Rozdział 1
Wszystkie istoty rozpoczynają swój żywot pełne nadziei i ambicji. Do
tych ostatnich należy między innymi pragnienie odnalezienia wygodnej,
prostej ścieżki do realizacji własnych celów.
Niestety, to życzenie rzadko kiedy się spełnia. Właściwie nie zdarza się
to prawie nigdy.
Bywa, że dzieje się tak z powodu naszych własnych poczynań, ponieważ
nasz punkt widzenia oraz rzeczone cele zmieniają się z czasem. Częściej
jednak na koleje naszego losu oddziałują czynniki niezależne od nas -
siły, na które nie mamy wpływu.
Tak też było w moim przypadku. Pamiętam wszystko jak dziś - chociaż
minęło tyle czasu, to nie zatarł on ani jednego z tych wspomnień ani nie
wypaczył w najmniejszym stopniu: pięciu admirałów wstających ze swoich
foteli, podczas gdy w eskorcie przekraczam próg sali. Dynastia podjęła
decyzję - i admirałowie zjawili się tu, by ją ogłosić.
Widać jak na dłoni, że żaden z nich nie jest zadowolony z takiego obrotu
spraw. Dostrzegam to wyraźnie w ich twarzach. Są jednak wojskowymi,
służą Chissom i wypełnią bez szemrania powierzone im rozkazy. Tego w każdym razie wymaga od nich protokół.
Decyzja jest dokładnie taka, jak się spodziewałem: wygnanie.
Wybrano już planetę. Arystokra ma zgromadzić sprzęt, który zagwarantuje,
że banicja nie zakończy się zbyt szybko śmiercią wygnańca wskutek ataku
drapieżników lub narażenia na inne, niespodziewane czynniki.
Wyprowadzają mnie z sali. Ścieżka mojego losu kolejny raz zakręca.
Dokąd mnie poprowadzi? Trudno to przewidzieć.
Chata była niewielka, wzniesiona pośrodku leśnej polany z jakiegoś
lokalnego surowca. Otaczało ją osiem wysokich, prostokątnych skrzyń
oznaczonych dwoma różniącymi się od siebie zestawami oznaczeń.
- A więc... - odchrząknął kapitan Voss Parck. - A więc to właśnie z tego
powodu ściągnął mnie pan z pokładu "Strikefasta"?
- Zgadza się, kapitanie. Dokładnie tak - potwierdził pułkownik Mosh
Barris. - Wygląda na to, że możemy mieć problem. Czy widzi pan te
oznaczenia?
- Oczywiście - prychnął Parck. - To pismo bogolańskie, czyż nie?
- Pismo... owszem, ale nie język - wyjaśnił Barris. - Droidy tłumacze nie
zdołały przebrnąć nawet przez pierwszą linijkę. A te dwa generatory
zasilania za chatą to sprzęt nieznanego producenta. W każdym razie na
pewno nie imperialny...
Stojący na uboczu kadet Eli Vanto w napięciu obserwował wymianę zdań
między swoim kapitanem a dowódcą "Strikefasta". Mężczyźni rozmawiali o tajemniczym siedlisku, na które natrafili na tym bezimiennym świecie.
Vanto słuchał... i ze wszystkich sił próbował nie rzucać się w oczy.
Zachodząc jednocześnie w głowę, co też tu właściwie robi.
Spośród dziesiątki kadetów akademii na Myomarze, pełniących służbę na
pokładzie "Strikefasta", tylko jego jednego przydzielono do obsady promu
Parcka. Eli nie miał żadnej szczególnej wiedzy na temat nieznanych
artefaktów ani obcej technologii. Nie posiadał też doświadczenia
polowego, bo szkolił się na oficera zaopatrzeniowego. Nie przychodził mu
zatem do głowy żaden powód, dla którego właśnie jego mieliby tu
ściągnąć.
- Kadecie Vanto? - Nagle z zamyślenia wyrwał go głos pułkownika Barrisa.
- Tak, panie pułkowniku?
- Droidy twierdzą, że istnieje kilka różnych języków handlowych
wykorzystujących pismo bogolańskie. Jesteś naszym ekspertem od mało
znanych narzeczy. - Wskazał na skrzynie. - Zamieniam się w słuch.
Eli podszedł kilka kroków w jego stronę. A więc to dlatego go tu
sprowadzili! Dorastał na planecie Lysatra, która znajdowała się w części
Dzikiej Przestrzeni graniczącej z tak zwanymi Nieznanymi Regionami.
Działalność firmy transportowej jego rodziny koncentrowała się głównie w okolicach ich ojczystej planety, ale na tyle często prowadziła ona
interesy na terenie Nieznanych Regionów, by Eli podłapał kilka lokalnych
narzeczy handlowych.
Gdyby ktoś pofatygował się jednak, by zapytać go o zdanie, na pewno nie
określiłby się mianem eksperta...
- To może być jakaś odmiana sy bisti - zasugerował ostrożnie. - Niektóre
ze słów brzmią znajomo... zgadza się również składnia. Aczkolwiek z pewnością nie jest to zapis standardowy.
- Trudno wyobrazić sobie standard w przypadku języka tak słabo
poznanego, że nikt nie zawraca sobie nawet głowy wpisywaniem go do
pamięci droidów - parsknął Barris.
Eli ugryzł się w język, powstrzymując chęć napomnienia wyższego stopniem
oficera, że sy bisti w istocie stanowi bardzo dokładnie skodyfikowany i niesamowicie użyteczny język. Jeżeli już, to miana "słabo poznane"
należałoby raczej użyć w stosunku do ludów, które wciąż go używały, oraz
ich ojczystych światów.
- Mówiłeś, że możesz to odcyfrować - przynaglił go Parck.
- Tak, sir - potwierdził Eli. - Wygląda na to, że to głównie informacje
techniczne dotyczące ładunku oraz dane firmy, która go dostarczyła. A także krótka notka zachwalająca jakość świadczonych przez nią usług.
- Co takiego? Reklamują się na swoich własnych skrzyniach ładunkowych? -
zdziwił się Barris.
- Zgadza się, sir. W tych rejonach robi to mnóstwo małych lokalnych
przedsiębiorców.
- Jak się domyślam, nie rozpoznajesz nazwy firmy? - zapytał Parck.
- Nie, sir. Sądzę, że to będzie... Red Bype lub Redder Bype. Być może to
nazwisko właściciela.
Parck pokiwał głową.
- Sprawdzimy, czy mamy coś takiego w naszych rejestrach. A to drugie
pismo?
- Przykro mi, sir - zameldował Eli - ale nigdy wcześniej niczego takiego
nie widziałem.
- Cudownie - mruknął pod nosem Barris. - A więc niezależnie od tego, czy
mamy do czynienia z bazą przemytników, czy też z obozowiskiem rozbitków
z roztrzaskanego statku, sytuacja podlega protokołowi NOR?
Eli się skrzywił. Protokół dla nieznanych obcych ras, w skrócie NOR,
stanowił przeżytek z okresu świetności Republiki, kiedy to praktycznie
co tydzień odkrywano nowe gatunki, a Senat upierał się, by z każdym z nich nawiązać kontakt i szczegółowo go zbadać. Nowoczesna Flota
Imperialna nie zawracała sobie głowy podobnymi żmudnymi procedurami, bo
nie miała w tym właściwie żadnego interesu, jak do znudzenia powtarzało
najwyższe dowództwo.
W akademii krążyły plotki, że Imperator Palpatine pracuje nad wycofaniem
tych protokołów. Na razie jednak nadal pozostawały w mocy, bo za ich
utrzymaniem optowało stanowczo zbyt wielu senatorów.
Co z kolei oznaczało opóźnienia w grafiku "Strikefasta". Oficerowie oraz
załoga okrętu i tak już krzywo patrzyli na bandę kadetów plączących się
im pod nogami, a Eli wiedział, że tamci nie mogą się doczekać, aż
zostawią ich z powrotem na Myomarze. Teraz jednak wszystko wskazywało na
to, że ta radosna chwila odwlecze się co najmniej o kilka dni.
- Zgadza się - westchnął Parck. - W porządku. W takim razie proszę dać
swoim żołnierzom znać, że trochę nam się tu zejdzie, podczas gdy ja
zadbam o przysłanie zespołu analityków technicznych. I proszę mieć tę
infrastrukturę na oku, na wypadek gdyby wrócił nasz przemytnik... czy tam
rozbitek.
- Tak jest, sir! - Ledwie Barris skończył mówić, rozbrzmiał sygnał jego
komunikatora. - Barris, słucham - rzucił do mikrofonu.
- Panie pułkowniku, tu major Wyan z miejsca katastrofy - zameldował
męski głos. - Przepraszam, że przeszkadzam, ale... chyba powinien pan to
zobaczyć.
Eli zmarszczył czoło. Nic nie słyszał na temat żadnej katastrofy.
- Czy coś się wydarzyło, sir? - zapytał ostrożnie.
- Jeden z naszych V-wingów się rozbił - odpowiedział Parck, wskazując
podbródkiem na drugą stronę polany. Wśród pasm spowijającej drzewa
wieczornej mgły dało się dostrzec migoczące w oddali światła.
Eli pokiwał w milczeniu głową. Zauważył je wcześniej, jednak założył, że
to również część zespołu badawczego Barrisa.
- Zaraz tam będę - poinformował rozmówcę pułkownik. - Za pańskim
pozwoleniem, kapitanie... - dodał pod adresem Parcka.
- Oczywiście - odparł wojskowy. - Zostanę tu z kadetem Vantem, by
sprawdzić, czy zdołamy się jeszcze czegoś dowiedzieć z tych tajemniczych
napisów.
Gdy Barris wrócił z odzianym w czarny mundur i czarny hełm żołnierzem
floty, niosącym skafander pilota V-winga, Eli przebrnął już niemal przez
cały tekst.
Skafander był wypchany trawą, liśćmi i dziwnie pachnącymi czerwonymi
jagodami.
- Co to takiego? - zapytał Parck.
- Znaleźliśmy to w pobliżu miejsca katastrofy - wyjaśnił ponuro Barris,
gdy położyli kombinezon na ziemi. - Ciało zniknęło. Zostało tylko... to. -
Wskazał ręką strój pilota.
- Strach na wróble - mruknął pod nosem Eli.
Parck spojrzał na niego ostro.
- Czy to jakiś wasz tutejszy zwyczaj?
- Niektórzy farmerzy nadal korzystają ze strachów na wróble, aby
utrzymać ptaki z dala od swoich upraw - wyjaśnił Eli, czując, że się
rumieni. "Wasz"? Wyglądało na to, że przez Parcka zaczynają przemawiać
uprzedzenia typowe dla mieszkańców Światów Jądra. - Używają ich również
podczas festiwali i parad.
Parck obejrzał się na Barrisa.
- Czy szukaliście pilota?
- Jeszcze nie, sir - zameldował pułkownik. - Poleciłem otoczyć perymetr
siedliska kordonem żołnierzy. W tej chwili wysyłam na planetę kolejny
regiment.
- Doskonale - odparł Parck. - Gdy już tu dotrą, proszę objąć
poszukiwaniami większy teren i znaleźć ciało.
- Tak jest, sir - potwierdził przyjęcie rozkazu Barris. - Możliwe
jednak, że będziemy musieli zaczekać z tym do rana.
- Och, czyżby pańscy żołnierze obawiali się ciemności?
- Nie, sir - odparł z lekkim skrępowaniem Barris. - Chodzi po prostu o to, że... znaleźliśmy również pakiet przetrwania z V-winga. Brakuje w nim
blastera, zapasowych ogniw i granatów udarowych.
- Ach, prymitywni tubylcy z bronią. Cudownie. - Parckowi zauważalnie
drgnęła warga. - W porządku. Szukajcie zatem do zmroku, a potem
podejmijcie procedurę z samego rana.
- Jeśli sobie pan tego życzy, możemy szukać również w nocy...
- I tak już wystarczająco trudno jest poruszać się po nieznanym terenie
w ciemności. - Parck pokręcił głową. - W swojej karierze widziałem zbyt
wiele zdezorientowanych nocnych patroli, których członkowie wpadali w panikę i zaczynali się nawzajem ostrzeliwać, a ta opadająca mgła tylko
wszystko pogorszy. Dopilnuję, by patrole powietrzne kontynuowały swoją
pracę, ale będzie lepiej, jeśli pańscy żołnierze pozostaną w obozie do
świtu.
- Tak, sir - zgodził się z nim pułkownik. - Być może osoba... czy też
osoby, które poczęstowały się granatami, będą na tyle uprzejme, by
wysadzić się samodzielnie w powietrze, nim do nas dotrą.
- Być może. - Parck spojrzał na ciemniejące niebo. - Tymczasem pozwoli
pan, że wrócę na pokład i zlecę patrolom myśliwskim rozszerzenie obszaru
poszukiwań. - Zerknął na Elego. - Kadecie, zostaniesz tu z zespołem
pułkownika Barrisa. Przyjrzyj się uważniej zabudowaniom i sprawdź, czy
zdołasz odnaleźć jeszcze jakieś napisy. Im szybciej dowiemy się
wszystkiego, co się da, tym prędzej stąd odlecimy.
Było już niemal całkiem ciemno, gdy ludzie Barrisa skończyli
zabezpieczać perymetr. Zespół techników rozstawił stół do oględzin
materiału dowodowego, chroniony przejrzystym namiotem, pod którym mogli
w spokoju badać trawę i listowie wydobyte ze skafandra. Zaczynali
właśnie swoją pracę, gdy major Wyan i jego ekipa wrócili z lasu - z pustymi rękami.
Oznaczało to w skrócie tyle, że nie znaleźli ciała pilota V-winga. Mimo
to nikt z zespołu nie został ranny, nie stwierdzono też ofiar
śmiertelnych. Ze względu na fakt, że w rękach przedstawicieli nieznanej
rasy - bądź też rozbitków - pozostawały granaty i blaster, Eli był
skłonny uznać, iż na razie można było mówić o impasie.
- A więc... właśnie to było w tym skafandrze? - zapytał Wyan, podchodząc
do Barrisa przyglądającego się dwóm technikom, którzy właśnie
wybebeszali wypchany kombinezon lotniczy.
- Tak - potwierdził pułkownik.
Wiatr zmienił kierunek i nozdrza Elego wypełnił dziwny zapach, który
kadet czuł już wcześniej. Pewnie wydzielały go jagody, które jeden z techników rozgniótł, aby je zbadać.
- Jak dotąd wygląda to jedynie na lokalną roślinność. Może to miało być
coś w rodzaju... rytuału religijnego?
Nagle za ich plecami rozległ się huk eksplozji, któremu towarzyszył
oślepiający błysk.
- Kryć się! - wykrzyknął Barris, odwracając się błyskawicznie,
przyklękając na jedno kolano i wyszarpując z kabury blaster.
Eli przypadł do ziemi obok jednej ze skrzyń, a po chwili wyjrzał
ostrożnie zza jej krawędzi. W połowie drogi do skraju polany ziemię
szpeciła czarna plama, znacząca miejsce, w którym doszło do eksplozji. W pobliżu widać było żołnierzy floty biegnących do najbliższego punktu
linii strażniczej z blasterami w pogotowiu. Ktoś włączył reflektor i snop jasnego światła zaczął omiatać drzewa, przeszywając snującą się
między nimi mgłę. Chłopak podążył za nim wzrokiem, szukając śladów
wroga, który ich zaatakował.
Ujrzał jednak tylko, jak Barris pada plackiem na ziemię, ścięty z nóg
przez drugą eksplozję.
- Pułkowniku! - krzyknął Wyan.
- Nic mi nie jest! - odkrzyknął Barris.
Za jego plecami sterta traw i liści porozkładanych na przechylonym
wskutek wybuchu stole do badań płonęła jasnym ogniem. Po drugiej stronie
dwójka techników z trudem podnosiła się z ziemi. Klnący pod nosem Eli
starał się z kolei trzymać jak najbliżej podłoża, przygotowując się na
nieuchronną trzecią eksplozję.
Do której nie doszło. Eli słyszał, jak żołnierze jeden po drugim meldują
się Barrisowi, potwierdzając, że kordon wokół perymetru nie został
naruszony. Wyan przeczesał las w promieniu dwudziestu metrów od polanki
i zgłosił, że nieznani napastnicy zbiegli.
Poprzednio również nikt nie zauważył nic niepokojącego, więc fakt, że
teraz niczego nie znaleźli, nie podniósł Elego zbytnio na duchu.
Same eksplozje również okazały się niewyjaśnione.
- Cóż, jedno jest pewne: to nie były granaty udarowe - stwierdził Wyan.
- Wybuchy były zbyt słabe. Możliwe, że usunęli po prostu z ogniw
zasilających bolce zabezpieczające.
- To raczej nie brzmi jak coś, co byłyby w stanie zaplanować "dzikusy" -
zauważył Eli, marszcząc czoło.
- Cóż za odkrywcza myśl, kadecie Vanto! - zakpił Wyan. - Pułkownik
Barris jest zdania, że nasz rozbitek wrócił. - Wskazał chatę. - Nie
wezwałem cię tutaj, żeby wysłuchiwać twojej opinii na temat naszej
sytuacji taktycznej. Jesteś tu, by nam powiedzieć, czy w chacie albo
skrzyniach jest coś, co mogłoby nam dać jakieś pojęcie o jego, nie wiem,
wyglądzie albo poziomie zaawansowania technologicznego...
- Niespecjalnie, sir - odparł potulnie Eli. - Jeśli wnosić po kształcie
posłania i przyborów do jedzenia, to najprawdopodobniej humanoid. Ale
nie jestem w stanie stwierdzić wiele więcej ponad to.
- A co z generatorami mocy? Musi mieć jakąś wiedzę techniczną, aby je
obsługiwać, czyż nie?
- Niekoniecznie - zaprzeczył Eli. - Są właściwie niemal w pełni
zautomatyzowane.
Wyan skrzywił się, wpatrując w mrok.
- Co w takim razie miał na celu ten atak? - mruknął pod nosem. - I dlaczego był taki... nieporadny? Jeśli ten dzikus jest dość rozgarnięty,
by rozgryźć, czym skutkuje usunięcie bolców zabezpieczających, bez dwóch
zdań poradzi sobie z detonacją granatu.
- Może próbuje nas odstraszyć, nie niszcząc przy tym swojego domostwa? -
podsunął Eli.
Wyan spojrzał na niego ostro, prawdopodobnie znów odruchowo szykując się
do udzielenia mu nagany za wymądrzanie się, ale nie zrobił tego. Być
może przypomniał sobie w porę, że kadet wie o tym zapomnianym zakątku
galaktyki więcej niż ktokolwiek z nich.
- Ale jak dostałby się niepostrzeżenie na teren obozu? - zapytał w zamian.
Gdzieś w okolicach stóp Elego rozległ się cichy szmer. Chłopak niemal
podskoczył, okazało się jednak, że to tylko niewielkie lokalne
stworzenie przemykające pośród traw.
- Może wystrzelił ogniwa z procy... czy coś w tym stylu?
Wyan uniósł brwi.
- Przez ściany namiotu?
Eli się skrzywił, popatrując na wciąż tlące się resztki poszycia. Nie -
oczywiście, że takie rozwiązanie było niemożliwe. Prowizoryczny ładunek
odbiłby się od ściany i nie zdołałby wylądować na stole. Jak mogło mu
przyjść do głowy coś tak głupiego?
- Chyba nie, sir...
- "Chyba nie, sir!" - parsknął kpiąco Wyan. - Dziękuję, kadecie - dodał
z pogardą. - Wracaj do swoich zajęć... i tym razem postaraj się dostarczyć
nam jakieś przydatne informacje.
- Tak jest, sir.
- Majorze! - zawołał Barris, idąc w ich stronę przez polanę.
- Sir? - zapytał Wyan, odwracając się do niego.
- Kapitan wysyła V-wingi, aby przeczesały teren - zgłosił pułkownik. -
Tymczasem proszę wziąć oddział i rozstawić na perymetrze reflektory.
Obrzeże lasu ma lśnić niczym wnętrze modułu iskrowego. Następnie proszę
objąć teren kontrolą systemu czujników. Nie chcę, żeby cokolwiek
pojawiło się tu bez naszej wiedzy - a już na pewno nie kolejne ładunki.
Odpowiedź Wyana zagłuszył ryk silników, gdy tuż nad drzewami przemknęły
dwa V-wingi.
- Słucham? - zapytał Barris, gdy hałas nieco ucichł.
- Po prostu przypominam, że jest tu mnóstwo ptaków - powtórzył Wyan. - A także niewielkich gryzoni. Niespełna minutę temu nastąpiłem na jednego i niemal skręciłem sobie przy tym kostkę. Jeśli zbytnio zacieśnimy oka
siatki skanującej, alarmy będą wyły przez całą noc...
- W porządku, darujcie sobie w takim razie przeszukiwanie terenu -
westchnął Barris. - Rozstawcie po prostu te świa... - Nie zdążył
dokończyć, ponieważ pobliskie drzewa oświetlił blask odległej eksplozji.
- Co... - zdołał wykrztusić Wyan.
- V-wing się rozbił! - odwarknął Barris, gorączkowo wklepując kod w komunikator. - Oddział ratunkowy: do transporterów. Natychmiast!
Tym razem nie zniknęło przynajmniej ciało pilota - w przeciwieństwie do
jego blastera, ogniw zasilających i granatów udarowych, niestety.
A plotki i spekulacje mnożyły się w zastraszającym tempie.
Elemu umknęła większość uwag wymienianych ściszonymi głosami, gdy był
zajęty pracą w chacie rozbitka, ale co jakiś czas do środka zaglądał
któryś z techników, aby zabrać coś do analizy. Zazwyczaj byli oni skorzy
do rozmów i dzielenia się z nim swoimi przemyśleniami na temat sytuacji.
Udawali przy tym, że wcale, ale to wcale się nie boją.
Mimo to bali się wszyscy - bez dwóch zdań. Było to widać jak na dłoni.
Bał się i Eli. Reflektory oblewające skraj lasu jasnym blaskiem
skutecznie udaremniły intruzowi przypuszczenie kolejnych ataków, ale
chmary insektów oraz nocnych ptaków, które przyciągnęło światło, były
niemal równie uciążliwe. V-wingi przemykające nad ich głowami dawały im
złudne poczucie bezpieczeństwa, jednak Eli cały aż truchlał za każdym
razem, gdy któryś z nich przelatywał. Nie mógł się opędzić od ponurych
rozmyślań, czy to aby nie tę maszynę obierze sobie tym razem za cel
nieznana siła...
Przede wszystkim jednak nie dawało mu spokoju pytanie dlaczego. Jaka
właściwie była przyczyna tych wszystkich incydentów? Czy nieznany wróg
starał się odstraszyć Imperium? A może napastnik próbował ich tu uziemić
albo sprawić, by zaczęli gonić w piętkę? Możliwe też - i to był chyba
najgorszy z możliwych scenariuszy - że nieznajomy bawił się z nimi w jakiś rodzaj makabrycznej gierki.
Czy wypchany trawą skafander miał ich zmylić, służyć odwróceniu uwagi
czy też może stanowił jakiś lokalny rytuał?
Cóż, przynajmniej na to ostatnie pytanie otrzymali niebawem odpowiedź.
Około północy, po konsultacji przeprowadzonej za pośrednictwem
komunikatora z kapitanem Parckiem, Barris rozkazał zespołowi techników
zbadać dokładnie skafander.
Dopiero wówczas odkryli, że zniknął komunikator wmontowany w hełm.
- Szczwane małe żmije! - wycedził ze złością przez zęby Barris, gdy Eli
podkradł się nieco bliżej, by podsłuchać rozmowę. - A co z tym drugim?
- Komunikator nadal jest na swoim miejscu - potwierdził Wyan, zerkając
do hełmu drugiego pilota. - Najwyraźniej nie mieli czasu go usunąć.
- Albo po prostu nie zawracali sobie tym głowy - dopowiedział Barris.
- Bo i tak już mają dostęp do naszego kanału?
- Nie inaczej - potwierdził pułkownik. - Tak czy inaczej, koniec tego
dobrego. Proszę się skontaktować ze "Strikefastem" i polecić im
zablokować łączność na tym paśmie.
- Tak jest, sir.
Barris łypnął gniewnie na Elego.
- Czy masz coś do dodania? Czy po prostu chciałeś sobie popodsłuchiwać?
- Tak jest, sir - bąknął zmieszany Eli. - Eee, to znaczy, chciałem
powiedzieć: nie, sir! Zamierzałem tylko zgłosić, że między ściankami
jednej ze skrzyń znalazłem kilka monet z początku wojen klonów. To
mogłoby wskazywać na fakt, że nasz... rozbitek przebywa tu co najmniej od
tamtego czasu...
- Chwileczkę - wszedł mu w słowo Barris. - Monet?
- To taki tutejszy zwyczaj: mnóstwo miejscowych przedstawicieli firm
transportowych umieszcza drobne w swoich skrzyniach - wyjaśnił Eli. -
Robią to... hm... na szczęście, a także by zagwarantować sobie w razie
potrzeby potwierdzenie daty wysłania ładunku. Gdy opakowania do nich
wracają, wyjmują monety i umieszczają między ściankami nowe.
- W takim razie jeśli założymy, iż nasz rozbitek otrzymał nowe skrzynie,
oznacza to, że przebywa tu od ładnych paru lat - stwierdził z namysłem
Wyan. - To mogłoby wyjaśniać nieco jego zachowanie.
- Jeśli chodzi o moje zdanie, to wręcz przeciwnie - oświadczył stanowczo
Barris. - Skoro chce wrócić do cywilizacji, dlaczego zwyczajnie nie
wyjdzie z lasu i nie poprosi nas o pomoc?
- Może gdy się rozbił, uciekał przed czymś... albo kimś? - podsunął Wyan.
- Albo przybył tu z własnej woli i chce po prostu, żeby zostawić go w spokoju?
- Cóż, jeśli właśnie na to liczy, to srodze się rozczaruje - skwitował
pułkownik. - W porządku. Kadecie? Proszę kontynuować poszukiwania. Czy
przydzielić ci kogoś do pomocy?
- Nie ma tu zbyt wiele miejsca, sir - odparł Vanto. - Pewnie tylko
wchodzilibyśmy sobie w drogę.
- W takim razie wracaj do pracy - polecił krótko Barris. - Prędzej czy
później naszemu przyjacielowi powinie się noga... a gdy tak się stanie,
będziemy gotowi.
Tej nocy grono ofiar powiększyło się o pięciu żołnierzy floty z grona
oddelegowanego do pełnienia warty wokół perymetru. Trójka zginęła z ręki
nieznanego wroga, od obrażeń doznanych wskutek ataku granatami
udarowymi, głównie ran klatki piersiowej i głowy. We wszystkich
przypadkach nikt nic nie zauważył - ani przed atakiem, ani po. Pozostałe
dwie ofiary były efektem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, a żołnierze ci zostali postrzeleni przez swoich własnych podenerwowanych
kolegów, którzy w mroku i mgle wzięli ich za intruzów.
Gdy niebo rozświetlił brzask, Barris ponownie skontaktował się ze
"Strikefastem", gdy zaś słońce skończyło rozpędzać ostatnie smugi nocnej
mgły, na polanę dotarły dwa oddziały szturmowców. Po krótkiej
konsultacji z Barrisem żołnierze skierowali się żwawym krokiem w głąb
lasu, z karabinami blasterowymi trzymanymi w pogotowiu blisko ciała.
Gdyby zdanie Elego obchodziło kogoś na tyle, by go o nie zapytać, to
chłopak uważał, że szturmowcy nie będą mieli wiele więcej szczęścia w poszukiwaniach tajemniczego napastnika niż żołnierze Barrisa. Musiał
jednak przyznać, że obecność zakutych w białe pancerze wojowników
wpłynęła zdecydowanie pozytywnie na morale zgromadzonych.
Właśnie rozmontowywał ostatnią skrzynię w poszukiwaniu kolejnych monet,
gdy usłyszał dobiegające z zewnątrz ciche, ale natarczywe piszczenie, po
którym nastąpiła seria okrzyków i przekleństw.
Czyżby alarm? Niezwłocznie sięgnął po komunikator i aktywował go... tylko
po to, by równie szybko go wyłączyć, odsuwając jednocześnie od ucha
najdalej, jak zdołał, bo z głośnika dobiegał tylko wzmocniony pisk,
który usłyszał wcześniej.
Ktoś ich zagłuszał!
- Alarm! Do wszystkich: stan najwyższej gotowości! - poniósł się po
polance głos Barrisa. - Wszyscy żołnierze: pełna gotowość! Majorze Wyan,
gdzie pan jest?
Eli puścił się biegiem wzdłuż ściany chaty. W pewnej chwili niemal się
przewrócił, gdy wpadła na niego kobieta w mundurze żołnierza floty,
pędząca w stronę perymetru. Jej twarz pod ciężkim, czarnym hełmem była
poszarzała ze strachu i wykrzywiona grymasem najwyższego przerażenia, a jej ubranie pokrywała warstewka pyłu. Chłopak dostrzegł Barrisa w chwili, gdy dotarł do niego Wyan.
- Wszystkie kanały zakłócane, sir - zgłosił ten ostatni.
- Wiem! - warknął pułkownik. - Dosyć tego. Miarka się przebrała. Po
lesie wałęsa się osiemnastu szturmowców, przetrząsających zarośla.
Proszę wysłać po nich kilku pańskich żołnierzy floty. Wycofujemy się.
- Wy... wycofujemy, sir?
- Czy chciałby pan zgłosić sprzeciw?
- Nie, sir. Ale co z... tym? - Wyan wskazał kciukiem przez ramię na chatę.
- Protokoły wymagają, by obiekt został zbadany...
Barris łypał na chatę gniewnie przez kilka sekund, wreszcie jednak rysy
twarzy mu złagodniały.
- Ale wcale nie każą nam robić tego na miejscu - zauważył trzeźwo. -
Zabierzemy obiekt ze sobą.
- Na pokład "Strikefasta"? - Wyan rozdziawił usta ze zdumienia.
- A dlaczegóż by nie? - odpowiedział pytaniem Barris, choć sprawiał przy
tym wrażenie, jakby sam nie był przekonany co do słuszności takiej
decyzji. - Na pokładzie transportowca jest mnóstwo miejsca. Ta buda
spokojnie się tam zmieści. Proszę poinstruować techników, by
zasztauowali ciężki sprzęt repulsorowy i brali się do roboty.
Wyan obrzucił domostwo spojrzeniem dalekim od entuzjazmu, jednak karnie
potwierdził:
- Tak jest, sir.
- I uprzedzić ich, żeby lepiej się pospieszyli - dodał znacząco Barris w ślad za odchodzącym majorem. - Najprawdopodobniej zagłuszanie oznacza
dla nas tyle, że nasz nieznajomy szykuje się do przypuszczenia głównego
ataku.
Eli przywarł plecami do ściany chaty i powiódł wzrokiem po skraju lasu.
Nie widział nic, co sugerowałoby bezpośrednie zagrożenie - nigdzie ani
śladu czających się między drzewami wrogów. Z drugiej strony, wcześniej
również nikt nic nie dostrzegł...
Trzy minuty później w obozowisku zjawił się oddział żołnierzy i techników o ponurych minach, którzy zajęli się umieszczaniem generatorów
i skrzyń na podnośnikach repulsorowych. Jeden z techników został z Elim,
podczas gdy pozostali zabrali się do przenoszenia znalezisk na pokład
transportowca. Dwójka skupiła się na oględzinach chaty i ustalaniu, w których miejscach należy umieścić podnośniki, aby nie naruszyć
konstrukcji.
Wciąż dyskutowali, gdy z lasu wyłonił się pierwszy ze szturmowców,
odwołanych z rozkazu Barrisa. Gdy reszta żołnierzy dotarła do obozowiska
i zajęła pozycje obronne - twarzami w stronę lasu, w oczekiwaniu na
atak, którego się nerwowo spodziewali - źródła zakłóceń wciąż jeszcze
nie udało się usunąć ani namierzyć.
Tyle tylko, że spodziewany atak nie nastąpił. Kiedy sugerowane przez
Barrisa pół godziny minęło, obóz został zwinięty, a wszystko zapakowane
bez przeszkód na pokład transportowca. Mogli lecieć.
Był tylko jeden mały szkopuł: brakowało jednego z osiemnastu
szturmowców.
- Co to znaczy "zaginął"? - warknął Barris głosem na tyle donośnym, by
usłyszeli go wszyscy zgromadzeni na polanie. Trójka szturmowców
zawróciła już posłusznie, zagłębiając się z powrotem w las. - Jak
szturmowiec może... zaginąć?
- Nie wiem, sir - odparł Wyan, nerwowo rozglądając się dookoła. - Ale ma
pan rację: im szybciej się stąd zabierzemy, tym lepiej.
- Jak jasna cholera, że mam rację! - wycedził rozwścieczony nie na żarty
Barris. - I tak właśnie zrobimy, majorze. Niech pańscy technicy wsiadają
na pokład, a żołnierze za nimi, w standardowym szyku ariergardy.
- A co ze szturmowcami? - zapytał Wyan.
- Mają własny transportowiec - przypomniał mu Barris. - Mogą zostać i przeszukiwać krzaki, jak długo im się podoba. Odlatujemy, gdy tylko cała
reszta znajdzie się na pokładzie.
Eli nie czekał, by usłyszeć więcej. Co prawda Barris nie wspomniał
konkretnie o nim, jednak Vanto uważał się bardziej za technika niż
żołnierza. A przynajmniej bliżej mu było do tego pierwszego. Odwrócił
się w stronę transportowca... i zamarł. Jeden ze szturmowców stał na
baczność tuż pod włazem, z bronią w pogotowiu. Jeśli zamierzał się
sprzeciwić rozkazom Barrisa, który chciał porzucić tu jego i jego
towarzyszy...
Bez ostrzeżenia żołnierz nagle dosłownie wyparował w gwałtownej
eksplozji.
Eli w mgnieniu oka przypadł do ziemi.
- Alarm! - Usłyszał czyjś okrzyk, stłumiony przez dzwonienie w uszach.
Garstka żołnierzy kierowała się w głąb lasu, ale Eli nie był w stanie
stwierdzić, czy rzeczywiście kogoś ścigali, zwęszywszy trop, czy po
prostu liczyli na łut szczęścia. Spojrzał ponownie w stronę
transportowca...
Serce stanęło mu w piersi. Dym, który zasnuł wszystko po wybuchu,
zaczynał się już przerzedzać i było widać, że statek został tylko w minimalnym stopniu zniszczony - w większości były to drobne uszkodzenia,
które nie powinny mieć wpływu na zdatność jednostki do lotu czy
szczelność kadłuba. W niewielkiej odległości od miejsca, w którym stał
wcześniej szturmowiec, dało się za to dostrzec porozrzucane elementy
pancerza - wcześniej nieskazitelnie białego, teraz poczerniałego i poznaczonego plamami.
Została jedynie ta garstka skorup. Ciało zniknęło.
- Nie... - wymamrotał pod nosem.
To... niemożliwe. Wybuch, który spowodował tak niewielkie uszkodzenia
statku znajdującego się w pobliżu, zwyczajnie nie mógł sprawić, że
ciało... kompletnie zniknęło. Tym bardziej że ocalał pancerz, który miał
je chronić.
Kątem oka dostrzegł po lewej jakiś ruch. Na polankę wracali trzej
szturmowcy, którzy wyruszyli wcześniej do lasu, aby odnaleźć swojego
kolegę. Wszystko wskazywało na to, że go znaleźli.
A przynajmniej to, co z niego zostało...
Eli właściwie spodziewał się, że ich transportowce zostaną zaatakowane
podczas startu. Nie zdarzyło się jednak nic takiego: gdy wzbijali się w niebo, nie ścigały ich promienie laserowe ani granaty. Już wkrótce, ku
jego nieopisanej uldze, znaleźli się - bezpieczni - w hangarze
"Strikefasta".
Gdy z pokładu zaczęli się wysypywać żołnierze, czekał już na nich
kapitan Parck.
- Pułkowniku. - Skinął ponuro głową, gdy Barris wysiadł ze statku za
Elim. - Nie przypominam sobie, abym wydawał panu pozwolenie na
opuszczenie pozycji.
- Nie, sir, nie zrobił pan tego - potwierdził Barris i Eli wyraźnie
słyszał w jego głosie znużenie. - Ale ponieważ objąłem dowodzenie na
miejscu zdarzenia, postąpiłem w sposób, który w danych okolicznościach
uznałem za najstosowniejszy.
- Taaa - mruknął pod nosem Parck. Eli obejrzał się przez ramię,
podążając za spojrzeniem kapitana, i spostrzegł, że przygląda się on z dziwną miną statkowi. - Czy to prawda, że przywieźliście ze sobą... to
obce domostwo?
- Tak, sir - potwierdził Barris. - Wszystko, co się dało, całą
konstrukcję. Technicy mogą wrócić do pracy w każdej chwili.
- Nie ma pośpiechu - uspokoił go Parck. - Chciałbym, żeby poszedł pan ze
mną do mojego biura. Cała reszta ma się stawić do raportu. - Odwrócił
się w stronę techników i żołnierzy.
Gdy jego wzrok spoczął na Elim, chłopak odwrócił pospiesznie głowę.
Podsłuchiwanie oficerów było bardzo źle postrzegane. Liczył na to, że
może Parck nie zauważył, jednak jego nadzieje okazały się płonne.
- Kadecie Vanto?
Eli odruchowo skulił się w sobie, ale posłusznie odwrócił się w stronę
starszego stopniem oficera.
- Tak, sir?
- Ty również pójdziesz z nami - oznajmił Parck. - Zapraszam.
We trójkę opuścili pokład hangarowy, z Parckiem na czele ich małego
pochodu.
Ku zaskoczeniu Elego nie skierowali się jednak do biura kapitana.
Zamiast tego Parck poprowadził ich do wieży kontrolnej hangaru, w której
z nieznanych przyczyn przygaszono światła.
- Sir? - zagadnął Barris, kiedy Parck podszedł do okna wychodzącego na
hangar.
- Chciałbym przeprowadzić coś w rodzaju... eksperymentu, pułkowniku. -
Parck dał gestem znak mężczyźnie przy pulpicie kontrolnym. - Czy wszyscy
opuścili pokład? Doskonale. Proszę w takim razie przyciemnić światła w hangarze.
Gdy światła za panelem widokowym przygasły do poziomu stosowanego w trybie nocnym, Barris podszedł do Parcka. Ostrożnie, starając się z całych sił nie rzucać w oczy, a jednocześnie mieć dobry widok na pokład
hangarowy, Eli podkradł się do kapitana i zatrzymał z drugiej strony, o krok za nim. W dole jak na dłoni widać było transportowiec i prom
desantowy. Za nimi, na drugim krańcu hangaru dało się dostrzec trzy
promy typu Zeta oraz kurierskiego Harbingera.
- Na czym dokładnie miałby on polegać? - zapytał Barris.
- Chcę przetestować pewną... teorię - wyjaśnił Parck. - Pułkowniku,
kadecie, proszę się... hm... rozgościć. Możliwe, że trochę to potrwa.
I rzeczywiście, minęły prawie dwie godziny, zanim coś się wydarzyło,
jednak warto było czekać. Po upływie tego czasu z wnętrza transportowca
wyłoniła się ukradkiem postać - jeśli sądzić po sylwetce, przedstawiciel
rasy humanoidalnej. Po cichu prześlizgnęła się przez pogrążony w półmroku hangar w stronę stojących na tyłach statków, korzystając po
drodze ze skąpej osłony zapewnianej przez elementy wyposażenia pokładu.
- Kto to taki? - zapytał Barris, pochylając się nieco ku
transparistalowej tafli.
- O ile się nie mylę, źródło pańskich kłopotów na powierzchni planety -
odparł Parck z satysfakcją. - Jak sądzę, to właśnie rozbitek, na którego
domostwo natrafiliście.
Eli zamrugał, marszcząc czoło. Ale... jeden człowiek? Jeden?
Barris najwyraźniej również nie był przekonany do teorii Parcka.
- To niemożliwe, sir - zaprotestował kategorycznie. - Te ataki nie mogły
być dziełem jednej osoby. Z pewnością miał jakąś pomoc...
- Zaczekajmy chwilę i przekonajmy się, czy ktoś do niego dołączy -
zaproponował kapitan.
Mijały minuty, ale ze statku nie wynurzył się nikt więcej. Przemykający
przez hangar cień dotarł do stojących po drugiej stronie statków i zatrzymał się na chwilę, jakby nad czymś się zastanawiał, po czym
stanowczym krokiem podszedł do włazu środkowego z trzech promów typu
Zeta i wślizgnął się do wnętrza statku.
- Cóż, wygląda na to, że rzeczywiście jest sam - stwierdził Parck,
sięgając po komunikator. - Jest w środkowej Zecie - rzucił do mikrofonu.
- Ustawić broń na tryb ogłuszania. Chcę go dostać żywego. Całego i zdrowego.
Z uwagi na rozliczne problemy, jakich nastręczył im obcy rozbitek
podczas ich krótkiej wizyty na powierzchni planety, Eli spodziewał się,
że nieznajomy będzie stawiał opór i walczył z próbującymi go zatrzymać
żołnierzami. Ku jego zaskoczeniu intruz poddał się od razu, bez walki.
Może ich nagłe pojawienie się go zaskoczyło? Bardziej prawdopodobne
jednak, że zdawał sobie po prostu sprawę z bezcelowości dalszego oporu.
Cóż, teraz już przynajmniej Eli rozumiał, dlaczego Parckowi zależało na
jego obecności w wieży kontrolnej. Skoro należące do nieznajomego
skrzynie były opisane w jakimś wariancie sy bisti, to istniała szansa,
że on sam będzie władał tym dialektem - a gdyby miało się okazać, że to
jedyny język, jakim się posługuje, Imperium będzie potrzebowało
tłumacza.
Grupa była w połowie drogi do włazu, gdzie czekali już na nich Parck,
Barris, Eli i ich eskorta szturmowców, gdy w hangarze znów rozbłysły
światła.
Więzień, co już wcześniej zdążył zauważyć Eli, miał humanoidalną
sylwetkę i posturę. Na tym jednak kończyło się podobieństwo do
przeciętnego przedstawiciela rasy ludzkiej. Jego skóra miała niebieski
odcień, oczy pałały krwistą czerwienią, a włosy były w kolorze
granatowej czerni.
Eli zamarł. Na jego ojczystej Lysatrze krążyły legendy o takich
istotach: dumnych, zabójczo groźnych wojownikach, których nazywano
Chissami.
Z trudem oderwał wzrok od twarzy obcego i odsunął na bok wspomnienia
dawnych mitów. Więzień był ubrany w coś, co wyglądało na pozszywane
razem skóry i futra różnych zwierząt żyjących w lesie, w którym
mieszkał. Idący spokojnym, równym krokiem pośród czwórki uzbrojonych
szturmowców emanował władczą, niemal arystokratyczną pewnością siebie.
Pewność siebie. O tak, to określenie pojawiało się w mitycznych
opowieściach bardzo często.
Cała grupa zatrzymała się kilka metrów od Parcka.
- Witamy na pokładzie "Strikefasta", gwiezdnego niszczyciela typu
Venator - odezwał się kapitan. - Mówisz w basicu?
Obcy przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu.
- Czy może wolałby pan rozmawiać w sy bisti? - dodał w tym języku Eli.
Barris spiorunował go wzrokiem i Eli się skrzywił. Znów to zrobił:
odezwał się nieproszony. Powinien był zaczekać na rozkazy... Więzień
również na niego patrzył, jednak sprawiał wrażenie raczej zamyślonego
niż rozwścieczonego.
Kapitan Parck z kolei nie odrywał wzroku od obcego.
- Jak się domyślam, zapytałeś go, czy mówi w sy bisti? - zapytał Elego.
- Tak jest, sir - potwierdził chłopak. - Proszę o wybaczenie, panie
kapitanie. Pomyślałem po prostu... to znaczy, we wszystkich opowieściach
Chissowie używali sy bisti i...
- Kto taki? - wszedł mu w słowo Parck.
- Chissowie - powtórzył Eli, czując, że się czerwieni. - Oni... hm, zawsze
uważano ich za legendę z obszaru Dzikiej Przestrzeni.
- Och, czyżby? - prychnął Parck, przyglądając się więźniowi krytycznie.
- Odnoszę wrażenie, że ten tutaj jest zdecydowanie namacalny.
Przepraszam, przerwałem ci. Co takiego mówiłeś?
- Z opowieści wynikało, iż Chissowie porozumiewali się podczas kontaktów
z nami w sy bisti.
- A wy używaliście tego języka w kontaktach z nami - odparł spokojnie w sy bisti więzień.
Eli się wzdrygnął. Obcy odpowiedział co prawda w sy bisti... ale udzielił
odpowiedzi na komentarz wygłoszony przez chłopaka w basicu.
- Czy rozumiesz basic? - zapytał w sy bisti.
- W pewnym stopniu - odparł Chiss w tym samym języku. - Jednak
swobodniej się czuję, porozumiewając w sy bisti.
Eli pokiwał głową.
- Mówi, że rozumie do pewnego stopnia basic, lecz woli się posługiwać sy
bisti.
- Oczywiście - odpowiedział Parck. - W porządku. Nazywam się kapitan
Parck i jestem dowódcą tego okrętu. A ty? Kim jesteś?
Eli otworzył usta, żeby przetłumaczyć, ale Parck powstrzymał go, unosząc
dłoń.
- Tłumacz tylko jego odpowiedzi, chciałbym się przekonać, jak dobrze
rozumie basic. Jak się nazywasz? - powtórzył.
Chiss znów przez chwilę milczał, wodząc wzrokiem po wnętrzu hangaru -
choć nie jak prymityw, przytłoczony i zdumiony jego ogromem - jak
uświadomił sobie Eli - tylko jak wojskowy, oceniający silne i słabe
strony przeciwnika.
- Mitth'raw'nuruodo - odpowiedział obcy, wbijając znów przenikliwe
spojrzenie gorejących oczu w Parcka. - Sądzę jednak, że łatwiej wam
będzie nazywać mnie Thrawnem.
Rozdział 2
Ścieżka losu może zmienić się pod wpływem ważnych decyzji lub zdarzeń.
To właśnie one skierowały moje kroki na drogę, którą obecnie podążam.
Czasem jednak bieg wydarzeń może zostać odmieniony przez drobny,
pozornie błahy szczegół. W przypadku Elego Vanta okazało się nim jedno
usłyszane przypadkiem słowo: Chiss. Gdzie kadet Vanto usłyszał tę nazwę?
Co dla niego znaczyła? Wyjawił już tę jedną informację, jednak równie
dobrze mogą istnieć i inne... W istocie prawda może składać się z wielu
warstw. Jakich dokładnie?
Na statku tak dużym jak ten istnieje tylko jeden sposób, by się tego
dowiedzieć.
Stąd też moja ścieżka w tym punkcie kolejny raz obiera nowy bieg.
Podobnie jak i jego...
- Thrawn... - powtórzył Parck z namaszczeniem, jakby na próbę. - W porządku. Tak jak już wspomniałem, witamy na pokładzie. Chciałbym, byś
wiedział, że nie zamierzaliśmy naruszać twojej prywatności. Szukaliśmy
przemytników, a zamiast tego trafiliśmy na twoje domostwo. W chwili
obecnej jeden z naszych rozkazów obliguje nas do badania wszelkich
nieznanych ras, na jakie natrafimy.
- Tak - odparł Thrawn w sy bisti. - To samo mówili handlarze, którzy
nawiązali kontakt z moim ludem.
- Zrozumiał, co pan powiedział, sir - zameldował Eli. - Mówi, że wie o tych rozkazach od handlarzy, którzy kontaktowali się z jego ludem.
- Dlaczego w takim razie się nie pokazałeś? - zapytał Barris. - Dlaczego
nękałeś i zabijałeś moich ludzi?
- To było konieczne... - zaczął Thrawn w sy bisti, jednak Barris przerwał
mu:
- Dosyć! Rozumiesz basic. Oznacza to, że możesz w nim mówić. Odpowiedz
więc: dlaczego nękałeś i zabijałeś moich ludzi?
Thrawn przez chwilę przyglądał mu się w zamyśleniu.
Eli zerknął na Parcka, jednak kapitan również milczał.
- W porządku - odezwał się wreszcie Thrawn w basicu. Mówił z silnym
akcentem, ale dało się go zrozumieć bez większego trudu. - To było
konieczne.
- Dlaczego? - zażądał odpowiedzi Parck. - Co chciałeś w ten sposób
osiągnąć?
- Chciałem wrócić do domu.
- Czy rozbiłeś się na tej planecie?
- Zostałem... - Thrawn zerknął na Elego. - Xishu azwane.
Eli zamrugał. Został...?
- Mówi, że został tam... wygnany - poinformował resztę.
Słowo wisiało przez chwilę w przesyconym zapachem spalin powietrzu. Eli
patrzył na Thrawna, zatopiony we wspomnieniach opowieści, których
słuchał jako dziecko przy ognisku. Opowieściach mówiących o jednomyślności i męstwie Chissów.
W żadnej z nich nie było wzmianki o tym, by skazywali swoich na
wygnanie...
- Dlaczego? - zapytał ponownie Parck.
Thrawn spojrzał na Elego.
- Wyjaśnij, proszę, w basicu. To znaczy, jeśli zdołasz - poprosił
chłopak.
Chiss utkwił znów spojrzenie w Parcku.
- Moi przywódcy i ja poróżniliśmy się.
- Na tyle poważnie, że skończyło się to twoim wygnaniem?
- Tak.
- Hm, ciekawe - skomentował pod nosem kapitan. - W porządku. A więc
twierdzisz, że właśnie dlatego musiałeś zwodzić ludzi pułkownika
Barrisa... Opowiedz nam w takim razie, jak tego dokonałeś.
- To było nietrudne - odparł Thrawn. - Wasz statek rozbił się w pobliżu
miejsca mojej zsyłki. Miałem okazję przyjrzeć mu się, zanim zjawili się
wasi żołnierze. Pilot był martwy. Zabrałem mu ciało i je ukryłem.
- I wypełniłeś jego skafander trawą - dopowiedział Barris. - Abyśmy nie
zauważyli, że ukradłeś jego sprzęt.
- I tak się stało - odparł Chiss. - Najbardziej ważne było, byście
zabrali ze sobą skafander i zepsute jagody pyussh.
- Jagody? - zdziwił się Barris.
- Tak - potwierdził obcy. - Zepsute, rozgniecione jagody pyussh
przyciągają małe zwierzęta nocy.
Eli pokiwał głową. "Zepsute" znaczyło sfermentowane, "zwierzęta nocy" -
nocne stworzenia. Można było odnieść wrażenie, że Thrawn ma całkiem
spory zasób słownictwa w basicu, jednak brakowało mu znajomości wyrażeń
technicznych i widać było, że stara się improwizować. Miał również
drobne problemy z szykiem, co sugerowało, że uczył się raczej z książek
niż poprzez kontakt z językiem mówionym.
Czy oznaczało to, że Chiss miał ostatnio ograniczony kontakt z istotami
spoza Nieznanej Przestrzeni?
- Mocowałeś odbezpieczone ogniwa do ciał zwierząt - domyślił się Barris.
- To właśnie w ten sposób przemyciłeś je przez nasz kordon.
- Tak - potwierdził Chiss. - I tak samo zaatakowałem później żołnierzy.
Procą wrzuciłem kolejne jagody w szczeliny ich zbroi.
- A potem doprowadziłeś do katastrofy myśliwca - dodał Parck. - Jak tego
dokonałeś?
- Wiedziałem, że wyślecie jakiś statek na poszukiwania. Przygotowałem
się do tego, rozciągając... - Urwał. - Ohuludwu.
- Linki jednowłóknowe - podsunął Eli.
- Tak, linki jednowłóknowe między czubkami drzew. Statek wpadł w nie.
- A na tej wysokości pilot nie miał czasu odzyskać panowania nad
maszyną. - Parck pokiwał głową. - A tak przy okazji: wiesz, że niewiele
byś wskórał, nawet gdyby udało ci się pozyskać któryś z myśliwców w stanie nietkniętym? Nie mają hipernapędów.
- Zależało mi nie na statku - wyjaśnił Thrawn. - Tylko na pilota... -
Ponownie urwał. - Ezenti ophu ocengi.
- Sprzęcie i komunikatorze - wyjaśnił Eli.
- Ale przecież nie zabrałeś mu komunikatora - zauważył Barris. -
Sprawdziliśmy w obozowisku skafander. Komlink wciąż był na miejscu.
- Nie - odparł Thrawn. - Był komunikator pierwszego pilota.
Eli pokiwał znów głową. Spryt, taktyczne myślenie i umiejętność
panowania nad sytuacją - dokładnie takie cechy charakteryzowały Chissów,
przynajmniej jeśli wierzyć opowieściom.
A jednak... wygnany?
- Sprytne - skomentował Parck. - A my sądziliśmy, że wiemy, co się
wydarzyło, więc nie przyszło nam nawet do głowy, by sprawdzić numer
seryjny. Gdy więc odkryliśmy, że brakuje pierwszego komunikatora i wyłączyliśmy go z obiegu, nadal miałeś działające urządzenie.
- A więc zabiłeś człowieka dla komunikatora - podsumował ostro Barris.
Widać było jak na dłoni, że w przeciwieństwie do kapitana zaradność
obcego nie zrobiła na nim wrażenia. - Dlaczego po tym wszystkim wciąż
nękałeś moich ludzi? Czy robiłeś to dla zabawy?
- Żałuję, że spowodowałem utratę życia twoich ludzi - wyznał z powagą
Thrawn. - Musiałem jednak doprowadzić do zjawienia się żołnierzy w...
pełniejszych pancerzach.
- Pełniejszych... - powtórzył Barris, jednak urwał w pół zdania, gdy
domyślił się znaczenia słów obcego. - Ach, masz na myśli szturmowców?
Chciałeś, żeby zjawili się szturmowcy?
- Twoi żołnierze noszą hełmy - dodał Chiss, rysując palcem w powietrzu
kształt wokół głowy, aby zobrazować, co ma na myśli. - Źle dla mnie. -
Dotknął swojej twarzy. - Musiałem zasłonić skórę.
- Tylko w taki sposób bez wzbudzania podejrzeń mogłeś się dostać na
teren obozu - domyślił się Parck, kiwając głową.
- Tak - potwierdził Thrawn. - Użyłem wybuchowego ładunku, by mieć
zbroję, której mógłbym się przyjrzeć...
- W jaki sposób tego dokonałeś, skoro nikt nie słyszał eksplozji? -
wszedł mu w słowo Barris.
- To było, kiedy zacząłem zakłócać łączność - wyjaśnił Chiss. - Hałas
zagłuszył odgłos wybuchu. Dzięki oglądaniu zbroi dowiedziałem się, jak
zabić żołnierza cicho, bez zniszczeń, które byłoby widać. Zabrałem
zbroję drugiego żołnierza i wszedłem do statku.
- Podczas gdy my wnosiliśmy na pokład twój dobytek? - dodał Barris.
- Wybrałem czas, gdy nie było nikogo - wyjaśnił Thrawn. - Dzięki małym
gałęziom ustawiłem zbroję prosto w okolicach włazu. Zniszczył ją
wrzucony w środku ładunek.
- Co miało odwrócić naszą uwagę, tak byśmy się nie zorientowali, że w rzeczywistości brakuje dwóch szturmowców - dopowiedział Parck. - Gdzie
się ukryłeś na czas podróży?
- W środku obudowy drugiego generatora - odparł Chiss. - Jest pusty
prawie, bo zużyłem jego części do naprawy pierwszego.
- W takim razie domyślam się, że przebywałeś na planecie już od jakiegoś
czasu - dodał kapitan. - Rozumiem już, dlaczego tak desperacko chciałeś
się stamtąd wydostać...
Thrawn wyprostował się na pełną wysokość.
- Nie byłem desperacki. Ale mój lud mnie potrzebuje.
- Dlaczego?
- Grozi im niebezpieczeństwo. W galaktyce jest mnóstwo niebezpieczeństw.
Niebezpieczeństw zagrażających mojemu ludowi. I waszemu również. -
Wykonał dziwny gest. - Wiedza o nich byłaby z korzyścią dla was.
- A jednak to twój lud cię tutaj wygnał - zauważył Parck. - Czy nie
zgadzali się z tobą co do powagi tych zagrożeń?
Thrawn spojrzał na Elego.
- Czy mogę prosić o powtórzenie? - zapytał w sy bisti.
Kadet przetłumaczył pytanie kapitana.
- Nie było między nami niezgody, jeśli chodzi o powagę zagrożenia -
odpowiedział Thrawn w basicu z silnym akcentem. - Nie zgadzaliśmy się
jednak co do procesu. Nie uznawali racji bytu... ezeboli hlusalu.
Eli przełknął głośno ślinę.
- Nie wierzą w wojnę uprzedzającą.
- A więc twój lud potrzebuje ochrony - powiedział Parck i w jego głosie
zabrzmiała jakaś nowa, trudna do wychwycenia nuta. - Jak zamierzasz
dokonać tego sam, bez pomocy statków czy sojuszników?
Eli zmarszczył czoło. To było dziwne pytanie - wypowiedziane dziwnym
tonem. Czy kapitan próbował wysondować Thrawna na okoliczność
potencjalnych sprzymierzeńców Chissów?
Thrawn jednak najwyraźniej nie dostrzegł w pytaniu nic niezwykłego.
- Nie wiem - odpowiedział tylko spokojnie. - Znajdę jakiś sposób.
- Och, jestem tego pewien - stwierdził Parck. - A tymczasem... cóż, miałeś
ciężki dzień i jestem pewien, że przyda ci się porządny odpoczynek.
Komandorze?
- Sir? - Jeden ze szturmowców wystąpił z szeregu naprzód.
- Proszę wraz z oddziałem odeskortować naszego gościa do biura oficera
pokładowego. Zadbaliśmy o wszelkie wygody i poczęstunek - polecił Parck.
- Panie Thrawn, do zobaczenia później.
- Dziękuję, kapitanie Parck - odparł Chiss. - Do zobaczenia.
Gdy po niego przysłano, Eli był w swojej kwaterze i pracował właśnie nad
raportem podsumowującym, który polecono mu sporządzić.
Nigdy wcześniej nie był w prywatnym biurze kapitana. W zasadzie to nigdy
wcześniej nawet nie był w tej części "Strikefasta".
Nie mówiąc już o tym, że nigdy dotąd nie miał okazji przebywać w towarzystwie tak wielu wysokich rangą oficerów. Czuł się trochę jak na
trudnym egzaminie. Albo jakby postawiono go przed sądem wojskowym.
- Kadecie Vanto - przywitał go kapitan Parck i wskazał krzesło ustawione
przed siedzącymi w rzędzie oficerami. - Zapraszam.
- Tak jest, sir. - Eli zajął miejsce, modląc się w duchu, by nikt nie
zauważył, jak bardzo trzęsą mu się ręce.
- Przede wszystkim, chciałbym udzielić ci pochwały za twoje wzorowe
zachowanie podczas misji - zaczął Parck. - Trzeba przyznać, że świetnie
sobie poradziłeś w trudnej sytuacji.
- Dziękuję, sir - bąknął Eli, choć o ile pamięć go nie myliła, nie
dokonał niczego szczególnego poza trzymaniem się możliwie jak najdalej
od walk i zamieszania.
- Chciałbym usłyszeć, co sądzisz o naszym więźniu.
- Wydaje się... bardzo pewny siebie, sir - odparł ostrożnie Eli. Dlaczego
w ogóle go o to pytali? - Świetnie się kontrolował. - Zamyślił się nad
czymś i zamilkł na chwilę. - No, może poza momentem, w którym został
aresztowany w hangarze. Możliwe, że pojmanie go zaskoczyło.
- Cóż, wątpię - skwitował Parck. - Poddał się bez walki: nie stawiał
oporu ani nie próbował uciec. - Przechylił lekko głowę na ramię. -
Odnoszę wrażenie, że posiadasz pewną wiedzę o jego rasie...
- Nie bardzo, sir - stwierdził Eli, nieco zmieszany. - Moi ziomkowie
przekazywali sobie z ust do ust opowieści o Chissach... W zasadzie było to
coś na kształt legend. O ile mi wiadomo, żadnego z przedstawicieli tej
rasy nie widziano na Lysatrze ani w okolicach od setek lat.
- Ale przynajmniej macie wasze legendy, czyli zdecydowanie więcej niż
to, co figuruje w rejestrach "Strikefasta" - odparł Parck. - Co
dokładnie mówią o nich te historie?
- Wynika z nich, że to rasa świetnych wojowników - odparł Eli. -
Mądrych, zaradnych, dumnych. A także nieskończenie lojalnych wobec
własnego gatunku. Jeśli chodzi o to wygnanie... Cóż, idea wojny
uprzedzającej musiała naprawdę ich odpychać, skoro posunęli się aż do
tego.
- Na to wygląda - zgodził się z nim kapitan. - Z tego, co widzę, na
Myomarze obrałeś ścieżkę kariery zaopatrzeniowca...
- Tak jest, sir - potwierdził Eli, zbity z tropu tą nagłą zmianą tematu.
- Moja rodzina prowadzi małą firmę wysyłkową i uznała, że służba
Imperium byłaby...
- A czy masz może doświadczenie w szkoleniu lub nauczaniu?
- Nie, sir, nic z tych rzeczy - przyznał Eli.
Czyżby Parck chciał go przenieść? Miał nadzieję, że jednak nie. Od
małego pilotował frachtowce swojej rodziny i nie chciał utknąć w jakimś
biurze czy sali wykładowej.
Przez chwilę kapitan przyglądał mu się w milczeniu, aż wreszcie opadł na
oparcie fotela i obejrzał się na eskortujących go oficerów. Całkiem
jakby przekazywał im jakiś niemy sygnał.
- Doskonale, kadecie Vanto - powiedział wreszcie, zwracając się znów w stronę Elego. - Od tej chwili będziesz pełnił funkcję oficera
łącznikowego, tłumacza i asystenta naszego więźnia. Poza tym będziesz...
- Sir? - wszedł mu w słowo Eli, otwierając szeroko oczy. - Ale... jestem
tylko kadetem i...
- Nie skończyłem jeszcze - zauważył spokojnie Parck. - Oprócz
tłumaczenia dla niego będziesz go również uczył basicu. Zna podstawy,
jak zresztą sam miałeś okazję się przekonać, jednak powinien poszerzyć
słownictwo. Nie zaszkodzi podszkolić go też w gramatyce i wymowie.
Jakieś pytania?
- Nie, sir - wykrztusił Eli. Lawina niespodzianek niebezpiecznie
nabierała tempa. - Chociaż właściwie to... tak, sir. Dlaczego to takie
ważne, żeby opanował basic? Czy nie odsyłamy go z powrotem na tamtą
planetę?
Oficerowie poruszyli się niespokojnie na swoich miejscach i Eli zdał
sobie nagle sprawę z tego, że przekroczył pewną niewidzialną granicę.
Zamarł.
- Nie - przerwał niezręcznie milczenie Parck. Głos miał spokojny, choć
dało się w nim dosłyszeć rozdrażnienie, całkiem jakby było to już
wcześniej przedmiotem ożywionej dyskusji i niekoniecznie osiągnięto w tej sprawie porozumienie. - Zabieramy go na Coruscant.
- Na Co... - Eli zamknął z głośnym kłapnięciem usta, mając przed oczami
wizję starożytnych królów, prowadzących ulicami miasta pokonanych
wrogów.
Ale przecież raczej nie o to chodziło Parckowi, prawda?
- Sądzę, że Imperator chciałby się z nim spotkać i dowiedzieć się co
nieco o całych tych Chissach - wyjaśnił kapitan. W tonie jego głosu było
coś, co sugerowało, że takie wyjaśnienie ma w równej mierze przekonać o słuszności tego kroku Elego, jak i siedzących po bokach oficerów. -
Jestem też pewien, iż przysłuży się on Imperium. W ten czy inny sposób.
Czy te wasze... legendy zawierały jakiekolwiek wskazówki co do
umiejscowienia ojczystej planety tej rasy?
- Mówiły tylko tyle, że Chissowie pochodzili z Nieznanych Regionów, sir
- wyjaśnił Eli. - Nic poza tym. Żadnych szczegółów.
- Szkoda - skwitował kapitan. - Mniejsza jednak o to. Na tym właśnie
będzie polegał kolejny z twoich obowiązków, jakie ci zlecam na następne
dni: chciałbym, żebyś dowiedział się możliwie jak najwięcej o nim samym,
jego ojczyźnie i jego rasie.
- Tak jest, sir - potwierdził Eli, czując, że serce mu wali w piersi jak
młotem. Awans ze zwykłego kadeta na stanowisko tłumacza i asystenta
obcego, żywcem wziętego z lysatrańskich legend!
A jedynym minusem było to, że mogło go to kosztować utratę przyszłości,
jaką sobie wymarzył...
Bo przekonał się już, że Imperium stanowi w zasadzie olbrzymi,
skomplikowany mechanizm, w którym nie ma miejsca na najmniejsze
potknięcia. Jeśli Eli choćby o krok zboczy z raz obranej ścieżki
kariery, może się nagle okazać, że trafił na zupełnie inną drogę -
całkiem dla niego obcą, która może go zaprowadzić na najniższy pokład
jakiejś zapomnianej stacji kosmicznej, w której utknie już na zawsze.
Mimo to - tłumaczył sobie - przecież zboczy z tej ścieżki jedynie na
tydzień lub coś koło tego, czas potrzebny "Strikefastowi" na dotarcie do
Coruscant, prawda? Potem wróci na Myomar wraz z resztą kadetów - i mnóstwem opowieści, które będzie mógł snuć do końca życia.
Co mogło pójść nie tak?
- Wydajesz się... rozbawiony - mówi kadet Vanto, opadając na oparcie
swojego fotela.
- Rozbawiony? - pyta Thrawn.
- Hm, rozśmieszony czymś, co wydało ci się zabawne - wyjaśnia Vanto i przechodzi na sy bisti, aby zapytać: - Czy w tej historii było coś, co
uznałeś za śmieszne?
- Wydała mi się całkiem ciekawa.
- Niektóre z moich opowieści uznajesz za ciekawe - odpowiada Vanto. Na
jego czole pojawiają się zmarszczki. - Inne za niewiarygodne. Jeszcze
inne za zabawne. To właśnie była jedna z tych ostatnich.
- Nie było moim celem urazić ciebie - mówi Thrawn. - Sam jestem jednak
Chissem i nigdy nie słyszałem, aby ktoś z moich ludzi taką miał moc.
- Już to wyjaśniałem - odpowiada Vanto. Jego czoło częściowo się
wygładza. - Od początku tłumaczyłem ci, że te historie to tylko nieco
więcej niż legendy. Ale sam chciałeś je usłyszeć.
- Doceniam twoją chęć podzielenia się nimi ze mną - mówi Thrawn. - Z historii, które ludzie opowiadają o innych, można się całkiem sporo
dowiedzieć o tych pierwszych.
- I? - pyta Vanto. Bruzdy na jego czole znów się pogłębiają. Odwraca
głowę lekko w prawo.
- Nie rozumiem.
- Zapytałem, czego nauczyłeś się o ludziach - wyjaśnia Vanto, mrużąc
lekko oczy.
- Źle się wyraziłem. Przepraszam. Chciałem powiedzieć, że mogę się
dowiedzieć czegoś o jednej osobie, to znaczy o tobie, z opowieści,
którymi chcesz się ze mną dzielić.
- I czego się o mnie dowiedziałeś? - pyta Vanto, przestając mrużyć oczy.
Ton jego głosu nieco się obniża.
- Że nie chcesz być tutaj - wyjaśnia Thrawn. - Nie chcesz odgrywać roli
tłumacza i asystenta. A już na pewno nie chcesz prowadzić przesłuchania.
- A kto powiedział, że prowadzę przesłuchanie? - pyta Vanto głosem nieco
głośniejszym i wyższym niż przed chwilą. Mięśnie ramion ukryte pod
rękawami jego bluzy tężeją.
- Chciałbyś wrócić do swoich liczb i listów przewozowych - uściśla
Thrawn. - To właśnie do tego masz dryg i tędy prowadzi ścieżka, którą
chcesz podążać.
- Fascynujące - mówi Vanto, a w jego głosie pojawia się nowa, chrapliwa
nuta. Zaciska przelotnie usta. - Pewnie jako wielki dowódca wojskowy
uważasz, że logistyka i zaopatrzenie są poniżej twojej godności?
- A twojej?
- Oczywiście, że nie - stwierdza Vanto i prostuje się nieco w swoim
fotelu, wypinając lekko pierś. Mówi teraz głębszym tonem. - Bo doskonale
wiem, o co w tym biega. Moja rodzina zajmuje się tym od trzech pokoleń.
Po prostu robię to teraz dla Floty Imperialnej zamiast dla własnej
rodziny, to wszystko.
- Domyślam się, że jesteś w tym dobry.
- Bardzo dobry - podkreśla Vanto. - Porucznik Osteregi powiedział, że
jestem jednym z najlepszych kadetów, jakich kiedykolwiek miał na
pokładzie. Gdy tylko skończę ostatni semestr w akademii, dostanę
przydział na liniowcu.
- Czy właśnie tego pragniesz? - pyta Thrawn.
- Oczywiście - odpowiada Vanto, a jego głos traci nieco na sile. - Nie
mam jednak pojęcia, dlaczego miałoby cię to obchodzić.
- Co miałoby mnie obchodzić?
- Dlaczego miałbym cię obchodzić ja - wyjaśnia Vanto. Znów mruży lekko
oczy. Ton jego głosu ponownie jest niski. - Wiem, że przez cały ten czas
przyglądałeś mi się, próbując mnie przejrzeć. Nie myśl, że tego nie
zauważyłem. Prosisz mnie, żebym opowiedział ci jedną z legend, które
poznałem jako dziecko, a potem chcesz słuchać o mojej ojczyźnie i dzieciństwie. Cały czas zadajesz pozornie błahe pytania, starając się,
żeby brzmiały jak gdyby nigdy nic. Chciałbym wiedzieć po co. - Krzyżuje
ramiona na piersi.
- Wybacz - mówi Thrawn. - Nie chciałem cię urazić. Ciekawisz mnie po
prostu, tak samo jak ciekawi mnie wszystko w twoim Imperium.
- Ale dlaczego akurat ja? - pyta Vanto. - Nie zapytałeś nigdy o kapitana
Parcka ani majora Barrisa, ani nikogo innego ze starszych oficerów. Nie
pytasz nawet o Imperatora Palpatine'a czy Senat Imperialny!
- Bo nie są oni bezpośrednio związani z moim przetrwaniem - wyjaśnia
Thrawn. - A ty tak.
- Z całym należnym szacunkiem, ale nie mógłbyś bardziej być w błędzie -
mówi Vanto. Kręci głową. - Kapitan Parck może w każdej chwili wydać
rozkaz, aby wypchnąć cię przez śluzę powietrzną. Major Barris może
postawić ci zarzuty lub w coś cię wrobić i kazać cię zastrzelić. Co się
zaś tyczy Imperatora... - Mięśnie na jego szyi tężeją na chwilę, a twarz
lśni przez chwilę mocniej w podczerwieni. - Ma władzę absolutną nad
wszystkimi i wszystkim, co się dzieje w Imperium. Jeśli uzna, że nie
jesteś zabawny, albo będzie z ciebie niezadowolony, skończysz martwy.
- Kapitanowi Parckowi zależy na zachowaniu twarzy i... awansie - odpowiada
Thrawn. - Wierzy, że posłużę mu w realizacji tych celów. Major Barris
nie lubi mnie, ale nie chce ryzykować, że rozgniewa swojego kapitana. Co
zaś dotyczy waszego Imperatora... to się jeszcze okaże.
- W porządku - mówi Vanto. Mięśnie jego szyi rozluźniają się nieco, ale
nie do końca. - Jeśli chcesz znać moje zdanie, to najbardziej martwiłbym
się właśnie o niego, ale... hm, twoja sprawa. To wszystko nie zmienia
jednak faktu, że nadal jestem na samym dole tej drabiny. Jeszcze raz:
dlaczego w ogóle zawracasz sobie mną głowę?
- Jesteś moim tłumaczem. W twoich rękach leży los moich słów i ich
znaczenie. Błędne tłumaczenie spowoduje zamieszanie lub gniew. Celowa
omyłka może spowodować śmierć.
- Kreytowe łajno - wypluwa Vanto i parska przez nos.
- Przepraszam?
- Powiedziałem: kreytowe łajno - powtarza Vanto. - W ciągu ostatnich
kilku dni przyswoiłeś mnóstwo wyrażeń. Mówisz w basicu równie dobrze jak
ja. Może nawet lepiej, nie masz akcentu z Dzikiej Przestrzeni, z którego
tak nabijają się ludzie. Nie potrzebujesz tłumacza.
- Przedstawiłeś argument - kwituje Thrawn. - Co to znaczy "kreytowe
łajno"?
- To potoczne określenie czegoś bezsensownego - wyjaśnia Vanto. Lewy
kącik jego ust wędruje w górę. - Tym bardziej bezsensownego, jeśli
nadawca wie, że to... bez sensu.
- Rozumiem. Kreytowe łajno. Zapamiętam to.
- Lepiej nie - mówi Vanto ponuro, szybko wymawiając słowa. - To niezbyt
grzeczne. Nie mówiąc już o tym, że na kilometr cuchnie takimi miejscami
jak Lysatra. Chcę przez to powiedzieć, że kojarzy się z miejscami, które
nie należą do Światów Jądra i którym daleko do elitarności oraz potęgi
zamieszkiwanych przez nie osób - wyjaśnia nieproszony.
- Domyślam się, że oznacza to istnienie hierarchii wśród światów i ich
mieszkańców?
- Och, w końcu pytanie o prawdziwe Imperium! - mówi Vanto. - O tak,
istnieje taka hierarchia, bez dwóch zdań. Potężna, silnie zakorzeniona,
w dużej mierze niepisana, jednak surowo przestrzegana. Jeśli liczysz na
to, że przedstawię cię wysoko postawionym i potężnym, gorzko się
rozczarujesz.
- Zbyt nisko się cenisz, kadecie Vanto - komentuje Thrawn. - A może po
prostu zbyt wielkie znaczenie przypisujesz hierarchii społecznej. Cieszy
mnie, że jesteś moim tłumaczem.
- A ja się cieszę, że jesteś zadowolony - odpowiada Vanto. Mówi to
głosem nieco wyższym niż wcześniej, ale mięśnie jego szyi wciąż są nieco
spięte. - Nie, żebyś miał jakiś wielki wybór...
- Może i tak - przyznaje Thrawn. - Powiedz mi: kiedy przybędziemy na
świat stołeczny?
- Mam rozkazy dostarczyć cię do przedniego przedziału hangarowego, tego,
z którego próbowałeś uciec, o siódmej jutro rano - wyjaśnia Vanto.
- Czy potem spotkam się z Imperatorem?
- Nie mam pojęcia, co będzie potem - wzdycha kadet. Mięśnie pod jego
mundurem tężeją lekko, a na jego czole znów pojawiają się zmarszczki. -
Jednak istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeśli się z kimś spotkasz,
to raczej nie będzie to osoba z bliskich kręgów Imperatora. Być może
ktoś z wyższych szczebli administracji. Albo i niższych.
- Czy będziesz mi towarzyszył?
- To zależy od decyzji kapitana - odpowiada chłopak. - Wciąż mam do
wypełnienia inne obowiązki na pokładzie "Strikefasta". Powinienem się
też przygotować do powrotu do akademii na Myomarze...
- Twoje obowiązki i studia są oczywiście ważne - przytakuje Thrawn. -
Zobaczymy, jaką decyzję podejmie kapitan Parck. W takim razie, kadecie,
żegnam cię do rana i życzę ci dobrego wieczoru.
- Dziękuję - mówi Vanto i napięcie mięśni ustępuje, choć całkiem nie
znika. - Do zobaczenia rano.
Prom typu Lambda, osobisty środek transportu kapitana Parcka, opuścił
hangar dokładnie o siódmej pięć rano. Oprócz Parcka, Thrawna i Elego na
pokładzie znaleźli się major Barris, trzech żołnierzy floty, którzy
rzekomo przebywali na planecie, gdy Thrawn wodził wszystkich za nos, a także dwóch szturmowców, ponoć również należących do grupy, która była
świadkami dokonań obcego.
Leciało z nimi także dziesięciu uzbrojonych po zęby żołnierzy floty.
Nawet jeśli Parck przejmował się zdaniem wysoko postawionych
przedstawicieli administracji, najwyraźniej nie chciał ryzykować, że
więzień zbiegnie, gdy wylądują.
Podobnie jak wszyscy obywatele Imperium Eli widział w swoim życiu
mnóstwo hologramów Coruscant. Spędził także kilka godzin na badaniu map
planetarnych następnego dnia po tym, jak Parck poinformował go, że
właśnie tam się udadzą.
Nic z tego nie przygotowało go jednak na skalę i rozmach, które
dosłownie zaparły mu dech w piersiach, gdy dotarli do celu podróży.
Kiedy podchodzili do lądowania, nie mógł wręcz oderwać oczu od ekranu w kabinie, wpatrując się z niemal nabożnym zachwytem w wyświetlane na nim
obrazy. Planetę otaczał szereg pierścieni, tworzonych przez orbitujące
wokół niej transportowce, statki pasażerskie i jednostki wojskowe,
czekające na swoją kolej, aby wylądować. Tu i ówdzie dało się dostrzec
świetlne fontanny tworzone przez reflektory statków startujących z powierzchni planety i włączających się do ruchu w różnych korytarzach
powietrznych podczas przechodzenia przez atmosferę, a następnie
rozpraszających się w różnych kierunkach, gdy już dotarły do przestrzeni
kosmicznej.
Podczas gdy ich prom kontynuował lot ku powierzchni miasta-planety, Eli
przyglądał się, jak mozaika lśniących, przypominających gwiazdy
punkcików, znaczących powierzchnię świata, powoli przybierała
wyraźniejsze kształty wież i budynków. Kiedy znaleźli się jeszcze
bliżej, mógł już bez przeszkód wyłowić z masy pojedyncze pojazdy,
kluczące między strzelistymi zabudowaniami w finezyjnym powietrznym
tańcu i zmierzające do tysiąca znanych tylko im punktów docelowych. Na
ten widok do głowy przyszła mu smętna myśl, że prawdopodobnie w tej
chwili patrzy na więcej jednostek powietrznych, niż kiedykolwiek
wylądowało na jego ojczystej planecie.
Pilot wprowadził ich prom na jedną z wyżej położonych tras, niewątpliwie
zarezerwowaną dla jednostek wojskowych. Byli teraz na tyle blisko
powierzchni planety, że Eli dostrzegał już wyraźnie charakterystyczne
punkty orientacyjne. Tam, w oddali widniała Centralna Akademia
Imperialna, w której elita Imperium szkoliła się na oficerów armii i floty. Za nią, nieco na wschodzie, znajdowały się tereny przemysłowe -
tu i tam niebosiężne wieże wypluwały wysoko w atmosferę opary
superrozgrzanych ścieków. Jeszcze dalej widniały płaskie, niezabudowane
połacie świata, położone zdecydowanie niżej od szczytów otaczających je
strzelistych konstrukcji, jednak nadal wiele poziomów ponad faktyczną
powierzchnią planety. "Najprawdopodobniej lądowisko, być może dla wysoko
postawionych polityków lub większych pojazdów wojskowych" - uznał. Gdy
spojrzał w drugą stronę, zauważył dach budynku Senatu Imperialnego.
Wstrzymał oddech. Skoro tam był Senat, a po przeciwnej stronie Centralna
Akademia Imperialna...
Nie zmierzali ani do Admiralicji, ani do siedziby Imperialnego Biura
Bezpieczeństwa, które zidentyfikował wcześniej jako najbardziej
prawdopodobne cele ich podróży.
Kierowali się prosto do Pałacu Imperialnego.
Ale... Pałacu? Imperialnego?
"Nie, to niemożliwe" - przeszło mu przez myśl. Przecież nie lecieliby
tam z powodu jednego jedynego niebieskoskórego humanoida schwytanego na
świecie bez nazwy w Dzikiej Przestrzeni, prawda? Nie było szans, by
Imperator w ogóle zwrócił uwagę na tak błahy incydent, nie mówiąc już o osobistym zainteresowaniu się tą sprawą...
A jednak wszystko wskazywało na to, że tak właśnie się stało.
Eli ukradkiem zerknął na drugą stronę przedziału, gdzie siedzieli Thrawn
i Parck otoczeni przez strażników. Kapitan wydawał się nienaturalnie
spięty, całkiem jakby sam nie mógł uwierzyć w to, dokąd lecą. Strażnicy
sprawiali podobne wrażenie, z tą jednak różnicą, że na twarzach co
poniektórych malował się nieskrywany strach.
Cóż, w zasadzie trudno było im się dziwić. To właśnie z powodu błędów
popełnionych przez te kobiety i tych mężczyzn Thrawn trafił na pokład
"Strikefasta". Wszyscy znali aż za dobrze mrożące krew w żyłach
opowieści o tym, jak Imperator postępował z ludźmi, którzy go zawiedli.
Jednak sam Thrawn nie sprawiał wrażenia przestraszonego ani nawet
zatroskanego. Na jego twarzy malowała się jedynie ta jego bezgranicznie
wkurzająca pewność siebie.
"Może Parck nie powiedział mu, dokąd leci? - przeszło przez myśl Elemu.
- Może nie opowiedział mu o Imperatorze ani o jego reputacji? A może
było wręcz przeciwnie: opowiedział mu o wszystkim w najdrobniejszych
szczegółach, a obcy założył po prostu, że niezależnie od tego, dokąd
lecą, postara się mieć wszystko pod kontrolą?".
Eli utkwił spojrzenie z powrotem w ekranie, wracając myślą do wszystkich
znanych mu legend o potędze militarnej Chissów. O ile się orientował,
wiedza o ich kulturze i społeczeństwie została zapomniana przez
Republikę wiele wieków, a może nawet tysiącleci temu. A teraz nagle ten
gatunek wkraczał ponownie na arenę dziejów...
Czy ta pewność siebie stanowiła wizytówkę Thrawna, czy może była
właściwa wszystkim przedstawicielom jego rasy?
Jako ktoś, kto być może pewnego dnia zostanie zmuszony stawić jej czoła,
Eli modlił się gorąco w duchu, by prawdziwa nie okazała się ta druga
możliwość.
Zanim poprowadzono ich między dwoma odzianymi w czerwone szaty i hełmy
imperialnymi gwardzistami do sali tronowej Imperatora, Eli niemal zdołał
przekonać samego siebie, że przybyli tu po prostu spotkać się z jakimś
pałacowym urzędnikiem niższego szczebla.
Wcześniej przekonał się, że hologramy Coruscant, które oglądał do tej
pory, bledły w porównaniu z rzeczywistością. Okazało się, że w przypadku
Imperatora ta różnica jest jeszcze bardziej uderzająca.
Na pierwszy rzut oka mężczyzna nie robił jakiegoś szczególnego wrażenia.
Ubrany w prostą, brązową szatę z kapturem, pozbawioną jakichkolwiek
ozdób czy insygniów władzy, zasiadał na potężnym, czarnym i równie
prostym jak jego strój tronie, ustawionym na podium wyniesionym zaledwie
cztery stopnie ponad poziom podłogi - nic spektakularnego. W istocie
ciemna barwa szat sprawiała, że niemal znikał na tle mebla.
Dopiero gdy grupa podeszła bliżej, dało się dostrzec detale, od których
chyba wszystkim bez wyjątku przeszły po plecach ciarki.
Przede wszystkim twarz Imperatora. Hologramy i nagrania zawsze ukazywały
go jako dostojnego, starszego mężczyznę, może nieco przytłoczonego
brzemieniem doświadczenia i trosk związanych ze sprawowaniem władcy. To
jednak były tylko pozory. Twarz skryta pod kapturem była twarzą starca -
zniszczona i poorana setkami głębokich bruzd.
Nie były to zwykłe zmarszczki w rodzaju tych, których dorobili się w ciągu lat pracy pod gołym niebem dziadkowie Elego - o nie. Wyglądały nie
jak oznaka wieku, ale raczej jak... blizny czy może ślady po oparzeniach?
Z historii, które słyszał, wynikało, że zdrajcy Jedi próbowali przejąć
władzę w Republice i zaatakowali Palpatine'a, wówczas kanclerza. Nie
wspominały one jednak, że zwycięstwo nad zamachowcami kosztowało go tak
drogo...
Pewnie to właśnie wtedy ucierpiały jego oczy...
Eli poczuł, że po kręgosłupie pełznie mu zimny dreszcz. Spojrzenie
Imperatora było czujne i bystre, znać było w nim wiedzę i potęgę, ale...
jego oczy były też bardzo dziwne. Niezwykłe. Niepokojące. Możliwe, że
uszkodziła je ta sama zdradziecka siła, która odcisnęła piętno na jego
twarzy.
Inteligencja, wiedza, potęga. A także - wyczuwalne jeszcze silniej niż u Thrawna - przeświadczenie o własnej władzy i wyższości nad wszystkim i wszystkimi dookoła.
Imperator przyglądał się w milczeniu zbliżającemu się do niego
pochodowi. Otwierał go Parck, za którym szli Barris i Eli, wyprzedzając
Thrawna eskortowanego przez żołnierza floty i świadków w osobach
szturmowców. Strażnicy Parcka zostali na zewnątrz, pod drzwiami,
zastąpieni przez szóstkę imperialnych gwardzistów.
Eli miał wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim dotarli do tronu.
Zastanawiał się, jak blisko Imperatora zostaną dopuszczeni i skąd
kapitan Parck będzie wiedział, że dotarli do właściwego miejsca.
Odpowiedź na swoje pytania uzyskał, gdy znaleźli się jakieś pięć metrów
od tronu i dwaj gwardziści bezszelestnie wyprzedzili ich, aby zająć
pozycje u stóp prowadzących na podium schodów, tuż przed nimi. Parck
również się zatrzymał, podobnie jak pozostali.
Wszyscy zamarli w oczekiwaniu i trwali tak... i trwali.
Nie minęło pewnie więcej niż pięć sekund, ale Eli ponownie odniósł
wrażenie, że czekają tak w nieskończoność. W sali tronowej panowała
niezmącona najlżejszym szmerem cisza, nikt nie ośmielił się drgnąć.
Jedynym dźwiękiem, który słyszał Eli, było dudnienie w uszach jego
własnego tętna, a jedynym ruchem, jaki rejestrował, drżenie jego
własnych rąk pod rękawami munduru.
- Kapitanie Parck - odezwał się wreszcie Imperator chrapliwym, ale
niezdradzającym żadnych uczuć głosem. - Poinformowano mnie, że masz dla
mnie... podarunek.
Eli się skrzywił. "Podarunek?". Chissowie z opowieści, które słyszał,
uznaliby to za śmiertelną zniewagę. Thrawn stał za jego plecami i chłopak nie ośmielił się obrócić, by na niego spojrzeć, jednak wyobrażał
sobie minę malującą się w tej chwili na tym dumnym obliczu...
- Owszem, Wasza Wysokość - odpowiedział Parck, skłaniając się nisko. -
Wojownika, będącego rzekomo przedstawicielem rasy znanej jako Chissowie.
- W rzeczy samej - odparł Imperator głosem jeszcze bardziej obojętnym
niż poprzednio, o ile w ogóle było to możliwe. - I co takiego twoim
zdaniem miałbym z nim zrobić?
- Jeśli wolno, Wasza Wysokość - odezwał się Thrawn, zanim Parck zdążył
otworzyć usta, by odpowiedzieć - nie jestem zwykłym... podarunkiem.
Stanowię również narzędzie. Takie, z jakim nigdy wcześniej nie miałeś do
czynienia. I możliwe, że nigdy już nie będziesz. Jeśli mnie
wykorzystasz, dobrze na tym wyjdziesz.
- Och, czyżby? - zapytał Imperator z nutą rozbawienia w głosie. - Bez
dwóch zdań twoje pokłady pewności siebie wydają się niewyczerpane. Co
dokładnie masz mi do zaoferowania, Chissie?
- Na początek informacje - odpowiedział Thrawn. Nawet jeśli czuł się
urażony słowami Imperatora, Eli nie słyszał tego w jego głosie. - W Nieznanych Regionach czają się zagrożenia... Zagrożenia, które pewnego
dnia odnajdą twoje Imperium. Znam wiele z nich.
- Już wkrótce sam je poznam - zapewnił go spokojnie Imperator. - Czy
masz mi do zaproponowania coś ponad to?
- Być może dowiesz się o nich na czas, by je pokonać - odpowiedział bez
wahania Thrawn. - A może nie. Co więcej mogę ci zaproponować? Moje
zdolności wojskowe. Mógłbyś je wykorzystać do opracowania planu
odnalezienia i wyeliminowania wspomnianych zagrożeń.
- A czy te niebezpieczeństwa, o których mówisz... - Imperator zawiesił
głos. - Domyślam się, że nie zagrażają jedynie mojemu Imperium?
- Nie, Wasza Wysokość - potwierdził Thrawn. - To również zagrożenia dla
mojego ludu.
- I chciałbyś wyeliminować je wszystkie, aby nic już wam nie zagrażało?
- Tak.
Żółtawe oczy Imperatora zalśniły dziwnym blaskiem.
- I chciałbyś, by moje Imperium ci w tym pomogło.
- Chętnie skorzystam z waszego wsparcia.
- Chcesz, bym udzielił wsparcia ludziom, którzy cię wygnali? - upewnił
się Imperator. - Czy może kapitan Parck wprowadził mnie w błąd?
- Wyraził się jasno - zapewnił go Thrawn. - Rzeczywiście zostałem
wygnany.
- A jednak wciąż chcesz ich chronić. Dlaczego?
- Bo to mój lud.
- A jeśli nie okażą wdzięczności i odmówią przyjęcia cię z powrotem na
swoje łono? Co wtedy?
Nastąpiła chwila ciszy.
Eli był dziwnie pewien, że Thrawn obdarzył w tym momencie Imperatora
jednym ze swoich skąpych uśmiechów, którymi tak chętnie szafował.
- Nie potrzebuję ich pozwolenia, by ich chronić, Wasza Wysokość -
oznajmił Chiss. - Podobnie jak nie oczekuję od nich wdzięczności.
- Znałem innych, których cechował dokładnie ten sam rodzaj dumnej
szlachetności - stwierdził Imperator. - Większość z nich boleśnie się...
sparzyła, gdy ich bezinteresowność zderzyła się z brutalną
rzeczywistością.
- Miałem już okazję stanąć twarzą w twarz z brutalną rzeczywistością,
jak to ujmujesz.
- W rzeczy samej - zgodził się z nim Imperator. - Czego dokładnie
oczekujesz od mojego Imperium?
- Chciałbym zaproponować rozwiązanie, które zapewni nam obopólne
korzyści - wyznał Thrawn. - Proponuję moją wiedzę i zdolności w zamian
za uwzględnienie w przyszłości potrzeb mojego ludu.
- A co się stanie, gdy ten czas nadejdzie, a ja odmówię wzięcia pod
uwagę dobra twojego ludu?
- Cóż, wówczas przyznam, że postawiłem wszystko na jedną kartę i przegrałem - odpowiedział ze spokojem Thrawn. - Do tego czasu jednak
będę starał się przekonać cię, że nasze cele są zgodne.
- Interesujące - mruknął pod nosem Imperator. - Powiedz mi, Chissie, co
będzie, jeśli zdecydujesz się służyć Imperium, a okaże się, że twojemu
ludowi rzeczywiście grozi niebezpieczeństwo... Komu będziesz wówczas
wierny? Wobec kogo pozostaniesz lojalny?
- Nie sądzę, by dzielenie się informacjami mogło stanowić źródło
konfliktu interesów.
- Nie mówię o dzieleniu się informacjami - uściślił Imperator. - Tylko o służbie.
Ponownie chwila ciszy.
- Jeśli zdecyduję się służyć Imperium, będziesz miał moją lojalność.
- Jaką dasz mi na to gwarancję?
- Moje słowo - odparł obcy. - Być może jeden z twoich sług mógłby
potwierdzić jego wartość.
- Moich sług? - zdziwił się Imperator, przenosząc spojrzenie na Parcka.
- Nie mam na myśli kapitana Parcka - sprostował Thrawn. - Mówię o kimś
innym. Być może błędnie założyłem, że był twoim sługą. Mimo to zawsze
wyrażał się z dużym szacunkiem o kanclerzu Palpatinie.
Imperator pochylił się lekko w jego stronę. Jego żółte oczy zalśniły.
- A jak brzmiało jego nazwisko?
- Skywalker - powiedział Chiss. - Anakin Skywalker.
Rozdział 3
Wojna to przede wszystkim test umiejętności. Gra, w której umysł staje
przeciwko umysłowi, taktyka mierzy się z taktyką.
Zawiera jednak ona równie element ryzyka, właściwy bardziej grze w karty
czy kości. Mądry taktyk studiuje te gry i się z nich uczy.
Pierwszą lekcją, jaką odbiera każdy gracz, jest ta, iż nie można
wykładać kart na chybił trafił. Wygrać można tylko dzięki odpowiedniemu
porządkowi.
W tym przypadku karty były tylko trzy.
Pierwsza została użyta w obozowisku. Zapewniła mi ona dostęp do
"Strikefasta". Druga - na pokładzie okrętu. Dzięki niej uzyskałem
możliwość przylotu na Coruscant, a także asystę kadeta Vanta w charakterze tłumacza.
Trzecią kartą był Anakin Skywalker.
- To... interesujące - mówi Imperator. Patrzy spokojnie, bez mrugnięcia
okiem. Jego twarz pozostaje nieruchoma, nie drga w niej najmniejszy
mięsień. - A jak brzmi twoje imię?
- Już to wiesz.
- Chciałbym, żebyś to powiedział.
- Mitth'raw'nuruodo.
- A więc to byłeś ty - mówi Imperator i odchyla się na oparcie swojego
tronu. Kąciki jego ust wędrują lekko w górę, jednak spojrzenie jest
nadal zimne, taksujące. - Taką właśnie miałem nadzieję, gdy otrzymałem
wiadomość od kapitana Parcka.
- A więc Jedi Skywalker przeżył wojnę?
- Niestety nie - wzdycha Imperator.
- W takim razie przykro mi z powodu jego... odejścia - mówi Thrawn. - Był
wyjątkowo bystry i... Czy mógłbym się skonsultować z moim tłumaczem?
- Owszem - przyzwala Imperator. Mruży lekko oczy. Ich żółty blask
przybiera na sile.
- Eqhuwa.
- Mężny - tłumaczy Vanto. Jego twarz wydziela w podczerwieni zwiększoną
ilość ciepła. Mięśnie pod jego bluzą są napięte. Tuż przed
wypowiedzeniem tego słowa zaciska przelotnie usta.
- Był wyjątkowo bystrym i mężnym wojownikiem - podejmuje Thrawn. -
Liczyłem na to, że znów się spotkamy.
- Wyjątkowo mężnym, w rzeczy samej - przyznaje Imperator i zwraca głowę
lekko w lewo. Jego spojrzenie spoczywa przez moment na Vancie, ale po
chwili starzec znów patrzy przed siebie. Zaciska lekko palce na
podłokietnikach tronu. - Nim jednak od nas... odszedł, przekazał mi
szczegóły waszego spotkania. Wyrażał się z dużym uznaniem o twoich
zdolnościach. A więc... chciałbyś zostać moim doradcą w kwestiach
związanych z Nieznanymi Regionami?
- Jak już wspomniałem.
- A gdybym zaproponował ci coś więcej? - pyta Imperator.
- A co więcej chciałbyś mi zaproponować?
- Możesz oglądać potęgę, która stworzyłem... - mówi Imperator. Wzrok ma
czujny, skupiony, jego usta rozciąga lekki uśmiech. - Lub być jej
częścią.
- Utraciłem dom - odpowiada Thrawn. - Ty utraciłeś Jedi Skywalkera.
Jeśli chciałbyś przyjąć mnie na swojego sługę zamiast niego, będę
zaszczycony.
- Ciekawe - mówi Imperator. Przygląda się Thrawnowi przez chwilę, a potem przenosi spojrzenie na kapitana Parcka. - Słusznie postąpiłeś,
przywożąc go tu, kapitanie. Pan i pańscy ludzie możecie wracać na
statek, do swoich obowiązków. Najwyższe dowództwo zadba, by odpowiednio
was nagrodzono za waszą służbę i inicjatywę.
- Tak jest, Wasza Wysokość - mówi Parck, kłaniając się ponownie. -
Dziękuję.
- Czy mógłbym prosić o pewną... przysługę, Wasza Wysokość - wtrąca się
nagle Thrawn.
- Mów, Mitth'raw'nuruodo - przyzwala Imperator. Ponownie mruży oczy w szparki.
- Nadal nie władam zbyt dobrze waszym językiem. Chciałbym, aby mój
tłumacz dalej mógł mi służyć radą i pomocą.
Imperator siedzi przez moment bez ruchu, w milczeniu. W końcu przyciska
dłonie do podłokietników tronu i wstaje.
- Chodź ze mną, Mitth'raw'nuruodo.
Dwaj gwardziści pełniący służbę u stóp tronu rozstępują się, zatrzymując
metr od schodów. Imperator schodzi na niższy poziom i zwraca się w lewo,
w stronę ogrodu ciągnącego się wzdłuż sali tronowej.
Ogród jest niewielki, jednak obfituje w bogactwo flory. Większość roślin
rośnie w dużych donicach lub długich zagłębieniach wzdłuż brukowanych
alejek. Kilka kwiatów w żywych, jaskrawych kolorach wyrasta wprost z ozdobnego kamienia. Niewielkie drzewka o lśniącej korze stoją na
obrzeżach niczym strażnicy strzegący prywatności tego cichego zakątka, w którym mogą spędzać czas petenci czekający na spotkanie ze swoim panem.
Rozkład ogrodu ma w sobie pewien artyzm. Da się go dostrzec w układzie
linii i ich splotach, harmonii i kontrastach kształtów oraz barw,
subtelnej grze światła i cieni. Świadczy on o władzy i subtelności, a także głębokiej przemyślności.
- Ciekawe miejsce - mówi Thrawn. - Czy to ty je stworzyłeś?
- Zaprojektowałem je - wyjaśnia Imperator i zatrzymuje się przy
pierwszej z brzegu kępie krzewów. - Powiedz mi, co o tym myślisz?
Subtelność i głęboka przemyślność.
- Nie przyprowadziłeś mnie tu, byśmy rozmawiali o tłumaczach - odpowiada
Thrawn. - Chcesz tylko, by kapitan Parck i reszta tak myśleli.
- Świetnie - chwali Imperator głębokim, niskim tonem. Kąciki jego ust
się podnoszą. Rozchyla wargi, odsłaniając zęby. - Doskonale. Anakin
wspominał o twojej przenikliwości. Cieszy mnie, że się nie pomylił w swoim osądzie. Nieznane Regiony mnie intrygują, Mitth'raw'nuruodo. Mają
wielki potencjał.
- Czai się tam również wielkie niebezpieczeństwo.
- Tu także mamy do czynienia z zagrożeniem - zastrzega Imperator. Kąciki
jego ust opadają w dół, a oczy znów się mrużą w szparki.
- Bez dwóch zdań wyczuwam tu wielką potęgę - odpowiada Thrawn. - Jednak
zagraża ona tylko twoim wrogom.
- A czy nie sądzisz, że w tym gronie może się znaleźć również i twój
lud?
- Mówiłeś, że interesują cię Nieznane Regiony. Jak mógłbym zaspokoić
twoją ciekawość?
- Unikasz odpowiedzi na moje pytania - zauważa Imperator i sznuruje
wargi. - Powiedz mi: czy twój lud uważa Imperium za wroga?
- Nie jestem odpowiedzialny za przyszłe działania ani cele mojego ludu -
stwierdza Thrawn. - Mogę mówić tylko za siebie. A ja, jak już
wspomniałem, chcę ci służyć.
- Dopóki nie uznasz, że wygodniej będzie usunąć się poza mój zasięg?
- Jestem wojownikiem, Wasza Wysokość - przypomina mu Thrawn. - Wojownik
może dokonać odwrotu, ale nigdy nie ucieka. Może się zaczaić w zasadzce,
ale się nie kryje. Może doświadczyć zwycięstwa lub ponieść klęskę. Nie
przestaje jednak przy tym służyć.
- Będę miał twoje słowa na uwadze - obiecuje Imperator. - Dlaczego
chciałbyś zatrzymać przy sobie swojego tłumacza?
- Wie co nieco o moim ludzie - wyjaśnia Thrawn. - Chciałbym się
przekonać, jak wiele.
- Skoro wie coś na temat Nieznanych Regionów, może zamiast tego
powinienem go zostawić na służbie u siebie?
- Jego wiedza nie wykracza poza historie i mity - wyjaśnia Thrawn. - Nie
zna tamtejszych światów ani ludzi. Nie wie też nic na temat szlaków
nadprzestrzennych ani bezpiecznych przystani.
- A więc tę wiedzę posiadasz wyłącznie ty? - pyta Imperator, zniżając
nieco głos.
- Na chwilę obecną: tak - uściśla Thrawn. - W późniejszym terminie
podzielę się nią również z tobą.
- Ponownie twoja elokwencja przeczy temu, by potrzeba ci było tłumacza -
mówi Imperator i kąciki jego ust znów wędrują w górę. - Jednak mimo to
pozwolę ci go zachować. Chodźmy. Dołączmy do reszty.
Pozostali wciąż czekają w towarzystwie gwardzistów.
- Czy to on? - pyta Imperator, wskazując na Vanta.
- Zgadza się, Wasza Wysokość - potwierdza Thrawn. - Kadet Eli Vanto.
- Kapitanie Parck, ile czasu pozostało kadetowi Vantowi do ukończenia
szkoły?
- Trzy standardowe miesiące, Wasza Wysokość - wyjaśnia Parck. - Mieliśmy
dostarczyć jego i resztę kadetów na Myomar, gdy zboczyliśmy z kursu
podczas pościgu za przemytnikami i trafiliśmy ostatecznie do miejsca
wygnania Thrawna.
- W takim razie odstawicie tam pozostałych kadetów zgodnie z planem -
poleca Imperator. - Kadet Vanto zostanie zaś na Coruscant i dokończy
szkolenie w tutejszej Centralnej Akademii Imperialnej.
- Tak jest, Wasza Wysokość - potwierdza przyjęcie rozkazu Parck,
zatrzymując na chwilę spojrzenie na Vancie, aby zaraz przenieść je na
Thrawna. - Poinformuję admirała Fossa o tej zmianie planów.
Twarz Vanta wydziela jeszcze więcej ciepła niż wcześniej, a mięśnie na
jego szyi wyraźnie tężeją. Zaczyna otwierać usta, jakby chciał coś
powiedzieć, ale ostatecznie zamyka je, nie wyartykułowawszy żadnego
słowa.
Nie rozumie, co się właśnie wydarzyło - ani dlaczego. I nie dowie się
tego. Jeszcze przez jakiś czas.
Akademia na Myomarze, planecie na Obszarze Ekspansji, była obsadzona
głównie personelem pochodzącym z mało znanych, zacofanych światów, z których wywodzili się również studiujący tam uczniowie. Eli był tam
wśród swoich i czuł się tak swobodnie i naturalnie, jak tylko mógł się
czuć student poddawany wyczerpującemu i surowemu programowi
szkoleniowemu Imperium.
W przeciwieństwie do myomarskiej personel coruscańskiej Centralnej
Akademii Imperialnej wywodził się wyłącznie z imperialnych elit, nie
inaczej rzecz miała się w przypadku tutejszych uczniów. Od chwili gdy
Eli i Thrawn zeszli z pokładu promu, który dowiózł ich tu wprost z Pałacu Imperialnego, czuli, że są w nich utkwione spojrzenia dosłownie
wszystkich, których spotkali na swojej drodze.
A Eli nie miał najmniejszych złudzeń co do tego, że nie są to spojrzenia
przyjazne.
Obcy i wieśniak z galaktycznego zadupia... Eli pomyślał ponuro, że to
podręcznikowy wręcz przykład przedmiotu żartów.
Komendant Deenlark był najwyraźniej tego samego zdania.
- No... - wycedził, wodząc wzrokiem między Chissem a chłopcem, stojącymi
na baczność przed jego biurkiem. - Czy to jakiś żart admirała Fossa?
Thrawn nie odpowiedział, najwyraźniej uznawszy, że leży to w gestii
Elego.
"Wspaniale. Wręcz cudownie" - jęknął w duchu Vanto.
- To sam Imperator nas tu przysłał, sir - bąknął Eli, nie bardzo
wiedząc, co innego mógłby w tej sytuacji powiedzieć.
- To było pytanie retoryczne, kadecie - warknął Deenlark, łypiąc na
niego spod krzaczastych brwi. - Czy znacie takie trudne słowa jak
"retoryczne" w tej waszej Dzikiej Przestrzeni?
Eli zacisnął zęby.
- Tak, sir.
- To dobrze - odburknął Deenlark. - Bo tutaj używamy dużo trudnych słów.
Nie chciałbym, żebyś poczuł się zagubiony. - Zwrócił nienawistne
spojrzenie na Thrawna. - A jaką ty masz wymówkę, obcy?
- Wymówkę... sir? - zapytał spokojnie Thrawn.
- Czym tłumaczysz fakt, że żyjesz - wypluł z pogardą Deenlark. - No?
Zamieniam się w słuch.
Thrawn milczał.
Przez kilka sekund obaj mężczyźni mierzyli się bez słowa wzrokiem, w końcu Deenlarkowi drgnęła warga i wycedził:
- Cóż, a więc moje przypuszczenia się potwierdziły. Masz cholerne
szczęście, że Imperator ma do ciebie słabość. Nie mam pojęcia dlaczego.
- Zamilkł i czekał, jakby spodziewał się, że Thrawn mu to wyjaśni.
Ponownie jednak Chiss mu nie odpowiedział. - W porządku - westchnął
wreszcie komendant. - Z wiadomości Fossa wynika, że masz już jakieś
super-duper przygotowanie bojowe i potrzebujesz tylko nieco się
podszkolić z imperialnych procedur, sprzętu i terminologii. To się
przekłada na sześciomiesięczny kurs, jaki przechodzą zwykłe świeżaki. I pewnie dwa lata dla kadeta z zadka galaktyki - dodał znacząco, patrząc
na Elego.
Mimo młodego wieku Eli zdążył się już nauczyć, że są w życiu takie
chwile, gdy mówienie czegokolwiek nie popłaca. To właśnie była jedna z nich. Trzymał głowę wysoko, wpatrzony w skupieniu przed siebie,
zaciskając usta.
- A więc oto, jak się sprawy mają - podjął Deenlark, zwracając się na
powrót do Thrawna. - Kadetowi Vantowi zostały trzy miesiące do
przydziału. Dokładnie tyle masz czasu, aby nadgonić zaległości. Jeśli ci
się to nie uda... cóż, wylatujesz.
- Sądzę, że Imperator mógłby mieć coś przeciwko - zauważył obojętnym
tonem Thrawn.
Deenlarkowi znowu drgnęła warga.
- Imperator zrozumie - stwierdził dobitnie, ale widać było, że stracił
nieco rezon. - Z jego poruczenia akademia ma kształcić oficerów
przygotowanych pod każdym względem do służby Imperium. Wystarczy
najmniejsze zaniżenie standardów i ucierpi cała flota. Wszyscy,
niezależnie od szczebla. Oczywiście, jeśli Imperator życzy sobie wcielić
cię odgórnie, może to zrobić. - Uniósł brwi. - Mam jednak nadzieję, że
okażesz się dość dobry, by nie musiał tego robić.
- To się okaże - odparł oględnie Thrawn.
- Zdecydowanie. - Deenlark zasznurował usta. - Jest jeszcze jedna
sprawa. Foss powiedział, że zamiast standardowej rangi podporucznika po
opuszczeniu akademii masz otrzymać stopień porucznika. Ma to jakiś
związek z tym, że ponoć najszybciej, jak to możliwe, masz objąć
stanowisko dowódcze. Uznałem, że właściwie nie ma po co tracić czasu. -
Wysunął szufladę, wyjął z niej plakietkę z insygniami porucznika i pchnął ją po blacie biurka w stronę Thrawna. - Proszę. Gratulacje,
poruczniku. Kadet Vanto na pewno chętnie pokaże ci, którą stroną do
góry.
- Dziękuję, sir - odparł grzecznie Thrawn, podnosząc plakietkę. -
Domyślam się, że mundury zostaną dostarczone do naszych kwater?
- Tak - potwierdził Deenlark, marszcząc czoło. - Jesteś pewien, że
potrzebujesz tłumacza? Twój basic jest całkiem niezły...
W sercu Elego zapełgał płomyk nadziei. Deenlark dał im już wyraźnie do
zrozumienia, że nie jest zadowolony z takiego obrotu spraw. Nie mógł co
prawda bezpośrednio zaszkodzić Thrawnowi... ale może mógłby wyrazić swoją
dezaprobatę, odmawiając mu asysty Elego jako tłumacza? A gdyby tak się
stało, Eli wciąż miałby czas, by wrócić na Myomar i zakończyć szkolenie
w bardziej... komfortowych warunkach.
- Jest jednak wiele idiomów i terminów z dziedziny techniki, których nie
znam - zauważył Thrawn. - Jego pomoc bardzo mi się przyda.
- Och, z pewnością - zgodził się niechętnie Deenlark. - W porządku. A teraz... zejdźcie mi z oczu. To znaczy, chciałem powiedzieć, możecie
odejść, kadeci. Będziecie dzielili kwaterę. Na zewnątrz znajdziecie
oficera kancelaryjnego z myszobotem, który zaprowadzi was, gdzie trzeba.
W komputerach macie już załadowane pliki z planem i innymi niezbędnymi
informacjami. To znaczy, o ile wiecie w ogóle, jak je włączyć...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki