Star Wars. Mistrz i uczeń - Claudia Gray

Kup ebooka

36.00 zł
29.49 zł (29,86 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Roz­dział 1

Nie ma emo­cji - jest spo­kój. Nie ma igno­ran­cji - jest wie­dza. Nie ma pasji - jest rów­no­waga. Nie ma cha­osu - jest har­mo­nia.

Qui-Gonowi Jin­nowi prze­mknęło przez myśl, że ten, kto napi­sał kodeks Jedi, zapewne ni­gdy nie miał do czy­nie­nia z Hut­tami.

Biegł przez kamienny kory­tarz w kom­plek­sie pała­co­wym Hut­tów, a odgłosy wystrza­łów z bla­ste­rów odbi­jały się za nim echem od ścian. Czer­wone bły­ski roz­świe­tlały mrok niczym bły­ska­wice. Ci, któ­rzy go ści­gali, nie­ba­wem miną zakręt i nic już nie będzie im prze­szka­dzało w strze­la­niu pro­sto do niego, co ozna­czało, że powi­nien jak naj­szyb­ciej dać nura w jakieś drzwi.

- Obi-Wan! - zawo­łał. - W lewo!

- Tak, mistrzu - wysa­pał Obi-Wan, który biegł kilka kro­ków za Qui-Gonem.

"Jak to, już się zmę­czył?" - zdzi­wił się Qui-Gon, gdy zbie­gali po dłu­gich scho­dach, które powinny pro­wa­dzić do zewnętrz­nej, nowo­cze­śniej­szej czę­ści zespołu pała­co­wego. Ich ucieczka do tej pory objęła tylko trzy­mi­nu­towy sprint... a, i oczy­wi­ście wspi­naczkę na dwu­dzie­sto­me­trową ścianę. Ale przy wej­ściu w odpo­wiedni stan medy­ta­cyjny nie powinno to nikomu spra­wiać więk­szych trud­no­ści.

"Obi-Wan nie opa­no­wał dobrze medy­ta­cji bitew­nej - uświa­do­mił sobie Qui-Gon. Kroki jego pada­wana dud­niły za nim gło­śno na scho­dach. - W jego wieku umia­łem już...".

Qui-Gon powstrzy­mał się od dokoń­cze­nia tej myśli. Porów­ny­wa­nie wła­snego szko­le­nia i szko­le­nia jego ucznia nie pro­wa­dziło do niczego kon­struk­tyw­nego. Każ­dego pro­wa­dziła do Mocy inna droga. A on powi­nien się sku­pić na tej, która pozwoli im uciec z tego miej­sca.

Ota­cza­jącą ich ciem­ność roz­ja­śnił nagle pro­mień wpa­da­jący przez otwarte drzwi. Qui-Gon dobył mie­cza i zapa­lił go, oświe­tla­jąc klatkę scho­dową. Obi-Wan uczy­nił to samo sekundę póź­niej - dokład­nie w chwili, kiedy dotarli do wiel­kiego, bar­dzo zatło­czo­nego pomiesz­cze­nia.

A kon­kret­nie do jed­nej z hut­tyj­skich palarni przy­prawy.

W powie­trzu, niczym mgła, uno­sił się ciężki, słodki dym. Na plat­for­mach, lewi­tu­ją­cych na róż­nej wyso­ko­ści nad oszo­ło­mio­nymi przy­prawą bywal­cami tego przy­bytku, grali muzycy. Na zło­co­nym podium spo­czy­wał Wanbo Hutt, który zacią­gał się dymem tak łap­czy­wie, że wypeł­niał nim natych­miast troje swo­ich płuc. Nikt nie był na tyle przy­tomny, by zorien­to­wać się od razu, że w sali poja­wiło się dwóch ryce­rzy Jedi.

Mie­cze świetlne zwy­kle jed­nak zwra­cały uwagę.

- Apa hoohah gardo! - wychry­piał Wanbo, gesty­ku­lu­jąc nie­mrawo ogo­nem.

Jeden z jego gamor­re­ań­skich straż­ni­ków zakwi­czał i koły­szą­cym się kro­kiem pod­biegł, by zagro­dzić im drogę u dołu scho­dów. Nie zro­biło to na Qui-Gonie więk­szego wra­że­nia. Nie­po­koił go za to ciężki tupot kilku straż­ni­ków rasy ludz­kiej, któ­rzy zbie­gali po scho­dach za nimi. Nie podo­bali mu się rów­nież dwaj inni Gamor­re­anie przy drzwiach.

- Skacz! - zawo­łał Qui-Gon i sam odbił się, lądu­jąc na dru­gim końcu sali, na jed­nej z plat­form dla muzy­ków, zaję­tej wła­śnie przez sek­cję dętą. Kito­na­ko­wie szarp­nęli się w prze­stra­chu do tyłu i człon­kini zespołu spa­dła ze skraju pode­stu na brudną, zasłaną podusz­kami pod­łogę, ota­cza­jącą podium z Hut­tem. Wylą­do­wała na Tran­do­sha­ni­nie, który zasy­czał z obu­rze­niem, ale więk­szość oszo­ło­mio­nych klien­tów w ogóle niczego nie zauwa­żyła.

Qui-Gon obej­rzał się za sie­bie. Obi-Wan sko­czył na plat­formę, na któ­rej jakiś Shawda Ubb grał na har­mo­nijce growdi. Oka­zało się nie­stety, że muzyk jest ule­piony z tward­szej gliny. Gra­jąc wciąż dwiema koń­czy­nami na instru­men­cie, zadał Obi-Wanowi cios trze­cią, a potem jesz­cze na niego splu­nął.

"Jad!" - prze­ra­ził się Qui-Gon. Obi-Wan jed­nak bez trudu uchy­lił się przed tru­jącą sub­stan­cją. Miał zna­ko­mity refleks. Nawet jeśli nie potra­fił zacho­wać zim­nej krwi pod­czas walki, nie bra­ko­wało mu wła­ści­wych odru­chów.

Kiedy na scho­dach poja­wili się kolejni straż­nicy - tym razem ludzie, Qui-Gon krzyk­nął:

- Zaj­mij się tymi drzwiami!

A potem naci­snął nogą pedał ste­ru­jący plat­formą, żeby popę­dziła w kie­runku straż­ni­ków. Pośrodku cha­osu przy­wo­łał do sie­bie głę­boki spo­kój, duszę wszech­świata, która zawsze słu­chała, zawsze odpo­wia­dała.

Nie myśląc ani nie celu­jąc świa­do­mie, Qui-Gon wzniósł miecz świetlny, kie­ru­jąc go w górę, w dół, w bok - blo­ku­jąc każdą bla­ste­rową wiązkę. Strze­lali coraz szyb­ciej, ale nie miało to zna­cze­nia. Wyczu­wał ich zamiary z wyprze­dze­niem. Jego spo­koju nie podzie­lali kito­naccy muzycy - wszy­scy dali dra­paka z plat­formy. I dobrze, bo dzięki temu mógł się sku­pić tylko na bez­pie­czeń­stwie swoim i swo­jego pada­wana. Choć oczy­wi­ście Obi-Wan umiał sam o sie­bie zadbać.

Czy raczej tak się Qui-Gonowi wyda­wało przez jesz­cze dwie sekundy, zanim Obi-Wan zesko­czył przy panelu ste­ro­wa­nia drzwiami i wbił weń miecz świetlny. Gorąco sto­piło obwody.

"A niech to!" - syk­nął w myśli Qui-Gon.

- Cho­dziło mi o to, żebyś zajął się straż­ni­kami przy drzwiach! - zawo­łał.

- Mogłeś tak powie­dzieć wcze­śniej, mistrzu! - odkrzyk­nął Obi-Wan.

Prawda. Ale... że też zawsze trzeba mu było udzie­lać kon­kret­nych wska­zó­wek! Czy naprawdę musiał myśleć tak dosłow­nie? A tym­cza­sem dwaj Gamor­re­anie na­dal zagra­dzali im naj­lep­szą drogę ucieczki. Co gor­sza, znisz­czony panel - jak się oka­zało - słu­żył do ste­ro­wa­nia nie tylko drzwiami, ale i lewi­tu­ją­cymi plat­for­mami, które nagle prze­stały się zacho­wy­wać prze­wi­dy­wal­nie. Qui-Gon zachwiał się, bo powierzch­nia pod jego sto­pami prze­chy­liła się ostro w lewo, ale zaraz odzy­skał rów­no­wagę, choć dość nie­pewną. Wiązka z bla­stera prze­le­ciała tuż obok niego, wyry­wa­jąc dymiący kawał ściany. Nie­celny strzał - ale i tak o jeden za dużo.

"Nie ma czasu na gdy­ba­nie - powie­dział sobie Qui-Gon. - Nie ma prze­szło­ści ani przy­szło­ści. Liczy się tylko chwila obecna".

Tym­cza­sem Obi-Wan raczej nie sta­rał się zapa­no­wać nad emo­cjami. Wyglą­dał, jakby spo­kój ducha był dla niego czymś bar­dzo odle­głym. Zesko­czył z plat­formy tuż przed tym, jak z gło­śnym trza­skiem rąb­nęła w ścianę razem z Shawdą Ubbem i har­mo­nijką growdi, a potem zręcz­nie prze­ciął topór jed­nego z Gamor­rean i odciął rękę dru­giemu - na ten widok pierw­szy umknął, kwi­cząc z prze­ra­że­niem.

Dopiero to prze­biło się przez opary przy­prawy i głu­poty do świa­do­mo­ści Wanbo Hutta.

- Hopa! Kic­ke­ey­una Jedi kil­lee! - wrza­snął.

Gamor­re­anie z tupo­tem zaczęli zbie­gać ze scho­dów, zamie­rza­jąc zapewne poj­mać Qui-Gona, kiedy wresz­cie spad­nie z prze­chy­la­ją­cej się plat­formy.

- Mistrzu?! - zawo­łał Obi-Wan. - Wszystko w porządku?

- Jeśli zdo­łasz, znajdź nam sta­tek!

Obi-Wan ski­nął głową i wybiegł z palarni przy­prawy w sam śro­dek labi­ryntu kory­ta­rzy hut­tyj­skiego pałacu.

Qui-Gon zła­pał za brzeg plat­formy, która znów skie­ro­wała się w stronę Wanbo. Kil­koro klien­tów na dole zaczęło chi­cho­tać. Jedi trzy­ma­jący się kur­czowo pode­stu dla muzy­ków sta­no­wił widocz­nie zabawne wido­wi­sko. "Niech się śmieją. Lepiej, żeby nie zwra­cali uwagi na to, co się naprawdę dzieje" - pomy­ślał, włą­cza­jąc loka­li­za­tor przy pasie.

Dysk, na któ­rym stał, pod­le­ciał do innej, bar­dziej sta­bil­nej plat­formy, uno­szą­cej się metr niżej. Kulił się na niej Kito­nak, zasła­nia­jąc sobie głowę rogiem kloo. Qui-Gon prze­sko­czył do niego. Znaj­do­wał się teraz mniej wię­cej na środku sali. Zła­paw­szy rów­no­wagę, będzie mógł teraz sko­czyć dalej, do góry i w dół...

Wylą­do­wał na podium za Wanbo z mie­czem świetl­nym o cen­ty­me­try od mię­si­stego gar­dła Hutta.

- Ap-xmai nud­chan! - Wanbo pró­bo­wał się odwró­cić, co dla Hutta sta­no­wiło wyczyn co nie­miara, ale Qui-Gon przy­su­nął miecz jesz­cze bli­żej do jego szyi. Gorąco emi­to­wane przez klingę musiało być odczu­walne nawet przez tak grubą skórę, bo Wanbo natych­miast znie­ru­cho­miał. Zamarli rów­nież straż­nicy, zarówno ludzie, jak i Gamor­re­anie. Więk­szość uza­leż­nio­nych od przy­prawy usia­dła - wresz­cie zain­te­re­so­wało ich to, co się działo, choć co naj­mniej jedna z kobiet na pod­ło­dze na­dal wpa­try­wała się w sufit, z ustami roz­chy­lo­nymi w oszo­ło­mio­nym uśmie­chu. Ostat­nie dwie plat­formy ude­rzyły w ściany i runęły na zie­mię, ale chyba nikomu nic się nie stało.

Wanbo nie odzy­wał się, cze­ka­jąc, aż napast­nik przej­mie ini­cja­tywę. Bez swo­jego major­do­musa Hutt nie miał zie­lo­nego poję­cia, co robić w kry­zy­so­wej sytu­acji.

- Skoro już nie muszę pro­sić o uwagę - rzekł Qui-Gon - chciał­bym omó­wić kwe­stię mojego wyj­ścia z tego pałacu.

- Chuba, jah-jee bar­gon - burk­nął nadą­sany Wanbo, co zna­czyło mniej wię­cej: "W porządku. Cie­szę się, że już nie będę was musiał oglą­dać".

- I wza­jem­nie. A zatem zabie­ram to podium do han­garu. - Dobrze się skła­dało, bo takie pode­sty można było pod­no­sić lub opusz­czać na niż­sze poziomy, dzięki czemu Hut­to­wie nie musieli ruszać się z miej­sca. Qui-Gon spoj­rzał na salę i oznaj­mił: - Będzie tam cze­kał na mnie mój sta­tek. Wanbo będzie sta­no­wił zna­ko­mitą tar­czę, jeśli zamier­za­cie wystrze­lić coś w moim kie­runku.

- Stuka Jedi poonoo juli­min­mee? - wychry­piał Wanbo. "Odkąd to Jedi biorą zakład­ni­ków?"

Istot­nie, tego typu rze­czy Jedi zwy­kle nie robili i Qui-Gon nie prze­pa­dał za sto­so­wa­niem takich metod. Zde­cy­do­wa­nie nie było to coś, o czym mia­łaby ochotę słu­chać Rada Jedi, kiedy razem z Obi-Wanem powrócą na Coru­scant. Qui-Gon zwykł jed­nak dosto­so­wy­wać tak­tykę do prze­ciw­ni­ków. Mając do czy­nie­nia z Hut­tami, któ­rych gigan­tyczna for­tuna brała się wyłącz­nie z nie­szczęść innych istot, uwa­żał, że ma prawo robić wszystko, co pozwoli mu na prze­ży­cie.

- Od teraz, jak widać - odparł lek­kim tonem. Naci­snął stopą przy­cisk ste­ro­wa­nia i pod­łoga pod nimi się roz­su­nęła. Małe ramiona Wanbo zadrżały, kiedy plat­forma opu­ściła poziom palarni przy­prawy, wla­tu­jąc do han­garu. Qui-Gon zer­k­nął do góry. Kilka osób gapiło się na nich z wytrzesz­czo­nymi oczami.

A potem obrzu­cił spoj­rze­niem han­gar - i natych­miast ujrzał Obi-Wana, oto­czo­nego przez pię­ciu ludzi, straż­ni­ków, i to dobrze wyszko­lo­nych, sądząc po ich bojo­wych pozach. Choć pada­wan trzy­mał w pogo­to­wiu miecz świetlny, nie mógł jed­no­cze­śnie się bro­nić i prze­su­wać w stronę stat­ków. Obi-Wan popa­trzył Qui-Gonowi w oczy, a potem odwró­cił wzrok.

Nie­opo­dal stał major­do­mus Wanbo, Thu­ri­ble, z dłońmi sple­cio­nymi na brzu­chu. Uśmie­chał się spo­koj­nie.

- Mistrzu Jin­nie - ode­zwał się kul­tu­ral­nym, uprzej­mym gło­sem. - Jakież to dla nas szczę­ście gościć jed­no­cze­śnie dwóch Jedi.

Obi-Wan zesztyw­niał, szy­ku­jąc się bez wąt­pie­nia do walki. Qui-Gon jed­nak tylko się uśmiech­nął.

- Wiel­kie szczę­ście - powie­dział do Thu­ri­ble'a. Nie odsu­wał mie­cza świetl­nego od gar­dła Wanbo. - Zwłasz­cza że mój loka­li­za­tor nadaje od... Och, już od dłuż­szego czasu. Rada Jedi nie może oczy­wi­ście inter­we­nio­wać bez­po­śred­nio, ale będzie w sta­nie przyj­rzeć się wszyst­kiemu, co się tu do tej pory wyda­rzyło. I wszyst­kiemu, co się wyda­rzy. Czuję się nie­mal tak, jakby tu z nami była.

Uśmiech na twa­rzy Thu­ri­ble'a przy­bladł na chwilę. Gamor­re­anie ner­wowo prze­stą­pili z nogi na nogę. Kiedy tylko Qui-Gon odkrył w archi­wach Teth dwu­krot­nie reje­stro­wane ładunki, siły Wanbo ruszyły do ataku. Thu­ri­ble miał w pogo­to­wiu plan awa­ryjny i uru­cho­miono go, kiedy tylko w pałacu zdano sobie sprawę, że fał­szywe zapisy w doku­men­ta­cji nikogo już nie oma­mią. Pier­wotny plan na pewno obej­mo­wał zgło­sze­nie, że dwóch Jedi "zagi­nęło w nie­zna­nych oko­licz­no­ściach", co miało być przy­krywką dla zabój­stwa. Nawet jed­nak Hut­to­wie nie posu­nę­liby się w swo­jej aro­gan­cji do otwar­tego mordu na rycer­zach Jedi.

Thu­ri­ble bły­ska­wicz­nie odzy­skał pano­wa­nie nad sobą.

- Wygląda na to, że wzią­łeś mojego pra­co­dawcę na zakład­nika. Ale ja też mam zakład­nika - two­jego ucznia. Chyba jeste­śmy w impa­sie, nie­praw­daż?

Czyli zamiast wywal­czyć sobie drogę ucieczki, Qui-Gon będzie musiał zgo­dzić się na nego­cja­cje. Z Hut­tami.

Z wysił­kiem powstrzy­mał się od cięż­kiego wes­tchnie­nia.

Godzinę póź­niej Qui-Gon sie­dział w kan­ce­la­rii major­do­musa, popi­ja­jąc pogod­nie her­batę.

- Te nie­po­ro­zu­mie­nia są tak nie­for­tunne - mówił Thu­ri­ble, powoli prze­cha­dza­jąc się wzdłuż zaokrą­glo­nej ściany pomiesz­cze­nia, zupeł­nie jak piel­grzym medy­tu­jący pod­czas wyprawy. Ema­no­wał spo­kojną pew­no­ścią sie­bie - zupeł­nie jakby był Jedi, a nie prawą ręką szefa gangu. - Mie­li­śmy w prze­szło­ści pro­blemy z bez­pie­czeń­stwem. Straż­nicy... No cóż, od czasu do czasu zda­rza się, że ich czuj­ność prze­cho­dzi w para­noję.

- Coś podob­nego. - Qui-Gon uniósł brew. - A skąd u nich taka para­noja na Teth? Prze­cież pla­netę kon­tro­lują wyłącz­nie Hut­to­wie.

- Zdzi­wił­byś się, mistrzu Jedi - odparł nie­dbale Thu­ri­ble - ale rów­no­waga sił nie­ustan­nie się zmie­nia. Nikt z nas nie może sobie pozwo­lić na utratę czuj­no­ści.

Major­do­mus u Hut­tów zwy­kle był tylko słu­gu­sem, pecho­wym cie­płym cia­łem, które pośred­ni­czyło mię­dzy Hut­tem a miej­sco­wymi urzęd­ni­kami, miz­drzyło się i pochle­biało tym, któ­rzy dzier­żyli rządy, i nie spra­wo­wało żad­nej nie­za­leż­nej wła­dzy. Prze­ciętny okres zatrud­nie­nia major­do­musa trwał, o ile Qui-Gon wie­dział, kilka mie­sięcy - podob­nie jak śred­nia dłu­gość życia na tym sta­no­wi­sku. Prę­dzej czy póź­niej, zwy­kle prę­dzej, major­do­mus brał jakąś łapówkę, ktoś go robił w balona, a potem ska­zy­wano go za to na śmierć... Albo koń­czył mar­twy bez żad­nego powodu, kiedy jego Hutt stra­cił pano­wa­nie nad sobą.

Thu­ri­ble był inny. Wanbo swoją obecną pozy­cję zawdzię­czał wyłącz­nie nepo­ty­zmowi. Nie nada­wał się do prze­wo­dze­nia kar­te­lowi prze­stęp­czemu, po pierw­sze dla­tego, że był Hut­tem o bar­dzo małym rozumku, po dru­gie z powodu ogrom­nego uza­leż­nie­nia od przy­prawy. Qui-Gon przy­pusz­czał, że tylko przez szczę­śliwy traf Wanbo zatrud­nił osob­nika tak inte­li­gent­nego, spryt­nego i amo­ral­nego jak naj­po­tęż­niejsi z Hut­tów. Thu­ri­ble ubie­rał się jak poeta lub arty­sta - ale zamożny - i prze­ma­wiał języ­kiem bar­dziej wyra­fi­no­wa­nym niż nie­je­den ary­sto­krata z Coru­scant. A jed­nak wszy­scy w sek­to­rze wie­dzieli, że praw­dziwa wła­dza na Teth nale­żała wła­śnie do niego.

Choć oczy­wi­ście sam był zbyt mądry, by o tym otwar­cie mówić.

Obi-Wan został wypusz­czony w zamian za uwol­nie­nie Wanbo. Thu­ri­ble mógł się na to zgo­dzić i jed­no­cze­śnie oca­lić swoją repu­ta­cję tylko pod jed­nym warun­kiem: musiał uda­wać, że napaść na nich miała cha­rak­ter przy­pad­kowy. Póki nie opusz­czą pla­nety, naj­roz­sąd­niej byłoby mu więc przy­ta­ki­wać.

Jeśli jed­nak Thu­ri­ble uwa­żał, że zyskał nad Qui-Gonem pewną prze­wagę, mylił się cał­ko­wi­cie.

- Prze­pra­szam ponow­nie za to okropne nie­po­ro­zu­mie­nie - cią­gnął aksa­mit­nym tonem męż­czy­zna. Jego długi, ciem­no­po­ma­rań­czowy kaftan koń­czył się tuż nad pod­łogą i, jako że major­do­mus na­dal cho­dził w tę i we w tę, odsła­niał co jakiś czas jego bose stopy. - Zapew­niam, że straż­nicy zostaną sto­sow­nie uka­rani, ale prze­żyją. Pra­gniemy w ten spo­sób usza­no­wać zwy­czaje Jedi.

- Miło mi to sły­szeć. - Qui-Gon upił łyk her­baty i dodał: - Ta pechowa scy­sja nie powinna poło­żyć się cie­niem na pozo­sta­łej czę­ści naszej wizyty na pla­ne­cie.

Thu­ri­ble uśmiech­nął się i ukło­nił. Czarne włosy opa­dły po bokach jego twa­rzy.

- Jesteś uoso­bie­niem wyro­zu­mia­ło­ści, mistrzu.

- Czę­sto mi tak mówią - odparł sar­ka­stycz­nie Qui-Gon. - Jed­nak na­dal bar­dzo mnie cie­kawi, co dokład­nie dzieje się z trans­por­tami rol­ni­czymi na Triel­lu­skim Szlaku Han­dlo­wym. Zwłasz­cza że reje­stry doty­czące prze­sy­ła­nych towa­rów w pobli­skich ukła­dach wydają się... zde­cy­do­wa­nie nie­zgodne z rze­czy­wi­sto­ścią.

Thu­ri­ble nawet nie mru­gnął, gdy Qui-Gon nagle prze­szedł do ofen­sywy.

- Nas rów­nież to intry­guje. Żeby tyle stat­ków zni­kało, tak nagle... To z pew­no­ścią wywo­łało alarm w Repu­blice.

- Alarm to raczej zbyt mocne słowo. Ale te zagi­nię­cia są nie­po­ko­jące i Repu­blika podej­mie w końcu wszel­kie środki nie­zbędne do ochrony ładun­ków.

Thu­ri­ble znów pochy­lił głowę, ale kiedy prze­mó­wił, w jego gło­sie bra­ko­wało już usłuż­no­ści:

- Jak dobrze mieć świa­do­mość, że Repu­blika tak spraw­nie chroni swo­ich licz­nych oby­wa­teli.

Oczy­wi­ście Qui-Gon wie­dział, że Hut­to­wie pory­wali statki i rekwi­ro­wali ładu­nek, sprze­da­jąc żyw­ność znaj­du­ją­cym się w trud­nej sytu­acji nie­za­leż­nym pla­ne­tom na Zewnętrz­nych Rubie­żach. I Thu­ri­ble wie­dział, że Qui-Gon to wie... Póki jed­nak Qui-Gon nie mógł zmu­sić Hut­tów do zaprze­sta­nia tego pro­ce­deru - a na razie nie miał takiej moż­li­wo­ści - nie było sensu od razu pod­no­sić przy­łbicy. Mogłoby to tylko dopro­wa­dzić do roz­lewu krwi. Koniec koń­ców Repu­blika odnio­słaby zwy­cię­stwo i pozo­stała silna, Hut­to­wie przez wiele mie­sięcy pro­wa­dzi­liby wewnętrzne walki, a potem z cha­osu wyło­ni­łaby się nowa wier­chuszka gang­ste­rów, która postę­po­wa­łaby dokład­nie w taki sam spo­sób.

- Cza­sem - mruk­nął pod nosem Qui-Gon - wydaje się, jakby w galak­tyce nic ni­gdy nie mogło się zmie­nić.

Thu­ri­ble zesztyw­niał, naj­wy­raź­niej nie wie­dząc, jak zare­ago­wać na taką zmianę tematu roz­mowy. Splótł dło­nie i zmarsz­czył ciemne brwi.

- Naprawdę tak uwa­żasz, Jedi?

Dawno temu Qui-Gon wie­rzył, że wielka, prze­ło­mowa zmiana jest moż­liwa. Że te prze­obra­że­nia zostały prze­wi­dziane tysiące lat wcze­śniej przez misty­ków Jedi. Jakiż młody wtedy był... Jaki nie­winny, jak opty­mi­stycz­nie pod­cho­dził do wszyst­kiego!

Czas nauczył go, że rze­czy­wi­stość wygląda ina­czej.

- Nic nie pozo­staje nie­zmienne - odparł Qui-Gon - ale istoty myślące zawsze będą takie same.

Thu­ri­ble pokrę­cił prze­cząco głową.

- Zmiany przy­cho­dzą, kiedy naj­mniej się ich spo­dzie­wamy... Ale przy­cho­dzą. - Major­do­mus wyda­wał się być teraz bar­dziej spięty niż wtedy, kiedy Qui-Gon trzy­mał miecz świetlny przy gar­dle Wanbo. Wpa­try­wał się prze­ni­kli­wie ciem­nymi oczami w Qui-Gona, szu­ka­jąc cze­goś - ale czego? - w jego wzroku. - Kto wie, jakie prze­miany ujrzymy jesz­cze za naszego życia?

Rozdział 2

Roz­dział 2

Ładny ten Alde­raan - stwier­dziła Rahara Wick, kiedy "Meryx" odda­lał się od pla­nety. - Piękny. Spo­kojny.

- A do tego zupeł­nie nie­podejrz­liwy - dodał z zado­wo­le­niem Pax Mari­pher. - Bar­dzo to u pla­net doce­niam.

- I dobrze. Bo to ostat­nie miej­sce, w któ­rym chcia­ła­bym się spo­tkać z jaki­miś pro­ble­mami.

- Dla­czego? - Pax zmarsz­czył brwi. - Prak­tycz­nie wszę­dzie spo­tka­łaby nas o wiele surow­sza kara.

Rahara skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach.

- Tak, ale na Alde­ra­anie nie mogli­by­śmy się wyku­pić.

- Są prze­ra­ża­jąco pra­wo­rządni, prawda? To nie miej­sce dla takich jak ty i ja. - Pax uniósł kącik ust w filu­ter­nym uśmieszku. Cza­sem lubił uda­wać, że są więk­szymi prze­stęp­cami niż w rze­czy­wi­sto­ści.

Rahara z kolei lubiła cza­sem uda­wać, że w ogóle nie są prze­stęp­cami. Osta­tecz­nie nikogo nie krzyw­dzili. Nie zabie­rali z odwie­dza­nych pla­net niczego cen­nego. Poza kamie­niami.

Ale coś, co na jed­nej pla­ne­cie uwa­żano za zwy­kły kamień, na innej sta­wało się klej­no­tem.

Na przy­kład na takim Alde­ra­anie, na kon­ty­nen­cie zło­żo­nym z archi­pe­lagu wysp, zie­mia w wielu miej­scach była prak­tycz­nie pokryta drob­nymi, bia­ła­wymi kamy­kami, naj­czę­ściej wyko­rzy­sty­wa­nymi jako żwir. Ale wystar­czyło zabrać taki kamyk na Rodię i poka­zać Rodia­nom, któ­rych oczy widziały fale świa­tła o takiej dłu­go­ści, że nie dostrze­gali ich ludzie - i nagle sta­wał się spek­ta­ku­lar­nym, opa­li­zu­ją­cym, błysz­czą­cym klej­no­tem - nie­sły­cha­nie cen­nym.

Tysiące lat wcze­śniej, w legen­dar­nych cza­sach, kiedy Sitho­wie na­dal rzą­dzili znaczną czę­ścią galak­tyki, kamie­niami han­dlo­wano zupeł­nie swo­bod­nie. Zale­wa­nie rynku cen­nym towa­rem zwy­kle pro­wa­dziło jed­nak do obni­że­nia war­to­ści pro­duktu. Nie­kiedy koń­czyło się nawet maso­wym rabun­kiem lub nie­le­gal­nie pro­wa­dzo­nym wydo­by­ciem kamieni pospo­li­tych na jed­nym świe­cie, ale nie­zwy­kłych w innych ukła­dach. Szybki i duży napływ takich bły­sko­tek mógł nawet spo­wo­do­wać zała­ma­nie gospo­darki na całej pla­ne­cie. Wpro­wa­dzono więc ści­słe prze­pisy regu­lu­jące obrót więk­szo­ścią kamieni uwa­ża­nych za cenne lub nawet zaka­zu­jące han­dlo­wa­nia nimi.

A ona i Pax po pro­stu... uda­wali, że te prze­pisy nie ist­nieją. Bo prze­cież nie mogliby znisz­czyć gospo­darki całej pla­nety tylko we dwoje. Kiedy Pax po raz pierw­szy zatrud­nił ją jako dru­giego pilota i ana­li­tyczkę, powie­dział: "Kto zauważy, jeśli weź­miemy tyle, ile się zmie­ści w nie­wiel­kiej ładowni "Meryxa"? Kto od tego zbied­nieje? Nikt. Więc dla­czego my nie mogli­by­śmy się na tym wzbo­ga­cić"?

Rahara istot­nie nie poj­mo­wała, dla­czego nie mie­liby tego robić - no i w końcu nie byli wszak praw­dzi­wymi prze­stęp­cami.

Musiała jed­nak to sobie regu­lar­nie powta­rzać, żeby stłu­mić odzy­wa­jący się w niej nie­kiedy nie­po­kój.

Sta­no­wili w grun­cie rze­czy oso­bliwą parę. Rahara spę­dziła dzie­ciń­stwo w trud­nych warun­kach - ujmu­jąc to eufe­mi­stycz­nie - i sama nauczyła się wszyst­kiego, co umiała, zaś Pax został wycho­wany przez dro­idy z pamię­cią wypchaną nie­zli­czo­nymi danymi - dro­idy, które nie miały abso­lut­nie nic innego do roboty. Rahara odzna­czała się wyso­kim wzro­stem, miała zło­ci­stą skórę i pro­ste, czarne włosy z gra­na­to­wym poły­skiem, się­ga­jące jej aż do pasa. Pax był o kilka cen­ty­me­trów niż­szy, a jego kędzie­rzawa czu­pryna ster­czała na wszyst­kie strony, jakby wła­śnie pora­ził go prąd. Ze względu na swoją bar­dzo bladą cerę od czasu do czasu spo­ty­kał się z pyta­niami, czy nie pocho­dzi aby z pla­nety, któ­rej miesz­kańcy żyją pod zie­mią. Nosił ubra­nia naj­wyż­szej jako­ści, ale czego by na sie­bie nie wło­żył, wszystko jakby wisiało na jego szczu­płej syl­wetce i zawsze cho­dził roz­cheł­stany. Rahara wolała pro­stą czarną odzież robo­czą, którą kupo­wała tanio w skle­pi­kach w kosmo­por­tach - kiedy dodało się do nich zwy­kłą pele­rynę czy kap­tur, wyglą­dało się na tubylca w zasa­dzie wszę­dzie. Oboje byli ludźmi - i na tym koń­czyły się ich podo­bień­stwa.

"Więk­szość ludzi dostrzega w nas tylko roz­tar­gnio­nego naukowca i jego ple­bej­ską pilotkę" - pomy­ślała kobieta. Nie prze­szka­dzało jej to. Cho­dziło prze­cież o to, żeby ich lek­ce­wa­żono i nie dostrze­gano. Żeby o nich zapo­mi­nano.

Jej dzie­ciń­stwo upły­nęło pod nad­zo­rem oraz cudzą kon­trolą i Rahara ni­gdy wię­cej w swoim życiu nie dopu­ści do cze­goś takiego.

Pax pocią­gnął za dźwi­gnię i "Meryx" sko­czył w nad­prze­strzeń, a na ekra­nach uka­zał się błę­kit: raz jaśnie­jący, raz ciem­nie­jący. Rahara wstała z fotela.

- Spraw­dzę spek­tro­metr.

- Nie musisz sobie tym na razie zawra­cać głowy - rzekł Pax wyra­zi­stym akcen­tem z Coru­scant. - Pole­cimy na Rodię dopiero za kilka tygo­dni.

Istot­nym było, by nie uda­wać się od razu z punktu będą­cego źró­dłem kamieni do miej­sca zbytu - pozo­sta­wiało to zbyt wyraźny ślad.

- Ale mogę to zała­twić od razu. - Prawdę mówiąc, chwile mil­cze­nia mię­dzy nią a Paxem zro­biły się ostat­nio... nie­zręczne. Rahara wolała się w takich sytu­acjach czymś zająć.

Pode­szła do dra­binki i zeszła do wnę­trza "Meryxa". W więk­szo­ści frach­tow­ców typu Gozanti byłaby to po pro­stu zwy­kła ładow­nia: surowy, goły metal, słabe oświe­tle­nie.

Dzi­siaj jed­nak cała ładow­nia lśniła zło­ci­ście, a zawie­rała tysiące kilo­gra­mów klej­no­tów.

Opra­co­wane przez Paxa pole blo­ku­jące odczyty ska­ne­rów zawsze robi­łoby na niej wra­że­nie, nie­za­leż­nie od jego innych walo­rów. Ale jej pra­co­dawca na doda­tek uczy­nił go pięk­nym. Piękno miało dla Paxa wiel­kie zna­cze­nie, dobrze to wie­działa. Nie miała poję­cia, czy kie­dy­kol­wiek otwar­cie się do tego przy­zna - ale to wła­śnie był praw­dziwy powód, dla któ­rego kradł cenne kamie­nie, a nie inne, prost­sze, bar­dziej docho­dowe towary: po pro­stu lubił na nie patrzeć.

Przy czym Pax Mari­pher w życiu by się nie przy­znał, że robi coś z przy­czyn sen­ty­men­tal­nych.

Rahara zwią­zała włosy w koń­ski ogon i zdjęła szatę, w któ­rej wcze­śniej mogła wta­piać się w tłum w Alde­rze. Pode­szła do urzą­dze­nia ste­ru­ją­cego polem blo­ku­ją­cym. Było strasz­li­wie skom­pli­ko­wane. Pra­co­wała z Paxem już od dłuż­szego czasu, a jed­nak wciąż, za każ­dym razem, musiała spraw­dzać usta­wie­nia. (Pax nie rozu­miał, o co cho­dziło w sfor­mu­ło­wa­niu "przy­ja­zny dla użyt­kow­nika". Albo ktoś miał na tyle inte­li­gen­cji, by uży­wać jego urzą­dzeń, albo nie). Kiedy już się przy­go­to­wała, pod­cią­gnęła rękawy do łokci, a potem naci­snęła kom­bi­na­cję przy­ci­sków, która wyłą­czyła pole - potop jaśnie­ją­cego świa­tła, a potem ciem­ność - na nie­spełna sekundę. Zdą­żyła zła­pać dużą garść ich łupu. Kiedy jej rękę dzie­liło tylko kilka cen­ty­me­trów od nie­bez­piecz­nej strefy, pole włą­czyło się ponow­nie w ośle­pia­ją­cym roz­bla­sku. Rahara zamru­gała i pogra­tu­lo­wała sobie, że tym razem udało jej się unik­nąć opa­rze­nia.

- Wiesz - ode­zwał się za nią scho­dzący po dra­bince Pax - doko­na­li­śmy cze­goś, co się nazywa udaną ucieczką. Możesz wyłą­czyć to pole.

- Mówisz tak za każ­dym razem. A ja za każ­dym razem powta­rzam, że muszę ćwi­czyć, żeby nauczyć się je obsłu­gi­wać w krót­szym cza­sie.

- Wyda­wa­łoby się, że powin­naś już to umieć.

Rahara prze­szła z kamy­kami na drugą stronę ładowni, tam, gdzie stał stół ze spek­tro­me­trem.

- A mnie by się wyda­wało, że powi­nie­neś się do tej pory nauczyć, jak roz­ma­wiać z innymi ludźmi, zamiast suge­ro­wać, że każdy w galak­tyce jest kre­ty­nem, oczy­wi­ście oprócz cie­bie. Cóż, wygląda na to, że zawód spo­tkał i cie­bie, i mnie.

Poło­żyła kamyki na stole i zaczęła je segre­go­wać według roz­miaru i praw­do­po­dob­nej jako­ści. Raharę po raz pierw­szy posa­dzono do sor­to­wa­nia mine­ra­łów, kiedy miała tylko dzie­więć lat i przy­cho­dziło jej to pra­wie auto­ma­tycz­nie.

- Raharo - zagad­nął ciszej Pax. - Prze­pra­szam, jeśli spra­wi­łem ci przy­krość. Pró­bo­wa­łem zażar­to­wać.

Nie spra­wił jej przy­kro­ści, tylko ją ziry­to­wał, ale i tak popsuło jej to nastrój. Part­ner, który postę­po­wał bar­dziej jak droid pro­to­ko­larny niż czło­wiek, cza­sem zaczy­nał ją nużyć, nawet jeśli miał dobrą wymówkę, żeby tak się zacho­wy­wać.

- Widzisz, żeby ktoś tu się śmiał?

- Nie. Oczy­wi­ście moje zro­zu­mie­nie humoru wymaga udo­sko­na­le­nia.

Na to oczy­wi­ście musiała się roze­śmiać. Pax był naj­za­baw­niej­szy, kiedy wcale nie sta­rał się żar­to­wać.

- Powin­ni­śmy poroz­ma­wiać - powie­dział, kiedy Rahara zało­żyła gogle powięk­sza­jące. - O naszym następ­nym celu.

- Gamorr, tak? - Obrzy­dliwa per­spek­tywa, ale przy­naj­mniej świeże wspo­mnie­nia z Alde­ra­ana pozwolą im prze­trwać tygo­dnie tapla­nia się w cuch­ną­cych mokra­dłach. - Wprost nie mogę się docze­kać!

- Mówisz sar­ka­stycz­nie. Zapew­niam, że abso­lut­nie podzie­lam twój brak entu­zja­zmu. Cho­dzi o to, że tak się zasta­na­wia­łem i... - Pax pochy­lił się, spo­glą­da­jąc na białe kamyki na stole. - Po gamor­re­ań­ski koral możemy pole­cieć kie­dy­kol­wiek. A gdy­by­śmy tak zain­te­re­so­wali się czymś rzad­szym? I cen­niej­szym?

- Na przy­kład czym? Ogni­stymi dia­men­tami z Musta­fara? - Rahara ni­gdy dotąd nie odwie­dziła tej pla­nety, ale z tego, co sły­szała, w porów­na­niu z nią praca na Gamor­rze wyda­wała się wycieczką do raju.

- Nic tak nie­bez­piecz­nego. - Odwró­cił się do niej i rzekł: - Krysz­tały kyber.

- Kyber?! Zwa­rio­wa­łeś? - Rahara prze­su­nęła gogle na czoło, żeby spoj­rzeć mu w oczy. - Jedi regu­lują han­del kybe­rem jak... jak... no, dużo suro­wiej niż wszyst­kie inne rze­czy, które sprze­da­wa­li­śmy. Abso­lut­nie nie powin­ni­śmy się w to pako­wać.

- A jed­nak na czar­nym rynku han­dluje się tymi krysz­ta­łami. I są wyko­rzy­sty­wane w pew­nych gałę­ziach prze­my­słu. A jeśli żadna firma tego nie kupi, a te rynki okażą się dla nas zbyt czarne, to cóż, zawsze będziemy mogli powia­do­mić Jedi o nowym złożu kyberu. Pozy­skać nowych przy­ja­ciół. Mogłoby nam się to kie­dyś przy­dać - przy­ja­ciele wśród Jedi.

Teraz zabrzmiało to sen­sow­niej. Ale...

- Kyber nie wystę­puje w wielu miej­scach, a Jedi mają je pod kon­trolą. Naprawdę pro­po­nu­jesz, żeby­śmy spró­bo­wali ich okraść?

- Daj spo­kój! - prych­nął Pax. - Nie jestem samo­bójcą, tylko śmiał­kiem. A także osobą, która być może wła­śnie natra­fiła na kom­plet­nie nikomu nie­znane źró­dło kyberu - i to na księ­życu zupeł­nie bez­piecz­nej pla­nety. Żad­nej straży, zero ryzyka, przy­jemny kli­mat, a jeśli w mojej ana­li­zie nie ma błę­dów, bar­dzo duża ilość kyberu.

Rahara widziała nie­raz, jak Pax godzi­nami stu­diuje roz­ma­ite skany pla­net - infor­ma­cje, choć dostępne publicz­nie, były zbyt szcze­gó­łowe i skom­pli­ko­wane, żeby więk­szość ludzi potra­fiła je prze­ana­li­zo­wać, nie wie­dząc z góry, czego szu­kać. Jej towa­rzysz dostrze­gał w nich jed­nak wię­cej niż inni.

- Wie­dzia­łam, że musi być jakiś powód, dla któ­rego z tobą wytrzy­muję - wes­tchnęła.

Na twa­rzy Paxa poja­wił się sze­roki uśmiech.

- No, to zapo­lujmy na tro­chę kyberu!

W dro­dze powrot­nej na statku pano­wała nie­zręczna atmos­fera. Obi-Wan ewi­dent­nie miał nadzieję, że uda mu się unik­nąć roz­mowy o tym, co poszło nie tak pod­czas potyczki na Teth - nic dziw­nego, w końcu był bar­dzo młody.

Pod wie­loma wzglę­dami Obi-Wan zacho­wy­wał się bar­dzo doj­rzale jak na swój wiek. Oka­zy­wał się tak nie­wzru­szony, że Qui-Gon nie­kiedy zapo­mi­nał, że jego pada­wan miał zale­d­wie sie­dem­na­ście lat. Jedy­nie cza­sem, w takich chwi­lach jak ta, kiedy sie­dzieli obok sie­bie w kok­pi­cie promu typu Rain­hawk, Qui-Gon uświa­da­miał sobie, że Obi-Wan wciąż nie pozbył się swo­jej mło­dzień­czej nie­zgrab­no­ści. W jego twa­rzy - prócz zapo­wie­dzi męż­czy­zny, któ­rym miał się stać - dawało się dostrzec rów­nież dziecko z prze­szło­ści.

I jak zwy­kle w takiej chwili Qui-Gona dopa­dało poczu­cie winy, bo Obi-Wan miał taki poten­cjał, tak zna­ko­mi­cie się zapo­wia­dał...

Zasłu­gi­wał na mistrza, który umiałby to w nim roz­wi­jać.

Od początku two­rzyli trudny tan­dem, z czę­stymi nie­po­ro­zu­mie­niami i emo­cjo­nalną huś­tawką. Nie było w tym nic dziw­nego. Qui-Gon zasta­na­wiał się cza­sem, dla­czego mło­dzi Jedi prze­cho­dzili spod opieki wycho­waw­ców w dzie­cię­cych dormi­to­riach pod kura­telę swo­ich mistrzów w samym środku wieku nasto­let­niego (u więk­szo­ści gatun­ków), czyli dokład­nie wtedy, kiedy każda zmiana staje się trud­niej­sza. (On sam, jak Dooku i Yoda, a wcze­śniej też stary mistrz Yody, wziął pada­wana nieco młod­szego. Obi-Wan został jego uczniem jako trzy­na­sto­la­tek. W niczym nie popra­wiło to sytu­acji). Qui-Gon poru­szył ten temat z innymi mistrzami, takimi jak Mace Windu i Depa Bil­laba, a nawet z Yodą, i wszy­scy zapew­niali Qui-Gona, że pierw­sze mie­siące nie­mal zawsze są trudne.

- Mar­twić się powi­nie­neś, gdyby do kon­flik­tów nie docho­dziło - orzekł sen­ten­cjo­nal­nie Yoda. - Bo wtedy jak trzeba twój pada­wan się nie roz­wija.

Czy pierw­sze mie­siące, które Qui-Gon spę­dził z Dooku, wyglą­dały naprawdę ina­czej?

Ale z mistrzem Dooku połą­czyło go głę­bo­kie poro­zu­mie­nie, zanim upły­nął ich pierw­szy wspólny rok. I tak to wyglą­dało w przy­padku więk­szo­ści mistrzów i uczniów. Ow­szem, z początku poma­gał też Rael, ale Qui-Gon i Dooku rów­nież bez niego stwo­rzy­liby tę więź. To Dooku zapo­znał Qui-Gona ze sta­ro­żyt­nymi prze­po­wied­niami Jedi, wzbu­dza­jąc w nim zain­te­re­so­wa­nie odle­głą histo­rią i języ­kami, które miało prze­trwać o wiele dłu­żej niż jego żar­liwa wiara w zdol­no­ści jasno­wi­dzące misty­ków. Poza tym łączyło ich mnó­stwo cech: samo­dziel­ność, scep­ty­cyzm i nie­chęć do trak­to­wa­nia tego, co mówi Rada, jako słowa obja­wio­nego.

Cechy te, cha­rak­te­ry­styczne dla nich obu, jed­no­cze­śnie spra­wiały - i to nie­mal wszyst­kie - że Qui-Gon i Obi-Wan sta­no­wili swoje prze­ci­wień­stwo.

Qui-Gon uwa­żał, że każdą sytu­ację należy roz­wią­zy­wać w spo­sób odpo­wied­nio do niej dosto­so­wany - Obi-Wan wolał trzy­mać się pro­ce­dur. Qui-Gon cenił ela­stycz­ność, którą Obi-Wan postrze­gał raczej jako nie­dbal­stwo. Qui-Gon nauczył się z cza­sem lepiej doga­dy­wać się z Radą, ale na­dal dbał o zacho­wa­nie nie­za­leż­no­ści, Obi-Wan zaś sądził, że powi­nien słu­chać Rady zawsze i we wszyst­kich szcze­gó­łach, ze zgrozą obser­wu­jąc naj­drob­niej­sze nawet odej­ście swo­jego mistrza od stan­dar­do­wych pro­ce­dur.

Żadna z tych cech nie czy­niła z Obi-Wana złego kan­dy­data na ryce­rza Jedi. Wielu Jedi - i to czę­sto naj­lep­szych - myślało i dzia­łało na podob­nych zasa­dach. Jed­nak wła­śnie przez to nie do końca umiał się dopa­so­wać do Qui-Gona. Po latach part­ner­stwa wciąż nie dzia­łali w pełni spój­nie. Gdyby sytu­acja tego dnia oka­zała się bar­dziej nie­bez­pieczna - gdyby zagro­że­nie w pałacu Hut­tów było poważ­niej­sze - ten brak peł­nego poro­zu­mie­nia mógł stać się przy­czyną ich śmierci.

"Jak to napra­wić? - zasta­na­wiał się Qui-Gon. - I czy w ogóle zdo­łam to zro­bić? Bo Obi-Wan na to zasłu­guje...".

- Prze­pra­szam za to, co się stało, mistrzu - ode­zwał się w końcu Obi-Wan. - Powi­nie­nem wie­dzieć, co mia­łeś na myśli, kiedy kaza­łeś mi zająć się drzwiami... A potem dałem się zła­pać, kiedy pró­bo­wa­łem zakraść się na sta­tek...

- Obi-Wanie... Winę pono­szę ja. - Qui-Gon poło­żył swoją dużą dłoń na ramie­niu Obi-Wana. - Po pierw­sze, dałem ci nie­ja­sne pole­ce­nie. - "Lep­szy mistrz nauczyłby do tej pory swo­jego pada­wana, jak dostroić się do jego instynktu bitew­nego". - I wie­dzia­łem, że raczej nie zdo­łasz sam porwać statku, ale warto było spró­bo­wać i tyle. To nie twoja wina.

Więk­szość pada­wa­nów poczu­łaby ulgę, że zdjęto z nich odpo­wie­dzial­ność, ale Obi-Wan tylko moc­niej zmarsz­czył brwi.

- Potra­fię lepiej - mruk­nął.

Qui-Gon wes­tchnął.

- Obaj potra­fimy. Ale teraz wra­cajmy do domu.

Na pla­ne­cie Pijal, pod palą­cymi pro­mie­niami słońca, trwał wyścig.

- Dalej! - krzyk­nął Rael Aver­ross, przy­na­gla­jąc wierz­chowca, by popę­dził w górę, ku sze­ro­kiej szcze­li­nie, głę­bo­kiej i ska­li­stej.

Varac­tyl zaćwier­kał i ruszył naprzód, poko­nu­jąc szcze­linę jed­nym sko­kiem. Kiedy jego cięż­kie łapy zakoń­czone szpo­nami opa­dły z łosko­tem na trawę, Rael roze­śmiał się gło­śno.

- Brawo! - zawo­łał z wyraź­nym akcen­tem z Ringo Vindy. - O to cho­dzi!

Klan Iltan przy­wiózł varac­tyle z Uta­pau kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej, aby zyskać prze­wagę w Wiel­kich Łowach. Od tam­tej pory w wyniku odpo­wied­niej hodowli prze­kształ­ciły się w smu­kłe, zwinne zwie­rzęta o czer­wo­nych pió­rach, spo­ty­kane tylko na Pijalu. Pew­nego dnia, jak domnie­my­wał Rael, reszta galak­tyki odkryje tutej­sze varac­tyle, a wtedy nikt już nie będzie chciał się ści­gać na fathie­rach. Na razie jed­nak zwie­rzęta te, pręd­kość, którą osią­gały, i czy­sta radość jazdy na nich sta­no­wiły wyłączną spe­cjal­ność Pijala.

Rael zauwa­żył flagę ozna­cza­jącą metę i bez słowa skie­ro­wał varac­tyla w tamtą stronę. Zwie­rzę zare­ago­wało bez waha­nia, przy­śpie­sza­jąc ze wszyst­kich sił, aby dotrzeć tam jak naj­prę­dzej. Varac­tyle kochały pręd­kość dla pręd­ko­ści, a Rael uwa­żał, że rozu­mieją nawet róż­nicę mię­dzy wygraną i prze­graną. Jego wierz­cho­wiec wydał z sie­bie melo­dyjny, waleczny okrzyk i prze­mknął przez metę, hamu­jąc tak szybko, że jego pazury zosta­wiły wyraźne ślady w piasz­czy­stym grun­cie. Rael się­gnął z uśmie­chem do juków i wyjął duży kawa­łek suszo­nego mię­czaka - spe­cjal­ność Pijala, któ­rej sam nie zno­sił. Varac­tyl jed­nak potra­fił go doce­nić i prze­żu­wał przy­smak z roz­ko­szą.

Do mety dotarła reszta jeźdź­ców. Wykrzy­ki­wali gra­tu­la­cje i przy­ja­zne żarty. Rael zesko­czył z sio­dła, bo wszy­scy musieli teraz odpro­wa­dzić wierz­chowce do pała­co­wych stajni. Kiedy sta­nął na ziemi, pokrę­cił z nie­za­do­wo­le­niem głową. Sto­jący w pobliżu, sto­icki jak zwy­kle kapi­tan Deren zapy­tał:

- Jakiś pro­blem?

- Nie - wes­tchnął Rael. - Zasta­na­wiam się tylko, czemu moje kolana muszą być tak zło­śliwe, by sta­rzeć się wraz z resztą mojego ciała.

- Można sobie zro­bić syn­te­tyczne implanty...

- Nie, to nie takie ważne. Wiesz, co mówią o sta­rze­niu się: że to bije alter­na­tywę na głowę. - Rael sta­rał się o tym pamię­tać. Widział zbyt wielu, któ­rzy ode­szli przed­wcze­śnie. Jeśli nie­kiedy, o poranku, patrzył na sie­bie w lustrze i zasta­na­wiał się, kim jest ten siwie­jący stary pryk... No cóż, to tylko dowo­dziło, że wciąż żył. A resztę danego mu czasu zamie­rzał prze­żyć, cie­sząc się nim w abso­lut­nej pełni.

Kiedy dotarli do stajni, mło­dzi pomoc­nicy prze­jęli lejce od jeźdź­ców i zabrali zwie­rzęta na czysz­cze­nie pia­skiem i kar­mie­nie.

Deren i paru innych woj­sko­wych wró­ciło do koszar, ale więk­sza grupa poszła wraz z Raelem do naj­bliż­szej kan­tyny. Nie pre­zen­to­wała się zbyt wytwor­nie - była to błot­ni­sta, brudna dziura, wydrą­żona w skale, w któ­rej cuch­nęło bar­ma­nem Wookiee, ale wła­śnie dla­tego Rael lubił tę spe­lunkę. Klienci powi­tali go hała­śli­wymi i rado­snymi okrzy­kami, a wła­ści­cielka, Sel­bie, o jasnych wło­sach, zmy­sło­wych ustach i dużym biu­ście, obda­rzyła go cie­płym uśmie­chem, bio­rąc od niego długi płaszcz.

Idący obok jeź­dziec nachy­lił się do niego i szep­nął:

- To co, znowu się spik­nę­li­ście?

- Może. - Rael nie­czę­sto korzy­stał z dam­skiego towa­rzy­stwa. Kiedy ktoś się o tym dowia­dy­wał, zaczy­nał się dzi­wić i robić z tego wielką aferę. Nie zawsze też warto było sobie zawra­cać tym głowę. Ale... rze­czy­wi­ście minęło sporo czasu, a Sel­bie była w wieku w miarę zbli­żo­nym do jego wła­snego. Ni­gdy też nie spo­tkał nikogo o tak rubasz­nym poczu­ciu humoru.

"Dla­czego by nie?" - pomy­ślał. W sumie można spraw­dzić, czy nie mia­łaby ochoty... Zama­chał do niej. Kobieta roz­pro­mie­niła się i ruszyła w jego kie­runku.

- Hej - chrząk­nął ogromny Cha­gria­nin, wyraź­nie pijany. Zaci­snął sza­ro­nie­bie­ską rękę na łok­ciu Sel­bie. - Wła­śnie z nią roz­ma­wiam. I już pra­wie ją prze­ko­na­łem!

- Aha, aku­rat! - wark­nęła Sel­bie. - Spa­daj. Za dużo wypi­łeś.

- Wyrzu­casz mnie? Dla niego? - Wolną ręką wska­zał nie­zdar­nie na Raela. - Ubło­cone buty, nie­ogo­lony pysk, żad­nych manier... To ci się podoba...? Wierz mi, mógł­bym cię utrzy­my­wać na lep­szym pozio­mie.

- Chyba jesteś tu nowy. - Sel­bie wyrwała łokieć. - Nikt mnie nie utrzy­muje. Sama się utrzy­muję.

- Daj mi szansę, dziew­czyno. - Cha­gria­nin spró­bo­wał przy­cią­gnąć ją do sie­bie, ona jed­nak znów wyrwała się z jego nie­pew­nego uści­sku. Roz­zło­ścił się jesz­cze bar­dziej. - Za kogo się uwa­żasz? Odrzu­casz takich jak ja, kiedy sama jesteś śmie­ciem! Nędzna szmata!

Sel­bie nie przej­mo­wała się w ogóle wyzwi­skami Cha­gria­nina. Nie ozna­czało to jed­nak, że Rael nie powi­nien inter­we­nio­wać.

Poza tym potrze­bo­wał odro­biny roz­rywki.

- Hej, ty - powie­dział do Cha­gria­nina. - Zabie­raj się stąd, zanim ja się za cie­bie zabiorę.

Cha­gria­nin wypiął pierś. Uznał zapewne, że jeśli nie może zdo­być kobiety, bójka czę­ściowo mu to wyna­gro­dzi.

- Zabie­rzesz się za mnie? A jak niby chcesz to zro­bić?

W ułamku sekundy Rael się­gnął do pasa i dobył broni. Miecz świetlny roz­świe­tlił całą salę nie­bie­skim bla­skiem. Cha­gria­nin zamarł. W kan­ty­nie zapa­dła cisza. Aver­ross poka­zał w uśmie­chu zęby.

- Założę się, że jakoś sobie pora­dzę - rzu­cił.

- Jedi - wychry­piał Cha­gria­nin. Cofał się, szu­ra­jąc, w stronę drzwi, z pochy­loną głową. - Nie wie­dzia­łem... Bo ty... Nie wyglą­dasz jak Jedi.

- Hmm. - Rael zamy­ślił się. - A zawsze mi się zda­wało, że to inni Jedi nie wyglą­dają jak ja.

- Doniosę na cie­bie. - Cha­gria­nin potrzą­snął rogami, co w jego mnie­ma­niu miało wyglą­dać groź­nie. - Nawet jeśli jesteś Jedi, pod­le­gasz prawu. O wszyst­kim dowie­dzą się wła­dze!

Sel­bie wzięła się pod boki. Wyglą­dała, jakby ni­gdy nie bawiła się tak dobrze jak teraz.

- Witamy na Pijalu! Dopóki księż­niczka nie doro­śnie, rzą­dzi nami regent. - Wska­zała uro­czy­ście na Raela. - Poznaj naszego lorda regenta.

Ucieczce Cha­gria­nina z kan­tyny towa­rzy­szyły śmie­chy i drwiny klien­tów. Muzyka znów grała. Rael wyłą­czył miecz świetlny i odwró­cił się z uśmie­chem do Sel­bie.

I wła­śnie wtedy zapa­lił się holo­ekran nad barem. Obraz oto­czony był czer­woną obwódką.

Uśmiech spełzł z twa­rzy Raela, jesz­cze zanim obraz wyostrzył się i ekran uka­zał maga­zyn pod sto­licą, który dopa­lał się w ostat­niej fazie pożaru. Jeśli księż­niczka Fanry to oglą­dała - a z pew­no­ścią tak - nie­wąt­pli­wie ją to prze­ra­ziło. Musiał natych­miast do niej wra­cać. "Czy te potwory w ogóle myślą o ludziach, któ­rym wyrzą­dzają krzywdę?" - pomy­ślał z gory­czą.

Po chwili przy­je­chały dro­idy stra­żac­kie i uga­siły pożar, a u góry holo­ekranu wyświe­tlił się pasek z napi­sem: DOMNIE­MANY ZAMACH OPO­ZY­CJI.

- Halin Azucca! - syk­nął. - Poślę ją do pie­kła.

Rozdział 3

Roz­dział 3

Myśli Obi-Wana pędziły jak sza­lone. "Zaj­mij się drzwiami... Dla­czego nie zro­zu­mia­łem, o co cho­dziło Qui-Gonowi? To straż­nicy sta­no­wili pro­blem, a nie panel ste­ro­wa­nia, i gdy­bym zacho­wał zimną krew, dostrzegł­bym to. Choć oczy­wi­ście mógł powie­dzieć dokład­nie, o co mu cho­dziło, a wtedy..."

"Muszę się sku­pić na tym, co tu i teraz. Przy­szłość nie ist­nieje, prze­szłość prze­stała ist­nieć. Rze­czy­wi­sta jest tylko chwila obecna".

Obi-Wan z wysił­kiem ponow­nie skon­cen­tro­wał się na przy­rzą­dach nawi­ga­cyj­nych Rain­hawka. Przy­naj­mniej nikt nie mógł go skry­ty­ko­wać za pilo­to­wa­nie: to zada­nie było kon­kretne, prze­wi­dy­walne, zna­jome. Kiedy usta­wił kurs na Coru­scant, zagad­nął:

- Mistrzu, a czy pod­czas roz­mowy z Thu­ri­ble'em dowie­dzia­łeś się o nim cze­goś wię­cej?

Qui-Gon pokrę­cił głową, wykrzy­wia­jąc usta w nie­we­so­łym uśmie­chu.

- By­naj­mniej. Ten czło­wiek pra­wie nic nie wyja­wia, choć jed­no­cze­śnie suge­ruje wszystko. Nie­zły spo­sób na wypra­co­wa­nie sobie repu­ta­cji osoby nie­prze­nik­nio­nej.

"A Qui-Gon już sam naj­le­piej wie, jak być nie­prze­nik­nio­nym" - pomy­ślał uszczy­pli­wie Obi-Wan.

- W postę­po­wa­niu Thu­ri­ble'a bra­kuje logiki - stwier­dził na głos.

- O, jestem pewien, że jed­nak ma bar­dzo racjo­nalne prze­słanki. - Qui-Gon wstał. Jego wzrost i sze­ro­kie ramiona w połą­cze­niu z cia­snotą kok­pitu spra­wiały wra­że­nie, jakby sta­tek ledwo mógł go pomie­ścić. - Pro­blem w tym, że nie możemy oce­niać, jak racjo­nal­nie postę­puje ktoś inny, póki nie znamy jego osta­tecz­nego celu, a cel Thu­ri­ble'a pozo­staje nie­znany.

- Mistrzu... Idziesz do kabiny?

- Chcę pome­dy­to­wać - odparł Qui-Gon. - Nie martw się, Obi-Wanie. Nie będziesz musiał sie­dzieć cały czas sam za ste­rami statku. Wiem, jak bar­dzo tego nie zno­sisz.

Na ten popis sar­ka­zmu Obi-Wan par­sk­nął śmie­chem. Jak Qui-Gon dobrze wie­dział, jego pada­wan uwiel­biał latać.

- Sądzę, że jakoś udźwi­gnę ten cię­żar.

Qui-Gon zaśmiał się cicho i już bez słowa poszedł do swo­jej małej kabiny, zosta­wia­jąc Obi-Wana samego.

"No widzisz? Żar­tuje z tobą. Nie żar­to­wałby tak, gdyby naprawdę roz­cza­ro­wały go twoje wyczyny na Teth".

A jed­nak do tych roz­cza­ro­wań docho­dziło tak czę­sto... Tak wiele mu się nie uda­wało. Wina nie mogła spo­czy­wać wyłącz­nie na bar­kach star­szego Jedi: był prze­cież mistrzem, a Obi-Wan tylko uczniem. Choć prze­cież Qui-Gon Jinn potra­fił też sam sobie prze­czyć, bywał tajem­ni­czy i nie­ja­sny, a cza­sem robił coś dokład­nie na odwrót, niż zale­cali w danej sytu­acji przy­wódcy Świą­tyni. Jed­nak jeśli Qui-Gon zacho­wy­wał się... no cóż, nie­orto­dok­syj­nie, to zada­nie pada­wana pole­gało na zro­zu­mie­niu tego i dosto­so­wa­niu się do jego metod.

W teo­rii. Bo w prak­tyce Obi-Wan na­dal nie umiał prze­wi­dy­wać, kiedy i w jaki spo­sób jego mistrz zlek­ce­waży zasady. Rzadko też rozu­miał, dla­czego to robił. I w miarę jak dora­stał, coraz bar­dziej fru­stro­wała go bun­tow­ni­cza natura Qui-Gona.

"Zasady są zasa­dami nie bez przy­czyny - roz­my­ślał Obi-Wan, wpa­tru­jąc się w falu­jące, inten­syw­nie nie­bie­skie świa­tło nad­prze­strzeni. - Nie są przy­pad­kowe. Zasady Jedi ist­nieją po to, by kie­ro­wać nas ku wyż­szemu dobru i żeby zmniej­szać poczu­cie nie­pew­no­ści".

Co wię­cej, zasady dało się zapa­mię­tać. Mogły być zapi­sy­wane, badane, potwier­dzane. Sta­no­wiły dokładne prze­ci­wień­stwo archa­icz­nych mistycz­nych pism, które Qui-Gon cenił chyba bar­dziej niż jakie­kol­wiek inne tek­sty zakonu. Od spe­ku­la­cji Obi-Wan zde­cy­do­wa­nie wolał pew­ność - jeśli była moż­liwa do osią­gnię­cia.

Naj­bar­dziej fru­stru­jące oka­zy­wało się jed­nak to, że metody Qui-Gona dzia­łały - zazwy­czaj. Te dziwne, zmienne, sza­leń­cze porywy, któ­rymi się kie­ro­wał, dobrze mu słu­żyły.

A to ozna­czało, że bycie Jedi obej­mo­wało coś, czego Obi-Wan jesz­cze nie rozu­miał.

"Na Moc - jestem genialny".

Skrom­ność nie nale­żała do cnót cenio­nych tam, gdzie wycho­wał się Pax, i zapewne dla­tego ni­gdy nie zdo­łał się jej nauczyć. Jego zda­niem skrom­ność cecho­wała nudzia­rzy.

"Oczy­wi­ście nie bada­łem jako pierw­szy poten­cjału krysz­ta­łów kyber - roz­wa­żał Pax, przy­go­to­wu­jąc "Meryxa" do wyj­ścia z nad­prze­strzeni. - Jed­nak więk­szość takich badań z pew­no­ścią pro­wa­dzili Jedi. Nie ujaw­ni­liby raczej żad­nych wyni­ków, bo stwo­rzy­łyby jesz­cze więk­szy popyt na kyber. A prze­cież posia­da­nie krysz­ta­łów nie jest nie­le­galne na żad­nej ze zna­nych mi pla­net".

Być może działo się tak dla­tego, że Pax ni­gdy nie kło­po­tał się spraw­dza­niem, na co pozwa­lało lub nie pozwa­lało prawo poszcze­gól­nych świa­tów, bo to takie nie­ważne szcze­góły, bla bla bla... To zada­nie nale­żało do Rahary, to ona zawsze się wszyst­kim przej­mo­wała. Ale też czy można się jej było dzi­wić?

- Już nie­da­leko? - zapy­tała wesoło Rahara, wcho­dząc do kok­pitu. Jej jedwa­bi­ste czarne włosy, zwią­zane z tyłu, odsła­niały jej twarz, dając przy­jemny, este­tyczny efekt.

- Wiesz dosko­nale, że tak.

Odchy­liła się w fotelu, wykła­da­jąc nogi na kon­so­letę - nikomu innemu Pax by na to nie pozwo­lił.

- A ty wiesz, że miła roz­mowa cza­sem zaczyna się od tego, że jej uczest­nicy potwier­dzają to, co już wie­dzą.

- Wpo­jono mi w dzie­ciń­stwie, że bez­po­śred­niość to zaleta.

Rahara wes­tchnęła.

- Zosta­łeś wycho­wany przez dro­idy pro­to­ko­larne, które raczej nie są eks­per­tami od nor­mal­nej ludz­kiej komu­ni­ka­cji. Ale mógł­byś się jej nauczyć, gdy­byś tylko poćwi­czył.

- Strata czasu - odparł Pax.

Zaci­snęła usta, ale już się nie ode­zwała. W grun­cie rze­czy Pax powi­nien poczuć w związku z tym ulgę...

Lubił Raharę bar­dziej niż jaką­kol­wiek inną znaną mu orga­niczną formę życia. Kiedy ją zatrud­nił przed kil­koma mie­sią­cami, wie­dział, że będzie się ide­al­nie nada­wać do pracy, którą się zaj­mo­wał, nie zda­wał sobie jed­nak sprawy, jak bez­pro­ble­mowo będzie się z nią doga­dy­wał. Ani jak przy­jem­nie będzie mu się z nią roz­ma­wiało czy sły­szało jej śmiech. Tro­chę mu zabrało, zanim się zorien­to­wał, że sto­sunki mię­dzy nimi prze­szły z rela­cji współ­pra­cow­ni­ków do przy­jaźni... A potem z przy­jaźni w coś innego. Pew­nego wie­czoru, kiedy opróż­niali na spółkę butelkę wina, wyda­wało się przez chwilę, jakby sprawy mogły... jakby mogły wyrwać się im spod kon­troli.

Pax sko­rzy­stał więc z oka­zji, żeby wyja­śnić, że ludz­kie emo­cje trwają naprawdę krótko, są zwod­ni­cze i nie mogą sta­no­wić pod­stawy inte­rak­cji ludzi racjo­nal­nych. W życiu prze­cież liczyła się tylko racjo­nal­ność, prawda?

Sądząc po reak­cji Rahary, uwa­żała ina­czej. Ale ich współ­praca ukła­dała się tak samo gładko jak przed­tem, choć nie­kiedy poja­wiały się mię­dzy nimi nie­zręczne chwile mil­cze­nia. Pax uznał, że powi­nien czuć się z tego zado­wo­lony.

I z pew­no­ścią w końcu tak będzie.

Uśmiech­nął się, kła­dąc ręce na przy­ci­skach i powie­dział do Rahary:

- A teraz pozwól, że przed­sta­wię ci szczę­śliwy i zapo­mniany świat - Pijal.

"Meryx" wysko­czył z nad­prze­strzeni w stan­dar­do­wej odle­gło­ści od wid­nie­ją­cego przed nimi świata, pokry­tego w więk­szo­ści nie­bie­skimi oce­anami. Wzdłuż rów­nika i zwrot­ni­ków roz­cią­gały się duże, zie­lono-złote wyspy. Ku zasko­cze­niu Paxa wokół Pijala orbi­to­wały stare gene­ra­tory osłon, w związku z czym kilka innych stat­ków uno­siło się tak jak oni nad pla­netą, cze­ka­jąc na pozwo­le­nie na lądo­wa­nie. Zda­niem Paxa tak stare osłony miały praw­do­po­dob­nie zbyt słabą moc, by zatrzy­mać sta­tek więk­szy niż prom typu Theta. Zapewne ocze­ki­wa­nie na pozwo­le­nie sta­no­wiło czy­stą for­mal­ność.

Zresztą nie musieli uda­wać się na sam Pijal. Pax wska­zał księ­życ poro­śnięty ciemną roślin­no­ścią.

- A oto miej­sce, które - jak sądzę - sta­nowi naj­lep­sze źró­dło kyberu w całej galak­tyce - oznaj­mił.

Rahara patrzyła bez­na­mięt­nie przez ilu­mi­na­tor.

- Mogła­byś oka­zać odro­binę entu­zja­zmu - obru­szył się Pax. - A przy­naj­mniej zain­te­re­so­wa­nia.

Wstała, nie odpo­wia­da­jąc ani sło­wem. Nie zaszczy­ciła go nawet spoj­rze­niem.

Czyżby znowu zła­mał jakieś nie­znane zasady ety­kiety spo­łecz­nej...? Dro­idy pro­to­ko­larne 3PO, które go wycho­wały, nauczyły go recy­to­wać reguły obo­wią­zu­jące na tysiącu róż­nych pla­net... Ale nie­wiele mu mówiły o sto­so­wa­niu ich w prak­tyce. Zacho­wa­nie żywych istot rzadko opie­rało się na jasnych zasa­dach - czę­sto zaś oka­zy­wało się bar­dzo zło­żone i zawsze zupeł­nie inne niż w symu­la­cjach. Pax zazwy­czaj radził sobie z tym poprzez cał­ko­wite lek­ce­wa­że­nie reguł doty­czą­cych postę­po­wa­nia wśród innych. Zda­wał też sobie jed­nak sprawę z tego, że nie sto­su­jąc się do nich, mógł zra­nić uczu­cia Rahary. A jego wspól­niczka była ostat­nią osobą w galak­tyce, którą chciałby skrzyw­dzić.

Ode­zwał się na próbę:

- A, i oczy­wi­ście jestem świa­dom, i to w pełni, że ni­gdy nie prze­ana­li­zo­wał­bym danych z tej pla­nety, gdyby nie twoja wstępna ana­liza tabel mine­ra­lo­gicz­nych - genialne obli­cze­nia doty­czące danych...

- Nie mówi­łeś, że będą tu statki Czerki. - Głos Rahary brzmiał sztywno i bez­barw­nie.

Co? Jak mógł to prze­ga­pić? Pax zaklął w duchu, dopiero teraz roz­po­zna­jąc krą­żow­nik "Nacisk" nale­żący do Kor­po­ra­cji Czerka, długi i masywny, który zapewne mógł prze­wo­zić i dzie­sięć tysięcy osób. Skany potwier­dziły obec­ność rów­nież innych stat­ków Czerki, co dowo­dziło, że firma pro­wa­dziła inten­sywne inte­resy na Pijalu i na jego księ­życu.

- Nie wie­dzia­łem. Prze­pra­szam.

- Oczy­wi­ście, że nie wie­dzia­łeś - rze­kła cicho. Wpa­try­wała się ciem­nymi oczami w sta­tek jak we wroga. I w pew­nym sen­sie, jak Pax dobrze wie­dział, był to wróg. - Nie spraw­dzi­łeś. Nie możesz cze­goś wie­dzieć, póki tego nie spraw­dzisz.

Pax nie uwa­żał za potrzebne spraw­dza­nia w każ­dym ukła­dzie, czy nie ma tam aby Kor­po­ra­cji Czerka, nie­za­leż­nie od tego, co wycier­piała w dzie­ciń­stwie Rahara. Kwe­stię tę mógł jed­nak poru­szyć innym razem, kiedy jego part­nerka prze­sta­nie być taka blada i drżąca, a przed nimi nie będzie się znaj­do­wał sta­tek kor­po­ra­cji tak wielki, że mógłby do ładowni zapa­ko­wać znaczny pro­cent całego pasa aste­roid. Sta­ra­jąc się nadać swo­jemu gło­sowi łagodny ton, powie­dział więc tylko:

- Jeśli wola­ła­byś, żeby­śmy stąd odle­cieli, w galak­tyce są też inne klej­noty.

- Nie. Nie widzę powodu, dla któ­rego obec­ność Czerki mia­łaby mnie powstrzy­mać przed tak zyskowną robotą. - Rahara pod­cią­gnęła rękawy. Ten gest zwy­kle ozna­czał, że wzmac­niała swoją deter­mi­na­cję. Spoj­rzała na niego z ukosa i dodała: - Poza tym nie zniósł­byś, gdy­byś musiał stąd odle­cieć bez spraw­dze­nia, czy kyber rze­czy­wi­ście tu jest.

- Chylę czoła przed odwagą, jaką oka­zu­jesz, i twym współ­czu­ciem dla mej pro­stej natury. W takim razie na księ­życ!

Pax skie­ro­wał "Meryxa" w stronę sate­lity, uda­jąc, że nie zauważa, jak Rahara wpa­truje się w krą­żow­nik Czerki, dopóki ten nie znik­nął w odle­głym mroku.

Rozdział 4

Roz­dział 4

Dziwne zacho­wa­nie Hut­tów jest. - Mistrz Yoda podra­pał się w pod­bró­dek, przy­gła­dza­jąc kilka rosną­cych tam bia­łych wło­sków drobną dło­nią z pazu­rami. - A jed­nak ważne, czuję, to nie jest.

- Zga­dzam się. - Mace Windu odchy­lił się do tyłu w fotelu. - To drobni prze­stępcy, któ­rzy sta­rają się wyda­wać potęż­niejsi niż w rze­czy­wi­sto­ści. Ata­ku­jąc was, pod­jęli ryzyko, ale wpi­suje się to w ich ogólny sche­mat dzia­ła­nia.

Qui-Gon nie miał do końca pew­no­ści, czy się z tym zga­dza, ale posta­no­wił nie drą­żyć tematu. Jeśli Hut­to­wie zechcą naro­bić więk­szego zamie­sza­nia, reszta galak­tyki i tak się o tym dowie. Poza tym wie­dział, że w roz­mo­wach z Naj­wyż­szą Radą Jedi musiał sta­ran­nie wybie­rać sprawy, o które chciał wal­czyć.

Wybie­rał ich wiele, choć w ostat­nich latach mniej niż poprzed­nio.

Jak zwy­kle po powro­cie z misji Qui-Gon został wezwany do sali obrad Naj­wyż­szej Rady. Zapa­dła już noc - zwy­kle Rada nie zbie­rała się tak późno, a przy­naj­mniej nie w zwy­kłych spra­wach - i ciem­ność na zewnątrz roz­pra­szał chaos ruchu powietrz­nego na Coru­scant i świa­tła stat­ków. Tutaj jed­nak, w tym pomiesz­cze­niu, pano­wał spo­kój. Qui-Gon roz­ko­szo­wał się owym kon­tra­stem.

Mistrzyni Bil­laba pochy­liła się ze zmarsz­czo­nym czo­łem nad data­pa­dem.

- Mar­twi mnie to nie­po­ro­zu­mie­nie mię­dzy tobą i twoim pada­wa­nem. Nie pierw­szy raz wspo­mi­nasz o takich trud­no­ściach.

Qui-Gon skło­nił lekko głowę.

- Mnie rów­nież to mar­twi. Obi-Wan jest silny w Mocy i zawsze chęt­nie wyko­nuje swoje obo­wiązki. Wina musi leżeć po mojej stro­nie. Oba­wiam się, że po pro­stu jeste­śmy do sie­bie nie­do­pa­so­wani. Mimo sta­rań nie jestem w sta­nie dosto­so­wać swo­ich metod szko­le­nio­wych do jego potrzeb.

Yoda prze­chy­lił głowę.

- Dosto­so­wać się i on musi. Współ­pracy nie przez indy­wi­du­alny wysi­łek nauczyć się można. Tylko razem postępy czy­nić może­cie.

Gdyby Qui-Gon przy­znał rację tej suge­stii - a zda­wała się bar­dzo racjo­nalna - wią­za­łoby się to z prze­nie­sie­niem czę­ści winy na Obi-Wana, czego wolałby nie robić. Nie ode­zwał się więc w ogóle. Rada miała zwy­czaj zakła­dać, że cisza ozna­czała zgodę, zaś Qui-Gon odkrył, że nie­kiedy było mu to na rękę.

Ocze­ki­wał jed­nak, że Rada zapyta go w końcu, czy nie chce, aby szko­le­niem Obi-Wana zajął się inny mistrz. Przed roz­po­czę­ciem spo­tka­nia zda­wał sobie sprawę, że mogą mu dziś zadać to pyta­nie, ale na­dal nie wie­dział, co odpo­wie­dzieć. Napię­cie, które odczu­wał, wyda­wało się gor­sze, niż się spo­dzie­wał, może dla­tego, że nie miał poję­cia, jakiej odpo­wie­dzi chciałby udzie­lić...

...A może dla­tego, że cisza w sali trwała tym razem podej­rza­nie długo.

Qui-Gon znów sku­pił więc uwagę na ota­cza­ją­cych go mistrzach, któ­rzy... wymie­niali pełne wycze­ki­wa­nia spoj­rze­nia.

Wypro­sto­wał się.

- Rada ma dla nas inną misję?

Może zamie­rzali wypró­bo­wać ich jesz­cze raz, zanim podejmą jakąś decy­zję o prze­nie­sie­niu Obi-Wana?

- Tak, inne zada­nie dla cie­bie mamy. - Yoda opu­ścił uszy, co ozna­czało u niego sku­pie­nie. - Roz­wa­żyć sta­ran­nie je musisz.

Mace Windu wypro­sto­wał się i zło­żył dło­nie w for­mal­nym geście sza­cunku.

- Zapewne nie sły­sza­łeś, że mistrz Dapa­tian zamie­rza w przy­szłym mie­siącu opu­ścić Radę.

Qui-Gon spoj­rzał na Poliego Dapa­tiana, bar­dzo sza­no­wa­nego mistrza... Tak bar­dzo, że Qui-Gon nawet nie zauwa­żył, jak znacz­nie w ostat­nich latach się posta­rzał.

- To wielka strata.

- Żywimy nadzieję, że przy­nie­sie nam to rów­nież korzyść - odparł Mace. - Qui-Gonie, niniej­szym pro­po­nu­jemy ci człon­ko­stwo w Radzie.

Czyżby się prze­sły­szał? Nie, z pew­no­ścią nie. Qui-Gon powoli powiódł wzro­kiem po kręgu mistrzów, przy­glą­da­jąc się każ­demu człon­kowi Rady z osobna. Nie­któ­rzy wyglą­dali na roz­ba­wio­nych, inni na zado­wo­lo­nych. Kilku, w tym Yoda, spra­wiało wra­że­nie raczej zre­zy­gno­wa­nych. Ale pro­po­zy­cja nie została zło­żona spon­ta­nicz­nie.

- Przy­znam, że... Zasko­czy­li­ście mnie - rzekł w końcu Qui-Gon.

- Och, nie wąt­pię. - W gło­sie Mace'a zabrzmiała nuta sar­ka­zmu. - Kilka lat temu sami byli­by­śmy zdzi­wieni tym, że kie­dyś będziemy to w ogóle brali pod uwagę. Ale od tego czasu wszy­scy się zmie­ni­li­śmy. Doj­rze­li­śmy. Co ozna­cza, że moż­li­wo­ści rów­nież się zmie­niły.

Qui-Gon mil­czał przez chwilę, pró­bu­jąc się opa­no­wać. Bez żad­nego uprze­dze­nia nade­szła jedna ze zwrot­nych chwil w jego życiu. Wszystko, co powie i zrobi w kolej­nych dniach, będzie miało ogromne zna­cze­nie.

- Zwy­kle kry­ty­ko­wa­li­ście moje metody. Choć pew­nie powie­dzie­li­by­ście raczej, że ja kry­ty­ko­wa­łem wasze.

- Prawda to jest - zgo­dził się Yoda.

Depa Bil­laba rzu­ciła mu nie­od­gad­nione dla Qui-Gona spoj­rze­nie.

- Prawdą jest rów­nież, że Naj­wyż­sza Rada potrze­buje wię­cej róż­nych punk­tów widze­nia - powie­działa.

Czyżby Rada naprawdę pod­jęła sen­sowną decy­zję? Qui-Gon miał nadzieję, że żaden z roz­mów­ców nie odczy­tał tej myśli.

Mace ski­nął głową.

- Ow­szem, Qui-Gonie, czę­sto się nie zga­dza­li­śmy. Czy nawet się sprze­cza­li­śmy. Ale zawsze dzia­ła­łeś w posza­no­wa­niu wła­dzy Rady, nie porzu­ca­jąc swo­ich wewnętrz­nych prze­ko­nań. To dowód, że masz wielki talent do...

- Dyplo­ma­cji? - pod­su­nął Qui-Gon.

- Raczej do wyczu­wa­nia rów­no­wagi - spro­sto­wał Mace.

W kon­tak­tach z Radą Qui-Gon stą­pał po cien­kim lodzie i czę­sto zda­rzały mu się potknię­cia, w miarę upływu lat jed­nak coraz rza­dziej. Nauczył się dość dobrze nego­cjo­wać z tym sza­cow­nym cia­łem. A teraz wyglą­dało na to, że Rada doj­rzała do tego, by zacząć naprawdę słu­chać jego samego.

Qui-Gon od dziecka ni­gdy nie wyobra­żał sobie człon­ko­stwa w naj­wyż­szym orga­nie zakonu. Na początku szko­le­nia Qui-Gona Dooku roze­śmiał się kie­dyś wła­śnie pod­czas ich roz­mowy na temat Rady.

- Pada­wa­nie, ty zawsze masz swoje zda­nie - rzekł wtedy do niego. - Rada nie zawsze życz­li­wie do tego pod­cho­dzi.

Zwa­żyw­szy, jak wiele razy Qui-Gon wcho­dził w spór z Radą, od swo­ich naj­wcze­śniej­szych dni w roli ryce­rza Jedi po ostatni kon­flikt sześć tygo­dni temu, zawsze zakła­dał, że ni­gdy nie dotrze na szczyt hie­rar­chii zakonu.

Teraz jed­nak mogło tak się stać. I tak się sta­nie. Będzie mógł wpły­wać na decy­zje Rady, a może dopro­wa­dzić do nie­któ­rych zmian, które chęt­nie widziałby w zako­nie. Otwo­rzyła się przed nim naj­więk­sza szansa w jego życiu.

- To dla mnie zaszczyt - rzekł Qui-Gon. - Pro­szę was o tro­chę czasu. Przed przy­ję­ciem pro­po­zy­cji chciał­bym nad tym pome­dy­to­wać.

Oczy­wi­ście, że ją przyj­mie. Medy­ta­cja jed­nak pozwoli mu głę­biej roz­wa­żyć, jak to go zmieni i jakie zna­cze­nie ma ta ważna rola.

- Bar­dzo roz­sąd­nie - pochwa­liła Depa. - Więk­szość tych, któ­rym zapro­po­no­wano fotel w Radzie, zro­biło to samo, ja rów­nież. Jeśli ktoś się na to nie zde­cy­do­wał... Cóż, zapewne nie wie­dział, w co się pakuje.

Po sali roz­szedł się śmiech. Poli Dapa­tian zabul­go­tał z roz­ba­wie­niem za maską z respi­ra­to­rem. Uśmiech Depy był zaraź­liwy i Qui-Gon zorien­to­wał się, że go odwza­jem­nia. Choć Rada ni­gdy nie oka­zy­wała mu wro­go­ści, Qui-Gon po raz pierw­szy poczuł głęb­sze poro­zu­mie­nie z jej człon­kami - przy­ja­ciel­ską rela­cję osób rów­nych sobie. Teth i Hut­to­wie nagle wydali mu się pro­ble­mem sprzed wielu lat. Przy­szłość jaśniała tak inten­syw­nie, jakby miała zaraz przy­ćmić teraź­niej­szość.

"Spo­koj­nie - powie­dział sobie w duchu. - Nawet coś takiego jak zapro­sze­nie do Naj­wyż­szej Rady nie powinno ci ude­rzyć do głowy".

- Roz­wa­żyć ostroż­nie to musisz - zaskrzy­piał Yoda, jedyny czło­nek Rady, który zacho­wał śmier­telną powagę. - Odpo­wie­dzi pośpiesz­nej nie powi­nie­neś udzie­lić.

- Oczy­wi­ście. - Czy Qui-Gon sam nie poka­zał przed chwilą, że wła­śnie tak zamie­rzał postą­pić?

Zanim zdą­żył się dłu­żej zasta­no­wić nad sło­wami Yody, ode­zwał się Mace:

- Ta pro­po­zy­cja w pew­nym sen­sie poja­wia się w dobrej chwili. Może to poten­cjal­nie roz­wią­zać inne pro­blemy.

Dopiero wtedy do Qui-Gona dotarły impli­ka­cje jego decy­zji: jeśli sta­nie się człon­kiem Rady, Obi-Wan otrzyma innego mistrza.

Człon­kom Rady nie zaka­zy­wano szko­le­nia pada­wa­nów. Jeden z kole­gów Qui-Gona z adep­to­rium został dawno temu pada­wa­nem mistrza Dapa­tiana. Wyjąt­ków doko­ny­wano rów­nież w cza­sach kry­zysu, kiedy wszy­scy musieli podej­mo­wać się dodat­ko­wych zadań. Odstęp­stwa takie zda­rzały się jed­nak rzadko. Człon­ko­stwo w Radzie wyma­gało mnó­stwa czasu, sku­pie­nia i zaan­ga­żo­wa­nia. Zrów­no­wa­żone łącze­nie tej pracy z rów­nie uświę­co­nym zada­niem wycho­wy­wa­nia pada­wana - no cóż, byłaby to trudna sytu­acja i praw­do­po­dob­nie nie­spra­wie­dliwa zarówno dla mistrza, jak i dla ucznia. Taki trud ośmie­lali się pod­jąć tylko ci, któ­rzy nale­żeli do Rady od bar­dzo dawna i zdą­żyli dosto­so­wać się do wyma­gań zwią­za­nych z tymi obo­wiąz­kami.

- Rozu­miem, o czym mówisz - powie­dział powoli Qui-Gon. - Być może tak byłoby lepiej. Muszę jed­nak się nad tym zasta­no­wić.

- Oczy­wi­ście - odparła cie­pło Depa.

Yoda poki­wał głową bez słowa, zaci­ska­jąc palce na lasce z drewna krzaka gimer.

Mace Windu pod­niósł się z fotela i poło­żył dłoń na ramie­niu Qui-Gona.

- Oczy­wi­ście zacho­wamy tę pro­po­zy­cję w tajem­nicy, dopóki nie posta­no­wisz do nas dołą­czyć. Obec­nie jedyną osobą poza tą salą, która o tym wie, jest kanc­lerz Kaj. Jeśli jed­nak chcesz omó­wić to z pada­wa­nem Keno­bim lub kimś innym, możesz swo­bod­nie to uczy­nić, pod warun­kiem, że obie­cają zacho­wać dys­kre­cję.

- Rozu­miem.

Qui-Gon wyszedł z sali Rady na kory­tarz Świą­tyni, czu­jąc się co naj­mniej dziw­nie. Nie nazwałby tego oszo­ło­mie­niem, bo w pew­nym sen­sie wyglą­dało to dokład­nie na odwrót: każdy detal oto­cze­nia ude­rzał go wyra­zi­sto­ścią i świe­żo­ścią, czy cho­dziło o kolo­rowe wzory mar­mu­ro­wej mozaiki na posadzce, czy o czer­woną lamówkę szaty mło­dej rycerki Jedi. Zupeł­nie jakby pro­po­zy­cja człon­ko­stwa w Radzie polep­szyła jego wzrok - postrze­gał teraz świat w inny spo­sób i zapewne spę­dzi resztę życia, ucząc się rozu­mieć tę róż­nicę.

"Rada - powie­dział do sie­bie. - Na Moc, Rada!".

Może inny Jedi oka­załby otwar­cie radość lub uległ poku­sie i poczuł dumę. Qui-Gon Jinn był ule­piony z innej gliny. Poza tym jego szczę­ście mąciła sprawa Obi-Wana.

Rze­czy­wi­ście uwa­żał, że nie paso­wali do sie­bie jako nauczy­ciel i uczeń. Głów­nym powo­dem, dla któ­rego do tej pory nie popro­sił o przy­dzie­le­nie Obi-Wanowi innego mistrza, było to, że jego pada­wana - och, jak dobrze o tym wie­dział! - bar­dzo by to zra­niło i że winiłby za to sie­bie. Pro­po­zy­cja Rady spra­wiała, że prze­nie­sie­nie chłopca pod opiekę innego mistrza mia­łoby cha­rak­ter bez­oso­bowy - czy­sto prak­tyczny. A Obi-Wan otrzy­małby nauczy­ciela, który lepiej by go wspie­rał.

A zatem dla­czego na samą myśl o tym Qui-Gona prze­peł­niało dogłębne poczu­cie straty?

Pla­neta miała przy­jemny, cie­pły kli­mat. W takich warun­kach latem wzgó­rza okry­wają się bujną roślin­no­ścią, win­nice rodzą grona, z któ­rych robi się wina naj­wyż­szej klasy, a wyso­kie, smu­kłe drzewa igla­ste falują lekko na wie­trze. Na Pijalu było pięk­nie. Wszy­scy tak mówili. Jej naj­ja­śniej­sza wyso­kość księż­niczka Fanry nie miała powodu, by w to nie wie­rzyć.

Wola­łaby jed­nak sama wyro­bić sobie opi­nię.

- Podobno Naboo jest zachwy­ca­jące - mówiła do regenta Aver­rossa, macha­jąc nogami pod sie­dzi­skiem tronu. Choć miała już pra­wie czter­na­ście lat, wciąż nie do końca się­gała sto­pami ziemi. Jej rude włosy były scho­wane pod kre­mową chu­stą i tylko kilka nie­sfor­nych loków przy­po­mi­nało, jak inten­sywna barwa się pod nią kryje. - Toy­da­ria podobno nie jest taka ładna, ale i tak mnie cie­kawi. I Alde­raan. To podobno naj­pięk­niej­sza pla­neta w Świa­tach Jądra. Naboo ma kró­lową mniej wię­cej w moim wieku, a Toy­da­ria króla tylko o kilka lat star­szego. A na Alde­raanie jest księż­niczka, prawda? Breha? Mogli­by­śmy zor­ga­ni­zo­wać jakiś szczyt. Szczyt "nowego poko­le­nia przy­wód­ców galak­tycz­nych".

- Zna­ko­mi­cie powie­dziane - powie­działa Meritt Col, dyrek­torka sek­tora w Kor­po­ra­cji Czerka. Czerka pro­wa­dziła inte­resy na Pijalu od tylu stu­leci, że jej wysocy urzęd­nicy wcho­dzili w skład dworu. Col radziła sobie z tym lepiej niż inni. - Jako slo­gan hasło to jest chwy­tliwe, wyra­zi­ste, inspi­ru­jące. Wasza wyso­kość pora­dzi­łaby sobie zna­ko­mi­cie na jed­nej z rekla­mo­wych pla­net Czerki. Oczy­wi­ście gdyby zre­zy­gno­wała pani z tronu. - Col roze­śmiała się z wła­snego żartu.

Fanry skrzy­wiła usta w zdaw­ko­wym uśmie­chu. W życiu nie zre­zy­gno­wa­łaby z tronu, dla nikogo ani dla niczego, a już na pewno nie po to, żeby wymy­ślać reklamy dla Czerki.

Lord regent jakby w ogóle nie usły­szał, co powie­działa Col. Spoj­rzał za to poważ­nie na Fanry.

- Nie ma czasu na waka­cje - rzekł. Sie­dział nie w jed­nym z ele­ganc­kich foteli, ale na kamien­nej ławce pod jed­nym z wyso­kich, zabar­wio­nych na różowo okien w sali tro­no­wej, stu­ka­jąc cięż­kim butem w spi­ralne reliefy zdo­biące kamień. Fanry zawsze widziała w Aver­ros­sie varac­tyla trzy­ma­nego w zbyt małej zagro­dzie - czu­ją­cego się nie­swojo, nie­spo­koj­nie i sprę­żo­nego do ucieczki. - I dobrze o tym wiesz.

- Nie mówi­łam nic o waka­cjach. Mówi­łam o szczy­cie.

- I nie cho­dziło ci ani o jedno, ani o dru­gie - odpa­ro­wał. - Powiedz, Fanry, jak ci się wydaje, dla­czego nagle nabra­łaś tak wiel­kiej ochoty na podróże?

Fanry powstrzy­mała wes­tchnie­nie. Kiedy się miało Jedi za regenta - nawet tak nie­kon­wen­cjo­nal­nego, nawet takiego, który zde­cy­do­wa­nie wolał się zacho­wy­wać bar­dziej jak włó­częga niż ary­sto­krata - ozna­czało to, że musiała nie­ustan­nie pogłę­biać wie­dzę o sobie samej. Oso­bi­ście uwa­żała, że znała się cał­kiem dobrze, ale wie­działa też, że Aver­ross będzie jej zada­wał pyta­nie za pyta­niem, dopóki mu nie odpo­wie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki