Star Wars Wielka Republika. Fatalna misja - Justina Ireland

Kup ebooka

35.00 zł
29.75 zł (29,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział trzeci

Roz­dział

TRZECI

Avon obu­dziła się na pokła­dzie statku, z noz­drzami wypeł­nio­nymi wonią metalu i spa­lin. Usia­dła i prze­tarła oczy, z ulgą reje­stru­jąc fakt, iż nie ma skrę­po­wa­nych nad­garst­ków.

Bolała ją głowa i spró­bo­wała przy­po­mnieć sobie ostat­nie, co zapa­mię­tała. Labo­ra­to­rium! W końcu oka­zja, żeby prze­pro­wa­dzić symu­la­cję z udzia­łem krysz­tału kyber Imriego! A potem... gaz bojowy i Nihil sto­jący w drzwiach.

Wyjąt­kowo obie­cu­jący dzień... i wszystko w ułamku sekundy runęło w gruzy.

Avon pokle­pała się po kie­szeni spodni i wyczuła pod pal­cami zna­jomy kształt. Na­dal go miała. Nie ode­brali jej krysz­tału. Nie żeby w tych oko­licz­no­ściach mogła z nim wiele zdzia­łać, ale zawsze coś.

Rozej­rzała się dookoła. Miała szczę­ście, że żyła... choć ta myśl napeł­niła ją dziwną paniką. Nihi­lo­wie raczej nie sły­nęli z tego, że brali jeń­ców, a jed­nak była tu, w ładowni ich statku - sądząc po zapa­chu jagód kava, dola­tu­ją­cym z pobli­skiej skrzyni.

- Hej! Ock­nęła się! - zawo­łał ktoś. Ktoś młody, sądząc po gło­sie, a gdy Avon odwró­ciła się w tamtą stronę, ujrzała przy­glą­da­ją­cego jej się chłopca. Umba­ra­nina, na co wska­zy­wały jego bla­do­nie­bie­ska skóra i ostre rysy twa­rzy.

- Cześć. Jestem Avon... - przed­sta­wiła się i ugry­zła w język, zanim odru­chowo dodała swoje nazwi­sko. Dzie­ciak nie wyglą­dał na Nihila, ale... co wła­ści­wie robił na pokła­dzie ich statku, skoro nie nale­żał do ich grona? Nazwi­sko Star­ros było w galak­tyce znane. Jej matka, Ghirra Star­ros, peł­niła funk­cję sena­torki Hosnian Prime, co czy­niło ją roz­po­zna­walną posta­cią. Avon nie sądziła jed­nak, by kto­kol­wiek wie­dział, że ona była jej córką. Ostat­nim razem, gdy została porwana, kazali jej żądać w ich imie­niu okupu na holo­na­gra­niu, ale tym razem... wyglą­dało na to, że tra­fiła tutaj po pro­stu z garstką innych dzie­cia­ków. A jeśli Nihi­lo­wie nie wie­dzieli, że jest córką sena­torki i nie wzięli jej żyw­cem, żeby zażą­dać okupu - co wyda­wało się logicz­nym przy­pusz­cze­niem, skoro nie była w ładowni sama - w takim razie co tu robiła? Cóż, tę zagadkę nale­żało roz­wią­zać... a Avon chęt­nie prze­pro­wa­dzi­łaby małe śledz­two. Gdyby miała jakiś wybór, wola­łaby w ogóle nie zostać porwana, jed­nak jej ści­sły umysł odsu­nął tę myśl na bok i przy­stą­pił do ana­li­zo­wa­nia fak­tów.

- Jestem Kry­lind - przed­sta­wiła się młoda Kage­anka o bla­do­zie­lo­nej skó­rze, dłu­gich, czar­nych wło­sach sple­cio­nych w dwa upięte na gło­wie war­ko­cze i różo­wych oczach z czar­nymi tęczów­kami.

- Gdzie jeste­śmy? - spy­tała Avon. Całe ciało miała obo­lałe, zapewne sku­tek uboczny dzia­ła­nia gazu. A może to był efekt pro­mie­nia ogłu­sza­ją­cego, któ­rym tra­fił ją tam­ten Nihil? Po namy­śle uznała jed­nak dzia­ła­nie gazu za bar­dziej praw­do­po­dobne wyja­śnie­nie. Swego czasu prze­czy­tała sporo arty­ku­łów na temat nihil­skiej mgły bojo­wej - głów­nie dla­tego, iż fascy­no­wało ją, w jaki spo­sób naukę można wyko­rzy­sty­wać do reali­za­cji tak wielu celów, nie zawsze szczyt­nych.

- Znaj­du­jemy się na pokła­dzie statku Nihi­lów. Spro­wa­dzili nas tutaj po tym, jak zatrzy­mali się w Por­cie Haileap. Jestem Liam i pocho­dzę z Het­zala, a to Petri z Hyne­stii - powie­dział kolejny chło­piec, blady, rasy ludz­kiej, patrząc na nią z cie­ka­wo­ścią spod szopy kasz­ta­no­wych wło­sów. Umba­ra­nin imie­niem Petri poma­chał do niej.

- Czego od nas chcą? - spy­tała Avon, a potem wstała i obe­szła nie­wielką ładow­nię, zaglą­da­jąc we wszyst­kie kąty. Nie zna­la­zła jed­nak nic poza kil­koma zamknię­tymi skrzy­niami, paroma zapie­czę­to­wa­nymi racjami żyw­no­ścio­wymi oraz stertą koców, naj­praw­do­po­dob­niej prze­zna­czo­nych na posła­nia dla nich.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, wyglą­dało to jak naj­go­rzej zor­ga­ni­zo­wane piżama party w galak­tyce.

- Nie wiemy. Sądzi­li­śmy, że nas zje­dzą, ale chyba żywią się czymś innym - powie­dział Petri, ota­cza­jąc ramio­nami kolana i przy­cią­ga­jąc je pod brodę.

- Dla­czego mie­liby nas zja­dać, skoro mają ładow­nię pełną zapa­sów? To bez sensu! - prych­nęła Kry­lind. - Sły­sza­łam, że Nihi­lo­wie zostali roz­gro­mieni przez Jedi, ale potem naje­chali moją wio­skę i spa­lili ją do gołej ziemi! Na pomoc nie przy­był nam choćby jeden Jedi...

- Jedi nie mogą być we wszyst­kich miej­scach naraz - zapro­te­sto­wała Avon. - Gdyby wie­dzieli, co was spo­tkało, na pewno by wam pomo­gli.

- Skąd wiesz? - spy­tał Liam, wygi­na­jąc drżące wargi w pod­kówkę. Na jego policzku wid­niał brzydki siniak - plama w kolo­rze wście­kłego fio­letu, która z pew­no­ścią musiała boleć.

- Znam Jedi. To zna­czy, dwoje. Oca­lili mi życie. Mnó­stwo razy - powie­działa z prze­ko­na­niem, i mówiła prawdę. - Jestem pewna, że gdy­by­śmy zdo­łali wysłać wia­do­mość do Latarni Gwiezdny Blask, przy­sła­liby kogoś na pomoc.

- Taak, a jak niby twoim zda­niem mie­li­by­śmy to zro­bić? - par­sk­nęła Kry­lind. - Co, masz w kie­szeni komu­ni­ka­tor?

Avon rozej­rzała się po ładowni.

- Nie, nie mam. Ale może uda­łoby nam się z tego miej­sca wpiąć do ich sys­temu łącz­no­ści...

Pozo­stałe dzieci usia­dły nagle pro­sto, nad­sta­wia­jąc uszu, zain­try­go­wane jej sło­wami - i to nie tylko dla­tego, że była tu nowa. Młoda badaczka tym­cza­sem wstała i zaczęła szpe­rać w otwar­tych skrzy­niach - do tych zamknię­tych nie była w sta­nie się dobrać, nie mając na podo­rę­dziu swo­jego stan­dar­do­wego zestawu narzę­dzi. Gdyby tylko była tu z nią J-6, bez trudu dałaby radę wła­mać się do każ­dego sys­temu. Ma się rozu­mieć, gdyby J-6 była tu z nimi, praw­do­po­dob­nie wpa­ko­wa­łaby ich rów­nież w jesz­cze więk­sze tara­paty. Wpro­wa­dza­jąc do jej opro­gra­mo­wa­nia spe­cjalną mody­fi­ka­cję uspraw­nia­jącą pro­ces komu­ni­ka­cji, Avon nie­chcący spo­wo­do­wała nastę­pu­jący defekt: jej dro­idka była momen­tami zbyt bez­po­śred­nia. Już wkrótce Avon prze­ko­nała się w bole­sny spo­sób, że prze­sad­nie szczery droid w ogóle nie podoba się więk­szo­ści istot żywych.

To jed­nak nie miało w tej chwili żad­nego zna­cze­nia. Avon była w swoim żywiole. Miała pro­blem i zna­la­zła jego poten­cjalne roz­wią­za­nie - teraz musiała tylko roz­gryźć, jak wcie­lić je w życie.

Pod­czas gdy ona sku­piła się na mysz­ko­wa­niu w skrzy­niach i wyła­wia­niu przy­dat­nych ele­men­tów, reszta dzieci lekko się odprę­żyła; łzy na ich policz­kach wyschły, a lękliwe miny zastę­po­wała stop­niowo coraz więk­sza cie­ka­wość. Avon także zaczęła się uspo­ka­jać.

To była zde­cy­do­wa­nie lep­sza opcja niż pozwo­le­nie, aby spa­ra­li­żo­wał ją strach, który przez cały czas czaił się gdzieś na obrze­żach jej świa­do­mo­ści.

- Czy możemy ci jakoś pomóc? - spy­tał w pew­nym momen­cie Liam. Avon skwa­pli­wie przy­tak­nęła. Widząc to, reszta dzieci oto­czyła ją cia­snym wia­nusz­kiem, ona zaś zada­wała im pyta­nia - poważne pyta­nia, doty­czące pira­tów oraz ich zwy­cza­jów. W jej gło­wie ryso­wał się coraz wyraź­niej­szy plan.

Wyślą wia­do­mość do Vern i Imriego, a kiedy tego doko­nają, będą ura­to­wani. Pro­ste, prawda? Musiało się udać.

Avon pra­gnęła w to wie­rzyć - nie tylko ze względu na sie­bie, ale i całą resztę uwię­zio­nych z nią dzieci.

Rozdział czwarty

Roz­dział

CZWARTY

Imri w rekor­do­wym cza­sie dotarł z leżą­cej na Środ­ko­wych Rubie­żach pla­nety Kirima do Portu Haileap. Ver­ne­stra nie pró­bo­wała nawet zmie­nić go za ste­rami - ucie­szyła ją wieść, że ponow­nie zgo­dził się pilo­to­wać. Pod­czas skoku, gdy jedli zapa­ko­wane próż­niowo kanapki, nie doznała kolej­nej ze swo­ich wizji - i tym razem dla odmiany tego żało­wała.

Miło byłoby, gdyby Moc zapew­niła ją, że Avon jest cała i zdrowa.

Gdy tylko weszli w atmos­ferę nad Por­tem Haileap, natych­miast spo­strze­gli, że wyda­rzyło się tu coś strasz­nego. Las mar­mu­ro­drzew ota­cza­jący plat­formy lądow­ni­cze stał w pło­mie­niach; nad czub­kami drzew prze­my­kały dro­idy, pró­bu­jąc uga­sić pożar. Naj­gęst­szą część zagaj­nika szpe­ciła długa, ciemna szrama, na któ­rej krańcu spo­czy­wał czę­ściowo wryty w zie­mię sta­tek.

- Rany...! - wykrztu­sił Imri, wska­zu­jąc miej­sce kata­strofy. - Czy to sta­tek Nihi­lów?

- Wygląda raczej jak vec­tor - odparła cicho Ver­ne­stra. Ale... jakim cudem Nihi­lo­wie zdo­łali zestrze­lić sta­tek Jedi? Vec­tory mogły pilo­to­wać tylko Jedi, nie mówiąc już o tym, że te sta­teczki były zwrot­niej­sze i szyb­sze od więk­szo­ści lata­ją­cego sprzętu w oko­licy. Jedi rzadko się nimi roz­bi­jali, a skoro wła­śnie do tego tu doszło, walka musiała być naprawdę zacie­kła.

Zgod­nie z instruk­cjami zado­ko­wali "Poboż­nym Życze­niem" w naj­mniej znisz­czo­nej czę­ści kosmo­portu i szybko wysie­dli.

- O, nie! Spójrz na budkę z maka­ro­nem! - jęk­nął Imri, łapiąc się za głowę, gdy jego wzrok padł na dymiące szczątki kio­sku z jedze­niem. Zmie­szał się jed­nak na widok miny Ver­ne­stry. - Prze­pra­szam - bąk­nął. - Wiem, że doszło do znacz­nie poważ­niej­szych znisz­czeń i strat, ale... to było po pro­stu mój ulu­biony punkt z jedze­niem.

- Miejmy nadzieję, że sprze­dawca uszedł z życiem - odpo­wie­działa, pokle­pu­jąc pada­wana po ramie­niu.

W ich stronę szła już mistrzyni Jedi.

- Mocy niech będą dzięki! Jeste­ście! Jakim cudem dotar­li­ście tutaj tak szybko z Latarni Gwiezdny Blask?

- Nie prze­by­wa­li­śmy na Gwiezd­nym Bla­sku - wyja­śniła Ver­ne­stra. - Imri i ja wybra­li­śmy się na Kirimę, żeby poćwi­czyć. Przy­le­cie­li­śmy stam­tąd, gdy tylko ode­bra­li­śmy wia­do­mość...

Mistrzyni Jedi Jorinda Bof­frey, Del­phi­dianka o czar­nej, pokry­tej siatką bruzd twa­rzy, ski­nęła głową.

- Cóż, w takim razie Moc wie­działa naj­wy­raź­niej, że będziemy was tu potrze­bo­wać. Cie­szę się, że przy­by­li­ście.

- Co się stało? - spy­tał Imri, z prze­ra­że­niem roz­glą­da­jąc się po lądo­wi­sku. Port Haileap jesz­cze nie­dawno był przy­stan­kiem na prze­cię­ciu gwiezd­nych szla­ków, gdzie zatrzy­my­wali się kosmiczni podróż­nicy, zanim wyru­szyli na krańce zba­da­nej prze­strzeni kosmicz­nej. To zazwy­czaj spraw­nie funk­cjo­nu­jące, gwarne miej­sce, w któ­rym roiło się od pasa­że­rów i pilo­tów, przed­sta­wiało teraz obraz nędzy i roz­pa­czy, zmie­nione w stertę dymią­cych szcząt­ków. Wśród ruin krę­ciły się przy­gnę­bione istoty, zajęte uprzą­ta­niem bała­ganu i próbą odbu­do­wy­wa­nia znisz­czo­nych witryn.

- Pięć lub sześć stat­ków nad­le­ciało jed­no­cze­śnie, bez zapo­wie­dzi - wyja­śniła mistrzyni Jorinda. - Pomy­śle­li­śmy, że to dziwne, ale nie przy­po­mi­nały stat­ków Nihi­lów, więc Kohta i ja uzna­ły­śmy, że nie ma powodu do nie­po­koju.

- Kohta...? - powtó­rzyła Ver­ne­stra, nie roz­po­zna­jąc imie­nia.

- Rycerka Jedi Kohta Jarik - wyja­śniła Jorinda. - Vec­tor, który zapewne widzie­li­ście w lesie, nale­żał do niej. Wal­czyła męż­nie... - Obli­cze mistrzyni Jedi wykrzy­wił gry­mas bólu. - Ale było ich tylu... dosłow­nie wszę­dzie! W walkę z nimi zaan­ga­żo­wali się wszy­scy, któ­rzy mogli wal­czyć... a potem, rów­nie szybko, jak się poja­wili, Nihi­lo­wie znik­nęli. I tyle żeśmy ich widzieli. Mie­li­śmy jed­nak praw­dziwe szczę­ście, bo ofiar jest nie­wiele. Naj­szyb­ciej, jak tylko zdo­ła­łam, skon­tak­to­wa­łam się z Gwiezd­nym Bla­skiem. Poin­for­mo­wa­łam ich, że napa­dli nas Nihi­lo­wie i popro­si­łam o pomoc. Sądzi­łam, że zli­kwi­do­wano już zagro­że­nie ze strony tych pira­tów... i wła­śnie po czę­ści dla­tego dali­śmy się zasko­czyć. Czę­ściowo zaś dla­tego, że zale­d­wie parę ich stat­ków było wypo­sa­żo­nych w sil­niki Ścieżki... co wydaje się dość dziwne.

- Nihi­lo­wie się przy­sto­so­wują - zauwa­żyła Ver­ne­stra.

Tak zwane sil­niki Ścieżki pozwa­lały im ska­kać w nad­prze­strzeń w miej­scach, w któ­rych nie było boi albo w któ­rych cie­nie mas pla­net powinny im to unie­moż­li­wić. Jed­nak bez wspar­cia Mari San Tekki, sta­ruszki, która potra­fiła obli­czać skoki i dostrze­gać wszyst­kie poten­cjalne szlaki pro­wa­dzące przez nad­prze­strzeń, napęd był bez­u­ży­teczny. Mogli albo ska­kać w bez­piecz­nych miej­scach albo ryzy­ko­wać, że zginą w spek­ta­ku­lar­nej eks­plo­zji, więc nie­któ­rzy z Nihi­lów wró­cili do uży­wa­nia stan­dar­do­wych hiper­na­pę­dów.

Jed­nak mistrzyni Jorinda zasad­ni­czo miała rację: w tym momen­cie Nihi­lo­wie naprawdę nie powinni już sta­no­wić pro­blemu, któ­rym nale­żało się mar­twić. Repu­blika i Jedi byli na tro­pie ich przy­wód­czyni Lourny Dee, a Ver­ne­stra zacho­dziła w głowę, co też skło­niło Nihi­lów do przy­pusz­cze­nia bru­tal­nego ataku na Port Haileap. Skoro ich sze­regi zostały poważ­nie prze­trze­bione przez połą­czone siły Repu­bliki i Jedi, dla­czego pod­jęli to nie­po­trzebne ryzyko i przy­stą­pili do ofen­sywy?

- Mistrzyni Jorindo, czy spraw­dzi­łaś już stan oso­bowy pla­cówki? - spy­tała rycerka. - Pod­czas szko­le­nia Imriego mia­łam wizję. Poja­wiła się w niej nasza przy­ja­ciółka, asy­stentka pro­fe­sor Kip...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział pierwszy

Roz­dział

PIERW­SZY

Avon Star­ros nie miała w zwy­czaju pod­ska­ki­wać. Rado­sne bry­ka­nie z eks­cy­ta­cji czy podry­gi­wa­nie z ucie­chy nie wypa­dało komuś takiemu jak jedyna córka sena­tor Ghirry Star­ros i jed­no­cze­śnie naj­młod­sza człon­kini prze­świet­nego klanu Star­ros z Hosnian Prime. Była prze­cież sza­no­waną naukow­czy­nią!

Mimo to Avon zła­pała się na tym, że pod­ska­kuje, idąc kory­ta­rzem u boku swo­jej men­torki, pro­fe­sor Glenny Kip, w stronę labo­ra­to­rium w Por­cie Haileap.

- Naprawdę? - dopy­ty­wała, nie posia­da­jąc się z rado­ści. - To już dziś? Czy naprawdę będę mogła dzi­siaj wresz­cie spró­bo­wać zsyn­te­ty­zo­wać krysz­tał Star­ros?

Pla­cówka w zasa­dzie była nie­wiele więk­sza od przy­stani, do któ­rej zawi­jały statki w dro­dze do naj­od­le­glej­szych krań­ców galak­tyki i z powro­tem, choć mie­ściło się tu rów­nież labo­ra­to­rium pro­fe­sor Kip, słyn­nej badaczki.

- Tak, wła­śnie dziś - potwier­dziła pro­fe­sor Kip, a jej zie­loną, poprze­ci­naną sre­brzy­stymi liniami twarz roz­świe­tlił uśmiech. - Możesz przy­go­to­wać próbki. Zabie­rzemy się za to po lun­chu.

- Tak! - wykrzyk­nęła Avon. - Dzię­kuję, pro­fe­sor Kip! Zaraz wszystko przy­go­tuję... I do zoba­cze­nia póź­niej!

Pośpie­szyła kory­ta­rzem do labo­ra­to­rium. Po wielu mie­sią­cach spę­dzo­nych na zgłę­bia­niu pod­sta­wo­wej struk­tury czą­ste­czek krysz­ta­łów kyber, bada­niu ato­mów, testo­wa­niu refrak­cji ener­ge­tycz­nej i tym podob­nych, Avon wła­śnie miała zro­bić to, o czym marzyła od chwili, gdy ukra­dła pada­wa­nowi Imriemu Can­ta­ro­sowi jego uszko­dzony miecz świetlny: stwo­rzyć replikę krysz­tału kyber.

Kon­struk­cja samego mie­cza wyda­wała się sto­sun­kowo pro­sta i Avon zada­wała sobie pyta­nie, czy krysz­tały kyber można wyko­rzy­stać także ina­czej. Miecz świetlny raczej by się jej nie przy­dał - była w końcu badaczką, a nie Jedi - miło byłoby jed­nak odkryć jakiś spo­sób na zasto­so­wa­nie sku­pia­ją­cych wła­ści­wo­ści kyberu do ujarz­mia­nia i wyko­rzy­sta­nia ener­gii ota­cza­ją­cej ich prze­strzeni.

Czy skoro na wycią­gnię­cie ręki było tak wiele zbłą­ka­nego pro­mie­nio­wa­nia, można jakoś... sko­pio­wać struk­turę krysz­tału, żeby prze­kie­ro­wać tę ener­gię i użyć jej do zasi­la­nia całych pla­net?

Avon przy­pusz­czała, że tak, nawet jeśli wcze­śniej to nie przy­szło do głowy nikomu innemu.

Minęły mie­siące, zanim zdo­łała prze­ko­nać swoją men­torkę, że pro­jekt taki jak symu­lo­wany krysz­tał kyber mógł być przy­datny i zasłu­gi­wał na uwagę, a cho­ciaż pro­fe­sor Kip pró­bo­wała zachę­cić Avon, żeby zamiast tego sku­piła się raczej na naukach przy­rod­ni­czych (na przy­kład pro­jek­cie zwięk­sza­nia wydaj­no­ści upraw, któ­rym się w tej chwili zaj­mo­wała), dziew­czynki w grun­cie rze­czy nic nie obcho­dziły kwe­stie przy­śpie­sza­nia wzro­stu roślin ani nakła­nia­nie zwie­rząt, aby szyb­ciej się roz­mna­żały. Chciała zro­zu­mieć ener­gię... oraz poznać inne - lub sku­tecz­niej­sze od ist­nie­ją­cych - spo­soby na wyko­rzy­sta­nie takich sub­stan­cji jak tibanna albo nawet zastę­po­wa­nie ich czymś zupeł­nie innym. W końcu wciąż bez­u­stan­nie eks­plo­ro­wano nowe zakątki galak­tyki, więc aby dostar­czać zapasy na pogra­ni­cze, będą potrzebne coraz więk­sze ilo­ści paliwa, czyż nie? Avon zda­wała sobie z tego sprawę, bo jej matka z zapa­mię­ta­niem roz­pra­wiała o tym pod­czas ich coty­go­dnio­wych roz­mów.

I tak oto, po wielu mie­sią­cach kre­śle­nia dia­gra­mów struk­tury krysz­tału, spi­sy­wa­nia nota­tek i gro­ma­dze­nia wszyst­kich dostęp­nych infor­ma­cji na temat kybe­rów (więk­szość pocho­dziła ze Świą­tyni Jedi na Coru­scant i Avon pozy­skała je z pomocą pro­fe­sor Kip), młoda naukow­czyni wresz­cie była gotowa prze­te­sto­wać swoją teo­rię w prak­tyce.

Pro­fe­sor Kip miała wró­cić dopiero za godzinę. Kiedy Avon dotarła do labo­ra­to­rium, bar­dzo szybko przy­go­to­wała je do prze­pro­wa­dze­nia eks­pe­ry­mentu. Kyber spo­czy­wał już bez­piecz­nie w spe­cjal­nym uchwy­cie, a powie­lacz Lon­ni­gana został odpo­wied­nio wyre­gu­lo­wany i usta­wiony. Bra­ko­wało tylko pro­fe­sor Kip. Avon hasała więc w kółko po labo­ra­to­rium, cze­ka­jąc na powrót men­torki (hasa­nie nie było dokład­nie tym samym, co pod­ska­ki­wa­nie, nawet jeśli bar­dzo je przy­po­mi­nało).

Avon jesz­cze raz spraw­dziła godzinę. Zabur­czało jej w brzu­chu i zaczęła się zasta­na­wiać nad wyprawą do obwoź­nego sto­iska z maka­ro­nem po coś na ząb...

I wła­śnie wtedy roz­le­gły się odgłosy eks­plo­zji.

Dziew­czynka pod­bie­gła do drzwi labo­ra­to­rium i otwo­rzyła je na oścież, roz­glą­da­jąc się po kory­ta­rzach kom­pleksu Portu Haileap. Zamiesz­ki­wali go Jedi i sta­cjo­nu­jący tutaj urzęd­nicy Repu­bliki; było też kilka pokoi dla osób z zewnątrz, gosz­czą­cych tu prze­lo­tem. Ni­gdzie jed­nak nie widziała nic, co mogłoby wska­zy­wać na źró­dło hałasu, który dobie­gał jej uszu.

Odgłos bla­ste­ro­wego ognia i eks­plo­zji z każdą chwilą przy­bie­rał na sile, a w tle dało się sły­szeć okrzyki i prze­kleń­stwa. W stronę labo­ra­to­rium bie­gła młoda Togru­tanka; jej mię­si­ste, pasia­ste gło­wo­ogony powie­wały w ślad za nią, gdy zdy­szana pędziła wprost na Avon.

- Talia! - zawo­łała młoda badaczka. - Co się dzieje?

Talia rów­nież była uczen­nicą pro­fe­sor Kip, cho­ciaż inte­re­so­wała się raczej rośli­nami i naukami przy­rod­ni­czymi, które Glenna Kip przed­kła­dała nad wszyst­kie inne dzie­dziny.

- To Nihi­lo­wie! - jęk­nęła Togru­tanka. - Zaata­ko­wali Port Haileap!

- Jesteś pewna? - spy­tała Avon, czu­jąc, jak w jej żołądku for­muje się lodo­wata kula stra­chu. Nihi­lo­wie rze­komo zostali poko­nani... Jedi i Repu­blika wyku­rzyli ich podobno z każ­dej nory w galak­tyce, w któ­rej ci się ukryli, i prze­pę­dzili na cztery wia­try! A jed­nak... to naj­wy­raź­niej nie do końca się powio­dło, skoro ktoś wła­śnie bez dwóch zdań napadł na Port Haileap.

- Widzia­łam, kiedy przy­le­ciały te statki, Bły­ska­wice! - mówiła Talia. - Wyglą­dały wypisz wyma­luj jak statki Nihi­lów!

Avon gestem dała jej znak, żeby weszła do labo­ra­to­rium.

- Chodź! Ukry­jemy się tu - powie­działa nagląco.

- T... tutaj? - zawa­hała się Talia, zatrzy­mu­jąc się śli­zgiem tuż przed drzwiami pomiesz­cze­nia. - Znajdą nas!

- Bzdura. Scho­wamy się w któ­rejś z sza­fek ze sprzę­tem.

Weszły do labo­ra­to­rium, blo­ku­jąc za sobą drzwi. Na tyl­nej ścia­nie sali znaj­dy­wał się sze­reg sza­fek, wyko­rzy­sty­wa­nych do maga­zy­no­wa­nia roz­licz­nych przed­mio­tów nie­zbęd­nych w labo­ra­to­rium; Avon wska­zała na tę daleko po lewej.

- Ukryj się mię­dzy far­tu­chami. Ja wci­snę się do schowka na dro­idy. Jay-Six pomaga wła­śnie mistrzyni Bof­frey, więc jest pusty...

Talia poki­wała głową i pomknęła do wska­za­nego miej­sca. Avon bie­gła tuż za nią... Nagle jed­nak uświa­do­miła sobie, że zapo­mniała swo­jego krysz­tału kyber, wciąż przy­mo­co­wa­nego do płytki ana­li­tycz­nej maszyny.

Chyba nie powinna go zosta­wiać na pastwę Nihi­lów, prawda?

Gdy zmie­rzała w stronę urzą­dze­nia, dobie­ga­jące z kory­ta­rza odgłosy walki przy­bie­rały na sile. Od ścian odbi­jały się grom­kim echem trium­falne okrzyki i wrza­ski, a cięż­kie kroki dud­niły o pod­łogę, z każdą sekundą coraz gło­śniej­sze. Musiała się pośpie­szyć.

Dotarła do maszyny i zła­pała krysz­tał... w tej samej chwili, w któ­rej drzwi do labo­ra­to­rium otwo­rzyły się z hukiem, więc Avon scho­wała się za sto­łem do badań. W drzwiach stał męż­czy­zna o bla­dej twa­rzy, którą - podob­nie jak całe ciało - pokry­wały linie wyma­lo­wane nie­bie­ską farbą.

- Och, witaj, maleńka! - wychry­piał gło­sem stłu­mio­nym przez maskę czę­ściowo prze­sła­nia­jącą jego obli­cze. Za nim kłę­bił się fio­le­towy dym - mgła bojowa, jak nazy­wali Nihi­lo­wie tru­jący gaz, który wpra­wiał w dez­orien­ta­cję i oddzia­ły­wał tok­sycz­nie na więk­szość istot żywych w galak­tyce. Maska, wypo­sa­żona w spe­cjalny filtr, chro­niła męż­czy­znę przed dzia­ła­niem szko­dli­wej sub­stan­cji, Avon jed­nak nie była przy­go­to­wana na spo­tka­nie z nią.

Ści­ska­jąc w dłoni krysz­tał kyber, rozej­rzała się despe­racko w poszu­ki­wa­niu cze­goś, co mogłaby wyko­rzy­stać... Męż­czy­zna blo­ko­wał jej jedyną drogę ucieczki, ale w labo­ra­to­rium było mnó­stwo rze­czy, które mogły się oka­zać bar­dzo przy­datne. Musiała tylko opra­co­wać sen­sowny plan ataku.

Nie­stety, intruz nie dał jej na to cie­nia szansy. Wyce­lo­wał w nią bla­ster i strze­lił. Wiązka ogłu­sza­jąca tra­fiła Avon w sam śro­dek piersi, odrzu­ca­jąc dziew­czynkę w tył i ści­na­jąc z nóg.

- Dobra­noc! - rzu­cił śpiew­nym, szy­der­czym tonem Nihil i wszystko wokół spo­wił mrok.

Rozdział drugi

Roz­dział

DRUGI

Verne­stra Rwoh, rycerka Jedi, mistrzyni pada­wana Imriego Can­ta­rosa, roz­pacz­li­wie potrze­bo­wała drzemki.

- Pro­szę, Vern! Jesz­cze tylko jeden raz! Chyba wresz­cie zaczy­nam łapać, w czym rzecz! - zawo­łał Imri z głębi kanionu. Wła­śnie wisiał w powie­trzu po tym, jak nie udał mu się ostatni skok. Utrzy­mu­jąca go Mocą nad zie­mią Ver­ne­stra posta­wiła go bar­dzo ostroż­nie tuż obok sie­bie. To był już trzy­dzie­sty trzeci raz, gdy musiała chwy­cić Imriego. Padała z nóg.

Odkąd został jej pada­wa­nem po kata­stro­fie "Moc­nego Skrzy­dła", bra­ko­wało im oka­zji do prze­pro­wa­dza­nia kon­tro­lo­wa­nych ćwi­czeń w tere­nie. Walka z Dren­gi­rami, a potem koniecz­ność sta­wie­nia czoła Nihi­lom i podróż na Coru­scant, aby pomóc mistrzowi Stel­la­nowi, spra­wiły, że prak­tycz­nie nie mieli czasu, by sku­pić się na dosko­na­le­niu pod­staw. Teraz jed­nak przy­wód­czy­nię Nihi­lów, tajem­ni­cze Oko, zmu­szono do ucieczki, zaś Repu­blika i Jedi w końcu przy­wró­cili bez­pie­czeń­stwo na pogra­ni­czu i szla­kach nad­prze­strzen­nych.

Ver­ne­stra uznała, że nade­szła pora, aby Imri otrzy­mał nieco wię­cej for­mal­nych wska­zó­wek doty­czą­cych szko­le­nia. Udali się zatem na pla­netę Kirima, aby mógł poćwi­czyć kilka róż­nych tech­nik, takich jak poko­ny­wa­nie sko­kiem dłu­gich dystan­sów czy ska­ka­nie z dużej wyso­ko­ści. Ver­ne­stra sądziła, że to świetne miej­sce, aby potre­no­wać nowo nabyte umie­jęt­no­ści.

Imri jak zwy­kle try­skał entu­zja­zmem, ale uży­wa­nie Mocy do doko­ny­wa­nia wiel­kich czy­nów czy demon­stra­cji siły słabo mu wycho­dziło. Dosko­nale radził sobie z two­rze­niem więzi i korzy­sta­niem z Mocy, aby koić wzbu­rzone emo­cje - a tym wła­śnie począt­kowo się mar­twiła, teraz jed­nak już rozu­miała, że on po pro­stu inter­pre­tuje w ten spo­sób wolę Mocy. Praca z młod­szym Imrim, była rów­nie cen­nym doświad­cze­niem dla niej, jak dla niego. Została paso­wana na rycerkę Jedi jako pięt­na­sto­latka - znacz­nie wcze­śniej niż więk­szość ryce­rzy - i teraz, mając lat nie­mal osiem­na­ście, zdała sobie sprawę z tego, że dzięki pada­wa­nowi nauczyła się znacz­nie wię­cej niż w ciągu całego swo­jego życia w zako­nie. Wie­działa, że powinna być chłopcu za to wdzięczna.

Jed­nak teraz była już naprawdę, ale to naprawdę zmę­czona łapa­niem go co chwila i odsta­wia­niem na zie­mię, żeby nie skrę­cił sobie karku, spa­da­jąc na łeb na szyję z dużej wyso­ko­ści.

- Odno­szę wra­że­nie, że mistrz Sskeer ma inną niż ja kon­cep­cję, jak naj­le­piej wyszko­lić pada­wana - powie­działa z wes­tchnie­niem, ponow­nie omia­ta­jąc wzro­kiem roz­cią­ga­jący się przed nimi kanion. To wła­śnie mistrz Sskeer pod­po­wie­dział jej to miej­sce, a jego była pada­wanka Keeve roze­śmiała się, gdy Ver­ne­stra zapy­tała ją o doświad­cze­nia z tre­ningu pod jego okiem na Kiri­mie.

"Och, to z pew­no­ścią będą dla Imriego nie­za­po­mniane chwile, możesz mi wie­rzyć na słowo!" - zapew­niła ją z sze­ro­kim uśmie­chem. Ver­ne­stra odnio­sła wra­że­nie, że nie miała na myśli nic przy­jem­nego, ale Imri naj­wy­raź­niej mimo wszystko świet­nie się bawił.

- W porządku, jesz­cze raz. Ale potem musimy w końcu coś prze­ką­sić - zazna­czyła Ver­ne­stra, czu­jąc nie­zno­śne ssa­nie w żołądku. - Gotów?

Imri wypro­sto­wał ramiona i przy­kuc­nął.

- Gotów!

Ruszyła w jego stronę. Odbi­ja­jąc się od ziemi, posił­ko­wała się Mocą, więc każdy krok niósł ją na impo­nu­jącą odle­głość. Wymi­nęła go, kie­ru­jąc się ku maja­czą­cemu w oddali skra­jowi urwi­ska i zie­jącą za nim cze­lu­ścią wąwozu... aby w ostat­niej chwili wybić się w powie­trze. Pozwo­liła, aby Moc pode­rwała ją w górę i ponio­sła dalej, nada­jąc jej znacz­nie więk­szy pęd, niż zdo­ła­łaby uzy­skać o wła­snych siłach jaka­kol­wiek istota żywa.

Śli­zgiem zatrzy­mała się po prze­ciw­nej stro­nie, a gdy się odwró­ciła, spo­strze­gła, że Imri rado­śnie sze­rzy zęby.

- W porządku, teraz twoja kolej! - zawo­łała, przy­kła­da­jąc dło­nie do ust, aby mieć pew­ność, że ją usły­szy.

Chło­piec puścił się bie­giem na skraj kanionu, a ona przy­go­to­wała się, by go zła­pać, jeśli znów zaj­dzie taka potrzeba. Wie­działa, że z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa będzie musiała to zro­bić. Ćwi­czyli na Kiri­mie już cały dzień, a mimo to jesz­cze nie udało mu się samo­dziel­nie prze­sko­czyć przez wąwóz.

Gdy ruszył, zdała sobie jed­nak sprawę, że tym razem da radę - czuła to.

Dotarł do kra­wę­dzi urwi­ska... i sko­czył naprzód, młó­cąc rękami w powie­trzu. Oce­nia­jąc tra­jek­to­rię i pręd­kość jego skoku, Ver­ne­stra uśmiech­nęła się od ucha do ucha. Uda mu się!

Nagle, bez ostrze­że­nia, ota­cza­jący ją pej­zaż Kirimy znik­nął, a ona patrzyła na męż­czy­znę w stroju Nihila, strze­la­ją­cego do Avon. Dziew­czynka upa­dła na pod­łogę - znaj­do­wali się w labo­ra­to­rium, któ­rego Ver­ne­stra ni­gdy wcze­śniej nie widziała. Na Ver­ne­strę padł cień... i wycią­gnęła rękę, aby pomóc przy­ja­cie­lowi.

- Uch!

Imri ude­rzył w nią z impe­tem i oboje runęli na zie­mię, prze­ta­cza­jąc się po pyli­stym pod­łożu w tył. Rycerka jęk­nęła, a jej pada­wan zaczął się nie­zgrab­nie pod­no­sić.

- Vern! - zawo­łał. - Nic ci się nie stało? Widzia­łaś to? Udało mi się! Udało! - Pod­ska­ki­wał rado­śnie, trium­fal­nie potrzą­sa­jąc pię­ścią nad głową.

- Ee... tak, udało ci się. Dosko­nała robota. - Marsz­cząc czoło, wstała i otrze­pała się z pyłu.

- Vern? - bąk­nął Imri. - Co się stało? Wyda­jesz się... zanie­po­ko­jona.

Zdol­ność chłopca do odczy­ty­wa­nia emo­cji ota­cza­ją­cych go osób była sil­niej­sza niż u więk­szo­ści Jedi i nie­oce­niona pod­czas spo­tkań dyplo­ma­tycz­nych. Nie przy­tła­czała go, odkąd zaczął regu­lar­nie sto­so­wać spe­cjalne medy­ta­cje. Poma­gały mu, kiedy zbyt sil­nie odczu­wał wpływ oto­cze­nia. Ver­ne­stra była dumna z tego, że udało mu się zna­leźć spo­sób na kon­tro­lo­wa­nie wła­snych umie­jęt­no­ści, dzięki czemu nie ucie­kał już przed nimi. Jasne, pomo­gła mu w tym odro­binę, jed­nak efekty były głów­nie zasługą jego cięż­kiej pracy. I wła­śnie tę cechę ceniła w nim naj­bar­dziej: jej pada­wan ni­gdy się nie pod­da­wał.

Podzi­wiała go za to - chcia­łaby być rów­nie dzielna jak on.

- Gdy sko­czy­łeś... mia­łam wizję - wyznała.

Otwo­rzył sze­roko usta.

- Tutaj...? Ale prze­cież mie­wa­łaś je tylko w nad­prze­strzeni!

- Tak - i wła­śnie to mnie nie­po­koi. Zasta­na­wiam się, czy to przy­pad­kiem nie dla­tego, że była... bar­dziej oso­bi­sta? Zoba­czy­łam Avon... i chyba gro­ziło jej nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Sądzisz, że coś złego wyda­rzyło się w Por­cie Haileap? - spy­tał. Odle­gła pla­neta Haileap była przez jakiś czas ich domem, gdy Ver­ne­stra została wła­śnie paso­wana, a Imri uczył się pod okiem mistrza Douglasa Sunvale'a, który zgi­nął póź­niej pod­czas eks­plo­zji "Moc­nego Skrzy­dła". Chło­piec na­dal miał tam kil­koro przy­ja­ciół i było widać, że sama myśl o tym, iż coś złego mogło ich spo­tkać, sil­nie nim wstrzą­snęła. - Czy to mogli być... Nihi­lo­wie?

Pokrę­ciła głową.

- Nie sądzę. To mało praw­do­po­dobne. Ten ktoś w mojej wizji... był ubrany jak Nihil, ale połą­czone siły Jedi i Repu­bliki sku­tecz­nie zadbały o to, by wyeli­mi­no­wać zagro­że­nie z ich strony. Bar­dzo moż­liwe, że to nic takiego. Może po pro­stu muszę napić się wody.

Twarz Imriego stę­żała.

- Powin­ni­śmy się skon­tak­to­wać z Haile­apem. Tak na wszelki wypa­dek.

Wró­cili do swo­jego statku, zapar­ko­wa­nego zale­d­wie kilka kilo­me­trów dalej. Przez całą drogę Ver­ne­stra usil­nie pró­bo­wała odsu­nąć od sie­bie ponure myśli. Wie­działa, że nic dobrego jej przyj­dzie z ana­li­zo­wa­nia mrocz­nych sce­na­riu­szy.

Gdy jed­nak dotarli na miej­sce, spo­strze­gła, że zanie­po­ko­jony wcze­śniej Imri spra­wia teraz wra­że­nie dosłow­nie zdru­zgo­ta­nego.

- Nie dopuść, żeby twoje lęki wzięły nad tobą górę. Zaak­cep­tuj je i pozwól, żeby wnik­nęły w cie­bie, mobi­li­zu­jąc cię do dzia­ła­nia - pora­dziła mu z uśmie­chem, który - taką miała nadzieję - nie ujaw­niał, jak bar­dzo sama się mar­twi. Czy ten nagły prze­błysk był wizją przy­szło­ści, czy może woła­niem o pomoc? W ciągu ostat­nich mie­sięcy znowu zaczęła mieć wizje w nad­prze­strzeni - coś, czego nie doświad­czyła od cza­sów, gdy sama była pada­wanką. Dopro­wa­dziły ją i Imriego do Mari San Tekki, nawi­ga­torki nad­prze­strzen­nej, uwię­zio­nej i pil­nie strze­żo­nej przez Nihi­lów ze względu na talent do obli­cza­nia w jakiś cudowny, nie­po­jęty spo­sób w pełni bez­piecz­nych szla­ków przez nad­prze­strzeń - z nie­by­wałą dokład­no­ścią i w nie­sa­mo­wi­tym tem­pie. Gdy kobieta ode­szła, Ver­ne­stra przy­pusz­czała, że jej wła­sne wizje ustaną... jed­nak oka­zało się, że zamiast znik­nąć, naj­wy­raź­niej po pro­stu zmie­nił się ich cha­rak­ter. Te nagłe prze­błyski były dla niej kom­plet­nie nie­zro­zu­miałe, ale zaczęła nagry­wać ich opisy za pomocą nie­wiel­kiego pręta reje­stru­ją­cego, który nosiła przy sobie w jed­nej z sakw u pasa. Być może pew­nego dnia poj­mie ich zna­cze­nie. Tym­cza­sem zacho­wy­wała je dla sie­bie.

Mimo to... Nie mogła się wyzbyć nara­sta­ją­cej fru­stra­cji. Czy jej wizja uka­zała tara­paty, w jakie znowu wpa­ko­wała się Avon?

Wciąż miała przed oczami ogni­ste bły­ska­wice, sma­ga­jące powierzch­nię pięk­nej, nie­bie­sko-zie­lo­nej pla­nety i sły­szała roz­pacz­liwe okrzyki istot wzy­wa­ją­cych pomocy. Prze­glą­dała bazy danych w poszu­ki­wa­niu zgło­szeń o nie­daw­nych kata­stro­fach na skalę taką jak w jej wizji, ale na nic podob­nego nie natra­fiła. Co nasu­nęło jej wnio­sek, że do tra­ge­dii na razie nie doszło - miała się dopiero wyda­rzyć.

To jed­nak spra­wiało, że mar­twiła się jesz­cze bar­dziej.

Sądziła, że ich wyprawa na Kirimę pomoże jej oczy­ścić umysł, ale tak się nie stało - wręcz prze­ciw­nie: opusz­czali pla­netę, a ona była pełna prze­czuć znacz­nie gor­szych niż poprzed­nio. Walka z Nihi­lami zebrała swoje żniwo, a Ver­ne­stra nie mogła opę­dzić się od myśli, że Imri może mieć rację: nie­wy­klu­czone, że Haile­apowi gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo.

Wsie­dli do małego sta­teczku o nazwie "Pobożne Życze­nie", który im wypo­ży­czono. Kwa­ter­mi­strzo Jedi Nubar­ron z pokładu Latarni Gwiezdny Blask na­dal nie wyba­czyło jej roz­trza­ska­nia nie jed­nego, a dwóch jego cen­nych stat­ków, ale zgo­dziło się przy­naj­mniej udo­stęp­niać jej mniej­sze skify - gdy obie­cała, że to głów­nie Imri będzie pilo­to­wał. Zawarli uczciwy układ: chło­piec był zdol­nym pilo­tem.

Na pokła­dzie szybko napili się wody, żeby prze­płu­kać dra­piące od pyłu gar­dła, a potem Imri odpa­lił sil­niki, pod­czas gdy ona odtwo­rzyła cze­ka­jącą na nich wia­do­mość:

- Rycerko Jedi Ver­ne­stro Rwoh, pada­wa­nie Imri Can­ta­ros - roz­legł się głos i w powie­trzu zama­ja­czyła holo­gra­ficzna postać Estali Maru, Jedi zawia­du­ją­cego cen­trum kon­tro­l­nym Latarni Gwiezdny Blask i koor­dy­nu­ją­cego dzia­ła­nia wszyst­kich prze­by­wa­ją­cych na jej pokła­dzie istot. - Otrzy­ma­li­śmy infor­ma­cję od mistrzyni Jorindy o poten­cjal­nym ataku Nihi­lów na Port Haileap. Są donie­sie­nia o ofia­rach... Ponie­waż jeste­ście naj­bli­żej, Latar­nia Gwiezdny Blask prosi was o inter­wen­cję. Leć­cie na Haile­apa, osza­cuj­cie straty i złóż­cie raport. Cze­kam na potwier­dze­nie, że ode­bra­li­ście moją wia­do­mość.

Ver­ne­stra speł­niła jego prośbę i ski­nęła Imriemu głową.

- Cóż, przy­naj­mniej nie musimy się już kon­tak­to­wać z Por­tem Haileap - powie­działa z wes­tchnie­niem. - W drogę. Wezmę z ple­caka kilka racji żyw­no­ścio­wych i zjemy pod­czas lotu.

Imri przy­gryzł wargę, pod­no­sząc sta­tek w powie­trze.

- Mam nadzieję, że Avon nic się nie stało...

- Ja rów­nież - potwier­dziła, choć miała dziwne prze­czu­cie, że jej wizja okaże się pro­ro­cza.