Rozdział 4. ŚMIAŁYM SZCZĘŚCIE SPRZYJA
Rozdział 4
ŚMIAŁYM SZCZĘŚCIE SPRZYJA
Z tych oraz pozostałych przyczyn żądam wszczęcia gruntownego śledztwa w sprawie okoliczności dotyczących zamachu na ówczesnego najwyższego
kanclerza Palpatine'a, dyrektywy uznającej zakon Jedi za wrogi podmiot,
taktycznych protokołów armii klonów dotyczących walki z Jedi będącymi
członkami armii oraz traktowania niepełnoletnich Jedi, również będących
członkami armii, przez nasze siły zbrojne. Śledztwo to powinno być
przeprowadzone przez niezależną grupę prawników wojskowych i cywilnych,
w przeciwnym razie będzie zmuszony się tym zająć Senat.
Bail prawie nie słyszał tego, co mówił. Stał na kładce menedżera nad
halą fabryczną Eurivos HoloDynamics -?jednego z ostatnich zakładów
przemysłowych wciąż działających na wyższych poziomach Coruscant.
Miejsce to idealnie nadawało się na przemówienie poświęcone
rewitalizacji przemysłowej -?zapowiedział, że o tym właśnie dziś będzie
mówić. Niewielka publiczność poruszyła się niespokojnie pod arkuszami
lśniących luster i pryzmatów, z których miały zostać wycięte laserami
części holoprojektorów. Niektórzy z obecnych byli pracownikami fabryki,
którym kazano tu przyjść -?głównie z ras innych niż ludzka -?robotnikami
bez przynależności politycznej. Przyszli też ekspaci z Alderaana, którzy
chcieli zobaczyć swojego senatora, z patriotyzmu lub ciekawości. Część
była zaś gorliwymi zwolennikami Imperium, wierzącymi w Nowy Ład
Palpatine'a, którzy z zapałem dokumentowali wszystko, co robili politycy
uznani przez nich za przeciwników obecnej władzy.
Nie zjawili się przedstawiciele mediów, ale w powietrzu unosiło się bez
entuzjazmu kilka kamdroidów.
Taki odbiór jego przemówienia wzbudzał w Bailu frustrację, irytację i gorycz -?ale nie zaskakiwało go to. Mówił dalej, starając się zachować
poważny i przekonujący ton.
-?Nie można spodziewać się bezbłędnych działań w ćmiącym zamieszaniu
wojny. Sądzę, że w ostatnich chaotycznych dniach konfliktu nasze władze
zdecydowanie stanęły na wysokości zadania. -?Kłamał niechętnie, ale miał
świadomość, że nie może odstąpić w tych przemówieniach od pewnych zasad.
-?Ważne jest jednak, żeby stało się jasne, co i kiedy nasi przywódcy
wiedzieli, i żebyśmy pamiętali, że ponoszą oni za to odpowiedzialność.
Armia wciąż ściga wszystkich zbiegłych Jedi, musimy więc uzbroić się w informacje, by ocenić, które działania są rozsądne, a które -?ekran
unoszący się przed nim podpowiedział mu słowo "nieodpowiednie" -
brutalne i okrutne. Pokonaliśmy kogoś takiego jak generał Grievous. Nie
naśladujmy więc naszych wrogów po odniesieniu zwycięstwa.
Zakończył niekontrowersyjnymi formułkami, przypominając o potrzebie
polepszenia pomocy medycznej dla klonów-weteranów, i podziękował Eurivos
HoloDynamics za zorganizowanie tego spotkania. Widzowie powoli się
rozchodzili. Kierownik hali zaczął zapędzać pracowników na stanowiska,
jeszcze zanim Bail zdążył dojść do drzwi.
Przemówienie w tym lub podobnym kształcie wygłosił już kilkanaście razy
od zakończenia wojny i intronizacji Palpatine'a. Za pierwszym razem
spotkał się ze względnym zainteresowaniem części mediów i opinii
publicznej, zaciekawionej prowokacyjnymi opiniami Alderaana o zmieniającej się sytuacji w galaktyce. Zauważył nawet w tłumie stażystę
z gabinetu wielkiego wezyra. Ale w kolejnych tygodniach reagowano coraz
obojętniej. Jedi przestali być tematem interesującym opinię publiczną i stało się jasne, że Bail był nadal tym, za co uważano go w ciągu
ostatniej dekady -?irytującym, ale niegroźnym buczeniem w uszach władzy.
Dziś przemawiał publicznie po raz pierwszy od powrotu z Jedhy i żadne z wcześniejszych jego wystąpień aż tak go nie przygnębiło.
W otoczeniu pracowników ruszył do czekającego na nich śmigacza. Ktoś
podał mu komlink i Bail założył słuchawkę. Gdy usłyszał głos Brehy,
natychmiast się rozluźnił, stał się bardziej świadomy swojego oddechu,
stawianych kroków, całego ciała. Jego żona jak zwykle była jego
zbawieniem.
-?I jak poszło? -?zapytała. -?Twój szef biura mówi, że odszedłeś od
tekstu.
-?Mój szef biura powinien poskarżyć się mnie, zamiast wciągać w to
ciebie. Tak, popełniłem błąd. Ale mówiłem ci o Jedzie. Palpatine tak
podkręcił nastroje u swoich zwolenników, że dręczą nas tylko za to, że
śmiemy opłakiwać tych, których straciliśmy.
-?Poplecznicy Imperium wciąż cię prowokują?
-?Dziś nikt nawet nie krzyczał.
-?I poczułeś się urażony...
-?Oczywiście, że nie. No, może. -?Westchnął. -?Nie próbuję narobić sobie
wrogów, naprawdę. Nie potrzebuję więcej wrogów. Po prostu...
Urwał. Breha odczekała chwilę, a potem zapytała:
-?Po prostu co? Twój instynkt każe ci walczyć, ale ja chcę, żebyś
powiedział jak! Opowiedz mi o strategii. Albo powiedz, że jesteś pewien
i że powinnam ci zaufać. Jedno albo drugie -?wszystko mi jedno.
Bail odchrząknął. Oczywiście słusznie mu zarzucała, że działa zbyt
spontanicznie. Do tej pory instynkt dobrze prowadził go w życiu, ale
kiedy próbował go analizować, rozkładać na czynniki pierwsze plan, który
spreparowała jego podświadomość, odnosił wrażenie, jakby wątpił w samego
siebie. Mimo to spróbował -?dla niej.
-?Tak, po części wynika to z mojego uporu, przyznaję. -?"Ale tylko
tobie, nikomu innemu". - Jednak po części... Nie możemy pozwolić, by
opinia publiczna zapomniała o Jedi, a nikt inny o nich nie mówi. Musimy...
Ja muszę o nich przypominać. Ale tutaj chodzi... -?Nie wiedział, jak
zakończy to zdanie, bo układał myśli w całość właśnie teraz, w locie. -
...Chodzi o tych, których nie ma na spotkaniach. Palpatine nastawił
przeciwko Jedi bardzo wielu i zrobił z zakonu organizację złoczyńców,
ale przysięgam ci, że nie wszyscy w to wierzą. Bo są ludzie, którzy boją
się powiedzieć coś głośno, którzy nie chcą być ogłoszeni przez sąsiadów
sympatykami separatystów i których nie stać na bilet na Jedhę -?albo
którzy po prostu nie chcą się rzucać w oczy. I ja muszę przemówić w ich
imieniu. Mam dostęp do mediów, a służby nic mi nie zrobią. To mój
obowiązek.
Breha milczała. Bail ściszył głos, tak żeby nawet jego pracownicy nie
mogli nic usłyszeć.
-?Poza tym wszyscy znów będą się tym przejmować, kiedy prawda wyjdzie na
jaw, kiedy pojawią się konkrety, które dodadzą im odwagi. Do tego czasu
nie mogę ustąpić.
-?A nie wydaje ci się -?rzekła Breha -?że przeceniasz liczbę osób, które
milczą, bo się boją? Nie wszyscy kochali Jedi tak jak ty -?w opinii
większości zawsze trzymali się na dystans -?a Palpatine cieszy się
wielkim poparciem.
-?Nie. Są tacy, Breho. Naprawdę.
Nie wierzyła mu. Wiedział to i mógł z tym żyć, a w każdym razie nie
zamierzał się sprzeczać. Pożegnali się, obiecali sobie, że niedługo
zobaczą się w domu, i Bail wsiadł do śmigacza razem ze swoimi
pracownikami. Polecieli na kolejne spotkanie, mityng, zbiórkę czy co tam
było w kalendarzu. W drodze myślał o tym, do jakiego stopnia nic mu nie
groziło, skąd wiedział, że służby Palpatine'a się za niego nie zabiorą -
jeszcze nie teraz.
Już raz go aresztowano, razem z Mon Mothmą i kilkunastoma innymi
senatorami, wkrótce po proklamacji Imperium. Większość z zatrzymanych
nosiła znane nazwiska i podpisała Petycję 2000 -?jeszcze przed
likwidacją Republiki Delegacja podjęła w ten sposób próbę odebrania
Palpatine'owi uprawnień nadzwyczajnych i zostało to uznane za zdradę.
Funkcjonariusze służby bezpieczeństwa zamknęli Baila w wygodnej celi,
dali mu dostęp do kanałów informacyjnych, datapadów i większości tego, o co poprosił. Żeby odzyskać wolność, musiał tylko złożyć przysięgę
lojalności wobec nowego reżimu -?potraktować całą sprawę jak kwestię
polityczną, a nie jak potworność, którą była, i zapewnić wszystkich, że
przejęcie władzy przez Imperatora jest w pełni zgodne z prawem.
Zaakceptował to -?dla swojego dobra, dla dobra swojej rodziny, dla dobra
galaktyki -?i od tamtej pory trzymał się granic języka polityki. W przemówieniach nie używał słów takich jak "tyran" czy "rzeź", nawet
jeśli to, co mówił, je sugerowały.
Imperator był potworem. Ale Bail miał pewność, że te zatrzymania
stanowiły blef, próbę zastraszenia Senatu, zmuszenia go do
posłuszeństwa, ponieważ Palpatine nadal go potrzebował i nie obawiał się
senatorów, w odróżnieniu od Jedi. Palpatine nie będzie chciał rozprawić
się z Bailem, póki ten wyraźnie nie pokaże, że stanowi prawdziwe
zagrożenie dla jego władzy.
Oznaczało to, że Imperator nie zdawał sobie sprawy z tego, że Bail znał
prawdę, choć senator doskonale wiedział, jak tamten przejął władzę -?i przez to stanowił dla niego rzeczywiste zagrożenie.
Był zatem bezpieczny -?na razie. Z każdym słowem, które w przyszłości
wypowie, z każdym odzewem opinii publicznej, który wzbudzi, Imperator
zacznie nabierać coraz większych podejrzeń. Rozpoczęło się odliczanie, a Bail nie miał jak go spowolnić. Mógł tylko przyśpieszyć chwilę, w której
zwróci na siebie uwagę. A to oznaczało, że musiał działać szybko.
Rozdział 5. MISJA ZEMSTY
Rozdział 5
MISJA ZEMSTY
Soujen przebudził się, czując zapach skał i ziemi. Miał wilgotne,
obolałe ciało. Leżał na łóżku polowym. Zidentyfikował miejsce, w którym
się znajdował -?cela, dla pustelnika lub więźnia -?i otworzył oczy z nieśpiesznym zainteresowaniem. Cząsteczki kurzu wirowały w słabym
świetle padającym z góry, zamazując detale wnęki, w której się
znajdował, wyciętej laserem w naturalnej jaskini. Otwór w skale -
wyjście? -?prowadził na korytarz. Drzwi nie było, a Soujen nie został
skrępowany.
Jeśli trzymano go tu jako więźnia, to jego łańcuchy były niewidzialne.
Przypomniał sobie starcie na pirackim statku, spotkanie z mężczyzną o imieniu Saw i swoje niedbalstwo, kiedy dał się porazić ładunkiem
jonowym. Stłumił poczucie upokorzenia i uruchomił diagnostykę implantów.
Wzrokiem skontrolował spektra, poczuł ze sztuczną precyzją na języku
smak kurzu i bakterii. Na jego siatkówce pojawiły się powiadomienia -
jego uzbrojenie i amplifikacje mięśniowe przesłały potwierdzenie, że są
w pełni sprawne. Jego źródło zasilania -?ogniwo z diatium i baradium,
którego ciężar czuł w dolnej części brzucha -?nie było uszkodzone. I pewnie wystarczy mu jeszcze na kilkanaście lat, choć ani Soujen, ani
jego twórcy nigdy nie sądzili, że pożyje tak długo.
Upewnił się, że mechanizm uruchamiający proces samozniszczenia również
był nietknięty, i nagle uderzyła go normalność tej całej sytuacji.
Rzeczywiście dobrze się przystosował do implantów. Próbował sobie
przypomnieć, jak niezręcznie się czuł po pierwszej operacji, ale te
wspomnienia były zbyt mgliste. Przypominały dziury w jego bazie danych -
pustkę, którą się trąca myślą, jak sprawdza się językiem brakujący ząb,
ale zupełnie nieszkodliwą. Jego twórcy ukryli przed nim oprogramowanie i nie dali mu dostępu do pewnych plików, ale jaki żołnierz znał wszystkie
zamiary dowódców?
Wstał i ponownie dokonał inspekcji pomieszczenia, w którym się
znajdował, na wpół spodziewając się, że zauważy kamerę lub laserowy
promień-pułapkę. Niczego nie znalazł, więc wyszedł z celi. Nie widział
powodu, by nie zmierzyć się od razu z tym, co zaplanowali jego
porywacze.
Zbadał korytarz i odchodzące od niego tunele, zwracając uwagę na
przejścia z taśmami oświetleniowymi i te, które wyglądały na nieużywane.
Może powinien znaleźć i unieruchomić generator, żeby móc skorzystać z ciemności, która zapanuje wówczas w tej bazie, ale nie groziło mu
bezpośrednie niebezpieczeństwo, więc postanowił, że na razie
poprzestanie na rekonesansie. Soujen dysponował dużymi pokładami agresji
-?jego funkcja tego wymagała -?ale nie odznaczał się okrucieństwem ani
żądzą krwi. Poza tym zdecydowanie nie był bezbronny.
W końcu usłyszał głosy i poszedł w ich stronę do naturalnej jaskini, w której zwisały ze stropu spiralne stalaktyty z plamami kalcytu i jadeitu. Sznurowa drabinka przymocowana do szczytu urwiska prowadziła do
prymitywnej stołówki, gdzie na kamieniach lub skrzyniach siedziało
kilkanaście osób. Większość z nich jadła racje żywnościowe, a kilkoro
rozmawiało. Siedział wśród nich Saw. Nie wyglądało na to, jakby zajmował
jakieś szczególnie ważne miejsce.
Jak Saw, tak i większość tych osób należała do rasy ludzkiej lub
podobnej. Brudni, pokryci bliznami, zbudowani jak żołnierze, mieli przy
sobie blastery, w kaburach albo odłożone obok. Młoda kobieta przepasała
sobie tułów pasem z nożami, tak jak robili to najemnicy z sektora
Primtara. Inna miała masywną broń, chyba działko stosowane do tłumienia
zamieszek w Sektorze Wspólnym.
-?Powiedziałeś, że się odegramy -?mówiła kobieta z nożami, patrząc na
Sawa. -?Rabowanie konwojów zaopatrzeniowych to nie jest odgrywanie się.
Układanie kabli w jaskiniach to nie jest odgrywanie się!
-?No to powiedz mi -?powiedział Saw -?co byś zrobiła na moim miejscu?
Kobieta wzruszyła ramionami.
-?Rozwaliłabym jakiś posterunek. Postrzelałabym do klonów.
-?Klony są jak droidy bojowe. Nie są wrogami. Stanowią broń wroga, a wróg może zawsze wyprodukować ich więcej. -?Saw przeczesał włosy dłonią
w rękawicy, jakby w zastanowieniu. Dziwny, bo niespontaniczny gest,
który Soujenowi wydał się wręcz wyrachowany. -?Na razie możemy tylko
postarać się, by nie opłacało im się nas ścigać.
-?"Na razie" -?powtórzyła kobieta z działkiem. Starsza niż nożowniczka,
miała rude włosy i metalowe zęby, które zalśniły w przyćmionym świetle.
-?A jak zamierzasz poszerzyć nasze działania?
-?A ty w kółko to samo, Karama! -?Małpokształtny mężczyzna o wydłużonym
pysku i futrze w kolorze ciemnego blondu parsknął urywanym śmiechem. -
Uzgodniliśmy, że będziemy go słuchać.
-?Ale ja nie zgodziłam się nie zadawać pytań -?odparowała Karama.
Soujen przycupnął w cieniu nad urwiskiem i zastanowił się nad tym, co
widział i słyszał. Grupa Sawa miała kiepskie wyposażenie i nie posiadała
umundurowania. Podejrzane typy, zdecydowanie, ale czy byli najemnikami?
Przestępcami? Nie zwracali się z szacunkiem do tego, kto tu dowodził,
czyli hierarchia niezbyt się dla nich liczyła. A jednak mówili jak
wyznawcy ideologii, poddani indoktrynacji zwolennicy sprawy, z którą
jeszcze nie do końca się pogodzili. W ich niepewnej żarliwości Soujen
wyczuwał jakby coś znajomego -?skojarzyło mu się nagle z jego starszym
bratem, od dawna nieżyjącym -?przez alkohol i wściekłość, dla której nie
znalazł ujścia.
Ale teraz Soujen potrzebował użytecznych informacji o tym, gdzie się
znajdował i jak mógł to miejsce opuścić. Czekały go misja i cel, nad
którymi nie miał czasu się zastanowić, odkąd się przebudził. Nawet
powód, dla którego zachowano go przy życiu, był dla niego zdecydowanie
mniej istotny.
-?Pytania mi nie przeszkadzają. -?Saw mówił tonem neutralnym, choć nie
przyjaznym. -?Karama zdecydowanie zasłużyła sobie na prawo do ich
zadawania. Znaleźliśmy ją w obozie jenieckim separatystów po tym, jak
zdezerterowała z Republiki. Spłaciła dług już dawno temu. Vorgorath -
wskazał na małpokształtnego bojownika -?ma tyle medali i odznaczeń, że
mógłby zawstydzić nas wszystkich, ale znaczą one tak niewiele, jak twoje
zbrodnie. -?Spojrzał, unosząc brwi, na dziewczynę z nożami. -?I jest też
Hress -?dodał. Przeniósł wzrok z dziewczyny na Soujena. -?Chce
odpowiedzi, ale zamiast się grzecznie przedstawić, szpieguje nas. To
agent separatystów, wyzbyty nawet śladów sumienia. To on stoi za
zamachami na Duro i Nacronisie, za wybuchem w koszarach rekrutów na
Caridzie... A jednak nakarmię go i przyodzieję, a nawet odpowiem na jego
pytania, jeśli okaże się użyteczny.
Teraz patrzyli na niego wszyscy. Lista zarzutów Sawa była nieprawdziwa -
Soujen podłożył kilkanaście bomb, które zabiły we śnie walczących po
stronie Republiki, ale ani jednej na Caridzie. Nie czuł jednak potrzeby
sprostowania tego oskarżenia. Mógłby rzucić się do ucieczki, ale nic by
na tym nie zyskał. Dlatego zsunął się po drabince i podszedł do
bojowników.
Saw nie ruszył się z miejsca. Jego towarzysze też nie wstali, choć
kilkoro położyło ręce na broni.
-?Hress. -?Saw wypowiedział imię podane mu przez Soujena z wykrzywionymi w grymasie ustami. -?Powinieneś poznać Nankry. To ta
tutaj. Była w partyzantce na froncie w układzie Perithal... Zero wsparcia,
zero koordynacji z innymi, ale i tak udało jej się poderżnąć gardło
separatystycznego gubernatora jej kolonii. Prowadziła coś w rodzaju
jednoosobowej wojny.
Soujen obrzucił wzrokiem Nankry, która przesuwała właśnie dłoń po pasie
z nożami. Była żylasta i nerwowa. Podejrzewał, że również szybka -?ale
niedbała.
-?Jeśli zamierzasz wypróbować jej umiejętności -?rzekł -?znajdź kogoś
innego.
"Nie jestem twoim pokazowym zwierzakiem i nie dam się sprowokować".
Saw zmrużył oczy. Soujen wszedł między jego podwładnych i sięgnął po
rację żywnościową. Po jego lewej stronie zgrzytnął o skałę metal -?ktoś
podniósł blaster.
Saw parsknął suchym śmiechem.
-?Jedz -?powiedział. -?Miałeś długą podróż.
Soujen rozerwał opakowanie. Zasyczało i opakowanie zaczęło się wzdymać.
W środku powiększało się coś pachnącego drożdżami i syntetycznym mięsem.
Podniósł rację do ust i zaczął przełykać gorzką maź.
Saw znów się odezwał.
-?Czy twoi panowie kiedykolwiek o mnie wspominali? O Sawie Gerrerze z Onderona?
Soujen nie odpowiedział i Saw uznał chyba, że odpowiedź brzmiała "Nie".
-?Moja planeta usiłowała nie opowiadać się po żadnej stronie wojny -
ciągnął -?ale separatyści wyreżyserowali zamach stanu pod pozorem
"uzasadnionych działań politycznych". Żeby odzyskać wolność, podjęliśmy
współpracę z Republiką.
Nankry odchrząknęła i odsunęła się. Soujen pochłonął połowę racji i z trudem zwolnił tempo jedzenia. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był
głodny. Przypuszczał, że implanty stłumiły jego poczucie głodu, ale w końcu był zwierzęciem, istotą z krwi i kości, a odkąd obudził się w komorze, nie miał okazji niczego jeść ani pić.
Saw mówił dalej, a jego ton wznosił się i opadał w niemal żartobliwy
sposób -?tak mówił człowiek zbyt świadomy siebie, by silić się na
wzniosłość. Soujen zmusił się do większego skupienia, na wypadek gdyby
usłyszał coś, co mogłoby mu się przydać.
-?Układ był dobry -?powiedział Saw -?i Republika dała nam wsparcie,
którego potrzebowaliśmy. Nie to, czego pragnęliśmy -?sami nie chcieli
sobie brudzić rąk -?ale szkolili nas i zbroili, więc obaliliśmy
marionetkowy rząd separatystów i walczyliśmy dalej. Sęk w tym, że
Onderon nigdy nie zawarł umowy z żadnym Imperium. A kiedy się już
widziało, jak ktoś uzurpuje sobie władzę, jak ktoś narzuca nam tyrana,
który prześladuje wszystkich swoich potencjalnych wrogów, łatwo
rozpoznać oznaki tego samego. Palpatine niczym się nie różni od króla
Rasha, którego separatyści posadzili nam na tronie.
Soujen oblizał zęby i przełknął maziowatą rację.
-?Przyzwyczailiście się do walki, więc zwróciliście się przeciwko swoim
nowym panom, kiedy tylko dostaliście pretekst.
Nie była to wyrachowana prowokacja z jego strony -?ocenił sytuację
chłodno, bez ogródek. Wiedział już, z kim miał do czynienia. Ale Saw
umilkł i Soujen poczuł zmianę nastroju w grupie -?podwładni Sawa już
prawie się rozluźnili, ale teraz znów spięli się jak do starcia.
-?Myśl sobie, co chcesz -?odparł w końcu Saw. -?Ja powiem ci tyle: nowy
Imperator Republiki już zwrócił wzrok na Onderon. Zamierza nas rozbroić,
spisać i kontrolować, uczynić z nas posłuszne trybiki w swojej wielkiej
maszynie. Zamordował Jedi, którzy ośmielili się nam pomóc. W zamian
domaga się naszej wierności i chce ukarać tych, którzy odmówią. Niewielu
to widzi już teraz, ale w końcu to dostrzegą. Imperium strzeliło
pierwsze -?to nie my chcieliśmy tej wojny. To Imperium na nas ruszyło,
choć my po prostu próbowaliśmy przeżyć.
Soujen słuchał już tylko częściowo, bo jakie miały dla niego znaczenie
te wymówki zdrajców Republiki? I właśnie dzięki temu zauważył, że za
jego plecami coś się dzieje -?lekki szelest, drżenie powietrza... Kiedy go
zaatakowano, w prawej ręce nadal trzymał opakowanie z racją. Sięgnął do
tyłu drugą ręką i złapał czyjś nadgarstek. Ostrze ześlizgnęło się po
jego przedramieniu, płytko przecinając skórę -?nie zrobiło mu nic
poważnego. Płynnie ukląkł i pociągnął napastnika do przodu, przerzucając
go sobie przez głowę i obalając na ziemię.
Była to Nankry -?oczywiście. Miała teraz zwichnięty, a może i złamany
nadgarstek, nadal jednak trzymała dwa noże. Drugiego się nie spodziewał
i ledwo zdążył odskoczyć, kiedy wolną ręką zadała mu cios w udo. Nie
puścił jej jednak i napinając mięśnie przedramienia, uruchomił
paralizator w lewej dłoni. Kiedy poczuł spazm mięśni, wbił paznokcie w skórę Nankry. Kobieta wrzasnęła -?poraził ją prąd przepływający z jego
ciała. Zaśmierdziało przypalonym mięsem.
Mimo to nadal się nie poddawała. Poderwała się gwałtownie i dziko
zamachnęła nożem. Soujen puścił ją i kopnął w brzuch. Zatoczyła się na
skały. Jej towarzysze otoczyli ich -?Saw również wstał, choć ustawił się
dalej -?i Soujen postanowił zakończyć walkę. Podbiegł i uniósł nogę,
żeby wgnieść głowę kobiety w ziemię. Wystarczyłby jeden silny kopniak,
by zmiażdżyć jej czaszkę lub złamać kark. Zamierzała go zabić -?nie miał
powodu, by się jej nie odpłacić tym samym.
Nankry była zbyt oszołomiona, by zrobić unik, a mimo to Soujen nie
zdołał jej zabić. Jego noga opadła ciężko na ziemię -?Vorgorath jednym
szarpnięciem odciągnął jego niedoszłą ofiarę. Pozostali wymierzyli w niego broń, nikt jednak nie strzelał -?słusznie, bo gdyby chybili,
mogliby trafić w siebie.
Soujen natychmiast ocenił zagrożenie. Jego instynkt i implanty
poinformowały go błyskawicznie o tym, gdzie się znajdują i jaki poziom
zagrożenia stanowią wszyscy zbrojni wokół niego. Jak przez mgłę usłyszał
okrzyk Sawa:
-?Dosyć! Dosyć!
Zbrojni się cofnęli. Parę osób zajęło się Nankry, inni celowali do
Soujena.
Saw ruszył naprzód. Po drodze przesunął na dół lufę karabinu innego ze
swoich ludzi.
-?Uratowałem ci życie -?rzekł. -?Przywiozłem cię tu jako gościa.
Nieładnie byś się zachował, gdybyś teraz mi kogoś zabił.
-?Próbowała mnie zabić, a ty jej na to pozwoliłeś -?zgrzytnął Soujen.
-?Musiałem zobaczyć, co z ciebie za typ. -?Saw machnął ręką. -?Poza tym
zasłużyła sobie na to, żeby ktoś ją usadził. Nic ci nie groziło.
Przystanął trzy metry od niego. Soujen mógłby go zabić, gdyby chciał -
tamten miał z pewnością czym się bronić, ale nie znał pełnych możliwości
Soujena. Wymknięcie się jego bandzie byłoby problematyczne, ale do
zrobienia. Jednak Soujen nadal chciał poznać odpowiedzi na kilka pytań.
-?Następnym razem zginiesz -?powiedział.
"Kiedy jeszcze raz mnie wykorzystasz. Kiedy jeszcze raz mnie okłamiesz".
-?Uczciwie stawiasz sprawę. -?Uśmiech na twarzy Sawa nie sięgał jego
oczu. -?Może pogadamy na osobności?
///
Poszli razem korytarzem. Po niedługim czasie dotarli do miejsca, w którym nie było już oświetlenia, i dalej musieli iść w ciemności. Saw
chyba wyczuwał drogę instynktownie. Poruszał się, prawie szurając
nogami, dzięki czemu omijał kamienie na spągu i bez trudu pokonywał
wąskie przejścia. Soujen wyregulował widzialne dla siebie pasmo,
przetwarzane przez implanty. Jaskinia zdawała się świecić szmaragdowym
blaskiem, a Saw lśnił jak boja orientacyjna.
Kiedy w ciszy i ciemności przemierzyli pół kilometra, Saw wyjął latarkę
i przyświecając nią sobie, ruszył szybciej. Może nie zdawał sobie sprawy
z tego, że mrok Soujenowi nie przeszkadzał. Może chciał mieć pewność, że
jego nowy znajomy nie zdoła sam wrócić do ich bazy. A może miał innych
wrogów i nie chciał, by ktoś go wyśledził.
-?Jeśli mamy przetrwać w walce z Imperium, potrzeba nam będzie zasobów,
więcej, niż moja grupa jest w stanie zdobyć zwyczajnymi sposobami -
rzekł Saw, tonem takim, jakby wracał do rozpoczętej wcześniej rozmowy. -
Kiedy Republika dostarczała nam sprzęt, zużywaliśmy ogniwa energetyczne,
blastery czy ładunki wybuchowe tak szybko, jak szybko nam je zrzucano.
Zawsze było więcej celów separatystycznych, niż dawaliśmy radę
zaatakować.
Soujen znał te argumenty. Zanim go udoskonalono, walczył jako najemnik
na pierwszej linii frontu każdą bronią, jaką separatyści byli w stanie
stworzyć. Unia Technokratyczna, Federacja Handlowa, Gildia Kupiecka -
wszyscy najwięksi posiadacze zarówno kapitału, jak i zasobów rzeczowych
w galaktyce wsparli sprawę separatystów, po cichu kupując lojalność
kolejnych planet, a głośno deklarując neutralność. To korporacje pomogły
rozwinąć się ruchowi separatystycznemu i wszyscy o tym wiedzieli. Jednak
nie one stworzyły pragnienie wymknięcia się ze szponów Republiki -
pragnienie podzielane przez tysiące lekceważonych światów, które nigdy
nie mogłyby sobie pozwolić na bunt bez dofinansowania z zewnątrz. I raczej niewiele je obchodziło, jaki interes mieli w tym ci sponsorzy.
A przecież Soujen walczył również za liniami wroga, w głębi Republiki. I walczył także przed wojną, gdy wynajmowano go do udziału w lokalnych
konfliktach, które innym nic nie mówiły. Saw mógł powtarzać swoim
żołnierzom, że najważniejsze są umiejętności, wola i serce, mógł
wymyślać sprytne intrygi i podstępne ataki, ale Soujen wiedział, jak to
jest, kiedy się spędza całe dnie, niepokojąc się każdym uszkodzonym
blasterem i szukając czystej wody.
Weszli na stromą skałę -?Saw na czworakach, a Soujen pełzając jak owad.
Na górze Saw powiedział:
-?Nie mamy już sponsorów. Republika stała się naszym wrogiem i nawet
gdybyśmy mieli te kredyty, nie ma trzeciej strony, która chciałaby się w to mieszać. Kartel Huttów nie będzie chciał narażać się nowemu reżimowi.
Syndykaty przestępcze się reorganizują. Ale armia separatystów miała
mnóstwo broni, więc zacząłem się zastanawiać... Pod koniec wojny doszły
mnie słuchy... takie tam plotki, od więźniów, którzy na przesłuchaniu
powiedzą wszystko. Mówili o planach awaryjnych separatystów, o zapasach
broni, środków chemicznych, cennych metali, gromadzonych w całej
galaktyce. Te tajne składy miały podobno przypisanych do siebie agentów,
zabójców i sabotażystów z cybernetycznymi udoskonaleniami, którzy mieli
kontynuować działania wojenne, gdyby armie droidów zostały pokonane. Nie
zawracałem tym sobie zbytnio głowy. Brzmiało to jak typowe kłamstwa,
które korporacje rozpowszechniały, żeby uspokoić lojalistów po stronie
separatystów, żeby im wmawiać, że nigdy się nie poddadzą. Ale po zmianie
reżimu, kiedy ja i moi ludzie musieliśmy się znów ukrywać, uznałem, że
warto sprawdzić te historie. A kiedy usłyszałem o pirackim statku, który
natrafił na coś cennego z czasów wojny...
Przeszli przez szczelinę niewiele szerszą niż ich ramiona. Soujen poczuł
w nozdrzach zapach czegoś spleśniałego i gorzkiego i zorientował się, że
dotarli na półkę skalną pokrytą pastelowymi rozpryskami -?guanem
czteroskrzydłych, dwugłowych stworzeń, które krążyły w mroku nad nimi,
pozostawiając smugi w fioletowych chmurach, przesłaniających słońce i gwiazdy. Poniżej różowo-zielono-niebieskie skały schodziły do równiny
porośniętej zaroślami i mięsistą trawą, falującą na wietrze. Soujen
odnosił nieprzyjemne wrażenie, że znajduje się na skraju otchłani,
czyhającej na dnie oceanu.
-?Piraci wymazali zapisy komputerowe i dane nawigacyjne, kiedy
dokonaliśmy abordażu, ale zakładam, że broń biologiczna, która ich
zabiła, należała do was. Może uruchomili pułapkę? A może po prostu nie
zachowali ostrożności. -?Saw przerwał na chwilę, jakby czekał, żeby
Soujen potwierdził jego podejrzenia. Stali obok siebie, zwróceni twarzą
do dalekiego horyzontu. -?Ale to ty jesteś tym agentem. To ty jesteś
planem awaryjnym separatystów.
Czy był sens zaprzeczać? Saw wiedział, że się nie myli.
Soujen wzruszył ramionami.
-?W przybliżeniu tak.
-?Zapewne nie zdradzisz mi swojej specyfikacji technicznej? Ile masz
implantów? W jakim stopniu składasz się z metalu?
-?W mniejszym, niż sądzisz -?odparł Soujen i zapewne było to nawet
prawdą. Implanty poprawiały jego równowagę i koordynację. Wzmacniały
sygnały odbierane przez jego zmysły, dawały mu dostęp do danych i wbudowanego uzbrojenia. Ale jego krew i kości były prawdziwe.
Udoskonalono mu cybernetycznie mózg, ale nie wymieniono go na inny.
-?Zostałeś powołany przymusowo? Zmusili cię do tego?
-?Nie.
Saw przesunął podeszwę buta po skraju półki i kurz poleciał w dół, ku
równinie.
-?Przeprogramowali ci mózg?
-?Chcesz mnie kontrolować. -?Było to stwierdzenie, nie pytanie.
Tym razem to Saw wzruszył ramionami.
-?Gdybym mógł, to bym z tego skorzystał. A oni cię kontrolują?
-?Nie. -?Soujen splunął w przepaść. Sama myśl o tym wzbudzała w nim
mdłości, a fakt, że Saw brał to pod uwagę, świadczył wymownie o tym, z jakim człowiekiem Soujen miał do czynienia. -?Zgłosiłem się na
ochotnika, bo chciałem służyć.
Nie do końca pokrywało się to z rzeczywistością, ale z pewnego punktu
widzenia nie mijał się z prawdą.
-?Służyć jako zabójca... A czego separatyści chcą teraz od ciebie?
Soujen skrzywił się niechętnie. Pytanie miało sens, ale on nie znał
pełnej odpowiedzi. Jego instrukcje nie zostały opatrzone datą końcową, a tymczasem galaktyka, w której Soujen się obudził, okazała się gorsza niż
wszystko, na co się przygotowywał. Spodziewał się, że przebudzą go
separatyści po latach hibernacji -?że wyjdzie z komory z aktualnym
zestawem wskazówek. A tymczasem koniec nadszedł tak szybko, że nikt
nawet nie zdążył wydać polecenia, by go ożywiono. Gdyby nie znaleźli go
piraci, kto wie, jak długo spałby w tajnym magazynie, kurząc się razem z całym zapomnianym arsenałem?
-?Dość tego -?rzekł. -?Powiedz mi, o co ci chodzi.
Saw odwrócił się do niego. Soujen stał nieruchomo, czekając.
-?Magazyn znalazł Krezchak, ale razem ze swoimi piratami zabrali stamtąd
tylko trochę sprzętu -?wyjaśnił Saw. -?Powiedział mi to sam, zanim
umarł. Zamierzał sprzedać to, co znalazł, a potem zorganizować drugą
wyprawę po całą resztę. Potrzebował hakerów, speców od bezpieczeństwa,
ładunków wybuchowych, żeby się dostać do kolejnych magazynów. Chcę tego,
co on -?nie tylko garści blasterów, nie tylko komory hibernacyjnej, ale
wszystkiego, co separatyści zebrali i pochowali. Sprzętu, który nam
pozwoli prowadzić wojnę.
"Co w zasadzie niemal wszystko wyjaśnia" -?pomyślał Soujen. Saw
potrzebował go, bo skoro piraci zginęli, a ich statek został zniszczony,
tylko Soujen mógł znaleźć tajny magazyn, w którym przebywał podczas
hibernacji. Saw chciał, żeby Soujen zaprowadził jego drużynę do tego
składu i unieszkodliwił zabezpieczenia.
-?Twoi podwładni... -?rzekł Soujen.
-?Co?
-?Czy oni też chcą prowadzić wojnę przeciwko Republice? Przeciwko
Imperium?
Soujen nie był pewien, czy miało to znaczenie, ale pytanie dawało mu
trochę czasu na to, by zastanowić się nad sytuacją.
Rok temu zabiłby Sawa bez namysłu -?tylko dlatego, że mężczyzna
znajdował się po niewłaściwej stronie. Jednak Saw nie walczył już
przeciwko separatystom, bo zostało ich zbyt niewielu.
Coś w głębi Soujena uważało jego własne myśli i wahanie za skandaliczne
-?sugerowało to, że jego determinacja się chwieje, bo do takich skutków
prowadziła introspekcja -?ale przecież jego wątpliwości miały realne
podstawy.
Saw wykrzywił twarz w grymasie.
-?Większość jest ze mną od lat. Niektórych przyjąłem do siebie niedawno
i ich poglądy na sytuację są inne. Ale nie mają dokąd uciec. Imperium
chce, byśmy wszyscy zginęli. Prędzej czy później zrozumieją, że kiedy
ktoś nas bije, trzeba uderzyć mocniej, bo inaczej będzie się nad nami
znęcał już zawsze.
Soujen skinął głową. Oczywiście było to uproszczenie, ale podsumowywało
sytuację raczej dobrze.
-?Możesz odejść, jeśli chcesz -?powiedział Saw. -?Nie pomogę ci, ale też
nie przeszkodzę. Jeśli zdołasz się wydostać z planety, możesz sobie sam
polować na imperialnych czy separatystów albo wycofać się z walki. Mam
to w dupie. Ale jeśli zostaniesz, możemy dobrać się do skarbów twoich
martwych sponsorów.
Soujen chodził po skraju przepaści i słuchał pokrzykiwań podniebnych
stworzeń. Nie wierzył ani przez chwilę, że Saw puściłby go wolno. Może
pozwoliłby mu zejść aż na równinę -?i tyle, a może już w tej chwili ktoś
celował do niego z karabinu... I oczywiście Saw na pewno miał świadomość,
że Soujen zastanawiał się, jak wywieść go w pole -?ukraść jego statek i ruszyć w galaktykę.
Soujen musiał jednak pamiętać o jednej zasadniczej kwestii -?nie miał
punktu zaczepienia. Miał za to wielu wrogów i niewielu przyjaciół,
został porzucony w galaktyce bez żadnych narzędzi. Jego cel istnienia
wydawał mu się bardzo daleki. Czuł się mało ważny, niczym ziarnko piasku
dryfujące bezradnie w otchłani.
Odnalezienie skrytki nie będzie proste, ale da mu jakiś punkt
zaczepienia -?informacje, zasoby i wiedzę. Jeśli jego przełożeni z Konfederacji Niezależnych Systemów pozostawili mu wskazówki, co powinien
robić w tej nowej, straszliwej galaktyce, to właśnie tam.
Może. Może.
Czyli w tej sytuacji Saw nie będzie chciał go na razie zabić. I Soujen
też może odłożyć zabicie Sawa na później, póki nie będzie w stanie sam
dotrzeć do tej skrytki. Myśl o tym napełniała go odrazą, ale w końcu
Soujen zabijał lepszych ludzi od Sawa -?trucizną, bombami, z karabinu
snajperskiego. Rozlewał krew niewinnych z pragmatycznych przyczyn i żeby
szerzyć strach wśród winnych. Przeżyje jakoś swoją niechęć do zdrady.
-?Będę z tobą współpracował -?rzekł.
Saw roześmiał się i nic nie mówiąc, wrócił do jaskini.
Soujen został tam, gdzie był.
Rozdział 6. WOJNA NA MANIERY
Rozdział 6
WOJNA NA MANIERY
Chyba od czasów, kiedy Valorum był kanclerzem... Czy to możliwe? Jak
dobrze cię widzieć!
Mon olśniewała w towarzystwie. Krążyła wśród gości, wciągając ich w rozmowę z tak idealnym wyczuciem, jakby cała choreografia spotkania
została zaplanowana wcześniej. Przerzucała się błyskotliwymi ripostami i anegdotami z gośćmi, którzy chcieli zobaczyć senator z Chandrili w nieformalnym, swobodnym nastroju. Słuchała uważnie ofiarodawców, którzy
wydali dziesięć tysięcy kredytów na prawie wystygnięty posiłek, byle
tylko móc zażądać podjęcia działań w jakiejś sprawie. Mon ukłuło
poczucie winy, że wszystko, co się tu działo, zupełnie jej nie
obchodziło -?że powtarzała stare anegdoty, że uważała tylko, by
uśmiechać się i kiwać głową w określonych chwilach -?ale jak powiedział
raz jej mentor, nieuwaga stanowiła jeden z profitów dużego
doświadczenia. Po paru latach można było sobie zasłużyć na prawo do
nieprzejmowania się tym wszystkim.
-?Masz absolutną rację. Cały nasz system przepisów dotyczących
bezpieczeństwa hipernapędu jest przestarzały i musimy się tym zająć.
Oficjalnie kolacja została wydana na cześć weteranów powracających z wojny. W przyjęciu brało udział siedmiu odznaczonych medalami żołnierzy
-?nie klonów -?w tym medyk piechoty, który stracił obie nogi, i komodor,
który odniósł wspaniałe zwycięstwo na Zewnętrznych Rubieżach. A jednak
prawda -?znana wszystkim, może poza biednym medykiem -?była taka, że
wydarzenie służyło do zbierania pieniędzy na zbliżające się kampanie
wyborcze do Senatu. Mon miała kolegów, którzy uważali zbiórki pieniężne
i prowadzenie kampanii wyborczej za niedemokratyczne. Ci sami
senatorowie wychwalali wyższość swoich ojczystych planet, na których
finansowanie wyborów ze środków publicznych, złożony system merytokracji
lub funkcjonowanie całej społeczności w oparciu o umysł roju sprawiały,
że takie rzeczy jak zbiórki czy zachęcanie do siebie wyborców stawało
się niepotrzebne. Ale zazwyczaj większość rozumiała, że należało dbać o przedłużenie mandatu sojuszników politycznych wszelkimi środkami, na
jakie pozwalały ich władze. Alternatywa -?utraceni sprzymierzeńcy,
utracone głosy -?wydawała się zbyt straszna.
-?Chcesz poznać sekret? Nie powinno nas tu być. Wynajmowanie budynku
Senatu na prywatne uroczystości łamie przepisy Ustawy Bentrinusa, ale od
lat nikt tego egzekwował.
Beneficjentami dzisiejszej zbiórki miało być sześcioro senatorów z Kolonii. Troje należało również do Delegacji 2000 i niezłomnie wspierało
dążenia do pokoju i reform, pragnąc zakończenia wojny i anulowania
ustawy o uprawnieniach nadzwyczajnych. Pozostali byli mniej stałymi
sojusznikami, ale stanowili zwartą frakcję, a przy wzajemnym popieraniu
inicjatyw ustawodawczych okazywali rozsądek i można było na nich
polegać. "Lepiej, żeby zachowali mandaty -?pomyślała Mon -?niż żeby
zastąpili ich imperialistyczni wyznawcy nowego reżimu".
Mon szła między marmurowymi kolumnami i holograficznymi dziełami sztuki
w atrium na siódmym piętrze, wypatrując męża. Nie przyjmowała
poczęstunku od droidów kelnerów (nie mieli budżetu na organiczną
obsługę). Choć w ich związku aspekt romantyczny dawno wygasł, Perrin
zawsze stawał na wysokości zadania podczas publicznych wydarzeń,
odgrywając rolę partnera senator Mothmy. Był czarującym "zwykłym
człowiekiem", podczas gdy Mon jawiła się jako intelektualistka
trzymająca się twardo zasad. I choć nie miała na razie szczęścia w rozmowie z toydariańskimi kupcami wina ani z wysłannikiem z D'Assem,
może Perrin okaże się w tej kwestii jej wybawieniem...
Z zamyślenia wyrwał ją donośny głos. Odwróciła się do Fontanny Żałobnych
Wód. Kilkanaście osób otaczało tam gestykulującego mówcę.
-?...kody sekwencyjne to kompletne pogwałcenie zasad Republiki! Wyobraźmy
sobie rząd -?jakikolwiek -?który może śledzić swoich obywateli wszędzie.
Wielki wezyr twierdzi, że to ze względów bezpieczeństwa, ale czyjego
bezpieczeństwa?
I przemawiający niemal natychmiast przeszedł do odsądzania władzy od
czci i wiary za likwidację rad nadzorczych i prywatyzowanie mediów oraz
banków.
Senator Bail Organa. Mon westchnęła i zmobilizowała swoje aktorskie
umiejętności, żeby nie okazać po sobie niepokoju.
Bail był charyzmatyczny i cieszył się dużą popularnością. Małżeństwo z uwielbianą królową Alderaana uczyniło z niego ulubieńca planety, a jego
aktywność w sferze publicznej przyciągała zainteresowanie mediów z całej
galaktyki. Nieraz spotykał się z atakami -?brano go za radykalnego
reformistę, pragnącego zniszczyć instytucje Republiki, bo według niego
stały się narzędziami wielkiego kapitału. Ale z tych samych przyczyn
kochała go młodzież, krytyczna wobec współczesnego systemu politycznego,
a ci, którzy pragnęli wspierać bogactwami i zasobami Światów Jądra
układy położone dalej oraz lokalne władze planet, uważali go za
bohatera. Wojna nieco zmieniła jego reputację w oczach opinii publicznej
-?niektórzy ze zwolenników Baila uznali, że zagarnianie władzy przez
Palpatine'a to właśnie takie reformy, jakich pragnęli, z kolei stałe
wsparcie Baila dla armii Republiki i klonów zwiększyło jego popularność
wśród osób o umiarkowanych poglądach. Zachował jednak reputację
niezłomnego polityka, który zawsze mówi prawdę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1. ŚWIĘTE MIASTO
Rozdział 1
ŚWIĘTE MIASTO
Święte Miasto, wyrzeźbione w skałach na pustyni, odcinało się od
mrocznego nieba niczym sylwetka samotnego wędrowca na pustkowiu. Płowe
mury, pokryte wielowiekowym kurzem, z daleka wydawały się miejscem bez
życia, którego jedyne błogosławieństwo polegało na tym, że uparcie nie
poddawało się erozji i nie stapiało w jedno z piaskiem.
Jednak pomimo tego, że na tym księżycu panowała duszna atmosfera
pradawnych tradycji, a w słabych promieniach dogorywającego słońca
blakło tutaj wszystko, ulice miasta wabiły oko kolorami: ramiona odziane
w czerwone płaszcze potrącały szafirowe naramienniki, zielone ręce
muskały mieniące się czułki. Istoty o najróżniejszym wyglądzie tłoczyły
się na bruku -?szły, pełzły, maszerowały pod bramami, markizami sklepów
i wiszącymi nieruchomo flagami. Stłumione szepty potęgowały panującą w mieście atmosferę żałoby, lecz obecność tłumu, nieskończone kroki i szelest szat tworzyły gwar, który zdawał się zapowiadać burzę.
Od czasu do czasu rozlegał się okrzyk:
-?Jedi! Nie ma Jedi!
Jakby to było coś zupełnie nowego. Jakby zniknęli ze świątyń właśnie
tego ranka -?a nie zostali wymordowani wiele tygodni wcześniej w porażającym akcie przemocy, zdrady i okrutnej pychy.
W szarej chuście pielgrzyma Ztenorthy, w butach ze stuk-skóry, Bail
Organa -?Bail z rodu Prestorów, małżonek królowej Alderaana, ojciec
następczyni tronu, niegdyś senator Republiki Galaktycznej, a obecnie
senator Imperium Galaktycznego -?szedł wśród żałobników bez eskorty,
nierozpoznawany, drżąc w zimowym chłodzie. W tym gęstym tłumie czuł się
-?ku swojej uldze -?sam i nawet nawiedzające jego pamięć duchy jakby na
chwilę go odstąpiły.
Procesja, która gęstniała coraz bardziej, skręciła za róg i podążyła
dalej ciasnym tunelem. Wąskie strzelnice znaczące prosty wątek w ceglanych murach sugerowały, że znajdowali się w ruinach twierdzy, z której żołnierze mogli z ukrycia celować do oblegających ich najeźdźców.
Bail szedł z pochyloną głową, żeby się nie potykać, ale też aby uniknąć
wścibskich obiektywów ukrytych kamer. Tłum nie maszerował szybko ani nie
był wzburzony, ale posuwał się jednak z mocą i bezwładem lodowca, a zatem gdyby ktoś po drodze upadł, zostałby zapewne zmiażdżony pod
naporem idących.
Tunel wychodził na ogromny plac, nad którym górował kamienny dysk,
ustawiony pionowo na wielkim postumencie. Zazwyczaj na placu pełno było
żebraków, pokrzykujących przekupniów i samozwańczych proroków. W budynkach wokół znajdowały się sklepiki z naparami ziołowymi i rozmaitymi drobiazgami. Jak powiedziano Bailowi, był to jeden z osiemdziesięciu ośmiu takich placów w Świętym Mieście i pomimo swojego
świętego charakteru niczym się nie wyróżniał. Tego dnia jednak żebracy,
uliczni krzykacze i prorocy oraz kupcy ustąpili miejsca niekończącej się
procesji. Spośród tysięcy żałobników na placu może z setka zdołała
wcisnąć się na postument. Stłoczeni tam, naparli na dysk i jęli obracać
go wokół osi. Starzy mężczyźni pchali go na kolanach, a ogromny
Cragmoloid dyszał i stękał, napierając nań ramionami i wpatrując się
jednocześnie w niebo. W jego oczach malował się głęboki smutek. Po
jednej czwartej obrotu kilkunastu pielgrzymów schodziło z podestu, a inni szybko zajmowali ich miejsce, żeby dysk nie przestał się obracać.
Zewsząd rozlegały się teraz płacze i okrzyki żałobników, którzy ulegali
nastrojowi rytuału.
-?Mistrz Tiin! -?zawołał ktoś, a ktoś inny krzyknął: -?Siostro!
Trzeci głos rozpoczął litanię:
-?Allie! O'ra've! Caladastorous!
Jednak zwykle wydawano okrzyki bez słów -?płynące z serca. Baila kusiło,
by dołączyć do tego chóru, ale przecież on nie przeżywał desperackiej
żałoby, żałoby bezradnej, wyzbytej odpowiedzialności. Gdyby więc teraz
zakrzyczał z rozpaczy, usłyszałyby to jego duchy i znów zaczęłyby go
nękać.
Prąd tłumu niósł go nieubłaganie ku postumentowi. W oddali wzniósł się
ledwo słyszalny krzyk:
-?Zdrajcy! Zdrajcy Republiki!
Nikt jednak jakby tego nie zauważył.
Bail sprawdził godzinę i próbował opóźnić swoje wejście na postument tak
długo, jak mógł, w końcu jednak i on znalazł się wśród żałobników
napierających na artefakt. Okazało się, że trudno go poruszyć -
postument i reliefy na dysku były wygładzone i śliskie, a tylko
wszechobecny w Świętym Mieście kurz zapobiegał poślizgnięciu. Bail pchał
i pomimo zimna spływał potem, ale czuł, że dysk rzeczywiście się obraca.
Wydawało mu się, jakby jego wysiłek był bezskuteczny, że to więksi i silniejsi żałobnicy wprawiali monument w ruch, jednak nie ustawał.
Kamień zgrzytał o kamień.
Po prawej miał Tarsunta o fioletowej skórze, w kurtce i podniszczonych
spodniach robotnika. Mężczyzna był barczysty, ale niski jak na swój
gatunek. Odwrócił wąską twarz do Baila i skinął mu głową.
-?Powinien pan być w domu -?powiedział -?z żoną i malutką córką.
"Powinienem" -?pomyślał Bail. Trudno było zaprzeczyć. Rzekł więc tylko:
-?A pan, admirale, powinien dowodzić flotą. A jednak obaj jesteśmy
tutaj.
I znów naparli na dysk. Kamień zazgrzytał, zapiszczał i obrócił się znów
o pół metra, a wtedy admirał zapytał:
-?Dlaczego?
-?Dlaczego tu jestem?
-?Tak.
Bail zamierzał wzruszyć ramionami, ale okazało się, że to niemożliwe,
kiedy jednocześnie napiera się nimi na kamień. Wydawało mu się, że jeśli
rozluźni mięśnie, upadnie.
-?Najpierw pan -?stęknął.
Tarsuntowie nie należeli chyba do szczególnie silnych ras, ale admirał
sprawiał wrażenie, jakby zupełnie się nie męczył. Bail poczuł się przy
nim stary i słaby -?cóż, właściwie miał do tego prawo. Bo z pewnością za
młodego uważać się już nie mógł.
-?Widziałem Jedi walczących w bardzo wielu bitwach -?rzekł po chwili
admirał, pochylony pod kamieniem. -?Niektórych obserwowałem z daleka. Z innymi jadałem kolację, układałem plany, dzieliłem koszary w terenie.
Wielu lubiłem, niektórzy zaczęli mnie z czasem irytować, wszyscy jednak
zasłużyli sobie na mój szacunek. Wszyscy byli dzielnymi, prawymi
strażnikami Republiki. Zapewne nie dotyczyło to każdego Jedi. Żadna
organizacja nie jest wolna od zepsucia, a o tym, co knuła pod koniec
Najwyższa Rada, trudno mi się wypowiadać. Ale czyny tych rycerzy,
których osobiście poznałem, nie są splamione cieniami ich przełożonych.
Nigdy nie uwierzę, że byli kimś gorszym, niż się wydawali, niezależnie
od zdradzieckich poczynań Rady. -?Urwał na chwilę i spojrzał na tłum. -
I wygląda na to, że nie jestem w tym odosobniony.
-?Nie -?wykrztusił z trudem Bail. -?Ale na Coruscant nie było takiej
uroczystości.
-?Ani na moim świecie -?przyznał admirał -?ani na planecie mojego brata,
Alsakanie. Na Korelii, na której stacjonowałem pod koniec wojny, w każdym mieście tłumy paliły wizerunki Jedi. Niektórzy potępiali zakon za
zdradę, a inni... Inni byli po prostu znużeni i obwiniali Jedi za to, że
nie zdołali zapobiec wojnie lub za to, że szybciej jej nie zakończyli. A tu, na Jedzie, jest nas wielu. Może i milion -?wszyscy pielgrzymi,
którzy odwiedzili ten święty świat. Ale gdy wrócimy na nasze rodzinne
planety, rozrzucone po całej galaktyce, zobaczymy, że tych, którzy
wspominają Jedi życzliwie, będzie bardzo niewielu.
W Bailu wezbrała fala goryczy -?wymierzona w admirała, Imperatora, który
unicestwił zakon Jedi, a może w tych, którzy uwierzyli w jego kłamstwa.
Równie dobrze jej celem mogły być same gwiazdy. Przekierował swój gniew
w siłę ramion i pchnął. Dysk obrócił się jeszcze o pół metra. Pielgrzym
po lewej stronie Baila poślizgnął się i upadł. Zrobiło się zamieszanie,
gdy w ciasnocie próbowano pomóc mu wstać.
-?Bail, dlaczego pan tu jest? -?zapytał znów admirał. Nie zabrzmiało to
życzliwie ani łagodnie, ani też niecierpliwie, jednak ton mężczyzny nie
dopuszczał wymijającej odpowiedzi.
Gniew Baila ustąpił tak szybko, jak się pojawił. Co mógł powiedzieć
admirałowi? Ufał mu. W przeciwnym razie nigdy nie poprosiłby go o spotkanie. Jednak żadna prosta odpowiedź nie wydawała mu się
wystarczająca. Mógłby rzec, że miał wśród Jedi przyjaciół, lecz byłoby
to zbyt banalne. Mógłby powiedzieć, że chciał uczcić kobietę, która
niezmiernie szanowała Jedi, a która odeszła z tego świata -?albo też, że
chciał w ten sposób splunąć w twarz nowemu reżimowi. Nie mógł jednak z pewnością otwarcie wyznać straszliwej prawdy, którą znał -?tajemnic,
przez które opuścił dom, żonę i córkę.
-?Za młodu -?odezwał się w końcu, zmniejszając napór na dysk, żeby
odzyskać siły -?poznałem rycerza Jedi. Przebywał u nas w związku z pewnym problemem w naszej rodzinie. Nie poznałem go dobrze -?choć
myślałem, że tak... wie pan, jakie są dzieci -?ale podziwiałem go.
Powiedziałem sobie... -?Bail wspomniał twarz swojego ojca i jego
skomplikowaną relację z dziadkiem, a potem skupił się śpiesznie na tym,
co było ważne w tej chwili. -?Kodeks Jedi znaczył coś bardziej
rzeczywistego, konkretniejszego niż wszelkie zestawy zasad, które
wpajali mi nauczyciele. Wychowałem się wśród ludzi, którzy cenili wyniki
bardziej niż metody czy ludzi. Powiedziałem sobie, że jeśli sam nie mogę
żyć w oparciu o cnoty Jedi, ułożę własny zestaw zasad, z których będę
mógł być dumny.
Admirał sprawiał wrażenie, jakby go nie usłyszał. Bail znów naparł na
dysk. Jego palce wpijały się w niewiarygodnie stare reliefy, wydrapywały
mikroskopijne kawałeczki kryształów kyber wbite w skałę, przywracając
chwałę i potęgę wszechświatowi. Kiedy dysk, Kamień Pierwszych Łez, się
obracał, duchy umarłych były mielone na pył gwiezdny i z niespokojnych
zjaw przemieniały się w energię życia, aby następnie odradzać się w nieskończonych postaciach. Tak głosiła legenda.
Bail w nią nie wierzył, ale w rytuałach zawsze tkwiła pewna siła.
Chciałby móc skorzystać z potęgi kamienia i poczuć to, co zdawali się
czuć żałobnicy wokół niego -?zamiast cierpieć, jęczeć i użalać się nad
sobą wraz z całą cholerną galaktyką.
Wreszcie ukończono kolejne ćwierć obrotu i admirał odciągnął Baila od
dysku, zaś inni pielgrzymi ruszyli szybko do przodu, by ich zastąpić.
Bail znów znalazł się w procesji. Każdy krok stanowił próbę dla jego
zmęczonych nóg.
-?Czego mógłby pan ode mnie chcieć? -?odezwał się cicho admirał. -?Ma
pan większy dostęp do tajnych informacji.
Bail pokręcił głową i przysunął się bliżej. Pomimo chłodnego dnia było
mu gorąco, z pewnością też cuchnął potem, ale nie mogli sobie pozwolić,
by ktoś ich teraz podsłuchał.
-?Wywiad odmawia jakichkolwiek odpowiedzi. Zgłaszałem pytania
publicznie, prosiłem kanałami nieoficjalnymi, ale zamykają uszy. Nowe
władze... -?"Ostrożnie. Nie wystrasz go. Nie mów niczego, czego i tak już
sam nie wie". -?Widział pan oświadczenie Palpatine'a, kiedy ogłosił
się Imperatorem. Powiedział, że Jedi byli zepsuci -?co do jednego. Oto
całe jego wyjaśnienie, dlaczego ich zlikwidowano! Ale taki akt...
Unicestwienie całej kultury, pogrzebanie pradawnej, szanowanej religii...
-?...wymaga wiarygodnych dowodów -?wszedł mu w słowo admirał. -?Których
Imperator nie przedstawił, pomimo oświadczeń w sprawie tej konkretnej
grupy napastników. Zgadzam się. Ale to pan zasiada w Senackiej Komisji
Wywiadu. I powtarzam, pański dostęp...
-?Mój dostęp powinien być większy niż pański. Ale czasy się zmieniają,
przyjacielu. Wywiad być może chętniej porozmawia z admirałem, skoro
senatorowi nie chce udzielić żadnej uprzejmej odpowiedzi. Nie spodziewam
się cudów po pańskiej interwencji, ale obaj chcielibyśmy zobaczyć pełne
dowody przeciwko Jedi, jakimi dysponuje obecna władza. Nawet jeśli
Palpatine podpisał już na nich wyrok śmierci.
Admirał odchrząknął i pokiwał głową.
-?Podpisał wyrok i go wykonał. -?Zastanawiał się przez chwilę. -
Obiecuje pan, że dojdzie do pełnego, publicznego ujawnienia danych?
-?Jeśli będzie to w mojej mocy.
-?Popytam. Kilka osób jest mi winnych przysługę. Skorzystam z tego.
Zobaczymy, czy to coś da -?nawet ci, którzy współpracowali z Jedi, nie
patrzą teraz życzliwie na zakon. Ale niech pan nie prosi już o nic
innego i nie wiąże z tym mojego nazwiska. Armia nie może zostać wplątana
w sprawy polityczne, zwłaszcza że pokój jest nadal niepewny.
-?To zrozumiałe.
Admirał potraktował jego prośbę poważnie -?Bail nie spodziewał się aż
takiej przychylności. Oby tylko to, co malowało się na jego twarzy,
wyrażało wdzięczność, a nie tylko zdziwienie...
Zeszli z podestu Kamienia Pierwszych Łez. Procesja miała iść dalej,
jeszcze kilometr, choć Bail widział już, jak odłączają się od niej
węższe potoki żałobników, skręcających w boczne ulice -?wracano do domu
lub udawano się do świątyń i kościołów życzliwych im kultów. Już mu się
wydawało, że to koniec rozmowy z admirałem, gdy mężczyzna przysunął się
do niego blisko, bliżej, niż było to konieczne w ciasnocie na placu, i znowu się odezwał:
-?Chciałbym poznać odpowiedź na jeszcze jedno pytanie. Poznać jeszcze
jedną prawdę, którą nowe władze ukrywają.
-?Słucham.
Admirał przez chwilę milczał, a kiedy znów przemówił, w jego głosie
brzmiała determinacja.
-?Dlaczego Najwyższa Rada Jedi to zrobiła? Dlaczego próbowali zabić
kanclerza? Niezależnie od tego, czy byli w to zamieszani jacyś inni
Jedi, ta sprawa pozostaje nierozwiązana i nie daje mi spokoju. Co
chcieli zyskać? Jak osoby słynące z prawości mogły tak upaść i nikt tego
nie podejrzewał? Na pana miejscu -?ciągnął admirał -?to właśnie
najbardziej by mnie niepokoiło. Ja mogę tylko słuchać rozkazów moich
przełożonych. Ale pan jest senatorem i służy interesowi swoich
obywateli.
Czekał chwilę na odpowiedź Baila, ten jednak milczał. W końcu admirał
ruszył naprzód, stopniowo oddalając się od senatora, metr po metrze
przebijając się przez idący spokojnie tłum. Bail nie przyśpieszył kroku.
Lepiej, żeby ich razem nie widziano -?a skąd można było mieć pewność,
czy ktoś w Świętym Mieście ich nie obserwuje?
Admirał zadał mu inteligentne, przemyślane pytania. Bail znał odpowiedzi
-?poznał je w dniu, w którym zginęli Jedi. Kanclerz Palpatine -
człowiek, który ogłosił się Imperatorem -?popełnił wcześniej jeszcze
straszliwsze, mroczniejsze zbrodnie i miał bardziej przerażające
ambicje, niż ktokolwiek przypuszczał. Jedi dowiedzieli się prawdy i znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia, postanowili sami powstrzymać
tyrana wszczynającego wojny, mordercę dzieci, potwora. Ponieśli klęskę.
I oznaczało to ich koniec.
Bail wszystko to wiedział. Powiedzieli mu o tym przyjaciele i sojusznicy
z zakonu Jedi, a on postawił wszystko na jedną kartę, pomagając im
znaleźć bezpieczne schronienie na krańcach galaktyki. Nie miał jednak
żadnych dowodów. Mógł jedynie rozstać się z dręczącymi go duchami
przeszłości, oczyszczając imiona zamordowanych -?i mieć nadzieję na
lepsze jutro.
Może wówczas zdoła spojrzeć na żonę oraz córkę i uwierzyć, że spełnił
swój obowiązek. Nawet jeśli nie spełnił go wystarczająco.
Nadal szedł -?coraz dalej od placu, zagłębiając się w wąskie uliczki,
przy których stały rozsypujące się wieże, aż z zadumy wyrwał go grzmot.
Rozejrzał się, zdziwiony. Pielgrzymi wokół poruszyli się nerwowo i w oddali rozległy się głośniejsze płacze i rozpaczliwe krzyki. Obejrzał
się za siebie -?tłum zafalował gwałtownie. Osoby z tyłu pchały tych,
którzy stali przed nimi, jakby uciekając przed czymś okropnym.
Wszyscy zaczęli biec.
W jednej chwili rozpętał się chaos. Niektórzy upadali na ziemię. Inni
ich deptali. Ludzie nawoływali bliskich, błagali krzykiem o pomoc
kogokolwiek, kto ich usłyszy. Baila popychano, szturchano i choć
próbował złapać czyjąś rękę wyciągniętą do góry znad bruku, pomóc
jakiejś biednej osobie, uciekająca fala porwała go ze sobą i mógł już
tylko walczyć o to, by utrzymać się na nogach. Coś -?być może łokieć -
trafiło go w ucho. Od ciosu zakręciło mu się w głowie. Tłum obrócił
Baila do tyłu. Próbował oprzeć się naporowi ciał, osłonić twarz, a w końcu znów patrzył przed siebie, tam, gdzie niosło go to całe
zbiorowisko. Wąskie gardło ulicy prowadziło wszystkich w jednym
kierunku. Nie było stamtąd ucieczki.
Jak długo to trwało, nie miał pewności. Czuł ból, czuł, jak jego ciało -
osłabione po wysiłku, jakim było pchanie dysku -?obija się o inne ciała,
chitynę lub starożytne ceglane mury. Przez pewien czas obejmował
ramieniem starszą kobietę -?choć sam nie wiedział, czy jej pomaga, czy
też sam się na niej opiera. Próbował zrobić, co tylko mógł -?a mógł
bardzo niewiele.
Później, gdy siedział już w pyle, w zaułku bez wyjścia, zbyt małym, by
można go nazwać uliczką, zaśmiał się ponuro i otarł krew z twarzy.
Wysłuchał wiadomości o zamachowcu, który podłożył bombę -?o kimś, kto
pragnął robić to, co Imperium, i oczyścić galaktykę z Jedi oraz
wszystkich ich zwolenników. Próbował nie myśleć o tych, których
zadeptano w chaosie paniki. Czuł się brudny, splamiony śmiercią i własną
ekscytacją wynikającą z walki o życie. Miał poczucie, że nie jest godny
swojej córki -?ostatniego daru jeszcze jednej nieżyjącej przyjaciółki.
Daru kobiety, która zginęła razem z Jedi i która zaznała miłości jednego
z nich.
Bail czuł się niegodny Jedi. Jednak spoczywający na nich ciężar stał się
również jego ciężarem. Musiało tak być -?bo inaczej mógłby spaść na
barki Lei. On zaś był jej ojcem, a nie mentorem czy stróżem, i zamierzał
uczynić wszystko, by nieść ten ciężar samodzielnie.
Rozdział 2. POWRÓT DO ŻYCIA
Rozdział 2
POWRÓT DO ŻYCIA
Soujena najbardziej zaskoczyło to, jak szybko wojna się zakończyła. A,
tak -?i jeszcze ta sprawa z Jedi, ale w szerokiej perspektywie Jedi
nigdy nie odgrywali ważnej roli.
Oglądał koniec wojny w stanie śnienia. Jego ścieżki neuronowe pod
wpływem odpowiednich impulsów wprowadziły go w tak zwany zwolniony sen -
a komora, w której się znajdował, przekazywała mu wiadomości holonetowe
i przechwycone komunikaty. Śnił o flotach separatystów oblegających
światy Republiki, o armiach mechanicznych żołnierzy lądujących na
planetach, gdzie przez tysiące lat nie doświadczano konfliktów.
Wyobrażał sobie robotników krzyczących z radości w fabrykach droidów i bojowników o wolność w Pasie Rhanipur, trzepoczących entuzjastycznie
skrzydłami i świętujących koniec wojny -?cieszących się, że straszliwy
układ, na który zdecydowała się Konfederacja Niezależnych Systemów, by
sprzedać się korporacjom w zamian za szansę na samostanowienie, okazał
się trafnym wyborem.
Jednak sny na tym się nie skończyły. Jego umysł zalały wizje ukazujące,
jak Republika bezwzględnie morduje militarnych przywódców separatystów.
Soujen patrzył, jak po śmierci głównodowodzących załamują się całe
armie. W tym spowolnionym śnie nie wiedział, które z tych obrazów były
prawdziwe, a które stanowiły tylko jego własne koszmary. Czy miliard -
lub więcej -?droidów naprawdę jednocześnie przestał działać? Czy
członkowie Rady Separatystów poddali się, czy też zostali zabici przez
tych mistyków, Jedi?
To ostatnie zresztą nie miało znaczenia, bo Jedi już nie było.
Samozwańczy strażnicy Republiki zostali wymordowani, kiedy, korzystając
z chaosu, podjęli próbę obalenia własnych władz. Wskutek tych ciosów
Republika również przestała istnieć, a z jej popiołów powstało Imperium
Galaktyczne. Soujen widział, że wojna rzeczywiście się skończyła i że
sprawiedliwości nie stanie się zadość.
Nie dziwiło go, że do tego doszło. Jednak nikt -?ani Soujen Vak-Nhalis,
ani jego twórcy -?nie spodziewał się, że stanie się to tak szybko.
///
Ile upłynęło od końca wojny? Dlaczego nikt go stąd nie zabrał? Mogłyby
mu to wyjaśnić jego cybernetyczne implanty, ale w zwolnionym śnie jego
ciekawość się zmniejszyła. Soujen w snach i koszmarach znajdował swego
rodzaju spokój -?zupełnie jakby krążący w jego żyłach gniew utrzymywał
go w stanie akceptacji, jeśli nie zadowolenia.
Przez powłokę komory poczuł niejasno ruch w pobliżu, a jednocześnie
dostał dreszczy pod wpływem gorączki, połączonych z niemal ekstatycznym
wrażeniem wyczerpania. Sprawdził implanty i komputer komory powiadomił
go, że cykl powolnego snu ma się ku końcowi. Zaczął też słyszeć dźwięki
-?prawdziwe dźwięki, docierające do jego układu nerwowego przez uszy, a nie cybernetyczne udoskonalenia, a po chwili je zidentyfikował. Krzyki,
zniekształcone przez płynną barierę i ściany komory -?znał dobrze te
odgłosy. Uśmiechnął się.
I w jednej chwili wrócił do przytomności. Podciągnął się z trudem do
pozycji siedzącej. Zadrżał, gdy chemiczna mieszanina spłynęła z jego
ramion, przelała się przez brzegi komory i chlusnęła na metalową
podłogę. Poczuł zapach mydła i przypomniał sobie, że powinien oddychać.
Wyszedł ze zbiornika i odczekał, by stabilizatory przywiercone do
skóroosłon kolan przywróciły mu równowagę -?żeby się nie przewrócił.
Komora zapobiegała zanikowi mięśni, ale jednak chwilę mu zajmie, zanim
sobie przypomni, jak się stoi i chodzi. Uprzedzano go o tym.
W sąsiednim pomieszczeniu ktoś krzyczał. Soujen rozejrzał się dookoła,
obejmując wzrokiem wszystko -?grodzie, pasy, urządzenia kontrolujące
temperaturę, brudne ściany i przyćmione światło. Znajdował się w ładowni
i choć świat wydawał mu się na wpół snem, nie miał wątpliwości, że jest
w miejscu, którego wcześniej nie widział. Nie zaniepokoiło go to, choć
drgania podłogi i gryzący zapach dymu, jaki wyczuwał, skłaniały go do
uznania, że statek, na którym się obudził, został uszkodzony i dryfował.
Może jego komorę zaprogramowano, by otworzyła się w sytuacji, gdy
jednostkę czekało nieuchronne zniszczenie?
Skupił wzrok na otwartych drzwiach, za którymi rozbłysk czerwonego
światła rozjaśnił korytarz. Rozległy się wystrzały z blasterów i znów
krzyki.
W drzwiach stanęła chwiejnie postać. Człowiek -?jeden z niezliczonych
przedstawicieli tego gatunku w galaktyce. Tę kobietę wyróżniały jednak
czerwone, cieknące pęcherze na twarzy. Na widok Soujena zdziwiła się,
zakasłała wilgotnym kaszlem, a potem ruszyła ku niemu, potykając się.
Jego umysł nadal pracował flegmatycznie, choć dwoje serc zabiło
szybciej, a mięśnie odruchowo się spięły. Bezpośrednie zagrożenie
uspokajało go -?niebezpieczeństwo mocno zmniejszało zakres decyzji do
podjęcia. Nie musiał już zastanawiać się nad tym, gdzie się znajdował.
Podejrzewał, że kobieta została zaatakowana bronią biologiczną, może
gazem bojowym, niezaraźliwym, o powolnym działaniu. Czego chciała od
jego komory, nie miał pojęcia, ale widział już dość osób umierających w cierpieniu, by wiedzieć, że wraz z życiem umykało racjonalne myślenie.
Zabiłby tę kobietę -?z litości lub ostrożności, sam nie wiedział -?ale
uprzedził go ten, kto ją ścigał, strzelając jej w plecy. Soujen
instynktownie usunął się z linii ognia, mężczyzna jednak zdążył wejść do
ładowni i wycelować w niego, zanim Soujen uskoczył na więcej niż metr.
-?Stój! -?krzyknął mężczyzna.
Soujen spiął się do skoku, a mężczyzna błyskawicznie wystrzelił z karabinu dwie wiązki. W powietrzu śmignęły błękitne błyski i Soujen
poczuł gorąco nad ramieniem, a potem ujrzał kaskadę kodów błędu w swoim
polu widzenia. Przez chwilę, kiedy implanty się restartowały, zupełnie
nic nie widział.
Zaskoczyło go to, bo do tej pory nikt nie zdołał ich uszkodzić. Gdy
wrócił mu wzrok, usłyszał, jak napastnik powtarza:
-?Stój.
Mężczyzna trzymał broń -?czarny karabinek używany w armii klonów, z podrapaną, zarysowaną metalową powierzchnią -?ze swobodą wyszkolonego
żołnierza. Zachowywał się ostrożnie, ale nie wyglądał na spiętego.
-?Poczułeś to? -?odezwał się. -?Jonowa moc wyjściowa jest cztery razy
większa. Kompletnie zakłóca działanie implantów i części mechanicznych.
Soujen przeniósł wzrok z broni na twarz mówiącego. Był to również
człowiek -?ciemnowłosy, o ciemnej skórze, pobrużdżonej bliznami tak jak
jego karabinek. Pod zewnętrznymi oznakami wskazującymi na kogoś, kto
często stosuje przemoc, krył się zapewne względnie młody mężczyzna, ale
Soujen nie miał co do tego pewności. Wśród swoich rodaków, w klanach
alvadorjiańskich, Soujen mógłby ocenić czyjś wiek po wytarciu płytek na
głowie albo plamach na karku i szyi -?kolorowych spiralach i kropkach,
które rozszerzały się z wiekiem i służyły wyłącznie do ukazywania
mądrości swojego właściciela.
-?Poczułem -?odparł Soujen, bo rozmowa dawała mu więcej czasu. Podłoga
znów zadrżała. Nie czuł już odoru chemicznego pożaru, przytłumiły go
spalenizna i smród płynów ustrojowych, dobiegający od zwłok kobiety pod
komorą.
-?Wiesz? -?zapytał mężczyzna. -?O Imperium?
Soujen przyjrzał się odległości dzielącej go od napastnika. Sześć
metrów. Łatwo je będzie pokonać, ale wciąż nie odzyskał pełnego
panowania nad swoim ciałem, a implanty nadal dochodziły do siebie po
ładunku jonowym, który go trafił, więc ocenił prawdopodobieństwo swojego
przeżycia na maksymalnie pięćdziesiąt procent.
Mężczyzna parsknął śmiechem.
-?Znam to spojrzenie. Zastanawiasz się, jak mnie zabić.
-?Tak. -?Soujen nigdy nie umiał kłamać.
-?W takim razie przełóżmy dłuższe przemówienia na później. Wiem, kim
jesteś. Wiem, skąd się tu wziąłeś i dlaczego piraci cię ze sobą zabrali.
-?Mężczyzna wskazał jedną ręką na zwłoki, a może na komorę. Jego druga
ręka, ta z bronią, ani drgnęła. -?Możesz pójść ze mną albo zginąć razem
ze statkiem.
Soujen rozważył wszystkie możliwości. Pokładem znów zatrzęsło i gdzieś
nad nimi rozległ się zgrzyt rozdzieranego metalu.
-?Pójdę z tobą -?powiedział.
Mężczyzna zmrużył oczy i uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć: "Wiem,
że taki łotr jak ty i tak będzie chciał mnie zabić". Tak uśmiechał się
stryj Soujena, kiedy ten próbował podkradać słodycze.
Wyszli z ładowni razem, w tańcu ostrożnych kroków, tak aby nie spuścić z siebie nawzajem wzroku. W korytarzu kłębił się dym, dochodzący z bocznych przejść. Z paneli serwisowych sypały się skry. Korytarz okazał
się szeroki, ale niski. Znajdowały się w nim wyżłobienia i szyny dla
bardzo szerokich pojazdów transportowych.
-?Załodze starego Krezchaka robota w rękach aż się paliła. Plądrowali
wszystkie instalacje separatystów w ośmiu sektorach -?mówił
konwersacyjnym tonem mężczyzna. -?Szkoda, że nie dało się z nim dogadać.
Szkoda, że nie chciał oddać statku i ładunku. Ale samego pirata nie
szkoda.
Mężczyzna wskazał na zwłoki wyciągnięte na pokładzie. Zapewne starego
Krezchaka, uznał Soujen, choć to nazwisko nic mu nie mówiło.
Jego towarzysz tymczasem rozgadał się na dobre.
-?W miejscu, w którym cię znalazł, separatyści musieli zostawić naprawdę
sporo. Wiózł cię na Kafrene. Mówił, że zamierzał sprzedać łupy na
aukcji: blastery, chemię i twoją komorę. Komorę wyceniono na milion
kredytów, choć raczej nie zdawał sobie sprawy z tego, co trafiło w jego
ręce.
Pasowało to do tych strzępów informacji, które Soujen do tej pory
zdobył, i wyjaśniało też, co się stało kobiecie, porażonej bronią
biologiczną. Upewnił się, że jego baza danych znów działa, i sprawdził
swoje zapisy -?ach, tak, razem z nim przechowywano prawie tysiąc litrów
szarego syntoxu. Taką ilością trucizny można by doprowadzić do rozkładu
małego księżyca. Jeśli piraci go znaleźli i nie zrozumieli, co rabowali,
gdy przenosili komorę i zbiorniki z syntoxem na swój pokład...
"Co za marnotrawstwo -?pomyślał Soujen. -?Co za marnotrawstwo".
Szli przez statek tak szybko, jak tylko pozwalała na to ostrożność.
Wrzaski i odgłosy strzałów przycichły, a huczący ogień niemal całkowicie
tłumił wycie przeciążonego reaktora. Doszli do włazu i towarzysz Soujena
przykucnął, żeby go otworzyć. Do środka napłynęło chłodne powietrze, w którym unosił się zapach potu i nieznanych zwierząt -?zamiast rzezi i katastrofy.
-?Nie zadajesz za wiele pytań -?powiedział mężczyzna.
-?Nie.
-?Przypominasz droida separatystów.
Soujena to ukłuło, ale nie zaprotestował. Obrażano go w przeszłości o wiele dotkliwiej.
-?Nazywasz się jakoś? -?zagadnął mężczyzna.
-?Jestem Hress -?odparł Soujen.
Kłamstwo było niepotrzebne. Ale przebudził się niedawno i jeszcze do
końca do siebie nie doszedł, a ten człowiek nie zasłużył sobie na nic z duszy czy tożsamości Soujena, dziecka klanu Nahasta, Alvadorjianina,
syna swoich ojców, złożonego w ofierze galaktyce niesprawiedliwości.
Prawda o Soujenie musiała trwać w ciszy, bo rozstrzygały się sprawy
życia i śmierci.
Przywilej przebudzenia tej prawdy nie należał się nieznajomemu skazanemu
na zagładę.
Mężczyzna zszedł pierwszy, wskakując do włazu płynnym ruchem. Soujen
uznał, że to jego szansa, przetoczył się i zanurkował do wejścia, żeby
wylądować przeciwnikowi na plecach. Zamiast tego jego ręce i stopy
trafiły w podłogę. Rzucił się naprzód, trzymając się nisko nad pokładem,
podczas gdy oczy przyzwyczajały mu się do jaśniejszego światła w czystszym, utylitarnym korytarzu. Gdyby złamał mężczyźnie kręgosłup,
wszystko stałoby się prostsze, ale Soujen miał też inne możliwości.
Poczuł się jak głupiec, gdy ujrzał przypięty do ściany obok metalowy
walec miny jonowej. Nabrał powietrza, by zakląć, i przyśpieszył, by
przedostać się za minę, ale przed jego oczami zabłysło i zrozumiał, że
go pokonano. Jego odczyty zgasły. Gdy jego mózg powrócił do stanu
hibernacji, usłyszał:
-?Nazywam się Saw Gerrera, a twój grób już nie może się ciebie doczekać.
Rozdział 3. POLITYKA ZWYCIĘSTWA
Rozdział 3
POLITYKA ZWYCIĘSTWA
Z pewnej perspektywy w ogóle nie było widać zniszczeń. Pożary dawno
wygasły, a dym i kurz nie unosiły się już w powietrzu. Wysokościowce
otaczające ruiny i zawaliska zasłaniały widok z zewnątrz na zniszczony
rejon, chyba że przeleciało się bezpośrednio nad nimi. Z pejzażu planety
niewiele też zniknęło -?pojedyncze drapacze chmur, parę platform, ale
wszystkie ważne budowle wciąż stały. Niekończący się wielkomiejski
krajobraz nadal pokrywał Coruscant, jak od niepamiętnych czasów -
tysiące kolejnych poziomów zabudowy, spoczywających na skalistej
powierzchni, o której właściwie nikt żyjący już nie pamiętał.
Wystarczyło jednak wybrać się promem za barykady powietrzne, minąć hotel
Nowa Neimoidia i skręcić w lewo przy Muzeum Muzyki Współczesnej
(zamkniętego do odwołania), a zniszczenia zaczynały razić wzrok.
Coruscant odniosło ciężkie rany i choć pośpiesznie wzniesione kładki i platformy grawitacyjne znów łączyły górne poziomy, poniżej rozciągały
się ruiny. Wytrzymalsze gmachy zostały przepołowione przez spadające
odłamki i dało się teraz dostrzec wnętrza znajdujących się w nich biur,
mieszkań i sklepów. Bardziej pechowe budynki całkowicie zburzono -?gdy
pociski zniszczyły najwyższe piętra, te zapadły się, miażdżąc dolne
kondygnacje. Im niżej ktoś się ważył pojechać, tym większe okazywały się
zniszczenia. Po trzech tygodniach po katastrofie nikt nie usunął nawet
gruzów ze zrujnowanych bloków mieszkalnych i szpitali czterysta poziomów
pod najwyższym.
Mon Mothma widziała wcześniej to, co pokazywano w HoloNecie, jednak
przebywanie wśród tego zniszczenia, w kanionie wyrytym w miejskim
pejzażu, stanowiło przeżycie przerażające.
Inni chyba czuli się tak samo.
-?Gdzie są okręty? -?pytał ktoś. -?Myślałem, że będą okręty.
Jeden z ich przewodników z Korpusu Inżynieryjnego odpowiedział, że
okręty rozpadły się na części, lecąc przez atmosferę. Na Coruscant nie
znajdzie się więc nierozbitych kadłubów, ale po przekopaniu gruzów można
będzie natrafić na kokpit myśliwca Republiki albo na skrzydła
separatystycznego droida-sępa. Ktoś inny zapytał o pozostałości torped i ostrzał z dział turbolaserowych, a rzecznik wojskowy wyjaśnił, że -
abstrahując od teorii spiskowych -?nie doszło do bezpośredniego
bombardowania planety. W bitwie o Coruscant zginęły dziesiątki tysięcy
osób, a miliony straciły dach nad głową, jednak atak ten nie miał na
celu sterroryzowania i podporządkowania sobie populacji cywilnej.
Separatystom chodziło o unicestwienie siedziby władzy i schwytanie
kanclerza. Wszystkie inne tragedie, wszystkie potworności, do których
wówczas doszło, były tylko skutkami ubocznymi.
Mon, która wybrała się tutaj razem z kilkunastoma innymi senatorami i trzykrotnie liczniejszą grupą asystentów, techników, medyków,
dziennikarzy i sprawdzonych na wylot uchodźców, wyjrzała za poręcz
aerośmigacza, unoszącego się nad odbudowywaną strefą. Niewidzialne
cząsteczki zanieczyszczeń piekły ją w oczy, gdy patrzyła, jak droidy
budowlane i ratownicy przeszukują ruiny, już bez gorączkowego pośpiechu,
bez objawów znużenia, ale wciąż z wielką starannością, choć znać było po
nich brak nadziei. Mon tylko połowicznie słuchała rozmów wokół siebie,
ale dbała o to, by cały czas zachowywać poważny, pełny współczucia wyraz
twarzy. W odpowiednich chwilach kręciła z niedowierzaniem głową. Jej
szok na widok tego wszystkiego był szczery, jednak nauczyła się dawno
temu, że to, co się czuło, nie miało wielkiego znaczenia w porównaniu z tym, co się wyraźnie i czytelnie wyrażało. Nieustanne pozostawanie w gotowości na kamery i dziennikarzy z holowiadomości stało się dawno jej
nawykiem.
Wysiedli z aerośmigacza na zniszczonym przystanku, na którym czekał na
nich tłum. Mon uśmiechnęła się (ani nazbyt wesoło, ani nazbyt smutno) i ruszyła naprzód, żeby ściskać ręce mieszkańców, wysłuchiwać ich historii
i nie szczędzić im słów pocieszenia. Wykorzystywała też każdą okazję,
żeby powiedzieć droidowi reporterowi, który za nią leciał, o potrzebie
działań pomocowych na skalę całej galaktyki. Udało jej się powstrzymać
śmiech, kiedy zażartował inspektor bezpieczeństwa o szczurzym obliczu -
chyba nigdy nie słyszała równie czarnego humoru. Zdołała też powiedzieć
coś, co, jak miała nadzieję, nie zabrzmiało zbyt banalnie, do kobiety
błagającej o pomoc w odnalezieniu dziecka.
Wobec tragedii, do której tu doszło, pytania droida wydawały się wręcz
farsą.
-?Mam pytanie o Delegację Dwóch Tysięcy -?zaskrzeczał, kiedy ich grupa
weszła do pustej skorupy drapacza chmur. -?Senator Mothmo, była pani
jedną z organizatorek i głównych inicjatorek Delegacji. Pod koniec wojny
podpisała pani petycję...
"To nie jest pytanie" -?zgrzytnęła w myśli Mon, nie patrząc na droida.
-?...petycję, która wzywała kanclerza do natychmiastowego zrezygnowania z uprawnień nadzwyczajnych i podjęcia rozmów pokojowych z separatystami.
Jak dzisiaj uzasadni pani to, że podważała pani uprawnienia dowództwa
wojskowego i domagała się ustępstw na rzecz zbrodniarzy wojennych w przeddzień naszego największego zwycięstwa?
Droid był świeżo zaprogramowanym pracownikiem nowego serwisu
informacyjnego Imperium. Mon spodziewała się takiego ataku, ale i tak
wydał jej się absurdalny. Zdążyła się przyzwyczaić do tego, że ukazywano
ją jako tchórza i zdrajczynię -?za to, że próbowała przeciwdziałać
przejmowaniu coraz większej władzy przez kanclerza -?i miała na
podorędziu przećwiczone odpowiedzi.
-?Gdyby kanclerz w pełni informował Senat o realizowanej przez siebie
strategii wojskowej, Delegacja podeszłaby do tej sprawy inaczej. Tak
jednak nie było, a ja miałam obowiązek stosowania się do ślubowania
złożonego Republice. Dziś z równą gorliwością stosuję się do przysięgi
złożonej Imperium. Naprawdę nie potrzeba nam spierania się w nieskończoność o przeszłość -?zamiast tego powinniśmy się skupić na
odbudowie.
Oświadczenie to nie przysporzy jej zwolenników, ale też żadnych jej nie
pozbawi. W galaktyce jej poparcie kształtowało się na niskim poziomie, z tendencją spadkową. Na Chandrili, tam, gdzie liczyło się to najbardziej,
było przeciętne, a od kolejnych wyborów dzieliło ją jeszcze kilka lat.
Dysponowała więc dużą swobodą i właśnie tego potrzebowała.
-?Czy to prawda, że rozważała pani złożenie mandatu?
-?Nie -?odpowiedziała.
-?Podobno rozmawiano z panią o przyjęciu stanowiska przewodniczącej Izby
Reprezentantów Chandrili...
-?Nie.
"To nieprawda, a gdyby mi je zaproponowano, nie chciałabym go przyjąć".
Znajdowała się pod dużą presją, ale nigdy się nie poddawała, kiedy
wszystko sprzysięgało się przeciwko niej. Nie zamierzała skupiać się na
lokalnej polityce plane-tarnej.
Droid jednak nie skończył.
-?A co do tego ślubowania... Została pani aresztowana pod zarzutem
nielojalności wkrótce po tym, jak kanclerz Palpatine stał się
Imperatorem. Jak opinia publiczna ma uwierzyć, że pani oddanie Imperium
jest szczere?
Tego zarzutu również mogła się spodziewać i powinna swobodnie go
odeprzeć, wygłosić obłudne oświadczenie, że Imperium to kolejny etap
ewolucji Republiki, podkreślić, że Imperator reprezentuje jej
najwznioślejsze ideały, więc jak lojalność samej Mon mogłaby się w tej
sytuacji zmienić? Mogłaby przyczepić się do słowa "aresztowana",
wykazując, że oficjalnie chodziło o "zatrzymanie", zarządzone przez
urzędnika średniego stopnia, i że nie przedstawiono jej żadnych
zarzutów, jednak słowa ugrzęzły jej w gardle. Samo ciało się przeciwko
temu zbuntowało, zupełnie jakby Mon znów znalazła się w tej maleńkiej
celi, i choć na jej twarzy zastygł uśmiech, nie zdołała stłumić ukłucia
irracjonalnej paniki.
-?Moje oddanie jest niezmiennie takie samo -?rzekła ostrym, zbyt ostrym
tonem.
-?Zważywszy na pani sympatię dla sprawy separatystów, czego może się
spodziewać opinia publiczna, skoro reprezentanci planet
separatystycznych mają wejść do Senatu Imperialnego? Wielu obywateli
Coruscant żywi słuszne obawy przed przekazywaniem władzy w ręce agentów
wroga, który zaledwie kilka tygodni temu niszczył tę planetę...
Czy nadal się uśmiechała? Twarz jej stężała, a słowa droida docierały do
jej uszu jak przez mgłę. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć -
cokolwiek, na pewno zaraz coś wymyśli -?gdy odezwał się ktoś inny.
-?Sądzę, że w tych okolicznościach to niestosowne pytanie. Ofiary bitwy
o Coruscant zasługują na to, byśmy się tutaj skupili wyłącznie na nich.
O polityce możemy porozmawiać po powrocie do Senatu.
Mówiącemu udało się odwrócić uwagę droida i w Mon wezbrał gniew
zmieszany ze wstydem i ogromną ulgą. Została uratowana -?stał się cud.
Ale to, że potrzebowała tego ratunku -?co za upokorzenie...
Jej wybawca, który wymieniał właśnie uprzejmości z droidem i jednocześnie zręcznie prowadził go do grupy inżynierów, nazywał się Lud
Marroi i w Senacie od lat reprezentował układ Cerberon. Był ciemnowłosym
mężczyzną o szerokiej twarzy i szlachetnej prezencji, który sprawiał
wrażenie dostojnego, starszego męża stanu -?choć miał dwa lata mniej niż
Mon. Patrząc teraz na niego, z rozmysłem rozluźniła ramiona i próbowała
ochłonąć. Po chwili podeszła do niej robotnica budowlana, więc
uśmiechnęła się znów z powagą, odwracając się do kobiety -?i spychając
na dno pamięci wspomnienie o aresztowaniu, celi przypominającej trumnę i torturach, żeby skupić się na cudzych problemach.
///
Jak zwykle ich rozmowa rozpoczęła się od sportu. Bo to właśnie dzięki
niemu zaprzyjaźnili się ponad dziesięć lat wcześniej -?negocjowanie
zmiany stawek celnych wyczerpało ich do granic i wymknęli się z Senatu
do baru smashballowego. Oglądali przez wiele godzin holotransmisje z meczów mało znanych drużyn z Obszaru Ekspansji w Turnieju
Pierścieniowym. Sączyli wino, potem przeszli na brandy i nauczyli się
śmiać z siebie nawzajem.
Do tamtego dnia Mon nie znosiła Luda Marroia. Otwarcie gardziła jego
afektowanym, moralizującym sposobem wysławiania się i jego
hipokrytycznym protekcjonizmem (wszystko dla jego planety, nic dla
reszty Republiki). Najbardziej zaś irytująca była jego gotowość
wdzięczenia się do wyborców o poglądach w najlepszym razie
izolacjonistycznych, a w najgorszym ksenofobicznych. Jednak stopniowo
zaczęła darzyć go sympatią. Z czasem okazało się, iż cieszy się na myśl
o tym, że będzie z nim współpracować w komisjach i że będzie mogła z nim
porozmawiać o smashballu i ceramice. Z pewnym oporem uświadomiła sobie,
że stali się przyjaciółmi.
Kiedyś zapytała go o wsteczne elementy jego polityki. Spoważniał
natychmiast i rzekł:
-?Planety w układzie Cerberon orbitują wokół czarnej dziury, która
pewnego dnia nas pożre. Ilekroć moi wyborcy patrzą w niebo, przypomina
im się śmiertelność naszej cywilizacji. Lubię być senatorem. Lubię
mówić, lubię znajdować się w centrum uwagi, tak jak ty. Ale traktuję mój
naród poważnie i nie winię ich za gniew czy desperację. Reprezentuję ich
-?a oni zasługują na to, by usłyszano ich głos.
Nie przekonało to Mon, ale jednak zaczęła dostrzegać drugi filar ich
przyjaźni: w Senacie pełnym osób mianowanych przez przywódców swoich
planet, takich, które odziedziczyły funkcję, bo urodziły się w takiej, a nie innej rodzinie albo takich, które przeszły wszelkie możliwe próby w karierze poza demokratycznymi wyborami, Mon i Lud rozumieli, co
oznaczało prowadzenie kampanii wyborczej, zawieranie kompromisów,
czekanie na decyzję obywateli. Rozumieli, w czyim imieniu przemawiali, i czuli ciężar tej odpowiedzialności.
Wizja lokalna zniszczonego obszaru wreszcie się zakończyła. Wymknęli się
prasie i asystentom i schronili się w restauracji obsługiwanej przez
droidy na poziomie 4643, gdzie nikt raczej nie mógł ich rozpoznać, a gdyby nawet, to nikogo by ich obecność nie obeszła.
-?Nie nadążam za tym wszystkim -?powiedziała Mon, kiedy zjadła już
trochę jajek oroptaka ze skorupkami. Ich gorycz równoważyła słodki smak
płynnych żółtek. -?Codziennie wielki wezyr wydaje kolejny edykt,
powołując się na Imperatora, codziennie nominuje się nowych sędziów,
powstał zupełnie nowy plan dotyczący tych gubernatorów sektorów...
Rozmyślnie przysypują nas całą lawiną zmian.
-?Przeceniasz ich. -?Lud machnął przecząco kiełbaską, a potem odgryzł
jej koniec. -?Są jak nastolatki, które nagle zostały na parę dni same w domu. Wymyślają zasady w biegu. Kiedy dorośli się za nich wezmą,
wszystko się uspokoi i połowa tych edyktów wyląduje w... -?Zmarszczył
czoło i jego krzaczaste brwi zbiegły się w trójkąt. Kiedy tak robił,
wyglądał uroczo, choć Mon wolała mu tego nie mówić. -?Prawo dotyczące
dokumentacji jest tak absurdalnie archaiczne, że nie da się go
egzekwować.
-?Na Chandrili przybysze z innych planet są w zasadzie intruzami, jeśli
wejdą na teren publiczny bez wizy. -?Uniosła rękę na znak, że zamierza
mówić dalej, i znów włożyła sobie do ust trochę skorupek. -?Nie powiesz
mi, że ci to nie przeszkadza. Zapomnijmy o tym całym Imperium
Galaktycznym. Zmiana nazwy to tylko symbol -?przedstawienie. Jest
absurdalna i skandaliczna, a bez przepisów, które to uzasadnią, nie ma
żadnej mocy prawnej. Ale te starania, to zastraszanie senatorów i zagarnianie władzy dla organów wykonawczych... Nawet ty, Lud, przecież
widzisz...
-?Tak, tak, nawet ja! Dziękuję. -?Pokręcił głową. -?Słyszę, co mówisz,
Mon, naprawdę. Z twojego punktu widzenia -?i z mojego też -?patrzymy na
biurokrację, która wykorzystuje zwycięstwo, żeby zarzucić sieć na każdy
poziom władzy. Ale czy byłabyś w połowie tak oburzona, gdybyś się
zgadzała z polityką Palpatine'a?
-?Którą? Kleptokratyczną polityką gospodarczą czy populistycznym sianiem
strachu?
Lud chrząknął. Rzadko tak otwarcie go podpuszczała, ale dziś miała taki
właśnie nastrój.
-?W takim razie na chwilę zapomnij o pracy -?powiedział. -?Zapomnij o swojej obsesji na temat funkcjonowania władzy i spędzaj dni z ludźmi,
którzy jej nie podzielają. Kiedy jedziesz do biura albo... albo siedzisz w restauracji i jesz coś, co ewidentnie zostało rozmrożone chwilę temu...
Powiedz mi, czy życie nie wydaje się normalniejsze niż od wieków?
Powiedz mi, czy nie łapiesz teraz oddechu -?bo wreszcie skończyła się
wojna?
Miał rację -?czasem rzeczywiście ją miał. Przez trzy lata żyli w egzystencjalnym strachu. Teraz Palpatine zasiadał na tronie Imperatora,
galaktyka się zmieniała i wszystko zrobiło się takie... zwyczajne. Poza
tymi sprawami, które takie nie były.
Czy powinna zaprotestować? Mogłaby powiedzieć na przykład coś takiego:
to, że Palpatine pragnął poszerzyć swoją władzę, nie wydawało się niczym
nowym, nie oznaczało, że nie stanowi to ogromnego zagrożenia. Lud
odparłby, że uprawnienia władzy wykonawczej w Republice zawsze się na
zmianę powiększały i zmniejszały. Ona zwróci uwagę, że Ustawa o uprawnieniach nadzwyczajnych była aktem bezprecedensowym. On wskaże, że
cieszyła się dużym poparciem i obowiązywała przez całą wojnę, a mimo to
Senat zupełnie dobrze funkcjonował. Ona powie, że obecnie sytuacja
wygląda inaczej, że w trakcie wojny walka o władzę stanowiła sprawę
drugorzędną w porównaniu z przywróceniem pokoju, ale teraz...
Ale teraz mieli rzeczywiście pokój. I wszystko sprowadzało się tylko do
tego.
-?Istotnie czuję się tak, jakbym łapała wreszcie oddech -?rzekła w końcu. -?Ale tylko po to, żebym znów mogła rzucić się do biegu.
-?Wojna zmieniła nas wszystkich -?odparł Lud. -?I przez to trudno jest
komuś zaufać.
W jego tonie nie było nic żartobliwego.
Przez chwilę jedli w milczeniu, a potem Mon zapytała, czy Lud widział
najnowsze ogłoszenie wielkiego wezyra. Jej towarzysz subtelnie zmienił
temat, Mon zrozumiała niewypowiedzianą sugestię i porzuciła rozmowę o obecnej władzy, żeby mogli podyskutować o trendach w neoarchitekturze
neohistoryzującej i innych bzdurach, o których żadne z nich zbyt wiele
nie wiedziało. Skończyli jeść, podzielili się rachunkiem i przez chwilę
zastanawiali się, czy wziąć jedną taksówkę, ale ostatecznie uznali, że
nie, lepiej nie -?media i tak już raz przyłapały ich dzisiaj razem. Raz
to jeszcze w porządku, raz to okazywanie bezstronności politycznej, ale
dwa razy to już oznaka braku przekonań i chęci bratania się z wrogami.
Polityka była dziwną grą, oboje jednak dobrze znali jej zasady.
Stali pod markizą restauracji i patrzyli, jak na bulwar spadają pierwsze
wielkie krople deszczu, gdy Lud -?cicho i niemal obojętnie -?rzucił:
-?Wywiad. Monitorują nas. Wypatrują oznak braku lojalności.
Deszcz cuchnął olejem. Krople padały wokół układających się w labirynt
gmachów wysokościowców i platform, zasłaniających chmury.
-?Monitorują... Jak?
-?Po prostu monitorują. Coś więcej niż obserwowanie nagłówków, mniej
niż chodzenie za każdym pracownikiem Senatu czy podsłuchiwanie każdej
rozmowy. Nie wiem, jak bardzo poważnie do tego podchodzą ani jak wieloma
senatorami rzeczywiście się interesują, ani co robią ze zbieranymi
informacjami. Nie wiem, kto się tym zajmuje, Imperialne Biuro
Bezpieczeństwa czy Wywiad Imperialny. Nie wiem nawet, co określają jako
nielojalność. Ale zważywszy na twój udział w Delegacji Dwóch Tysięcy i...
"Aresztowanie" - dokończyła w myślach.
Jednak on powiedział tylko:
-?...incydent po inauguracji rządów Imperatora... Sądzę, że wylądowałaś
wysoko na czyjejś liście.
-?To szaleństwo -?rzekła cicho. -?Kto ci to powiedział?
-?Znajomy w administracji. Nie jest z tym bezpośrednio związany, a gdyby
znał szczegóły, nie powiedziałby mi, ale ufam, że ma dobre źródła, i nie
podam ci jego nazwiska. Chcę tylko, żebyś uważała na to, co mówisz i gdzie. Żadnych żartów o duszeniu Palpatine'a albo że chciałabyś, aby...
-?Co oni sobie wyobrażają? -?rzekła, marszcząc brwi. Lud utrzymywał
kontakty z przydatnymi osobami i nigdy nie szerzył plotek. Mon nie miała
powodu, by wątpić w jego słowa. Jednak wszystko to wydawało się jej
obrzydliwe i jednocześnie dziwne. -?Czy wielki wezyr obawia się rewolty
w Senacie? Kto tam w ogóle wszystkim zarządza?
-?Nie jestem pewien, czy nawet oni to wiedzą. Każdy chce zostać szefem
służb wywiadowczych i dlatego to jest pewnie nieprzemyślana inicjatywa
jakiegoś ambitnego karierowicza. Naprawdę nie wierzę, że coś ci grozi,
Mon. Ale też nie chcę, żeby to się zmieniło.
-?Palpatine chce być dyktatorem. Chce być dyktatorem, a wszyscy inni
pragną dowieść swojej lojalności, na wypadek gdyby jego życzenie miało
się spełnić.
Mon nie mówiła tego właściwie do Luda, po prostu musiała to z siebie
wyrzucić.
-?Uspokoją się -?rzekł Lud. -?To dzieciaki, które nagle zostały same w domu. Po prostu przeczekaj to.
Kiedy już szła szybko ulicą, zasłaniając sobie rękami głowę, jakby mogło
ją to uchronić przed ulewą, przypomniało jej się, że powinna mu była
podziękować. Nigdy nie wyjawiła Ludowi, co się stało, kiedy ją
aresztowano.
///
Reszta dnia upłynęła jej na wywiadach, zdalnych konferencjach i wykonywaniu "obowiązków wobec wyborców" -?w ramach tej szerokiej
kategorii demoralizujących zadań Mon przeglądała wnioski o pomoc od
obywateli, darczyńców oraz małych i średnich przedsiębiorstw z Chandrili
i próbowała wykorzystywać ograniczone wpływy, które jej zostały, by
pomóc im w poruszaniu się po rozrastającej się gwałtownie biurokracji
imperialnej. Szef biura Mon gdzieś przepadł -?podejrzewała, że szukał
pracodawcy o lepiej rokujących perspektywach -?a jej osobista
asystentka, Zhuna, przebywała na chorobowym, dzielnie i nieskutecznie
próbując wykonywać swoje obowiązki za pośrednictwem droidów i kurierów.
W związku z tym Mon miała niewiele czasu na zastanawianie się nad
ostrzeżeniem Luda, póki nie wróciła wieczorem do mieszkania.
Na dywanie w salonie, tam, gdzie przeciekał sufit, widniała mokra plama.
System kontroli pogody na Coruscant nie działał zbyt dobrze od ataku
separatystów, a jak większość gmachów tej ekumenopolis, również i jej
budynek nie miał zabezpieczeń przed długotrwałymi opadami. Wypowiedziała
głośno imię męża, ale Perrina nie było -?może gdzieś pił, a może grał.
Czasem ją to niepokoiło, ale w końcu ona i Perrin mieli pewien układ...
Wysłała zlecenie do służb konserwatorskich budynku i poddała się sile
przyciągania swojego gabinetu, w którym czekały na nią objęcia fotela
kupionego u rzemieślnika rasy Nikto. Meble zawsze dochowywały wierności.
Spojrzała w mrok miasta, na miliony świateł w milionach okien, grających
rolę dublerów gwiazd spowitych w chmury. Zapewne w dowolnym z tych okien
mógł stać agent służb bezpieczeństwa i obserwować ją przez makroskop,
który pozwalał zajrzeć za jej cywilne osłony. Pod wpływem nagłego
impulsu uśmiechnęła się szeroko, zamachała i zawołała:
-?A patrzcie sobie, wy dranie, ale i tak nigdy nie zobaczycie, jak
zbliża się wasz koniec!
Cóż, z pewnością wykonywali tylko swoją pracę. Tak jak ona. Ale i tak
poczuła się lepiej.
Odblokowała zabezpieczenie szuflady i wyjęła datapad. Przesunęła wzrok
po liście. Wśród najnowszych wpisów znajdowały się następujące:
Przemówienie wielkiego wezyra Ameddy o "prawdziwych obywatelach
Imperium"
Powstrzymanie dostaw pomocy humanitarnej na Cato Neimoidię
Wymiana kredytów Republiki na kredyty imperialne (obecnie z nieokreślonymi "zabezpieczeniami")
Zmiana nazwy Parnarosis 3
Naczelny dyrektor wydziału sprawiedliwości zwolniony po ośmiu dniach od
mianowania
Wojna się zakończyła. Mieszkańcy galaktyki nie umierali już codziennie
milionami, nadeszła stabilizacja -?i z pewnością cena, którą przyszło za
to zapłacić, była dość niska. Bo jakie miało znaczenie, że zrujnowanym
regionom Cato Neimoidii odmówiono dostaw wody i leków, gdyż jeden z rywali Palpatine'a publicznie zadrwił z nowych rządów? Jakie miało
znaczenie, że pamięć o zmarłym mistrzu Jedi Parnarosisie wymazano z galaktyki, zastępując jego imię równie nieżywym watażką? Czy Mon mogłaby
szczerze powiedzieć, że nigdy nie głosowała za czymś gorszym?
A większość tych rzeczy -?jak się domyślała -?nie była nawet sprawką
Palpatine'a. Rozwijali w ten sposób skrzydła jego przeklęci zwolennicy,
imperialistyczni żarliwi wyznawcy i żądni władzy pochlebcy. Kto wie,
czego Palpatine naprawdę chciał -?poza lojalnością i kontrolą -?kiedy
spuścił ze smyczy swoje bestie?
Przestała przewijać listę i dopisała w dokumencie:
Szpiegowanie wrogów politycznych
Koniec wojny nadszedł nagle, jak cud, ale cena pokoju nieustannie rosła.
Imperium istniało od niespełna miesiąca. Jak długo będą musieli za to
płacić?