? Masz na myśli, że są ranni? - zapy­tał twi'lekań­ski Jedi.

- Tak, ale nie­któ­rzy ucier­pieli rów­nież w inny spo­sób. Nie potra­fimy tego wyja­śnić. Część nie odnio­sła co prawda obra­żeń fizycz­nych, ale zostali... obez­wład­nieni. Nie jeste­śmy pewni, czy to tok­syna, czy coś innego. Były ofiary, a Jedi nie są jedy­nymi poszko­do­wa­nymi.

- Ilu? - zapy­tał Orin. - Ilu zabi­tych? Ilu ran­nych?

- Nie mamy jesz­cze dokład­nych danych, ale wielu jedhań­skich cywi­lów zostało ran­nych lub utra­ciło dach nad głową, a samo mia­sto poważ­nie ucier­piało. Ostatni posąg Jedi legł w gru­zach.

Roz­legł się zbio­rowy okrzyk zasko­cze­nia.

Gdy głos zabrała Aida, spra­wiała wra­że­nie raczej złej niż smut­nej:

- Nie znamy stanu archi­wów, które się pod nim mie­ściły. Budynki zostały zrów­nane z zie­mią. Trudno w tej chwili oce­nić pełen zakres znisz­czeń.

- Zasu­ge­ro­wa­li­śmy Radzie Jedi i kanc­le­rzom, aby zwró­cić się bez­po­śred­nio do Ścieżki na Dal­nie - powie­dział Cre­igh­ton, prze­cho­dząc do oma­wia­nia dal­szych szcze­gó­łów bitwy, ale Gella już go nie słu­chała. W piersi czuła nie­zno­śny ucisk - jesz­cze nie­dawno oglą­dała posąg pod­czas swo­jej ostat­niej piel­grzymki do Świę­tego Mia­sta. Na­dal miała świeżo w pamięci widok zapie­ra­ją­cego dech w pier­siach powietrz­nego spa­ceru kapłanki Śpie­wa­ją­cej Góry, z posą­giem góru­ją­cym maje­sta­tycz­nie w tle. Była pewna, że prze­trwa tam kolejne tysiąc­le­cia i że będą go podzi­wiać jesz­cze nie­zli­czeni Jedi. Oczami duszy ujrzała, jak roz­pada się na kawałki, a wszę­dzie unosi się kurz, uka­zu­jąc, jak wstrzą­sa­jąco kru­chy był w isto­cie. Przez krótką chwilę miała para­li­żu­jącą wizję upa­da­ją­cych Jedi - zarówno tych, któ­rych znała, jak i tych, któ­rych ni­gdy nie spo­tkała.

Obraz znik­nął jed­nak rów­nie szybko, jak się poja­wił. Potrzą­snęła głową i sku­piła się na tu i teraz.

- Czy Rada Jedi wie? Kanc­le­rze? - weszła Cre­igh­to­nowi w słowo.

Mistrz Sun potrzą­snął głową.

- Nie jeste­śmy pewni. Wysła­li­śmy wia­do­mość na Coru­scant, ale nasze boje komu­ni­ka­cyjne dale­kiego zasięgu zostały znisz­czone wkrótce potem, praw­do­po­dob­nie przez ucie­ka­ją­cych człon­ków Ścieżki. Nie otrzy­ma­li­śmy odpo­wie­dzi od żad­nego z kanc­le­rzy.

- W mie­ście panuje kom­pletny chaos - pod­jęła Aida. - Potrze­bu­jemy waszej pomocy przy dopro­wa­dze­niu wszyst­kiego do ładu. Grze­ba­niu zmar­łych. Ale musimy was ostrzec - cokol­wiek wywo­łało u nie­któ­rych z Jedi ten... stan, tę cho­robę, może poten­cjal­nie wpły­nąć rów­nież na was. Prze­szu­ka­li­śmy mia­sto na tyle, na ile się dało, ale nie wiemy, co to spo­wo­do­wało ani dla­czego prze­stało wywie­rać na nas ten dziwny wpływ. Musi­cie mieć się na bacz­no­ści.

Gella miała mętlik w gło­wie od natłoku infor­ma­cji, od gło­sów, od tego całego cha­osu. Po tym, jak Axel tra­fił do wię­zie­nia, pod­pi­sa­nie trak­tatu na Jedzie powinno dopro­wa­dzić wszystko do końca, raz na zawsze. To miał być począ­tek nowego roz­działu, w któ­rym Eiram i E'ronoh mogłyby wresz­cie zacząć napra­wiać wza­jemne sto­sunki i budo­wać trwały pokój. Wszystko, o co wal­czyła przez ostat­nie tygo­dnie, roz­pa­dało się na kawałki. Pomy­ślała o Xiri i Phan-tu i na myśl o bólu, który poczują, gdy się o tym wszyst­kim dowie­dzą, nie­mal pękło jej serce. Byli jej przy­ja­ciółmi. Ich pla­nety zasłu­gi­wały na lep­szy los. Oni zasłu­gi­wali na wię­cej.

Nara­stał w niej gniew. Axel musiał wie­dzieć, że do tego doj­dzie. Tak wiele przed nią ukry­wał. Praw­do­po­dob­nie sie­dział teraz gdzieś w celi, a jedze­nie poda­wano mu na ład­nej tacy. Nie zdzi­wi­łaby się, gdyby oka­zało się, że osa­dzono go w jakimś luk­su­so­wym ośrodku dla prze­stęp­ców - wszak był synem samej kanc­lerz Grey­lark. Bar­dzo żało­wała, że nie prze­słu­chała go oso­bi­ście. Pyta­nie brzmiało: czy w ogóle obcho­dziły go kon­se­kwen­cje jego dzia­łań? Czy odczu­wał żal?

Co waż­niej­sze jed­nak: czego jesz­cze mogą się spo­dzie­wać? Co, jeśli to tylko pre­lu­dium do cze­goś więk­szego? Stawką mogły być miliony ist­nień.

Jeśli coś wie­dział, zmu­si­łaby go, żeby jej to wyznał. W ten lub inny spo­sób.

Chciała też jego cho­ler­nych prze­pro­sin. Szcze­rych.

- Gello? Sły­szysz mnie?

Orin dotknął jej rękawa. Pozo­stali Jedi opu­ścili już prze­dział i Gella zorien­to­wała się, że stoi, samotna, z zaci­śnię­tymi pię­ściami.

- Prze­pra­szam. Co mówi­łeś?

- Jedi przy­go­to­wują się do podróży na Jedhę. Cre­igh­ton i Aida opusz­czają sek­tor, żeby nawią­zać kon­takt z Radą i kanc­le­rzami.

Gella oswo­bo­dziła się z jego uści­sku i sta­nęła z nim twa­rzą w twarz.

- Nie mogę lecieć na Jedhę. Zosta­wię ich w Jedha City, ale muszę odna­leźć Axela Grey­larka.

- Syna pani kanc­lerz? Po co? Prze­cież od dawna jest w wię­zie­niu. Sły­sza­łem, że został osa­dzony w zakła­dzie na Pipy­y­rze, nie­da­leko Bakury.

- Nie obcho­dzi mnie, gdzie prze­bywa. Muszę z nim poroz­ma­wiać. Mam prze­czu­cie, że wie­dział, iż to wszystko się wyda­rzy, i może mieć infor­ma­cje na temat tego, czego powin­ni­śmy się spo­dzie­wać.

Orin pró­bo­wał jesz­cze coś do niej mówić, ale ona szła już do kok­pitu, aby spro­wa­dzić sta­tek na pla­netę. Musiała się sku­pić na pilo­tażu, ale było to trudne, gdy widziała dym uno­szący się ze zgliszcz Świę­tego Mia­sta, strza­skany posąg Jedi i szczątki budyn­ków, świad­czące o prze­ra­ża­ją­cych sce­nach, roz­gry­wa­ją­cych się w miej­scu będą­cym oazą pokoju dla wszyst­kich, któ­rzy w jakiś spo­sób czcili Moc. Wyczu­wała kipiące wszę­dzie ból, stratę i gniew. Ale powinna w tej chwili znaj­do­wać się gdzieś indziej. Czuła, że jakaś nie­wi­dzialna siła cią­gnie ją na Pipyyr, gdzie znaj­dzie Axela. I odpo­wie­dzi.

Zamy­kała już właz "Zmierz­chu" i przy­go­to­wy­wała się do startu, gdy Orin wszedł do kok­pitu i usiadł w fotelu dru­giego pilota.

- Hej! Co ty wypra­wiasz? - zdzi­wiła się.

- Nie pusz­czę cię tam samej - odparł, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Lecę z tobą.

- Nie, nie lecisz. - Odwró­ciła się i spoj­rzała na niego surowo. - Rada potrze­buje cię na Jedzie. A ja znam Axela lepiej niż kto­kol­wiek inny. Może nawet lepiej niż sama kanc­lerz Grey­lark.

- Nie wąt­pię w to. Ale powin­naś wie­dzieć, że uparte izo­lo­wa­nie się i obsta­wa­nie przy tym, że ty jedyna jesteś w sta­nie roz­wią­zać ten pro­blem... sta­nowi pro­blem samo w sobie. Pobudki, któ­rymi się kie­ru­jesz, nie są zdrowe. A fakt, że jesteś w tej chwili wście­kła, mówi sam za sie­bie.

- Nie jestem wście­kła! - zapro­te­sto­wała nieco gwał­tow­niej, niż pla­no­wała. Zamknęła na chwilę oczy.

- Przy­naj­mniej nie leć tam samotna i wście­kła. Naprawdę mógł­bym ci pomóc.

Teraz Gella miała ochotę się roze­śmiać. Znała Orina od lat, a pod­czas tej podróży spę­dziła z nim wię­cej czasu niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Wyda­wał się nie­po­praw­nym opty­mi­stą, a jego wieczny dobry humor momen­tami nie­mal ją draż­nił. Tęsk­niła za bar­dziej zna­jo­mym wspar­ciem w postaci wska­zó­wek Cre­igh­tona Suna. Pomógł jej prze­trwać wiele trud­nych chwil pod­czas wyda­rzeń na Eira­mie i E'ronoh.

- Niby jak? - zapy­tała go.

- Po pierw­sze, jestem mistrzem Jedi. Jestem Jedi znacz­nie dłu­żej niż ty. A po dru­gie, cho­ciaż jako Poszu­ki­waczka nie potrze­bu­jesz spe­cjal­nej zgody Rady Jedi, to, co robisz, wpływa na ich decy­zje. Jeśli będę ci towa­rzy­szył, twój wybór wyda im się mniej pochopny. Nie potrak­tują tego jako wybryku podyk­to­wa­nego uczu­ciami.

- Ale ja... - Gella urwała w pół zda­nia. Zamknęła usta i pozwo­liła, by słowa Orina do niej dotarły. Miał rację. A ona fak­tycz­nie była na tyle wście­kła, że gniew mógł wpły­nąć na jej osąd. Orin wyglą­dał, jakby miał zaraz kich­nąć, co zapewne - jak do niej dotarło - było u niego odpo­wied­ni­kiem poważ­nej miny.

- Ja rów­nież wyczu­wam, że coś się szy­kuje - powie­dział, spo­glą­da­jąc na pył i dym spo­wi­ja­jące Jedha City. Błę­kitne niebo było w jakiś prze­wrotny, uparty spo­sób zachwy­ca­jąco piękne - urze­ka­jące tło, sto­jące w jaskra­wym kon­tra­ście z kosz­ma­rem, który roze­grał się tam, w dole. - Czu­łem to od jakie­goś czasu, ale teraz już wiem, że nie cho­dzi o to, co stało się na Jedzie. Tylko o coś innego. - Zapiął uprząż bez­pie­czeń­stwa. - Wsze­dłem na pokład tego statku, aby gasić pożary. I oto jesteś ty: upar­cie zapusz­cza­jąca się w naj­go­ręt­sze otchła­nie pie­kła. Ale ja nie odpusz­czę. Ruszajmy.

Orin miał w zwy­czaju w mgnie­niu oka prze­cho­dzić od powagi do żar­tów, co wypro­wa­dzało ją z rów­no­wagi. Być może jed­nak w podobny spo­sób jego obec­ność wpły­nie na Axela, a to mogło oka­zać się przy­datne.

Ski­nęła głową.

- W porządku zatem. Choć nie sądzę, by moja podróż jako Poszu­ki­waczki zaczy­nała się wła­śnie teraz. Pre­sja Mocy, którą czu­łam, pro­wa­dząca mnie do wyboru tej drogi... Nie potra­fię tego do końca wyja­śnić, ale wiem, że nie zaczyna się od tej nie­do­koń­czo­nej sprawy z Axe­lem. Może nastąpi to póź­niej, jak już wszystko sobie poukła­dam. - Zaczęła wpro­wa­dzać współ­rzędne do sys­temu nawi­ga­cji, a Orin prze­jął stery. "Zmierzch" wzbił się w powie­trze i już wkrótce zosta­wili Jedhę daleko w tyle. - Dzięki, Orin, że zde­cy­do­wa­łeś się mi towa­rzy­szyć. Cie­szę się, że nie muszę tego robić sama.

- Nie ma za co, Gella. - Spoj­rzał na nią z ukosa. - Chciał­bym tylko, żebyś o tym pamię­tała, gdy moje żarty zaczną cię męczyć. A skoro już o tym mowa, sły­sza­łaś ten o węglo­ga­rze, który pró­bo­wał pra­co­wać w pie­karni na Coru­scant? Nie przy­jęli go, bo oka­zał się spa­lony.

Gella prze­wró­ciła oczami. Nad­świetlna czy nie, ta podróż będzie naprawdę długa.

Nie minęło wiele czasu, nim dotarli na Pipyyr, choć musieli lecieć krętą trasą przez teren Jądra i z powro­tem przez Zewnętrzne Rubieże, wybie­ra­jąc spraw­dzone i dobrze zba­dane szlaki. I dzięki niech będą gwiaz­dom za nad­prze­strzeń, bo Gella nie była pewna, ile znie­sie jesz­cze iry­tu­ją­cych żar­tów Orina, zanim z roz­pa­czy nie powy­rywa sobie z głowy wszyst­kich ciem­nych loków. Może mimo wszystko popeł­niła błąd?

- Gella? - dobiegł z tyl­nego prze­działu gromki głos Orina. - Już pra­wie jeste­śmy na miej­scu.

Prze­szła do kok­pitu i patrzyła, jak roz­myte świa­tło nad­prze­strzeni gaśnie za ilu­mi­na­to­rami. Wkrótce uno­sili się w pobliżu sza­rej pla­nety. W oko­licy znaj­do­wały się dwa księ­życe, oba podziu­ra­wione kra­te­rami. Malutka kropka na ich obrze­żach musiała być Bakurą.

- Poin­for­mo­wa­łem już punkt kon­troli bez­pie­czeń­stwa, że wkrótce lądu­jemy.

Gdy prze­le­cieli przez war­stwę chmur, Gella rozej­rzała się dookoła. Opary się roz­rze­dziły, uka­zu­jąc jej oczom ska­li­stą pla­netkę usianą głę­bo­kimi, wypeł­nio­nymi wodą niec­kami. Nie rosło tu zbyt wiele roślin­no­ści, ale przy brze­gach woda miała tok­syczny, zie­lony odcień. Na szczy­tach ska­li­stych gór i wzgórz znaj­do­wało się kilka wio­sek. Nikt nie osie­dlał się w pobliżu sadza­wek.

- To tam - powie­działa Gella, wska­zu­jąc na szczyt jed­nego ze wznie­sień. Niczym żywy krysz­tał wyra­stał na niej budy­nek w kształ­cie sze­ścianu. Obok znaj­do­wało się pła­skie lądo­wi­sko wykute w skale, miga­jące miria­dami świa­teł.

- Widzia­łem Axela Grey­larka w Holo­Ne­cie - oznaj­mił Orin. - Nadziany lowe­las. Wygląda na to, że prze­niósł się do nowego pałacu.

Gella ski­nęła głową i przy­gry­zła wargę. Wie­działa, że pod­czas ich pierw­szej roz­mowy musi mieć pełną kon­trolę nad sytu­acją - w prze­ciw­nym razie wszystko może pójść nie tak i nie uzy­ska żad­nych infor­ma­cji.

- Jaki on jest? Ten chłop­taś? - zapy­tał Orin. - To zna­czy: twoim zda­niem?

- Sprytny. Prze­bie­gły. Cza­ru­jący.

- Chyba już się w nim zako­chuję - skwi­to­wał Orin.

- Jest cho­dzącą defi­ni­cją cha­ry­zmy - dodała Gella. - Ale nie prze­pada za Jedi, z powodu kiep­skich doświad­czeń zwią­za­nych ze śmier­cią ojca. Nie daj się jed­nak zwieść pozo­rom. Pod tym blich­trem cele­bryty jest roz­pacz­li­wie nie­pewny.

Orin zacmo­kał.

- Lubisz go, prawda?

Gella prze­chy­liła głowę na ramię.

- Tego nie powie­dzia­łam.

- Nie musia­łaś.

Spró­bo­wała wyci­szyć umysł i wzięła głę­boki oddech.

- Jest cwany. Ale wyczu­łam w nim rów­nież pewną... wraż­li­wość. W głębi duszy to dzie­ciak, który wciąż cierpi. Zanim zro­zu­mia­łam, kim jest, szu­ka­łam w nim dobra. - Zmarsz­czyła brwi. - A gdy przy­po­mina mi się o moich błę­dach w oce­nie sytu­acji, odru­chowo się sta­wiam. To, co zro­bi­łam, miało olbrzy­mie kon­se­kwen­cje, Orin.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki