Prolog
POKŁAD "ELEKTRYCZNEGO SPOJRZENIA", NADPRZESTRZEŃ
Binnot Ullo przechadzał się w tę i we w tę
po sali konferencyjnej na pokładzie "Elektrycznego Spojrzenia". Po jego
prawej stronie znajdował się iluminator, przez który do środka wpadało
hipnotyzujące światło nadprzestrzeni, podczas gdy statek pędził w kierunku układu Eirama i E'ronoh. Binnot przystanął w pewnym momencie,
żeby wyjrzeć na zewnątrz, ale widok go irytował. Chciał już tam być, coś
robić, działać.
Gdy ponownie zatrzymał się w okolicach grodzi, aby kolejny raz zawrócić,
znalazł się przed lustrem oprawionym w ramę intarsjowaną polerowanym
szkłem. Od niego również szybko oderwał wzrok. Czekał tu już prawie
godzinę. Ale dla szansy, by dokonać czegoś jeszcze - wreszcie stać się
dla Matki kimś więcej - zamierzał zdobyć się na cierpliwość. Nagle drzwi
się otworzyły i kobieta weszła do środka. Zawsze zaskakiwało go to, jak
zwyczajna wydawała się na pierwszy rzut oka, a jednak jak niezwykła
okazywała się po bliższym poznaniu. Na jej czole widniały trzy faliste
linie wymalowane błękitną farbą z muszli brikal, chociaż od niedawna
niektórzy z członków Ścieżki zaczęli je malować pionowo. Jej szaty były
proste, ale je również zdobiły niebieskie modlitewne linie. Od czasu,
gdy widział ją po raz ostatni, pośród jej ciemnobrązowych włosów
pojawiło się więcej srebrnych pasemek, a ona sama wydawała się znacznie
starsza. Mimo to, w przeciwieństwie do reszty członków Ścieżki Otwartej
Dłoni, nadal nosiła naszyjnik wysadzany klejnotami, a jej szaty uszyto z delikatniejszego, jedwabistego materiału. Ale tym, co czyniło ją
wyjątkową, był nie tyle jej wygląd, ile sposób, w jaki się zachowywała -
całkiem, jakby wszystko widziała. Jakby wiedziała.
Zza jej pleców dobiegł warkot - tak niski, że Binnot wyczuł jego
wibracje w opuszkach palców. Matka odwróciła się, żeby szybko zamknąć
drzwi.
- Czy został nakarmiony? - zapytał Binnot.
- Tak. W tej chwili jest dość spokojny. Podobnie jak i ty, Binnot. -
Uśmiechnęła się delikatnie, a on poczuł się tak, jak zawsze, gdy
poświęcała mu całą swoją uwagę. Jakby mógł stawić czoła wszystkiemu - i wszystkim - w całej galaktyce.
Zajęła miejsce przy stole na środku pokoju, ozdobionym podobnie rżniętym
szkłem, co lustro - lśniącym niczym kryształki lodu rozrzucone po
blacie. Nie zaprosiła go, by do niej dołączył. Nie oponował jednak.
Wolał nie czuć się zbyt komfortowo. Miał zadanie do wykonania.
- Mój statek jest gotowy do drogi - powiedział.
- A Goi Ganok? - Matka uniosła brew.
- Również.
- Dobrze odegra rolę roztrzęsionego niewiniątka - stwierdziła. - Ale
będziesz musiał mieć na niego oko. Brakuje mu twoich talentów, Binnot.
Skinął głową, starając się zamaskować uśmiech, który pojawił się na jego
ustach na dźwięk komplementu.
- Załadowaliśmy już klytobakterię na pokład. Upewnimy się, że zostaniemy
wykryci przez e'roniański statek, gdy tylko wejdziemy w neutralny
korytarz między E'ronoh a Eiramem w pobliżu ich księżyca.
Osobiście dopilnował umieszczenia dużych, wypełnionych cieczą cylindrów
w ukrytych przedziałach statku. Nie znajdzie ich nikt, kto dokona
pobieżnej inspekcji... ale trafi na nie z pewnością każdy, kto będzie
szukał dobrego powodu do wznowienia wojny.
- Doskonale. - Matka złączyła długie, smukłe palce w piramidkę. Złota
bransoletka zsunęła się z jej nadgarstka, znikając pod rękawem. - Gdy
tylko znajdziecie się w pobliżu e'roniańskiej przestrzeni, wysadzisz
silnik i zażądasz, żeby odholowano was na księżyc celem dokonania
napraw... - poinstruowała go.
- A drugi silnik wybuchnie na miejscu, gdy tylko upewnimy się, że
eiramski statek będzie w zasięgu. - Odwrócił się i znowu zaczął
spacerować po pomieszczeniu. - Ale co z Jedhą?
- A co z nią?
- Traktat pokojowy nie został podpisany. Wojna i tak rozgorzeje na nowo.
Czy na pewno jestem ci potrzebny do wypełnienia tej misji? Stać mnie na
więcej...
- Wiem, że wiele potrafisz. - Matka znów się uśmiechnęła, a potem wstała
i podeszła do Binnota. Przewyższał ją niemal o głowę. Położyła mu dłonie
na ramionach i odwróciła go w stronę ściany. Czy może raczej lustra.
Było wystarczająco duże, by odbić sylwetki ich obojga, ale teraz widniał
w nim tylko Binnot, a postać Matki jawiła się za nim, ledwie widoczna,
niczym cień. W przeciwieństwie do innych Mirialan, jego bladozieloną
skórę zdobiły jedynie nieliczne symbole. Wynikało to z faktu, że
dołączył do Ścieżki, gdy ukończył zaledwie dziesięć lat, i nie zdobył
większej liczby tatuaży, świadczących o jego osiągnięciach, co miałoby
miejsce, gdyby spędził na Mirialu całe swoje życie. Matka podchwyciła w lustrze jego wzrok.
- Wiem, o czym myślisz. Dostąpisz zaszczytu i otrzymasz szansę
przecierania własnego szlaku, krocząc Ścieżką - nawet jeśli oznaki
twoich osiągnięć nie będą widoczne na skórze, ale w tobie, w twoim
wnętrzu. Dla mnie twoja wartość wciąż rośnie, Binnot.
- Tak, Matko.
- Bitwa o Jedhę dobiegła końca - dodała, wciąż skryta w jego cieniu. -
Herold dopilnował, aby posąg Jedi na obrzeżach Świętego Miasta, który od
niepamiętnych czasów szpecił ten krajobraz, legł w gruzach. A wszelkie
szanse utrwalenia porozumienia pokojowego między Eiramem a E'ronoh
zostały unicestwione. - Jej dłonie, spoczywające na ramionach Binnota,
dziwnie zesztywniały. Coś w Jedzie ją niepokoiło. - Herold podżegał do
wszczęcia zamieszek przeciwko użytkownikom Mocy.
- Ale czy nie taki był... plan? - zapytał Binnot.
Matka zwlekała przez chwilę z odpowiedzią. W końcu zabrała dłonie z jego
ramion i zaczęła go powoli okrążać, podczas gdy on nadal stał nieruchomo
przed lustrem.
- Niezupełnie. Celem było doprowadzenie do zerwania rozmów pokojowych.
Ale Herold działał na własną rękę. Nie tak chcę prowadzić Ścieżkę. O wiele łatwiej jest działać pod wpływem chwili, tak jak zrobił to on, niż
realizować szerszą wizję.
- A jaka jest twoja wizja, Matko? - spytał ją.
- Że to ja jestem Ścieżką. - Nachyliła się do niego. - A ręka Ścieżki
wkrótce sięgnie aż po krańce galaktyki, o wiele dalej, niż Republika czy
Jedi mogliby sobie kiedykolwiek wyobrazić.
Binnotowi przyszło do głowy, że nie musiała mu wcale o tym mówić - o swoich nadziejach i rozczarowaniu Heroldem. To była... oznaka zaufania.
Prawie się uśmiechnął. W głębi duszy jej plan go zachwycał, a głupi błąd
Nautolanina oznaczał, że jego miejsce u boku Matki mogło się zwolnić.
Był na to gotów - gdyby tylko dostrzegła jego potencjał.
- Skoro rozmowy pokojowe zostały przerwane, to po co wszczynać wojnę z pomocą klytobakterii? - Obejrzał się na nią. Nie mógł już dłużej patrzeć
na swoje odbicie. Matka z pewnością wiedziała, że wprawia go to w podenerwowanie. Znał tę sztuczkę. Nauczył się jej dawno temu. Wystarczy
wytrącić kogoś z równowagi, a będzie bardziej skłonny do mówienia prawdy
- czyż nie?
- Broń biologiczna, użyta przeciwko Eiramowi. Nie dostrzegasz w tym
ironii? - spytała go. - Po tym, czego próbowała dokonać ich królowa,
produkując truciznę? Po tym, jak wycofała się z naszej umowy dotyczącej
jej użycia i zamknęła swój ośrodek badawczy przed tym śmiesznym,
fikcyjnym ślubem? To zbyt dobry pomysł, by przepuścić kolejną okazję do
zagwarantowania, że wojna będzie trwała nadal. E'ronoh zaprzeczy, że to
oni za wszystkim stoją, ale sam fakt istnienia bakterii stanie się
kolejnym powodem do przemocy. I tak oto walka rozgorzeje na nowo.
Potrzebuję konfliktu, aby płonął jak ogień, Binnot. Ścieżka tego
potrzebuje. Potrzebujemy chaosu. Dzięki niemu będziemy mogli zrobić w tej galaktyce coś więcej.
- Chaos - powtórzył. Czy miała na myśli Axela? Ale Greylark przebywał
obecnie w więzieniu. Z pewnością on sam, Binnot, był w tym momencie
bardziej przydatny niż syn pani kanclerz. Odwrócił się i przyłożył dłoń
do skroni. Głowa zaczynała mu pulsować lekkim bólem.
- Czy wszystko w porządku, moje dziecko? - zatroskała się Matka,
ponownie zajmując swoje miejsce przy stole.
- Oczywiście - zapewnił ją, może odrobinę zbyt szybko. Zawsze czuł się w jej obecności nieco nieswojo. Nie wydawała się onieśmielająca, ale jego
ciało mówiło co innego. A może to dlatego, że w jej pobliżu zawsze
kręcił się Niwelator? Sam jego złowieszczy wygląd przyprawiał go o mdłości.
- Taak - powiedziała Matka, wskazując bliżej nieokreślonym gestem
przestrzeń za iluminatorem "Elektrycznego Spojrzenia". - Chaos. Mój
chaos. Mówię o Axelu Greylarku.
- Axel Greylark - powtórzył Binnot, starając się nie okazywać zazdrości.
- Ten sam Axel Greylark, który przebywa obecnie w więzieniu?
- Nie potrwa to długo - zapewniła go. - Po tym, jak twoja misja
wzniecenia wojny na nowo zakończy się sukcesem, musisz odbić Axela z więzienia na Pipyyrze.
- Ale on cię zdradził. Zdradził nas wszystkich - warknął Binnot.
- Owszem. I nie pozwolę mu o tym zapomnieć - zapewniła go Matka i zacisnęła usta. - Ale bardziej przyda mi się poza więzieniem niż w nim.
- Obrzuciła Binnota czujnym spojrzeniem spod zmarszczonych brwi. - O co
chodzi, moje dziecko? Nie wyglądasz na zachwyconego myślą o ponownym
spotkaniu ze swoim dobrym przyjacielem.
W ciągu ostatnich kilku lat Axel pojawiał się i znikał ze świata Matki
zgodnie z własnymi życzeniami. Binnot uwielbiał spędzać z nim czas, gdy
byli młodsi. Ale misja Axela na Eiramie i E'ronoh poszła fatalnie. Nie
zabił Jedi. Nie dostarczył Matce trucizny. Teraz zaś, gdy Axel zniknął,
Binnot czuł... ulgę. Po prostu Greylark od zawsze był złotym chłopcem,
który ściągał na siebie całą uwagę otoczenia i usuwał wszystkich innych
w cień, gdy tylko się pojawiał. Binnot cieszył się, że teraz może okazać
się bardziej użyteczny dla Matki. Gdyby siedział tu Axel, znów istniałby
dla niej tylko on. Mimo to po prostu się uśmiechnął, jakby właśnie
ujrzał przebijający się przez chmury promień słońca.
- No to... jak to zrobimy? - zapytał. - Czy mamy na Pipyyrze członków
Ścieżki, którzy mogliby nam pomóc?
- Nie - zaprzeczyła Matka, z namysłem stukając palcem w podbródek. - Ale
mamy dostęp do pobliskich boi komunikacyjnych. Istnieją sposoby na
przechwytywanie i modyfikowanie wiadomości. Potrzebujemy tylko tej
właściwej.
- Ale... on zawiódł - zauważył Binnot. - Dlaczego mielibyśmy dawać mu
kolejną szansę?
Matka wstała i ruszyła w stronę drzwi. Westchnęła, jakby rozmowa z Binnotem zaczynała ją męczyć. Wyglądało na to, że nie będzie mu dane
poznać dalszych szczegółów jej planów. Być może nie darzyła go aż tak
wielkim zaufaniem, jak przypuszczał. Położyła dłoń na drzwiach i przystanęła.
- Kiedy znasz wszystkie ruchome części danego mechanizmu, możesz nimi
manipulować w dowolny sposób, mój drogi Binnocie. Nawet zniszczenie
kogoś, kto cię zawiódł, może okazać się użytecznym manewrem, jeśli
dokona się tego w delikatny sposób. Axel Greylark to wciąż pionek,
którym można grać. - Wzniosła wzrok ku górze, jakby zastanawiała się nad
losem mężczyzny niczym ktoś myślący o wyborze ciasta na deser.
- Zamierzasz go... zabić? - wykrztusił Binnot, starając się nie sprawiać
wrażenia zaskoczonego.
- Być może. A może nie. Ale jest mi potrzebny. Zrób to, Binnot. -
Obdarzyła go ostatnim uśmiechem i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Kilka sekund później do sali wpadł Roonanin Goi Ganok, ze splecionymi
dłońmi i ciemnymi, dużymi oczami, szeroko otwartymi z podekscytowania.
- Goi - powitał go Binnot. - Czy jesteś gotów? "Spojrzenie" wkrótce
wyjdzie z nadprzestrzeni. Czas wejść na pokład naszego transportowca.
- Ruszajmy więc. Dla Ścieżki! - powiedział Goi, błyskając w uśmiechu
drobnymi zębami.
- Dla Matki - dodał Binnot, gdy towarzysz opuścił salę.
Odwrócił się w stronę lustra i zmusił do spojrzenia we własne
ciemnozielone oczy.
- I dla mnie - wyszeptał.
Rozdział pierwszy
SIEDZIBA RZĄDU REPUBLIKI, CORUSCANT
Kanclerz Kyong Greylark siedziała w swoim
przestronnym gabinecie, odwrócona plecami do ogromnego biurka.
Spoglądała na panoramę miasta. Powoli zapadał zmierzch i słoneczny blask
odbijał się od srebrzystych iglic i kopuł, sprawiając, że wyglądały jak
powleczone złotem.
To była pora dnia, która zwykle przynosiła jej spokój i wyciszenie. Ale
choć z całych sił starała się odprężyć, wciąż zaciskała kurczowo dłonie
na krawędziach fotela, jakby była na pokładzie swojego statku, "Blasku
Jutrzenki", mającego się lada chwila rozbić. Po kręgosłupie przebiegł
jej zimny dreszcz, a klejnoty zdobiące jadeitowe przybranie głowy -
rodową pamiątkę - zadzwoniły cicho.
Drzwi do jej komnaty się otworzyły.
- Kanclerz Greylark - powiedziała jej asystentka. - Nadeszła wiadomość.
- Wieści z Jedhy? - spytała Kyong.
- Nie, pani kanclerz. To...
Kyong uciszyła ją uniesieniem dłoni. To była jedyna chwila dzisiejszego
dnia, kiedy mogła zaznać spokoju. Albo przynajmniej spróbować, nawet
jeśli ten miał się nie pojawić.
- Mówiłam ci już, że nie chcę, aby mi przeszkadzano - chyba że chodzi o porozumienia pokojowe - upomniała asystentkę.
- Ale... to kanclerz Mollo, z Eirama. Chodzi o twojego syna.
Kyong odwróciła się na krześle i skinęła głową, zaciskając usta w wąską
linię. Tym razem rzeźbione jadeitowe krople zwieszające się z łuków nad
jej głową nie wydały żadnego dźwięku. Nacisnęła przycisk na biurku i w powietrzu pojawił się holoobraz kanclerza Molla.
- Kanclerz Greylark - przemówił niskim barytonem. Quarren znajdował się
w pomieszczeniu o wiele mniej okazałym niż jej biuro. Był ubrany w ciemne, oblamowane srebrem kanclerskie szaty, a macki na jego twarzy
falowały lekko w oczekiwaniu. - Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku?
- Owszem, kanclerzu Mollo. Dziękuję. - Pozwoliła sobie na małe skinienie
głową, ale nic poza tym. Uśmiech oznaczałby, że nie przejmuje się tym,
iż jej jedyne dziecko siedzi w areszcie, a rodzina Greylarków musi się
wstydzić przed całą Republiką. Zmarszczenie brwi - że nie radzi sobie
dobrze z politycznymi konsekwencjami tej sytuacji. Szanowana pani
kanclerz, której syn dopuścił się takich haniebnych czynów? Który okazał
się mordercą? Choć wydawało się to niepojęte, taka była prawda. - Jak
sytuacja na Eiramie?
- Nie jest idealnie, ale idzie całkiem nieźle. Na wspólnym księżycu,
Eirie, doszło do drobnego incydentu. Właśnie mi o nim doniesiono - coś z udziałem transportowca, który się rozbił i wymaga napraw. Aha, w toku są
już również plany odbudowy miasta stołecznego Erasmus. Trwają rozmowy
między królową Adriallą a monarchą A'lbaranem. Co prawda atmosfera jest
wciąż dość nerwowa, ale dzięki świeżo poślubionym następcom tronów
sprawy posuwają się naprzód. Xiri i Phan-tu starają się łagodzić
napięcia.
- Jak zawsze - powiedziała Kyong, skłaniając lekko głowę - jestem ci
bardzo wdzięczna za wszystko, co robisz na Zewnętrznych Rubieżach.
- A ja tobie za to, że ogarniasz tę stertę metalu, jaką jest Coruscant,
i jej niekończące się zawiłości polityczne. Jakieś wieści z Jedhy? -
zapytał Mollo. - Jakiś czas temu przestali składać nam raporty. To...
niepokojące.
- Czekamy na potwierdzenie podpisania traktatu pokojowego - odparła
Kyong. - Lada chwila powinniśmy je otrzymać.
Mollo skinął głową.
- Doskonale. Szkoda, że ochrona nie pozwoliła nam uczestniczyć w tym
wydarzeniu. Mimo to nie mogę się doczekać, aż będziemy mogli celebrować
tutaj, wraz z królową i monarchą. - Urwał, a jego macki zafalowały
niespokojnie. - Jest coś jeszcze, o czym chciałem z tobą porozmawiać.
Axel. Kilku członków naszych komitetów doradczych złożyło propozycję
dotyczącą jego uwięzienia.
Brwi Kyong drgnęły. Nie słyszała o żadnych dyskusjach na temat Axela.
Wyrok został wydany błyskawicznie po jego schwytaniu na Eiramie, wskutek
czego kilka tygodni temu trafił do więzienia na odległym Pipyyrze,
gdzieś w pobliżu Bakury, na Zewnętrznych Rubieżach. Kiedy wyobrażała go
sobie w celi, przestawała na kilka sekund oddychać, więc rozwiązała ten
problem, desperacko starając się w ogóle o nim nie myśleć.
Mollo kontynuował:
- Nie słyszałaś o tym, ponieważ specjalnie poprosiłem o komentarz bez
twojego wkładu, aby zgromadzić bezstronne opinie. - Holograficzna postać
Quarrena lekko pochyliła się w jej stronę. - Zaproponowali złagodzenie
wyroku Axela i przeniesienie go do zakładu o łagodniejszym rygorze,
gdzie mógłby zostać poddany resocjalizacji.
- Słucham? - Zaskoczona, Kyong na chwilę porzuciła swoją zwykłą maskę
stateczności i formalności.
- Wszyscy zdajemy sobie sprawę z błędów popełnionych przez Axela. Ale
zrobił też coś dobrego. Uratował Phan-tu Zenna przed zabójcami. Pomógł
ujawnić istnienie fiolek z trucizną i je zniszczyć.
- Niszcząc przy tym również eiramską stolicę - dodała gorzko Kyong. -
Zabił tamtego więźnia. Okłamał wszystkich i zatuszował swoje występki.
Zamordował niewinnego e'roniańskiego ojca. Co gorsza, jest jedynie
częścią większej całości, trybikiem w machinie, a my wciąż nie mamy
pełnego obrazu jej działania. To nie były drobne błędy lekkomyślnego,
młodego człowieka - i oboje o tym wiemy.
Mollo potrząsnął głową.
- Czy to nie dziwne, że to ja bronię twojego syna, a ty nie chcesz dać
mu drugiej szansy?
- Mylisz się. Chcę, żeby dostał drugą szansę. Ale za błędy należy
płacić, nawet jeśli jest on moim jedynym dzieckiem. - Kyong odchyliła
się na oparcie swojego fotela. Słońce skryło się już za linią horyzontu
i wszystko zaczął powoli spowijać lawendowy zmrok. Pani kanclerz
odwróciła się na chwilę w stronę okna, aby uspokoić oddech. Im mniej
Mollo wyczyta z jej twarzy, tym lepiej. Coraz trudniej było jej ukryć
niepokój.
- Komisje doszły do wniosku, że jeśli - i tylko jeśli - oboje zgodzimy
się na jego resocjalizację i przeniesienie do więzienia o zmniejszonym
rygorze, to są za.
- Oboje? - powtórzyła Kyong.
Macki Molla zafalowały, a potem znieruchomiały. Po chwili podjął, teraz
nieco łagodniej:
- Myślę, że powinien dostać drugą szansę. Moja odpowiedź brzmi: tak. A twoja? Co ty na to, Kyong?
Mollo nieczęsto zwracał się do niej po imieniu - i nie uszło to jej
uwadze. Ponownie złączyła opuszki palców. Napłynęły do niej wspomnienia
maleńkiego Axela. Jego błyszczące ciemne oczy i kępka ciemnych włosów na
głowie. Fioletowe znamię na plecach, które zniknęło, gdy nieco podrósł.
Czysta niewinność, którą widziała w tym pierwszym uśmiechu, tak wiele
lat temu. Nie oglądała tego uśmiechu od śmierci jego ojca. Oboje nosili
w sercach tę stratę jak nigdy niegojącą się ranę.
- Moja odpowiedź brzmi... - Głos uwiązł jej w gardle i zaczęła od nowa: -
Moja odpowiedź brzmi: nie.
Macki Molla zafalowały jeszcze gwałtowniej.
- Jak możesz... Kyong... Myślałem, że...
Nagle do biura wpadła jak burza asystentka kanclerz Greylark i zarówno
Kyong, jak i holograficzny Mollo zwrócili się w jej stronę.
- Kanclerz Greylark. Kanclerzu Mollo. Proszę mi wybaczyć to
niespodziewane najście, ale... - Twi'lekanka ukłoniła się szybko. Oczy
miała szeroko otwarte, a jej dłonie drżały. - Jedha. Rozmowy pokojowe na
Jedzie zakończyły się fiaskiem! Ambasador z E'ronoh nie żyje, a ambasadorka z Eirama została oskarżona o zdradę. Doszło do...
Obok hologramu kanclerza Molla pojawiła się holotransmisja od jednego z wysokich rangą przedstawicieli Kyong w pobliżu Jedhy.
- Pani kanclerz! Przepraszam, że zakłócam pani spokój, ale... na Jedzie
wybuchły zamieszki. Trwałe porozumienie o zawieszeniu broni nie zostało
podpisane...
U boku Molla zjawił się asystent, wyraźnie zmieszany i zdyszany.
- Kanclerzu Mollo! Mamy pilne wieści. Delegacje z Eirama i E'ronoh
uciekły z Jedhy. Są ofiary...
Wcześniejsza rozmowa dygnitarzy odeszła w zapomnienie, zagłuszona
kolejnymi zgłoszeniami i pilnymi raportami. Zarówno Greylark, jak i Mollo wysłuchali ich w skupieniu, zanim ponownie zapadła cisza, w której
trwali oboje, zszokowani, przez kilka chwil.
Orlen Mollo mocno zacisnął powieki, jakby przełykał gorzkie lekarstwo.
Przyłożył dłoń do czoła.
- Nie... Po tym wszystkim, co zrobiliśmy. Po ślubie...
Ofiary. Zdrada. Zerwane zawieszenie broni. To wszystko brzmiało
okropnie, ale Kyong wiedziała z doświadczenia, że szczegóły, które
poznają już wkrótce, będą nieskończenie gorsze. Zawsze tak było.
- Co możemy zrobić w tej sytuacji? Kyong? - zagadnął Mollo, kręcąc
głową.
Kyong Greylark wstała, odsuwając na bok myśl o Axelu. Mieli pracę do
wykonania, a to stało się dla niej o wiele łatwiejsze niż myślenie o przewinieniach jej najbliższych. Czasami wojna była o wiele wygodniejsza
niż pokój.
Gdy się odezwała, jej głos brzmiał tak ostro, że nawet kanclerz Mollo
się skrzywił.
- Poinformować Radę Jedi.
KSIĘŻYC MIĘDZY EIRAMEM A E'RONOHGodzinę wcześniej
Księżyc wisiał w przestrzeni kosmicznej niczym matowa perła, utrzymywana
tam przez pola grawitacyjne Eirama i E'ronoh. Nie posiadał złóż, które
można by eksploatować - był zasobny jedynie w ogromne ilości soli, przez
co często popadał w zapomnienie, sławiony jedynie w ckliwych eiramskich
pieśniach o wywoływanych jego siłami pływach. Mity i wierzenia E'ronoh
zdominowało słońce, księżyc stanowił w nich jedynie niewiele znaczący
dodatek, pieszczotliwie nazywany Strażnikiem Czasu.
Kiedy więc na księżycu doszło do eksplozji - przelotnego, ledwie
zauważalnego na przesyconej solą kuli błysku - dostrzegła ją tylko
kapitan Plana Van.
Leciała właśnie swoim transportowcem na Eiram, z ładowniami wypełnionymi
modułami do przetwarzania alg, kiedy w jej polu widzenia pojawił się
złotawy obłok.
- Co to, na zimny księżyc, było?! - wykrzyknęła (choć o satelicie często
zapominano, chętnie przywoływano go w przekleństwach). Odruchowo
zwolniła, podczas gdy do kokpitu wpadło dwóch członków jej załogi.
- Widziałaś to? - zapytał z oczami otwartymi szeroko jak świeżo
rozkwitły gronorostowy ukwiał młody chłopak, przyuczający się do zawodu.
Jego skóra była usiana piegami w żywszym odcieniu zieleni niż u Plany,
ponieważ mieszkał na Eiramie jeszcze zaledwie kilka miesięcy temu. Plana
niemal całe ostatnie pięć lat spędziła na pokładach statków, tak zajęta
pracą, że w ciągu roku przebywała na swojej planecie zaledwie przez
kilka dni. Na jej twarzy znać było piętno czasu spędzonego z dala od
domu. Bez regularnej diety wzbogaconej algami jej zielone piegi stały
się bardzo blade.
- Tak.
- Myślałem, że wojna się skończyła - bąknął Lunnto, jej drugi pilot,
starszy Eiramczyk. Jego zaokrąglony brzuch przypominał Planie złotą
meduzę, jedno z jej ulubionych zwierząt z ojczystego świata. Często
zdarzało mu się najpierw mówić, a dopiero potem myśleć, ale miał dobry
instynkt.
- Mamy zawieszenie broni - przypomniała mu i wzruszyła ramionami - w głębi duszy nie liczyła na to, że prawdziwy pokój jest możliwy, ale bała
się zapeszyć. - Nie odbieramy żadnych sygnałów alarmowych. Zresztą co
mogłoby wybuchnąć na Eirie? Jedyna stacja dokowania jest rzadko używana...
Niebo i przestrzeń nad obiema planetami były przez ostatnie kilka
tygodni miłosiernie ciche... jednak ta cisza okazała się jednocześnie
bardzo niepokojąca. Plana, podobnie jak wszyscy inni na Eiramie,
przyzwyczaiła się do wybuchów i eksplozji w okolicach szlaku
nadprzestrzennego dzielonego przez obie planety. Jeśli akurat nie
strzelał do ciebie e'roniański patrol wojskowy, trzeba było wystrzegać
się piratów, których liczba w tym układzie zdawała się rosnąć
wykładniczo. Albo starać się nie utknąć w pełnym odłamków pasie
zniszczonych statków i innych szczątków, unoszących się w pobliżu studni
grawitacyjnych obu planet.
Plana odrzuciła ciężkie warkocze na plecy i związała je rzemieniem -
gest, który kojarzył jej się z przygotowywaniami do bitwy. Ekran
rozświetlił się ostrzeżeniem wysłanym z Eirama. Najwyraźniej oni też
zarejestrowali eksplozję.
- Kapitan Van? Tu dowódco kosmoportu Erasmus, Ailee. Proszę o aktualizację statusu.
- Tu kapitan Van. - Jej głos natychmiast stał się chłodny i mechaniczny
- kolejny nawyk z lat spędzonych w eiramskim wojsku. Obecnie była w rezerwie, ponieważ jej praca jako przewoźniczki towarów okazała się na
tyle ważna, że nie została przywrócona do czynnej służby przez całą
wojnę. - Wracaliśmy właśnie do domu. Z ładunkiem, który wcześniej
zgłosiliśmy. Nie wydarzyło się nic niezwykłego, dopóki... - Właściwie to
spodziewali się, że coś w końcu pójdzie nie tak. Wojna i tak dalej. Cała
misja od samego początku przebiegała stanowczo zbyt spokojnie. Szczerze
powiedziawszy, ta sytuacja wydawała jej się... bardziej zbliżona do normy.
- Właśnie byliśmy świadkami małego incydentu na księżycu. Pojedyncza
eksplozja. Żadnych sygnałów z prośbą o pomoc. Nasz statek nie ucierpiał.
- Kapitan Van, proszę pamiętać, że znajduje się pani na neutralnym
terytorium. Czy jesteście przygotowani do walki?
Plana zesztywniała.
- Czy nie obowiązuje nas przypadkiem zawieszenie broni?
- Mimo to bądźcie przygotowani, tak jak zawsze.
- Nikt do nas nie strzelał. Nie mamy informacji na temat przyczyn tej
eksplozji.
W tej chwili, całkiem jakby na to czekał, Otto zgłosił nerwowo:
- Tak przy okazji, rejestruję na księżycu obecność myśliwca z E'ronoh.
Być może to właśnie on jest źródłem eksplozji.
- Albo jej sprawcą - zauważyła Plana.
Lunnto odwrócił się i wlepił w nią wzrok.
- Wiesz, jak to wygląda. Na kilometr cuchnie piratami. Założę się, że
e'roniański myśliwiec zestrzelił jeden z naszych statków
zaopatrzeniowych, a teraz próbują posprzątać bałagan.
Plana westchnęła. Ta dostawa miała być szybką, łatwą, spokojną robótką.
Kanał łączności z dowódco Ailee wciąż pozostawał otwarty. Wszystko
słyszało.
- Kapitan Van? - odezwało się Ailee. - Proszę wylądować na księżycu i sprawdzić, czy nie ma ofiar.
- Ale nie ma żadnych dowodów na to, że... - zaczęła Plana.
- Kapitan Van - weszło jej w słowo. - Może i parasz się obecnie
frachtem, ale jako rezerwistka nadal podlegasz moim rozkazom jako
dowódcy twojego kosmoportu.
- Tak jest, dowódco. - Plana przewróciła oczami. Och, ileż by dała, żeby
ta wojna naprawdę dobiegła już końca...
Odwróciła się do swojej maleńkiej załogi - Lunnta i Otta. Pell,
nawigator, spał gdzieś na rufie.
- Cóż. W takim razie w drogę. - Skierowała swój statek w stronę Eirie.
Wkrótce dotarli na jedyny aktywny obszar księżyca. Znajdowała się tu
samotna stacja dokowania, baza paliwowa i magazyn z zaopatrzeniem.
Kapitan widziała już e'roniański statek, zauważony przez Otta na
skanerach - dokował obok transportowca, z którego silnika wydobywały się
kłęby dymu - pokłosie eksplozji. To nie była eiramska maszyna, ale też
nie e'roniańska - prawdopodobnie frachtowiec z innego sektora,
dostarczający towary na którąś z planet.
W porównaniu z ich własnym statkiem, diabli myśliwiec z E'ronoh był
mały, ale szybki i miał dużą moc. Uszkodzony transportowiec wyglądał na
może za dwa razy większy od niego, ale wciąż dość mały jak na jednostkę
przewożącą towary w tym sektorze. Jego kadłub wydawał się nienaruszony,
ale brzegi nieregularnej dziury w dymiącym silniku zostały osmalone.
Plana odchrząknęła, wywołując e'roniański statek.
- Tu kapitan Plana Van z Eirama. Proszę, wylegitymujcie się i podajcie
swój cel. - Równie dobrze mogła zacząć ogólnikowo.
Przez ponad minutę panowała cisza, zanim odezwał się czyjś głos:
- Tu porucznik Gunnaw z e'roniańskiej Eskadry Thylognistych. - Nastąpiła
kolejna długa pauza. Plana wyobraziła sobie grymas wykrzywiający twarz
jej rozmówcy, jego obnażone zęby. - Zgodnie z warunkami zawieszenia
broni to wszystko, co muszę wyjawić. Dodam jednak, że natknęliśmy się na
ten transportowiec zmierzający na Shuraden. Dryfował i sprowadziliśmy go
na księżyc celem dokonania napraw.
Plana zmarszczyła brwi.
- Tutejsza stacja dokowania nie jest odpowiednio wyposażona do
przeprowadzania skomplikowanych napraw.
- Jesteśmy tego świadomi. Załoga statku - licząca tylko dwie osoby -
stwierdziła, że dokonają napraw samodzielnie, jeśli tylko zdołają gdzieś
bezpiecznie zadokować. Nie uwierzyli, że zawieszenie broni jest w mocy,
i poprosili o sprowadzenie ich na księżyc.
Neutralne terytorium. Miało to sens, ale mimo wszystko...
- Co przewożą?
- A jakie to ma znaczenie? Zostali zaatakowani przez piratów. Ładunek
zniknął. Weszliśmy na pokład, by przeszukać statek i zweryfikować ich
historię.
- Czy wiecie, co spowodowało eksplozję?
- Silnik statku wybuchł. To nie była nasza wina.
- A dokąd zmierzacie?
- Nie wasza sprawa.
- A załoga tamtego statku? Czy możemy z nimi porozmawiać?
- Oni nie chcą z wami rozmawiać.
Plana aż się zjeżyła. To było jak gadanie do ściany. Połączyła się z dowódco Ailee i przekazała mu nowe informacje.
- Coś tu nie gra - stwierdziło dowódco. Plana również miała takie
wrażenie, ale nic nie powiedziała. - Z niewojskowego punktu widzenia
mamy prawo sami zająć się rozbitkami i ocenić bezpieczeństwo
unieruchomionego statku.
Plana poczuła narastający niepokój, podnoszący jej ciśnienie.
Zawieszenie broni wydawało się takie kruche! Ale wojna mogła się
oficjalnie zakończyć w każdej chwili. Dlaczego więc wciąż zdawało się,
że to niemożliwe, nawet po zjednoczeniu obu planet?
- Rozkazuję pani przeszukać ten statek, kapitan Van, i wysyłam cztery
myśliwce półksiężycowe jako wsparcie - powiedziało Ailee. - Wszystko, co
dzieje się na księżycu, wpływa na nas znacznie mocniej niż na E'ronoh.
- Tak jest, dowódco.
Lud Eirama od zawsze to czuł. Księżyc bardzo silnie oddziaływał na jego
pływy. Stworzenia na ich wodnej planecie żyły, rozmnażały się i umierały
dzięki nim - a co za tym idzie, mieszkańcy Eirama również. Gdyby E'ronoh
zrobiło cokolwiek, co by na niego wpłynęło - przesunęłoby go o kilometr
w jakiś niemożliwy, ale przerażający sposób - oznaczałoby to
nieuchronnie zagładę Eirama. Nikt nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale
gdy Planie przyszło to teraz, niespodziewanie, do głowy, zmroziło ją to
do szpiku kości.
Dowódco miało rację. Załogi e'roniańskiego myśliwca i uszkodzonego
statku coś ukrywały.
- Och, i... kapitan Van?
- Tak?
- Proszę się pośpieszyć. Za kilka minut, jak tylko E'ronianie zobaczą,
że nasze jednostki są w drodze, przyślą tu kolejne myśliwce. Nie
strzelajcie, chyba że będzie to absolutnie konieczne. Z tego, co wiemy,
nasi ambasadorowie podpisali już trwałe porozumienie pokojowe na Jedzie.
Plana Van strzeliła knykciami, jak miała w zwyczaju, gdy zamierzała
ubrudzić sobie ręce. Odwróciła się do swojej załogi.
- Ogarnijcie podwójne działko i obudźcie Pella - powiedziała. Drzemka
nawigatora dobiegła końca. - Wchodzimy na pokład tego statku.
LAGUNA ORRA, EIRAM
Laguna Orra, położona zaledwie pięć kilometrów od stolicy, była jedną z wielu w tym regionie. To właśnie jedna z rzeczy, które Phan-tu Zenn
najbardziej uwielbiał w Eiramie: w każdym mieście lub wiosce, bez
względu na to, jak bardzo wydawały się tłoczne i gwarne, dawało się
znaleźć wodę. Oraz ciszę i spokój.
Phan-tu pomagał przy zbiorach sleka - wodnej jarzyny, tak delikatnej i smacznej, że gdy nachodziła go ochota na robiony z niej tradycyjny
gulasz, bez wahania oddałby łódź za jego miskę. To było ulubione warzywo
jego matki i siostry - i wiecznie za nim tęsknił. Królowa Adrialla i królowa małżonka, Odelia, również je uwielbiały, jeszcze na długo przed
tym, jak go adoptowały. I choć nabrał już wprawy w poruszaniu się po
zdradliwym gruncie pałacowej polityki, zawsze szukał wymówki, aby wrócić
nad wodę. Dorastał nad Kanałem Rayes - i wiedział, że dzieciństwo
spędzone w okolicy portowej nigdy nie pozwoli mu się w pełni zasymilować
z tymi najbardziej uprzywilejowanymi.
A jednak laguna, podobnie jak wiele innych obszarów Eirama, nie
przypominała już tej z dawnych lat. Tętniące życiem wody, zieleń
okalająca jej brzegi niczym nieprzebyta dżungla, plaże, które lśniły
żółto i złoto niczym metale szlachetne... Teraz piaski były często
poplamione ropą i paliwem, wyciekającymi z wraków. Zieleń w wielu
miejscach spłonęła do nagiej ziemi wskutek eksplozji. Domy popadały w ruinę, a zasoby boleśnie się skurczyły. Próbujący wykorzystać panujący
chaos piraci bezustannie nękali i napadali statki przylatujące z zaopatrzeniem. Trudno było znaleźć tu spokój, gdy wszędzie wokół
dostrzegało się ślady wojny.
Zanurzony po kolana w chłodnej wodzie, sięgnął po maleńką, wiotką wić
falującą w pobliżu jego stóp, pociągnął za nią delikatnie i włożył ją do
koszyka zawieszonego u pasa. Coś zabrzęczało w okolicy jego nadgarstka i machnął odruchowo ręką, zanim zdał sobie sprawę, że to nie gryząca
muszka, ale komunikator. Jego żona, Xiri, próbowała się z nim
skontaktować.
Żona! To słowo wciąż wydawało mu się takie dziwne!
- Cześć, Xee - rzucił ze śmiechem do mikrofonu. - Niemal wziąłem
połączenie od ciebie za atak natrętnego robala!
- Hm, dzięki! - odparła, ale sprawiała wrażenia rozbawionej. Ups! -
Słuchaj, coś się dzieje na Strażniku Czasu...
Phan-tu wyprostował się i zamarł w bezruchu.
- Masz na myśli księżyc? Dlaczego... dlaczego coś miałoby się tam dziać? -
Odruchowo spojrzał w niebo. Sierp księżyca wisiał tuż nad horyzontem.
Choć satelita posiadał warunki pozwalające osiedlić się na jego
powierzchni, nie został skolonizowany przez żadną z planet. Eiram kochał
swoje obfite lazurowe wody, E'ronoh uwielbiał żar i spieczone słońcem
krajobrazy, a tych nie było na księżycu. Drobne fale laguny łączyły się
z Morzem Erasmus, a wysokość wody obijającej się o nogi księcia wynikała
z wpływu satelity na Eiram.
- Nie wiem, co się dzieje, ale najwyraźniej w drodze są już eiramskie
myśliwce półksiężycowe. Doszły mnie słuchy, że my również wysyłamy tam
swoje jednostki. - Xiri była lekko zdyszana. - Pilotowałam swój statek,
kiedy dostałam wezwanie. Już jestem w drodze, aby porozmawiać z ojcem i dowiedzieć się czegoś więcej. Musisz tu przylecieć. Natychmiast.
- Przylecieć... na E'ronoh? Ja... - "Cóż, jestem właśnie po kolana w wodzie"
- chciał powiedzieć Phan-tu. Co nie mijało się z prawdą, ale tym, co
naprawdę go drażniło, było to, że brzmiała, jakby wydawała mu rozkaz. -
Planowałem wrócić do pałacu, żeby zobaczyć się z królową i królową
małżonką. Myślę, że w tej chwili zrobilibyśmy więcej dobrego, próbując
ugasić wszelkie ewentualne punkty zapalne na naszych własnych planetach...
- W porządku - przystała Xiri, zaskakująco ugodowo. - Traktat pokojowy
zostanie podpisany lada chwila. Jesteśmy tak blisko, Phan-tu! Musimy
tylko do tego czasu utrzymać wszystko pod kontrolą.
- Oczywiście. Będziemy w kontakcie.
- Phan-tu?
- Tak? - Czekał z niecierpliwością na to, co chciała dodać.
Nastąpiła długa pauza.
- Tęsknię za tobą.
- Ja też za tobą tęsknię, Xee. Do zobaczenia!
Czasami rozmowy z Xiri nadal brzmiały dziwnie i niezręcznie. Jasne, byli
małżeństwem i się kochali. Ale ich związek wciąż wydawał się bardzo
młody i świeży. Połowę czasu spędzali razem, a połowę na swoich
ojczystych planetach, uspokajając napięcia podczas zawieszenia broni.
Phan-tu nadal nie czuł się pełnoprawnym księciem E'ronoh i wiedział, że
Xiri podobnie podchodzi do jego dziedzictwa. Poza tym, jako członkowie
królewskich rodów musieli bezustannie mieć się na baczności, bo wiecznie
śledziły ich liczne pary czujnych oczu. Nadal pracował nad tym, aby
instynktownie obejmować żonę ramieniem. Poruszanie się w ich wspólnej
przestrzeni wciąż było dla nich czymś nowym, podobnie jak pełnienie ról
reprezentantów obydwu planet.
Phan-tu wyszedł z wody. Dzieci o nosach i policzkach usianych zielonymi
piegami kłaniały mu się w pas, gdy przechodził obok. Nie urodził się
arystokratą, ale teraz należał do rodziny królewskiej. Niektóre ze
starszych nastolatków przyglądały mu się z daleka z lekko kpiącymi
uśmieszkami, błąkającymi im się na ustach. Nie wszyscy byli zadowoleni z tego, że ożenił się z e'roniańską księżniczką. Przed ślubem mniej
przejmował się tymi ukradkowymi - a czasem i otwartymi - spojrzeniami i szeptami. W końcu przede wszystkim należało powstrzymać wojnę. Teraz
często zauważał jednak tylko je.
Wskoczył na swój skuter i obrał najkrótszą drogę do pałacu. Gdy tam
dotarł, skierował niezwłocznie kroki do jednej z dużych sal w północnym
skrzydle, gdzie zastał królową Adriallę i grono jej doradców. Pokój
otaczała płynąca pod ścianami miniaturowa rzeka, na powierzchni której
unosiły się lilie wodne o opalizujących płatkach.
- Ach, Phan-tu! Właśnie planowaliśmy cię wezwać. - Królowa gestem
przywołała go do siebie. Wstała ze swojego misternie wyrzeźbionego z drzewa morskiego tronu i wyciągnęła do niego brązową dłoń. Z szacunkiem
przytknął do niej swoje czoło i się wyprostował. Gdy uśmiechnęła się do
niego, w kącikach jej oczu pojawiły się kurze łapki. W ciemnych
warkoczach upiętych w koronę na jej królewskiej głowie połyskiwały
srebrne nitki siwizny. Gdy wspólnie szli do bocznej salki, jej szaty z błyszczojedwabiu szeleściły cicho. Z jednej strony dużego stołu w kształcie łzy zasiadali doradcy. Królowa małżonka Odelia wstała i pocałowała Phan-tu w policzek, unosząc przelotnie woalkę.
- Przybywasz w samą porę. Potrzebujemy świeżego osądu i chłodnej głowy -
szepnęła, zajmując miejsce obok królowej Adrialli.
Doradcy zachowywali się uprzejmie, ale emanowali również ledwie
zauważalnym chłodem - to była nowość, którą zaczął zauważać w dniu, gdy
ogłoszono, że poślubi Xiri. Przypomniał sobie słowa wypowiedziane przez
jego strażnika Viga przed ślubem: "Już wkrótce połowa twojego serca
będzie należała do E'ronoh. Skąd mamy wiedzieć, że będziesz kochał swój
lud tak mocno, jak zawsze?".
Wciąż go to bolało.
- Jakie wieści? - zapytała królowa.
- Załoga jednego z naszych transportowców dostrzegła eksplozję na
księżycu. Nasze systemy czujników to potwierdziły. W miejscu, w którym
doszło do wybuchu dokonującego napraw transportowca, dokuje jeden z e'roniańskich myśliwców.
- Na Eirie? Na naszym księżycu? Dziwne - stwierdził jeden z doradców.
"Na naszym księżycu". Phan-tu nagle poczuł względem maleńkiego satelity
dziwną zaborczość. Prawdopodobnie podobnie jak wszyscy zgromadzeni w tej
sali.
Jeden z doradców zgłosił:
- Dowódco Ailee chce przesłuchać pasażerów.
- E'ronianom się to nie spodoba - zastrzegł inny z doradców -
najstarszy, z białą brodą do kolan.
- Nie - zgodziła się z nim królowa. - Ale w dobrej wierze powinni na to
pozwolić, jeśli nie mają nic do ukrycia. Nie możemy zrobić nic, co
zagroziłoby porozumieniu pokojowemu. Możemy tylko cierpliwie czekać na
wieści, że na Jedzie wszystko poszło zgodnie z planem.
Doradcy poruszyli się niespokojnie na swoich miejscach. Planeta
znajdowała w stanie wojny od tak dawna, że wydawali się strasznie
skrępowani samą ideą traktowania uprzejmie ludzi, którzy zestrzeliwali
ich statki, zaśmiecając przestrzeń metalowymi szczątkami. I ciałami
ofiar.
Phan-tu spojrzał na swoją konsolę.
- Mamy transmisję. Dowódco Ailee? Jak wygląda sytuacja?
W tej samej chwili odezwał się również jego komunikator na nadgarstku.
Xiri. Wsunął ręce pod stół i zignorował połączenie.
- Nasza pilotka wchodzi na pokład.
- Z czyjego upoważnienia? - zapytała królowa.
- Mojego. Na pokładzie mogą się znajdować Eiramczycy. To neutralne
terytorium.
Phan-tu ściszył komunikator i podniósł go do ucha, udając, że drapie się
po głowie.
- Powiedz im, żeby nie wchodzili na pokład tego statku! - syknęła Xiri.
- Phan-tu? Słyszysz mnie? To nadużycie! Powiedz im...
Królowa rzuciła mu ukradkowe spojrzenie. Nie słyszała, co mówi Xiri, ale
potrafiła dostrzec, gdy Phan-tu coś przed nią ukrywał. Pośpiesznie
opuścił rękę.
- To czas na budowanie zaufania. Myślę, że to nierozsądne - wchodzić na
pokład statku bez wyraźnego pozwolenia E'ronoh - powiedział ostrożnie.
- Oczywiście, że tak uważasz. A może to twoja żona tak sądzi? -
powiedział starszy doradca.
- Owszem - potwierdził Phan-tu. - Ale to bez znaczenia. Obie strony
wciąż liżą rany po wojnie i nadal noszą w sobie strach. Współpraca to
jedyny sposób, aby to wszystko odeszło w zapomnienie i byśmy mogli
skupić się na tym, co przed nami.
Z konsoli dobiegł głos dowódco Ailee:
- Kapitan Van weszła na pokład.
Phan-tu poczuł w piersi nieznośny ciężar. Było już za późno.
KSIĘŻYC MIĘDZY EIRAMEM A E'RONOH
Binnot Ullo wyprostował się i otrzepał swój kombinezon. Goi Ganok stał u jego boku, z dłońmi splecionymi przed sobą.
Do środka weszła wysoka i umięśniona kobieta w średnim wieku. Miała na
sobie ciemnoniebieski mundur pilotki z wodnymi insygniami Eirama na
ramieniu. Cywilka, ale zachowywała się jak wojskowa. Była uzbrojona,
podobnie jak jej towarzysz - Eiramczyk, który wyglądał na znacznie
młodszego od niej, z twarzą usianą zielonkawoniebieskimi piegami.
Sprawiał wrażenie równie zdenerwowanego, co Goi. Stojący tuż za progiem
e'roniański pilot, porucznik Gunnaw, zmarszczył brwi i czekał.
- Jestem kapitan Plana Van z Eirama - przedstawiła się kobieta. -
Podajcie swoje nazwiska, pochodzenie i cel.
- Binnot Ullo. - Binnot skłonił się lekko. Nie chciał używać fałszywego
imienia. Ani on, ani Goi nie byli znani poza szeregami Ścieżki. Wkrótce
jednak miało się to zmienić. Przynajmniej dla Binnota. Lekko kopnął
Goia, który ukłonił się sztywno, jak zardzewiały droid wymagający
naoliwienia.
- Goi Ganok. Jesteśmy tylko zwykłymi spedytorami. - Uśmiechnął się,
odrobinę zbyt szeroko, ukazując rzędy drobnych zębów.
- Pochodzimy oczywiście z Miriala i Roony - dodał Binnot. - Byliśmy w drodze na Shuraden, lecimy z naszej stacji w pobliżu Skye.
Kapitan Van zmrużyła oczy.
- To dziwne, że wasza trasa przebiega w pobliżu układu Eirama. Większość
przewoźników unika nas ze względu na pas szczątków...
- Tędy było szybciej - wyjaśnił Binnot.
- Niewiele - odparła kapitan Van. - Rozumiem, że zostaliście zaatakowani
przez piratów i przybyliście na księżyc celem dokonania napraw. Czy
napastnicy się zidentyfikowali?
Binnot rzucił jej protekcjonalne spojrzenie.
- To byli piraci. Oczywiście, że się nie zidentyfikowali.
- A wasz ładunek? Co przewoziliście?
- Koncentraty białkowe. Ale wszystkie beczki zostały zabrane. - Binnot
wskazał gestem na pustą ładownię. Obserwował, jak kapitan i jej kolega
powoli obchodzą pomieszczenie. Miało około dwunastu metrów długości i nieco mniej szerokości i wysokości, zajmując większość powierzchni
małego statku. Van pociągnęła nosem - raz, a potem drugi.
Młody Eiramczyk również węszył przez chwilę.
W końcu kobieta odwróciła się do swojego towarzysza.
- Czujesz to, Otto? - Wyminęła Binnota, a odgłos jej kroków odbijał się
głuchym echem od grodzi, gdy przechodziła przez ładownię. Nagle dźwięk
się zmienił - zabrzmiał dziwnie pusto i donośnie. Van przyklękła i wyjęła z pochwy u pasa nóż, wsuwając jego ostrze w szczelinę między
metalowymi panelami. Podważyła jeden z nich i szarpnęła mocno, a potem
odrzuciła na bok metalowy kwadrat, który uderzył ze szczękiem o gródź.
Ukryty przedział w podłodze był pełen szczelnie zamkniętych kadzi, a okienko w wieku każdej z nich pokazywało, że są wypełnione po brzegi
atramentową cieczą. Dla Binnota była kompletnie bezwonna - no, może
pachniała lekko solanką - ale eiramska kapitan i jej towarzysz
najwyraźniej wyczuwali jej zapach i, sądząc po ich minach, nie byli nią
zachwyceni. Kobieta rozdęła nozdrza i skrzywiła się kwaśno.
- To klytobakteria - oznajmiła, wpatrując się w Binnota. - Co ona tu
robi?
Binnot potrząsnął głową, podobnie jak Goi - trochę zbyt energicznie.
- Co to jest klytobakteria? - zapytał Goi, starając się przybrać pełen
zakłopotania wyraz twarzy.
- Pewnego suchego lata, gdy byłam dzieckiem - zaczęła kapitan Van -
pojawiła się na północnym brzegu mojej rodzinnej wyspy na Eiramie.
Zabiła ryby, morskie warzywa, ptaki... wszystko. Przez lata nie mogliśmy
pływać ani nawet wchodzić do wody. - Patrzyła na nich oskarżycielsko. -
Co zamierzaliście z nią zrobić?
- Nie mieliśmy pojęcia, że to coś tu jest! Nie czuliśmy żadnego dziwnego
zapachu - zapewnił ją Binnot, podnosząc ręce w obronnym geście. -
Zapłacono nam tylko za dostarczenie koncentratów białkowych na Shuraden...
Kapitan Van położyła dłoń na rękojeści swojego blastera.
- Celowo wlecieliście do układu Eirama, mimo iż łatwo mogliście tego
uniknąć, a teraz okazuje się, że przewozicie broń biologiczną, która
mogłaby sprowadzić katastrofę na moją planetę?
Stojący u jej boku Eiramczyk zacisnął dłonie w pięści i wyrzucił z siebie:
- Pracujecie dla E'ronoh?
- Waż słowa! - Porucznik Gunnaw wszedł do ładowni. Zerknął na zbiorniki,
a potem spojrzał ostro na Binnota i Otta.
- Otto! - Kapitan Van zgromiła swojego młodego towarzysza wzrokiem.
Goi, sprawiający wrażenie autentycznie oburzonego, warknął:
- Nie!
Binnot uderzył go w ramię tak mocno, że Goi stracił równowagę i zatoczył
się w bok, złorzecząc pod nosem.
- Ten statek nigdzie się stąd nie ruszy. - Kapitan Van dotknęła
komunikatora na nadgarstku. - Dowódco Ailee? Mają na pokładzie broń
biologiczną. Klytobakterię.
Podczas gdy kapitan Van rozmawiała ze swoim zwierzchnikiem, porucznik
Gunnaw również mówił coś szybko do własnego komunikatora. Goi pocił się
ze zdenerwowania tak obficie, że jego kurtka pociemniała od wilgoci.
Binnot wyciągnął do niego rękę, a gdy towarzysz podchwycił jego wzrok,
mężczyzna pochylił się bliżej i szepnął:
- Pamiętaj, Goi. Właśnie na tym nam zależy. Tak?
Mężczyzna ledwie zauważalnie skinął głową.
Kiedy kapitan Van skończyła składać raport, ona i Otto pośpiesznie
wyszli z ładowni.
- Ani ten statek, ani żaden z was nie opuści tego księżyca, dopóki będę
miała w tej kwestii coś do powiedzenia - rzuciła Van tuż przed tym, jak
drzwi do ładowni zasunęły się za nią z hukiem. Binnot i Goi usłyszeli
szczęknięcie blokady. Z drugiej strony dobiegały podniesione głosy
porucznika Gunnawa, kłócącego się z kobietą.
"Och, ależ oczywiście, że zamierzam opuścić ten księżyc" - pomyślał z mściwą satysfakcją Binnot. "I to już wkrótce!" Mimo to był zadowolony.
Matka będzie zachwycona. Dopilnował dostarczenia ledwie zagaszonej
wojnie mnóstwa paliwa, aby mogła znowu buchnąć wysokim płomieniem. Jeśli
ktokolwiek jeszcze będzie się zastanawiał, czy Eiram i E'ronoh ponownie
zasiądą przy stole, aby podjąć negocjacje, to klytobakteria skutecznie
to uniemożliwi. Podobnie zresztą unicestwi wszelką dobrą wolę, jaką Xiri
A'lbaran i Phan-tu Zenn mogli wykrzesać u mieszkańców planet swym
niedorzecznym małżeństwem.
- Hej! - Z głośników statku dobiegł głos e'roniańskiego pilota. - Wokół
stacji roi się od eiramskich statków. Co planowaliście zrobić z tą
klytobakterią?
- Nie mamy z tym nic wspólnego - zapewnił go gładko Binnot. - To
prawdopodobnie nawet nie jest klytobakteria, tylko resztki szlamu ze
starej, zepsutej dostawy koncentratów białkowych. Jesteśmy niewinni!
- Trzymajcie się tam - powiedział pilot. - Wsparcie z E'ronoh jest w drodze. Właściwie to... już tu są.
Usłyszeli niskie dudnienie silników, gdy w pobliżu pojawił się kolejny
statek.
- Och - mruknął Goi i zasłonił otwory uszne dłońmi. - Zaczynamy.
CENTRUM MIASTA ERASMUS, EIRAM
Phan-tu słuchał zszokowany, jak dowódco Ailee przedstawia swój
zaktualizowany raport. Broń biologiczna? Jego matka, królowa, aż się
zjeżyła na dźwięk tych słów. Ona również miała na sumieniu produkowanie
trucizny, której zamierzała użyć, aby bronić swojego ludu - zaledwie
kilka tygodni temu. Straszny, desperacki błąd. Teraz jednak, gdy
patrzyła na Phan-tu, nie sprawiała wrażenia zatroskanej, a raczej lekko
usatysfakcjonowanej, jakby chciała powiedzieć: "Widzisz, Phan-tu? Czy
nie miałam racji, próbując zrobić dokładnie to, co chcą teraz zrobić
E'ronianie?".
Ale zgodzili się, że to nie było dobre rozwiązanie, a w tej chwili
oznaczało kolejny krok w kierunku nieczystej gry w i tak już brudnej
wojnie. Przerażające praktyki, takie jak używanie statków wiertniczych,
okazywały się przestarzałymi metodami. Teraz stosowano bardziej
wyrafinowane i brutalne taktyki. Ale... klytobakteria? Trucizna mogła
uśmiercić podżegaczy wojennych. Użycie bakterii, jeśli jej stężenie
byłoby odpowiednio wysokie, mogło wytrzebić całe gatunki i zakłócić
równowagę delikatnych ekosystemów. Klytobakteria mogła zabić całą
planetę. Tego już za wiele. Przekaz był jasny i prosty: to eskalacja.
- Skąd możemy mieć pewność, że to naprawdę klytobakteria? - zapytał
Phan-tu.
Starszy doradca pochylił się do przodu.
- Wszyscy wiemy, jak ona pachnie. Jak śmierć.
Phan-tu poczuł, jak wśród zgromadzonych w sali narasta wściekłość.
Królowa małżonka Odelia zaciskała palce na krawędzi stołu tak mocno,
jakby chciała złamać blat na pół. Podniósł rękę, udając, że chce
przetrzeć czoło, i szepnął do komunikatora:
- Xiri? Klytobakteria. Czy to prawda?
- Nie mamy z tym nic wspólnego! - zapewniła go natychmiast. - Musisz mi
uwierzyć. Wiem, że twoi ludzie mogą myśleć, że to odpowiedź na truciznę,
której królowa chciała użyć przeciwko E'ronoh. Musimy uspokoić nastroje
i wyjaśnić tę sprawę.
Królowa Adrialla uniosła dłonie, pobrzękując bransoletami.
- To nie ma sensu. Jesteśmy o krok od trwałego pokoju...
- Xiri mówi, że nie mają z tym nic wspólnego - oznajmił Phan-tu.
- Wspierała mnie, gdy sama popełniłam błędy, próbując bronić Eirama.
Obiecałam, że będę chroniła przyszłość tych dwóch światów. Wierzę Xiri.
Musimy to przedyskutować, zamiast działać pochopnie - powiedziała
stanowczo królowa Adrialla.
Starszy doradca wstał.
- Księżniczka Xiri ma dobre intencje. Ale Xiri to nie E'ronoh, a E'ronoh
to nie Xiri. A tam nie brakuje i takich, którzy zawsze będą nam źle
życzyli. Wystarczy wspomnieć wicekróla Ferrola i jego syna. Próbowali
zabić własną księżniczkę z powodu jej powiązań z Eiramem! Musimy chronić
nasz lud. - Odwrócił się do pozostałych doradców i rodziny królewskiej.
- Po ślubie wszyscy zgodziliśmy się podejmować decyzje większością
głosów, aby nie powtórzyła się kolejna nieszczęśliwa historia, taka jak
z trucizną. Co powiedzielibyście na reakcję, która zademonstrowałaby
naszą siłę w odpowiedzi na zagrożenie klytobakterią?
Spośród dziewięciu osób siedzących przy stole, sześć wysunęło do przodu
dłonie zwinięte w pięści - na znak, że popierają ten pomysł. Tylko
królowa, jej małżonka i Phan-tu położyli je płasko na stole, wyrażając
sprzeciw.
Królowa Adrialla spojrzała bezradnie na syna.
- Nie mamy wyboru.
Najstarszy z doradców uniósł rękę.
- Za Eiram.
- Za Eiram! - powtórzyli wszyscy zgodnym chórem. Wszyscy, z wyjątkiem
Phan-tu, który miał wrażenie, że ziemia usuwa mu się spod stóp.
Wszystko, nad czym on i Xiri tak ciężko pracowali... Wszystko poszło na
marne.
Słyszał dobiegający z okolic nadgarstka cichy głos jego żony. Choć był
bardzo cichy, równie dobrze mogłaby krzyczeć mu prosto do ucha. Wiedział
jednak, że nie ma sensu jej teraz odpowiadać.
- Powiedz im, żeby się wstrzymali! Phan-tu, słyszysz mnie?! Phan-tu!
KSIĘŻYC MIĘDZY EIRAMEM A E'RONOH
Statek kapitan Plany Van unosił się nad stacją, na terenie której
dokował transportowiec pełen zbiorników z klytobakterią. Eskortowały ją
dwa myśliwce półksiężycowe, ale wolałaby mieć je przed sobą. Po jej
ostatnim meldunku złożonym dowódco Ailee zjawiły się dwa e'roniańskie
diable myśliwce, które dołączyły do statku porucznika Gunnawa i znajdowały się teraz stanowczo za blisko jak na jej gust. Wiedziała, że
wystarczyłby strzał lub dwa, aby zredukować jej transportowiec do sterty
szczątków. Nie, chwila... Teraz w zasięgu wzroku pojawiły się już cztery.
Sytuacja szybko eskalowała.
- Mamy pozwolenie na zestrzelenie tego frachtowca - odezwało się Ailee.
- Przewozi zakazaną broń biologiczną. E'ronoh złamał pakt o zawieszeniu
broni.
- Ale nie mamy żadnej pewności, że te zbiorniki z klytobakterią pochodzą
z E'ronoh. Pilot powiedział, że... - Zanim jednak zdołała dokończyć,
nadeszło naraz kilka transmisji - a dokładniej pięć. Jedna z towarzyszącego jej półksiężycowego myśliwca, trzy z boi komunikacyjnej
tuż za księżycem i jedna bezpośrednio od centralnej rady Eirama.
- Co, na zimny księżyc, się dzieje?! - Zaczęła odbierać komunikaty,
jeden po drugim:
- Pilne wieści! Rozmowy pokojowe na Jedzie zakończyły się fiaskiem!
- Ambasador Tintak z E'ronoh został zabity! To koniec! Wszystko
skończone...
- To była prawdziwa rzeź! Eiramczycy zostali wciągnięci w pułapkę. Jedha
płonie, są doniesienia o ofiarach...
Plana Van wyjrzała przez iluminator. Trzęsły jej się ręce. Musieli
strzelać. Mieli do tego pełne prawo, teraz, gdy zawieszenie broni
zostało zerwane. Ale nie mogła się ruszyć. Powrót do walki był ostatnią
rzeczą, której by sobie życzyła. Czy naprawdę mogła mieć pewność, że
klytobakteria to sprawka E'ronoh? Czy znała wszystkie fakty? Ale
przeczucie podpowiadało jej, że powinna bronić ojczystej planety, a sama
perspektywa skażenia klytobakterią przerażała kobietę do szpiku kości.
Tylko to się liczyło. Wzięła głęboki oddech.
- Z mojego upoważnienia... - powiedziała. - Strzelać bez...
Ale zanim zdążyła dokończyć, w jej polu widzenia doszło do wybuchów.
Jeden z półksiężycowych myśliwców strzelił do unoszącej się nad stacją
diablej maszyny porucznika Gunnawa, podczas gdy drugi eiramski statek
wziął na cel unieruchomiony transportowiec pełen śmiercionośnej
bakterii, wciąż dokujący w dole. Myśliwiec Gunnawa natychmiast
eksplodował, a jednostka Binnota i Goia stanęła w płomieniach. Kapitan
Van widziała, jak odbiegają od wraku w poszukiwaniu osłony, i ten widok
sprawił, że poczuła zarówno ulgę, jak i zaskoczenie. Ale porucznik
Gunnaw nie żył. Plana zamknęła oczy, próbując pogodzić się z tą
straszliwą świadomością.
- Aresztować rozbitków. Musimy się dowiedzieć, gdzie wyprodukowano tę
broń biologiczną i jak możemy zniszczyć jej źródło - rozkazało dowódco.
Statki się rozproszyły. Dwa eiramskie myśliwce zawinęły w uniku,
starając się zejść z linii strzałów dwóch e'roniańskich diablich maszyn.
Licząc na to, że nikt nie będzie ścigał jej cywilnego frachtowca, Plana
zanurkowała ku powierzchni księżyca, aby zatrzymać Binnota i Goia.
Jej nadzieje okazały się płonne. Pięć sekund później jeden z e'roniańskich myśliwców przerwał pościg za półksiężycowym statkiem
przeciwnika i zaczął zmniejszać dzielący ją od niego dystans. Plana
wykonała ostry zwrot, oddalając się od księżyca.
- Musimy wracać na Eiram - powiedziała do swojego drugiego pilota,
Lunnta. - Nie damy rady w bezpośrednim starciu z tymi maszynami.
Z głośników dobiegł głos dowódco Ailee, apelującego do wszystkich
eiramskich jednostek w okolicy:
- E'ronoh wzywa na pomoc swoich pilotów przebywających poza sektorem.
Obie planety wysłały duży kontyngent na Jedhę, ale nie możemy
skontaktować się z naszymi jednostkami. Jeśli E'ronianie sprowadzą tu
posiłki, już po nas. Musimy uniemożliwić im wysłanie wiadomości...
- Ile statków? - Transportowiec się zatrząsł - zostali trafieni.
Przestali przyśpieszać. Lunnto natychmiast zerwał się z fotela, żeby
spróbować obejść uszkodzenie przewodu paliwowego i powstrzymać wyciek. -
Napraw to! Szybko! - wycedziła.
- A myślisz, że co robię?! - odkrzyknął Lunnto, opuszczając w pośpiechu
kokpit i kierując się do maszynowni.
- Kapitan Van? Wszyscy piloci! Słyszycie mnie? Zniszczyć te boje
komunikacyjne - albo już za chwilę na głowę zwali nam się więcej
e'roniańskich statków, niż będziemy w stanie zliczyć!
Plana warknęła gniewnie. Nie da rady walczyć z flotą e'roniańskich
statków, ale jej małe podwójne działko mogło zniszczyć boję.
- Zajmę się tym - powiedziała. - Wynośmy się stąd. Pięć boi
obsługujących te planety to C-12, C-13, A-01 do A-03. Mamy wystarczająco
dużo paliwa i dość siły ognia, aby je zlikwidować.
Silniki statku nagle zamruczały satysfakcjonująco. Lunnto naprawił
przewód paliwowy. Przyśpieszyli, kierując się ku pierwszej boi, z e'roniańskim diablim myśliwcem wciąż siedzącym im na ogonie. Wystarczył
jednak jeden strzał, aby małe urządzenie eksplodowało w powodzi iskier.
Lunnto wrócił do kokpitu z twarzą umazaną smarem.
- Co, jeśli będziemy ich potrzebowali do kontaktu z innymi sektorami? -
zapytał, wciskając przyciski tak szybko, że ledwie nadążała za ruchami
jego palców.
"Nie mamy pewności, że to dobre rozwiązanie" - pomyślała Plana, ale
teraz potrzebowali przywódcy.
- Niby po co? - rzuciła, bardziej do samej siebie niż do niego. - Nikt
nam nie pomaga. Jesteśmy w tym wszystkim osamotnieni. Republika
twierdzi, że chce nas wesprzeć, ale nie jesteśmy jej częścią, a syn
kanclerz zniszczył Erasmus. Jedi mieli pomóc w rozmowach pokojowych, ale
te zakończyły się fiaskiem. Jesteśmy zdani na siebie, Lunnto. -
Zmarszczyła brwi. - Ta klytobakteria nie wzięła się znikąd. Jeśli
E'ronoh otrzymuje pomoc z zewnątrz, czas z tym skończyć. Weź na cel
kolejną boję. - Przyśpieszyła, zostawiając walczące myśliwce w tyle.
Chwilę później oślepiający błysk i huk sprawiły, że Plana upadła na
podłogę; zawyły alarmy. Jej nawigator, Pell, wszedł chwiejnym krokiem do
kokpitu, drapiąc się po niebieskawej brodzie i mrugając powoli.
- Hej, chyba ktoś do nas strzela! - mruknął chrapliwym głosem.
Plana przewróciła oczami. Ha! To ci dopiero była drzemka. Wskoczyła z powrotem na fotel pilota i poklepała czule konsolę.
- No, a teraz pokaż, co potrafisz - mruknęła, przyśpieszając do
maksymalnej prędkości. Diabli myśliwiec kontynuował atak, aż w końcu
uwolniła ich od niego półksiężycowa eiramska maszyna. Transportowiec
Plany miał osłony dość mocne, żeby zdołali wytrzymać jeszcze kilka
trafień.
Kolejna boja zniknęła w skwierczącej kuli ognia. Plana była dobrą
pilotką, ale w młodości również doskonale strzelała. Niektórych rzeczy
się nie zapomina. Następne urządzenie znajdowało się po drugiej stronie
Eirama, ale nie musieli nawet tam lecieć.
- Kapitan Van? Ostatnia boja komunikacyjna zniszczona.
- Doskonale! - zawołała Plana, a załoga zawtórowała jej serią
entuzjastycznych okrzyków. - Kto ją zdjął?
Chociaż walczyli zaledwie od kilku minut, w głosie dowódco Ailee znać
już było znużenie:
- Trudno powiedzieć. E'roniańskie statki strzelały jednocześnie z naszymi. Wygląda na to, że pomyśleli o tym samym.
Plana poczuła w całym ciele mrowienie, gdy zwolniła i zawróciła
transportowiec. W oddali przestrzeń otaczającą Eirie rozświetlały
eksplozje, pochłaniające statki zarówno z Eirama, jak i E'ronoh. Znowu
ginęli ludzie. Pomyślała o wszystkich innych planetach i istotach w rozległej galaktyce - tak wielu przybyło na uroczystą ceremonię zaślubin
zaledwie kilka tygodni temu. Teraz byli odcięci, bez szans na pomoc z zewnątrz. Pomyślała o tych wszystkich nowych bojach komunikacyjnych
umieszczonych przez niezliczonych poszukiwaczy nadprzestrzennych w ciągu
ostatnich kilku lat. Połączyły ich planety z resztą galaktyki. A teraz,
w mgnieniu oka zniknęły - przestały istnieć.
Byli sami. Zdani tylko i wyłącznie na siebie. I ponownie w stanie wojny.
Rozdział drugi
POKŁAD "ZMIERZCHU"
Gella Nattai siedziała w zacisznym kącie
małej mesy na pokładzie "Zmierzchu", czyszcząc swoje miecze świetlne.
Dziwnie było mieć własny statek. Elegancki, o smukłej sylwetce, stanowił
prezent od kanclerz Greylark - a teraz służył jako środek transportu
grupce Jedi. Wszyscy zmierzali na Jedhę z Coruscant, gdzie Rada Jedi
pozytywnie rozpatrzyła wniosek Gelli, pozwalając jej zostać
Poszukiwaczką. Początkowo wahali się co prawda, wyrażając obawy, czy
stres związany z wydarzeniami na Eiramie zbyt mocno nią nie wstrząsnął,
ale gdy do obrad prowadzonych za zamkniętymi drzwiami dołączył w formie
hologramu mistrz Creighton Sun, przychylili się ostatecznie do jej
prośby. Pomimo wszystkiego, co wydarzyło się na Eiramie i E'ronoh, z tej
całej sytuacji wynikło również coś pozytywnego: zyskała w końcu pewność.
Po jakimś czasie spędzonym w tamtejszej świątyni myślała, że jest gotowa
kontynuować swoje medytacje w Jedha City, ale wieści od Aidy, które
nadeszły zaledwie wczoraj, pokrzyżowały jej plany. Wiadomość o zamachu
bombowym, do którego doszło podczas ceremonii podpisania traktatu
pokojowego, zszokowała wszystkich. A teraz Gella nie mogła przestać
myśleć o Axelu i o tym, czy faktycznie od początku coś go łączyło ze
Ścieżką Otwartej Dłoni.
Bez przerwy analizowała wszystkie ich rozmowy i spotkania, odtwarzając
je w myślach niczym zapętlone nagranie. Każde kłamstwo, które usłyszała
z jego ust. Każde spojrzenie. Czytała raporty służb Republiki z jego
przesłuchań po tym, jak został uwięziony, ale nie znalazła w nich ani
nic godnego uwagi, ani odpowiedzi na pytanie, dlaczego jej własna
intuicja ją zawiodła. Sytuację pogarszał jeszcze fakt, że gdzie nie
spojrzała, przypominało jej o Axelu luksusowe wyposażenie "Zmierzchu",
osobiście przez niego wybrane. Marmurowe posadzki i obicia ze
szczotkowanego jedwabiu wydawały się tu dziwnie nie na miejscu.
Potrząsnęła głową i sięgnęła po ostro zakończone narzędzie, aby usunąć
drobinki brudu z małych szczelin wzdłuż rękojeści. Następnie użyła
szmatki do polerowania i tarła metalowe powierzchnie z takim zapałem, że
pomimo iż w pomieszczeniu panował chłód, zrobiło jej się gorąco. Miecze
świetlne były już tak czyste, jak tylko to możliwe, ale Gella wciąż
pocierała je szmatką, jakby od tego zależało jej życie. Potrzebowała
czegoś do roboty, nawet jeśli miało to oznaczać polerowanie broni tak
długo, aż zostaną z niej jedynie metalowe wióry.
- Hej!
W progu mesy stanął mistrz Jedi Orin Darhga. Przygotowała się na żart,
który zwykle padał z jego ust po słowach powitania, ale Orin wydawał się
dziwnie nieswój. Poważny. Jego rudobrązowe włosy i broda były jak zwykle
potargane, ale niebieskie oczy nie lśniły psotnie. Kopnął lekko czubkiem
buta we framugę.
- Co się stało?
- Wiadomość od mistrza Creightona Suna i Aidy Forte. Oznaczona jako
pilna. Wiem, że nie musisz jej odbierać, ale pamiętam również, że ty i Creighton często współpracowaliście. Wybór należy od ciebie.
- Jasne.
Gella wstała i podążyła za nim do pomieszczenia w samym sercu statku, w którym znajdowała się duża konsola łączności z polerowanego szkła.
Zgłaszała się na ochotnika i oferowała swój statek jako środek
transportu innym Jedi, kiedy tylko mogła. Wciąż dziwnie się czuła, mając
go na własność. Prawdę powiedziawszy, po rozmowie z Aidą i informacji o zamachu, natychmiast zaczęła przygotowania do podróży na Jedhę - tak na
wszelki wypadek. Żywiła jednak nadzieję, że zanim zniknie pośród krętych
uliczek Świętego Miasta, usłyszy, iż negocjacje zakończyły się sukcesem.
Chciała w końcu oczyścić swój umysł ze wszystkiego, co miało jakikolwiek
związek z Eiramem lub E'ronoh - a zwłaszcza z Axelem.
- Czy wszystko w porządku? - Orin szturchnął ją łokciem.
- Tak, tak, oczywiście. Dlaczego pytasz?
- Żyłka na skroni pulsuje ci tak, jakby miała lada chwila pęknąć.
Nic na to nie odpowiedziała.
- Posłuchaj - westchnął. - Cała ta sprawa z Greylarkiem... Wszystko, co
wydarzyło się na E'ronoh i Eiramie - to nie twoja wina. Odwaliłaś kawał
dobrej roboty. Nie możesz siebie winić za to, że ktoś ma złe intencje.
- Powinnam była lepiej ocenić całą sytuację - powiedziała gorzko.
- Ależ właśnie to zrobiłaś. Do samego końca robiłaś to, co słuszne.
Chodzi o to, na co się liczy, prawda? Miałem nadzieję, że nie urażę
nikogo jakimś głupim żartem na przyjęciu w konsulacie w zeszłym
tygodniu, ale to zrobiłem. Skąd miałem wiedzieć, że na Trandoshy żarty
związane z załatwianiem swoich potrzeb fizjologicznych są uznawane za
rzucenie wyzwania do walki?
- Orin...
- Hej, przynajmniej wygrałem! - Poklepał swój miecz świetlny. - Ale to
nauczka na przyszłość. Nie wszyscy lubią kloaczny humor. Poza tym
najwyraźniej nie jestem dobrym materiałem na ambasadora. Ach, oto i jesteśmy.
Główny przedział statku był duży i wyposażony w eleganckie srebrzyste
krzesła. Czekała już na nich z niecierpliwością czwórka innych Jedi -
dwoje ludzi, Twi'lek i Iktotchi. Od początku podróży Gella izolowała się
tak skutecznie, że nawet ich jeszcze nie poznała.
W powietrzu zamajaczyły holograficzne postacie Creightona Suna i Aidy
Forte. Połączenie było niestabilne, a krawędzie sylwetek - rozmyte, co
nie dziwiło, biorąc pod uwagę burze piaskowe szalejące na Jedzie. Twarz
Creightona szpeciło kilka rozcięć, a Aida wyglądała na do cna
wyczerpaną. Szaty obojga były podarte i postrzępione.
Gella zaczerpnęła gwałtownie tchu, zaskoczona. "O, nie... Co tam się
wydarzyło?" - jęknęła w duchu, gdy Creighton zaczął:
- Rozmowy pokojowe zakończyły się całkowitym fiaskiem. Bitwa wreszcie
dobiegła końca...
- Bitwa? Wcześniej wspomnieliście, że ta eksplozja to zwykły... incydent -
wykrztusiła Gella.
- Wybuchły zamieszki - wyjaśniła ponuro Aida. - Nie mamy pewności, ale
sądzimy, że to sprawka Ścieżki Otwartej Dłoni.
- Albo jakiejś mniejszej frakcji w jej szeregach - dodał Creighton. -
Wiemy, że Herold - Werth Plouth - był w jakiś sposób zaangażowany w zamieszki, ale nie mamy pojęcia, czy je wywołał, czy po prostu do nich
dołączył. Wersje tej historii co chwila się zmieniają. Nie wiemy też,
czy celowo próbowali doprowadzić do zerwania negocjacji pokojowych, czy
zwyczajnie rozwścieczyła ich obecność Jedi. Wielu z nas wciąż dochodzi
do siebie po bitwie.
- Co takiego? Masz na myśli, że są ranni? - zapytał twi'lekański Jedi.
- Tak, ale niektórzy ucierpieli również w inny sposób. Nie potrafimy
tego wyjaśnić. Część nie odniosła co prawda obrażeń fizycznych, ale
zostali... obezwładnieni. Nie jesteśmy pewni, czy to toksyna, czy coś
innego. Były ofiary, a Jedi nie są jedynymi poszkodowanymi.
- Ilu? - zapytał Orin. - Ilu zabitych? Ilu rannych?
- Nie mamy jeszcze dokładnych danych, ale wielu jedhańskich cywilów
zostało rannych lub utraciło dach nad głową, a samo miasto poważnie
ucierpiało. Ostatni posąg Jedi legł w gruzach.
Rozległ się zbiorowy okrzyk zaskoczenia.
Gdy głos zabrała Aida, sprawiała wrażenie raczej złej niż smutnej:
- Nie znamy stanu archiwów, które się pod nim mieściły. Budynki zostały
zrównane z ziemią. Trudno w tej chwili ocenić pełen zakres zniszczeń.
- Zasugerowaliśmy Radzie Jedi i kanclerzom, aby zwrócić się bezpośrednio
do Ścieżki na Dalnie - powiedział Creighton, przechodząc do omawiania
dalszych szczegółów bitwy, ale Gella już go nie słuchała. W piersi czuła
nieznośny ucisk - jeszcze niedawno oglądała posąg podczas swojej
ostatniej pielgrzymki do Świętego Miasta. Nadal miała świeżo w pamięci
widok zapierającego dech w piersiach powietrznego spaceru kapłanki
Śpiewającej Góry, z posągiem górującym majestatycznie w tle. Była pewna,
że przetrwa tam kolejne tysiąclecia i że będą go podziwiać jeszcze
niezliczeni Jedi. Oczami duszy ujrzała, jak rozpada się na kawałki, a wszędzie unosi się kurz, ukazując, jak wstrząsająco kruchy był w istocie. Przez krótką chwilę miała paraliżującą wizję upadających Jedi -
zarówno tych, których znała, jak i tych, których nigdy nie spotkała.
Obraz zniknął jednak równie szybko, jak się pojawił. Potrząsnęła głową i skupiła się na tu i teraz.
- Czy Rada Jedi wie? Kanclerze? - weszła Creightonowi w słowo.
Mistrz Sun potrząsnął głową.
- Nie jesteśmy pewni. Wysłaliśmy wiadomość na Coruscant, ale nasze boje
komunikacyjne dalekiego zasięgu zostały zniszczone wkrótce potem,
prawdopodobnie przez uciekających członków Ścieżki. Nie otrzymaliśmy
odpowiedzi od żadnego z kanclerzy.
- W mieście panuje kompletny chaos - podjęła Aida. - Potrzebujemy waszej
pomocy przy doprowadzeniu wszystkiego do ładu. Grzebaniu zmarłych. Ale
musimy was ostrzec - cokolwiek wywołało u niektórych z Jedi ten... stan,
tę chorobę, może potencjalnie wpłynąć również na was. Przeszukaliśmy
miasto na tyle, na ile się dało, ale nie wiemy, co to spowodowało ani
dlaczego przestało wywierać na nas ten dziwny wpływ. Musicie mieć się na
baczności.
Gella miała mętlik w głowie od natłoku informacji, od głosów, od tego
całego chaosu. Po tym, jak Axel trafił do więzienia, podpisanie traktatu
na Jedzie powinno doprowadzić wszystko do końca, raz na zawsze. To miał
być początek nowego rozdziału, w którym Eiram i E'ronoh mogłyby wreszcie
zacząć naprawiać wzajemne stosunki i budować trwały pokój. Wszystko, o co walczyła przez ostatnie tygodnie, rozpadało się na kawałki. Pomyślała
o Xiri i Phan-tu i na myśl o bólu, który poczują, gdy się o tym
wszystkim dowiedzą, niemal pękło jej serce. Byli jej przyjaciółmi. Ich
planety zasługiwały na lepszy los. Oni zasługiwali na więcej.
Narastał w niej gniew. Axel musiał wiedzieć, że do tego dojdzie. Tak
wiele przed nią ukrywał. Prawdopodobnie siedział teraz gdzieś w celi, a jedzenie podawano mu na ładnej tacy. Nie zdziwiłaby się, gdyby okazało
się, że osadzono go w jakimś luksusowym ośrodku dla przestępców - wszak
był synem samej kanclerz Greylark. Bardzo żałowała, że nie przesłuchała
go osobiście. Pytanie brzmiało: czy w ogóle obchodziły go konsekwencje
jego działań? Czy odczuwał żal?
Co ważniejsze jednak: czego jeszcze mogą się spodziewać? Co, jeśli to
tylko preludium do czegoś większego? Stawką mogły być miliony istnień.
Jeśli coś wiedział, zmusiłaby go, żeby jej to wyznał. W ten lub inny
sposób.
Chciała też jego cholernych przeprosin. Szczerych.
- Gello? Słyszysz mnie?
Orin dotknął jej rękawa. Pozostali Jedi opuścili już przedział i Gella
zorientowała się, że stoi, samotna, z zaciśniętymi pięściami.
- Przepraszam. Co mówiłeś?
- Jedi przygotowują się do podróży na Jedhę. Creighton i Aida opuszczają
sektor, żeby nawiązać kontakt z Radą i kanclerzami.
Gella oswobodziła się z jego uścisku i stanęła z nim twarzą w twarz.
- Nie mogę lecieć na Jedhę. Zostawię ich w Jedha City, ale muszę
odnaleźć Axela Greylarka.
- Syna pani kanclerz? Po co? Przecież od dawna jest w więzieniu.
Słyszałem, że został osadzony w zakładzie na Pipyyrze, niedaleko Bakury.
- Nie obchodzi mnie, gdzie przebywa. Muszę z nim porozmawiać. Mam
przeczucie, że wiedział, iż to wszystko się wydarzy, i może mieć
informacje na temat tego, czego powinniśmy się spodziewać.
Orin próbował jeszcze coś do niej mówić, ale ona szła już do kokpitu,
aby sprowadzić statek na planetę. Musiała się skupić na pilotażu, ale
było to trudne, gdy widziała dym unoszący się ze zgliszcz Świętego
Miasta, strzaskany posąg Jedi i szczątki budynków, świadczące o przerażających scenach, rozgrywających się w miejscu będącym oazą pokoju
dla wszystkich, którzy w jakiś sposób czcili Moc. Wyczuwała kipiące
wszędzie ból, stratę i gniew. Ale powinna w tej chwili znajdować się
gdzieś indziej. Czuła, że jakaś niewidzialna siła ciągnie ją na Pipyyr,
gdzie znajdzie Axela. I odpowiedzi.
Zamykała już właz "Zmierzchu" i przygotowywała się do startu, gdy Orin
wszedł do kokpitu i usiadł w fotelu drugiego pilota.
- Hej! Co ty wyprawiasz? - zdziwiła się.
- Nie puszczę cię tam samej - odparł, wzruszając ramionami. - Lecę z tobą.
- Nie, nie lecisz. - Odwróciła się i spojrzała na niego surowo. - Rada
potrzebuje cię na Jedzie. A ja znam Axela lepiej niż ktokolwiek inny.
Może nawet lepiej niż sama kanclerz Greylark.
- Nie wątpię w to. Ale powinnaś wiedzieć, że uparte izolowanie się i obstawanie przy tym, że ty jedyna jesteś w stanie rozwiązać ten problem...
stanowi problem samo w sobie. Pobudki, którymi się kierujesz, nie są
zdrowe. A fakt, że jesteś w tej chwili wściekła, mówi sam za siebie.
- Nie jestem wściekła! - zaprotestowała nieco gwałtowniej, niż
planowała. Zamknęła na chwilę oczy.
- Przynajmniej nie leć tam samotna i wściekła. Naprawdę mógłbym ci
pomóc.
Teraz Gella miała ochotę się roześmiać. Znała Orina od lat, a podczas
tej podróży spędziła z nim więcej czasu niż kiedykolwiek wcześniej.
Wydawał się niepoprawnym optymistą, a jego wieczny dobry humor momentami
niemal ją drażnił. Tęskniła za bardziej znajomym wsparciem w postaci
wskazówek Creightona Suna. Pomógł jej przetrwać wiele trudnych chwil
podczas wydarzeń na Eiramie i E'ronoh.
- Niby jak? - zapytała go.
- Po pierwsze, jestem mistrzem Jedi. Jestem Jedi znacznie dłużej niż ty.
A po drugie, chociaż jako Poszukiwaczka nie potrzebujesz specjalnej
zgody Rady Jedi, to, co robisz, wpływa na ich decyzje. Jeśli będę ci
towarzyszył, twój wybór wyda im się mniej pochopny. Nie potraktują tego
jako wybryku podyktowanego uczuciami.
- Ale ja... - Gella urwała w pół zdania. Zamknęła usta i pozwoliła, by
słowa Orina do niej dotarły. Miał rację. A ona faktycznie była na tyle
wściekła, że gniew mógł wpłynąć na jej osąd. Orin wyglądał, jakby miał
zaraz kichnąć, co zapewne - jak do niej dotarło - było u niego
odpowiednikiem poważnej miny.
- Ja również wyczuwam, że coś się szykuje - powiedział, spoglądając na
pył i dym spowijające Jedha City. Błękitne niebo było w jakiś
przewrotny, uparty sposób zachwycająco piękne - urzekające tło, stojące
w jaskrawym kontraście z koszmarem, który rozegrał się tam, w dole. -
Czułem to od jakiegoś czasu, ale teraz już wiem, że nie chodzi o to, co
stało się na Jedzie. Tylko o coś innego. - Zapiął uprząż bezpieczeństwa.
- Wszedłem na pokład tego statku, aby gasić pożary. I oto jesteś ty:
uparcie zapuszczająca się w najgorętsze otchłanie piekła. Ale ja nie
odpuszczę. Ruszajmy.
Orin miał w zwyczaju w mgnieniu oka przechodzić od powagi do żartów, co
wyprowadzało ją z równowagi. Być może jednak w podobny sposób jego
obecność wpłynie na Axela, a to mogło okazać się przydatne.
Skinęła głową.
- W porządku zatem. Choć nie sądzę, by moja podróż jako Poszukiwaczki
zaczynała się właśnie teraz. Presja Mocy, którą czułam, prowadząca mnie
do wyboru tej drogi... Nie potrafię tego do końca wyjaśnić, ale wiem, że
nie zaczyna się od tej niedokończonej sprawy z Axelem. Może nastąpi to
później, jak już wszystko sobie poukładam. - Zaczęła wprowadzać
współrzędne do systemu nawigacji, a Orin przejął stery. "Zmierzch" wzbił
się w powietrze i już wkrótce zostawili Jedhę daleko w tyle. - Dzięki,
Orin, że zdecydowałeś się mi towarzyszyć. Cieszę się, że nie muszę tego
robić sama.
- Nie ma za co, Gella. - Spojrzał na nią z ukosa. - Chciałbym tylko,
żebyś o tym pamiętała, gdy moje żarty zaczną cię męczyć. A skoro już o tym mowa, słyszałaś ten o węglogarze, który próbował pracować w piekarni
na Coruscant? Nie przyjęli go, bo okazał się spalony.
Gella przewróciła oczami. Nadświetlna czy nie, ta podróż będzie naprawdę
długa.
Nie minęło wiele czasu, nim dotarli na Pipyyr, choć musieli lecieć krętą
trasą przez teren Jądra i z powrotem przez Zewnętrzne Rubieże,
wybierając sprawdzone i dobrze zbadane szlaki. I dzięki niech będą
gwiazdom za nadprzestrzeń, bo Gella nie była pewna, ile zniesie jeszcze
irytujących żartów Orina, zanim z rozpaczy nie powyrywa sobie z głowy
wszystkich ciemnych loków. Może mimo wszystko popełniła błąd?
- Gella? - dobiegł z tylnego przedziału gromki głos Orina. - Już prawie
jesteśmy na miejscu.
Przeszła do kokpitu i patrzyła, jak rozmyte światło nadprzestrzeni
gaśnie za iluminatorami. Wkrótce unosili się w pobliżu szarej planety. W okolicy znajdowały się dwa księżyce, oba podziurawione kraterami.
Malutka kropka na ich obrzeżach musiała być Bakurą.
- Poinformowałem już punkt kontroli bezpieczeństwa, że wkrótce lądujemy.
Gdy przelecieli przez warstwę chmur, Gella rozejrzała się dookoła. Opary
się rozrzedziły, ukazując jej oczom skalistą planetkę usianą głębokimi,
wypełnionymi wodą nieckami. Nie rosło tu zbyt wiele roślinności, ale
przy brzegach woda miała toksyczny, zielony odcień. Na szczytach
skalistych gór i wzgórz znajdowało się kilka wiosek. Nikt nie osiedlał
się w pobliżu sadzawek.
- To tam - powiedziała Gella, wskazując na szczyt jednego ze wzniesień.
Niczym żywy kryształ wyrastał na niej budynek w kształcie sześcianu.
Obok znajdowało się płaskie lądowisko wykute w skale, migające miriadami
świateł.
- Widziałem Axela Greylarka w HoloNecie - oznajmił Orin. - Nadziany
lowelas. Wygląda na to, że przeniósł się do nowego pałacu.
Gella skinęła głową i przygryzła wargę. Wiedziała, że podczas ich
pierwszej rozmowy musi mieć pełną kontrolę nad sytuacją - w przeciwnym
razie wszystko może pójść nie tak i nie uzyska żadnych informacji.
- Jaki on jest? Ten chłoptaś? - zapytał Orin. - To znaczy: twoim
zdaniem?
- Sprytny. Przebiegły. Czarujący.
- Chyba już się w nim zakochuję - skwitował Orin.
- Jest chodzącą definicją charyzmy - dodała Gella. - Ale nie przepada za
Jedi, z powodu kiepskich doświadczeń związanych ze śmiercią ojca. Nie
daj się jednak zwieść pozorom. Pod tym blichtrem celebryty jest
rozpaczliwie niepewny.
Orin zacmokał.
- Lubisz go, prawda?
Gella przechyliła głowę na ramię.
- Tego nie powiedziałam.
- Nie musiałaś.
Spróbowała wyciszyć umysł i wzięła głęboki oddech.
- Jest cwany. Ale wyczułam w nim również pewną... wrażliwość. W głębi
duszy to dzieciak, który wciąż cierpi. Zanim zrozumiałam, kim jest,
szukałam w nim dobra. - Zmarszczyła brwi. - A gdy przypomina mi się o moich błędach w ocenie sytuacji, odruchowo się stawiam. To, co zrobiłam,
miało olbrzymie konsekwencje, Orin.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki