"Pewnego razu żyła sobie dziewczyna, która niczego nie miała..."
Pewnego razu żyła sobie dziewczyna, która niczego nie miała - i nie była z tego zadowolona.
Zamieszkiwała ponury świat pełen trudów, wśród pyłu i zaniedbania.
Zawsze chodziła głodna, bo brakowało jedzenia. Pociła się nieprzyjemnie,
rażona pustynnymi słońcami, a nocą, gdy ciepło ulatywało, trzęsła się z zimna. Od maleńkiego nie miała rodziny ani nikogo, kto by ją pocieszał.
Pozostało jej jedno - przekonanie, którego nikt nie mógł jej odebrać.
Wierzyła w przyrodzone dobro galaktyki i sił nią zawiadujących. Choć
jej uczucia i przyszłość nikogo nie obchodziły, troszczyła się o osoby w swoim najbliższym otoczeniu i dawała swojej wierze świadectwo na różne
małe sposoby. Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale czyniło ją to kimś
wyjątkowym. Możliwe, że ktoś inny w jej trudnej sytuacji poddałby się
nienawiści, jednak ona pozostawała szczodra. Zawsze oferowała pomoc
potrzebującym, ponieważ nie potrafiła okiełznać swojego ducha.
Z wiekiem coraz bardziej rozumiała, jak powinna działać galaktyka.
Wiedziała o Jedi i ich krucjacie na rzecz równowagi. O Republice i jej
prawach, które nie mogły zapewnić jej ochrony. Trafiała w ręce kolejnych
kryminalistów, wykorzystujących władzę do własnych celów. Możliwe, że
inna dziewczyna w jej sytuacji by się poddała, pogodziła z losem i zgorzkniała. Sama znała wiele takich osób - i nie miała do nich
pretensji. Robiły, co musiały, by przetrwać. Ale w niej samej było coś,
co sprawiało, że zawsze odwracała się plecami do ciemności, choć ta
niestrudzenie kusiła.
Dziewczyna dorastała. Pustynia przedwcześnie pokryła jej twarz
zmarszczkami i postarzyła skórę jej dłoni. Pracowała bez końca, zresztą
nawet w wolnych chwilach dłubała przy własnych projektach, by zapomnieć
o samotności. Sprzedawała swoje dzieła, choć wiedziała, że nigdy nie
odłoży tyle, by się wykupić. Nikt jej nie zauważał, przynajmniej nie na
Tatooine.
Nie usłyszała tego - nie do końca. Tak, było wezwaniem, ale takim,
które się czuje. Gdzieś daleko, w galaktyce, coś na nią czekało. Nie
rozumiała tego i nie miała wiele czasu, by próbować ogarnąć to umysłem,
ale gdy śniła, słyszała pieśń, sprawiającą, że czuła się mniej samotna.
Pieśń obiecywała jej coś, co - przynajmniej przez pewien czas - będzie
należało tylko do niej. Choć "należało" to złe słowo - nie będzie
własności czy przymusu. Będą miłość, więź i rodzina. Dziewczyna nie
czuła się manipulowana, choć potęga, która powoli omotywała jej jaźń,
umykała jej pojęciu.
Wiedziała, że nic nie jest wieczne. Nawet blizny pokrywające jej plecy
mogłyby zniknąć, gdyby tylko komuś na niej zależało. Zaoferowano jej
szansę na radość, na to, by do kogoś należała - nie dlatego, że została
wykradziona, lecz dlatego, że sama tak postanowi. Szansę, by miała
kogoś, kto spoglądałby na nią i czuł miłość. A o to warto zawalczyć.
Shmi Skywalker wyciągnęła ręce ku gwiazdom i powiedziała: "Tak".
Rozdział 1
Zdarzało się to rzadko, ale Padmé Amidala nie miała pojęcia, co zrobić.
Zawsze utrzymywała coś w tajemnicy, ale ta była inna. Zazwyczaj dzieliła
się sekretami z pozostałymi dziewczętami, które pomagały je zachować.
Tworzyły nie tylko grono powiernic, wspólnie knuły i snuły intrygi. Ale
teraz czuła się osamotniona.
Ciche buczenie dobiegające z rogu pomieszczenia przypominało jej, że nie
ma racji, a przynajmniej nie do końca. Dzieli tajemnicę z innymi
istotami, choć nie było ich znów tak wiele. Szkopuł w tym, że żadna z nich nie mogła jej teraz pomóc. A przynajmniej tak jej się zdawało. Nie
zaszkodzi spytać.
- Tak sobie myślę, że pewnie nie znasz się na krawiectwie? - rzuciła do
małej niebieskiej jednostki R2.
Droid obrócił kopułką i zapiszczał nieco bardziej smutno, niż wymagała
tego sytuacja. Padmé i tak mu podziękowała. Nie było powodu, by
zachowywała się niegrzecznie.
Wróciła do materiału spoczywającego na jej kolanach. Nie wystarczy go na
całą nową suknię, ale przecież nie oczekiwała tego. Znajdował się w jej
rodzinie od kilku pokoleń. Każda osoba dostawała po kawałku, by
uwzględnić go w ubiorze ślubnym. Jej siostra, która postanowiła nie
wiązać się węzłem małżeńskim, skorzystała z własnego przydziału, by
uszyć ubrania dla córek - chciała w ten sposób powitać je w rodzinie.
Trochę bolało ją to, że zajmuje się tym sama. Anakin tego nie rozumiał,
ale tak naprawdę nie mogła przecież oczekiwać, że zrozumie. Pewnie,
pojmował ideę rodziny i chęć podtrzymania tradycji. To ubrania sprawiały
mu kłopot. Jednak doceniała i to, że jej współczuł i zaoferował odrobinę
czasu i miejsca, by sama znalazła rozwiązanie. W końcu nieco im się
śpieszyło.
R2-D2 znów zaświergotał, a gdy zwrócił na siebie jej uwagę, wyświetlił w powietrzu holowizerunek: znane Padmé dzieło sztuki, jedno z okien pałacu
w Theed, którego szyba została wymieniona po bitwie o Naboo. Ten witraż
przedstawiał ją samą, gdy była królową, otoczoną przez dwórki w pomarańczowych szatach. W mig pojęła sugestię.
- Nie mogę, Artoo - wyjaśniła. Wypowiadane słowa sprawiły jej niemal
fizyczny ból. - To, co robimy, musi pozostać tajemnicą. Nie mogę ich w to angażować.
Holowizerunek zamienił się w zdjęcie z HoloNetu, wykonane przed
dziesięcioma laty podczas ceremonii zwycięstwa. Królowa Amidala stała w białej szacie obok przywódcy Gungan, Bossa Nassa, otoczona przez
członków własnego dworu. R2-D2 przybliżył konkretną osobę i pisnął
zachęcająco.
- No nie wiem, Artoo - odparła. - Nie wydaje mi się to sprawiedliwe, by
prosić o pomoc i nie zdradzać żadnych szczegółów.
Droid wydał dźwięk, który jakimś cudem skojarzył się jej ze wzruszeniem
ramion, i obraz zniknął.
Padmé rozważyła propozycję. Tym razem nie prosiłaby o pomoc jako królowa
czy senatorka. To by było normalne i łatwe. Prosiłaby o pomoc jako
Padmé, a to z jakiegoś powodu wszystko utrudniało i komplikowało.
Myślała, że wie, gdzie przebiegają granice, ale rzadko kiedy je
testowała. Nie potrafiła za bardzo prosić dziewczyn o pomoc po
przyjacielsku. Zbyt długo ze sobą pracowały.
Ale w końcu się przyjaźniły. Z dwórkami - obecnymi i byłymi - łączyła ją
więź tak mocna, że zajmowała sporą część jej serca. Opłakiwała Cordé i Versé, a jednocześnie radowała się sukcesami, jakie stały się udziałem
reszty dziewcząt poza jej strefą wpływu. Z pewnością teraz ona sama, po
prostu Padmé, może poprosić o taką przysługę.
Decyzja została podjęta. Złożyła materiał, by się o niego nie potknąć,
wstała i ruszyła ku stanowisku łączności.
Saché przesłała wiadomość przed kilkoma godzinami. Przekazała, iż nie
wróci do domu o rozsądnej porze i aby na nią nie czekać. Yané uznała, że
to może i lepiej. Ich łóżko było pełne śpiących dzieci. Cztery dni temu
w jednym ze wschodnich regionów mniejszego kontynentu Naboo zeszła
lawina błotna, która zniszczyła większą część wioski. Przetrwało jedynie
ośmioro dzieci, podczas katastrofy znajdujących się w szkolnym
transporcie. Gdy Saché i pozostali przedstawiciele rządu pracowali na
rzecz stabilizacji osuwiska i oszacowania pełnego zakresu szkód, Yané
udostępniła swój dom ocalałym maluchom.
Od tamtej pory inni członkowie rodziny przyjęli do siebie czworo z nich,
ale wyglądało na to, że pozostali, kuzynostwo, stracili wszystkich
krewnych. Yané robiła, co mogła, by czuli się bezpiecznie i mile
widziani, ale wiedziała, że niełatwo uporać się z taką traumą. Jeśli
wszyscy chcieli spać wspólnie w łóżku, które dzieliła z Saché, droga
wolna. Pomieściło je wszystkie.
Jak zwykle, gdy miała czas dla siebie, Yané zasiadła przy krośnie.
Obecnie nie pozostawało jej wiele wolnych chwil na tkanie, choć nadal
robiła większość ubrań dzieci, a także własnych i Saché. Zawsze miło
było wrócić do początków własnej przygody z tą sztuką, więc niemal
zignorowała stanowisko łączności, gdy domagało się jej uwagi natarczywym
dźwiękiem, ale zdrowy rozsądek zwyciężył. Gdy zobaczyła, kto dzwoni, aż
zadrżała z ekscytacji.
- Pani senator! - zawołała, gdy zmaterializowała się przed nią Padmé. -
Czemu zawdzięczam tę przy-jemność?!
Wiedziała, rzecz jasna, że Padmé przebywa na Naboo. Pojawiła się na
planecie po tym incydencie na Geo-nosis i udała bezpośrednio do
rezydencji nad jeziorem. Poprosiła, by nikt jej nie przeszkadzał. Według
raportów Saché wojna eskalowała i Naboo niemal z pewnością miało wziąć w niej udział, ale trafiały do nich strzępki informacji. Jednak Yané
ucieszyła się na widok Padmé.
- Cześć, Yané - powiedziała senatorka. - Przepraszam, że dzwonię o tak
późnej porze. Liczyłam na to, że odbierzesz.
- Doskonałe wyczucie czasu - oświadczyła Yané. - Saché nadal jest w pracy, próbuje się uporać z tamtą lawiną błotną, a ocalałe dzieci śpią w naszym łóżku. Jestem całkowicie do twojej dyspozycji.
- Oj - mruknęła Padmé. - Przepraszam. Zupełnie wypadła mi z głowy
lawina. Masz wszystko, czego potrzebujecie, by poradzić sobie z dodatkowymi dziećmi? Pewnie jesteś strasznie zajęta.
- Masz wiele innych zmartwień - pocieszyła ją Yané. - Ja zresztą też,
szczerze mówiąc, ale w tej chwili przyda mi się odskocznia. To o czym
chciałaś porozmawiać?
Padmé zawahała się i w tej chwili Yané zrozumiała, że chodzi o osobistą
przysługę. Gdyby chodziło o coś związanego z pracą, od razu zdradziłaby
powód rozmowy.
- Chciałabym się ciebie poradzić w kwestii sukni - przyznała wreszcie
Padmé.
Yané natychmiast rozpoznała materiał - a raczej jego funkcję, jeśli
nawet nie formę. Miał stać się częścią sukni ślubnej. Sukni ślubnej
Padmé. Wiadomość spadła na nią jak grom z jasnego nieba, ale teraz, gdy
Padmé tyle czasu spędzała poza Naboo, nic dziwnego, że robiła rzeczy,
których Yané nie była świadoma.
Ale nadal ją to bolało. Pozwoliła, by uczucie to choć w części pojawiło
się na jej twarzy, i zobaczyła, że Padmé je rozpoznała. Nie musiały się
porozumiewać słowami. Wystarczyło.
- Powinnaś zrobić z niego welon - powiedziała Yané, przechodząc do
rzeczy, skoro obie już oczyściły atmosferę. - Zgodnie z modą sprzed
kilku lat większość dziewczyn wykorzystywała materiał na tren lub
szarfę, ale myślę, że w twoim przypadku większe wrażenie zrobi welon.
Yané sama skorzystała z własnego materiału ślubnego zarówno na potrzeby
trenu, jak i szarfy, ponieważ w projekcie uwzględniła też materiał
Saché. Strój ślubny Saché przypominał jej własny pod każdym względem,
tyle że zamiast spódnicy miał spodnie, które lubiła nosić młodsza
dwórka. Ale tamten ślub odbył się niemal dwa lata temu.
- Ma to sens - oceniła Padmé. - I w takim zakresie z szyciem poradzę
sobie sama. A masz jakieś sugestie, jeśli chodzi o samą suknię?
Yané przyjrzała się uważnie materiałowi w dłoniach rozmówczyni, a potem
powiodła wzrokiem po podłodze, ku własnemu krosnu. Padmé zasługiwała na
coś więcej niż na suknię skleconą z losowych kawałków materiału.
Zasługiwała na suknię wykonaną rękoma przyjaciółki. Przyjaciółki, która
zdąży, o ile wyciągnie mechaniczne krosna i wyżłopie cały dzbanuszek
kafu. W końcu tego wieczoru Saché i tak nie wracała do domu.
- Zajmę się nią - oznajmiła.
Gdy Padmé się uśmiechnęła, jej twarz całkowicie zmieniła wyraz. Nie był
to uśmiech królowej czy senatorki, lecz ten osobisty. Dawna dwórka
widywała go tak rzadko, że ceniła go jak skarb. Nie wiedziała, co
takiego planuje Padmé, ale jej przyjaciółka sprawiała wrażenie
szczęśliwej, a Yané nie mogła zaprzeczyć, że szczęście Padmé było jedną
z jej najulubieńszych rzeczy na świecie. Wynagradzało wszystko, nawet
tajemnice, które przestały być ich udziałem, gdy dziewczyna się od nich
oddaliła.
- Dziękuję - odparła Padmé. - Z całego serca.
Nie rozmawiały długo przez holo, choć przecież chętnie poruszyłyby
jeszcze mnóstwo tematów. Musiały się zabrać do pracy.
Padmé odnalazła robota do szycia dokładnie tam, gdzie miała nadzieję go
zastać: w jednej z pracowni, którymi szczyciła się rezydencja nad
jeziorem. Willa bowiem, jak większość budynków w okolicy, była miejscem
przeznaczonym dla artystów, a ta konkretna powstała z myślą o rozwijaniu
talentów dziewcząt, zapraszanych tu całymi latami przez królową. Łagodne
światło w pomieszczeniu padało pod dobrym kątem. Padmé natychmiast
zabrała się do pracy.
Przez głowę przemknęło jej pytanie, co teraz porabia Anakin. Miała go
ponownie zobaczyć dopiero jutro pod wieczór, choć był jedyną inną żywą
osobą w rezydencji. Wiedziała, że wyczuwa jej obecność, a do tego jej
ekscytację i wątpliwości. Żywiła nadzieję, że rozumie, iż jej uczucia są
normalne. Nie każdy potrafi zapanować nad emocjami na równi z Jedi.
Pewnie medytuje lub pracuje nad C-3PO, którego należało wyczyścić przed
montażem powłoki. Droid najpierw przebywał na Tatooine, a potem trafił
na Geonosis. Pewnie ma zapiaszczone stawy.
Igła błyszczała, gdy Padmé podszywała krawędzie i modyfikowała fałdy
welonu. Wokół panowała cisza, co wydawało się dziwne. Nawet gdy nikt nie
rozmawiał, sale, w których zazwyczaj pracowała, przepełniali inni
ludzie. Zazwyczaj otaczali ją przyjaciele.
Ból związany z nieobecnością Sabé dopadł ją nagle, bez ostrzeżenia.
Tęskniła, rzecz jasna, za wszystkimi dziewczynami, ale jednak za nią
najbardziej. Nie była nawet do końca pewna, dokąd udała się jej
przyjaciółka. Nie miały okazji o tym porozmawiać, bo sama latała po
całych Zewnętrznych Rubieżach, no a potem rozpoczęła się wojna. Zabrakło
czasu. Odkąd Padmé przeniosła się na Coruscant, Sabé odbyła szereg misji
pozaplanetarnych dla senator Amidali, ale Padmé zawsze dawała jej
możliwość, by dwórka mogła rozwijać własne zainteresowania. Jednak walka
z handlem ludźmi czasami wiodła w ciemne zakątki Republiki, z których
Sabé nie zawsze mogła wysyłać wiadomości. A teraz, choć ślub Padmé
musiał pozostać tajemnicą przed całą galaktyką, tęskniła za
przyjaciółką.
Stłumiła poczucie winy i smutek, skupiając się na tym, co dobre. Była
bezpieczna. Wygrali bitwę o Geo-nosis, choć zapłacili za to wysoką cenę.
Kochał ją Anakin Skywalker.
A już jutro miała wyjść za niego za mąż.
Rozdział 2
Tym razem będzie inaczej. Sabé poprzysięgła to sobie przed laty, gdy ich
pierwsza misja na Tatooine stanęła w miejscu. Od tamtej pory nie wróciła
na planetę, ale pracowała nad rozwojem sieci kontaktów i stworzeniem
tożsamości dla siebie i kapitana Tonry, by któregoś dnia ponownie
spróbować zwrócić wolność zniewolonym mieszkańcom tego świata. Formalnie
rzecz biorąc, oboje nadal znajdowali się na liście płac senatorki z Naboo, ale ich podstawowa misja nie uległa zmianie. A ponieważ nie
dostali obecnie innych zadań, postanowiła, że najwyższa pora.
Większość mieszkańców Zewnętrznych Rubieży niespecjalnie przejmowała się
eskalującym konfliktem między separatystami a siłami Republiki. Nie
wpływał na ich codzienne życie i nie angażował ich rządów. Mieli na
głowach o wiele bardziej naglące sprawy. Jednak dla tych, którzy
zarabiali na bólu i cierpieniu - dla przemytników i przestępców - każda
wojna była doskonałą okazją, by ubijać interesy. A Sabé przybyła tu, by
za wszelką cenę temu zapobiec.
- Nazywają ją wojną klonów - odezwał się Tonra z fotela drugiego pilota.
Przez ostatnie sześć lat więcej czasu spędzili z dala od siebie niż
wspólnie. Sabé budowała sieć kontaktów, a Tonra współpracował blisko z Typhem i Mariek Panaką, chroniąc panią senator. Gdy już się spotykali,
zazwyczaj chodziło o konkretną misję pod przewodnictwem Padmé - albo to
Sabé potrzebowała wsparcia. Niemniej jego głos jak zawsze dodawał jej
otuchy. Był jej opoką. W obecnych czasach Sabé targało wiele
wątpliwości, ale nie miała ich względem Tonry.
- Kreatywnie - skwitowała.
- Musieli ją jakoś nazwać - odparł. - No bo jak inaczej nakręciliby o niej holofilmy?
- Dwie armie powielane od sztancy - stwierdziła. Pokręciła głową. - Nie
podoba mi się to. Walczący po naszej stronie mają dusze. Nie możemy ich
tak po prostu rzucać na maszyny masowej produkcji.
- Już toczy się na ten temat zagorzała debata - powiedział Tonra.
Posłała mu zdziwioną minę i uniósł dłoń w swojej obronie. - Ale się z tobą zgadzam.
Sabé spojrzała na pokładowy chronometr. Nadal miała na sobie coruscański
strój - musiała się przebrać, nim wylądują. Wyglądała w porządku jak na
osobę, która pełniła rolę doradczyni w znakomitych korytarzach Senatu
Galaktycznego, ale teraz była już kimś innym. Przekazała stery Tonrze i udała się do pomieszczenia na rufie.
Technicznie rzecz biorąc, osoba, którą odgrywała, raczej nie
dysponowałaby własną jednostką. Gdyby dopięli wszystko na ostatni guzik,
udaliby się na Tatooine publicznym promem. Ale Sabé nie chciała się
pozbywać wolności i możliwości, jakie oferował prywatny statek, więc
jakoś wplotła jego istnienie w przykrywkę.
Sabon i Arton Dakellen byli odnoszącymi umiarkowane sukcesy kupcami,
specjalizującymi się w lotach krótkodystansowych i obrocie konkretnymi
towarami o niewielkiej ilości, a dużej wartości. Z nadejściem wojny
sprzedali udziały w spółce handlowej i, by przeczekać konflikt, zajęli
się potencjalnie bardziej stabilną pracą na powierzchni. A ponieważ
frachtowiec należał wyłącznie do Sabon, zachowała go dla siebie. Teraz
udawali się wspólnie na Tatooine, gdzie miała zająć się logistyką dla
eksportera wody, a Arton - utrzymywać łańcuchy dostaw dla jednej z lokalnych kantyn. Ich statek co do zasady pozostawał do wynajęcia i choć
nie stanowiło to ich głównego źródła dochodu, nikt się nie zdziwi, jeśli
przyjdzie im nagle opuścić planetę.
Gdy ostatnim razem przybyli na Tatooine, po prostu nagle zjawili się na
miejscu. Zadawali zbyt wiele pytań. Tym razem mieli zostać członkami
lokalnej społeczności. Potrwa to dłużej i nie będą w stanie pomóc
bezpośrednio, ale Sabé w skrytości ducha wiedziała, że ten plan jest
lepszy.
Zdjęła wierzchni coruscański strój, ale została w bieliźnie. W końcu
nikt jej nie zobaczy, a z pewnością nie zamierzała rezygnować z praktycznego ubioru, który i tak był ukryty pod innymi warstwami.
Narzuciła przez głowę cienką koszulkę. Zakrywała jej ręce aż po
nadgarstki, by chronić skórę przed słońcem, ale zrobiono ją z oddychającego materiału. Włożyła spodnie z wytrzymałej, rdzawej tkaniny
z mnóstwem kieszeni na wszelkie niezbędne narzędzia. Na całość narzuciła
tunikę, pozbawioną rękawów szatę, która opadała do połowy ud, a dzięki
nacięciom po bokach nie krępowała ruchów. Miała kolor wyblakłego
pomarańczu, przez co sprawiała wrażenie nieco zakurzonej. Na koniec
owinęła się szerokim pasem, do którego potem przyczepi sakwę, manierkę i wibroostrze.
Spakowała modne coruscańskie ubrania na dno skrzyni i przykryła je
innymi, które bardziej nadawały się na Tatooine i po które miała sięgać
częściej. Teoretycznie czekało na nich mieszkanie, ale nie wiedzieli,
ile znajdą tam miejsca do przechowywania szpargałów. Włożyła buty i otworzyła bagaż Tonry. Jasne, Tonra mógł sam przygotować ubrania, ale
trudno było się jej wyzbyć dawnych przyzwyczajeń.
- Twoja kolej! - rzuciła. Wróciła do kokpitu i usiadła na swoim miejscu.
- Lada chwila wyjdziemy z nadprzestrzeni - oznajmił mężczyzna i przekazał jej stery.
Gdy się przebierał, Sabé przygotowała pozwolenia na lądowanie i dokowanie. Jego strój był w większości taki sam jak jej, tyle że w większym rozmiarze. Otwarcie nosił przy pasie blaster, nieeleganckie
czarno-szare ustrojstwo, które gdzieś zdobyli, nie pamiętała teraz
gdzie. Zasiadał już ponownie w fotelu drugiego pilota, gdy usłyszeli
szum komunikatora i głos:
- Frachtowcu Jeden Siedemnaście, tu kontrola portowa. Proszę podać cel
podróży. - Głos nie należał do droida, lecz do wyjątkowo znudzonej
osoby.
- Już przesyłam odpowiednie dokumenty - odezwała się Sabé. Najpierw
udostępniła pozwolenie na lądowanie, a po chwili - na dokowanie.
- Dziękuję, frachtowcu - odparł rozmówca. - Lądowisko numer trzydzieści
jeden.
- Dziękuję, kontrolo - rzuciła Sabé. Pracownik portu już się rozłączył,
ale była dobrze wychowana. - Zaczynamy - oznajmiła i rozpoczęła
procedurę lądowania.
- Znów - dodał Tonra, monitorując listę kontrolną drugiego pilota.
Sabé wypuściła powietrze, nieco wkurzona. Nie rozmawiali o tym, nie do
końca, ale wiedziała, że oboje nadal są nieco przewrażliwieni na temat
tego, jak im poszło ostatnim razem. Kompletnie się zdemaskowali i ledwie
uratowali sytuację, opłacając transport niewolników z własnej kieszeni.
Natychmiast wyzwolili "towar" i zabrali go na Karlinusa, planetę zawsze
poszukującą pracowników i dobrze im płacącą, ale nie był to sukces, o jaki chodziło Sabé. A nic tak jej nie denerwowało jak porażki i sprawy,
których nie doprowadziła do końca.
- Cieszę się, że ze mną poleciałeś - powiedziała. - Wiem, że mogłeś
pełnić służbę na Coruscant wraz z innymi gwardzistami, zresztą
dochrapałeś się takiego stopnia, że gdybyś tylko chciał, pewnie mógłbyś
podjąć pracę w pałacu w Theed.
- Przecież ciebie też mogłoby tu nie być - przypomniał jej Tonra. -
Jesteśmy tu oboje, bo dawniej pokpiliśmy sprawy i chcemy spróbować
ponownie.
- A teraz jesteśmy sprytniejsi - dodała.
- Mądrzejsi - poprawił łagodnie. - Nie jestem pewny, czy galaktyka by
cię zniosła, gdybyś stała się jeszcze sprytniejsza.
Sabé zaśmiała się i obniżyła pułap nad Mos Eisley. Miasto nie zmieniło
się na lepsze, odkąd widziała je po raz ostatni. Pod nimi rozpościerały
się niskie białawobrązowe budynki. Nie dostrzegali wielu śladów
infrastruktury publicznej. Zdawało się, że uliczki wytyczone są na
chybił trafił, a do tego nie mają ustalonej szerokości. Zewsząd zwisały
kable i zbiorniki wodne. Sabé wiedziała, że to niemożliwe, biorąc pod
uwagę cyrkulatory powietrza na pokładzie, ale odnosiła wrażenie, iż już
to czuje: gorąco, piach i ludzki zgiełk.
Tonra pochylił się w jej stronę i delikatnie złożył swoją dłoń na jej
ramieniu. Nie była sama. Wspólnie osadzili statek na platformie
lądowiska.
Lista osób, którą dysponowała Dormé, okazała się bardzo krótka. Nie do
końca wiedziała, jak długo Padmé zamierzała pozostać na Naboo, a co
więcej, wcale nie chciała wiedzieć, co tam knuje - miała na głowie
własne obowiązki. To, że musiała kimś zastąpić własne koleżanki,
wydawało się dość makabryczne, ale ktoś musiał się tym zająć. Cordé i Versé nie żyły, a sama nie mogła się rozdwoić lub roztroić. Potrzebowały
więcej dwórek.
- Moim zdaniem tym razem powinno być inaczej - oceniła Padmé. Dormé
wracała do Theed z Typhem. Padmé już wylądowała i odleciała do Krainy
Jezior. - Gdy was wprowadzaliśmy, szukaliśmy konkretnych umiejętności. A za pierwszym razem szukaliśmy sobowtórek i przyjaciółek. Myślę, że tym
razem bardziej będą mi potrzebne...
Zawiesiła głos, ale Dormé wiedziała, do czego zmierza. I nie przemawiał
przez nią jedynie żal za utraconymi przyjaciółkami. Myślała praktycznie.
- Potrzebne ci doradczynie senatorskie - powiedziała. - Dwórki, które w zasadzie będą robić to, czego oczekuje się od faktycznych dwórek. Nie
będą tak wszechstronnie uzdolnione jak niektóre dziewczyny z poprzednich
zespołów, ale tak, możemy znaleźć lojalne kandydatki, które chętnie
podejmą taką służbę.
- Ale czy na pewno mamy prawo je o to prosić? - zamyśliła się Padmé.
Służba bez przyjaźni wydawała się jej czymś chłodnym. - Wam zaoferowałam
w zamian o wiele więcej. Starałam się być dostępna, a do tego sama praca
była wyzwaniem.
- Nie będą zdawały sobie z tego sprawy, pani senator - zauważyła Dormé.
- No i nadal będziesz miała mnie.
- Wobec tego powierzam to zadanie tobie - postanowiła Padmé. - Dziękuję.
- Do usług - odparła cicho Dormé i połączenie zostało przerwane.
A teraz siedziała nad listą imion i nazwisk. Była zadowolona z przebiegu
rozmów kwalifikacyjnych. Cóż, dwórki cieszyły się legendarną reputacją.
Wszyscy wiedzieli, iż do grupy tej należą jedynie najlepsze z najlepszych, nikt nie orientował się do końca, czym się zajmują, a większość osób nie sądziła, że kiedykolwiek się tego dowie. Trzy z kandydatek ewidentnie lepiej nadawały się do życia na dworze w Theed.
Dormé już wysłała im uprzejme wiadomości o swojej decyzji - wraz z listami polecającymi do pałacu. Czwarte kandydato okazało się do niej
zbyt podobne pod względem umiejętności, biorąc pod uwagę, kogo teraz
potrzebowała Padmé. Jeszcze trzy miesiące wcześniej byłoby idealne.
Przesłała mu namiary na Saché, na wypadek gdyby ta kogoś szukała.
Pozostały dwie dziewczyny. Polubiła je już gdy z nimi rozmawiała i była
zadowolona, że obie wróciły na rozmowę uzupełniającą. Wiedziały, że
potencjalnie zastąpią dwórki, które zginęły. Nie miałaby pretensji,
gdyby postanowiły się wycofać.
- Pani senator bardzo chce was poznać - powiedziała, gdy obie podpisały
kontrakty. - Jej harmonogram bywa nieco nieprzewidywalny, ale obecnie
spędza czas z rodziną, więc macie chwilę, by wrócić do domu i przygotować się do odlotu z Naboo. Radzę wam dobrze - nie zabierajcie za
dużo rzeczy osobistych. Wszystko wam zapewnimy, a łatwiej podróżować bez
bagażu.
Obie dziewczyny przytaknęły i wymieniły się spojrzeniami. Dormé
postanowiła zaczekać, aż same się odezwą.
- A co z naszymi imionami? - spytała wreszcie Elleen.
Dormé poczuła się mile zaskoczona. Nie istniała żadna zasada głosząca,
że dwórki muszą zmieniać imiona. Nie planowała poruszać tematu, ale to,
że same o to spytały, dobrze wróżyło na przyszłość. Już teraz na Naboo
na cześć Padmé nadawano dzieciom imiona kończące się na "é". Była to
tylko moda, podobnie jak szaty z kapturami na królewskim dworze, ale i tak stanowiła część spuścizny Amidali.
- Jesteśmy z Naboo - odparła Dormé. - Będę się do was zwracała tak, jak
tylko sobie tego życzycie.
- To ja będę Ellé - oznajmiła rozmówczyni. Najwyraźniej już o tym
myślała. Dormé spojrzała na drugą z dziewczyn.
- Moteé - powiedziała tamta. Nie to, że była nieśmiała - po prostu
wolała, by mówili inni, skoro i tak mieli się odezwać.
- Zmienię w dokumentach - obiecała Dormé. - Mam przyjemność powitać was
w naszym gronie w imieniu senator Padmé Amidali.
Nowe dwórki oddaliły się, a Dormé przesłała dokumenty Padmé, by ta mogła
się z nimi zapoznać. Nie otrzymała odpowiedzi, ale też się jej nie
spodziewała. Póki nie wiedziała, czym zajmuje się Padmé, ta nie spyta o jej opinię, która zresztą była jej prywatną sprawą. Padmé i tak się jej
z czasem zwierzy. Tak to działało.
Cichy dźwięk zapowiedział nowe połączenie. Dormé uśmiechnęła się: to
odzywał się Typho.
- Już skończyłaś? - spytał, gdy pojawiła się przed nią holograficzna
twarz mężczyzny. Zawsze cieszyła się na jego widok, nawet gdy był
niebieski i półprzezroczysty.
- Tak - potwierdziła. - Wrócimy na Coruscant w pełnym składzie.
- Doskonale - ucieszył się. - Zarezerwowałem stolik w tamtej knajpce z makaronem, dla której Eirtaé namnaża glony. Chcesz wszamać nieco sztuki?
Dormé zaśmiała się i odparła, że z wielką przyjemnością. Miała ważną
pracę, która dawała jej ogromną satysfakcję, ale czasami miło było
wrócić do domu.
Rozdział 3
Saché w pełni się spodziewała, że po powrocie do pracy będzie czekał ją
dzień wypełniony debatami i dyskusjami - w końcu nabooańska legislatura
pracowała w pocie czoła, by uporać się ze skutkami lawiny błotnej na
drugim kontynencie. Wiedziała, że dzięki Yané najważniejsze problemy w większości zostały ogarnięte: ocaleni znaleźli się w bezpiecznym
miejscu, gdzie otoczono ich opieką. A teraz przyszła pora na resztę -
mieli ocenić skalę zniszczeń i zrobić, co w ich mocy, by takie
nieszczęście już nigdy się nie powtórzyło.
Zajęło im to kilka godzin, ale zgromadzeni w rozsądnym tempie omawiali
kolejne punkty z listy. Na miejsce katastrofy i na okoliczne obszary
wysłano zespoły badaczy. Wezwano inżynierów, by ci opracowali nowe
mechanizmy zabezpieczające. Konsultowano z rolnikami najlepsze metody
prowadzenia upraw tarasowych na wzgórzach. Z funduszu medycznego
przeznaczono środki na osierocone dzieci, by zapewnić im opiekę, gdyby
potrzebowały poważniejszej pomocy lekarskiej. Choć tego dnia obrady
poświęcono tragedii, obyło się bez niej na sali plenarnej. Doprowadzili
wszystkie kwestie do końca i wyjątkowo prawie nikt nie zbaczał z tematu
i nie próbował manipulować rozmowami dla własnej korzyści. Mieli już
zamknąć posiedzenie, gdy nagle z miejsca zerwał się młody przedstawiciel
z Theed. Udzielono mu głosu.
- Drodzy zgromadzeni, wiem, że za nami długi dzień - zaczął. Saché
przygotowała się na "ale". - Ale teraz, gdy już uporaliśmy się z kryzysem na własnej planecie, mam wrażenie, że powinniśmy się przyjrzeć
sytuacji w galaktyce.
W sali rozległy się głośne pomruki. Wszyscy wiedzieli, że to ważny
temat, ale było już późno, a przecież i tak nie mogli niczego zdziałać
do kolejnego dnia.
- Wiem, wiem, przyjaciele - ciągnął młody mężczyzna. - Ale już tu
jesteśmy, a poinformowano mnie o pewnej istotnej kwestii, która wpływa
nie tylko na Naboo, ale na cały sektor Chommell.
To stwierdzenie przyciągnęło uwagę Saché. Stosunki z pozostałymi
planetami sektora były serdeczne, ale nie rozwijały się tak dobrze, jak
królowa Amidala spodziewała się po zakończeniu swoich rządów.
- W obliczu wojny klonów... - dodał młodzieniec. Można było odnieść
wrażenie, że wypowiada te słowa po raz pierwszy i sprawdza, czy gładko
leżą na języku. - ...zwracam się o radę do zawodowego wojskowego, by ten
przemówił przed tą izbą. Przekazuję głos kapitanowi Quarshowi Panace.
Teraz w sali zapanował gwar. Obecnie Quarsh Panaka rzadko pokazywał się
publicznie. Jego wezwania do dalszych zbrojeń zostały niemal całkowicie
odrzucone po ukończeniu budowy impulsu jonowego, a sam kapitan stracił
większość reputacji, jaką cieszył się na dworze. Jednak nadal miał
przyjaciół w legislaturze. Ilekroć chciał przemawiać oficjalnie,
chodziło o coś ważnego. Saché skorzystała z poruszenia w izbie, by
skontaktować się z Yané i poinformować ją, by na nią nie czekała.
Panaka wyszedł na środek sali. Znajdowali się w odeonie, na tyle małym,
że głos mówiącego docierał wszędzie bez konieczności wspomagania się
technologią. Jego słowa miały wybrzmieć głośno i wyraźnie - o ile
kapitan nie zacznie się przechadzać tam i z powrotem.
- Drodzy legislatorzy - zaczął. - Nie zamierzam przetrzymywać was tu bez
dobrego powodu, ale ponieważ rozpoczęła się wojna klonów, pojawiły się
kwestie, którym Naboo musi stawić czoła.
Wśród zgromadzonych rozległ się szum, zdradzający umiarkowaną niechęć,
ale wszyscy byli zbyt uprzejmi, by jawnie sprzeciwić się jego słowom.
- Na państwa ekranach w tej chwili wyświetla się kopia dawnego traktatu,
niegdyś przegłosowanego w murach tego gmachu - dodał Panaka. Saché
spojrzała na wyświetlacz i zaczęła czytać, dzieląc uwagę między tekst a przemowę. - Jak państwo widzą, pochodzi z czasów, gdy mieszkańcy Naboo
zaczęli zasiedlać inne planety sektora. W ramach umowy koloniści
podpisali zobowiązanie, które pozostaje w mocy po dziś dzień.
- Po prostu proszę nam zreferować jego treść, kapitanie. - Gubernator
Bibble wyraźnie tracił cierpliwość.
- Oczywiście, gubernatorze - odparł Panaka. - W zamian za pożyczkę
udzieloną przez Naboo na pokrycie kosztów osiedlenia koloniści zgodzili
się w nadzwyczajnych okolicznościach dostarczać naszemu światu pewne
surowce. Nie powołaliśmy się na ten zapis podczas Okupacji, bo nie
mieliśmy na to czasu, ale mogliśmy. Byliby prawnie zobowiązani udzielić
nam pomocy w takim zakresie, jaki uznalibyśmy za stosowny.
Zapadła grobowa cisza. Saché oparła się na przycisku sygnalizującym chęć
zabrania głosu tak mocno, że miała wrażenie, iż go popsuje.
- Legislatorko Saché? - Droid protokolarny zezwolił jej przemówić.
- Gubernatorze - zaczęła i podniosła się z miejsca. - Kapitanie, czy
wszystkie zapisy traktatu są równie niejednoznaczne?
- Obawiam się, że tak. - Nie zwrócił się do niej tytułem, ale jego twarz
nieco złagodniała, gdy do niej mówił, choć jego wzrok zawisł na
bliznach, przed którymi nie był w stanie jej uchronić. Nawet teraz, choć
minęło tyle czasu, nie pojmował do końca, co takiego udało mu się
stworzyć. - Naboo ma prawo upomnieć się o spłatę długu, o ile kolonie są
stabilne gospodarczo - a przecież teraz już są.
- A czy planety sektora o tym wiedzą? - spytała.
- Wiedzą, szanowni państwo - odparł. Panaka odwrócił się od niej, by
przemówić do całego gremium. - Musimy ostrożnie rozważyć kolejne kroki.
Już wkrótce tak czy inaczej wojna do nas dotrze. Naboo ma reputację
planety udzielającej wsparcia. Jeśli będziemy dysponować potencjałem
wszystkich światów sektora Chommell, wpłynie to na nasze podejście do
dystrybucji środków w nadchodzących dniach.
- A jeśli inne planety nie radzą sobie równie skutecznie? - Wyglądało na
to, że Saché nadal dysponuje głosem, choć nie była jedyną osobą, która
wykrzyczała to pytanie w różnych wariantach.
- Właśnie dlatego przedkładam tę kwestię na forum - stwierdził Panaka.
- Dziękuję, kapitanie - odparł Bibble. - Proszę zająć miejsca. Czekam na
propozycje dalszych kroków.
Saché nie próbowała się odezwać. Ktoś inny wstał i wniósł o czterdziestominutową przerwę, by mogli się zapoznać z ustawą i zebrać
myśli - i coś zjeść, choć ten ostatni postulat nie padł wprost. Bibble
udzielił zgody. Nim Saché wróciła do gabinetu, czekało na nią dziewięć
wiadomości od sojuszników i trzy od zwyczajowych przeciwników -
wszystkie z pytaniem, co zamierza zrobić. Przez dziesięć minut
ignorowała wszystko.
Wszyscy pamiętali Okupację. Pamiętali, jak skończyła im się żywność, a potem, ponieważ zadbała już o to sama Federacja Handlowa, nie mieli jak
dystrybuować tej resztki, która im została. Większość z nich przeszła
przez jeden z obozów. Ale tylko Saché była torturowana.
Rzadko dręczyły ją wspomnienia tamtego przerażającego doświadczenia
sprzed lat. Zazwyczaj nawiedzały ją w koszmarach i Yané koiła ją do snu.
I tyle. Czasami, gdy ktoś znienacka wspominał o Okupacji, nagle traciła
dech, a wtedy ból ze wspomnień stawał się namacalny. Jednak teraz nie
znajdowała się w żadnej z tych sytuacji. Przypominała sobie, ale myśl o tym nie pochłaniała jej bez reszty. Był to ogień, który potrafiła
okiełznać.
Zaczerpnęła głęboko powietrza i spojrzała w lusterko, wyjęte z szuflady
biurka. Rabé przygotowała dla niej dwie wersje tego samego makijażu.
Jedna miała zakamuflować blizny i wygładzić skórę. Prawie nigdy się na
nią nie decydowała. Drugi makijaż, robiony niemal codziennie, podkreślał
różnice między jej bladą skórą a drażniącą czerwienią blizn. Zasłużyła
na nie i bardzo ją bolały, więc dziś zamierzała zrobić z nich użytek.
Gdy przemówi, wszyscy ją zobaczą - i będą wiedzieć.
Po dwóch kwadransach wróciła na salę plenarną, wezwana jak pozostali
przez dźwięk dzwonka. Wieczór ciągnął się, gdy legislatorzy przemawiali
i tworzyły się frakcje. Panaka nie zabrał ponownie głosu, ale przez cały
czas pozostawał na miejscu. Saché zastanawiała się, jak to się stało, że
wszedł w posiadanie informacji, które w tak ważnej chwili mogły się
okazać kluczowe. Nie sprawiał wrażenia osoby szperającej w archiwalnych
dokumentach planety dla czystej przyjemności. Ale ponieważ trwała wojna,
możliwe, że szukał sposobu, by wrócić do łask królowej. W końcu zawsze
przyświecało mu dobro Naboo, nawet jeśli nigdy się z nikim nie zgadzał,
jak się do niego przyczynić.
Wtem udzielono głosu Saché. Wstała, by przemówić przed gremium. Nie
podzieliła się swoimi przypuszczeniami - nie pora na to. Przyszedł czas
na przenikliwe pytania, nie na wzbudzanie wątpliwości. A jeśli nikt nie
zrozumie, do czego zmierza, zawsze może potem zagrać w otwarte karty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki