Rozdział 1
ROZDZIAŁ
PIERWSZY
RONINOWI KREDYTY
SKOŃCZYŁY się dwa miesiące po tym, jak zjawił się na Zewnętrznych
Rubieżach, na planecie, która zwała się Genbara. Po prawdzie sam przejął
się tym mniej niż B5-56, besztający go przy każdej sposobności.
- Spójrz na to z tej strony - odezwał się do toczącego się za nim
kompana. - Nie musimy się przejmować, gdzie będziemy spać.
Człowiek bez kredyta przy duszy nie miał powodu, by dzielić trasę na
odcinki między kolejnymi osadami i gospodami. I tak nie stać go było na
opłacenie noclegu. Mógł zatem wędrować do woli, a leśne widoki Genbary
wynagradzały trud tułaczki po wielokroć. Rozległe połacie sosen z rzadka
tylko przerywane były szachownicami użytków rolnych, doglądanych przez
osadników układających sobie życie na nowo, z dala od blizn, jakie wojna
pozostawiła na światach bliższych Galaktycznego Jądra.
Tej nocy Ronin spał pod dachem niewielkiej przybudówki, o której
poprzedniego dnia powiedział mu miejscowy stary drwal, gdy wędrowiec
mijał jego chatę. Zapuszczał się w głąb górskich rejonów.
- Góry? Jesteście pewni, panie? - spytał tamten, świszcząc przez zęby.
Siedzieli na werandzie nad imbrykiem stęchłej herbaty. Już się kończyła,
ale Ronin chętnie poczęstował starca w zamian za wrzątek i towarzystwo.
- Proszę podążyć tą ścieżką i minąć grań. Zawiedzie was do wioski w dolinie. O ile nadal tam jest.
Złowróżbne słowa, choć Ronin zyskał pewność, że obrał właściwą drogę.
Jego spojrzenie pochwycił B5. Skryta pod słomianym kapeluszem pojedyncza
soczewka droida ostrzegawczo zmieniła barwę z czerwonej na niebieską i maszyna wyrzuciła z siebie serię szybkich dźwięków.
Drwal, który nie rozumiał języka binarnego, wziął piski zwieńczonego
kopułą astromecha za nerwowość. Wyszczerzył zęby.
- Dawniej, droidku, gdy stawiałem mą skromną chatę, były tam cztery
wioski. Potem - trzy, potem - dwie, a teraz ostała się jedna. Mówią, że
mieszkańcy rozzłościli złego ducha. Ducha, któremu nie widzi się
obecność osadników.
"Siebie nie zalicza do tego grona?" - odezwał się głos w uchu Ronina.
- Góry takie już są - skwitował wędrowiec.
Drwal uznał, że to on jest adresatem tych słów, i z powagą pokiwał
głową. B5 obrócił kopułę i skierował fotoreceptor na Ronina w parodii
złowrogiego spojrzenia. Mężczyzna udał, że tego nie dostrzegł, ale
postanowił mieć się na baczności. Czasami, gdy dzielił z kimś strawę
oraz napój i zdarzało się mu udzielić odpowiedzi głosowi, inni puszczali
jego słowa mimo uszu. Jednak kiedy indziej reagowali, co mogło się źle
skończyć. Jeśli górskie wioski nadal stały, już wkrótce miał się znaleźć
wśród nieznajomych, którzy sprawiali wrażenie przesądnych.
***
Nazajutrz wstał i rozprostował kończyny, by się rozgrzać, po czym zabrał
się za połówkę ostatniej już racji żywnościowej z sakwy. Przeżuwał ją
powoli ze względu na ból. Powiódł palcami po starym metalu, który
podtrzymywał jego żuchwę, ciągnąc się od ucha do ucha.
Przez cały ten czas B5 wydawał niemiłe piski i wyzywał go od staruchów i prostaków. Z pewnością, stwierdził droid, jego mistrz pamięta, że może
zarobić tyle kredytów, by zapewnić sobie środki na podróż, aż ta
wreszcie doprowadzi go do kresu - albo przynajmniej tyle, by pozwolić
sobie na nowocześniejszą protezę. Jednak nie rozstaje się z łupami do
tego stopnia, że zanim zrobi z nich użytek, z pewnością prędzej padnie
ofiarą jakiegoś wstydliwie banalnego losu: chłodu, choroby albo czegoś
gorszego.
- Wiesz, okazałbym się jeszcze głupszy, gdybym próbował coś z tego
sprzedać - powiedział mężczyzna, klepiąc dłonią po skarbach skrytych w połach szaty. - Bo jak wytłumaczyłbym się z tego, gdzie je znalazłem?
"Co zatem zamierzasz zrobić ze swymi łupami, pomijając to, że je
zbierasz?" - spytał gorzko głos.
Nie potrafił udzielić odpowiedzi. A przynajmniej nie takiej, która by ją
zadowoliła.
Wiedziony poczuciem winy, spojrzał na podszewkę długiej zakapturzonej
szaty, którą nosił w charakterze peleryny. Co najmniej od roku, odkąd
ostatnio uzupełnił kolekcję, ważyła tyle samo. Kryształy wszyte po
wewnętrznej stronie materiału zamigotały, jakby na powitanie. Czerwone
światło opłynęło jego palce, zachwycone obietnicą uwagi. Chciały, by je
dotknął; by je chwycił i z nich skorzystał.
Wyrównał poły szaty, nawet nie musnąwszy swego skarbu. Miał powód, choć
ten się jej nie podobał: tak długo, jak kryształy pozostawały przy nim,
nie mogły przysłużyć się złu.
"Ruszaj więc w stronę wioski".
Doświadczenie podpowiadało mu, że na próżno spodziewał się jej pomocy. W końcu bez wątpienia wolałaby, gdyby to, co oczekiwało go w wiosce,
okazało się dla niego zgubne.
***
Wraz ze wschodem słońca chłód nocy ustępował wiośnie. Ronin zatrzymał
się na skalnym grzbiecie górującym nad ostatnią wioską, która ostała się
w tych górach. U jego boku przystanął B5-56. W oddali, na przeciwległym
krańcu usianej sosnami doliny, jasno odznaczały się mocno zarysowane
krawędzie rozbitego statku: smukłej, walecznej jednostki, którą
dosięgnął kres, gdy uderzyła w zbocze wzniesienia. Srebrny kadłub
błyszczał niczym gwiazda w ostrym świetle
poranka.
"Poetycki widok, nie sądzisz?" - rzucił głos.
- Ot, wrak - odparł Ronin.
B5 jęknął, zawiedziony.
- Co takiego znów robię? Nie wiem, o czym mówisz.
B5 westchnął tak teatralnie, jak tylko pozwalał mu na to język binarny.
Wspólnie ruszyli ścieżką ku ostatniej górskiej ostoi, w której miał się
znajdować cel Ronina - albo nic. Siedzący w nim tchórz miał nadzieję, że
chodzi o to drugie. Może właśnie ten tchórz sprawiał, że poruszali się
powoli, aż wreszcie dotarli do ostatniego wzniesienia przed samą osadą.
Przy prastarej koślawej sośnie stała herbaciarnia. Z wnętrza wydobywał
się nieciekawy zapach, a pomimo upomnień B5 - przecież dokądś zmierzali,
prawda? - Ronin pozwolił, by swąd powiódł go przez próg. Wewnątrz
spotkał właściciela - schludnego Sullustanina, którego pucołowate
policzki poszarzały z wiekiem. Siedział na świeżo zamiecionej podłodze,
gmerał w trzewiach prostokątnego droida zasilającego GNK i złorzeczył na
jego temperamentną naturę.
Cień Ronina zaniepokoił właściciela herbaciarni. Sullustanin zerwał się
na nogi, by przyjrzeć się bacznie obcemu. Z powodu słusznego wzrostu
przybysza, odzianego w znoszoną, naznaczoną trudami drogi szatę,
podniósł zaniepokojone czarne oczka, po czym powiódł wzrokiem ku dwóm
pochwom, które zwisały u pasa nieznajomego.
"Wyglądasz jak wcielenie zła" - sarknął głos.
Ronin zrobił krzywą minę, na co właściciel herbaciarni aż się wzdrygnął.
- Nie, nie chodzi o was - rzucił Ronin, po czym zaklął, co tylko
pogorszyło stan rzeczy. - Droid zasilający. Przecieka. Czuć aż z drogi.
Mogę go naprawić.
Niepokój zniknął z oblicza Sullustanina dopiero wtedy, gdy zza przybysza
wyłonił się B5. Droid powitał właściciela herbaciarni i czym prędzej
przeprosił za opłakany wygląd kompana. "Nakarm go - powiedział - a naprawi każdego droida, którego mu wskażesz".
Jeszcze choćby przed dziesięciu laty Ronin pewnie by zaprotestował,
gdyby droid tak uraził jego godność - kimże niby był, jakimś włóczęgą,
dokonującym drobnych napraw w zamian za wikt i opierunek? Jednak z wiekiem nabrał pokory. Lepiej siebie znał. Gdy właściciel herbaciarni
się zgodził, po prostu spytał, gdzie mężczyzna trzyma narzędzia.
Głos nie skomentował ani słowem, choć zniecierpliwienie jego
właścicielki ciążyło Roninowi niczym groźba nadciągającego deszczu.
Wolałaby, by odważnie rzucał się ku temu, co dla niego zaplanowała. A on
wolał być przydatny.
Naprawienie droida zasilającego przyszło mu z łatwością. Musiał usunąć
poplamioną przednią część korpusu i sięgnąć za przewody, by odnaleźć
źródło wycieku. Pobrudził sobie palce osadem blokującym jedno ze złącz
energetycznych. Spytał właściciela herbaciarni, czy ma może większy
nadajnik albo chronometr, bez którego mógłby się obejść. Ten powrócił z leciwym holowyświetlaczem, który został z wprawą rozłożony na części.
Okazało się, że Roninowi będzie potrzebna tylko jedna z dwóch uszczelek,
by uporać się z wyciekiem. Oczyścił i złożył droida w niespełna godzinę.
- Przerażające, prawda? - powiedział do B5 właściciel herbaciani, gdy
obserwował przybysza przy pracy. - Jeszcze podczas wojny astromecha
twego typu mógłbym zreperować nawet przez sen. Kto wie, może i teraz bym
podołał. Ale nigdy nie wymagali od nas, specjalistów, abyśmy doglądali
własnych droidów zasilających, no i masz ci los, traf chciał, że na
złość się zepsuł i przestał podgrzewać herbatę.
Gdy Ronin wstał, Sullustanin pokierował go ku zacienionym stolikom na
zewnątrz. Obiecał, że przyszykuje czajniczek najwykwintniejszej
mieszanki herbat, który już teraz spoczywał na głowie buczącego droida
GNK.
- I pomyśleć, że wziąłem was za bandytę, panie!
Ronin jedynie przytaknął. Z tego miejsca mógł przyjrzeć się całej wiosce
- po prawdzie to nie robiła zbytniego wrażenia, bo w większości
ograniczała się do dwóch rzędów drewnianych domów o pokrytych słomą
dachach z wąskich deszczułek i ścianach zbrojonych durastalowymi płytami
z okrętów, które rozbiły się tu podczas wojny. Budynki stały schludnie
po obu stronach drogi, a poza nimi tylko gdzieniegdzie wyrastały
pojedyncze struktury. Całości dopełniała para nieufortyfikowanych,
wolnostojących wież strażniczych. Pośrodku jednego z ciągów wznosiła się
duża składnica o elewacji udekorowanej chorągwiami. Wejście zamykały
dawne drzwi okrętowe. Większość osadników pracowała na polach ryżowych,
będących źródłem pożywienia dla wioski. O tej porze część mieszkańców
zebrała się przed składnicą, by omówić naglące sprawy. Dzieci biegały
swobodnie ze śmiechem na ustach. Sielankowy widok, choć tego rodzaju
spokój w tej części Zewnętrznych Rubieży był krótkotrwały.
"Pokój jest rzadki i okupiony krwią" - skomentowała.
Tym razem Ronin utrzymał język za zębami, choć uwadze B5 nie uszło to,
że poruszył wargami. Droid zapiszczał z irytacją, co spotkało się z karcącymi słowami właściciela herbaciarni, akurat podającego herbatę.
Astromech czym prędzej poinformował Sullustanina, że nie należy
złorzeczyć w języku, którego inni nie rozumieją.
- Dziękuję - odparł tamten w języku Cesarstwa. Przyjął do wiadomości, że
został upomniany. Z wprawą eksperta przygotował filiżankę herbaty. Ronin
wziął od niego napar. Lokalny bukiet zapachów, nieco słodki i z nutą
sosny. Wytworne.
- Jak to się stało, że wędrujecie tędy pieszo, nieznajomy? - spytał
gospodarz.
- Pewna istota niestrudzenie dba o mą kondycję - odparł przybysz.
B5 zagwizdał donośnie.
Właściciel herbaciarni zachichotał.
- Oczywiście. Powinien słuchać twych mądrych rad.
Ronin miał ochotę przerwać znaczące milczenie zadowolonego z siebie B5,
jednak coś innego przykuło jego uwagę. Powoli powiódł wzrokiem ku temu,
co zaprzątało jego myśli - ku miejscu, skąd nadciągało grzmienie,
rozchodzące się wśród gór. Źródło dźwięku wkrótce popędziło tą samą
drogą, którą kroczył ledwie godzinę wcześniej.
Potężny opancerzony pojazd o grubych ścianach, zbudowany na potrzeby
wojny, poruszał się z hukiem górską drogą. Minął herbaciarnię i potoczył
się ku osadzie. Nie łamał jednak żadnych gałęzi, gdy przemieszczał się
między drzewami - widocznie już tędy przejeżdżał i zrobił swoje.
Herbaciarnia aż zadrżała. Jej właściciel przeklął, równie roztrzęsiony
co filiżanki.
Łoskot pojazdu wkrótce dotarł do wioski. Pracujący na polach porzucili
narzędzia. Dorośli chwytali dzieci i kierowali się pośpiesznie ku domom,
osłaniając latorośle własnymi ciałami.
Tak. Pokój jest kruchy.
- Bandyci. Kryją się w opuszczonej wiosce po przeciwnej stronie grani -
wytłumaczył niskim, przepraszającym głosem Sullustanin, chowając się za
murkiem i spoglądając w kierunku mieszkańców wioski. - Byli żołnierze
albo niedobitki sithańskich oddziałów. Nie wiemy. Zresztą, czy to ważne?
Stało się jasne, jaki los spotkał pozostałe górskie wioski. W doświadczeniu Ronina o rozzłoszczone złe duchy było znacznie trudniej
niż o bandytów.
"Nie pomożesz im?" - spytała. Przedrzeźniała go. A nawet prowokowała.
Ucieszyłaby się, gdyby pobiegł ku zagrożeniu, wiedziony pierwszym
odruchem. Jednak gdyby zawierzał odruchom, zginąłby i nie osiągnął celu.
Ba, nie wiedział jeszcze, czy miał do czynienia z bandytami, którzy
zasługiwali na jego uwagę - w końcu prawdziwe zagrożenie mogło się kryć
w samej wiosce. Podejrzewał, że dowie się już wkrótce.
B5 zamruczał nisko, jakby słyszał myśli swego mistrza. Ronin nie był
pewien, czy droid chciał, by bezzwłocznie wyprawił się do osady, czy też
by nie udawał się tam wcale. A może liczył na to, że lada chwila objawi
się im jeszcze inne wyjście z sytuacji. B5 nie znosił widoku krwawiącego
Ronina, a było niemal pewne, że tego dnia poleje się krew.
Poniżej w dolinie dwukrotnie przewyższający domy pojazd zatrzymał się
gwałtownie na placu. Otworzył się właz. Trzy metalowe płyty utworzyły
trap i bandyci zaczęli wychodzić ze środka. Mieli na sobie kawałki
pancerza - poznaczone śladami strzałów białe kaski, naramienniki,
nagolenniki - i niewiele więcej poza przepaskami na biodrach, bandanami
na głowach i opaskami na ramionach, po których się wzajemnie
rozpoznawali. Uważali, że nagość czyni ich potężniejszymi.
Wielcy i odważni mężczyźni wypadli na ulicę, by kopniakami wywalać
drewniane drzwi i wywlekać z domostw przerażonych osadników.
Głos się zaśmiał. Ronin zacisnął zęby, po czym upił łyk herbaty.
- Grozi wam niebezpieczeństwo, panie - ostrzegł gospodarz. - Proszę tu
zaczekać. - Objął ręką kopułę B5, jakby się bał, że astromech mógłby
odjechać.
Wtem dwaj bandyci spojrzeli w kierunku herbaciarni. Ronin zmrużył oczy.
Stali zbyt daleko, by mogli dostrzec jego sylwetkę, a sam nic nie robił
sobie z ich blasterów.
Tak czy owak, to nie bandyci zmącili jego spokój, nie oni go skłonili,
by bacznie rozejrzał się po okolicy - nie, wyczuł inną obecność,
obecność czegoś skrytego, spiętego i gotowego w każdej chwili rzucić się
do ataku. Gdy przybył na miejsce, cel poszukiwań nie objawił mu się,
choć podejrzewał, że niedługo tak się stanie.
***
Tak sytuacja wyglądała w wiosce.
Bandyci zebrali wszystkich mieszkańców na zakurzonym placu. Gdy tylko
zechcą, będzie im łatwiej się ich pozbyć. Pochwycili każdego bez
wyjątku. Wywlekli wszystkich i teraz osadnicy kłębili się razem w poczuciu poniżającej bezsilności.
- Dziękuję! Dziękuję za tak miłe przyjęcie! - zawył bandyta z pomarańczowym naramiennikiem dowódcy. - Pora na zapłatę! Przybyliśmy po
tegoroczne podatki!
Stojący za nim długowłosy zbir spojrzał z ukosa na zebranych.
- To był rozkaz! Który z was jest wodzem?
Z tłumu wyłoniła się postać - drobna, smukła, o rozczochranych włosach.
To było dziecko - na oko niespełna dziesięcioletnie. Ruszyło do przodu,
utrzymując sztywną postawę.
- To ja obecnie jestem wodzem - zadeklarowało dźwięcznym głosem. - A wy...
wy już dość nam zabraliście.
Dowódca odchylił się, by dobrze przyjrzeć się dziecku.
- Ty? Kojarzę. Jesteś synem wodza. - Splunął. - A on co, uciekł i zostawił wioskę smarkatemu? Ale tchórz.
Roześmiał się, a pozostali mu zawtórowali.
Na wzniesieniu właściciel herbaciarni przysunął się do Ronina. Pot
zraszał jego czoło.
- Wódz wioski niedomaga. - Cichy głos Sullustanina zdradzał gniew i strach. - Chłopak... On jest aż za odważny.
- Dzielny malec! - zawołał jeden z zakapiorów.
- Dość zabraliście! - sarknął inny. - Dobre sobie!
- Odważne słowa, smarku - dodał dowódca, gdy śmiech już ucichł. - Ale
słowa nic nie znaczą, gdy nie towarzyszy im broń. A gdzie się podziała
twoja, co, chłopcze?
Młody wódz odważnie spojrzał w oczy dowódcy. Samo to sprawiło, że Ronin
poruszył się niespokojnie w krześle.
Wtem dłoń chłopaka się uniosła.
W tej samej chwili rozległy się dwa strzały, po jednym z obu stron
wioski. Ronin prześledził trajektorie wiązek.
Jeden ze strzelców przycupnął na dachu w pobliżu placu, drugi znajdował
się w jednej z wież górujących nad osadą. Na dachu stał trójoki Gran w lekkiej zbroi. Dzierżył karabin z nasadzonym bagnetem i szczerzył zęby.
W strażnicy opatulony szatami Tusken już przymierzał się do kolejnego
strzału z długiego karabinu snajperskiego. I Gran, i Tusken wypalili
najpierw raz, a potem drugi, szybko i precyzyjnie. Za każdym
pociągnięciem spustu padał kolejny bandyta.
- Znakomicie - skwitował młody wódz. - Reszta w waszych rękach! - To
rzekłszy, chłopak biegiem opuścił plac, a wszyscy tutejsi popędzili
gromadą jego śladami. Na placu nie został ani jeden mieszkaniec wioski.
Musieli ćwiczyć ewakuację.
"Sprytne myszki - ocenił głos. - Zastawiły pułapkę na koty".
- Nie bądź niemiła - powiedział Ronin.
Właściciel herbaciarni był zbyt przejęty spektaklem przemocy, by
przejmować się półszeptami gościa.
W wiosce z kryjówek wyłaniali się kolejni najemnicy - zapewne łowcy
nagród, biorąc pod uwagę toporne, niedopasowane elementy zbroi.
Z zaułka wychynął srebrny droid protokolarny o owadzich oczach i korpusie osmalonym od blasterów. Obrotowe działo blasterowe ścinało
bandytów na placu.
Gibki, pokryty łuską Trandoshanin popędził główną ulicą. Dzięki długim
kończynom i równie długim broniom - katanie i naginacie - zdejmował
każdego zakapiora, który odważył się zastąpić mu drogę.
Nagle ze sterty skrzyń z hukiem wyłoniła się lewitująca kopuła - maszyna
pilotowana przez zwinnego Duga, który skulił się pośrodku. Każda z pięciu owadzich kończyn wyrastających z podbrzusza kokpitu była
zwieńczona ostrzem. Pojazd zawirował cyklonem ciosów do wtóru okrzyku
bojowego dosiadającego jej jeźdźca.
Zbłąkana wiązka wystrzelona przez jednego z walczących uderzyła w jeden
z palów podtrzymujących herbaciarnię. Właściciel szynku westchnął,
zniesmaczony przemocą, mimo że jego strona zdawała się wygrywać.
Tymczasem Ronin jedynie zmarszczył czoło. Coś, co nadciągało z wiatrem,
zaprzątało jego uwagę bardziej niż najemnicy czy bandyci, którzy
desperacko kucali i szukali osłon, za którymi mogliby się schronić.
Skupił się na masywnym pojeździe rzezimieszków. Poczuł, że i głos w jego
głowie kieruje myśli ku niemu.
Choć najemnicy rozpętali istny chaos, w powietrzu utrzymywało się ciche
napięcie. Przeszywało kości Ronina i napierało coraz mocniej. Wtem na
płaskim dachu pojazdu otworzył się właz.
Z wnętrza, unoszona na podnośniku, wyłoniła się kolejna postać. Czarna
szata i woalka chroniły ją przed prażącym słońcem, gdy stała
wyprostowana na dachu. W dłoni trzymała lekko krótki kij. Na jej widok
Ronin aż zadrżał.
"Cóż - zagaił głos - kolej na ciebie".
Herbata nabrała gorzkiego posmaku. Palce wędrowca zacisnęły się na
filiżance. Nie miał powodu, by wątpić w to, co zobaczył.
Jednak coś sprawiało, że nie ruszał się z miejsca. Może to, że ostatni
rok był dobry, odkąd stawił czoła poprzedniemu celowi. Może po prostu
jeszcze nie miał pewności, z kim przyjdzie się
mu zetrzeć. W końcu nie rozpoznawał postawy postaci w szacie. Miał
wrażenie, że powinien.
"Jakbym kiedyś cię okłamała... A niby kim miałaby być?"
Nie wiedział. Jednak nie ruszył się z miejsca. Świat parł przed siebie
bez jego udziału.
Trandoshanin przystanął na placu w gąszczu ciał, z bronią gotową do
walki. Skierował wypełnioną zębami paszczę w stronę pojazdu bandytów.
- Poddajcie się! - zawołał do osoby na dachu. - Poddajcie się, a może
darujemy wam życie!
Bandytka oparła kij o ramię. Jej głos ociekał jadem.
- Mylicie się.
- Jak to? - Trandoshanin wyszczerzył zęby.
- To wy się poddacie. - Odchyliła głowę. -
Choć i tak was zabiję.
Słowa kobiety ledwie zdążyły wybrzmieć, gdy stojący na skraju placu
droid protokolarny puścił wiązankę przekleństw i wystrzelił z obrotowego
działa blasterowego. Kobieta w okamgnieniu rozłożyła broń.
Z końca kija wyrosło sześć ostrzy, które rozkwitły niczym śmiercionośny
kwiat. Gdy obróciła jego trzonkiem, powstała biało-czerwona świetlna
tarcza, która odbiła każdą z wiązek energii - co do jednej.
- Czerwone miecze świetlne - ona jest Sithanką! - zawołał droid
protokolarny.
Nie wydawał się zaskoczony, chciał raczej ostrzec pozostałych.
Najemnicy zaczęli pruć z broni, ale w ich salwach pojawiło się coś
panicznego. Już nie walczyli po to, by wygrać, lecz by przeżyć,
niewątpliwie pomni wydarzeń z czasów wojny i przerażających zniszczeń,
jakie Sithowie zostawiali za sobą na każdym kroku.
Kobieta odbiła każdą z wiązek. Parasol mieczy świetlnych wirował,
tworząc nieprzeniknioną barierę światła. Jeden ze strzałów odbił się od
niej i poleciał ze skwierczeniem w niebo - prosto ku herbaciarni.
Ronin zareagował z szybkością, jakiej nie wymagał od siebie od lat. W okamgnieniu wstał od stołu i zajął miejsce przy koślawej sośnie. Gdy
spojrzał przez ramię, zobaczył dym wydostający się z dziury, którą
wiązka wybiła w ścianie budynku. Właściciel padł na plecy, ale Ronin na
szczęście nie wyczuł woni spalonej skóry.
Co innego zapach spalonego metalu. Ten wyczuwał doskonale.
Obok Sullustanina na podłodze leżał B5-56 z przekrzywionym kapeluszem.
Po jego korpusie tańczyły błękitne łuki elektryczności. Naraz Ronin
poczuł, jak w żołądku wzbiera stare ciepło i po chwili uderza mu do
głowy. Na spotkanie wyszedł mu chłodny dreszcz.
Zbyt długo zwlekał.
"A nie mówiłam?" - szepnęła nie bez złośliwości. Nieważne, co ona wobec
niego czuła, B5 był czymś innym.
- Panie, co powinniśmy... - wyjąkał właściciel przybytku, zbyt
wstrząśnięty, by przytomnie schować się za jedną z pozostałych ścian, a co dopiero by zbiec w góry.
- Gospodarzu - odparł Ronin - jak sądzicie, zdołacie go naprawić? -
Uniósł dzbanek herbaty z podłogi, a Sullustanin niepewnie przytaknął. -
Proszę sprawić, by mój kompan odzyskał siły, nim zagotuje się woda.
Właściciel herbaciarni spoglądał szeroko otwartymi oczyma to na Ronina,
to na B5. Kiwnął głową raz, a potem drugi.
- Tak. Tak, oczywiście!
"Widzę, że zostało w tobie jeszcze nieco z dowódcy" - powiedziała, gdy
Ronin odwrócił się, by wyjść z herbaciarni. Poczuł ucisk w brzuchu i nie
odpowiedział.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ
DRUGI
NIE ZAPRZESTAWAJCIE
OSTRZAŁU! Nie pozwólcie jej zaatakować! - zawołał do kompanów
Trandoshanin.
Spanikowali w jednej chwili, szczurki. Zbójczyni wykrzywiła usta pod
woalką, a właściwie to pod lakierowaną półmaską, ozdobioną wyszczerzonym
uśmiechem demona rodem z najgłębszych piekieł. Tak dawno nikt nie nazwał
jej właściwym mianem. Mieszkańcy tych gór ciskali w jej stronę różne
obelgi - nazywali ją złym duchem, czarcią czarownicą, boginią złego losu
albo też po prostu bandytką, złodziejką, wrogiem. Ale Sithanką? Nie,
zbyt chętnie uznali, że Sithowie wyginęli na dobre.
Z przyjemnością wróciła do określenia, które opisywało ją najpełniej.
Łowcy nagród - bo przecież byli łowcami nagród - gorączkowo wystrzelili
w jej stronę, jeden po drugim. Pani Sithów wyciągnęła przed siebie miecz
i pozwoliła, by rozbłysnął światłem. Nakładka była doczepiana do
rękojeści i kierowała moc kryształu kyber do rdzenia, a potem do sześciu
ostrzy. Gdy kobieta wprawiała je w ruch, przypominały druty parasola.
Broń jednocześnie służyła za zabójczą tarczę.
Wiraż parasola wytworzył siłę nośną. Kobieta wzniosła się w powietrze,
unikając strzałów. Strach. Pulsował w rytm uderzeń jej rozbudzonego
serca.
- Nic z tego! - zawołał Trandoshanin. - Wycofujemy się! Unikajcie
bezpośredniego starcia! Hrk...
Sithanka wylądowała tuż na wprost. Wyprostowała się
i wyciągnęła przed siebie dłoń. Uniosła Trandoshanina czarnym nurtem
Mocy za pokrytą łuską gardziel tak swobodnie, jakby chwyciła ją własnymi
palcami. Zadowolona z napływającej potęgi, ściskała, aż najemnik
wytrzeszczył oczy. Żywe istoty rzadko kiedy tak posłusznie poddawały się
jej woli. Tego dnia w powietrzu znajdowało się coś, co ją wzmacniało.
- Co takiego wspominałeś o bezpośrednim starciu? - spytała.
Łowcy nagród krzyknęli z obawy, że ich dowódcy zostanie wyrządzona
krzywda. Kobieta nie zwracała na nich uwagi. Znów usłyszała za plecami
wystrzały. Jej ludzie podnieśli się, nabuzowani jej obecnością na polu
bitwy. Wiedzieli, że skoro już do nich dołączyła, nie jest im pisana
klęska.
Trandoshanin zacharczał. Machał nogami w powietrzu. Nerwowo spoglądał to
w lewo, to w prawo, ale jego kompani odpierali ataki zbirów. Kobieta nie
spuszczała zeń wzroku. Usłyszała wrzaski. Uderzenia o ziemię.
Trandoshanin wziął gwałtowny oddech. Podejrzewała, że właśnie był
świadkiem czyjejś śmierci.
W jakimś stopniu współczuła ofierze, nawet ją rozumiała. Ale nie
potrafiła wzbudzić w sobie szczerej troski wobec tych, którzy żyli dla
kredytów.
- Naprawdę sądziłeś, że postawisz się Mrocznej Pani? - sarknęła.
Łowca nagród z trudem wymawiał kolejne słowa. Ściskała jego gardło tak
mocno, że ledwie mógł zaczerpnąć tchu.
- Uciekajcie! Nie możemy...
Osobom bez przekonań nie przysługiwały ostatnie słowa. Upuściła
Trandoshanina. Uderzył o ziemię i w tej samej chwili wykonała pchnięcie
mieczem. Dźgnęła go sześcioma ostrzami, które rozłożyły się po
przeciwnej stronie ciała w rozbłysku czerwieni.
Po przeciwnej stronie placu droid protokolarny zadrżał. Przeklął. Zaczął
pruć z obrotowego działa blasterowego.
Sithanka zrzuciła truchło z ostrza i rzuciła się na droida. Obwody
maszyny nie były w stanie dotrzymać jej tempa - była żywą burzą
błyskawic Mocy. Przepołowiła przeciwnika szybkim ciosem - i się
zatrzymała.
Gdy metalowe części uderzyły o ziemię, wciągnęła do płuc dym. Wystrzały
z blasterów zmąciły powietrze gorącem, a wśród popiołu wyczuła smak
nowego cienia.
Kobieta wyprostowała się i dyskretnie spojrzała przez ramię. Tam, u wylotu jedynej drogi krzyżującej się z główną, która wiodła ku placowi,
stała spowita czernią męska postać. Przybysz był wysoki, a jego szata
miała wystrzępione brzegi, choć barczysta budowa i zdecydowany, miarowy
krok niosły ze sobą chłód przywodzący na myśl lodowiec.
Między nimi unosił się dym. Momentalnie pojęła, co było z nim nie tak: w posępnej skorupie buzowała jasna moc.
- Nie jesteś tutejszy - powiedziała. - Któż odważył się stawić mi czoła?
- Prosty tułacz - odparł, a jego głos prześlizgnął się po krawędziach
jej wspomnień niczym ogień po brzegach podpalonego pergaminu.
Wykrzywiła usta pod maską. Rozpoznała wyzwanie. Ogień zawsze ciągnął ku
ogniowi, nawet gdy ktoś uparcie próbował - z zupełnie niezrozumiałego
powodu - zdusić go w sobie.
Odczepiła parasolową nakładkę miecza i rzuciła ją przed siebie. Buzująca
w niej krew podpowiadała jej, by skrzyżowała z nieznajomym pojedyncze
ostrze. Nakładka wbiła się w żwir na placu i się zakołysała.
Kobieta skoczyła wysoko z uniesioną klingą i zamachnęła się, by wbić
ostrze w czaszkę nieznajomego.
Aż ona... aż to... aż świat zamarł. Zadrżała, zawieszona w powietrzu. Jej
mięśnie wibrowały od energii kinetycznej, której pływ nagle został
zakłócony. Jej ciało nie zamierzało ani drgnąć. Miecz tak samo. Unosił
się centymetry od niewzruszonej twarzy mężczyzny, pochwycony w odkryte
dłonie.
Nie - zawisł między dłońmi. Milimetry dzieliły
skrzące ostrze od nagiej skóry, milimetry pulsujące piekielnym
ciśnieniem bieli, przez którą pełzały fale czerni. Bariera Mocy.
- Ty! - rzuciła. - Jesteś Jedi!
Samo brzmienie tego słowa ją brzydziło. Rzadko kiedy o nim myślała,
szczególnie tutaj, na skraju cywilizacji. A teraz nie miała wyboru.
Czemuż to Jedi, jeden z tych nieznośnych obrońców Cesarstwa, gnił tu, na
Zewnętrznych Rubieżach? Musiał zawędrować w te rejony z jej powodu, z powodu ostatniej pozostałej przy życiu przedstawicielki Sithów w tej na
wpół zapomnianej części galaktyki. Uznał, że zdoła ją zgładzić.
Niech tylko spróbuje.
Mężczyzna - Jedi - odepchnął ją gwałtownie, odrzucając każdą z cząstek
jej ciała falą białej energii. Poleciała do tyłu niczym szmaciana lalka.
Dzięki instynktom zapanowała nad kończynami. Przez krótka, gwałtowną
chwilę poczuła się nieważka, jakby w ogóle nie istniała. Obróciła się w powietrzu i wylądowała mocno na nogach.
Wysunęła miecz przed siebie i zmierzyła wzrokiem przeciwnika. Otworzyła
szeroko oczy, świadoma każdego oddechu Jedi. Dłoń mężczyzny spoczęła
przy jednej z rękojeści przypasanej na wysokości biodra. Dwie pochwy.
Nie tylko Jedi, a rycerz, którego mistrzowie
uznali za godnego dzierżenia ostrza.
Tym lepiej. Z przyjemnością wyrwie mu go z rąk, gdy będzie umierał.
- Dawno nie zabijałam Jedi. - Sięgnęła wspomnieniami do poprzedniej
walki. Była drobną dziewczyną, stojącą naprzeciwko olbrzyma o wykrzywionej twarzy. Koniec końców rozpłatała przeciwnika równie czystym
ciosem, co przed chwilą droida, z którego po drugiej stronie placu nadal
sypały się iskry.
Znów rzuciła się na Jedi. W końcu żaden przeciwnik nie ginął tylko
dlatego, że sobie tego zażyczyła.
I tym razem jej ostrze zamarło w pół ciosu, choć teraz przynajmniej
skrzyżowało się z innym, bliskim sobie, które świeciło równie jaskrawo.
Z mieczem świetlnym o karmazynowym ostrzu.
Ale przecież Jedi nie korzystali z broni tej barwy. Czyżby z niej
szydził? Nie.
Bandytka odstąpiła od przeciwnika. Trzymała przed sobą miecz, by w razie
czego odparować atak.
- Ty...
Dłoń mężczyzny powędrowała do biodra. Napięła mięśnie, gotowa skontrować
nadciągający cios. Naraz jednak dobiegł ją zza pleców świszczący zgrzyt.
Obróciła się.
Ku niej na czarnej fali pędził odcięty tors droida protokolarnego.
Przepołowiła go i odwróciła się, by stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem - mężczyzna z oszałamiającą prędkością już rzucił się w jej stronę z uniesioną klingą.
- Tchórz! - rzuciła, robiąc unik.
- Szkoda, że nie jesteś Jedi - powiedział, gdy już wylądował. Pochylił
głowę, jakby zamierzał ją przeprosić. - Wtedy miałabyś szansę.
Sithanka obnażyła zęby pod maską. Wyprostowała się i zrzuciła szatę,
odsłaniając bujne białe włosy, które pasowały kolorem do symbolu na jej
czole, białej łezki. Nie chciała, by szata ograniczała jej ruchy.
Tak. Nie był Jedi. Szkoda. Gdyby nim był, może by go rozumiała. Ale ten
mężczyzna... Była pewna jednego: nie mogła pozwolić sobie na to, by
zlekceważyć jednego ze swoich.
***
"Bandyci zabili kolejnego strażnika" - szepnął mu do ucha głos.
Roninowi zadrgała szczęka. Wolałby, by go nie rozpraszała. Z drugiej
strony przecież chciała, by legł martwy u stóp przeciwniczki.
"Przepraszam, dekoncentruję cię?"
- A nie? - rzucił pod nosem.
- Mówisz sam do siebie, starcze? - prowokowała go bandytka. Zaczęła biec
w jego stronę, a jej rozwiane białe włosy przypominały płomień.
Zdołał ją wyciągnąć z wioski. Minęli pola i teraz zmierzali ku rzece
biegnącej środkiem doliny. Widział, jak jej kaskady mienią się między
drzewami, gdy zatrzymał się na grani, z której po raz pierwszy ujrzał
osadę. Teraz, gdy się do niej zbliżali, nie mógł spojrzeć w jej stronę,
ale dobiegał go szum wody. Miała wartki nurt. Gdyby tylko zdołał
wepchnąć do niej bandytkę...
Wtem kobieta rzuciła się na niego, a sam odskoczył na pochylony pień
prastarego drzewa, wznoszącego się nad rzeką. Przeciwniczka doskoczyła i przeciągnęła za sobą ostrzem, przecinając kłodę.
Runęli na niej do rzeki. Ronin omal nie stracił równowagi, ale zdołał
się utrzymać na pniu, który teraz płynął wartko z nurtem.
Bandytka skorzystała z okazji, by wyprowadzić atak. Popędziła środkiem
kłody. Ronin zrobił unik, wyminął atakującą i zamachnął się ostrzem od
dołu. Cięcie przepołowiło maskę kobiety i posłało obie jej części w powietrze. Przeciwniczka już w następnej sekundzie zasypała go gradem
ciosów, niczego nie robiąc sobie z tego, że utraciła fragment zbroi.
Przed laty ktoś ją przeszkolił. Władała mieczem świetlnym świadomie i odważnie, nie po to, by zranić, lecz by zabić - wyprowadzała ciosy
karnie niczym żołnierz na polu bitwy. Jednak kolejny unik, dzięki
któremu uskoczyła poza zasięg ostrza Ronina, miał grację, którą osiągało
się wyłącznie na macie treningowej.
"Zebrali pozostałych przy życiu osadników - oznajmił głos. - Idealne
wyczucie czasu, nie sądzisz?"
Ronin nie zdążył odpowiedzieć. Bandytka wyprowadziła serię ciosów, które
parował jeden po drugim. Nieokiełznana fizyczna siła uderzeń sprawiała,
że ich kłoda kołysała się na wartkim nurcie. Po każdym z nich przemykał
na drugą stronę przeciwniczki i czuł, jak narastała w nim frustracja.
"Pozwól, by cię zabiła, albo skończ z nią wreszcie - powiedziała. -
Przestań się nią bawić".
Wypowiedziała te słowa z ogromną pewnością siebie. Szkoda, że nie
udzieliła się mu ona choć w części. Czuł, jak wolne stają się jego
mięśnie, jak nie nadążają kości. Czyżby wiek dawał o sobie znać? Prędzej
brak ćwiczeń. Kontakt z Mocą z czasem malał u tych, którzy go
zaniedbywali, a on sam zbyt długo oddawał się poszukiwaniom. Z kolei
bandytka karmiła gniew, aż zamienił się w burzę.
Fakt, musiał szybko doprowadzić walkę do końca. Woda pod kłodą kłębiła
się coraz szybciej, a z pobliża dobiegał huk kaskady. Wodospad. Dość
teatralna przeszkoda, której najchętniej by uniknął.
Wtem odezwał się nowy głos. Jakiś mężczyzna pojawił się na nadrzecznej
skale - ocalały bandyta z chorągwią w dłoniach.
- Szefowo! Zajęliśmy się najemnikami - i pojmaliśmy dzieciaka, wodza
wioski!
Pani Sithów uśmiechnęła się, obnażając zęby. Wbiła wzrok w Ronina.
- Proszę. My też nie walczymy uczciwie. Złóż broń.
Ronin zacisnął zęby. Ile czasu minęło, odkąd opuścił herbaciarnię?
"Wystarczająco długo" - obiecała, jakby stała tuż za nim. Nie mógł jej
zaufać - nie wtedy, gdy na szali znajdowało się jego życie - ale
wiedział, że nigdy nie kłamie. Nie lubiła kłamać, a gdy czegoś nie
lubiła, nie robiła tego.
Schował miecz do pochwy, przypasanej obok swej towarzyszki, choć ręka, w której dopiero co dzierżył broń, zawisła w powietrzu na wysokości
biodra. Podobnie druga. Na umieszczonej na niej karwaszu widniał wąski
pasek, czarny i nierzucający się w oczy.
- Miałeś złożyć broń, a nie schować ją do pochwy - zaprotestowała
bandytka. Prychnęła. - A może wszystko ci jedno, kto zginie z twej winy?
"To jeszcze nie wyrobiłaś sobie o nim zdania? - spytał głos. - Albo mu
ufasz, albo nie".
Ronin dotknął karwasza w miejscu, gdzie znajdował się ciemny pasek.
Blade kółko wielkości kłykcia zaświeciło się i zamigało na czerwono...
czerwono... i wreszcie na niebiesko.
***
A tak kolejne chwile opisał potem głos.
B5-56 z drżeniem powrócił do życia pod zręcznym dotykiem właściciela
herbaciarni. Sullustanin pracował w pocie czoła, choć znajdował się na
skraju przerażenia. Skupił całą uwagę na astromechu, gorączkowo
ignorując dobiegające z placu wrzaski i zawodzenia swych sąsiadów.
Wstrzymywał pracę tylko po to, by spojrzeć na wodę gotującą się w czajniku.
To, że droid zbudził się w tej samej chwili, w której zagwizdał czajnik,
miało w sobie coś z poezji. Sullustanin ledwie zdążył uskoczyć w bok. B5
pędem opuścił zrujnowaną herbaciarnię, wyrywając z gniazd kable
zasilające.
Podjechał pod górkę, zjechał kawałek ku wiosce i uruchomił dysze, by
wznieść się w powietrze - przeistoczył się niespodziewanie w pocisk
lecący pod ostrym kątem. Dzięki latom pracy, jaką jego mistrz poświęcił
układom hydraulicznym, B5 stał się nadzwyczaj zwinny. Lawirował zaułkami
miasta, ile sił. Gdy pędził główną ulicą ku placowi, uchylił przegródkę
w przedniej części korpusu. Z wnętrza wyłoniła się wyrzutnia wypełniona
schludnymi rzędami pocisków, które w okamgnieniu odpaliły się i poleciały w powietrze.
Od wyrzutni odchodziły świetliste wstęgi, wijące się po niebie jak
piskorze - by następnie zanurkować niczym drapieżne ptaki.
Każdy z pocisków sięgnął celu i wybuchł niczym sztuczny ogień. Pierwszy
trafił prosto w tors bandyty, drugi - w kolejnego... Następne nadlatywały
z bezlitosną precyzją. Gdy już opadł pył, na placu nie ostał się ani
jeden zakapior. Żywi pozostali jedynie mieszkańcy wioski, ich młody wódz
oraz pojedynczy najemnik.
***
Sithanka dowiedziała się o cenie, jaką zapłacili jej ludzie, gdy ostatni
z bandytów został uderzony pociskiem w plecy. Spadł na ziemię, rzężąc
nieludzko, i sturlał się ze wzniesienia, z którego ją zawołał. Zatrzymał
się dopiero przy brzegu. Nurt rzeki kołysał jego bezwładnymi nogami.
Ostatni z pocisków skierował się w jej stronę. Pędził z wizgiem przez
bezchmurne niebo, lecąc po łuku nad czubkami drzew i nad rzeką. Miał już
przebić jej czaszkę, gdy kobieta strąciła go mieczem, ani na chwilę nie
spuszczając wzroku z przeciwnika.
Starszy mężczyzna stojący po przeciwnej stronie kłody wyciągnął przed
siebie lewą dłoń. Kółko na karwaszu dwukrotnie zamigało na niebiesko.
Chełpił się wygraną? Potwór.
Nie musiała na własne oczy zobaczyć tego, co stało się w wiosce, by
wiedzieć, czego się dopuścił. Był Sithem, jak i ona, co oznaczało tyle,
że nie miał litości wobec tych, których uważał za wrogów. Chciał ją
zabić. Bez chwili wahania pozbawi życia wszystkich, którzy najęli się do
jej służby.
Starca ani trochę nie obchodziło to, jakie okoliczności sprawiły, że
ktoś parał się bandytyzmem - ani co sprawiło, że ją samą spotkał taki, a nie inny los. Przypuszczalnie w ogóle się nimi nie przejmował. Gdyby
okazała się kimś innym niż Sithanką, pewnie przeleciałby przez wioskę
równie obojętnie co chłodny wiatr.
Jednak traf chciał, że należała do Sithów tak samo jak i on, co w jego
mniemaniu oznaczało, że miał prawo pozbawić ją życia. Inspirował się
zatem szaleństwem tamtego zdrajcy, kundla, który położył kres powstaniu
swym wiarołomnym ostrzem. Obnażyła zęby, a biały płomień Mocy buzował w niej niczym ognisko.
Kłoda pędziła z nurtem ku grzmiącemu wodospadowi, który nie znikał z jej
myśli. Mógł zakończyć jej życie tak gwałtownie jak każde inne
zagrożenie. Nie zamierzała pozwolić uciec przeciwnikowi, nawet gdyby
sama miała przy tym zginąć.
Atakowała go raz za razem. Znała koszt, ale była gotowa go ponieść.
Teraz pozostała już tylko ona, choć to samo mogła powiedzieć o nim.
Wspólnie zmierzali ku krawędzi. Buzowała białą energią. Uderzyła w ostrze miecza przeciwnika, ledwie wyciągnięte z pochwy, tak wściekle,
jak nigdy przedtem.
Siła uderzenia cisnęła przybłędą w powietrze - i za krawędź wodospadu.
Zaklęła, gdy zniknął jej z oczu wśród wodnej pary. Nie żałowała tego, że
dopuściła się przemocy, nigdy jej nie żałowała, ale biały płomień, który
rozświetlał jej wnętrze, niekiedy potrafił ją oślepić. Zyskała przewagę
- klinga starca nadal do połowy tkwiła w tamtej dziwnej pochwie, a jej
własna była gotowa zadać śmiertelny cios. Ale teraz straciła go z oczu,
a nie miała pewności, że zginął.
Utrzymała równowagę na kłodzie, zatrzymując ją na krawędzi wodospadu -
musiała sobie udowodnić, że nadal jest w stanie przywołać czarny nurt
Mocy, chłodny wyraz woli, dzięki któremu poruszała światem równie
swobodnie co palcami - i spojrzała w dół, w zmąconą toń.
Rozglądała się gorączkowo, ale nie mogła dostrzec ciała.
Zaklęła i zeskoczyła z kłody za próg wodospadu, by wylądować, lekka jak
piórko, na porośniętym mchem głazie wystającym ze spienionej wody.
Z tego miejsca ujrzała kamienną ścieżkę, która biegła krawędzią kotła u stóp kaskady. Łączyła się z drugą, opadającą po ścianie klifu. Obie były
niewidoczne z lotu ptaka, skryte pod wilgotnym od pary wodnej występem
skalnym. Okrążały kocioł wodospadu i wiodły ku wejściu wydrążonym w pobliskim klifie - ku otworowi o prostokątnych krawędziach. Jak
podejrzewała, musiało prowadzić do świątyni, kaplicy czy jakiegoś innego
zapomnianego miejsca. Całość była ewidentnie zaniedbana.
Dostrzegła blade odciski stóp. Ich właściciel przekroczył próg chwiejnym
krokiem. Tłumaczyło to brak ciała.
Tam, za zasłoną wody, Sithanka wytropiła ofiarę. Za grzmiącą wodną
kurtyną dostrzegła czerwone światło. Ruszyła przed siebie - ledwie
dotknęła ostrzem ściany z rozproszonych kropelek, a mężczyzna wycofał
się w głąb korytarza.
Uśmiechnęła się drwiąco. Niech się starzec skrada, ukrywa i unika
starcia. Był zmęczony i poturbowany, a ona już dołoży starań, by
pożałował tego pojedynku.
Uniosła dłoń i popchnęła Mocą kłodę spoczywającą u progu wodospadu.
Zasłona wody się rozstąpiła. Powstało przejście, z którego skorzystała.
Nie czekała, by spojrzeć przeciwnikowi w oczy. Natychmiast zaatakowała.
Zamieniła się w prędką smugę białej Mocy i ścięła ofiarę, nim ta zdołała
sparować cios, a co dopiero wyprowadzić własny.
Zdała sobie sprawę z pomyłki dopiero wtedy, gdy górna część posągu
zaczęła opadać na ziemię. Dłonie dzierżące czerwony miecz świetlny były
martwe, chłodne i metalowe. Przepołowiona postać zwaliła się z hukiem na
kamienną posadzkę.
Naraz kolejna, trzecia już czerwona klinga rozświetliła wilgotne
ciemności. Jej koniec wbił się w jej ciało. Był gorący, ale jednocześnie
chłodny, a nade wszystko wzbudzał w niej nienawiść.
***
Trzecie czerwone ostrze nagle zniknęło. Sithanka padła do przodu, równie
nieruchoma co posąg i mężczyzna, który pozbawił ją życia.
***
Ronin schował ostrze do pochwy, którą zazwyczaj trzymał przy sobie, po
czym przypiął ją z powrotem do pasa. Szpetna durastalowa rękojeść z widocznymi podzespołami w niczym nie przypominała misternej rękojeści
miecza świetlnego używanego na co dzień. Na tym zresztą polegała siła
tej broni. Nawet ci przeciwnicy, którzy powinni wykazywać się większą
mądrością, nie spodziewali się, że nosi przy sobie więcej niż jedną
czerwoną klingę.
Skrzywił się na widok prastarego, teraz zbezczeszczonego posągu Jedi,
który leżał obok ciała młodej wojowniczki Sithów.
"Masz rację - oznajmił głos, siląc się na teatralność. - To dopiero
poezja".
Jeśli zawiodło ją to, że bandytka nie zdołała go zabić, nie dawała tego
po sobie poznać.
Nie skomentował jej słów, ale odmówił krótką modlitwę przed szczątkami
tak posągu, jak i kobiety. Potem wyjął miecz świetlny z bezwładnej dłoni
przeciwniczki i usunął własny z dłoni rzeźby. Jego miecz nadal mruczał i rozjaśniał ciemności czerwienią. Umieścił buczącą rękojeść w pochwie.
"Kiedy zamierzasz naprawić to ustrojstwo? - spytała. - Dziś o mało nie
doprowadziło do twej śmierci".
I te słowa zbył milczeniem. Było mu wszystko jedno, czy rozumiała jego
motywy. Nie zamierzał o tym rozmawiać, a przynajmniej nie z nią.
Droga powrotna do wioski zajęła mu więcej czasu, niżby sobie tego
życzył, z powodu obrażeń doznanych podczas upadku, a także wysiłku, jaki
kosztowała go walka. I tak miał szczęście, że wyszedł z niej zwycięsko.
Nim wrócił do osady, jego szata wyschła, a słońce minęło już zenit.
Jako pierwszy z końca głównej drogi wypatrzył go B5-56. Podjeżdżając,
pisnął karcąco. Ciągnął za sobą parasolową nakładkę na miecz bandytki.
Ronin uniósł dłoń w geście przeprosin. Tymczasem mieszkańcy wioski
przyglądali się mu z nerwowym zachwytem, za którym nie przepadał.
Właściciel herbaciarni nadbiegł drogą z przeciwnej strony. W ślad za nim
dreptał droid zasilający.
- Panie... Roninie...! - zawołał i pochylił się z wysiłku. - Byliście...
byliście niesamowici!
Jednak wzrok Ronina powędrował w górę ku płonącej skorupie herbaciarni.
Wzniesienie takiego budynku wymagało czasu, sumiennej pracy i sporej
liczby materiałów budowlanych, których tu, na skraju zasiedlonej
przestrzeni, zawsze brakowało.
- Cierpicie z mego powodu - powiedział. Sullustanin prychnął, ale
brakowało mu tchu na protesty. Roninowi odpowiadało to o tyle, że mógł
odebrać B5 parasolową nakładkę i wręczyć ją rozmówcy. - Proszę. Napiwek
za dodatkowe usługi.
Właściciel herbaciarni przyjął prezent i wydukał coś pod nosem w podzięce. Był zbyt zmęczony, by odmówić. Uniósł urządzenie dłońmi
przywykłymi do obchodzenia się ze sprzętem - w końcu, jak sam przyznał,
nim udał się na sam skraj Zewnętrznych Rubieży, pracował jako mechanik.
Tak czy inaczej, nawet jeśli nigdy osobiście nie widział innych
sithańskich modyfikacji technologii mieczy świetlnych, wiedział, czym
jest parasolowa nakładka - zmyślnym, wyspecjalizowanym wynalazkiem, za
który właściwy kolekcjoner będzie skłonny zapłacić sporą sumkę.
Nim Sullustanin zaczął zadawać niewygodne pytania, przed Roninem wyrósł
młody wódz wioski. Stał równie prosto jak wtedy, gdy wystąpił z tłumu,
by rozmówić się z hersztem bandytów i wydać rozkaz ataku.
- Nasza wioska ma wobec was dług, panie - oznajmił.
- Nie ma o czym mówić - odparł Ronin.
- Cóż za skromność. Z pewnością jesteście rycerzem Jedi -
powiedział chłopak. - Przynajmniej chętnie poznam imię naszego
wybawiciela.
Ronin zacisnął szczękę.
"Niby czemu nie?" - spytała.
Ronin odwrócił wzrok. Wydobył miecz bandytki spomiędzy fałd szaty i wypuścił go z dłoni. Młody wódz przyglądał się temu z zaskoczeniem, aż
wreszcie Ronin dobył z pochwy własny miecz. Twarz chłopaka zamarła,
oświetlona czerwonym blaskiem.
Wśród zgromadzonych na placu rozległy się pomruki. Jedyny pozostały przy
życiu strażnik, Gran, który strzelał z dachu, zamarł tam, gdzie stał, w odległości kilku metrów. Wyraźnie żałował, że nie ma przy sobie broni.
B5 wydał niskie, ostrzegawcze buczenie: żadnych teatralnych gestów.
Ronin wbił czubek ostrza w rękojeść miecza bandytki. Nie musiał się
zastanawiać, w którym miejscu to zrobić: czarny nurt Mocy pokierował
jego ruchami, pomógł mu odnaleźć punkt rozłamu z wprawą znawcy.
Durastalowa osłona ustąpiła i mężczyzna ujrzał zasilający broń odłamek
kryształu kyber.
Ronin schylił się i sięgnął po kryształ do wtóru stłumionych szeptów
osadników. Schował go w połach szaty, gdzie kyber dołączył do
pobratymców. Minął ponad rok, nim ostatnim razem uzupełnił kolekcję, a szata jak zawsze ciążyła mu bardziej, niż powinna.
- Ty... Kim ty w ogóle jesteś? - spytał z niedowierzaniem właściciel
herbaciarni. Wystarczyło jedno spojrzenie Ronina, by Sullustanin, który
wcześniej na jego prośbę bez słowa zabrał się za naprawę astromecha tak
kapryśnego jak B5, schował się za plecami młodego wodza.
Cóż, każdy ma swe granice.
Jednak młodzieniec ani drgnął. Spoglądał na Ronina nieustraszonym
wzrokiem. Na jego twarzy nie malowały się żadne emocje. Co takiego
powiedział wcześniej właściciel herbaciarni? "Aż za odważny".
"Dziwnie znajomy widok - skwitowała. - Gdzie już widziałam tę twarz?"
Ronin zacisnął zęby - raz, ale porządnie, jakby chciał przegryźć cienką
kość. Twarz dziecka zbyt gotowego na to, by dorosnąć, mogła stać się
twarzą dorosłego zbyt gotowego na śmierć. Co takiego mogło uchronić
chłopca spodziewającego się, że dosięgnie go kres, bo sam wybiegnie mu
na spotkanie? Co mógł zrobić Ronin? Zgoła nic.
Zamiast tego sięgnął między fałdy szaty i wydobył kryształ kyber, który
dopiero co schował. Chłopak bez słowa, choć z zaskoczeniem wyciągnął
dłoń i przyjął dar. Krwawy kryształ ważył niewiele.
- Odstrasza złe duchy - stwierdził Ronin. - Strzeż go za wszelką cenę.
To powiedziawszy, odwrócił się, a głos w jego głowie zachichotał.
***
Ronin opuścił wioskę i skierował się ku rozbitemu srebrnemu okrętowi u stóp gór po przeciwległej stronie doliny. Początkowo B5-56 nalegał, by
zawrócili - by przyjęli od mieszkańców żywność, kredyty czy schronienie.
Gdy Ronin, niezrażony jękami droida, nie zareagował, B5 przeszedł do
narzekania.
Co strzeliło mu do głowy, że zostawił kryształ kyber w rękach
bezbronnych osadników? Jak mają chronić taki skarb przed agentami
Cesarstwa? Czy jego mistrz nie zdaje sobie sprawy, że powierzył im
kontrabandę najwyższej klasy?
Ostatnie pytanie Ronin skwitował prychnięciem. Nie był obrońcą
niewinnych, z czego B5 powinien sobie zdawać sprawę.
- Tylko tak mogłem się odwdzięczyć za herbatę - wyjaśnił. - A może
miałem im zostawić ciebie?
B5 zaświergotał z oburzeniem i urazą, ale już się więcej nie odezwał.
Słowa droida ugodziły Ronina mocniej, niż był skłonny przyznać. Ta część
jego umysłu, której nadal zdarzało się myśleć logicznie, żałowała, że
oddał zdobycz. Gdyby wioska postanowiła sprzedać dar, będzie jej trudno
znaleźć kupca -
o ile mieszkańcy w ogóle zdadzą sobie sprawę z jego wartości. Ci, którzy
kupowali kryształy kyber, albo byli wrogami Cesarstwa, albo jego
najlojalniejszymi obrońcami. Obie grupy będą chciały się dowiedzieć, jak
taki przedmiot trafił w ręce tych ludzi. Szczera odpowiedź prędzej
zagroziłaby wiosce niż Roninowi.
Miał nadzieję, że osadnicy pojmą powagę sytuacji. Zrozumieją, że
najlepiej będzie, jeśli zostawią podarunek sobie. Kryształy kyber
wymagały troski. Pragnęły opieki ludzi i chciały im służyć. Odpowiednio
pokierowane, mogły zapewnić zdrowie i dobrobyt kolejnym pokoleniom
mieszkańców. Dar mógł jeszcze okazać się dobrym duchem, a z pewnością
lepszym niż te, które wcześniej nawiedzały wioskę. Lepszym niż duchy
wojny, które już dawno powinny były odejść w niepamięć.
Gdy Ronin i B5 zatrzymali się na nocleg u podnóża niskiego wzniesienia,
nie znalazłszy lepszego schronienia, z kierunku, z którego przybywali,
ujrzeli kłęby dymu unoszące się nad stosem pogrzebowym.
- No tak. Powinienem był wspomnieć, by zajrzeli do kaplicy - mruknął.
"Jeszcze możesz zawrócić i o tym napomknąć" - powiedział głos, co tylko
utwierdziło go w przekonaniu, że to zły pomysł.
- Mam tu jeszcze coś do zrobienia? - zmienił temat. - A może pora udać
się w kolejną podróż?
Milczała przez dłuższą chwilę. Ronin przeżuwał resztkę suszonej racji
żywnościowej. Patrzył, jak dym unosi się po spirali ku upstrzonemu
gwiazdami fioletowemu późnowieczornemu niebu.
Gdy wreszcie zabrała głos, zaskoczyła go: "Nie jesteś tak samotny, jak
ci się wydaje".
Tamtego wieczoru już się nie odezwała, a Roninowi zajęło dłuższą chwilę,
nim wreszcie wygodnie spoczął. W jego kościach zalągł się chłód.
Rozdział 3
ROZDZIAŁ
TRZECI
"NIE MASZ CZEGOŚ do
zrobienia?"
Na wilgotnej kamiennej posadzce kaplicy za wodospadem poruszyło się
ciało. Drugi ruch był bardziej nagły i gwałtowniejszy. Kobieta zerwała
się z ziemi do pozycji siedzącej, panicznie łapiąc powietrze. Powiodła
dłonią po bolącym czole. Druga ręka powędrowała do brzucha.
W pancerzu, w miejscu, gdzie starzec pchnął ją mieczem świetlnym, ziała
dziura o osmalonych krawędziach. Bandytka przypomniała sobie biały gorąc
i czerwony blask ostrza wystającego z jej brzucha. Jednak ból, który
poczuła, gdy przyłożyła dłoń do trzewi, był tylko wspomnieniem.
Nieskazitelna skóra w ogóle wyglądała na nienaruszoną.
Co przecież było niedorzeczne. Czuła w krwi i w kościach, że do wydarzeń z ostatnich godzin - ich pojedynku, jej
śmierci - doszło naprawdę. A nawet gdyby nie dowierzała własnej
intuicji, miała na to dowody. Piedestał przepołowionego posągu Jedi, jej
ofiary, nadal nad nią górował. Druga połowa figury spoczywała na
posadzce, choć po mieczu świetlnym nie było ani śladu - zresztą jej
własna broń też gdzieś zniknęła. Została sama, ale jej własna obecność
była wystarczającą tajemnicą.
Góry. Przypomniała sobie coś o górach, coś z jakiejś dawnej lekcji. Jej
mistrzyni powiedziała, że góry są tajemnicze. Zamieszkują je bogowie,
duchy oraz istoty, które nie są do końca ani jednym, ani drugim.
Banialuki. Tyle czasu spędziła w górach na Genbarze, a nie spotkała tu
niczego potężniejszego czy bardziej przerażającego od siebie samej.
No, pomijając starca, który właśnie pozbawił ją życia.
I pomijając istotę, która odwróciła ten proces.
Bo przecież umarła, prawda? Wbiła wzrok w dziurę w pancerzu.
Przypominała sobie coraz więcej: ciepło, chłód i nicość. A jednak...
Jednak teraz oddychała, czuła ból - ona, bandytka, Sithanka, Kouru, bo tak miała na imię - nie wiedziała, czym
teraz jest, ale jedno było pewne: nie była martwa.
- Co, na demony...?
Kouru jęknęła. Zasiadła na piedestale przepołowionego posągu i wbiła
wzrok w zasłonę wody, przez którą przenikało pomarańczowe wieczorne
światło. Przyłapała się na tym, że jej myśli dziecinnie krążą wokół
tego, iż ten wieprz przywłaszczył sobie jej miecz.
"I co z tego? Odbierzesz mu jeden z jego własnych".
Kouru wykrzywiła usta.
- Wezmę oba.
"To wszystko?"
Nie. Pragnęła też jego śmierci. Przypominał jej o tym, że nie
doprowadziła spraw do końca. Nie spocznie, póki nie usunie go ze świata
żywych. Uświadomiła to sobie z taką wyrazistością, jaka nawiedzała ją
bardzo rzadko - tylko wtedy, gdy dopuszczał ją do siebie czarny nurt.
"Tak. Skup się. Będzie ci to potrzebne. A teraz biegnij. Zdążył już się
oddalić".
Będzie musiało jeszcze minąć sporo czasu, nim Kouru uzna subtelne
podszepty - podszepty, które namawiały ją, by oddała się furii, zewowi
krwi, zemście - za część własnej duszy. Ale gdy już uzna je za własne,
przestanie im się dziwić i potraktuje je jako coś oczywistego.
Rozdział 4
ROZDZIAŁ
CZWARTY
NIE MIAŁ INNEGO WYJŚCIA, JAK spocząć pod
gwiazdami. Gdy się obudził, jego szata była wilgotna. W drodze B5-56
zameldował, że modlił się, by jego mistrz odzyskał zdrowe zmysły, ale
skoro ten nadal oddala się od wioski, nie robi sobie dużej nadziei.
- Zawsze się upierasz, że powinienem zostać jakimś obrońcą uciśnionych -
rzekł Ronin w cieple późnego ranka. - Rozumiesz, że to niewdzięczna
praca?
B5 zagwizdał coś, czego Ronin nie powtórzyłby w obecności dziecka.
- Obłudniku ty.
Co kilka miesięcy toczyli tę samą rozmowę. Wracała z regularnością pór
roku, co Ronin sobie w niej cenił. Wyznaczał w ten sposób czas, gdy
przemieszczali się z sektora do sektora, z księżyca na planetę i znów na
księżyc.
Dziś droga była szeroka i prosta, zresztą z dala od wioski zrobiła się
jeszcze szersza, a teraz, gdy już zbliżali się do wraku okrętu u końca
doliny, Ronin spostrzegł, że ich trasa krzyżuje się z jeszcze
znaczniejszym traktem. Drogi spotykały się w zagajniku kwitnących na
różowo drzew, który skrywał zakopany dziób srebrnej jednostki.
Z kwiecistych cieni dochodziła melodia wygrywana na jakimś flecie. Fraza
rozbrzmiewała, po czym zamierała i rozpoczynała się na nowo w nieco
innym brzmieniu. Właściciel instrumentu ćwiczył swą grę.
Ronin zwolnił kroku. Wśród drzew dostrzegł osobę, która siedziała na
głazie i odtwarzała kolejne fragmenty pieśni, pracując nad ruchami warg
i palców. Urywki melodii niekiedy wydawały się Roninowi znajome, a innym
razem - obce.
"Mam wrażenie, że takie próby podobają ci się bardziej, niż gdybyś
trafił na spektakl z prawdziwego zdarzenia" - odezwał się głos.
- Chyba o pół tonu za wysoko - powiedział Ronin.
- Na moje za nisko - odparło muzykanto. Uniosło głowę i choć miało
radosny głos, jego twarz w większości była ukryta za maską - białą, o lisim kształcie, z czerwonymi pasami na ustach i czole. Proste odzienie
siedzącego, kimono i spodnie, też okazało się zadziwiająco białe, choć
nieco wyblakłe, jak kości pozostawione na słońcu. Możliwe, że dawniej
miało inną barwę, ale teraz wydawało się równie blade jak włosy obcego,
upięte w kok z tyłu głowy.
- Nie krępuj się - zachęciło muzykanto. W przeciwieństwie do ubioru,
jego głos był żywy i świetlisty. Wypowiadało się z zaśpiewem urodzonego
gawędziarza. - Wolę poznać swe wady teraz niż potem, gdy już będę
śpiewało za miskę strawy. Zmierzasz do kosmoportu?
- Jeśli to tam wiedzie droga - odparł Ronin.
- Wobec tego zostańmy druhami.
B5 zaświergotał, gdy muzykanto wstało i odłożyło flet do futerału na
ramieniu, zanim zeskoczyło z głazu, by się z nimi zrównać.
- Naprawdę? - powiedziało do B5. - Przepraszam najmocniej. Mogłobym
umilać nam podróż grą, ale obawiam się, że nie mam wprawy.
- Mój kompan jest zachłanny - podsumował Ronin, na co B5 pisnął z oburzeniem.
- Poznał się na mej wartości. No dobrze, opowiem historię. Jakie
najbardziej lubicie? Choć obawiam się, że większość jest dość
depresyjna, biorąc pod uwagę minioną wojnę i tę, która dopiero nadciąga.
- Myślisz, że chcę słuchać o wojnie?
Muzykanto spojrzało znacząco na pochwy przyczepione do pasa Ronina.
- Na takiego wyglądasz. Rzadko spotyka się człowieka o wyglądzie
wojownika, który podróżuje bocznymi drogami Zewnętrznych Rubieży. I te
dwa ostrza! Jak ze słusznie minionej epoki, drogi przyjacielu...
Zapytało Ronina o imię, lecz wojownik nie odpowiedział. Muzykanto nie
dało za wygraną i o to samo spytało B5.
Droid, mały zdrajca, zaświergotał coś w odpowiedzi.
- Doprawdy? A zatem mistrz Ronin. - Muzykanto spuściło głowę w zamyśleniu. - Dobrze. Wobec tego będę dla was Wędrowco. Będziemy do
siebie pasować.
- A na cóż mi to? - spytał Ronin, choć tak naprawdę pomyślał: "A na cóż
to tobie?".
- W imię koleżeństwa - odparło Wędrowco, jakby sprawa została
przyklepana.
Wędrowco wybrało się z nimi w dalszą podróż. Dotrzymywało kroku Roninowi
i rozmawiało z B5, aż wreszcie dotarli we troje do rozdroży. Tam
Wędrowco odwróciło się w kierunku wiodącym do kosmoportu. To samo zrobił
B5, jednak zatrzymał się, obrócił kopułę w stronę Ronina i pisnął
strofująco, gdy ten zwolnił kroku.
Z rana Ronin nie zamierzał iść do kosmoportu, a mimo to teraz podążył za
Wędrowco i droidem, choć trzymał się z tyłu w pewnej odległości. W innych okolicznościach już planowałby, jak się pozbyć wścibskiego rzepa
w pierwszym lepszym tłumie w kosmoporcie, i to raczej prędzej niż
później. Ale nabrał wątpliwości.
"Nie jesteś tak samotny, jak ci się wydaje" - powiedziała wtedy.
Nie doprecyzowała, o co jej chodzi, bo nie musiała. Kierowała go
wyłącznie w stronę jednego rodzaju istot - w stronę tych, których
dawniej oboje mieli za braci i siostry, a którzy, jak żywiła nadzieję,
już wkrótce mieli pozbawić go życia. Spotykał ich coraz rzadziej. Sithów
nigdy nie było tak wielu jak Jedi, których zdradzili, a polowania Ronina
jeszcze bardziej ich dziesiątkowały. Czy to "Wędrowco" miało zostać jego
kolejną ofiarą? Jeszcze nie był pewien.
W duszy przeklął swe zaniechanie. Przez wiele miesięcy zbijał bąki, a teraz, gdy przyszło mu czerpać z falującego nurtu Mocy, okazało się, że
ma intuicję pustaka. Owszem, nawet w najlepszych latach z trudem
rozróżniał wrażliwość na biały płomień i czarny nurt oraz możliwość
manipulowania jednym i drugim od sytuacji, w której zwyczajnie był w nich zanurzony. W końcu jedno i drugie w jakimś stopniu przenikało
wszystko, co żywe. Nie potrafił do końca pojąć niektórych niuansów
filozofii Mocy. Wiedział jedynie, że biały płomień i czarny nurt
przejawiają się powszechnie u artystów - zarówno w ich blasku, jak i klątwach - a ten tu artysta nie jest wyjątkiem.
Na korzyść Wędrowco przemawiało to, że Ronin go nie poznawał, a zdawało
się być w takim wieku, że powinien. Był bowiem taki czas, gdy znał
każdego wojownika, który zwał się Sithem - no, prawie każdego, bo
bandytki nie poznał.
Pod koniec wojny musiała być całkiem młoda.
Wyciągnął rękę, posiniaczoną podczas upadku z wodospadu. Starał się nie
słuchać rozmowy Wędrowco z droidem.
- Żadnych wskazówek? - mruknął pod nosem.
- Słucham? - odezwało się Wędrowco.
B5 od razu zaświergotał, by usprawiedliwić mistrza. No, nazwał go
stetryczałym ekscentrykiem, ale to tym bardziej zaintrygowało Wędrowco.
Ronin tylko wzruszył ramionami, jakby podzielał opinię astromecha.
Słyszał już gorsze obelgi.
"Aleś nietowarzyski" - powiedziała. Żadna wskazówka.
Miał ochotę jej przypomnieć: wczoraj zabiłem kobietę. Zamiast tego
wyzwał B5 od plotkarskich przekupek i zmusił się do przysłuchiwania się
rozmowie. Całkiem możliwe, że rozejdą się z muzykanto w dobrych
stosunkach i żadne z nich nie będzie próbowało zamordować drugiego.
***
Droga wiodąca do kosmoportu Osou, centrali transportu międzygwiezdnego
Genbary, z czasem zapełniła się podróżującymi. Do wieczora wędrowcy
dołączyli do spontanicznej karawany wozów gąsienicowych, śmigaczy i pieszych. Większość pochodziła z prowincjonalnych osad, które handlowały
produktami spożywczymi na targowiskach Osou, co niestety sprawiało, że
Ronin i jego kompani rzucali się w oczy.
Wędrowco nic sobie nie robiło z zainteresowania tłumu. Opowiadało
historie doniosłym, radosnym głosem, który zawodził rzadziej niż
umiejętność gry na flecie. Dzieciom jadącym w wozie matki, zaprzęgniętym
w masywnego, pokrytego łuską dzika, opowiadał baśnie; siostrom
transportującym świeże czerwone owoce - najnowsze ploteczki z Jądra;
starszawemu wujaszkowi prowadzącemu terkoczący śmigacz, który zamykał
tyły karawany - podanie o duchach. Ronin wolał przysłuchiwać się takim
historiom niż rozmowom o najnowszych wydarzeniach, o których wolała
rozprawiać większość dorosłych.
- Tak, cesarska unifikacja, wspaniała rzecz - skomentowała cioteczka
niosąca worki z ryżem na kiju umieszczonym na jej ramionach. -
Dwadzieścia lat pokoju! Mój kuzyn miałby na ten temat inne zdanie. W ubiegłym roku zarobił wiązkę z blastera z ręki bandyty. Ledwie
opłaciliśmy terapię bactą. Wielki mi pokój!
- Mówię ci, będzie jeszcze gorzej - powiedział idący obok wujaszek,
prowadząc bestię zaprzęgową, włochatą istotę z porożem, wyższą w kłębie
niż w biodrach, która zapewniała cień pobliskim wędrowcom. - Cesarz nie
walczył z rodzeństwem o to, które z nich zasiądzie na tronie. Nie miało
to znaczenia, gdy Cesarstwo należało do możnowładców. Jednak teraz, gdy
ich ojciec jest na łożu śmierci, cesarzewiczom wydaje się, że mają o co
walczyć.
- Niech walczą. - Cioteczka prychnęła i przeniosła ciężar pakunków z ramienia na ramię. - Tutaj i tak jak zawsze będziemy odpierać piratów.
Starowinka ze skrzynią leków na plecach zagwizdała przez zęby.
- A kto niby będzie zajmował się tym odpieraniem, skoro zabierają nasze
dzieci na wojnę? Prowadzą rekrutację w porcie. Sama zobaczysz plakaty.
Wśród podróżnych rozległy się ożywione szepty. Ronin uznał, że podziela
zdanie kobiety, choć nie dał tego po sobie poznać. Pozostali i tak
spoglądali w jego stronę, jakby opinia wysokiego obcego dzierżącego
miecze mogła uwolnić ich od obawy, że i tu w końcu dotrą walki - albo że
przynajmniej da im pretekst, by zaprzątali sobie głowy czymś
konkretniejszym. Podejrzewał, że akceptowali jego obecność w tłumie
tylko dlatego, że podróżował w towarzystwie wędrownego muzykanto. Nie
tyle im zagrażał, co stanowił kuriozum. Zmieniłoby się to, gdyby tylko
odkryli, że jego pochwy skrywały coś innego niż metalowe ostrza.
- Zawsze rekrutują - odezwał się ktoś wątłym głosem starca. - Nie tego
powinniście wyglądać. - Mówiącym okazał się wujaszek ze śmigacza, który
wysłuchiwał historii o duchach. Siedzące tuż obok niego Wędrowco z zaciekawieniem przekrzywiło głowę. - Rozglądajcie się za ciałami. Znów
giną.
Przez tłum przeszła fala niepokoju. Nieprzyjemne plotki zrodziły
kolejne. Ludzie, którzy bali się przyszłości, lubili wiedzieć, że nie są
w tym odosobnieni. Jednak słowa mężczyzny sugerowały coś gorszego, z czym trudniej się pogodzić niż z perspektywą kolejnej suszy czy zmiany
na stanowisku gubernatora. Na twarzach wędrowców pojawiło się uczucie,
które znacznie trudniej odpędzić niż niepokój: strach.
- Przestańcie - ktoś powiedział. - Nie powinniśmy...
Apel został zagłuszony przez starowinkę ze skrzynią leków.
- Potwierdzam, słyszałam. - Uniosła wyzywająco brodę w odpowiedzi na
krzywe miny tych, którzy woleliby, by zamilkła. - Wioska na małym
czerwonym księżycu nad Buną. Zaatakowana przez piratów. Miejscowy pan
posłał przeciwko nim swych najlojalniejszych Jedi, ale słuch po nich
zaginął. Posłał kolejnych, ale ci nie znaleźli nikogo. Ani piratów, ani
Jedi, ani mieszkańców wioski. Nikogo.
- To tylko plotki.
- Nieprawda. Słyszałam na HoloNecie. Musieli przeprosić rodziny. Nie
mogli odesłać do domów kości.
- Gdzie tam! Po Jedi nie zostają kości. Przynajmniej nie po tych
dobrych. Po śmierci są pochwytywani przez duchy.
- Przez Moc, starowinko.
- Jedno i to samo! Proszę nie mówić takich rzeczy. To straszne. I założę
się, że przynosi pecha.
- Pecha! - Cioteczka z ryżem prychnęła. Dłonie, którymi trzymała oparty
o szyję kij, na kłykciach i po wewnętrznych stronach miały blade blizny
oparzeniowe. Blizny, których można się nabawić, obsługując ciężkie
działa na zdezelowanych jednostkach na froncie. - Mówicie tak, jakby to
była jakaś opowiastka, a tak nie jest. Ja nie zapomniałam. Na każdym
polu bitwy pozostawały ciała do momentu, aż pojawiła się tamta sithańska
czarownica.
Jadący obok Ronina B5-56 pisnął ostrzegawczo. Pewien mężczyzna wziął
dźwięk astromecha za niepokój i położył ciepłą dłoń na jego kapeluszu.
B5, który poczuł, że jest traktowany protekcjonalnie, zakwilił ostro.
Ktoś zaśmiał się pod nosem, ale inni mu nie zawtórowali.
Opowieści były wszystkim znane. Opowieści o czarnej magii Sithów. O Mrocznym Lordzie i jego czarownicy, którą zabił, a która została
wskrzeszona po śmierci, a teraz odbierała martwym możliwość zjednoczenia
się z Mocą - czy z duchami albo boską siłą poza granicami galaktyki, w zależności od tego, kto opowiadał historię. Tak czy inaczej, kradzież
dusz stanowiła świętokradztwo przechodzące wszelkie pojęcie. Demoniczna
armia czarownicy budziła grozę i ze względu na bezgraniczny fanatyzm, z jakim osiągała cele Sithów, i ze względu na to, że samo jej istnienie
zagrażało harmonii świata.
I pewnie dlatego wszyscy podróżujący prędzej czy później łapali się na
tym, że ich oczy wędrują ku Wędrowco. Któż bowiem, jak nie mistrzo
opowieści, mógł pomóc im zrozumieć to, co tak dalece wymykało się
ludzkiemu rozumowi? Ronin zamierzał spoglądać przed siebie, w kierunku
marszu, ale i jego wzrok niechybnie spoczął na Wędrowco. W końcu mógł
się czegoś o nim dowiedzieć ze sposobu, w jaki wypowiadało się o Sithach.
Wędrowco zaś w pewnej chwili opuściło śmigacz wujaszka i wmieszało się w tłum. Przyłożyło dłoń do brody, pogrążone w myślach. Gdy zaczęło mówić,
pochyliło głowę w lisiej masce. Było dlań oczywiste, że zostanie
wysłuchane.
- Ja też sporo widziałom - powiedziało - a jeszcze więcej słyszałom od
innych. Duchy, demony. Zjawy i bogowie. Każde wymówienie tych słów
poszerza ich znaczenie - i je pogłębia. Zaliczam się w poczet
szczęśliwców, starowinko, bowiem dane mi było usłyszeć wybrane przez
ciebie słowa. Byłaś świadkiem wydarzeń, o których mówiłaś, i zgodziłaś
się o nich opowiedzieć. Powinniśmy słuchać, wyciągać wnioski i pamiętać,
jak sądzę, że opowieści o zmarłych często zawierają ziarno prawdy, nawet
jeśli nie całą prawdę. Czy to, co mówię, ma sens?
Kobieta o pokrytych bliznami dłoniach prychnęła i odwróciła głowę.
Ronin wykrzywił twarz. Wypowiedź zadowoliła część podróżujących, ale
jemu powiedziała mniej, niżby sobie życzył.
Wśród podróżnych teraz zapanowała cisza, zresztą karawana podzieliła się
na mniejsze grupy, gdy przyjaciele i sąsiedzi oddalili się, szepcząc
między sobą. Niektórzy znów zaczęli żartować. Z tej odległości widzieli
już wysokie, gipsowe ściany kosmoportu Osou. Zmierzchało. Wkrótce
odpoczną w cieple i świetle cywilizacji, gdzie nikt nie będzie musiał
bać się duchów, no chyba że akurat będzie miał na to ochotę.
"Poza tobą" - wtrąciła.
Potrafiła grać na nerwach.
***
Od kilku kilometrów podróżnych gnębiły nadciągające chmury. Gdy tylko
ujrzeli bramę Osou, zesłały na nich nagły, ulewny deszcz. Większość
spośród pozostałych członków karawany zerwała się do biegu. B5-56
postanowił skryć się pod opadającymi konarami rozłożystego przydrożnego
drzewa - nie znosił, gdy przemakał mu kapelusz. Ronin stanął tuż obok,
choćby po to, by przekonać się, czy dołączy do nich Wędrowco.
Obecnie już nie tyle się zastanawiał, czy Wędrowco będzie się ich
trzymało, ile jak zamierza to uzasadnić. Okazało się, że w ogóle nie
zamierzało. Po prostu stanęło tuż obok i wpatrywało się w deszcz z ciekawską miną, aż wreszcie sięgnęło do torby przerzuconej przez ramię i wyciągnęło z niej niewielką sakwę, po czym podało ją Roninowi. Wewnątrz
znajdowały się nakrapiane czerwone owoce.
- Ja ich nie strawię - powiedziało muzykanto.
- A ja tak? - spytał Ronin.
- Jeśli się zastanawiasz, czy są zatrute, będziesz musiał zapytać te
urocze panienki, które będą nimi handlowały na targu, niemiły człowieku.
Ronin przyjął owoce, które okazały się bardziej kwaśne niż słodkie, ale
nie doskwierały jego szczęce, która rozbolała go znów, gdy tylko się
rozpadało. Nie żeby Wędrowco miało świadomość tej konkretnej
przypadłości, chyba że wiedziało o nim znacznie więcej, niż było skłonne
przyznać.
- Mam wrażenie, że jesteś przygaszony - powiedziało i westchnęło,
przerywając ciszę. Skrzyżowało dłonie i zmarszczyło czoło. -
Przepraszam. Czyżbym było zbyt mało dramatyczne jak na twój gust?
- Mam dość dramaturgii - odparł Ronin.
Wędrowco cmoknęło ze współczuciem.
- Och, cierpienia starego wojownika, który otwarcie nosi przy sobie co
najmniej jedno niebywale nielegalne ostrze.
Spojrzało znacząco na rękojeść miecza świetlnego i na dopasowaną pochwę.
Ronin skrzywił się, ale Wędrowco zbyło jego minę machnięciem ręki.
- Niczego nie widziałom, mistrzu Roninie. Wspominam o tym tylko dlatego,
że nasi przyjaciele nie mylą się w kwestii plakatów, a cesarzewicze nie
tylko oblepiają nimi każdy kosmoport w galaktyce, również na tym
zapyziałym światku, lecz podejmują i inne działania. Skoro, jak
twierdzisz, naprawdę masz dość dramaturgii, bądź nieco bardziej
ostrożny, gdy ustąpi deszcz i przekroczymy bramy portu.
B5 zaświergotał w podziękowaniu, bo sam Ronin milczał. Trudno było mu
uwierzyć, że to tej istoty miał się strzec. Całkiem możliwe, że głos
przestrzegał go przed kimś innym.
Jednak wojownicy Sithów co do jednego byli przebiegli.
Postanowił, że będzie lepiej, jeśli ruszą każde w swą stronę. Jeśli
Wędrowco zależy na czymś więcej niż na towarzystwie na trakcie i opowieściach, pójdzie jego śladem, a jeśli uczyni to z mieczem w ręku,
wtedy Ronin zrobi, co do niego należy. A jeśli zależy mu na samych
opowieściach, cóż, najwyżej będzie nieusatysfakcjonowane. Tak czy
inaczej, Ronin zamierzał poznać prawdę.
Koniec końców, okazało się, że pozbył się natręta bez trudu. Deszcz
ustał już wkrótce, ale ich trójka dotarła na targ dopiero po zapadnięciu
zmroku. Tam Wędrowco przekonało się, że zarówno lokalna herbaciarnia,
jak i kantyna życzą sobie jego obecności. Gdy rozpoczęło negocjacje,
Ronin i B5 udali się w dalszą drogę bezimiennymi uliczkami Osou, by
poszukać kogoś, kto zapewni im strawę w zamian za przyjrzenie się
maszynom.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki