Rozdział 1
Rozdział
1
Macki wysunęły się znienacka i owinęły wokół nadgarstka Obi-Wana
Kenobiego w śmiercionośnym, kolczastym uścisku.
Cofnął gwałtownie rękę. Ból wywołany parzącą substancją oszołomił go
jeszcze bardziej. Poślizgnął się i upadł plecami na twardą podłogę.
Ciało stworzenia, nadymające się jak pęcherz najeżony jadowicie
zielonymi kolcami, zafalowało i macki zacisnęły się jeszcze mocniej.
Obi-Wan sięgnął rozpaczliwie po swój miecz świetlny. Poczuł, jak kolce
wbijają się głębiej -?jad zaraz przedostanie się do jego krwiobiegu.
To nie mogło się tak skończyć. Nie w taki sposób.
-?Pomóżcie mi! -?Nie odrywał wzroku od potwora. Przecież koledzy zaraz
ruszą mu na pomoc...
-?Czy to kalamariańska ośmiornica? -?Prie, siedząca naprzeciwko niego,
aż pisnęła i klasnęła wesoło w dłonie. -?Czekaj, czekaj, nie rób jej nic
złego!
Obiegła stół i przyklęknęła obok Obi-Wana, nie zważając na rozlaną na
podłodze gorącą zupę, która właśnie wsiąkała w jej spodnie i płaszcz
Kenobiego.
-?Zabierz to! -?wrzasnął Obi-Wan. -?Odetnij ją!
Prie skrzywiła się z dezaprobatą, marszcząc ciemne brwi, obramowujące
brązowe oczy. Miała włosy starannie zaplecione z tyłu i na ramiona
spadał jej tylko cieniutki padawański warkoczyk. Założyła go za ucho i nachyliła się ku stworzeniu.
-?To tylko dzieciaczek. Nie widzisz? -?Pogłaskała kolce, które sterczały
na pulsującym korpusie ośmiornicy. Zwierzę zadrżało, a potem, ku
zdumieniu i uldze Obi-Wana, wciągnęło haczyki i odwinęło macki z jego
ręki. Prie, szepcząc czule, zdjęła je z jaskrawoczerwonej, pokrytej
krwawymi śladami skóry Obi-Wana. Tym razem macka owinęła się wokół
innego nadgarstka, niczym w pieszczocie.
Obi-Wan wstał, lepki od zupy, która zdecydowanie nie powinna była
zawierać żadnego żywego drapieżnika. Nie dostrzegał w jadalni padawanów
niczego, co wskazywałoby na inne zagrożenia, ale nie oznaczało to
jeszcze, że byli bezpieczni.
-?Powinniśmy sprawdzić kuchnię. Ktoś musiał ją podłożyć. Może jakiś
zabójca albo...
Taka sama zupa, jaką oblał się Obi-Wan, wytrysnęła gwałtownie z ust
Bolli i popłynęła po jego pokrytym zielonymi łuskami podbródku. Rodianin
śmiał się do rozpuku, tak bardzo, że nie mógł przestać. Palce miał nadal
przyssane do talerza z parującą i zdecydowanie wolną od ośmiornic
kolacją.
-?Au -?wykrztusił, wycierając sobie twarz i jednocześnie starając się
nie rozlać zawartości talerza. -?Od przypraw w tej zupie boli mnie
skóra!
Obi-Wan zacisnął ręce w pięści. Jego poparzony, zmaltretowany nadgarstek
zapulsował.
-?Boli też, kiedy się na ciebie wyleje, a jednocześnie jakaś ośmiornica
próbuje ci wstrzyknąć jad!
-?Ale żebyś ty się widział! Kiedy wysunęła się ta pierwsza macka i zamachała, a ty patrzyłeś na nią, jakby była wkładką do zupy i jakbyś
się zastanawiał, czy ją zjeść, czy nie! Och, nawet mi do głowy nie
przyszło, że będziesz próbował ją zjeść. Wyszło o wiele lepiej, niż
zamierzałem!
-?Jad! - powtórzył Obi-Wan, próbując z całych sił zapanować nad
gniewem.
Bolla zdołał w końcu odłożyć talerz i machnął lekceważąco dłonią o długich palcach. Jego uszy wciąż drgały wesoło.
-?Nic by ci nie było. Mam antidotum... -?Poklepał się po pasie, przy
którym zwykle znajdowałby się przypięty zasobnik, i zamrugał białymi
powiekami wewnętrznymi swoich błyszczących, niebieskich oczu. -?No,
gdzieś je mam. Naprawdę nic by ci się nie stało.
-?Wcale się nie czuję, jakby nic mi nie było! -?Obi-Wan porwał ze stołu
materiałową serwetkę. Dobrze choć, że byli w jadalni dla padawanów i nie
ośmieszył się w obecności...
-?O, tu jesteś -?rzekł Qui-Gon Jinn, rycerz Jedi i mistrz Obi-Wana.
Obi-Wan nie miał pojęcia, czy powiedział to z rozbawieniem, czy z irytacją na widok stanu, w jakim znajdował się jego uczeń.
Poczuł, że czerwieni mu się twarz -?pewnie przybrała teraz taki sam
kolor, jak jego ręka.
-?Naprawdę powinieneś bardziej uważać -?burknęła Prie, patrząc surowo na
Obi-Wana, jakby to wszystko stało się z jego winy. -?Jest taka malutka.
Mogłeś ją zranić.
-?Ale to on... A co z nim... -?Obi-Wan wycelował palec w Bollę. Teraz, gdy w sali znajdował się mistrz Jedi, Rodianin siorbał nonszalancko zupę jak
gdyby nigdy nic.
Obi-Wan miał szesnaście lat. Był padawanem, a nie dziecinnym adeptem.
Jednak i tak wezbrała w nim nieprzeparta chęć, żeby naskarżyć na Bollę.
A jeśli nie naskarżyć, to przynajmniej mieć szansę na wyjaśnienie, czemu
został oblany zupą i czemu podtrzymywał sobie właśnie zraniony
nadgarstek. Na odzyskanie choćby pozorów powagi przy swoim mistrzu.
-?Chyba już skończyłeś kolację. -?Qui-Gon uniósł brew. -?Chyba że to
kolacja skończyła z tobą?
Oj tak, nie ulegało wątpliwości, że Qui-Gon chichocze w duchu, czy
pokazywał to po sobie, czy nie. Obi-Wan też wolałby móc się z tego
pośmiać, ale serce, wciąż wzburzone po tej walce, nadal waliło mu jak
młotem. Jeśli w ogóle można to było nazwać walką, skoro ta ośmiornica
najwyraźniej zachowywała się bardzo spokojnie, kiedy ktoś się z nią
właściwie obchodził, i właśnie wtulała się między ramię a szyję Prie.
Dziewczyna zaś wciąż miło do niej gaworzyła:
-?Komu urosły takie ładne macuszki? Tobie, tak! A cio to za grzeczna
ośmiorniczka?
Kto tu miał być grzeczną ośmiorniczką? Bo z pewnością nie ten stwór!
Bolla przechylił talerz, żeby zasłonić sobie usta, ale Obi-Wan widział
dobrze, że ramiona drgały mu od ledwo powstrzymywanego śmiechu.
Gniew prowadził na ciemną stronę, a Obi-Wan nie zamierzał wstępować na
tę drogę. Choć naprawdę korciło go, żeby wylać Bolli zupę na twarz.
Qui-Gon splótł dłonie w rękawach. Jeśli wyczuwał wzburzenie Obi-Wana
albo jego przygoda wzbudziła w nim politowanie, nic na ten temat nie
powiedział.
-?Zamierzam pomedytować i pomyślałem, że może chciałbyś do mnie
dołączyć.
Medytacja... O nie, to ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę Obi-Wan, stojąc
tu w mokrym ubraniu, w pułapce emocji -?gdzieś między paniką i furią.
Ale skoro naprawdę nie miał na to ochoty, zapewne właśnie to mogło mu
teraz najlepiej zrobić. Wiele rzeczy w zakonie Jedi właśnie tak
wyglądało -?im mniej ktoś chciał je robić, tym lepsze się dla niego
okazywały.
A on chciał stać się lepszy -?najlepszy. Chciał być najlepszym
padawanem, najlepszym uczniem, najlepszym Jedi. Był to winien zakonowi.
-?Może zamiast tego moglibyśmy potrenować z mieczami? -?zapytał z nadzieją. Został uczniem Qui-Gona nie tak dawno temu i do tej pory jego
mistrz nie uczył go niczego poza najbardziej podstawowymi układami.
Obi-Wan dobrze sobie z nimi radził. Naprawdę dobrze. I czuł się gotowy
na przejście do kolejnego etapu, a przepracowanie choć części złości i frustracji podczas ćwiczeń szermierki byłoby znacznie łatwiejsze niż
medytacja. Medytacja zawsze wymagała od niego więcej wysiłku niż ruch,
choć mogłoby się to wydawać paradoksem.
-?Coś mnie niepokoi -?odparł Qui-Gon, ale nie wyjaśnił nic więcej. -
Pójdziemy więc medytować.
Żołądek Obi-Wana skręcił się w supeł, niestety, całkiem pusty przez to,
co zrobił Bolla. Czy to on stanowił przyczynę zmartwień mistrza?
Większość czasu przeznaczonego na szkolenie spędzali na medytacji. Inni
padawani często wyruszali na misje i w ten sposób służyli Republice,
pomagali galaktyce... A Bolla wyszukiwał podczas nich różne stworzenia,
żeby potem dręczyć Kenobiego.
Czy to wina Obi-Wana, że nie wydawał się na to gotowy? Że Qui-Gon wolał
przebywać na Coruscant i oddawać się medytacji? Ale może nie chodziło o to, że wolał -?może niepokoił się z powodu swojego padawana, martwił
się, że nie nadawał się jeszcze na jakiekolwiek wyprawy poza obszarem
bezpieczeństwa, jaki zapewniała Świątynia.
Obi-Wan starał się być jak najlepszym padawanem. Tak bardzo się starał...
Jednak zdawało mu się, że właściwie nie da się określić, co mogłoby
wywrzeć wrażenie na spokojnym, opanowanym mistrzu Qui-Gonie Jinnie i co
spotka się z jego aprobatą. Obi-Wan nie mógł zaliczyć pomyślnie testu,
jeśli nie miał pojęcia, z czego się go sprawdza.
Nie żegnając się z towarzyszami -?całą uwagę Prie pochłaniało jej nowe
zwierzątko, a Bolla nadal udawał, że wcale nie śmieje się w kułak -
Obi-Wan wyszedł za swoim mistrzem z jadalni padawanów. Minęli dolne
poziomy z rozległymi salami treningowymi i części mieszkalne, a potem
powędrowali na górę, tam, gdzie znajdowały się ulubione ogrody Qui-Gona.
Obi-Wan również je lubił. A przynajmniej lubił je w przeszłości, zanim
stały się tłem dla jego najuporczywszych porażek w nauce. Teraz nawet
świeży zapach zieleni potrafił wzbudzić w nim nagle niepokój.
Qui-Gon usiadł na ziemi w cichym zakątku wielkiego ogrodu pełnego bujnej
roślinności, wśród jaskrawopomarańczowych kwiatów, tam, gdzie szemrała
niewidoczna woda. Skrzyżował nogi, położył dłonie na kolanach, zamknął
oczy i jego oddech natychmiast się wyrównał. Stał się rytmiczny.
Świadomy.
Obi-Wan usiadł naprzeciwko. Kamieniste podłoże w ogrodzie było twarde i niewygodne. Nie mógł się zdecydować, którą nogę założyć na którą. Chyba
najlepiej lewą na prawą, ale kiedy zaczął się nad tym zastanawiać,
nabrał wątpliwości. Przełożył nogi. Przełożył je ponownie. I tak jeszcze
trzy razy. Położył dłonie na kolanach, wnętrzem do góry. Wyprostował
plecy. Zamknął oczy. Ale zacisnął powieki zbyt mocno -?nie pozwolił im
zamknąć się łagodnie niczym "liściom opadającym z wolna na ziemię".
Qui-Gon kiedyś podsunął mu taki obraz, ale liście Obi-Wana najwyraźniej
miały charakter niespokojny i nerwowy.
Kiedy w końcu udało mu się usiąść w miarę wygodnie, stał się jeszcze
bardziej świadomy swojego ciała i ubrania, mokrego tu i tam od zimnej
zupy... Jego nadgarstek przestał pulsować w rytmie, w jakim biło jego
serce, i teraz tylko czuł płonący w nim uporczywy, nieprzyjemny ból.
Ale przecież to dobrze! Nie mógł medytować naprawdę, jeśli nie musiał
się do tego przykładać. To nie powinno być proste, prawda? Medytacja nie
sprawiała mu kłopotu, kiedy był jeszcze małym adeptem. Ale wtedy jej nie
rozumiał -?nie tak, jak pojmował ją dziś.
Może powinien zapytać mistrza, czy medytacja powinna być trudna czy też
nie, ale kiedy uchylił powiekę, okazało się, że Qui-Gon jest gdzieś
bardzo, bardzo daleko... Obi-Wan przysiągłby nawet, że jego mistrz unosił
się teraz bardzo leciutko nad ziemią. Znów zamknął oko, żeby nikt nie
przyłapał go na oszukiwaniu.
Medytacja... Obi-Wan musiał sobie z nią jakoś poradzić. Przed Próbami
nigdy nie miał z nią problemów, ale wtedy stanowiła tylko małą część
tego, co robił podczas nauki w Świątyni. A teraz, przy Qui-Gonie,
zdawała się stanowić jej główny element. Obi-Wan nie mógł liczyć na to,
że jego trudności zostaną zrównoważone przez inne umiejętności, które
posiadał. Może właśnie to wzbudzało w nim taką niechęć -?medytacja
obnażała przed nim samym jego słabe punkty. Nie mógł myśleć o niczym
innym -?mógł jedynie stawić im czoła. A Obi-Wana przerażały własne słabe
punkty.
I bał się też tego, że go przerażały, bo strach prowadził na ciemną
stronę. Właśnie dlatego coraz bardziej desperacko usiłował opanować
medytację, przez co serce waliło mu jak młotem, a to powodowało, że
jeszcze bardziej bolał go nadgarstek -?i nie potrafił w żaden sposób się
uspokoić. Nie umiał znaleźć się w takim stanie umysłu, w którym mógłby
sięgnąć i dotknąć Mocy.
Mógł to zrobić. Musiał się nauczyć. Sięgnął do Mocy, próbował ją
uchwycić -?raz za razem na próżno. I tak, podczas gdy jego mistrz
siedział obok zatopiony w idealnej harmonii, Obi-Wan wiercił się -
przygnębiony, ubrudzony zupą i pozbawiony wszelkiego spokoju. Żołądek
wiązał mu się w coraz ciaśniejszy supeł, bo chłopak miał coraz większą
pewność, że przyczynę niepokoju Qui-Gona stanowił właśnie on sam.
Bo był nieudanym padawanem.
Rozdział 2
Rozdział
2
Otworzył gwałtownie oczy, bo w ciszę wdarł się głos Qui-Gona.
-?Chciałbyś o tym porozmawiać? -?zapytał mistrz.
Powiedział to łagodnie, bez cienia nagany w głosie, przez co Obi-Wan
poczuł się jeszcze gorzej. Bo należało go skarcić! Qui-Gon powinien go
upomnieć, zbesztać, powinien zrobić mu wykład...
Obi-Wan tak bardzo starał się siedzieć nieruchomo, że całe jego ciało
zrobiło się spięte i zesztywniało, ale choć usiłował nie zwracać na
siebie uwagi Qui-Gona, najwyraźniej mu się to nie udało.
-?Nie! Co? -?wykrztusił piskliwie, zakłopotany, jakby był jeszcze
młodszy niż w rzeczywistości. Uch, jak tego nie znosił! Odchrząknął i spróbował się uspokoić, aby w jego głosie zabrzmiało opanowanie. Jakby
nie spędził całego tego czasu poświęconego na medytację na roztrząsaniu
w kółko swoich obaw, aż kompletnie się w nich zatracił. -?O czym?
-?Wiem, że nie jestem takim mistrzem, jakiego pragnąłeś -?rzekł Qui-Gon.
Obi-Wan właściwie nie miał wątpliwości, że to on nie był takim
padawanem, jakiego życzył sobie Qui-Gon. Czyżby mistrz naprawdę obwiniał
siebie za to, że Obi-Wan okazał się okropnym uczniem? W młodym Jedi
wezbrały poczucie winy -?i obawa. Nadgarstek nadal go bolał, miał na
sobie brudne i sztywne ubranie, a jedna noga zdrętwiała mu od siedzenia
na kamieniach. Gdyby miał się teraz podnieść, na pewno od razu by upadł.
Wiedział, że powinien się skupiać na trwaniu w tym, co tu i teraz, ale
tak bardzo chciałby przeprosić i wynieść się z tej chwili... A właściwie z tego całego dnia.
-?Nie, mistrzu, ja...
Zabrzęczał komlink Qui-Gona. Mistrz Jedi zdjął go z pasa i odebrał
rozmowę.
-?Tak?
Odpowiedział mu wysoki, miły głos.
-?Chciałeś wiedzieć, kiedy przyjdzie.
-?Tak. Dziękuję. -?Qui-Gon wstał, poprawiając szatę. Obi-Wan poszedł za
jego przykładem, choć od razu się zachwiał i o mało nie upadł, bo krew w nodze nadal nie krążyła mu tak, jak powinna.
-?Dokąd idziemy?
-?Nie. -?Qui-Gon położył dłoń na ramieniu Obi-Wana. -?Idę sam. A tobie
niech ktoś opatrzy rękę i przy okazji się przebierz.
Urażona duma zabolała Obi-Wana bardziej niż nadgarstek. Kusiło go, żeby
pójść za Qui-Gonem i dowiedzieć się, o co chodziło, ale zdradziłby
wówczas jego zaufanie. Zamiast tego powlókł się więc do swojego pokoju.
Było to małe, skromnie urządzone pomieszczenie, ale na półce nad łóżkiem
leżały jego skarby. Kamień z Ilum. Kwiatek, który Siri raz założyła mu
dla żartu za ucho. Muszla, którą dała mu Prie, a która prawdopodobnie
należała do jakiegoś niewyobrażalnie przerażającego stworzenia -
dziewczyna na pewno się nim zachwycała. Łyżka z czasów, gdy byli
adeptami. Bolla z jakiegoś powodu uznał, że to jego ulubiona łyżka, więc
wszyscy zaczęli ją kraść sobie nawzajem -?dla zabawy. Wygrał chyba
Obi-Wan, bo została u niego, a oni przestali już być dziećmi.
Zdjął brudne ubranie i przebrał się, bezskutecznie próbując nie
przeklinać Bolli w myśli. Potem umył się i opatrzył sobie rękę. Wszyscy
adepci i padawani mieli dobrze wyposażone małe zestawy do opatrywania
oparzeń, żeby móc sobie poradzić z drobnymi świadectwami błędów
popełnianych w trakcie nauki walki na miecze świetlne. Nie sięgał do
swojego od bardzo dawna, ale cieszył się teraz, że go ma. Żel
natychmiast ukoił podrażnioną skórę.
Obrażenie nie wyglądało na bardzo poważne, ale zostały mu ślady po
kolcach. Miał szczęście, że Prie też tam z nimi siedziała. Mistrz
dziewczyny specjalizował się w zwierzętach i słynął z tego w całej
galaktyce. Jeśli jakaś planeta borykała się z problemami związanymi z fauną, właśnie jego proszono o pomoc. Prie idealnie nadawała się na jego
padawankę. Miała intuicyjne podejście do zwierząt i nieustannie łaknęła
wiedzy.
Wszyscy jego znajomi dobrze dobrali się ze swoimi mentorami. Mistrzyni
Siri zawsze zabierała ją na ważne, ekscytujące misje. Ich znajomy Jape
doskonale rozumiał astrofizykę, dzięki czemu doskonale się dogadywał ze
swoim mistrzem, mającym naukowe usposobienie. Nawet Bolla, który z tyloma rzeczami sobie nie radził jako adept, wydawał się zachwycony
nowymi obowiązkami w roli padawana. Razem ze swoim mistrzem spędzał dużo
czasu na badaniach w Archiwach. Bolla wyglądał na najszczęśliwszego z holokronem w ręku.
Wszyscy trafili tam, gdzie powinni. Dlaczego więc Qui-Gon przyjął na
ucznia Obi-Wana, skoro nie potrafili znaleźć niczego, co by ich łączyło?
Obi-Wan nadal był głodny, ale absolutnie nie miał ochoty wracać do
jadalni padawanów i ryzykować, że znów natknie się na Bollę. Albo co
gorsza na Siri, która miała lada chwila wrócić ze swojej ostatniej
niebezpiecznej wyprawy. Jednak jeśli Obi-Wan zostanie w swojej sypialni,
ktoś prawdopodobnie po niego przyjdzie...
Poszedł tam, gdzie chodził zawsze, kiedy potrzebował uciec przed
wszystkim. Formalnie nie zakazywano wstępu do rzadko używanej oficjalnej
sali bankietowej, więc postanowił to wykorzystywać. Było to jedno z nielicznych miejsc w Świątyni, w których Obi-Wan naprawdę mógł poczuć
się sam. Ach, ileż godzin spędził tu na ćwiczeniu różnych kata z mieczem
świetlnym, kiedy nie miał ochoty przebywać w towarzystwie innych
padawanów... Próbował tu nawet medytować, w nadziei, że jeśli uda mu się
to załapać samodzielnie, swoimi postępami będzie mógł zrobić wrażenie na
Qui-Gonie.
Na razie mu się to nie udało, ale nie oznaczało to, że Obi-Wan nie jest
do tego zdolny. Jeśli tylko będzie więcej pracował, bardziej się
starał, z pewnością w końcu mu się powiedzie.
Pokonał kilka pięter schodami, a potem zagłębił się w wąski tunel
techniczny, biegnący równolegle do głównego, szerokiego przejścia. Nagle
usłyszał rozmowę dobiegającą z głównego korytarza i stanął jak wryty.
-?Wiedziałeś -?mówił niski, władczy głos -?że sala bankietowa była
niegdyś biblioteką? W dawnych czasach, kiedy Jedi cenili jeszcze
prawdziwą wiedzę.
Obi-Wan zmarszczył brwi. Nie rozpoznawał głosu, ale żeby ktoś otwarcie
krytykował Jedi w miejscu publicznym, w ich własnej Świątyni...? Kto
mógłby się odważyć...? Miał ochotę podbiec do jednego z przejść i zobaczyć, kto to powiedział, ale chciał też przemknąć się
niepostrzeżenie do sali bankietowej -?i to pragnienie w nim wygrało.
Zaczekał, aż odgłosy kroków ucichną, a potem otworzył boczne drzwi.
Ogromna sala miała śnieżnobiałe, łukowate sklepienie, wiele wieków temu
pokryte z wielkim pietyzmem rzeźbionymi dekoracjami. Stało się to wtedy,
gdy -?według tego tajemniczego głosu -?znajdowała się tutaj biblioteka
świątynna. Obi-Wan potrafił wyobrazić sobie to miejsce jako bibliotekę.
Może właśnie dlatego tak bardzo je lubił. Wciąż unosił się w niej
stłumiony cień obietnicy -?szum wiedzy.
Przeszedł przez pustą posadzkę, na której misternie ułożone mozaiki
opowiadały o wybitnych Jedi, którzy już dawno powrócili w objęcia Mocy.
Kiedy dotarł do ściany w głębi sali, tam, gdzie z posadzki wyrastały
kolumny i rozrastały się jak drzewa, podtrzymując gałęziami sklepienie -
i gdzie mógł się schować tak, by nie widział go nikt, kto tu wejdzie -
położył się na plecach na podłodze.
W górze wisiały gwiazdy, w kamiennym milczeniu ferując wyrok na
zagubionego padawana. Choć właściwie nie mogłyby zapewne wydawać żadnych
wyroków, bo w końcu wyrzeźbiono je w kamieniu. Westchnął tęsknie. Czegóż
by nie dał, żeby się znaleźć wśród gwiazd! Ale tych prawdziwych, nie
wyrzeźbionych.
Ale... Czegóż by nie dał, żeby i jego los został określony w równie trwały
sposób. Żeby pisane mu było konkretne przeznaczenie, droga poprzez Moc.
Coś, co mógłby badać, do czego mógłby się odnosić, co mógłby sprawdzać i za czym podążać -?coś na kształt osobistego kursu wyznaczonego pomiędzy
jego własnymi gwiazdami. Bo wtedy wiedziałby, co powinien robić, a przede wszystkim, że może to zrobić. Że nikogo nie rozczarowuje.
Mignął mu w pamięci zaniepokojony wyraz twarzy mistrza Qui-Gona i znów
nie mógł leżeć spokojnie, bez ruchu. Poczuł, jak maleje jego
postanowienie, by poćwiczyć medytowanie -?zupełnie jak kalamariańska
ośmiornica, która nagle się rozluźnia. Wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem, przypatrując się układowi gwiazd.
Niezliczone wieki temu ktoś poświęcił wiele czasu, by wyrzeźbić na
ścianach właśnie te konkretne konstelacje. Nic, co robili Jedi, nie było
bez znaczenia. I właśnie dlatego pobudziło to ciekawość Obi-Wana, bo
przecież wcale nie dlatego, że zwlekał z rozpoczęciem medytacji. A przynajmniej nie tylko dlatego.
Dlaczego akurat te gwiazdy? Dlaczego właśnie tutaj? Nie mogły się tu
pojawić przypadkowo. Obi-Wan powędrował wzrokiem po ścianie, szukając
wśród nich czegoś znajomego. Jednak wkrótce na drodze stanęła mu jedna z cieńszych kolumn. Jak kilka innych, dodano ją podczas przebudowy -
podpierały podest, na którym podczas oficjalnych uroczystości zasiadała
Rada Jedi.
Kolumny nie stanowiły zatem części pierwotnego wystroju sali. Między
jedną z nich a ścianą znajdował się wąski odstęp. Obi-Wan zaś był dość
szczupły. ("Szczupły" -?wolał to słowo od innych, którymi go nazywano:
"chudy", "patykowaty", "sztywny i cienki niczym sierść Wookieego").
Wypuścił całe powietrze z płuc i przecisnął się z trudem przez
szczelinę. Z tyłu panował mrok. Obi-Wan kichnął. Było tu ciemno i pełno
kurzu -?hmm, dziwne. W Świątyni nigdzie nie leżał kurz... Ile czasu mogło
minąć, odkąd ktoś przypomniał sobie, że za tymi dodatkowymi kolumnami
znajdowało się puste miejsce?
Obi-Wan popatrzył na zdobienia, które go tu przywiodły, i znieruchomiał,
kładąc palec na czymś nowym. Planeta!
Ciekawe, że ten, kto wyrzeźbił tutaj te wszystkie gwiazdy, dodał tylko
jedną planetę. Bo na pewno chodziło o planetę -?umieszczoną na tle
mnóstwa malutkich kropek, idealnie okrągłą, bez spiczastych czubków,
jakimi charakteryzowały się gwiazdy. Ale jaki to świat i czym zasłużył
sobie na miejsce na ścianie? A może gdzieś znajdowały się i inne, które
Obi-Wan przegapił?
Jeszcze dziwniejsze było to, że wyryto pod nim w kamieniu dwa nazwiska:
Orla Jareni i Cohmac Vitus. Nic mu nie mówiły i chyba raczej nie wykonał
ich pierwotny artysta, sądząc po pewnej niezdarności liter i ich
nierównym układzie. Orla i Cohmac, kimkolwiek byli, zapewne zakradli się
tutaj i sami wyryli swoje nazwiska.
Obi-Wan z trudem pohamował oburzenie -?żeby zostawiać taki trwały ślad
na ścianach Świątyni! -?i zazdrość, bo komuś udało się go pozostawić...
Kim oni mogli być?
Wycofał się, przeciskając się jeszcze raz przez szczelinę, ocierając
skórę pod prostym ubraniem padawana. Nie miał wielu zmian odzieży, więc
jeśli pobrudzi jeden komplet, będzie musiał uważać. Orla i Cohmac.
Paliła go ciekawość -?kim byli, dlaczego wyryli tutaj swoje nazwiska,
akurat pod tą planetą? Na pewno zdoła się tego dowiedzieć.
Poszedł szybko do Archiwów. Miał poczucie, że odkrył tajemnicę. Coś
nowego i ekscytującego. Co stanowiło doskonały pretekst, żeby unikać
innych padawanów i nie myśleć o tym, że może rozczarować Qui-Gona Jinna.
Na miejscu przemknął skrajem rozległych sal. Wolał nie zwracać na siebie
uwagi Jocasty Nu ani innych bibliotekarzy. Wszyscy z wielką chęcią by mu
pomogli, ale chciał to zrobić sam. A już zdecydowanie nie miał ochoty
natknąć się na Bollę.
Na szczęście nigdzie go nie dostrzegał, a wszyscy bibliotekarze
zajmowali się grupą młodzików. Dzieci z przejęciem wpatrywały się w Jocastę Nu, która uczyła je, jak poruszać się w labiryncie regałów.
Obi-Wan zazdrościł im tego prostolinijnego zachwytu. W dzieciństwie
wszystko wydawało się łatwiejsze. Mistrzyni Nu wyjęła holokron,
zawierający informacje o układzie, gdzie znajdowało się Ilum, lodowa
planeta, na której mieściły się jaskinie z kryształami kyber.
Był to jeden z nielicznych światów, jakie odwiedził Obi-Wan -?na
wyprawie, podczas której znalazł swój kryształ kyber.
Jego dłoń sama powędrowała do rękojeści miecza przy jego boku. Wyprawa
po kryształy kyber okazała się niezmiernie trudna. Być może nawet
trudniejsza niż Próby adeptów. Wizje, jakie ukazały mu się w jaskiniach,
wyszeptane do ucha straszliwe rzeczy... Otrząsnął się, dosłownie, żeby w ten sposób pozbyć się lęku i niepokoju, dręczących go po tych
przeżyciach. Nie musiał o nich pamiętać. W końcu znalazł przecież
kryształ i zbudował miecz. Przeszedł tę próbę. Ach, jaka duma rozpierała
go tego dnia, gdy trzymał swoją broń o świecącej niebieskim blaskiem
klindze, taki pewien swojego miejsca wśród Jedi... Taki pewien swojej
relacji z Mocą i jasnej przyszłości, która czekała go w galaktyce.
Gdzie ta relacja się podziała? Gdzie ulotniła się ta pewność? Dlaczego,
choć wreszcie stał się padawanem, czuł się mniej istotny i bardziej
zagubiony niż kiedykolwiek?
Orla Jareni. Wstrzymując oddech w nadziei, że jej nazwisko cokolwiek
mu powie, stanął przy stole i wpisał je do terminala. I proszę -?więcej
niż cokolwiek! Orla była Jedi.
Przejrzał szybko informacje o różnych jej misjach i zadaniach oraz
udziale rycerki w Wielkiej Katastrofie Nadprzestrzennej. Zaintrygowało
go określenie jej mianem Poszukiwaczki.
Czy zakon Jedi w ogóle miał jeszcze Poszukiwaczy? Chyba na to nie
pozwalano. Ten rodzaj działalności wydawał się zakorzeniony w nieufności
wobec Najwyższej Rady -?tacy Jedi szli własną drogą, nie
podporządkowywali się kontroli i nie zważali na to, jakie zadania im
przydzielano. Przecież gdyby nadal istnieli Poszukiwacze, Qui-Gon Jinn z pewnością należałby do ich grona.
Znalazł tam więcej wiedzy, niż mógłby wchłonąć jednorazowo. Wyszukał też
szybko Cohmaca -?ciekawe! -?ale po chwili znów wrócił do Orli. Czuł z nią swoistą więź, z tą Jedi, która żyła tak dawno temu. Podejrzewał, że
wyryła tam swoje nazwisko jako adeptka albo padawanka. Czy ona również
miała takie trudności? Czy chciała wykuć swoje przeznaczenie w kamieniu,
tak jak on?
W informacjach o niej znajdował się dopisek oznaczony jako priorytetowy.
Obi-Wan sprawdził statystyki -?no tak, od wieków nikt nie wyświetlał
tych danych. Może to przez chaos i burzliwe wydarzenia w czasach
Wielkiej Katastrofy, ale na ile mógł stwierdzić, nikt nie oglądał tego
konkretnego wpisu w bazie, odkąd został do niej wprowadzony.
Otworzył plik i ujrzał kurs prowadzący na jakąś planetę. Zabiło mu mocno
serce. Pomniejszył obraz -?tajemnicza planeta znajdowała się na
najdalszym skraju Zewnętrznych Rubieży. Nie miała nawet numeru. Żadnej
oficjalnej nazwy, co oznaczało także brak oficjalnego zapisu w Archiwach. Obi-Wan wyświetlił informacje o współrzędnych Orli -?zwrócił
uwagę, jak trudną trasę należało pokonać, by dostać się do tego rejonu
kosmosu -?a potem przeczytał resztę danych.
Orla Jareni stwierdziła, że ta planeta może być ważna i interesująca, i powiadomiła Najwyższą Radę, iż zamierza to sprawdzić. Jednak w bazie nie
figurowało więcej informacji na ten temat, nic, co by wskazywało, że tam
dotarła, a jeśli tak, co znalazła.
Jeśli Poszukiwaczka sprzed wieków przypuszczała, że ta planeta może mieć
duże znaczenie, ale nikt jej pracy nie kontynuował, z pewnością
zasługiwało to na uwagę. A co więcej, był to dokładnie taki tajemniczy
projekt badawczy, jaki wywabiłby Qui-Gona Jinna ze Świątyni. Mistrz
Obi-Wana żywił głęboką fascynację Jedi z przeszłości i zapisami, które
po sobie pozostawili. Albo -?jak w tym przypadku -?brakiem zapisów, bo
Orla Jareni nigdy więcej nic na ten temat nie zarejestrowała.
Jeśli Obi-Wan podejdzie do tego rozważnie, być może wkrótce i on będzie
miał coś do opowiedzenia innymi padawanom. Coś, co nie będzie dotyczyło
walki o życie przy kolacji, ale eksplorowania galaktyki i -?wreszcie -
robienia czegoś pożytecznego.
Zaraz jednak poczuł ukłucie lęku -?niepokój zaszeptał mu do ucha, że
pragnął takiej wyprawy z o wiele ważniejszych przyczyn. Że może, jeśli
wyruszy w kosmos i zrobi coś konkretnego, poczuje wreszcie, że zasługuje
na swoje miejsce w zakonie, że jest godzien bycia uczniem tak
nieprzeniknionego rycerza Jedi.
A może, tak jak Orla i Cohmac, pragnął pozostawić po sobie jakiś ślad w Świątyni, która odcisnęła się piętnem na tak znacznej części jego
tożsamości. W każdym razie musiał sprawić, by się to udało.
Rozdział 3
Rozdział
3
Obi-Wan chodził tam i z powrotem pod kwaterą Qui-Gona, powtarzając sobie
przygotowane argumenty. Qui-Gon miał tego wieczora spotkanie z Najwyższą
Radą Jedi, co oznaczało, że będzie po nim zdystansowany i chłodny.
Obi-Wan może i miał wrażenie, że nie znał jeszcze ani nie rozumiał
swojego mistrza, ale był dobry w rozpoznawaniu schematów -?co
potwierdzał jego talent w ćwiczeniu układów podczas treningów z mieczem
świetlnym. Ten schemat w zachowaniu Qui-Gona należał do najbardziej
oczywistych.
Dlatego Obi-Wan musiał przedstawić mu swoją propozycję przed spotkaniem.
Nie sądził, żeby później udało mu się przekonać Qui-Gona -?mistrz raczej
uznałby wtedy, że powinni spędzić tydzień na milczącej medytacji,
podczas którego Qui-Gon będzie się jednoczył z Mocą, a Obi-Wan będzie
desperacko i bezskutecznie próbował robić to samo.
Czasem Qui-Gon pogrążał się tak głęboko w medytacji, że zdawało się,
jakby przestawał oddychać. Tymczasem kiedy Obi-Wan po raz ostatni
próbował medytować tak długo jak Qui-Gon, zasnął -?i przyśnił mu się
wtedy barwny koszmar o tym, jak ktoś go ściga, a on ucieka, sam, bez
broni, niezdolny do sięgnięcia po Moc, przez jaskinię pełną potworów, z których wszystkie miały na niego chrapkę.
Drzwi Qui-Gona się rozsunęły.
-?Och, dzień dobry -?powiedział zaskoczony mężczyzna.
Obi-Wan zastygł w pół kroku, jakby przyłapano go na czymś, co łamało
zasady kodeksu.
-?Mistrzu! Bo ja odkryłem... Czy wiesz, kim była Orla Jareni? -?No tak,
Obi-Wan oczywiście od razu wszystko popsuł. A tyle to ćwiczył i wszystko
na nic!
Jednak ku jego zdumieniu Qui-Gon, który patrzył na swojego padawana z lekkim dystansem, jakby zaprzątnięty jakimś problemem, nagle skupił na
nim wzrok.
-?Orla Jareni? Gdzie usłyszałeś to nazwisko?
Obi-Wan próbował zachować ten sam pełen skupienia spokój, którym zawsze
cechował się Qui-Gon. Tak, by okazać pewność siebie, ale też opanowanie.
Zachowywać się dokładnie na odwrót od tego, co czuł.
-?Coś mnie do niej doprowadziło.
I nie skłamał -?w gruncie rzeczy. Bo nigdy nie okłamałby swojego mistrza
w żywe oczy. Po prostu kreatywnie zastosował prawdę. Wiedział, jak
bardzo Qui-Gon lubił te ulotniejsze cechy Mocy, jak bardzo ufał, że
poprowadzą go właściwą drogą. I choć Obi-Wan nie żywił do nich tego
samego zaufania -?skąd zresztą miał wiedzieć, czy Moc ufała jemu -?nie
wzdragał się przed wykorzystaniem tego, co Qui-Gona interesowało.
-?Medytowałem... -?Teraz Obi-Wan zdecydowanie kłamał. Qui-Gon uniósł brew,
więc jego uczeń szybko dodał: -?...w wielkiej sali bankietowej.
-?Dlaczego akurat tam?
-?Bo... czułem, że to odpowiednie miejsce. -?Bo czuł, że może tam być sam
i właśnie dlatego było to dla niego odpowiednie miejsce. -?Zwróciłem
uwagę na rzeźbienia na ścianach. Wiedziałeś, mistrzu, że kiedyś
znajdowała się tam biblioteka?
Qui-Gon skinął głową. Oczywiście, że wiedział. Obi-Wan był więc tylko
trochę rozczarowany tym, iż nie powiedział mu nic nowego.
-?W każdym razie te dekoracje wyglądały jak mapa gwiezdna. Coś kazało mi
pójść za tymi gwiazdami. -?Przecież właściwie nie kłamał. -?Za tymi
nowymi kolumnami podtrzymującymi podest odkryłem, że gwiazdy prowadzą do
planety. A pod planetą ktoś wyrył w ścianie dwa nazwiska, w tym Orli
Jareni. Więc sprawdziłem, kim była. Zaznaczyła w bazie, że ta planeta
może być ważna dla Jedi, i zapisała też skomplikowany, prowadzący tam
kurs. Ale później nikt się tym nie zajął. Nie wiem, czy kiedykolwiek tam
dotarła. A potem historia Orli Poszukiwaczki nagle się zakończyła i nikt
nie dowiedział się o tej nienazwanej planecie.
-?Była Poszukiwaczką? -?Tak jak Obi-Wan się spodziewał, w oczach
Qui-Gona zapaliła się ciekawość, a nawet entuzjazm. -?I nie wiemy, czy
kiedykolwiek tam poleciała?
-?W bazie nie znalazłem dodatkowych informacji. Nie sądzę, żeby ktoś w ogóle zobaczył dane, które wprowadziła na temat tej planety.
Qui-Gon usiadł na skromnej szarej poduszce, której używał zamiast
jakiegoś bardziej skomplikowanego siedziska. Nie miał mebli służących do
przyjmowania gości. Obi-Wan zawsze czuł się u niego do pewnego stopnia
jak intruz, jakby naprawdę nie było dla niego miejsca w życiu Qui-Gona.
Wiedział, że mistrzyni Siri miała u siebie dwuosobowy stolik i to przy
nim jadały razem większość posiłków, a mistrz Prie uparł się, żeby
dostała pokój obok jego kwatery, tak aby mieli do siebie blisko -?dzięki
temu łatwiej mogli prowadzić wspólne badania.
-?Ciekawe -?rzekł Qui-Gon. -?Być może znalazłeś informacje, o których
nie wiedział żaden Jedi od wielu pokoleń. Dlatego uważam, że to Moc cię
do nich zaprowadziła.
Starając się ze wszystkich sił nie okazać po sobie podniecenia, tak żeby
Qui-Gon nie zobaczył ani nie wyczuł, jakie wezbrało w nim poczucie
triumfu, Obi-Wan zmarszczył brwi i skinął głową.
-?Ciekawe -?przytaknął. -?W takim razie, wiem, że padawanowi nie wypada
proponować misji, ale może moglibyśmy podążyć za ścieżką, do której
doprowadziła mnie Moc, i sprawdzić, co takiego ważnego wyczuła Orla
Poszukiwaczka w sprawie tej bezimiennej planety.
"Proszę -?pomyślał Obi-Wan -?proszę, powiedz tak".
Nie powinien tego chcieć, nie powinien podejmować tej próby
wmanewrowania Qui-Gona w zgodę na tę wyprawę. Obi-Wan powinien pragnąć
tylko tego, czego życzyła sobie Moc, powinien zaakceptować każdą drogę,
na której go postawi, i odczuwać za to wdzięczność. Wypadało mu zachować
cierpliwość i ufać, że mistrz zapewni mu doświadczenie, którego
potrzebował, wtedy, kiedy będzie go potrzebował.
Lecz Obi-Wan pragnął tylko być rycerzem Jedi, przemierzać galaktykę i stać się strażnikiem dobra, porządku i światła. Nie mógł robić żadnej z tych rzeczy, jeśli tkwił w Świątyni.
Oczywiście potrafiłby nawet we śnie wykonać podstawowe układy z mieczem
świetlnym, mógł używać Mocy, by popychać i dźwigać ciężary, by skakać...
Jego fizyczne umiejętności zdecydowanie przewyższały poziom
wystarczający. Nie mógł jednak pozbyć się obawy, że pod względem
duchowym nie miał w sobie tego, czego wymagało bycie rycerzem Jedi. I ta
nieustanna obawa wzbudzała w nim poczucie winy, a jednocześnie jeszcze
większy lęk. Nie miał pojęcia, jak się wyrwać z tego zaklętego kręgu,
choć nie miał wątpliwości, że go to blokowało -?zarówno w utrzymywaniu
więzi z Mocą, jak i w rozwijaniu swojego potencjału.
Może gdyby mógł się wydostać ze Świątyni, gdyby mógł znaleźć się wśród
gwiazd, stać się aktywnym Jedi -?może wówczas zdołałby poczuć wskazówki
Mocy.
Może wówczas poczułby, że zasługuje na to, by być padawanem.
I serce niemal wezbrało mu ze szczęścia i ulgi -?choć poczuł też ukłucie
winy -?gdy Qui-Gon uśmiechnął się do niego z aprobatą. Nie chodziło o to, że jego mistrz okazywał mu chłód czy niecierpliwość. Jeśli już, to
okazywał wręcz zbyt wielką cierpliwość. Obi-Wan zdecydowanie nie
podzielał jego pewności, że w końcu nabędzie umiejętności, które
posiadał Qui-Gon. W tej chwili nie wydawało mu się, że kiedykolwiek
zdoła zostać rycerzem Jedi.
Qui-Gon wstał.
-?Ułóż plan lotu i zarezerwuj statek. Powinien nam wystarczyć prom T-5.
I pamiętaj... -?Qui-Gon umilkł na chwilę i przez jego twarz przesunął się
cień niepokoju. -?Zawsze to pamiętaj: czasem Moc działa też poprzez
drobiazgi.
Czego miało dotyczyć to ostrzeżenie, Obi-Wan nie wiedział. Zwykle nie
mógłby przestać myśleć o czymś takim, ale na szczęście teraz jego uwagę
zaprzątało co innego. Miał wyruszyć w kosmos -?na wyprawę! Na misję,
którą sam zaproponował. Odnosił wrażenie, że mógłby w tej chwili robić
salta z czterech wież Świątyni, gdyby nie uważano takich wybryków za
świętokradztwo, a już z pewnością za nadużycie umiejętności, które
dawała mu Moc.
Qui-Gon westchnął i zmarszczył z niezadowoleniem siwiejące brwi.
-?Muszę iść teraz na spotkanie z Radą.
-?Powiesz im o naszej wyprawie? -?Obi-Wan zaniepokoił się, że przecież
potrzebowali pozwolenia, a mistrz Yoda, w swojej nieskończonej mądrości,
od razu wyczuje, że Moc nie miała nic wspólnego z odkryciem Obi-Wana.
Albo że któryś z mistrzów Jedi powie Qui-Gonowi, że tajemniczą planetę
zbadano już wieki temu i uznano za nieważną. Nieistotną. Bez znaczenia
dla Mocy i galaktyki.
Obi-Wanowi ścisnęło się gardło. Każda z tych ewentualności pokaże, że
nie miał racji, kiedy uznał, że warto to zbadać. Nie mógł twierdzić z całą pewnością, że to Moc zaprowadziła go do Orli Jareni i tajemniczej
planety, bo w rzeczywistości był po prostu ciekawy -?a teraz
rozpaczliwie pragnął doprowadzić tę sprawę do końca.
Qui-Gon zmarszczył czoło jeszcze mocniej i Obi-Wan wstrzymał oddech. I zdumiał się, bo jego mistrz powiedział:
-?Rada nie musi wiedzieć wszystkiego. I tak im się wydaje, że zawsze
wiedzą wszystko.
Zamiast ulgi Obi-Wan poczuł ukłucie niepokoju -?cóż za buntownicze
słowa! Stłumił jednak chęć, by powiedzieć o tym mistrzowi czy wręcz go
za to upomnieć. Nie do Obi-Wana należało mówienie mentorowi, jak powinny
wyglądać jego relacje z Najwyższą Radą Jedi. I nie chciał też zrobić
niczego, by go zdenerwować. Nie mógł dopuścić, by coś zagroziło tej
galaktycznej wyprawie. Obi-Wan potrzebował jej -?choć chyba nie
potrafiłby wyjaśnić dlaczego nawet samemu sobie, a tym bardziej swojemu
mistrzowi.
Ukłonił się i poszedł szybko do hangaru. Zarezerwował prom na rano i złożył zamówienie na zaopatrzenie. Niesamowite, od ilu osób zależało
codzienne funkcjonowanie Świątyni i zakonu. Pokazywało to, jak ważni dla
galaktyki byli Jedi. Obi-Wan również chciał zasłużyć na te wszystkie
starania.
Kiedy wracał do kwatery Qui-Gona, pozdrawiając po drodze różnych
znajomych i machając do nich, zauważył, że Bolla idzie w jego stronę.
Obi-Wan szybko skręcił w boczny korytarz, czekając, aż tamten go minie.
Nie miał ochoty na rozmowę z nim. Oparł się plecami o ścianę i usłyszał
jęk.
-?Ostrożnie, młody padawanie -?odezwał się męski, niski głos, ten sam,
który Obi-Wan słyszał wcześniej, gdy mówił o tym, że sala bankietowa w przeszłości mieściła bibliotekę.
-?Przepraszam, mis... hrabio... proszę pana -?wystękał Bolla, zacinając się
na tytułach, bo zapewne nie miał pewności, jak zwrócić się do osoby, na
którą o mało nie wpadł.
Obi-Wan niemal żałował, że nie został jednak w głównym korytarzu, bo
mógłby wówczas zobaczyć na własne oczy, jak Bolla robi z siebie
przedstawienie. Wyjrzał za róg i dostrzegł wysokiego mężczyznę w czerni,
z wytworną siwizną, który właśnie znikał w drzwiach.
Kimkolwiek był, wiedział wiele o historii Świątyni. Może to senator?
Polityków nie widywano w siedzibie zakonu zbyt często, ale jednak czasem
tu się zjawiali. Qui-Gon -?jak łatwo się było domyślić -?nie miał
cierpliwości do polityków, więc Obi-Wan nigdy nie miał z nimi do
czynienia.
Zresztą Obi-Wan miał do czynienia z naprawdę niewieloma rzeczami. Czasem
zastanawiał się, dlaczego Qui-Gon w ogóle wziął go na padawana. Nie
wymagano tego przecież od rycerzy. Kiedy wybierali adepta po Próbach,
zawsze kierowała nimi Moc. Co nakierowało Qui-Gona na Obi-Wana? Jego
znajomi i ich mentorzy -?w ich wzajemnych relacjach widział sens.
Tymczasem on i Qui-Gon nie mieli ze sobą chyba nic wspólnego.
Qui-Gon był rycerzem Jedi, a zatem Obi-Wan nie powinien kwestionować
tego, co robił, ale odnosił wrażenie, że jego mistrz nigdy nie skłania
go do robienia czegoś więcej niż to, czego się nauczył, zanim stał się
padawanem.
Bo tak naprawdę Qui-Gon nalegał jedynie na medytację. Istniało wiele
dróg, by stać się rycerzem, które -?Obi-Wan nie miał co do tego
wątpliwości -?niemal w ogóle jej nie obejmowały. Dlaczego więc Jedi,
który za nią przepadał, wybrał na padawana właśnie jego...?
Dobrze choć, że znalazł się jeszcze inny plus tej misji -?na statku nie
było miejsca, by dwie osoby mogły swobodnie medytować. A Obi-Wan uprze
się też, że musi pilnować wytyczonego kursu, żeby nie polegać na
systemach statku.
Po powrocie do swojej kwatery chodził przez chwilę w kółko. Czy powinien
też spakować rzeczy dla Qui-Gona? Ale nie, nie został o to poproszony,
więc nie powinien przesadzać z nadgorliwością. Poza tym żadnemu z nich
pakowanie nie zajmie długo. Jedi posiadali bardzo niewiele rzeczy. Miecz
świetlny, zapasowy komplet ubrania. Teraz miał już tylko jeden przez ten
wypadek z zupą. Przynajmniej wreszcie będzie mógł wykorzystać kilka
zasobników przy pasie.
Nie pozostało mu już nic do załatwienia i wreszcie uświadomił sobie, że
nadal nic nie zjadł. A choć zwiał w korytarzu przed Bollą, nie musiał
unikać jadalni padawanów. Mógł myśleć o spotkaniu ze znajomymi bez
obawy, że znów będzie się czuł wykluczony. Wyruszał wreszcie na misję i nawet zachowanie Bolli oraz sto kalamariańskich ośmiornic nie mogłoby
stłumić podniecenia i nadziei, które w nim wezbrały.
Rozdział 4
Rozdział
4
Obi-Wan w doskonałym nastroju poszedł na dół, do jadalni. Kiedy padawani
nie mieli zajęć, niemal zawsze można było ich znaleźć w pobliżu
jedzenia. I rzeczywiście, Bolla, Prie i paru innych padawanów, których
znał i z którymi uczył się przez całe swoje życie, siedzieli przy stole.
Nie jedli jednak -?zamiast tego wszyscy skupili się przy Siri Tachi,
która o czymś opowiadała.
Obi-Wan z trudem powstrzymywał uśmiech, siadając obok Prie.
-?O, jesteś -?rzekła Siri i zmarszczyła brwi, jakby z niepokojem.
-?Nie ciesz się aż tak bardzo na mój widok -?prychnął Obi-Wan.
-?Rozmawiałeś już ze swoim mistrzem? -?zapytała.
-?Odwołał naszą misję? -?Gdyby tak było, wszystkie nadzieje Obi-Wana
ległyby w gruzach, jak te wielkie bloki lodu, które kiedyś zrzucili
potajemnie z dachu Świątyni. Rozbiły się na ziemi, tyle pięter poniżej...
Zniknęły w wiecznym mroku najniższych poziomów Coruscant.
-?Co? Jaką misję?
-?Wyruszamy na misję! Będziemy szukać... Ale czekaj, o czym ty mówisz?
Prie poruszyła się niespokojnie za stołem. Ku wielkiej uldze Obi-Wana,
nie miała przy sobie swojej nowej ośmiorniczki.
-?Znowu się pożarł z Najwyższą Radą -?wyjaśniła. -?Mój mistrz mi o tym
powiedział.
-?Znowu? -?zmartwił się Obi-Wan. Niedobrze. Po pierwsze dlatego, że nie
chciał, aby jego mistrz wchodził w konflikt z Radą, a po drugie dlatego,
że mogło to wpłynąć na stosunek Qui-Gona do ich wyprawy.
-?Słyszałem, że ma dołączyć do grona Straconej Dwudziestki -?rzekł Bolla
i zadrgały mu czułki.
-?Nic takiego nie zrobi! -?Obi-Wan pożałował, że nie znajdowali się w sali treningowej, w której mógłby zrobić coś z tym gwałtownym odruchem
niechęci, jaki wzbudził w nim po raz kolejny Rodianin.
-?Cicho bądź, Bolla -?zbeształa kolegę Siri. -?Na pewno nie masz
kwalifikacji, żeby spekulować o przyszłości rycerza Jedi, chyba że
miałeś jakąś wizję.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki