Rozdział trzeci
Rozdział
TRZECI
Avon obudziła się na pokładzie statku, z nozdrzami wypełnionymi
wonią metalu i spalin. Usiadła i przetarła oczy, z ulgą rejestrując
fakt, iż nie ma skrępowanych nadgarstków.
Bolała ją głowa i spróbowała przypomnieć sobie ostatnie, co zapamiętała.
Laboratorium! W końcu okazja, żeby przeprowadzić symulację z udziałem
kryształu kyber Imriego! A potem... gaz bojowy i Nihil stojący w drzwiach.
Wyjątkowo obiecujący dzień... i wszystko w ułamku sekundy runęło w gruzy.
Avon poklepała się po kieszeni spodni i wyczuła pod palcami znajomy
kształt. Nadal go miała. Nie odebrali jej kryształu. Nie żeby w tych
okolicznościach mogła z nim wiele zdziałać, ale zawsze coś.
Rozejrzała się dookoła. Miała szczęście, że żyła... choć ta myśl napełniła
ją dziwną paniką. Nihilowie raczej nie słynęli z tego, że brali jeńców,
a jednak była tu, w ładowni ich statku - sądząc po zapachu jagód kava,
dolatującym z pobliskiej skrzyni.
- Hej! Ocknęła się! - zawołał ktoś. Ktoś młody, sądząc po głosie, a gdy
Avon odwróciła się w tamtą stronę, ujrzała przyglądającego jej się
chłopca. Umbaranina, na co wskazywały jego bladoniebieska skóra i ostre
rysy twarzy.
- Cześć. Jestem Avon... - przedstawiła się i ugryzła w język, zanim
odruchowo dodała swoje nazwisko. Dzieciak nie wyglądał na Nihila, ale...
co właściwie robił na pokładzie ich statku, skoro nie należał do ich
grona? Nazwisko Starros było w galaktyce znane. Jej matka, Ghirra
Starros, pełniła funkcję senatorki Hosnian Prime, co czyniło ją
rozpoznawalną postacią. Avon nie sądziła jednak, by ktokolwiek wiedział,
że ona była jej córką. Ostatnim razem, gdy została porwana, kazali jej
żądać w ich imieniu okupu na holonagraniu, ale tym razem... wyglądało na
to, że trafiła tutaj po prostu z garstką innych dzieciaków. A jeśli
Nihilowie nie wiedzieli, że jest córką senatorki i nie wzięli jej
żywcem, żeby zażądać okupu - co wydawało się logicznym przypuszczeniem,
skoro nie była w ładowni sama - w takim razie co tu robiła? Cóż, tę
zagadkę należało rozwiązać... a Avon chętnie przeprowadziłaby małe
śledztwo. Gdyby miała jakiś wybór, wolałaby w ogóle nie zostać porwana,
jednak jej ścisły umysł odsunął tę myśl na bok i przystąpił do
analizowania faktów.
- Jestem Krylind - przedstawiła się młoda Kageanka o bladozielonej
skórze, długich, czarnych włosach splecionych w dwa upięte na głowie
warkocze i różowych oczach z czarnymi tęczówkami.
- Gdzie jesteśmy? - spytała Avon. Całe ciało miała obolałe, zapewne
skutek uboczny działania gazu. A może to był efekt promienia
ogłuszającego, którym trafił ją tamten Nihil? Po namyśle uznała jednak
działanie gazu za bardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Swego czasu
przeczytała sporo artykułów na temat nihilskiej mgły bojowej - głównie
dlatego, iż fascynowało ją, w jaki sposób naukę można wykorzystywać do
realizacji tak wielu celów, nie zawsze szczytnych.
- Znajdujemy się na pokładzie statku Nihilów. Sprowadzili nas tutaj po
tym, jak zatrzymali się w Porcie Haileap. Jestem Liam i pochodzę z Hetzala, a to Petri z Hynestii - powiedział kolejny chłopiec, blady,
rasy ludzkiej, patrząc na nią z ciekawością spod szopy kasztanowych
włosów. Umbaranin imieniem Petri pomachał do niej.
- Czego od nas chcą? - spytała Avon, a potem wstała i obeszła niewielką
ładownię, zaglądając we wszystkie kąty. Nie znalazła jednak nic poza
kilkoma zamkniętymi skrzyniami, paroma zapieczętowanymi racjami
żywnościowymi oraz stertą koców, najprawdopodobniej przeznaczonych na
posłania dla nich.
Ogólnie rzecz biorąc, wyglądało to jak najgorzej zorganizowane piżama
party w galaktyce.
- Nie wiemy. Sądziliśmy, że nas zjedzą, ale chyba żywią się czymś innym
- powiedział Petri, otaczając ramionami kolana i przyciągając je pod
brodę.
- Dlaczego mieliby nas zjadać, skoro mają ładownię pełną zapasów? To bez
sensu! - prychnęła Krylind. - Słyszałam, że Nihilowie zostali
rozgromieni przez Jedi, ale potem najechali moją wioskę i spalili ją do
gołej ziemi! Na pomoc nie przybył nam choćby jeden Jedi...
- Jedi nie mogą być we wszystkich miejscach naraz - zaprotestowała Avon.
- Gdyby wiedzieli, co was spotkało, na pewno by wam pomogli.
- Skąd wiesz? - spytał Liam, wyginając drżące wargi w podkówkę. Na jego
policzku widniał brzydki siniak - plama w kolorze wściekłego fioletu,
która z pewnością musiała boleć.
- Znam Jedi. To znaczy, dwoje. Ocalili mi życie. Mnóstwo razy -
powiedziała z przekonaniem, i mówiła prawdę. - Jestem pewna, że gdybyśmy
zdołali wysłać wiadomość do Latarni Gwiezdny Blask, przysłaliby kogoś na
pomoc.
- Taak, a jak niby twoim zdaniem mielibyśmy to zrobić? - parsknęła
Krylind. - Co, masz w kieszeni komunikator?
Avon rozejrzała się po ładowni.
- Nie, nie mam. Ale może udałoby nam się z tego miejsca wpiąć do ich
systemu łączności...
Pozostałe dzieci usiadły nagle prosto, nadstawiając uszu, zaintrygowane
jej słowami - i to nie tylko dlatego, że była tu nowa. Młoda badaczka
tymczasem wstała i zaczęła szperać w otwartych skrzyniach - do tych
zamkniętych nie była w stanie się dobrać, nie mając na podorędziu
swojego standardowego zestawu narzędzi. Gdyby tylko była tu z nią J-6,
bez trudu dałaby radę włamać się do każdego systemu. Ma się rozumieć,
gdyby J-6 była tu z nimi, prawdopodobnie wpakowałaby ich również w jeszcze większe tarapaty. Wprowadzając do jej oprogramowania specjalną
modyfikację usprawniającą proces komunikacji, Avon niechcący spowodowała
następujący defekt: jej droidka była momentami zbyt bezpośrednia. Już
wkrótce Avon przekonała się w bolesny sposób, że przesadnie szczery
droid w ogóle nie podoba się większości istot żywych.
To jednak nie miało w tej chwili żadnego znaczenia. Avon była w swoim
żywiole. Miała problem i znalazła jego potencjalne rozwiązanie - teraz
musiała tylko rozgryźć, jak wcielić je w życie.
Podczas gdy ona skupiła się na myszkowaniu w skrzyniach i wyławianiu
przydatnych elementów, reszta dzieci lekko się odprężyła; łzy na ich
policzkach wyschły, a lękliwe miny zastępowała stopniowo coraz większa
ciekawość. Avon także zaczęła się uspokajać.
To była zdecydowanie lepsza opcja niż pozwolenie, aby sparaliżował ją
strach, który przez cały czas czaił się gdzieś na obrzeżach jej
świadomości.
- Czy możemy ci jakoś pomóc? - spytał w pewnym momencie Liam. Avon
skwapliwie przytaknęła. Widząc to, reszta dzieci otoczyła ją ciasnym
wianuszkiem, ona zaś zadawała im pytania - poważne pytania, dotyczące
piratów oraz ich zwyczajów. W jej głowie rysował się coraz wyraźniejszy
plan.
Wyślą wiadomość do Vern i Imriego, a kiedy tego dokonają, będą
uratowani. Proste, prawda? Musiało się udać.
Avon pragnęła w to wierzyć - nie tylko ze względu na siebie, ale i całą
resztę uwięzionych z nią dzieci.
Rozdział czwarty
Rozdział
CZWARTY
Imri w rekordowym czasie dotarł z leżącej na Środkowych
Rubieżach planety Kirima do Portu Haileap. Vernestra nie próbowała nawet
zmienić go za sterami - ucieszyła ją wieść, że ponownie zgodził się
pilotować. Podczas skoku, gdy jedli zapakowane próżniowo kanapki, nie
doznała kolejnej ze swoich wizji - i tym razem dla odmiany tego
żałowała.
Miło byłoby, gdyby Moc zapewniła ją, że Avon jest cała i zdrowa.
Gdy tylko weszli w atmosferę nad Portem Haileap, natychmiast
spostrzegli, że wydarzyło się tu coś strasznego. Las marmurodrzew
otaczający platformy lądownicze stał w płomieniach; nad czubkami drzew
przemykały droidy, próbując ugasić pożar. Najgęstszą część zagajnika
szpeciła długa, ciemna szrama, na której krańcu spoczywał częściowo
wryty w ziemię statek.
- Rany...! - wykrztusił Imri, wskazując miejsce katastrofy. - Czy to
statek Nihilów?
- Wygląda raczej jak vector - odparła cicho Vernestra. Ale... jakim cudem
Nihilowie zdołali zestrzelić statek Jedi? Vectory mogły pilotować tylko
Jedi, nie mówiąc już o tym, że te stateczki były zwrotniejsze i szybsze
od większości latającego sprzętu w okolicy. Jedi rzadko się nimi
rozbijali, a skoro właśnie do tego tu doszło, walka musiała być naprawdę
zaciekła.
Zgodnie z instrukcjami zadokowali "Pobożnym Życzeniem" w najmniej
zniszczonej części kosmoportu i szybko wysiedli.
- O, nie! Spójrz na budkę z makaronem! - jęknął Imri, łapiąc się za
głowę, gdy jego wzrok padł na dymiące szczątki kiosku z jedzeniem.
Zmieszał się jednak na widok miny Vernestry. - Przepraszam - bąknął. -
Wiem, że doszło do znacznie poważniejszych zniszczeń i strat, ale... to
było po prostu mój ulubiony punkt z jedzeniem.
- Miejmy nadzieję, że sprzedawca uszedł z życiem - odpowiedziała,
poklepując padawana po ramieniu.
W ich stronę szła już mistrzyni Jedi.
- Mocy niech będą dzięki! Jesteście! Jakim cudem dotarliście tutaj tak
szybko z Latarni Gwiezdny Blask?
- Nie przebywaliśmy na Gwiezdnym Blasku - wyjaśniła Vernestra. - Imri i ja wybraliśmy się na Kirimę, żeby poćwiczyć. Przylecieliśmy stamtąd, gdy
tylko odebraliśmy wiadomość...
Mistrzyni Jedi Jorinda Boffrey, Delphidianka o czarnej, pokrytej siatką
bruzd twarzy, skinęła głową.
- Cóż, w takim razie Moc wiedziała najwyraźniej, że będziemy was tu
potrzebować. Cieszę się, że przybyliście.
- Co się stało? - spytał Imri, z przerażeniem rozglądając się po
lądowisku. Port Haileap jeszcze niedawno był przystankiem na przecięciu
gwiezdnych szlaków, gdzie zatrzymywali się kosmiczni podróżnicy, zanim
wyruszyli na krańce zbadanej przestrzeni kosmicznej. To zazwyczaj
sprawnie funkcjonujące, gwarne miejsce, w którym roiło się od pasażerów
i pilotów, przedstawiało teraz obraz nędzy i rozpaczy, zmienione w stertę dymiących szczątków. Wśród ruin kręciły się przygnębione istoty,
zajęte uprzątaniem bałaganu i próbą odbudowywania zniszczonych witryn.
- Pięć lub sześć statków nadleciało jednocześnie, bez zapowiedzi -
wyjaśniła mistrzyni Jorinda. - Pomyśleliśmy, że to dziwne, ale nie
przypominały statków Nihilów, więc Kohta i ja uznałyśmy, że nie ma
powodu do niepokoju.
- Kohta...? - powtórzyła Vernestra, nie rozpoznając imienia.
- Rycerka Jedi Kohta Jarik - wyjaśniła Jorinda. - Vector, który zapewne
widzieliście w lesie, należał do niej. Walczyła mężnie... - Oblicze
mistrzyni Jedi wykrzywił grymas bólu. - Ale było ich tylu... dosłownie
wszędzie! W walkę z nimi zaangażowali się wszyscy, którzy mogli walczyć...
a potem, równie szybko, jak się pojawili, Nihilowie zniknęli. I tyle
żeśmy ich widzieli. Mieliśmy jednak prawdziwe szczęście, bo ofiar jest
niewiele. Najszybciej, jak tylko zdołałam, skontaktowałam się z Gwiezdnym Blaskiem. Poinformowałam ich, że napadli nas Nihilowie i poprosiłam o pomoc. Sądziłam, że zlikwidowano już zagrożenie ze strony
tych piratów... i właśnie po części dlatego daliśmy się zaskoczyć.
Częściowo zaś dlatego, że zaledwie parę ich statków było wyposażonych w silniki Ścieżki... co wydaje się dość dziwne.
- Nihilowie się przystosowują - zauważyła Vernestra.
Tak zwane silniki Ścieżki pozwalały im skakać w nadprzestrzeń w miejscach, w których nie było boi albo w których cienie mas planet
powinny im to uniemożliwić. Jednak bez wsparcia Mari San Tekki,
staruszki, która potrafiła obliczać skoki i dostrzegać wszystkie
potencjalne szlaki prowadzące przez nadprzestrzeń, napęd był
bezużyteczny. Mogli albo skakać w bezpiecznych miejscach albo ryzykować,
że zginą w spektakularnej eksplozji, więc niektórzy z Nihilów wrócili do
używania standardowych hipernapędów.
Jednak mistrzyni Jorinda zasadniczo miała rację: w tym momencie
Nihilowie naprawdę nie powinni już stanowić problemu, którym należało
się martwić. Republika i Jedi byli na tropie ich przywódczyni Lourny
Dee, a Vernestra zachodziła w głowę, co też skłoniło Nihilów do
przypuszczenia brutalnego ataku na Port Haileap. Skoro ich szeregi
zostały poważnie przetrzebione przez połączone siły Republiki i Jedi,
dlaczego podjęli to niepotrzebne ryzyko i przystąpili do ofensywy?
- Mistrzyni Jorindo, czy sprawdziłaś już stan osobowy placówki? -
spytała rycerka. - Podczas szkolenia Imriego miałam wizję. Pojawiła się
w niej nasza przyjaciółka, asystentka profesor Kip...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział pierwszy
Rozdział
PIERWSZY
Avon Starros nie
miała w zwyczaju podskakiwać. Radosne brykanie z ekscytacji czy
podrygiwanie z uciechy nie wypadało komuś takiemu jak jedyna córka
senator Ghirry Starros i jednocześnie najmłodsza członkini prześwietnego
klanu Starros z Hosnian Prime. Była przecież szanowaną naukowczynią!
Mimo to Avon złapała się na tym, że podskakuje, idąc korytarzem u boku
swojej mentorki, profesor Glenny Kip, w stronę laboratorium w Porcie
Haileap.
- Naprawdę? - dopytywała, nie posiadając się z radości. - To już dziś?
Czy naprawdę będę mogła dzisiaj wreszcie spróbować zsyntetyzować
kryształ Starros?
Placówka w zasadzie była niewiele większa od przystani, do której
zawijały statki w drodze do najodleglejszych krańców galaktyki i z powrotem, choć mieściło się tu również laboratorium profesor Kip,
słynnej badaczki.
- Tak, właśnie dziś - potwierdziła profesor Kip, a jej zieloną,
poprzecinaną srebrzystymi liniami twarz rozświetlił uśmiech. - Możesz
przygotować próbki. Zabierzemy się za to po lunchu.
- Tak! - wykrzyknęła Avon. - Dziękuję, profesor Kip! Zaraz wszystko
przygotuję... I do zobaczenia później!
Pośpieszyła korytarzem do laboratorium. Po wielu miesiącach spędzonych
na zgłębianiu podstawowej struktury cząsteczek kryształów kyber, badaniu
atomów, testowaniu refrakcji energetycznej i tym podobnych, Avon właśnie
miała zrobić to, o czym marzyła od chwili, gdy ukradła padawanowi
Imriemu Cantarosowi jego uszkodzony miecz świetlny: stworzyć replikę
kryształu kyber.
Konstrukcja samego miecza wydawała się stosunkowo prosta i Avon zadawała
sobie pytanie, czy kryształy kyber można wykorzystać także inaczej.
Miecz świetlny raczej by się jej nie przydał - była w końcu badaczką, a nie Jedi - miło byłoby jednak odkryć jakiś sposób na zastosowanie
skupiających właściwości kyberu do ujarzmiania i wykorzystania energii
otaczającej ich przestrzeni.
Czy skoro na wyciągnięcie ręki było tak wiele zbłąkanego promieniowania,
można jakoś... skopiować strukturę kryształu, żeby przekierować tę energię
i użyć jej do zasilania całych planet?
Avon przypuszczała, że tak, nawet jeśli wcześniej to nie przyszło do
głowy nikomu innemu.
Minęły miesiące, zanim zdołała przekonać swoją mentorkę, że projekt taki
jak symulowany kryształ kyber mógł być przydatny i zasługiwał na uwagę,
a chociaż profesor Kip próbowała zachęcić Avon, żeby zamiast tego
skupiła się raczej na naukach przyrodniczych (na przykład projekcie
zwiększania wydajności upraw, którym się w tej chwili zajmowała),
dziewczynki w gruncie rzeczy nic nie obchodziły kwestie przyśpieszania
wzrostu roślin ani nakłanianie zwierząt, aby szybciej się rozmnażały.
Chciała zrozumieć energię... oraz poznać inne - lub skuteczniejsze od
istniejących - sposoby na wykorzystanie takich substancji jak tibanna
albo nawet zastępowanie ich czymś zupełnie innym. W końcu wciąż
bezustannie eksplorowano nowe zakątki galaktyki, więc aby dostarczać
zapasy na pogranicze, będą potrzebne coraz większe ilości paliwa, czyż
nie? Avon zdawała sobie z tego sprawę, bo jej matka z zapamiętaniem
rozprawiała o tym podczas ich cotygodniowych rozmów.
I tak oto, po wielu miesiącach kreślenia diagramów struktury kryształu,
spisywania notatek i gromadzenia wszystkich dostępnych informacji na
temat kyberów (większość pochodziła ze Świątyni Jedi na Coruscant i Avon
pozyskała je z pomocą profesor Kip), młoda naukowczyni wreszcie była
gotowa przetestować swoją teorię w praktyce.
Profesor Kip miała wrócić dopiero za godzinę. Kiedy Avon dotarła do
laboratorium, bardzo szybko przygotowała je do przeprowadzenia
eksperymentu. Kyber spoczywał już bezpiecznie w specjalnym uchwycie, a powielacz Lonnigana został odpowiednio wyregulowany i ustawiony.
Brakowało tylko profesor Kip. Avon hasała więc w kółko po laboratorium,
czekając na powrót mentorki (hasanie nie było dokładnie tym samym, co
podskakiwanie, nawet jeśli bardzo je przypominało).
Avon jeszcze raz sprawdziła godzinę. Zaburczało jej w brzuchu i zaczęła
się zastanawiać nad wyprawą do obwoźnego stoiska z makaronem po coś na
ząb...
I właśnie wtedy rozległy się odgłosy eksplozji.
Dziewczynka podbiegła do drzwi laboratorium i otworzyła je na oścież,
rozglądając się po korytarzach kompleksu Portu Haileap. Zamieszkiwali go
Jedi i stacjonujący tutaj urzędnicy Republiki; było też kilka pokoi dla
osób z zewnątrz, goszczących tu przelotem. Nigdzie jednak nie widziała
nic, co mogłoby wskazywać na źródło hałasu, który dobiegał jej uszu.
Odgłos blasterowego ognia i eksplozji z każdą chwilą przybierał na sile,
a w tle dało się słyszeć okrzyki i przekleństwa. W stronę laboratorium
biegła młoda Togrutanka; jej mięsiste, pasiaste głowoogony powiewały w ślad za nią, gdy zdyszana pędziła wprost na Avon.
- Talia! - zawołała młoda badaczka. - Co się dzieje?
Talia również była uczennicą profesor Kip, chociaż interesowała się
raczej roślinami i naukami przyrodniczymi, które Glenna Kip przedkładała
nad wszystkie inne dziedziny.
- To Nihilowie! - jęknęła Togrutanka. - Zaatakowali Port Haileap!
- Jesteś pewna? - spytała Avon, czując, jak w jej żołądku formuje się
lodowata kula strachu. Nihilowie rzekomo zostali pokonani... Jedi i Republika wykurzyli ich podobno z każdej nory w galaktyce, w której ci
się ukryli, i przepędzili na cztery wiatry! A jednak... to najwyraźniej
nie do końca się powiodło, skoro ktoś właśnie bez dwóch zdań napadł na
Port Haileap.
- Widziałam, kiedy przyleciały te statki, Błyskawice! - mówiła Talia. -
Wyglądały wypisz wymaluj jak statki Nihilów!
Avon gestem dała jej znak, żeby weszła do laboratorium.
- Chodź! Ukryjemy się tu - powiedziała nagląco.
- T... tutaj? - zawahała się Talia, zatrzymując się ślizgiem tuż przed
drzwiami pomieszczenia. - Znajdą nas!
- Bzdura. Schowamy się w którejś z szafek ze sprzętem.
Weszły do laboratorium, blokując za sobą drzwi. Na tylnej ścianie sali
znajdywał się szereg szafek, wykorzystywanych do magazynowania
rozlicznych przedmiotów niezbędnych w laboratorium; Avon wskazała na tę
daleko po lewej.
- Ukryj się między fartuchami. Ja wcisnę się do schowka na droidy.
Jay-Six pomaga właśnie mistrzyni Boffrey, więc jest pusty...
Talia pokiwała głową i pomknęła do wskazanego miejsca. Avon biegła tuż
za nią... Nagle jednak uświadomiła sobie, że zapomniała swojego kryształu
kyber, wciąż przymocowanego do płytki analitycznej maszyny.
Chyba nie powinna go zostawiać na pastwę Nihilów, prawda?
Gdy zmierzała w stronę urządzenia, dobiegające z korytarza odgłosy walki
przybierały na sile. Od ścian odbijały się gromkim echem triumfalne
okrzyki i wrzaski, a ciężkie kroki dudniły o podłogę, z każdą sekundą
coraz głośniejsze. Musiała się pośpieszyć.
Dotarła do maszyny i złapała kryształ... w tej samej chwili, w której
drzwi do laboratorium otworzyły się z hukiem, więc Avon schowała się za
stołem do badań. W drzwiach stał mężczyzna o bladej twarzy, którą -
podobnie jak całe ciało - pokrywały linie wymalowane niebieską farbą.
- Och, witaj, maleńka! - wychrypiał głosem stłumionym przez maskę
częściowo przesłaniającą jego oblicze. Za nim kłębił się fioletowy dym -
mgła bojowa, jak nazywali Nihilowie trujący gaz, który wprawiał w dezorientację i oddziaływał toksycznie na większość istot żywych w galaktyce. Maska, wyposażona w specjalny filtr, chroniła mężczyznę przed
działaniem szkodliwej substancji, Avon jednak nie była przygotowana na
spotkanie z nią.
Ściskając w dłoni kryształ kyber, rozejrzała się desperacko w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby wykorzystać... Mężczyzna blokował jej
jedyną drogę ucieczki, ale w laboratorium było mnóstwo rzeczy, które
mogły się okazać bardzo przydatne. Musiała tylko opracować sensowny plan
ataku.
Niestety, intruz nie dał jej na to cienia szansy. Wycelował w nią
blaster i strzelił. Wiązka ogłuszająca trafiła Avon w sam środek piersi,
odrzucając dziewczynkę w tył i ścinając z nóg.
- Dobranoc! - rzucił śpiewnym, szyderczym tonem Nihil i wszystko wokół
spowił mrok.
Rozdział drugi
Rozdział
DRUGI
Vernestra Rwoh,
rycerka Jedi, mistrzyni padawana Imriego Cantarosa, rozpaczliwie
potrzebowała drzemki.
- Proszę, Vern! Jeszcze tylko jeden raz! Chyba wreszcie zaczynam łapać,
w czym rzecz! - zawołał Imri z głębi kanionu. Właśnie wisiał w powietrzu
po tym, jak nie udał mu się ostatni skok. Utrzymująca go Mocą nad ziemią
Vernestra postawiła go bardzo ostrożnie tuż obok siebie. To był już
trzydziesty trzeci raz, gdy musiała chwycić Imriego. Padała z nóg.
Odkąd został jej padawanem po katastrofie "Mocnego Skrzydła", brakowało
im okazji do przeprowadzania kontrolowanych ćwiczeń w terenie. Walka z Drengirami, a potem konieczność stawienia czoła Nihilom i podróż na
Coruscant, aby pomóc mistrzowi Stellanowi, sprawiły, że praktycznie nie
mieli czasu, by skupić się na doskonaleniu podstaw. Teraz jednak
przywódczynię Nihilów, tajemnicze Oko, zmuszono do ucieczki, zaś
Republika i Jedi w końcu przywrócili bezpieczeństwo na pograniczu i szlakach nadprzestrzennych.
Vernestra uznała, że nadeszła pora, aby Imri otrzymał nieco więcej
formalnych wskazówek dotyczących szkolenia. Udali się zatem na planetę
Kirima, aby mógł poćwiczyć kilka różnych technik, takich jak pokonywanie
skokiem długich dystansów czy skakanie z dużej wysokości. Vernestra
sądziła, że to świetne miejsce, aby potrenować nowo nabyte umiejętności.
Imri jak zwykle tryskał entuzjazmem, ale używanie Mocy do dokonywania
wielkich czynów czy demonstracji siły słabo mu wychodziło. Doskonale
radził sobie z tworzeniem więzi i korzystaniem z Mocy, aby koić
wzburzone emocje - a tym właśnie początkowo się martwiła, teraz jednak
już rozumiała, że on po prostu interpretuje w ten sposób wolę Mocy.
Praca z młodszym Imrim, była równie cennym doświadczeniem dla niej, jak
dla niego. Została pasowana na rycerkę Jedi jako piętnastolatka -
znacznie wcześniej niż większość rycerzy - i teraz, mając lat niemal
osiemnaście, zdała sobie sprawę z tego, że dzięki padawanowi nauczyła
się znacznie więcej niż w ciągu całego swojego życia w zakonie.
Wiedziała, że powinna być chłopcu za to wdzięczna.
Jednak teraz była już naprawdę, ale to naprawdę zmęczona łapaniem go co
chwila i odstawianiem na ziemię, żeby nie skręcił sobie karku, spadając
na łeb na szyję z dużej wysokości.
- Odnoszę wrażenie, że mistrz Sskeer ma inną niż ja koncepcję, jak
najlepiej wyszkolić padawana - powiedziała z westchnieniem, ponownie
omiatając wzrokiem rozciągający się przed nimi kanion. To właśnie mistrz
Sskeer podpowiedział jej to miejsce, a jego była padawanka Keeve
roześmiała się, gdy Vernestra zapytała ją o doświadczenia z treningu pod
jego okiem na Kirimie.
"Och, to z pewnością będą dla Imriego niezapomniane chwile, możesz mi
wierzyć na słowo!" - zapewniła ją z szerokim uśmiechem. Vernestra
odniosła wrażenie, że nie miała na myśli nic przyjemnego, ale Imri
najwyraźniej mimo wszystko świetnie się bawił.
- W porządku, jeszcze raz. Ale potem musimy w końcu coś przekąsić -
zaznaczyła Vernestra, czując nieznośne ssanie w żołądku. - Gotów?
Imri wyprostował ramiona i przykucnął.
- Gotów!
Ruszyła w jego stronę. Odbijając się od ziemi, posiłkowała się Mocą,
więc każdy krok niósł ją na imponującą odległość. Wyminęła go, kierując
się ku majaczącemu w oddali skrajowi urwiska i ziejącą za nim czeluścią
wąwozu... aby w ostatniej chwili wybić się w powietrze. Pozwoliła, aby Moc
poderwała ją w górę i poniosła dalej, nadając jej znacznie większy pęd,
niż zdołałaby uzyskać o własnych siłach jakakolwiek istota żywa.
Ślizgiem zatrzymała się po przeciwnej stronie, a gdy się odwróciła,
spostrzegła, że Imri radośnie szerzy zęby.
- W porządku, teraz twoja kolej! - zawołała, przykładając dłonie do ust,
aby mieć pewność, że ją usłyszy.
Chłopiec puścił się biegiem na skraj kanionu, a ona przygotowała się, by
go złapać, jeśli znów zajdzie taka potrzeba. Wiedziała, że z dużą dozą
prawdopodobieństwa będzie musiała to zrobić. Ćwiczyli na Kirimie już
cały dzień, a mimo to jeszcze nie udało mu się samodzielnie przeskoczyć
przez wąwóz.
Gdy ruszył, zdała sobie jednak sprawę, że tym razem da radę - czuła to.
Dotarł do krawędzi urwiska... i skoczył naprzód, młócąc rękami w powietrzu. Oceniając trajektorię i prędkość jego skoku, Vernestra
uśmiechnęła się od ucha do ucha. Uda mu się!
Nagle, bez ostrzeżenia, otaczający ją pejzaż Kirimy zniknął, a ona
patrzyła na mężczyznę w stroju Nihila, strzelającego do Avon.
Dziewczynka upadła na podłogę - znajdowali się w laboratorium, którego
Vernestra nigdy wcześniej nie widziała. Na Vernestrę padł cień... i wyciągnęła rękę, aby pomóc przyjacielowi.
- Uch!
Imri uderzył w nią z impetem i oboje runęli na ziemię, przetaczając się
po pylistym podłożu w tył. Rycerka jęknęła, a jej padawan zaczął się
niezgrabnie podnosić.
- Vern! - zawołał. - Nic ci się nie stało? Widziałaś to? Udało mi się!
Udało! - Podskakiwał radośnie, triumfalnie potrząsając pięścią nad
głową.
- Ee... tak, udało ci się. Doskonała robota. - Marszcząc czoło, wstała i otrzepała się z pyłu.
- Vern? - bąknął Imri. - Co się stało? Wydajesz się... zaniepokojona.
Zdolność chłopca do odczytywania emocji otaczających go osób była
silniejsza niż u większości Jedi i nieoceniona podczas spotkań
dyplomatycznych. Nie przytłaczała go, odkąd zaczął regularnie stosować
specjalne medytacje. Pomagały mu, kiedy zbyt silnie odczuwał wpływ
otoczenia. Vernestra była dumna z tego, że udało mu się znaleźć sposób
na kontrolowanie własnych umiejętności, dzięki czemu nie uciekał już
przed nimi. Jasne, pomogła mu w tym odrobinę, jednak efekty były głównie
zasługą jego ciężkiej pracy. I właśnie tę cechę ceniła w nim
najbardziej: jej padawan nigdy się nie poddawał.
Podziwiała go za to - chciałaby być równie dzielna jak on.
- Gdy skoczyłeś... miałam wizję - wyznała.
Otworzył szeroko usta.
- Tutaj...? Ale przecież miewałaś je tylko w nadprzestrzeni!
- Tak - i właśnie to mnie niepokoi. Zastanawiam się, czy to przypadkiem
nie dlatego, że była... bardziej osobista? Zobaczyłam Avon... i chyba
groziło jej niebezpieczeństwo.
- Sądzisz, że coś złego wydarzyło się w Porcie Haileap? - spytał.
Odległa planeta Haileap była przez jakiś czas ich domem, gdy Vernestra
została właśnie pasowana, a Imri uczył się pod okiem mistrza Douglasa
Sunvale'a, który zginął później podczas eksplozji "Mocnego Skrzydła".
Chłopiec nadal miał tam kilkoro przyjaciół i było widać, że sama myśl o tym, iż coś złego mogło ich spotkać, silnie nim wstrząsnęła. - Czy to
mogli być... Nihilowie?
Pokręciła głową.
- Nie sądzę. To mało prawdopodobne. Ten ktoś w mojej wizji... był ubrany
jak Nihil, ale połączone siły Jedi i Republiki skutecznie zadbały o to,
by wyeliminować zagrożenie z ich strony. Bardzo możliwe, że to nic
takiego. Może po prostu muszę napić się wody.
Twarz Imriego stężała.
- Powinniśmy się skontaktować z Haileapem. Tak na wszelki wypadek.
Wrócili do swojego statku, zaparkowanego zaledwie kilka kilometrów
dalej. Przez całą drogę Vernestra usilnie próbowała odsunąć od siebie
ponure myśli. Wiedziała, że nic dobrego jej przyjdzie z analizowania
mrocznych scenariuszy.
Gdy jednak dotarli na miejsce, spostrzegła, że zaniepokojony wcześniej
Imri sprawia teraz wrażenie dosłownie zdruzgotanego.
- Nie dopuść, żeby twoje lęki wzięły nad tobą górę. Zaakceptuj je i pozwól, żeby wniknęły w ciebie, mobilizując cię do działania - poradziła
mu z uśmiechem, który - taką miała nadzieję - nie ujawniał, jak bardzo
sama się martwi. Czy ten nagły przebłysk był wizją przyszłości, czy może
wołaniem o pomoc? W ciągu ostatnich miesięcy znowu zaczęła mieć wizje w nadprzestrzeni - coś, czego nie doświadczyła od czasów, gdy sama była
padawanką. Doprowadziły ją i Imriego do Mari San Tekki, nawigatorki
nadprzestrzennej, uwięzionej i pilnie strzeżonej przez Nihilów ze
względu na talent do obliczania w jakiś cudowny, niepojęty sposób w pełni bezpiecznych szlaków przez nadprzestrzeń - z niebywałą
dokładnością i w niesamowitym tempie. Gdy kobieta odeszła, Vernestra
przypuszczała, że jej własne wizje ustaną... jednak okazało się, że
zamiast zniknąć, najwyraźniej po prostu zmienił się ich charakter. Te
nagłe przebłyski były dla niej kompletnie niezrozumiałe, ale zaczęła
nagrywać ich opisy za pomocą niewielkiego pręta rejestrującego, który
nosiła przy sobie w jednej z sakw u pasa. Być może pewnego dnia pojmie
ich znaczenie. Tymczasem zachowywała je dla siebie.
Mimo to... Nie mogła się wyzbyć narastającej frustracji. Czy jej wizja
ukazała tarapaty, w jakie znowu wpakowała się Avon?
Wciąż miała przed oczami ogniste błyskawice, smagające powierzchnię
pięknej, niebiesko-zielonej planety i słyszała rozpaczliwe okrzyki istot
wzywających pomocy. Przeglądała bazy danych w poszukiwaniu zgłoszeń o niedawnych katastrofach na skalę taką jak w jej wizji, ale na nic
podobnego nie natrafiła. Co nasunęło jej wniosek, że do tragedii na
razie nie doszło - miała się dopiero wydarzyć.
To jednak sprawiało, że martwiła się jeszcze bardziej.
Sądziła, że ich wyprawa na Kirimę pomoże jej oczyścić umysł, ale tak się
nie stało - wręcz przeciwnie: opuszczali planetę, a ona była pełna
przeczuć znacznie gorszych niż poprzednio. Walka z Nihilami zebrała
swoje żniwo, a Vernestra nie mogła opędzić się od myśli, że Imri może
mieć rację: niewykluczone, że Haileapowi groziło niebezpieczeństwo.
Wsiedli do małego stateczku o nazwie "Pobożne Życzenie", który im
wypożyczono. Kwatermistrzo Jedi Nubarron z pokładu Latarni Gwiezdny
Blask nadal nie wybaczyło jej roztrzaskania nie jednego, a dwóch jego
cennych statków, ale zgodziło się przynajmniej udostępniać jej mniejsze
skify - gdy obiecała, że to głównie Imri będzie pilotował. Zawarli
uczciwy układ: chłopiec był zdolnym pilotem.
Na pokładzie szybko napili się wody, żeby przepłukać drapiące od pyłu
gardła, a potem Imri odpalił silniki, podczas gdy ona odtworzyła
czekającą na nich wiadomość:
- Rycerko Jedi Vernestro Rwoh, padawanie Imri Cantaros - rozległ się
głos i w powietrzu zamajaczyła holograficzna postać Estali Maru, Jedi
zawiadującego centrum kontrolnym Latarni Gwiezdny Blask i koordynującego
działania wszystkich przebywających na jej pokładzie istot. -
Otrzymaliśmy informację od mistrzyni Jorindy o potencjalnym ataku
Nihilów na Port Haileap. Są doniesienia o ofiarach... Ponieważ jesteście
najbliżej, Latarnia Gwiezdny Blask prosi was o interwencję. Lećcie na
Haileapa, oszacujcie straty i złóżcie raport. Czekam na potwierdzenie,
że odebraliście moją wiadomość.
Vernestra spełniła jego prośbę i skinęła Imriemu głową.
- Cóż, przynajmniej nie musimy się już kontaktować z Portem Haileap -
powiedziała z westchnieniem. - W drogę. Wezmę z plecaka kilka racji
żywnościowych i zjemy podczas lotu.
Imri przygryzł wargę, podnosząc statek w powietrze.
- Mam nadzieję, że Avon nic się nie stało...
- Ja również - potwierdziła, choć miała dziwne przeczucie, że jej wizja
okaże się prorocza.