Star Wars. Szkarłatne szlify - E.K. Johnston

Kup ebooka

40.00 zł
34.00 zł (33,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Przez dzie­sięć bez­tro­skich sekund pozwala sobie na myśli o życiu, jakie wio­dłaby, gdyby tylko sprawy poto­czyły się nieco ina­czej.

Pie­nią­dze. Sta­tek. Han. Jaka­kol­wiek praca. Szczery uśmiech na jego wspo­mnie­nie, nie ta maska, którą przy­wdziewa, by prze­żyć.

Zawsze jed­nak spo­glą­da­łaby przez ramię, bo prze­cież nie robiłby tego on. Uznała, że ochroni Hana naj­le­piej, jeśli puści go wolno.

A sie­bie samą - jeśli tu zosta­nie.

Sygnał tur­bo­windy wytrąca ją z roz­my­ślań, ale i tak już pod­jęła decy­zję. Nie wie, kto jesz­cze pozo­stał przy życiu na tym statku, ale pal licho, kogo zoba­czy, gdy roz­suną się drzwi - wie, jakie podej­mie kroki.

Toż­sa­mość osoby opusz­cza­ją­cej kabinę nie dziwi jej znów aż tak. Nie wie­działa wpraw­dzie, że prze­bywa na pokła­dzie, bo Vos skrzęt­nie skry­wał swoje tajem­nice, a Qi'ra nie­szcze­gól­nie miała czas, by je zgłę­bić, gdy przy­byli z Hanem, przy­wo­żąc coaxium. Może nie sądził, że to ważne. Dry­den Vos rzadko kiedy lek­ce­wa­żył prze­ciw­ni­ków, ale nie to, że ni­gdy. Ona sama jest tego żywym przy­kła­dem, a on - przy­kła­dem mar­twym.

Żadna z nich nie jest ubrana do walki, ale obie są do niej gotowe. Długa suk­nia nowo przy­by­łej obszyta jest srebr­nym mate­ria­łem, poły­sku­ją­cym mimo przy­ciem­nio­nych okien. Qi'ra roz­po­znaje go. Pan­cerz można nosić na różne spo­soby. Kobieta ostroż­nie prze­mie­rza pobo­jo­wi­sko, które Qi'ra pozo­sta­wiła w gabi­ne­cie ich byłego wspól­nego szefa.

- Cóż - zagaja Qi'ra z nie­dbałą, fał­szywą god­no­ścią, a tylko taką widziała u Dry­dena Vosa. - Strze­lam, że czyni cię to moją prawą ręką.

Kobieta uśmie­cha się sze­roko, szcze­rząc wydatne zęby. Żadna z nich nie jest głu­pia. Głupcy dość szybko koń­czą w Szkar­łat­nym Świ­cie, a prze­cież obie tyle już prze­trwały.

- Możesz mi ufać tak dalece, jak tobie ufał Vos - mówi.

Qi'ra spo­gląda na bez­władne ciało na pod­ło­dze, oto­czone szcząt­kami wszyst­kich tych przed­mio­tów, które obse­syj­nie gro­ma­dził. Wystar­czy­łaby ich garść, by wyku­piła sobie nowe życie w innym miej­scu, ale ni­gdy nie mogłaby się od niego uwol­nić, nie do końca. Na jej skó­rze wid­nieje sym­bol Szkar­łat­nego Świtu, ale prze­cież piętno sięga głę­biej, a w prze­stęp­czym pół­światku gra­sują istoty mrocz­niej­sze niż Dry­den Vos. Osta­tecz­nie była to jedyna moż­liwa decy­zja, pod­jęta za nią przez prze­zro­czy­ste szklane drzwi i obiet­nicę bez pokry­cia. Przy­wo­łuje w myślach zna­jomą twarz i uśmie­cha się.

- Cóż, przy­cho­dzi taki moment, że jed­nak warto dać sobie spo­kój z pró­bami zabój­stwa - mówi. Siada w fotelu i składa ręce na biurku. Wysyła roz­kaz odlotu oso­bie sto­ją­cej u steru. Powia­domi całą załogę, gdy już oddalą się od pla­nety. - To co, zaczy­namy?

Na pobli­skiej plaży stoi znany jej daw­niej chło­pak. I on roz­po­czyna nowe życie.

Rozdział 1

Minęły nie­spełna cztery godziny, odkąd Moloch przy­wlekł ją z kore­liań­skiego kosmo­portu przed obli­cze Lady Pro­ximy, by ta zade­cy­do­wała o jej losie. Qi'ra nie była pewna, ile tego czasu poświę­cono kara­niu straż­ni­ków, któ­rym wymknął się Han. Pró­bo­wała o tym nie myśleć: ani o karze, ani o nie­obec­no­ści Hana. Jedno i dru­gie było bole­sne z innego powodu, a Qi'ra zawsze sta­rała się uni­kać cier­pień.

Wie­działa, że tym razem są nie­unik­nione.

Pozo­sta­wiona sama w celi w naj­po­śled­niej­szej czę­ści kry­jówki Bia­łych Roba­ków miała sta­now­czo zbyt wiele czasu na myśle­nie. Mimo­wol­nie robiła plany, szu­kała roz­wią­zań, spo­sobu na wybrnię­cie z sytu­acji. Nada­remno. Uświa­do­miła to sobie, gdy tylko przy­po­mi­na­jące szczypce ręce Molo­cha zaci­snęły się na jej ramie­niu i odcią­gnęły ją od bramki w kosmo­por­cie. Nie mogła jed­nak prze­stać.

Do tej pory jakoś sobie radziła. Wma­wiała sobie, że potrafi prze­trwać wszystko, zresztą w jakimś stop­niu nie mijało się to z prawdą. Ba, nawet ta cela nie była naj­gor­szym miej­scem, w jakim przy­szło jej spę­dzać czas. Zaczy­nała od mniej niż zera, o czym chęt­nie do znu­dze­nia przy­po­mi­nała jej Pro­xima. Myślała, że czy­niło ją to sil­niej­szą. Zawsze odczu­wała głód, cią­gle knuła, wiecz­nie szu­kała kolej­nego zarobku. A teraz jej życie zato­czyło pełny krąg i znów była mniej niż zerem.

To wina Hana. Jasne, to ona opu­ściła gardę, ale prze­cież to przez niego. Odkąd tylko zwró­cił na sie­bie jej uwagę, rywa­li­zu­jąc z nią o tytuł głów­nego szczu­ro­łapa, nie doce­niała go. Nie. Nie jego. Lek­ce­wa­żyła jego wpływ na nią. Jego nie­wy­mu­szony urok i nie­usta­jący opty­mizm oka­zały się syre­nią pie­śnią, wzbu­dza­jącą w niej fał­szywe poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Doszło do tego w trak­cie tam­tego incy­dentu z dro­idem, gdy Han o mało nie wygryzł jej z pozy­cji głów­nego szczu­ro­łapa, ale Qi'ra i tak zdo­łała wyjść z tego zwy­cię­sko, więc go od sie­bie nie ode­pchnęła. Był przy­datny. Lojalny. Miał jej pomóc.

Porzu­cił ją. Tak, sama mu kazała. I tak, mówiła poważ­nie. Ale mówiła to w pory­wie chwili, gdy mogła sobie pozwo­lić, by mar­twić się o kogoś innego niż ona sama. A teraz dopa­dła ją ponura rze­czy­wi­stość. Przy­naj­mniej odnio­sła małe zwy­cię­stwo. Zapew­niła Hanowi wol­ność. Uciekł, a pomimo wszyst­kiego, czego nauczyli się o tru­dach życia, gdy dora­stali w pod­zie­miach Koro­netu, poprzy­siągł jej, że któ­re­goś dnia po nią wróci.

Naj­gor­sze było to, że cał­ko­wi­cie mu wie­rzyła. Któ­re­goś dnia naprawdę po nią wróci, o ile nie zamieni go w papkę jakiś narwany męt, mający wię­cej bla­ste­rów niż roz­sądku. Pod­czas tam­tej strasz­nej ner­wówki w kosmo­por­cie żadne z nich nie wzięło pod uwagę tego, że mię­dzy tamtą chwilą a tą, która dopiero miała nadejść, może upły­nąć długi okres. Nie wie­działa, co ze sobą zrobi w mię­dzyczasie. Jej los był nie­pewny, a Qi'ra nie zna­la­zła się w sytu­acji, w któ­rej podej­muje się dobre decy­zje.

Mogłaby się ucze­pić wyobra­że­nia o nim, o jego trium­fal­nym powro­cie, gdy ocali ją od lichej przy­szło­ści, malu­ją­cej się w jak naj­czar­niej­szych bar­wach. Mogłaby się trzy­mać nadziei, pal licho, co jej zrobi Pro­xima. Dopa­try­wa­łaby się pozy­tyw­nych stron. Prze­cież mogłaby na niego zacze­kać. Jakoś znio­słaby ból i udrękę, wyobra­ża­jąc sobie ich wspólną przy­szłość. Tak na jej miej­scu zro­biłby Han. Tego też była pewna.

Nie zamie­rzała cze­kać. Nadzieja matką głu­pich, a Qi'ra nie chciała mar­no­wać wyobraźni na ładne przy­szło­ści, które mogą ni­gdy nie nadejść. Umrze tu na roz­kaz Pro­ximy - albo będzie żyć z tego samego powodu. Nie ona o tym decy­do­wała. Wie­działa jedy­nie, że prę­dzej czy póź­niej drzwi jej celi otwo­rzą się i będzie zmu­szona przy­jąć to, co czeka na nią po dru­giej stro­nie.

Na­dal trzy­mała w dłoni kostki Hana. Tylko one jej zostały, a były prak­tycz­nie bez­u­ży­teczne. Nie da ich nikomu jako łapówki, a już na pewno nie zapłaci nimi za skra­dzione coaxium. To tylko dwa twarde sze­ściany na łań­cuszku, coś, co Han odzie­dzi­czył po ojcu, swo­isty amu­let. Qi'ra nie wie­rzyła w takie mrzonki, a mimo to nie mogła się ich pozbyć. I tak w końcu je zabiorą, a na samą myśl o tym aż w niej kipiało.

O, to ta jedyna rzecz, dzięki któ­rej być może wyj­dzie z tego wszyst­kiego cało. Gdyby tylko zdo­łała prze­kuć gniew w deter­mi­na­cję, kto wie, czy nie zacho­wa­łaby głowy na karku, dosłow­nie i w prze­no­śni. Pro­xima bywała mściwa, ale prze­cież nie głu­pia. Qi'ra na­dal miała dla niej war­tość, choć już nie jako zaufana człon­kini Bia­łych Roba­ków. Gdyby przy­wód­czyni ją wyrzu­ciła, nie zwró­ci­łaby się jej inwe­sty­cja. Z pew­no­ścią doj­dzie do tego samego wnio­sku. A jeśli nie, Qi'ra sama jej o tym przy­po­mni. Nie dla­tego, że czeka na Hana. Niech go dia­bli, zamie­rzała prze­żyć tu bez niego.

Drzwi do jej celi uchy­liły się ze zgrzy­tem. Mimo­wol­nie skrzy­wiła się, gdy do środka przedarł się snop świa­tła. Nie będzie już bar­dziej gotowa. Usły­szała nad­cią­ga­jące ogary, więc nie wezmą jej z zasko­cze­nia. Sta­nęła pro­sto, moż­li­wie sta­ran­nie otrze­pała ubra­nie i prze­cze­sała pal­cami skoł­tu­nione włosy. Mogą ją obe­drzeć ze wszyst­kiego, tylko nie z god­no­ści. Już raz wywal­czyła sobie tu miej­sce i zamie­rzała spra­wić, by Robaki o tym nie zapo­mniały. W ostat­niej chwili pod wpły­wem impulsu wło­żyła kostki Hana do ust. Dozna­nie było dziwne i o mało ich nie wypluła, ale drzwi już się otwie­rały. Musiała się sku­pić.

Kore­liań­skie ogary roz­dra­py­wały zie­mię, gdy cze­kały. Dłu­gie pazury pozo­sta­wiały bruzdy, gdy bestie szar­pały się na łań­cu­chach i uja­dały. Moloch nie pro­wa­dził psa na uwięzi. Zamiast tego opie­rał się na lasce. Qi'rze nie umknął para­li­za­tor u jego pasa. Na jego widok mimo­wol­nie się wzdry­gnęła. Wie­działa, że nie jest jedy­nym Roba­kiem, któ­remu ta pałka śni się po nocach, ale tylko ona miała za chwilę prze­żyć ten kosz­mar na jawie. Gdyby Moloch mógł się okrut­nie uśmiech­nąć, z pew­no­ścią by to zro­bił. Zamiast tego odstą­pił na bok i ogary wdarły się do celi.

Gdyby Rebolt i Syke chcieli, powstrzy­ma­liby je. Qi'ra wie­działa, że są wystar­cza­jąco silni. Mieli mniej wię­cej tyle samo lat co ona, ale byli od niej wyżsi i szersi w barach, co bar­dzo liczyło się w przy­padku szczu­ro­ła­pów, całe życie rzu­ca­ją­cych się za byle ochła­pem. Rebolt uśmiech­nął się drwiąco. Przy­naj­mniej Syke wyglą­dał, jakby pró­bo­wał zapa­no­wać nad oga­rem. Uni­kał wzroku Qi'ry. Wbi­jał ciemne oczy w pod­łogę, a obiema rękoma trzy­mał łań­cuch. Co innego bez­li­to­sny Rebolt. Na jego twa­rzy malo­wało się poczu­cie zwy­cię­stwa, które prze­cież nie przy­pa­dało mu w udziale. Dopu­ścił ogara na taką odle­głość, że gdyby ten chciał, mógłby ją ugryźć.

- Dość - ode­zwał się Moloch. Obaj chło­pacy instynk­tow­nie prze­tłu­ma­czyli roz­kaz na język basic i zapa­no­wali nad psami. - Nie jeste­śmy tu dla przy­jem­no­ści. Mamy ją odsta­wić do Lady Pro­ximy.

Pochwy­cił ją jak wcze­śniej w kosmo­por­cie. Wtedy sta­wiała opór wystar­cza­jąco długo, by kazać Hanowi ucie­kać, nim w pełni do niej dotarło, że prze­grała i nie ma sensu podej­mo­wać walki. Teraz pod­dała się po dobroci. Nie dała mu żad­nego powodu, by obcho­dził się z nią szorstko, ale Moloch i tak sobie pofol­go­wał. W kosmo­por­cie tylko ści­snął Qi'rę i powa­lił na zie­mię, po czym ją odcią­gnął. Teraz, gdy nie byli w miej­scu publicz­nym, mógł się wyka­zać znacz­nie więk­szą kre­atyw­no­ścią.

Dotknął ją lekko para­li­za­to­rem, a po jej ciele i tak roze­szły się bole­sne impulsy. Wrza­snę­łaby, ale że miała w ustach kostki, wydarł się z nich jedy­nie wysoki jęk. Moloch zaśmiał się, a gul­got ten bar­dziej przy­po­mi­nał wark­nię­cie.

- To naj­niż­sze usta­wie­nie, rzecz jasna - oznaj­mił. Qi'ra sku­piła się na tym, by zro­zu­mieć jego słowa. Koniecz­ność tłu­ma­cze­nia choć na chwilę przy­ćmiła ból. - W końcu zaczniesz wrzesz­czeć.

Nie wąt­piła w to ani przez chwilę.

Moloch cią­gnął ją przez tunele. Szedł zbyt prędko, by mogła mu dotrzy­mać kroku. Potknęła się, zdarła skórę na kola­nie, po czym zaka­pior o mało nie wyrwał jej ramie­nia ze stawu, gdy siłą posta­wił ją na nogi. Ogary kąsały dziew­czynę w kostki, na tyle tylko, by odska­ki­wała i tra­ciła rów­no­wagę. Teraz, gdy była w ruchu, krę­ciło się jej w gło­wie ze stra­chu i od adre­na­liny, ale prze­cież to żadna nowość. Po pro­stu minie kilka chwil, nim nad tym zapa­nuje.

Okno za sadzawką Pro­ximy zostało napra­wione. Do pomiesz­cze­nia nie docie­rało świa­tło sło­neczne. Zebrały się tu wszyst­kie Robaki, od naj­młod­szych kie­szon­kow­ców po Kar­sota, star­szego Grin­da­lida, opie­ra­ją­cego na elek­tro­pałce przy brzegu. Nie zamie­rzał dopu­ścić, by tym razem kto­kol­wiek pod­szedł do Pro­ximy. Na wszelki wypa­dek oczysz­czono kle­pi­sko ze śmieci.

Moloch zacią­gnął Qi'rę na przód sali do wtóru szep­tów. Wszystko igno­ro­wała. Jedyną istotą w pomiesz­cze­niu, która teraz miała dla niej zna­cze­nie, była sama Pro­xima, wła­śnie wyła­nia­jąca się z wod­nego gniazda, gdzie wysia­dy­wała młode.

Jej ciało pokry­wały wrzody, zaczer­wie­nione i wyraźne na tle bla­dej sza­ro­ści skóry - wystar­czyła krótka chwila wysta­wie­nia na świa­tło sło­neczne. Zdjęła misterną biżu­te­rię i Qi'ra widziała ślady w miej­scach, gdzie jej ciało doty­kało metalu. Aż trudno dać wiarę, że nikt wcze­śniej nie wyko­rzy­stał tej sła­bo­ści Grin­da­li­dów - ich dłu­gie, kręte ciel­ska nie nada­wały się do życia na powierzchni Kore­lii. W kata­kum­bach jed­nak byli pra­wie nie­ty­kalni. Utrzy­my­wali wła­dzę nad uli­cami Koro­netu, wysłu­gu­jąc się innymi. Może to dla­tego Pro­xima głów­nie zatrud­niała dzieci. Im nie przy­cho­dziły do głowy takie myśli, szcze­gól­nie gdy już wyko­rze­niono z nich resztki nie­za­leż­no­ści. To cud, że pomy­ślał o tym Han, ale wyraź­nie poczy­niono sta­ra­nia, by taka sytu­acja nie powtó­rzyła się już ni­gdy. Mimo wszystko sła­bość to sła­bość. Qi'ra nie zamie­rzała o niej zapo­mnieć.

- Qi'ro. - Głos Pro­ximy roz­niósł się po całej sali, jed­no­cze­śnie wład­czy, skrze­kliwy i oso­bli­wie melo­dyjny. - Otrzy­ma­łaś wszelką moż­liwą pomoc. Szansę za szansą. A mimo to mnie zdra­dzi­łaś.

Ktoś inny na jej miej­scu mógłby bła­gać o łaskę, zapew­niać, że to Han wbrew jej woli zacią­gnął ją do kosmo­portu w cha­osie, który roz­pę­tał się po uszko­dze­niu okna. Kto wie, czy Pro­xima nie rzu­ci­łaby takiej osoby na pożar­cie oga­rom, zresztą Qi'ra nie była aż tak głu­pia. Wszy­scy widzieli to, co się tu roze­grało. Wie­dzieli, co zro­biła.

Wokół zebrały się pozo­stałe Robaki. Na nie­któ­rych twa­rzach malo­wał się entu­zjazm, a porucz­nicy przy­mu­szali tych opor­nych. Qi'ra znów ujrzała Rebolta, wred­nego nawet bez ogara, a także Syke'a i Jagleo. Żadne z nich nie miało odznaki Pro­wo­dyra, co wydało się jej dziwne. Grin­da­lidka prze­pro­wa­dziła wielki kon­kurs na to sta­no­wi­sko, gdy przy­pa­dło ono w udziale Qi'rze, ale miała w tym ukryte motywy. Teraz przy­wód­czyni gangu wyma­gała kar­no­ści i dbała o wyraźną struk­turę dowo­dze­nia.

- Emo, podejdź pro­szę - ode­zwała się, a Qi'ra już wie­działa.

Pro­xima nie wybrała jed­nego ze star­szych szczu­ro­ła­pów, co nie wró­żyło niczego dobrego dla tych, któ­rzy na­dal tu byli. Nikt ni­gdy nie pytał, co takiego dzieje się ze star­szymi dziećmi. W pew­nym wieku zwy­czaj­nie zni­kali, co samo w sobie sta­no­wiło odpo­wiedź.

- Ogary czy laska? - spy­tała dziew­czynę Pro­xima.

Qi'ra nawet nie spoj­rzała na Emę. Nie spusz­czała wzroku z istoty wynu­rza­ją­cej się przed nią z sadzawki. Wszy­scy nie zno­sili oga­rów, chyba że byli wybie­rani na ich opie­ku­nów, ale Ema szcze­rze ich nie­na­wi­dziła. Qi'ra nie wie­działa, czy strach dziew­czyny zwięk­szy czy zmniej­szy szansę na ich wybór. Laska byłaby lep­szą decy­zją na dłuż­szą metę. Nie pozo­sta­wi­łaby blizn ani nie zasma­ko­wa­łaby w krwi Qi'ry. Bola­łoby bar­dziej, ale ból nie utrzy­my­wałby się tak długo jak po ataku oga­rów. Ema jesz­cze nie rozu­miała cier­pie­nia zwią­za­nego z cią­głą karą.

Krępa czter­na­sto­latka dołą­czyła do Roba­ków nie­dawno, po śmierci rodzi­ców. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści człon­ków gangu doświad­czyła sytego dzie­ciń­stwa. Nie była drobna ani chuda mimo tego, że w kana­łach ście­ko­wych spę­dziła już dwa lata. Miała bli­zny po oga­rze, który przy­ła­pał ją, gdy pró­bo­wała się dostać do skrzyni z zaopa­trze­niem na tyłach śmi­ga­cza Bia­łych Roba­ków. Po tej akcji została zre­kru­to­wana, ale zawsze omi­jała psy sze­ro­kim łukiem. Choć fakt, że obję­cie sta­no­wi­ska opie­kuna było naj­prost­szym spo­so­bem, by zyskać posłuch wśród człon­ków gangu.

- Laska - wybrała Ema.

Qi'ra zary­zy­ko­wała spoj­rze­nie i na twa­rzy dziew­czyny ujrzała nie­mal nie­ludzką radość. Ema po raz pierw­szy posma­ko­wała wła­dzy. Spodo­bało jej się.

Moloch rzu­cił Qi'rę na zie­mię. Przy­trzy­mał jej ręce za ple­cami tak długo, że nie mogła się pode­przeć. Padła ze szczę­kiem zębów. Nie miało to zna­cze­nia. Po chwili Kar­sot dopadł ją z laską i świat prze­szedł w straszną, bole­sną biel.

Przez jej żyły popły­nęła elek­trycz­ność. Wystar­cza­jąco silna, by spra­wić ból, choć nie do tego stop­nia, by zatrzy­mać pracę serca. Bo co to za tor­tury, które pro­wa­dzą do śmierci ofiary, a Grin­da­li­do­wie, co do jed­nego, byli eks­per­tami. Szczu­ro­łapy pró­bo­wały się cof­nąć, gdy Qi'ra wiła się po kle­pi­sku, ale nie pozwo­lono im na to. Grin­da­li­do­wie trzy­mali je bli­sko niej, by były świad­kami kary i by nie przy­szło im do głowy pla­no­wać ucieczki.

Qi'ra nie mogła krzy­czeć z powodu kostek w ustach. I tak wyda­wała z sie­bie mnó­stwo dźwię­ków, tak że Robaki miały nie­zły ubaw, gdy patrzyły, jak cierpi, ale w Molo­chu tylko nara­stała fru­stra­cja, gdy nie dosta­wał od niej tego, czego chciał. Krzyk­nął do Kar­sota, by ten zwięk­szył moc. Qi'ra poczuła, jak jej kości zamie­rają w nie­na­tu­ral­nych pozy­cjach; stawy i wię­za­dła nie były w sta­nie pora­dzić sobie z bólem ina­czej, niż sztyw­nie­jąc.

- Dość! - roz­ka­zała Pro­xima.

Świa­tło prze­szło w sza­rość, choć ból nie ustą­pił.

Qi'ra sapała na posadzce. Nie zamie­rzała wsta­wać, póki jej do tego nie zmu­szą. Zresztą nie była pewna, czy by podo­łała.

- Niech to będzie lek­cją dla was wszyst­kich - dodała przy­wód­czyni. - Oto, co was czeka, gdy mnie zdra­dzi­cie. Oto wasz los.

Nie uszło uwa­dze Qi'ry, że nie wspo­mniała o Hanie. Nikt go nie wspo­mni, bo jemu jed­nemu się udało. On jeden zdo­łał uciec. Grin­da­lidka nie zamie­rzała im o tym przy­po­mi­nać.

Przy­wód­czyni zanur­ko­wała w sadzawce, a pozo­stali Grin­da­li­do­wie prze­ci­snęli się przez tłum i opu­ścili salę. Qi'ra na­dal leżała na ziemi. Nie wydano żad­nych roz­ka­zów, ale lek­cja wyda­wała się oczy­wi­sta. Pozo­sta­wała na łasce tych, któ­rymi dopiero co prze­wo­dziła. Była dobrą Pro­wo­dyrką. Nie­mal odczuła ulgę.

Nie­mal. Plan Hana nie­mal się spraw­dził. Prze­han­dlo­wał coaxium za wol­ność, a jeśli za tę kwotę zdo­łał kupić jeden bilet, cóż, tak już bywało. No, z powodu jego planu omal nie postra­dała życia. A teraz zapłaci cenę za jego lek­ko­myśl­ność, bo do głowy mu nie przy­szło, że mogą skre­wić. Tak bar­dzo tego pra­gnęła, wie­rzyła mu i pokła­dała nadzieję w ich umie­jęt­no­ściach. Wspól­nie dora­stali, prze­trwali kon­kurs na sta­no­wi­sko Pro­wo­dyra. Oka­zało się to nie­wy­star­cza­jące. Chciała być tamtą dziew­czyną, tamtą, która może liczyć na pomoc innych i która uważa, że kie­dyś zdoła uciec. Kle­pi­sko pod jej dłońmi jed­nak było rów­nie chłodne jak prawda: jest sama, a jej jedyny cel sta­nowi prze­trwa­nie. Nie zamie­rzała już nikomu ufać, snuć nie­roz­sąd­nych pla­nów. Znaj­dzie jakiś inny spo­sób na życie - i to czym prę­dzej.

Gdy wokół niej zbie­rały się szczu­ro­łapy, Qi'ra posta­no­wiła, że już ni­gdy nie wystar­czy jej "nie­mal".

Rozdział 2

Prowo­dyr szczu­ro­ła­pów dosta­wał pierw­szą por­cję szamy. Decy­do­wał, kto jesz­cze zaspo­koi głód i w jakiej kolej­no­ści. Qi'ra pró­bo­wała być spra­wie­dliwa. Szczu­ro­łapy miały już wystar­cza­jąco zmar­twień. Jeśli będzie tą jedną osobą na świe­cie, która zadba o ich inte­resy, odpłacą się jej lojal­no­ścią. Plan był dobry i dobrze jej słu­żył. Póki peł­niła funk­cję Pro­wo­dyrki.

Dobra wola, którą sobie wypra­co­wała, znik­nęła. Gdy tłum napie­rał, odci­na­jąc jej drogę ucieczki, Qi'rze przy­szła do głowy jedna myśl: chro­nić twarz. Szczu­ro­łapy bały się wielu rze­czy, a gdy dano im coś, czego nie musiały się oba­wiać, potra­fiły być okrutne. Wie­działa o tym, bo do nich nale­żała.

Dło­nie szar­pały ją we wszyst­kich kie­run­kach. Chwy­tały ją za włosy i ubra­nia. Małe palce cią­gnęły za sznu­rówki butów, a więk­sze prze­tur­lały ją, by dobrać się do jej kurtki. Kopała instynk­tow­nie - zbyt wiele lat chro­niła w ten spo­sób swój doby­tek - ale palce wpiły się w nią moc­niej. Paznok­cie wrzy­nały się jej w skórę.

Star­sze dzieci zdo­łały zdjąć jej kurtkę i natych­miast doszło do bójki o łup. Rebolt wyka­zał się więk­szą inte­li­gen­cją, niż Qi'ra podej­rze­wała, i oczy­ścił drogę dla Emy. Nie wal­czył dla niej, nie do końca. Gdyby podał jej zdo­bycz, to prze­cież nie w darze; sta­no­wi­łaby sym­bol zagro­że­nia, prze­sad­nego zobo­wią­za­nia i soju­szu, który tak naprawdę nie ist­niał. Dopeł­nił jed­nak sta­rań, by kurtka przy­pa­dła w udziale dziew­czy­nie. Zwy­cię­stwo nale­żało do niej, a ona wie­działa, że pomógł. Choć Qi'ra miała wra­że­nie, że Ema tak naprawdę nie potrze­bo­wała asy­sty. Przedarła się przez resztę dzieci, wyma­chu­jąc pię­ściami. Rzu­ciła się na obiekt pra­gnień.

Zaafe­ro­wana utratą kurtki, Qi'ra nie zauwa­żyła chwili, gdy mniej­sze dzieci zdarły z niej buty. Nie wal­czyły mię­dzy sobą - natych­miast zajęły się spód­nicą, zało­żoną na leg­ginsy. Była wodo­od­porna i miała sze­reg kie­szeni - teraz już pustych, ogo­ło­co­nych przez Molo­cha - i choć wyda­wała się zbyt duża na dzie­ciaka, który wyrwał ją resz­cie, i tak zapewni mu cie­pło.

Ema w więk­szo­ści zapa­no­wała nad ciżbą wal­czącą o łup. Zdzie­liła z główki część mniej­szych szczu­ro­ła­pów, strą­ca­jąc ich z ludz­kiej sterty, a wtedy pozo­stali zorien­to­wali się, z kim mają do czy­nie­nia. Kurtka Qi'ry sta­no­wiła nie­zły kąsek, ale nie była warta roz­złosz­cze­nia osoby, która decy­do­wała, ile i kiedy zjesz. Opór stop­niał momen­tal­nie i nim Ema pod­nio­sła z ziemi fant, podarty tylko w jed­nym miej­scu i nieco sfa­ty­go­wany, wszy­scy z sza­cunku odda­lili się na pewną odle­głość. Dziew­czyna zarzu­ciła kurtkę na ramiona, powio­dła dłońmi po mięk­kim futrze wyście­ła­ją­cym koł­nierz, po czym wło­żyła dwa palce do ust i gwizd­nęła gło­śno. Walki momen­tal­nie się skoń­czyły.

- Pora na kola­cję - ogło­siła tak spo­koj­nym tonem, że rów­nie dobrze mogła komen­to­wać pogodę.

Małe dzieci zwi­nęły spód­nicę Qi'ry w kulkę i doło­żyły do niej buty. Z pew­no­ścią prze­han­dlują zawi­niątko komuś, komu spa­suje roz­miar, no albo je sprze­dają. Tak czy owak, Qi'ra już tych rze­czy nie zoba­czy. Leżała na ziemi, jakimś cudem nie­tknięta. Wyko­nane z auro­dium kostki Hana spra­wiały, że czuła na języku gorycz. W jej obna­żone leg­ginsy już wsią­kał chłód.

Szczu­ro­łapy opu­ściły salę w moż­li­wie skład­nym szyku z Rebol­tem i Emą na czele. Syke i Jagleo zamy­kali tyły, ale to bez zna­cze­nia. Nie musieli wal­czyć o pozy­cję w hie­rar­chii. Gdy Ema mijała leżącą Qi'rę, rzu­ciła jej pogar­dliwe spoj­rze­nie.

- Nie faty­guj się na kola­cję - powie­działa. - I tak nic dla cie­bie nie zosta­nie.

Qi'ra nie zamie­rzała wstę­po­wać do sto­łówki. Teraz, gdy już odzy­skała swo­bodę ruchów, liczył się jeden cel. Gdy Robaki zajęły się kola­cją, zerwała się na nogi.

Dud­niło jej w gło­wie, ale dała radę ustać. Kle­pi­sko pod jej skar­pe­tami było oble­śne, ale cóż miała zro­bić? Opie­ra­jąc się o ścianę, ruszyła kory­ta­rzami do swo­jej nory.

Nie­wiele tu trzy­mała. Zresztą wszy­scy mieli nie­wiele, a rze­czy pozo­sta­wione przy kari­ma­cie aż się pro­siły, by je cap­nąć - wła­sność pry­watna była kwe­stią siły. Oczy­wi­ście, Ema już się wpro­wa­dziła jak na swoje. Licha poduszka i cienki koc zostały porząd­nie prze­trzą­śnięte, a sama kari­mata - prze­su­nięta w stronę dru­gich drzwi, tych, któ­rymi wycho­dziły ogary, o ile w ogóle zapusz­czały się do tej czę­ści pla­cówki. Qi'ra wypluła kostki na dłoń, po czym scho­wała je do śmiesz­nie małej kie­szonki leg­gin­sów. Pode­szła do posła­nia, na któ­rym sypiał Han.

Jeśli ktoś wyka­zy­wał się wystar­cza­jącą odwagą, by trzy­mać rze­czy przy swoim miej­scu do spa­nia, tą osobą był wła­śnie on. Podob­nie jak w przy­padku jej miej­scówki, Qi'ra widziała, że ktoś już się tu wpro­wa­dził, choć ist­niała szansa, iż posła­nie Hana nie zostało porząd­nie prze­pa­trzone. Obma­cała poduszkę w poszu­ki­wa­niu zgru­bień, po czym ścią­gnęła koc z tego żało­snego cze­goś, co ucho­dziło tu za mate­rac. Odchy­liła rogi i porząd­nie obszu­kała dno, ale niczego nie zna­la­zła. Może Han był mądrzej­szy, niż sądziła.

- Skar­petki. - Qi'ra odwró­ciła się i ujrzała sto­ją­cego nie­opo­dal Rebolta. Z jego twa­rzy nie scho­dził tam­ten krzywy uśmie­szek. - Pod mate­ra­cem cho­wał skar­petki. Ale teraz należą do mnie.

Spoj­rzał na jej stopy i jego uśmiech stał się jesz­cze szer­szy.

- Trudno - skwi­to­wał. - To tylko skar­petki, ale lep­sze to niż nic.

Odwró­cił się i skie­ro­wał ku psim klat­kom. Qi'ra pod­nio­sła czwarty róg mate­raca i zna­la­zła to małe zagłę­bie­nie, któ­rego szu­kała. Rebolt zna­lazł skar­petki i na tym jego poszu­ki­wa­nia się zakoń­czyły, ale Han scho­wał pod łóż­kiem coś wię­cej. Psie suchary były stare i wil­gotne, ale zawsze to jedze­nie. Han trzy­mał je na wypa­dek, gdyby kie­dyś musiał prze­ku­pić jed­nego z oga­rów, ale Qi'ra miała inne plany. Kto wie, kiedy Ema przy­dzieli jej por­cję pod­czas posił­ków.

Qi'ra scho­wała suchary do kie­szeni z kost­kami i wresz­cie dała sobie chwilę, by na trzeźwo oce­nić sytu­ację. Dobra wia­do­mość była taka, że zna­la­zła się poza celą. Wyglą­dało na to, że Pro­xima chwi­lowo skoń­czyła z wymie­rza­niem kary. Gorzej, że pozo­stały jesz­cze kary nie­ofi­cjalne, które będą ją spo­ty­kać, ile­kroć inne Robaki uznają, że dobry z niej cel. Prę­dzej czy póź­niej - a Qi'ra mogła jedy­nie mieć nadzieję, że dość szybko - Pro­xima wyda osta­teczny wyrok. Qi'ra nie miała kurtki ani butów, a jej leg­ginsy nie zapew­niały wiele cie­pła. Gdy tylko znów coś znaj­dzie i tak pew­nie to coś zosta­nie jej ode­brane. Musiała być ostrożna.

Przez chwilę miała ochotę zerwać się do biegu. Teraz, gdy wszy­scy się posi­lali, mogłaby się wykraść do swo­jej kry­jówki w Silo­sie. Utrzy­my­wała ją w porządku przez całe lata na wszelki wypa­dek. Kto wie, czy nie przy­szła pora z niej sko­rzy­stać. Nikt by się nie domy­ślił, że udała się tam z powro­tem z wła­snej woli. Jedyne dwie osoby prócz niej, które zda­wały sobie sprawę z jej ist­nie­nia - Tsu­ulo i Han - albo nie żyły, albo się zmyły, a tam na miej­scu nie było kana­łów ście­ko­wych, więc Grin­da­li­do­wie musie­liby się sporo natru­dzić, by podą­żyć jej śla­dem. Czu­łaby się tam bez­piecz­nie, choć na­dal bez kre­dyta przy duszy. No i zna­la­złaby się z powro­tem w Silo­sie, gni­ją­cym sercu Dołu i nie­za­prze­czal­nie naj­gor­szym miej­scu na całej pla­ne­cie. Silos nie miał przy­szło­ści.

Qi'ra wybrała wysoką pry­czę, gdzie pano­wał prze­ciąg. Nikt jej z tego powodu nie chciał, a każdy, kto zamie­rzał się przy­cze­pić, będzie musiał się wspiąć. Qi'ra poło­żyła się tak, by jej stopy zna­la­zły się u góry dra­binki. Jeśli ktoś spró­buje po niej wejść, dosta­nie z kopa w twarz. No, nie zaboli mocno, bo nie miała na sobie butów, ale lep­sze to niż nic. Było zbyt zimno na sen, ale Qi'ra i tak nie miała zamiaru nara­żać się na atak. Nasłu­chi­wała, jak szczu­ro­łapy wra­cają do gar­ni­zo­nów, na­dal sza­mo­cząc się mię­dzy sobą, bo nie miały nic lep­szego do roboty. Star­sze dzieci nie­długo roz­poczną nocne obchody, ale te młod­sze pozwi­jały się w kłębki, by pospać. Qi'ra patrzyła, jak się kładą. Wie­działy, że tam jest, ale nie uznały jej za zagro­że­nie.

Dra­binka zatrzę­sła się i Qi'ra się przy­go­to­wała. Po cha­rak­te­ry­stycz­nym braku dźwięku domy­śliła się jed­nak, z kim ma do czy­nie­nia. Tylko jedna szczu­ro­łapka była tan­cerką, na tyle mądrą, by opra­co­wać wła­sny styl walki na pod­sta­wie ruchów, do jakich przy­wy­kło jej ciało. Gdy Qi'ra ujrzała twarz Jagleo, nieco odpu­ściła. Ale tylko tro­chę.

- Więc zosta­łaś zde­gra­do­wana - rzu­ciła Jagleo. - Strze­lam, że już zauwa­ży­łaś.

Qi'ra nie odpo­wie­działa. Skoro Jagleo chciała mówić, nie zamie­rzała jej prze­ry­wać, ale nie pla­no­wała też nie­pro­szona dzie­lić się infor­ma­cjami. Pew­nie zresztą już do końca życia.

- Ema jest tyranką, więc sobie pora­dzi - cią­gnęła zło­dziejka. - Wzbu­dza zbyt duży strach u mło­dzi­ków, by pla­no­wały bunt, a star­szaki nie biorą jej na poważ­nie. Co jest głu­pie, bo nie bez powodu Pro­xima wybrała ją, a nie kogoś z tej grupy.

Nie trzeba było geniu­sza, by zauwa­żyć, że Pro­ximę inte­re­sują tylko dzieci: małe, łatwo ule­ga­jące wpły­wom, co uła­twiało rekru­ta­cję. Nie­wiele jadły i dało się nad nimi zapa­no­wać, obie­cu­jąc nagrody, więc ich wycho­wa­nie nie nale­żało do spe­cjal­nie trud­nych. Wycho­dziły na słońce, a to prze­cież było głów­nym powo­dem, dla któ­rego Pro­xima nie mogła bez nich się obejść. Dzięki małym roz­mia­rom i zwin­no­ści dzieci potra­fiły się wspi­nać i cho­wać, co też dzia­łało na ich korzyść.

- Syke uważa, że Ema pla­nuje czystkę wśród star­szych szczu­ro­ła­pów. Szcze­gól­nie mowa o naszej czwórce - dodała Jagleo. Płowe włosy opa­dły jej na twarz. Odgar­nęła je na bok. - Skoro cie­bie i Hana ma z głowy, będzie jej łatwiej roz­pra­wić się z Sykiem, Rebol­tem i mną. Choć uwa­żam, że się myli. Nie zamie­rza nas po pro­stu zabić. Nie, póki na­dal jeste­śmy przy­datni.

Qi'ra na­dal mil­czała. Kto inny pew­nie by się zde­ner­wo­wał, ale Jagleo była przy­zwy­cza­jona do ciszy nawet w zwy­czajne dni.

- Szy­kuje się duży napad - teo­re­ty­zo­wała. - Będzie nas przed nim prze­strze­gać, będziemy ćwi­czyć, orga­ni­zo­wać się i tak dalej. Ale już po wszyst­kim pozo­stałe przy życiu szczu­ro­łapy będą miały jedną cechę wspólną. Młody wiek.

Jagleo się­gnęła do kie­szeni kurtki i wyjęła z niej czarny mate­riał przy­po­mi­na­jący kawa­łek gazy. Potrzą­snęła nim i Qi'ra ujrzała cienką kurtkę. Na nie­wiele się zda, ale lep­sze to niż nic, zresztą nie wyglą­dała naj­go­rzej.

- Rebolt uważa, że ocalą go ogary - dodała Jagleo. - A Syke, że jeśli wytre­suje Tao­mata, by ten zaata­ko­wał Rebolta, Moloch go awan­suje. W końcu zawsze będzie potrzebny ktoś wycho­dzący z oga­rami na zewnątrz. Ale ty i ja ni­gdy nie gra­ły­śmy w tę grę.

Podała kurtkę Qi'rze, a ta powoli usia­dła i zarzu­ciła ją sobie na ramiona. Mate­riał oka­zał się szorstki w porów­na­niu z jej futrem, no i nie dało się w niej nic scho­wać, ale zawsze to kurtka.

- Teraz nie mogę ci za bar­dzo pomóc - przy­znała Jagleo - no i na nie­wiele się przy­dam, jeśli zaczną mnie trak­to­wać tak samo. Ale gdy przyj­dzie co do czego, możesz na mnie liczyć. Prze­ży­jemy, a potem się zoba­czy. Wiem, że będziesz miała plan, bo zawsze go masz, a ja utrzy­mam cię przy życiu tak długo, żebyś go zre­ali­zo­wała.

Jagleo poło­żyła na posła­niu małą saszetkę racji żyw­no­ścio­wych. Już ją otwo­rzyła i wyja­dła więk­szość zawar­to­ści, ale z tego, co widziała Qi'ra, została jakaś ćwiartka. Nie będzie to posi­łek, ale lep­sze to niż psie sucharki.

- Umowa stoi - odparła Qi'ra. Się­gnęła po rację, po czym wsy­pała okruszki do ust i potrzą­snęła folijką, by mieć pew­ność, że nic się nie zmar­nuje.

Jagleo oka­zała się nie­spo­dzie­waną sojusz­niczką. Choć drobna zło­dziejka pew­nie na nie­wiele się przyda, Qi'ra nie zamie­rzała wybrzy­dzać. Nie mogła sobie na to pozwo­lić. Pozo­sta­wała jedna kwe­stia: czego takiego ocze­ki­wała w zamian? Qi'ra wycier­piała swoje, gdy zawa­lił się ich plan z Hanem, i nie zamie­rzała tego powta­rzać już ni­gdy. Jeśli nabie­rze choćby naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, porzuci Jagleo w oka­mgnie­niu.

Qi'ra umo­ściła się na posła­niu z nową kurtką na ramio­nach. Choć tro­chę zaspo­ko­iła głód. Dobre i to.

Rozdział 3

Sprawy znacz­nie się pogor­szyły.

Naza­jutrz po nie­uda­nej pró­bie ucieczki Qi'ra poznała swój los. Pro­xima zna­la­zła na nią kupca, kore­liań­skiego han­dla­rza nie­wol­ni­kami, Sar­kina Enneba. Aktyw­nie pozy­ski­wał towar i nie prze­szka­dzało mu, gdy ten towar fikał. Tak, Qi'ra życzyła sobie, by jej los został roz­strzy­gnięty prę­dzej niż póź­niej, ale mimo to wszystko roze­grało się nie­kom­for­towo szybko jak na decy­zję, która przy­pusz­czal­nie okaże się dla niej bar­dzo nie­przy­jemna.

- Nie dosta­łam za cie­bie dobrej ceny. Nie­po­słu­szeń­stwo uwa­żane jest za bar­dzo poważną wadę u nie­wol­nika - oznaj­miła Pro­xima, gdy Qi'ra stała przed nią na drżą­cych nogach - ale twoje pozo­stałe cechy wystar­czyły, by się tobą zain­te­re­so­wał. Jestem prze­ko­nana, że natych­miast ostu­dzi w tobie wolę walki.

Sar­kin nie mar­no­wał czasu. Gdy tylko pod­pi­sał kon­trakt, umie­ścił tra­ker w jej nad­garstku. Zaawan­so­wane chipy w więk­szo­ści stały się nie­po­trzebne dzięki roz­wo­jowi tech­no­lo­gii ska­ne­rów, więc mało kto tru­dził się, by utrzy­my­wać loka­li­za­cję tra­kera w tajem­nicy przed osobą, w któ­rej ciele urzą­dze­nie zostało umiesz­czone. Gdyby Qi'ra pró­bo­wała uciec lub je usu­nąć, opła­ci­łaby to życiem. Gdy męż­czy­zna wsz­cze­piał tra­ker, spoj­rzała mu w jasno­zie­lone oczy. Zasta­na­wiała się, jaką jest osobą. W naj­lep­szym razie okaże się nie­za­in­te­re­so­wany jej losem, ale już teraz z jego kan­cia­stej twa­rzy wyczy­ty­wała skłon­ność do bru­tal­no­ści. Obo­jętni klienci nie kupo­wali bun­tow­ni­czych dziew­czyn.

- Źle ci z oczu patrzy - rzu­cił. Znaj­do­wał się zde­cy­do­wa­nie za bli­sko, nie­mal czuła szcze­ci­nia­ste wło­ski pora­sta­jące jego twarz i głowę, ale była na tyle mądra, by nie sta­wiać oporu. - Ładna to i jesteś, ale i waleczna, sądząc po bły­sku w oczach. Zdu­szę w tobie tę walecz­ność, jesz­cze zoba­czysz. Potulna będziesz wię­cej warta.

Zaci­snął mocno palce na jej ramie­niu. Koń­czyły się ostrymi paznok­ciami, które, gdyby tylko zechciał, mogłyby bez trudu prze­kłuć i roze­drzeć skórę. Wie­działa, że zro­bią się jej siniaki. Wyraź­nie dostrze­gała, że męż­czy­zna chciałby, by sta­wiła mu opór. Szu­kał wymówki, żeby zdzie­lić ją w twarz czy wyrwać jej włosy. Qi'ra jed­nak wolała, by poprze­stał na sinia­kach. Już i tak wie­dział, że nie jest ule­gła. Jego uśmie­szek tylko skwa­śniał, gdy nie dała mu tego, czego po niej ocze­ki­wał. Jeden z paznokci wpił się mocno w jej rękę, tam, gdzie i tak pul­so­wała świeża rana po tra­ke­rze.

Pro­xima poru­szyła się w sadzawce, roz­draż­niona, że nie sły­szy całej roz­mowy, choć więk­szość mogła sobie dopo­wie­dzieć.

- Nasz układ na­dal obo­wią­zuje, Sar­ki­nie Enne­bie - poskar­żyła się. - Nie możesz jej jesz­cze uszko­dzić.

- Zapo­zna­łem się z kon­trak­tem - odparł tam­ten, nie spusz­cza­jąc wzroku z Qi'ry. Poru­szył szpi­cza­stymi uszami na znak, że Pro­xima gra mu na ner­wach. Qi'ra wie­działa, że za wszystko przyj­dzie jej zapła­cić póź­niej. - Na razie zosta­nie tutaj. Dopil­nu­jesz, by wyko­nała robotę. Ale potem jest moja.

Nacię­cie na jej nad­garstku było poszar­pane i lekko krwa­wiło. Z pew­no­ścią zosta­nie po nim bli­zna. Qi'ra stała nie­ru­chomo, gdy krew spły­wała strużką do czub­ków jej pal­ców i zaczęła ska­py­wać na pod­łogę. Zamie­rzała się sobą zająć dopiero wtedy, gdy zosta­nie sama.

Sar­kin zwró­cił się w stronę Pro­ximy, a gdy ta zawi­sła tuż nad nim, nawet nie mru­gnął. Qi'ra wie­działa, dla­czego została sprze­dana, ale wydało się jej dziwne, że Sar­kin nie zabie­rze jej od razu. Inte­re­so­wało ją, jak brzmią zapisy kon­traktu. Wąt­piła, że umowa zapewni jej ochronę czy wikt i opie­ru­nek, ale i tak była cie­kawa szcze­gó­łów.

- Wrócę, gdy zle­ce­nie dobie­gnie końca - rzu­cił Sar­kin. - Albo wyślę przed­sta­wi­ciela. Jeśli ona przez cie­bie umrze, spo­dzie­wam się zwrotu kre­dy­tów.

Pro­xima mil­czała, ale naj­wy­raź­niej Sar­kin i tak nie ocze­ki­wał odpo­wie­dzi. Po pro­stu obró­cił się na pię­cie i wyma­sze­ro­wał z pomiesz­cze­nia.

- Wyjdź, Qi'ro - ode­zwała się Pro­xima. - Naciesz się tą ogra­ni­czoną wol­no­ścią, która ci jesz­cze pozo­stała.

Uwie­rała ją myśl, że zmię­kła w roli Pro­wo­dyrki. Zabie­gała o to sta­no­wi­sko, a gdy już się go dochra­pała, wal­czyła o to, by się na nim utrzy­mać. Więk­szość czasu poświę­cała na dys­cy­pli­no­wa­nie innych, głów­nie roz­da­jąc racje żyw­no­ściowe, ale i wyko­ny­wała sporo zadań dla samej Lady Pro­ximy jako jej zaufany goniec. Nie­które z osób, z któ­rymi zada­wała się w tej roli, bały się i jej. Zwięk­szały haracz na rzecz Bia­łych Roba­ków o napi­wek w nadziei, że Qi'ra wstawi się za nimi u sze­fo­wej. No, kwoty napiw­ków nie były duże, ale co zaro­biła, to jej. A że jed­no­cze­śnie jako pierw­sza zaspo­ka­jała głód, jesz­cze ni­gdy nie czuła się tak silna.

A teraz to wszystko stra­ciła. Zapo­mniała już, jak to jest stać w kolejce po jedze­nie. Być na łasce osoby, która roz­daje karty. Ema z lubo­ścią uprzy­krzała jej życie na tysiąc róż­nych spo­so­bów. To szy­dziła z niej z powodu lichych por­cji, to woziła się w jej kurtce, obno­sząc się, jakby sama wyho­do­wała futerko, gdy rywalka drżała w wil­goci ście­ko­wych kana­łów Koro­netu. Qi'ra wychu­dła i zmi­zer­niała. Jej sucha skóra przy­po­mi­nała papier. Miała łam­liwe włosy. Nawet Jagleo nie mogła jej pomóc na tyle, by zapo­biec powol­nemu usy­cha­niu, wywo­ła­nemu stop­nio­wym gło­dem. Kostki Hana w jej kie­szeni teraz już odzna­czały się na jej bio­drze.

Już dawno zja­dła psie sucharki i teraz była ska­zana na łaskę kolejki po jedze­nie, gdy Pro­xima na życze­nie Sar­kina znów zaczęła posy­łać ją na misje. Przez kilka tygo­dni Qi'ra cho­wała się w kory­ta­rzach Nory i pró­bo­wała zbie­rać infor­ma­cje. Pro­xima zde­cy­do­wa­nie coś knuła, a choć tech­nicz­nie rzecz bio­rąc Qi'ra nie była już pro­ble­mem Grin­da­lidki, na­dal zada­wała się ze szczu­ro­ła­pami. Nie chciała dać się zasko­czyć, gdy już doj­dzie do jatki. Przez chwilę nikogo nie obcho­dziło, czym się zaj­muje. Czuła się, jakby stała się nie­war­tym uwagi duchem.

Szczu­ro­łapy prze­stały jej doku­czać i zajęły się innymi, bar­dziej roz­ryw­ko­wymi ofia­rami. Gnę­bie­nie Qi'ry nie dawało im satys­fak­cji. Ni­gdy się nie odgry­wała i nie pro­siła nawet, by prze­stały, a już tym bar­dziej o nic nie bła­gała. Czyli nuda. Bier­ność raniła jej dumę, ale nie ciało, a przy­naj­mniej oszczę­dzała sporo ener­gii, nie wda­jąc się w spory, z któ­rych nie mogła wyjść obronną ręką. To, że jej prze­śla­dowcy wresz­cie kom­plet­nie dali sobie spo­kój, było wisienką na tor­cie. Przez kilka dni cho­dziła bez celu, aż wszy­scy doszli do wnio­sku, że została zła­mana i od tej pory będzie cał­ko­wi­cie posłuszna.

Wszy­scy z wyjąt­kiem Lady Pro­ximy.

Grin­da­lidka była leciwa, star­sza, niż sądziła więk­szość szczu­ro­ła­pów, a liczni ludzcy człon­ko­wie gangu dora­stali na jej oczach. Wie­działa, kiedy ci są kom­plet­nie zła­mani, a Qi'ra zda­wała sobie sprawę, że raczej nie zdoła jej oszu­kać. Więc gdy Pro­xima ogło­siła, że Qi'ra powinna dołą­czyć do zespołu zło­mia­rzy, dziew­czyna zgo­dziła się bez sprze­ciwu. I tak nie mogłaby się posta­wić. Sar­kin zażą­dał, by odpa­lała mu pro­cent, gdy cze­kała na to, co miało się zda­rzyć. Pozo­stali jęczeli. Bali się, że ich spo­wolni, ale wystar­czyło kilka wark­nięć ulu­bio­nego ogara Molo­cha, by prze­stali.

Na uli­cach Koro­netu jak zawsze pano­wał gwar. W stocz­niach wrzała praca, a z każ­dym dniem napły­wały kolejne impe­rialne zamó­wie­nia. Gdy miało się kre­dyty na budowę stat­ków bądź zna­jo­mo­ści, by je sprze­da­wać, można było żyć jak król. A jeśli nie - cóż, wtedy nale­żało się zado­wo­lić ochła­pami. Szczu­ro­łapy zajęły się tym, co potra­fiły naj­le­piej, czyli drob­nymi kra­dzie­żami i kie­szon­ko­stwem. Star­sze dzie­ciaki odwa­lały bar­dziej skom­pli­ko­wane prze­kręty, ale że Qi'ra wszystko robiła wspól­nie z Hanem, nie miała na sie­bie pomy­słu. Kolejny błąd. Za bar­dzo na nim pole­gała, pod­czas gdy jedyną osobą, któ­rej mogła w pełni ufać, była ona sama.

Przez pierw­szych kilka dni uda­wała żebraczkę i pole­gała na naiw­no­ści tej gar­ści dobro­dusz­nych osób, jakie się jesz­cze ostały w Zło­tym Mie­ście. Wzbu­dzała w nich współ­czu­cie, gdy przy­pi­sany jej danego dnia part­ner pozba­wiał ich kosz­tow­no­ści. Była w tym dobra i nawet Ema nie mogła jej odma­wiać jedze­nia, gdy te sztuczki zaczęły przy­no­sić wyniki. Po tygo­dniu Qi'ra odzy­skała siły na tyle, że jej ręce prze­stały drżeć z głodu i mogła zacząć okra­dać prze­chod­niów samo­dziel­nie. Wtedy jej part­nerką została Jagleo i obie dzie­liły się celami. Oskar­żały nie­win­nych prze­chod­niów, gdy ktoś zauwa­żył, że został okra­dziony.

- Ej! - Gło­śny okrzyk krę­pego Pan­to­ra­nina zwró­cił uwagę wszyst­kich robot­ni­ków zmia­no­wych w zasięgu słu­chu.

- Tak mi przy­kro, sir - powie­działa pod­nie­sio­nym gło­sem Qi'ra po tym, jak na niego wpa­dła. Odcze­kała pół odde­chu i wybuch­nęła pła­czem. - Z tar­go­wi­ska do domu jest tak daleko, a muszę pomóc mamie z kola­cją dla całej rodziny. Śpie­szę się, bo się spóź­nię.

Patrzyła przez łzy, jak Jagleo prze­nika przez tłum z nie­za­prze­czalną gra­cją. Nikt jed­nak jej się nie przy­glą­dał, bo wszy­scy wbi­jali wzrok w Qi'rę. Ta uro­niła kolejne łzy i Pan­to­ra­nin odstą­pił.

- Nic się nie stało, młoda - odparł szorstko, nieco nie­chęt­nie kle­piąc ją w ramię. - No, leć.

Odda­lił się, nim prze­stała pła­kać, i wto­pił w tłum, by nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Qi'ra popę­dziła w prze­ciwną stronę. Skrę­ciła trzy razy w kolejne ulice, nim prze­stała grać i wśli­zgnęła się do bocz­nej alejki, gdzie cze­kała na nią wyszcze­rzona Jagleo.

- Powin­ny­śmy się udać na wła­sną trasę roz­ryw­kową - skwi­to­wała zło­dziejka. Wycią­gnęła kilka port­feli z prze­róż­nych kie­szeni i zaczęła opróż­niać je z zawar­to­ści. Na koniec bez­tro­sko odrzu­cała każdy za sie­bie i wsa­dzała łupy do kie­szeni.

- Chyba jesz­cze bra­kuje nam mate­riału - odparła Qi'ra. Miała tylko jeden port­fel, tam­tego Pan­to­ra­nina, ale był aku­rat dzień wypłaty, więc nie mogła narze­kać.

Jej obecne życie oka­zy­wało się pro­ste, ale zaj­mo­wało ją na tyle, że nie­spe­cjal­nie myślała o tym, czy Han już lata albo że powinna zagło­dzić Emę, gdy miała na to szansę. Cza­sami Jagleo wzy­wano do więk­szych prac i w te dni Qi'ra sama sta­wiała czoła uli­com z ponurą deter­mi­na­cją, dzięki któ­rej daw­niej opu­ściła Silos. Nie mogła na nikim pole­gać, ale korzy­stała z tego, co otrzy­my­wała od życia.

Gdy Pro­xima wzy­wała ich na zebra­nia, Qi'ra sta­wała z boku na tyłach. Młod­sze szczu­ro­łapy pod­cho­dziły bli­żej, by pochwa­lić się, co takiego ukra­dły w imie­niu Grin­da­lidki. Na­dal ją tro­chę kochały za to, że ura­to­wała je przed samot­no­ścią, z jaką zma­gały się, nim dołą­czyły do Bia­łych Roba­ków. Na­dal sądziły, że są dla niej czymś wię­cej niż parą rąk i skórą, która może prze­trwać na słońcu. Nie rozu­miały, że prze­moc sto­so­wana przez Molo­cha i pozo­sta­łych porucz­ni­ków bie­rze się z jej roz­ka­zów.

Choć Qi'ra miała ochotę znik­nąć, wie­działa, że to nie­moż­liwe, więc od czasu do czasu Pro­xima zwra­cała na nią uwagę. Za każ­dym razem było tak samo. Ema skła­dała raport i zręcz­nie pomi­jała rolę ode­graną przez Qi'rę. Część mło­dzi­ków robiła szum, a gdy Pro­xima pro­siła o szcze­góły, padało imię dziew­czyny. Qi'ra nie mogła ich zmu­sić, by prze­stali, a Ema nie zda­wała sobie sprawy z tego, że w ten spo­sób tylko bar­dziej się kom­pro­mi­tuje, więc dziew­czyna nie miała innego wyboru, jak pod­jąć grę.

- Qi'ro, moja droga. Nie widzę cię tam, podejdź, pro­szę - ode­zwała się Pro­xima, choć widziała lepiej w sza­rym świe­tle sali zgro­ma­dzeń niż ludzie.

Qi'ra prze­pchnęła się przez resztę i sta­nęła tuż za Emą. Widziała, że młod­sza dziew­czyna jest wście­kła i pró­buje zdu­sić w sobie gniew. Może i Ema opa­no­wała mimikę twa­rzy, ale gdy się zło­ściła, mimo­wol­nie spi­nała ramiona i zaci­skała pię­ści.

- O, tu jesteś - dodała Grin­da­lidka. - Ura­do­wała mnie wieść, że na­dal poma­gasz bra­cisz­kom i sio­strzycz­kom, choć nale­żysz do kogoś innego. Wyobra­żam sobie, że wiele się od cie­bie uczą. Emo, powiedz coś wię­cej na temat pomocy Qi'ry.

Ema była wście­kła, ale zaczęła mówić. Przez ten czas Pro­xima nie spusz­czała oczu z Qi'ry. Ta zawsze potra­fiła pano­wać nad twa­rzą, ale teraz kon­tro­lo­wała już całe ciało - stała nie­ru­chomo, w neu­tral­nej pozie. Moloch prych­nął na nią, kli­ka­jąc ustami pod maską, a pozo­stałe szczu­ro­łapy jej uni­kały. Ale Pro­xima wie­działa swoje. Stara Grin­da­lidka miała do czy­nie­nia ze zła­ma­nymi ludźmi. Sama ich łamała. A Qi'ra wie­działa, że jej maska nie jest na tyle dobra, by oszu­kać panią Bia­łych Roba­ków.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki