Rozdział 1
Datę Dnia Żądania ogłoszono wiele miesięcy wcześniej. Goście przybyli z całej galaktyki, a w korytarzach pałacu unosiły się kuszące wonie potraw
przygotowywanych na bankiet. Pogoda nie raczyła współpracować z planem
uroczystości - niskie, ciemne chmury wisiały nad Alderą, grożąc miastu
ulewą - jednak nawet burza nadchodziła majestatycznie, teatralnie
budując napięcie.
Stanowiła idealne tło dla księżniczki, która miała dziś publicznie
zażądać uznania jej prawa do tronu Alderaana.
- Au! - Leia skrzywiła się paskudnie. - Ciągnie!
- I będzie ciągnęło - oświadczyła WA-2V, osobista droidka Lei. Jej
błękitne metalowe palce zwinnie splatały ostatni warkocz w skomplikowanym, tradycyjnym wzorze. - Dziś naprawdę musisz wyglądać
doskonale.
- Mówisz to codziennie. - W dzieciństwie Leia marzyła tylko o jednym -
aby wiązać włosy w koński ogon. Rodzice powiedzieli, że może robić, co
chce, ale 2V się nie ugięła. Jej oprogramowanie wymagało od niej dbania
o wytworny wygląd księżniczki i nawet sama Leia nie mogła jej się w tym
względzie sprzeciwić.
- Bo to prawda - codziennie. - 2V upięła warkocz na głowie Lei. - A przy
szczególnych okazjach nasze standardy stają się jeszcze wyższe!
Leia poczuła, że ściska ją w żołądku - na poły z nerwów, na poły z niecierpliwości. Miał to być najważniejszy dzień w jej życiu od
pierwszego dnia imienia, kiedy rodzice przynieśli ją do sali tronowej i ogłosili, że jest ich córką - adoptowaną i kochaną...
Odsunęła od siebie te myśli. Wtedy była przecież tylko niemowlęciem w ramionach matki. Tym razem musi zrobić to sama.
Kiedy układanie fryzury się zakończyło, Leia z ulgą włożyła to, co
ustaliły z 2V drogą kompromisu: prostą białą suknię - wybraną przez
siebie - i wyrazistą srebrną biżuterię, przy której uparła się droidka.
Kiedy wsunęła stopy w satynowe pantofelki, w sali tronowej rozległa się
fanfara, roznosząc się echem po korytarzach pałacu. Poczuła się tak,
jakby rodzice osobiście pukali do jej drzwi.
- Jeszcze jedno! - zakrzyknęła 2V. Podjechała do szafki - poruszała się
na niewielkim kółku - a potem zawróciła. W ręce trzymała srebrzystą
opaskę, którą umocowała zręcznie między warkoczami, żeby zwisająca z niej perła znalazła się na środku czoła Lei. - Tak. Tak właśnie!
Wyglądasz oszałamiająco! Jestem cudotwórczynią - naprawdę!
Leia pokręciła głową z rozbawieniem.
- Wielkie dzięki, 2V.
Droidka, nie zwracając uwagi na sarkazm, zaczęła popychać Leię do drzwi.
- Szybko! Wszyscy na ciebie czekają.
- Przecież nie mogą zacząć beze mnie, 2V. - Leia podniosła jednak tren i szybkim krokiem ruszyła korytarzem. Nie chciała się spóźnić. Dawniej
książęta i księżniczki, którzy żądali uznania swoich praw do tronu,
musieli niekiedy siłą torować sobie drogę do sali tronowej. Miały to być
chwile, gdy kandydat okazuje siłę i pewność siebie - nie powinien więc
dawać do zrozumienia, że nie potrafi nawet przestrzegać punktualności.
Królewski pałac na Alderaanie powstawał przez ponad tysiąc lat. Tutejszą
monarchią kierowała zasada służenia obywatelom planety, dlatego władcy
nigdy nie budowali wysokich iglic czy przytłaczających wież, górujących
nad krajobrazem. Co kilkadziesiąt lat dodawano tylko nowe pomieszczenia
i tak powstał rozległy labirynt, w którym nowoczesne centra danych i holosale sąsiadowały z wielowiekowymi komnatami wykutymi w kamieniu.
Leia znała na wylot każdy korytarz i każde drzwi. W dzieciństwie
uwielbiała odkrywać mroczne, ukryte przejścia. Czasem przychodziła jej
do głowy myśl, że być może jest pierwszą osobą od wieków, która
odwiedziła każde pomieszczenie w pałacu.
Na szczęście znała skrót przez starą zbrojownię, dzięki czemu dotarła do
antyszambru sali tronowej z dużym zapasem czasu. Królewscy gwardziści
uśmiechnęli się do niej i Leia odpowiedziała tym samym, poprawiając
sobie pelerynę. Szepnęła do wyższego gwardzisty:
- Jak tam maleństwo?
- Przesypia już całą noc - odszepnął. Leia zaklaskała bezgłośnie, a mężczyzna pochylił głowę, kryjąc z lekkim zawstydzeniem szeroki uśmiech.
Leia nie wiedziała za wiele o niemowlętach, poza tym, że rodzice zawsze
się nimi szczycili, chociaż nie pozwalały się nikomu wysypiać. Ale jeśli
gwardzistę radowało, że jego maluch lubi spać, to ona cieszyła się razem
z nim.
- Na Alderaanie mamy szczęście - powiedział kiedyś jej ojciec, kiedy
siedzieli przy kominku w bibliotece. - Mieszkańcy planety nas kochają.
Są wobec nas lojalni. To dlatego, że my też ich kochamy i jesteśmy im
wierni. Jeśli kiedyś przestaniemy cenić tych, którzy nas otaczają - od
najwyższego lorda po najskromniejszego pracownika - utracimy tę
lojalność. I będziemy na to zasługiwali.
Do rzeczywistości przywrócił Leię szelest aksamitnej zasłony w drzwiach.
Podeszła szybko do ściany, na której wisiał miecz Rhindon, ujęła
rękojeść i zdjęła broń ze ściany. Ćwiczyła jej podnoszenie już kilka
razy, ale ten ciężar za każdym razem ją zaskakiwał.
Pozycja: środek drzwi. Miecz: obie dłonie na rękojeści, ręce blisko
ciała, ostrze do góry. Przemowa...
"Pamiętam przemowę" - powiedziała do siebie stanowczo. "Zdecydowanie ją
pamiętam. Po prostu akurat w tej chwili wypadła mi z głowy, ale wszystko
do mnie wróci, kiedy znajdę się przed setkami widzów..."
Zasłonę odsunięto. Leię zalało jasne światło, zabarwione dużymi taflami
witraży. Dwustu gości odwróciło się jednocześnie w jej stronę. Stali po
obu stronach niebiesko-złotego chodnika, który wiódł przez salę aż do
złotych tronów Brehy i Baila Organów.
Leia ruszyła do przodu, trzymając miecz ostrzem do góry. Cichy pomruk
grzmotów przypomniał jej, że powinna być wdzięczna droidom kandelabrowym
za światło, które kierowały do środka przez okna, bo w przeciwnym razie
w sali panowałaby niemal zupełna ciemność. Ćwiczyła to wcześniej, ale
raczej nie udałoby się jej tego zrobić z zamkniętymi oczami.
"Sama nie wiem, może byłoby łatwiej, gdybym nie mogła widzieć tych
wszystkich gości, wlepiających we mnie wzrok". Przez całe życie Leia
stawała przed tłumami, jednak tego dnia po raz pierwszy zgromadzeni
mieli usłyszeć, jak przemawia oficjalnie - jako przyszła królowa.
Breha Organa miała na sobie brązową jedwabną suknię i włosy upięte
wysoko w warkocze, przez które przepleciono sznury paciorków. Bail
Organa ubrał się w tradycyjną długą tunikę wicekróla. Korona,
przyniesiona z muzeum, spoczywała na marmurowym postumencie. Padał na
nią blask droida kandelabrowego. Rodzice Lei wyglądali jeszcze bardziej
królewsko niż zwykle, niemal nieprzystępnie. Czy bawił ich ten spektakl?
Leię chyba bawił, a raczej bawiłby, gdyby rodzice zaprosili mniej
świadków. Zwykle tej uroczystości przyglądało się niewielu cudzoziemców,
tym razem jednak Bail zaprosił wielu swoich sojuszników z Senatu
Imperialnego, takich jak Tynnra Pamlo z Taris, Cinderon Malpe z Derelli
czy Winmey Lenz i Mon Mothma z Chandrili. Kiedy Leia ją mijała, Mon
Mothma uśmiechnęła się szeroko. Pewnie chciała w ten sposób okazać jej
wsparcie.
Było to miłe - jeśli tylko Mon Mothma nie dawała w ten sposób do
zrozumienia, że Leia wygląda uroczo. W Dniu Żądania nie chodziło o bycie
uroczym dzieckiem - ale o wkraczanie w dorosłość.
Kiedy Leia znalazła się na końcu sali, kilka metrów przed rodzicami,
Breha wygłosiła pierwsze ceremonialne słowa:
- Kto ośmiela się zakłócać spokój królowej w jej siedzibie?
- To ja, Leia Organa, księżniczka Alderaana. - Wyuczona przemowa sama do
niej wróciła. - Ukończyłam szesnaście lat. Staję przed wami z żądaniem,
byście uznali, że tak jest, jak też powszechnie wiadomo.
Słowa "jak powszechnie wiadomo" stanowiły uzupełnienie najprostszej
wersji rytualnych słów i były używane tylko w przypadku, gdy najstarszy
potomek króla lub królowej został adoptowany. Leia skończyła szesnaście
lat trzy lub cztery dni wcześniej. Nie znała dokładnej daty swoich
urodzin, zresztą zbytnio o to nie dbała. Stała się księżniczką Alderaana
w swoim dniu imienia i dzisiejsza uroczystość odbywała się w rocznicę
tego wydarzenia.
- Uznajemy, że osiągnęłaś wymagany wiek - rzekł Bail. Lekkie zmarszczki
w kącikach jego oczu zdradzały uśmiech, który jej ojciec próbował ukryć.
- Dlaczego stajesz przed nami z bronią w ręku?
- Żądam uznania mojego prawa do tronu. - Leia uklęknęła zwinnie i jedną
ręką uniosła nad głową miecz. Zabrzmiał daleki grom, tak potężny, że
lekko zadrżała posadzka. - Żądam, abyście uznali mnie dziś za
następczynię.
W sali tronowej rozległ się dźwięczny głos Brehy:
- Korony Alderaana się nie dziedziczy. Należy na nią zasłużyć. Następca
tronu musi dowieść ciałem, sercem i umysłem, że jest jej godny. Czy
jesteś na to gotowa?
- Jestem, moja matko, moja królowo. - Z ulgą wstała i opuściła rękę z ciężkim mieczem. - Wybrałam trzy wyzwania. Jeśli im sprostam, uznacie
mnie za prawowitą następczynię tronu Alderaana.
- Wymień wyzwania, a my postanowimy, czy są godne tronu - odparł Bail,
choć przecież znał już je wszystkie. Przez chwilę Leię kusiło, żeby
wymyślić coś głupiego. "Nauczę się żonglować i będę występować jako
tancerka pióra i ognia. Czyż nie jesteście ze mnie dumni?"
Ale ćwiczyła tę przemowę tyle razy, że słowa wyszły z jej ust wręcz
automatycznie.
- Aby sprostać wyzwaniu ciała, wejdę na sam szczyt Appenzy. - Górę było
widać z okna jej sypialni. Jej ciemna sylwetka wyglądała malowniczo na
tle każdego zachodu słońca. - Aby sprostać wyzwaniu umysłu, nie będę już
tylko towarzyszyć ojcu w Senacie Imperialnym, ale stanę się również
przedstawicielką naszej planety w Parlamencie Młodzieży. Aby sprostać
wyzwaniu serca, wyruszę z misjami humanitarnymi na planety potrzebujące
pomocy, pokrywając ich koszty z mojego udziału w budżecie dworu.
Wypełniając te trzy wyzwania, dowiodę mojego prawa do korony.
Breha pochyliła głowę.
- To szlachetne wyzwania. - Podniosła się z tronu, a Leia weszła na
podniesienie i znów uniosła miecz w górę. Dłonie Brehy ujęły rękojeść -
ich palce przez chwilę się splatały, a potem Leia puściła broń. - Biorę
wszystkich tu obecnych za świadków! Jeśli moja córka sprosta tym próbom,
zostanie uznana za prawowitą następczynię tronu Alderaana.
W sali zagrzmiały oklaski i radosne okrzyki. Leia dygnęła przed
rodzicami, którzy uśmiechali się do niej z taką dumą, że przez chwilę
wydawało się jej, jakby wszystko wróciło do normalności. Jakby dzięki
ceremonii znów ją dostrzegali...
...Póki goście nie zaczęli się cisnąć wokół nich, żeby złożyć gratulacje,
a wtedy rodzice odwrócili się, aby ich powitać - zamiast pogratulować
własnej córce.
Bail pogrążył się w rozmowie z Mon Mothmą i jej znajomym, Winmeyem
Lenzem, senatorem Chandrili. Breha ujęła dłonie senator Pamlo,
najwyraźniej dziękując jej za przybycie.
O Lei już nie pamiętali.
- Leia, moja droga! - Podszedł do niej lord Mellowyn z Birrena,
uśmiechając się pod obfitym białym wąsem. Byli w jakiś sposób kuzynami,
choć skomplikowanych pokrewieństw wielkich rodów nikt już uważnie nie
śledził. - Byłaś wspaniała.
- Dziękuję. - Uśmiechnęła się do niego tak uprzejmie, jak tylko mogła.
"To prawda. Wcale mi się nie wydaje. W ogóle nie zwracają już na mnie
uwagi".
"Czy zrobiłam coś nie tak?"
"A może po prostu przestałam być dla nich ważna?"
Nie chodziło o to, że się na nią o coś złościli. Nie odwrócili się od
niej przecież w jednej chwili, nie - po prostu w ciągu ostatnich kilku
miesięcy powoli się od niej oddalali.
Leia nigdy nie miała wielu znajomych w swoim wieku. Alderaański ustrój
monarchiczny cechował się egalitaryzmem, jednak zawsze istniał podział
na tych, którzy mieszkali w pałacu, i pozostałych. Księżniczka bawiła
się zatem na trawiastych zboczach ogrodów z dziećmi kucharzy, ale zwykle
za towarzystwo służyli jej rodzice.
Bail i Breha Organa długo czekali na potomstwo. Mówili jej o tym wiele
razy, głównie wtedy, kiedy na dobranoc opowiadali, jak to ojciec wrócił
z tajemniczej misji i pokazał zaskoczonej matce niemowlę, które tulił w ramionach. Leia wiedziałaby, jak ważna dla nich była, nawet gdyby jej
tego nie powiedzieli. Bo nieistotne, ile pytań zadawała - rodziców nigdy
nie nużyło udzielanie odpowiedzi. Kiedy późno w nocy śniło jej się coś
złego, nigdy nie zdawali się na nianię czy droida, jedno z nich zawsze
do niej przychodziło - a czasem nawet oboje. Ilekroć wchodziła do
pomieszczenia, w którym się znajdowali, natychmiast się do niej
uśmiechali. Czuła się tak, jakby dawała im szczęście samym swoim
istnieniem.
Wiele dzieci w takiej sytuacji skończyłoby jako rozpuszczone bachory.
Leia jednak zawsze chciała wszystkim pomagać, a zwłaszcza ważnym dla
niej osobom, i kochała rodziców tak, jak chyba nigdy nikogo nie mogłaby
pokochać. Starała się więc interesować wszystkim, co robili. Breha
uprawiała malastarskie orchidee, Leia zaczęła więc je sadzić i nauczyła
się o nie dbać, tak by przystrajały się w jasnoróżowe kwiaty. Bail lubił
tańczyć - Leia uczyła się zatem tańczyć i ćwiczyła z ojcem, aż stopy
piekły ją z bólu.
Nie poczyniła aż takich postępów w zakresie obowiązków monarszych matki.
Breha Organa zajmowała się księgowością królewską, prowadząc liczne
konta dworu i osobiście nadzorując finansowanie całej działalności
państwowej na planecie. Leia dzielnie próbowała wdrożyć się w podstawy
rachunkowości. Szło jej nieźle, ale nienawidziła tego ze szczerego
serca. Po tygodniu matka zwolniła córkę z tych lekcji, przytulając ją do
siebie ze śmiechem.
- Ale czy nie powinnam się tego nauczyć, jeśli mam zostać królową? -
zaprotestowała Leia.
- Nie, jeśli zakochasz się w kimś, kto lubi księgowość. - Breha puściła
do niej oko. - A wtedy będziesz mogła zrzucić tę pracę na swojego
wicekróla.
Rodzice podzielili się obowiązkami - matka zajmowała się sprawami
Alderaana na planecie, zaś ojciec reprezentował planetę w Senacie
Imperialnym i kierował dyplomacją. Podczas wojen klonów pełnił też
funkcję przywódcy wojskowego i w dzieciństwie Leia uwielbiała słuchać o jego przygodach. Kiedy była starsza, poznała jednak mroczniejsze,
smutniejsze historie - i odkryła, że to one głównie składały się na
każdą wojnę.
Od całego pokolenia nie dochodziło jednak do większych konfliktów.
Galaktyka zjednoczyła się w najgorszy z możliwych sposobów pod
tyrańskimi rządami Imperatora Palpatine'a. Jako przedstawiciel jednego z najbardziej wpływowych Światów Jądra, Bail Organa należał do nielicznych
członków Senatu Imperialnego, którzy byli w stanie nieco łagodzić
autorytaryzm Imperatora. Polityka miała również swoje bitwy, a Leia dość
szybko odkryła, że walka, jeśli jest ciekawa, bywa dla niej bardzo
satysfakcjonująca. Od dwóch lat pracowała jako stażystka w biurze ojca w Senacie: zajmowała się korektą jego przemów i ćwiczeniem argumentacji w dyskusjach na różne tematy. Razem z nim relaksowała się po posiedzeniach
Senatu, kiedy podróżowali do domu królewskim jachtem lub na pokładzie
"Tantive IV". Miała poczucie, że nie jest tylko córką Baila Organy, ale
także jego współpracowniczką i napawało ją to dumą większą niż korona,
którą miała kiedyś założyć.
Stanęła na wysokości zadania. Była dobrą córką. Dlaczego więc dla nich
przestało być ważne bycie rodzicami?
Nie bili jej, nie zachowywali się wobec niej niemiło - sytuacja
wyglądała gorzej.
Po prostu ją ignorowali.
Ojciec zaczął prowadzić coraz więcej prywatnych rozmów w gabinecie - do
których Lei nie dopuszczano - z senatorami Uytera czy Kalamara. Zawsze
zdarzały mu się takie spotkania, ale dawniej było ich kilka miesięcznie,
a teraz nawet kilka dziennie. A potem Bail przez wiele godzin przebywał
myślami gdzie indziej i ilekroć Leia próbowała trochę go wybadać, mówił
jej stanowczo, że powinna zająć się swoimi obowiązkami. Zupełnie jakby
polityka stała się dla niego ważniejsza od wszystkiego innego, w tym od
córki.
Z matką sprawy potoczyły się jeszcze gorzej. Nagle zmieniła się w organizatorkę spotkań towarzyskich i spraszała dygnitarzy z całej
galaktyki na wystawne bankiety, trwające niemal do rana. W dzień po
takich przyjęciach Lei zdarzyło się nieraz przyłapać Brehę na drzemaniu
nad księgami rachunkowymi. Odpowiedzialność wobec obywateli przestała
mieć dla niej znaczenie - ważniejsze stały się wspaniałe przyjęcia.
Leia czuła, jak ich kącik świata kurczy się coraz bardziej, aż w końcu w obecności rodziców ledwo mogła oddychać. Wszystko, co mówiła lub robiła,
zdawało się nie wywierać na nich najmniejszego wpływu. Choć była już
zbyt duża, żeby wołać na pomoc rodziców, gdy budziła się z koszmaru,
czasem i tak miała ochotę to zrobić.
Nigdy jednak ich nie wołała. Nie chciała zyskać pewności, że do niej nie
przyjdą.
- Odejdź od tego okna - marudziła 2V, podjeżdżając do łóżka Lei i rozkładając na nim jedwabną narzutę. - Jeszcze cię trafi piorun...
Leia nie ruszyła się z fotela. Przez otwarte okna wpadały do pokoju
podmuchy burzowego wiatru, rozwiewając jej długie włosy, rozpuszczone na
plecach. Obszerna biała koszula nocna zakrywała jej kolana, które
dziewczyna obejmowała rękami, wpatrując się w niebo. Horyzont rozbłysł
jasno kolejną błyskawicą.
2V podjechała do niej, trzymając dłonie na sztywnym fartuchu zamocowanym
na poziomie bioder.
- Wasza wysokość, błagam! To nie jest bezpieczne.
- Nie zostanę trafiona piorunem - mruknęła Leia. - Poza tym lubię burzę.
2V podjechała bliżej i spojrzała na nią groźnie.
- Moje oprogramowanie pozwala mi zabrać cię siłą w bezpieczne miejsce w razie dużego fizycznego zagrożenia.
- Dobrze już, dobrze. Idę. Widzisz? - Leia wstała z fotela przy oknie i poszła do łóżka. Było jednym z pozostałości wspanialszych czasów,
wyrzeźbione z bezcennego twardego drewna z Glee Anselm i inkrustowane
cienkimi, wijącymi się, złotymi i srebrnymi liniami. Dwór królewski nie
marnował już pieniędzy na takie luksusy, ale Breha zawsze powtarzała, że
głupio nie używać dobrego łóżka, diademu czy pałacu, skoro i tak już się
je ma.
- Droidy protokolarne powiadomiły mnie, że byłaś dziś wspaniała. - 2V
posprzątała na toaletce, odkładając na miejsce pędzle i szczotki do
włosów. - Jestem pewna, że twój wygląd spotkał się z dużym podziwem.
Na te słowa Leia musiała się uśmiechnąć.
- Wszyscy wiedzieli, że to wynik twojej ciężkiej pracy, 2V. Powinnaś być
z siebie dumna.
2V zalśniła z satysfakcją, ukłoniła się lekko i wyjechała z pokoju. Gdy
tylko zamknęły się za nią drzwi, Leia odrzuciła narzutę i wróciła do
okna. Kolejna błyskawica uderzyła w ziemię, w połowie zakryta przez
szczyt Appenzy. Przez chwilę góra odcinała się ostro od oślepiającego
światła.
"Taka była piękna..." - Leia wyobraziła sobie, jak mówi to rodzicom przy
śniadaniu... Choć oczywiście już nie jadali z nią śniadań. Zabierali się
za planowanie kolejnego przyjęcia, zanim słońce pojawiło się na niebie.
Leia znów otworzyła okno i wpuściła do środka wiatr. Na policzkach i ramionach poczuła chłód drobnych kropelek deszczu. Uroczystość nie
dorastała do jej wyobrażeń z dzieciństwa, ale burze takie jak ta zawsze
dorównywały jej oczekiwaniom. Lubiła ich dzikość, nieprzewidywalność, a nawet odległe zagrożenie. Odkryła to w sobie niedawno - tę miłość do
burzy - i bardzo ją ceniła, bo była to jedna z nielicznych rzeczy,
których nie dzieliła z rodzicami. Miłość do burzy należała tylko do
niej.
Chciała im jednak o tym kiedyś powiedzieć, gdy stosunki między nimi
wreszcie staną się takie, jak dawniej.
"Jutro" - obiecała sobie. "Jutro podejmę pierwsze wyzwanie. Pokażę, co
potrafię. Zrobię coś tak ważnego, że nie będą mogli tego zignorować".
Rozdział 2
Do rozpoczęcia kolejnej sesji obrad Parlamentu Młodzieży pozostały trzy
tygodnie i Leia powinna już się do tego przygotowywać: zapoznać się z najważniejszymi problemami, pisać propozycje aktów prawnych. To właśnie
zawsze robił jej ojciec przed powrotem na posiedzenia Senatu
Imperialnego. Pomagała mu w tym od dwóch lat, dysponowała więc
umiejętnościami pozwalającymi jej na podobną, ale samodzielną już pracę.
A zatem powinna właśnie siedzieć w gabinecie wśród stosów dokumentów
politycznych.
Zamiast tego pędziła przez główny kosmoport w Alderze, a 2V dreptała u jej boku z szumem serwomechanizmów.
- Na miejscu powinnaś traktować oficerów imperialnych z szacunkiem -
ględziła opiekunka. Właśnie mijały krążownik typu Gozanti, do którego
droidy załadunkowe pakowały skrzynie z towarami. - Udajesz się tam z misją humanitarną jako dyplomatka i musisz odpowiednio się prezentować.
Księżniczka zawsze musi być ubrana stosownie do okazji.
- Dobrze, dobrze. - Leia westchnęła. Minęło wiele lat, odkąd przestała
protestować przeciwko sukienkom i wymyślnym fryzurom, ale 2V wciąż
uważała, że kiedy tylko spuści ją z oczu, Leia natychmiast wróci do
ogrodniczek z dzieciństwa i włosów związanych w długi kucyk. - Ta okazja
to transport żywności dla głodujących uchodźców na Wobani, więc nie
powinnam wplatać we włosy pereł.
2V demonstracyjnie wyprostowała górną część korpusu, obruszona.
- Nie ma powodu wygłaszać tak idiotycznych stwierdzeń! Doprawdy, perły
zrobiły się obecnie tak niemodne...
Królewska rodzina wolała korzystać z głównego, publicznego kosmoportu w Alderze. Leia wielokrotnie wsiadała tutaj na statek z jednym lub
obojgiem rodziców... Tym razem jednak po raz pierwszy sama nakazała
przygotować statek do podróży na inną planetę. Wydanie tego polecenia za
pośrednictwem pałacowego majordoma, Tarrika, wydało się jej niemal czymś
zwyczajnym. Kiedy jednak ujrzała "Tantive IV", rozmiary statku
zaskoczyły ją, jakby również widziała go po raz pierwszy. Myśl o tym, że
jest do jej dyspozycji, że dwudziestu kilku członków załogi czeka na jej
rozkazy, budziła w niej ekscytację. Od miesięcy - a może nawet od lat -
czekała z niecierpliwością, aż będzie mogła samodzielnie robić ważne
rzeczy. Ten okres w jej życiu zaczynał się właśnie dziś.
Kiedy rozpoznała podchodzącego do niej mężczyznę w szarej koszuli,
wyprostowała się i splotła dłonie pod osłoną szerokich rękawów sukienki.
- Kapitanie Antilles, dziękuję za tak szybkie przygotowanie statku.
Kiedy możemy wyruszać?
- Do godziny, wasza wysokość. - Uśmiechnął się do niej, przechylając
lekko głowę. - Może pani na nas liczyć. - Zasalutował jej szybko i wrócił do obowiązków.
Leia się nie poruszyła. Czemu nie spodobała się jej ta odpowiedź?
Kapitan Antilles mówił uprzejmie, z szacunkiem, z sympatią. Nie wątpiła
przecież w jego lojalność i chęć wykonywania rozkazów. Ale przechylał
głowę, jakby...
"Nie widzi we mnie przywódczyni. Nadal myśli o mnie tak, jakbym była
małą dziewczynką". Zmarszczyła brwi. "Uważa, że jestem słodka - uch!"
Postąpiłaby głupio, gdyby dała się tym zaskoczyć czy gdyby poczuła się
urażona. Kapitan znał ją od wczesnego dzieciństwa, a przecież Leia była
świeżo po Dniu Żądania. I wciąż jeszcze rosła... A przynajmniej miała taką
nadzieję. Jak często mówiła jej matka, władzę można otrzymać, ale na
autorytet należy zasłużyć.
Od dziś zacznie robić wszystko, by rzeczywiście tak się stało. Niebawem
i kapitan Antilles, i rodzice przestaną wątpić w jej umiejętności.
Podróż na Wobani przebiegła szybko i bez przygód. Leia spędziła
większość czasu w ładowniach, sprawdzając, czy cała żywność jest
właściwie przechowywana, i upewniając się, że oficerowie mają jasne
instrukcje dotyczące jej dystrybucji. Kiedy dotrą na planetę, Leia
zorientuje się w układzie stacji przesiedleńczej i wtedy będzie mogła
wyznaczyć miejsce, w którym urządzą punkt udzielania pomocy.
- Takie proste, jak wrzucenie do wody Kalamarianina - mruknęła pod
nosem. (To utarte powiedzenie znali wszyscy, ale bawiąc się z kalamariańskimi dziećmi w basenach kompleksu senackiego odkryła, że w takiej sytuacji najpierw należało skłonić Kalamarianina, żeby wypłynął
na powierzchnię - bo trudno wepchnąć do wody kogoś, kto już pod nią
jest).
Na Wobani nie potrzebowali sprzętu i strojów dostosowanych do klimatu.
Położona na Środkowych Rubieżach planeta cechowała się klimatem
umiarkowanym, wilgotnym, ale niewyróżniającym się niczym szczególnym, a oni mieli wylądować na tyle blisko równika, by śnieg nie stanowił
żadnego problemu. Wobani nigdy nie należało do szczególnie zamożnych
planet, nie miało też dużej populacji i jego mieszkańcy utrzymywali się
głównie z produkcji części konstrukcyjnych i zbroi oraz z uprawy zbóż i przypraw lubiących bagienne warunki. Jak wiele innych światów, Wobani
funkcjonowało nieco powyżej progu przetrwania, brało tylko skromny
udział w handlu międzyplanetarnym i nie żywiło ambicji, by zająć
ważniejszą pozycję w galaktyce.
Jednak sześć lat temu Palpatine rozpoczął realizację Programu Wspierania
Produkcji Towarów Pierwszej Potrzeby, który miał zapewnić całej
galaktyce lepszy dostęp do żywności i surowców organicznych. Jak w przypadku wielu innych obietnic Imperatora, było to kłamstwo, służące
jako przykrywka dla innych planów - rodzice Lei nauczyli ją, jak to
dostrzegać. Na Wobani nałożono normy niemożliwe do spełnienia, a kiedy
rolnicy na planecie ich nie osiągali, nakładano na nich grzywny. Duże
obszary państwowej ziemi zostały nadane rozmaitym urzędnikom
imperialnym, którzy mieli jakoby zarządzać nimi lepiej. W rzeczywistości
oznaczało to, że właśnie oni czerpali wszelkie zyski, zaś Wobanianie
stawali się coraz biedniejsi i głodniejsi.
Program Wspierania Produkcji pogorszył sytuację na każdej planecie nim
objętej, ale gospodarka Wobani całkowicie się załamała. Głód stał się
powszechny. Kiedy posypał się sektor rolniczy, do przemysłowych miast
napłynęły tłumy zdesperowanych osób szukających zatrudnienia - fabryki
mogły więc obniżyć płace i zmuszać wszystkich do pracy w niebezpieczniejszych warunkach. Mieszkańcy planety zrobiliby teraz już
wszystko, żeby tylko przetrwać. Zaczęto mówić o budowaniu na tym świecie
imperialnych więziennych obozów pracy - była to w praktyce jedyna
branża, która mogłaby się tu utrzymać, a morale mieszkańców tak
podupadło, że godzili się na takie pomysły. Wolność przemieszczania się
między układami gwiezdnymi stanowiła podstawową zasadę w galaktyce, ale
Imperium objęło Wobani ścisłymi ograniczeniami podróży, aby "zapobiegać
jego eksploatacji". W Senacie powszechnie uważano, że te zakazy miały
pomóc w ukryciu dramatycznej sytuacji planety.
Lei wydawało się to wprost śmieszne. Wszyscy senatorowie i ich
pracownicy wiedzieli o kryzysie na Wobani, nikt jednak nie poruszał tego
tematu na głos. Gdyby po prostu mówiono publicznie, jak jest naprawdę,
te informacje dotarłyby do wszystkich, na każdej planecie, wszędzie, i nie byłoby potrzeby ukrywania tego, co się tam dzieje.
Nawet jej ojciec nic o tym nie mówił. Jego milczenie wzbudzało w niej
jeszcze większą złość niż sama blokada.
Nie powiedziała więc rodzicom, jaki cel misji obrała. Dobrze obeznana z procedurami podróży, najpierw wystarała się o pozwolenie na lądowanie
dla statku dyplomatycznego. Komuś, kto reprezentował królewską rodzinę z Alderaana, pozwolenie takie wydawano niemal automatycznie. Kapitan
Antilles mógł sobie myśleć o niej jak o dziecku, ale nigdy nie
sprzeciwiłby się zabraniu przez nią "Tantive IV" na misję, która miała
już pozwolenie. Zapewne uznał, że to jej rodzice zarezerwowali statek,
ale Leia nie zamierzała się przecież przejmować jego błędnymi
założeniami.
Wyobraziła sobie, jak wraca na Alderaan, wchodzi do pałacowej jadalni i wyjaśnia jak gdyby nigdy nic rodzicom, że udała się samodzielnie na
Wobani, owszem, do tego miejsca kryzysu politycznego, o którym nawet
członkowie Senatu - jak jej ojciec - nie ośmielali się mówić. Dopiero im
pokaże...
W rzeczywistości Leia nie chciała im niczego "pokazywać". Pragnęła
jedynie, by znów ją dostrzegli.
Melancholia minęła jej bez śladu, kiedy z komlinka rozległ się głos
kapitana Antillesa.
- Wasza wysokość, rozpoczynamy podchodzenie do lądowania.
- Dziękuję, kapitanie. Zaraz będę. - Założyła na głowę kaptur sukienki i skierowała się do rampy. Tylko chwile dzieliły ją od jej pierwszej,
zapewne najśmielszej misji humanitarnej i Leię przepełniało przemożne
pragnienie, by zrobić coś, co będzie miało znaczenie - zarówno dla jej
rodziców, jak i dla całej galaktyki. Była pewna, że zdoła tego dokonać.
Ta pewność trwała do momentu, w którym właz "Tantive IV" odsunął się i odsłonił piekło.
Leia wyszła na zewnątrz, rozchylając usta w osłupieniu. Falujące
wzgórza, na których dawniej rosły soczyście zielone łany wiosennych
kłosów, teraz pokrywała tylko błotnista ziemia - sterczały z niej
nieliczne, pożółkłe badyle, pozostałości po roślinach nieradzących sobie
już w tym środowisku. Niebo Wobani było lekko zamglone - jak zwykle przy
zanieczyszczonym powietrzu - i ten smog zapewne już nigdy nie miał się
rozwiać. Sama planeta nie stanowiła jednak aż tak smutnego obrazu, jak
jej mieszkańcy.
Wokół terenu przeznaczonego na lądowiska we wszystkie strony, aż po
horyzont, rozciągały się tandetne, prefabrykowane schrony, takie, jakie
zwykło się zabierać na długie piesze wędrówki, żeby spać w sercu dzikiej
przyrody. Obiekty nie nadawały się do codziennego użytku, jednak
wyglądało to tak, jakby te tysiące osób mieszkało w nich od wielu
miesięcy. W błotnistych dróżkach między budyneczkami wydeptano głębokie
ślady. W każdym z tych rozklekotanych schronów mieszkała rodzina, a być
może i dwie. Alderaańczyków otaczali zmizerniali ludzie w brudnych,
podniszczonych ubraniach i z gorączkowym głodem w oczach, który Leię
przerażał w takim samym stopniu, jak poruszał. Nie zdążyła jeszcze zejść
z platformy, a Wobanianie już wołali i krzyczeli do niej, błagając o pomoc.
Nikt jednak nie zbliżył się bardziej, bo platformę otaczali szturmowcy z karabinami blasterowymi w dłoniach. Ich białe pancerze były poszarzałe i poplamione błotem.
Oficer imperialny wszedł po krótkiej rampie korwety. Jego wzrok był
równie pozbawiony życia, jak ton jego głosu.
- Misja humanitarna z Alderaana?
- Tak. - Leia przygotowała sobie wcześniej kilka wersji tego, co chciała
powiedzieć - coś wyniosłego, coś wyzywającego, w zależności od tego, jak
zostanie przyjęta. Jednak wszystkie te starannie opracowane przemowy
zabrzmiałyby pusto w obecności tego głodnego tłumu. - Jesteśmy... Możemy
przystąpić do pracy.
Oficer wzruszył ramionami.
- W porządku. - Wykonał ręką szybki gest i wszyscy szturmowcy stanęli w pozycji spocznij.
To, co się stało potem, wyglądało w oczach Lei jak lawina w Masywie
Grindel, a może nagła powódź. Fala ludzi, większa i szybsza, niż
sądziła, że to możliwe, runęła na platformę lądowniczą, wzbierając przy
jej brzegach - niektórzy wspinali się na nią, inni wskakiwali lub
wciągali innych. W ciągu kilku sekund Leia i jej załoga znaleźli się w kręgu szeroko otwartych oczu i wyciągniętych rąk. Zalały ją okrzyki:
- Potrzebujemy jedzenia!
- Urządzenia do oczyszczania wody! Macie?
- Cokolwiek, błagam, dajcie nam cokolwiek!
Kapitan Antilles starał się odepchnąć tłum. Kątem oka Leia dostrzegła,
jak jeden z członków załogi próbuje ustawić pierwszy ze stołów, które
miały służyć do rozdawania zapasów, w zamyśle spokojnego i uporządkowanego. Oficer imperialny stał na rampie wśród przepychających
się mieszkańców, patrząc z uśmieszkiem na całe zamieszanie.
Na widok tego uśmieszku nie wytrzymała. Jej lęk rozwiał się pod naporem
nagłego gniewu. Wskoczyła na stół i wrzasnęła:
- CISZA!
Tłum zamilkł - zapewne tylko z zaskoczenia, że takim rozkazującym tonem
przemawia niewysoka, nastoletnia dziewczyna, ale dla Lei liczył się
tylko efekt. Kapitan Antilles odczepił od pasa moduł głośnomówiący i podał go jej.
- Słuchajcie! - zawołała. Moduł ustawiła na największą głośność, tak
więc jej słowa dochodziły daleko. - Nie musicie się śpieszyć. Nie
musicie się przepychać. Mamy jedzenie dla wszystkich.
Ledwo. Bo sądziła wcześniej, że przywiezione przez nich zapasy wystarczą
im na kwartał lub dłużej, ale zgromadzony tu tłum był tak duży i tak
wynędzniały, że z pewnością pochłonie tę żywność w ciągu najwyżej kilku
tygodni. Jednak lepsze coś niż nic... A ci ludzie rzeczywiście nie mieli
nic.
- Dajcie nam chwilę, a ustawimy stoły do rozdawania zapasów. Może... może
moglibyście w tym czasie znaleźć tych, którzy najbardziej potrzebują
pomocy, starszych, chorych... Moglibyście ich przyprowadzić do przodu,
żeby byli pierwsi i nie musieli stać i czekać, bo i tak każdy dostanie
wszystko, czego potrzebuje. Wszystko, co mamy. Rozumiecie?
W szeregach Wobanian zaszemrało i Lei przemknęło przez głowę, czy
przypadkiem nie rzucą się jednak na "Tantive IV"... Zaraz jednak ci,
którzy dopchnęli się najbliżej, zaczęli się cofać, żeby zrobić przy
rampie więcej miejsca. Widziała, jak w tłumie niektórzy zaczynają
prowadzić do przodu małe dzieci i starą kobietę. Niebawem z pewnością
pojawi się tu więcej takich osób...
- W porządku. - Leia zeskoczyła ze stołu. Dół jej sukienki rozwiał się
nieelegancko - tak z pewnością uznałaby 2V. Stanie na stole i wrzeszczenie jak opętana też wytknęłaby jako zachowanie zdecydowanie
niedystyngowane. Nie do końca takie wrażenie Leia chciała wywierać - w końcu miała być przywódczynią...
Kiedy jednak odwróciła się, żeby oddać kapitanowi Antillesowi moduł
głośnomówiący, ten patrzył na nią inaczej. Nie przechylał już
pobłażliwie głowy. Aha, czyli raz na jakiś czas przewodzenie innym
wymagało jednak zlekceważenia tego, co wypada, i wrzeszczenia tak
głośno, jak się da?
- Za kilkanaście minut będziemy gotowi, wasza wysokość.
Leia skinęła głową i zabrała się do pracy.
Mogli zaprogramować droidy do rozdawania darów, ale wolała przeznaczyć
je do wyciągania skrzyń z ładowni. Chciała, żeby Wobanianie widzieli
uśmiechnięte twarze żywych istot, żeby to organiczne ręce podawały im
jedzenie. "Nie zapomniano o was" - myślała, wręczając paczki kolejnym
osobom. "Imperium nie pozwala nam was uratować, ale możemy wam jednak
pomóc".
Nie mogła mówić czegoś takiego na głos, otoczona przez szturmowców pod
bronią. Czuła jednak, że ten przekaz dociera do potrzebujących.
Kiedy chaos rozdawania darów się skończył, na platformie lądowniczej
zostało trochę osób, czekających na konsultację u droida medycznego ze
statku. 2-1B leczył złamane kości i zszywał rany. Leia cieszyła się, że
mogli zrobić choć tyle, ale Wobanianie potrzebowali przede wszystkim
wyciągnięcia z tej rozpaczliwej sytuacji. A ona mogła tylko nieco im w tym ulżyć - i to na bardzo krótko.
- Okropne sceny. - Kapitan Antilles stał obok niej z rękami założonymi
za plecy. - Przypomina mi to, jak wielkie szczęście mamy, mieszkając na
Alderaanie.
- O tak.
Leia zawsze sądziła, że jest świadoma zła istniejącego w galaktyce.
Rodzice zawsze mówili z nią szczerze o okrucieństwach rządów
Palpatine'a. Jednak wiedza o cierpieniach innych stanowiła coś zupełnie
innego niż patrzenie na to z bliska. W drodze na Wobani czuła, że czyni
coś wspaniałego. Na miejscu odkryła jednak, że jest bezradna.
"Jak mam się do tego odwrócić plecami? Jak mam odlecieć z Wobani,
wiedząc, że oni muszą tu zostać?"
Nagle w jej głowie pojawiła się myśl: "Nie zostawię ich".
Imperium dało jej pozwolenie na lądowanie. A teraz da jej też pozwolenie
na wprowadzenie na pokład korwety tylu uchodźców, ilu się zmieści, i wywiezienie ich stąd na dobre.
Rozdział 3
- Pasażerowie? - Kapitan Antilles zmarszczył brwi, jakby próbował
przetłumaczyć sobie to słowo z obcego języka. - Wasza wysokość, z całym
szacunkiem... Rozumiem, czemu chce pani to zrobić, ale to zdecydowanie
wykracza poza warunki naszego pozwolenia na lądowanie.
- Tak, ale porozmawiam z oficerem, który dowodzi na tym obszarze. Kiedy
mu wyjaśnię, że próbujemy rozwiązać jego problemy, na pewno się zgodzi.
Leia doprowadziła do porządku suknię i fryzurę, żeby wywrzeć jak
najbardziej królewskie wrażenie. Powinna jednak była zabrać ze sobą
garderobę na zmianę... Po powrocie musi to powiedzieć 2V. Ależ się droidka
ucieszy!
Kapitan Antilles pokręcił głową.
- Oficerowie imperialni nie słyną z elastyczności.
Leia nigdy samodzielnie nie załatwiała niczego z żadnym wojskowym, ale z pewnością nie rozmawiało się z nimi trudniej niż z pałacowym majordomem.
Poza tym przecież nie podejmowała negocjacji z wielkim moffem albo kimś
takim. Według danych w dokumentach misji dowodził tutaj zwykły major.
Leia uśmiechnęła się pod nosem. "W każdej grze w karty księżniczka
wygrywa z majorem".
Choć kapitan wciąż nie był przekonany, skinął głową i spojrzał na oficer
stojącą w pustej ładowni.
- Porucznik Batten, będzie pani towarzyszyć księżniczce.
Porucznik Ress Batten była szczupłą, około trzydziestoletnią kobietą o długich, kręconych czarnych włosach i złocistej skórze. Skrzyżowała ręce
na piersiach i rzekła:
- Jeśli wsadzą ją do więzienia, też mam tam z nią pójść?
- Tak - odparł ostro kapitan Antilles. - Pod warunkiem, że ja nie wsadzę
pani wcześniej do aresztu.
Batten podniosła ręce, udając, że kapituluje, i poszła przygotować
śmigacz. Kiedy Leia spojrzała z uniesionymi brwiami na kapitana, ten
westchnął.
- Porucznik Batten ma... jakby to ująć... problemy z dyscypliną. Ale radzi
sobie nieźle na śmigaczu i świetnie w walce. A przede wszystkim ma dobre
wyczucie co do zachowania innych. Jeśli ktoś pakuje się w szemraną
sytuację i zabiera ze sobą tylko jednego członka załogi, to warto mieć
ze sobą właśnie Batten.
"Szemrana sytuacja"! Lei bardzo spodobało się brzmienie tego słowa.
Porucznik Batten sprawnie przygotowała śmigacz i, zanim Leia ochłonęła,
już pędziły nad niekończącymi się czarnymi równinami błota, na których
niegdyś rozciągały się łąki. Horyzont znaczyły zabudowania innych obozów
- świadczące o tym, że w nienadających się do życia warunkach wegetowały
tysiące innych mieszkańców, którzy nie mogli wrócić do domu ani opuścić
planety.
- Niewiarygodne - mruknęła Batten. - Zauważyłaś, że nikt nie miał
własnego pojazdu? Statku, śmigacza, nawet sań... Pewnie zakazano im
zabrania czegokolwiek. - Leia nie zauważyła i już miała to przyznać,
kiedy porucznik zesztywniała. - Najmocniej przepraszam, że odezwałam się
tak bezceremonialnie, wasza wysokość. To taki mój brzydki nawyk.
- Nic nie szkodzi. Wiem, że obowiązują was procedury wojskowe, ale
protokół dworski czasem przeszkadza. - Tak zawsze mówił jej ojciec, żeby
złagodzić zakłopotanie osoby, która złamała zasady etykiety w rozmowie z członkami rodu królewskiego.
Osoba taka zwykle uśmiechała się z ulgą i starała się już nie odzywać,
jednak Ress Batten uznała to za pozwolenie, by utrzymać wcześniejszy ton
rozmowy.
- Plan Imperatora nie zadziałał i przy okazji spowodował cierpienie
mieszkańców planety. A on co robi, by to naprawić? Nic! Wręcz
przeciwnie, świadomie powoduje więcej cierpienia. - Skrzywiła się
paskudnie. - Ci ludzie są już tym znużeni. A nawet gorzej - robią się
wściekli.
- Nie dziwię się. - Leia nie odrywała wzroku od dalekich obozów,
zastanawiając się, ile osób jest w nich uwięzionych.
- W przybliżeniu tysiąc rodzin na obóz - wyjaśnił major Tedam, najwyższy
rangą wojskowy. Miał napuchnięte powieki, jakby przerwano mu drzemkę. -
Około. W każdym razie w każdym jest tysiąc schronów.
- To dla was z pewnością ogromny ciężar. - Jako że Imperium nie robiło
dla tych ludzi w zasadzie nic poza mierzeniem do nich z blasterów, Leia
nie miała pewności, jak duże rzeczywiście było to obciążenie dla armii.
Musiała jednak ująć to tak, jakby nie prosiła go o przysługę, tylko
próbowała rozwiązać jego problem. - Z pewnością wolałby pan mieć mniej
gąb do wykarmienia. Mój statek może natychmiast przewieźć część
obywateli Wobani z planety na Alderaan...
- Przewieźć? - Tedam jakby się ożywił, ale trwało to tylko chwilę. - To
niemożliwe.
Leia skinęła głową.
- Rzeczywiście, moje obecne pozwolenie tego nie umożliwia. Musielibyśmy
zmienić jego warunki, ale możemy to załatwić raz-dwa.
Tedam pokręcił głową i powtórzył:
- To niemożliwe. Musimy się trzymać przepisów. - Zamrugał powoli,
zupełnie jakby miał nadzieję, że jego rozmówczyni sobie pójdzie, zanim
znów otworzy oczy.
"Nie trać zimnej krwi" - upomniała Leia samą siebie i zapytała:
- Jeśli zmiana warunków pozwolenia nie leży w pana gestii, to może
mógłby mi pan powiedzieć, kto może to zrobić?
- Nikt na tej planecie. Ani w sektorze.
- W takim razie... Musi mieć pan pewien zakres decyzyjności, skoro
jesteście tutaj tak odizolowani.
Czy Imperium naprawdę posłałoby tyle oddziałów i oficerów na jakąś
planetę i zostawiło ich tam bez rozkazów, żeby sami też głodowali i do
woli prześladowali ludność cywilną?
Tak. Imperium tak właśnie zrobiło.
- Do moich kompetencji należy dotrzymanie warunków wynikających z treści
pozwolenia dyplomatycznego - rzekł Tedam. - Nic więcej, nic mniej. Wasz
statek opuści planetę wyłącznie z panią i załogą, zgodnie z pozwoleniem.
Radzę wyruszyć jak najszybciej.
I wrócił do przeglądania dokumentów. Nawet nie podniósł głowy, kiedy
Leia skierowała się do drzwi.
W miejscowej siedzibie władz korytarz o trapezowym przekroju był, jak w większości imperialnych gmachów, ciemny, zimny i przygnębiający.
Metalowe profile konstrukcyjne zdawały się zaciskać wokół Lei niczym
szczęki staroświeckich wnyków, a czerwonawy odcień podłogi kojarzył się
jej z krwią. Drżała, ze złości, strachu o innych i z poczucia kompletnej
bezradności.
Na Alderaanie nie istniało prawdziwe ubóstwo. Wszyscy obywatele mieli z czego się utrzymać, nawet jeśli skromnie, a instytucje i usługi
publiczne prowadziły szeroką działalność i były dostępne dla każdego.
Leia wiedziała, że na Coruscant część mieszkańców żyła w trudnych
warunkach, ale nie dało się ich dostrzec wśród niekończących się tłumów
zamieszkujących budynki przy wszystkich trasach i na wszystkich
poziomach. Zobaczyć taką nędzę na własne oczy - to było naprawdę coś
innego. I co, miała teraz stąd odlecieć, nie uczyniwszy nic, co trwale
poprawiłoby sytuację tych osób?
Nie mogła znieść tej myśli.
Nie, nie pozwoli na to.
Kiedy wracały na "Tantive IV", Ress Batten kilka razy obrzuciła ją z ukosa badawczym spojrzeniem. Leia zauważyła to, ale - pogrążona głęboko
w myślach - nie zareagowała. Co mogła zrobić, żeby poprawić los
Wobanian? Czy powinna odmówić opuszczenia planety, zanim nie zostanie
zmieniona treść pozwolenia? Powiedzieć imperialnym, że będzie tu wracać
co tydzień - a może i codziennie! - aż pozwolą jej zabrać trochę
uchodźców? Musiał istnieć jakiś sposób, ale Lei nic nie przychodziło do
głowy.
Po powrocie porucznik wyłączyła śmigacz, żeby droidy załadunkowe mogły
umieścić go z powrotem wewnątrz korwety. Leia stała przed statkiem,
czekając, aż maszyna zostanie zabrana, i zwróciła uwagę na starszą
kobietę siedzącą w rogu wyznaczonego sznurami skrawka ziemi wokół
jednego ze schronów. Kobieta drżącymi rękami naprawiała ubranie zrobione
na drutach. Zszywała je igłą, zupełnie jak w starych baśniach. Czy ręce
drżały jej ze starości czy z zimna? A mimo to wykorzystywała tę jedną
umiejętność, która jej pozostała, dla siebie i dla swojej rodziny...
Umiejętność - to było to!
Leia, zelektryzowana, zawołała:
- Kapitanie Antilles! Porucznik Batten! Proszę tu przyjść! - Kiedy do
niej podeszli z wyraźnym zdziwieniem w oczach, Leia znów spojrzała na
starą kobietę. - Dobrze sobie pani radzi z igłą i nitką.
Kobieta wydawała się zaskoczona, że ktoś się do niej zwraca, ale
odrzekła spokojnie:
- Raczej tak, wasza wysokość.
- Widzi pani, to mi daje do myślenia - rzekła Leia. Antilles i Batten
stanęli obok niej i dalej mówiła już do nich: - Oficerowie imperialni
mówią, że nie mogę zabrać stąd żadnych pasażerów. Tylko załogę.
- Nie ustępują w takich sprawach. - W głosie kapitana nie słuchać było
niczego, co brzmiałoby jak "A nie mówiłem" - Leia naprawdę to doceniła.
Jednak i tak nie przejęłaby się niczym, co i w jaki sposób by
powiedział, bo wpadła na najlepszy pomysł w życiu i niemal dygotała z niecierpliwości.
Ponownie odwróciła się do starej kobiety.
- Chodzi o to, że czasem mundury naszych żołnierzy się drą albo robią
się w nich dziury. Przydałby nam się ktoś, kto będzie je naprawiał. Chcę
więc zatrudnić nowego członka załogi. Oficjalną szwaczkę statku. Jeśli
przyjmie pani tę ofertę, zaraz odleci pani stąd z nami.
Osłupienie i radość kobiety ogrzałyby Leię nawet w burzy śnieżnej.
- Ale... Mój mąż... - Pokazała na starszego mężczyznę, który drzemał na
leżance.
- A czym on się zajmuje? - zapytała Leia. Antilles i Batten wymienili
spojrzenia pełne niedowierzania.
- Jest mechanikiem, czy raczej był, kiedy mieliśmy jeszcze warsztat. -
Kobieta uśmiechnęła się szerzej, domyślając się, jaka będzie reakcja
księżniczki.
Leia oznajmiła triumfalnie:
- Czyli zatrudniamy też oficjalnie mechanika. Załatwione. To już dwoje.
Kapitanie, ile osób pomieścimy jeszcze na statku podczas tak krótkiego
rejsu?
Po chwili Antilles odpowiedział:
- Około setki.
Sto osób na tysiąc rodzin? Za mało. Ale od czegoś trzeba zacząć.
- Czyli zaraz zatrudnię jeszcze dziewięćdziesięciu ośmiu członków
załogi. Proszę mi pomóc wpisać ich do rejestru, dobrze?
- Już się robi, wasza wysokość - odparła Ress Batten z szerokim
uśmiechem. Kapitan nadal nie wyglądał na przekonanego, ale skinął głową,
a Ress i Leia zabrały się do pracy.
Leia postanowiła wyszukać najmłodszych i najstarszych, osoby najbardziej
chore i w ciąży, czyli te, które najpilniej potrzebowały pomocy. Dwoje
małych dzieci, które nie miały nawet pięciu lat - mogły wsuwać się w wąskie miejsca w poszukiwaniu zgubionych rzeczy. Mężczyzna z ostrym
kaszlem - potrafił pilotować statki kosmiczne, mógł więc stać się
rezerwowym pilotem. Kobieta z wielkim brzuchem, której dziecko już
niedługo miało przyjść na świat, była właścicielką szkółki ogrodniczej,
a tak się składało, że "Tantive IV" potrzebował botanika. Leia dyktowała
dane nowych członków załogi, a Ress Batten natychmiast wprowadzała je do
bazy. Z tą chwilą uzyskiwali oficjalnie status członków załogi.
Wieści szybko rozeszły się po obozie. Wobanianie zaczęli się tłoczyć
przy statku - wszyscy mieli nadzieję, że zostaną wybrani, jednak bez
słowa popychali naprzód tych, którzy najbardziej potrzebowali pomocy.
Szturmowcy też podeszli bliżej. Choć nie śmieli zakłócić misji
humanitarnej, Leia słyszała buczenie komunikatorów w hełmach - domagali
się nowych rozkazów wobec tego nieoczekiwanego rozwoju sytuacji. Ogromną
radość sprawiali jej tymczasem ci, których kolejno zatrudniała -
zbierali swoje nieliczne rzeczy i śpieszyli po rampie na pokład "Tantive
IV", uciekając ku wolności.
Kiedy były perkusista został zatrudniony jako oficjalny bębniarz statku,
Ress Batten powiedziała cicho:
- To razem sto.
- Już? - Leia czuła się jednocześnie tak, jakby stała w tym zimnym
błocie od wielu godzin - i zapewne tak było - oraz tak, jakby nie
wierzyła, że już skończyła tę pracę. Na twarzach wokół niej przygasała
krótko trwająca nadzieja. Dziewczyna powiedziała głośno: - Nie
zostaniecie zapomniani. Powiemy galaktyce o tym, co tu dziś widzieliśmy.
Niebawem, jak mam nadzieję, inne statki pójdą w nasze ślady i uda nam
się naprawdę polepszyć wasz los.
Pokiwali głowami - uwierzyli. Nie było jej przez to łatwiej odwrócić się
od nich i po prostu odejść.
Nastrój na pokładzie "Tantive IV" w drodze powrotnej diametralnie różnił
się od atmosfery podczas lotu na Wobani. Nowi członkowie załogi tłoczyli
się we wszystkich pomieszczeniach i korytarzach, a choć wyraźnie
okazywali wdzięczność i ulgę, byli też głodni i znużeni, a wielu z nich
po prostu źle się czuło. Słyszała śmiech i szlochy - tak wielu z nich
zostawiło kogoś na planecie... 2-1B robił, co tylko mógł, żeby im pomóc,
zaś Leia wróciła na mostek tuż przed skokiem w nadprzestrzeń.
Kiedy przeszła przez właz, usłyszała, jak kapitan Antilles mówi:
- ...zgodnie z naszymi instrukcjami.
- Nie takie mieliście instrukcje - upierał się Tedam na ekranie na
stanowisku kapitana. Nie wyglądał już na zaspanego. - Wasze pozwolenie
na lądowanie mówi wyraźnie, że na pokładzie waszego statku nie mogą
opuścić planety żadne dodatkowe osoby!
- Majorze, proszę spojrzeć jeszcze raz na pozwolenie - wtrąciła się
Leia. - Zobaczy pan tam, że ten przepis jest bardzo jasny. Możemy
opuścić planetę tylko z członkami załogi. I opuszczamy ją tylko z członkami załogi.
- Macie na pokładzie obywateli Wobani...
- Którzy zostali wynajęci jako załoga - odpowiedziała bez wahania. -
Pozwolenie nie zabrania mi zatrudnienia nowych członków załogi. Jak pan
mówił - trzymajmy się przepisów. A przepisy mówią, że możemy odlecieć,
kiedy tylko chcemy. Czyli zaraz.
Tedam wyglądał tak, jakby wolałby połknąć własne skarpetki, niż się na
to zgodzić, ale jak większość oficerów imperialnych potrafił dostrzec,
kiedy przepisy działały przeciwko niemu. Podniósł szybko rękę i z irytacją wyłączył komunikator. Ekran zrobił się czarny.
- Nieźle, wasza wysokość - pochwaliła Ress Batten, stojąca w wejściu na
mostek.
Kapitan Antilles spojrzał na nią jednak z dezaprobatą.
- Wasza wysokość, zdaje sobie pani sprawę, że na Alderaanie nie mamy nic
dla nich przygotowanego?
- Tak, oczywiście. - Kiedy przybędą do głównego kosmoportu Aldery, to
dopiero będzie zamieszanie... Ale Leia nigdy nie miała nic przeciwko
robieniu zamieszania. - Na pewno szybko uda się zorganizować dla nich
pomoc.
Kapitan skinął głową.
- Jak sobie wasza wysokość życzy, ale jeśli nie ma pani nic przeciwko...
- Tak?
- Widziałem już walki na śmierć i życie. Brałem udział w wielkiej wojnie
i nie obawiam się stawić czemuś takiemu czoła. - Na twarz kapitana
Antillesa wypłynął powoli uśmiech. - Ale to pani powie o tym królowej.
Parsknęła głośnym śmiechem.
- Nie ma sprawy.
Ze względu na imperialne restrykcje dotyczące ruchu w rejonie Wobani nie
mogli skoczyć w nadprzestrzeń i skierować się od razu na Alderaan.
"Tantive IV" musiał najpierw zrobić postój na stacji Calderos w głębokiej przestrzeni kosmicznej, pełniącej funkcje administracyjne i serwisowe dla okrętów imperialnych w tym sektorze oraz statków
nielicznych zaproszonych gości. Leia miała status gościa, a zatem będą
mogli przesłać zwykły sygnał z wnioskiem o pozwolenie na odlot na ich
ojczystą planetę - pozytywną odpowiedź zwrotną dostawało się po paru
minutach. Wpatrywała się więc w intensywnie niebieskie wiry bez żadnych
złych przeczuć, niecierpliwiła się tylko, bo chciała zawieźć swoich
pasażerów w bezpieczne miejsce - i pokazać rodzicom, czego dokonała...
Statek wyskoczył z nadprzestrzeni i Leia wydała z siebie cichy okrzyk.
Kapitan Antilles podniósł się z fotela, a Ress Batten wyrwało się słowo
uważane za nieprzyzwoite na większości planet. Zaraz potem zapytała z niedowierzaniem:
- Czy pan to widzi?
- Tak, pani porucznik - odparł Antilles. - Widzimy.
Stacja Calderos - wielka baza imperialna, odgrywająca dużą rolę w tym
sektorze - została zniszczona. Nie - została zaatakowana. Leia
rozpoznała ślady dział laserowych na całej powierzchni stacji. Wiele
reflektorów wzdłuż ściany po ich stronie było wyłączonych z użytku.
Część przegród wydawała się mniej więcej cała, druga zaś milcząca,
spalona i ciemna - zupełnie jakby coś rozerwało stację na pół.
Śmignął ku nim rój myśliwców TIE i z komunikatora rozległo się wezwanie:
- Proszę się zidentyfikować!
- "Tantive IV", statek konsularny z Alderaana, w trakcie misji
humanitarnej - rzekł kapitan Antilles. - Kilka ostatnich godzin
spędziliśmy na Wobani. W rejestrze imperialnym na planecie zapisano
naszą wizytę.
- Proszę czekać na potwierdzenie.
Leia nie odrywała wzroku od stacji, analizując zniszczenia. Jeśli ktoś w ogóle na niej zginął, to zapewne niewiele osób, ale atak uniemożliwił
jej funkcjonowanie - co oznaczało, że będzie łatwiej podróżować na i z Wobani oraz na inne planety objęte podobnymi restrykcjami w tym rejonie.
A zamieszanie potrwa wiele dni, może nawet i tygodni.
Zadanie takiego ciosu stacji imperialnej wymagało potężnej siły ognia.
Żaden pojedynczy okręt nie mógłby czegoś takiego dokonać, może poza
gwiezdnym niszczycielem, a ewidentnie zrobił to ktoś inny, więc...
- Otrzymaliśmy potwierdzenie - odezwał się czyjś głos i myśliwce TIE
zawróciły. - Macie opuścić sektor i natychmiast skierować się na waszą
planetę.
Kapitan Antilles zajął się wydawaniem stosownych rozkazów, a Leia
ułożyła w głowie ostatnie elementy układanki.
Ktoś - lub więcej ktosiów - zorganizował odpowiednie siły i uzbrojenie
niezbędne do zaatakowania i uszkodzenia imperialnej stacji. Wymagało to
pieniędzy, planu i czasu. Czyli mieszkańcy galaktyki nie ograniczali się
już tylko do narzekania na Imperium - ale zaczęli z nim walczyć.
Rozdział 4
Alderaan słynął w całej galaktyce z pięknych krajobrazów, estetycznej
architektury i dbałości o harmonię i spokój. Osoby, które tak uważały,
zdziwiłyby się bardzo na widok tego, co się zaczęło dziać w alderskim
kosmoporcie, kiedy z "Tantive IV" nieoczekiwanie wyłoniło się stu
uchodźców z Wobani.
Niektórzy z nich wyrażali histeryczną radość lub nerwowe niedowierzanie,
inni opierali się bezwładnie o skrzynie lub droidy - ewidentnie
potrzebowali pomocy medycznej albo przynajmniej miejsca, w którym
mogliby odpocząć. Wszyscy byli też umorusani błotem, podobnie jak
zresztą cała załoga i sama Leia.
- Powiadomiłam centralę o naszym przybyciu! - narzekała Ress Batten,
kiedy próbowali zaprowadzić jakikolwiek porządek w tym ludzkim chaosie.
- To znaczy zawiadomiłam ich, kiedy weszliśmy w atmosferę, czyli z niedużym wyprzedzeniem, ale wcześniej przecież nie mogliśmy...
- Nic nie szkodzi, pani porucznik. - Kapitan Antilles sprawiał wrażenie
dziwnie roztargnionego. - Muszę jednak natychmiast skontaktować się z wicekrólem.
"Dlaczego chce porozmawiać z ojcem?" Leia patrzyła z zastanowieniem, jak
kapitan odchodzi szybko, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co działo
się wokół. "Wicekról kieruje stosunkami Alderaana z galaktyką. Polityką
wewnętrzną planety zajmuje się..."
- Jej Królewska Wysokość Breha Organa! - oznajmił droid z drugiego końca
hangaru. Leia odwróciła się wraz ze wszystkimi obecnymi do wejścia,
przez które właśnie przechodziła jej matka z całym orszakiem. Jak zwykle
miała na sobie długą suknię, tym razem z jedwabiu w rudobrązowej tonacji
i niebieskiego aksamitu, a w skomplikowaną fryzurę wpleciono wstążki z tych samych tkanin. Żadnej biżuterii ani korony - Breha nie potrzebowała
takich dodatków, by zwracać na siebie uwagę ani by wyglądać jak królowa.
Zapadła cisza, choć nikt tego nie zażądał. Matka Lei weszła na
podwyższenie i przemówiła do zgromadzonych w hangarze. Jej dźwięczny,
niski głos niósł się wyraźnie w tej dużej przestrzeni.
- Drodzy mieszkańcy Wobani, witamy was serdecznie na Alderaanie. Proszę
nam wybaczyć, że nie byliśmy lepiej przygotowani na wasze przyjęcie, ale
teraz już moi pracownicy zajmą się zadbaniem o wszystkie wasze potrzeby.
- Wskazała towarzyszące jej osoby - medyków, pracowników socjalnych i innych, którzy już zaczynali mieszać się z uchodźcami. - Z pewnością
przyda się wam odpoczynek, fizyczny i psychiczny, będziecie też chcieli
zastanowić się, co dalej. Ogłaszam więc, że każda osoba, która tu dziś
do nas przybyła, otrzyma środki, pozwalające jej albo na podróż na inną
planetę, jeśli ma tam rodzinę lub znajomych, albo na rozpoczęcie nowego
życia tutaj, na Alderaanie. To mój powitalny dar dla was wszystkich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki