Star Wars. Thrawn - Timothy Zahn

Kup ebooka

49.00 zł
41.65 zł (40,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wszyst­kie istoty roz­po­czy­nają swój żywot pełne nadziei i ambi­cji. Do tych ostat­nich należy mię­dzy innymi pra­gnie­nie odna­le­zie­nia wygod­nej, pro­stej ścieżki do reali­za­cji wła­snych celów.

Nie­stety, to życze­nie rzadko kiedy się speł­nia. Wła­ści­wie nie zda­rza się to pra­wie ni­gdy.

Bywa, że dzieje się tak z powodu naszych wła­snych poczy­nań, ponie­waż nasz punkt widze­nia oraz rze­czone cele zmie­niają się z cza­sem. Czę­ściej jed­nak na koleje naszego losu oddzia­łują czyn­niki nie­za­leżne od nas - siły, na które nie mamy wpływu.

Tak też było w moim przy­padku. Pamię­tam wszystko jak dziś - cho­ciaż minęło tyle czasu, to nie zatarł on ani jed­nego z tych wspo­mnień ani nie wypa­czył w naj­mniej­szym stop­niu: pię­ciu admi­ra­łów wsta­ją­cych ze swo­ich foteli, pod­czas gdy w eskor­cie prze­kra­czam próg sali. Dyna­stia pod­jęła decy­zję - i admi­ra­ło­wie zja­wili się tu, by ją ogło­sić.

Widać jak na dłoni, że żaden z nich nie jest zado­wo­lony z takiego obrotu spraw. Dostrze­gam to wyraź­nie w ich twa­rzach. Są jed­nak woj­sko­wymi, służą Chis­som i wypeł­nią bez szem­ra­nia powie­rzone im roz­kazy. Tego w każ­dym razie wymaga od nich pro­to­kół.

Decy­zja jest dokład­nie taka, jak się spo­dzie­wa­łem: wygna­nie.

Wybrano już pla­netę. Ary­sto­kra ma zgro­ma­dzić sprzęt, który zagwa­ran­tuje, że bani­cja nie zakoń­czy się zbyt szybko śmier­cią wygnańca wsku­tek ataku dra­pież­ni­ków lub nara­że­nia na inne, nie­spo­dzie­wane czyn­niki.

Wypro­wa­dzają mnie z sali. Ścieżka mojego losu kolejny raz zakręca.

Dokąd mnie popro­wa­dzi? Trudno to prze­wi­dzieć.

Chata była nie­wielka, wznie­siona pośrodku leśnej polany z jakie­goś lokal­nego surowca. Ota­czało ją osiem wyso­kich, pro­sto­kąt­nych skrzyń ozna­czo­nych dwoma róż­nią­cymi się od sie­bie zesta­wami ozna­czeń.

- A więc... - odchrząk­nął kapi­tan Voss Parck. - A więc to wła­śnie z tego powodu ścią­gnął mnie pan z pokładu "Stri­ke­fa­sta"?

- Zga­dza się, kapi­ta­nie. Dokład­nie tak - potwier­dził puł­kow­nik Mosh Bar­ris. - Wygląda na to, że możemy mieć pro­blem. Czy widzi pan te ozna­cze­nia?

- Oczy­wi­ście - prych­nął Parck. - To pismo bogo­lań­skie, czyż nie?

- Pismo... ow­szem, ale nie język - wyja­śnił Bar­ris. - Dro­idy tłu­ma­cze nie zdo­łały prze­brnąć nawet przez pierw­szą linijkę. A te dwa gene­ra­tory zasi­la­nia za chatą to sprzęt nie­zna­nego pro­du­centa. W każ­dym razie na pewno nie impe­rialny...

Sto­jący na ubo­czu kadet Eli Vanto w napię­ciu obser­wo­wał wymianę zdań mię­dzy swoim kapi­ta­nem a dowódcą "Stri­ke­fa­sta". Męż­czyźni roz­ma­wiali o tajem­ni­czym sie­dli­sku, na które natra­fili na tym bez­i­mien­nym świe­cie. Vanto słu­chał... i ze wszyst­kich sił pró­bo­wał nie rzu­cać się w oczy.

Zacho­dząc jed­no­cze­śnie w głowę, co też tu wła­ści­wie robi.

Spo­śród dzie­siątki kade­tów aka­de­mii na Myoma­rze, peł­nią­cych służbę na pokła­dzie "Stri­ke­fa­sta", tylko jego jed­nego przy­dzie­lono do obsady promu Parcka. Eli nie miał żad­nej szcze­gól­nej wie­dzy na temat nie­zna­nych arte­fak­tów ani obcej tech­no­lo­gii. Nie posia­dał też doświad­cze­nia polo­wego, bo szko­lił się na ofi­cera zaopa­trze­nio­wego. Nie przy­cho­dził mu zatem do głowy żaden powód, dla któ­rego wła­śnie jego mie­liby tu ścią­gnąć.

- Kade­cie Vanto? - Nagle z zamy­śle­nia wyrwał go głos puł­kow­nika Bar­risa.

- Tak, panie puł­kow­niku?

- Dro­idy twier­dzą, że ist­nieje kilka róż­nych języ­ków han­dlo­wych wyko­rzy­stu­ją­cych pismo bogo­lań­skie. Jesteś naszym eks­per­tem od mało zna­nych narze­czy. - Wska­zał na skrzy­nie. - Zamie­niam się w słuch.

Eli pod­szedł kilka kro­ków w jego stronę. A więc to dla­tego go tu spro­wa­dzili! Dora­stał na pla­ne­cie Lysa­tra, która znaj­do­wała się w czę­ści Dzi­kiej Prze­strzeni gra­ni­czą­cej z tak zwa­nymi Nie­zna­nymi Regio­nami. Dzia­łal­ność firmy trans­por­to­wej jego rodziny kon­cen­tro­wała się głów­nie w oko­li­cach ich ojczy­stej pla­nety, ale na tyle czę­sto pro­wa­dziła ona inte­resy na tere­nie Nie­zna­nych Regio­nów, by Eli pod­ła­pał kilka lokal­nych narze­czy han­dlo­wych.

Gdyby ktoś pofa­ty­go­wał się jed­nak, by zapy­tać go o zda­nie, na pewno nie okre­śliłby się mia­nem eks­perta...

- To może być jakaś odmiana sy bisti - zasu­ge­ro­wał ostroż­nie. - Nie­które ze słów brzmią zna­jomo... zga­dza się rów­nież skład­nia. Acz­kol­wiek z pew­no­ścią nie jest to zapis stan­dar­dowy.

- Trudno wyobra­zić sobie stan­dard w przy­padku języka tak słabo pozna­nego, że nikt nie zawraca sobie nawet głowy wpi­sy­wa­niem go do pamięci dro­idów - par­sk­nął Bar­ris.

Eli ugryzł się w język, powstrzy­mu­jąc chęć napo­mnie­nia wyż­szego stop­niem ofi­cera, że sy bisti w isto­cie sta­nowi bar­dzo dokład­nie sko­dy­fi­ko­wany i nie­sa­mo­wi­cie uży­teczny język. Jeżeli już, to miana "słabo poznane" nale­ża­łoby raczej użyć w sto­sunku do ludów, które wciąż go uży­wały, oraz ich ojczy­stych świa­tów.

- Mówi­łeś, że możesz to odcy­fro­wać - przy­na­glił go Parck.

- Tak, sir - potwier­dził Eli. - Wygląda na to, że to głów­nie infor­ma­cje tech­niczne doty­czące ładunku oraz dane firmy, która go dostar­czyła. A także krótka notka zachwa­la­jąca jakość świad­czo­nych przez nią usług.

- Co takiego? Rekla­mują się na swo­ich wła­snych skrzy­niach ładun­ko­wych? - zdzi­wił się Bar­ris.

- Zga­dza się, sir. W tych rejo­nach robi to mnó­stwo małych lokal­nych przed­się­bior­ców.

- Jak się domy­ślam, nie roz­po­zna­jesz nazwy firmy? - zapy­tał Parck.

- Nie, sir. Sądzę, że to będzie... Red Bype lub Red­der Bype. Być może to nazwi­sko wła­ści­ciela.

Parck poki­wał głową.

- Spraw­dzimy, czy mamy coś takiego w naszych reje­strach. A to dru­gie pismo?

- Przy­kro mi, sir - zamel­do­wał Eli - ale ni­gdy wcze­śniej niczego takiego nie widzia­łem.

- Cudow­nie - mruk­nął pod nosem Bar­ris. - A więc nie­za­leż­nie od tego, czy mamy do czy­nie­nia z bazą prze­myt­ni­ków, czy też z obo­zo­wi­skiem roz­bit­ków z roz­trza­ska­nego statku, sytu­acja pod­lega pro­to­ko­łowi NOR?

Eli się skrzy­wił. Pro­to­kół dla nie­zna­nych obcych ras, w skró­cie NOR, sta­no­wił prze­ży­tek z okresu świet­no­ści Repu­bliki, kiedy to prak­tycz­nie co tydzień odkry­wano nowe gatunki, a Senat upie­rał się, by z każ­dym z nich nawią­zać kon­takt i szcze­gó­łowo go zba­dać. Nowo­cze­sna Flota Impe­rialna nie zawra­cała sobie głowy podob­nymi żmud­nymi pro­ce­du­rami, bo nie miała w tym wła­ści­wie żad­nego inte­resu, jak do znu­dze­nia powta­rzało naj­wyż­sze dowódz­two.

W aka­de­mii krą­żyły plotki, że Impe­ra­tor Pal­pa­tine pra­cuje nad wyco­fa­niem tych pro­to­ko­łów. Na razie jed­nak na­dal pozo­sta­wały w mocy, bo za ich utrzy­ma­niem opto­wało sta­now­czo zbyt wielu sena­to­rów.

Co z kolei ozna­czało opóź­nie­nia w gra­fiku "Stri­ke­fa­sta". Ofi­ce­ro­wie oraz załoga okrętu i tak już krzywo patrzyli na bandę kade­tów plą­czą­cych się im pod nogami, a Eli wie­dział, że tamci nie mogą się docze­kać, aż zosta­wią ich z powro­tem na Myoma­rze. Teraz jed­nak wszystko wska­zy­wało na to, że ta rado­sna chwila odwle­cze się co naj­mniej o kilka dni.

- Zga­dza się - wes­tchnął Parck. - W porządku. W takim razie pro­szę dać swoim żoł­nie­rzom znać, że tro­chę nam się tu zej­dzie, pod­czas gdy ja zadbam o przy­sła­nie zespołu ana­li­ty­ków tech­nicz­nych. I pro­szę mieć tę infra­struk­turę na oku, na wypa­dek gdyby wró­cił nasz prze­myt­nik... czy tam roz­bi­tek.

- Tak jest, sir! - Led­wie Bar­ris skoń­czył mówić, roz­brzmiał sygnał jego komu­ni­ka­tora. - Bar­ris, słu­cham - rzu­cił do mikro­fonu.

- Panie puł­kow­niku, tu major Wyan z miej­sca kata­strofy - zamel­do­wał męski głos. - Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale... chyba powi­nien pan to zoba­czyć.

Eli zmarsz­czył czoło. Nic nie sły­szał na temat żad­nej kata­strofy.

- Czy coś się wyda­rzyło, sir? - zapy­tał ostroż­nie.

- Jeden z naszych V-win­gów się roz­bił - odpo­wie­dział Parck, wska­zu­jąc pod­bród­kiem na drugą stronę polany. Wśród pasm spo­wi­ja­ją­cej drzewa wie­czor­nej mgły dało się dostrzec migo­czące w oddali świa­tła.

Eli poki­wał w mil­cze­niu głową. Zauwa­żył je wcze­śniej, jed­nak zało­żył, że to rów­nież część zespołu badaw­czego Bar­risa.

- Zaraz tam będę - poin­for­mo­wał roz­mówcę puł­kow­nik. - Za pań­skim pozwo­le­niem, kapi­ta­nie... - dodał pod adre­sem Parcka.

- Oczy­wi­ście - odparł woj­skowy. - Zostanę tu z kade­tem Van­tem, by spraw­dzić, czy zdo­łamy się jesz­cze cze­goś dowie­dzieć z tych tajem­ni­czych napi­sów.

Gdy Bar­ris wró­cił z odzia­nym w czarny mun­dur i czarny hełm żoł­nie­rzem floty, nio­są­cym ska­fan­der pilota V-winga, Eli prze­brnął już nie­mal przez cały tekst.

Ska­fan­der był wypchany trawą, liśćmi i dziw­nie pach­ną­cymi czer­wo­nymi jago­dami.

- Co to takiego? - zapy­tał Parck.

- Zna­leź­li­śmy to w pobliżu miej­sca kata­strofy - wyja­śnił ponuro Bar­ris, gdy poło­żyli kom­bi­ne­zon na ziemi. - Ciało znik­nęło. Zostało tylko... to. - Wska­zał ręką strój pilota.

- Strach na wró­ble - mruk­nął pod nosem Eli.

Parck spoj­rzał na niego ostro.

- Czy to jakiś wasz tutej­szy zwy­czaj?

- Nie­któ­rzy far­me­rzy na­dal korzy­stają ze stra­chów na wró­ble, aby utrzy­mać ptaki z dala od swo­ich upraw - wyja­śnił Eli, czu­jąc, że się rumieni. "Wasz"? Wyglą­dało na to, że przez Parcka zaczy­nają prze­ma­wiać uprze­dze­nia typowe dla miesz­kań­ców Świa­tów Jądra. - Uży­wają ich rów­nież pod­czas festi­wali i parad.

Parck obej­rzał się na Bar­risa.

- Czy szu­ka­li­ście pilota?

- Jesz­cze nie, sir - zamel­do­wał puł­kow­nik. - Pole­ci­łem oto­czyć pery­metr sie­dli­ska kor­do­nem żoł­nie­rzy. W tej chwili wysy­łam na pla­netę kolejny regi­ment.

- Dosko­nale - odparł Parck. - Gdy już tu dotrą, pro­szę objąć poszu­ki­wa­niami więk­szy teren i zna­leźć ciało.

- Tak jest, sir - potwier­dził przy­ję­cie roz­kazu Bar­ris. - Moż­liwe jed­nak, że będziemy musieli zacze­kać z tym do rana.

- Och, czyżby pań­scy żoł­nie­rze oba­wiali się ciem­no­ści?

- Nie, sir - odparł z lek­kim skrę­po­wa­niem Bar­ris. - Cho­dzi po pro­stu o to, że... zna­leź­li­śmy rów­nież pakiet prze­trwa­nia z V-winga. Bra­kuje w nim bla­stera, zapa­so­wych ogniw i gra­na­tów uda­ro­wych.

- Ach, pry­mi­tywni tubylcy z bro­nią. Cudow­nie. - Parc­kowi zauwa­żal­nie drgnęła warga. - W porządku. Szu­kaj­cie zatem do zmroku, a potem podej­mij­cie pro­ce­durę z samego rana.

- Jeśli sobie pan tego życzy, możemy szu­kać rów­nież w nocy...

- I tak już wystar­cza­jąco trudno jest poru­szać się po nie­zna­nym tere­nie w ciem­no­ści. - Parck pokrę­cił głową. - W swo­jej karie­rze widzia­łem zbyt wiele zdez­o­rien­to­wa­nych noc­nych patroli, któ­rych człon­ko­wie wpa­dali w panikę i zaczy­nali się nawza­jem ostrze­li­wać, a ta opa­da­jąca mgła tylko wszystko pogor­szy. Dopil­nuję, by patrole powietrzne kon­ty­nu­owały swoją pracę, ale będzie lepiej, jeśli pań­scy żoł­nie­rze pozo­staną w obo­zie do świtu.

- Tak, sir - zgo­dził się z nim puł­kow­nik. - Być może osoba... czy też osoby, które poczę­sto­wały się gra­na­tami, będą na tyle uprzejme, by wysa­dzić się samo­dziel­nie w powie­trze, nim do nas dotrą.

- Być może. - Parck spoj­rzał na ciem­nie­jące niebo. - Tym­cza­sem pozwoli pan, że wrócę na pokład i zlecę patro­lom myśliw­skim roz­sze­rze­nie obszaru poszu­ki­wań. - Zer­k­nął na Elego. - Kade­cie, zosta­niesz tu z zespo­łem puł­kow­nika Bar­risa. Przyj­rzyj się uważ­niej zabu­do­wa­niom i sprawdź, czy zdo­łasz odna­leźć jesz­cze jakieś napisy. Im szyb­ciej dowiemy się wszyst­kiego, co się da, tym prę­dzej stąd odle­cimy.

Było już nie­mal cał­kiem ciemno, gdy ludzie Bar­risa skoń­czyli zabez­pie­czać pery­metr. Zespół tech­ni­ków roz­sta­wił stół do oglę­dzin mate­riału dowo­do­wego, chro­niony przej­rzy­stym namio­tem, pod któ­rym mogli w spo­koju badać trawę i listo­wie wydo­byte ze ska­fan­dra. Zaczy­nali wła­śnie swoją pracę, gdy major Wyan i jego ekipa wró­cili z lasu - z pustymi rękami.

Ozna­czało to w skró­cie tyle, że nie zna­leźli ciała pilota V-winga. Mimo to nikt z zespołu nie został ranny, nie stwier­dzono też ofiar śmier­tel­nych. Ze względu na fakt, że w rękach przed­sta­wi­cieli nie­zna­nej rasy - bądź też roz­bit­ków - pozo­sta­wały gra­naty i bla­ster, Eli był skłonny uznać, iż na razie można było mówić o impa­sie.

- A więc... wła­śnie to było w tym ska­fan­drze? - zapy­tał Wyan, pod­cho­dząc do Bar­risa przy­glą­da­ją­cego się dwóm tech­ni­kom, któ­rzy wła­śnie wybe­be­szali wypchany kom­bi­ne­zon lot­ni­czy.

- Tak - potwier­dził puł­kow­nik.

Wiatr zmie­nił kie­ru­nek i noz­drza Elego wypeł­nił dziwny zapach, który kadet czuł już wcze­śniej. Pew­nie wydzie­lały go jagody, które jeden z tech­ni­ków roz­gniótł, aby je zba­dać.

- Jak dotąd wygląda to jedy­nie na lokalną roślin­ność. Może to miało być coś w rodzaju... rytu­ału reli­gij­nego?

Nagle za ich ple­cami roz­legł się huk eks­plo­zji, któ­remu towa­rzy­szył ośle­pia­jący błysk.

- Kryć się! - wykrzyk­nął Bar­ris, odwra­ca­jąc się bły­ska­wicz­nie, przy­klę­ka­jąc na jedno kolano i wyszar­pu­jąc z kabury bla­ster.

Eli przy­padł do ziemi obok jed­nej ze skrzyń, a po chwili wyj­rzał ostroż­nie zza jej kra­wę­dzi. W poło­wie drogi do skraju polany zie­mię szpe­ciła czarna plama, zna­cząca miej­sce, w któ­rym doszło do eks­plo­zji. W pobliżu widać było żoł­nie­rzy floty bie­gną­cych do naj­bliż­szego punktu linii straż­ni­czej z bla­ste­rami w pogo­to­wiu. Ktoś włą­czył reflek­tor i snop jasnego świa­tła zaczął omia­tać drzewa, prze­szy­wa­jąc snu­jącą się mię­dzy nimi mgłę. Chło­pak podą­żył za nim wzro­kiem, szu­ka­jąc śla­dów wroga, który ich zaata­ko­wał.

Ujrzał jed­nak tylko, jak Bar­ris pada plac­kiem na zie­mię, ścięty z nóg przez drugą eks­plo­zję.

- Puł­kow­niku! - krzyk­nął Wyan.

- Nic mi nie jest! - odkrzyk­nął Bar­ris.

Za jego ple­cami sterta traw i liści poroz­kła­da­nych na prze­chy­lo­nym wsku­tek wybu­chu stole do badań pło­nęła jasnym ogniem. Po dru­giej stro­nie dwójka tech­ni­ków z tru­dem pod­no­siła się z ziemi. Klnący pod nosem Eli sta­rał się z kolei trzy­mać jak naj­bli­żej pod­łoża, przy­go­to­wu­jąc się na nie­uchronną trze­cią eks­plo­zję.

Do któ­rej nie doszło. Eli sły­szał, jak żoł­nie­rze jeden po dru­gim mel­dują się Bar­ri­sowi, potwier­dza­jąc, że kor­don wokół pery­me­tru nie został naru­szony. Wyan prze­cze­sał las w pro­mie­niu dwu­dzie­stu metrów od polanki i zgło­sił, że nie­znani napast­nicy zbie­gli.

Poprzed­nio rów­nież nikt nie zauwa­żył nic nie­po­ko­ją­cego, więc fakt, że teraz niczego nie zna­leźli, nie pod­niósł Elego zbyt­nio na duchu.

Same eks­plo­zje rów­nież oka­zały się nie­wy­ja­śnione.

- Cóż, jedno jest pewne: to nie były gra­naty uda­rowe - stwier­dził Wyan. - Wybu­chy były zbyt słabe. Moż­liwe, że usu­nęli po pro­stu z ogniw zasi­la­ją­cych bolce zabez­pie­cza­jące.

- To raczej nie brzmi jak coś, co byłyby w sta­nie zapla­no­wać "dzi­kusy" - zauwa­żył Eli, marsz­cząc czoło.

- Cóż za odkryw­cza myśl, kade­cie Vanto! - zakpił Wyan. - Puł­kow­nik Bar­ris jest zda­nia, że nasz roz­bi­tek wró­cił. - Wska­zał chatę. - Nie wezwa­łem cię tutaj, żeby wysłu­chi­wać two­jej opi­nii na temat naszej sytu­acji tak­tycz­nej. Jesteś tu, by nam powie­dzieć, czy w cha­cie albo skrzy­niach jest coś, co mogłoby nam dać jakieś poję­cie o jego, nie wiem, wyglą­dzie albo pozio­mie zaawan­so­wa­nia tech­no­lo­gicz­nego...

- Nie­spe­cjal­nie, sir - odparł potul­nie Eli. - Jeśli wno­sić po kształ­cie posła­nia i przy­bo­rów do jedze­nia, to naj­praw­do­po­dob­niej huma­noid. Ale nie jestem w sta­nie stwier­dzić wiele wię­cej ponad to.

- A co z gene­ra­to­rami mocy? Musi mieć jakąś wie­dzę tech­niczną, aby je obsłu­gi­wać, czyż nie?

- Nie­ko­niecz­nie - zaprze­czył Eli. - Są wła­ści­wie nie­mal w pełni zauto­ma­ty­zo­wane.

Wyan skrzy­wił się, wpa­tru­jąc w mrok.

- Co w takim razie miał na celu ten atak? - mruk­nął pod nosem. - I dla­czego był taki... nie­po­radny? Jeśli ten dzi­kus jest dość roz­gar­nięty, by roz­gryźć, czym skut­kuje usu­nię­cie bol­ców zabez­pie­cza­ją­cych, bez dwóch zdań pora­dzi sobie z deto­na­cją gra­natu.

- Może pró­buje nas odstra­szyć, nie nisz­cząc przy tym swo­jego domo­stwa? - pod­su­nął Eli.

Wyan spoj­rzał na niego ostro, praw­do­po­dob­nie znów odru­chowo szy­ku­jąc się do udzie­le­nia mu nagany za wymą­drza­nie się, ale nie zro­bił tego. Być może przy­po­mniał sobie w porę, że kadet wie o tym zapo­mnia­nym zakątku galak­tyki wię­cej niż kto­kol­wiek z nich.

- Ale jak dostałby się nie­po­strze­że­nie na teren obozu? - zapy­tał w zamian.

Gdzieś w oko­li­cach stóp Elego roz­legł się cichy szmer. Chło­pak nie­mal pod­sko­czył, oka­zało się jed­nak, że to tylko nie­wiel­kie lokalne stwo­rze­nie prze­my­ka­jące pośród traw.

- Może wystrze­lił ogniwa z procy... czy coś w tym stylu?

Wyan uniósł brwi.

- Przez ściany namiotu?

Eli się skrzy­wił, popa­tru­jąc na wciąż tlące się resztki poszy­cia. Nie - oczy­wi­ście, że takie roz­wią­za­nie było nie­moż­liwe. Pro­wi­zo­ryczny ładu­nek odbiłby się od ściany i nie zdo­łałby wylą­do­wać na stole. Jak mogło mu przyjść do głowy coś tak głu­piego?

- Chyba nie, sir...

- "Chyba nie, sir!" - par­sk­nął kpiąco Wyan. - Dzię­kuję, kade­cie - dodał z pogardą. - Wra­caj do swo­ich zajęć... i tym razem posta­raj się dostar­czyć nam jakieś przy­datne infor­ma­cje.

- Tak jest, sir.

- Majo­rze! - zawo­łał Bar­ris, idąc w ich stronę przez polanę.

- Sir? - zapy­tał Wyan, odwra­ca­jąc się do niego.

- Kapi­tan wysyła V-wingi, aby prze­cze­sały teren - zgło­sił puł­kow­nik. - Tym­cza­sem pro­szę wziąć oddział i roz­sta­wić na pery­me­trze reflek­tory. Obrzeże lasu ma lśnić niczym wnę­trze modułu iskro­wego. Następ­nie pro­szę objąć teren kon­trolą sys­temu czuj­ni­ków. Nie chcę, żeby cokol­wiek poja­wiło się tu bez naszej wie­dzy - a już na pewno nie kolejne ładunki.

Odpo­wiedź Wyana zagłu­szył ryk sil­ni­ków, gdy tuż nad drze­wami prze­mknęły dwa V-wingi.

- Słu­cham? - zapy­tał Bar­ris, gdy hałas nieco ucichł.

- Po pro­stu przy­po­mi­nam, że jest tu mnó­stwo pta­ków - powtó­rzył Wyan. - A także nie­wiel­kich gry­zoni. Nie­spełna minutę temu nastą­pi­łem na jed­nego i nie­mal skrę­ci­łem sobie przy tym kostkę. Jeśli zbyt­nio zacie­śnimy oka siatki ska­nu­ją­cej, alarmy będą wyły przez całą noc...

- W porządku, daruj­cie sobie w takim razie prze­szu­ki­wa­nie terenu - wes­tchnął Bar­ris. - Roz­staw­cie po pro­stu te świa... - Nie zdą­żył dokoń­czyć, ponie­waż pobli­skie drzewa oświe­tlił blask odle­głej eks­plo­zji.

- Co... - zdo­łał wykrztu­sić Wyan.

- V-wing się roz­bił! - odwark­nął Bar­ris, gorącz­kowo wkle­pu­jąc kod w komu­ni­ka­tor. - Oddział ratun­kowy: do trans­por­te­rów. Natych­miast!

Tym razem nie znik­nęło przy­naj­mniej ciało pilota - w prze­ci­wień­stwie do jego bla­stera, ogniw zasi­la­ją­cych i gra­na­tów uda­ro­wych, nie­stety.

A plotki i spe­ku­la­cje mno­żyły się w zastra­sza­ją­cym tem­pie.

Elemu umknęła więk­szość uwag wymie­nia­nych ści­szo­nymi gło­sami, gdy był zajęty pracą w cha­cie roz­bitka, ale co jakiś czas do środka zaglą­dał któ­ryś z tech­ni­ków, aby zabrać coś do ana­lizy. Zazwy­czaj byli oni sko­rzy do roz­mów i dzie­le­nia się z nim swo­imi prze­my­śle­niami na temat sytu­acji. Uda­wali przy tym, że wcale, ale to wcale się nie boją.

Mimo to bali się wszy­scy - bez dwóch zdań. Było to widać jak na dłoni.

Bał się i Eli. Reflek­tory oble­wa­jące skraj lasu jasnym bla­skiem sku­tecz­nie uda­rem­niły intru­zowi przy­pusz­cze­nie kolej­nych ata­ków, ale chmary insek­tów oraz noc­nych pta­ków, które przy­cią­gnęło świa­tło, były nie­mal rów­nie uciąż­liwe. V-wingi prze­my­ka­jące nad ich gło­wami dawały im złudne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, jed­nak Eli cały aż tru­chlał za każ­dym razem, gdy któ­ryś z nich prze­la­ty­wał. Nie mógł się opę­dzić od ponu­rych roz­my­ślań, czy to aby nie tę maszynę obie­rze sobie tym razem za cel nie­znana siła...

Przede wszyst­kim jed­nak nie dawało mu spo­koju pyta­nie dla­czego. Jaka wła­ści­wie była przy­czyna tych wszyst­kich incy­den­tów? Czy nie­znany wróg sta­rał się odstra­szyć Impe­rium? A może napast­nik pró­bo­wał ich tu uzie­mić albo spra­wić, by zaczęli gonić w piętkę? Moż­liwe też - i to był chyba naj­gor­szy z moż­li­wych sce­na­riu­szy - że nie­zna­jomy bawił się z nimi w jakiś rodzaj maka­brycz­nej gierki.

Czy wypchany trawą ska­fan­der miał ich zmy­lić, słu­żyć odwró­ce­niu uwagi czy też może sta­no­wił jakiś lokalny rytuał?

Cóż, przy­naj­mniej na to ostat­nie pyta­nie otrzy­mali nie­ba­wem odpo­wiedź. Około pół­nocy, po kon­sul­ta­cji prze­pro­wa­dzo­nej za pośred­nic­twem komu­ni­ka­tora z kapi­ta­nem Parc­kiem, Bar­ris roz­ka­zał zespo­łowi tech­ni­ków zba­dać dokład­nie ska­fan­der.

Dopiero wów­czas odkryli, że znik­nął komu­ni­ka­tor wmon­to­wany w hełm.

- Szczwane małe żmije! - wyce­dził ze zło­ścią przez zęby Bar­ris, gdy Eli pod­kradł się nieco bli­żej, by pod­słu­chać roz­mowę. - A co z tym dru­gim?

- Komu­ni­ka­tor na­dal jest na swoim miej­scu - potwier­dził Wyan, zer­ka­jąc do hełmu dru­giego pilota. - Naj­wy­raź­niej nie mieli czasu go usu­nąć.

- Albo po pro­stu nie zawra­cali sobie tym głowy - dopo­wie­dział Bar­ris.

- Bo i tak już mają dostęp do naszego kanału?

- Nie ina­czej - potwier­dził puł­kow­nik. - Tak czy ina­czej, koniec tego dobrego. Pro­szę się skon­tak­to­wać ze "Stri­ke­fa­stem" i pole­cić im zablo­ko­wać łącz­ność na tym paśmie.

- Tak jest, sir.

Bar­ris łyp­nął gniew­nie na Elego.

- Czy masz coś do doda­nia? Czy po pro­stu chcia­łeś sobie popod­słu­chi­wać?

- Tak jest, sir - bąk­nął zmie­szany Eli. - Eee, to zna­czy, chcia­łem powie­dzieć: nie, sir! Zamie­rza­łem tylko zgło­sić, że mię­dzy ścian­kami jed­nej ze skrzyń zna­la­złem kilka monet z początku wojen klo­nów. To mogłoby wska­zy­wać na fakt, że nasz... roz­bi­tek prze­bywa tu co naj­mniej od tam­tego czasu...

- Chwi­leczkę - wszedł mu w słowo Bar­ris. - Monet?

- To taki tutej­szy zwy­czaj: mnó­stwo miej­sco­wych przed­sta­wi­cieli firm trans­por­to­wych umiesz­cza drobne w swo­ich skrzy­niach - wyja­śnił Eli. - Robią to... hm... na szczę­ście, a także by zagwa­ran­to­wać sobie w razie potrzeby potwier­dze­nie daty wysła­nia ładunku. Gdy opa­ko­wa­nia do nich wra­cają, wyj­mują monety i umiesz­czają mię­dzy ścian­kami nowe.

- W takim razie jeśli zało­żymy, iż nasz roz­bi­tek otrzy­mał nowe skrzy­nie, ozna­cza to, że prze­bywa tu od ład­nych paru lat - stwier­dził z namy­słem Wyan. - To mogłoby wyja­śniać nieco jego zacho­wa­nie.

- Jeśli cho­dzi o moje zda­nie, to wręcz prze­ciw­nie - oświad­czył sta­now­czo Bar­ris. - Skoro chce wró­cić do cywi­li­za­cji, dla­czego zwy­czaj­nie nie wyj­dzie z lasu i nie poprosi nas o pomoc?

- Może gdy się roz­bił, ucie­kał przed czymś... albo kimś? - pod­su­nął Wyan. - Albo przy­był tu z wła­snej woli i chce po pro­stu, żeby zosta­wić go w spo­koju?

- Cóż, jeśli wła­śnie na to liczy, to sro­dze się roz­cza­ruje - skwi­to­wał puł­kow­nik. - W porządku. Kade­cie? Pro­szę kon­ty­nu­ować poszu­ki­wa­nia. Czy przy­dzie­lić ci kogoś do pomocy?

- Nie ma tu zbyt wiele miej­sca, sir - odparł Vanto. - Pew­nie tylko wcho­dzi­li­by­śmy sobie w drogę.

- W takim razie wra­caj do pracy - pole­cił krótko Bar­ris. - Prę­dzej czy póź­niej naszemu przy­ja­cie­lowi powi­nie się noga... a gdy tak się sta­nie, będziemy gotowi.

Tej nocy grono ofiar powięk­szyło się o pię­ciu żoł­nie­rzy floty z grona odde­le­go­wa­nego do peł­nie­nia warty wokół pery­me­tru. Trójka zgi­nęła z ręki nie­zna­nego wroga, od obra­żeń dozna­nych wsku­tek ataku gra­na­tami uda­ro­wymi, głów­nie ran klatki pier­sio­wej i głowy. We wszyst­kich przy­pad­kach nikt nic nie zauwa­żył - ani przed ata­kiem, ani po. Pozo­stałe dwie ofiary były efek­tem nie­szczę­śli­wego zbiegu oko­licz­no­ści, a żoł­nie­rze ci zostali postrze­leni przez swo­ich wła­snych pode­ner­wo­wa­nych kole­gów, któ­rzy w mroku i mgle wzięli ich za intru­zów.

Gdy niebo roz­świe­tlił brzask, Bar­ris ponow­nie skon­tak­to­wał się ze "Stri­ke­fa­stem", gdy zaś słońce skoń­czyło roz­pę­dzać ostat­nie smugi noc­nej mgły, na polanę dotarły dwa oddziały sztur­mow­ców. Po krót­kiej kon­sul­ta­cji z Bar­risem żoł­nie­rze skie­ro­wali się żwa­wym kro­kiem w głąb lasu, z kara­bi­nami bla­ste­ro­wymi trzy­ma­nymi w pogo­to­wiu bli­sko ciała.

Gdyby zda­nie Elego obcho­dziło kogoś na tyle, by go o nie zapy­tać, to chło­pak uwa­żał, że sztur­mowcy nie będą mieli wiele wię­cej szczę­ścia w poszu­ki­wa­niach tajem­ni­czego napast­nika niż żoł­nie­rze Bar­risa. Musiał jed­nak przy­znać, że obec­ność zaku­tych w białe pan­ce­rze wojow­ni­ków wpły­nęła zde­cy­do­wa­nie pozy­tyw­nie na morale zgro­ma­dzo­nych.

Wła­śnie roz­mon­to­wy­wał ostat­nią skrzy­nię w poszu­ki­wa­niu kolej­nych monet, gdy usły­szał dobie­ga­jące z zewnątrz ciche, ale natar­czywe pisz­cze­nie, po któ­rym nastą­piła seria okrzy­ków i prze­kleństw.

Czyżby alarm? Nie­zwłocz­nie się­gnął po komu­ni­ka­tor i akty­wo­wał go... tylko po to, by rów­nie szybko go wyłą­czyć, odsu­wa­jąc jed­no­cze­śnie od ucha naj­da­lej, jak zdo­łał, bo z gło­śnika dobie­gał tylko wzmoc­niony pisk, który usły­szał wcze­śniej.

Ktoś ich zagłu­szał!

- Alarm! Do wszyst­kich: stan naj­wyż­szej goto­wo­ści! - poniósł się po polance głos Bar­risa. - Wszy­scy żoł­nie­rze: pełna goto­wość! Majo­rze Wyan, gdzie pan jest?

Eli puścił się bie­giem wzdłuż ściany chaty. W pew­nej chwili nie­mal się prze­wró­cił, gdy wpa­dła na niego kobieta w mun­du­rze żoł­nie­rza floty, pędząca w stronę pery­me­tru. Jej twarz pod cięż­kim, czar­nym heł­mem była posza­rzała ze stra­chu i wykrzy­wiona gry­ma­sem naj­wyż­szego prze­ra­że­nia, a jej ubra­nie pokry­wała war­stewka pyłu. Chło­pak dostrzegł Bar­risa w chwili, gdy dotarł do niego Wyan.

- Wszyst­kie kanały zakłó­cane, sir - zgło­sił ten ostatni.

- Wiem! - wark­nął puł­kow­nik. - Dosyć tego. Miarka się prze­brała. Po lesie wałęsa się osiem­na­stu sztur­mow­ców, prze­trzą­sa­ją­cych zaro­śla. Pro­szę wysłać po nich kilku pań­skich żoł­nie­rzy floty. Wyco­fu­jemy się.

- Wy... wyco­fu­jemy, sir?

- Czy chciałby pan zgło­sić sprze­ciw?

- Nie, sir. Ale co z... tym? - Wyan wska­zał kciu­kiem przez ramię na chatę. - Pro­to­koły wyma­gają, by obiekt został zba­dany...

Bar­ris łypał na chatę gniew­nie przez kilka sekund, wresz­cie jed­nak rysy twa­rzy mu zła­god­niały.

- Ale wcale nie każą nam robić tego na miej­scu - zauwa­żył trzeźwo. - Zabie­rzemy obiekt ze sobą.

- Na pokład "Stri­ke­fa­sta"? - Wyan roz­dzia­wił usta ze zdu­mie­nia.

- A dla­cze­góż by nie? - odpo­wie­dział pyta­niem Bar­ris, choć spra­wiał przy tym wra­że­nie, jakby sam nie był prze­ko­nany co do słusz­no­ści takiej decy­zji. - Na pokła­dzie trans­por­towca jest mnó­stwo miej­sca. Ta buda spo­koj­nie się tam zmie­ści. Pro­szę poin­stru­ować tech­ni­ków, by zasztau­owali ciężki sprzęt repul­so­rowy i brali się do roboty.

Wyan obrzu­cił domo­stwo spoj­rze­niem dale­kim od entu­zja­zmu, jed­nak kar­nie potwier­dził:

- Tak jest, sir.

- I uprze­dzić ich, żeby lepiej się pospie­szyli - dodał zna­cząco Bar­ris w ślad za odcho­dzą­cym majo­rem. - Naj­praw­do­po­dob­niej zagłu­sza­nie ozna­cza dla nas tyle, że nasz nie­zna­jomy szy­kuje się do przy­pusz­cze­nia głów­nego ataku.

Eli przy­warł ple­cami do ściany chaty i powiódł wzro­kiem po skraju lasu. Nie widział nic, co suge­ro­wa­łoby bez­po­śred­nie zagro­że­nie - ni­gdzie ani śladu cza­ją­cych się mię­dzy drze­wami wro­gów. Z dru­giej strony, wcze­śniej rów­nież nikt nic nie dostrzegł...

Trzy minuty póź­niej w obo­zo­wi­sku zja­wił się oddział żoł­nie­rzy i tech­ni­ków o ponu­rych minach, któ­rzy zajęli się umiesz­cza­niem gene­ra­to­rów i skrzyń na pod­no­śni­kach repul­so­ro­wych. Jeden z tech­ni­ków został z Elim, pod­czas gdy pozo­stali zabrali się do prze­no­sze­nia zna­le­zisk na pokład trans­por­towca. Dwójka sku­piła się na oglę­dzi­nach chaty i usta­la­niu, w któ­rych miej­scach należy umie­ścić pod­no­śniki, aby nie naru­szyć kon­struk­cji.

Wciąż dys­ku­to­wali, gdy z lasu wyło­nił się pierw­szy ze sztur­mow­ców, odwo­ła­nych z roz­kazu Bar­risa. Gdy reszta żoł­nie­rzy dotarła do obo­zo­wi­ska i zajęła pozy­cje obronne - twa­rzami w stronę lasu, w ocze­ki­wa­niu na atak, któ­rego się ner­wowo spo­dzie­wali - źró­dła zakłó­ceń wciąż jesz­cze nie udało się usu­nąć ani namie­rzyć.

Tyle tylko, że spo­dzie­wany atak nie nastą­pił. Kiedy suge­ro­wane przez Bar­risa pół godziny minęło, obóz został zwi­nięty, a wszystko zapa­ko­wane bez prze­szkód na pokład trans­por­towca. Mogli lecieć.

Był tylko jeden mały szko­puł: bra­ko­wało jed­nego z osiem­na­stu sztur­mow­ców.

- Co to zna­czy "zagi­nął"? - wark­nął Bar­ris gło­sem na tyle dono­śnym, by usły­szeli go wszy­scy zgro­ma­dzeni na pola­nie. Trójka sztur­mow­ców zawró­ciła już posłusz­nie, zagłę­bia­jąc się z powro­tem w las. - Jak sztur­mo­wiec może... zagi­nąć?

- Nie wiem, sir - odparł Wyan, ner­wowo roz­glą­da­jąc się dookoła. - Ale ma pan rację: im szyb­ciej się stąd zabie­rzemy, tym lepiej.

- Jak jasna cho­lera, że mam rację! - wyce­dził roz­wście­czony nie na żarty Bar­ris. - I tak wła­śnie zro­bimy, majo­rze. Niech pań­scy tech­nicy wsia­dają na pokład, a żoł­nie­rze za nimi, w stan­dar­do­wym szyku arier­gardy.

- A co ze sztur­mow­cami? - zapy­tał Wyan.

- Mają wła­sny trans­por­to­wiec - przy­po­mniał mu Bar­ris. - Mogą zostać i prze­szu­ki­wać krzaki, jak długo im się podoba. Odla­tu­jemy, gdy tylko cała reszta znaj­dzie się na pokła­dzie.

Eli nie cze­kał, by usły­szeć wię­cej. Co prawda Bar­ris nie wspo­mniał kon­kret­nie o nim, jed­nak Vanto uwa­żał się bar­dziej za tech­nika niż żoł­nie­rza. A przy­naj­mniej bli­żej mu było do tego pierw­szego. Odwró­cił się w stronę trans­por­towca... i zamarł. Jeden ze sztur­mow­ców stał na bacz­ność tuż pod wła­zem, z bro­nią w pogo­to­wiu. Jeśli zamie­rzał się sprze­ci­wić roz­ka­zom Bar­risa, który chciał porzu­cić tu jego i jego towa­rzy­szy...

Bez ostrze­że­nia żoł­nierz nagle dosłow­nie wypa­ro­wał w gwał­tow­nej eks­plo­zji.

Eli w mgnie­niu oka przy­padł do ziemi.

- Alarm! - Usły­szał czyjś okrzyk, stłu­miony przez dzwo­nie­nie w uszach.

Garstka żoł­nie­rzy kie­ro­wała się w głąb lasu, ale Eli nie był w sta­nie stwier­dzić, czy rze­czy­wi­ście kogoś ści­gali, zwę­szyw­szy trop, czy po pro­stu liczyli na łut szczę­ścia. Spoj­rzał ponow­nie w stronę trans­por­towca...

Serce sta­nęło mu w piersi. Dym, który zasnuł wszystko po wybu­chu, zaczy­nał się już prze­rze­dzać i było widać, że sta­tek został tylko w mini­mal­nym stop­niu znisz­czony - w więk­szo­ści były to drobne uszko­dze­nia, które nie powinny mieć wpływu na zdat­ność jed­nostki do lotu czy szczel­ność kadłuba. W nie­wiel­kiej odle­gło­ści od miej­sca, w któ­rym stał wcze­śniej sztur­mo­wiec, dało się za to dostrzec poroz­rzu­cane ele­menty pan­ce­rza - wcze­śniej nie­ska­zi­tel­nie bia­łego, teraz poczer­nia­łego i pozna­czo­nego pla­mami.

Została jedy­nie ta garstka sko­rup. Ciało znik­nęło.

- Nie... - wymam­ro­tał pod nosem.

To... nie­moż­liwe. Wybuch, który spo­wo­do­wał tak nie­wiel­kie uszko­dze­nia statku znaj­du­ją­cego się w pobliżu, zwy­czaj­nie nie mógł spra­wić, że ciało... kom­plet­nie znik­nęło. Tym bar­dziej że oca­lał pan­cerz, który miał je chro­nić.

Kątem oka dostrzegł po lewej jakiś ruch. Na polankę wra­cali trzej sztur­mowcy, któ­rzy wyru­szyli wcze­śniej do lasu, aby odna­leźć swo­jego kolegę. Wszystko wska­zy­wało na to, że go zna­leźli.

A przy­naj­mniej to, co z niego zostało...

Eli wła­ści­wie spo­dzie­wał się, że ich trans­por­towce zostaną zaata­ko­wane pod­czas startu. Nie zda­rzyło się jed­nak nic takiego: gdy wzbi­jali się w niebo, nie ści­gały ich pro­mie­nie lase­rowe ani gra­naty. Już wkrótce, ku jego nie­opi­sa­nej uldze, zna­leźli się - bez­pieczni - w han­ga­rze "Stri­ke­fa­sta".

Gdy z pokładu zaczęli się wysy­py­wać żoł­nie­rze, cze­kał już na nich kapi­tan Parck.

- Puł­kow­niku. - Ski­nął ponuro głową, gdy Bar­ris wysiadł ze statku za Elim. - Nie przy­po­mi­nam sobie, abym wyda­wał panu pozwo­le­nie na opusz­cze­nie pozy­cji.

- Nie, sir, nie zro­bił pan tego - potwier­dził Bar­ris i Eli wyraź­nie sły­szał w jego gło­sie znu­że­nie. - Ale ponie­waż obją­łem dowo­dze­nie na miej­scu zda­rze­nia, postą­pi­łem w spo­sób, który w danych oko­licz­no­ściach uzna­łem za naj­sto­sow­niej­szy.

- Taaa - mruk­nął pod nosem Parck. Eli obej­rzał się przez ramię, podą­ża­jąc za spoj­rze­niem kapi­tana, i spo­strzegł, że przy­gląda się on z dziwną miną stat­kowi. - Czy to prawda, że przy­wieź­li­ście ze sobą... to obce domo­stwo?

- Tak, sir - potwier­dził Bar­ris. - Wszystko, co się dało, całą kon­struk­cję. Tech­nicy mogą wró­cić do pracy w każ­dej chwili.

- Nie ma pośpie­chu - uspo­koił go Parck. - Chciał­bym, żeby poszedł pan ze mną do mojego biura. Cała reszta ma się sta­wić do raportu. - Odwró­cił się w stronę tech­ni­ków i żoł­nie­rzy.

Gdy jego wzrok spo­czął na Elim, chło­pak odwró­cił pospiesz­nie głowę. Pod­słu­chi­wa­nie ofi­ce­rów było bar­dzo źle postrze­gane. Liczył na to, że może Parck nie zauwa­żył, jed­nak jego nadzieje oka­zały się płonne.

- Kade­cie Vanto?

Eli odru­chowo sku­lił się w sobie, ale posłusz­nie odwró­cił się w stronę star­szego stop­niem ofi­cera.

- Tak, sir?

- Ty rów­nież pój­dziesz z nami - oznaj­mił Parck. - Zapra­szam.

We trójkę opu­ścili pokład han­ga­rowy, z Parc­kiem na czele ich małego pochodu.

Ku zasko­cze­niu Elego nie skie­ro­wali się jed­nak do biura kapi­tana. Zamiast tego Parck popro­wa­dził ich do wieży kon­tro­l­nej han­garu, w któ­rej z nie­zna­nych przy­czyn przy­ga­szono świa­tła.

- Sir? - zagad­nął Bar­ris, kiedy Parck pod­szedł do okna wycho­dzą­cego na han­gar.

- Chciał­bym prze­pro­wa­dzić coś w rodzaju... eks­pe­ry­mentu, puł­kow­niku. - Parck dał gestem znak męż­czyź­nie przy pul­pi­cie kon­tro­l­nym. - Czy wszy­scy opu­ścili pokład? Dosko­nale. Pro­szę w takim razie przy­ciem­nić świa­tła w han­ga­rze.

Gdy świa­tła za pane­lem wido­ko­wym przy­ga­sły do poziomu sto­so­wa­nego w try­bie noc­nym, Bar­ris pod­szedł do Parcka. Ostroż­nie, sta­ra­jąc się z całych sił nie rzu­cać w oczy, a jed­no­cze­śnie mieć dobry widok na pokład han­ga­rowy, Eli pod­kradł się do kapi­tana i zatrzy­mał z dru­giej strony, o krok za nim. W dole jak na dłoni widać było trans­por­to­wiec i prom desan­towy. Za nimi, na dru­gim krańcu han­garu dało się dostrzec trzy promy typu Zeta oraz kurier­skiego Har­bin­gera.

- Na czym dokład­nie miałby on pole­gać? - zapy­tał Bar­ris.

- Chcę prze­te­sto­wać pewną... teo­rię - wyja­śnił Parck. - Puł­kow­niku, kade­cie, pro­szę się... hm... roz­go­ścić. Moż­liwe, że tro­chę to potrwa.

I rze­czy­wi­ście, minęły pra­wie dwie godziny, zanim coś się wyda­rzyło, jed­nak warto było cze­kać. Po upły­wie tego czasu z wnę­trza trans­por­towca wyło­niła się ukrad­kiem postać - jeśli sądzić po syl­wetce, przed­sta­wi­ciel rasy huma­no­idal­nej. Po cichu prze­śli­zgnęła się przez pogrą­żony w pół­mroku han­gar w stronę sto­ją­cych na tyłach stat­ków, korzy­sta­jąc po dro­dze ze ską­pej osłony zapew­nia­nej przez ele­menty wypo­sa­że­nia pokładu.

- Kto to taki? - zapy­tał Bar­ris, pochy­la­jąc się nieco ku trans­pa­ri­sta­lo­wej tafli.

- O ile się nie mylę, źró­dło pań­skich kło­po­tów na powierzchni pla­nety - odparł Parck z satys­fak­cją. - Jak sądzę, to wła­śnie roz­bi­tek, na któ­rego domo­stwo natra­fi­li­ście.

Eli zamru­gał, marsz­cząc czoło. Ale... jeden czło­wiek? Jeden?

Bar­ris naj­wy­raź­niej rów­nież nie był prze­ko­nany do teo­rii Parcka.

- To nie­moż­liwe, sir - zapro­te­sto­wał kate­go­rycz­nie. - Te ataki nie mogły być dzie­łem jed­nej osoby. Z pew­no­ścią miał jakąś pomoc...

- Zacze­kajmy chwilę i prze­ko­najmy się, czy ktoś do niego dołą­czy - zapro­po­no­wał kapi­tan.

Mijały minuty, ale ze statku nie wynu­rzył się nikt wię­cej. Prze­my­ka­jący przez han­gar cień dotarł do sto­ją­cych po dru­giej stro­nie stat­ków i zatrzy­mał się na chwilę, jakby nad czymś się zasta­na­wiał, po czym sta­now­czym kro­kiem pod­szedł do włazu środ­ko­wego z trzech pro­mów typu Zeta i wśli­zgnął się do wnę­trza statku.

- Cóż, wygląda na to, że rze­czy­wi­ście jest sam - stwier­dził Parck, się­ga­jąc po komu­ni­ka­tor. - Jest w środ­ko­wej Zecie - rzu­cił do mikro­fonu. - Usta­wić broń na tryb ogłu­sza­nia. Chcę go dostać żywego. Całego i zdro­wego.

Z uwagi na roz­liczne pro­blemy, jakich nastrę­czył im obcy roz­bi­tek pod­czas ich krót­kiej wizyty na powierzchni pla­nety, Eli spo­dzie­wał się, że nie­zna­jomy będzie sta­wiał opór i wal­czył z pró­bu­ją­cymi go zatrzy­mać żoł­nie­rzami. Ku jego zasko­cze­niu intruz pod­dał się od razu, bez walki.

Może ich nagłe poja­wie­nie się go zasko­czyło? Bar­dziej praw­do­po­dobne jed­nak, że zda­wał sobie po pro­stu sprawę z bez­ce­lo­wo­ści dal­szego oporu.

Cóż, teraz już przy­naj­mniej Eli rozu­miał, dla­czego Parc­kowi zale­żało na jego obec­no­ści w wieży kon­tro­l­nej. Skoro nale­żące do nie­zna­jo­mego skrzy­nie były opi­sane w jakimś warian­cie sy bisti, to ist­niała szansa, że on sam będzie wła­dał tym dia­lek­tem - a gdyby miało się oka­zać, że to jedyny język, jakim się posłu­guje, Impe­rium będzie potrze­bo­wało tłu­ma­cza.

Grupa była w poło­wie drogi do włazu, gdzie cze­kali już na nich Parck, Bar­ris, Eli i ich eskorta sztur­mow­ców, gdy w han­ga­rze znów roz­bły­sły świa­tła.

Wię­zień, co już wcze­śniej zdą­żył zauwa­żyć Eli, miał huma­no­idalną syl­wetkę i posturę. Na tym jed­nak koń­czyło się podo­bień­stwo do prze­cięt­nego przed­sta­wi­ciela rasy ludz­kiej. Jego skóra miała nie­bie­ski odcień, oczy pałały krwi­stą czer­wie­nią, a włosy były w kolo­rze gra­na­to­wej czerni.

Eli zamarł. Na jego ojczy­stej Lysa­trze krą­żyły legendy o takich isto­tach: dum­nych, zabój­czo groź­nych wojow­ni­kach, któ­rych nazy­wano Chis­sami.

Z tru­dem ode­rwał wzrok od twa­rzy obcego i odsu­nął na bok wspo­mnie­nia daw­nych mitów. Wię­zień był ubrany w coś, co wyglą­dało na pozszy­wane razem skóry i futra róż­nych zwie­rząt żyją­cych w lesie, w któ­rym miesz­kał. Idący spo­koj­nym, rów­nym kro­kiem pośród czwórki uzbro­jo­nych sztur­mow­ców ema­no­wał wład­czą, nie­mal ary­sto­kra­tyczną pew­no­ścią sie­bie.

Pew­ność sie­bie. O tak, to okre­śle­nie poja­wiało się w mitycz­nych opo­wie­ściach bar­dzo czę­sto.

Cała grupa zatrzy­mała się kilka metrów od Parcka.

- Witamy na pokła­dzie "Stri­ke­fa­sta", gwiezd­nego nisz­czy­ciela typu Vena­tor - ode­zwał się kapi­tan. - Mówisz w basicu?

Obcy przez chwilę przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu.

- Czy może wolałby pan roz­ma­wiać w sy bisti? - dodał w tym języku Eli.

Bar­ris spio­ru­no­wał go wzro­kiem i Eli się skrzy­wił. Znów to zro­bił: ode­zwał się nie­pro­szony. Powi­nien był zacze­kać na roz­kazy... Wię­zień rów­nież na niego patrzył, jed­nak spra­wiał wra­że­nie raczej zamy­ślo­nego niż roz­wście­czo­nego.

Kapi­tan Parck z kolei nie odry­wał wzroku od obcego.

- Jak się domy­ślam, zapy­ta­łeś go, czy mówi w sy bisti? - zapy­tał Elego.

- Tak jest, sir - potwier­dził chło­pak. - Pro­szę o wyba­cze­nie, panie kapi­ta­nie. Pomy­śla­łem po pro­stu... to zna­czy, we wszyst­kich opo­wie­ściach Chis­so­wie uży­wali sy bisti i...

- Kto taki? - wszedł mu w słowo Parck.

- Chis­so­wie - powtó­rzył Eli, czu­jąc, że się czer­wieni. - Oni... hm, zawsze uwa­żano ich za legendę z obszaru Dzi­kiej Prze­strzeni.

- Och, czyżby? - prych­nął Parck, przy­glą­da­jąc się więź­niowi kry­tycz­nie. - Odno­szę wra­że­nie, że ten tutaj jest zde­cy­do­wa­nie nama­calny. Prze­pra­szam, prze­rwa­łem ci. Co takiego mówi­łeś?

- Z opo­wie­ści wyni­kało, iż Chis­so­wie poro­zu­mie­wali się pod­czas kon­tak­tów z nami w sy bisti.

- A wy uży­wa­li­ście tego języka w kon­tak­tach z nami - odparł spo­koj­nie w sy bisti wię­zień.

Eli się wzdry­gnął. Obcy odpo­wie­dział co prawda w sy bisti... ale udzie­lił odpo­wie­dzi na komen­tarz wygło­szony przez chło­paka w basicu.

- Czy rozu­miesz basic? - zapy­tał w sy bisti.

- W pew­nym stop­niu - odparł Chiss w tym samym języku. - Jed­nak swo­bod­niej się czuję, poro­zu­mie­wa­jąc w sy bisti.

Eli poki­wał głową.

- Mówi, że rozu­mie do pew­nego stop­nia basic, lecz woli się posłu­gi­wać sy bisti.

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­dział Parck. - W porządku. Nazy­wam się kapi­tan Parck i jestem dowódcą tego okrętu. A ty? Kim jesteś?

Eli otwo­rzył usta, żeby prze­tłu­ma­czyć, ale Parck powstrzy­mał go, uno­sząc dłoń.

- Tłu­macz tylko jego odpo­wie­dzi, chciał­bym się prze­ko­nać, jak dobrze rozu­mie basic. Jak się nazy­wasz? - powtó­rzył.

Chiss znów przez chwilę mil­czał, wodząc wzro­kiem po wnę­trzu han­garu - choć nie jak pry­mi­tyw, przy­tło­czony i zdu­miony jego ogro­mem - jak uświa­do­mił sobie Eli - tylko jak woj­skowy, oce­nia­jący silne i słabe strony prze­ciw­nika.

- Mitth'raw'nuru­odo - odpo­wie­dział obcy, wbi­ja­jąc znów prze­ni­kliwe spoj­rze­nie gore­ją­cych oczu w Parcka. - Sądzę jed­nak, że łatwiej wam będzie nazy­wać mnie Thraw­nem.

Rozdział 2

Ścieżka losu może zmie­nić się pod wpły­wem waż­nych decy­zji lub zda­rzeń. To wła­śnie one skie­ro­wały moje kroki na drogę, którą obec­nie podą­żam.

Cza­sem jed­nak bieg wyda­rzeń może zostać odmie­niony przez drobny, pozor­nie błahy szcze­gół. W przy­padku Elego Vanta oka­zało się nim jedno usły­szane przy­pad­kiem słowo: Chiss. Gdzie kadet Vanto usły­szał tę nazwę? Co dla niego zna­czyła? Wyja­wił już tę jedną infor­ma­cję, jed­nak rów­nie dobrze mogą ist­nieć i inne... W isto­cie prawda może skła­dać się z wielu warstw. Jakich dokład­nie?

Na statku tak dużym jak ten ist­nieje tylko jeden spo­sób, by się tego dowie­dzieć.

Stąd też moja ścieżka w tym punk­cie kolejny raz obiera nowy bieg. Podob­nie jak i jego...

- Thrawn... - powtó­rzył Parck z namasz­cze­niem, jakby na próbę. - W porządku. Tak jak już wspo­mnia­łem, witamy na pokła­dzie. Chciał­bym, byś wie­dział, że nie zamie­rza­li­śmy naru­szać two­jej pry­wat­no­ści. Szu­ka­li­śmy prze­myt­ni­ków, a zamiast tego tra­fi­li­śmy na twoje domo­stwo. W chwili obec­nej jeden z naszych roz­ka­zów obli­guje nas do bada­nia wszel­kich nie­zna­nych ras, na jakie natra­fimy.

- Tak - odparł Thrawn w sy bisti. - To samo mówili han­dla­rze, któ­rzy nawią­zali kon­takt z moim ludem.

- Zro­zu­miał, co pan powie­dział, sir - zamel­do­wał Eli. - Mówi, że wie o tych roz­ka­zach od han­dla­rzy, któ­rzy kon­tak­to­wali się z jego ludem.

- Dla­czego w takim razie się nie poka­za­łeś? - zapy­tał Bar­ris. - Dla­czego nęka­łeś i zabi­ja­łeś moich ludzi?

- To było konieczne... - zaczął Thrawn w sy bisti, jed­nak Bar­ris prze­rwał mu:

- Dosyć! Rozu­miesz basic. Ozna­cza to, że możesz w nim mówić. Odpo­wiedz więc: dla­czego nęka­łeś i zabi­ja­łeś moich ludzi?

Thrawn przez chwilę przy­glą­dał mu się w zamy­śle­niu.

Eli zer­k­nął na Parcka, jed­nak kapi­tan rów­nież mil­czał.

- W porządku - ode­zwał się wresz­cie Thrawn w basicu. Mówił z sil­nym akcen­tem, ale dało się go zro­zu­mieć bez więk­szego trudu. - To było konieczne.

- Dla­czego? - zażą­dał odpo­wie­dzi Parck. - Co chcia­łeś w ten spo­sób osią­gnąć?

- Chcia­łem wró­cić do domu.

- Czy roz­bi­łeś się na tej pla­ne­cie?

- Zosta­łem... - Thrawn zer­k­nął na Elego. - Xishu azwane.

Eli zamru­gał. Został...?

- Mówi, że został tam... wygnany - poin­for­mo­wał resztę.

Słowo wisiało przez chwilę w prze­sy­co­nym zapa­chem spa­lin powie­trzu. Eli patrzył na Thrawna, zato­piony we wspo­mnie­niach opo­wie­ści, któ­rych słu­chał jako dziecko przy ogni­sku. Opo­wie­ściach mówią­cych o jed­no­myśl­no­ści i męstwie Chis­sów.

W żad­nej z nich nie było wzmianki o tym, by ska­zy­wali swo­ich na wygna­nie...

- Dla­czego? - zapy­tał ponow­nie Parck.

Thrawn spoj­rzał na Elego.

- Wyja­śnij, pro­szę, w basicu. To zna­czy, jeśli zdo­łasz - popro­sił chło­pak.

Chiss utkwił znów spoj­rze­nie w Parcku.

- Moi przy­wódcy i ja poróż­ni­li­śmy się.

- Na tyle poważ­nie, że skoń­czyło się to twoim wygna­niem?

- Tak.

- Hm, cie­kawe - sko­men­to­wał pod nosem kapi­tan. - W porządku. A więc twier­dzisz, że wła­śnie dla­tego musia­łeś zwo­dzić ludzi puł­kow­nika Bar­risa... Opo­wiedz nam w takim razie, jak tego doko­na­łeś.

- To było nie­trudne - odparł Thrawn. - Wasz sta­tek roz­bił się w pobliżu miej­sca mojej zsyłki. Mia­łem oka­zję przyj­rzeć mu się, zanim zja­wili się wasi żoł­nie­rze. Pilot był mar­twy. Zabra­łem mu ciało i je ukry­łem.

- I wypeł­ni­łeś jego ska­fan­der trawą - dopo­wie­dział Bar­ris. - Aby­śmy nie zauwa­żyli, że ukra­dłeś jego sprzęt.

- I tak się stało - odparł Chiss. - Naj­bar­dziej ważne było, byście zabrali ze sobą ska­fan­der i zepsute jagody pyussh.

- Jagody? - zdzi­wił się Bar­ris.

- Tak - potwier­dził obcy. - Zepsute, roz­gnie­cione jagody pyussh przy­cią­gają małe zwie­rzęta nocy.

Eli poki­wał głową. "Zepsute" zna­czyło sfer­men­to­wane, "zwie­rzęta nocy" - nocne stwo­rze­nia. Można było odnieść wra­że­nie, że Thrawn ma cał­kiem spory zasób słow­nic­twa w basicu, jed­nak bra­ko­wało mu zna­jo­mo­ści wyra­żeń tech­nicz­nych i widać było, że stara się impro­wi­zo­wać. Miał rów­nież drobne pro­blemy z szy­kiem, co suge­ro­wało, że uczył się raczej z ksią­żek niż poprzez kon­takt z języ­kiem mówio­nym.

Czy ozna­czało to, że Chiss miał ostat­nio ogra­ni­czony kon­takt z isto­tami spoza Nie­zna­nej Prze­strzeni?

- Moco­wa­łeś odbez­pie­czone ogniwa do ciał zwie­rząt - domy­ślił się Bar­ris. - To wła­śnie w ten spo­sób prze­my­ci­łeś je przez nasz kor­don.

- Tak - potwier­dził Chiss. - I tak samo zaata­ko­wa­łem póź­niej żoł­nie­rzy. Procą wrzu­ci­łem kolejne jagody w szcze­liny ich zbroi.

- A potem dopro­wa­dzi­łeś do kata­strofy myśliwca - dodał Parck. - Jak tego doko­na­łeś?

- Wie­dzia­łem, że wyśle­cie jakiś sta­tek na poszu­ki­wa­nia. Przy­go­to­wa­łem się do tego, roz­cią­ga­jąc... - Urwał. - Ohu­lu­dwu.

- Linki jed­now­łók­nowe - pod­su­nął Eli.

- Tak, linki jed­now­łók­nowe mię­dzy czub­kami drzew. Sta­tek wpadł w nie.

- A na tej wyso­ko­ści pilot nie miał czasu odzy­skać pano­wa­nia nad maszyną. - Parck poki­wał głową. - A tak przy oka­zji: wiesz, że nie­wiele byś wskó­rał, nawet gdyby udało ci się pozy­skać któ­ryś z myśliw­ców w sta­nie nie­tknię­tym? Nie mają hiper­na­pę­dów.

- Zale­żało mi nie na statku - wyja­śnił Thrawn. - Tylko na pilota... - Ponow­nie urwał. - Ezenti ophu ocengi.

- Sprzę­cie i komu­ni­ka­to­rze - wyja­śnił Eli.

- Ale prze­cież nie zabra­łeś mu komu­ni­ka­tora - zauwa­żył Bar­ris. - Spraw­dzi­li­śmy w obo­zo­wi­sku ska­fan­der. Kom­link wciąż był na miej­scu.

- Nie - odparł Thrawn. - Był komu­ni­ka­tor pierw­szego pilota.

Eli poki­wał znów głową. Spryt, tak­tyczne myśle­nie i umie­jęt­ność pano­wa­nia nad sytu­acją - dokład­nie takie cechy cha­rak­te­ry­zo­wały Chis­sów, przy­naj­mniej jeśli wie­rzyć opo­wie­ściom.

A jed­nak... wygnany?

- Sprytne - sko­men­to­wał Parck. - A my sądzi­li­śmy, że wiemy, co się wyda­rzyło, więc nie przy­szło nam nawet do głowy, by spraw­dzić numer seryjny. Gdy więc odkry­li­śmy, że bra­kuje pierw­szego komu­ni­ka­tora i wyłą­czy­li­śmy go z obiegu, na­dal mia­łeś dzia­ła­jące urzą­dze­nie.

- A więc zabi­łeś czło­wieka dla komu­ni­ka­tora - pod­su­mo­wał ostro Bar­ris. Widać było jak na dłoni, że w prze­ci­wień­stwie do kapi­tana zarad­ność obcego nie zro­biła na nim wra­że­nia. - Dla­czego po tym wszyst­kim wciąż nęka­łeś moich ludzi? Czy robi­łeś to dla zabawy?

- Żałuję, że spo­wo­do­wa­łem utratę życia two­ich ludzi - wyznał z powagą Thrawn. - Musia­łem jed­nak dopro­wa­dzić do zja­wie­nia się żoł­nie­rzy w... peł­niej­szych pan­cer­zach.

- Peł­niej­szych... - powtó­rzył Bar­ris, jed­nak urwał w pół zda­nia, gdy domy­ślił się zna­cze­nia słów obcego. - Ach, masz na myśli sztur­mow­ców? Chcia­łeś, żeby zja­wili się sztur­mowcy?

- Twoi żoł­nie­rze noszą hełmy - dodał Chiss, rysu­jąc pal­cem w powie­trzu kształt wokół głowy, aby zobra­zo­wać, co ma na myśli. - Źle dla mnie. - Dotknął swo­jej twa­rzy. - Musia­łem zasło­nić skórę.

- Tylko w taki spo­sób bez wzbu­dza­nia podej­rzeń mogłeś się dostać na teren obozu - domy­ślił się Parck, kiwa­jąc głową.

- Tak - potwier­dził Thrawn. - Uży­łem wybu­cho­wego ładunku, by mieć zbroję, któ­rej mógł­bym się przyj­rzeć...

- W jaki spo­sób tego doko­na­łeś, skoro nikt nie sły­szał eks­plo­zji? - wszedł mu w słowo Bar­ris.

- To było, kiedy zaczą­łem zakłó­cać łącz­ność - wyja­śnił Chiss. - Hałas zagłu­szył odgłos wybu­chu. Dzięki oglą­da­niu zbroi dowie­dzia­łem się, jak zabić żoł­nie­rza cicho, bez znisz­czeń, które byłoby widać. Zabra­łem zbroję dru­giego żoł­nie­rza i wsze­dłem do statku.

- Pod­czas gdy my wno­si­li­śmy na pokład twój doby­tek? - dodał Bar­ris.

- Wybra­łem czas, gdy nie było nikogo - wyja­śnił Thrawn. - Dzięki małym gałę­ziom usta­wi­łem zbroję pro­sto w oko­li­cach włazu. Znisz­czył ją wrzu­cony w środku ładu­nek.

- Co miało odwró­cić naszą uwagę, tak byśmy się nie zorien­to­wali, że w rze­czy­wi­sto­ści bra­kuje dwóch sztur­mow­ców - dopo­wie­dział Parck. - Gdzie się ukry­łeś na czas podróży?

- W środku obu­dowy dru­giego gene­ra­tora - odparł Chiss. - Jest pusty pra­wie, bo zuży­łem jego czę­ści do naprawy pierw­szego.

- W takim razie domy­ślam się, że prze­by­wa­łeś na pla­ne­cie już od jakie­goś czasu - dodał kapi­tan. - Rozu­miem już, dla­czego tak despe­racko chcia­łeś się stam­tąd wydo­stać...

Thrawn wypro­sto­wał się na pełną wyso­kość.

- Nie byłem despe­racki. Ale mój lud mnie potrze­buje.

- Dla­czego?

- Grozi im nie­bez­pie­czeń­stwo. W galak­tyce jest mnó­stwo nie­bez­pie­czeństw. Nie­bez­pie­czeństw zagra­ża­ją­cych mojemu ludowi. I waszemu rów­nież. - Wyko­nał dziwny gest. - Wie­dza o nich byłaby z korzy­ścią dla was.

- A jed­nak to twój lud cię tutaj wygnał - zauwa­żył Parck. - Czy nie zga­dzali się z tobą co do powagi tych zagro­żeń?

Thrawn spoj­rzał na Elego.

- Czy mogę pro­sić o powtó­rze­nie? - zapy­tał w sy bisti.

Kadet prze­tłu­ma­czył pyta­nie kapi­tana.

- Nie było mię­dzy nami nie­zgody, jeśli cho­dzi o powagę zagro­że­nia - odpo­wie­dział Thrawn w basicu z sil­nym akcen­tem. - Nie zga­dza­li­śmy się jed­nak co do pro­cesu. Nie uzna­wali racji bytu... eze­boli hlu­salu.

Eli prze­łknął gło­śno ślinę.

- Nie wie­rzą w wojnę uprze­dza­jącą.

- A więc twój lud potrze­buje ochrony - powie­dział Parck i w jego gło­sie zabrzmiała jakaś nowa, trudna do wychwy­ce­nia nuta. - Jak zamie­rzasz doko­nać tego sam, bez pomocy stat­ków czy sojusz­ni­ków?

Eli zmarsz­czył czoło. To było dziwne pyta­nie - wypo­wie­dziane dziw­nym tonem. Czy kapi­tan pró­bo­wał wyson­do­wać Thrawna na oko­licz­ność poten­cjal­nych sprzy­mie­rzeń­ców Chis­sów?

Thrawn jed­nak naj­wy­raź­niej nie dostrzegł w pyta­niu nic nie­zwy­kłego.

- Nie wiem - odpo­wie­dział tylko spo­koj­nie. - Znajdę jakiś spo­sób.

- Och, jestem tego pewien - stwier­dził Parck. - A tym­cza­sem... cóż, mia­łeś ciężki dzień i jestem pewien, że przyda ci się porządny odpo­czy­nek. Koman­do­rze?

- Sir? - Jeden ze sztur­mow­ców wystą­pił z sze­regu naprzód.

- Pro­szę wraz z oddzia­łem ode­skor­to­wać naszego gościa do biura ofi­cera pokła­do­wego. Zadba­li­śmy o wszel­kie wygody i poczę­stu­nek - pole­cił Parck. - Panie Thrawn, do zoba­cze­nia póź­niej.

- Dzię­kuję, kapi­ta­nie Parck - odparł Chiss. - Do zoba­cze­nia.

Gdy po niego przy­słano, Eli był w swo­jej kwa­te­rze i pra­co­wał wła­śnie nad rapor­tem pod­su­mo­wu­ją­cym, który pole­cono mu spo­rzą­dzić.

Ni­gdy wcze­śniej nie był w pry­wat­nym biu­rze kapi­tana. W zasa­dzie to ni­gdy wcze­śniej nawet nie był w tej czę­ści "Stri­ke­fa­sta".

Nie mówiąc już o tym, że ni­gdy dotąd nie miał oka­zji prze­by­wać w towa­rzy­stwie tak wielu wyso­kich rangą ofi­ce­rów. Czuł się tro­chę jak na trud­nym egza­mi­nie. Albo jakby posta­wiono go przed sądem woj­sko­wym.

- Kade­cie Vanto - przy­wi­tał go kapi­tan Parck i wska­zał krze­sło usta­wione przed sie­dzą­cymi w rzę­dzie ofi­ce­rami. - Zapra­szam.

- Tak jest, sir. - Eli zajął miej­sce, modląc się w duchu, by nikt nie zauwa­żył, jak bar­dzo trzęsą mu się ręce.

- Przede wszyst­kim, chciał­bym udzie­lić ci pochwały za twoje wzo­rowe zacho­wa­nie pod­czas misji - zaczął Parck. - Trzeba przy­znać, że świet­nie sobie pora­dzi­łeś w trud­nej sytu­acji.

- Dzię­kuję, sir - bąk­nął Eli, choć o ile pamięć go nie myliła, nie doko­nał niczego szcze­gól­nego poza trzy­ma­niem się moż­li­wie jak naj­da­lej od walk i zamie­sza­nia.

- Chciał­bym usły­szeć, co sądzisz o naszym więź­niu.

- Wydaje się... bar­dzo pewny sie­bie, sir - odparł ostroż­nie Eli. Dla­czego w ogóle go o to pytali? - Świet­nie się kon­tro­lo­wał. - Zamy­ślił się nad czymś i zamilkł na chwilę. - No, może poza momen­tem, w któ­rym został aresz­to­wany w han­ga­rze. Moż­liwe, że poj­ma­nie go zasko­czyło.

- Cóż, wąt­pię - skwi­to­wał Parck. - Pod­dał się bez walki: nie sta­wiał oporu ani nie pró­bo­wał uciec. - Prze­chy­lił lekko głowę na ramię. - Odno­szę wra­że­nie, że posia­dasz pewną wie­dzę o jego rasie...

- Nie bar­dzo, sir - stwier­dził Eli, nieco zmie­szany. - Moi ziom­ko­wie prze­ka­zy­wali sobie z ust do ust opo­wie­ści o Chis­sach... W zasa­dzie było to coś na kształt legend. O ile mi wia­domo, żad­nego z przed­sta­wi­cieli tej rasy nie widziano na Lysa­trze ani w oko­li­cach od setek lat.

- Ale przy­naj­mniej macie wasze legendy, czyli zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż to, co figu­ruje w reje­strach "Stri­ke­fa­sta" - odparł Parck. - Co dokład­nie mówią o nich te histo­rie?

- Wynika z nich, że to rasa świet­nych wojow­ni­ków - odparł Eli. - Mądrych, zarad­nych, dum­nych. A także nie­skoń­cze­nie lojal­nych wobec wła­snego gatunku. Jeśli cho­dzi o to wygna­nie... Cóż, idea wojny uprze­dza­ją­cej musiała naprawdę ich odpy­chać, skoro posu­nęli się aż do tego.

- Na to wygląda - zgo­dził się z nim kapi­tan. - Z tego, co widzę, na Myoma­rze obra­łeś ścieżkę kariery zaopa­trze­niowca...

- Tak jest, sir - potwier­dził Eli, zbity z tropu tą nagłą zmianą tematu. - Moja rodzina pro­wa­dzi małą firmę wysył­kową i uznała, że służba Impe­rium byłaby...

- A czy masz może doświad­cze­nie w szko­le­niu lub naucza­niu?

- Nie, sir, nic z tych rze­czy - przy­znał Eli.

Czyżby Parck chciał go prze­nieść? Miał nadzieję, że jed­nak nie. Od małego pilo­to­wał frach­towce swo­jej rodziny i nie chciał utknąć w jakimś biu­rze czy sali wykła­do­wej.

Przez chwilę kapi­tan przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu, aż wresz­cie opadł na opar­cie fotela i obej­rzał się na eskor­tu­ją­cych go ofi­ce­rów. Cał­kiem jakby prze­ka­zy­wał im jakiś niemy sygnał.

- Dosko­nale, kade­cie Vanto - powie­dział wresz­cie, zwra­ca­jąc się znów w stronę Elego. - Od tej chwili będziesz peł­nił funk­cję ofi­cera łącz­ni­ko­wego, tłu­ma­cza i asy­stenta naszego więź­nia. Poza tym będziesz...

- Sir? - wszedł mu w słowo Eli, otwie­ra­jąc sze­roko oczy. - Ale... jestem tylko kade­tem i...

- Nie skoń­czy­łem jesz­cze - zauwa­żył spo­koj­nie Parck. - Oprócz tłu­ma­cze­nia dla niego będziesz go rów­nież uczył basicu. Zna pod­stawy, jak zresztą sam mia­łeś oka­zję się prze­ko­nać, jed­nak powi­nien posze­rzyć słow­nic­two. Nie zaszko­dzi pod­szko­lić go też w gra­ma­tyce i wymo­wie. Jakieś pyta­nia?

- Nie, sir - wykrztu­sił Eli. Lawina nie­spo­dzia­nek nie­bez­piecz­nie nabie­rała tempa. - Cho­ciaż wła­ści­wie to... tak, sir. Dla­czego to takie ważne, żeby opa­no­wał basic? Czy nie odsy­łamy go z powro­tem na tamtą pla­netę?

Ofi­ce­ro­wie poru­szyli się nie­spo­koj­nie na swo­ich miej­scach i Eli zdał sobie nagle sprawę z tego, że prze­kro­czył pewną nie­wi­dzialną gra­nicę. Zamarł.

- Nie - prze­rwał nie­zręcz­nie mil­cze­nie Parck. Głos miał spo­kojny, choć dało się w nim dosły­szeć roz­draż­nie­nie, cał­kiem jakby było to już wcze­śniej przed­mio­tem oży­wio­nej dys­ku­sji i nie­ko­niecz­nie osią­gnięto w tej spra­wie poro­zu­mie­nie. - Zabie­ramy go na Coru­scant.

- Na Co... - Eli zamknął z gło­śnym kłap­nię­ciem usta, mając przed oczami wizję sta­ro­żyt­nych kró­lów, pro­wa­dzą­cych uli­cami mia­sta poko­na­nych wro­gów.

Ale prze­cież raczej nie o to cho­dziło Parc­kowi, prawda?

- Sądzę, że Impe­ra­tor chciałby się z nim spo­tkać i dowie­dzieć się co nieco o całych tych Chis­sach - wyja­śnił kapi­tan. W tonie jego głosu było coś, co suge­ro­wało, że takie wyja­śnie­nie ma w rów­nej mie­rze prze­ko­nać o słusz­no­ści tego kroku Elego, jak i sie­dzą­cych po bokach ofi­ce­rów. - Jestem też pewien, iż przy­służy się on Impe­rium. W ten czy inny spo­sób. Czy te wasze... legendy zawie­rały jakie­kol­wiek wska­zówki co do umiej­sco­wie­nia ojczy­stej pla­nety tej rasy?

- Mówiły tylko tyle, że Chis­so­wie pocho­dzili z Nie­zna­nych Regio­nów, sir - wyja­śnił Eli. - Nic poza tym. Żad­nych szcze­gó­łów.

- Szkoda - skwi­to­wał kapi­tan. - Mniej­sza jed­nak o to. Na tym wła­śnie będzie pole­gał kolejny z two­ich obo­wiąz­ków, jakie ci zle­cam na następne dni: chciał­bym, żebyś dowie­dział się moż­li­wie jak naj­wię­cej o nim samym, jego ojczyź­nie i jego rasie.

- Tak jest, sir - potwier­dził Eli, czu­jąc, że serce mu wali w piersi jak mło­tem. Awans ze zwy­kłego kadeta na sta­no­wi­sko tłu­ma­cza i asy­stenta obcego, żyw­cem wzię­tego z lysa­trań­skich legend!

A jedy­nym minu­sem było to, że mogło go to kosz­to­wać utratę przy­szło­ści, jaką sobie wyma­rzył...

Bo prze­ko­nał się już, że Impe­rium sta­nowi w zasa­dzie olbrzymi, skom­pli­ko­wany mecha­nizm, w któ­rym nie ma miej­sca na naj­mniej­sze potknię­cia. Jeśli Eli choćby o krok zbo­czy z raz obra­nej ścieżki kariery, może się nagle oka­zać, że tra­fił na zupeł­nie inną drogę - cał­kiem dla niego obcą, która może go zapro­wa­dzić na naj­niż­szy pokład jakiejś zapo­mnia­nej sta­cji kosmicz­nej, w któ­rej utknie już na zawsze.

Mimo to - tłu­ma­czył sobie - prze­cież zbo­czy z tej ścieżki jedy­nie na tydzień lub coś koło tego, czas potrzebny "Stri­ke­fa­stowi" na dotar­cie do Coru­scant, prawda? Potem wróci na Myomar wraz z resztą kade­tów - i mnó­stwem opo­wie­ści, które będzie mógł snuć do końca życia.

Co mogło pójść nie tak?

- Wyda­jesz się... roz­ba­wiony - mówi kadet Vanto, opa­da­jąc na opar­cie swo­jego fotela.

- Roz­ba­wiony? - pyta Thrawn.

- Hm, roz­śmie­szony czymś, co wydało ci się zabawne - wyja­śnia Vanto i prze­cho­dzi na sy bisti, aby zapy­tać: - Czy w tej histo­rii było coś, co uzna­łeś za śmieszne?

- Wydała mi się cał­kiem cie­kawa.

- Nie­które z moich opo­wie­ści uzna­jesz za cie­kawe - odpo­wiada Vanto. Na jego czole poja­wiają się zmarszczki. - Inne za nie­wia­ry­godne. Jesz­cze inne za zabawne. To wła­śnie była jedna z tych ostat­nich.

- Nie było moim celem ura­zić cie­bie - mówi Thrawn. - Sam jestem jed­nak Chis­sem i ni­gdy nie sły­sza­łem, aby ktoś z moich ludzi taką miał moc.

- Już to wyja­śnia­łem - odpo­wiada Vanto. Jego czoło czę­ściowo się wygła­dza. - Od początku tłu­ma­czy­łem ci, że te histo­rie to tylko nieco wię­cej niż legendy. Ale sam chcia­łeś je usły­szeć.

- Doce­niam twoją chęć podzie­le­nia się nimi ze mną - mówi Thrawn. - Z histo­rii, które ludzie opo­wia­dają o innych, można się cał­kiem sporo dowie­dzieć o tych pierw­szych.

- I? - pyta Vanto. Bruzdy na jego czole znów się pogłę­biają. Odwraca głowę lekko w prawo.

- Nie rozu­miem.

- Zapy­ta­łem, czego nauczy­łeś się o ludziach - wyja­śnia Vanto, mru­żąc lekko oczy.

- Źle się wyra­zi­łem. Prze­pra­szam. Chcia­łem powie­dzieć, że mogę się dowie­dzieć cze­goś o jed­nej oso­bie, to zna­czy o tobie, z opo­wie­ści, któ­rymi chcesz się ze mną dzie­lić.

- I czego się o mnie dowie­dzia­łeś? - pyta Vanto, prze­sta­jąc mru­żyć oczy. Ton jego głosu nieco się obniża.

- Że nie chcesz być tutaj - wyja­śnia Thrawn. - Nie chcesz odgry­wać roli tłu­ma­cza i asy­stenta. A już na pewno nie chcesz pro­wa­dzić prze­słu­cha­nia.

- A kto powie­dział, że pro­wa­dzę prze­słu­cha­nie? - pyta Vanto gło­sem nieco gło­śniej­szym i wyż­szym niż przed chwilą. Mię­śnie ramion ukryte pod ręka­wami jego bluzy tężeją.

- Chciał­byś wró­cić do swo­ich liczb i listów prze­wo­zo­wych - uści­śla Thrawn. - To wła­śnie do tego masz dryg i tędy pro­wa­dzi ścieżka, którą chcesz podą­żać.

- Fascy­nu­jące - mówi Vanto, a w jego gło­sie poja­wia się nowa, chra­pliwa nuta. Zaci­ska prze­lot­nie usta. - Pew­nie jako wielki dowódca woj­skowy uwa­żasz, że logi­styka i zaopa­trze­nie są poni­żej two­jej god­no­ści?

- A two­jej?

- Oczy­wi­ście, że nie - stwier­dza Vanto i pro­stuje się nieco w swoim fotelu, wypi­na­jąc lekko pierś. Mówi teraz głęb­szym tonem. - Bo dosko­nale wiem, o co w tym biega. Moja rodzina zaj­muje się tym od trzech poko­leń. Po pro­stu robię to teraz dla Floty Impe­rial­nej zamiast dla wła­snej rodziny, to wszystko.

- Domy­ślam się, że jesteś w tym dobry.

- Bar­dzo dobry - pod­kre­śla Vanto. - Porucz­nik Oste­regi powie­dział, że jestem jed­nym z naj­lep­szych kade­tów, jakich kie­dy­kol­wiek miał na pokła­dzie. Gdy tylko skoń­czę ostatni semestr w aka­de­mii, dostanę przy­dział na liniowcu.

- Czy wła­śnie tego pra­gniesz? - pyta Thrawn.

- Oczy­wi­ście - odpo­wiada Vanto, a jego głos traci nieco na sile. - Nie mam jed­nak poję­cia, dla­czego mia­łoby cię to obcho­dzić.

- Co mia­łoby mnie obcho­dzić?

- Dla­czego miał­bym cię obcho­dzić ja - wyja­śnia Vanto. Znów mruży lekko oczy. Ton jego głosu ponow­nie jest niski. - Wiem, że przez cały ten czas przy­glą­da­łeś mi się, pró­bu­jąc mnie przej­rzeć. Nie myśl, że tego nie zauwa­ży­łem. Pro­sisz mnie, żebym opo­wie­dział ci jedną z legend, które pozna­łem jako dziecko, a potem chcesz słu­chać o mojej ojczyź­nie i dzie­ciń­stwie. Cały czas zada­jesz pozor­nie błahe pyta­nia, sta­ra­jąc się, żeby brzmiały jak gdyby ni­gdy nic. Chciał­bym wie­dzieć po co. - Krzy­żuje ramiona na piersi.

- Wybacz - mówi Thrawn. - Nie chcia­łem cię ura­zić. Cie­ka­wisz mnie po pro­stu, tak samo jak cie­kawi mnie wszystko w twoim Impe­rium.

- Ale dla­czego aku­rat ja? - pyta Vanto. - Nie zapy­ta­łeś ni­gdy o kapi­tana Parcka ani majora Bar­risa, ani nikogo innego ze star­szych ofi­ce­rów. Nie pytasz nawet o Impe­ra­tora Pal­pa­tine'a czy Senat Impe­rialny!

- Bo nie są oni bez­po­śred­nio zwią­zani z moim prze­trwa­niem - wyja­śnia Thrawn. - A ty tak.

- Z całym należ­nym sza­cun­kiem, ale nie mógł­byś bar­dziej być w błę­dzie - mówi Vanto. Kręci głową. - Kapi­tan Parck może w każ­dej chwili wydać roz­kaz, aby wypchnąć cię przez śluzę powietrzną. Major Bar­ris może posta­wić ci zarzuty lub w coś cię wro­bić i kazać cię zastrze­lić. Co się zaś tyczy Impe­ra­tora... - Mię­śnie na jego szyi tężeją na chwilę, a twarz lśni przez chwilę moc­niej w pod­czer­wieni. - Ma wła­dzę abso­lutną nad wszyst­kimi i wszyst­kim, co się dzieje w Impe­rium. Jeśli uzna, że nie jesteś zabawny, albo będzie z cie­bie nie­za­do­wo­lony, skoń­czysz mar­twy.

- Kapi­ta­nowi Parc­kowi zależy na zacho­wa­niu twa­rzy i... awan­sie - odpo­wiada Thrawn. - Wie­rzy, że posłużę mu w reali­za­cji tych celów. Major Bar­ris nie lubi mnie, ale nie chce ryzy­ko­wać, że roz­gniewa swo­jego kapi­tana. Co zaś doty­czy waszego Impe­ra­tora... to się jesz­cze okaże.

- W porządku - mówi Vanto. Mię­śnie jego szyi roz­luź­niają się nieco, ale nie do końca. - Jeśli chcesz znać moje zda­nie, to naj­bar­dziej mar­twił­bym się wła­śnie o niego, ale... hm, twoja sprawa. To wszystko nie zmie­nia jed­nak faktu, że na­dal jestem na samym dole tej dra­biny. Jesz­cze raz: dla­czego w ogóle zawra­casz sobie mną głowę?

- Jesteś moim tłu­ma­czem. W two­ich rękach leży los moich słów i ich zna­cze­nie. Błędne tłu­ma­cze­nie spo­wo­duje zamie­sza­nie lub gniew. Celowa omyłka może spo­wo­do­wać śmierć.

- Krey­towe łajno - wypluwa Vanto i par­ska przez nos.

- Prze­pra­szam?

- Powie­dzia­łem: krey­towe łajno - powta­rza Vanto. - W ciągu ostat­nich kilku dni przy­swo­iłeś mnó­stwo wyra­żeń. Mówisz w basicu rów­nie dobrze jak ja. Może nawet lepiej, nie masz akcentu z Dzi­kiej Prze­strzeni, z któ­rego tak nabi­jają się ludzie. Nie potrze­bu­jesz tłu­ma­cza.

- Przed­sta­wi­łeś argu­ment - kwi­tuje Thrawn. - Co to zna­czy "krey­towe łajno"?

- To potoczne okre­śle­nie cze­goś bez­sen­sow­nego - wyja­śnia Vanto. Lewy kącik jego ust wędruje w górę. - Tym bar­dziej bez­sen­sow­nego, jeśli nadawca wie, że to... bez sensu.

- Rozu­miem. Krey­towe łajno. Zapa­mię­tam to.

- Lepiej nie - mówi Vanto ponuro, szybko wyma­wia­jąc słowa. - To nie­zbyt grzeczne. Nie mówiąc już o tym, że na kilo­metr cuch­nie takimi miej­scami jak Lysa­tra. Chcę przez to powie­dzieć, że koja­rzy się z miej­scami, które nie należą do Świa­tów Jądra i któ­rym daleko do eli­tar­no­ści oraz potęgi zamiesz­ki­wa­nych przez nie osób - wyja­śnia nie­pro­szony.

- Domy­ślam się, że ozna­cza to ist­nie­nie hie­rar­chii wśród świa­tów i ich miesz­kań­ców?

- Och, w końcu pyta­nie o praw­dziwe Impe­rium! - mówi Vanto. - O tak, ist­nieje taka hie­rar­chia, bez dwóch zdań. Potężna, sil­nie zako­rze­niona, w dużej mie­rze nie­pi­sana, jed­nak surowo prze­strze­gana. Jeśli liczysz na to, że przed­sta­wię cię wysoko posta­wio­nym i potęż­nym, gorzko się roz­cza­ru­jesz.

- Zbyt nisko się cenisz, kade­cie Vanto - komen­tuje Thrawn. - A może po pro­stu zbyt wiel­kie zna­cze­nie przy­pi­su­jesz hie­rar­chii spo­łecz­nej. Cie­szy mnie, że jesteś moim tłu­ma­czem.

- A ja się cie­szę, że jesteś zado­wo­lony - odpo­wiada Vanto. Mówi to gło­sem nieco wyż­szym niż wcze­śniej, ale mię­śnie jego szyi wciąż są nieco spięte. - Nie, żebyś miał jakiś wielki wybór...

- Może i tak - przy­znaje Thrawn. - Powiedz mi: kiedy przy­bę­dziemy na świat sto­łeczny?

- Mam roz­kazy dostar­czyć cię do przed­niego prze­działu han­ga­ro­wego, tego, z któ­rego pró­bo­wa­łeś uciec, o siód­mej jutro rano - wyja­śnia Vanto.

- Czy potem spo­tkam się z Impe­ra­to­rem?

- Nie mam poję­cia, co będzie potem - wzdy­cha kadet. Mię­śnie pod jego mun­du­rem tężeją lekko, a na jego czole znów poja­wiają się zmarszczki. - Jed­nak ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że jeśli się z kimś spo­tkasz, to raczej nie będzie to osoba z bli­skich krę­gów Impe­ra­tora. Być może ktoś z wyż­szych szcze­bli admi­ni­stra­cji. Albo i niż­szych.

- Czy będziesz mi towa­rzy­szył?

- To zależy od decy­zji kapi­tana - odpo­wiada chło­pak. - Wciąż mam do wypeł­nie­nia inne obo­wiązki na pokła­dzie "Stri­ke­fa­sta". Powi­nie­nem się też przy­go­to­wać do powrotu do aka­de­mii na Myoma­rze...

- Twoje obo­wiązki i stu­dia są oczy­wi­ście ważne - przy­ta­kuje Thrawn. - Zoba­czymy, jaką decy­zję podej­mie kapi­tan Parck. W takim razie, kade­cie, żegnam cię do rana i życzę ci dobrego wie­czoru.

- Dzię­kuję - mówi Vanto i napię­cie mię­śni ustę­puje, choć cał­kiem nie znika. - Do zoba­cze­nia rano.

Prom typu Lambda, oso­bi­sty śro­dek trans­portu kapi­tana Parcka, opu­ścił han­gar dokład­nie o siód­mej pięć rano. Oprócz Parcka, Thrawna i Elego na pokła­dzie zna­leźli się major Bar­ris, trzech żoł­nie­rzy floty, któ­rzy rze­komo prze­by­wali na pla­ne­cie, gdy Thrawn wodził wszyst­kich za nos, a także dwóch sztur­mow­ców, ponoć rów­nież nale­żą­cych do grupy, która była świad­kami doko­nań obcego.

Leciało z nimi także dzie­się­ciu uzbro­jo­nych po zęby żoł­nie­rzy floty. Nawet jeśli Parck przej­mo­wał się zda­niem wysoko posta­wio­nych przed­sta­wi­cieli admi­ni­stra­cji, naj­wy­raź­niej nie chciał ryzy­ko­wać, że wię­zień zbie­gnie, gdy wylą­dują.

Podob­nie jak wszy­scy oby­wa­tele Impe­rium Eli widział w swoim życiu mnó­stwo holo­gra­mów Coru­scant. Spę­dził także kilka godzin na bada­niu map pla­ne­tar­nych następ­nego dnia po tym, jak Parck poin­for­mo­wał go, że wła­śnie tam się uda­dzą.

Nic z tego nie przy­go­to­wało go jed­nak na skalę i roz­mach, które dosłow­nie zaparły mu dech w pier­siach, gdy dotarli do celu podróży.

Kiedy pod­cho­dzili do lądo­wa­nia, nie mógł wręcz ode­rwać oczu od ekranu w kabi­nie, wpa­tru­jąc się z nie­mal naboż­nym zachwy­tem w wyświe­tlane na nim obrazy. Pla­netę ota­czał sze­reg pier­ścieni, two­rzo­nych przez orbi­tu­jące wokół niej trans­por­towce, statki pasa­żer­skie i jed­nostki woj­skowe, cze­ka­jące na swoją kolej, aby wylą­do­wać. Tu i ówdzie dało się dostrzec świetlne fon­tanny two­rzone przez reflek­tory stat­ków star­tu­ją­cych z powierzchni pla­nety i włą­cza­ją­cych się do ruchu w róż­nych kory­ta­rzach powietrz­nych pod­czas prze­cho­dze­nia przez atmos­ferę, a następ­nie roz­pra­sza­ją­cych się w róż­nych kie­run­kach, gdy już dotarły do prze­strzeni kosmicz­nej.

Pod­czas gdy ich prom kon­ty­nu­ował lot ku powierzchni mia­sta-pla­nety, Eli przy­glą­dał się, jak mozaika lśnią­cych, przy­po­mi­na­ją­cych gwiazdy punk­ci­ków, zna­czą­cych powierzch­nię świata, powoli przy­bie­rała wyraź­niej­sze kształty wież i budyn­ków. Kiedy zna­leźli się jesz­cze bli­żej, mógł już bez prze­szkód wyło­wić z masy poje­dyn­cze pojazdy, klu­czące mię­dzy strze­li­stymi zabu­do­wa­niami w fine­zyj­nym powietrz­nym tańcu i zmie­rza­jące do tysiąca zna­nych tylko im punk­tów doce­lo­wych. Na ten widok do głowy przy­szła mu smętna myśl, że praw­do­po­dob­nie w tej chwili patrzy na wię­cej jed­no­stek powietrz­nych, niż kie­dy­kol­wiek wylą­do­wało na jego ojczy­stej pla­ne­cie.

Pilot wpro­wa­dził ich prom na jedną z wyżej poło­żo­nych tras, nie­wąt­pli­wie zare­zer­wo­waną dla jed­no­stek woj­sko­wych. Byli teraz na tyle bli­sko powierzchni pla­nety, że Eli dostrze­gał już wyraź­nie cha­rak­te­ry­styczne punkty orien­ta­cyjne. Tam, w oddali wid­niała Cen­tralna Aka­de­mia Impe­rialna, w któ­rej elita Impe­rium szko­liła się na ofi­ce­rów armii i floty. Za nią, nieco na wscho­dzie, znaj­do­wały się tereny prze­my­słowe - tu i tam nie­bo­siężne wieże wyplu­wały wysoko w atmos­ferę opary super­ro­zgrza­nych ście­ków. Jesz­cze dalej wid­niały pła­skie, nie­za­bu­do­wane poła­cie świata, poło­żone zde­cy­do­wa­nie niżej od szczy­tów ota­cza­ją­cych je strze­li­stych kon­struk­cji, jed­nak na­dal wiele pozio­mów ponad fak­tyczną powierzch­nią pla­nety. "Naj­praw­do­po­dob­niej lądo­wi­sko, być może dla wysoko posta­wio­nych poli­ty­ków lub więk­szych pojaz­dów woj­sko­wych" - uznał. Gdy spoj­rzał w drugą stronę, zauwa­żył dach budynku Senatu Impe­rial­nego.

Wstrzy­mał oddech. Skoro tam był Senat, a po prze­ciw­nej stro­nie Cen­tralna Aka­de­mia Impe­rialna...

Nie zmie­rzali ani do Admi­ra­li­cji, ani do sie­dziby Impe­rial­nego Biura Bez­pie­czeń­stwa, które ziden­ty­fi­ko­wał wcze­śniej jako naj­bar­dziej praw­do­po­dobne cele ich podróży.

Kie­ro­wali się pro­sto do Pałacu Impe­rial­nego.

Ale... Pałacu? Impe­rial­nego?

"Nie, to nie­moż­liwe" - prze­szło mu przez myśl. Prze­cież nie lecie­liby tam z powodu jed­nego jedy­nego nie­bie­sko­skó­rego huma­no­ida schwy­ta­nego na świe­cie bez nazwy w Dzi­kiej Prze­strzeni, prawda? Nie było szans, by Impe­ra­tor w ogóle zwró­cił uwagę na tak błahy incy­dent, nie mówiąc już o oso­bi­stym zain­te­re­so­wa­niu się tą sprawą...

A jed­nak wszystko wska­zy­wało na to, że tak wła­śnie się stało.

Eli ukrad­kiem zer­k­nął na drugą stronę prze­działu, gdzie sie­dzieli Thrawn i Parck oto­czeni przez straż­ni­ków. Kapi­tan wyda­wał się nie­na­tu­ral­nie spięty, cał­kiem jakby sam nie mógł uwie­rzyć w to, dokąd lecą. Straż­nicy spra­wiali podobne wra­że­nie, z tą jed­nak róż­nicą, że na twa­rzach co ponie­któ­rych malo­wał się nie­skry­wany strach.

Cóż, w zasa­dzie trudno było im się dzi­wić. To wła­śnie z powodu błę­dów popeł­nio­nych przez te kobiety i tych męż­czyzn Thrawn tra­fił na pokład "Stri­ke­fa­sta". Wszy­scy znali aż za dobrze mro­żące krew w żyłach opo­wie­ści o tym, jak Impe­ra­tor postę­po­wał z ludźmi, któ­rzy go zawie­dli.

Jed­nak sam Thrawn nie spra­wiał wra­że­nia prze­stra­szo­nego ani nawet zatro­ska­nego. Na jego twa­rzy malo­wała się jedy­nie ta jego bez­gra­nicz­nie wku­rza­jąca pew­ność sie­bie.

"Może Parck nie powie­dział mu, dokąd leci? - prze­szło przez myśl Elemu. - Może nie opowie­dział mu o Impe­ra­to­rze ani o jego repu­ta­cji? A może było wręcz prze­ciw­nie: opowie­dział mu o wszyst­kim w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, a obcy zało­żył po pro­stu, że nie­za­leż­nie od tego, dokąd lecą, postara się mieć wszystko pod kon­trolą?".

Eli utkwił spoj­rze­nie z powro­tem w ekra­nie, wra­ca­jąc myślą do wszyst­kich zna­nych mu legend o potę­dze mili­tar­nej Chis­sów. O ile się orien­to­wał, wie­dza o ich kul­tu­rze i spo­łe­czeń­stwie została zapo­mniana przez Repu­blikę wiele wie­ków, a może nawet tysiąc­leci temu. A teraz nagle ten gatu­nek wkra­czał ponow­nie na arenę dzie­jów...

Czy ta pew­ność sie­bie sta­no­wiła wizy­tówkę Thrawna, czy może była wła­ściwa wszyst­kim przed­sta­wi­cie­lom jego rasy?

Jako ktoś, kto być może pew­nego dnia zosta­nie zmu­szony sta­wić jej czoła, Eli modlił się gorąco w duchu, by praw­dziwa nie oka­zała się ta druga moż­li­wość.

Zanim popro­wa­dzono ich mię­dzy dwoma odzia­nymi w czer­wone szaty i hełmy impe­rial­nymi gwar­dzi­stami do sali tro­no­wej Impe­ra­tora, Eli nie­mal zdo­łał prze­ko­nać samego sie­bie, że przy­byli tu po pro­stu spo­tkać się z jakimś pała­co­wym urzęd­ni­kiem niż­szego szcze­bla.

Wcze­śniej prze­ko­nał się, że holo­gramy Coru­scant, które oglą­dał do tej pory, ble­dły w porów­na­niu z rze­czy­wi­sto­ścią. Oka­zało się, że w przy­padku Impe­ra­tora ta róż­nica jest jesz­cze bar­dziej ude­rza­jąca.

Na pierw­szy rzut oka męż­czy­zna nie robił jakie­goś szcze­gól­nego wra­że­nia. Ubrany w pro­stą, brą­zową szatę z kap­tu­rem, pozba­wioną jakich­kol­wiek ozdób czy insy­gniów wła­dzy, zasia­dał na potęż­nym, czar­nym i rów­nie pro­stym jak jego strój tro­nie, usta­wio­nym na podium wynie­sio­nym zale­d­wie cztery stop­nie ponad poziom pod­łogi - nic spek­ta­ku­lar­nego. W isto­cie ciemna barwa szat spra­wiała, że nie­mal zni­kał na tle mebla.

Dopiero gdy grupa pode­szła bli­żej, dało się dostrzec detale, od któ­rych chyba wszyst­kim bez wyjątku prze­szły po ple­cach ciarki.

Przede wszyst­kim twarz Impe­ra­tora. Holo­gramy i nagra­nia zawsze uka­zy­wały go jako dostoj­nego, star­szego męż­czy­znę, może nieco przy­tło­czo­nego brze­mie­niem doświad­cze­nia i trosk zwią­za­nych ze spra­wo­wa­niem władcy. To jed­nak były tylko pozory. Twarz skryta pod kap­tu­rem była twa­rzą starca - znisz­czona i poorana set­kami głę­bo­kich bruzd.

Nie były to zwy­kłe zmarszczki w rodzaju tych, któ­rych doro­bili się w ciągu lat pracy pod gołym nie­bem dziad­ko­wie Elego - o nie. Wyglą­dały nie jak oznaka wieku, ale raczej jak... bli­zny czy może ślady po opa­rze­niach?

Z histo­rii, które sły­szał, wyni­kało, że zdrajcy Jedi pró­bo­wali prze­jąć wła­dzę w Repu­blice i zaata­ko­wali Pal­pa­tine'a, wów­czas kanc­le­rza. Nie wspo­mi­nały one jed­nak, że zwy­cię­stwo nad zama­chow­cami kosz­to­wało go tak drogo...

Pew­nie to wła­śnie wtedy ucier­piały jego oczy...

Eli poczuł, że po krę­go­słu­pie peł­znie mu zimny dreszcz. Spoj­rze­nie Impe­ra­tora było czujne i bystre, znać było w nim wie­dzę i potęgę, ale... jego oczy były też bar­dzo dziwne. Nie­zwy­kłe. Nie­po­ko­jące. Moż­liwe, że uszko­dziła je ta sama zdra­dziecka siła, która odci­snęła piętno na jego twa­rzy.

Inte­li­gen­cja, wie­dza, potęga. A także - wyczu­walne jesz­cze sil­niej niż u Thrawna - prze­świad­cze­nie o wła­snej wła­dzy i wyż­szo­ści nad wszyst­kim i wszyst­kimi dookoła.

Impe­ra­tor przy­glą­dał się w mil­cze­niu zbli­ża­ją­cemu się do niego pocho­dowi. Otwie­rał go Parck, za któ­rym szli Bar­ris i Eli, wyprze­dza­jąc Thrawna eskor­to­wa­nego przez żoł­nie­rza floty i świad­ków w oso­bach sztur­mow­ców. Straż­nicy Parcka zostali na zewnątrz, pod drzwiami, zastą­pieni przez szóstkę impe­rial­nych gwar­dzi­stów.

Eli miał wra­że­nie, że minęła cała wiecz­ność, zanim dotarli do tronu. Zasta­na­wiał się, jak bli­sko Impe­ra­tora zostaną dopusz­czeni i skąd kapi­tan Parck będzie wie­dział, że dotarli do wła­ści­wego miej­sca. Odpo­wiedź na swoje pyta­nia uzy­skał, gdy zna­leźli się jakieś pięć metrów od tronu i dwaj gwar­dzi­ści bez­sze­lest­nie wyprze­dzili ich, aby zająć pozy­cje u stóp pro­wa­dzą­cych na podium scho­dów, tuż przed nimi. Parck rów­nież się zatrzy­mał, podob­nie jak pozo­stali.

Wszy­scy zamarli w ocze­ki­wa­niu i trwali tak... i trwali.

Nie minęło pew­nie wię­cej niż pięć sekund, ale Eli ponow­nie odniósł wra­że­nie, że cze­kają tak w nie­skoń­czo­ność. W sali tro­no­wej pano­wała nie­zmą­cona naj­lżej­szym szme­rem cisza, nikt nie ośmie­lił się drgnąć. Jedy­nym dźwię­kiem, który sły­szał Eli, było dud­nie­nie w uszach jego wła­snego tętna, a jedy­nym ruchem, jaki reje­stro­wał, drże­nie jego wła­snych rąk pod ręka­wami mun­duru.

- Kapi­ta­nie Parck - ode­zwał się wresz­cie Impe­ra­tor chra­pli­wym, ale nie­zdra­dza­ją­cym żad­nych uczuć gło­sem. - Poin­for­mo­wano mnie, że masz dla mnie... poda­ru­nek.

Eli się skrzy­wił. "Poda­ru­nek?". Chis­so­wie z opo­wie­ści, które sły­szał, uzna­liby to za śmier­telną znie­wagę. Thrawn stał za jego ple­cami i chło­pak nie ośmie­lił się obró­cić, by na niego spoj­rzeć, jed­nak wyobra­żał sobie minę malu­jącą się w tej chwili na tym dum­nym obli­czu...

- Ow­szem, Wasza Wyso­kość - odpo­wie­dział Parck, skła­nia­jąc się nisko. - Wojow­nika, będą­cego rze­komo przed­sta­wi­cie­lem rasy zna­nej jako Chis­so­wie.

- W rze­czy samej - odparł Impe­ra­tor gło­sem jesz­cze bar­dziej obo­jęt­nym niż poprzed­nio, o ile w ogóle było to moż­liwe. - I co takiego twoim zda­niem miał­bym z nim zro­bić?

- Jeśli wolno, Wasza Wyso­kość - ode­zwał się Thrawn, zanim Parck zdą­żył otwo­rzyć usta, by odpo­wie­dzieć - nie jestem zwy­kłym... poda­run­kiem. Sta­no­wię rów­nież narzę­dzie. Takie, z jakim ni­gdy wcze­śniej nie mia­łeś do czy­nie­nia. I moż­liwe, że ni­gdy już nie będziesz. Jeśli mnie wyko­rzy­stasz, dobrze na tym wyj­dziesz.

- Och, czyżby? - zapy­tał Impe­ra­tor z nutą roz­ba­wie­nia w gło­sie. - Bez dwóch zdań twoje pokłady pew­no­ści sie­bie wydają się nie­wy­czer­pane. Co dokład­nie masz mi do zaofe­ro­wa­nia, Chis­sie?

- Na począ­tek infor­ma­cje - odpo­wie­dział Thrawn. Nawet jeśli czuł się ura­żony sło­wami Impe­ra­tora, Eli nie sły­szał tego w jego gło­sie. - W Nie­zna­nych Regio­nach czają się zagro­że­nia... Zagro­że­nia, które pew­nego dnia odnajdą twoje Impe­rium. Znam wiele z nich.

- Już wkrótce sam je poznam - zapew­nił go spo­koj­nie Impe­ra­tor. - Czy masz mi do zapro­po­no­wa­nia coś ponad to?

- Być może dowiesz się o nich na czas, by je poko­nać - odpo­wie­dział bez waha­nia Thrawn. - A może nie. Co wię­cej mogę ci zapro­po­no­wać? Moje zdol­no­ści woj­skowe. Mógł­byś je wyko­rzy­stać do opra­co­wa­nia planu odna­le­zie­nia i wyeli­mi­no­wa­nia wspo­mnia­nych zagro­żeń.

- A czy te nie­bez­pie­czeń­stwa, o któ­rych mówisz... - Impe­ra­tor zawie­sił głos. - Domy­ślam się, że nie zagra­żają jedy­nie mojemu Impe­rium?

- Nie, Wasza Wyso­kość - potwier­dził Thrawn. - To rów­nież zagro­że­nia dla mojego ludu.

- I chciał­byś wyeli­mi­no­wać je wszyst­kie, aby nic już wam nie zagra­żało?

- Tak.

Żół­tawe oczy Impe­ra­tora zalśniły dziw­nym bla­skiem.

- I chciał­byś, by moje Impe­rium ci w tym pomo­gło.

- Chęt­nie sko­rzy­stam z waszego wspar­cia.

- Chcesz, bym udzie­lił wspar­cia ludziom, któ­rzy cię wygnali? - upew­nił się Impe­ra­tor. - Czy może kapi­tan Parck wpro­wa­dził mnie w błąd?

- Wyra­ził się jasno - zapew­nił go Thrawn. - Rze­czy­wi­ście zosta­łem wygnany.

- A jed­nak wciąż chcesz ich chro­nić. Dla­czego?

- Bo to mój lud.

- A jeśli nie okażą wdzięcz­no­ści i odmó­wią przy­ję­cia cię z powro­tem na swoje łono? Co wtedy?

Nastą­piła chwila ciszy.

Eli był dziw­nie pewien, że Thrawn obda­rzył w tym momen­cie Impe­ra­tora jed­nym ze swo­ich ską­pych uśmie­chów, któ­rymi tak chęt­nie sza­fo­wał.

- Nie potrze­buję ich pozwo­le­nia, by ich chro­nić, Wasza Wyso­kość - oznaj­mił Chiss. - Podob­nie jak nie ocze­kuję od nich wdzięcz­no­ści.

- Zna­łem innych, któ­rych cecho­wał dokład­nie ten sam rodzaj dum­nej szla­chet­no­ści - stwier­dził Impe­ra­tor. - Więk­szość z nich bole­śnie się... spa­rzyła, gdy ich bez­in­te­re­sow­ność zde­rzyła się z bru­talną rze­czy­wi­sto­ścią.

- Mia­łem już oka­zję sta­nąć twa­rzą w twarz z bru­talną rze­czy­wi­sto­ścią, jak to ujmu­jesz.

- W rze­czy samej - zgo­dził się z nim Impe­ra­tor. - Czego dokład­nie ocze­ku­jesz od mojego Impe­rium?

- Chciał­bym zapro­po­no­wać roz­wią­za­nie, które zapewni nam obo­pólne korzy­ści - wyznał Thrawn. - Pro­po­nuję moją wie­dzę i zdol­no­ści w zamian za uwzględ­nie­nie w przy­szło­ści potrzeb mojego ludu.

- A co się sta­nie, gdy ten czas nadej­dzie, a ja odmó­wię wzię­cia pod uwagę dobra two­jego ludu?

- Cóż, wów­czas przy­znam, że posta­wi­łem wszystko na jedną kartę i prze­gra­łem - odpo­wie­dział ze spo­ko­jem Thrawn. - Do tego czasu jed­nak będę sta­rał się prze­ko­nać cię, że nasze cele są zgodne.

- Inte­re­su­jące - mruk­nął pod nosem Impe­ra­tor. - Powiedz mi, Chis­sie, co będzie, jeśli zde­cy­du­jesz się słu­żyć Impe­rium, a okaże się, że two­jemu ludowi rze­czy­wi­ście grozi nie­bez­pie­czeń­stwo... Komu będziesz wów­czas wierny? Wobec kogo pozo­sta­niesz lojalny?

- Nie sądzę, by dzie­le­nie się infor­ma­cjami mogło sta­no­wić źró­dło kon­fliktu inte­re­sów.

- Nie mówię o dzie­le­niu się infor­ma­cjami - uści­ślił Impe­ra­tor. - Tylko o służ­bie.

Ponow­nie chwila ciszy.

- Jeśli zde­cy­duję się słu­żyć Impe­rium, będziesz miał moją lojal­ność.

- Jaką dasz mi na to gwa­ran­cję?

- Moje słowo - odparł obcy. - Być może jeden z two­ich sług mógłby potwier­dzić jego war­tość.

- Moich sług? - zdzi­wił się Impe­ra­tor, prze­no­sząc spoj­rze­nie na Parcka.

- Nie mam na myśli kapi­tana Parcka - spro­sto­wał Thrawn. - Mówię o kimś innym. Być może błęd­nie zało­ży­łem, że był twoim sługą. Mimo to zawsze wyra­żał się z dużym sza­cun­kiem o kanc­le­rzu Pal­pa­ti­nie.

Impe­ra­tor pochy­lił się lekko w jego stronę. Jego żółte oczy zalśniły.

- A jak brzmiało jego nazwi­sko?

- Sky­wal­ker - powie­dział Chiss. - Ana­kin Sky­wal­ker.

Rozdział 3

Wojna to przede wszyst­kim test umie­jęt­no­ści. Gra, w któ­rej umysł staje prze­ciwko umy­słowi, tak­tyka mie­rzy się z tak­tyką.

Zawiera jed­nak ona rów­nie ele­ment ryzyka, wła­ściwy bar­dziej grze w karty czy kości. Mądry tak­tyk stu­diuje te gry i się z nich uczy.

Pierw­szą lek­cją, jaką odbiera każdy gracz, jest ta, iż nie można wykła­dać kart na chy­bił tra­fił. Wygrać można tylko dzięki odpo­wied­niemu porząd­kowi.

W tym przy­padku karty były tylko trzy.

Pierw­sza została użyta w obo­zo­wi­sku. Zapew­niła mi ona dostęp do "Stri­ke­fa­sta". Druga - na pokła­dzie okrętu. Dzięki niej uzy­ska­łem moż­li­wość przy­lotu na Coru­scant, a także asy­stę kadeta Vanta w cha­rak­te­rze tłu­ma­cza.

Trze­cią kartą był Ana­kin Sky­wal­ker.

- To... inte­re­su­jące - mówi Impe­ra­tor. Patrzy spo­koj­nie, bez mru­gnię­cia okiem. Jego twarz pozo­staje nie­ru­choma, nie drga w niej naj­mniej­szy mię­sień. - A jak brzmi twoje imię?

- Już to wiesz.

- Chciał­bym, żebyś to powie­dział.

- Mitth'raw'nuru­odo.

- A więc to byłeś ty - mówi Impe­ra­tor i odchyla się na opar­cie swo­jego tronu. Kąciki jego ust wędrują lekko w górę, jed­nak spoj­rze­nie jest na­dal zimne, tak­su­jące. - Taką wła­śnie mia­łem nadzieję, gdy otrzy­ma­łem wia­do­mość od kapi­tana Parcka.

- A więc Jedi Sky­wal­ker prze­żył wojnę?

- Nie­stety nie - wzdy­cha Impe­ra­tor.

- W takim razie przy­kro mi z powodu jego... odej­ścia - mówi Thrawn. - Był wyjąt­kowo bystry i... Czy mógł­bym się skon­sul­to­wać z moim tłu­ma­czem?

- Ow­szem - przy­zwala Impe­ra­tor. Mruży lekko oczy. Ich żółty blask przy­biera na sile.

- Eqhuwa.

- Mężny - tłu­ma­czy Vanto. Jego twarz wydziela w pod­czer­wieni zwięk­szoną ilość cie­pła. Mię­śnie pod jego bluzą są napięte. Tuż przed wypo­wie­dze­niem tego słowa zaci­ska prze­lot­nie usta.

- Był wyjąt­kowo bystrym i męż­nym wojow­ni­kiem - podej­muje Thrawn. - Liczy­łem na to, że znów się spo­tkamy.

- Wyjąt­kowo męż­nym, w rze­czy samej - przy­znaje Impe­ra­tor i zwraca głowę lekko w lewo. Jego spoj­rze­nie spo­czywa przez moment na Van­cie, ale po chwili sta­rzec znów patrzy przed sie­bie. Zaci­ska lekko palce na pod­ło­kiet­ni­kach tronu. - Nim jed­nak od nas... odszedł, prze­ka­zał mi szcze­góły waszego spo­tka­nia. Wyra­żał się z dużym uzna­niem o two­ich zdol­no­ściach. A więc... chciał­byś zostać moim doradcą w kwe­stiach zwią­za­nych z Nie­zna­nymi Regio­nami?

- Jak już wspo­mnia­łem.

- A gdy­bym zapro­po­no­wał ci coś wię­cej? - pyta Impe­ra­tor.

- A co wię­cej chciał­byś mi zapro­po­no­wać?

- Możesz oglą­dać potęgę, która stwo­rzy­łem... - mówi Impe­ra­tor. Wzrok ma czujny, sku­piony, jego usta roz­ciąga lekki uśmiech. - Lub być jej czę­ścią.

- Utra­ci­łem dom - odpo­wiada Thrawn. - Ty utra­ci­łeś Jedi Sky­wal­kera. Jeśli chciał­byś przy­jąć mnie na swo­jego sługę zamiast niego, będę zaszczy­cony.

- Cie­kawe - mówi Impe­ra­tor. Przy­gląda się Thraw­nowi przez chwilę, a potem prze­nosi spoj­rze­nie na kapi­tana Parcka. - Słusz­nie postą­pi­łeś, przy­wo­żąc go tu, kapi­ta­nie. Pan i pań­scy ludzie może­cie wra­cać na sta­tek, do swo­ich obo­wiąz­ków. Naj­wyż­sze dowódz­two zadba, by odpo­wied­nio was nagro­dzono za waszą służbę i ini­cja­tywę.

- Tak jest, Wasza Wyso­kość - mówi Parck, kła­nia­jąc się ponow­nie. - Dzię­kuję.

- Czy mógł­bym pro­sić o pewną... przy­sługę, Wasza Wyso­kość - wtrąca się nagle Thrawn.

- Mów, Mitth'raw'nuru­odo - przy­zwala Impe­ra­tor. Ponow­nie mruży oczy w szparki.

- Na­dal nie wła­dam zbyt dobrze waszym języ­kiem. Chciał­bym, aby mój tłu­macz dalej mógł mi słu­żyć radą i pomocą.

Impe­ra­tor sie­dzi przez moment bez ruchu, w mil­cze­niu. W końcu przy­ci­ska dło­nie do pod­ło­kiet­ni­ków tronu i wstaje.

- Chodź ze mną, Mitth'raw'nuru­odo.

Dwaj gwar­dzi­ści peł­niący służbę u stóp tronu roz­stę­pują się, zatrzy­mu­jąc metr od scho­dów. Impe­ra­tor scho­dzi na niż­szy poziom i zwraca się w lewo, w stronę ogrodu cią­gną­cego się wzdłuż sali tro­no­wej.

Ogród jest nie­wielki, jed­nak obfi­tuje w bogac­two flory. Więk­szość roślin rośnie w dużych doni­cach lub dłu­gich zagłę­bie­niach wzdłuż bru­ko­wa­nych ale­jek. Kilka kwia­tów w żywych, jaskra­wych kolo­rach wyra­sta wprost z ozdob­nego kamie­nia. Nie­wiel­kie drzewka o lśnią­cej korze stoją na obrze­żach niczym straż­nicy strze­gący pry­wat­no­ści tego cichego zakątka, w któ­rym mogą spę­dzać czas petenci cze­ka­jący na spo­tka­nie ze swoim panem.

Roz­kład ogrodu ma w sobie pewien artyzm. Da się go dostrzec w ukła­dzie linii i ich splo­tach, har­mo­nii i kon­tra­stach kształ­tów oraz barw, sub­tel­nej grze świa­tła i cieni. Świad­czy on o wła­dzy i sub­tel­no­ści, a także głę­bo­kiej prze­myśl­no­ści.

- Cie­kawe miej­sce - mówi Thrawn. - Czy to ty je stwo­rzy­łeś?

- Zapro­jek­to­wa­łem je - wyja­śnia Impe­ra­tor i zatrzy­muje się przy pierw­szej z brzegu kępie krze­wów. - Powiedz mi, co o tym myślisz?

Sub­tel­ność i głę­boka prze­myśl­ność.

- Nie przy­pro­wa­dzi­łeś mnie tu, byśmy roz­ma­wiali o tłu­ma­czach - odpo­wiada Thrawn. - Chcesz tylko, by kapi­tan Parck i reszta tak myśleli.

- Świet­nie - chwali Impe­ra­tor głę­bo­kim, niskim tonem. Kąciki jego ust się pod­no­szą. Roz­chyla wargi, odsła­nia­jąc zęby. - Dosko­nale. Ana­kin wspo­mi­nał o two­jej prze­ni­kli­wo­ści. Cie­szy mnie, że się nie pomy­lił w swoim osą­dzie. Nie­znane Regiony mnie intry­gują, Mitth'raw'nuru­odo. Mają wielki poten­cjał.

- Czai się tam rów­nież wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Tu także mamy do czy­nie­nia z zagro­że­niem - zastrzega Impe­ra­tor. Kąciki jego ust opa­dają w dół, a oczy znów się mrużą w szparki.

- Bez dwóch zdań wyczu­wam tu wielką potęgę - odpo­wiada Thrawn. - Jed­nak zagraża ona tylko twoim wro­gom.

- A czy nie sądzisz, że w tym gro­nie może się zna­leźć rów­nież i twój lud?

- Mówi­łeś, że inte­re­sują cię Nie­znane Regiony. Jak mógł­bym zaspo­koić twoją cie­ka­wość?

- Uni­kasz odpo­wie­dzi na moje pyta­nia - zauważa Impe­ra­tor i sznu­ruje wargi. - Powiedz mi: czy twój lud uważa Impe­rium za wroga?

- Nie jestem odpo­wie­dzialny za przy­szłe dzia­ła­nia ani cele mojego ludu - stwier­dza Thrawn. - Mogę mówić tylko za sie­bie. A ja, jak już wspo­mnia­łem, chcę ci słu­żyć.

- Dopóki nie uznasz, że wygod­niej będzie usu­nąć się poza mój zasięg?

- Jestem wojow­ni­kiem, Wasza Wyso­kość - przy­po­mina mu Thrawn. - Wojow­nik może doko­nać odwrotu, ale ni­gdy nie ucieka. Może się zaczaić w zasadzce, ale się nie kryje. Może doświad­czyć zwy­cię­stwa lub ponieść klę­skę. Nie prze­staje jed­nak przy tym słu­żyć.

- Będę miał twoje słowa na uwa­dze - obie­cuje Impe­ra­tor. - Dla­czego chciał­byś zatrzy­mać przy sobie swo­jego tłu­ma­cza?

- Wie co nieco o moim ludzie - wyja­śnia Thrawn. - Chciał­bym się prze­ko­nać, jak wiele.

- Skoro wie coś na temat Nie­zna­nych Regio­nów, może zamiast tego powi­nie­nem go zosta­wić na służ­bie u sie­bie?

- Jego wie­dza nie wykra­cza poza histo­rie i mity - wyja­śnia Thrawn. - Nie zna tam­tej­szych świa­tów ani ludzi. Nie wie też nic na temat szla­ków nad­prze­strzen­nych ani bez­piecz­nych przy­stani.

- A więc tę wie­dzę posia­dasz wyłącz­nie ty? - pyta Impe­ra­tor, zni­ża­jąc nieco głos.

- Na chwilę obecną: tak - uści­śla Thrawn. - W póź­niej­szym ter­mi­nie podzielę się nią rów­nież z tobą.

- Ponow­nie twoja elo­kwen­cja prze­czy temu, by potrzeba ci było tłu­ma­cza - mówi Impe­ra­tor i kąciki jego ust znów wędrują w górę. - Jed­nak mimo to pozwolę ci go zacho­wać. Chodźmy. Dołączmy do reszty.

Pozo­stali wciąż cze­kają w towa­rzy­stwie gwar­dzi­stów.

- Czy to on? - pyta Impe­ra­tor, wska­zu­jąc na Vanta.

- Zga­dza się, Wasza Wyso­kość - potwier­dza Thrawn. - Kadet Eli Vanto.

- Kapi­ta­nie Parck, ile czasu pozo­stało kade­towi Van­towi do ukoń­cze­nia szkoły?

- Trzy stan­dar­dowe mie­siące, Wasza Wyso­kość - wyja­śnia Parck. - Mie­li­śmy dostar­czyć jego i resztę kade­tów na Myomar, gdy zbo­czy­li­śmy z kursu pod­czas pościgu za prze­myt­ni­kami i tra­fi­li­śmy osta­tecz­nie do miej­sca wygna­nia Thrawna.

- W takim razie odsta­wi­cie tam pozo­sta­łych kade­tów zgod­nie z pla­nem - poleca Impe­ra­tor. - Kadet Vanto zosta­nie zaś na Coru­scant i dokoń­czy szko­le­nie w tutej­szej Cen­tral­nej Aka­de­mii Impe­rial­nej.

- Tak jest, Wasza Wyso­kość - potwier­dza przy­ję­cie roz­kazu Parck, zatrzy­mu­jąc na chwilę spoj­rze­nie na Van­cie, aby zaraz prze­nieść je na Thrawna. - Poin­for­muję admi­rała Fossa o tej zmia­nie pla­nów.

Twarz Vanta wydziela jesz­cze wię­cej cie­pła niż wcze­śniej, a mię­śnie na jego szyi wyraź­nie tężeją. Zaczyna otwie­rać usta, jakby chciał coś powie­dzieć, ale osta­tecz­nie zamyka je, nie wyar­ty­ku­ło­waw­szy żad­nego słowa.

Nie rozu­mie, co się wła­śnie wyda­rzyło - ani dla­czego. I nie dowie się tego. Jesz­cze przez jakiś czas.

Aka­de­mia na Myoma­rze, pla­ne­cie na Obsza­rze Eks­pan­sji, była obsa­dzona głów­nie per­so­ne­lem pocho­dzą­cym z mało zna­nych, zaco­fa­nych świa­tów, z któ­rych wywo­dzili się rów­nież stu­diu­jący tam ucznio­wie. Eli był tam wśród swo­ich i czuł się tak swo­bod­nie i natu­ral­nie, jak tylko mógł się czuć stu­dent pod­da­wany wyczer­pu­ją­cemu i suro­wemu pro­gra­mowi szko­le­nio­wemu Impe­rium.

W prze­ci­wień­stwie do myomar­skiej per­so­nel coru­scań­skiej Cen­tral­nej Aka­de­mii Impe­rial­nej wywo­dził się wyłącz­nie z impe­rial­nych elit, nie ina­czej rzecz miała się w przy­padku tutej­szych uczniów. Od chwili gdy Eli i Thrawn zeszli z pokładu promu, który dowiózł ich tu wprost z Pałacu Impe­rial­nego, czuli, że są w nich utkwione spoj­rze­nia dosłow­nie wszyst­kich, któ­rych spo­tkali na swo­jej dro­dze.

A Eli nie miał naj­mniej­szych złu­dzeń co do tego, że nie są to spoj­rze­nia przy­ja­zne.

Obcy i wie­śniak z galak­tycz­nego zadu­pia... Eli pomy­ślał ponuro, że to pod­ręcz­ni­kowy wręcz przy­kład przed­miotu żar­tów.

Komen­dant Deen­lark był naj­wy­raź­niej tego samego zda­nia.

- No... - wyce­dził, wodząc wzro­kiem mię­dzy Chis­sem a chłop­cem, sto­ją­cymi na bacz­ność przed jego biur­kiem. - Czy to jakiś żart admi­rała Fossa?

Thrawn nie odpo­wie­dział, naj­wy­raź­niej uznaw­szy, że leży to w gestii Elego.

"Wspa­niale. Wręcz cudow­nie" - jęk­nął w duchu Vanto.

- To sam Impe­ra­tor nas tu przy­słał, sir - bąk­nął Eli, nie bar­dzo wie­dząc, co innego mógłby w tej sytu­acji powie­dzieć.

- To było pyta­nie reto­ryczne, kade­cie - wark­nął Deen­lark, łypiąc na niego spod krza­cza­stych brwi. - Czy zna­cie takie trudne słowa jak "reto­ryczne" w tej waszej Dzi­kiej Prze­strzeni?

Eli zaci­snął zęby.

- Tak, sir.

- To dobrze - odburk­nął Deen­lark. - Bo tutaj uży­wamy dużo trud­nych słów. Nie chciał­bym, żebyś poczuł się zagu­biony. - Zwró­cił nie­na­wistne spoj­rze­nie na Thrawna. - A jaką ty masz wymówkę, obcy?

- Wymówkę... sir? - zapy­tał spo­koj­nie Thrawn.

- Czym tłu­ma­czysz fakt, że żyjesz - wypluł z pogardą Deen­lark. - No? Zamie­niam się w słuch.

Thrawn mil­czał.

Przez kilka sekund obaj męż­czyźni mie­rzyli się bez słowa wzro­kiem, w końcu Deen­lar­kowi drgnęła warga i wyce­dził:

- Cóż, a więc moje przy­pusz­cze­nia się potwier­dziły. Masz cho­lerne szczę­ście, że Impe­ra­tor ma do cie­bie sła­bość. Nie mam poję­cia dla­czego. - Zamilkł i cze­kał, jakby spo­dzie­wał się, że Thrawn mu to wyja­śni. Ponow­nie jed­nak Chiss mu nie odpo­wie­dział. - W porządku - wes­tchnął wresz­cie komen­dant. - Z wia­do­mo­ści Fossa wynika, że masz już jakieś super-duper przy­go­to­wa­nie bojowe i potrze­bu­jesz tylko nieco się pod­szko­lić z impe­rial­nych pro­ce­dur, sprzętu i ter­mi­no­lo­gii. To się prze­kłada na sze­ścio­mie­sięczny kurs, jaki prze­cho­dzą zwy­kłe świe­żaki. I pew­nie dwa lata dla kadeta z zadka galak­tyki - dodał zna­cząco, patrząc na Elego.

Mimo mło­dego wieku Eli zdą­żył się już nauczyć, że są w życiu takie chwile, gdy mówie­nie cze­go­kol­wiek nie popłaca. To wła­śnie była jedna z nich. Trzy­mał głowę wysoko, wpa­trzony w sku­pie­niu przed sie­bie, zaci­ska­jąc usta.

- A więc oto, jak się sprawy mają - pod­jął Deen­lark, zwra­ca­jąc się na powrót do Thrawna. - Kade­towi Van­towi zostały trzy mie­siące do przy­działu. Dokład­nie tyle masz czasu, aby nad­go­nić zale­gło­ści. Jeśli ci się to nie uda... cóż, wyla­tu­jesz.

- Sądzę, że Impe­ra­tor mógłby mieć coś prze­ciwko - zauwa­żył obo­jęt­nym tonem Thrawn.

Deen­lar­kowi znowu drgnęła warga.

- Impe­ra­tor zro­zu­mie - stwier­dził dobit­nie, ale widać było, że stra­cił nieco rezon. - Z jego poru­cze­nia aka­de­mia ma kształ­cić ofi­ce­rów przy­go­to­wa­nych pod każ­dym wzglę­dem do służby Impe­rium. Wystar­czy naj­mniej­sze zani­że­nie stan­dar­dów i ucierpi cała flota. Wszy­scy, nie­za­leż­nie od szcze­bla. Oczy­wi­ście, jeśli Impe­ra­tor życzy sobie wcie­lić cię odgór­nie, może to zro­bić. - Uniósł brwi. - Mam jed­nak nadzieję, że oka­żesz się dość dobry, by nie musiał tego robić.

- To się okaże - odparł oględ­nie Thrawn.

- Zde­cy­do­wa­nie. - Deen­lark zasznu­ro­wał usta. - Jest jesz­cze jedna sprawa. Foss powie­dział, że zamiast stan­dar­do­wej rangi pod­po­rucz­nika po opusz­cze­niu aka­de­mii masz otrzy­mać sto­pień porucz­nika. Ma to jakiś zwią­zek z tym, że ponoć naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe, masz objąć sta­no­wi­sko dowód­cze. Uzna­łem, że wła­ści­wie nie ma po co tra­cić czasu. - Wysu­nął szu­fladę, wyjął z niej pla­kietkę z insy­gniami porucz­nika i pchnął ją po bla­cie biurka w stronę Thrawna. - Pro­szę. Gra­tu­la­cje, porucz­niku. Kadet Vanto na pewno chęt­nie pokaże ci, którą stroną do góry.

- Dzię­kuję, sir - odparł grzecz­nie Thrawn, pod­no­sząc pla­kietkę. - Domy­ślam się, że mun­dury zostaną dostar­czone do naszych kwa­ter?

- Tak - potwier­dził Deen­lark, marsz­cząc czoło. - Jesteś pewien, że potrze­bu­jesz tłu­ma­cza? Twój basic jest cał­kiem nie­zły...

W sercu Elego zapeł­gał pło­myk nadziei. Deen­lark dał im już wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że nie jest zado­wo­lony z takiego obrotu spraw. Nie mógł co prawda bez­po­śred­nio zaszko­dzić Thraw­nowi... ale może mógłby wyra­zić swoją dez­apro­batę, odma­wia­jąc mu asy­sty Elego jako tłu­ma­cza? A gdyby tak się stało, Eli wciąż miałby czas, by wró­cić na Myomar i zakoń­czyć szko­le­nie w bar­dziej... kom­for­to­wych warun­kach.

- Jest jed­nak wiele idio­mów i ter­mi­nów z dzie­dziny tech­niki, któ­rych nie znam - zauwa­żył Thrawn. - Jego pomoc bar­dzo mi się przyda.

- Och, z pew­no­ścią - zgo­dził się nie­chęt­nie Deen­lark. - W porządku. A teraz... zejdź­cie mi z oczu. To zna­czy, chcia­łem powie­dzieć, może­cie odejść, kadeci. Będzie­cie dzie­lili kwa­terę. Na zewnątrz znaj­dzie­cie ofi­cera kan­ce­la­ryj­nego z myszo­bo­tem, który zapro­wa­dzi was, gdzie trzeba. W kom­pu­te­rach macie już zała­do­wane pliki z pla­nem i innymi nie­zbęd­nymi infor­ma­cjami. To zna­czy, o ile wie­cie w ogóle, jak je włą­czyć...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki