Star Wars. Thrawn. Sojusze - Timothy Zahn

Kup ebooka

44.00 zł
36.91 zł (36,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. Teraz

Pro­log

Teraz

- Wyczu­łem zakłó­ce­nie w Mocy - powie­dział Impe­ra­tor Pal­pa­tine. Się­gnął poprzez Moc ku dwóm sto­ją­cym przed jego tro­nem ludz­kim słu­gom i cze­kał na ich reak­cje. "O nie - popra­wił się w myśli. - To nie są zwy­kli ludzie".

Istot­nie, tych dwóch zde­cy­do­wa­nie nie można było posą­dzać o przy­ziem­ność cechu­jącą zazwy­czaj istoty ludz­kie. Ludzie sta­no­wili mało zna­czące, żało­sne twory, któ­rych jedy­nym prze­zna­cze­niem było słu­żyć, być zastra­sza­nym i wysy­ła­nym na rzeź w bitwach. On zaś miał przed sobą kogoś zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż pospo­li­tych ludzi.

Pierw­szy z nich był chis­sań­skim wiel­kim admi­ra­łem, geniu­szem tak­tycz­nym i mistrzem stra­te­gii. Drugi - lor­dem Sithów, bez­względ­nym i nie­zwy­kle sil­nym Mocą.

Pal­pa­tine wie­dział, że obaj go obser­wują, każdy na swój spo­sób, pró­bu­jąc dowie­dzieć się, dla­czego ich wezwał. Wielki admi­rał Thrawn uważ­nie ana­li­zo­wał głos, wyraz twa­rzy i posturę Impe­ra­tora. Lord Vader z kolei pró­bo­wał wyson­do­wać swo­jego mistrza poprzez Moc.

Ten nato­miast dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę. Był rów­nież świa­dom inten­syw­nego, nama­cal­nego wręcz napię­cia panu­ją­cego mię­dzy tą parą - dwójką jego naj­bar­dziej zaufa­nych wysłan­ni­ków.

Natu­ralne było, że każdy z nich wolałby stać u boku swo­jego mistrza, u steru impe­rial­nej wła­dzy samot­nie, jed­nak nie w tym rzecz. Tym razem sytu­acja była wyjąt­kowa. Tu nie cho­dziło jedy­nie o błahą rywa­li­za­cję, lecz o coś znacz­nie wię­cej. Thrawn poniósł ostat­nio poważną klę­skę, pozwa­la­jąc, by nie­wielka grupa rebe­lian­tów, którą udało mu się schwy­tać w pułapkę na pla­ne­cie Atol­lon, mu się wymknęła - i w ten spo­sób zasłu­żył sobie na głę­boką pogardę Vadera.

Chiss z kolei nie krył dez­apro­baty wobec pro­jektu budowy Gwiazdy Śmierci - hołu­bio­nego zarówno przez Vadera, jak i wiel­kiego moffa Tar­kina, a także samego Pal­pa­tine'a - zamiast tego for­so­wał glo­ry­fi­ko­wany przez sie­bie pro­jekt pro­duk­cji TIE defen­de­rów na Lothal. Jak dotąd jego sprze­ciw nie prze­ro­dził się w otwarty bunt, ale Impe­ra­tor wie­dział, że to jedy­nie kwe­stia czasu. Vader też miał tego świa­do­mość.

Pal­pa­tine nie spro­wa­dził ich tu jed­nak po to, by dać im oka­zję do pojed­na­nia. A już na pewno nie skło­niła go do tego chęć odgry­wa­nia roli media­tora w tym zaognio­nym kon­flik­cie. Zro­bił to z innych, znacz­nie głęb­szych powo­dów.

Thrawn zło­żył przy­sięgę lojal­no­ści wobec Impe­rium. Lojal­ność ta ni­gdy jed­nak nie została w pełni udo­wod­niona ani w ogóle wysta­wiona na próbę. Vader stał u boku Pal­pa­tine'a jako uczeń mistrza Sithów, ale Impe­ra­tor nie mógł igno­ro­wać faktu, iż znaczną część swo­jego dotych­cza­so­wego życia jego adept spę­dził wśród Jedi.

Teraz, w obli­czu zawi­ro­wań Mocy, miał szansę zająć się obiema tymi spra­wami naraz.

Pal­pa­tine zwró­cił prze­lot­nie wzrok na strze­li­ste okno sali tro­no­wej. Maja­czył za nim sta­cjo­nu­jący w oddali gwiezdny nisz­czy­ciel "Chi­ma­era" - led­wie widoczny klin dry­fu­jący wysoko nad budyn­kami i szla­kami powietrz­nymi Coru­scant. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach tak dużym jed­nost­kom woj­sko­wym nie było wolno scho­dzić tak nisko, jed­nak Pal­pa­tine chciał, by okręt był widoczny pod­czas tego spo­tka­nia, aby jego obec­ność przy­po­mi­nała oby­dwu jego słu­gom o tym, co otrzy­mał Thrawn... i co rów­nie łatwo mógł utra­cić.

Vader ode­zwał się jako pierw­szy - tak jak Impe­ra­tor się spo­dzie­wał.

- Być może wyczu­wasz zbun­to­wa­nego Jedi Kanana Jar­rusa - pod­su­nął. - Bądź istotę, którą admi­rał Thrawn, jak twier­dzi, spo­tkał na Atol­lo­nie.

Pal­pa­tine uśmiech­nął się blado. Oczy­wi­ście, że nie wyczu­wał Jar­rusa. Zakłó­ce­nie w Mocy, które wykrył w związku z jego poja­wie­niem, już dawno zostało zano­to­wane, odpo­wied­nio zare­je­stro­wane i zigno­ro­wane, a Vader wie­dział o tym aż nadto dobrze. To, że o tym wspo­mniał, miało na celu wyłącz­nie przy­po­mnie­nie Thraw­nowi - a także samemu Impe­ra­to­rowi - o upo­ka­rza­ją­cej porażce Chissa.

Ten ostatni oczy­wi­ście nie dał w żaden spo­sób po sobie poznać, że uwaga Vadera zro­biła na nim jakieś wra­że­nie, ale Pal­pa­tine wyczu­wał w jego aurze rosnące napię­cie. Thrawn obie­cał już Impe­ra­to­rowi, że roz­prawi się z Jar­ru­sem oraz rebe­lian­tami z grupy Feniks, któ­rzy ostat­nio mu umknęli. Jego klę­ska była w dużej mie­rze spo­wo­do­wana czyn­ni­kami pozo­sta­ją­cymi poza kon­trolą chis­sań­skiego admi­rała - i to wła­śnie dla­tego Pal­pa­tine nie ode­brał mu Siód­mej Floty.

Mimo to Vader nie tole­ro­wał żad­nych potknięć, nie­za­leż­nie od ich cha­rak­teru i przy­czyny. Na razie cze­kał, ale był gotów w każ­dej chwili wkro­czyć do akcji i roz­wią­zać każdy kon­kretny pro­blem, jeśli wielki admi­rał zawie­dzie.

- To zakłó­ce­nie nie zostało spo­wo­do­wane przez żadną z tych przy­czyn - zaprze­czył Pal­pa­tine. - To coś nowego, coś... innego. - Powiódł wzro­kiem po swo­ich słu­gach. - Coś, czego odkry­cie będzie wyma­gało od was ści­słej współ­pracy.

Ponow­nie żaden z nich nie zare­ago­wał w dostrze­galny spo­sób, ale Impe­ra­tor wyczu­wał ich zasko­cze­nie. Zasko­cze­nie... a także odru­chowy sprze­ciw. "Współ­praca?"

Tym razem pierw­szy zare­ago­wał Chiss:

- Z całym należ­nym sza­cun­kiem, Wasza Wyso­kość, ale jestem pewien, że moje zdol­no­ści i kom­pe­ten­cje przy­da­łyby się bar­dziej gdzie indziej - zauwa­żył. - Rebe­lian­tów, któ­rzy umknęli z Atol­lona, należy wytro­pić i wyeli­mi­no­wać, zanim zdo­łają się prze­gru­po­wać i połą­czyć z innymi komór­kami.

- Zga­dzam się z tobą - potwier­dził Impe­ra­tor - jed­nak Siódma Flota i koman­dor Wol­dar z pew­no­ścią pora­dzą sobie z tym zada­niem bez cie­bie. Dołą­czy do nich rów­nież wielki moff Tar­kin, zanim nie dosta­nie nowego przy­działu. - Pal­pa­tine wyczuł lek­kie drgnie­nie w emo­cjach Vadera. Być może spo­wo­do­wane nadzieją, że Thrawn omył­kowo uzna, iż to wła­ściwy czas i miej­sce, by ponow­nie wyra­zić swój sprze­ciw wobec pro­jektu budowy Gwiazdy Śmierci... Celowo zawie­sił głos, dając wiel­kiemu admi­ra­łowi oka­zję, aby to zro­bił, jed­nak Chiss upar­cie mil­czał. - Pod­czas gdy Wol­dar i Tar­kin będą zajęci misją odna­le­zie­nia rebe­lian­tów i roz­pra­wie­nia się z nimi - pod­jął po chwili Impe­ra­tor - ty i lord Vader uda­cie się twoim okrę­tem fla­go­wym, by roz­wią­zać pro­blem, o któ­rym wspo­mnia­łem.

- Tak jest, Wasza Wyso­kość - potwier­dził przy­ję­cie roz­kazu Thrawn. - Niech mi wolno będzie jed­nak zauwa­żyć, że znam tę kon­kretną komórkę rebe­lian­tów lepiej od guber­na­tora Tar­kina. Być może lep­szym roz­wią­za­niem byłoby, gdyby lord Vader wziął jeden z moich gwiezd­nych nisz­czy­cieli i sam zba­dał przy­czynę zakłó­ce­nia w Mocy...

Pal­pa­tine poczuł nagłą iskrę gniewu, który zapło­nął w sercu jego ucznia na dźwięk nie­prze­my­śla­nych słów Thrawna. Lor­dowi Sithów nie pro­po­no­wało się statku. Brał, co chciał i kiedy chciał.

Jed­nak podob­nie jak Chiss, Vader wie­dział aż za dobrze, że w tej sytu­acji lepiej nie opo­no­wać.

- Zaska­ku­jesz mnie, admi­rale Thrawn - powie­dział Impe­ra­tor. - Spo­dzie­wa­łem się raczej, że powi­tasz z entu­zja­zmem oka­zję wyru­sze­nia w twoje rodzinne strony...

Thrawn zmru­żył lekko swoje lśniące, czer­wone oczy i Pal­pa­tine wyczuł, jak wzbiera w nim ostroż­ność.

- Prze­pra­szam, Wasza Wyso­kość?

- Zakłó­ce­nie, o któ­rym mowa, zostało zlo­ka­li­zo­wane na skraju Nie­zna­nych Regio­nów, z któ­rych pocho­dzisz - wyja­śnił Impe­ra­tor. - A dokład­niej na pla­ne­cie zwa­nej Batuu. - Nazwa ponow­nie wywo­łała reak­cję, tym razem obojga sto­ją­cych przed nim męż­czyzn. - Jak sądzę, sły­sza­łeś o niej?

Thrawn miał wpół­przy­mknięte oczy, a wyraz jego błę­kit­nej twa­rzy świad­czył o tym, że do jego umy­słu napły­nęły echa wspo­mnień.

- Tak - mruk­nął. - Ow­szem, sły­sza­łem o tej pla­ne­cie.

Podob­nie jak Vader. To było miej­sce, w któ­rym ścieżki jego i Thrawna prze­cięły się, acz­kol­wiek nie­ce­lowo, w oko­licz­no­ściach zwią­za­nych z jed­nym z pla­nów reali­zo­wa­nych przez samego Pal­pa­tine'a.

Ponow­nie jed­nak Vader zmil­czał.

- W takim razie dosko­nale - oświad­czył Impe­ra­tor. - Ty, admi­rale, przej­miesz dowo­dze­nie. - Prze­niósł wzrok na Vadera. - A ty, lor­dzie Vader, zaj­miesz się tym... zakłó­ce­niem w Mocy.

- Tak jest, Wasza Wyso­kość - powie­dział Thrawn.

- Tak, mój panie - potwier­dził przy­ję­cie roz­kazu Vader.

Pal­pa­tine opadł na opar­cie swo­jego tronu.

- W takim razie... ruszaj­cie.

Dwójka jego pod­wład­nych odwró­ciła się na pię­cie i ruszyła w stronę drzwi mię­dzy podwój­nym szpa­le­rem odzia­nych w czer­wień, mil­czą­cych impe­rial­nych gwar­dzi­stów. Pal­pa­tine obser­wo­wał, jak odcho­dzą: Chiss w swoim bia­łym mun­du­rze wiel­kiego admi­rała, Sith - w czerni, z powie­wa­jącą za nim długą pele­ryną.

Roz­wią­za­nie tej zagadki w rze­czy samej będzie wyma­gało zaan­ga­żo­wa­nia i wyko­rzy­sta­nia zdol­no­ści ich oby­dwu. Co jed­nak waż­niej­sze, dostar­czy też Pal­pa­tine'owi odpo­wie­dzi na nęka­jące go pyta­nia.

Uśmiech­nął się, zaci­ska­jąc usta w wąską kre­skę. Nade­szła pora, by Thrawn sta­nął twa­rzą w twarz z wła­sną przy­szło­ścią...

A Vader zmie­rzył się ze swoją prze­szło­ścią.

Prolog. Dawniej

Pro­log

Daw­niej

Ana­kin Sky­wal­ker zasznu­ro­wał wargi.

- Nie - powie­dział. - Ni­gdy o niej nie sły­sza­łem.

- Bo nie ma powodu, dla któ­rego miał­byś sły­szeć - odpo­wie­działa Padmé Ami­dala, krę­cąc głową. Pukle jej roz­pusz­czo­nych wło­sów zako­ły­sały się lekko pod wpły­wem ruchu. Ana­kin uwiel­biał patrzeć na ich hip­no­ty­zu­jące falo­wa­nie. - Leży na skraju Zewnętrz­nych Rubieży, na gra­nicy z Nie­zna­nymi Regio­nami.

- A jest ważna, bo...?

- Nie mam poję­cia - wes­tchnęła Padmé. - Wiem tylko, że Duja w swo­jej wia­do­mo­ści wspo­mniała, jakoby tra­fiła na coś na Batuu. Sądzi, że powin­ni­śmy zba­dać tę sprawę.

- Coś na Batuu - powtó­rzył Ana­kin. - Cóż, jeśli mam być szczery, sły­sza­łem w życiu sporo... hm... nieco bar­dziej szcze­gó­ło­wych rapor­tów wywiadu.

- Takiego samego zda­nia są wszy­scy w naj­wyż­szym dowódz­twie... - Padmé urwała i Ana­kin wyczuł ema­nu­jące od niej nie­po­kój i rosnący sprze­ciw. - I wła­śnie dla­tego zamie­rzam oso­bi­ście się tam udać i to spraw­dzić.

Ana­kin Sky­wal­ker znał swoją żonę dość dobrze, by wie­dzieć, co wynik­nie z tej roz­mowy. Mimo to poczuł się, jakby ktoś rąb­nął go w splot sło­neczny.

- Sama? - zapy­tał, cho­ciaż i tym razem wie­dział dosko­nale, że jest to w zasa­dzie pyta­nie reto­ryczne.

- Oczy­wi­ście, że nie - zapew­niła gor­li­wie Padmé. - Duja już jest na miej­scu, zapo­mnia­łeś? Och, nie patrz tak na mnie!

- Niby jak?

- Jak... - Urwała na moment, aby odru­chowo rozej­rzeć się po biu­rze, spraw­dzić, czym zaj­mują się osoby w pobliżu, i zyskać pew­ność, że nikt ich nie pod­słu­chuje. - Jak... jak mój mąż. Albo przy­naj­mniej jak ochro­niarz Jedi - dodała z figlar­nym uśmie­chem.

Ana­kin odwza­jem­nił uśmiech. Pamię­tał czasy, gdy wła­śnie tym był dla niej - zwy­kłym ochro­nia­rzem. Ale już wtedy pra­gnął cze­goś wię­cej.

- Hm, cóż... Wiesz, jestem ochro­nia­rzem Jedi - skwi­to­wał. - I nie ma powodu, dla któ­rego nie miał­bym się zacho­wy­wać czy wyra­żać jak ktoś taki. - Zaci­snął prze­lot­nie szczęki, zmu­sza­jąc się do stłu­mie­nia emo­cji, jak nauczyli go jego men­to­rzy Jedi. - Nie­stety, tak się składa, że jestem rów­nież gene­ra­łem Jedi, dla­tego mam obo­wiązki zwią­zane ze zbli­ża­jącą się walką. Gdyby tylko... - Urwał i dodał w myśli: "Gdyby tylko Ahsoka nie opu­ściła sze­re­gów zakonu Jedi". Jed­nak tak wła­śnie się stało. A on wciąż dotkli­wie odczu­wał brak swo­jej pada­wanki, i to nie tylko z powodu jej bie­gło­ści w walce.

Nie­wy­klu­czone, że Padmé myślała w tej chwili o tym samym - bra­ko­wało jej mło­dej Togru­tanki rów­nie mocno jak jemu. A nawet jeśli nie, to była dość roz­tropna, by nie pytać o to, czy przy­pad­kiem ktoś nie mógłby go zastą­pić jako dowódcy w nad­cho­dzą­cej bitwie.

- Nic mi nie będzie - zapew­niła. - Pozna­łeś już prze­cież kilka moich byłych słu­żek - przy­po­mniała. - Wiesz, jak świet­nie zostały prze­szko­lone w sztuce walki i szpie­go­stwa...

- Czy Duja też jest w tym dobra?

- Jest jedną z naj­lep­szych - potwier­dziła z prze­ko­na­niem Padmé. - Gdy połą­czymy siły, nasi wro­go­wie będą potrze­bo­wali ochrony...

- Może i tak. - Ana­kin uniósł brew. - Ale jeśli chcesz znać moje zda­nie, to nie brzmi to jak jeden z two­ich naj­lep­szych tek­stów...

- Wiem - wes­tchnęła. - Te lep­sze muszę zosta­wić na uży­tek Senatu. - Zamil­kła na chwilę, poważ­nie­jąc. - Ana­ki­nie, czy sądzisz, że ta wojna dobie­gnie kie­dyś końca?

- Oczy­wi­ście - potwier­dził z entu­zja­zmem, któ­rego zde­cy­do­wa­nie nie czuł.

W rze­czy­wi­sto­ści to pyta­nie zada­wał sobie obec­nie każdy: czy ta wojna zakoń­czy się kie­dy­kol­wiek?

I tak trwała już znacz­nie dłu­żej, niż kto­kol­wiek mógłby się spo­dzie­wać. Jeśli cho­dzi o ści­słość, to sta­now­czo zbyt długo. Jak na razie kanc­le­rzowi Pal­pa­tine'owi uda­wało się jako tako utrzy­my­wać wszystko pod kon­trolą i spi­nać Repu­blikę w jedną, sta­bilną całość, lecz nawet on nie był w sta­nie czy­nić tego wiecz­nie.

Tak wielu zgi­nęło... Tak wiele, wiele osób...

Ale Padmé nie będzie jedną z nich. Ana­kin obie­cał to sobie solen­nie.

- Kiedy wró­cisz? - zapy­tał, zmie­nia­jąc temat.

- Nie wiem - wes­tchnęła. - W tam­tej oko­licy nie ma wielu spraw­dzo­nych szla­ków nad­prze­strzen­nych, więc dotar­cie na miej­sce odro­binę potrwa...

- Czy chcesz, żebym usta­lił dla cie­bie kurs? - zapro­po­no­wał. - Archiwa Jedi mogą zawie­rać nieco wię­cej infor­ma­cji ponad to, co znaj­dziesz na stan­dar­do­wych mapach.

- Nie, nie, nie trzeba - zapew­niła. - Ktoś mógłby tra­fić na ślady two­ich wyszu­ki­wań, a ja nie chcę, by kto­kol­wiek inny wie­dział, że się tam udaję. Zacze­kaj do czasu, aż zaj­dzie potrzeba, byś do nas dołą­czył. Damy ci znać, jeśli to będzie konieczne.

- Jasne. - Ana­kin potrzą­snął głową. - Jed­nak... sam nie wiem, Padmé. Naprawdę nie podoba mi się myśl, że tak długo nie będziemy mieli ze sobą kon­taktu...

- Mnie rów­nież - odpo­wie­działa. - Ale sam dosko­nale wiesz, że Holo­Net ni­gdy nie dzia­łał zbyt spraw­nie na takich dystan­sach, nawet przed wojną, a wąt­pię, aby teraz było dużo lepiej. Tak czy siak w tym regio­nie na­dal funk­cjo­nuje pięć sys­te­mów prze­ka­zy­wa­nia pry­wat­nych wia­do­mo­ści, więc nawet jeśli z dużym opóź­nie­niem, to jakoś zdo­łam się z tobą skon­tak­to­wać. - Wycią­gnęła rękę i dotknęła jego dłoni. - Wszystko będzie dobrze, Ani. Na pewno.

- Wiem - potwier­dził.

Oczy­wi­ście było wręcz prze­ciw­nie. Na Coru­scant mógł chro­nić Padmé - przy­naj­mniej przez jakiś czas. Nato­miast gdy jego żona będzie prze­by­wała na skraju kosmicz­nych roz­droży, nie zdoła tego doko­nać.

Ona jed­nak pod­jęła już decy­zję i wie­dział, że dal­sze próby nakło­nie­nia jej do zmiany zda­nia będą daremne. Dawne dwórki Padmé były wobec niej bez­gra­nicz­nie lojalne - a ona odwdzię­czała się im tym samym. Nie­za­leż­nie od tego, czy Duja wpa­dła w tara­paty, czy rze­czy­wi­ście tra­fiła na coś, co ją zanie­po­ko­iło, teraz, gdy już popro­siła Padmé o pomoc, w galak­tyce nie ist­niała żadna siła, która mogłaby je roz­dzie­lić.

- Obie­caj mi po pro­stu, że dasz znać, co się dzieje, gdy tylko się dowiesz, o co cho­dzi, dobrze? - popro­sił, ujmu­jąc jej dłoń lewą ręką. Tą praw­dziwą, nie mecha­niczną. Padmé ni­gdy nie zwra­cała na to uwagi, jed­nak Ana­kin ni­gdy się nie zapo­mi­nał.

- Obie­cuję - zapew­niła. - Szybka podróż, rów­nie szybka ocena sytu­acji i lecę pro­sto do domu. Praw­do­po­dob­nie wrócę wcze­śniej od cie­bie.

- Trzy­mam cię za słowo - odparł z uda­waną powagą. - A skoro już o tym mowa...

Pod­szedł do niej i przez chwilę stali, tonąc nawza­jem w swo­ich obję­ciach, wtu­leni w sie­bie - maleńka wysepka spo­koju i wytchnie­nia na wzbu­rzo­nym oce­anie tar­ga­ją­cego galak­tyką kosz­maru. Za mała... a chwila uko­je­nia trwała sta­now­czo zbyt krótko.

- Muszę już iść - wymam­ro­tała Padmé w jego ramię, deli­kat­nie oswa­ba­dza­jąc się z jego objęć.

- Ja rów­nież - przy­znał z cichym wes­tchnie­niem. - Będę za tobą tęsk­nić.

- Ja za tobą też. - Padmé ponow­nie obda­rzyła go uśmie­chem, ale tym razem raczej znu­żo­nym niż łobu­zer­skim. - Cóż, ty przy­naj­mniej będziesz miał za towa­rzy­sza Obi-Wana.

Prze­wró­cił oczami.

- Hm, wiesz, jakby to powie­dzieć... To nie to samo.

- Wiem. - Znów pode­szła do niego, aby zło­żyć na jego ustach szybki poca­łu­nek. - Gdy wró­cimy, będziemy mieli czas dla sie­bie. Dużo czasu.

- Zawsze tak mówisz - zauwa­żył w lek­kim wyrzu­tem, ale nie­mal natych­miast dotarło do niego, że on rów­nież wiecz­nie to powta­rzał. - Uwa­żaj na sie­bie, Padmé, i wra­caj bez­piecz­nie do domu.

- Ty też, Ana­ki­nie. - Wycią­gnęła dłoń i pogła­dziła go czule po policzku. - Pamię­taj, że to ty wyru­szasz na wojnę. Ja tylko lecę spo­tkać się ze starą przy­ja­ciółką.

- Taaa - mruk­nął. - Jasne.

Bitwa prze­bie­gała tak jak wiele innych, w któ­rych wal­czył wcze­śniej: tu nie­znaczne zyski, tam nie­wiel­kie straty - jedne i dru­gie led­wie godne zauwa­że­nia w cha­osie śmierci i znisz­cze­nia, jaki towa­rzy­szył woj­nie na dużą skalę.

Padmé nie było jesz­cze w domu, gdy znu­żone siły Repu­bliki wró­ciły na Coru­scant. Nie prze­słała też żad­nej wia­do­mo­ści. Ana­kin spraw­dził dokład­nie w fir­mie, z któ­rej sys­temu miała sko­rzy­stać, a potem prze­py­tał wszyst­kie inne firmy obsłu­gu­jące tę część Zewnętrz­nych Rubieży. Nic. Prze­szu­kał stertę naj­śwież­szych nagrań, wysy­ła­nych ruty­nowo na Coru­scant celem przej­rze­nia i archi­wi­za­cji, spraw­dził na oko­licz­ność jej imie­nia, typu statku, któ­rym podró­żo­wała, opisu jej wyglądu, a nawet biżu­te­rii, jaką zazwy­czaj nosiła. Na­dal nic. Zło­żył pety­cję do Rady Jedi, aby pozwo­lono mu wyru­szyć na jej poszu­ki­wa­nia, ale wów­czas hra­bia Dooku ponow­nie zadał cios i jego prośbę odrzu­cono. Kolejna bitwa, tym razem szybka, i znów był na Coru­scant.

Wciąż żad­nych wie­ści. Tym razem jed­nak pod­czas fil­tro­wa­nia wia­do­mo­ści zna­lazł coś, co paso­wało do jego kry­te­riów wyszu­ki­wa­nia. Sta­tek Padmé - a w każ­dym razie jed­nostkę tego samego typu - zna­le­ziono na Batuu. Miej­scowi myśliwi, któ­rzy tra­fili na pojazd, twier­dzili, że wyglą­dał na opusz­czony.

Padmé Ami­dala, sena­tor i była kró­lowa Naboo, znik­nęła.

Rozdział 1

Sto­jąca na kładce dowo­dze­nia "Chi­ma­ery" komo­dor Karyn Faro pomy­ślała, że ist­nieją różne rodzaje pasa­że­rów, a Darth Vader nale­żał bez dwóch zdań do pasa­że­rów spe­cjal­nych.

Faro skrzy­wiła się, wpa­trzona w gwiazdy maja­czące za ilu­mi­na­to­rem. Gdyby ktoś zapy­tał ją o zda­nie, to żaden z impe­rial­nych okrę­tów linio­wych nie powi­nien prze­wo­zić pasa­że­rów. Jeśli Vader miał ochotę pola­tać sobie po Impe­rium, powi­nien posta­rać się o wła­sny sta­tek. A może wła­śnie tym stała się ostat­nio "Chi­ma­era"? Cóż, jeśli tak, to Vader z pew­no­ścią nie mar­no­wał czasu, roz­gasz­cza­jąc się natych­miast i wpro­wa­dza­jąc zmiany na wła­sną modłę.

Przez szum cichych roz­mów prze­bił się odgłos otwie­ra­nych rufo­wych drzwi mostka. Gdy Faro odwró­ciła się w tę stronę, spo­strze­gła, jak prze­cho­dzi przez nie odziany w biały pan­cerz sztur­mo­wiec. Rozej­rzał się nie­spiesz­nie dookoła i pod­jął marsz w stronę Faro.

Skrzy­wiła się jesz­cze bar­dziej. Skoro mowa o zmia­nach w ruty­no­wym har­mo­no­gra­mie "Chi­ma­ery"...

Zanim sztur­mo­wiec zatrzy­mał się przed nią służ­bi­ście, gry­mas znik­nął z jej twa­rzy bez śladu, zastą­piony pro­fe­sjo­nalną bez­na­mięt­no­ścią.

- Komo­dor Faro - przy­wi­tał ją żoł­nierz ze sztywną for­mal­no­ścią, która cha­rak­te­ry­zo­wała wszyst­kich dowód­ców sztur­mow­ców i do któ­rej Faro zdą­żyła już przy­wyk­nąć. - Jestem...

- Tak, wiem, koman­dor Kim­mund - weszła mu w słowo rów­nie ofi­cjal­nym tonem.

Ani drgnął. Oczy­wi­ście nie dostrze­gła też cie­nia zasko­cze­nia na jego twa­rzy, bo głowę szczel­nie zakry­wał mu hełm. Jed­nak dałaby sobie rękę uciąć, że był w tej chwili bez­mier­nie zdzi­wiony. Białe ozna­cze­nia rangi były nie­mal nie­wi­doczne na bia­łym pan­ce­rzu dla kogoś nie­uzbro­jo­nego w sys­tem wzmac­nia­nia obrazu, mon­to­wany stan­dar­dowo w heł­mach sztur­mow­ców, ale ona już dawno przy­swo­iła sobie tech­nikę ich roz­po­zna­wa­nia.

- Czym mogę słu­żyć? - pod­jęła komo­dor z uprzejmą obo­jęt­no­ścią.

- Chciał­bym z panią omó­wić kwe­stię roz­miesz­cze­nia naszych stat­ków - wyja­śnił Kim­mund. W jego gło­sie rów­nież nie było sły­chać śladu zasko­cze­nia. Szybko się opa­mię­tał, trzeba mu to przy­znać. - Wasza główna ofi­cer han­ga­rowa ma naj­wy­raź­niej pro­blemy z wypeł­nia­niem roz­ka­zów...

Faro powstrzy­mała wes­tchnie­nie. O tak, to zde­cy­do­wa­nie w stylu star­szej porucz­nik Xoxtin. Kobieta miała wła­sny, spe­cy­ficzny spo­sób zała­twia­nia spraw i aby nakło­nić ją do zmiany zda­nia, czę­sto potrzeba było przy­sło­wio­wego cięż­kiego pod­no­śnika. Nie­stety jej rodzina nale­żała do coru­scań­skich elit, co wię­cej, pozo­sta­wała w dobrych ukła­dach ze star­szym doradcą Impe­ra­tora do spraw Środ­ko­wych Rubieży. Xoxtin raz za razem wycho­dziła więc obronną ręką z kolej­nych scy­sji i to pomimo licz­nych dzi­wactw, które wyczy­niała w han­ga­rze, bo nie­wielu ofi­ce­rów floty miało dość odwagi, by choćby spró­bo­wać wywrzeć na niej pre­sję.

Szczę­śli­wie dla Kim­munda Faro była jedną z nie­licz­nych odważ­nych w tej kwe­stii.

- Poroz­ma­wiam z nią oso­bi­ście - obie­cała. - Jak dokład­nie chcie­li­by­ście roz­mie­ścić wasze jed­nostki?

- Lambda lorda Vadera powinna oczy­wi­ście zaj­mo­wać pierw­sze miej­sce - oznaj­mił Kim­mund. - A "Dar­khawk" dru­gie.

Co z kolei ozna­czało, że oso­bi­sty prom typu Lambda admi­rała Thrawna zosta­nie umiesz­czony nie bli­żej wylotu z han­garu niż na sta­no­wi­sku numer trzy. Sta­no­wiło to poważne naru­sze­nie pro­to­kołu floty - i Kim­mund dosko­nale o tym wie­dział.

Mimo to Thrawn poin­stru­ował swo­ich ofi­ce­rów, aby współ­pra­co­wali z gośćmi - dokład­nie takich słów użył - naj­le­piej, jak tylko zdo­łają. Poza tym nawet jeśli sta­tek Thrawna miał zostać zapar­ko­wany na miej­scu numer trzy, wcale nie było to rów­no­znaczne z tym, że wystar­tuje ze znacz­nie więk­szym opóź­nie­niem niż ten na pozy­cji numer jeden. Znaj­dzie się po pro­stu nieco dalej od hali przy­go­to­wań, a więc dotar­cie do niego zaj­mie odro­binę wię­cej czasu. Naj­praw­do­po­dob­niej Thraw­nowi nie zrobi to dużej róż­nicy.

Jeśli cho­dzi o ści­słość, to umiesz­czony w takim szyku "Dar­khawk" będzie się świet­nie kom­po­no­wał z innym frach­tow­cem o bli­żej nie­okre­ślo­nym wyglą­dzie, obec­nie usta­wio­nym na polu numer cztery. Cywil­nym stat­kiem, który Thrawn ode­brał pira­tom kilka lat temu i któ­rego uży­wał, gdy czuł potrzebę zacho­wa­nia ano­ni­mo­wo­ści. Sta­tek Legionu Pierw­szego był w podob­nym typie: stary, pocho­dzący z okresu wojen klo­nów frach­to­wiec sepa­ra­ty­stów, wyglą­da­jący na roz­kle­ko­taną balię, lecz w isto­cie wypo­sa­żony w naj­lep­sze uzbro­je­nie, osłony, a także sys­temy zakłó­ca­nia czuj­ni­ków, jakie mogła zapew­nić impe­rialna tech­no­lo­gia. Trzeba przy­znać, że mimo całej osten­ta­cyj­nej wręcz ponu­ro­ści i grozy, jaką budził swoim wyglą­dem, Vader bez dwóch zdań rozu­miał, jak przy­datna bywa sub­tel­ność. Chyba że wyko­rzy­sty­wał sta­tek prze­jęty od sepa­ra­ty­stów tylko po to, by przy­po­mi­nać wszyst­kim dookoła, która ze stron wygrała tę wojnę...

- Dosko­nale - poin­for­mo­wała Faro Kim­munda. - Dopil­nuję, by tak się stało.

- Dzię­kuję, pani komo­dor - odparł sztur­mo­wiec. Stuk­nął obca­sami, salu­tu­jąc służ­bi­ście, a potem odwró­cił się na pię­cie i ruszył kładką dowo­dze­nia z powro­tem do drzwi.

Faro patrzyła w ślad za nim, czu­jąc zna­jomą, naglącą pre­sję doko­na­nia odpo­wied­nich kal­ku­la­cji, sta­no­wią­cych nie­od­łączną i fru­stru­jącą część życia ofi­cera. Rodzina Xoxtin była potężna i wpły­wowa, a Kim­mund stał na czele Legionu Pierw­szego, eli­tar­nej jed­nostki, którą lord Vader wyło­nił z rów­nie osła­wio­nej Pięć­set Jedynki, by słu­żyła mu jako oso­bi­sty oddział sztur­mowy. W teo­rii prawa ręka Impe­ra­tora biła w tym ukła­dzie wszyst­kie inne pionki na zagma­twa­nej poli­tycz­nej plan­szy.

Jed­nak tylko wów­czas, jeśli - gdyby coś się posy­pało - Vader raczyłby inter­we­nio­wać w spra­wie Faro. Nie­stety, był znany z tego, że raczej trzy­mał się z dala od poli­tycz­nych prze­py­cha­nek, więc komo­dor nie miała gwa­ran­cji, że Mroczny Lord w ogóle zapa­mięta, iż wyświad­czyła mu tę drobną przy­sługę. Xoxtin z kolei nie­mal na pewno będzie żywić wobec niej urazę.

Żadna pora nie była dobra na doko­ny­wa­nie podob­nie skom­pli­ko­wa­nych wybo­rów, a ta spra­wiała wra­że­nie szcze­gól­nie nie­for­tun­nej. Faro awan­so­wano do stop­nia komo­dora zale­d­wie sześć tygo­dni temu i zapew­niono ją, że pod jej roz­kazy przej­dzie wkrótce Dwie­ście Trzy­dzie­sta Pierw­sza Grupa Ope­ra­cyjna - gdy tylko jej obecny dowódca dosta­nie awans i zosta­nie przy­pi­sany do jed­nej z więk­szych flot.

Jed­nak ta obiet­nica wciąż cze­kała na speł­nie­nie - a wraz z nią jej grupa ope­ra­cyjna. W sytu­acji, gdy nie­wy­ja­śnione znik­nię­cie koman­dora Elego Vanta z sze­re­gów Siód­mej Floty wciąż było tema­tem nie­zli­czo­nych plo­tek, Faro nie mogła być pewna swo­jej przy­szło­ści. Roz­draż­nie­nie Xoxtin i jej rodziny mogło się w tym punk­cie oka­zać fatalne w skut­kach...

Tak czy ina­czej zapew­niła Kim­munda, że spełni jego prośbę. Co wię­cej, pozwa­la­jąc, by jej wła­sna pod­władna - nawet mająca tak dobre kon­takty jak Xoxtin - igno­ro­wała roz­kazy wedle wła­snego widzi­mi­się, komo­dor tra­ciła auto­ry­tet u ludzi słu­żą­cych pod jej roz­ka­zami - i nie tylko.

Faro wyglą­dała przez ilu­mi­na­tor, ana­li­zu­jąc w duchu poten­cjalne sce­na­riu­sze kon­fron­ta­cji, gdy nagle cęt­ko­wany tunel nad­prze­strzeni zastą­piły świetlne linie, które szybko zmie­niły się w punk­ciki gwiazd.

"Chi­ma­era" dotarła do celu podróży.

Tyle tylko że nie wysko­czyła z nad­prze­strzeni w miej­scu, w któ­rym powinna się poja­wić. Zamiast tego tra­fiła w śro­dek kosmicz­nej pustki.

Gwiazdy lśnią za pane­lem wido­ko­wym w kon­fi­gu­ra­cji iden­tycz­nej z tą na wyświe­tla­czu nawi­ga­cyj­nym, potwier­dza­jąc obli­cze­nia komo­dor Faro.

Lord Vader stoi nie­ru­chomy, led­wie widoczny, jedy­nie ciężki oddech zdra­dza jego loka­li­za­cję. Da się w nim jed­nak usły­szeć pewne sub­telne zmiany. Podob­nie jego postawa prze­ja­wia gamę myśli i emo­cji. Mimo to nie niosą ze sobą wielu sygna­łów, które dałoby się prze­ana­li­zo­wać. Nie­wiele tu jest do rozu­mie­nia. Nie­wiele do odczy­ta­nia i sfor­mu­ło­wa­nia na tej pod­sta­wie jakichś kon­kret­nych ocen.

Za chwilę poja­wia się Faro.

- Dwu­krot­nie spraw­dzono hiper­na­pęd, admi­rale - mel­duje. Mię­śnie twa­rzy stę­żały mu w napię­ciu. W jej gło­sie sły­chać nie­po­kój, więk­szy niż zazwy­czaj. - Tech­nicy wysu­nęli przy­pusz­cze­nie, że cho­dzi o tłu­miki prze­pły­wowe, ale spraw­dzono je i wszystko z nimi w porządku. Zarzą­dzi­łam ponowną kon­trolę, ale póki co nie ma śladu odchy­leń. - Gdy mówi, nie spusz­cza wzroku z twa­rzy admi­rała, jed­nak napięte mię­śnie suge­rują, że wal­czy z prze­możną chę­cią zaadre­so­wa­nia tych słów do lorda Vadera i prze­nie­sie­nia na niego spoj­rze­nia. Jej postura i wyraz twa­rzy suge­rują rów­nież, że nie życzy sobie jego obec­no­ści na kładce dowo­dze­nia, lecz zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma w tej kwe­stii wiele do powie­dze­nia.

- W takim razie wina musi leżeć po stro­nie człon­ków załogi "Chi­ma­ery" - mówi Vader. Postę­puje kilka kro­ków w ich stronę. W jego gło­sie pobrzmiewa... znie­cier­pli­wie­nie?

- Z całym należ­nym sza­cun­kiem, lor­dzie Vader, nie sądzę, by tak było - odpo­wiada Faro. Zwraca wzrok na Vadera. Spina mię­śnie jesz­cze moc­niej, bar­dziej sztyw­nie­jąc. W jej gło­sie pobrzmie­wają ostroż­ność oraz lekki strach, ale i deter­mi­na­cja. - Ten szlak nad­prze­strzenny jest słabo uczęsz­czany, a para­me­try jego obrzeży kiep­sko ozna­czone. Moim zda­niem bar­dziej praw­do­po­dobne, że tra­fi­li­śmy po pro­stu na cień jakiejś nie­zna­nej wcze­śniej masy...

- Ach tak - mówi Vader. Ton jego głosu obniża się nie­znacz­nie. Pod­nosi dło­nie na wyso­kość bio­der i zacze­pia kciuki za pas. - A gdzie niby podziewa się ta tajem­ni­cza masa?

Mię­śnie szyi Faro napi­nają się prze­lot­nie.

- Jesz­cze jej nie zlo­ka­li­zo­wa­li­śmy, lor­dzie Vader - mówi. Prze­nosi spoj­rze­nie z powro­tem na swo­jego admi­rała. - Nad roz­wią­za­niem tego pro­blemu pra­cują nasi naj­lepsi ope­ra­to­rzy czuj­ni­ków, sir.

- Być może wasi naj­lepsi ope­ra­to­rzy nie speł­niają impe­rial­nych stan­dar­dów - zauważa Vader.

- Ofi­ce­ro­wie "Chi­ma­ery" i jej załoga są odpo­wied­nio wyszko­leni do wyko­ny­wa­nia swo­ich zadań, lor­dzie Vader - kontr­uje Thrawn. - Pani komo­dor, jeśli rze­czy­wi­ście zna­leź­li­śmy się pod wpły­wem jakiejś zbłą­ka­nej masy, być może prze­su­nię­cie okrętu nieco do przodu uwol­ni­łoby nas od jej cie­nia i efektu, jaki na nas wywiera?

- Tak jest, sir! - potwier­dza przy­ję­cie roz­kazu Faro. Napię­cie w jej twa­rzy i gło­sie ustę­puje. - Nawi­ga­cja? Pro­szę popro­wa­dzić nas naprzód na dwóch trze­cich mocy. Zespół ska­ne­rów: kon­ty­nu­uj­cie poszu­ki­wa­nia obiek­tów.

- Bądź też innych stat­ków - dopo­wiada Thrawn.

Na twa­rzy Faro maluje się wyraz zakło­po­ta­nia.

- Innych... stat­ków, sir?

- Czy spo­dzie­wasz się ataku? - pyta Vader.

- To moż­liwe, choć mało praw­do­po­dobne - mówi Thrawn. - Oba­wiam się jed­nak, że jeśli my zosta­li­śmy wycią­gnięci z nad­prze­strzeni, mogło to spo­tkać rów­nież inne jed­nostki. Musimy być czujni, w razie gdyby gro­ziła nam koli­zja lub innego rodzaju kon­takt.

- Komo­dor Faro dopiero co wspo­mniała o tym, jak słabo uczęsz­czany jest ten szlak prze­strzenny - zauważa Vader z lek­kim naci­skiem. - Naprawdę spo­dzie­wasz się, że ruch w natę­że­niu dwóch stat­ków na tydzień może nieść ze sobą zagro­że­nie?

- Rze­czy­wi­ście, tak wygląda wyciąg z map nawi­ga­cyj­nych - przy­znaje Thrawn. - Jed­nak pro­fil tran­zy­towy mógł się zmie­nić od chwili nanie­sie­nia naj­now­szych danych. Ostat­nim razem gdy tu byłem, ruch był jesz­cze mniej­szy.

- Był pan tu już kie­dyś, sir? - pyta Faro. Wyraz jej twa­rzy i brzmie­nie głosu zdra­dzają zasko­cze­nie. - Nie wie­dzia­łam...

- A czy jest jakiś powód, dla któ­rego powinna pani to wie­dzieć, komo­dor? - wtrąca Vader.

- Pro­szę wyba­czyć, admi­rale - mam­ro­cze Faro pospiesz­nie, z nara­sta­ją­cym na nowo nie­po­ko­jem.

- Prze­pro­siny nie są konieczne, komo­dor - mówi Thrawn. - To było wiele lat temu, pod­czas wojen klo­nów.

- Rozu­miem - potwier­dza Faro. Nie­po­kój nik­nie, a w gło­sie i twa­rzy kobiety da się teraz zaob­ser­wo­wać zacie­ka­wie­nie. - Nie wie­dzia­łam, że w tam­tych cza­sach prze­by­wał pan na tere­nie Repu­bliki...

- Prze­szłość to prze­szłość - ucina Vader. - Teraź­niej­szość i przy­szłość - oto, co się liczy. - Odwraca się na pię­cie. Czarny płaszcz fur­koce, na wpół ukryta w jego fał­dach ręko­jeść mie­cza świetl­nego lśni w świa­tłach mostka. Jesz­cze przez chwilę Vader trzyma kciuki zatknięte za pas, po czym opusz­cza ramiona wzdłuż ciała, zakrzy­wia­jąc lekko palce. - Będę w moich kwa­te­rach - mówi. - Poin­for­muj­cie mnie, gdy tylko ruszymy w dal­szą drogę.

- Oczy­wi­ście, lor­dzie Vader - zapew­nia Thrawn.

- Poin­for­muj też swo­jego Nogh­riego, że nie ma wstępu na "Dar­khawka" mojego legionu - dodaje Vader. - Koman­dor Kim­mund dwu­krot­nie przy­ła­pał go na pokła­dzie. Następny raz... będzie ostat­nim.

- Tak jest, lor­dzie Vader - odpo­wiada Thrawn. - Rukh bywa cza­sem... nad­gor­liwy, jeśli cho­dzi o kon­tro­lo­wa­nie wszyst­kiego, co się dzieje na pokła­dzie "Chi­ma­ery". Prze­każę mu to zale­ce­nie oso­bi­ście.

- Nie widzę powodu, dla któ­rego miałby w ogóle prze­by­wać na pokła­dzie - dodaje Vader, obni­ża­jąc nieco ton głosu. - Jeśli jego zdol­no­ści bojowe i tro­pi­ciel­skie są tak dobre, jak twier­dzisz, powi­nien był zostać, by pomóc Wol­da­rowi i Tar­ki­nowi w polo­wa­niu na Jar­rusa i rebe­lian­tów. - Prze­chyla głowę nie­znacz­nie na bok. - Czy może po kon­fron­ta­cji na Atol­lo­nie oba­wiasz się o wła­sne bez­pie­czeń­stwo?

Mię­śnie twa­rzy Faro napi­nają się, a jej ciało znów sztyw­nieje.

- Wręcz prze­ciw­nie, lor­dzie Vader - mówi Thrawn. - Z tobą oraz Legio­nem Pierw­szym na pokła­dzie "Chi­ma­era" jest cał­ko­wi­cie bez­pieczna. Moż­liwe jed­nak, że zanim ta misja dobie­gnie końca, zaj­dzie koniecz­ność wypeł­nie­nia pew­nych zadań, do któ­rych reali­za­cji będę potrze­bo­wał wszyst­kich, włącz­nie z Rukhiem.

- Ta misja dobie­gnie końca szyb­ciej, niż ci się zdaje - odpo­wiada Vader. - Znaj­dziemy źró­dło zakłó­ceń w Mocy, upo­ram się z nim i wró­cimy na Coru­scant.

- Oczy­wi­ście - zapew­nia Thrawn.

- Dosko­nale. - Vader odwraca się w stronę ilu­mi­na­tora. - Cała naprzód, admi­rale. Chciał­bym się prze­ko­nać, co takiego zwró­ciło uwagę Impe­ra­tora.

- Oczy­wi­ście, lor­dzie - zapew­nia go Thrawn. - Ja rów­nież.

. . .

Po tym, jak Kim­mund pierw­szy raz wyrzu­cił Rukha z pokładu "Dar­khawka", pole­cił sztur­mow­cowi Sam­pie zain­sta­lo­wać przy wszyst­kich wła­zach czuj­niki alar­mowe. Jeden z nich wykrył ponowne wtar­gnię­cie Nogh­riego na pokład, dzięki czemu żoł­nie­rze mogli go zła­pać i wyeks­mi­to­wać znacz­nie szyb­ciej niż poprzed­nio.

Gdy alarm ponow­nie zawył, infor­mu­jąc o obec­no­ści intruza, Kim­mund obser­wo­wał postępy - czy może ich brak - w locie "Chi­ma­ery" na wyświe­tla­czach prze­kaź­ni­ków w sali przy­go­to­wań Legionu Pierw­szego.

Dwie minuty póź­niej był już w han­ga­rze, w peł­nym pan­ce­rzu, z kara­bi­nem bla­ste­ro­wym w dłoni, w duchu obsta­wia­jąc, gdzie dokład­nie trafi jego pierw­szy strzał. Dotarł do "Dar­khawka" i okrą­żył jego dziób...

...tylko po to, by ujrzeć drob­nej postury Nogh­riego sto­ją­cego jak gdyby ni­gdy nic na pokła­dzie, pięć metrów od statku, pod czuj­nym okiem sier­żanta Drava i sztur­mo­wiec Mor­r­tic. Ta ostat­nia, co zauwa­żył Kim­mund, trzy­mała pod pachą drugi hełm.

- Gdzie go zna­leź­li­ście? - zapy­tał swo­ich ludzi.

- Tutaj, sir - zamel­do­wał ponuro Drav. - Stał pod wła­zem.

- I uda­wał, że wybrał się po pro­stu na prze­chadzkę - dodała zna­cząco Mor­r­tic.

Kim­mund sku­pił wzrok na Nogh­rim. Niski, sza­ro­skóry obcy o huma­no­idal­nej budo­wie ciała, z grze­bie­niem nie­wiel­kich rogów prze­ci­na­ją­cym czoło, spo­glą­dał na koman­dora sztur­mow­ców z twa­rzą wykrzy­wioną typo­wym dla sie­bie gry­ma­sem. Ręce miał zwie­szone luźno po bokach, ale Kim­mund widział wcze­śniej, jak ćwi­czy z pałką bojową noszoną na ple­cach, i wie­dział, że potrafi dobyć jej w mgnie­niu oka.

W sytu­acji gdy ota­czała go trójka sztur­mow­ców, koman­dor był nie­mal pewien, że obcy zechce spró­bo­wać sił w walce z nimi - tym bar­dziej że widział w jego skrzy­wio­nym obli­czu coś, co zde­cy­do­wa­nie wyglą­dało mu na samo­za­do­wo­le­nie oraz pew­ność prze­wagi nad impe­rial­nymi żoł­nie­rzami.

- No i? - rzu­cił chłodno pod adre­sem Nogh­riego.

- No i? - powtó­rzył skrze­kli­wym gło­sem Rukh.

- Co tu robisz?

- To sta­tek mojego pana - wyja­śnił obcy. - Mogę cho­dzić, gdzie mi się żyw­nie podoba.

- "Chi­ma­era" jest stat­kiem wiel­kiego admi­rała Thrawna - zazna­czył kwa­śno Kim­mund. - Lambda i "Dar­khawk" należą do lorda Vadera. Ostrze­żono cię, byś trzy­mał się od nich z dala.

- Twoi żoł­nie­rze potwier­dzą, że nie wsze­dłem na pokład - zauwa­żył z dener­wu­ją­cym spo­ko­jem Rukh. - Sam ich o to spy­taj.

Kim­mund prze­niósł spoj­rze­nie na Drava.

- Tak?

- Byli­śmy tu dzie­sięć sekund po tym, jak roz­legł się alarm - przy­znał sier­żant. - Jeśli był w środku, to z pew­no­ścią led­wie zdą­żył prze­kro­czyć próg.

- Och, serio? - wark­nął Kim­mund, patrząc znów na Rukha. - Czy naprawdę tak bar­dzo ci się nudzi, że trzy­mają się cie­bie głu­pie żarty?

- To nie żadne głu­pie żarty - wyce­dził Rukh - tylko obiet­nice. Dałem mojemu panu słowo, że będę dbał o jego bez­pie­czeń­stwo. Nie pozwolę, by zagro­ził mu nie­znany prze­ciw­nik.

- Nie jeste­śmy ani prze­ciw­ni­kiem, ani tym bar­dziej nie­zna­nym - odparł Kim­mund sztywno. - Jeste­śmy Legio­nem Pierw­szym, oso­bi­stymi sztur­mow­cami lorda Vadera. Całe Impe­rium nas zna!

- Impe­rium może tak - odparł Rukh. - Ale ja nie. Poznam was jed­nak.

- Oczy­wi­ście - wyce­dził Kim­mund. - Pamię­taj tylko, że gdy następ­nym razem przy­ła­piemy cię na pokła­dzie któ­re­goś z naszych stat­ków, będziemy strze­lać, by zabić.

- Powo­dze­nia - prych­nął Rukh. - Zapew­niam was, że nie mam złych zamia­rów. Ale będę wyko­ny­wał swoją pracę. - Skło­niw­szy się Kim­mun­dowi nisko, z wyraź­nym szy­der­stwem, odwró­cił się i ruszył na swo­ich krót­kich nogach w stronę wyj­ścia z han­garu.

- Czy nie powin­ni­śmy pójść za nim, sir? - zapy­tał Drav.

- Nie - odparł Kim­mund. - Nie­stety ma rację: Thrawn dał mu wolną rękę, jeśli cho­dzi o poru­sza­nie się po pokła­dzie "Chi­ma­ery". Miejmy nadzieję, że lord Vader zdo­łał wyja­śnić kwe­stię doty­czącą naszych stat­ków. - Wska­zał na hełm trzy­many przez Mor­r­tic. - Co to?

- Użył go do akty­wo­wa­nia alarmu - wyja­śniła sztur­mo­wiec, poda­jąc mu biały hełm. - Wygląda na to, że stał tutaj i cisnął go przez właz, przez pole czuj­ni­ków.

Kim­mund zmarsz­czył czoło, akty­wu­jąc sys­temy optyczne hełmu. Czy to był...

- Czy to hełm Jida?

- Tak, sir - potwier­dziła kwa­śno Mor­r­tic. - I tak, na­dal cze­kał w rufo­wym warsz­ta­cie elek­tro­nicz­nym na uspraw­nie­nie sys­temu łącz­no­ści.

- W takim razie w jaki spo­sób Rukh dostał się tu i go zdo­był?

Mor­r­tic zer­k­nęła na Drava.

- Nie mam poję­cia, sir - przy­znał.

- Nie masz poję­cia?

- Nie użył swo­jej elek­tro­pałki, żeby doko­nać spię­cia czuj­ni­ków - wtrą­ciła Mor­r­tic. - Spraw­dzi­łam.

- A co z tym jego cho­ler­nym ustroj­stwem masku­ją­cym? - zapy­tał Kim­mund. - Czy Sampa roz­gryzł w ogóle, jak to działa?

- Tak, przyj­rzał się spe­cy­fi­ka­cji - potwier­dził Drav. - Działa tro­chę jak defa­zer optyczny Sin­ri­cha, ale ma zupeł­nie inny układ. Wygląda na to, że bate­rii star­cza mu na trzy minuty i nie spraw­dza się w przy­padku ludzi. Potrze­buje prze­wod­nic­twa skór­nego, jakie zapew­nia podwójna struk­tura skóry Nogh­rich, czy coś w tym stylu, a gdy urzą­dze­nie zosta­nie uru­cho­mione, nie wymaga żad­nych dodat­ko­wych ele­men­tów.

- I wła­śnie ta ostat­nia kwe­stia ma klu­czowe zna­cze­nie - dodała Mor­r­tic. - Sampa skon­stru­ował urzą­dze­nie, które roz­pyla mgiełkę odbi­ja­ją­cego mikro­fale pyłu odbla­sko­wego, gdy zostaną uru­cho­mione czuj­niki cię­żaru w pod­ło­dze. Kiedy pył oblepi Rukha, będziemy go mogli wyśle­dzić, dokąd­kol­wiek pój­dzie.

- Cud­nie - mruk­nął Kim­mund. - A to z kolei ozna­cza, że już ni­gdy nie wej­dzie na pokład. Gra­tu­la­cje.

- Tak - wark­nęła Mor­r­tic, obra­ca­jąc w dło­niach hełm Jida. - W takim razie prze­trzą­śniemy teraz sta­tek i znaj­dziemy jego kry­jówkę.

- Ow­szem, wła­śnie tak zro­bi­cie - wyce­dził Kim­mund, łypiąc gniew­nie na hełm, który nie wia­domo jak zna­lazł się na pokła­dzie "Dar­khawka". - Bo następ­nym razem, gdy wej­dzie mi w drogę, ktoś zgi­nie. Oby to był Rukh. Jeżeli nie, będzie to osoba, która na to pozwo­liła. I to nie ja dopil­nuję, by za to zapła­ciła, tylko lord Vader. - Spoj­rzał na drugą stronę han­garu, wal­cząc z prze­możną chę­cią pod­nie­sie­nia kara­binu do strzału i wypa­le­nia dziury w ple­cach Nogh­riego, tu i teraz. - Pro­szę więc prze­ka­zać tę wia­domość, sier­żan­cie. Wszyst­kim.

"Chi­ma­era" podró­żo­wała w zwy­kłej prze­strzeni od dwóch godzin, gdy wresz­cie Thrawn pole­cił Faro spró­bo­wać raz jesz­cze uru­cho­mić hiper­na­pęd.

Ponow­nie nic z tego nie wyszło.

- To wygląda tak, jakby gdzieś w pobliżu znaj­do­wał się krą­żow­nik prze­chwy­tu­jący typu Inter­dic­tor, sir - poin­for­mo­wała Thrawna, gdy ich gwiezdny nisz­czy­ciel pod­jął lot przez usianą punk­ci­kami gwiazd czerń. - Tyle tylko że nie ma szans, aby to było coś na tyle dużego, by dys­po­no­wało mocą konieczną do unie­ru­cho­mie­nia nas, a jed­no­cze­śnie znaj­do­wało się poza zasię­giem naszych ska­ne­rów.

- Chyba że jest zama­sko­wane - dobiegł zza ich ple­ców głę­boki głos.

Faro się wzdry­gnęła. Vader pro­sił, by poin­for­mo­wano go, gdy "Chi­ma­era" prze­ła­mie tajem­ni­czą blo­kadę. Zało­żyła, że Mroczny Lord będzie prze­by­wał gdzie indziej, dopóki nie otrzyma takiej wia­do­mo­ści.

Naj­wy­raź­niej jed­nak mu się nudziło.

- Lor­dzie Vader - przy­wi­tał go spo­koj­nie Thrawn. - Jak sądzę, zdaje pan sobie sprawę z tego, że nie­moż­liwe jest jed­no­cze­sne uży­wa­nie gene­ra­tora gra­wi­ta­cji i urzą­dze­nia masku­ją­cego? Te dwa pola się wza­jem­nie niwe­lują.

- Być może odkryto nową tech­no­lo­gię - zauwa­żył Vader. - Moż­liwe, że nauka na tere­nie Nie­zna­nych Regio­nów różni się od naszej.

- Oczy­wi­ście, mogą dys­po­no­wać inną tech­no­lo­gią - przy­znał Thrawn. - Jed­nak jeśli cho­dzi o naukę, to raczej mało praw­do­po­dobne. Ist­nieją pewne prawa, które obo­wią­zują powszech­nie.

- Może i tak - zgo­dził się z nim Vader. - Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, z czym mamy do czy­nie­nia, wygląda to na impas. Jakie roz­wią­za­nie pro­po­nu­jesz?

Thrawn przez chwilę mil­czał. Faro zauwa­żyła, że wodzi wzro­kiem mię­dzy gwiaz­dami maja­czą­cymi za ilu­mi­na­to­rami, mapą oko­licy a dia­gra­mem ze zbli­że­niem na frag­ment szlaku, który aku­rat prze­mie­rzali.

- Jeśli nie możemy podą­żyć wyzna­czoną ścieżką, powin­ni­śmy wyty­czyć wła­sną - powie­dział wresz­cie. - Komo­dor Faro, pro­szę zmie­nić kurs: czter­dzie­ści stopni w lewo.

- Czy ist­nieje jakaś inna trasa, o któ­rej Impe­rium nie wie? - zapy­tał go Vader.

- W tym regio­nie? Żadna, o któ­rej byłoby mi wia­domo - odparł Thrawn. - Możemy albo wysłać sta­tek zwia­dow­czy, aby zma­po­wał dla nas trasę, albo podą­żać nią sami mikro­sko­kami. Bar­dziej sku­teczne wydaje się to dru­gie roz­wią­za­nie.

- To będzie cza­so­chłonne - zauwa­żył Vader z cie­niem groźby w gło­sie. - Impe­ra­tor pole­cił nam się pospie­szyć.

- Podą­ża­nie tym szla­kiem nad­prze­strzen­nym nie przy­nio­sło jak dotąd zbyt wymier­nych efek­tów - zauwa­żył Thrawn. - Jeśli będziemy kon­ty­nu­ować podróż w ten spo­sób, stra­cimy jesz­cze wię­cej czasu.

- Chyba że jeste­śmy już poza blo­kadą.

Chiss skło­nił głowę.

- Nawi­ga­cja?! - zawo­łał. - Pro­szę sko­czyć w nad­świetlną.

- Tak jest, admi­rale!

Faro zaci­snęła zęby i odwró­ciła się w stronę ilu­mi­na­tora. Gwiazdy prze­szły płyn­nie w świetlne smugi...

Nagle, przy akom­pa­nia­men­cie coraz niż­szego w tonie krztu­sze­nia się hiper­na­pędu, smugi ponow­nie zmie­niły się w gwiazdy, co było świa­dec­twem nie­po­wo­dze­nia skoku.

Komo­dor wie­działa, że nie powinna kląć w obec­no­ści star­szych ofi­ce­rów. Mimo to mało bra­ko­wało, a wymsknąłby się jej sze­reg nie­cen­zu­ral­nych słów.

- To cie­kawe - mruk­nął pod nosem Thrawn. Jeśli nie­po­wo­dze­nie go zanie­po­ko­iło, nie poka­zał nic po sobie. Ani jego głos, ani wyraz twa­rzy nie zdra­dzały śladu obaw. - Pani komo­dor, pro­szę obró­cić "Chi­ma­erę" czter­dzie­ści stopni w lewo.

- Tak jest, sir! - potwier­dziła ponow­nie Faro. - Czy... mogła­bym jed­nak coś zasu­ge­ro­wać, sir?

- Twój admi­rał wydał ci roz­kaz! - zagrzmiał Vader.

- Pro­szę kon­ty­nu­ować, komo­dor - zachę­cił ją spo­koj­nym gło­sem Thrawn.

Faro ści­snęło w gar­dle. Uwaga Vadera była roz­ka­zem. Czy chis­sań­ski admi­rał zamie­rzał go zigno­ro­wać?

- Doko­na­łam... pew­nych obli­czeń, sir - pod­jęła pospiesz­nie, zasta­na­wia­jąc się, czy Vader znów wej­dzie jej w słowo. Albo zrobi coś jesz­cze gor­szego. - Podró­żo­wa­nie na Batuu serią małych sko­ków potrwa jakieś trzy­dzie­ści dzie­więć godzin. Gdy­by­śmy zamiast tego spró­bo­wali dotrzeć do Mokivj, mogli­by­śmy stam­tąd lecieć na Batuu innym szla­kiem nad­prze­strzen­nym, oszczę­dza­jąc czter­na­ście do pięt­na­stu godzin.

Thrawn pochy­lił głowę.

- Chciał­bym to zoba­czyć.

Faro wywo­łała trasę na wyświe­tlacz, przy­go­to­wu­jąc się mimo­wol­nie na nie­uchronne pyta­nie Vadera doty­czące tego, jaki szlak mógł łączyć dwa rów­nie nie­istotne światy.

Miałby pełne prawo o to zapy­tać. Ow­szem, mapy wska­zy­wały na to, iż taka droga ist­nieje, jed­nak była jesz­cze sła­biej wyty­czona (nie mówiąc już o stop­niu uczęsz­cza­nia) niż ta, którą "Chi­ma­era" leciała na Batuu. Jeśli do wyzna­cze­nia szlaku Mokivj-Batuu użyto tych samych nie­peł­nych lub błęd­nych danych, które wyko­rzy­stano do nakre­śle­nia trasy na Batuu, mogło się to skoń­czyć takim samym kry­zy­sem, w jakim się znaj­do­wali obec­nie.

Jed­nak ten jeden raz Mroczny Lord nie miał naj­wy­raź­niej nic do powie­dze­nia.

- Dosko­nała suge­stia, pani komo­dor - pochwa­lił Thrawn po uważ­nym prze­stu­dio­wa­niu sche­ma­tów. - Pro­szę usta­wić kurs na Mokivj.

- Tak jest, sir. - Faro odwró­ciła się do sta­no­wi­ska nawi­ga­cji, a gdy nawią­zała kon­takt wzro­kowy z usa­do­wio­nym przy nim ofi­ce­rem, kiw­nęła głową.

Ski­nął, potwier­dza­jąc przy­ję­cie roz­kazu, i potężny okręt zaczął zawi­jać na ster­burtę.

- Jede­na­ście - ode­zwał się nagle Vader.

Thrawn obró­cił się w jego stronę.

- Słu­cham?

- Jede­na­ście godzin, tyle co naj­wy­żej zaosz­czę­dzimy - uści­ślił Mroczny Lord.

- Ow­szem - przy­znał Thrawn. - Mimo to warto spró­bo­wać.

- Być może - stwier­dził Vader. - To się jesz­cze okaże.

Tak jak się spo­dzie­wał, miał rację. Podróż mikro­sko­kami na Mokivj zajęła im trzy godziny dłu­żej, niż zakła­dały sza­cunki komo­dor Faro, wsku­tek czego oszczę­dzili dokład­nie tyle czasu, ile prze­wi­dział.

Nie miał ochoty podró­żo­wać na Mokivj. Nie chciał oglą­dać tej pla­nety.

Jed­nak teraz, gdy tu dotarli, i świat zna­lazł się w zasięgu wzroku...

- Pani komo­dor? Pro­szę o ana­lizę - powie­dział cicho Thrawn, pod­czas gdy "Chi­ma­era" okrą­żała pla­netę, zmie­rza­jąc ku punk­towi wej­ścia na ich doce­lowy szlak nad­prze­strzenny.

- To... dziwne, sir - zamel­do­wała Faro, popa­tru­jąc na data­pad ze zmarsz­czo­nym czo­łem. - Nie przy­cho­dzi mi do głowy żadna kata­strofa mniej­szego kali­bru niż ude­rze­nie komety lub potężny wybuch wul­kanu, która mogłaby spo­wo­do­wać znisz­cze­nia na tak ogromną skalę... Nie znaj­duję jed­nak w pobliżu żad­nych śla­dów, które wska­zy­wa­łyby na dzia­ła­nie któ­re­goś z tych czyn­ni­ków.

Vader wyj­rzał przez ilu­mi­na­tor. Miej­sca, które daw­niej pora­stały bujne łąki i gęste lasy, były teraz poła­ciami pozba­wio­nych jakiej­kol­wiek roślin­no­ści rów­nin i pustyń, które sta­no­wiły znaczną część powierzchni pla­nety. Jedy­nie tu i ówdzie dało się dostrzec mizerne placki zie­leni, bun­tow­ni­czo kon­tra­stu­jące z wszech­obec­nym spu­sto­sze­niem. Sporą połać nieba prze­sła­niały chmury, ale nie były to pie­rza­ste obłoczki ani szare kłęby zwia­stu­nów desz­czu, tylko zło­wro­gie, cięż­kie podu­chy - obiet­nica mroku i zimna pły­ną­cego z blo­kady świa­tła sło­necz­nego.

- Być może to było coś o sile bar­dziej nisz­czy­ciel­skiej niż kometa - zauwa­żył z namy­słem Thrawn. - Koman­dor Ham­merly? Ile księ­ży­ców mamy na odczy­tach?

- Księ­ży­ców, sir? - zapy­tała Ham­merly zbita z tropu.

Vader zwró­cił się w jej stronę. To już kolejny raz ktoś z pod­wład­nych Thrawna kwe­stio­no­wał roz­kazy admi­rała. Być może nade­szła pora, aby przy­po­mnieć im o koniecz­no­ści natych­mia­sto­wego i nie­kwe­stio­no­wa­nego posłu­szeń­stwa...

- Ach tak, sir, księ­ży­ców - dodała szybko Ham­merly.

Vader obej­rzał się na Thrawna. Nic w jego postu­rze ani wyra­zie twa­rzy nie wska­zy­wało na to, by zamie­rzał uka­rać koman­dor - czy to naganą ustną, czy też w inny spo­sób - za pod­wa­ża­nie jego roz­ka­zów. Zamiast tego wyda­wał się skłonny wysłu­chać jej odpo­wie­dzi.

Według Vadera fakt, że Thraw­nowi umknęli rebe­lianci na Atol­lo­nie mógł być spo­wo­do­wany wła­śnie bra­kiem odpo­wied­niej dys­cy­pliny wśród jego pod­wład­nych.

- Powinno być ich dzie­sięć - wyja­śnił cier­pli­wie Thrawn. - Sześć względ­nie małych, jed­nak pozo­stałe cztery dość duże, by ich wewnętrzna gra­wi­ta­cja nadała im formę sfe­ryczną.

- Czy to ma jakieś zna­cze­nie? - zapy­tał Vader.

Zatknął kciuki za pas, doj­mu­jąco czu­jąc cię­żar przy­wie­szo­nego u boku mie­cza świetl­nego.

- Nie ma tu zbyt dużo innych ele­men­tów, któ­rym mogli­by­śmy poświę­cić uwagę pod­czas podróży w tym ukła­dzie - zauwa­żył spo­koj­nie Thrawn. - Poza tym chciał­bym spraw­dzić, jak dawno temu były aktu­ali­zo­wane bazy danych "Chi­ma­ery".

Cóż, było to dość roz­sądne wyja­śnie­nie, sfor­mu­ło­wane odpo­wied­nio wywa­żo­nym tonem. Jed­nak lord Sithów nie dał się zwieść pozo­rom. Wielki admi­rał nie robił niczego bez celu - cokol­wiek powie­dział, jak­kol­wiek to sfor­mu­ło­wał, miał w tym ukryty plan. Vadera ponow­nie zaświerz­biła dłoń, zawie­szona tuż nad ręko­je­ścią mie­cza świetl­nego...

- Nie­stety, admi­rale, ale nasze odczyty są inne - zgło­siła Ham­merly, ze zmarsz­czo­nym czo­łem spo­glą­da­jąc na swój pul­pit. - Nali­czy­łam sześć księ­ży­ców... i tylko jeden ma kształt sfe­ryczny.

- Pozo­stałe cztery muszą być po dru­giej stro­nie pla­nety - powie­dział Vader, czu­jąc ukłu­cie znie­cier­pli­wie­nia. Prze­cież to oczy­wi­ste.

- Oba­wiam się, że nie - zaopo­no­wał Thrawn. - Pro­szę zauwa­żyć siatkę inte­rak­cji gra­wi­ta­cyj­nych, którą koman­dor Ham­merly nało­żyła na obraz. Wska­zuje na to, iż w ukła­dzie pla­ne­tar­nym nie ma żad­nych innych dużych mas.

Vader spoj­rzał na ekran. Nie był w sta­nie sam doko­nać obli­czeń - od tego były dro­idy - jed­nak wnio­ski wycią­gnięte przez ofi­cer czuj­ni­ków wid­niały na ekra­nie, widoczne jasno jak na dłoni.

- Czy suge­ru­jesz, że bra­ku­jące księ­życe spa­dły na powierzch­nię pla­nety? - zapy­tał.

- To mało praw­do­po­dobne - odparł Thrawn cicho, ale dobit­nie. - Cztery masy tej wiel­ko­ści zmie­ni­łyby Mokivj w pło­nące pie­kło trzę­sień ziemi i lawy.

"Cał­kiem jak Musta­far" - skwi­to­wał w myśli Vader, gło­śno zaś zapy­tał:

- W takim razie... gdzie są?

Thrawn pokrę­cił powoli głową.

- To zagadka, którą musimy roz­wią­zać.

- Nie - rzu­cił Vader.

Na mostku zapa­dła nagła cisza.

- Prze­pra­szam, lor­dzie Vader? - zapy­tał Thrawn, ostroż­nie kon­tro­lo­wa­nym gło­sem.

- Nie przy­le­cie­li­śmy tu, aby roz­wią­zy­wać przy­pad­kowe zagadki - odparł ostro lord Sithów. - Tylko aby odszu­kać źró­dło zakłó­ce­nia w Mocy, które wyczuł Impe­ra­tor. To i tylko to. Nic poza tym.

- Oczy­wi­ście - potwier­dził Thrawn. - Może się jed­nak oka­zać, że te dwie rze­czy są ze sobą powią­zane.

- Czyżby?

- Nie wiem, lor­dzie Vader - odpo­wie­dział Thrawn.

Vader przez długą chwilę bez słowa wpa­try­wał się w admi­rała, pró­bu­jąc prze­nik­nąć obcy umysł. Jeśli jed­nak za tymi lśnią­cymi oczami skry­wała się obłuda, to nie był w sta­nie jej wyczuć.

- W takim razie ruszajmy - powie­dział wresz­cie.

- Oczy­wi­ście, lor­dzie Vader. - Thrawn zwró­cił się do Faro i wydał jej roz­kaz: - Pani komo­dor, jak tylko będziemy mogli sko­czyć, pro­szę kie­ro­wać się z pełną pręd­ko­ścią na Batuu.

- Tak jest, sir - potwier­dziła Faro.

Chiss odwró­cił się z powro­tem do Vadera.

- Chciał­bym zauwa­żyć coś jesz­cze, lor­dzie Vader. Jeśli Impe­ra­tor jest świa­dom obec­no­ści źró­dła tych... zakłó­ceń w tej czę­ści prze­strzeni kosmicz­nej, to moż­liwe, że źró­dło to jest rów­nież świa­dome two­jej obec­no­ści.

Ow­szem, Vade­rowi rów­nież przy­szło to do głowy. Myślał o tym nie­jed­no­krot­nie.

- Być może - odparł. - Acz­kol­wiek sama świa­do­mość nie ozna­cza przy­go­to­wa­nia na tę obec­ność.

- Nie - przy­znał cicho Thrawn. Być może wielki admi­rał rów­nież wra­cał myślami do odle­głych, nie­zbyt miłych wspo­mnień. - Nie ozna­cza.

Rozdział 2

- Wiesz co? Jedno ci powiem, Artoo - ode­zwał się ponuro Ana­kin, odcze­pia­jąc swój myśli­wiec Eta-2 Actis od pier­ście­nia hiper­na­pędu. - Jeśli Padmé coś się stało, ktoś na Batuu będzie to bar­dzo, ale to bar­dzo nie­przy­go­to­wany na to, co mu się już wkrótce przy­da­rzy.

R2-D2 zaćwier­kał potwier­dza­jąco. Wypro­wa­dza­jąc actisa z pier­ście­nia i kie­ru­jąc się ku wid­nie­ją­cej w dole pla­ne­cie, Ana­kin pomy­ślał, że to była wła­śnie jedna z cech, które naj­bar­dziej cenił u R2-D2: jego nie­usta­jący entu­zjazm do podą­ża­nia za swoim panem nie­za­leż­nie od tego, jak nie­bez­pieczna czy trudna mogła się oka­zać nowa misja.

Tutaj jed­nak trud­no­ści mogło nastrę­czać samo odna­le­zie­nie drogi...

Jeśli cho­dzi o ści­słość, to rzadko musiał się mie­rzyć z podob­nymi pro­ble­mami. Flota sepa­ra­ty­stów w prze­strzeni kosmicz­nej była zazwy­czaj wielka i widoczna na pierw­szy rzut oka, zaś na pla­ne­tach klu­czowe miej­sca można było łatwo roz­po­znać dzięki kłę­bom dymu i wymia­nie bla­ste­ro­wych strza­łów. Rzadko zda­rzało się, by siły Repu­bliki docie­rały na pole walki jako pierw­sze, a gdy już do tego docho­dziło, ktoś wska­zy­wał im, w któ­rym miej­scu roz­poczną się star­cia.

Jed­nak tutaj, na Batuu, było ina­czej. Nie mógł liczyć na żadne wska­zówki. Mimo wszystko pla­neta nale­żała do słabo roz­wi­nię­tych - ska­nery jego sta­teczku zare­je­stro­wały jedy­nie kilka pla­có­wek i nie­wiel­kich spo­łecz­no­ści para­ją­cych się han­dlem. Wia­do­mość, którą Duja prze­słała Padmé, została nadana z jed­nej z więk­szych osad, poste­runku Black Spire. Jeśli Ana­kin nie znaj­dzie tam obu kobiet, prze­szuka kolejną kolo­nię, a potem następną - dopóki nie trafi na jakiś ślad.

R2-D2 wpi­sał już w kom­pu­ter nawi­ga­cyjny odpo­wied­nie współ­rzędne. Rzu­ciw­szy ostatni raz okiem na wyświe­tlacz nawi­ga­cyjny, Ana­kin skie­ro­wał swo­jego actisa ku hory­zon­towi i prze­kie­ro­wał do sil­nika wię­cej mocy.

Nie­spo­dzie­wa­nie R2-D2 zaświer­go­tał ostrze­gaw­czo.

- O co cho­dzi? - zapy­tał Jedi, ze zmarsz­czo­nym czo­łem popa­tru­jąc na wyświe­tlacz tyl­nych kamer.

Poczuł na karku dziwne mro­wie­nie. Zoba­czył na ekra­nie sta­tek - jed­nostkę wiel­ko­ści śred­niego frach­towca, ale ten model nie był mu znany.

Sta­tek zatrzy­mał się na orbi­cie tuż obok jego pier­ście­nia nad­prze­strzen­nego...

Ana­kin mógł zare­ago­wać tylko w jeden spo­sób. Pier­ścień był jego jedy­nym spo­so­bem na wydo­sta­nie się z układu. Jeśli intruz go ukrad­nie... albo co gor­sza, znisz­czy, Sky­wal­ker utknie tu, dopóki nie zdoła wysłać wia­do­mo­ści na Coru­scant. Szarp­nąw­szy gwał­tow­nie drąż­kiem ste­row­ni­czym, zawi­nął cia­snym łukiem i skie­ro­wał się z powro­tem do pier­ście­nia, wyko­nu­jąc po dro­dze beczkę, aby upew­nić się, że w oko­licy nie czy­hają inne nie­spo­dzianki.

Wyglą­dało jed­nak na to, że nie­pro­szony gość jest sam. Ana­kin wyrów­nał kurs, spraw­dził, czy R2-D2 dopil­no­wał, by działka lase­rowe były nała­do­wane i gotowe do strzału, po czym dotknął przy­ci­sku na module łącz­no­ści.

- Załogo nie­zna­nego statku, tu gene­rał Repu­bliki Galak­tycz­nej Ana­kin Sky­wal­ker - rzu­cił do mikro­fonu. - Przed­staw się i określ cel swo­jej wizyty w tym ukła­dzie.

Cisza. Może nie nada­wali na żad­nej ze stan­dar­do­wych czę­sto­tli­wo­ści Repu­bliki?

Nie­wy­klu­czone też, że na tym wygwiz­do­wie nie mówili po pro­stu w basicu galak­tycz­nym...

Ana­kin zaci­snął wargi, stu­diu­jąc w myśli listę zna­nych mu narze­czy han­dlo­wych. Wła­dał cał­kiem nie­źle hut­tyj­skim i jawa­skim, ale Batuu leżało daleko poza tere­nem wpły­wów Hut­tów. Meese caulf? Cóż, znaj­do­wał się dość daleko, by ten język nie był tu zbyt popu­larny, ale posta­no­wił zary­zy­ko­wać.

- Załogo nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego statku, tu gene­rał Repu­bliki Galak­tycz­nej Ana­kin Sky­wal­ker - powtó­rzył, sta­ra­jąc się naj­le­piej, jak zdo­łał, for­mu­ło­wać słowa w meese caulf; liczył na to, że nie pomy­lił kon­struk­cji gra­ma­tycz­nej. - Doko­nu­jesz nie­au­to­ry­zo­wa­nej inge­ren­cji w misję Repu­bliki i zagra­żasz bez­pie­czeń­stwu jej mie­nia. Roz­ka­zuję ci wyco­fać się i wyle­gi­ty­mo­wać.

- Pozdra­wiam cię - odpo­wie­dział mu spo­kojny głos w tym samym języku. - Czy przed­sta­wi­łeś się jako gene­rał Sky­wal­ker?

- Ow­szem - potwier­dził Ana­kin, marsz­cząc czoło. - Dla­czego pytasz? Czy o mnie sły­sza­łeś?

- Nie, nic podob­nego - zapew­nił go roz­mówca. - Zasko­czy­łeś mnie po pro­stu. Możesz być pewien, że nie mam złych zamia­rów wobec two­jego sprzętu. Chcia­łem się po pro­stu lepiej przyj­rzeć temu inte­re­su­ją­cemu urzą­dze­niu.

- Miło sły­szeć - skwi­to­wał Ana­kin. - No to... chyba się już napa­trzy­łeś. Wyco­faj się teraz zgod­nie z pole­ce­niem.

W gło­śniku przez chwilę pano­wała cisza, ale w końcu, jakby nie­chęt­nie, nie­znany sta­tek odsu­nął się od pier­ście­nia.

- Czy mogę spy­tać, co spro­wa­dza emi­sa­riu­sza Repu­bliki w tę część prze­strzeni kosmicz­nej? - zain­te­re­so­wał się intruz.

- A czy ja mogę spy­tać, dla­czego cię to inte­re­suje? - odwark­nął Ana­kin. Zda­wał sobie sprawę, że jest nie­zbyt grzeczny, jed­nak nie był w nastroju do uprzej­mo­ści. Każda minuta, którą spę­dzał tutaj, pil­nu­jąc, by temu włó­czę­dze nie strze­liło do głowy coś głu­piego, ozna­czała jed­no­cze­śnie minutę, którą trwo­nił bez­owoc­nie, zamiast szu­kać Padmé. - Możesz ruszać w drogę w każ­dej chwili.

- W drogę...?

- Możesz pod­jąć prze­rwaną podróż - wyja­śnił znie­cier­pli­wiony Ana­kin. - Lecieć tam, dokąd się wybie­ra­łeś, zanim zatrzy­ma­łeś się, by przyj­rzeć się mojemu pier­ście­niowi hiper­na­pędu.

Znowu cisza. Obcy sta­tek ku roz­draż­nie­niu Ana­kina prze­rwał swój lot w bok i okrą­żał teraz pier­ścień, odda­lony od niego o jakieś sto metrów - na­dal zbyt bli­sko, by Sky­wal­ker czuł się kom­for­towo.

- Tak, mógł­bym lecieć tam, dokąd się wybie­ra­łem - przy­tak­nął intruz z iry­tu­ją­cym spo­ko­jem. - Moż­liwe jed­nak, że bar­dziej przy­dał­bym ci się pod­czas two­jej misji.

R2-D2 zaćwier­kał zbity z tropu.

- Mówi­łem ci już, że wypeł­niam misję dla Repu­bliki - przy­po­mniał mu Ana­kin. - To nie jest jakaś... eska­pada.

- Tak, pamię­tam, co powie­dzia­łeś - zapew­nił nie­zna­jomy. - Ale ciężko mi uwie­rzyć, że będąca w sta­nie wojny Repu­blika wysłała na misję jed­nego czło­wieka w samot­nym myśliwcu. Bar­dziej praw­do­po­dobne wydaje mi się, że twoja misja ma cha­rak­ter pry­watny.

- Wypeł­niam misję - wyce­dził Jedi. Zaczy­nał się naprawdę iry­to­wać. - Zle­coną mi oso­bi­ście przez naj­wyż­szego kanc­le­rza Pal­pa­tine'a. - Ma się rozu­mieć, Pal­pa­tine nie miał poję­cia o tym, iż Ana­kin jest tutaj, nie mówiąc już o auto­ry­zo­wa­niu tej misji. Jeśli jed­nak ten obcy sły­szał o woj­nach klo­nów, z pew­no­ścią znał też nazwi­sko Pal­pa­tine, a wzmianka o kanc­le­rzu mogła przy­dać Ana­kinowi wia­ry­god­no­ści i powagi w oczach nie­zna­jo­mego. - I nie mam czasu na bzdury.

- Racja - zgo­dził się jego roz­mówca. - Być może lepiej byłoby, gdy­bym wska­zał ci po pro­stu loka­li­za­cję statku, któ­rego szu­kasz.

Ana­kin zaci­snął moc­niej dłoń na drążku ste­row­ni­czym.

- Słu­cham? - rzu­cił cichym, ostrze­gaw­czym tonem.

- Wiem, gdzie wylą­do­wał Nubian - wyja­śnił intruz. - I wiem, że jego pilot zagi­nął.

Sky­wal­ker zaci­snął szczęki.

- A więc... prze­chwy­ci­łeś pry­watną wia­do­mość?

- Mam wła­sne źró­dła danych - oznaj­mił spo­koj­nym gło­sem nie­zna­jomy. - Podob­nie jak ty szu­kam infor­ma­cji, na ten i na inne tematy. I podob­nie jak ty jestem sam, bez dosta­tecz­nych środ­ków na prze­pro­wa­dze­nie peł­nego śledz­twa. Być może zawar­cie soju­szu umoż­li­wi­łoby nam oby­dwu odna­le­zie­nie odpo­wie­dzi, któ­rych szu­kamy?

- To... cie­kawa pro­po­zy­cja - przy­znał Ana­kin. Teraz był w końcu dość bli­sko. Wziął głę­boki oddech, roz­cią­gnął zmy­sły poprzez Moc...

Intruz nie był czło­wie­kiem, tyle Ana­kin zdą­żył wyde­du­ko­wać. Był jed­nak przed­sta­wi­cie­lem rasy huma­no­idal­nej, jakich wielu można było spo­tkać w Repu­blice. Tyle tylko że... siatka jego umy­słu nie przy­po­mi­nała niczego, z czym gene­rał Jedi miał do tej pory do czy­nie­nia. Była upo­rząd­ko­wana i schludna; ścieżki myśli bie­gły gładko, ukie­run­ko­wane pre­cy­zyj­nie, w spo­sób przy­po­mi­na­jący nieco tok myśle­nia naukow­ców lub mate­ma­ty­ków. Nato­miast treść stru­mieni tych myśli, a także towa­rzy­szące im stłu­mione emo­cje były dla niego kom­plet­nie nie­czy­telne - cał­kiem jakby patrzył na upo­rząd­ko­wane sze­regi nie­zna­nych cyfr.

Obcy nie był rów­nież sam - na pokła­dzie jego statku znaj­do­wała się jesz­cze jedna osoba.

- Wspo­mnia­łeś, że jest nas tylko dwóch - pod­jął Ana­kin, bio­rąc na cel miej­sce, w któ­rym jak sądził, znaj­do­wał się hiper­na­pęd statku. Jeśli intruz go okła­mał w tej jed­nej kwe­stii, praw­do­po­dob­nie mijał się z prawdą rów­nież w innych.

Co gor­sza, naj­bar­dziej praw­do­po­dobną przy­czyną kłam­stwa doty­czą­cego statku Padmé mógł być fakt, iż nie­zna­jomy był w jakiś spo­sób zamie­szany w jej znik­nię­cie... A jeśli rze­czy­wi­ście tak było, Ana­kin chciał go tu przy­trzy­mać, dopóki nie uzy­ska praw­dzi­wych odpo­wie­dzi.

- Tak - potwier­dził intruz. - Plus, oczy­wi­ście, mój pilot i twój droid.

Sky­wal­ker zamarł z pal­cem na spu­ście.

- Nie wspo­mi­na­łeś o pilo­cie.

- Ty rów­nież nie wspo­mnia­łeś o swoim dro­idzie - wytknął gładko nie­zna­jomy. - A jako że żaden z nich nie będzie poma­gał nam w pro­wa­dze­niu śledz­twa, uzna­łem, że nie mają zna­cze­nia dla naszej roz­mowy.

- Artoo zazwy­czaj towa­rzy­szy mi pod­czas moich misji.

- Czyżby? - zacie­ka­wił się obcy. - To inte­re­su­jące. Nie byłem świa­dom, że te urzą­dze­nia mogą słu­żyć do cze­goś poza nawi­ga­cją. Czy nasz sojusz pozo­staje w mocy?

Ana­kin łyp­nął gniew­nie na zbłą­kany sta­tek. Jeśli ta druga osoba naprawdę była tylko pilo­tem, może rze­czy­wi­ście było to nie tyle kłam­stwo, co zwy­kłe, nie­pły­nące ze złych inten­cji prze­ocze­nie? Cho­ciaż wojna trwała już tak długo, nie­któ­rzy z repu­bli­kań­skich poli­ty­ków na­dal nie uzna­wali klo­nów za istoty ludz­kie. Może z jakichś nie­zna­nych powo­dów kul­tura, z któ­rej pocho­dził obcy, uzna­wała pilo­tów za podob­nych oby­wa­teli dru­giej kate­go­rii?

- W takim razie... jakich odpo­wie­dzi szu­kasz?

- Chciał­bym lepiej zro­zu­mieć ten kon­flikt, w który jesteś uwi­kłany - wyja­śnił intruz. - Szu­kam infor­ma­cji na temat dobra i zła, porządku i cha­osu, siły i sła­bo­ści, celu i reak­cji. - Zamilkł na chwilę, a gdy znów prze­mó­wił, w jego gło­sie brzmiały ofi­cjalne nuty: - Pyta­łeś o moją toż­sa­mość. Teraz jestem przy­go­to­wany, by ci ją ujaw­nić. Jestem koman­dor Mitth'raw'nuru­odo, ofi­cer Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej, sługa Dyna­stii Chis­sów. W imie­niu mojego ludu pro­szę cię o pomoc w przy­bli­że­niu nam infor­ma­cji o tym kon­flik­cie, zanim dosię­gnie naszych świa­tów.

- Rozu­miem - odparł Ana­kin ostroż­nie.

Od dawna już krą­żyły plotki na temat potęż­nych cywi­li­za­cji ist­nie­ją­cych poza gra­ni­cami Dzi­kiej Prze­strzeni. Czyżby ta cała... Dyna­stia Chis­sów była jedną z nich? A jeśli tak, to czy ist­niał choć cień szansy, by prze­ko­nać ich do udziału w tej woj­nie po stro­nie Repu­bliki? Jeśli to moż­liwe, to sam ten fakt ozna­czał, że warto doga­dać się z tym Mitth'raw'nuru­odo, czy jak mu tam.

- W porządku - powie­dział. - Zatem... w imie­niu kanc­le­rza Pal­pa­tine'a i Repu­bliki Galak­tycz­nej przyj­muję twoją pro­po­zy­cję.

- Dosko­nale - skwi­to­wał Mitth'raw'nuru­odo. - W takim razie może zaczniesz od wyja­wie­nia mi praw­dzi­wego powodu two­jej misji?

- Wyda­wało mi się, że już go znasz - odparł Ana­kin, czu­jąc znów na karku nie­przy­jemne mro­wie­nie. - Wiesz o statku Padmé.

- Masz na myśli Nubiana? - Obcy znów na chwilę zamilkł i Ana­kin odniósł wra­że­nie, że na dru­gim końcu połą­cze­nia Mitth'raw'nuru­odo wzru­sza ramio­nami. - Wyglą­dem nie przy­po­mi­nał żad­nego ze stat­ków, które widzia­łem w tym regio­nie. Zde­cy­do­wa­nie róż­nił się od nich także sys­te­mem zasi­la­nia. Twoja jed­nostka wyka­zuje podobne cechy. Wydało mi się zatem logiczne, iż mam do czy­nie­nia z jed­nym obcym szu­ka­ją­cym swo­jego... pobra­tymcy.

- Och. - Ana­kin musiał przy­znać, że Mitth'raw'nuru­odo udzie­lał szyb­kich i roz­sąd­nych odpo­wie­dzi na każde zadane pyta­nie. - Masz rację, Nubian to jeden z naszych stat­ków - potwier­dził. - Podró­żo­wała nim repu­bli­kań­ska amba­sa­dorka, aby zdo­być tu dane od infor­ma­tora. Gdy nie skon­tak­to­wała się z nami w uzgod­nio­nym ter­mi­nie, wysłano mnie, bym ją odszu­kał.

- Rozu­miem - powie­dział Mitth'raw'nuru­odo. - Czy ten infor­ma­tor... to osoba godna zaufa­nia?

- Tak.

- Jesteś tego pewien?

- Amba­sa­dorka była z całą pew­no­ścią.

- A więc zdrada raczej nie wcho­dzi w rachubę. Czy infor­ma­tor skon­tak­to­wał się z wami?

- Nie.

- W takim razie naj­bar­dziej praw­do­po­dobny sce­na­riusz to wypa­dek lub porwa­nie - stwier­dził z namy­słem Mitth'raw'nuru­odo. - Musimy wylą­do­wać, aby dowie­dzieć się, co się dokład­nie wyda­rzyło.

W końcu...!

- Wła­śnie to pla­no­wa­łem, gdy wsze­dłeś mi w paradę - wark­nął Ana­kin. - Wspo­mnia­łeś, że wiesz, gdzie jest jej sta­tek?

- Mogę wysłać ci współ­rzędne - usły­szał w module łącz­no­ści. - Sądzę jed­nak, że dogod­niej­szym roz­wią­za­niem byłoby, gdy­byś prze­siadł się na pokład naszego statku. Mam prom z miej­scami dla dwóch pasa­że­rów, któ­rym mogli­by­śmy lecieć razem...

Sky­wal­ker uśmiech­nął się pod nosem. O tak, nie miał nic prze­ciwko temu, by rozej­rzeć się po wnę­trzu statku Mitth'raw'nuru­odo. Wręcz prze­ciw­nie, jeśli cho­dzi o ści­słość. Jed­nak... nie był jesz­cze na to gotów. Nie, dopóki Chiss nie zdo­bę­dzie jego zaufa­nia.

- Dzięki, ale polecę wła­snym stat­kiem - stwier­dził. - Jak już wspo­mnia­łem, moż­liwe, że tam na dole będziemy potrze­bo­wali pomocy Artoo.

- W porządku. - Nawet jeśli Mitth'raw'nuru­odo poczuł się ura­żony tym, że repu­bli­kań­ski gene­rał odrzu­cił jego pro­po­zy­cję, jego głos tego nie zdra­dzał. - Pozwól zatem, że polecę przo­dem.

- Jasne - potwier­dził Jedi. Tak czy ina­czej wolał mieć Chissa w zasięgu dzia­łek lase­ro­wych swo­jego statku, tak na wszelki wypa­dek. - Daj znać, gdy będziesz gotów.

- Natych­miast poczy­nię odpo­wied­nie przy­go­to­wa­nia - zapew­nił Mitth'raw'nuru­odo. - Jeśli nie masz nic prze­ciwko, chciał­bym wspo­mnieć o jesz­cze jed­nej rze­czy. Wiele ras ma pro­blem z wła­ściwą wymową chis­sań­skich imion. Z tego względu pro­po­nuję, abyś zwra­cał się do mnie rdze­niem mojego przy­domku. Mów mi Thrawn.

- To dla mnie nie pro­blem, Mitth'raw'nuru­odo - zapew­nił Ana­kin. Czy ta istota naprawdę musiała robić wszystko, by zacho­wy­wać się tak dener­wu­jąco i słu­żal­czo? - Chyba dam radę.

- Mitth'raw'nuru­odo - powtó­rzył z naci­skiem obcy.

- Tak wła­śnie powie­dzia­łem - odparł Ana­kin. - Mitth'raw'nuru­odo.

- Pra­wi­dłowa wymowa brzmi: Mitth'raw'nuru­odo.

- Tak. Mitth'raw'nuru­odo.

- Mitth'raw'nuru­odo.

Ana­kin zaci­snął zęby. Sły­szał róż­nicę - nie­znaczną - mię­dzy wymową swoją a obcego, ale nie miał poję­cia, w jaki spo­sób popra­wić wła­sną wer­sję.

- W porządku - wark­nął. - Niech będzie Thrawn.

- Dzię­kuję - powie­dział Mitth'raw'nuru­odo Thrawn. - To nam wiele uła­twi. Mój prom jest gotowy. Lećmy.

Sta­tek Padmé stał na nie­wiel­kiej polance w lesie odda­lo­nym o jakieś trzy­dzie­ści kilo­me­trów od osady Black Spire. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do więk­szo­ści pola­nek, które Ana­kin miał oka­zję oglą­dać - jak rów­nież tej, na któ­rej posa­dził swo­jego actisa kilo­metr dalej - tę od góry prze­sła­niały gałę­zie, które sku­tecz­nie masko­wały pozo­sta­wioną tu maszynę. Pro­wa­dzący do niej wąski kory­tarz wśród drzew zapew­niał dosko­nały dostęp do tego miej­sca, umoż­li­wia­jąc podej­ście bez ścią­ga­nia na sie­bie uwagi i pozo­sta­wia­nia śla­dów.

Oka­zało się też, że nie są tu sami. W pobliżu włazu zastali dwóch nie­zbyt przy­jaź­nie wyglą­da­ją­cych męż­czyzn, a także dwoje nie­lu­dzi, przed­sta­wi­cieli róż­nych ras. W trans­por­tow­cach zapar­ko­wa­nych na skraju polany cze­kało kolej­nych pię­ciu ludzi. Postawy i język ciała całej dzie­wiątki zdra­dzały znie­cier­pli­wie­nie. Grupka przy statku była uzbro­jona w pal­niki, któ­rymi pró­bo­wała prze­ciąć mecha­nizm blo­kady włazu.

Ana­kin łyp­nął na nich gniew­nie ze swo­jej kry­jówki za drze­wem, zaci­ska­jąc ner­wowo palce na ręko­je­ści mie­cza świetl­nego. On i Thrawn musieli wylą­do­wać w róż­nych miej­scach i Jedi obie­cał obcemu, że zaczeka, dopóki Chiss się nie zjawi, tak aby mogli roz­po­cząć śledz­two wspól­nie.

Tyle tylko że to było... zanim Sky­wal­ker zoba­czył grupę pró­bu­jącą się wła­mać do statku. Co wię­cej, sam fakt, iż nie wyczu­wał w pobliżu Padmé, nie ozna­czał, że nie mogła wciąż prze­by­wać na pokła­dzie - być może ranna lub nie­przy­tomna.

A to dia­me­tral­nie zmie­niało postać rze­czy. Cze­ka­nie na nowego sojusz­nika w sytu­acji, gdy nic się nie działo, to jedno, ale cze­ka­nie, pod­czas gdy Padmé mogła być w nie­bez­pie­czeń­stwie... to coś zupeł­nie innego.

Za jego ple­cami R2-D2 zaświer­go­tał cicho, pyta­jąco.

- Nie, nie, ty zostań tutaj, Artoo - mruk­nął Ana­kin. - Jeśli będę potrze­bo­wał wspar­cia, dam ci znać. I tym razem trzy­maj się z dala od linii ognia, dobrze?

R2-D2 zaćwier­kał z urazą.

- Powie­dzia­łem: nie - powtó­rzył sta­now­czo Sky­wal­ker. Nie dalej jak mie­siąc temu mecha­nicy spę­dzili trzy dni na skła­da­niu dro­ida w całość po tym, jak tra­fił go strzał oddany przez superdro­ida bojo­wego B2-RP. Tylko dla­tego, że mały astro­mech chciał zoba­czyć, co się dzieje.

R2-D2 zapro­te­sto­wał słabo raz jesz­cze, ale szybko zamilkł.

Rozej­rzaw­szy się ostatni raz ostroż­nie dookoła, aby upew­nić się, że nic go nie zasko­czy, Ana­kin wyszedł zza drzewa i wkro­czył na polanę.

- Stać! - zawo­łał.

Wszy­scy obecni zwró­cili się w jego stronę. Pal­niki zga­sły, gdy obsłu­gu­jący je męż­czyźni obej­rzeli się zasko­czeni w kie­runku źró­dła głosu. Jedi ruszył w ich stronę, obser­wu­jąc czuj­nie grupkę przy wła­zie i wie­rząc, że Moc ostrzeże go przed ewen­tu­al­nym zagro­że­niem ze strony kie­row­ców pojaz­dów.

Uszedł led­wie pięć kro­ków, gdy kątem oka zauwa­żył, jak męż­czyźni w dwóch skraj­nie usta­wio­nych śmi­ga­czach wyj­mują z kabur bla­stery. Zro­bił kolejny krok, prze­sta­wia­jąc umysł i ciało w tryb goto­wo­ści bojo­wej...

Podwójna wizja: Moc uka­zu­jąca mu chwilę obecną, na którą nakłada się per­spek­tywa przy­szło­ści. Przez mgnie­nie oka dane mu jest zer­k­nąć za zasłonę przy­szłych wyda­rzeń. Dwa strzały oddane przez ope­ra­to­rów dwu maszyn, pierw­szy z nich prze­szywa jego pierś, drugi tra­fia w bok...

Jego miecz świetlny obu­dził się z sykiem do życia.

Ana­kin zawi­nął klingą, odbi­ja­jąc pierw­szy strzał, potem drugi i zamarł.

Przez jakieś dwie sekundy nic się nie działo. Wszy­scy trwali w bez­ru­chu, a potem - jak na komendę - pozo­stała sió­demka wyszarp­nęła z kabur wła­sne bla­stery i otwo­rzyła ogień...

Podwójna wizja: bla­ste­rowe strzały lecące w stronę jego tuło­wia, boków i głowy... Moc przy­spie­sza­jąca jego reak­cje i spo­wol­nia­jąca czas - poru­sza­jąca jego dło­nią tak szybko, że nie spo­sób nadą­żyć za nią wzro­kiem... nie tylko odbi­ja­jąca strzały, ale posy­ła­jąca je z powro­tem ku napast­ni­kom, któ­rzy je oddali.

Na pierw­szą falę ataku Ana­kin zare­ago­wał w spo­sób, który Obi-Wan zwykł okre­ślać jako dawa­nie napast­ni­kom dru­giej szansy. Odbił strzały w stronę lasu, zamiast kie­ro­wać je ku strze­la­ją­cym. Teraz jed­nak, gdy sto­su­nek sił wyno­sił dzie­więć do jed­nego, nie mógł sobie pozwo­lić na ryzyko.

Podwójna wizja: strzały lecące w stronę jego piersi i głowy - kon­tro­lo­wane z naj­wyż­szą pre­cy­zją, odsy­łane w stronę rąk, nóg, ramion. Jed­nak nie tak, aby zabić, tylko by zra­nić, unie­ru­cho­mić i prze­mó­wić do roz­sądku. Jeśli Padmé tu nie było, może oni wie­dzieli, gdzie jej szu­kać. A jeśli była tu... i zro­bili jej krzywdę... Ci, któ­rzy się tego dopu­ścili, pocier­pią jesz­cze nieco, nim zginą.

Podwójna wizja: strzały lecące w stronę jego głowy i tuło­wia... Atak traci na sile, gdy ranni napast­nicy wstrzy­mują ogień...

- Kunesu! - roz­legł się nagle czyjś głos i atak ustał rów­nie nagle, jak się roz­po­czął.

Ana­kin odcze­kał kilka sekund, by się upew­nić, że napast­nicy nie podejmą ostrzału, a potem opu­ścił miecz świetlny nieco w dół i rozej­rzał się dookoła.

Kilka metrów od skraju polanki, tro­chę na ubo­czu, stał wysoki, szczu­pły męż­czy­zna, który jed­nak nie nale­żał do rasy ludz­kiej. Oczy huma­no­ida lśniły czer­wono, jego skóra miała błę­kitny odcień, a włosy były gra­na­to­wo­czarne. Miał na sobie czarny, woj­sko­wego kroju mun­dur z ciem­no­czer­woną pla­kietką na jed­nym ramie­niu i srebr­nymi bel­kami na koł­nie­rzyku. Na jego pra­wym bio­drze spo­czy­wała w kabu­rze broń nie­zna­nego Sky­wal­ke­rowi typu, a na lewym wisiał przy­pa­sany wąski cylin­der wiel­ko­ści z grub­sza mie­cza świetl­nego.

Thrawn.

Przez chwilę nikt się nie odzy­wał i wszy­scy trwali w bez­ru­chu, z wyjąt­kiem osób w śmi­ga­czach, w mil­czą­cym cier­pie­niu przy­glą­da­ją­cych się ranom od ich wła­snej broni. Thrawn powoli powiódł wzro­kiem po ludziach i maszy­nach, po czym prze­mó­wił znów w języku, któ­rego Ana­kin nie roz­po­zna­wał.

- Artoo? - Sky­wal­ker przy­wo­łał cicho swo­jego dro­ida.

Astro­mech odćwierk­nął jed­nak prze­cząco. A więc on rów­nież nie rozu­miał, co mówi obcy.

W zasa­dzie nie powinno Ana­kina to dzi­wić. Prze­lot­nie poża­ło­wał, że w Acti­sie nie było dość miej­sca, by zmie­ścił się tam rów­nież C-3PO.

Gdy chis­sań­ski koman­dor skoń­czył mówić, odpo­wie­dział mu jeden z męż­czyzn przy statku. Chiss prze­mó­wił ponow­nie, otrzy­mał kolejny raz odpo­wiedź, tym razem popartą gestem dłoni z bla­ste­rem. Jedi znów ostrze­gaw­czo pod­niósł swój miecz świetlny, jed­nak męż­czyzna nie zdra­dzał chęci otwo­rze­nia ognia. Przez jakąś minutę Chiss i męż­czyzna roz­ma­wiali w nie­zna­nym języku, dopóki w odpo­wie­dzi na słowa Thrawna męż­czyzna nie zawo­łał do reszty grupy, któ­rej człon­ko­wie zare­ago­wali na jego komen­tarz, cho­wa­jąc bla­stery do kabur. Wów­czas Thrawn prze­niósł wzrok na Ana­kina i wezwał go do sie­bie gestem. Sky­wal­ker obrzu­cił jesz­cze raz spoj­rze­niem polankę, a potem wyłą­czył miecz i pod­szedł do Chissa.

- Gene­rał Sky­wal­ker, jak mnie­mam? - zapy­tał go Thrawn w meese caulf, gdy Ana­kin zatrzy­mał się przed nim.

- Ow­szem - potwier­dził Jedi. - Co to ma zna­czyć? Kim oni są?

- Twier­dzą, że są zwy­kłymi kup­cami - poin­for­mo­wał go Thrawn.

- Uzbro­jo­nymi kup­cami?

- Więk­szość podróż­ni­ków w tej czę­ści prze­strzeni kosmicz­nej ma broń - zauwa­żył Chiss. - Twier­dzą, że par­kują tu zazwy­czaj swój sta­tek i zde­ner­wo­wali się, gdy zoba­czyli, że ktoś zajął ich miej­sce. Kiedy nie udało im się skon­tak­to­wać z oso­bami prze­by­wa­ją­cymi na pokła­dzie, posta­no­wili wedrzeć się do środka, aby udzie­lić im pomocy, gdyby oka­zało się to konieczne.

- Och, nie wąt­pię - par­sk­nął Ana­kin, nie spusz­cza­jąc z oka męż­czyzn w pobliżu włazu. Widać było na pierw­szy rzut oka, że nie są zbyt zado­wo­leni z takiego obrotu spraw, ale żaden z nich nie wyda­wał się skory do pono­wie­nia ataku. - Wie­rzysz im?

- Czę­ściowo - odparł Thrawn. - Bez dwóch zdań to prze­myt­nicy, a nie zwy­kli kupcy. Co wię­cej, nie jestem prze­ko­nany, by pró­bo­wali skon­tak­to­wać się z załogą statku, o ile prze­bywa na pokła­dzie, zanim pod­jęli próbę wej­ścia na pokład. Jestem jed­nak skłonny uwie­rzyć, że wście­kli się, gdy oka­zało się, że miej­sce, które spo­dzie­wali się zna­leźć wolne, jest zajęte.

Ana­kin zer­k­nął na skrzy­nie usta­wione na pakach trans­por­te­rów. Nie potra­fił sobie wyobra­zić innych powo­dów, dla któ­rych mie­liby je tu spro­wa­dzać, poza chę­cią zała­do­wa­nia ich na inny sta­tek. Chyba że chcieli je zała­do­wać na ten sta­tek...

- Praw­do­po­dob­nie wie­dzieli, że sta­tek Padmé tu jest, i pla­no­wali go ukraść - wyce­dził przez zęby.

- Nie - zapro­te­sto­wał Thrawn. - Zwróć uwagę na liczbę skrzyń zała­do­wa­nych na każdy pojazd i na to, jak nisko maszyny opa­dły pod ich cię­ża­rem. Ładu­nek jest zbyt ciężki, żeby zdo­łali go prze­nieść na pokład ręcz­nie.

- Chyba że mają pod­no­śniki.

- Na pokła­dzie tych trans­por­tow­ców nie zmie­ściłby się sprzęt odpo­wied­nich gaba­ry­tów.

Ana­kin ze skwa­szoną miną poki­wał głową.

- Co ozna­cza, że pod­no­śniki są na ich statku. A ponie­waż nie mogą wie­dzieć, czy na pokła­dzie tego, który tu zastali, znajdą takie maszyny, nie ma sensu go kraść.

- Ujął­bym to kon­kret­niej - uści­ślił Thrawn. - Ten sta­tek na pierw­szy rzut oka da się ziden­ty­fi­ko­wać jako jed­nostkę dyplo­ma­tyczną lub pasa­żer­ską. To mało praw­do­po­dobne, by jego wypo­sa­że­nie obej­mo­wało sprzęt roz­ła­dun­kowy.

- Czy w ogóle na jego pokła­dzie byłoby dość miej­sca - przy­znał Sky­wal­ker, czu­jąc w ustach gorzki posmak porażki. - W takim razie, jeśli to nie oni odpo­wia­dają za znik­nię­cie Padmé, to kto?

- Na to pyta­nie nie znamy jesz­cze odpo­wie­dzi - powie­dział Thrawn. - I oni raczej rów­nież jej nie znają. Co chcesz z nimi zro­bić?

Ana­kin zmarsz­czył czoło.

- Słu­cham?

- Jesteś gene­ra­łem - przy­po­mniał Thrawn. - Ja koman­do­rem. Sto­isz wyżej ode mnie w hie­rar­chii woj­sko­wej.

Jedi spoj­rzał na niego ostro. Czyżby Chiss sobie z niego drwił?

- Odno­szę wra­że­nie, że jesteś spe­cja­li­stą od tego regionu - zauwa­żył. - Ponadto znasz ich język. - Kiw­nął głową w stronę prze­myt­ni­ków. - Nie mówiąc już o tym, że i oni cię znają. A przy­naj­mniej roz­po­znają mun­dur.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki