Rozdział piąty
rozdział piąty
Stocznie Cyclora
Vam Targes poderwał gwałtownie głowę znad terminala, gdy Indeera i Bell
wbiegli na nieskazitelny pokład hangarowy "Innowatora".
- Jedi? - zagadnął.
- Mamy problem - wyrzucił z siebie Bell, zanim Indeera zdołała go
powstrzymać.
Targes zaszczękał z niepokojem pokaźnymi kłami.
- Jakiego... rodzaju?
Bell przeklął się w duchu za skłonność do wyrywania się przed szereg.
- My... nie wiemy.
- Wyczuliśmy zakłócenie w Mocy - wtrąciła Indeera, żeby oszczędzić mu
dalszych upokorzeń.
- I nie znacie żadnych szczegółów? - spytał Aqualish za pośrednictwem
swojego wokabulatora, ale już po chwili sam odpowiedział sobie na to
pytanie: - Och, oczywiście, że nie. Moc raczej nie jest czymś, hm,
empirycznym, bo wówczas byłaby bardziej przydatna.
Oboje Jedi przywykli już do sposobu bycia Vama. Aqualish nie miał
zamiaru ich urazić. Nawykł do operowania absolutami. Składowymi.
Równaniami. Prawami fizyki. I podczas gdy większość galaktyki pokładała
wiarę w Mocy, dla ścisłych umysłów naukowców jej fanaberie musiały być
czymś niedopuszczalnym.
Inżynier odwrócił się do jednego z Cyclorian, stojącego obok szeregu
konsol analitycznych.
- Przeprowadź skan diagnostyczny.
Insektoid zaszczękał pytająco w języku, który Bell próbował podłapać -
bezskutecznie - odkąd przybył na teren Środkowych Rubieży.
- Tak, wszystkich systemów - odpowiedział Vam. - Jeśli Jedi twierdzą, że
coś jest nie tak, to znaczy, że coś jest nie tak, a my musimy się
natychmiast dowiedzieć, co takiego.
Skóra Cyclorianina przybrała fioletowawy odcień i stworzenie zabrało się
do wypełniania polecenia przełożonego. Chociaż Bell nie zdołał opanować
ich języka, zdążył już się nauczyć, że gwałtowna zmiana ubarwienia jest
u tych istot sygnałem silnego stresu. Nienawidził wprawiać innych w zakłopotanie i przysparzać im problemów, ale zaburzenie w Mocy było zbyt
poważne, by je lekceważyć. Zanurzył się w niej ponownie, wyobrażając ją
sobie niczym rozszalałą pożogę i w milczeniu prosząc Lodena o wsparcie,
o przewodnictwo. Jak zawsze, jego były mistrz nie odpowiedział, ale
oczyma duszy Bell zobaczył wyraźnie, jak płomienie falują pod wpływem
nagłego podmuchu zimna.
- To... nie dotyczy statku - wymamrotał pod nosem.
- Słucham? - spytał Vam.
- Zagrożenie nie pochodzi z wewnątrz...
- Tylko z zewnątrz - potwierdziła Indeera w tej samej chwili, w której
rozległo się wycie syren alarmowych.
Żarka biegła u boku Bella, gdy pędzili do centralnej konsoli hangaru.
- Co się dzieje? - spytał Bell.
- Nadprzestrzenny alarm zbliżeniowy - wyjaśnił Vam, wciskając już
szponiastymi palcami guziki i manipulując kontrolkami. - To system
eksperymentalny, który starałem się udoskonalić. Monitoruje wibracje w przestrzeni, aby sygnalizować pojawienie się jednostki opuszczającej
nadprzestrzeń. Liczyłem na to, że zaprezentuję go osobiście kanclerz Soh
podczas festiwalu...
- I...? - drążył Bell. - Czy wykrył właśnie wibracje?
- Wyją syreny, czyż nie?
- Ale... gdzie wyskoczą? - zapytała Indeera, ignorując wyraźne
poirytowanie Aqualisha.
- Jak już wspomniałem: pracuję nad udoskonaleniem tego systemu. Nadal
jest w fazie eksperymentalnej.
- A więc... nie wiemy - stwierdził Bell, siląc się na obojętność i próbując ukryć swoją frustrację.
Vam posłał mu znaczące spojrzenie.
- Wkurzające, prawda?
- Wiem, do czego pijesz. Cóż, co racja, to racja.
- Może moglibyśmy pomóc - wtrąciła Indeera. - Czy dysponujemy
przynajmniej jakimś zakresem potencjalnych współrzędnych?
- Oczywiście - zapewnił ich Vam, manipulując jakimś pokrętłem. Przez
wbudowany w pulpit wyświetlacz przewinęła się seria cyfr.
Aqualish zmarszczył czoło.
- O co chodzi? - zaniepokoił się Bell.
Targes wdusił przycisk i wszyscy się odwrócili, żeby przyjrzeć się
wyświetlanemu na głównym ekranie obrazowi przestrzeni kosmicznej wokół
stoczni.
- Z danych wynika, że jednostka opuści nadprzestrzeń w którymś z tych
punktów, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie wyskakiwałby tak blisko
ciała grawitacyjnego... Coś musi być nie tak z tymi obliczeniami.
Całkiem jakby na przekór jego słowom - czy może raczej dla
potwierdzenia, że jego obliczenia były dokładne - na ekranie pojawił się
właśnie statek, który w tej sekundzie wychynął z nadprzestrzeni: gruchot
poskładany z części kilku innych statków, aczkolwiek gdyby Bell miał
zgadywać, obstawiałby, że jego podstawę stanowił koreliański
frachtowiec... Zarazem jednak statki cywilne nie bywały tak silnie
uzbrojone. Jego kadłub był najeżony turbolaserami, działami
blasterowymi, wyrzutniami torped... A mimo to nawet ta demonstracja
przytłaczającej siły bledła w obliczu zagrożenia sygnalizowanego przez
trzy błyskawice przecinające tępy dziób statku. Mogły one oznaczać tylko
jedno: Nihilów.
Indeera biegła już co sił w nogach, a Bell i Żarka starali się dotrzymać
jej kroku.
- Poderwij wszystkie skywingi! - poleciła. - I powiedz mi, proszę, że to
latające laboratorium ma jakąś broń...
- To jednostka naukowa! - odkrzyknął Vam. - A poza tym to przecież tylko
jeden statek...!
- Nihilowie nigdy nie zjawiają się samotnie! - rzucił przez ramię Bell,
wpadając do czekającej już turbowindy.
- Czy wiedzą, że tu jesteśmy?
Na pokładzie chmurostatku Nihilów ziejące jadem wcielenie gloovańskiej
nienawiści znane jako Sarn Starbreaker mierzyło wygłodniałym wzrokiem
stocznie.
- Hm? - warknął, gdy nikt nie pokwapił się, by odpowiedzieć na jego
pytanie.
Bulwiastogłowa Fluggrianka zasiadająca przy terminalu łączności
pochyliła głowę, wsłuchując się w informacje przekazywane przez
urządzenie wpięte w jej maleńkie uszy.
- Odbieram burzliwe rozmowy na wszystkich częstotliwościach. Wiedzą o nas.
"To dobrze" - pomyślał Starbreaker. Bo to oznaczało, że będą się bali.
On lubił zaś, kiedy się bali. Gdy ktoś się bał, popełniał błędy.
- Sygnały wołania o pomoc?
- Nic nie zdoła się przedrzeć przez nasz system zakłócający.
Starbreaker uśmiechnął się szeroko. Jego pokryta śluzem twarz lśniła
wyczekująco.
- Doskonale. Wziąć stocznie na cel i... ognia!
Jego załoga nie musiała pytać, jakiej użyć broni. Znali dobrze swoją
Chmurę. Kiedy Sarn Starbreaker kazał strzelać, miał na myśli salwę ze
wszystkich systemów uzbrojenia statku - co do jednego.
Przestrzeń kosmiczną przecięły szkarłatne promienie wystrzelone z dział
chmurostatku, a w ślad za nimi pomknęły torpedy plazmowe. Wokół systemów
obronnych hangaru rozkwitły kwiaty ognistych eksplozji wywołujących
podekscytowane bulgoty Chmury. Stocznie Cyclora pełne były cennych
łupów, czekających tylko, by po nie sięgnąć, Starbreaker ostrzył jednak
sobie kły wyłącznie na jedno cacko, znajdujące się w hangarze
dwudziestym drugim: dumę i chlubę Republiki, dzieło zastępów jej
naukowców, "Innowatora". Ogromną satysfakcję przyniosło mu poddanie
torturom oficera służb bezpieczeństwa, który w końcu podał mu numer
hangaru, a jeszcze większą przyjemność sprawi mu rozerwanie kadłuba
samego statku. Nie miał pojęcia, jakie skarby znajdą, gdy jego ludzie
wedrą się na jego pokład. I w zasadzie niewiele go to obchodziło.
Wiedział jedynie, że znajdą tam całe mnóstwo wartościowego sprzętu -
może nie dla niego, ale dla jego Nawałnicy. To będzie ostateczny akt,
który sprawi, że Pan Eyta wyniesie go do rangi Burzy, z całą jej chwałą...
i bogactwami, które wiązały się z tym tytułem. Sarn oblizał wargi,
delektując się gorzkim posmakiem własnego śluzu. O tak - to będzie
wspaniałe.
- Przedarliśmy się - zameldowała Fluggrianka. Starbreaker nie znał jej
imienia, ale nie przejmował się tym zbytnio - wystarczyło, że reagowała
na "ty".
- A więc wyślijcie myśliwce! - warknął, wduszając na swoim fotelu
dowodzenia guzik interkomu, dzięki któremu jego głos rozbrzmiał gromkim
echem na całym pokładzie chmurostatku: - Nakarmcie Burzę, moi
przyjaciele. Dziś wieczór będziemy ucztować.
Pokładem hangarowym "Innowatora" targnął wstrząs, gdy trafiła w niego
kolejna salwa. Nihilowie nie marnowali czasu. Bell dopadł do swojego
vectora, po drodze podnosząc owiewkę Mocą, tak jak nauczyła go Indeera.
Żarka wgramoliła się już po jednym z przypominających ostrze skrzydeł i wskoczyła na tylne siedzenie w tej samej chwili, w której padawan wybił
się Mocą, aby wylądować idealnie wymierzonym susem za sterami stateczku.
Kiedy się obejrzał, spostrzegł, że Stokes również siedzi już w swoim
vectorze i przeprowadza procedurę przedstartową - nie żeby maleńka
maszyna potrzebowała jakichś skomplikowanych sekwencji kontrolnych.
Każdy vector był hołdem złożonym maksymalnej prostocie - przeznaczony
dla Jedi, nie potrzebował zbyt wielkiej pomocy systemów komputerowych
czy czujników.
Gdy osłona myśliwca opadła na swoje miejsce, z głośników popłynął głos
Targesa:
- Naruszyli pole ochronne hangaru. Nadlatują myśliwce...
Bell musiał przyznać, że jest pod wrażeniem. Aqualish zachowywał
wyjątkowy spokój, zważywszy na powagę sytuacji.
- Czy mamy jakieś wieści z Jądra?
- Nie możemy nadawać ani odbierać komunikatów. Cała łączność jest
blokowana.
- Rozumiem. Będziemy w kontakcie.
Bell nie musiał się oglądać na swoją mistrzynię, żeby mieć pewność, że
Indeera jest gotowa. Czuł to. Odpalił silniki manewrowe i jego vector
pomknął w stronę wrót hangaru. Kiedy Indeera wzięła go pod swoje
skrzydła, nalegała, by latał vectorem samodzielnie, nie jako drugi pilot
- a on nie miał nic przeciwko. W przeciwieństwie do poprzedniego
vectora, którym latał wraz z Lodenem, "Novy", temu jednak nie nadał
nazwy. Nie mógł tego zrobić. Nie po tym, co przytrafiło się jego
poprzedniemu mistrzowi. Nauki Jedi nie bez kozery potępiały
przywiązywanie się, bo to tylko przeszkadzało.
Usadowiona za jego plecami Żarka szczeknęła raz, gdy przelatywali przez
wrota ku pełnej przestrzeni kosmicznej.
- Wszystko w porządku, maleńka? - krzyknął do niej przez ramię Bell. -
Gotowa obsługiwać działka?
Węglogarzyca ponownie dała głos, sprawiając, że Jedi się uśmiechnął.
- Dobrze wiedzieć, że w razie czego mogę na ciebie liczyć.
Zawinął swoim vectorem w lewo, żeby uniknąć szczątków stoczni odłupanych
od kompleksu przez ostrzał. Laserowy ogień wciąż bombardował hangar,
rozsiewając wokół chmurę śmiercionośnych szrapneli. Jego struktura nie
wytrzyma już zbyt długo pod naporem ataku, a wówczas nic nie będzie
stało Nihilom na drodze do dotarcia do "Innowatora"...
"Nie - poprawił się w myśli Bell. - To nieprawda". Był jeszcze on sam.
Z głównego nihilskiego statku wyroiła się grupa myśliwców, mknąc w stronę stoczni. Zettifar wybrał sprawiający wrażenie skleconego na
łapu-capu skoczek, niewiele większy niż jego vector, o krótkich
skrzydłach najeżonych działkami. Chłopak nie potrzebował komputera
celowniczego ani holograficznego dalmierza. Wystarczyło, że miał Moc.
Opuszka jego kciuka musnęła spust na drążku sterowniczym i emitery
natychmiast zareagowały, posyłając prosto do celu promienie
śmiercionośnej energii, które wżarły się w kadłub stateczku, naruszając
jego przewody paliwowe. Skoczek wybuchł w chmurze oślepiającego blasku.
Za jego plecami Żarka szczeknęła i Bell uśmiechnął się zadowolony z efektu swoich starań.
- Następny jest twój, moja droga.
Z głośnika jego vectora, automatycznie przestawionego na kanał łączności
Jedi, popłynął głos Indeery Stokes:
- Ostrożnie, padawanie. Nie napawaj się zabiciem wroga. To prosta
ścieżka na ciemną stronę.
Bell poczuł ukłucie żalu, które natychmiast stłumił. Indeera miała
rację. Ucieszył się zgładzeniem Nihila pilotującego statek, a radość ta
płynęła z uczuć, które tak mocno starał się od siebie odsunąć: z gniewu.
Rozżalenia. Wciąż jeszcze musiał się wiele nauczyć.
- Dziękuję, mistrzyni - powiedział, skręcając ponownie i obracając
vectora, aby uniknąć ostrzału kolejnego z wrogich myśliwców. - Niech Moc
będzie z nami...
- Dla światła i życia - odparła Indeera, również skupiając się na
zadaniu eliminacji wrogów.
Jeden z myśliwców siedział mu na ogonie, nieprzerwanie kontynuując
ostrzał - najwyraźniej stawiał na to, że prędzej czy później mu się
poszczęści i trafi przeciwnika. Bell bezustannie robił uniki, zmieniając
swój stateczek w ruchomy cel i utrudniając Nihilowi zadanie. W innej
sytuacji poderwałby swojego vectora w górę i zawinął nim w tył, tak aby
ze zwierzyny stać się myśliwym, tym razem jednak nie było takiej
potrzeby: już za chwilę nihilska maszyna stanęła w płomieniach, a Zettifar odbił, Mocą zmieniając kanał, aby podziękować pilotowi sił
obronnych stoczni, który, jak wyczuł wcześniej, był odpowiedzialny za
zniszczenie napastnika.
- Nie ma za co - nadeszła odpowiedź wyartykułowana przetworzonym głosem
syntezatora. - Czy mamy się zająć tymi myśliwcami, podczas gdy wy
rozprawicie się z tamtą bestią?
Bell zerknął w lewo, na pilota, który prowadził właśnie swojego Z-29
skyhawka tuż obok jego vectora. Był Cyclorianinem - Zettifar widział
jego obleczone rękawicami dłonie spoczywające na kontrolkach statku.
Podziękował w duchu Mocy za moduły tłumaczeniowe, przekładające serie
owadzich ćwierknięć i szczęknięć na zrozumiały język, a także za
maszynę, za sterami której zasiadał obcy. Z-29 stanowiły najnowszy
dodatek do floty myśliwców produkowanych w stoczniach, a ich wytwórca,
Incom Corporation, zawarł już szereg lukratywnych umów opiewających na
dostarczanie tych stateczków wielu światom z terenu Republiki - i poza
nim. Nie trzeba było wrażliwości na Moc, by wyczuć wyraźną dumę w głosie
pilota. Wiedział, że choć to niebezpieczna wal-ka, dzięki niej będą
mieli szansę zademonstrować prędkość i zwrotność Z-29. Nihilowie
popełnili błąd, atakując siedzibę jednych z najświetniejszych
budowniczych okrętów na Środkowych Rubieżach - tym bardziej w chwili,
gdy w stoczniach przebywała dwójka Jedi.
Żarka szczeknęła i Bell się roześmiał.
- Masz rację - rzucił. - Dwójka Jedi i węglogarzyca!
Czasami był święcie przekonany, że suka ma zdolność do czytania mu w myślach.
- Jedi Zettifarze?
Przeprosił oczekującego na odpowiedź pilota i potwierdził, że będą
działali zgodnie z jego sugestią, na co Cyclorianin zamachał mu na
pożegnanie antenkami i dołączył do swoich pobratymców w walce na śmierć
i życie.
Młody Jedi rozejrzał się, oceniając sytuację wokół hangaru.
- Mistrzyni? - zagadnął.
- Jestem, padawanie - odparła Indeera, objawiając się w swoim vectorze
po jego prawej.
- A Moc jest z nami wszystkimi.
Zawinął na lewo, odbijając i kierując się z dala od atakowanego hangaru.
Jego mentorka powtórzyła manewr, idealnie zsynchronizowana z ruchami
jego maszyny, i wspólnie pomknęli ku swojemu nowemu celowi:
chmurostatkowi Nihilów.
Rozdział szósty
rozdział szósty
Safrifa
Gdy potwór przyciągał ją coraz bliżej do cuchnącego otworu swojej
paszczy, Ty przemknęło przez myśl, że crikkolona paskuda ma
zdecydowanie więcej kłów, niż to konieczne.
Powinna była się domyślić, że mieli do czynienia z Drengirem. Jeszcze
jakiś rok temu nawet nie znała nazwy ich rasy - nikt o nich wówczas nie
słyszał - teraz jednak przeklęta plaga rozpleniła się wszędzie,
wyskakując spod ziemi niemal na każdej planecie na terenie galaktycznego
pogranicza. Kiedy zetknęła się z informacjami na ich temat pierwszy raz,
zareagowała lekceważącym parsknięciem. No bo... rozumne rośliny? Serio?
Jak, na litość próżni, rośliny mogły stanowić zagrożenie? Potem jednak
miała wątpliwą przyjemność zetknąć się z jednym z nich twarzą w jego
powykręcany, parszywy pysk - obmierzłą stertą wijących się gałęzi,
urozmaiconą guzami gruzłowatych sęków. Wieści o nowej zarazie
rozprzestrzeniały się równie szybko, co ona sama, powtarzane pełnym
przerażenia szeptem w tysiącach spelunek oraz wokół setek ognisk.
Mówiono, że ofiarą ich nienasyconego głodu padały całe światy - osady
upadały, zaduszone przez ich kolczaste pnącza, a ich mieszkańcy byli
przez nich pożerani. Wydawało się, że nic nie zdoła ich powstrzymać, gdy
już zakorzeniły się na planecie, którą wzięły na celownik. Podobno nawet
Huttowie odczuli boleśnie skutki inwazji, a tętniące życiem metropolie
Nal Hutta zmieniły się w złowrogie dżungle. Niewiarygodne? Cóż,
niektórzy wkładali te opowieści między bajki, zdaniem Ty zagrożenie było
jednak równie realne, co macki ciągnące ją właśnie z każdą chwilą bliżej
ku wyszczerzonej, zębatej paszczy.
Gdy postanowiła kroczyć tą ścieżką, ustaliła kilka podstawowych zasad -
to była jedna z pierwszych rzeczy, jakich nauczył ją Caratoo, stary,
zaprawiony w bojach najemnik, kiedy dzielił się wiedzą ze swoją
najnowszą rekrutką: "Znaj swoje granice. Musisz wiedzieć, w którym
miejscu przebiegają". Oczywiście, granice samego Caratoo, jak się
okazało, obejmowały zdradę wszystkich, którzy mu ufali, ona jednak
zapamiętała tę lekcję - i pamiętała ją jeszcze długo po tym, jak Kerk
popełnił błąd i wystawił ją do wiatru. Zasady Ty były proste: żadnego
przywiązywania się. Zero komplikacji. Polowała jedynie na zwierzynę, nie
na inteligentne formy życia - to znaczy, dopóki inteligentne formy życia
nie próbowały jej zabić.
A ten tutaj Drengir zdecydowanie nastawał na jej życie.
Odpowiedziała, częstując istotę falą telekinetyczną dość mocną, by
skręciła kark acklayowi, a może nawet i roggwartowi... ale najwyraźniej
zbyt słabą, by powalić Drengira. O nie - co to, to nie. Czy oni w ogóle
mieli karki...?
To nie było jej pierwsze spotkanie z tymi bestiami. Podczas tamtej
pamiętnej konfrontacji niemal zginęła. To było na Galidraanie, w trakcie
polowania na batarikana. Znalazła węża - z oczodołami i jamą nosową
przeszytymi drengirowymi korzeniami, o ciele wyssanym z soków.
Niestety, tak się złożyło, że podobny marny los spotkał większość
miejscowych - plaga niepowstrzymanie rozprzestrzeniła się po całej
planecie. Ty ledwie uszła z życiem, aczkolwiek KL-03 bardziej martwiła
się tym, że kolejne zlecenie przeszło im koło nosa. Kriffolona
droidka. Następnym razem niech sama sobie zabija potwory.
O ile oczywiście będzie jakiś następny raz.
Korzeń Drengira podpełzł do boku jej twarzy, sunąc w stronę ust. Poczuła
na wargach ukłucie ostrych kolców. O nie. Nie pozwoli na to.
Pchnęła ponownie. Jeśli nie zdoła skręcić nieistniejącego karku
Drengira, może przynajmniej połamie mu te cholerne macki. Drengir
ryknął, gdy jego pnącza rozciągnęły się ponad swoją wydolność, aż w końcu pękły, posyłając zwaliste ciało istoty na drzewo. Ty wyszarpnęła
tymczasem korzeń z ust, krzywiąc się, kiedy ciernie rozorały jej dolną
wargę. Cóż, będzie kolejna blizna do kolekcji. Kolejna okazja do śmierci
wskutek wstrząsu toksycznego. Kto wie, jakie bakterie zamieszkiwały
ciała tych paskudztw... albo żyły w bagiennej wodzie, skoro już o tym
mowa.
- Nie ma odwrotu. Nie ma ucieczki. Zbierzemy nasze żniwa. - Głos
przeszył jej czaszkę bólem głębszym od fizycznego, który zdołałby jej
zadać najostrzejszy cierń. Drengir był teraz wściekły, ale ona również.
Drzewopodobne istoty próbowały już tego na Galidraanie, aby przytłoczyć
ją swoimi trującymi myślami, nasycić jej umysł obrazami rozpaczy lub
całych światów ogołoconych z form życia, pożartych i przetrawionych.
Właśnie tym dla nich była - jak wszyscy inni: karmą. Mięsem. Pokarmem.
Gwarancją przetrwania.
Drengir rzucił się w jej stronę, wysyłając swoje wici naprzód, by
schwycić nimi pnie i gałęzie - cokolwiek, co pomoże mu się do niej
zbliżyć. Doskonale. To oznaczało jedno: że póki co nie umie poruszać się
o własnych siłach. Ty nie wiedziała o nich zbyt wiele, zresztą nikt
właściwie nie miał o nich zbyt wielkiej wiedzy, rozumiała jednak, że
znaczy to również, iż jest młody - a młodzi Drengirowie nadal byli
wrażliwi, narażeni na atak. Cóż, przynajmniej teoretycznie.
Skoczyła wyżej, niż zdołałby jakikolwiek Tholothianin. Nie udało jej się
dotrzeć do korony żadnego z drzew karenga, ale na tyle wysoko, by
chwycić nisko wiszący konar, sięgający niemal do pnia sąsiedniego
drzewa. Gałąź wygięła się, przyciągając ją niebezpiecznie blisko do
wygłodniałego Drengira, który wydał z siebie gniewny ryk.
- Zbierzemy nasze żniwa... Zbierzemy nasze żniwa!
Nie dziś.
Objąwszy nogami gałąź, runęła wprost na stwora. Całe ciało miała
obolałe, a wyrastające z czaszki srebrzyste wypustki nieznośnie
swędziały - nawet ta, którą utraciła dawno temu, obcięta weequayskim
ostrzem. Szczególnie ta. A jeśli czuła swędzenie brakującej wypustki,
mogło to oznaczać tylko jedno: miała prawdziwe kłopoty.
Gałąź opadła.
Gdy Ty odwróciła głowę, spostrzegła, że Drengir zdołał złapać koniec
konaru i przyciągał go gwałtownie ku sobie. Została uwięziona,
pozbawiona możliwości manewru - zbyt daleko od pnącza, by spróbować się
oswobodzić, i nie dość blisko pnia, aby udało jej się wspiąć wyżej.
Gałąź jęknęła, a mokra kora zaczęła pękać... Jeśli się złamie, nic nie
uratuje Ty przed runięciem wprost w objęcia czekającego w dole stwora.
Przed staniem się karmą. Mięsem. Pokarmem. Gwarancją przetrwania.
Miała tylko jedną szansę. Zwiesiwszy się z gałęzi twarzą w dół, mocno
zaczepiona o nią kolanami, spojrzała w zębate oblicze potwora -
wykrzywione gniewem, toczące z paszczy kleistą pianę, sięgające po nią
szponiastymi rękami... Przymknęła oczy i również sięgnęła ku niemu, nie
dłońmi jednak, ale wiciami uczuć - przedłużeniem własnej jaźni. Sięgnęła
poza stworzenie, które chciało ją pożreć, poza wodę rozlaną wokół jego
zwalistego cielska, poza muł i korzenie, szukając jednej, jedynej
rzeczy, która mogła ocalić jej życie - którą upuściła, gdy Drengir
zaatakował.
O, tam. Była tam, uwięziona pod korzeniem, przygnieciona ciężarem obcej
istoty. Szlag by to...! Szlag i ciężka cholera...!
Wokół jej lewego nadgarstka owinęła się kolczasta wić.
Ty sięgnęła ponownie, tym razem nie szukając, ale przyzywając...
Pod cielskiem Drengira coś drgnęło - poruszyło się coś, co było w posiadaniu Ty od bardzo, bardzo dawna. Od czasów jeszcze przed
Galidraanem. Nawet przed Caratoo. Zwiększyła nacisk, napinając aż do
bólu mięśnie rąk. Przedmiot nadal tkwił w miejscu, drżąc w gęstym
szlamie, niezdolny się z niego wydostać.
Poczuła, jak nowa macka owija się wokół jej nadgarstka - tym razem
prawego. Drengir przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie.
Ty zwizualizowała sobie swoją broń w umyśle: oczyma duszy widziała jej
długą rękojeść i złowieszcze kolce - tak bardzo rozczarowałyby starego
Azumela, który nauczył ją, jak ją zbudować. Soczewki skupiające, emiter,
przycisk aktywujący...
Tuż pod cielskiem Drengira rozbłysło nagle fioletowe światło, a Ty
szarpnęła z całych sił.
Ostrze cięło przez korzeń. Uwolniło się. Kolejny cios rozpłatał
Drengira, rozdzierając na pół jego paskudny, dziobopodobny pysk. Istota
zawyła, gdy dwie połówki jej ciała runęły na boki, niczym rozpadający
się przegniły owoc, opadając w szlam.
Miecz świetlny Ty wskoczył do jej dłoni, a gałąź pękła.
Tholothianka wylądowała w samym środku szczątków roślinopodobnej istoty.
Wyłączyła ostrze, oczyściła klingę z błota i wsunęła ją ponownie do
kabury, a potem powoli uwolniła nadgarstek z objęć kolczastych wici,
uważając, aby nie podrapać skóry kolcami. To nie był jeszcze koniec -
tyle wiedziała z przechwyconych raportów wysyłanych do i z Latarni
Gwiezdny Blask. Nawet poszatkowany na kawałki Drengir się zregeneruje -
wystarczy mu do tego maleńki strzępek jego ciała. Ty obiecała jednak
Safrifanom, że uwolni ich od tego stwora, i zamierzała dotrzymać słowa -
kolejna lekcja, którą przyswoiła od Caratoo, nawet jeśli on sam nie
wierzył w tę zasadę.
Teraz czekała ją trudniejsza część zadania: pokrojenie resztek Drengira
na kawałki, rozwieszenie ich na gałęziach pobliskiego drzewa i czekanie,
aż wyschną na tyle, by zajęły się ogniem. Prawdopodobnie miała w przywieszonym u pasa mikromiotaczu płomieni dość paliwa, aby rozniecić
małe ognisko. To powinno zaś wystarczyć do spalenia wszystkich
szczątków.
Żniwa należały do niej.
Podróż powrotna na bagienną farmę zajęła jej dłużej, niż się
spodziewała, i była zdecydowanie nieprzyjemna - w ubraniu przesiąkniętym
odorem spalonego Drengira. Nagrała holo z procesu popielenia istoty, na
dowód, że faktycznie pozbyła się potwora. Farmerzy już na nią czekali -
na ich twarzach malował się wyraz ulgi, a w sakwie ze skóry maligatora
spoczywała nadal jej skromna nagroda. Nie byli jednak sami. Dłoń Ty
opadła odruchowo do rękojeści miecza świetlnego na widok statku
kosmicznego parkującego obok jej maszyny. Po trapie schodziła właśnie
postać - wysoka, w przeciwieństwie do niskich Safrifan. Ty rozpoznawała
gatunek - to była przedstawicielka rasy Kuranu, o gładkiej
jasnofioletowej skórze i dużych, pozbawionych źrenic oczach. Była ubrana
w nieskazitelnie czysty skafander, a tuż za nią sunął w powietrzu
niewielki, kulisty droid, mający, jak się zdawało, tylko jedno zadanie:
spryskiwać dłonie Kuranu płynem antybakteryjnym za każdym razem, gdy
uznała za stosowne go użyć (jej gatunek słynął z niemal absurdalnej
obawy przed zarazkami, co zresztą tłumaczyło pełną obrzydzenia minę
nieznajomej, którą wywołał u niej widok upapranego błockiem stroju Ty -
i którą bez większego powodzenia próbowała ukryć).
- Jesteś Ty Yorrick. Tak zwany miecz do wynajęcia - stwierdziła
rzeczowym, obojętnym tonem, równie formalnym, co uśmiech, którym
obdarzyła Tholothiankę na powitanie.
- To zależy, kto pyta.
- Nazywam się Mantessa Chekkat.
Ty obrzuciła mały stateczek krytycznym spojrzeniem.
- Wygląda na to, że przybyłaś tu z bardzo daleka...
- Owszem - potwierdziła Chekkat. - Szukałam cię. Z nadzieją, że zdołasz
mi pomóc.
I jeszcze raz od nowa - znowu to samo...
Rozdział siódmy
rozdział siódmy
Pod lodowymi równinami Golamaran
Jeśli podróż z pokładu "Szkwałowego Pająka" wydawała się wiecznością
spędzoną w polu hibernacyjnym, wędrówka przez tunele ciągnące się pod
lodowymi równinami była istnym koszmarem. Dis miał wrażenie, że boli go
każda komórka jego ciała - co było stosunkowo nowym doświadczeniem dla
pilota. Mięśnie stóp bolały go od starań zachowania równowagi na
pokrytej warstewką lodu powierzchni, a szyję miał zesztywniałą od
schylania się pod stalaktytami. Owszem, w swoim długim życiu Dis nieraz
doświadczył już niewygód, ale Talortaiowie byli - oględnie mówiąc -
bardzo odporni. Szybko się regenerowali, chociaż przyczyny takiego stanu
rzeczy nadal pozostawały w dużej mierze niejasne. Może była to kwestia
genetyki, a może powodowała to w jakiś sposób sama Moc? Starszyzna ich
gatunku rozmyślnie ignorowała fakt swej wrażliwości na nią, bojąc się
przyznać do tego sama przed sobą. Dis nie miał pojęcia, dlaczego tak
było, słyszał jednak legendy o wielkiej rzezi, podczas której cała armia
najechała ich z nieba na skrzydłosmoku, trzebiąc ich lud swoimi
lśniącymi szkarłatnymi ostrzami. W innych okolicznościach można by to
nazwać próbą pozbycia się konkurencji, wówczas jednak, ponad cztery
tysiące sezonów temu, było to ni mniej, ni więcej, tylko akt
ludobójstwa. Talortaiowie, niegdyś liczni, stali się gatunkiem
zagrożonym - i celowo utrzymywali ten stan, przestrzegając ściśle zasad
ustanowionych przez starszych. Kary za niestosowanie się do nich były
niezwykle surowe - jak Dis przekonał się boleśnie na własnej skórze.
Potrząsnął głową, odsuwając od siebie wspomnienia o ojczyźnie. Dlaczego
w ogóle myślał o Talorze i tamtej bandzie tchórzy? Cóż, może sprawiła to
monotonia towarzysząca ich mozolnej wędrówce. "Tak, to z pewnością było
to" - przekonywał sam siebie, czepiając się ścian, żeby nie wpaść na Ro
i Kufę.
Staruszka zaskoczyła ich, gdy przecisnęli się przez wąski przesmyk,
rozchylając poły swojego futrzanego okrycia, aby uwolnić trzy małe
drony, rozmiarów mniej więcej detonatorów termicznych. Dis odruchowo
wzniósł swoje skrzydłoostrza, żeby przepołowić je, nim zaatakują... zanim
jednak zdążył to zrobić, lewitujące kule rozbłysły jasnym blaskiem,
sprawiając, że w tunelach zrobiło się jasno jak w dzień. Teraz
przynajmniej widzieli coś, gdy nogi ślizgały im się na lodzie...
Dis schował ostrza do pochew na plecach, aby mieć wolne ręce,
poświęcając tym samym możliwość obrony na rzecz możliwości łapania w razie potrzeby równowagi. Jego oddech zamarzał w powietrzu, a skóra
denerwująco swędziała, ale przynajmniej starucha zamilkła, prowadząc ich
w dół, ciągle w dół. Po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia ich podróży
tunel zaczął rozbrzmiewać echem odpowiedzi na jej pytania: "Czy plotki
są prawdziwe? Czy Ro naprawdę został piratem? Czy nadal praktykuje ich
rytuały? Czy miał jakieś wieści od innych członków ich rodziny?". Oko
był tak oszczędny w słowach, jak tylko to możliwe, nawet kiedy starucha
zwróciła się do niego imieniem, którego Dis nie słyszał nigdy wcześniej.
Czy plotki są prawdziwe? Cóż, to zależy które.
Owszem, został piratem - między innymi.
Nie, ale pamięć o rytuałach towarzyszy mu przez cały czas.
Co się zaś tyczy rodziny... Mało prawdopodobne, by powitali go z otwartymi
ramionami. Prędzej wibronożem wrażonym między żebra.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
Prolog
Ashla, księżyc Tythona
Elzar Mann nie potrafił zapomnieć o tamtych krzykach. Ani na chwilę.
Minęło wiele miesięcy od momentu ceremonii oddania do użytku Latarni
Gwiezdny Blask - odkąd stał u boku swoich kolegów i koleżanek Jedi.
Odkąd stał u boku Avar Kriss.
Odkąd stali tam, na oczach całej galaktyki, w swoich odświętnych
strojach (ten przeklęty kołnierzyk nieznośnie uwierał), słuchając
przemówień - najpierw kanclerz Liny Soh, przywódczyni Republiki
Galaktycznej, a potem Avar. Jego Avar. Bohaterki Hetzala.
"Latarnia jest naszym darem dla galaktyki - mówiła Avar. - Obietnicą".
W uszach nadal dźwięczały mu jej słowa:
"Ilekroć poczujecie się samotni... zawsze, gdy poczujecie, że zbliża się
ciemność... wiedzcie, że Moc jest z wami. Wiedzcie, że jesteśmy z wami...
Dla światła i życia".
Dla światła i życia.
To nie powstrzymało jednak ciemności, która ogarnęła go później tamtego
dnia - fali bólu i cierpienia, wizji przyszłości zbyt strasznej, by
ogarnąć ją umysłem. Zatoczył się, chwytając się kurczowo poręczy, a krew
trysnęła mu z nosa - ciś-nienie w jego czaszce wzrosło tak mocno, że bał
się, iż lada chwila rozsadzi mu głowę.
To, co wówczas zobaczył, prześladowało go od tamtej pory - nie mógł o tym zapomnieć. Trawiło go od wewnątrz niczym piekielny żar.
Jedi ginący jeden po drugim, pochłaniani przez jakiś nieprzenikniony,
mglisty kłąb. Stellan. Avar. Wszyscy, których znał - i wszyscy, których
miał dopiero spotkać. Rozszarpywane ciała i twarze - zarówno te znajome,
jak i obce.
I krzyki.
To właśnie one były najgorsze.
Reszta wieczoru upłynęła mu w jakimś dziwnym otępieniu - przetrwał go
jak na autopilocie, wycofany, nieobecny, podczas gdy w jego umyśle wciąż
odbijało się przerażającym echem to, co widział... co słyszał. Popełnił
kilka błędów. Pamiętał, że wychylił o kilka kieliszków kattadańskiego
różowego wina za dużo, a kiedy Avar poprosiła go o tamten obiecany
taniec, spełnił jej prośbę nieco zbyt gorliwie, zaczął się zachowywać
zbyt swobodnie.
Wciąż czuł jej dłoń na swojej piersi, gdy go odepchnęła.
"El, co ty najlepszego wyprawiasz?"
Pokłócili się wówczas na osobności - nadal był skołowany i półprzytomny.
"Nie jesteśmy już padawanami!"
Minęło kilka miesięcy, zanim znów ją zobaczył, a kiedy się spotkali,
atmosfera między nimi była mroźna niczym vandorski świt. Nastawienie
Avar wobec niego się zmieniło. Była bardziej zdystansowana. Zajęta
nowymi obowiązkami dowodzącej Latarni Gwiezdny Blask.
A może po prostu to on był zbyt skupiony na czym innym? Od momentu
oddania Gwiezdnego Blasku do użytku medytował nad tamtą wizją w dzień i w nocy. Powinien był pójść do niej, przeprosić ją i poprosić o radę, o pomoc - a jeśli nie ją, to może Stellana Giosa, swojego najdawniejszego
przyjaciela, ale... Stellan miał własne obowiązki. Był teraz członkiem
Rady, odpowiedzialnym za kierowanie zakonem. Nie miałby dla niego czasu.
A zresztą... proszenie o pomoc nie było w stylu Elzara. Elzar Mann był
tym, który rozwiązywał problemy, a nie je stwarzał. Znajdował
rozwiązania. Odpowiedzi. Nowe sposoby realizacji zadań. I właśnie
dlatego zrobił to, co zawsze: spróbował rozwiązać problem samodzielnie.
Najpierw wybrał się do archiwów Jedi w Wielkiej Świątyni, w których
spędził wiele godzin, ślęcząc nad niezliczonymi tekstami oraz studiując
całe mnóstwo holokronów. W akcie desperacji podjął nawet próbę
rozszyfrowania tajemnic Kodeksu Ga'Garen, starożytnego grymuaru, którego
treść od tysięcy lat stanowiła dla pokoleń lingwistów nie lada zagadkę.
Nawet wówczas jednak, bez reszty skupiony na pracy w archiwach, pod
czujnym spojrzeniem posągów Straconych, Elzar słyszał gdzieś z tyłu
głowy krzyki, a w każdej lśniącej powierzchni lub postaci przechodzącego
obok padawana widział twarze poległych w rzezi.
To właśnie Kodeks przywiódł go tutaj, na Ashlę, główny księżyc Tythona.
Starożytni nazywali ten obszar Wyspą Odosobnienia, co było dokładnie
tym, czego potrzebował, jeśli kiedykolwiek miał w pełni zrozumieć to, co
zobaczył. Potrzebował samotności, skupienia. Kroplą, która przelała
czarę goryczy, była zaś wiadomość od dawnej mistrzyni Stellana,
cieszącej się powszechnym szacunkiem Rany Kant, która gratulowała mu
awansu na mistrza Jedi. Rada, jak się okazało, przygotowała też dla
niego przydział: miał stanąć na czele placówki Jedi na Valo, planecie
znajdującej się na skraju sektora Rseik.
On? Opiekunem placówki? Jak mogli być tak ślepi? Czy nie dostrzegali, że
w ogóle nie jest na to gotowy? Czy nie widzieli, jak bardzo jest
rozdarty?
Szedł w stronę oceanu, czując pod stopami ciepły piasek. Zbliżając się
do wody, zrzucał wierzchnie szaty. O tak - tak było zdecydowanie lepiej.
Tutaj w końcu pozna prawdę. To było miejsce, w którym wreszcie zrozumie.
Nie zatrzymał się na brzegu, z rozmysłem zanurzając się w fale. Po
kolana. Po pas. Szybko wypłynął na pełne morze - zatrzymał się dopiero
wtedy, gdy nie widział już lądu. Obracał się powoli, rozgarniając wodę,
otoczony jedynie przez morze i samą Moc.
Nadeszła pora...
Wziął głęboki wdech i zanurzył się w toń z zamkniętymi oczami. Woda
wypełniła jego uszy, tłumiąc wszelkie dźwięki.
"Pokaż mi. Poprowadź mnie. Daj mi odpowiedzi, których szukam..."
Nic. Żadnego objawienia. Żadnej odpowiedzi.
Wynurzył się i zaczerpnął tchu, a potem znów zanurkował, próbując
jeszcze raz:
"Jestem tu. Chcę się uczyć. Muszę zrozumieć".
Nadal nic.
Gdzie były obiecane odpowiedzi? Gdzie szansa na oświecenie?
Powtórzył rytuał, wynurzając się, aby zaczerpnąć powietrza, nurkując
ponownie i pozwalając, by ocean go pochłonął. Jeszcze raz i znowu, i...
Uczucie przypominało niespodziewane natrafienie na bąbel powietrza pod
wodą: nagle już nie tonął, tylko biegł wraz z innymi Jedi, ścigany przez
próbujące ich dopaść koszmary. Nie byli w wodzie, ale otaczała ich mgła.
Gęsta. Gryząca. Nieprzenikniona. Nic nie miało sensu. Ani chaos, ani
panika.
Ani strach.
Gdy otworzył usta do krzyku, z oddali, z innego świata, z innego czasu,
wlała się do nich morska woda.
"Co to? Gdzie jestem? Mów do mnie!"
I Moc przemówiła do niego - z taką siłą, że zaczął się obracać w jakimś
szalonym pędzie, podczas gdy przed jego piekącymi oczami przemykały
obrazy, niczym fioletowe błyskawice:
Avar. Stellan. Tholothianka... Indeera Stokes? Nie... Brakowało jej jednej z wyrastających z głowy mięsistych wypustek, a jej twarz wykrzywiał
gniewny grymas.
Pękające kości.
Rozszarpywana skóra.
Zamglone, niewidzące oczy.
I krzyki. Głośniejsze niż kiedykolwiek wcześniej - bardziej rozpaczliwe.
A najgłośniejszy ze wszystkich - jego.
"Gdzie jestem? Gdzie to jest? Gdzie?!"
Elzar wzniósł ramiona, krztusząc się morską wodą. Był z powrotem na
brzegu oceanu Ashli. Sól zasychała na jego skórze w palących promieniach
słońca. Rozejrzał się dookoła wciąż jeszcze zamglonym wzrokiem, próbując
skupić spojrzenie na złotym piasku ciągnącym się jak okiem sięgnąć
wzdłuż plaży. Na niebie nad nim krążyły latające żarłacze, czekając na
okazję do oskubania jego kości z mięsa. Ale Elzar nie był jeszcze
martwy. Nikt z nich nie był.
Wstał i ruszył chwiejnym krokiem w kierunku swojego vectora, zbierając
po drodze rozrzucone szaty. Musiał stąd odlecieć. Musiał opuścić Jądro.
Moc przemówiła. Odpowiedziała już na jego pytanie - po prostu wcześniej
nie słuchał jej wystarczająco uważnie.
Jedno słowo - nazwa planety, na której zdoła w końcu wszystko naprawić.
Valo.
Rozdział pierwszy
rozdział pierwszy
Rystańskie Pustkowia
Kometa uderzyła w pole lodowe, inicjując niszczycielską reakcję
łańcuchową. Asteroidy i kawałki kosmicznych skał odbijały się od siebie
niczym kule bilardowe - z tą jedynie różnicą, że większość kul ważyła
miliony ton i mogła zmiażdżyć statek jak jajko. Te, które nie uległy
jeszcze całkowitemu zniszczeniu wskutek kolizji, zostały zredukowane do
ostrych jak brzytwa odłamków powiększających tylko skalę zniszczenia.
Żadnemu śmiałkowi nigdy nie udało się wejść na teren Pustkowi bez
szwanku. Pole lodowe było zaśmiecone zdeformowanymi wrakami statków,
które próbowały sprostać wyzwaniu przelotu pomiędzy zderzającymi się
planetoidami - i poniosły porażkę. W sprzyjających okolicznościach
podobny pomysł bywał niebezpiecznym i zwyczajnie głupim
przedsięwzięciem. W niesprzyjających... cóż, to było właściwie
samobójstwo.
Dzisiaj zaś okoliczności były zdecydowanie niesprzyjające.
"Szkwałowy Pająk" miotał się w serii uników, przedzierając się przez
labirynt wirujących skał. Był mały - niewiele większy od promu, ale za
to pod względem szybkości i zwrotności nie ustępował osławionym vectorom
Jedi. W rzeczy samej, spokojnie można by wybaczyć każdemu, kto oglądając
dziwny, przypominający nieco pajęczaka statek, pomyślałby, że za jego
sterami zasiada właśnie ktoś z zakonu - któż inny zdołałby manewrować w nieustannie zmieniającym się kosmicznym krajobrazie, zawijając
błyskawicznie to w lewo, to w prawo, aby uniknąć zmiażdżenia przez
gigantyczne kule lodu? Prawda była jednak taka, że istocie zasiadającej
za sterami stateczku nie mogłoby być dalej do Jedi. Jedi byli obrońcami
życia i rozświetlali galaktykę. Żyli dla innych, nie dla siebie, dbając
o pokój i harmonię, gdziekolwiek się zjawiali. W skrócie: byli
bohaterami.
Udi Dis urodził się jako Talortai, ale teraz mienił się Nihilem.
Barczysta i wysoka ptakopodobna istota wybrała żywot pirata i grabieżcy:
branie tego, co się chciało, i zrównywanie z ziemią tego, co pozostało.
Nie było to, co prawda, życie szlachetne, ale jedyne, jakie znał - i zapewniało mu własne miejsce we wszechświecie, który wielokrotnie
wcześniej pluł mu w twarz.
Jedyne, co łączyło Disa z Jedi, to jego więź z Mocą. Wielu Talortaiów
było wrażliwych na to pole energii, które przenikało wszechświat, ale
mało który z przedstawicieli tego tchórzliwego gatunku korzystał z tego
daru. Twierdzili, że nie mają do tego prawa - że to w jakiś sposób
niemoralne. Dis nigdy nie zrozumiał dlaczego. Skoro los nagrodził kogoś
takimi zdolnościami, czy nie powinno się raczej ich wykorzystywać i szkolić się w ich jak najlepszym używaniu, aby zdobyć przewagę nad tymi,
którzy nie zostali nimi pobłogosławieni? I właśnie między innymi dlatego
większość Talortaiów była skazana na pozostanie tam, gdzie tkwili:
ledwie wiążąc koniec z końcem na Talorze, podczas gdy on był tutaj,
pośród gwiazd. Jasne, Dis wielokrotnie doznawał zawodów - czasem
zawodzili go inni, najczęściej jednak rozczarowywał sam siebie, ale Moc
nigdy go nie zdradziła, ani razu. Życie byłoby lepsze, gdyby nie
uzależnił się od reedugu, ale póki co był czysty - i nigdy nie czuł się
bardziej żywy.
Chwycił za stery stateczku szponiastymi łapami, a jego umięśnione
ramiona napięły się, gdy skręcił ostro w prawo, zwinnie unikając
szczątków, które z pewnością zabiłyby wszystkich na pokładzie, gdyby
jednostkę pilotował ktoś mniej wprawny. Dis jednak znał Pustkowia jak
własną kieszeń - nawet mimo że nigdy wcześniej nie miał okazji tędy
latać. Wszyscy Talortaiowie mieli wrodzoną zdolność do orientacji w przestrzeni - dosłownie wyczuwali wibracje kosmosu w kościach - ale
umiejętności nawigacyjne Disa były w tym zakresie niezrównane. Dzięki
swoim talentom mógł namierzyć każdą asteroidę w okolicy - nie
potrzebował do tego map ani pomocy droida nawigacyjnego. Wystarczyła mu
Moc.
Za jego plecami właz prowadzący do kokpitu "Pająka" rozsunął się,
wpuszczając do wnętrza stęchłe powietrze z korytarzy ciasnego skoczka
międzyplanetarnego. Dis nie musiał się odwracać, by sprawdzać tożsamość
swojego gościa - nie było takiej potrzeby. Usłyszał szczęk butów na
panelach pokładu, poczuł lekki powiew powietrza zmąconego falowaniem
peleryny, a pióra na jego ciele nastroszyły się w reakcji na obecność
istoty, której poprzysiągł służyć przez resztę swojego życia - Marchiona
Ro, Oka Nihilów.
Czy był zaskoczony, kiedy Ro przyszedł do niego, by powierzyć mu tę
misję? Oczywiście, że tak. Nie miał nawet pojęcia, że Oko zna jego imię
- nie mówiąc już o wiedzy na temat jego zdolności w zakresie pilotażu.
Ostatnie kilka lat Dis spędził, służąc na chmurostatku pod rozkazami
Crocina o zębatej paszczęce, znanego jako Scarspike - zbira, który
więcej czasu niż na planowaniu najazdów spędzał na gnębieniu swojej
załogi. Co zresztą w końcu dało o sobie znać. Dis zabił go po skrewionym
ataku na Pogrzebowym Księżycu Serenno. Tamtego dnia stracili trójkę
Nihilów, ale Scarspike stracił znacznie więcej, gdy Dis otworzył jego
żylaste gardło jednym płynnym chlaśnięciem skrzydłoostrza. Nie miał
pojęcia, czy to właśnie ten czyn sprawił, że Oko zwrócił na niego uwagę.
Może tak, a może nie. Wiedział tylko, że nagle został wywyższony ponad
wszystkie Błyskawice i Chmury, i wszystkich innych członków Nihilów,
dołączając do osobistej świty Ro. Ten niespodziewany awans nie pozostał
oczywiście niezauważony. Nihilowie mieli ściśle określoną, uporządkowaną
hierarchię. Każdy zaczynał od niskiej pozycji Błyskawicy, mozolnie pnąc
się po szczeblach kariery, aby zostać Chmurą, aż wreszcie otrzymać
promocję na Burzę. Horda Nihilów była podzielona na trzy Nawałnice,
dowodzone przez trójkę Jeźdźców Nawałnic: Pana Eytę, potężnego Dowutina
o wygórowanych ambicjach, mającego o sobie wyjątkowo wysokie mniemanie,
zimną i efektywną Twi'lekankę Lournę Dee, a także najnowszy nabytek Ro,
podstępnego Talpiniego znanego jako Zeetar. Nie dało się nie zauważyć,
iż niedawny awans tego ostatniego porządnie rozjuszył Pana, a promocja
Disa rozwścieczyła go jeszcze bardziej. Między Panem i Disem doszło
niemal do rękoczynów. Dowutin twierdził, że nobilitując go, Ro łamie
nihilską Zasadę Trzech. W przeciwieństwie do samych Jeźdźców Nawałnic,
Oko nie miał dotychczas pod sobą własnych oddziałów. Zgadza się: jeśli
chodzi o planowanie, jego głos był rozstrzygający i - owszem, dostarczał
Nihilom Ścieżek, dzięki którym mogli oni unikać wchodzenia Republice w drogę (a przynajmniej działo się tak przez większość czasu). Dis
podejrzewał, że gdyby nie problem Ścieżek, Pan już dawno wysłałby Ro w kosmos przez śluzę powietrzną, póki co jednak jego pomoc w zakresie
nawigacji była zbyt cenna. Dawała Nihilom przewagę, więc na razie obawy
Eyty trafiały w próżnię. Dis otrzymał zaś pozwolenie wejścia na pokład
okrętu Ro, "Elektrycznego Spojrzenia", w przeważającej części
obsługiwanego przez załogę milczących droidów - i w dużej mierze
opustoszałego, niczym pozbawiony mieszkańców pałac o licznych komnatach.
To właśnie tam, w pilnie strzeżonym przed wścibskim wzrokiem sanktuarium
Ro, Dis dowiedział się, że mają lecieć na Rystan z pewną tajną misją, na
którą, ma się rozumieć, nie mogli się wybrać "Spojrzeniem". Okręt rzadko
kiedy opuszczał bazę Nihilów na Grizalu, a jeśli już, to nigdy w całości
- jego integralna część zostawała na planetoidzie - ale nawet ta jego
część, którą zazwyczaj odłączano na czas misji, byłaby zbyt duża i mało
zwrotna, by poradzić sobie w polu lodowych okruchów. I właśnie dlatego
potrzebowali czegoś mniejszego - potrzebowali "Szkwałowego Pająka".
- Za ile opuścimy Pustkowia? - spytał Ro, kładąc obleczoną rękawicą dłoń
na oparciu fotela Disa.
- Jeszcze tylko kilka minut... - Dis obrócił się w stronę swojego
przełożonego. - Nadal nie wiem, jak powinienem się do ciebie zwracać -
powiedział. - Per "Oko"? "Sir"?
Ro skrzywił wąskie wargi na dźwięk wyraźnej niechęci w głosie Talortaia,
a jego ciemne oczy zalśniły w czerwonym blasku wlewającym się do wnętrza
kokpitu przez iluminator.
- Możesz mi mówić... Marchion.
Dis wypiął pierś rozparty dumą. Nigdy nie był zwolennikiem łańcucha
dowodzenia - i prawdopodobnie właśnie to było jedną z przyczyn, dla
których tak długo pozostawał Błyskawicą. To, jak również fakt, że
większość ostatnich dziesięciu lat spędził w reedugowym otępieniu. Teraz
jednak... kto by pomyślał?! Po imieniu z samym Ro?! Nikt nigdy nie mówił
do Oka per "Marchion" - nawet Pan.
- Nadal sądzę, że łatwiej byłoby skorzystać ze Ścieżki - zauważył,
wyprowadzając w końcu "Pająka" z pola lodowych szczątków, aby okrążyć
świecącą bladym światłem gwiazdę Rystana.
Ro podszedł do wolnego stanowiska artyleryjskiego, żeby zabrać z pulpitu
swoją maskę, która spoczywała na konsoli, odkąd opuścili Wielką Salę.
- Wówczas jednak nie miałbym okazji oglądać mistrza podczas pracy -
odpowiedział Oko, przecierając rękawem pokryty szronem wizjer maski. -
Twoje umiejętności są dokładnie tak imponujące, jak można by się
spodziewać - tym bardziej teraz, gdy jesteś już wolny od swojej...
słabości.
O tak - zgadza się: Dis był teraz wolny. Ro dopilnował osobiście, by
Talortai wyrzucił resztki swojego małego zapasiku do zsypu na pokładzie
"Spojrzenia". Myślał trzeźwo pierwszy raz od wielu lat, a jego więź z Mocą była silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Na reedzie nie miałby
szans przemknąć przez pole lodowych szczątków - nie mógł zaprzeczyć, że
Ro choć w tym miał swoją zasługę.
- I pomyśleć, że przez te wszystkie lata mieliśmy pośród siebie
użytkownika Mocy... - podjął Ro, sprawdzając filtry swojej maski. -
Scarspike był głupcem. Cieszę się, że nie żyje.
"Nie ty jeden" - pomyślał Dis, ale zachował tę uwagę dla siebie, podczas
gdy "Pająk" wchodził w rzadką atmosferę Rystana.
- Czy byłeś kiedyś na planecie zablokowanej pływowo? - zapytał Ro.
Dis pokręcił głową.
- Są... fascynujące - stwierdził Oko. - Jedną stroną są bezustannie
zwrócone w kierunku słońca, a ich powierzchnia to w zasadzie spalona nim
pustynia.
- Podczas gdy ta druga to zamarznięte pustkowia - dopowiedział Dis.
Widok jałowych lądów nie napawał zbytnim optymizmem. - No to... gdzie
dokładnie lądujemy?
Ro wskazał na spłachetek ziemi rozciągający się między dwoma szczytami.
- Tam.
- Czy jest tam jakiś kosmoport?
- Niekoniecznie.
Ro skierował wzrok ku skrawkowi jałowego lądu przemierzanego przez kłęby
turlających się tu i ówdzie wędrostów.
- Jesteś pewien, że to tutaj? - spytał Dis, aktywując system goleni
lądowniczych. - Nic tu nie ma...
Oko uśmiechnął się tylko, zakładając swoją maskę.
- Och, na pewno wkrótce się zdziwisz...
Rozdział drugi
rozdział drugi
Stocznie Cyclora
Jeszcze nie tak dawno padawan Bell Zettifar byłby bezgranicznie wręcz
podekscytowany widokiem, który rozciągał się w dole. Stał na platformie
obserwacyjnej największego hangaru, w jakim kiedykolwiek w życiu miał
okazję gościć, stanowiącego część wielkich stoczni na orbicie Cyclora,
stosunkowo niewielkiej zielono-brązowej planety na terenie Środkowych
Rubieży. Nieco niżej, w jasnych światłach hangaru, blaskiem
wypolerowanej durastali lśniła sylwetka statku znanego jako "Innowator".
Mająca wystartować za kilka godzin jednostka była prawdziwym cudem
techniki: mierząca ponad trzysta metrów, wyposażona we wszelkie
najnowsze systemy rozpoznania i medyczne, stanowiła najbardziej
skomplikowany statek badawczy, jaki zbudowano do tej pory - o czym
zapewnił Bella nie kto inny, a sam jej projektant, osławiony
aqualishański inżynier Vam Targes, gdy zjawił się w stoczniach
osobiście.
- Napędza go sieć aż czterdziestu dwóch procesorów droidów klasy
intellex - niebywałe, nieprawdaż? - poinformował go podczas ich
pośpiesznej przechadzki po przestronnym mostku okrętu. Jego wokabulator
szumiał cicho, tłumacząc słowa wypowiadane pełnym podekscytowania głosem
z aqualishańskiego na basic.
- To naprawdę... niesamowite - wykrztusił Bell, w odpowiedzi na co uzyskał
zapewnienie, że to zdecydowanie mało powiedziane - to było wręcz
niebywałe, ot co!
- Działanie całej siatki wspiera wielofunkcyjna konstrukcja mojego
własnego projektu, dorównująca nawet - ba, a może i przewyższająca pod
tym względem! - systemowi archiwów Jedi na Coruscant, gdyby ktoś spytał
mnie o zdanie! - oświadczył Targes.
Bell nie miał pojęcia, czy to prawda, ale nie chciał się wykłócać z inżynierem - w końcu to było jego pięć minut... czy może raczej: będzie,
gdy "Innowator" dotrze za parę dni na Valo. Statek miał być eksponatem
prezentowanym podczas nadchodzącego Festiwalu Republiki, najnowszego z Wielkich Projektów kanclerz Liny Soh. Już niebawem miliony uczestników
festiwalu będą podziwiać dzieło Targesa, a jeśli mieli gust choć trochę
podobny do gustu Bella, będą zachwyceni. "Innowator" był wyposażony w najnowocześniejsze pracownie cybernetyczne, a także liczne laboratoria
bioinżynieryjne, stanowiska analityczne, sekcje badawcze, jak również
bibliotekę medyczną mogącą konkurować z Instytutem Docha na Dunnaku.
Niezależnie od tego, jak wspaniały był bez wątpienia statek, to było
jednak nic w porównaniu z geniuszem istot, które zbudowały go od
podstaw. Cyclorianie byli naprawdę niezwykłym gatunkiem, innym od
czegokolwiek, z czym Bell miał do tej pory styczność. Insektoidalni,
mierzący około metra wzrostu, o dużych, bulwiastych głowach, w których
dominowała para wielkich, fasetkowych oczu, przypominali spiekomuchy
rojące się w salach placówki Jedi na Elphronie, gdzie Bell spędził
większość swojego szkolenia. Obserwował ich teraz, jak dwoją się i troją, uwijając się jak w ukropie wokół lśniącego statku i przeprowadzając ostatnie procedury kontrolne - idealnie zgrany zespół,
mimo że nie słyszał, by wymienili ze sobą choć słowo. To było... coś
niesamowitego. Każdy z nich wydawał się wiedzieć dokładnie,
instynktownie, co należy zrobić i gdzie - nikt nie wchodził sobie w paradę. Współpracowali ze sobą w idealnej harmonii. A ich entuzjazm do
pracy był zaraźliwy. W ciągu dwudziestu czterech godzin, odkąd tu
przybył, nie zauważył ani jednego przedstawiciela tego gatunku, który by
narzekał, chociaż Targes cieszył się reputacją surowego przełożonego.
Pracowali po prostu, godzina za godziną, poruszając radośnie czułkami i przechodząc od jednego zadania do drugiego. Na ich widok nie można było
się nie uśmiechać. A to było dokładnie to, czego Bell potrzebował -
szczególnie teraz.
Obok niego Żarka poruszyła się niespokojnie. Węglogarzyca warowała
cierpliwie u jego stóp, nie odstępując go na krok, odkąd opuścili
Elphronę. Była znajdą, którą przygarnęli w tamtejszej placówce -
traktowana przez Jedi początkowo jako coś w rodzaju maskotki, stała się
w końcu ich nieodłączną towarzyszką i wierną przyjaciółką. Gdy Bell
odlatywał z Elphrony, Żarka wskoczyła po prostu do jego vectora, jasno
dając mu do zrozumienia, że zamierza wybrać się w tę podróż razem z nim
- i od tamtej pory byli praktycznie nierozłączni: on, padawan Jedi, i ona, jego strażniczka oraz powierniczka. Teraz wstała, popatrując
wyczekująco na drzwi platformy obserwacyjnej, które już po chwili się
otworzyły, ukazując postać Indeery Stokes. Tholothianka roześmiała się,
gdy Żarka wspięła się na jej nogi i zaczęła się dopominać pieszczot.
Podrapała czule węglogarzycę pod nakrapianą pomarańczowo szyją.
- Tak, tak, jasne! - zapewniła ją. - Ja też się cieszę, że cię widzę!
Już, już. Wystarczy tego dobrego. O tak. Dobra dziewczynka, dobra.
Żarka posłuchała i podreptała z powrotem do stojącego na skraju
platformy Bella. Chłopak spojrzał na nią i uśmiechnął się na widok
zawzięcie merdającego ogona chłoszczącego cholewki jego butów.
- Jestem pewien, że ciebie lubi bardziej ode mnie - stwierdził, kiedy
Indeera do niego dołączyła.
- A ja sądzę, że oboje wiemy, że to wierutne kłamstwo - odparła, stając
obok, żeby wraz z nim podziwiać majestatyczny statek w dole. Wsparła się
o poręcz i pokręciła z niedowierzaniem głową na widok ciężko pracujących
Cyclorian. - Z tymi wszystkimi gwiazdami nad głową... zapiera dech w piersi, prawda?
- O tak, mistrzyni. "Innowator" jest równie niesamowity jak ci, którzy
go stworzyli.
Jak zawsze, Bell poczuł ukłucie bólu, zwracając się do Indeery jej
tytułem. Owszem, Tholothianka była teraz jego mentorką - odkąd zgodziła
się wziąć go pod swoje skrzydła po tym, jak jego poprzedni mistrz, Loden
Greatstorm, zaginął, broniąc osadników podczas walki z Nihilami niemal
rok temu. Młody Jedi wciąż pamiętał słowa, które Twi'lek wypowiedział
wówczas, usadowiony za sterami swojego vectora:
"Nie jestem już twoim mistrzem, Bell. Jesteś rycerzem Jedi".
"Nie, dopóki Rada tego nie zatwierdzi, a ja chciałbym, żebyś tam był,
gdy to się stanie" - odpowiedział wówczas.
Teraz jednak... nie było na to szans. Loden powiedział mu, co prawda, na
pożegnanie, że wkrótce się spotkają, ale już nigdy go nie zobaczyli.
Nikt nie wiedział, co przytrafiło mu się po tym, jak porzucił swojego
vectora... ich vectora, aby ocalić rodzinę Blythe'ów z rąk Nihilów.
Stateczek został rozpylony na atomy przez nihilskie działko, a Loden...
cóż, zniknął. Indeera bezustannie przypominała Bellowi, że ostatnim
życzeniem Greatstorma było, by jego padawan został pasowany na rycerza
Jedi, chłopak był jednak przekonany, że nie jest jeszcze na to gotowy.
Jak mógł być gotowy, gdy czuł się w środku tak pusty, jakby zabrakło
jakiejś jego ważnej cząstki...?
- Bell?
Przełknął ślinę, nagle dojmująco świadom tego, że Indeera przygląda mu
się wnikliwie. To była jego nowa mentorka - niezależnie od tego, jak
dziwnie mógł się z tym czuć. Prawda była zaś taka, że nie powinien czuć
się dziwnie. Znał ją od wielu lat, walczył nawet u jej boku i szanował
ją bardziej niż któregokolwiek z żyjących Jedi - i właśnie w tym, jak
można się było spodziewać - tkwił szkopuł. Loden Greatstorm nie wróci -
to było już bardziej niż pewne - ale nieważne, jak bardzo Bell podziwiał
Indeerę, wiedział, że nigdy nie zdoła ona zastąpić mu szlachetnego
Twi'leka.
Uśmiechnął się do niej blado.
- Myślałem po prostu o tym, jak podekscytowany będzie tłum gości na
Festiwalu Republiki na widok "Innowatora".
- O tak. A ty?
- Co ja?
- Czy ty również nie możesz się doczekać wizyty na Valo?
Skrępowany przestąpił z nogi na nogę, uważając, żeby nie kopnąć przy tym
Żarki, która się do niego łasiła - czuł na łydkach ciepło jej ciała
przez cholewki swoich syntskórzanych butów.
- Dobrze będzie zobaczyć znów Mikkela i Nib. I, oczywiście, Burry'ego.
Cóż, to była prawda, nie dało się zaprzeczyć. Zaprzyjaźnił się z całą
trójką - szczególnie z Wookieem Burryagą, którego poznał po tym, jak
wspólnie przyszło im uczestniczyć w misji po hetzalskiej katastrofie.
- Oczywiście - powtórzyła Indeera, nadal przyglądając mu się swoimi
ciepłymi oczami. - Z pewnością będziecie mogli wspólnie obejrzeć wiele
fantastycznych rzeczy... - Spojrzała znów na statek. - Loden byłby nim
zachwycony. Byłby zachwycony tym wszystkim...
Bell poczuł, jak w gardle zaczyna go uciskać dławiąca gula, podczas gdy
Indeera ciągnęła:
- Niemal go widzę, jak stoi tutaj, z nami, przyglądając się Cyclorianom
przy pracy i doceniając ich niezwykłe zdolności.
- A jak myślisz...? - zagadnął Bell głosem łamiącym się od natłoku emocji.
- Jak myślisz, co by na to powiedział? Gdyby tu z nami był?
Tholothianka zasznurowała wargi.
- Sądzę, że pochwaliłby cię za wypolerowaną na wysoki połysk klamrę
pasa, poradziłby ci, żebyś częściej się uśmiechał, i poinformował, że
jeśli chcesz wreszcie opanować wykonywanie vectorem tej beczki,
powinieneś spędzać na ćwiczeniach co najmniej dwie godziny dziennie
więcej.
Wbrew własnej woli Bell uśmiechnął się szeroko. Ostatni komentarz
brzmiał bardzo typowo dla Indeery, która zawsze wydawała się
szczęśliwsza pośród gwiazd niż na lądzie.
- Przypomniałby ci też, w jaki sposób Jedi mierzą się ze śmiercią tych,
których darzą miłością - dodała i uśmiech natychmiast znikł z twarzy
chłopca bez śladu. - Bo Jedi mogą kochać, Bell. Nie jesteśmy droidami -
i nie możemy się zachowywać jak one. Jesteśmy żywymi istotami,
obdarzonymi Mocą - i wszystkim, co ona ze sobą niesie: czujemy radość,
przywiązanie i - tak, również żal. Doświadczanie podobnych emocji to
część naszego życia. To światło.
- Ale...
- ...ale chociaż je odczuwamy, nie powinniśmy pozwalać, by one nami
rządziły. Jedi są panami własnych emocji, nie ich niewolnikami. Tęsknisz
za tym, co mógłbyś dzielić z Lodenem, gdyby tutaj był. To naturalne. Ja
też za nim tęsknię - jesteśmy świadomi naszego bólu, straty. Rozumiemy
go, a nawet godzimy się z nim w pewien sposób, koniec końców jednak...
- ...musimy go porzucić - dokończył, odwracając wzrok ku "Innowatorowi",
tak aby Indeera nie widziała łez, które - jak zapewne doskonale
wiedziała - napłynęły mu teraz do oczu.
Wyciągnęła dłoń i położyła mu ją na przedramieniu w geście pokrzepienia.
- Wcale nie mówiłam, że to łatwe. Tak samo jak beczka.
Na dźwięk jej słów uśmiechnął się znowu, ona zaś uścisnęła lekko jego
rękę, po czym skupiła się ponownie na statku.
- A poza tym... nikt nigdy nie odchodzi na dobre. Nieważne, co się
wydarzy, Loden będzie z tobą - teraz i już zawsze. Jest częścią nas.
Bell poczuł, że do oczu znów napłynęły mu łzy.
- Poprzez Moc.
- Poprzez Moc - potwierdziła. - Wierzysz w to, prawda?
Skinął głową, licząc na to, że uda mu się ją zwieść - i jednocześnie
boleśnie zdając sobie sprawę z tego, że nie zdoła jej tak łatwo oszukać.
- Tak. Pewnie, że tak.
- Dobrze wiedzieć - stwierdziła bez większego przekonania. - A teraz,
jeśli nie mamy tu już do roboty nic ważnego...
- ...powinniśmy zejść z tej platformy i zająć się czymś pożytecznym -
dopowiedział, nie mając specjalnej ochoty dłużej ciągnąć tematu.
Zanim zdążyła coś na to odpowiedzieć, rozległ się brzęczyk jej
komunikatora.
- Być może sama Moc się z tobą zgadza, mój Już-Nie-Tak-Młody-Padawanie.
- Wyjęła komunikator z kieszeni swojej jasnobrązowej kurtki i odebrała:
- Stokes, słucham?
- Tu Stellan Gios - rozbrzmiała przerywana trzaskami wyładowań
odpowiedź. Głęboki zazwyczaj głos mistrza Jedi był dziwnie głuchy,
zniekształcony przez dzielący ich dystans. Chociaż Latarnia Gwiezdny
Blask zdecydowanie poprawiła jakość komunikacji na pograniczu, łączność
nadal pozostawiała wiele do życzenia - nawet tutaj, na Środkowych
Rubieżach. Kanclerz Soh postawiła sobie za punkt honoru utworzyć całą
sieć podobnych latarni, ciągnącą się od Jądra aż po najdalsze zakątki
Republiki, dopóki jednak jej plan pozostawał w sferze obietnic, musieli
się godzić z tym, że transmisje często były nie najlepszej jakości.
- Przepraszam, czy mógłbyś powtórzyć? - poprosiła Indeera, gdy reszta
powitania mistrza Giosa utonęła w powodzi szumów.
- Oczywiście - potwierdził. - Chciałem tylko sprawdzić, jak wam idzie
gromadzenie informacji potrzebnych mi do raportów dla Rady. Czy
"Innowator" będzie gotowy na czas?
- Przed czasem - wypalił Bell i niemal natychmiast się zarumienił, kiedy
dotarło do niego, że odezwał się nieproszony, odpowiadając na pytanie
skierowane do jego mistrzyni. Indeera ostentacyjnie przewróciła oczami,
ale uśmiech błąkający się po jej wargach mówił mu, że nie musi się
obawiać reprymendy. Pomimo całej swojej mądrości nie była osobą, która
nalegała na ścisłe trzymanie się protokołu.
- Miło mi to słyszeć... padawanie Zettifar, zgadza się?
Bell kiwnął głową, mimo iż miał świadomość, że Stellan nie może go
zobaczyć.
- Tak, mistrzu Gios - potwierdził. - Cyclorianie są niesamowici,
podobnie jak sam "Innowator".
- Cóż, w takim razie nie mogę się doczekać, aż zobaczę go na własne oczy
- i, ma się rozumieć, poznam cię osobiście. Nib Assek wychwala cię pod
niebiosa.
Bell zarumienił się jeszcze mocniej.
- Czy ona... jest teraz z tobą?
- Tak, lecimy właśnie na Valo. Cieszy się, że wkrótce znowu cię zobaczy.
- To bardzo miłe z jej strony... - wymamrotał, nie bardzo wiedząc, co na
to odpowiedzieć.
- A mój padawan jest stanowczo zbyt skromny, nawet jak na Jedi -
wtrąciła Indeera. - Moc go pobłogosławiła, jak sam się niedługo
przekonasz, stary druhu.
Bell podniósł wysoko brwi. Nie miał pojęcia, że Indeera znała Giosa -
nie mówiąc już o tym, że byli w tak zażyłych stosunkach, jak mogłyby
sugerować jej ton i dobór słów.
- Nie wątpię - odparł Stellan. - A więc do zobaczenia na Valo.
Słyszałem, że mają tam fantastyczne marynowane cushnipy.
- Lepsze od tych, które jedliśmy na Theros Major? Pozwól, że sama to
ocenię.
Z głośnika dobiegł chichot Stellana.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? A teraz, jeśli mi wybaczysz, mam randkę z droidem-kamerzystą.
Teraz to Indeera się roześmiała.
- Cóż, gdy awansujesz do Najwyższej Rady... ludzie będą cię prosili o autografy!
- Będę odsyłał ich do ciebie. Gios, bez odbioru.
- Jaki on jest? - zapytał Bell, kiedy Stokes schowała komunikator za
pazuchę swojej miękkiej skórzanej kurtki.
- Stellan? To jeden z najlepszych Jedi, jakich dane mi było poznać.
Spotkaliśmy się na Caragon-Viner na długo przed tym, zanim dostałam
przydział na Elphronę. Jest oczywiście młodszy ode mnie, ale... - Indeera
urwała, a białe wypustki spływające miękko z głowy na jej ramiona
zafalowały lekko. Bell nie musiał pytać dlaczego. On również to poczuł:
jakiś... chłód w Mocy, jakby jej płomień przygasł na chwilę, aby za moment
zapłonąć jeszcze jaśniejszym blaskiem.
- Coś jest nie tak - stwierdził tylko. Żarka podskoczyła, jeżąc sierść,
gdy wyczuła wyraźny wzrost napięcia między dwójką Jedi.
- Mało powiedziane - zgodziła się z nim Indeera, kierując się już w stronę wyjścia z platformy. - Daj "Innowatorowi" znać, że wyruszamy.
Rozdział trzeci
rozdział trzeci
Safrifa
"Pomożesz nam?"
Ty Yorrick przestała już liczyć, ile razy słyszała te słowa. Zazwyczaj
towarzyszyły im błagalne spojrzenia oraz widok brakujących kończyn.
Trzeba było być zdesperowanym, by zwracać się z prośbą o pomoc do kogoś
takiego jak Ty.
Bagienni farmerzy z Safrify byli jednak zdesperowani, bez dwóch zdań.
Znaleźli ją, gdy naprawiała swój statek na skraju bagiennych pól,
przygotowując się do odlotu po udanej misji odbicia jeńca, podczas
której uwolniła syna lokalnego włodarza z rąk klanu rywalizującego ze
sprawującym rządy rodem. Nie obyło się bez rozlewu krwi i krzyków.
Zawsze były krew i krzyki. Krew wciąż plamiła jej pancerz, a krzyki
nadal rozbrzmiewały jej w uszach, kiedy tamtego wieczoru padła w końcu
na swoją koję, wziąwszy uprzednio nieco korzenia keekon, aby w ogóle móc
zasnąć. W zasadzie to krzyki nie przeszkadzały jej aż tak mocno.
Towarzyszyły jej przez większość ostatniego dziesięciolecia i były
jedyną stałą w jej bezustannie zmieniającym się życiu.
Noviańska ruda, którą otrzymała za uratowanie dzieciaka, z pewnością się
przyda. Potrzebowała części do naprawy statku, a to oznaczało wydatki.
Na Keldooine znała pewnego zbrojmistrza, który chętnie przyjmie rudę,
aby przetopić ją na piłoostrza. Może sama by sobie jedno kupiła? Będzie
mogła mniej wydać na statek, ale po tamtej skrewionej akcji na Alzocu
III jej arsenał został znacznie uszczuplony. Ten kriffolony Hoopaloo
zwędził jej połowę uzbrojenia! Jakiś inny najemnik na jej miejscu
prawdopodobnie wytropiłby tę zdradziecką papugę i wyrwał jej ten
parszywy dziób, ale Ty nie była pierwszą lepszą najemniczką. Czasami
człowiekowi zdarzały się złe rzeczy - i trzeba było jakoś sobie z tym
radzić. Nie było sensu marnować czasu ani sił na walki, których nie
musiało się toczyć, szczególnie jeśli nikt ci za nie nie płacił.
Wyczuła, że bagienni farmerzy się zbliżają, jeszcze na długo przed tym,
zanim usłyszała, jak brną przez błoto. Wyczuła... i dokonała pobieżnego
szacunku. Nie stanowili zagrożenia ani nie mieli złych zamiarów.
Właściwie to nie mogli zagrozić nikomu. Większość Safrifan była chudymi,
małymi stworzeniami o skórze w kolorze zastałej wody i przypominających
wodorosty włosach opadających pas-mami na duże, owalne oczy. Byli jednak
pracowici i pomysłowi. Ty miała okazję przedzierać się przez jedną z ich
dryfujących upraw - długi, wąski spłachetek żyznej gleby wyniesionej
ponad mokradła na kopcu z błota i gnijącej roślinności, który stanowił
warstwę izolującą korzenie ich kru-kru od nadmiernie wilgotnego
środowiska. Farma ciągnęła się przez wiele kilometrów, a każdą działkę
otaczały bariery z wierzbowego drewna oraz sieć wąskich kanałów.
Pozornie tutejsze tereny sprawiały wrażenie niezbyt sprzyjających
uprawie roślin, ale Safrifanie znaleźli sposoby na obejście
niegościnnych warunków. Byli zaradni i wytrwali. Ty była pod wrażeniem.
Ba! Wzbudziło to nawet jej podziw! A teraz przyszli tu, czekając
cierpliwie, aż zechce z nimi porozmawiać. To mogło zaś oznaczać tylko
jedno.
- Ładny statek - skomentował jeden z nich w świergotliwym basicu. - Jaka
jego nazwa?
- Nie ma nazwy - odburknęła Ty w ich ojczystym języku, nie przerywając
pracy. Cholerny stabilizator ledwie trzymał się na swoim miejscu!
- Mówisz w naszym języku? - zdziwił się farmer.
- O tyle, o ile.
Cóż, akurat do tego miała dryg. Zawsze było tak samo. Szybko podłapywała
większość języków, co było dość użytecznym talentem w jej profesji.
Czasem nie kryła się z tym, innymi razy milczała i nasłuchiwała. Ze
strony tej dwójki nie miała się jednak czego obawiać, gdy tak trzęśli
się za jej plecami, nie mając pojęcia, co powiedzieć po tym, jak ich
próba uprzejmego nawiązania konwersacji zawiodła. Mimo to nie okłamała
ich. Jej statek, poobijany frachtowiec YT-750, nie miał nazwy, a jedynie
numer rejestracyjny figurujący w rejestrach Republiki. Właściwie to
kilka numerów, w zależności od zlecenia lub pracodawcy, dla którego
akurat wykonywała robotę. Nie widziała sensu w nadawaniu nazw
czemukolwiek ze swojego dobytku - statkowi, broni, a nawet dwóm droidom,
które towarzyszyły jej w misjach, sarkastycznej jednostce
administracyjnej oraz bez wątpienia przydatnemu astromechowi. Podobnie
jak statek, były narzędziami, niczym więcej. Po co się przywiązywać do
czegoś, co nigdy nie odwzajemni się tym samym? Być może był to skutek
uboczny jej szkolenia - a może nie. Tak czy inaczej, Ty wolała myśleć,
że to po prostu przejaw zdrowego rozsądku.
- Czego chcecie? - spytała, zamierzając zakończyć tę rozmowę
najszybciej, jak się da. Miała sprawy do załatwienia, spieszyło jej się.
- Mamy noviańską rudę. Niewiele, ale powinno wystarczyć.
- Na co?
Zamiast odpowiedzieć, farmerzy oświadczyli po prostu:
- To coś... zabija nasze dzieci.
Przerwała pracę, opuszczając klucz uniwersalny od odsłoniętego rdzenia
stabilizatora.
- Co takiego? - spytała zrezygnowanym głosem.
- Potwór. Straszny.
Cóż, a czy istniały jakieś inne?
- Od jak dawna?
- Od trzech tygodni. Zastawialiśmy pułapki, ale je niszczy. Rujnuje
nasze plony, tratuje pola.
- Ile?
- Pól?
- Ile dzieci porwał?
- A czy to ma znaczenie?
Co racja, to racja.
Odwróciła się w końcu w ich stronę, wzdychając ostentacyjnie. Wyglądali
niemal jak chodzące szkielety - wystające kości obciągnięte skórą.
Wyższy z dwójki - choć i tak niegrzeszący wzrostem - podniósł skórzaną
sakwę.
- Mamy rudę - powtórzył, podczas gdy jego towarzysz kulił się za jego
plecami, wsparty ciężko na lasce.
Sądząc po rozmiarach sakwy, noviańskiej rudy nie było zbyt wiele. Za
mało, by warto było zawracać sobie głowę.
"To coś... zabija nasze dzieci"...
- Gdzie?
- Na Sorcańskim Bagnie, trzy dni drogi stąd. Jeden, jeśli ma się
ślizgacz.
- Czy macie ślizgacz?
- Nie.
Popatrzył na nią, a ona odwzajemniła spojrzenie. Jego towarzysz wbijał
wzrok w bagienną wodę. Wyczerpany. Pozbawiony nadziei i oczekiwań.
Dawniej skorzystałaby z pomocy verazeeńskich kamieni, żeby podjąć
decyzję, przekonując samą siebie, że wybór pozostawia losowi. Woli
wszechświata. Z jednej strony były na nich wyryte symbole księżyców, z drugiej - słońc. Sam rytuał był dość prosty: rzucało się je na ziemię,
obstawiając uprzednio przewagę słońc lub księżyców, i pozwalało, by
wynik zadecydował o werdykcie. Ostatnio jednak Ty starała się bardziej
aktywnie stanowić o własnych wyborach, zamiast polegać na kamieniach - i w tej chwili doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że gra jest niewarta
świeczki. To było zwyczajnie nieopłacalne. Powinna wrócić na pokład i lecieć na Keldooine. To było jedyne sensowne rozwiązanie w tej sytuacji.
Logiczne.
Tubylec musiał jednak zadać pytanie...
- Pomożesz nam?
Cóż, klamka zapadła.
Rozdział czwarty
rozdział czwarty
Rystan
Udi Dis nigdy nie przejmował się chłodem. Nigdy go nie doświadczył,
dorastając, ale te czasy minęły tak dawno temu, że teraz tropikalny
klimat Talora wydawał mu się tylko odległym wspomnieniem. Od tamtej pory
odwiedził tak wiele światów, wytyczył i sprzedał tak wiele tras... Jego
ojcu byłoby wstyd, gdyby wiedział, jakie życie prowadził jego syn - cóż,
to nie byłoby nic nowego. Mimo to w chwili, w której trap "Pająka" opadł
z hukiem na pylistą ziemię planety, Disowi zaparło dech w piersi.
Przenikliwy chłód panował nawet tutaj, w pierścieniu mieszkalnym
Rystana, ale Udi nie mógł nic dać po sobie poznać. Postanowił sobie
twardo, że tego nie zrobi. Zszedł po trapie w podbitym futrem płaszczu i masce chroniącej jego oczy przed wiatrem. Jego szponiaste stopy
szczękały o metalowe panele, podczas gdy on starał się zignorować ziąb,
który przenikał przez warstwę jego upierzenia i wdzierał się w ciało
niczym wibronóż.
- Tam jest - rozległ się chrapliwy głos, kiedy Ro również wysiadł ze
statku.
Dis przyjął pozycję obronną, zaciskając mocniej palce na
skrzydłoostrzach - zakrzywione noże stanowiły jego jedyną pamiątkę z ojczystej planety. W ich stronę pędziła zbita masa futra z trójką
potężnych stworów na czele, wyglądających niczym żywcem wzięte z koszmaru jakiegoś szalonego twórcy hybryd: coś jak ohydne połączenie
blurrgów z banthą. Dis nie pierwszy raz pożałował, że oprócz zdolności
kinestezji pozwalającej mu z taką precyzją nawigować pośród gwiazd Moc
obdarzyła go również osławioną umiejętnością Jedi do wyczuwania
zagrożenia, zanim to jeszcze się ujawniło - bo o ile umiał stwierdzić,
gęsta sierść mogła równie dobrze skrywać dezintegrator jak laserowy
kiścień.
Wzdrygnął się, gdy poczuł na ramieniu dłoń Ro.
- Spokojnie, żołnierzu - powiedział Oko. - To nasz kontakt.
"Żołnierzu"... Minęło sporo czasu, odkąd Dis służył jako żołnierz. Minęło
całe mnóstwo czasu, odkąd Dis robił cokolwiek użytecznego. To było na
długo przed tym, jak trafił na Nihilów.
Ro wyminął go i zszedł z trapu na spotkanie nieznajomej, która rozłożyła
szeroko ramiona.
- Och, Marchion, Marchion, Marchion...! - sapnęła radośnie. - Wróciłeś do
nas! Nareszcie! Wróciłeś na Ścieżkę!
- Kufa - przywitał ją Ro, nie wykazując jednak najmniejszej chęci
padnięcia w objęcia staruszce, która widząc to, opuściła ramiona wzdłuż
okutanego ciała i zadowoliła się szczerzeniem się do istoty, która siała
postrach na terenie Zewnętrznych Rubieży.
- Dobrze cię widzieć, kuzynie.
Kolejna niespodzianka. Czy ta starucha o skórzastej cerze i bezzębnym
uśmiechu naprawdę była krewną samego Oka? Dis niewiele wiedział o przeszłości Ro, z wyjątkiem faktu, że odziedziczył on tytuł Oka po swoim
ojcu Asgarze. Poza tym nikt nie znał dokładnego pochodzenia Ro - a nawet
jego rasy, o łupkowoszarej skórze i czarnych jak noc oczach. A jednak
coś w twarzy tej kobiety, ozdobionej dziwnymi tatuażami, tak podobnymi
do symboli błyskawic Nihilów, wyglądało znajomo, nawet jeśli Ro sprawiał
wrażenie, jakby mógł ją złamać gołymi rękami niczym barotrzcinę.
- Tęskniliśmy za tobą - oznajmiła kobieta, mierząc Oko od stóp do głów.
- Gdy otrzymaliśmy twoją wiadomość, starszyzna niemal nie wierzyła
własnym oczom... - Urwała, podnosząc drżący palec do jego maski. Ro
pozwolił kobiecie jej dotknąć - kolejny świętokradczy akt, pierwszy taki
w historii, o ile Dis się orientował. - Aczkolwiek wolałabym raczej
zobaczyć twoją twarz. Minęło tyle czasu...
Ro ujął jej dłoń i odsunął ją delikatnie, acz stanowczo, od swojej
maski.
- Później. Gdy znajdziemy się w Sanktuarium.
To na chwilę ostudziło jej zapędy.
- Tak. O tak - Sanktuarium. Aczkolwiek będzie tylko jeszcze zimniej,
wiesz o tym?
- Jestem skłonny w to uwierzyć.
- Ale wszystko jest warte... spojrzenia na Niwelatora. Poczucia jego
unicestwiającego spokoju.
- Tak jak czynili nasi przodkowie, dawno temu.
- Tak jak nas nauczono. Nas wszystkich.
W ciemnych oczach kobiety zalśniły łzy. Dis zastanowił się przelotnie,
czy zamarzną.
- Naprawdę wróciłeś z otchłani ciemności.
Ro puścił jej dłoń.
- A więc zabierzesz nas tam?
Kufa przeniosła spojrzenie na Disa, jakby dopiero go zauważyła.
- A kogóż to sprowadziłeś na równiny Golamaran? Kogo chcesz zabrać do
Sanktuarium?
- To Udi Dis - przedstawił go Ro, wskazując go ręką. - To... przyjaciel.
Dis musiał przyznać, że spodobało mu się to: nie "ochroniarz". Nawet nie
"pilot". Tylko "przyjaciel".
Starucha przez chwilę mierzyła go wzrokiem.
- On... kim on jest?
Dis miał ochotę krzyknąć, że zamarza.
- Należy do gatunku Talortai - odpowiedział za niego Ro. - Rasy silnej
Mocą.
Kobieta przeniosła wzrok na zamaskowaną twarz kuzyna.
- Mocą?
Tym razem Dis postanowił zabrać głos osobiście:
- Jestem nawigatorem. Osobą przecierającą szlaki.
Starucha się roześmiała, najwyraźniej rozbawiona jego odpowiedzią.
- Och, czyżby? Cóż, kimkolwiek jesteś i czymkolwiek się zajmujesz,
wiedz, że jesteś tu mile widziany. - Spojrzała ponownie na Ro. -
Podobnie jak kredyty, które dotarły tutaj przed wami. Cóż za hojność!
- Wiedziałem, że trudno będzie ci tu przybyć - powiedział Ro. - Czy
nadal latasz tą starą zardzewiałą balią?
- "Otwartą Dłonią"? O tak - a i owszem. Na wpół przeżarły ją
rdzoryjkowce, ale nadal lata - aczkolwiek nie do Sanktuarium. -
Poklepała bok jednej z kudłatych bestii czekających cierpliwie obok. -
Slargi zabiorą nas tam, dokąd nie doleci żaden statek. Są silne. -
Obejrzała się z powrotem na Ro. - Muszą takie być tam, dokąd się
wybieramy.
Podróż do jaskiń była długa i męcząca. Na szczęście pierwszą jej część
odbyli na saniach repulsorowych, przy akompaniamencie parsknięć slarg
usadowionych na tyłach pojazdu, który prychał i krztusił się,
przemierzając lodowe równiny Golamaran. Jak okiem sięgnąć, dookoła
ciągnęły się niknące w mroku, zamarznięte pustkowia. Tutaj, w tundrze,
Dis był nieskończenie wdzięczny za grube skóry dostarczone przez Kufę.
Co prawda, kudłate futro cuchnęło stęchłym potem, ale chroniło go przed
zamarznięciem na kość, podczas gdy Ro przycupnął na przedzie ze swoją
kuzynką.
Kufa szybko oznajmiła, że resztę drogi muszą przebyć wierzchem na
slargach. Kołysali się w mroku na ich grzbietach, a światełka sań
repulsorowych nikły stopniowo, w miarę jak droid pilot oddalał się od
nich z maksymalną prędkością, na uzyskanie której pozwalały wysłużone
repulsory pojazdu. Ciemności były niemal nieprzeniknione, a mimo to ich
powolna karawana kontynuowała podróż w kompletnej ciszy - wszelkie
dźwięki zagłuszało wycie wichru, którego gwałtowne podmuchy co chwila
groziły wysadzeniem ich z siodeł. Jakimś cudem slargi wiedziały, dokąd
iść, z łbami zwieszonymi nisko nad ziemią dla ochrony przed wiatrem i szerokimi łapami miażdżącymi śniegową okrywę.
Dis wyostrzył zmysły, ciesząc się w duchu, że Ro nadal jedzie przed nim,
i pokładając wiarę w to, że stara kobieta wie, dokąd zmierzają. Musiał
być czujny. Nie wiadomo, jakie zagrożenia mogły skrywać lodowe równiny -
to jest, o ile w ogóle coś mogło żyć w takich warunkach. Jeśli jednak
coś faktycznie przetrwało na takim mrozie, z pewnością będzie głodne, a slargi będą dla niego smacznym kąskiem, podobnie jak ich trójka - nawet
stara Kufa, która, jak przypuszczał Dis, pod tymi wszystkimi futrami
składała się z niewiele więcej ponad skórę i kości.
Po godzinie jazdy, która dłużyła się Disowi niczym dzień, jego
wierzchowiec zatrzymał się - i Talortai zaczął się już zastanawiać, czy
przypadkiem stworzenie nie przegrało nierównej walki z zimnem i wiatrem
i nie padnie za chwilę na swój płaski pysk, gdy nagle usłyszał
dobiegający z przodu odgłos kroków na śniegu. Ro zeskoczył ze swojej
slargi i pomagał właśnie zsiąść staruszce z jej wierzchowca. Dis również
zsiadł, wdzięczny za blask pręta jarzeniowego zapalonego przez Kufę
machającą nim na północny wschód od ich aktualnej pozycji. Parli naprzód
w podmuchach wiatru. Światło pręta to znikało, to pojawiało się w oddali, co i rusz przesłaniane śnieżnym tumanem. Niebawem Dis przestał
wyczuwać zbite w gromadkę slargi, które zostawili w tyle - nie mówiąc
już o ich dostrzeganiu, bo przestał je widzieć niemal natychmiast, gdy
podjęli marsz. Otaczały ich tylko śnieg, lód, wiatr i hałas. Bolało go
całe ciało, a skrzydłoostrza ciążyły nieznośnie w pochwach na plecach.
Każdy krok był prawdziwą katorgą. Dis stracił poczucie czasu i zaczął
się poważnie obawiać, że zaczynają zawodzić go zmysły. Gdzie była
północ? A gdzie południe? Czy Ro faktycznie wciąż był gdzieś przed nim?
Próbował go zawołać, ale nie słyszał nawet własnego głosu, nie mówiąc
już o potencjalnej odpowiedzi Oka.
Nagle, niespodziewanie, percepcja wróciła. Kufa i Ro się zatrzymali, a Dis wytężył wzrok, żeby zobaczyć coś przez warstwę brudu oblepiającego
szkła jego gogli.
Kobieta prowadziła ich ku skalistemu wypiętrzeniu sterczącemu spośród
lodu. Blask jej pręta jarzeniowego oświetlał szczelinę w kamieniu -
ledwie dość szeroką, by przecisnął się przez nią małpojaszczur, a jednak
jakimś cudem właśnie się przez nią wślizgiwała do środka, szorując
futrem o ostre krawędzie. Dis bał się, że utknie, ale przeszła przez
pęknięcie gładko niczym głazoszczur przemykający przez otwór o połowę
mniejszy od niego. Sekundę później zniknęła im z oczu i Dis poczuł nagłe
ukłucie paniki na myśl o tym, że zabrała ze sobą pręt jarzeniowy, ale
niemal natychmiast zorientował się, że trzyma go Ro. Oko podał mu go,
zamierzając ruszyć w głąb jaskini w ślad za swoją kuzynką, ale Udi
pokręcił głową. Stara kobieta sprawiała wrażenie, jakby wiedziała, dokąd
idzie, oni jednak nie mogli mieć pewności, co czeka na nich w środku.
Dis nie zamierzał narażać Ro, wpychając go wprost w objęcia lodowego
pająka. Dobywszy swoich skrzydłoostrzy, ruszył w ślad za staruchą na
spotkanie nieznanego.