Star Wars Wielka Republika. Burza nadciąga - Cavan Scott

Kup ebooka

40.50 zł
34.43 zł (33,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział piąty

roz­dział piąty

Stocz­nie Cyc­lora

Vam Tar­ges pode­rwał gwał­tow­nie głowę znad ter­mi­nala, gdy Inde­era i Bell wbie­gli na nie­ska­zi­telny pokład han­ga­rowy "Inno­wa­tora".

- Jedi? - zagad­nął.

- Mamy pro­blem - wyrzu­cił z sie­bie Bell, zanim Inde­era zdo­łała go powstrzy­mać.

Tar­ges zaszczę­kał z nie­po­ko­jem pokaź­nymi kłami.

- Jakiego... rodzaju?

Bell prze­klął się w duchu za skłon­ność do wyry­wa­nia się przed sze­reg.

- My... nie wiemy.

- Wyczu­li­śmy zakłó­ce­nie w Mocy - wtrą­ciła Inde­era, żeby oszczę­dzić mu dal­szych upo­ko­rzeń.

- I nie zna­cie żad­nych szcze­gó­łów? - spy­tał Aqu­alish za pośred­nic­twem swo­jego woka­bu­la­tora, ale już po chwili sam odpo­wie­dział sobie na to pyta­nie: - Och, oczy­wi­ście, że nie. Moc raczej nie jest czymś, hm, empi­rycz­nym, bo wów­czas byłaby bar­dziej przy­datna.

Oboje Jedi przy­wy­kli już do spo­sobu bycia Vama. Aqu­alish nie miał zamiaru ich ura­zić. Nawykł do ope­ro­wa­nia abso­lu­tami. Skła­do­wymi. Rów­na­niami. Pra­wami fizyki. I pod­czas gdy więk­szość galak­tyki pokła­dała wiarę w Mocy, dla ści­słych umy­słów naukow­ców jej fana­be­rie musiały być czymś nie­do­pusz­czal­nym.

Inży­nier odwró­cił się do jed­nego z Cyc­lo­rian, sto­ją­cego obok sze­regu kon­sol ana­li­tycz­nych.

- Prze­pro­wadź skan dia­gno­styczny.

Insek­toid zaszczę­kał pyta­jąco w języku, który Bell pró­bo­wał pod­ła­pać - bez­sku­tecz­nie - odkąd przy­był na teren Środ­ko­wych Rubieży.

- Tak, wszyst­kich sys­te­mów - odpo­wie­dział Vam. - Jeśli Jedi twier­dzą, że coś jest nie tak, to zna­czy, że coś jest nie tak, a my musimy się natych­miast dowie­dzieć, co takiego.

Skóra Cyc­lo­ria­nina przy­brała fio­le­to­wawy odcień i stwo­rze­nie zabrało się do wypeł­nia­nia pole­ce­nia prze­ło­żo­nego. Cho­ciaż Bell nie zdo­łał opa­no­wać ich języka, zdą­żył już się nauczyć, że gwał­towna zmiana ubar­wie­nia jest u tych istot sygna­łem sil­nego stresu. Nie­na­wi­dził wpra­wiać innych w zakło­po­ta­nie i przy­spa­rzać im pro­ble­mów, ale zabu­rze­nie w Mocy było zbyt poważne, by je lek­ce­wa­żyć. Zanu­rzył się w niej ponow­nie, wyobra­ża­jąc ją sobie niczym roz­sza­lałą pożogę i w mil­cze­niu pro­sząc Lodena o wspar­cie, o prze­wod­nic­two. Jak zawsze, jego były mistrz nie odpo­wie­dział, ale oczyma duszy Bell zoba­czył wyraź­nie, jak pło­mie­nie falują pod wpły­wem nagłego podmu­chu zimna.

- To... nie doty­czy statku - wymam­ro­tał pod nosem.

- Słu­cham? - spy­tał Vam.

- Zagro­że­nie nie pocho­dzi z wewnątrz...

- Tylko z zewnątrz - potwier­dziła Inde­era w tej samej chwili, w któ­rej roz­le­gło się wycie syren alar­mo­wych.

Żarka bie­gła u boku Bella, gdy pędzili do cen­tral­nej kon­soli han­garu.

- Co się dzieje? - spy­tał Bell.

- Nad­prze­strzenny alarm zbli­że­niowy - wyja­śnił Vam, wci­ska­jąc już szpo­nia­stymi pal­cami guziki i mani­pu­lu­jąc kon­tro­l­kami. - To sys­tem eks­pe­ry­men­talny, który sta­ra­łem się udo­sko­na­lić. Moni­to­ruje wibra­cje w prze­strzeni, aby sygna­li­zo­wać poja­wie­nie się jed­nostki opusz­cza­ją­cej nad­prze­strzeń. Liczy­łem na to, że zapre­zen­tuję go oso­bi­ście kanc­lerz Soh pod­czas festi­walu...

- I...? - drą­żył Bell. - Czy wykrył wła­śnie wibra­cje?

- Wyją syreny, czyż nie?

- Ale... gdzie wysko­czą? - zapy­tała Inde­era, igno­ru­jąc wyraźne poiry­to­wa­nie Aqu­ali­sha.

- Jak już wspo­mnia­łem: pra­cuję nad udo­sko­na­le­niem tego sys­temu. Na­dal jest w fazie eks­pe­ry­men­tal­nej.

- A więc... nie wiemy - stwier­dził Bell, siląc się na obo­jęt­ność i pró­bu­jąc ukryć swoją fru­stra­cję.

Vam posłał mu zna­czące spoj­rze­nie.

- Wku­rza­jące, prawda?

- Wiem, do czego pijesz. Cóż, co racja, to racja.

- Może mogli­by­śmy pomóc - wtrą­ciła Inde­era. - Czy dys­po­nu­jemy przy­naj­mniej jakimś zakre­sem poten­cjal­nych współ­rzęd­nych?

- Oczy­wi­ście - zapew­nił ich Vam, mani­pu­lu­jąc jakimś pokrę­tłem. Przez wbu­do­wany w pul­pit wyświe­tlacz prze­wi­nęła się seria cyfr.

Aqu­alish zmarsz­czył czoło.

- O co cho­dzi? - zanie­po­koił się Bell.

Tar­ges wdu­sił przy­cisk i wszy­scy się odwró­cili, żeby przyj­rzeć się wyświe­tla­nemu na głów­nym ekra­nie obra­zowi prze­strzeni kosmicz­nej wokół stoczni.

- Z danych wynika, że jed­nostka opu­ści nad­prze­strzeń w któ­rymś z tych punk­tów, ale nikt przy zdro­wych zmy­słach nie wyska­ki­wałby tak bli­sko ciała gra­wi­ta­cyj­nego... Coś musi być nie tak z tymi obli­cze­niami.

Cał­kiem jakby na prze­kór jego sło­wom - czy może raczej dla potwier­dze­nia, że jego obli­cze­nia były dokładne - na ekra­nie poja­wił się wła­śnie sta­tek, który w tej sekun­dzie wychy­nął z nad­prze­strzeni: gru­chot poskła­dany z czę­ści kilku innych stat­ków, acz­kol­wiek gdyby Bell miał zga­dy­wać, obsta­wiałby, że jego pod­stawę sta­no­wił kore­liań­ski frach­to­wiec... Zara­zem jed­nak statki cywilne nie bywały tak sil­nie uzbro­jone. Jego kadłub był naje­żony tur­bo­la­se­rami, dzia­łami bla­ste­ro­wymi, wyrzut­niami tor­ped... A mimo to nawet ta demon­stra­cja przy­tła­cza­ją­cej siły ble­dła w obli­czu zagro­że­nia sygna­li­zo­wa­nego przez trzy bły­ska­wice prze­ci­na­jące tępy dziób statku. Mogły one ozna­czać tylko jedno: Nihi­lów.

Inde­era bie­gła już co sił w nogach, a Bell i Żarka sta­rali się dotrzy­mać jej kroku.

- Pode­rwij wszyst­kie sky­wingi! - pole­ciła. - I powiedz mi, pro­szę, że to lata­jące labo­ra­to­rium ma jakąś broń...

- To jed­nostka naukowa! - odkrzyk­nął Vam. - A poza tym to prze­cież tylko jeden sta­tek...!

- Nihi­lo­wie ni­gdy nie zja­wiają się samot­nie! - rzu­cił przez ramię Bell, wpa­da­jąc do cze­ka­ją­cej już tur­bo­windy.

- Czy wie­dzą, że tu jeste­śmy?

Na pokła­dzie chmu­ro­statku Nihi­lów zie­jące jadem wcie­le­nie glo­ovań­skiej nie­na­wi­ści znane jako Sarn Star­bre­aker mie­rzyło wygłod­nia­łym wzro­kiem stocz­nie.

- Hm? - wark­nął, gdy nikt nie pokwa­pił się, by odpo­wie­dzieć na jego pyta­nie.

Bul­wia­sto­głowa Flug­grianka zasia­da­jąca przy ter­mi­nalu łącz­no­ści pochy­liła głowę, wsłu­chu­jąc się w infor­ma­cje prze­ka­zy­wane przez urzą­dze­nie wpięte w jej maleń­kie uszy.

- Odbie­ram burz­liwe roz­mowy na wszyst­kich czę­sto­tli­wo­ściach. Wie­dzą o nas.

"To dobrze" - pomy­ślał Star­bre­aker. Bo to ozna­czało, że będą się bali. On lubił zaś, kiedy się bali. Gdy ktoś się bał, popeł­niał błędy.

- Sygnały woła­nia o pomoc?

- Nic nie zdoła się prze­drzeć przez nasz sys­tem zakłó­ca­jący.

Star­bre­aker uśmiech­nął się sze­roko. Jego pokryta ślu­zem twarz lśniła wycze­ku­jąco.

- Dosko­nale. Wziąć stocz­nie na cel i... ognia!

Jego załoga nie musiała pytać, jakiej użyć broni. Znali dobrze swoją Chmurę. Kiedy Sarn Star­bre­aker kazał strze­lać, miał na myśli salwę ze wszyst­kich sys­te­mów uzbro­je­nia statku - co do jed­nego.

Prze­strzeń kosmiczną prze­cięły szkar­łatne pro­mie­nie wystrze­lone z dział chmu­ro­statku, a w ślad za nimi pomknęły tor­pedy pla­zmowe. Wokół sys­te­mów obron­nych han­garu roz­kwi­tły kwiaty ogni­stych eks­plo­zji wywo­łu­ją­cych pod­eks­cy­to­wane bul­goty Chmury. Stocz­nie Cyc­lora pełne były cen­nych łupów, cze­ka­ją­cych tylko, by po nie się­gnąć, Star­bre­aker ostrzył jed­nak sobie kły wyłącz­nie na jedno cacko, znaj­du­jące się w han­ga­rze dwu­dzie­stym dru­gim: dumę i chlubę Repu­bliki, dzieło zastę­pów jej naukow­ców, "Inno­wa­tora". Ogromną satys­fak­cję przy­nio­sło mu pod­da­nie tor­tu­rom ofi­cera służb bez­pie­czeń­stwa, który w końcu podał mu numer han­garu, a jesz­cze więk­szą przy­jem­ność sprawi mu roze­rwa­nie kadłuba samego statku. Nie miał poję­cia, jakie skarby znajdą, gdy jego ludzie wedrą się na jego pokład. I w zasa­dzie nie­wiele go to obcho­dziło. Wie­dział jedy­nie, że znajdą tam całe mnó­stwo war­to­ścio­wego sprzętu - może nie dla niego, ale dla jego Nawał­nicy. To będzie osta­teczny akt, który sprawi, że Pan Eyta wynie­sie go do rangi Burzy, z całą jej chwałą... i bogac­twami, które wią­zały się z tym tytu­łem. Sarn obli­zał wargi, delek­tu­jąc się gorz­kim posma­kiem wła­snego śluzu. O tak - to będzie wspa­niałe.

- Przedar­li­śmy się - zamel­do­wała Flug­grianka. Star­bre­aker nie znał jej imie­nia, ale nie przej­mo­wał się tym zbyt­nio - wystar­czyło, że reago­wała na "ty".

- A więc wyślij­cie myśliwce! - wark­nął, wdu­sza­jąc na swoim fotelu dowo­dze­nia guzik inter­komu, dzięki któ­remu jego głos roz­brzmiał grom­kim echem na całym pokła­dzie chmu­ro­statku: - Nakarm­cie Burzę, moi przy­ja­ciele. Dziś wie­czór będziemy uczto­wać.

Pokła­dem han­ga­ro­wym "Inno­wa­tora" tar­gnął wstrząs, gdy tra­fiła w niego kolejna salwa. Nihi­lo­wie nie mar­no­wali czasu. Bell dopadł do swo­jego vec­tora, po dro­dze pod­no­sząc owiewkę Mocą, tak jak nauczyła go Inde­era. Żarka wgra­mo­liła się już po jed­nym z przy­po­mi­na­ją­cych ostrze skrzy­deł i wsko­czyła na tylne sie­dze­nie w tej samej chwili, w któ­rej pada­wan wybił się Mocą, aby wylą­do­wać ide­al­nie wymie­rzo­nym susem za ste­rami sta­teczku.

Kiedy się obej­rzał, spo­strzegł, że Sto­kes rów­nież sie­dzi już w swoim vec­to­rze i prze­pro­wa­dza pro­ce­durę przed­star­tową - nie żeby maleńka maszyna potrze­bo­wała jakichś skom­pli­ko­wa­nych sekwen­cji kon­tro­l­nych. Każdy vec­tor był hoł­dem zło­żo­nym mak­sy­mal­nej pro­sto­cie - prze­zna­czony dla Jedi, nie potrze­bo­wał zbyt wiel­kiej pomocy sys­te­mów kom­pu­te­ro­wych czy czuj­ni­ków.

Gdy osłona myśliwca opa­dła na swoje miej­sce, z gło­śni­ków popły­nął głos Tar­gesa:

- Naru­szyli pole ochronne han­garu. Nad­la­tują myśliwce...

Bell musiał przy­znać, że jest pod wra­że­niem. Aqu­alish zacho­wy­wał wyjąt­kowy spo­kój, zwa­żyw­szy na powagę sytu­acji.

- Czy mamy jakieś wie­ści z Jądra?

- Nie możemy nada­wać ani odbie­rać komu­ni­ka­tów. Cała łącz­ność jest blo­ko­wana.

- Rozu­miem. Będziemy w kon­tak­cie.

Bell nie musiał się oglą­dać na swoją mistrzy­nię, żeby mieć pew­ność, że Inde­era jest gotowa. Czuł to. Odpa­lił sil­niki manew­rowe i jego vec­tor pomknął w stronę wrót han­garu. Kiedy Inde­era wzięła go pod swoje skrzy­dła, nale­gała, by latał vec­torem samo­dziel­nie, nie jako drugi pilot - a on nie miał nic prze­ciwko. W prze­ci­wień­stwie do poprzed­niego vec­tora, któ­rym latał wraz z Lode­nem, "Novy", temu jed­nak nie nadał nazwy. Nie mógł tego zro­bić. Nie po tym, co przy­tra­fiło się jego poprzed­niemu mistrzowi. Nauki Jedi nie bez kozery potę­piały przy­wią­zy­wa­nie się, bo to tylko prze­szka­dzało.

Usa­do­wiona za jego ple­cami Żarka szczek­nęła raz, gdy prze­la­ty­wali przez wrota ku peł­nej prze­strzeni kosmicz­nej.

- Wszystko w porządku, maleńka? - krzyk­nął do niej przez ramię Bell. - Gotowa obsłu­gi­wać działka?

Węglo­ga­rzyca ponow­nie dała głos, spra­wia­jąc, że Jedi się uśmiech­nął.

- Dobrze wie­dzieć, że w razie czego mogę na cie­bie liczyć.

Zawi­nął swoim vec­to­rem w lewo, żeby unik­nąć szcząt­ków stoczni odłu­pa­nych od kom­pleksu przez ostrzał. Lase­rowy ogień wciąż bom­bar­do­wał han­gar, roz­sie­wa­jąc wokół chmurę śmier­cio­no­śnych szrap­neli. Jego struk­tura nie wytrzyma już zbyt długo pod napo­rem ataku, a wów­czas nic nie będzie stało Nihi­lom na dro­dze do dotar­cia do "Inno­wa­tora"...

"Nie - popra­wił się w myśli Bell. - To nie­prawda". Był jesz­cze on sam.

Z głów­nego nihil­skiego statku wyro­iła się grupa myśliw­ców, mknąc w stronę stoczni. Zet­ti­far wybrał spra­wia­jący wra­że­nie skle­co­nego na łapu-capu sko­czek, nie­wiele więk­szy niż jego vec­tor, o krót­kich skrzy­dłach naje­żo­nych dział­kami. Chło­pak nie potrze­bo­wał kom­pu­tera celow­ni­czego ani holo­gra­ficz­nego dal­mie­rza. Wystar­czyło, że miał Moc. Opuszka jego kciuka musnęła spust na drążku ste­row­ni­czym i emi­tery natych­miast zare­ago­wały, posy­ła­jąc pro­sto do celu pro­mie­nie śmier­cio­no­śnej ener­gii, które wżarły się w kadłub sta­teczku, naru­sza­jąc jego prze­wody pali­wowe. Sko­czek wybuchł w chmu­rze ośle­pia­ją­cego bla­sku.

Za jego ple­cami Żarka szczek­nęła i Bell uśmiech­nął się zado­wo­lony z efektu swo­ich sta­rań.

- Następny jest twój, moja droga.

Z gło­śnika jego vec­tora, auto­ma­tycz­nie prze­sta­wio­nego na kanał łącz­no­ści Jedi, popły­nął głos Inde­ery Sto­kes:

- Ostroż­nie, pada­wa­nie. Nie napa­waj się zabi­ciem wroga. To pro­sta ścieżka na ciemną stronę.

Bell poczuł ukłu­cie żalu, które natych­miast stłu­mił. Inde­era miała rację. Ucie­szył się zgła­dze­niem Nihila pilo­tu­ją­cego sta­tek, a radość ta pły­nęła z uczuć, które tak mocno sta­rał się od sie­bie odsu­nąć: z gniewu. Roz­ża­le­nia. Wciąż jesz­cze musiał się wiele nauczyć.

- Dzię­kuję, mistrzyni - powie­dział, skrę­ca­jąc ponow­nie i obra­ca­jąc vec­tora, aby unik­nąć ostrzału kolej­nego z wro­gich myśliw­ców. - Niech Moc będzie z nami...

- Dla świa­tła i życia - odparła Inde­era, rów­nież sku­pia­jąc się na zada­niu eli­mi­na­cji wro­gów.

Jeden z myśliw­ców sie­dział mu na ogo­nie, nie­prze­rwa­nie kon­ty­nu­ując ostrzał - naj­wy­raź­niej sta­wiał na to, że prę­dzej czy póź­niej mu się poszczę­ści i trafi prze­ciw­nika. Bell bez­u­stan­nie robił uniki, zmie­nia­jąc swój sta­te­czek w ruchomy cel i utrud­nia­jąc Nihi­lowi zada­nie. W innej sytu­acji pode­rwałby swo­jego vec­tora w górę i zawi­nął nim w tył, tak aby ze zwie­rzyny stać się myśli­wym, tym razem jed­nak nie było takiej potrzeby: już za chwilę nihil­ska maszyna sta­nęła w pło­mie­niach, a Zet­ti­far odbił, Mocą zmie­nia­jąc kanał, aby podzię­ko­wać pilo­towi sił obron­nych stoczni, który, jak wyczuł wcze­śniej, był odpo­wie­dzialny za znisz­cze­nie napast­nika.

- Nie ma za co - nade­szła odpo­wiedź wyar­ty­ku­ło­wana prze­two­rzo­nym gło­sem syn­te­za­tora. - Czy mamy się zająć tymi myśliw­cami, pod­czas gdy wy roz­pra­wi­cie się z tamtą bestią?

Bell zer­k­nął w lewo, na pilota, który pro­wa­dził wła­śnie swo­jego Z-29 sky­hawka tuż obok jego vec­tora. Był Cyc­lo­ria­ni­nem - Zet­ti­far widział jego oble­czone ręka­wi­cami dło­nie spo­czy­wa­jące na kon­tro­l­kach statku. Podzię­ko­wał w duchu Mocy za moduły tłu­ma­cze­niowe, prze­kła­da­jące serie owa­dzich ćwierk­nięć i szczęk­nięć na zro­zu­miały język, a także za maszynę, za ste­rami któ­rej zasia­dał obcy. Z-29 sta­no­wiły naj­now­szy doda­tek do floty myśliw­ców pro­du­ko­wa­nych w stocz­niach, a ich wytwórca, Incom Cor­po­ra­tion, zawarł już sze­reg lukra­tyw­nych umów opie­wa­ją­cych na dostar­cza­nie tych sta­tecz­ków wielu świa­tom z terenu Repu­bliki - i poza nim. Nie trzeba było wraż­li­wo­ści na Moc, by wyczuć wyraźną dumę w gło­sie pilota. Wie­dział, że choć to nie­bez­pieczna wal-ka, dzięki niej będą mieli szansę zade­mon­stro­wać pręd­kość i zwrot­ność Z-29. Nihi­lo­wie popeł­nili błąd, ata­ku­jąc sie­dzibę jed­nych z naj­świet­niej­szych budow­ni­czych okrę­tów na Środ­ko­wych Rubie­żach - tym bar­dziej w chwili, gdy w stocz­niach prze­by­wała dwójka Jedi.

Żarka szczek­nęła i Bell się roze­śmiał.

- Masz rację - rzu­cił. - Dwójka Jedi i węglo­ga­rzyca!

Cza­sami był świę­cie prze­ko­nany, że suka ma zdol­ność do czy­ta­nia mu w myślach.

- Jedi Zet­ti­fa­rze?

Prze­pro­sił ocze­ku­ją­cego na odpo­wiedź pilota i potwier­dził, że będą dzia­łali zgod­nie z jego suge­stią, na co Cyc­lo­ria­nin zama­chał mu na poże­gna­nie anten­kami i dołą­czył do swo­ich pobra­tym­ców w walce na śmierć i życie.

Młody Jedi rozej­rzał się, oce­nia­jąc sytu­ację wokół han­garu.

- Mistrzyni? - zagad­nął.

- Jestem, pada­wa­nie - odparła Inde­era, obja­wia­jąc się w swoim vec­to­rze po jego pra­wej.

- A Moc jest z nami wszyst­kimi.

Zawi­nął na lewo, odbi­ja­jąc i kie­ru­jąc się z dala od ata­ko­wa­nego han­garu. Jego men­torka powtó­rzyła manewr, ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wana z ruchami jego maszyny, i wspól­nie pomknęli ku swo­jemu nowemu celowi: chmu­ro­stat­kowi Nihi­lów.

Roz­dział szó­sty

roz­dział szó­sty

Safrifa

Gdy potwór przy­cią­gał ją coraz bli­żej do cuch­ną­cego otworu swo­jej pasz­czy, Ty prze­mknęło przez myśl, że crik­ko­lona paskuda ma zde­cy­do­wa­nie wię­cej kłów, niż to konieczne.

Powinna była się domy­ślić, że mieli do czy­nie­nia z Dren­gi­rem. Jesz­cze jakiś rok temu nawet nie znała nazwy ich rasy - nikt o nich wów­czas nie sły­szał - teraz jed­nak prze­klęta plaga roz­ple­niła się wszę­dzie, wyska­ku­jąc spod ziemi nie­mal na każ­dej pla­ne­cie na tere­nie galak­tycz­nego pogra­ni­cza. Kiedy zetknęła się z infor­ma­cjami na ich temat pierw­szy raz, zare­ago­wała lek­ce­wa­żą­cym par­sk­nię­ciem. No bo... rozumne rośliny? Serio? Jak, na litość próżni, rośliny mogły sta­no­wić zagro­że­nie? Potem jed­nak miała wąt­pliwą przy­jem­ność zetknąć się z jed­nym z nich twa­rzą w jego powy­krę­cany, par­szywy pysk - obmier­złą stertą wiją­cych się gałęzi, uroz­ma­iconą guzami gru­zło­wa­tych sęków. Wie­ści o nowej zara­zie roz­prze­strze­niały się rów­nie szybko, co ona sama, powta­rzane peł­nym prze­ra­że­nia szep­tem w tysią­cach spe­lu­nek oraz wokół setek ognisk. Mówiono, że ofiarą ich nie­na­sy­co­nego głodu padały całe światy - osady upa­dały, zadu­szone przez ich kol­cza­ste pną­cza, a ich miesz­kańcy byli przez nich poże­rani. Wyda­wało się, że nic nie zdoła ich powstrzy­mać, gdy już zako­rze­niły się na pla­ne­cie, którą wzięły na celow­nik. Podobno nawet Hut­to­wie odczuli bole­śnie skutki inwa­zji, a tęt­niące życiem metro­po­lie Nal Hutta zmie­niły się w zło­wro­gie dżun­gle. Nie­wia­ry­godne? Cóż, nie­któ­rzy wkła­dali te opo­wie­ści mię­dzy bajki, zda­niem Ty zagro­że­nie było jed­nak rów­nie realne, co macki cią­gnące ją wła­śnie z każdą chwilą bli­żej ku wyszcze­rzo­nej, zęba­tej pasz­czy.

Gdy posta­no­wiła kro­czyć tą ścieżką, usta­liła kilka pod­sta­wo­wych zasad - to była jedna z pierw­szych rze­czy, jakich nauczył ją Cara­too, stary, zapra­wiony w bojach najem­nik, kiedy dzie­lił się wie­dzą ze swoją naj­now­szą rekrutką: "Znaj swoje gra­nice. Musisz wie­dzieć, w któ­rym miej­scu prze­bie­gają". Oczy­wi­ście, gra­nice samego Cara­too, jak się oka­zało, obej­mo­wały zdradę wszyst­kich, któ­rzy mu ufali, ona jed­nak zapa­mię­tała tę lek­cję - i pamię­tała ją jesz­cze długo po tym, jak Kerk popeł­nił błąd i wysta­wił ją do wia­tru. Zasady Ty były pro­ste: żad­nego przy­wią­zy­wa­nia się. Zero kom­pli­ka­cji. Polo­wała jedy­nie na zwie­rzynę, nie na inte­li­gentne formy życia - to zna­czy, dopóki inte­li­gentne formy życia nie pró­bo­wały jej zabić.

A ten tutaj Dren­gir zde­cy­do­wa­nie nasta­wał na jej życie.

Odpo­wie­działa, czę­stu­jąc istotę falą tele­ki­ne­tyczną dość mocną, by skrę­ciła kark acklay­owi, a może nawet i rog­gwar­towi... ale naj­wy­raź­niej zbyt słabą, by powa­lić Dren­gira. O nie - co to, to nie. Czy oni w ogóle mieli karki...?

To nie było jej pierw­sze spo­tka­nie z tymi bestiami. Pod­czas tam­tej pamięt­nej kon­fron­ta­cji nie­mal zgi­nęła. To było na Gali­dra­anie, w trak­cie polo­wa­nia na bata­ri­kana. Zna­la­zła węża - z oczo­do­łami i jamą nosową prze­szy­tymi dren­gi­ro­wymi korze­niami, o ciele wyssa­nym z soków. Nie­stety, tak się zło­żyło, że podobny marny los spo­tkał więk­szość miej­sco­wych - plaga nie­po­wstrzy­ma­nie roz­prze­strze­niła się po całej pla­ne­cie. Ty led­wie uszła z życiem, acz­kol­wiek KL-03 bar­dziej mar­twiła się tym, że kolejne zle­ce­nie prze­szło im koło nosa. Krif­fo­lona dro­idka. Następ­nym razem niech sama sobie zabija potwory.

O ile oczy­wi­ście będzie jakiś następny raz.

Korzeń Dren­gira pod­pełzł do boku jej twa­rzy, sunąc w stronę ust. Poczuła na war­gach ukłu­cie ostrych kol­ców. O nie. Nie pozwoli na to.

Pchnęła ponow­nie. Jeśli nie zdoła skrę­cić nie­ist­nie­ją­cego karku Dren­gira, może przy­naj­mniej poła­mie mu te cho­lerne macki. Dren­gir ryk­nął, gdy jego pną­cza roz­cią­gnęły się ponad swoją wydol­ność, aż w końcu pękły, posy­ła­jąc zwa­li­ste ciało istoty na drzewo. Ty wyszarp­nęła tym­cza­sem korzeń z ust, krzy­wiąc się, kiedy cier­nie roz­orały jej dolną wargę. Cóż, będzie kolejna bli­zna do kolek­cji. Kolejna oka­zja do śmierci wsku­tek wstrząsu tok­sycz­nego. Kto wie, jakie bak­te­rie zamiesz­ki­wały ciała tych paskudztw... albo żyły w bagien­nej wodzie, skoro już o tym mowa.

- Nie ma odwrotu. Nie ma ucieczki. Zbie­rzemy nasze żniwa. - Głos prze­szył jej czaszkę bólem głęb­szym od fizycz­nego, który zdo­łałby jej zadać naj­ostrzej­szy cierń. Dren­gir był teraz wście­kły, ale ona rów­nież. Drze­wo­po­dobne istoty pró­bo­wały już tego na Gali­dra­anie, aby przy­tło­czyć ją swo­imi tru­ją­cymi myślami, nasy­cić jej umysł obra­zami roz­pa­czy lub całych świa­tów ogo­ło­co­nych z form życia, pożar­tych i prze­tra­wio­nych. Wła­śnie tym dla nich była - jak wszy­scy inni: karmą. Mię­sem. Pokar­mem. Gwa­ran­cją prze­trwa­nia.

Dren­gir rzu­cił się w jej stronę, wysy­ła­jąc swoje wici naprzód, by schwy­cić nimi pnie i gałę­zie - cokol­wiek, co pomoże mu się do niej zbli­żyć. Dosko­nale. To ozna­czało jedno: że póki co nie umie poru­szać się o wła­snych siłach. Ty nie wie­działa o nich zbyt wiele, zresztą nikt wła­ści­wie nie miał o nich zbyt wiel­kiej wie­dzy, rozu­miała jed­nak, że zna­czy to rów­nież, iż jest młody - a mło­dzi Dren­girowie na­dal byli wraż­liwi, nara­żeni na atak. Cóż, przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie.

Sko­czyła wyżej, niż zdo­łałby jaki­kol­wiek Tho­lo­thia­nin. Nie udało jej się dotrzeć do korony żad­nego z drzew karenga, ale na tyle wysoko, by chwy­cić nisko wiszący konar, się­ga­jący nie­mal do pnia sąsied­niego drzewa. Gałąź wygięła się, przy­cią­ga­jąc ją nie­bez­piecz­nie bli­sko do wygłod­nia­łego Dren­gira, który wydał z sie­bie gniewny ryk.

- Zbie­rzemy nasze żniwa... Zbie­rzemy nasze żniwa!

Nie dziś.

Objąw­szy nogami gałąź, runęła wprost na stwora. Całe ciało miała obo­lałe, a wyra­sta­jące z czaszki sre­brzy­ste wypustki nie­zno­śnie swę­działy - nawet ta, którą utra­ciła dawno temu, obcięta weequ­ay­skim ostrzem. Szcze­gól­nie ta. A jeśli czuła swę­dze­nie bra­ku­ją­cej wypustki, mogło to ozna­czać tylko jedno: miała praw­dziwe kło­poty.

Gałąź opa­dła.

Gdy Ty odwró­ciła głowę, spo­strze­gła, że Dren­gir zdo­łał zła­pać koniec konaru i przy­cią­gał go gwał­tow­nie ku sobie. Została uwię­ziona, pozba­wiona moż­li­wo­ści manewru - zbyt daleko od pną­cza, by spró­bo­wać się oswo­bo­dzić, i nie dość bli­sko pnia, aby udało jej się wspiąć wyżej. Gałąź jęk­nęła, a mokra kora zaczęła pękać... Jeśli się zła­mie, nic nie ura­tuje Ty przed runię­ciem wprost w obję­cia cze­ka­ją­cego w dole stwora.

Przed sta­niem się karmą. Mię­sem. Pokar­mem. Gwa­ran­cją prze­trwa­nia.

Miała tylko jedną szansę. Zwie­siw­szy się z gałęzi twa­rzą w dół, mocno zacze­piona o nią kola­nami, spoj­rzała w zębate obli­cze potwora - wykrzy­wione gnie­wem, toczące z pasz­czy kle­istą pianę, się­ga­jące po nią szpo­nia­stymi rękami... Przy­mknęła oczy i rów­nież się­gnęła ku niemu, nie dłońmi jed­nak, ale wiciami uczuć - prze­dłu­że­niem wła­snej jaźni. Się­gnęła poza stwo­rze­nie, które chciało ją pożreć, poza wodę roz­laną wokół jego zwa­li­stego ciel­ska, poza muł i korze­nie, szu­ka­jąc jed­nej, jedy­nej rze­czy, która mogła oca­lić jej życie - którą upu­ściła, gdy Dren­gir zaata­ko­wał.

O, tam. Była tam, uwię­ziona pod korze­niem, przy­gnie­ciona cię­ża­rem obcej istoty. Szlag by to...! Szlag i ciężka cho­lera...!

Wokół jej lewego nad­garstka owi­nęła się kol­cza­sta wić.

Ty się­gnęła ponow­nie, tym razem nie szu­ka­jąc, ale przy­zy­wa­jąc...

Pod ciel­skiem Dren­gira coś drgnęło - poru­szyło się coś, co było w posia­da­niu Ty od bar­dzo, bar­dzo dawna. Od cza­sów jesz­cze przed Gali­dra­anem. Nawet przed Cara­too. Zwięk­szyła nacisk, napi­na­jąc aż do bólu mię­śnie rąk. Przed­miot na­dal tkwił w miej­scu, drżąc w gęstym szla­mie, nie­zdolny się z niego wydo­stać.

Poczuła, jak nowa macka owija się wokół jej nad­garstka - tym razem pra­wego. Dren­gir przy­cią­gnął ją jesz­cze bli­żej sie­bie.

Ty zwi­zu­ali­zo­wała sobie swoją broń w umy­śle: oczyma duszy widziała jej długą ręko­jeść i zło­wiesz­cze kolce - tak bar­dzo roz­cza­ro­wa­łyby sta­rego Azu­mela, który nauczył ją, jak ją zbu­do­wać. Soczewki sku­pia­jące, emi­ter, przy­cisk akty­wu­jący...

Tuż pod ciel­skiem Dren­gira roz­bły­sło nagle fio­le­towe świa­tło, a Ty szarp­nęła z całych sił.

Ostrze cięło przez korzeń. Uwol­niło się. Kolejny cios roz­pła­tał Dren­gira, roz­dzie­ra­jąc na pół jego paskudny, dzio­bo­po­dobny pysk. Istota zawyła, gdy dwie połówki jej ciała runęły na boki, niczym roz­pa­da­jący się prze­gniły owoc, opa­da­jąc w szlam.

Miecz świetlny Ty wsko­czył do jej dłoni, a gałąź pękła.

Tho­lo­thianka wylą­do­wała w samym środku szcząt­ków rośli­no­po­dob­nej istoty. Wyłą­czyła ostrze, oczy­ściła klingę z błota i wsu­nęła ją ponow­nie do kabury, a potem powoli uwol­niła nad­gar­stek z objęć kol­cza­stych wici, uwa­ża­jąc, aby nie podra­pać skóry kol­cami. To nie był jesz­cze koniec - tyle wie­działa z prze­chwy­co­nych rapor­tów wysy­ła­nych do i z Latarni Gwiezdny Blask. Nawet poszat­ko­wany na kawałki Dren­gir się zre­ge­ne­ruje - wystar­czy mu do tego maleńki strzę­pek jego ciała. Ty obie­cała jed­nak Safri­fa­nom, że uwolni ich od tego stwora, i zamie­rzała dotrzy­mać słowa - kolejna lek­cja, którą przy­swo­iła od Cara­too, nawet jeśli on sam nie wie­rzył w tę zasadę.

Teraz cze­kała ją trud­niej­sza część zada­nia: pokro­je­nie resz­tek Dren­gira na kawałki, roz­wie­sze­nie ich na gałę­ziach pobli­skiego drzewa i cze­ka­nie, aż wyschną na tyle, by zajęły się ogniem. Praw­do­po­dob­nie miała w przy­wie­szo­nym u pasa mikro­mio­ta­czu pło­mieni dość paliwa, aby roz­nie­cić małe ogni­sko. To powinno zaś wystar­czyć do spa­le­nia wszyst­kich szcząt­ków.

Żniwa nale­żały do niej.

Podróż powrotna na bagienną farmę zajęła jej dłu­żej, niż się spo­dzie­wała, i była zde­cy­do­wa­nie nie­przy­jemna - w ubra­niu prze­siąk­nię­tym odo­rem spa­lo­nego Dren­gira. Nagrała holo z pro­cesu popie­le­nia istoty, na dowód, że fak­tycz­nie pozbyła się potwora. Far­me­rzy już na nią cze­kali - na ich twa­rzach malo­wał się wyraz ulgi, a w sakwie ze skóry mali­ga­tora spo­czy­wała na­dal jej skromna nagroda. Nie byli jed­nak sami. Dłoń Ty opa­dła odru­chowo do ręko­je­ści mie­cza świetl­nego na widok statku kosmicz­nego par­ku­ją­cego obok jej maszyny. Po tra­pie scho­dziła wła­śnie postać - wysoka, w prze­ci­wień­stwie do niskich Safri­fan. Ty roz­po­zna­wała gatu­nek - to była przed­sta­wi­cielka rasy Kuranu, o gład­kiej jasno­fio­le­to­wej skó­rze i dużych, pozba­wio­nych źre­nic oczach. Była ubrana w nie­ska­zi­tel­nie czy­sty ska­fan­der, a tuż za nią sunął w powie­trzu nie­wielki, kuli­sty droid, mający, jak się zda­wało, tylko jedno zada­nie: spry­ski­wać dło­nie Kuranu pły­nem anty­bak­te­ryj­nym za każ­dym razem, gdy uznała za sto­sowne go użyć (jej gatu­nek sły­nął z nie­mal absur­dal­nej obawy przed zaraz­kami, co zresztą tłu­ma­czyło pełną obrzy­dze­nia minę nie­zna­jo­mej, którą wywo­łał u niej widok upa­pra­nego błoc­kiem stroju Ty - i którą bez więk­szego powo­dze­nia pró­bo­wała ukryć).

- Jesteś Ty Yor­rick. Tak zwany miecz do wyna­ję­cia - stwier­dziła rze­czo­wym, obo­jęt­nym tonem, rów­nie for­mal­nym, co uśmiech, któ­rym obda­rzyła Tho­lo­thiankę na powi­ta­nie.

- To zależy, kto pyta.

- Nazy­wam się Man­tessa Chek­kat.

Ty obrzu­ciła mały sta­te­czek kry­tycz­nym spoj­rze­niem.

- Wygląda na to, że przy­by­łaś tu z bar­dzo daleka...

- Ow­szem - potwier­dziła Chek­kat. - Szu­ka­łam cię. Z nadzieją, że zdo­łasz mi pomóc.

I jesz­cze raz od nowa - znowu to samo...

Roz­dział siódmy

roz­dział siódmy

Pod lodo­wymi rów­ni­nami Gola­ma­ran

Jeśli podróż z pokładu "Szkwa­ło­wego Pająka" wyda­wała się wiecz­no­ścią spę­dzoną w polu hiber­na­cyj­nym, wędrówka przez tunele cią­gnące się pod lodo­wymi rów­ni­nami była ist­nym kosz­ma­rem. Dis miał wra­że­nie, że boli go każda komórka jego ciała - co było sto­sun­kowo nowym doświad­cze­niem dla pilota. Mię­śnie stóp bolały go od sta­rań zacho­wa­nia rów­no­wagi na pokry­tej war­stewką lodu powierzchni, a szyję miał zesztyw­niałą od schy­la­nia się pod sta­lak­ty­tami. Ow­szem, w swoim dłu­gim życiu Dis nie­raz doświad­czył już nie­wy­gód, ale Talor­ta­io­wie byli - oględ­nie mówiąc - bar­dzo odporni. Szybko się rege­ne­ro­wali, cho­ciaż przy­czyny takiego stanu rze­czy na­dal pozo­sta­wały w dużej mie­rze nie­ja­sne. Może była to kwe­stia gene­tyki, a może powo­do­wała to w jakiś spo­sób sama Moc? Star­szy­zna ich gatunku roz­myśl­nie igno­ro­wała fakt swej wraż­li­wo­ści na nią, bojąc się przy­znać do tego sama przed sobą. Dis nie miał poję­cia, dla­czego tak było, sły­szał jed­nak legendy o wiel­kiej rzezi, pod­czas któ­rej cała armia naje­chała ich z nieba na skrzy­dło­smoku, trze­biąc ich lud swo­imi lśnią­cymi szkar­łat­nymi ostrzami. W innych oko­licz­no­ściach można by to nazwać próbą pozby­cia się kon­ku­ren­cji, wów­czas jed­nak, ponad cztery tysiące sezo­nów temu, było to ni mniej, ni wię­cej, tylko akt ludo­bój­stwa. Talor­ta­io­wie, nie­gdyś liczni, stali się gatun­kiem zagro­żo­nym - i celowo utrzy­my­wali ten stan, prze­strze­ga­jąc ści­śle zasad usta­no­wio­nych przez star­szych. Kary za nie­sto­so­wa­nie się do nich były nie­zwy­kle surowe - jak Dis prze­ko­nał się bole­śnie na wła­snej skó­rze.

Potrzą­snął głową, odsu­wa­jąc od sie­bie wspo­mnie­nia o ojczyź­nie. Dla­czego w ogóle myślał o Talo­rze i tam­tej ban­dzie tchó­rzy? Cóż, może spra­wiła to mono­to­nia towa­rzy­sząca ich mozol­nej wędrówce. "Tak, to z pew­no­ścią było to" - prze­ko­ny­wał sam sie­bie, cze­pia­jąc się ścian, żeby nie wpaść na Ro i Kufę.

Sta­ruszka zasko­czyła ich, gdy prze­ci­snęli się przez wąski prze­smyk, roz­chy­la­jąc poły swo­jego futrza­nego okry­cia, aby uwol­nić trzy małe drony, roz­mia­rów mniej wię­cej deto­na­to­rów ter­micz­nych. Dis odru­chowo wzniósł swoje skrzy­dło­ostrza, żeby prze­po­ło­wić je, nim zaata­kują... zanim jed­nak zdą­żył to zro­bić, lewi­tu­jące kule roz­bły­sły jasnym bla­skiem, spra­wia­jąc, że w tune­lach zro­biło się jasno jak w dzień. Teraz przy­naj­mniej widzieli coś, gdy nogi śli­zgały im się na lodzie...

Dis scho­wał ostrza do pochew na ple­cach, aby mieć wolne ręce, poświę­ca­jąc tym samym moż­li­wość obrony na rzecz moż­li­wo­ści łapa­nia w razie potrzeby rów­no­wagi. Jego oddech zama­rzał w powie­trzu, a skóra dener­wu­jąco swę­działa, ale przy­naj­mniej sta­ru­cha zamil­kła, pro­wa­dząc ich w dół, cią­gle w dół. Po raz pierw­szy od momentu roz­po­czę­cia ich podróży tunel zaczął roz­brzmie­wać echem odpo­wie­dzi na jej pyta­nia: "Czy plotki są praw­dziwe? Czy Ro naprawdę został pira­tem? Czy na­dal prak­ty­kuje ich rytu­ały? Czy miał jakieś wie­ści od innych człon­ków ich rodziny?". Oko był tak oszczędny w sło­wach, jak tylko to moż­liwe, nawet kiedy sta­ru­cha zwró­ciła się do niego imie­niem, któ­rego Dis nie sły­szał ni­gdy wcze­śniej.

Czy plotki są praw­dziwe? Cóż, to zależy które.

Ow­szem, został pira­tem - mię­dzy innymi.

Nie, ale pamięć o rytu­ałach towa­rzy­szy mu przez cały czas.

Co się zaś tyczy rodziny... Mało praw­do­po­dobne, by powi­tali go z otwar­tymi ramio­nami. Prę­dzej wibro­no­żem wra­żo­nym mię­dzy żebra.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pro­log

Pro­log

Ashla, księ­życ Tythona

Elzar Mann nie potra­fił zapo­mnieć o tam­tych krzy­kach. Ani na chwilę. Minęło wiele mie­sięcy od momentu cere­mo­nii odda­nia do użytku Latarni Gwiezdny Blask - odkąd stał u boku swo­ich kole­gów i kole­ża­nek Jedi. Odkąd stał u boku Avar Kriss.

Odkąd stali tam, na oczach całej galak­tyki, w swo­ich odświęt­nych stro­jach (ten prze­klęty koł­nie­rzyk nie­zno­śnie uwie­rał), słu­cha­jąc prze­mó­wień - naj­pierw kanc­lerz Liny Soh, przy­wód­czyni Repu­bliki Galak­tycz­nej, a potem Avar. Jego Avar. Boha­terki Het­zala.

"Latar­nia jest naszym darem dla galak­tyki - mówiła Avar. - Obiet­nicą".

W uszach na­dal dźwię­czały mu jej słowa:

"Ile­kroć poczu­je­cie się samotni... zawsze, gdy poczu­je­cie, że zbliża się ciem­ność... wiedz­cie, że Moc jest z wami. Wiedz­cie, że jeste­śmy z wami... Dla świa­tła i życia".

Dla świa­tła i życia.

To nie powstrzy­mało jed­nak ciem­no­ści, która ogar­nęła go póź­niej tam­tego dnia - fali bólu i cier­pie­nia, wizji przy­szło­ści zbyt strasz­nej, by ogar­nąć ją umy­słem. Zato­czył się, chwy­ta­jąc się kur­czowo porę­czy, a krew try­snęła mu z nosa - ciś-nie­nie w jego czaszce wzro­sło tak mocno, że bał się, iż lada chwila roz­sa­dzi mu głowę.

To, co wów­czas zoba­czył, prze­śla­do­wało go od tam­tej pory - nie mógł o tym zapo­mnieć. Tra­wiło go od wewnątrz niczym pie­kielny żar.

Jedi ginący jeden po dru­gim, pochła­niani przez jakiś nie­prze­nik­niony, mgli­sty kłąb. Stel­lan. Avar. Wszy­scy, któ­rych znał - i wszy­scy, któ­rych miał dopiero spo­tkać. Roz­szar­py­wane ciała i twa­rze - zarówno te zna­jome, jak i obce.

I krzyki.

To wła­śnie one były naj­gor­sze.

Reszta wie­czoru upły­nęła mu w jakimś dziw­nym otę­pie­niu - prze­trwał go jak na auto­pi­lo­cie, wyco­fany, nie­obecny, pod­czas gdy w jego umy­śle wciąż odbi­jało się prze­ra­ża­ją­cym echem to, co widział... co sły­szał. Popeł­nił kilka błę­dów. Pamię­tał, że wychy­lił o kilka kie­lisz­ków kat­ta­dań­skiego różo­wego wina za dużo, a kiedy Avar popro­siła go o tam­ten obie­cany taniec, speł­nił jej prośbę nieco zbyt gor­li­wie, zaczął się zacho­wy­wać zbyt swo­bod­nie.

Wciąż czuł jej dłoń na swo­jej piersi, gdy go ode­pchnęła.

"El, co ty naj­lep­szego wypra­wiasz?"

Pokłó­cili się wów­czas na osob­no­ści - na­dal był sko­ło­wany i pół­przy­tomny.

"Nie jeste­śmy już pada­wa­nami!"

Minęło kilka mie­sięcy, zanim znów ją zoba­czył, a kiedy się spo­tkali, atmos­fera mię­dzy nimi była mroźna niczym van­dor­ski świt. Nasta­wie­nie Avar wobec niego się zmie­niło. Była bar­dziej zdy­stan­so­wana. Zajęta nowymi obo­wiąz­kami dowo­dzą­cej Latarni Gwiezdny Blask.

A może po pro­stu to on był zbyt sku­piony na czym innym? Od momentu odda­nia Gwiezd­nego Bla­sku do użytku medy­to­wał nad tamtą wizją w dzień i w nocy. Powi­nien był pójść do niej, prze­pro­sić ją i popro­sić o radę, o pomoc - a jeśli nie ją, to może Stel­lana Giosa, swo­jego naj­daw­niej­szego przy­ja­ciela, ale... Stel­lan miał wła­sne obo­wiązki. Był teraz człon­kiem Rady, odpo­wie­dzial­nym za kie­ro­wa­nie zako­nem. Nie miałby dla niego czasu. A zresztą... pro­sze­nie o pomoc nie było w stylu Elzara. Elzar Mann był tym, który roz­wią­zy­wał pro­blemy, a nie je stwa­rzał. Znaj­do­wał roz­wią­za­nia. Odpo­wie­dzi. Nowe spo­soby reali­za­cji zadań. I wła­śnie dla­tego zro­bił to, co zawsze: spró­bo­wał roz­wią­zać pro­blem samo­dziel­nie.

Naj­pierw wybrał się do archi­wów Jedi w Wiel­kiej Świą­tyni, w któ­rych spę­dził wiele godzin, ślę­cząc nad nie­zli­czo­nymi tek­stami oraz stu­diu­jąc całe mnó­stwo holo­kro­nów. W akcie despe­ra­cji pod­jął nawet próbę roz­szy­fro­wa­nia tajem­nic Kodeksu Ga'Garen, sta­ro­żyt­nego gry­mu­aru, któ­rego treść od tysięcy lat sta­no­wiła dla poko­leń lin­gwi­stów nie lada zagadkę.

Nawet wów­czas jed­nak, bez reszty sku­piony na pracy w archi­wach, pod czuj­nym spoj­rze­niem posą­gów Stra­co­nych, Elzar sły­szał gdzieś z tyłu głowy krzyki, a w każ­dej lśnią­cej powierzchni lub postaci prze­cho­dzą­cego obok pada­wana widział twa­rze pole­głych w rzezi.

To wła­śnie Kodeks przy­wiódł go tutaj, na Ashlę, główny księ­życ Tythona. Sta­ro­żytni nazy­wali ten obszar Wyspą Odosob­nie­nia, co było dokład­nie tym, czego potrze­bo­wał, jeśli kie­dy­kol­wiek miał w pełni zro­zu­mieć to, co zoba­czył. Potrze­bo­wał samot­no­ści, sku­pie­nia. Kro­plą, która prze­lała czarę gory­czy, była zaś wia­do­mość od daw­nej mistrzyni Stel­lana, cie­szą­cej się powszech­nym sza­cun­kiem Rany Kant, która gra­tu­lo­wała mu awansu na mistrza Jedi. Rada, jak się oka­zało, przy­go­to­wała też dla niego przy­dział: miał sta­nąć na czele pla­cówki Jedi na Valo, pla­ne­cie znaj­du­ją­cej się na skraju sek­tora Rseik.

On? Opie­ku­nem pla­cówki? Jak mogli być tak ślepi? Czy nie dostrze­gali, że w ogóle nie jest na to gotowy? Czy nie widzieli, jak bar­dzo jest roz­darty?

Szedł w stronę oce­anu, czu­jąc pod sto­pami cie­pły pia­sek. Zbli­ża­jąc się do wody, zrzu­cał wierzch­nie szaty. O tak - tak było zde­cy­do­wa­nie lepiej. Tutaj w końcu pozna prawdę. To było miej­sce, w któ­rym wresz­cie zro­zu­mie. Nie zatrzy­mał się na brzegu, z roz­my­słem zanu­rza­jąc się w fale. Po kolana. Po pas. Szybko wypły­nął na pełne morze - zatrzy­mał się dopiero wtedy, gdy nie widział już lądu. Obra­cał się powoli, roz­gar­nia­jąc wodę, oto­czony jedy­nie przez morze i samą Moc.

Nade­szła pora...

Wziął głę­boki wdech i zanu­rzył się w toń z zamknię­tymi oczami. Woda wypeł­niła jego uszy, tłu­miąc wszel­kie dźwięki.

"Pokaż mi. Popro­wadź mnie. Daj mi odpo­wie­dzi, któ­rych szu­kam..."

Nic. Żad­nego obja­wie­nia. Żad­nej odpo­wie­dzi.

Wynu­rzył się i zaczerp­nął tchu, a potem znów zanur­ko­wał, pró­bu­jąc jesz­cze raz:

"Jestem tu. Chcę się uczyć. Muszę zro­zu­mieć".

Na­dal nic.

Gdzie były obie­cane odpo­wie­dzi? Gdzie szansa na oświe­ce­nie?

Powtó­rzył rytuał, wynu­rza­jąc się, aby zaczerp­nąć powie­trza, nur­ku­jąc ponow­nie i pozwa­la­jąc, by ocean go pochło­nął. Jesz­cze raz i znowu, i...

Uczu­cie przy­po­mi­nało nie­spo­dzie­wane natra­fie­nie na bąbel powie­trza pod wodą: nagle już nie tonął, tylko biegł wraz z innymi Jedi, ści­gany przez pró­bu­jące ich dopaść kosz­mary. Nie byli w wodzie, ale ota­czała ich mgła. Gęsta. Gry­ząca. Nie­prze­nik­niona. Nic nie miało sensu. Ani chaos, ani panika.

Ani strach.

Gdy otwo­rzył usta do krzyku, z oddali, z innego świata, z innego czasu, wlała się do nich mor­ska woda.

"Co to? Gdzie jestem? Mów do mnie!"

I Moc prze­mó­wiła do niego - z taką siłą, że zaczął się obra­cać w jakimś sza­lo­nym pędzie, pod­czas gdy przed jego pie­ką­cymi oczami prze­my­kały obrazy, niczym fio­le­towe bły­ska­wice:

Avar. Stel­lan. Tho­lo­thianka... Inde­era Sto­kes? Nie... Bra­ko­wało jej jed­nej z wyra­sta­ją­cych z głowy mię­si­stych wypu­stek, a jej twarz wykrzy­wiał gniewny gry­mas.

Pęka­jące kości.

Roz­szar­py­wana skóra.

Zamglone, nie­wi­dzące oczy.

I krzyki. Gło­śniej­sze niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej - bar­dziej roz­pacz­liwe. A naj­gło­śniej­szy ze wszyst­kich - jego.

"Gdzie jestem? Gdzie to jest? Gdzie?!"

Elzar wzniósł ramiona, krztu­sząc się mor­ską wodą. Był z powro­tem na brzegu oce­anu Ashli. Sól zasy­chała na jego skó­rze w palą­cych pro­mie­niach słońca. Rozej­rzał się dookoła wciąż jesz­cze zamglo­nym wzro­kiem, pró­bu­jąc sku­pić spoj­rze­nie na zło­tym pia­sku cią­gną­cym się jak okiem się­gnąć wzdłuż plaży. Na nie­bie nad nim krą­żyły lata­jące żar­ła­cze, cze­ka­jąc na oka­zję do osku­ba­nia jego kości z mięsa. Ale Elzar nie był jesz­cze mar­twy. Nikt z nich nie był.

Wstał i ruszył chwiej­nym kro­kiem w kie­runku swo­jego vec­tora, zbie­ra­jąc po dro­dze roz­rzu­cone szaty. Musiał stąd odle­cieć. Musiał opu­ścić Jądro. Moc prze­mó­wiła. Odpo­wie­działa już na jego pyta­nie - po pro­stu wcze­śniej nie słu­chał jej wystar­cza­jąco uważ­nie.

Jedno słowo - nazwa pla­nety, na któ­rej zdoła w końcu wszystko napra­wić.

Valo.

Roz­dział pierw­szy

roz­dział pierw­szy

Rystań­skie Pust­ko­wia

Kometa ude­rzyła w pole lodowe, ini­cju­jąc nisz­czy­ciel­ską reak­cję łań­cu­chową. Aste­ro­idy i kawałki kosmicz­nych skał odbi­jały się od sie­bie niczym kule bilar­dowe - z tą jedy­nie róż­nicą, że więk­szość kul ważyła miliony ton i mogła zmiaż­dżyć sta­tek jak jajko. Te, które nie ule­gły jesz­cze cał­ko­wi­temu znisz­cze­niu wsku­tek koli­zji, zostały zre­du­ko­wane do ostrych jak brzy­twa odłam­ków powięk­sza­ją­cych tylko skalę znisz­cze­nia.

Żad­nemu śmiał­kowi ni­gdy nie udało się wejść na teren Pust­kowi bez szwanku. Pole lodowe było zaśmie­cone zde­for­mo­wa­nymi wra­kami stat­ków, które pró­bo­wały spro­stać wyzwa­niu prze­lotu pomię­dzy zde­rza­ją­cymi się pla­ne­to­idami - i ponio­sły porażkę. W sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach podobny pomysł bywał nie­bez­piecz­nym i zwy­czaj­nie głu­pim przed­się­wzię­ciem. W niesprzy­ja­ją­cych... cóż, to było wła­ści­wie samo­bój­stwo.

Dzi­siaj zaś oko­licz­no­ści były zde­cy­do­wa­nie nie­sprzy­ja­jące.

"Szkwa­łowy Pająk" mio­tał się w serii uni­ków, prze­dzie­ra­jąc się przez labi­rynt wiru­ją­cych skał. Był mały - nie­wiele więk­szy od promu, ale za to pod wzglę­dem szyb­ko­ści i zwrot­no­ści nie ustę­po­wał osła­wio­nym vec­to­rom Jedi. W rze­czy samej, spo­koj­nie można by wyba­czyć każ­demu, kto oglą­da­jąc dziwny, przy­po­mi­na­jący nieco paję­czaka sta­tek, pomy­ślałby, że za jego ste­rami zasiada wła­śnie ktoś z zakonu - któż inny zdo­łałby manew­ro­wać w nie­ustan­nie zmie­nia­ją­cym się kosmicz­nym kra­jo­bra­zie, zawi­ja­jąc bły­ska­wicz­nie to w lewo, to w prawo, aby unik­nąć zmiaż­dże­nia przez gigan­tyczne kule lodu? Prawda była jed­nak taka, że isto­cie zasia­da­ją­cej za ste­rami sta­teczku nie mogłoby być dalej do Jedi. Jedi byli obroń­cami życia i roz­świe­tlali galak­tykę. Żyli dla innych, nie dla sie­bie, dba­jąc o pokój i har­mo­nię, gdzie­kol­wiek się zja­wiali. W skró­cie: byli boha­te­rami.

Udi Dis uro­dził się jako Talor­tai, ale teraz mie­nił się Nihi­lem. Bar­czy­sta i wysoka pta­ko­po­dobna istota wybrała żywot pirata i gra­bieżcy: bra­nie tego, co się chciało, i zrów­ny­wa­nie z zie­mią tego, co pozo­stało. Nie było to, co prawda, życie szla­chetne, ale jedyne, jakie znał - i zapew­niało mu wła­sne miej­sce we wszech­świe­cie, który wie­lo­krot­nie wcze­śniej pluł mu w twarz.

Jedyne, co łączyło Disa z Jedi, to jego więź z Mocą. Wielu Talor­ta­iów było wraż­li­wych na to pole ener­gii, które prze­ni­kało wszech­świat, ale mało który z przed­sta­wi­cieli tego tchórz­li­wego gatunku korzy­stał z tego daru. Twier­dzili, że nie mają do tego prawa - że to w jakiś spo­sób nie­mo­ralne. Dis ni­gdy nie zro­zu­miał dla­czego. Skoro los nagro­dził kogoś takimi zdol­no­ściami, czy nie powinno się raczej ich wyko­rzy­sty­wać i szko­lić się w ich jak naj­lep­szym uży­wa­niu, aby zdo­być prze­wagę nad tymi, któ­rzy nie zostali nimi pobło­go­sła­wieni? I wła­śnie mię­dzy innymi dla­tego więk­szość Talor­ta­iów była ska­zana na pozo­sta­nie tam, gdzie tkwili: led­wie wią­żąc koniec z koń­cem na Talo­rze, pod­czas gdy on był tutaj, pośród gwiazd. Jasne, Dis wie­lo­krot­nie dozna­wał zawo­dów - cza­sem zawo­dzili go inni, naj­czę­ściej jed­nak roz­cza­ro­wy­wał sam sie­bie, ale Moc ni­gdy go nie zdra­dziła, ani razu. Życie byłoby lep­sze, gdyby nie uza­leż­nił się od reedugu, ale póki co był czy­sty - i ni­gdy nie czuł się bar­dziej żywy.

Chwy­cił za stery sta­teczku szpo­nia­stymi łapami, a jego umię­śnione ramiona napięły się, gdy skrę­cił ostro w prawo, zwin­nie uni­ka­jąc szcząt­ków, które z pew­no­ścią zabi­łyby wszyst­kich na pokła­dzie, gdyby jed­nostkę pilo­to­wał ktoś mniej wprawny. Dis jed­nak znał Pust­ko­wia jak wła­sną kie­szeń - nawet mimo że ni­gdy wcze­śniej nie miał oka­zji tędy latać. Wszy­scy Talor­ta­io­wie mieli wro­dzoną zdol­ność do orien­ta­cji w prze­strzeni - dosłow­nie wyczu­wali wibra­cje kosmosu w kościach - ale umie­jęt­no­ści nawi­ga­cyjne Disa były w tym zakre­sie nie­zrów­nane. Dzięki swoim talen­tom mógł namie­rzyć każdą aste­ro­idę w oko­licy - nie potrze­bo­wał do tego map ani pomocy dro­ida nawi­ga­cyjnego. Wystar­czyła mu Moc.

Za jego ple­cami właz pro­wa­dzący do kok­pitu "Pająka" roz­su­nął się, wpusz­cza­jąc do wnę­trza stę­chłe powie­trze z kory­ta­rzy cia­snego skoczka mię­dzy­pla­ne­tar­nego. Dis nie musiał się odwra­cać, by spraw­dzać toż­sa­mość swo­jego gościa - nie było takiej potrzeby. Usły­szał szczęk butów na pane­lach pokładu, poczuł lekki powiew powie­trza zmą­co­nego falo­wa­niem pele­ryny, a pióra na jego ciele nastro­szyły się w reak­cji na obec­ność istoty, któ­rej poprzy­siągł słu­żyć przez resztę swo­jego życia - Mar­chiona Ro, Oka Nihi­lów.

Czy był zasko­czony, kiedy Ro przy­szedł do niego, by powie­rzyć mu tę misję? Oczy­wi­ście, że tak. Nie miał nawet poję­cia, że Oko zna jego imię - nie mówiąc już o wie­dzy na temat jego zdol­no­ści w zakre­sie pilo­tażu. Ostat­nie kilka lat Dis spę­dził, słu­żąc na chmu­ro­statku pod roz­ka­zami Cro­cina o zęba­tej pasz­częce, zna­nego jako Scar­spike - zbira, który wię­cej czasu niż na pla­no­wa­niu najaz­dów spę­dzał na gnę­bie­niu swo­jej załogi. Co zresztą w końcu dało o sobie znać. Dis zabił go po skre­wio­nym ataku na Pogrze­bo­wym Księ­życu Serenno. Tam­tego dnia stra­cili trójkę Nihi­lów, ale Scar­spike stra­cił znacz­nie wię­cej, gdy Dis otwo­rzył jego żyla­ste gar­dło jed­nym płyn­nym chla­śnię­ciem skrzy­dło­ostrza. Nie miał poję­cia, czy to wła­śnie ten czyn spra­wił, że Oko zwró­cił na niego uwagę. Może tak, a może nie. Wie­dział tylko, że nagle został wywyż­szony ponad wszyst­kie Bły­ska­wice i Chmury, i wszyst­kich innych człon­ków Nihi­lów, dołą­cza­jąc do oso­bi­stej świty Ro. Ten nie­spo­dzie­wany awans nie pozo­stał oczy­wi­ście nie­zau­wa­żony. Nihi­lo­wie mieli ści­śle okre­śloną, upo­rząd­ko­waną hie­rar­chię. Każdy zaczy­nał od niskiej pozy­cji Bły­ska­wicy, mozol­nie pnąc się po szcze­blach kariery, aby zostać Chmurą, aż wresz­cie otrzy­mać pro­mo­cję na Burzę. Horda Nihi­lów była podzie­lona na trzy Nawał­nice, dowo­dzone przez trójkę Jeźdź­ców Nawał­nic: Pana Eytę, potęż­nego Dowu­tina o wygó­ro­wa­nych ambi­cjach, mają­cego o sobie wyjąt­kowo wyso­kie mnie­ma­nie, zimną i efek­tywną Twi'lekankę Lournę Dee, a także naj­now­szy naby­tek Ro, pod­stęp­nego Tal­pi­niego zna­nego jako Zeetar. Nie dało się nie zauwa­żyć, iż nie­dawny awans tego ostat­niego porząd­nie roz­ju­szył Pana, a pro­mo­cja Disa roz­wście­czyła go jesz­cze bar­dziej. Mię­dzy Panem i Disem doszło nie­mal do ręko­czy­nów. Dowu­tin twier­dził, że nobi­li­tu­jąc go, Ro łamie nihil­ską Zasadę Trzech. W prze­ci­wień­stwie do samych Jeźdź­ców Nawał­nic, Oko nie miał dotych­czas pod sobą wła­snych oddzia­łów. Zga­dza się: jeśli cho­dzi o pla­no­wa­nie, jego głos był roz­strzy­ga­jący i - ow­szem, dostar­czał Nihi­lom Ście­żek, dzięki któ­rym mogli oni uni­kać wcho­dze­nia Repu­blice w drogę (a przy­naj­mniej działo się tak przez więk­szość czasu). Dis podej­rze­wał, że gdyby nie pro­blem Ście­żek, Pan już dawno wysłałby Ro w kosmos przez śluzę powietrzną, póki co jed­nak jego pomoc w zakre­sie nawi­ga­cji była zbyt cenna. Dawała Nihi­lom prze­wagę, więc na razie obawy Eyty tra­fiały w próż­nię. Dis otrzy­mał zaś pozwo­le­nie wej­ścia na pokład okrętu Ro, "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia", w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści obsłu­gi­wa­nego przez załogę mil­czą­cych dro­idów - i w dużej mie­rze opu­sto­sza­łego, niczym pozba­wiony miesz­kań­ców pałac o licz­nych kom­na­tach. To wła­śnie tam, w pil­nie strze­żo­nym przed wścib­skim wzro­kiem sank­tu­arium Ro, Dis dowie­dział się, że mają lecieć na Rystan z pewną tajną misją, na którą, ma się rozu­mieć, nie mogli się wybrać "Spoj­rze­niem". Okręt rzadko kiedy opusz­czał bazę Nihi­lów na Gri­zalu, a jeśli już, to ni­gdy w cało­ści - jego inte­gralna część zosta­wała na pla­ne­to­idzie - ale nawet ta jego część, którą zazwy­czaj odłą­czano na czas misji, byłaby zbyt duża i mało zwrotna, by pora­dzić sobie w polu lodo­wych okru­chów. I wła­śnie dla­tego potrze­bo­wali cze­goś mniej­szego - potrze­bo­wali "Szkwa­ło­wego Pająka".

- Za ile opu­ścimy Pust­ko­wia? - spy­tał Ro, kła­dąc oble­czoną ręka­wicą dłoń na opar­ciu fotela Disa.

- Jesz­cze tylko kilka minut... - Dis obró­cił się w stronę swo­jego prze­ło­żo­nego. - Na­dal nie wiem, jak powi­nie­nem się do cie­bie zwra­cać - powie­dział. - Per "Oko"? "Sir"?

Ro skrzy­wił wąskie wargi na dźwięk wyraź­nej nie­chęci w gło­sie Talor­taia, a jego ciemne oczy zalśniły w czer­wo­nym bla­sku wle­wa­ją­cym się do wnę­trza kok­pitu przez ilu­mi­na­tor.

- Możesz mi mówić... Mar­chion.

Dis wypiął pierś roz­party dumą. Ni­gdy nie był zwo­len­ni­kiem łań­cu­cha dowo­dze­nia - i praw­do­po­dob­nie wła­śnie to było jedną z przy­czyn, dla któ­rych tak długo pozo­sta­wał Bły­ska­wicą. To, jak rów­nież fakt, że więk­szość ostat­nich dzie­się­ciu lat spę­dził w reedu­go­wym otę­pie­niu. Teraz jed­nak... kto by pomy­ślał?! Po imie­niu z samym Ro?! Nikt ni­gdy nie mówił do Oka per "Mar­chion" - nawet Pan.

- Na­dal sądzę, że łatwiej byłoby sko­rzy­stać ze Ścieżki - zauwa­żył, wypro­wa­dza­jąc w końcu "Pająka" z pola lodo­wych szcząt­ków, aby okrą­żyć świe­cącą bla­dym świa­tłem gwiazdę Rystana.

Ro pod­szedł do wol­nego sta­no­wi­ska arty­le­ryj­skiego, żeby zabrać z pul­pitu swoją maskę, która spo­czy­wała na kon­soli, odkąd opu­ścili Wielką Salę.

- Wów­czas jed­nak nie miał­bym oka­zji oglą­dać mistrza pod­czas pracy - odpo­wie­dział Oko, prze­cie­ra­jąc ręka­wem pokryty szro­nem wizjer maski. - Twoje umie­jęt­no­ści są dokład­nie tak impo­nu­jące, jak można by się spo­dzie­wać - tym bar­dziej teraz, gdy jesteś już wolny od swo­jej... sła­bo­ści.

O tak - zga­dza się: Dis był teraz wolny. Ro dopil­no­wał oso­bi­ście, by Talor­tai wyrzu­cił resztki swo­jego małego zapa­siku do zsypu na pokła­dzie "Spoj­rze­nia". Myślał trzeźwo pierw­szy raz od wielu lat, a jego więź z Mocą była sil­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Na reedzie nie miałby szans prze­mknąć przez pole lodo­wych szcząt­ków - nie mógł zaprze­czyć, że Ro choć w tym miał swoją zasługę.

- I pomy­śleć, że przez te wszyst­kie lata mie­li­śmy pośród sie­bie użyt­kow­nika Mocy... - pod­jął Ro, spraw­dza­jąc fil­try swo­jej maski. - Scar­spike był głup­cem. Cie­szę się, że nie żyje.

"Nie ty jeden" - pomy­ślał Dis, ale zacho­wał tę uwagę dla sie­bie, pod­czas gdy "Pająk" wcho­dził w rzadką atmos­ferę Rystana.

- Czy byłeś kie­dyś na pla­ne­cie zablo­ko­wa­nej pły­wowo? - zapy­tał Ro.

Dis pokrę­cił głową.

- Są... fascy­nu­jące - stwier­dził Oko. - Jedną stroną są bez­u­stan­nie zwró­cone w kie­runku słońca, a ich powierzch­nia to w zasa­dzie spa­lona nim pusty­nia.

- Pod­czas gdy ta druga to zamar­z­nięte pust­ko­wia - dopo­wie­dział Dis. Widok jało­wych lądów nie napa­wał zbyt­nim opty­mi­zmem. - No to... gdzie dokład­nie lądu­jemy?

Ro wska­zał na spła­che­tek ziemi roz­cią­ga­jący się mię­dzy dwoma szczy­tami.

- Tam.

- Czy jest tam jakiś kosmo­port?

- Nie­ko­niecz­nie.

Ro skie­ro­wał wzrok ku skraw­kowi jało­wego lądu prze­mie­rza­nego przez kłęby tur­la­ją­cych się tu i ówdzie wędro­stów.

- Jesteś pewien, że to tutaj? - spy­tał Dis, akty­wu­jąc sys­tem goleni lądow­ni­czych. - Nic tu nie ma...

Oko uśmiech­nął się tylko, zakła­da­jąc swoją maskę.

- Och, na pewno wkrótce się zdzi­wisz...

Roz­dział drugi

roz­dział drugi

Stocz­nie Cyc­lora

Jesz­cze nie tak dawno pada­wan Bell Zet­ti­far byłby bez­gra­nicz­nie wręcz pod­eks­cy­to­wany wido­kiem, który roz­cią­gał się w dole. Stał na plat­for­mie obser­wa­cyj­nej naj­więk­szego han­garu, w jakim kie­dy­kol­wiek w życiu miał oka­zję gościć, sta­no­wią­cego część wiel­kich stoczni na orbi­cie Cyc­lora, sto­sun­kowo nie­wiel­kiej zie­lono-brą­zo­wej pla­nety na tere­nie Środ­ko­wych Rubieży. Nieco niżej, w jasnych świa­tłach han­garu, bla­skiem wypo­le­ro­wa­nej dura­stali lśniła syl­wetka statku zna­nego jako "Inno­wa­tor". Mająca wystar­to­wać za kilka godzin jed­nostka była praw­dzi­wym cudem tech­niki: mie­rząca ponad trzy­sta metrów, wypo­sa­żona we wszel­kie naj­now­sze sys­temy roz­po­zna­nia i medyczne, sta­no­wiła naj­bar­dziej skom­pli­ko­wany sta­tek badaw­czy, jaki zbu­do­wano do tej pory - o czym zapew­nił Bella nie kto inny, a sam jej pro­jek­tant, osła­wiony aqu­ali­shań­ski inży­nier Vam Tar­ges, gdy zja­wił się w stocz­niach oso­bi­ście.

- Napę­dza go sieć aż czter­dzie­stu dwóch pro­ce­so­rów dro­idów klasy intel­lex - nie­by­wałe, nie­praw­daż? - poin­for­mo­wał go pod­czas ich pośpiesz­nej prze­chadzki po prze­stron­nym mostku okrętu. Jego woka­bu­la­tor szu­miał cicho, tłu­ma­cząc słowa wypo­wia­dane peł­nym pod­eks­cy­to­wa­nia gło­sem z aqu­ali­shań­skiego na basic.

- To naprawdę... nie­sa­mo­wite - wykrztu­sił Bell, w odpo­wie­dzi na co uzy­skał zapew­nie­nie, że to zde­cy­do­wa­nie mało powie­dziane - to było wręcz nie­by­wałe, ot co!

- Dzia­ła­nie całej siatki wspiera wie­lo­funk­cyjna kon­struk­cja mojego wła­snego pro­jektu, dorów­nu­jąca nawet - ba, a może i prze­wyż­sza­jąca pod tym wzglę­dem! - sys­te­mowi archi­wów Jedi na Coru­scant, gdyby ktoś spy­tał mnie o zda­nie! - oświad­czył Tar­ges.

Bell nie miał poję­cia, czy to prawda, ale nie chciał się wykłó­cać z inży­nie­rem - w końcu to było jego pięć minut... czy może raczej: będzie, gdy "Inno­wa­tor" dotrze za parę dni na Valo. Sta­tek miał być eks­po­na­tem pre­zen­to­wa­nym pod­czas nad­cho­dzą­cego Festi­walu Repu­bliki, naj­now­szego z Wiel­kich Pro­jek­tów kanc­lerz Liny Soh. Już nie­ba­wem miliony uczest­ni­ków festi­walu będą podzi­wiać dzieło Tar­gesa, a jeśli mieli gust choć tro­chę podobny do gustu Bella, będą zachwy­ceni. "Inno­wa­tor" był wypo­sa­żony w naj­no­wo­cze­śniej­sze pra­cow­nie cyber­ne­tyczne, a także liczne labo­ra­to­ria bio­in­ży­nie­ryjne, sta­no­wi­ska ana­li­tyczne, sek­cje badaw­cze, jak rów­nież biblio­tekę medyczną mogącą kon­ku­ro­wać z Insty­tu­tem Docha na Dun­naku.

Nie­za­leż­nie od tego, jak wspa­niały był bez wąt­pie­nia sta­tek, to było jed­nak nic w porów­na­niu z geniu­szem istot, które zbu­do­wały go od pod­staw. Cyc­lo­ria­nie byli naprawdę nie­zwy­kłym gatun­kiem, innym od cze­go­kol­wiek, z czym Bell miał do tej pory stycz­ność. Insek­to­idalni, mie­rzący około metra wzro­stu, o dużych, bul­wia­stych gło­wach, w któ­rych domi­no­wała para wiel­kich, faset­ko­wych oczu, przy­po­mi­nali spie­ko­mu­chy rojące się w salach pla­cówki Jedi na Elph­ro­nie, gdzie Bell spę­dził więk­szość swo­jego szko­le­nia. Obser­wo­wał ich teraz, jak dwoją się i troją, uwi­ja­jąc się jak w ukro­pie wokół lśnią­cego statku i prze­pro­wa­dza­jąc ostat­nie pro­ce­dury kon­tro­lne - ide­al­nie zgrany zespół, mimo że nie sły­szał, by wymie­nili ze sobą choć słowo. To było... coś nie­sa­mo­wi­tego. Każdy z nich wyda­wał się wie­dzieć dokład­nie, instynk­tow­nie, co należy zro­bić i gdzie - nikt nie wcho­dził sobie w paradę. Współ­pra­co­wali ze sobą w ide­al­nej har­mo­nii. A ich entu­zjazm do pracy był zaraź­liwy. W ciągu dwu­dzie­stu czte­rech godzin, odkąd tu przy­był, nie zauwa­żył ani jed­nego przed­sta­wi­ciela tego gatunku, który by narze­kał, cho­ciaż Tar­ges cie­szył się repu­ta­cją suro­wego prze­ło­żo­nego. Pra­co­wali po pro­stu, godzina za godziną, poru­sza­jąc rado­śnie czuł­kami i prze­cho­dząc od jed­nego zada­nia do dru­giego. Na ich widok nie można było się nie uśmie­chać. A to było dokład­nie to, czego Bell potrze­bo­wał - szcze­gól­nie teraz.

Obok niego Żarka poru­szyła się nie­spo­koj­nie. Węglo­ga­rzyca waro­wała cier­pli­wie u jego stóp, nie odstę­pu­jąc go na krok, odkąd opu­ścili Elph­ronę. Była znajdą, którą przy­gar­nęli w tam­tej­szej pla­cówce - trak­to­wana przez Jedi począt­kowo jako coś w rodzaju maskotki, stała się w końcu ich nie­od­łączną towa­rzyszką i wierną przy­ja­ciółką. Gdy Bell odla­ty­wał z Elph­rony, Żarka wsko­czyła po pro­stu do jego vec­tora, jasno dając mu do zro­zu­mie­nia, że zamie­rza wybrać się w tę podróż razem z nim - i od tam­tej pory byli prak­tycz­nie nie­roz­łączni: on, pada­wan Jedi, i ona, jego straż­niczka oraz powier­niczka. Teraz wstała, popa­tru­jąc wycze­ku­jąco na drzwi plat­formy obser­wa­cyj­nej, które już po chwili się otwo­rzyły, uka­zu­jąc postać Inde­ery Sto­kes. Tho­lo­thianka roze­śmiała się, gdy Żarka wspięła się na jej nogi i zaczęła się dopo­mi­nać piesz­czot. Podra­pała czule węglo­ga­rzycę pod nakra­pianą poma­rań­czowo szyją.

- Tak, tak, jasne! - zapew­niła ją. - Ja też się cie­szę, że cię widzę! Już, już. Wystar­czy tego dobrego. O tak. Dobra dziew­czynka, dobra.

Żarka posłu­chała i podrep­tała z powro­tem do sto­ją­cego na skraju plat­formy Bella. Chło­pak spoj­rzał na nią i uśmiech­nął się na widok zawzię­cie mer­da­ją­cego ogona chłosz­czą­cego cho­lewki jego butów.

- Jestem pewien, że cie­bie lubi bar­dziej ode mnie - stwier­dził, kiedy Inde­era do niego dołą­czyła.

- A ja sądzę, że oboje wiemy, że to wie­rutne kłam­stwo - odparła, sta­jąc obok, żeby wraz z nim podzi­wiać maje­sta­tyczny sta­tek w dole. Wsparła się o poręcz i pokrę­ciła z nie­do­wie­rza­niem głową na widok ciężko pra­cu­ją­cych Cyc­lo­rian. - Z tymi wszyst­kimi gwiaz­dami nad głową... zapiera dech w piersi, prawda?

- O tak, mistrzyni. "Inno­wa­tor" jest rów­nie nie­sa­mo­wity jak ci, któ­rzy go stwo­rzyli.

Jak zawsze, Bell poczuł ukłu­cie bólu, zwra­ca­jąc się do Inde­ery jej tytu­łem. Ow­szem, Tho­lo­thianka była teraz jego men­torką - odkąd zgo­dziła się wziąć go pod swoje skrzy­dła po tym, jak jego poprzedni mistrz, Loden Gre­at­storm, zagi­nął, bro­niąc osad­ni­ków pod­czas walki z Nihi­lami nie­mal rok temu. Młody Jedi wciąż pamię­tał słowa, które Twi'lek wypo­wie­dział wów­czas, usa­do­wiony za ste­rami swo­jego vec­tora:

"Nie jestem już twoim mistrzem, Bell. Jesteś ryce­rzem Jedi".

"Nie, dopóki Rada tego nie zatwier­dzi, a ja chciał­bym, żebyś tam był, gdy to się sta­nie" - odpo­wie­dział wów­czas.

Teraz jed­nak... nie było na to szans. Loden powie­dział mu, co prawda, na poże­gna­nie, że wkrótce się spo­tkają, ale już ni­gdy go nie zoba­czyli. Nikt nie wie­dział, co przy­tra­fiło mu się po tym, jak porzu­cił swo­jego vec­tora... ich vec­tora, aby oca­lić rodzinę Bly­the'ów z rąk Nihi­lów. Sta­te­czek został roz­py­lony na atomy przez nihil­skie działko, a Loden... cóż, znik­nął. Inde­era bez­u­stan­nie przy­po­mi­nała Bel­lowi, że ostat­nim życze­niem Gre­at­storma było, by jego pada­wan został paso­wany na ryce­rza Jedi, chło­pak był jed­nak prze­ko­nany, że nie jest jesz­cze na to gotowy.

Jak mógł być gotowy, gdy czuł się w środku tak pusty, jakby zabra­kło jakiejś jego waż­nej cząstki...?

- Bell?

Prze­łknął ślinę, nagle doj­mu­jąco świa­dom tego, że Inde­era przy­gląda mu się wni­kli­wie. To była jego nowa men­torka - nie­za­leż­nie od tego, jak dziw­nie mógł się z tym czuć. Prawda była zaś taka, że nie powi­nien czuć się dziw­nie. Znał ją od wielu lat, wal­czył nawet u jej boku i sza­no­wał ją bar­dziej niż któ­re­go­kol­wiek z żyją­cych Jedi - i wła­śnie w tym, jak można się było spo­dzie­wać - tkwił szko­puł. Loden Gre­at­storm nie wróci - to było już bar­dziej niż pewne - ale nie­ważne, jak bar­dzo Bell podzi­wiał Inde­erę, wie­dział, że ni­gdy nie zdoła ona zastą­pić mu szla­chet­nego Twi'leka.

Uśmiech­nął się do niej blado.

- Myśla­łem po pro­stu o tym, jak pod­eks­cy­to­wany będzie tłum gości na Festi­walu Repu­bliki na widok "Inno­wa­tora".

- O tak. A ty?

- Co ja?

- Czy ty rów­nież nie możesz się docze­kać wizyty na Valo?

Skrę­po­wany prze­stą­pił z nogi na nogę, uwa­ża­jąc, żeby nie kop­nąć przy tym Żarki, która się do niego łasiła - czuł na łyd­kach cie­pło jej ciała przez cho­lewki swo­ich synt­skó­rza­nych butów.

- Dobrze będzie zoba­czyć znów Mik­kela i Nib. I, oczy­wi­ście, Burry'ego.

Cóż, to była prawda, nie dało się zaprze­czyć. Zaprzy­jaź­nił się z całą trójką - szcze­gól­nie z Wookieem Bur­ry­agą, któ­rego poznał po tym, jak wspól­nie przy­szło im uczest­ni­czyć w misji po het­zal­skiej kata­stro­fie.

- Oczy­wi­ście - powtó­rzyła Inde­era, na­dal przy­glą­da­jąc mu się swo­imi cie­płymi oczami. - Z pew­no­ścią będzie­cie mogli wspól­nie obej­rzeć wiele fan­ta­stycz­nych rze­czy... - Spoj­rzała znów na sta­tek. - Loden byłby nim zachwy­cony. Byłby zachwy­cony tym wszyst­kim...

Bell poczuł, jak w gar­dle zaczyna go uci­skać dła­wiąca gula, pod­czas gdy Inde­era cią­gnęła:

- Nie­mal go widzę, jak stoi tutaj, z nami, przy­glą­da­jąc się Cyc­lo­ria­nom przy pracy i doce­nia­jąc ich nie­zwy­kłe zdol­no­ści.

- A jak myślisz...? - zagad­nął Bell gło­sem łamią­cym się od natłoku emo­cji. - Jak myślisz, co by na to powie­dział? Gdyby tu z nami był?

Tho­lo­thianka zasznu­ro­wała wargi.

- Sądzę, że pochwa­liłby cię za wypo­le­ro­waną na wysoki połysk klamrę pasa, pora­dziłby ci, żebyś czę­ściej się uśmie­chał, i poin­for­mo­wał, że jeśli chcesz wresz­cie opa­no­wać wyko­ny­wa­nie vec­to­rem tej beczki, powi­nie­neś spę­dzać na ćwi­cze­niach co naj­mniej dwie godziny dzien­nie wię­cej.

Wbrew wła­snej woli Bell uśmiech­nął się sze­roko. Ostatni komen­tarz brzmiał bar­dzo typowo dla Inde­ery, która zawsze wyda­wała się szczę­śliw­sza pośród gwiazd niż na lądzie.

- Przy­po­mniałby ci też, w jaki spo­sób Jedi mie­rzą się ze śmier­cią tych, któ­rych darzą miło­ścią - dodała i uśmiech natych­miast znikł z twa­rzy chłopca bez śladu. - Bo Jedi mogą kochać, Bell. Nie jeste­śmy dro­idami - i nie możemy się zacho­wy­wać jak one. Jeste­śmy żywymi isto­tami, obda­rzo­nymi Mocą - i wszyst­kim, co ona ze sobą nie­sie: czu­jemy radość, przy­wią­za­nie i - tak, rów­nież żal. Doświad­cza­nie podob­nych emo­cji to część naszego życia. To świa­tło.

- Ale...

- ...ale cho­ciaż je odczu­wamy, nie powin­ni­śmy pozwa­lać, by one nami rzą­dziły. Jedi są panami wła­snych emo­cji, nie ich nie­wol­ni­kami. Tęsk­nisz za tym, co mógł­byś dzie­lić z Lode­nem, gdyby tutaj był. To natu­ralne. Ja też za nim tęsk­nię - jeste­śmy świa­domi naszego bólu, straty. Rozu­miemy go, a nawet godzimy się z nim w pewien spo­sób, koniec koń­ców jed­nak...

- ...musimy go porzu­cić - dokoń­czył, odwra­ca­jąc wzrok ku "Inno­wa­to­rowi", tak aby Inde­era nie widziała łez, które - jak zapewne dosko­nale wie­działa - napły­nęły mu teraz do oczu.

Wycią­gnęła dłoń i poło­żyła mu ją na przed­ra­mie­niu w geście pokrze­pie­nia.

- Wcale nie mówi­łam, że to łatwe. Tak samo jak beczka.

Na dźwięk jej słów uśmiech­nął się znowu, ona zaś uści­snęła lekko jego rękę, po czym sku­piła się ponow­nie na statku.

- A poza tym... nikt ni­gdy nie odcho­dzi na dobre. Nie­ważne, co się wyda­rzy, Loden będzie z tobą - teraz i już zawsze. Jest czę­ścią nas.

Bell poczuł, że do oczu znów napły­nęły mu łzy.

- Poprzez Moc.

- Poprzez Moc - potwier­dziła. - Wie­rzysz w to, prawda?

Ski­nął głową, licząc na to, że uda mu się ją zwieść - i jed­no­cze­śnie bole­śnie zda­jąc sobie sprawę z tego, że nie zdoła jej tak łatwo oszu­kać.

- Tak. Pew­nie, że tak.

- Dobrze wie­dzieć - stwier­dziła bez więk­szego prze­ko­na­nia. - A teraz, jeśli nie mamy tu już do roboty nic waż­nego...

- ...powin­ni­śmy zejść z tej plat­formy i zająć się czymś poży­tecz­nym - dopo­wie­dział, nie mając spe­cjal­nej ochoty dłu­żej cią­gnąć tematu.

Zanim zdą­żyła coś na to odpo­wie­dzieć, roz­legł się brzę­czyk jej komu­ni­ka­tora.

- Być może sama Moc się z tobą zga­dza, mój Już-Nie-Tak-Młody-Pada­wa­nie. - Wyjęła komu­ni­ka­tor z kie­szeni swo­jej jasno­brą­zo­wej kurtki i ode­brała: - Sto­kes, słu­cham?

- Tu Stel­lan Gios - roz­brzmiała prze­ry­wana trza­skami wyła­do­wań odpo­wiedź. Głę­boki zazwy­czaj głos mistrza Jedi był dziw­nie głu­chy, znie­kształ­cony przez dzie­lący ich dystans. Cho­ciaż Latar­nia Gwiezdny Blask zde­cy­do­wa­nie popra­wiła jakość komu­ni­ka­cji na pogra­ni­czu, łącz­ność na­dal pozo­sta­wiała wiele do życze­nia - nawet tutaj, na Środ­ko­wych Rubie­żach. Kanc­lerz Soh posta­wiła sobie za punkt honoru utwo­rzyć całą sieć podob­nych latarni, cią­gnącą się od Jądra aż po naj­dal­sze zakątki Repu­bliki, dopóki jed­nak jej plan pozo­sta­wał w sfe­rze obiet­nic, musieli się godzić z tym, że trans­mi­sje czę­sto były nie naj­lep­szej jako­ści.

- Prze­pra­szam, czy mógł­byś powtó­rzyć? - popro­siła Inde­era, gdy reszta powi­ta­nia mistrza Giosa uto­nęła w powo­dzi szu­mów.

- Oczy­wi­ście - potwier­dził. - Chcia­łem tylko spraw­dzić, jak wam idzie gro­ma­dze­nie infor­ma­cji potrzeb­nych mi do rapor­tów dla Rady. Czy "Inno­wa­tor" będzie gotowy na czas?

- Przed cza­sem - wypa­lił Bell i nie­mal natych­miast się zaru­mie­nił, kiedy dotarło do niego, że ode­zwał się nie­pro­szony, odpo­wia­da­jąc na pyta­nie skie­ro­wane do jego mistrzyni. Inde­era osten­ta­cyj­nie prze­wró­ciła oczami, ale uśmiech błą­ka­jący się po jej war­gach mówił mu, że nie musi się oba­wiać repry­mendy. Pomimo całej swo­jej mądro­ści nie była osobą, która nale­gała na ści­słe trzy­ma­nie się pro­to­kołu.

- Miło mi to sły­szeć... pada­wa­nie Zet­ti­far, zga­dza się?

Bell kiw­nął głową, mimo iż miał świa­do­mość, że Stel­lan nie może go zoba­czyć.

- Tak, mistrzu Gios - potwier­dził. - Cyc­lo­ria­nie są nie­sa­mo­wici, podob­nie jak sam "Inno­wa­tor".

- Cóż, w takim razie nie mogę się docze­kać, aż zoba­czę go na wła­sne oczy - i, ma się rozu­mieć, poznam cię oso­bi­ście. Nib Assek wychwala cię pod nie­biosa.

Bell zaru­mie­nił się jesz­cze moc­niej.

- Czy ona... jest teraz z tobą?

- Tak, lecimy wła­śnie na Valo. Cie­szy się, że wkrótce znowu cię zoba­czy.

- To bar­dzo miłe z jej strony... - wymam­ro­tał, nie bar­dzo wie­dząc, co na to odpo­wie­dzieć.

- A mój pada­wan jest sta­now­czo zbyt skromny, nawet jak na Jedi - wtrą­ciła Inde­era. - Moc go pobło­go­sła­wiła, jak sam się nie­długo prze­ko­nasz, stary druhu.

Bell pod­niósł wysoko brwi. Nie miał poję­cia, że Inde­era znała Giosa - nie mówiąc już o tym, że byli w tak zaży­łych sto­sun­kach, jak mogłyby suge­ro­wać jej ton i dobór słów.

- Nie wąt­pię - odparł Stel­lan. - A więc do zoba­cze­nia na Valo. Sły­sza­łem, że mają tam fan­ta­styczne mary­no­wane cush­nipy.

- Lep­sze od tych, które jedli­śmy na The­ros Major? Pozwól, że sama to oce­nię.

Z gło­śnika dobiegł chi­chot Stel­lana.

- Dla­czego mnie to nie dziwi? A teraz, jeśli mi wyba­czysz, mam randkę z dro­idem-kame­rzy­stą.

Teraz to Inde­era się roze­śmiała.

- Cóż, gdy awan­su­jesz do Naj­wyż­szej Rady... ludzie będą cię pro­sili o auto­grafy!

- Będę odsy­łał ich do cie­bie. Gios, bez odbioru.

- Jaki on jest? - zapy­tał Bell, kiedy Sto­kes scho­wała komu­ni­ka­tor za pazu­chę swo­jej mięk­kiej skó­rza­nej kurtki.

- Stel­lan? To jeden z naj­lep­szych Jedi, jakich dane mi było poznać. Spo­tka­li­śmy się na Cara­gon-Viner na długo przed tym, zanim dosta­łam przy­dział na Elph­ronę. Jest oczy­wi­ście młod­szy ode mnie, ale... - Inde­era urwała, a białe wypustki spły­wa­jące miękko z głowy na jej ramiona zafa­lo­wały lekko. Bell nie musiał pytać dla­czego. On rów­nież to poczuł: jakiś... chłód w Mocy, jakby jej pło­mień przy­gasł na chwilę, aby za moment zapło­nąć jesz­cze jaśniej­szym bla­skiem.

- Coś jest nie tak - stwier­dził tylko. Żarka pod­sko­czyła, jeżąc sierść, gdy wyczuła wyraźny wzrost napię­cia mię­dzy dwójką Jedi.

- Mało powie­dziane - zgo­dziła się z nim Inde­era, kie­ru­jąc się już w stronę wyj­ścia z plat­formy. - Daj "Inno­wa­to­rowi" znać, że wyru­szamy.

Roz­dział trzeci

roz­dział trzeci

Safrifa

"Pomo­żesz nam?"

Ty Yor­rick prze­stała już liczyć, ile razy sły­szała te słowa. Zazwy­czaj towa­rzy­szyły im bła­galne spoj­rze­nia oraz widok bra­ku­ją­cych koń­czyn. Trzeba było być zde­spe­ro­wa­nym, by zwra­cać się z prośbą o pomoc do kogoś takiego jak Ty.

Bagienni far­me­rzy z Safrify byli jed­nak zde­spe­ro­wani, bez dwóch zdań.

Zna­leźli ją, gdy napra­wiała swój sta­tek na skraju bagien­nych pól, przy­go­to­wu­jąc się do odlotu po uda­nej misji odbi­cia jeńca, pod­czas któ­rej uwol­niła syna lokal­nego wło­da­rza z rąk klanu rywa­li­zu­ją­cego ze spra­wu­ją­cym rządy rodem. Nie obyło się bez roz­lewu krwi i krzy­ków. Zawsze były krew i krzyki. Krew wciąż pla­miła jej pan­cerz, a krzyki na­dal roz­brzmie­wały jej w uszach, kiedy tam­tego wie­czoru padła w końcu na swoją koję, wziąw­szy uprzed­nio nieco korze­nia keekon, aby w ogóle móc zasnąć. W zasa­dzie to krzyki nie prze­szka­dzały jej aż tak mocno. Towa­rzy­szyły jej przez więk­szość ostat­niego dzie­się­cio­le­cia i były jedyną stałą w jej bez­u­stan­nie zmie­nia­ją­cym się życiu.

Noviań­ska ruda, którą otrzy­mała za ura­to­wa­nie dzie­ciaka, z pew­no­ścią się przyda. Potrze­bo­wała czę­ści do naprawy statku, a to ozna­czało wydatki. Na Kel­do­oine znała pew­nego zbroj­mi­strza, który chęt­nie przyj­mie rudę, aby prze­to­pić ją na piło­ostrza. Może sama by sobie jedno kupiła? Będzie mogła mniej wydać na sta­tek, ale po tam­tej skre­wio­nej akcji na Alzocu III jej arse­nał został znacz­nie uszczu­plony. Ten krif­fo­lony Hoopa­loo zwę­dził jej połowę uzbro­je­nia! Jakiś inny najem­nik na jej miej­scu praw­do­po­dob­nie wytro­piłby tę zdra­dziecką papugę i wyrwał jej ten par­szywy dziób, ale Ty nie była pierw­szą lep­szą najem­niczką. Cza­sami czło­wie­kowi zda­rzały się złe rze­czy - i trzeba było jakoś sobie z tym radzić. Nie było sensu mar­no­wać czasu ani sił na walki, któ­rych nie musiało się toczyć, szcze­gól­nie jeśli nikt ci za nie nie pła­cił.

Wyczuła, że bagienni far­me­rzy się zbli­żają, jesz­cze na długo przed tym, zanim usły­szała, jak brną przez błoto. Wyczuła... i doko­nała pobież­nego sza­cunku. Nie sta­no­wili zagro­że­nia ani nie mieli złych zamia­rów. Wła­ści­wie to nie mogli zagro­zić nikomu. Więk­szość Safri­fan była chu­dymi, małymi stwo­rze­niami o skó­rze w kolo­rze zasta­łej wody i przy­po­mi­na­ją­cych wodo­ro­sty wło­sach opa­da­ją­cych pas-mami na duże, owalne oczy. Byli jed­nak pra­co­wici i pomy­słowi. Ty miała oka­zję prze­dzie­rać się przez jedną z ich dry­fu­ją­cych upraw - długi, wąski spła­che­tek żyznej gleby wynie­sio­nej ponad mokra­dła na kopcu z błota i gni­ją­cej roślin­no­ści, który sta­no­wił war­stwę izo­lu­jącą korze­nie ich kru-kru od nad­mier­nie wil­got­nego śro­do­wi­ska. Farma cią­gnęła się przez wiele kilo­me­trów, a każdą działkę ota­czały bariery z wierz­bo­wego drewna oraz sieć wąskich kana­łów. Pozor­nie tutej­sze tereny spra­wiały wra­że­nie nie­zbyt sprzy­ja­ją­cych upra­wie roślin, ale Safri­fanie zna­leźli spo­soby na obej­ście nie­go­ścin­nych warun­ków. Byli zaradni i wytrwali. Ty była pod wra­że­niem. Ba! Wzbu­dziło to nawet jej podziw! A teraz przy­szli tu, cze­ka­jąc cier­pli­wie, aż zechce z nimi poroz­ma­wiać. To mogło zaś ozna­czać tylko jedno.

- Ładny sta­tek - sko­men­to­wał jeden z nich w świer­go­tli­wym basicu. - Jaka jego nazwa?

- Nie ma nazwy - odburk­nęła Ty w ich ojczy­stym języku, nie prze­ry­wa­jąc pracy. Cho­lerny sta­bi­li­za­tor led­wie trzy­mał się na swoim miej­scu!

- Mówisz w naszym języku? - zdzi­wił się far­mer.

- O tyle, o ile.

Cóż, aku­rat do tego miała dryg. Zawsze było tak samo. Szybko pod­ła­py­wała więk­szość języ­ków, co było dość uży­tecz­nym talen­tem w jej pro­fe­sji. Cza­sem nie kryła się z tym, innymi razy mil­czała i nasłu­chi­wała. Ze strony tej dwójki nie miała się jed­nak czego oba­wiać, gdy tak trzę­śli się za jej ple­cami, nie mając poję­cia, co powie­dzieć po tym, jak ich próba uprzej­mego nawią­za­nia kon­wer­sa­cji zawio­dła. Mimo to nie okła­mała ich. Jej sta­tek, poobi­jany frach­to­wiec YT-750, nie miał nazwy, a jedy­nie numer reje­stra­cyjny figu­ru­jący w reje­strach Repu­bliki. Wła­ści­wie to kilka nume­rów, w zależ­no­ści od zle­ce­nia lub pra­co­dawcy, dla któ­rego aku­rat wyko­ny­wała robotę. Nie widziała sensu w nada­wa­niu nazw cze­mu­kol­wiek ze swo­jego dobytku - stat­kowi, broni, a nawet dwóm dro­idom, które towa­rzy­szyły jej w misjach, sar­ka­stycz­nej jed­no­stce admi­ni­stra­cyj­nej oraz bez wąt­pie­nia przy­dat­nemu astro­me­chowi. Podob­nie jak sta­tek, były narzę­dziami, niczym wię­cej. Po co się przy­wią­zy­wać do cze­goś, co ni­gdy nie odwza­jemni się tym samym? Być może był to sku­tek uboczny jej szko­le­nia - a może nie. Tak czy ina­czej, Ty wolała myśleć, że to po pro­stu prze­jaw zdro­wego roz­sądku.

- Czego chce­cie? - spy­tała, zamie­rza­jąc zakoń­czyć tę roz­mowę naj­szyb­ciej, jak się da. Miała sprawy do zała­twie­nia, spie­szyło jej się.

- Mamy noviań­ską rudę. Nie­wiele, ale powinno wystar­czyć.

- Na co?

Zamiast odpo­wie­dzieć, far­me­rzy oświad­czyli po pro­stu:

- To coś... zabija nasze dzieci.

Prze­rwała pracę, opusz­cza­jąc klucz uni­wer­salny od odsło­nię­tego rdze­nia sta­bi­li­za­tora.

- Co takiego? - spy­tała zre­zy­gno­wa­nym gło­sem.

- Potwór. Straszny.

Cóż, a czy ist­niały jakieś inne?

- Od jak dawna?

- Od trzech tygo­dni. Zasta­wia­li­śmy pułapki, ale je nisz­czy. Ruj­nuje nasze plony, tra­tuje pola.

- Ile?

- Pól?

- Ile dzieci porwał?

- A czy to ma zna­cze­nie?

Co racja, to racja.

Odwró­ciła się w końcu w ich stronę, wzdy­cha­jąc osten­ta­cyj­nie. Wyglą­dali nie­mal jak cho­dzące szkie­lety - wysta­jące kości obcią­gnięte skórą. Wyż­szy z dwójki - choć i tak nie­grze­szący wzro­stem - pod­niósł skó­rzaną sakwę.

- Mamy rudę - powtó­rzył, pod­czas gdy jego towa­rzysz kulił się za jego ple­cami, wsparty ciężko na lasce.

Sądząc po roz­mia­rach sakwy, noviań­skiej rudy nie było zbyt wiele. Za mało, by warto było zawra­cać sobie głowę.

"To coś... zabija nasze dzieci"...

- Gdzie?

- Na Sor­cań­skim Bagnie, trzy dni drogi stąd. Jeden, jeśli ma się śli­zgacz.

- Czy macie śli­zgacz?

- Nie.

Popa­trzył na nią, a ona odwza­jem­niła spoj­rze­nie. Jego towa­rzysz wbi­jał wzrok w bagienną wodę. Wyczer­pany. Pozba­wiony nadziei i ocze­ki­wań.

Daw­niej sko­rzy­sta­łaby z pomocy vera­ze­eń­skich kamieni, żeby pod­jąć decy­zję, prze­ko­nu­jąc samą sie­bie, że wybór pozo­sta­wia losowi. Woli wszech­świata. Z jed­nej strony były na nich wyryte sym­bole księ­ży­ców, z dru­giej - słońc. Sam rytuał był dość pro­sty: rzu­cało się je na zie­mię, obsta­wia­jąc uprzed­nio prze­wagę słońc lub księ­ży­ców, i pozwa­lało, by wynik zade­cy­do­wał o wer­dyk­cie. Ostat­nio jed­nak Ty sta­rała się bar­dziej aktyw­nie sta­no­wić o wła­snych wybo­rach, zamiast pole­gać na kamie­niach - i w tej chwili dosko­nale zda­wała sobie sprawę z tego, że gra jest nie­warta świeczki. To było zwy­czaj­nie nie­opła­calne. Powinna wró­cić na pokład i lecieć na Kel­do­oine. To było jedyne sen­sowne roz­wią­za­nie w tej sytu­acji. Logiczne.

Tuby­lec musiał jed­nak zadać pyta­nie...

- Pomo­żesz nam?

Cóż, klamka zapa­dła.

Roz­dział czwarty

roz­dział czwarty

Rystan

Udi Dis ni­gdy nie przej­mo­wał się chło­dem. Ni­gdy go nie doświad­czył, dora­sta­jąc, ale te czasy minęły tak dawno temu, że teraz tro­pi­kalny kli­mat Talora wyda­wał mu się tylko odle­głym wspo­mnie­niem. Od tam­tej pory odwie­dził tak wiele świa­tów, wyty­czył i sprze­dał tak wiele tras... Jego ojcu byłoby wstyd, gdyby wie­dział, jakie życie pro­wa­dził jego syn - cóż, to nie byłoby nic nowego. Mimo to w chwili, w któ­rej trap "Pająka" opadł z hukiem na pyli­stą zie­mię pla­nety, Disowi zaparło dech w piersi. Prze­ni­kliwy chłód pano­wał nawet tutaj, w pier­ście­niu miesz­kal­nym Rystana, ale Udi nie mógł nic dać po sobie poznać. Posta­no­wił sobie twardo, że tego nie zrobi. Zszedł po tra­pie w pod­bi­tym futrem płasz­czu i masce chro­nią­cej jego oczy przed wia­trem. Jego szpo­nia­ste stopy szczę­kały o meta­lowe panele, pod­czas gdy on sta­rał się zigno­ro­wać ziąb, który prze­ni­kał przez war­stwę jego upie­rze­nia i wdzie­rał się w ciało niczym wibro­nóż.

- Tam jest - roz­legł się chra­pliwy głos, kiedy Ro rów­nież wysiadł ze statku.

Dis przy­jął pozy­cję obronną, zaci­ska­jąc moc­niej palce na skrzy­dło­ostrzach - zakrzy­wione noże sta­no­wiły jego jedyną pamiątkę z ojczy­stej pla­nety. W ich stronę pędziła zbita masa futra z trójką potęż­nych stwo­rów na czele, wyglą­da­ją­cych niczym żyw­cem wzięte z kosz­maru jakie­goś sza­lo­nego twórcy hybryd: coś jak ohydne połą­cze­nie blur­r­gów z ban­thą. Dis nie pierw­szy raz poża­ło­wał, że oprócz zdol­no­ści kine­ste­zji pozwa­la­ją­cej mu z taką pre­cy­zją nawi­go­wać pośród gwiazd Moc obda­rzyła go rów­nież osła­wioną umie­jęt­no­ścią Jedi do wyczu­wa­nia zagro­że­nia, zanim to jesz­cze się ujaw­niło - bo o ile umiał stwier­dzić, gęsta sierść mogła rów­nie dobrze skry­wać dez­in­te­gra­tor jak lase­rowy kiścień.

Wzdry­gnął się, gdy poczuł na ramie­niu dłoń Ro.

- Spo­koj­nie, żoł­nie­rzu - powie­dział Oko. - To nasz kon­takt.

"Żoł­nie­rzu"... Minęło sporo czasu, odkąd Dis słu­żył jako żoł­nierz. Minęło całe mnó­stwo czasu, odkąd Dis robił cokol­wiek uży­tecz­nego. To było na długo przed tym, jak tra­fił na Nihi­lów.

Ro wymi­nął go i zszedł z trapu na spo­tka­nie nie­zna­jo­mej, która roz­ło­żyła sze­roko ramiona.

- Och, Mar­chion, Mar­chion, Mar­chion...! - sap­nęła rado­śnie. - Wró­ci­łeś do nas! Naresz­cie! Wró­ci­łeś na Ścieżkę!

- Kufa - przy­wi­tał ją Ro, nie wyka­zu­jąc jed­nak naj­mniej­szej chęci pad­nię­cia w obję­cia sta­ruszce, która widząc to, opu­ściła ramiona wzdłuż oku­ta­nego ciała i zado­wo­liła się szcze­rze­niem się do istoty, która siała postrach na tere­nie Zewnętrz­nych Rubieży.

- Dobrze cię widzieć, kuzy­nie.

Kolejna nie­spo­dzianka. Czy ta sta­ru­cha o skó­rza­stej cerze i bez­zęb­nym uśmie­chu naprawdę była krewną samego Oka? Dis nie­wiele wie­dział o prze­szło­ści Ro, z wyjąt­kiem faktu, że odzie­dzi­czył on tytuł Oka po swoim ojcu Asga­rze. Poza tym nikt nie znał dokład­nego pocho­dze­nia Ro - a nawet jego rasy, o łup­ko­wo­sza­rej skó­rze i czar­nych jak noc oczach. A jed­nak coś w twa­rzy tej kobiety, ozdo­bio­nej dziw­nymi tatu­ażami, tak podob­nymi do sym­boli bły­ska­wic Nihi­lów, wyglą­dało zna­jomo, nawet jeśli Ro spra­wiał wra­że­nie, jakby mógł ją zła­mać gołymi rękami niczym baro­trz­cinę.

- Tęsk­ni­li­śmy za tobą - oznaj­miła kobieta, mie­rząc Oko od stóp do głów. - Gdy otrzy­ma­li­śmy twoją wia­do­mość, star­szy­zna nie­mal nie wie­rzyła wła­snym oczom... - Urwała, pod­no­sząc drżący palec do jego maski. Ro pozwo­lił kobie­cie jej dotknąć - kolejny świę­to­krad­czy akt, pierw­szy taki w histo­rii, o ile Dis się orien­to­wał. - Acz­kol­wiek wola­ła­bym raczej zoba­czyć twoją twarz. Minęło tyle czasu...

Ro ujął jej dłoń i odsu­nął ją deli­kat­nie, acz sta­now­czo, od swo­jej maski.

- Póź­niej. Gdy znaj­dziemy się w Sank­tu­arium.

To na chwilę ostu­dziło jej zapędy.

- Tak. O tak - Sank­tu­arium. Acz­kol­wiek będzie tylko jesz­cze zim­niej, wiesz o tym?

- Jestem skłonny w to uwie­rzyć.

- Ale wszystko jest warte... spoj­rze­nia na Niwe­la­tora. Poczu­cia jego uni­ce­stwia­ją­cego spo­koju.

- Tak jak czy­nili nasi przod­ko­wie, dawno temu.

- Tak jak nas nauczono. Nas wszyst­kich.

W ciem­nych oczach kobiety zalśniły łzy. Dis zasta­no­wił się prze­lot­nie, czy zamar­zną.

- Naprawdę wró­ci­łeś z otchłani ciem­no­ści.

Ro puścił jej dłoń.

- A więc zabie­rzesz nas tam?

Kufa prze­nio­sła spoj­rze­nie na Disa, jakby dopiero go zauwa­żyła.

- A kogóż to spro­wa­dzi­łeś na rów­niny Gola­ma­ran? Kogo chcesz zabrać do Sank­tu­arium?

- To Udi Dis - przed­sta­wił go Ro, wska­zu­jąc go ręką. - To... przy­ja­ciel.

Dis musiał przy­znać, że spodo­bało mu się to: nie "ochro­niarz". Nawet nie "pilot". Tylko "przy­ja­ciel".

Sta­ru­cha przez chwilę mie­rzyła go wzro­kiem.

- On... kim on jest?

Dis miał ochotę krzyk­nąć, że zama­rza.

- Należy do gatunku Talor­tai - odpo­wie­dział za niego Ro. - Rasy sil­nej Mocą.

Kobieta prze­nio­sła wzrok na zama­sko­waną twarz kuzyna.

- Mocą?

Tym razem Dis posta­no­wił zabrać głos oso­bi­ście:

- Jestem nawi­ga­to­rem. Osobą prze­cie­ra­jącą szlaki.

Sta­ru­cha się roze­śmiała, naj­wy­raź­niej roz­ba­wiona jego odpo­wie­dzią.

- Och, czyżby? Cóż, kim­kol­wiek jesteś i czym­kol­wiek się zaj­mu­jesz, wiedz, że jesteś tu mile widziany. - Spoj­rzała ponow­nie na Ro. - Podob­nie jak kre­dyty, które dotarły tutaj przed wami. Cóż za hoj­ność!

- Wie­dzia­łem, że trudno będzie ci tu przy­być - powie­dział Ro. - Czy na­dal latasz tą starą zardze­wiałą balią?

- "Otwartą Dło­nią"? O tak - a i ow­szem. Na wpół prze­żarły ją rdzo­ryj­kowce, ale na­dal lata - acz­kol­wiek nie do Sank­tu­arium. - Pokle­pała bok jed­nej z kudła­tych bestii cze­ka­ją­cych cier­pli­wie obok. - Slargi zabiorą nas tam, dokąd nie doleci żaden sta­tek. Są silne. - Obej­rzała się z powro­tem na Ro. - Muszą takie być tam, dokąd się wybie­ramy.

Podróż do jaskiń była długa i męcząca. Na szczę­ście pierw­szą jej część odbyli na saniach repul­so­ro­wych, przy akom­pa­nia­men­cie par­sk­nięć slarg usa­do­wio­nych na tyłach pojazdu, który pry­chał i krztu­sił się, prze­mie­rza­jąc lodowe rów­niny Gola­ma­ran. Jak okiem się­gnąć, dookoła cią­gnęły się nik­nące w mroku, zamar­z­nięte pust­ko­wia. Tutaj, w tun­drze, Dis był nie­skoń­cze­nie wdzięczny za grube skóry dostar­czone przez Kufę. Co prawda, kudłate futro cuch­nęło stę­chłym potem, ale chro­niło go przed zamar­z­nię­ciem na kość, pod­czas gdy Ro przy­cup­nął na prze­dzie ze swoją kuzynką.

Kufa szybko oznaj­miła, że resztę drogi muszą prze­być wierz­chem na slar­gach. Koły­sali się w mroku na ich grzbie­tach, a świa­tełka sań repul­so­ro­wych nikły stop­niowo, w miarę jak droid pilot odda­lał się od nich z mak­sy­malną pręd­ko­ścią, na uzy­ska­nie któ­rej pozwa­lały wysłu­żone repul­sory pojazdu. Ciem­no­ści były nie­mal nie­prze­nik­nione, a mimo to ich powolna kara­wana kon­ty­nu­owała podróż w kom­plet­nej ciszy - wszel­kie dźwięki zagłu­szało wycie wichru, któ­rego gwał­towne podmu­chy co chwila gro­ziły wysa­dze­niem ich z sio­deł. Jakimś cudem slargi wie­działy, dokąd iść, z łbami zwie­szo­nymi nisko nad zie­mią dla ochrony przed wia­trem i sze­ro­kimi łapami miaż­dżą­cymi śnie­gową okrywę.

Dis wyostrzył zmy­sły, cie­sząc się w duchu, że Ro na­dal jedzie przed nim, i pokła­da­jąc wiarę w to, że stara kobieta wie, dokąd zmie­rzają. Musiał być czujny. Nie wia­domo, jakie zagro­że­nia mogły skry­wać lodowe rów­niny - to jest, o ile w ogóle coś mogło żyć w takich warun­kach. Jeśli jed­nak coś fak­tycz­nie prze­trwało na takim mro­zie, z pew­no­ścią będzie głodne, a slargi będą dla niego smacz­nym kąskiem, podob­nie jak ich trójka - nawet stara Kufa, która, jak przy­pusz­czał Dis, pod tymi wszyst­kimi futrami skła­dała się z nie­wiele wię­cej ponad skórę i kości.

Po godzi­nie jazdy, która dłu­żyła się Disowi niczym dzień, jego wierz­cho­wiec zatrzy­mał się - i Talor­tai zaczął się już zasta­na­wiać, czy przy­pad­kiem stwo­rze­nie nie prze­grało nie­rów­nej walki z zim­nem i wia­trem i nie pad­nie za chwilę na swój pła­ski pysk, gdy nagle usły­szał dobie­ga­jący z przodu odgłos kro­ków na śniegu. Ro zesko­czył ze swo­jej slargi i poma­gał wła­śnie zsiąść sta­ruszce z jej wierz­chowca. Dis rów­nież zsiadł, wdzięczny za blask pręta jarze­nio­wego zapa­lo­nego przez Kufę macha­jącą nim na pół­nocny wschód od ich aktu­al­nej pozy­cji. Parli naprzód w podmu­chach wia­tru. Świa­tło pręta to zni­kało, to poja­wiało się w oddali, co i rusz prze­sła­niane śnież­nym tuma­nem. Nie­ba­wem Dis prze­stał wyczu­wać zbite w gro­madkę slargi, które zosta­wili w tyle - nie mówiąc już o ich dostrze­ga­niu, bo prze­stał je widzieć nie­mal natych­miast, gdy pod­jęli marsz. Ota­czały ich tylko śnieg, lód, wiatr i hałas. Bolało go całe ciało, a skrzy­dło­ostrza cią­żyły nie­zno­śnie w pochwach na ple­cach. Każdy krok był praw­dziwą katorgą. Dis stra­cił poczu­cie czasu i zaczął się poważ­nie oba­wiać, że zaczy­nają zawo­dzić go zmy­sły. Gdzie była pół­noc? A gdzie połu­dnie? Czy Ro fak­tycz­nie wciąż był gdzieś przed nim? Pró­bo­wał go zawo­łać, ale nie sły­szał nawet wła­snego głosu, nie mówiąc już o poten­cjal­nej odpo­wie­dzi Oka.

Nagle, nie­spo­dzie­wa­nie, per­cep­cja wró­ciła. Kufa i Ro się zatrzy­mali, a Dis wytę­żył wzrok, żeby zoba­czyć coś przez war­stwę brudu oble­pia­ją­cego szkła jego gogli.

Kobieta pro­wa­dziła ich ku ska­li­stemu wypię­trze­niu ster­czą­cemu spo­śród lodu. Blask jej pręta jarze­nio­wego oświe­tlał szcze­linę w kamie­niu - led­wie dość sze­roką, by prze­ci­snął się przez nią mał­po­jasz­czur, a jed­nak jakimś cudem wła­śnie się przez nią wśli­zgi­wała do środka, szo­ru­jąc futrem o ostre kra­wę­dzie. Dis bał się, że utknie, ale prze­szła przez pęk­nię­cie gładko niczym gła­zosz­czur prze­my­ka­jący przez otwór o połowę mniej­szy od niego. Sekundę póź­niej znik­nęła im z oczu i Dis poczuł nagłe ukłu­cie paniki na myśl o tym, że zabrała ze sobą pręt jarze­niowy, ale nie­mal natych­miast zorien­to­wał się, że trzyma go Ro. Oko podał mu go, zamie­rza­jąc ruszyć w głąb jaskini w ślad za swoją kuzynką, ale Udi pokrę­cił głową. Stara kobieta spra­wiała wra­że­nie, jakby wie­działa, dokąd idzie, oni jed­nak nie mogli mieć pew­no­ści, co czeka na nich w środku. Dis nie zamie­rzał nara­żać Ro, wpy­cha­jąc go wprost w obję­cia lodo­wego pająka. Dobyw­szy swo­ich skrzy­dło­ostrzy, ruszył w ślad za sta­ru­chą na spo­tka­nie nie­zna­nego.