Próba Królowej
Dziewczyna w bieli odziedziczyła inteligencję po matce, a serce po
ojcu, jednak gorejąca w głębi duszy iskra należała tylko do niej. Jej
błyskotliwość, poczucie celu i współczucie jaśniały niczym gwiazdy.
Jednak teraz była sama i nikt nie mógł jej pomóc. To, co miało wydarzyć
się za chwilę - nieważne nawet, jak zostanie utrwalone i zapamiętane -
zależało od niej samej.
Od dzieciństwa przyświecała jej chęć pomocy. Ojciec zabierał ją poza
planetę. Odwiedzała umierające światy i starała się powstrzymać
nieuniknione. Czasami jej wysiłki okazywały się daremne, ale zawsze
zgłaszała się na ochotnika, by spróbować ponownie.
Z czasem zaczęła poświęcać uwagę własnej planecie. Naboo nie było
miejscem, które poddawałoby mieszkańców wielkim próbom. W sektorze
panował pokój, a sam świat prosperował. Ale i tu należało wykonać
mnóstwo pracy - pracy, do której się nadawała, a przynajmniej tak
sądziła. Której chciała się podjąć.
Marzenia rodziców okazały się niewystarczające. Chciała mieć pewność,
że sięgnęła tak wysoko, jak to możliwe; że zrobiła wszystko. A w przypadku dziewczyny dorastającej na Naboo szczytem ambicji jest
stanowisko królowej. Była młodsza od innych kandydatek, ale nie
zamierzała się z tego powodu zniechęcać.
Im dłużej rozmyślała nad tym zagadnieniem, tym bardziej dochodziła do
wniosku, że rządzenie planetą może okazać się większym wyzwaniem, niż
początkowo się jej zdawało. Galaktyka była dużym miejscem, a Naboo -
światem w większości pozbawionym obrony. Aktualna królowa ignorowała
najbliższych sąsiadów. Obecny senator cieszył się uznaniem, ale lista
sojuszników nie należała do długich. Dziewczyna wiedziała, że podoła
wyzwaniu.
A teraz czekała sama w małej sali na niższych poziomach pałacu.
Kampania dobiegła końca, oddano głosy. Wkrótce zostaną ogłoszone wyniki
i pozna swój los. Ale w skrytości serca już wiedziała. Zawsze wiedziała.
Żyła, by służyć, a teraz będzie to robić na najwyższym możliwym
stanowisku.
Drzwi rozsunęły się z sykiem i znajoma sylwetka przysłoniła światło.
Uszy dziewczyny wypełniło buczenie unoszącego się w powietrzu droida.
Wyprostowała się. Zawsze zachowywała się tak, jakby była obserwowana.
Wizerunek stanowił jej pierwszą linię obrony - stosowała go tak
umiejętnie, jak tylko potrafiła.
- Wasza Wysokość - powiedział Quarsh Panaka. Na jego ustach malowała
się zaledwie subtelna sugestia uśmiechu. Kapitan nadal dopiero ją
poznawał, ale już ufała jego intencjom. - Wybory dobiegły końca.
Rozpoczyna się pani praca.
Dziewczyna w bieli miała zostać królową. Była gotowa.
Hart ducha
Nie otrzymała wyników egzaminu w tradycyjny sposób. Konserwatorium w Theed szkoliło uczniów z całej planety, choć nie było jedyną akademią
muzyczną na Naboo. Ba, nawet nie uważano go powszechnie za najlepsze.
Mieściło się w starym gmachu, z dala od miejskich centrów rozrywki.
Ceniono je za tradycje. I właśnie dlatego rodziny posyłały tam synów i córki. Kształceni tu muzycy okazywali się solidni. Niezawodni. Godni
zaufania. Gotowi przekazać tradycje kolejnemu pokoleniu tak słuchaczy,
jak i uczniów, czy ci tego chcieli, czy nie.
A Tsabin nienawidziła niemal każdej spędzonej tu chwili.
To, że trafi do tego miejsca, nie podlegało dyskusji. Ba, instrument
też został jej narzucony. Jej bracia wytyczyli ścieżkę, a jej co
pozostało? Pójść w ich ślady. Nikomu nie przyszło do głowy, że mogłaby
sama prowadzić. Nie miała do tego talentu. Była wystarczająco zdolna,
możliwe zresztą, że poza Naboo występowałaby jako solistka tam, gdzie
publika nie wychwytywała niuansów, ale Tsabin wiedziała już w dzieciństwie, że nigdy nie zasiądzie w pierwszym rzędzie orkiestry.
A teraz czekała w małej sali, wpatrując się w znajdujące się po drugiej
stronie stołu puste krzesło. Została tu przysłana przez droida
nadzorującego przebieg egzaminu. Nie przejęła się tym, że trafiła do tej
sali po raz pierwszy - spodziewała się, iż pozna rezultaty swoich
wysiłków. Co zastała na miejscu? Przyciemnione wnętrze i nieskończone,
zdawałoby się, oczekiwanie.
Zaszła tak daleko dzięki temu, że ukrywała przed wszystkimi prawdziwe
uczucia. Nie zamierzała teraz nagle dać się złamać, choćby w zderzeniu
ze staroświecką biurokracją.
Drzwi w końcu otworzyły się - obróciły na prawdziwych zawiasach, bo
przecież w konserwatorium w Theed musiały znajdować się prawdziwe
zawiasy - i Tsabin wyprostowała się na krześle. Zamierzała być gotowa,
choćby zjawił się tylko droid. Droidy bowiem monitorowały posturę
uczniów - sprawdzały, którzy, oprócz tego, że potrafią bez końca
wykonywać powtarzalne czynności, najbardziej przekonująco wyglądają jak
muzycy. Jednak osoba stojąca w progu okazała się człowiekiem. Tsabin
nabrała powietrza, choć nie dała tego po sobie poznać - kolejna zaleta
tradycyjnej edukacji muzycznej.
Był od niej wyższy, choć to akurat żadne osiągnięcie, ale zawsze coś.
Nosił niebieskie i kasztanowe barwy Królewskich Sił Bezpieczeństwa
Naboo. Ponieważ znajdował się w pomieszczeniu, nakrycie głowy trzymał
pod pachą. Miał włosy ścięte na jeża i ciemnobrązową karnację, a jego
oczy wydawały się niemal ciepłe, choć w jego postawie było coś takiego,
że nie mogła poczuć się przy nim do końca swobodnie. Nie przedstawił
się, lecz od razu zajął miejsce naprzeciwko. Położył czapkę na stole.
Jeśli oficer sił bezpieczeństwa zamierzał wytrącić ją z równowagi,
wybrał po temu zły dzień. Egzaminy się skończyły i po raz pierwszy od
tygodni porządnie się wyspała. Od rana miała kontakt z innymi członkami
rodziny. Bracia zapewnili ją, że wszystko pójdzie po jej myśli, a rodzice przekazali, gdzie się spotkają, gdy już ogłoszą wyniki. No i wiedziała, że nie zrobiła nic, co wymusiłoby tę wizytę, więc musiało
chodzić o coś nietypowego. To on czegoś od niej chce. Zatem patrzyła na
przybysza ze spokojem, choć starała się od niego odgrodzić mentalnie.
Po kilku długich minutach na ustach mężczyzny pojawił się cień
uśmiechu. Wyciągnął rękę w jej stronę.
- Quarsh Panaka - przedstawił się. - Królewskie Siły Bezpieczeństwa.
Choć zakładam, że sama się domyślasz.
- Tsabin - odparła i grzecznie uścisnęła jego dłoń. - Nie inaczej.
Gdy już się przywitali, złożyła ręce na kolanach. Mężczyzna oparł się o blat stołu i wbił w nią wzrok.
- I jak tam nastrój w związku z wyborami? - rzucił.
Tsabin mimowolnie uniosła brew. Zaskoczył ją tym pytaniem.
- To moja prywatna sprawa - oznajmiła.
- Fakt - potwierdził. Niemal się uśmiechnął. - A przynajmniej
przyznasz, że znasz kandydatki?
- Przyznam - odparła. - W końcu w tym roku po raz pierwszy będę mogła
głosować.
- Masz trzynaście lat - stwierdził. Wychylił się na krześle, co jednak
nie oznaczało, że się rozluźnił.
- Podczas wyborów będę już miała czternaście - uściśliła. - Na pewno
dowiedział się pan, kiedy mam urodziny.
- Tak - potwierdził. Zastukał palcami o blat.
Tsabin zaczynała się irytować. Tak, trwał pierwszy dzień reszty jej
życia - przynajmniej w teorii, biorąc pod uwagę to, że właśnie skończyła
formalną edukację - i choć nie poczyniła szczególnych planów, nie
chciała go marnować w tym pomieszczeniu w towarzystwie tego kolesia.
- Nauczyciele mówią, że jesteś sumienna - powiedział Panaka. - Nigdy
się nie spóźniasz. Skrupulatnie wykonujesz swoje partie, a twoje
zachowanie jest niemal nienaganne.
Tsabin czekała na "ale". Zawsze było jakieś "ale".
- Ale zawsze jesteś druga - wypalił. - We wszystkim, czego się
podejmujesz.
Włożyła wszystkie siły w to, by zapanować nad sobą, co udało się jej
tylko dzięki niemal czternastoletniej wprawie. Nie zamierzała dawać
facetowi satysfakcji. Nie pokaże, jak bardzo ją to ubodło. Nigdy,
nikomu. Aż ścisnął się jej żołądek, ale nie mrugnęła czy nawet nie
zacisnęła zębów. W końcu powiedział prawdę: jej bracia byli lepszymi
muzykami od niej, a pomimo osiągnięć w konserwatorium zawsze znalazła
się ta jedna osoba, która robiła coś lepiej.
Panaka wstał i zabrał czapkę ze stołu.
- Nie mogę niczego powiedzieć oficjalnie, rzecz jasna, ale mam prośbę:
nie przyjmuj ofert praktyk przed zakończeniem wyborów. Będziemy w kontakcie.
Z tymi słowy opuścił salę. Tsabin mogła wyjść, ale zamiast tego
sięgnęła do kieszeni po datapad i wyświetliła listę kandydatek do tronu
Naboo. Już wcześniej zapoznała się z ich imionami i poglądami, ale tym
razem włożyła sporo wysiłku w to, by im się przyjrzeć. By jej się
przyjrzeć.
Nazwała się Amidala. Mogłyby niemal być bliźniaczkami. Dwie dziewczyny
o tej samej twarzy. A oficer sił bezpieczeństwa właśnie złożył wizytę
tej, która zawsze we wszystkim okazywała się druga.
Tsabin siedziała w sali do momentu, aż zjawił się poszukujący jej
droid. Rozważała możliwości.
Rozdział 1
O poranku w dniu wyborów Quarsh Panaka pozwolił, by wystygła mu herbata.
Jego żona, Mariek, która właśnie zakończyła wartę w pałacu, poczęstowała
się nią bez wahania, gdy tylko nabrała pewności, że mąż nie zamierza
oderwać się od ekranu z tak błahego powodu jak śniadanie. Porwała też z jego talerza świeży owoc.
- Za wcześnie na wyniki - zauważyła, mówiąc z pełnymi ustami.
- Nie sprawdzam wyników - odparł.
Na Naboo od dziesięcioleci nie doszło do skandalu wyborczego z prawdziwego zdarzenia, ale Panaka nie zamierzał dopuścić do tego, by
dobra passa skończyła się za jego służby. Jako kapitan Królewskich Sił
Bezpieczeństwa właśnie on dokładał starań, by wszystko przebiegało bez
zarzutu. Tym razem wydawało się to tym ważniejsze, że osobiście
odpowiadał za bezpieczeństwo faworytki do tronu. Zamierzał być gotowy na
wszystko. Musiał mieć na oku tłum, a choć siły bezpieczeństwa sprawdzały
się bez zarzutu, ciekawiło go, co takiego wyłapią holosieci. Kolejna
para oczu nie zaszkodzi.
- Lecę spać! - rzuciła Mariek.
Panaka nie podniósł wzroku znad ekranu. Wstała, a on ujął jej dłoń.
Pracowali na różnych zmianach, odkąd został przydzielony do służby
wyborczej. Teraz próbował przewidzieć potrzeby nowej królowej, a za żoną
tęsknił.
- Słodkich snów, kochanie - powiedział.
- Zjedz coś - poprosiła i się oddaliła.
Panaka posłusznie zjadł trzy kęsy. Przyszło mu do głowy, że może jednak
faktycznie jest głodny, gdy odezwał się prywatny komunikator.
- Panaka - oznajmił, przytrzymując urządzenie w dłoni. Obraz zafalował i na ekranie pojawiła się znajoma postać. Kapitan się wyprostował. -
Senatorze Palpatine?
- Dzień dobry, kapitanie - przywitał się mężczyzna.
Senator Naboo zazwyczaj wracał na rodzimą planetę, by oddać głos i zademonstrować swojemu ludowi i Republice, że traktuje poważnie
wszystkie swoje role w ramach systemu demokratycznego, ale tym razem
zatrzymały go ważne sprawy. Szczerze mówiąc, Panaka już za nim
zatęsknił. W obecności senatora sprawy jakoś zawsze przebiegały gładko -
nawet dawniej, gdy Panaka był pracownikiem obsługi legislatury, a Palpatine dopiero piął się po szczeblach kariery. Warto mieć znajomych,
na których można polegać.
- Przepraszam, że odzywam się o tak wczesnej porze - dodał Palpatine. -
Później mam głosowanie, którego za nic nie mogę przegapić, a chciałem
się z panem skontaktować. Obawiam się, że biorąc pod uwagę różnicę
czasu, gdy już uporałbym się ze sprawami w Senacie, byłoby za późno.
- Nie szkodzi, senatorze - zapewnił Panaka. - Tu wszystko idzie po
naszej myśli. Nie dochodzi do przepychanek w kolejkach, a lokale
wyborcze otwierają się za niespełna pół godziny. Wszystko wskazuje na
to, że wybory będą miały gładki przebieg.
- A możemy już wskazać zwyciężczynię? - spytał Palpatine.
Panaka się zawahał. Formalnie rzecz biorąc, jako urzędnicy państwowi nie
powinni sobie pozwalać na czcze spekulacje. Co innego jako obywatele,
którym przyświecało dobro ich świata - mieli prawo dzielić się swoimi
przemyśleniami. Panaka zawsze wyraźnie oddzielał pracę od życia
osobistego - zresztą był to też jeden z filarów udanego małżeństwa.
- Nieoficjalnie, rzecz jasna - odparł. Podniósł filiżankę, zapomniawszy,
że herbatę wypiła Mariek. - Ale wygląda na to, że miał pan rację. Jeśli
nie wygra, skandalu nie będzie, chociaż byłby to niespodziewany obrót
spraw.
Królowe Naboo co do zasady rządziły przez dwie pełne kadencje. Jednak
gdy Réillata wycofała się po jednej, poddani musieli wybrać następczynię
wcześniej, niż się spodziewali. Pojawiły się, rzecz jasna, wspaniałe
kandydatki - nic dziwnego, biorąc pod uwagę wielowiekowe tradycje na
Naboo - ale przy urnach społeczeństwo okazało się mniej zgodne niż
zazwyczaj. Sanandrassa nie była złą królową, ale nie cieszyła się
poparciem poprzedniczek. Marna szansa, że zostanie wybrana na drugą
kadencję.
- Dobrze słyszeć - oznajmił Palpatine. Odwrócił wzrok. Widocznie jego
uwagę przykuło coś na Coruscant. - Cieszę się, kapitanie, że już wkrótce
wszystko stanie się jasne. A tymczasem muszę przeprosić, ale właśnie
otrzymałem projekt ustawy podatkowej, który wymaga mojej uwagi.
- Oczywiście, senatorze - rzekł Panaka. - Dziękuję za rozmowę.
Palpatine rozłączył się bez słowa, a Panaka znów zajrzał do sieci
informacyjnych. Ich relacja zawsze taka była: praca miała pierwszeństwo.
Jednak odnajdywał w tym pewien komfort. Wiedział, na czym stoi.
Zabrzmiał sygnał chronometru. Okazało się, że już później, niż myślał.
Mariek zagłosowała z samego rana. Panaka dotrzymał jej towarzystwa, ale
sam postanowił zrobić to później. Uwielbiał dzień wyborów, a jego
obowiązki zaczynały się dopiero późnym popołudniem, więc mógł zagłosować
wraz ze wszystkimi o zwyczajowej porze. Zaczął pogwizdywać radosną
melodię, która wracała do niego regularnie, odkąd opuścił
konserwatorium. Włożył naczynia do zmywarki, upewnił się, że ma przy
sobie w kieszeni niezbędne dokumenty, założył buty i wyszedł z domu, by
spełnić obywatelski obowiązek.
Ruwee Naberrie strząsnął trociny z szaty i zadumał się nad swoim losem,
a konkretnie nad tym, co poszło nie tak. Zazwyczaj przyglądał się
opadającym ścinkom drewna, które świadczyły o perfekcyjnie wykonanej
pracy, ale tego dnia czas naglił. Dziś, mimo najlepszych starań, jego
córka go nie potrzebowała.
Zresztą nie było jej tu. Nie widział jej od kilku dni - chyba że na
holonagraniach, gdy wygłaszała przemówienia zamykające kampanię
wyborczą, no i dziś rano, gdy wraz z pozostałymi kandydatkami oddawała
głos pod czujnym okiem kamer. Dziwnie czuł się z tym, że jego najmłodsza
córka stara się o urząd królowej, a sam nie może otwarcie o tym mówić.
Ludzie wiedzieli, rzecz jasna. Pełna anonimowość nigdy nie wchodziła w grę, nawet w ramach tak sprawnego systemu demokratycznego jak na Naboo.
Ale przecież nikt nie zamierzał otwarcie demaskować Amidali. Później,
jeśli odniesie sukces, a jej kadencja okaże się owocna, jej krewni i przyjaciele będą pękać z dumy. Ale to dopiero wtedy, gdy będzie po
wszystkim. Teraz Naboo potrzebowało królowej.
Odepchnął od siebie myśli, nim te popłynęły za daleko w przyszłość.
Równie dobrze może nie wygrać wyborów. Tak, miała bardzo udaną kampanię,
ale przecież nie zawsze przesądza to o sukcesie. Sam już dawno skończył
z polityką - z wyjątkiem tych sytuacji, gdy akurat pojawiała się
inicjatywa bliska jego sercu i mógł skorzystać z rozległej sieci
pozaświatowych kontaktów - ale znał ją doskonale od kulis. Wiedział, że
nic nigdy nie jest przesądzone.
A jeśli miał być ze sobą szczery, niemal chciał, by tak się stało. Gdyby
przegrała, mogłaby pozostać sobą. Setki osób nie śledziłyby każdego jej
kroku. Nawet przez chwilę nie wątpił, że jego córka szczerze pragnie
zostać królową, ale liczył na to, że jej życie potoczy się inaczej. Nade
wszystko pragnął, by jego dzieci były szczęśliwe, a potem - by oddawały
się służbie światu z potrzeby wynikającej z tego szczęścia. Tak,
powołanie na urząd królowej może i ją uszczęśliwi, ale ten stan już
zawsze będzie związany z urzędem.
Wiadomo: i tak zamierzał na nią zagłosować.
- Ruwee, już pora! - Jobal przywołała męża z wnętrza rezydencji.
W przeciwieństwie do niego, Jobal Naberrie nie miała wątpliwości
względem tego, jak upłynie ten dzień. Nie podzielała też jego
niepewności co do wyniku. Ich córka była młoda, a biorąc pod uwagę, że
zgodnie z nabooańską tradycją zostanie otoczona należytą opieką, by
mogła sprawować urząd w poczuciu bezpieczeństwa, nic nie stało na
przeszkodzie, by koniec końców powróciła do własnego życia. Jobal
odczuwała olbrzymią dumę, rzecz jasna - a jednocześnie była bardzo
ciekawa, jak potoczy się życie córki, gdy jej służba się zakończy.
Stanowiło to dziwne, choć miłe uczucie, którego Ruwee nie rozumiał ani
trochę i nad którym sama nie potrafiła do końca zapanować. Tyle dobrego,
że stanowiła przeciwwagę dla męża.
Jej wzrok przyciągnęło rodzinne holo. Przyglądała mu się przez dłuższą
chwilę. Przedstawiało Padmé wraz z siostrą w ogrodzie, gdy były jeszcze
szkrabami. Pracowicie usuwały chwasty ze swoich grządek. Padmé nalegała,
by miały własny warzywnik. Większość prac wykonała sama, pewna, że
żywność przyda się potrzebującym. Już wtedy, w chwili, będącej teraz
zaledwie wspomnieniem, stanowiła żywioł, z którym należało się liczyć.
Jobal zdawała sobie z tego sprawę. Dostrzegała to, odkąd jej córki
zaczęły chodzić. To, że Padmé miała zrealizować swój potencjał w tak
młodym wieku, było wielkim darem. Wiedziała, że jej córka go nie
roztrwoni.
Ruwee spotkał się z nią w salonie. Strząsnęła z jego szaty ostatnie
trociny. Zmarszczyła nos, gdy powietrze wypełniło się drobinami drewna -
nie dlatego, że nie lubiła tego zapachu, po prostu zawsze sprawiał, że
chciało się jej kichać. Mąż przybliżył się i pocałował ją.
- Przestań! - prychnęła.
- Jest święto! - odparował. Widocznie postanowił, że nie będzie
marudził. Była mu za to wdzięczna.
- Na świętowanie jeszcze przyjdzie czas. - Podała mu nakrycie głowy, a gdy je wziął, pokierowała go do przedpokoju.
Usiadła, by zawiązać buty i upewnić się, że jej mąż wkłada coś innego
niż ogrodowe chodaki.
- Gotowy? - spytała.
- By nasza córka została królową Naboo? - sprecyzował.
Zamilknął na dłuższą chwilę. Położył rękę na drzwiach, ale ich nie
otworzył.
- Wiesz, wydaje mi się, że tak - odpowiedział sam sobie. - Nie byłem
gotowy do tej chwili, ale dała z siebie wszystko. Szanuję to.
- Ciekawe, po kim jest taka pracowita - skwitowała Jobal. Stwierdzenie
było retoryczne, ale Ruwee nie zamierzał tego tak zostawić.
- To mówisz, że to nasza wina? - zażartował.
- Towarzyszyła nam na misjach poza Naboo od siódmego roku życia -
zauważyła. - Możliwe, że odegrało to pewną rolę.
- Pewnie masz i rację, najdroższa - odparł.
Zaoferował swoją dłoń, a Jobal ją przyjęła. Wspólnie wyszli na
dziedziniec i dołączyli do sąsiadów zmierzających do urn.
Sheev Palpatine po raz ostatni przeczytał ustawę podatkową. Oficjalnie
zapoznawał się z nią po raz pierwszy, więc udawał, że zagłębia się w jej
treść. Po prawdzie jednak ciążyło mu kilka innych spraw i tylko
przeglądał kolejne zapisy, by upewnić się, że wprowadzono zasugerowane
przez niego poprawki.
Zamierzał, rzecz jasna, zagłosować za jej odrzuceniem. Ustawa byłaby
zgubna dla Naboo i kilku innych układów Środkowych Rubieży. Miała nie
przejść procesu legislacyjnego - przynajmniej tym razem. Wprowadził do
niej tyle zasadniczych zmian szkodzących interesom Federacji Handlowej,
że zapewnił jej nieprzychylność zarówno tej organizacji, jak i jej
sojuszników. Ale przynajmniej znalazł się o krok bliżej sukcesu. No i dysponował już kolejnymi trzema projektami.
- Już pora, senatorze - oznajmił jeden z jego doradców.
Palpatine poprowadził świtę ku senackiej rotundzie. Skinieniem głowy
pozdrawiał właściwe osoby, z którymi mijał się w korytarzach, podążając
ku lożom. Miał obojętną minę, choć uprzejmie nasłuchiwał tego, co
mówiono w jego obecności. Sporo osób wypełniających senackie korytarze
zachowywało taki wyraz twarzy, choć Palpatine doprowadził go do
perfekcji już przed laty. Już za chwilę znajdzie się w świetle
reflektorów i zebrani zobaczą, jak porzuca wystudiowaną obojętność, ale
i to będzie tylko grą. Nikomu nie ujawniał prawdziwego oblicza,
niezmąconej płonącej furii.
Może któregoś dnia.
Padmé Naberrie zrobiła ostatnią rzecz, która zależała od niej.
Zagłosowała sama na siebie, gdy wraz z pozostałymi kandydatkami składały
głosy do urn. Każda zapewne postąpiła tak samo, ale przynajmniej dla
niej akt ten stanowił ostatni krok na drodze ku pewności, że jest
gotowa. Ufała sobie na tyle, by wiedzieć, iż może zostać królową. Było w tym sporo arogancji - w końcu musiała uznać, że wykazuje po temu
znacznie większe predyspozycje niż większość - co nieco ją niepokoiło,
ale i z arogancją Naboo potrafiło sobie poradzić.
Jeśli wygra, nie obejmie tronu jako Padmé. Ba, jeśli wszystko pójdzie
zgodnie z planem, nikt nie będzie wiedział, kim jest Padmé. Przywdzieje
szaty królowej i weźmie na siebie odpowiedzialność. Odda się służbie w całości, do tego stopnia, że na czas rządów zrzeknie się własnego
imienia. Była to jakże krzepiąca tradycja - przypominała jej, że rola,
którą przyjdzie jej - być może - pełnić, jest większa od niej samej. Że
to służba, a nie samolubna praca na własne konto.
Tak naprawdę zdała sobie z tego sprawę do końca dopiero dziś rano, gdy
jej chip wyborczy znikał w urnie. Myślała, że anonimowość ma służyć jej
bezpieczeństwu i w pewnym sensie tak było, ale chodziło też o ochronę
kogoś innego. Kogoś, kogo czas nadciągał. Jej
czas.
Czas Amidali.
Rozdział 2
Nowo powołani gwardziści królowej zebrali się w oczekiwaniu na wyniki
wyborów. Pochodzili z różnych garnizonów i mieli różne stopnie w Królewskich Siłach Bezpieczeństwa Naboo, a teraz zostali oddelegowani,
by chronić nową władczynię, kimkolwiek ta się okaże, przez wzgląd na
szczególną lojalność i pełne oddanie sprawie. Większość już się znała,
bo w końcu ich oddziały nie były znów tak liczne, ale po raz pierwszy
znaleźli się w tym samym miejscu. Cieszyli się ostatnimi chwilami
spokoju, nim podejmą się nowego zadania.
No, odpoczywali wszyscy prócz Panaki.
W głębi korytarza na wyniki czekały i kandydatki. Zostały odizolowane od
pozostałych już o poranku. Każdej przydzielono po skromnej komnacie.
Teraz dziewczęta oddawały się przemyśleniom. Już niedługo Panaka
przywoła nową królową. Wiedział, które drzwi najbardziej chce otworzyć,
choć starał się, jak mógł, by zachować pozory neutralności, choć wyzbył
się jej już dawno.
Wtem holowiadomości wyciemniły zapętlone klipy z kampanii wyborczej,
które nadawano przez ostatnią godzinę, i zastąpiły je obrazem
gubernatora Bibble'a. Siwobrody gubernator miał na sobie
charakterystyczną purpurową szatę z wierzchnią tuniką o szerokich
rękawach, podkreślających jego zamaszyste gesty. Wśród gwardzistów
zapadła cisza, gdy mężczyzna odchrząknął i zaczął przemowę.
- Obywatele Naboo - rozpoczął. Zawsze wysławiał się tak, jakby odgrywał
rolę przed widownią, co było o tyle prawdziwe, że wcześniej parał się
filozofią i polemiką, choć nigdy nie przekraczał granicy śmieszności. -
Z przyjemnością oznajmiam, że po wyrównanej walce w kampanii wyborczej
tron obejmie kandydatka Amidala.
Bibble przemawiał dalej, gdy ekran wypełnił się wizerunkami rzeczonej
dziewczyny, teraz już królowej. Przypominał o jej młodym wieku i głównych postulatach wyborczych, jednak gwardziści już nie słuchali.
Wszystkie twarze w sali zwróciły się w kierunku Panaki. Jedyną rzeczą,
która zdradzała jego emocje, były zaciśnięte pięści.
- Przygotujcie się do inspekcji - powiedział, po czym odwrócił się na
pięcie, by udać się korytarzem ku miejscu, gdzie czekały kandydatki.
Zgodnie z tradycją nową królową witał kapitan straży. Był to relikt z zamierzchłych dziejów Naboo, gdy kandydatki nie mogły przebywać blisko
siebie ani ufać legislaturze. Tamte czasy już dawno minęły, rzecz jasna,
ale Naboo dbało o to, by pamiętać o błędach (i by ich nie powtarzać).
Teraz stanowiło to kolejny krok przypominający królowym o tym, jak
daleko zaszły - i ile jeszcze przed nimi. A gdy władczyni pozna już
osobistą gwardię, uda się na spotkanie z gubernatorem.
Zatrzymał się na chwilę przed drzwiami Amidali, świadom tego, że już
zaraz wszystko się zmieni. Nie będzie już tylko kapitanem straży, a ona
nie będzie już tylko kandydatką. Jasne, darzył ją sympatią podczas
kampanii, ale teraz ich imiona zostaną nierozerwalnie powiązane na
kartach dziejów Naboo. Dlatego chciał przystanąć i zebrać myśli.
Zaczekał jeszcze kilka minut, gdy przedstawiciele komisji wyborczej
szykowali się, by przekazać wieść pozostałym kandydatkom. Otworzył
drzwi.
- Wasza Wysokość - powiedział, przystanąwszy w progu. - Wybory dobiegły
końca. Rozpoczyna się pani praca.
Siedząca naprzeciwko drobna postać wstała, by go powitać. Była ubrana w biel, co sprawiało, że wydawała się jeszcze młodsza, jednak Panaka ani
przez chwilę nie wątpił w zdecydowanie, które biło z jej postawy. W czasie kampanii wyborczej zawsze nakładała mnóstwo makijażu. Jej twarz
skrywała się za kosmetykami, przypominającymi mieszkańcom Naboo o ciężarze jej obietnic. A teraz była odsłonięta, choć częściowo skryta za
rozpuszczonymi włosami.
- Dziękuję, kapitanie - odparła. - Jestem gotowa.
Z niczym się nie zdradziła, choć Panaka wyobrażał sobie, że musi
odczuwać chociaż lekkie zdenerwowanie. Spojrzał przez ramię i zobaczył,
że ostatni członek komisji znika właśnie z korytarza.
- Zechce mi pani towarzyszyć? - spytał, wskazując gestem korytarz. Droid
się oddalił. - Pani osobista gwardia jest gotowa do inspekcji. Owszem,
to formalność, ale należy jej dokonać, nim pojawi się tu z ramienia
rządu gubernator Bibble.
- Oczywiście, kapitanie. - Miała lekki, bezosobowy ton, ale Panaka nie
wziął tego do siebie. Ledwie go znała.
- Później przedyskutujemy kwestię odpowiednich dla pani środków
bezpieczeństwa - oznajmił. - Wdrożyłem już kilka rozwiązań, ale nie
chciałem wyrywać się przed szereg. Minie kilka dni, nim sytuacja się
unormuje, ale jestem bardzo zadowolony z zespołu, który został
oddelegowany do pani potrzeb.
Nie odpowiedziała, ale pozwoliła, by poprowadził ją korytarzem ku
miejscu, gdzie zebrali się członkowie sił bezpieczeństwa. Ustawili się w dwóch rzędach i bez słowa stanęli na baczność, gdy tylko zjawił się z królową w sali. Byli jej osobistą gwardią, złożoną z szesnastu kobiet i mężczyzn, którzy mieli ją chronić po cztery osoby na zmianę. Pozostali
strażnicy pałacowi mieli zajmować się innymi kwestiami związanymi z bezpieczeństwem i w razie potrzeby koordynować działania z królową.
Panaka wniósł o przydzielenie mu większej liczby personelu, ale jego
prośba została odrzucona.
Nowa władczyni spoglądała w twarz każdemu i każdej z zebranych, gdy ich
jej kolejno przedstawiano. Od razu zapamiętywała imiona. Gdy tak stała
przed osobami znacznie wyższymi od siebie, trudno było dostrzec w niej
osobę potężną, ale biorąc pod uwagę pewność siebie widoczną w jej
chodzie, równie dobrze mogła mieć trzy metry wzrostu. Gdy już założy
suknię królowej, będzie wyglądać zjawiskowo.
Kiedy przywitała się ze wszystkimi, Panaka odwołał gwardzistów z wyjątkiem tej trójki, która miała z nim pełnić służbę. Wkrótce potem
zjawił się sam gubernator. Te pierwsze spotkania nie odbywały się w sali
tronowej. Panaka dzielił uwagę między obserwowanie królowej i monitorowanie, jak patrzą na nią inni. Bibble głównie poruszał temat
ceremoniału i zasad, a nie ważnych spraw wagi państwowej, więc rozmowa
nie była szczególnie ciekawa, ale królowa mimo wszystko skupiała na nim
pełną uwagę.
- I, moim zdaniem, to już wszystko na dziś - zakończył Bibble. Rozmowa
trwała kilka godzin, a królowa nie okazywała żadnych oznak zmęczenia czy
znudzenia. - Chyba że ma pani pytania?
- Dziękuję, ale to nie będzie konieczne, gubernatorze - rzekła Amidala
takim tonem, że dla wszystkich stało się oczywiste, iż odprawia
mężczyznę, choć formalnie rzecz biorąc, Bibble nadal był od niej wyższy
rangą. Panaka się uśmiechnął. - Choć byłabym wdzięczna, gdyby poprosił
pan kogoś o przesłanie mi najważniejszych dokumentów politycznych. Mogę
się z nimi zapoznać dziś wieczorem i przygotować do jutrzejszych
spotkań.
- Oczywiście, Wasza Wysokość - odparł Bibble i wstał. Skinął głową
asystentowi, który sporządził stosowną notatkę. - Prześlę pani
dokumenty, gdy tylko uporam się z resztą bieżących spraw. Dziś wszyscy
mamy sporo na głowie.
Królowa przytaknęła z gracją i gubernator wraz z doradcami się oddalili.
Amidala wstała od stołu. Dopiero teraz, gdy pozostała w towarzystwie
samych gwardzistów, pozwoliła sobie na to, by jej postawa uległa
zmianie. Rozciągała mięśnie szyi. Ruszała głową, jakby chciała umieścić
wszystkie nowe informacje we właściwych miejscach.
Formalne przekazanie władzy miało nastąpić dopiero za kilka dni. Wkrótce
potem zaczną się pierwsze wystąpienia publiczne. Pomimo formalnego
charakteru roli królowej i stopnia skostnienia ceremoniału, sam proces
objęcia władzy nie był szczególnie publiczny. Po odosobnieniu kandydatek
na czas głosowania zwyciężczyni nie rozmawiała z poddanymi, póki nie
powstanie jej monarszy image.
- Kapitanie? - odezwała się Amidala, wyrywając Panakę z rozmyślań.
- Tak, Wasza Wysokość? - Kapitan stanął naprzeciwko dziewczyny.
- A może moglibyśmy omówić kwestie bezpieczeństwa podczas obiadu? -
spytała.
- Powinniśmy pełnić straż we czworo, Wasza Wysokość - odparł Panaka. -
Co oznacza, że nie możemy zasiąść przy stole. Mogę jednak rozmawiać z panią, gdy będzie się pani posilała.
Westchnęła, ale zaakceptowała te warunki. Panaka nawiązał łączność z kuchnią i wezwał droida z obiadem dla jednej osoby. Gdy już się
wprowadzą do królewskiego pałacu, królowej nie będą odstępować
dworzanie, ale teraz łatwiej i bezpieczniej było korzystać z pomocy
droidów.
- Nie jestem przyzwyczajona do samotnych obiadów - przyznała Amidala,
gdy zasiadała do stołu. - Mój ojciec wiedział, że jesteśmy wszyscy
zabiegani, a mimo to nalegał, abyśmy spożywali posiłki wszyscy razem.
Panaka wiedział, że celowo pomija szczegóły, choć znał jej tożsamość.
Wziął to za dobry znak. Niektóre monarchinie lekceważyły fakt, że nowa
rola wymaga od nich anonimowości, co zawsze przyprawiało o ból głowy
strażników. Nie służył w gwardii przybocznej odchodzącej królowej,
Sanandrassy, ale docierało do niego wystarczająco wiele garnizonowych
plotek, by wiedział, że jego koledzy wyczekują dnia, aż królowa powróci
do swojej tożsamości. Musieli z nią walczyć, aby oddzielić jej wcielenie
władczyni od prywatnego. Odniósł wrażenie, że osoba, którą przyszło mu
się opiekować, jest pod tym względem roztropniejsza.
- To jedna z tych rzeczy, o których chciałem z panią porozmawiać, Wasza
Wysokość - powiedział. Jeśli czuł się niezręcznie z tym, że mówi do
królowej, gdy ta się posila, nie dał tego po sobie poznać.
- Tak? - zachęciła go, dzieląc chleb na małe kawałki.
- Jak pani wiadomo, królowej zazwyczaj towarzyszy co najmniej jedna
dwórka - oznajmił. - Zastanawiałem się, czy już myślała pani o potencjalnej towarzyszce.
- Siostra mnie wcześniej poinformowała, że nie zamierza służyć na moim
dworze - rzekła królowa - choć nie zdziwiło mnie to ani trochę.
Podejrzewam, że mogłam poprosić o to jedną z bliskich przyjaciółek, ale
pochłonęły mnie wybory. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że tuż potem
pojawią się kwestie praktyczne.
- W konserwatorium w Theed jest pewna dziewczyna - wyjawił. - W pani
wieku. Jest dość utalentowanym muzykiem. A do tego bardzo inteligentna,
a zdaniem nauczycieli ma też głowę na karku. Rozmawiałem z nią przed
kilkoma tygodniami, tak na wszelki wypadek. Wydawała się dość miła.
Królowa uniosła brew, ale przez uprzejmość nie zapytała, czy wyszukał
też potencjalne dwórki pozostałym kandydatkom.
- Co więcej - dodał - jest do pani uderzająco podobna. Gdyby została
pani dwórką i gdyby wyraziła taką chęć, mogłaby się przeszkolić z zakresu ochrony osobistej. Byłaby pani bliższa niż ktokolwiek inny.
Królowa posilała się, pogrążona w myślach, po czym napiła się wody.
- A czy taki stopień zabezpieczeń naprawdę jest niezbędny?
Królowa Sanandrassa skupiała się na polityce Naboo do tego stopnia, że
wręcz ignorowała potrzeby pozostałych planet sektora, ku pewnemu
niezadowoleniu ich mieszkańców. Gdyby teraz miało się okazać, że kolejna
królowa będzie służyła tylko przez jedną kadencję, Panaka też byłby
niezadowolony. Ale chodziło też o inne kwestie. Naboo przez ostatni
miesiąc poświęcało uwagę wyborom, ale na pierwsze strony serwisów
zawitały też informacje o sporach handlowych na obszarze Środkowych
Rubieży.
- Wierzę, że przezorność popłaca, Wasza Wysokość - oznajmił kapitan. - W razie czego mogłaby nawet zamienić się z panią miejscami.
- Nie chcę nikogo narażać na niebezpieczeństwo - zaprotestowała królowa.
Nim Panaka mógł udzielić oczywistej odpowiedzi, na jej twarzy pojawiło
się zrozumienie. Postanowił nie drążyć tematu. Dobrze, że już teraz
rozumieli się bez słów.
- To nieuniknione - stwierdziła wreszcie. - Od teraz tak będzie
wyglądało moje życie.
- Tak, Wasza Wysokość - odparł. - Mówimy, że to ciężar władzy. Nie jest
to przyjemna świadomość.
Znów zamilkła. Pogrążyła się w myślach, gdy Panaka się jej przyglądał.
Zaakceptowała jego słowa, ale jej twarz znów się skrzywiła, gdy znalazła
kolejną wadę planu.
- A w czym pomogłaby jedna sobowtórka? - spytała.
- Cóż, ludzie myśleliby, że jest panią - wyjaśnił Panaka. Miał wrażenie,
że już poruszyli ten temat.
- Ale jeśli będziemy we dwie i zamienimy się miejscami, wszyscy będą o tym wiedzieć - zauważyła Amidala. - A jeśli "królowa" nagle będzie sama,
inni nabiorą podejrzeń.
Sugestia zawisła w powietrzu na dłuższą chwilę. Panaka był wystarczająco
rozsądny, by mieć świadomość, że władczyni poddaje go właśnie pierwszemu
testowi. Pokazała mu, ile jest warta, a jego odpowiedź zaważy na
powodzeniu ich dalszej współpracy. Schował dumę do kieszeni.
- Ma pani słuszność, Wasza Wysokość - przyznał. - To co pani sugeruje?
- Przy liczniejszej grupie byłoby o wiele trudniej nabrać podejrzeń -
powiedziała. - No i miałby pan pewność, że w każdej chwili strzeże mnie
więcej niż czworo gwardzistów.
"Niezła jest".
- Zobaczę, co da się zrobić - obiecał. - Odnalezienie zadowalających
kandydatek może chwilę potrwać.
- Dziękuję, kapitanie - odrzekła. - Chciałabym poznać dziewczynę, o której pan wspomniał, tak szybko, jak to możliwe, o ile zaaranżuje pan
nasze spotkanie.
Nagle odezwał się osobisty komunikator królowej, który na czas obiadu
spoczywał na blacie stołu.
- Gubernator - rzuciła, zerkając na ekran. - To już wszystko na dziś,
kapitanie.
- Wasza Wysokość - odparł. - W nocy gwardziści będą pełnić wartę przed
pani sypialnią.
Królowa przekazała talerz i sztućce droidowi kelnerowi i odwróciła się,
by przejść do sali, w której miała spędzić kilka kolejnych nocy. Panaka
podszedł do strażników, by wydać rozkazy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki