Rozdział 1
Rozdział 1
Nie ma emocji - jest spokój.
Nie ma ignorancji - jest wiedza.
Nie ma pasji - jest równowaga.
Nie ma chaosu - jest harmonia.
Qui-Gonowi Jinnowi przemknęło przez myśl, że
ten, kto napisał kodeks Jedi, zapewne nigdy nie miał do czynienia z Huttami.
Biegł przez kamienny korytarz w kompleksie pałacowym Huttów, a odgłosy
wystrzałów z blasterów odbijały się za nim echem od ścian. Czerwone
błyski rozświetlały mrok niczym błyskawice. Ci, którzy go ścigali,
niebawem miną zakręt i nic już nie będzie im przeszkadzało w strzelaniu
prosto do niego, co oznaczało, że powinien jak najszybciej dać nura w jakieś drzwi.
- Obi-Wan! - zawołał. - W lewo!
- Tak, mistrzu - wysapał Obi-Wan, który biegł kilka kroków za Qui-Gonem.
"Jak to, już się zmęczył?" - zdziwił się Qui-Gon, gdy zbiegali po
długich schodach, które powinny prowadzić do zewnętrznej,
nowocześniejszej części zespołu pałacowego. Ich ucieczka do tej pory
objęła tylko trzyminutowy sprint... a, i oczywiście wspinaczkę na
dwudziestometrową ścianę. Ale przy wejściu w odpowiedni stan medytacyjny
nie powinno to nikomu sprawiać większych trudności.
"Obi-Wan nie opanował dobrze medytacji bitewnej - uświadomił sobie
Qui-Gon. Kroki jego padawana dudniły za nim głośno na schodach. - W jego
wieku umiałem już...".
Qui-Gon powstrzymał się od dokończenia tej myśli. Porównywanie własnego
szkolenia i szkolenia jego ucznia nie prowadziło do niczego
konstruktywnego. Każdego prowadziła do Mocy inna droga. A on powinien
się skupić na tej, która pozwoli im uciec z tego miejsca.
Otaczającą ich ciemność rozjaśnił nagle promień wpadający przez otwarte
drzwi. Qui-Gon dobył miecza i zapalił go, oświetlając klatkę schodową.
Obi-Wan uczynił to samo sekundę później - dokładnie w chwili, kiedy
dotarli do wielkiego, bardzo zatłoczonego pomieszczenia.
A konkretnie do jednej z huttyjskich palarni przyprawy.
W powietrzu, niczym mgła, unosił się ciężki, słodki dym. Na platformach,
lewitujących na różnej wysokości nad oszołomionymi przyprawą bywalcami
tego przybytku, grali muzycy. Na złoconym podium spoczywał Wanbo Hutt,
który zaciągał się dymem tak łapczywie, że wypełniał nim natychmiast
troje swoich płuc. Nikt nie był na tyle przytomny, by zorientować się od
razu, że w sali pojawiło się dwóch rycerzy Jedi.
Miecze świetlne zwykle jednak zwracały uwagę.
- Apa hoohah gardo! - wychrypiał Wanbo, gestykulując niemrawo ogonem.
Jeden z jego gamorreańskich strażników zakwiczał i kołyszącym się
krokiem podbiegł, by zagrodzić im drogę u dołu schodów. Nie zrobiło to
na Qui-Gonie większego wrażenia. Niepokoił go za to ciężki tupot kilku
strażników rasy ludzkiej, którzy zbiegali po schodach za nimi. Nie
podobali mu się również dwaj inni Gamorreanie przy drzwiach.
- Skacz! - zawołał Qui-Gon i sam odbił się, lądując na drugim końcu
sali, na jednej z platform dla muzyków, zajętej właśnie przez sekcję
dętą. Kitonakowie szarpnęli się w przestrachu do tyłu i członkini
zespołu spadła ze skraju podestu na brudną, zasłaną poduszkami podłogę,
otaczającą podium z Huttem. Wylądowała na Trandoshaninie, który zasyczał
z oburzeniem, ale większość oszołomionych klientów w ogóle niczego nie
zauważyła.
Qui-Gon obejrzał się za siebie. Obi-Wan skoczył na platformę, na której
jakiś Shawda Ubb grał na harmonijce growdi. Okazało się niestety, że
muzyk jest ulepiony z twardszej gliny. Grając wciąż dwiema kończynami na
instrumencie, zadał Obi-Wanowi cios trzecią, a potem jeszcze na niego
splunął.
"Jad!" - przeraził się Qui-Gon. Obi-Wan jednak bez trudu uchylił się
przed trującą substancją. Miał znakomity refleks. Nawet jeśli nie
potrafił zachować zimnej krwi podczas walki, nie brakowało mu właściwych
odruchów.
Kiedy na schodach pojawili się kolejni strażnicy - tym razem ludzie,
Qui-Gon krzyknął:
- Zajmij się tymi drzwiami!
A potem nacisnął nogą pedał sterujący platformą, żeby popędziła w kierunku strażników. Pośrodku chaosu przywołał do siebie głęboki spokój,
duszę wszechświata, która zawsze słuchała, zawsze odpowiadała.
Nie myśląc ani nie celując świadomie, Qui-Gon wzniósł miecz świetlny,
kierując go w górę, w dół, w bok - blokując każdą blasterową wiązkę.
Strzelali coraz szybciej, ale nie miało to znaczenia. Wyczuwał ich
zamiary z wyprzedzeniem. Jego spokoju nie podzielali kitonaccy muzycy -
wszyscy dali drapaka z platformy. I dobrze, bo dzięki temu mógł się
skupić tylko na bezpieczeństwie swoim i swojego padawana. Choć
oczywiście Obi-Wan umiał sam o siebie zadbać.
Czy raczej tak się Qui-Gonowi wydawało przez jeszcze dwie sekundy, zanim
Obi-Wan zeskoczył przy panelu sterowania drzwiami i wbił weń miecz
świetlny. Gorąco stopiło obwody.
"A niech to!" - syknął w myśli Qui-Gon.
- Chodziło mi o to, żebyś zajął się strażnikami przy drzwiach! -
zawołał.
- Mogłeś tak powiedzieć wcześniej, mistrzu! - odkrzyknął Obi-Wan.
Prawda. Ale... że też zawsze trzeba mu było udzielać konkretnych
wskazówek! Czy naprawdę musiał myśleć tak dosłownie? A tymczasem dwaj
Gamorreanie nadal zagradzali im najlepszą drogę ucieczki. Co gorsza,
zniszczony panel - jak się okazało - służył do sterowania nie tylko
drzwiami, ale i lewitującymi platformami, które nagle przestały się
zachowywać przewidywalnie. Qui-Gon zachwiał się, bo powierzchnia pod
jego stopami przechyliła się ostro w lewo, ale zaraz odzyskał równowagę,
choć dość niepewną. Wiązka z blastera przeleciała tuż obok niego,
wyrywając dymiący kawał ściany. Niecelny strzał - ale i tak o jeden za
dużo.
"Nie ma czasu na gdybanie - powiedział sobie Qui-Gon. - Nie ma
przeszłości ani przyszłości. Liczy się tylko chwila obecna".
Tymczasem Obi-Wan raczej nie starał się zapanować nad emocjami.
Wyglądał, jakby spokój ducha był dla niego czymś bardzo odległym.
Zeskoczył z platformy tuż przed tym, jak z głośnym trzaskiem rąbnęła w ścianę razem z Shawdą Ubbem i harmonijką growdi, a potem zręcznie
przeciął topór jednego z Gamorrean i odciął rękę drugiemu - na ten widok
pierwszy umknął, kwicząc z przerażeniem.
Dopiero to przebiło się przez opary przyprawy i głupoty do świadomości
Wanbo Hutta.
- Hopa! Kickeeyuna Jedi killee! - wrzasnął.
Gamorreanie z tupotem zaczęli zbiegać ze schodów, zamierzając zapewne
pojmać Qui-Gona, kiedy wreszcie spadnie z przechylającej się platformy.
- Mistrzu?! - zawołał Obi-Wan. - Wszystko w porządku?
- Jeśli zdołasz, znajdź nam statek!
Obi-Wan skinął głową i wybiegł z palarni przyprawy w sam środek
labiryntu korytarzy huttyjskiego pałacu.
Qui-Gon złapał za brzeg platformy, która znów skierowała się w stronę
Wanbo. Kilkoro klientów na dole zaczęło chichotać. Jedi trzymający się
kurczowo podestu dla muzyków stanowił widocznie zabawne widowisko.
"Niech się śmieją. Lepiej, żeby nie zwracali uwagi na to, co się
naprawdę dzieje" - pomyślał, włączając lokalizator przy pasie.
Dysk, na którym stał, podleciał do innej, bardziej stabilnej platformy,
unoszącej się metr niżej. Kulił się na niej Kitonak, zasłaniając sobie
głowę rogiem kloo. Qui-Gon przeskoczył do niego. Znajdował się teraz
mniej więcej na środku sali. Złapawszy równowagę, będzie mógł teraz
skoczyć dalej, do góry i w dół...
Wylądował na podium za Wanbo z mieczem świetlnym o centymetry od
mięsistego gardła Hutta.
- Ap-xmai nudchan! - Wanbo próbował się odwrócić, co dla Hutta
stanowiło wyczyn co niemiara, ale Qui-Gon przysunął miecz jeszcze bliżej
do jego szyi. Gorąco emitowane przez klingę musiało być odczuwalne nawet
przez tak grubą skórę, bo Wanbo natychmiast znieruchomiał. Zamarli
również strażnicy, zarówno ludzie, jak i Gamorreanie. Większość
uzależnionych od przyprawy usiadła - wreszcie zainteresowało ich to, co
się działo, choć co najmniej jedna z kobiet na podłodze nadal wpatrywała
się w sufit, z ustami rozchylonymi w oszołomionym uśmiechu. Ostatnie
dwie platformy uderzyły w ściany i runęły na ziemię, ale chyba nikomu
nic się nie stało.
Wanbo nie odzywał się, czekając, aż napastnik przejmie inicjatywę. Bez
swojego majordomusa Hutt nie miał zielonego pojęcia, co robić w kryzysowej sytuacji.
- Skoro już nie muszę prosić o uwagę - rzekł Qui-Gon - chciałbym omówić
kwestię mojego wyjścia z tego pałacu.
- Chuba, jah-jee bargon - burknął nadąsany Wanbo, co znaczyło mniej
więcej: "W porządku. Cieszę się, że już nie będę was musiał oglądać".
- I wzajemnie. A zatem zabieram to podium do hangaru. - Dobrze się
składało, bo takie podesty można było podnosić lub opuszczać na niższe
poziomy, dzięki czemu Huttowie nie musieli ruszać się z miejsca. Qui-Gon
spojrzał na salę i oznajmił: - Będzie tam czekał na mnie mój statek.
Wanbo będzie stanowił znakomitą tarczę, jeśli zamierzacie wystrzelić coś
w moim kierunku.
- Stuka Jedi poonoo juliminmee? - wychrypiał Wanbo. "Odkąd to Jedi
biorą zakładników?"
Istotnie, tego typu rzeczy Jedi zwykle nie robili i Qui-Gon nie
przepadał za stosowaniem takich metod. Zdecydowanie nie było to coś, o czym miałaby ochotę słuchać Rada Jedi, kiedy razem z Obi-Wanem powrócą
na Coruscant. Qui-Gon zwykł jednak dostosowywać taktykę do przeciwników.
Mając do czynienia z Huttami, których gigantyczna fortuna brała się
wyłącznie z nieszczęść innych istot, uważał, że ma prawo robić wszystko,
co pozwoli mu na przeżycie.
- Od teraz, jak widać - odparł lekkim tonem. Nacisnął stopą przycisk
sterowania i podłoga pod nimi się rozsunęła. Małe ramiona Wanbo
zadrżały, kiedy platforma opuściła poziom palarni przyprawy, wlatując do
hangaru. Qui-Gon zerknął do góry. Kilka osób gapiło się na nich z wytrzeszczonymi oczami.
A potem obrzucił spojrzeniem hangar - i natychmiast ujrzał Obi-Wana,
otoczonego przez pięciu ludzi, strażników, i to dobrze wyszkolonych,
sądząc po ich bojowych pozach. Choć padawan trzymał w pogotowiu miecz
świetlny, nie mógł jednocześnie się bronić i przesuwać w stronę statków.
Obi-Wan popatrzył Qui-Gonowi w oczy, a potem odwrócił wzrok.
Nieopodal stał majordomus Wanbo, Thurible, z dłońmi splecionymi na
brzuchu. Uśmiechał się spokojnie.
- Mistrzu Jinnie - odezwał się kulturalnym, uprzejmym głosem. - Jakież
to dla nas szczęście gościć jednocześnie dwóch Jedi.
Obi-Wan zesztywniał, szykując się bez wątpienia do walki. Qui-Gon jednak
tylko się uśmiechnął.
- Wielkie szczęście - powiedział do Thurible'a. Nie odsuwał miecza
świetlnego od gardła Wanbo. - Zwłaszcza że mój lokalizator nadaje od...
Och, już od dłuższego czasu. Rada Jedi nie może oczywiście interweniować
bezpośrednio, ale będzie w stanie przyjrzeć się wszystkiemu, co się tu
do tej pory wydarzyło. I wszystkiemu, co się wydarzy. Czuję się niemal
tak, jakby tu z nami była.
Uśmiech na twarzy Thurible'a przybladł na chwilę. Gamorreanie nerwowo
przestąpili z nogi na nogę. Kiedy tylko Qui-Gon odkrył w archiwach Teth
dwukrotnie rejestrowane ładunki, siły Wanbo ruszyły do ataku. Thurible
miał w pogotowiu plan awaryjny i uruchomiono go, kiedy tylko w pałacu
zdano sobie sprawę, że fałszywe zapisy w dokumentacji nikogo już nie
omamią. Pierwotny plan na pewno obejmował zgłoszenie, że dwóch Jedi
"zaginęło w nieznanych okolicznościach", co miało być przykrywką dla
zabójstwa. Nawet jednak Huttowie nie posunęliby się w swojej arogancji
do otwartego mordu na rycerzach Jedi.
Thurible błyskawicznie odzyskał panowanie nad sobą.
- Wygląda na to, że wziąłeś mojego pracodawcę na zakładnika. Ale ja też
mam zakładnika - twojego ucznia. Chyba jesteśmy w impasie, nieprawdaż?
Czyli zamiast wywalczyć sobie drogę ucieczki, Qui-Gon będzie musiał
zgodzić się na negocjacje. Z Huttami.
Z wysiłkiem powstrzymał się od ciężkiego westchnienia.
Godzinę później Qui-Gon siedział w kancelarii majordomusa, popijając
pogodnie herbatę.
- Te nieporozumienia są tak niefortunne - mówił Thurible, powoli
przechadzając się wzdłuż zaokrąglonej ściany pomieszczenia, zupełnie jak
pielgrzym medytujący podczas wyprawy. Emanował spokojną pewnością siebie
- zupełnie jakby był Jedi, a nie prawą ręką szefa gangu. - Mieliśmy w przeszłości problemy z bezpieczeństwem. Strażnicy... No cóż, od czasu do
czasu zdarza się, że ich czujność przechodzi w paranoję.
- Coś podobnego. - Qui-Gon uniósł brew. - A skąd u nich taka paranoja na
Teth? Przecież planetę kontrolują wyłącznie Huttowie.
- Zdziwiłbyś się, mistrzu Jedi - odparł niedbale Thurible - ale
równowaga sił nieustannie się zmienia. Nikt z nas nie może sobie
pozwolić na utratę czujności.
Majordomus u Huttów zwykle był tylko sługusem, pechowym ciepłym ciałem,
które pośredniczyło między Huttem a miejscowymi urzędnikami, mizdrzyło
się i pochlebiało tym, którzy dzierżyli rządy, i nie sprawowało żadnej
niezależnej władzy. Przeciętny okres zatrudnienia majordomusa trwał, o ile Qui-Gon wiedział, kilka miesięcy - podobnie jak średnia długość
życia na tym stanowisku. Prędzej czy później, zwykle prędzej, majordomus
brał jakąś łapówkę, ktoś go robił w balona, a potem skazywano go za to
na śmierć... Albo kończył martwy bez żadnego powodu, kiedy jego Hutt
stracił panowanie nad sobą.
Thurible był inny. Wanbo swoją obecną pozycję zawdzięczał wyłącznie
nepotyzmowi. Nie nadawał się do przewodzenia kartelowi przestępczemu, po
pierwsze dlatego, że był Huttem o bardzo małym rozumku, po drugie z powodu ogromnego uzależnienia od przyprawy. Qui-Gon przypuszczał, że
tylko przez szczęśliwy traf Wanbo zatrudnił osobnika tak inteligentnego,
sprytnego i amoralnego jak najpotężniejsi z Huttów. Thurible ubierał się
jak poeta lub artysta - ale zamożny - i przemawiał językiem bardziej
wyrafinowanym niż niejeden arystokrata z Coruscant. A jednak wszyscy w sektorze wiedzieli, że prawdziwa władza na Teth należała właśnie do
niego.
Choć oczywiście sam był zbyt mądry, by o tym otwarcie mówić.
Obi-Wan został wypuszczony w zamian za uwolnienie Wanbo. Thurible mógł
się na to zgodzić i jednocześnie ocalić swoją reputację tylko pod jednym
warunkiem: musiał udawać, że napaść na nich miała charakter przypadkowy.
Póki nie opuszczą planety, najrozsądniej byłoby mu więc przytakiwać.
Jeśli jednak Thurible uważał, że zyskał nad Qui-Gonem pewną przewagę,
mylił się całkowicie.
- Przepraszam ponownie za to okropne nieporozumienie - ciągnął
aksamitnym tonem mężczyzna. Jego długi, ciemnopomarańczowy kaftan
kończył się tuż nad podłogą i, jako że majordomus nadal chodził w tę i we w tę, odsłaniał co jakiś czas jego bose stopy. - Zapewniam, że
strażnicy zostaną stosownie ukarani, ale przeżyją. Pragniemy w ten
sposób uszanować zwyczaje Jedi.
- Miło mi to słyszeć. - Qui-Gon upił łyk herbaty i dodał: - Ta pechowa
scysja nie powinna położyć się cieniem na pozostałej części naszej
wizyty na planecie.
Thurible uśmiechnął się i ukłonił. Czarne włosy opadły po bokach jego
twarzy.
- Jesteś uosobieniem wyrozumiałości, mistrzu.
- Często mi tak mówią - odparł sarkastycznie Qui-Gon. - Jednak nadal
bardzo mnie ciekawi, co dokładnie dzieje się z transportami rolniczymi
na Trielluskim Szlaku Handlowym. Zwłaszcza że rejestry dotyczące
przesyłanych towarów w pobliskich układach wydają się... zdecydowanie
niezgodne z rzeczywistością.
Thurible nawet nie mrugnął, gdy Qui-Gon nagle przeszedł do ofensywy.
- Nas również to intryguje. Żeby tyle statków znikało, tak nagle... To z pewnością wywołało alarm w Republice.
- Alarm to raczej zbyt mocne słowo. Ale te zaginięcia są niepokojące i Republika podejmie w końcu wszelkie środki niezbędne do ochrony
ładunków.
Thurible znów pochylił głowę, ale kiedy przemówił, w jego głosie
brakowało już usłużności:
- Jak dobrze mieć świadomość, że Republika tak sprawnie chroni swoich
licznych obywateli.
Oczywiście Qui-Gon wiedział, że Huttowie porywali statki i rekwirowali
ładunek, sprzedając żywność znajdującym się w trudnej sytuacji
niezależnym planetom na Zewnętrznych Rubieżach. I Thurible wiedział, że
Qui-Gon to wie... Póki jednak Qui-Gon nie mógł zmusić Huttów do
zaprzestania tego procederu - a na razie nie miał takiej możliwości -
nie było sensu od razu podnosić przyłbicy. Mogłoby to tylko doprowadzić
do rozlewu krwi. Koniec końców Republika odniosłaby zwycięstwo i pozostała silna, Huttowie przez wiele miesięcy prowadziliby wewnętrzne
walki, a potem z chaosu wyłoniłaby się nowa wierchuszka gangsterów,
która postępowałaby dokładnie w taki sam sposób.
- Czasem - mruknął pod nosem Qui-Gon - wydaje się, jakby w galaktyce nic
nigdy nie mogło się zmienić.
Thurible zesztywniał, najwyraźniej nie wiedząc, jak zareagować na taką
zmianę tematu rozmowy. Splótł dłonie i zmarszczył ciemne brwi.
- Naprawdę tak uważasz, Jedi?
Dawno temu Qui-Gon wierzył, że wielka, przełomowa zmiana jest możliwa.
Że te przeobrażenia zostały przewidziane tysiące lat wcześniej przez
mistyków Jedi. Jakiż młody wtedy był... Jaki niewinny, jak optymistycznie
podchodził do wszystkiego!
Czas nauczył go, że rzeczywistość wygląda inaczej.
- Nic nie pozostaje niezmienne - odparł Qui-Gon - ale istoty myślące
zawsze będą takie same.
Thurible pokręcił przecząco głową.
- Zmiany przychodzą, kiedy najmniej się ich spodziewamy... Ale przychodzą.
- Majordomus wydawał się być teraz bardziej spięty niż wtedy, kiedy
Qui-Gon trzymał miecz świetlny przy gardle Wanbo. Wpatrywał się
przenikliwie ciemnymi oczami w Qui-Gona, szukając czegoś - ale czego? -
w jego wzroku. - Kto wie, jakie przemiany ujrzymy jeszcze za naszego
życia?
Rozdział 2
Rozdział 2
Ładny ten Alderaan - stwierdziła Rahara Wick,
kiedy "Meryx" oddalał się od planety. - Piękny. Spokojny.
- A do tego zupełnie niepodejrzliwy - dodał z zadowoleniem Pax
Maripher. - Bardzo to u planet doceniam.
- I dobrze. Bo to ostatnie miejsce, w którym chciałabym się spotkać z jakimiś problemami.
- Dlaczego? - Pax zmarszczył brwi. - Praktycznie wszędzie spotkałaby nas
o wiele surowsza kara.
Rahara skrzyżowała ramiona na piersiach.
- Tak, ale na Alderaanie nie moglibyśmy się wykupić.
- Są przerażająco praworządni, prawda? To nie miejsce dla takich jak ty
i ja. - Pax uniósł kącik ust w filuternym uśmieszku. Czasem lubił
udawać, że są większymi przestępcami niż w rzeczywistości.
Rahara z kolei lubiła czasem udawać, że w ogóle nie są przestępcami.
Ostatecznie nikogo nie krzywdzili. Nie zabierali z odwiedzanych planet
niczego cennego. Poza kamieniami.
Ale coś, co na jednej planecie uważano za zwykły kamień, na innej
stawało się klejnotem.
Na przykład na takim Alderaanie, na kontynencie złożonym z archipelagu
wysp, ziemia w wielu miejscach była praktycznie pokryta drobnymi,
białawymi kamykami, najczęściej wykorzystywanymi jako żwir. Ale
wystarczyło zabrać taki kamyk na Rodię i pokazać Rodianom, których oczy
widziały fale światła o takiej długości, że nie dostrzegali ich ludzie -
i nagle stawał się spektakularnym, opalizującym, błyszczącym klejnotem -
niesłychanie cennym.
Tysiące lat wcześniej, w legendarnych czasach, kiedy Sithowie nadal
rządzili znaczną częścią galaktyki, kamieniami handlowano zupełnie
swobodnie. Zalewanie rynku cennym towarem zwykle prowadziło jednak do
obniżenia wartości produktu. Niekiedy kończyło się nawet masowym
rabunkiem lub nielegalnie prowadzonym wydobyciem kamieni pospolitych na
jednym świecie, ale niezwykłych w innych układach. Szybki i duży napływ
takich błyskotek mógł nawet spowodować załamanie gospodarki na całej
planecie. Wprowadzono więc ścisłe przepisy regulujące obrót większością
kamieni uważanych za cenne lub nawet zakazujące handlowania nimi.
A ona i Pax po prostu... udawali, że te przepisy nie istnieją. Bo przecież
nie mogliby zniszczyć gospodarki całej planety tylko we dwoje. Kiedy Pax
po raz pierwszy zatrudnił ją jako drugiego pilota i analityczkę,
powiedział: "Kto zauważy, jeśli weźmiemy tyle, ile się zmieści w niewielkiej ładowni "Meryxa"? Kto od tego zbiednieje? Nikt. Więc
dlaczego my nie moglibyśmy się na tym wzbogacić"?
Rahara istotnie nie pojmowała, dlaczego nie mieliby tego robić - no i w końcu nie byli wszak prawdziwymi przestępcami.
Musiała jednak to sobie regularnie powtarzać, żeby stłumić odzywający
się w niej niekiedy niepokój.
Stanowili w gruncie rzeczy osobliwą parę. Rahara spędziła dzieciństwo w trudnych warunkach - ujmując to eufemistycznie - i sama nauczyła się
wszystkiego, co umiała, zaś Pax został wychowany przez droidy z pamięcią
wypchaną niezliczonymi danymi - droidy, które nie miały absolutnie nic
innego do roboty. Rahara odznaczała się wysokim wzrostem, miała złocistą
skórę i proste, czarne włosy z granatowym połyskiem, sięgające jej aż do
pasa. Pax był o kilka centymetrów niższy, a jego kędzierzawa czupryna
sterczała na wszystkie strony, jakby właśnie poraził go prąd. Ze względu
na swoją bardzo bladą cerę od czasu do czasu spotykał się z pytaniami,
czy nie pochodzi aby z planety, której mieszkańcy żyją pod ziemią. Nosił
ubrania najwyższej jakości, ale czego by na siebie nie włożył, wszystko
jakby wisiało na jego szczupłej sylwetce i zawsze chodził rozchełstany.
Rahara wolała prostą czarną odzież roboczą, którą kupowała tanio w sklepikach w kosmoportach - kiedy dodało się do nich zwykłą pelerynę czy
kaptur, wyglądało się na tubylca w zasadzie wszędzie. Oboje byli ludźmi
- i na tym kończyły się ich podobieństwa.
"Większość ludzi dostrzega w nas tylko roztargnionego naukowca i jego
plebejską pilotkę" - pomyślała kobieta. Nie przeszkadzało jej to.
Chodziło przecież o to, żeby ich lekceważono i nie dostrzegano. Żeby o nich zapominano.
Jej dzieciństwo upłynęło pod nadzorem oraz cudzą kontrolą i Rahara nigdy
więcej w swoim życiu nie dopuści do czegoś takiego.
Pax pociągnął za dźwignię i "Meryx" skoczył w nadprzestrzeń, a na
ekranach ukazał się błękit: raz jaśniejący, raz ciemniejący. Rahara
wstała z fotela.
- Sprawdzę spektrometr.
- Nie musisz sobie tym na razie zawracać głowy - rzekł Pax wyrazistym
akcentem z Coruscant. - Polecimy na Rodię dopiero za kilka tygodni.
Istotnym było, by nie udawać się od razu z punktu będącego źródłem
kamieni do miejsca zbytu - pozostawiało to zbyt wyraźny ślad.
- Ale mogę to załatwić od razu. - Prawdę mówiąc, chwile milczenia między
nią a Paxem zrobiły się ostatnio... niezręczne. Rahara wolała się w takich
sytuacjach czymś zająć.
Podeszła do drabinki i zeszła do wnętrza "Meryxa". W większości
frachtowców typu Gozanti byłaby to po prostu zwykła ładownia: surowy,
goły metal, słabe oświetlenie.
Dzisiaj jednak cała ładownia lśniła złociście, a zawierała tysiące
kilogramów klejnotów.
Opracowane przez Paxa pole blokujące odczyty skanerów zawsze robiłoby na
niej wrażenie, niezależnie od jego innych walorów. Ale jej pracodawca na
dodatek uczynił go pięknym. Piękno miało dla Paxa wielkie znaczenie,
dobrze to wiedziała. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek otwarcie się do
tego przyzna - ale to właśnie był prawdziwy powód, dla którego kradł
cenne kamienie, a nie inne, prostsze, bardziej dochodowe towary: po
prostu lubił na nie patrzeć.
Przy czym Pax Maripher w życiu by się nie przyznał, że robi coś z przyczyn sentymentalnych.
Rahara związała włosy w koński ogon i zdjęła szatę, w której wcześniej
mogła wtapiać się w tłum w Alderze. Podeszła do urządzenia sterującego
polem blokującym. Było straszliwie skomplikowane. Pracowała z Paxem już
od dłuższego czasu, a jednak wciąż, za każdym razem, musiała sprawdzać
ustawienia. (Pax nie rozumiał, o co chodziło w sformułowaniu "przyjazny
dla użytkownika". Albo ktoś miał na tyle inteligencji, by używać jego
urządzeń, albo nie). Kiedy już się przygotowała, podciągnęła rękawy do
łokci, a potem nacisnęła kombinację przycisków, która wyłączyła pole -
potop jaśniejącego światła, a potem ciemność - na niespełna sekundę.
Zdążyła złapać dużą garść ich łupu. Kiedy jej rękę dzieliło tylko kilka
centymetrów od niebezpiecznej strefy, pole włączyło się ponownie w oślepiającym rozblasku. Rahara zamrugała i pogratulowała sobie, że tym
razem udało jej się uniknąć oparzenia.
- Wiesz - odezwał się za nią schodzący po drabince Pax - dokonaliśmy
czegoś, co się nazywa udaną ucieczką. Możesz wyłączyć to pole.
- Mówisz tak za każdym razem. A ja za każdym razem powtarzam, że muszę
ćwiczyć, żeby nauczyć się je obsługiwać w krótszym czasie.
- Wydawałoby się, że powinnaś już to umieć.
Rahara przeszła z kamykami na drugą stronę ładowni, tam, gdzie stał stół
ze spektrometrem.
- A mnie by się wydawało, że powinieneś się do tej pory nauczyć, jak
rozmawiać z innymi ludźmi, zamiast sugerować, że każdy w galaktyce jest
kretynem, oczywiście oprócz ciebie. Cóż, wygląda na to, że zawód spotkał
i ciebie, i mnie.
Położyła kamyki na stole i zaczęła je segregować według rozmiaru i prawdopodobnej jakości. Raharę po raz pierwszy posadzono do sortowania
minerałów, kiedy miała tylko dziewięć lat i przychodziło jej to prawie
automatycznie.
- Raharo - zagadnął ciszej Pax. - Przepraszam, jeśli sprawiłem ci
przykrość. Próbowałem zażartować.
Nie sprawił jej przykrości, tylko ją zirytował, ale i tak popsuło jej to
nastrój. Partner, który postępował bardziej jak droid protokolarny niż
człowiek, czasem zaczynał ją nużyć, nawet jeśli miał dobrą wymówkę, żeby
tak się zachowywać.
- Widzisz, żeby ktoś tu się śmiał?
- Nie. Oczywiście moje zrozumienie humoru wymaga udoskonalenia.
Na to oczywiście musiała się roześmiać. Pax był najzabawniejszy, kiedy
wcale nie starał się żartować.
- Powinniśmy porozmawiać - powiedział, kiedy Rahara założyła gogle
powiększające. - O naszym następnym celu.
- Gamorr, tak? - Obrzydliwa perspektywa, ale przynajmniej świeże
wspomnienia z Alderaana pozwolą im przetrwać tygodnie taplania się w cuchnących mokradłach. - Wprost nie mogę się doczekać!
- Mówisz sarkastycznie. Zapewniam, że absolutnie podzielam twój brak
entuzjazmu. Chodzi o to, że tak się zastanawiałem i... - Pax pochylił się,
spoglądając na białe kamyki na stole. - Po gamorreański koral możemy
polecieć kiedykolwiek. A gdybyśmy tak zainteresowali się czymś rzadszym?
I cenniejszym?
- Na przykład czym? Ognistymi diamentami z Mustafara? - Rahara nigdy
dotąd nie odwiedziła tej planety, ale z tego, co słyszała, w porównaniu
z nią praca na Gamorrze wydawała się wycieczką do raju.
- Nic tak niebezpiecznego. - Odwrócił się do niej i rzekł: - Kryształy
kyber.
- Kyber?! Zwariowałeś? - Rahara przesunęła gogle na czoło, żeby
spojrzeć mu w oczy. - Jedi regulują handel kyberem jak... jak... no, dużo
surowiej niż wszystkie inne rzeczy, które sprzedawaliśmy. Absolutnie nie
powinniśmy się w to pakować.
- A jednak na czarnym rynku handluje się tymi kryształami. I są
wykorzystywane w pewnych gałęziach przemysłu. A jeśli żadna firma tego
nie kupi, a te rynki okażą się dla nas zbyt czarne, to cóż, zawsze
będziemy mogli powiadomić Jedi o nowym złożu kyberu. Pozyskać nowych
przyjaciół. Mogłoby nam się to kiedyś przydać - przyjaciele wśród Jedi.
Teraz zabrzmiało to sensowniej. Ale...
- Kyber nie występuje w wielu miejscach, a Jedi mają je pod kontrolą.
Naprawdę proponujesz, żebyśmy spróbowali ich okraść?
- Daj spokój! - prychnął Pax. - Nie jestem samobójcą, tylko śmiałkiem.
A także osobą, która być może właśnie natrafiła na kompletnie nikomu
nieznane źródło kyberu - i to na księżycu zupełnie bezpiecznej planety.
Żadnej straży, zero ryzyka, przyjemny klimat, a jeśli w mojej analizie
nie ma błędów, bardzo duża ilość kyberu.
Rahara widziała nieraz, jak Pax godzinami studiuje rozmaite skany planet
- informacje, choć dostępne publicznie, były zbyt szczegółowe i skomplikowane, żeby większość ludzi potrafiła je przeanalizować, nie
wiedząc z góry, czego szukać. Jej towarzysz dostrzegał w nich jednak
więcej niż inni.
- Wiedziałam, że musi być jakiś powód, dla którego z tobą wytrzymuję -
westchnęła.
Na twarzy Paxa pojawił się szeroki uśmiech.
- No, to zapolujmy na trochę kyberu!
W drodze powrotnej na statku panowała niezręczna atmosfera. Obi-Wan
ewidentnie miał nadzieję, że uda mu się uniknąć rozmowy o tym, co poszło
nie tak podczas potyczki na Teth - nic dziwnego, w końcu był bardzo
młody.
Pod wieloma względami Obi-Wan zachowywał się bardzo dojrzale jak na swój
wiek. Okazywał się tak niewzruszony, że Qui-Gon niekiedy zapominał, że
jego padawan miał zaledwie siedemnaście lat. Jedynie czasem, w takich
chwilach jak ta, kiedy siedzieli obok siebie w kokpicie promu typu
Rainhawk, Qui-Gon uświadamiał sobie, że Obi-Wan wciąż nie pozbył się
swojej młodzieńczej niezgrabności. W jego twarzy - prócz zapowiedzi
mężczyzny, którym miał się stać - dawało się dostrzec również dziecko z przeszłości.
I jak zwykle w takiej chwili Qui-Gona dopadało poczucie winy, bo Obi-Wan
miał taki potencjał, tak znakomicie się zapowiadał...
Zasługiwał na mistrza, który umiałby to w nim rozwijać.
Od początku tworzyli trudny tandem, z częstymi nieporozumieniami i emocjonalną huśtawką. Nie było w tym nic dziwnego. Qui-Gon zastanawiał
się czasem, dlaczego młodzi Jedi przechodzili spod opieki wychowawców w dziecięcych dormitoriach pod kuratelę swoich mistrzów w samym środku
wieku nastoletniego (u większości gatunków), czyli dokładnie wtedy,
kiedy każda zmiana staje się trudniejsza. (On sam, jak Dooku i Yoda, a wcześniej też stary mistrz Yody, wziął padawana nieco młodszego. Obi-Wan
został jego uczniem jako trzynastolatek. W niczym nie poprawiło to
sytuacji). Qui-Gon poruszył ten temat z innymi mistrzami, takimi jak
Mace Windu i Depa Billaba, a nawet z Yodą, i wszyscy zapewniali
Qui-Gona, że pierwsze miesiące niemal zawsze są trudne.
- Martwić się powinieneś, gdyby do konfliktów nie dochodziło - orzekł
sentencjonalnie Yoda. - Bo wtedy jak trzeba twój padawan się nie
rozwija.
Czy pierwsze miesiące, które Qui-Gon spędził z Dooku, wyglądały naprawdę
inaczej?
Ale z mistrzem Dooku połączyło go głębokie porozumienie, zanim upłynął
ich pierwszy wspólny rok. I tak to wyglądało w przypadku większości
mistrzów i uczniów. Owszem, z początku pomagał też Rael, ale Qui-Gon i Dooku również bez niego stworzyliby tę więź. To Dooku zapoznał Qui-Gona
ze starożytnymi przepowiedniami Jedi, wzbudzając w nim zainteresowanie
odległą historią i językami, które miało przetrwać o wiele dłużej niż
jego żarliwa wiara w zdolności jasnowidzące mistyków. Poza tym łączyło
ich mnóstwo cech: samodzielność, sceptycyzm i niechęć do traktowania
tego, co mówi Rada, jako słowa objawionego.
Cechy te, charakterystyczne dla nich obu, jednocześnie sprawiały - i to
niemal wszystkie - że Qui-Gon i Obi-Wan stanowili swoje przeciwieństwo.
Qui-Gon uważał, że każdą sytuację należy rozwiązywać w sposób
odpowiednio do niej dostosowany - Obi-Wan wolał trzymać się procedur.
Qui-Gon cenił elastyczność, którą Obi-Wan postrzegał raczej jako
niedbalstwo. Qui-Gon nauczył się z czasem lepiej dogadywać się z Radą,
ale nadal dbał o zachowanie niezależności, Obi-Wan zaś sądził, że
powinien słuchać Rady zawsze i we wszystkich szczegółach, ze zgrozą
obserwując najdrobniejsze nawet odejście swojego mistrza od
standardowych procedur.
Żadna z tych cech nie czyniła z Obi-Wana złego kandydata na rycerza
Jedi. Wielu Jedi - i to często najlepszych - myślało i działało na
podobnych zasadach. Jednak właśnie przez to nie do końca umiał się
dopasować do Qui-Gona. Po latach partnerstwa wciąż nie działali w pełni
spójnie. Gdyby sytuacja tego dnia okazała się bardziej niebezpieczna -
gdyby zagrożenie w pałacu Huttów było poważniejsze - ten brak pełnego
porozumienia mógł stać się przyczyną ich śmierci.
"Jak to naprawić? - zastanawiał się Qui-Gon. - I czy w ogóle zdołam to
zrobić? Bo Obi-Wan na to zasługuje...".
- Przepraszam za to, co się stało, mistrzu - odezwał się w końcu
Obi-Wan. - Powinienem wiedzieć, co miałeś na myśli, kiedy kazałeś mi
zająć się drzwiami... A potem dałem się złapać, kiedy próbowałem zakraść
się na statek...
- Obi-Wanie... Winę ponoszę ja. - Qui-Gon położył swoją dużą dłoń na
ramieniu Obi-Wana. - Po pierwsze, dałem ci niejasne polecenie. - "Lepszy
mistrz nauczyłby do tej pory swojego padawana, jak dostroić się do jego
instynktu bitewnego". - I wiedziałem, że raczej nie zdołasz sam porwać
statku, ale warto było spróbować i tyle. To nie twoja wina.
Większość padawanów poczułaby ulgę, że zdjęto z nich odpowiedzialność,
ale Obi-Wan tylko mocniej zmarszczył brwi.
- Potrafię lepiej - mruknął.
Qui-Gon westchnął.
- Obaj potrafimy. Ale teraz wracajmy do domu.
Na planecie Pijal, pod palącymi promieniami słońca, trwał wyścig.
- Dalej! - krzyknął Rael Averross, przynaglając wierzchowca, by popędził
w górę, ku szerokiej szczelinie, głębokiej i skalistej.
Varactyl zaćwierkał i ruszył naprzód, pokonując szczelinę jednym
skokiem. Kiedy jego ciężkie łapy zakończone szponami opadły z łoskotem
na trawę, Rael roześmiał się głośno.
- Brawo! - zawołał z wyraźnym akcentem z Ringo Vindy. - O to chodzi!
Klan Iltan przywiózł varactyle z Utapau kilkadziesiąt lat wcześniej, aby
zyskać przewagę w Wielkich Łowach. Od tamtej pory w wyniku odpowiedniej
hodowli przekształciły się w smukłe, zwinne zwierzęta o czerwonych
piórach, spotykane tylko na Pijalu. Pewnego dnia, jak domniemywał Rael,
reszta galaktyki odkryje tutejsze varactyle, a wtedy nikt już nie będzie
chciał się ścigać na fathierach. Na razie jednak zwierzęta te, prędkość,
którą osiągały, i czysta radość jazdy na nich stanowiły wyłączną
specjalność Pijala.
Rael zauważył flagę oznaczającą metę i bez słowa skierował varactyla w tamtą stronę. Zwierzę zareagowało bez wahania, przyśpieszając ze
wszystkich sił, aby dotrzeć tam jak najprędzej. Varactyle kochały
prędkość dla prędkości, a Rael uważał, że rozumieją nawet różnicę między
wygraną i przegraną. Jego wierzchowiec wydał z siebie melodyjny,
waleczny okrzyk i przemknął przez metę, hamując tak szybko, że jego
pazury zostawiły wyraźne ślady w piaszczystym gruncie. Rael sięgnął z uśmiechem do juków i wyjął duży kawałek suszonego mięczaka - specjalność
Pijala, której sam nie znosił. Varactyl jednak potrafił go docenić i przeżuwał przysmak z rozkoszą.
Do mety dotarła reszta jeźdźców. Wykrzykiwali gratulacje i przyjazne
żarty. Rael zeskoczył z siodła, bo wszyscy musieli teraz odprowadzić
wierzchowce do pałacowych stajni. Kiedy stanął na ziemi, pokręcił z niezadowoleniem głową. Stojący w pobliżu, stoicki jak zwykle kapitan
Deren zapytał:
- Jakiś problem?
- Nie - westchnął Rael. - Zastanawiam się tylko, czemu moje kolana muszą
być tak złośliwe, by starzeć się wraz z resztą mojego ciała.
- Można sobie zrobić syntetyczne implanty...
- Nie, to nie takie ważne. Wiesz, co mówią o starzeniu się: że to bije
alternatywę na głowę. - Rael starał się o tym pamiętać. Widział zbyt
wielu, którzy odeszli przedwcześnie. Jeśli niekiedy, o poranku, patrzył
na siebie w lustrze i zastanawiał się, kim jest ten siwiejący stary
pryk... No cóż, to tylko dowodziło, że wciąż żył. A resztę danego mu czasu
zamierzał przeżyć, ciesząc się nim w absolutnej pełni.
Kiedy dotarli do stajni, młodzi pomocnicy przejęli lejce od jeźdźców i zabrali zwierzęta na czyszczenie piaskiem i karmienie.
Deren i paru innych wojskowych wróciło do koszar, ale większa grupa
poszła wraz z Raelem do najbliższej kantyny. Nie prezentowała się zbyt
wytwornie - była to błotnista, brudna dziura, wydrążona w skale, w której cuchnęło barmanem Wookiee, ale właśnie dlatego Rael lubił tę
spelunkę. Klienci powitali go hałaśliwymi i radosnymi okrzykami, a właścicielka, Selbie, o jasnych włosach, zmysłowych ustach i dużym
biuście, obdarzyła go ciepłym uśmiechem, biorąc od niego długi płaszcz.
Idący obok jeździec nachylił się do niego i szepnął:
- To co, znowu się spiknęliście?
- Może. - Rael nieczęsto korzystał z damskiego towarzystwa. Kiedy ktoś
się o tym dowiadywał, zaczynał się dziwić i robić z tego wielką aferę.
Nie zawsze też warto było sobie zawracać tym głowę. Ale... rzeczywiście
minęło sporo czasu, a Selbie była w wieku w miarę zbliżonym do jego
własnego. Nigdy też nie spotkał nikogo o tak rubasznym poczuciu humoru.
"Dlaczego by nie?" - pomyślał. W sumie można sprawdzić, czy nie miałaby
ochoty... Zamachał do niej. Kobieta rozpromieniła się i ruszyła w jego
kierunku.
- Hej - chrząknął ogromny Chagrianin, wyraźnie pijany. Zacisnął
szaroniebieską rękę na łokciu Selbie. - Właśnie z nią rozmawiam. I już
prawie ją przekonałem!
- Aha, akurat! - warknęła Selbie. - Spadaj. Za dużo wypiłeś.
- Wyrzucasz mnie? Dla niego? - Wolną ręką wskazał niezdarnie na Raela.
- Ubłocone buty, nieogolony pysk, żadnych manier... To ci się podoba...?
Wierz mi, mógłbym cię utrzymywać na lepszym poziomie.
- Chyba jesteś tu nowy. - Selbie wyrwała łokieć. - Nikt mnie nie
utrzymuje. Sama się utrzymuję.
- Daj mi szansę, dziewczyno. - Chagrianin spróbował przyciągnąć ją do
siebie, ona jednak znów wyrwała się z jego niepewnego uścisku.
Rozzłościł się jeszcze bardziej. - Za kogo się uważasz? Odrzucasz takich
jak ja, kiedy sama jesteś śmieciem! Nędzna szmata!
Selbie nie przejmowała się w ogóle wyzwiskami Chagrianina. Nie oznaczało
to jednak, że Rael nie powinien interweniować.
Poza tym potrzebował odrobiny rozrywki.
- Hej, ty - powiedział do Chagrianina. - Zabieraj się stąd, zanim ja się
za ciebie zabiorę.
Chagrianin wypiął pierś. Uznał zapewne, że jeśli nie może zdobyć
kobiety, bójka częściowo mu to wynagrodzi.
- Zabierzesz się za mnie? A jak niby chcesz to zrobić?
W ułamku sekundy Rael sięgnął do pasa i dobył broni. Miecz świetlny
rozświetlił całą salę niebieskim blaskiem. Chagrianin zamarł. W kantynie
zapadła cisza. Averross pokazał w uśmiechu zęby.
- Założę się, że jakoś sobie poradzę - rzucił.
- Jedi - wychrypiał Chagrianin. Cofał się, szurając, w stronę drzwi, z pochyloną głową. - Nie wiedziałem... Bo ty... Nie wyglądasz jak Jedi.
- Hmm. - Rael zamyślił się. - A zawsze mi się zdawało, że to inni Jedi
nie wyglądają jak ja.
- Doniosę na ciebie. - Chagrianin potrząsnął rogami, co w jego mniemaniu
miało wyglądać groźnie. - Nawet jeśli jesteś Jedi, podlegasz prawu. O wszystkim dowiedzą się władze!
Selbie wzięła się pod boki. Wyglądała, jakby nigdy nie bawiła się tak
dobrze jak teraz.
- Witamy na Pijalu! Dopóki księżniczka nie dorośnie, rządzi nami regent.
- Wskazała uroczyście na Raela. - Poznaj naszego lorda regenta.
Ucieczce Chagrianina z kantyny towarzyszyły śmiechy i drwiny klientów.
Muzyka znów grała. Rael wyłączył miecz świetlny i odwrócił się z uśmiechem do Selbie.
I właśnie wtedy zapalił się holoekran nad barem. Obraz otoczony był
czerwoną obwódką.
Uśmiech spełzł z twarzy Raela, jeszcze zanim obraz wyostrzył się i ekran
ukazał magazyn pod stolicą, który dopalał się w ostatniej fazie pożaru.
Jeśli księżniczka Fanry to oglądała - a z pewnością tak - niewątpliwie
ją to przeraziło. Musiał natychmiast do niej wracać. "Czy te potwory w ogóle myślą o ludziach, którym wyrządzają krzywdę?" - pomyślał z goryczą.
Po chwili przyjechały droidy strażackie i ugasiły pożar, a u góry
holoekranu wyświetlił się pasek z napisem: DOMNIEMANY ZAMACH OPOZYCJI.
- Halin Azucca! - syknął. - Poślę ją do piekła.
Rozdział 3
Rozdział 3
Myśli Obi-Wana pędziły jak szalone. "Zajmij się
drzwiami... Dlaczego nie zrozumiałem, o co chodziło Qui-Gonowi? To
strażnicy stanowili problem, a nie panel sterowania, i gdybym zachował
zimną krew, dostrzegłbym to. Choć oczywiście mógł powiedzieć dokładnie,
o co mu chodziło, a wtedy..."
"Muszę się skupić na tym, co tu i teraz. Przyszłość nie istnieje,
przeszłość przestała istnieć. Rzeczywista jest tylko chwila obecna".
Obi-Wan z wysiłkiem ponownie skoncentrował się na przyrządach
nawigacyjnych Rainhawka. Przynajmniej nikt nie mógł go skrytykować za
pilotowanie: to zadanie było konkretne, przewidywalne, znajome. Kiedy
ustawił kurs na Coruscant, zagadnął:
- Mistrzu, a czy podczas rozmowy z Thurible'em dowiedziałeś się o nim
czegoś więcej?
Qui-Gon pokręcił głową, wykrzywiając usta w niewesołym uśmiechu.
- Bynajmniej. Ten człowiek prawie nic nie wyjawia, choć jednocześnie
sugeruje wszystko. Niezły sposób na wypracowanie sobie reputacji osoby
nieprzeniknionej.
"A Qui-Gon już sam najlepiej wie, jak być nieprzeniknionym" - pomyślał
uszczypliwie Obi-Wan.
- W postępowaniu Thurible'a brakuje logiki - stwierdził na głos.
- O, jestem pewien, że jednak ma bardzo racjonalne przesłanki. - Qui-Gon
wstał. Jego wzrost i szerokie ramiona w połączeniu z ciasnotą kokpitu
sprawiały wrażenie, jakby statek ledwo mógł go pomieścić. - Problem w tym, że nie możemy oceniać, jak racjonalnie postępuje ktoś inny, póki
nie znamy jego ostatecznego celu, a cel Thurible'a pozostaje nieznany.
- Mistrzu... Idziesz do kabiny?
- Chcę pomedytować - odparł Qui-Gon. - Nie martw się, Obi-Wanie. Nie
będziesz musiał siedzieć cały czas sam za sterami statku. Wiem, jak
bardzo tego nie znosisz.
Na ten popis sarkazmu Obi-Wan parsknął śmiechem. Jak Qui-Gon dobrze
wiedział, jego padawan uwielbiał latać.
- Sądzę, że jakoś udźwignę ten ciężar.
Qui-Gon zaśmiał się cicho i już bez słowa poszedł do swojej małej
kabiny, zostawiając Obi-Wana samego.
"No widzisz? Żartuje z tobą. Nie żartowałby tak, gdyby naprawdę
rozczarowały go twoje wyczyny na Teth".
A jednak do tych rozczarowań dochodziło tak często... Tak wiele mu się nie
udawało. Wina nie mogła spoczywać wyłącznie na barkach starszego Jedi:
był przecież mistrzem, a Obi-Wan tylko uczniem. Choć przecież Qui-Gon
Jinn potrafił też sam sobie przeczyć, bywał tajemniczy i niejasny, a czasem robił coś dokładnie na odwrót, niż zalecali w danej sytuacji
przywódcy Świątyni. Jednak jeśli Qui-Gon zachowywał się... no cóż,
nieortodoksyjnie, to zadanie padawana polegało na zrozumieniu tego i dostosowaniu się do jego metod.
W teorii. Bo w praktyce Obi-Wan nadal nie umiał przewidywać, kiedy i w jaki sposób jego mistrz zlekceważy zasady. Rzadko też rozumiał, dlaczego
to robił. I w miarę jak dorastał, coraz bardziej frustrowała go
buntownicza natura Qui-Gona.
"Zasady są zasadami nie bez przyczyny - rozmyślał Obi-Wan, wpatrując się
w falujące, intensywnie niebieskie światło nadprzestrzeni. - Nie są
przypadkowe. Zasady Jedi istnieją po to, by kierować nas ku wyższemu
dobru i żeby zmniejszać poczucie niepewności".
Co więcej, zasady dało się zapamiętać. Mogły być zapisywane, badane,
potwierdzane. Stanowiły dokładne przeciwieństwo archaicznych mistycznych
pism, które Qui-Gon cenił chyba bardziej niż jakiekolwiek inne teksty
zakonu. Od spekulacji Obi-Wan zdecydowanie wolał pewność - jeśli była
możliwa do osiągnięcia.
Najbardziej frustrujące okazywało się jednak to, że metody Qui-Gona
działały - zazwyczaj. Te dziwne, zmienne, szaleńcze porywy, którymi się
kierował, dobrze mu służyły.
A to oznaczało, że bycie Jedi obejmowało coś, czego Obi-Wan jeszcze nie
rozumiał.
"Na Moc - jestem genialny".
Skromność nie należała do cnót cenionych tam, gdzie wychował się Pax, i zapewne dlatego nigdy nie zdołał się jej nauczyć. Jego zdaniem skromność
cechowała nudziarzy.
"Oczywiście nie badałem jako pierwszy potencjału kryształów kyber -
rozważał Pax, przygotowując "Meryxa" do wyjścia z nadprzestrzeni. -
Jednak większość takich badań z pewnością prowadzili Jedi. Nie
ujawniliby raczej żadnych wyników, bo stworzyłyby jeszcze większy popyt
na kyber. A przecież posiadanie kryształów nie jest nielegalne na żadnej
ze znanych mi planet".
Być może działo się tak dlatego, że Pax nigdy nie kłopotał się
sprawdzaniem, na co pozwalało lub nie pozwalało prawo poszczególnych
światów, bo to takie nieważne szczegóły, bla bla bla... To zadanie
należało do Rahary, to ona zawsze się wszystkim przejmowała. Ale też czy
można się jej było dziwić?
- Już niedaleko? - zapytała wesoło Rahara, wchodząc do kokpitu. Jej
jedwabiste czarne włosy, związane z tyłu, odsłaniały jej twarz, dając
przyjemny, estetyczny efekt.
- Wiesz doskonale, że tak.
Odchyliła się w fotelu, wykładając nogi na konsoletę - nikomu innemu Pax
by na to nie pozwolił.
- A ty wiesz, że miła rozmowa czasem zaczyna się od tego, że jej
uczestnicy potwierdzają to, co już wiedzą.
- Wpojono mi w dzieciństwie, że bezpośredniość to zaleta.
Rahara westchnęła.
- Zostałeś wychowany przez droidy protokolarne, które raczej nie są
ekspertami od normalnej ludzkiej komunikacji. Ale mógłbyś się jej
nauczyć, gdybyś tylko poćwiczył.
- Strata czasu - odparł Pax.
Zacisnęła usta, ale już się nie odezwała. W gruncie rzeczy Pax powinien
poczuć w związku z tym ulgę...
Lubił Raharę bardziej niż jakąkolwiek inną znaną mu organiczną formę
życia. Kiedy ją zatrudnił przed kilkoma miesiącami, wiedział, że będzie
się idealnie nadawać do pracy, którą się zajmował, nie zdawał sobie
jednak sprawy, jak bezproblemowo będzie się z nią dogadywał. Ani jak
przyjemnie będzie mu się z nią rozmawiało czy słyszało jej śmiech.
Trochę mu zabrało, zanim się zorientował, że stosunki między nimi
przeszły z relacji współpracowników do przyjaźni... A potem z przyjaźni w coś innego. Pewnego wieczoru, kiedy opróżniali na spółkę butelkę wina,
wydawało się przez chwilę, jakby sprawy mogły... jakby mogły wyrwać się im
spod kontroli.
Pax skorzystał więc z okazji, żeby wyjaśnić, że ludzkie emocje trwają
naprawdę krótko, są zwodnicze i nie mogą stanowić podstawy interakcji
ludzi racjonalnych. W życiu przecież liczyła się tylko racjonalność,
prawda?
Sądząc po reakcji Rahary, uważała inaczej. Ale ich współpraca układała
się tak samo gładko jak przedtem, choć niekiedy pojawiały się między
nimi niezręczne chwile milczenia. Pax uznał, że powinien czuć się z tego
zadowolony.
I z pewnością w końcu tak będzie.
Uśmiechnął się, kładąc ręce na przyciskach i powiedział do Rahary:
- A teraz pozwól, że przedstawię ci szczęśliwy i zapomniany świat -
Pijal.
"Meryx" wyskoczył z nadprzestrzeni w standardowej odległości od
widniejącego przed nimi świata, pokrytego w większości niebieskimi
oceanami. Wzdłuż równika i zwrotników rozciągały się duże, zielono-złote
wyspy. Ku zaskoczeniu Paxa wokół Pijala orbitowały stare generatory
osłon, w związku z czym kilka innych statków unosiło się tak jak oni nad
planetą, czekając na pozwolenie na lądowanie. Zdaniem Paxa tak stare
osłony miały prawdopodobnie zbyt słabą moc, by zatrzymać statek większy
niż prom typu Theta. Zapewne oczekiwanie na pozwolenie stanowiło czystą
formalność.
Zresztą nie musieli udawać się na sam Pijal. Pax wskazał księżyc
porośnięty ciemną roślinnością.
- A oto miejsce, które - jak sądzę - stanowi najlepsze źródło kyberu w całej galaktyce - oznajmił.
Rahara patrzyła beznamiętnie przez iluminator.
- Mogłabyś okazać odrobinę entuzjazmu - obruszył się Pax. - A przynajmniej zainteresowania.
Wstała, nie odpowiadając ani słowem. Nie zaszczyciła go nawet
spojrzeniem.
Czyżby znowu złamał jakieś nieznane zasady etykiety społecznej...? Droidy
protokolarne 3PO, które go wychowały, nauczyły go recytować reguły
obowiązujące na tysiącu różnych planet... Ale niewiele mu mówiły o stosowaniu ich w praktyce. Zachowanie żywych istot rzadko opierało się
na jasnych zasadach - często zaś okazywało się bardzo złożone i zawsze
zupełnie inne niż w symulacjach. Pax zazwyczaj radził sobie z tym
poprzez całkowite lekceważenie reguł dotyczących postępowania wśród
innych. Zdawał też sobie jednak sprawę z tego, że nie stosując się do
nich, mógł zranić uczucia Rahary. A jego wspólniczka była ostatnią osobą
w galaktyce, którą chciałby skrzywdzić.
Odezwał się na próbę:
- A, i oczywiście jestem świadom, i to w pełni, że nigdy nie
przeanalizowałbym danych z tej planety, gdyby nie twoja wstępna analiza
tabel mineralogicznych - genialne obliczenia dotyczące danych...
- Nie mówiłeś, że będą tu statki Czerki. - Głos Rahary brzmiał sztywno i bezbarwnie.
Co? Jak mógł to przegapić? Pax zaklął w duchu, dopiero teraz rozpoznając
krążownik "Nacisk" należący do Korporacji Czerka, długi i masywny,
który zapewne mógł przewozić i dziesięć tysięcy osób. Skany potwierdziły
obecność również innych statków Czerki, co dowodziło, że firma
prowadziła intensywne interesy na Pijalu i na jego księżycu.
- Nie wiedziałem. Przepraszam.
- Oczywiście, że nie wiedziałeś - rzekła cicho. Wpatrywała się ciemnymi
oczami w statek jak we wroga. I w pewnym sensie, jak Pax dobrze
wiedział, był to wróg. - Nie sprawdziłeś. Nie możesz czegoś wiedzieć,
póki tego nie sprawdzisz.
Pax nie uważał za potrzebne sprawdzania w każdym układzie, czy nie ma
tam aby Korporacji Czerka, niezależnie od tego, co wycierpiała w dzieciństwie Rahara. Kwestię tę mógł jednak poruszyć innym razem, kiedy
jego partnerka przestanie być taka blada i drżąca, a przed nimi nie
będzie się znajdował statek korporacji tak wielki, że mógłby do ładowni
zapakować znaczny procent całego pasa asteroid. Starając się nadać
swojemu głosowi łagodny ton, powiedział więc tylko:
- Jeśli wolałabyś, żebyśmy stąd odlecieli, w galaktyce są też inne
klejnoty.
- Nie. Nie widzę powodu, dla którego obecność Czerki miałaby mnie
powstrzymać przed tak zyskowną robotą. - Rahara podciągnęła rękawy. Ten
gest zwykle oznaczał, że wzmacniała swoją determinację. Spojrzała na
niego z ukosa i dodała: - Poza tym nie zniósłbyś, gdybyś musiał stąd
odlecieć bez sprawdzenia, czy kyber rzeczywiście tu jest.
- Chylę czoła przed odwagą, jaką okazujesz, i twym współczuciem dla mej
prostej natury. W takim razie na księżyc!
Pax skierował "Meryxa" w stronę satelity, udając, że nie zauważa, jak
Rahara wpatruje się w krążownik Czerki, dopóki ten nie zniknął w odległym mroku.
Rozdział 4
Rozdział 4
Dziwne zachowanie Huttów jest. - Mistrz Yoda
podrapał się w podbródek, przygładzając kilka rosnących tam białych
włosków drobną dłonią z pazurami. - A jednak ważne, czuję, to nie jest.
- Zgadzam się. - Mace Windu odchylił się do tyłu w fotelu. - To drobni
przestępcy, którzy starają się wydawać potężniejsi niż w rzeczywistości.
Atakując was, podjęli ryzyko, ale wpisuje się to w ich ogólny schemat
działania.
Qui-Gon nie miał do końca pewności, czy się z tym zgadza, ale postanowił
nie drążyć tematu. Jeśli Huttowie zechcą narobić większego zamieszania,
reszta galaktyki i tak się o tym dowie. Poza tym wiedział, że w rozmowach z Najwyższą Radą Jedi musiał starannie wybierać sprawy, o które chciał walczyć.
Wybierał ich wiele, choć w ostatnich latach mniej niż poprzednio.
Jak zwykle po powrocie z misji Qui-Gon został wezwany do sali obrad
Najwyższej Rady. Zapadła już noc - zwykle Rada nie zbierała się tak
późno, a przynajmniej nie w zwykłych sprawach - i ciemność na zewnątrz
rozpraszał chaos ruchu powietrznego na Coruscant i światła statków.
Tutaj jednak, w tym pomieszczeniu, panował spokój. Qui-Gon rozkoszował
się owym kontrastem.
Mistrzyni Billaba pochyliła się ze zmarszczonym czołem nad datapadem.
- Martwi mnie to nieporozumienie między tobą i twoim padawanem. Nie
pierwszy raz wspominasz o takich trudnościach.
Qui-Gon skłonił lekko głowę.
- Mnie również to martwi. Obi-Wan jest silny w Mocy i zawsze chętnie
wykonuje swoje obowiązki. Wina musi leżeć po mojej stronie. Obawiam się,
że po prostu jesteśmy do siebie niedopasowani. Mimo starań nie jestem w stanie dostosować swoich metod szkoleniowych do jego potrzeb.
Yoda przechylił głowę.
- Dostosować się i on musi. Współpracy nie przez indywidualny wysiłek
nauczyć się można. Tylko razem postępy czynić możecie.
Gdyby Qui-Gon przyznał rację tej sugestii - a zdawała się bardzo
racjonalna - wiązałoby się to z przeniesieniem części winy na Obi-Wana,
czego wolałby nie robić. Nie odezwał się więc w ogóle. Rada miała
zwyczaj zakładać, że cisza oznaczała zgodę, zaś Qui-Gon odkrył, że
niekiedy było mu to na rękę.
Oczekiwał jednak, że Rada zapyta go w końcu, czy nie chce, aby
szkoleniem Obi-Wana zajął się inny mistrz. Przed rozpoczęciem spotkania
zdawał sobie sprawę, że mogą mu dziś zadać to pytanie, ale nadal nie
wiedział, co odpowiedzieć. Napięcie, które odczuwał, wydawało się
gorsze, niż się spodziewał, może dlatego, że nie miał pojęcia, jakiej
odpowiedzi chciałby udzielić...
...A może dlatego, że cisza w sali trwała tym razem podejrzanie długo.
Qui-Gon znów skupił więc uwagę na otaczających go mistrzach, którzy...
wymieniali pełne wyczekiwania spojrzenia.
Wyprostował się.
- Rada ma dla nas inną misję?
Może zamierzali wypróbować ich jeszcze raz, zanim podejmą jakąś decyzję
o przeniesieniu Obi-Wana?
- Tak, inne zadanie dla ciebie mamy. - Yoda opuścił uszy, co oznaczało u niego skupienie. - Rozważyć starannie je musisz.
Mace Windu wyprostował się i złożył dłonie w formalnym geście szacunku.
- Zapewne nie słyszałeś, że mistrz Dapatian zamierza w przyszłym
miesiącu opuścić Radę.
Qui-Gon spojrzał na Poliego Dapatiana, bardzo szanowanego mistrza... Tak
bardzo, że Qui-Gon nawet nie zauważył, jak znacznie w ostatnich latach
się postarzał.
- To wielka strata.
- Żywimy nadzieję, że przyniesie nam to również korzyść - odparł Mace. -
Qui-Gonie, niniejszym proponujemy ci członkostwo w Radzie.
Czyżby się przesłyszał? Nie, z pewnością nie. Qui-Gon powoli powiódł
wzrokiem po kręgu mistrzów, przyglądając się każdemu członkowi Rady z osobna. Niektórzy wyglądali na rozbawionych, inni na zadowolonych.
Kilku, w tym Yoda, sprawiało wrażenie raczej zrezygnowanych. Ale
propozycja nie została złożona spontanicznie.
- Przyznam, że... Zaskoczyliście mnie - rzekł w końcu Qui-Gon.
- Och, nie wątpię. - W głosie Mace'a zabrzmiała nuta sarkazmu. - Kilka
lat temu sami bylibyśmy zdziwieni tym, że kiedyś będziemy to w ogóle
brali pod uwagę. Ale od tego czasu wszyscy się zmieniliśmy. Dojrzeliśmy.
Co oznacza, że możliwości również się zmieniły.
Qui-Gon milczał przez chwilę, próbując się opanować. Bez żadnego
uprzedzenia nadeszła jedna ze zwrotnych chwil w jego życiu. Wszystko, co
powie i zrobi w kolejnych dniach, będzie miało ogromne znaczenie.
- Zwykle krytykowaliście moje metody. Choć pewnie powiedzielibyście
raczej, że ja krytykowałem wasze.
- Prawda to jest - zgodził się Yoda.
Depa Billaba rzuciła mu nieodgadnione dla Qui-Gona spojrzenie.
- Prawdą jest również, że Najwyższa Rada potrzebuje więcej różnych
punktów widzenia - powiedziała.
Czyżby Rada naprawdę podjęła sensowną decyzję? Qui-Gon miał nadzieję, że
żaden z rozmówców nie odczytał tej myśli.
Mace skinął głową.
- Owszem, Qui-Gonie, często się nie zgadzaliśmy. Czy nawet się
sprzeczaliśmy. Ale zawsze działałeś w poszanowaniu władzy Rady, nie
porzucając swoich wewnętrznych przekonań. To dowód, że masz wielki
talent do...
- Dyplomacji? - podsunął Qui-Gon.
- Raczej do wyczuwania równowagi - sprostował Mace.
W kontaktach z Radą Qui-Gon stąpał po cienkim lodzie i często zdarzały
mu się potknięcia, w miarę upływu lat jednak coraz rzadziej. Nauczył się
dość dobrze negocjować z tym szacownym ciałem. A teraz wyglądało na to,
że Rada dojrzała do tego, by zacząć naprawdę słuchać jego samego.
Qui-Gon od dziecka nigdy nie wyobrażał sobie członkostwa w najwyższym
organie zakonu. Na początku szkolenia Qui-Gona Dooku roześmiał się
kiedyś właśnie podczas ich rozmowy na temat Rady.
- Padawanie, ty zawsze masz swoje zdanie - rzekł wtedy do niego. -
Rada nie zawsze życzliwie do tego podchodzi.
Zważywszy, jak wiele razy Qui-Gon wchodził w spór z Radą, od swoich
najwcześniejszych dni w roli rycerza Jedi po ostatni konflikt sześć
tygodni temu, zawsze zakładał, że nigdy nie dotrze na szczyt hierarchii
zakonu.
Teraz jednak mogło tak się stać. I tak się stanie. Będzie mógł wpływać
na decyzje Rady, a może doprowadzić do niektórych zmian, które chętnie
widziałby w zakonie. Otworzyła się przed nim największa szansa w jego
życiu.
- To dla mnie zaszczyt - rzekł Qui-Gon. - Proszę was o trochę czasu.
Przed przyjęciem propozycji chciałbym nad tym pomedytować.
Oczywiście, że ją przyjmie. Medytacja jednak pozwoli mu głębiej
rozważyć, jak to go zmieni i jakie znaczenie ma ta ważna rola.
- Bardzo rozsądnie - pochwaliła Depa. - Większość tych, którym
zaproponowano fotel w Radzie, zrobiło to samo, ja również. Jeśli ktoś
się na to nie zdecydował... Cóż, zapewne nie wiedział, w co się pakuje.
Po sali rozszedł się śmiech. Poli Dapatian zabulgotał z rozbawieniem za
maską z respiratorem. Uśmiech Depy był zaraźliwy i Qui-Gon zorientował
się, że go odwzajemnia. Choć Rada nigdy nie okazywała mu wrogości,
Qui-Gon po raz pierwszy poczuł głębsze porozumienie z jej członkami -
przyjacielską relację osób równych sobie. Teth i Huttowie nagle wydali
mu się problemem sprzed wielu lat. Przyszłość jaśniała tak intensywnie,
jakby miała zaraz przyćmić teraźniejszość.
"Spokojnie - powiedział sobie w duchu. - Nawet coś takiego jak
zaproszenie do Najwyższej Rady nie powinno ci uderzyć do głowy".
- Rozważyć ostrożnie to musisz - zaskrzypiał Yoda, jedyny członek Rady,
który zachował śmiertelną powagę. - Odpowiedzi pośpiesznej nie
powinieneś udzielić.
- Oczywiście. - Czy Qui-Gon sam nie pokazał przed chwilą, że właśnie tak
zamierzał postąpić?
Zanim zdążył się dłużej zastanowić nad słowami Yody, odezwał się Mace:
- Ta propozycja w pewnym sensie pojawia się w dobrej chwili. Może to
potencjalnie rozwiązać inne problemy.
Dopiero wtedy do Qui-Gona dotarły implikacje jego decyzji: jeśli stanie
się członkiem Rady, Obi-Wan otrzyma innego mistrza.
Członkom Rady nie zakazywano szkolenia padawanów. Jeden z kolegów
Qui-Gona z adeptorium został dawno temu padawanem mistrza Dapatiana.
Wyjątków dokonywano również w czasach kryzysu, kiedy wszyscy musieli
podejmować się dodatkowych zadań. Odstępstwa takie zdarzały się jednak
rzadko. Członkostwo w Radzie wymagało mnóstwa czasu, skupienia i zaangażowania. Zrównoważone łączenie tej pracy z równie uświęconym
zadaniem wychowywania padawana - no cóż, byłaby to trudna sytuacja i prawdopodobnie niesprawiedliwa zarówno dla mistrza, jak i dla ucznia.
Taki trud ośmielali się podjąć tylko ci, którzy należeli do Rady od
bardzo dawna i zdążyli dostosować się do wymagań związanych z tymi
obowiązkami.
- Rozumiem, o czym mówisz - powiedział powoli Qui-Gon. - Być może tak
byłoby lepiej. Muszę jednak się nad tym zastanowić.
- Oczywiście - odparła ciepło Depa.
Yoda pokiwał głową bez słowa, zaciskając palce na lasce z drewna krzaka
gimer.
Mace Windu podniósł się z fotela i położył dłoń na ramieniu Qui-Gona.
- Oczywiście zachowamy tę propozycję w tajemnicy, dopóki nie postanowisz
do nas dołączyć. Obecnie jedyną osobą poza tą salą, która o tym wie,
jest kanclerz Kaj. Jeśli jednak chcesz omówić to z padawanem Kenobim lub
kimś innym, możesz swobodnie to uczynić, pod warunkiem, że obiecają
zachować dyskrecję.
- Rozumiem.
Qui-Gon wyszedł z sali Rady na korytarz Świątyni, czując się co najmniej
dziwnie. Nie nazwałby tego oszołomieniem, bo w pewnym sensie wyglądało
to dokładnie na odwrót: każdy detal otoczenia uderzał go wyrazistością i świeżością, czy chodziło o kolorowe wzory marmurowej mozaiki na
posadzce, czy o czerwoną lamówkę szaty młodej rycerki Jedi. Zupełnie
jakby propozycja członkostwa w Radzie polepszyła jego wzrok - postrzegał
teraz świat w inny sposób i zapewne spędzi resztę życia, ucząc się
rozumieć tę różnicę.
"Rada - powiedział do siebie. - Na Moc, Rada!".
Może inny Jedi okazałby otwarcie radość lub uległ pokusie i poczuł dumę.
Qui-Gon Jinn był ulepiony z innej gliny. Poza tym jego szczęście mąciła
sprawa Obi-Wana.
Rzeczywiście uważał, że nie pasowali do siebie jako nauczyciel i uczeń.
Głównym powodem, dla którego do tej pory nie poprosił o przydzielenie
Obi-Wanowi innego mistrza, było to, że jego padawana - och, jak dobrze o tym wiedział! - bardzo by to zraniło i że winiłby za to siebie.
Propozycja Rady sprawiała, że przeniesienie chłopca pod opiekę innego
mistrza miałoby charakter bezosobowy - czysto praktyczny. A Obi-Wan
otrzymałby nauczyciela, który lepiej by go wspierał.
A zatem dlaczego na samą myśl o tym Qui-Gona przepełniało dogłębne
poczucie straty?
Planeta miała przyjemny, ciepły klimat. W takich warunkach latem wzgórza
okrywają się bujną roślinnością, winnice rodzą grona, z których robi się
wina najwyższej klasy, a wysokie, smukłe drzewa iglaste falują lekko na
wietrze. Na Pijalu było pięknie. Wszyscy tak mówili. Jej najjaśniejsza
wysokość księżniczka Fanry nie miała powodu, by w to nie wierzyć.
Wolałaby jednak sama wyrobić sobie opinię.
- Podobno Naboo jest zachwycające - mówiła do regenta Averrossa,
machając nogami pod siedziskiem tronu. Choć miała już prawie czternaście
lat, wciąż nie do końca sięgała stopami ziemi. Jej rude włosy były
schowane pod kremową chustą i tylko kilka niesfornych loków
przypominało, jak intensywna barwa się pod nią kryje. - Toydaria podobno
nie jest taka ładna, ale i tak mnie ciekawi. I Alderaan. To podobno
najpiękniejsza planeta w Światach Jądra. Naboo ma królową mniej więcej w moim wieku, a Toydaria króla tylko o kilka lat starszego. A na
Alderaanie jest księżniczka, prawda? Breha? Moglibyśmy zorganizować
jakiś szczyt. Szczyt "nowego pokolenia przywódców galaktycznych".
- Znakomicie powiedziane - powiedziała Meritt Col, dyrektorka sektora w Korporacji Czerka. Czerka prowadziła interesy na Pijalu od tylu stuleci,
że jej wysocy urzędnicy wchodzili w skład dworu. Col radziła sobie z tym
lepiej niż inni. - Jako slogan hasło to jest chwytliwe, wyraziste,
inspirujące. Wasza wysokość poradziłaby sobie znakomicie na jednej z reklamowych planet Czerki. Oczywiście gdyby zrezygnowała pani z tronu. -
Col roześmiała się z własnego żartu.
Fanry skrzywiła usta w zdawkowym uśmiechu. W życiu nie zrezygnowałaby z tronu, dla nikogo ani dla niczego, a już na pewno nie po to, żeby
wymyślać reklamy dla Czerki.
Lord regent jakby w ogóle nie usłyszał, co powiedziała Col. Spojrzał za
to poważnie na Fanry.
- Nie ma czasu na wakacje - rzekł. Siedział nie w jednym z eleganckich
foteli, ale na kamiennej ławce pod jednym z wysokich, zabarwionych na
różowo okien w sali tronowej, stukając ciężkim butem w spiralne reliefy
zdobiące kamień. Fanry zawsze widziała w Averrossie varactyla trzymanego
w zbyt małej zagrodzie - czującego się nieswojo, niespokojnie i sprężonego do ucieczki. - I dobrze o tym wiesz.
- Nie mówiłam nic o wakacjach. Mówiłam o szczycie.
- I nie chodziło ci ani o jedno, ani o drugie - odparował. - Powiedz,
Fanry, jak ci się wydaje, dlaczego nagle nabrałaś tak wielkiej ochoty na
podróże?
Fanry powstrzymała westchnienie. Kiedy się miało Jedi za regenta - nawet
tak niekonwencjonalnego, nawet takiego, który zdecydowanie wolał się
zachowywać bardziej jak włóczęga niż arystokrata - oznaczało to, że
musiała nieustannie pogłębiać wiedzę o sobie samej. Osobiście uważała,
że znała się całkiem dobrze, ale wiedziała też, że Averross będzie jej
zadawał pytanie za pytaniem, dopóki mu nie odpowie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki