Star Wars. Inkwizytorka. Droga Czerwonego Ostrza - Delilah S. Dawson

Kup ebooka

43.00 zł
36.55 zł (35,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

/ Rozdział 1

/1

PADA­WANKA JEDI ISKAT AKA­RIS nade wszystko chciała zapunk­to­wać u mistrzyni.

Co, nie­stety, zda­rzało się rzadko.

- Choć, Iskat, zobacz. Co czu­jesz?

Mistrzyni Jedi Sem­ber Vey odstą­piła na bok, by uczen­nica mogła się lepiej przyj­rzeć pra­daw­nemu tek­stowi, dopiero co odwi­nię­temu ze sta­rej, mięk­kiej skóry eopie. Po prze­ciw­nej stro­nie kon­tu­aru togru­tań­ski sprze­dawca ner­wowo obra­cał w pal­cach dłu­gie pasma kora­li­ków na szyi. Co chwila mimo­wol­nie zer­kał ku przy­pa­sa­nemu w talii mie­czowi świetl­nemu Sem­ber.

Dłu­gie, czer­wone palce Iskat się­gnęły ku... Cóż, nie była to do końca książka, a raczej liczne stare, kru­che kawałki skóry, led­wie połą­czone ze sobą nicią ze zwie­rzę­cych jelit - ale nim mogła ich dotknąć, Sem­ber cmok­nęła. Dło­nie Iskat czym prę­dzej cof­nęły się za plecy. Sem­ber ni­gdy nie wyda­wała się nauczy­cielką aktywną i zaan­ga­żo­waną. Rzadko kiedy wygła­szała kaza­nia czy udzie­lała lek­cji jak nauczy­ciele Jedi w Świą­tyni. Zamiast prze­ka­zy­wać wyraźne pole­ce­nia, ocze­ki­wała, że Iskat będzie się przy­pa­try­wać i wycią­gać wnio­ski. Czę­sto cze­kała mil­cząco w nadziei, iż pod­opieczna sama obmy­śli kolejny krok i dokład­nie tego ocze­ki­wała od niej w tej chwili. Jej sku­pione czarne oczy ema­no­wały cier­pli­wo­ścią. Czter­dzie­sto­pa­ro­let­nia kobieta rasy ludz­kiej o zło­ci­stej skó­rze i nie­bie­ska­wo­czar­nych, nie­na­gan­nie sple­cio­nych wło­sach cze­kała, aż uczen­nica... Niby co? Ma coś powie­dzieć? Coś zro­bić? Iskat nie miała poję­cia.

Odkąd Sem­ber wybrała ją na pada­wankę po Tur­nieju Jedi, nie prze­by­wały długo w jed­nym miej­scu. Odwie­dzały kolejne zapy­ziałe pla­nety i tłoczne księ­życe han­dlowe, by zamę­czać sprze­daw­ców, kolek­cjo­ne­rów i arche­olo­gów, nego­cju­jąc ceny roz­ma­itych kurio­zów, mają­cych wzbo­ga­cić zbiory Archi­wów Jedi. Iskat już widy­wała takie tek­sty, bogato zdo­bione zwoje, pra­dawne mie­cze świetlne zale­pione pia­skiem czy sko­ru­pia­kami, a nawet ząb ran­kora pokryty mister­nymi zna­kami dawno zapo­mnia­nego alfa­betu. Sem­ber była zdolną nego­cja­torką o paza­ako­wej twa­rzy, a Iskat miała świa­do­mość, że jej rolą jest obser­wo­wa­nie mistrzyni i naby­wa­nie umie­jęt­no­ści przy­dat­nych w roz­po­zna­wa­niu i pozy­ski­wa­niu utra­co­nych arte­fak­tów z dzie­jów zakonu, by te przy­czy­niały się do roz­woju kolej­nego poko­le­nia uczo­nych w Mocy.

Ale Iskat znowu nie potra­fiła odgad­nąć, co kryje się za ciszą ze strony jej mistrzyni.

- Co możesz nam powie­dzieć bez doty­ka­nia przed­miotu, moja pada­wanko? - Sem­ber wresz­cie prze­rwała mil­cze­nie.

Iskat prze­rzu­ciła za ramię dłu­gie, sple­cione brą­zowe włosy i sku­piła się na leżą­cym przed nią przed­mio­cie. Zaczerp­nęła głę­boko tchu i wyostrzyła zmy­sły.

- Tekst zdaje się być pra­dawny, mistrzyni. Nie znam samego języka. Poszcze­gólne strony wyko­nane są z jakie­goś rodzaju zwie­rzę­cej skóry, nie­mal prze­zro­czy­stej. Tusz jest ciem­no­czer­wony. - Pochy­liła się nad arte­fak­tem na tyle, by go nie dotknąć, i pową­chała. - Żela­zi­sty aro­mat. Krew? Zmie­szana z jakimś sprosz­ko­wa­nym mine­ra­łem.

- Tyle widzisz. A teraz się­gnij przez Moc. Co takiego czu­jesz?

Iskat zamknęła oczy.

- Ciem­ność. Pra­gnie­nie - powie­działa z zacie­ka­wie­niem. - To... chce być czy­tane, doty­kane. Chce być poznane.

Otwo­rzyła oczy, jasno­nie­bie­skie na tle czer­wo­nej skóry, i spoj­rzała pyta­jąco na mistrzy­nię. Przez te wszyst­kie lata zdo­były dzie­siątki arte­fak­tów, ale coś takiego Iskat poczuła pierw­szy raz.

Sem­ber przy­tak­nęła, co było naj­bliż­szym pochwały gestem, na jaki sobie pozwa­lała.

- To nie arte­fakt Jedi - oznaj­miła. - To tekst Sithów.

- To co, nie bie­rze­cie? - wtrą­cił sprze­dawca i już wycią­gał ręce, by zabrać przed­miot z kon­tu­aru.

- Tego nie powie­dzia­łam - odparła Sem­ber. Dło­nią w ręka­wiczce prze­sło­niła księgę gar­bo­waną skórą. - Weź­miemy to po obie­ca­nej cenie. Zapew­niam, że będzie prze­cho­wy­wane w bez­piecz­nym miej­scu i nie wpad­nie w nie­po­wo­łane ręce.

Iskat miała obser­wo­wać bacz­nie, jak mistrzyni tar­guje się ze sprze­dawcą, ale jej uwagę przy­kuł sam doku­ment, teraz będący zale­d­wie wybrzu­sze­niem pod zwie­rzęcą skórą. Jesz­cze ni­gdy nie widziała sithań­skiego arte­faktu. Nic dziw­nego, że Sem­ber nie pozwo­liła jej go dotknąć. Na­dal go jed­nak wyczu­wała. Był jak małe dziecko z wycią­gnię­tymi ramio­nami, pro­szące, by wziąć je na ręce.

- Pani asy­stentka. Czym ona jest? - zain­te­re­so­wał się kupiec, gdy już zamie­rzały opu­ścić sklep.

Sem­ber zasta­no­wiła się nad pyta­niem.

- Jest Jedi.

- Ale jakiej rasy? Pierw­szy raz widzę kogoś takiego. Czer­wona skóra, ale nie jest Zeltronką ani Deva­ro­nianką.

- Jestem Jedi - oznaj­miła zde­cy­do­wa­nym tonem Iskat.

- Dobrze, już dobrze - wyco­fał się skle­pi­karz. - Tak tylko pytam.

Choć ostro ucięła jego docie­ka­nia, Iskat sama była tego cie­kawa. Nikt w Świą­tyni nie wie­dział nic o jej rasie, a według Sem­ber w aktach pada­wanki bra­ko­wało wzmianki o pla­ne­cie pocho­dze­nia. Miała dwa serca, dłu­gie palce i nie­ty­powo prze­ni­kliwe zmy­sły, ale pod­czas podróży i badań nie natra­fiła na żadne infor­ma­cje o wła­snej bio­lo­gii czy histo­rii. Nie po raz pierw­szy ktoś nie­for­tun­nie zadał pyta­nie, na które nie znała odpo­wie­dzi.

W dro­dze powrot­nej na sta­tek Sem­ber trzy­mała księgę przez zwie­rzęcą skórę, jakby chciała ogra­ni­czyć kon­takt fizyczny z arte­fak­tem. Weszły tra­pem na pokład promu T-6, nazwa­nego przez Iskat "Lirą" po tym, jak dziew­czyna prze­czy­tała gdzieś, że statki powinny mieć nazwy. Dla Sem­ber był to po pro­stu T6-315. Gdy pada­wanka uru­cha­miała sil­niki, mistrzyni natych­miast scho­wała zna­le­zi­sko w sej­fie, w któ­rym trans­por­to­wały cenne zna­le­zi­ska do Świą­tyni.

- Potra­fisz prze­czy­tać ten tekst? - spy­tała Iskat.

Sem­ber prze­ra­ziła się na samą myśl.

- Nie śmia­ła­bym pró­bo­wać. Dobrze ci radzę: zapo­mnij o tej rze­czy, ode­tnij się od niej. Ciemna strona jest natar­czywa jak robale yista, wła­żące ci pod skórę i stop­niowo cię zatru­wa­jące. Rada Jedi podej­mie decy­zję, co z nią zro­bić. My zaś mamy trzy­mać ją z dala od wszyst­kich, któ­rzy chcie­liby ją wyko­rzy­stać, by czy­nić zło. Jeśli pod­czas wła­snych podróży znaj­dziesz coś podob­nego, musisz taką rzecz zdo­być rów­nie umie­jęt­nie, jak­byś kupo­wała arte­fakt Jedi, i zabez­pie­czyć przy pierw­szej spo­sob­no­ści. Nie doty­kaj jej, nie zapo­zna­waj się z tre­ścią. Przy­znaj sama przed sobą, że jesteś zacie­ka­wiona, ale pozwól, by to uczu­cie minęło. Chcia­łam, żebyś wyczuła ten arte­fakt w Mocy i potra­fiła w przy­szło­ści roz­po­znać podobne, ale taki kon­takt powi­nien być moż­li­wie krótki. Ist­nieje wie­dza, która nie jest warta swo­jej ceny.

Iskat chwi­lowo porzu­ciła temat i zajęła się zabez­pie­cza­niem reszty ładunku, gdy Sem­ber zasia­dła w fotelu pilota. Choć zna­le­zi­sko wylą­do­wało w sej­fie, pada­wanka czuła, jak sięga na zewnątrz na ślepo niczym roślina bez­myśl­nie wycią­ga­jąca pędy w poszu­ki­wa­niu świa­tła. Sem­ber w pełni poświę­cała się wyszu­ki­wa­niu arte­fak­tów i kata­lo­go­wa­niu wie­dzy Jedi, a teraz po raz pierw­szy, odkąd podró­żo­wały razem, opo­wie­działa się po stro­nie świa­do­mej igno­ran­cji.

Pod­czas wyprawy pozy­skały liczne skarby i Iskat wyczu­wała, że mistrzyni nie może się docze­kać, aż zacznie pie­czo­ło­witą pracę nad ich ana­lizą i kata­lo­go­wa­niem - pracę wyko­ny­waną z upodo­ba­niem i w samot­no­ści, przez co pada­wanka musiała zna­leźć sobie inne zaję­cie. Z tego, co Iskat wie­działa, nie­któ­rzy mistrzo­wie i pada­wani mieli ser­deczne rela­cje, wypeł­nione śmie­chem i miłymi sło­wami, ale Sem­ber Vey była mistrzy­nią chłodną i czę­sto nie wywią­zy­wała się z obo­wiąz­ków men­torki. Na prze­mian popa­dała w obse­sję nad pracą, zapo­mi­na­jąc o wszyst­kim innym, i w stan nie­co­dzien­nego bło­giego spo­koju. Choć Iskat wola­łaby nawią­zać z nią bliż­szą więź, rozu­miała, że Sem­ber otrzy­mała inne ważne zada­nia poza wyszko­le­niem pada­wanki. Iskat sama miała czer­pać nauki z obser­wa­cji nie­ty­po­wych umie­jęt­no­ści men­torki oraz z jej rzad­kich porad. Była zde­ter­mi­no­wana, by zostać moż­li­wie naj­lep­szą Jedi mimo tego, iż mistrzyni...

Cóż, pomimo jej wad.

Iskat nie do końca wie­działa, dla­czego Sem­ber w ogóle ją wybrała. Nie odczu­wała, by ist­niała mię­dzy nimi szcze­gólna więź, ba, czę­sto się mar­twiła, że Sem­ber nie­spe­cjal­nie ją lubi.

- Co tak sto­isz, Iskat? Zapnij się i przy­go­tuj do medy­ta­cji - zabrała głos star­sza kobieta, jakby dopiero zauwa­żyła obec­ność dziew­czyny na pokła­dzie.

- Tak, mistrzyni.

Iskat pró­bo­wała uspo­koić myśli, gdy prom wzno­sił się łagod­nie. Gdy zna­la­zły się w nad­prze­strzeni, odna­la­zła swoją poduszkę i umo­ściła się na niej. Zamknęła oczy i sku­piła się na sobie. Oplo­tła pal­cami amu­let, który dostała od Sem­ber, nie­wielki kabo­szon z nie­bie­skiego kamie­nia, mający jej poma­gać w sku­pie­niu. Odno­siła wra­że­nie, iż bro­dzi w stru­mie­niu. Gdy popły­nęła wraz z nim, czas prze­stał ist­nieć. Z początku medy­ta­cja przy­cho­dziła jej z tru­dem, ale Sem­ber i pozo­stali mistrzo­wie byli zgodni, że jej pod­sta­wo­wym celem jako pada­wanki powinna być nauka, jak się uspo­ka­jać i nad sobą pano­wać. Po tam­tym incy­den­cie z kolumną...

Nie.

Nie zamie­rzała do tego wra­cać.

Miała zro­bić coś odwrot­nego.

"Nie ma emo­cji - jest spo­kój" - upo­mniała samą sie­bie.

"Nie ma igno­ran­cji - jest wie­dza".

"Nie ma pasji - jest rów­no­waga".

"Nie ma cha­osu - jest har­mo­nia".

Gdy zaczęła medy­to­wać jako mło­dziczka, czuła się nie­spo­kojna i znu­dzona. Nosiło ją i była zde­spe­ro­wana, by robić dosłow­nie cokol­wiek, byle nie zbi­jać bąków. Jej ener­gia oka­zała się tak cha­otyczna, iż nawet cier­pli­wość Sem­ber zna­la­zła się na wyczer­pa­niu i mistrzyni oskar­żyła ją, że celowo się jej sta­wia. Jed­nak mistrz Kle­fan Opus, dawny men­tor Sem­ber, oso­bi­ście zaan­ga­żo­wał się w roz­wój Iskat i przez wiele poran­ków w Świą­tyni prze­sia­dy­wał u jej boku, by mogła zanu­rzać się w spo­koju, który on osią­gnął po wielu deka­dach. Krok po kroku uczył ją, jak osią­gnąć ten sam poziom.

Bo mistrzo­wie Sem­ber i Kle­fan mieli rację. Im bar­dziej Iskat zgłę­biała więź z Mocą pod­czas medy­ta­cji, tym bar­dziej pano­wała nad emo­cjami. Ostat­nio nie wpa­dała już w złość i była dumna z tego, ile osią­gnęła. Sem­ber ni­gdy nie komen­to­wała jej postę­pów, ale Kle­fan tak, a Iskat to wystar­czało.

Kolejne dni spę­dzały w ciszy, podró­żu­jąc przez nad­prze­strzeń ku zlo­ka­li­zo­wa­nemu pośród Świa­tów Jądra Bar'leth, gdzie jeden z ich ulu­bio­nych kup­ców obie­cał im nie­ty­powe zna­le­zi­sko. Sem­ber więk­szość czasu poświę­cała arte­fak­tom za zamknię­tymi drzwiami wła­snej kajuty, ale przy­go­to­wała dla Iskat napięty har­mo­no­gram zadań, które zmie­niały się każ­dego dnia i mię­dzy innymi obej­mo­wały ćwi­cze­nia z walki mie­czem ze zdal­nia­kiem, kali­ste­nikę, lek­tury na temat flory i fauny, no i oczy­wi­ście wię­cej medy­ta­cji. Iskat zawsze naj­bar­dziej uwiel­biała walkę i żało­wała, iż nie może czę­ściej pro­wa­dzić spa­rin­gów z wła­sną mistrzy­nią zamiast z tym pro­stym urzą­dze­niem, które już od dawna nie sta­no­wiło dla niej wyzwa­nia, ale wie­działa, że jej prośby tra­fi­łyby w próż­nię.

Od czasu do czasu dekon­cen­tro­wała ją obec­ność sithań­skiego tek­stu w sej­fie, zupeł­nie jakby ten nudził się i doma­gał uwagi, ale Iskat go igno­ro­wała. Myślała, czyby nie wspo­mnieć o tym Sem­ber, ale nie chciała dawać mistrzyni żad­nego powodu, by ta w nią wąt­piła czy ją upo­mi­nała. Tak naprawdę bywało naj­le­piej, gdy Iskat sie­działa cicho i bez słowa robiła to, co suge­ro­wała jej men­torka. Zresztą kto wie, czy nie był to kolejny test. W końcu mistrzyni pro­siła ją, by sta­wiała opór nawo­ły­wa­niom sithań­skiego arte­faktu. Porażka jedy­nie ujaw­ni­łaby kolejną sła­bość.

Gdy wresz­cie opu­ściły nad­prze­strzeń, sys­tem łącz­no­ści statku zapi­kał, infor­mu­jąc je o nad­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści.

- Sem­ber Vey, wiemy, że twoja obecna misja nie dobie­gła jesz­cze końca, ale musisz natych­miast powró­cić do Świą­tyni na Coru­scant - oznaj­mił mistrz Jedi Mace Windu. W niskim, nie­zno­szą­cym sprze­ciwu gło­sie pobrzmie­wał nie­ty­powy pośpiech. - W związku z aktu­alną sytu­acją misje bez klu­czo­wego zna­cze­nia zostały tym­cza­sowo wstrzy­mane. Jesteś nam tu potrzebna.

Komu­ni­kat dobiegł końca. Sem­ber wes­tchnęła i zaczęła wpro­wa­dzać nowy kurs z myślą o tra­sie powrot­nej do Świą­tyni.

- Wiesz, co się dzieje? - spy­tała mistrzy­nię Iskat.

- Wiem tyle, co ty - odparła spo­koj­nie Sem­ber, jakby otrzy­mana wia­do­mość nie zwia­sto­wała niczego nowego czy eks­cy­tu­ją­cego. - Naprawdę zale­żało mi, by zło­żyć wizytę Gamo­da­rowi. Twier­dził, że zna­lazł coś wyjąt­ko­wego.

Nie znaj­do­wały się daleko od Coru­scant, więc Iskat miała jesz­cze mniej czasu niż zazwy­czaj, by przy­go­to­wać się do porzu­ce­nia prze­peł­nio­nego zada­niami mil­cze­nia i zanu­rze­nia w kul­tu­rze Świą­tyni. Jak wszy­scy pada­wani, i ona dora­stała tam od maleń­ko­ści. Pamię­tała wiele miłych momen­tów ze spa­rin­gów na mie­cze świetlne z mistrzem Yodą czy z wycie­czek na inne pla­nety z mło­dymi, buzu­ją­cymi ener­gią ryce­rzami Jedi. Ale potem, gdy miała trzy­na­ście lat, doszło do tam­tego incy­dentu z kolumną i od tam­tej pory wraz z Sem­ber nie­mal zawsze prze­by­wały na misjach, i... A teraz zawsze czuła się dziw­nie, gdy wra­cały do Świą­tyni. Nie to, by kto­kol­wiek zacho­wy­wał się nie­miło, bo Jedi byli Jedi, ale Iskat zawsze odno­siła wra­że­nie, że pozo­stali pada­wani czują się ner­wowo w jej obec­no­ści, a już szcze­gól­nie Char­lin i Onielle, które doznały wtedy nie­wiel­kich i tym­cza­so­wych obra­żeń. Iskat bała się ponow­nego spo­tka­nia, choć teraz wszy­scy byli o pięć lat starsi, podró­żo­wali po galak­tyce z wła­snymi mistrzami i - miała nadzieję - stali się nieco doj­rzalsi.

Gdy Coru­scant rosło w ilu­mi­na­to­rze, a Sem­ber kie­ro­wała sta­tek ku Świą­tyni, Iskat zauwa­żyła, że w pobliżu pla­cówki zakonu panuje wyjąt­kowo wzmo­żony ruch. Musiały zacze­kać, aż zwolni się lądo­wi­sko, a gdy opu­ściły trap, Sem­ber odda­liła się pośpiesz­nie z sej­fem na plat­for­mie repul­so­ro­wej. Iskat podą­żyła za mistrzy­nią, lecz ta obej­rzała się zdzi­wiona przez ramię.

- No tak. Iskat. Muszę się sta­wić przed Radą. Jeśli zdo­łasz, spró­buj poćwi­czyć walkę mie­czem.

Iskat szła dalej za mistrzy­nią, teraz wyraź­nie zacie­ka­wiona. Posłu­gi­wa­nie się mie­czem świetl­nym było naj­mniej ulu­bio­nym przed­mio­tem nauk Sem­ber i choć mistrzyni doło­żyła sta­rań, by jej pod­opieczna spę­dzała mnó­stwo czasu ze zdal­nia­kiem, ni­gdy nie zachę­cała jej, by roz­wi­jała wro­dzoną pasję do walki. Gdy na początku szko­le­nia Iskat spy­tała ją o awer­sję do cze­goś, co sta­no­wiło inte­gralną część szko­le­nia Jedi, Sem­ber przy­po­mniała uczen­nicy, że bie­głość i zain­te­re­so­wa­nie to dwie różne rze­czy - i na tym ucięła temat.

- Czemu aku­rat walka mie­czem? - spy­tała dziew­czyna. - Czemu teraz? Wysy­łają nas na nową misję?

Sem­ber szła przed sie­bie mia­ro­wym kro­kiem. Nie odwró­ciła się, gdy zabrała głos.

- Rozej­rzyj się, pada­wanko. Wszy­scy zostali ścią­gnięci ze swo­ich misji. Nie wyczu­wasz tej aury pośpie­chu? Buzu­ją­cego ocze­ki­wa­nia? Stało się coś waż­nego. A teraz idź poćwi­czyć. Pamię­taj, by się skon­cen­tro­wać i nie stra­cić nad sobą pano­wa­nia. Zaufaj Mocy.

- Tak, mistrzyni.

Iskat ści­snęła swój amu­let z nie­bie­skim kamie­niem i ruszyła ku ulu­bio­nej sali tre­nin­go­wej pada­wa­nów z jej grupy wie­ko­wej. Zosta­wiła mistrzy­nię, by ta dostar­czyła Naj­wyż­szej Radzie ich liczne zna­le­zi­ska. Gdy sejf się odda­lał, Iskat czuła, jak głos pra­daw­nego tek­stu staje się coraz cich­szy. Miała nadzieję, iż Rada prze­cho­wuje takie przed­mioty pod klu­czem, a może nawet po pro­stu je nisz­czy. Czuła się nie­swojo z myślą, że coś takiego zna­la­zło się tu, w Świą­tyni, w oto­cze­niu Jedi i docie­kli­wych mal­ców. Ba, sama była go cie­kawa, ale widziała, że ciemna strona jest kusząca i należy sta­wiać jej aktywny opór. Sem­ber zawsze wyra­żała się na ten temat jasno. Jedi nie powinni ule­gać takim poku­som, a co dopiero świa­do­mie ich poszu­ki­wać.

Nie były w Świą­tyni od dawna, ale mało co się zmie­niło. Sem­ber miała rację - w kory­ta­rzach pano­wał więk­szy ruch. Jedi w brą­zo­wych sza­tach wyjąt­kowo szli pośpiesz­nym kro­kiem zamiast ema­no­wać dys­tyn­go­wa­nym spo­ko­jem. Obsługa i dro­idy prze­miesz­czali się wśród nich z baga­żami. Gdy Iskat zbli­żała się do celu, dobiegł ją zna­jomy dźwięk buczą­cych i ście­ra­ją­cych się mie­czy tre­nin­go­wych, roz­brzmie­wa­jący do wtóru szu­ra­nia butów o kamienną posadzkę.

Zatrzy­mała się przy drzwiach. Teraz była star­sza, sporo wyż­sza, a jej brą­zowe, mister­nie sple­cione włosy się­gały jej nie­mal do talii. Jej szata wyda­wała się nieco zbyt krótka, ale utrzy­mana w dobrym sta­nie, choć buty miała zno­szone. Od lat nie widziała wielu kom­pa­nów z dzie­ciń­stwa, bo wszy­scy roz­pierz­chli się po galak­tyce w towa­rzy­stwie wła­snych mistrzów. No, oprócz tych, któ­rzy posta­no­wili odejść z powodu głu­poty Iskat. Dziew­czyna nie chciała do tego wra­cać.

Wypro­sto­wała koł­nierz płasz­cza, ści­snęła amu­let i zachę­ciła serca, by się uspo­ko­iły. Wez­brały w niej nie­po­żą­dane emo­cje - eks­cy­ta­cja, zanie­po­ko­je­nie, nawet strach. Emo­cje nie­godne Jedi, a przy­naj­mniej takie, nad któ­rymi powinni szybko zapa­no­wać. A jeśli jej umie­jęt­no­ści w walce okażą się liche? A jeśli straci nad sobą pano­wa­nie? A jeśli znów sta­nie się coś strasz­nego?

Zamknęła oczy i spró­bo­wała się wypo­środ­ko­wać.

"Nie ma emo­cji - jest spo­kój".

"Nie ma igno­ran­cji - jest wie­dza".

"Nie ma pasji - jest rów­no­waga".

"Nie ma cha­osu - jest har­mo­nia".

Spo­kój nie przy­cho­dził jej łatwo. W porów­na­niu z innymi pada­wa­nami miała wraż­liw­sze zmy­sły, ale i bar­dziej inten­sywne i wybu­chowe emo­cje. Czę­sto się zasta­na­wiała, czy wszy­scy Jedi z takim samym tru­dem utrzy­mują ten cha­rak­te­ry­styczny spo­kój, czy może to Sem­ber pokpiła sprawę i zapo­mniała prze­ka­zać jej coś waż­nego, co innym przy­cho­dziło natu­ral­nie. Zawsze czuła się zupeł­nie inna niż jej mistrzyni, tak opa­no­wana, że cza­sami wyda­wało się, iż jest wykuta z kamie­nia. Iskat zaś czuła burzę emo­cji, zmienną niczym morze.

Nie­ważne. Była Jedi. Musiała odna­leźć spo­kój, choćby miała przy­szpi­lić go do ziemi i utrzy­mać w miej­scu siłą.

Mistrzyni pole­ciła jej ćwi­cze­nia, więc zamie­rzała ćwi­czyć.

/ Rozdział 2

/2

GDY ISKAT PRZE­KRA­CZAŁA PRÓG sali tre­nin­go­wej, miała wra­że­nie, że robi wiel­kie wej­ście, ale nikt na nią nawet nie spoj­rzał. Pozo­stali byli zbyt zajęci spa­rin­gami, obser­wo­wa­niem walk i udzie­la­niem pomoc­nych rad. Ich wiek wahał się od trzy­na­stu do może dwu­dzie­stu lat. Sami pada­wani, któ­rzy jesz­cze nie zostali ryce­rzami. Iskat znała imię każ­dego z obec­nych w sali i nie zdzi­wiło jej, że roz­po­znała kil­koro człon­ków wła­snego klanu mło­dzi­ków. Istoty te dora­stały u jej boku i wraz z nią ście­rały się w Tur­nieju Jedi. Dziw­nie się czuła z tym, że przez ten czas, gdy prze­by­wali na misjach, wszy­scy zda­wali się nie­mal doro­snąć.

Natych­miast wyszu­kała wzro­kiem swo­jego ulu­bio­nego kom­pana wśród pada­wa­nów, czar­no­skó­rego Twi'leka o imie­niu Tualon, o dwóch lekku oka­la­ją­cych twarz. Podob­nie jak ona, od Tur­nieju odby­wał misję za misją z mło­dym i ener­gicz­nym mistrzem, Nauto­la­ni­nem Bavo­kiem Anshem. Tualon sporo pod­rósł. Jego daw­niej pyzate policzki teraz stały się kości­ste, ale uśmiech miał przy­ja­zny i szel­mow­ski jak zawsze. W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych pada­wa­nów, ni­gdy nie oka­zy­wał stra­chu czy nie­po­koju w towa­rzy­stwie Iskat, zresztą wiele razy rano dołą­czał do niej w ogro­dzie medy­ta­cyj­nym, gdy sie­działa przy ulu­bio­nym oczku wod­nym, tym z rybami. Iskat sta­nęła przy nim, gdy kucał, opie­ra­jąc kości­ste łok­cie o kolana, i z zain­te­re­so­wa­niem śle­dził walkę Char­lin, różo­wo­skó­rej Twi'lekanki, z Fvor­nem, mało­mów­nym Duro­sem, który nie­mal podwoił roz­miary, odkąd Iskat widziała go ostat­nio.

- Char­lin nie ma szans - zaga­iła Iskat.

Tualon pod­niósł na nią wzrok. Poma­rań­czowe oczy pło­nęły mu jak węgielki. Uśmiech­nął się, a Iskat zabiły moc­niej serca.

- Może nie pod kątem masy, ale zawsze była szybka. Dopiero co wró­ci­łaś?

- Tak, przed chwilą. Z Ringo Vindy. Wiesz, czemu wszyst­kich wezwali?

Pozo­stali w sali zasy­czeli, gdy Fvorn zadał potężny cios, ale Tualon nie odkry­wał wzroku od Iskat. Skrzy­wił się.

- Według mistrza Ansha cho­dzi o coś bez­pre­ce­den­so­wego, co nie wyda­rzyło się jesz­cze za naszego życia. Potrze­bu­jemy wszyst­kich Jedi, jakich zdo­łamy ścią­gnąć. Cho­dzi o jakieś zagro­że­nie ze strony sepa­ra­ty­stów. Jestem pewien, że dowiemy się wkrótce.

Przy­glą­dali się walce przez dłuż­szą chwilę, ale wtedy Char­lin zro­biła salto nad Fvor­nem i wylą­do­wała, wypro­wa­dza­jąc cios, który oka­załby się śmier­telny, gdyby wal­czyli praw­dzi­wymi mie­czami. Fvorn jęk­nął, skło­nił się i wyco­fał z pola walki. Jego rodiań­ski przy­ja­ciel Zeeth pokle­pał go po ramie­niu i rzu­cił:

- Następ­nym razem wygrasz.

Char­lin obno­siła się zwy­cię­stwem nieco bar­dziej, niż przy­sta­wało to Jedi. Zamach­nęła się różo­wym pasia­stym lekku i wyszcze­rzyła zęby.

Iskat poczuła coś w piersi, roz­draż­nie­nie i może ukłu­cie zazdro­ści.

- Naprawdę popra­wiła tech­nikę - oce­nił Tualon. Był pod wra­że­niem. - Sły­sza­łem, że pod­czas ostat­niej misji pod­szko­liła się w sztuce walki zama-shiwo pod okiem jed­nych z naj­lep­szych wojow­ni­ków na Jedzie.

Nim mogła się powstrzy­mać, Iskat wystą­piła do przodu.

- Wiemy już, kto wal­czy w kolej­nej run­dzie?

Char­lin spoj­rzała na nią i Iskat poczuła oso­bliwą satys­fak­cję na widok jej roz­sze­rzo­nych ze zdzi­wie­nia zie­lo­nych oczu. Twi'lekanka zdra­dziła się na chwilę z praw­dzi­wymi uczu­ciami, ale natych­miast zdu­siła je w zarodku i uśmiech­nęła się do Iskat jakby były przy­ja­ciół­kami.

- Nie, ale to sala ćwi­czeń. Każdy może wziąć udział.

Iskat naprawdę chciała dobyć mie­cza świetl­nego. Miał krótką ręko­jeść, nieco szer­szą niż stan­dar­dowa przez wzgląd na jej dłuż­sze palce, wyko­naną z wypo­le­ro­wa­nego ciem­no­czer­wo­nego drewna i zwień­czoną obro­bio­nym zębem rekina firaksa. W porów­na­niu z ele­gancką, poły­sku­jącą chro­mo­waną ręko­je­ścią Char­lin jej wła­sna wyda­wała się dzi­waczna i bru­talna, ale Iskat była z niej dumna. Ma się rozu­mieć, że mistrzo­wie nie apro­bo­wali ćwi­czeń z praw­dzi­wymi mie­czami świetl­nymi. Iskat wycią­gnęła dłoń i Fvorn rzu­cił jej swoją broń tre­nin­gową. Iskat lepiej radziła sobie z wła­sną, ale już dawno nauczyła się obcho­dze­nia z mniej­szymi ręko­je­ściami pre­fe­ro­wa­nymi przez więk­szość Jedi.

Char­lin włą­czyła miecz tre­nin­gowy i Iskat poszła w jej ślady. W sali zapa­dła cisza. Pada­wani wstrzy­mali resztę walk i zebrali się w kole, cisi i uważni. Iskat wzro­sło tętno, gdy uświa­do­miła sobie, że nagle zna­la­zła się w cen­trum spek­ta­klu, ale zapa­no­wała nad nie­pro­szoną emo­cją, schło­dziła ją spo­ko­jem, nad któ­rym tak długo pra­co­wała. Moż­li­wie wyostrzyła zmy­sły i świat wokół niej nabrał mister­nych szcze­gó­łów. Dostrze­gała każdą nie­rów­ność posadzki, każdą barierkę, każdą broń, jaką mogłaby się posłu­żyć, gdyby nagle stra­ciła obecną. Gdy ktoś inny dozna­wał sil­nej emo­cji, szcze­gól­nie ocze­ki­wa­nia, Iskat wyczu­wała to w Mocy - nie żeby kie­dy­kol­wiek podzie­liła się tym fak­tem z innymi, nawet z mistrzy­nią, która i tak trzy­mała ją na dystans. Nikt tutaj nie pró­bo­wał kryć się z eks­cy­ta­cją. Po tak dłu­giej roz­łące i prze­by­wa­niu w towa­rzy­stwie poważ­nych mistrzów wszy­scy liczyli na dobrą roz­rywkę, na to, że ich mło­dzień­cza pasja znaj­dzie jakieś ujście. Char­lin była dumna i pewna sie­bie, ale i nieco prze­stra­szona.

Iskat mogła to wyko­rzy­stać.

Przy­po­mniała sobie z poprzed­nich spa­rin­gów z Twi'lekanką, że ta ni­gdy nie ata­kuje - raczej czeka cier­pli­wie, aż to prze­ciw­nik wykona pierw­szy ruch. Iskat zawsze korzy­stała z tej wie­dzy, by zaszar­żo­wać bez zapo­wie­dzi i zbić ją z tropu, ale tym razem cze­kała, krą­żąc ostroż­nie i powta­rza­jąc ruchy Char­lin. Mimo­wol­nie wyszcze­rzyła zęby, gdy zoba­czyła waha­nie na twa­rzy Twi'lekanki, dotąd pew­nej, że jej spa­ring­part­nerka obie­rze spraw­dzoną stra­te­gię. Mistrzyni Vey nie wal­czyła z Iskat od mie­sięcy i dziew­czyna uświa­do­miła sobie, że jej tego bra­ko­wało. Tęsk­niła za moż­li­wo­ścią dosko­na­le­nia umie­jęt­no­ści w star­ciu z prze­ciw­nikiem, jakby ostrzyła klingę o osełkę. Im dłu­żej powstrzy­my­wała się od ataku, tym więk­szą nie­pew­ność zasie­wała w Char­lin.

- Niczego nie zro­bisz? - spy­tała sfru­stro­wana Twi'lekanka.

- Prze­cież robię. A ty nie?

- Jesz­cze nie posta­no­wi­łam.

Char­lin nie wytrzy­mała. Zaszar­żo­wała, wypro­wa­dza­jąc kla­syczny atak, a Iskat bez trudu go spa­ro­wała. Twi'lekanka zdra­dzała się z ruchami, a choć wyraź­nie tre­no­wała i sta­wała się coraz lep­sza, naj­zwy­czaj­niej nie była uro­dzoną wojow­niczką. Wszyst­kie ataki Char­lin wywo­dziły się ze skost­nia­łych form, które ćwi­czyli aż do znu­dze­nia, a jej kre­atyw­ność w walce ogra­ni­czała się do tego, co zostało jej wpo­jone na siłę. Iskat paro­wała kolejne pchnię­cia i cię­cia ze spo­ko­jem, tra­cąc na to moż­li­wie mało ener­gii.

Było oczy­wi­ste, że w Char­lin nara­sta znie­cier­pli­wie­nie i zmę­czona Twi'lekanka zaczyna tra­cić formę. Iskat się nią bawiła - a Char­lin o tym wie­działa, przez co sta­wała się nie­dbała. Gdy następ­nym razem pró­bo­wała prze­bić się przez zasłonę prze­ciw­niczki, Iskat prze­sko­czyła nad ostrzem i wypro­wa­dziła cios w poło­wie salta, o włos - i przez grzecz­ność - uni­ka­jąc wraż­li­wego lekku.

- Koniec - oznaj­miła, gdy wylą­do­wała lekko na posadzce.

- To tylko dra­śnię­cie - argu­men­to­wała Char­lin. Zaci­snęła zęby. Musiała zaro­bić bole­snego siniaka. Iskat go widziała - jaśniej­szy różowy obrzęk na czubku głowy.

- Gdy­by­śmy wal­czyły praw­dzi­wymi mie­czami świetl­nymi, była­byś poważ­nie ranna lub mar­twa.

Char­lin spio­ru­no­wała ją wzro­kiem. Jej policzki przy­brały nie­mal pur­pu­rową barwę.

- Jesz­cze nie skoń­czy­łam.

- Zgod­nie z zasa­dami to już koniec.

Onielle sta­nęła obok naj­lep­szej przy­ja­ciółki i uru­cho­miła wła­sny miecz tre­nin­gowy. Dziew­czyna rasy ludz­kiej miała rude włosy i piegi. Iskat wyczu­wała, że pró­buje okieł­znać wła­sną nie­cier­pli­wość. Jej policzki były rów­nie różowe co Char­lin.

- To ja zawal­czę w następ­nej run­dzie.

Iskat skło­niła głowę i unio­sła broń.

- Tak jak wspo­mniała Char­lin. Każdy może wziąć udział.

Onielle nie dorów­ny­wała poprzed­niczce gra­cją w walce, ale jej mistrz dobrze ją wyszko­lił i odkąd Iskat ostat­nio ją widziała, ataki dziew­czyny polep­szyły się i stały bar­dziej zawzięte. Miała teraz dłuż­sze ręce, co zapew­niało jej świetny zasięg. Onielle natych­miast pod­jęła atak. Minęła pełna furii i zdzi­wie­nia chwila, nim Iskat przy­zwy­cza­iła się i odna­la­zła wła­sne tempo.

Ależ tęsk­niła za tym aspek­tem szko­leń. Gdy trzy­mała w dłoni broń, a w zasięgu wzroku miała prze­ciw­nika, czuła, że naprawdę żyje, jest sku­piona i nawią­zała nie­utrud­nioną więź z Mocą, co w dro­dze medy­ta­cji czę­sto osią­gała dopiero po wielu godzi­nach. Odno­siła wra­że­nie, że nie­mal wyczuwa przy­szłe kroki prze­ciw­niczki, jakby wie­działa, iż Onielle zasto­suje kon­kretną kom­bi­na­cję, którą ćwi­czyli z mistrzem Yodą. Pozwa­lała, by jej ostrze paro­wało ude­rze­nia natu­ral­nie i z wła­ściwą siłą.

- Dobra jest - dobiegł ją czyjś szept.

Obser­wu­jący nie pod­no­sili gło­sów, ale nikt w sali nie orien­to­wał się, jak bar­dzo wyostrzone są zmy­sły Iskat. Sem­ber wie­działa, co było jed­nym z powo­dów, dla któ­rych zawsze zabie­rała ze sobą uczen­nicę, gdy musiała się z kimś tar­go­wać. Iskat pole­gała na ostrym wzroku, czu­łym węchu i wraż­li­wym słu­chu, by oce­niać ofe­ro­wane arte­fakty. Inni pada­wani nie mieli o tym poję­cia.

- Zawsze dobrze wła­dała mie­czem świetl­nym. Po pro­stu mam nadzieję, że znów nie straci nad sobą pano­wa­nia...

- Jedi nie powinni się wście­kać. Czy to dla­tego mistrzyni Vey cią­gle wyla­tuje z nią na te dłu­gie misje?

- Ma to sens. Byłeś tam, gdy kolumna...

- Tak, tuż obok. Led­wie jej unik­ną­łem...

- Pomy­śleć, że się przy­jaź­niły. Biedna Tika.

Dźwięk tego imie­nia wytrą­cił Iskat z rów­no­wagi. Jakby pły­wała zado­wo­lona w Mocy, po czym nagle musiała zetrzeć się z poto­pem, z falą, ude­rza­jącą w nią kolej­nymi napie­ra­ją­cymi wspo­mnie­niami. Ści­snęła amu­let, wal­cząc jed­no­rącz, poszu­ku­jąc chłod­nej, nie­bie­skiej więzi, obiet­nicy spo­koju, ale ta lina ratun­kowa oka­zała się nie­wy­star­cza­jąca, by powstrzy­mać stare uczu­cia, z któ­rymi tak długo i usil­nie się godziła albo które przy­naj­mniej tłu­miła.

Wycho­dziło na to, że pomimo cięż­kiej pracy pozo­sta­wały silne jak zawsze.

Kom­plet­nie nie­po­mna zgiełku w gło­wie i ciele Iskat, Onielle pró­bo­wała wypro­wa­dzić dwu­ręczny cios. Iskat prze­chwy­ciła go ostrzem, ude­rze­niem buta w żołą­dek odrzu­ciła dziew­czynę do tyłu, po czym sama zadała cios od góry, a ten spra­wił, że prze­ciw­niczka krzyk­nęła z szoku. Miecz tre­nin­gowy prze­je­chał dziew­czy­nie po sza­cie na piersi, gdy Onielle leżała na ziemi z rękoma przed twa­rzą i odrzu­coną bro­nią.

Iskat sta­nęła nad nią i skie­ro­wała ostrze w kie­runku jej gar­dła, na tyle bli­sko, że dziew­czyna aż się wzdry­gnęła.

Silne dło­nie zła­pały Iskat za ramiona i odcią­gnęły ją do tyłu.

- Iskat, dość - ode­zwał się Tualon.

Gdy usły­szała jego głos dobie­ga­jący z tak bli­ska, zamarła i upu­ściła miecz, uświa­do­miw­szy sobie, co naj­lep­szego zro­biła. Nie to, że Jedi krzy­wili się na wygraną, ale jej atak był nie­po­trzeb­nie bru­talny, co zde­cy­do­wa­nie wykra­czało poza kodeks - kodeks, któ­rego zapi­sów Iskat się trzy­mała i w który wie­rzyła od maleń­ko­ści. Ogar­nęła ją fala wstydu, że tyle osób widziało jej kolejny błąd.

Od czasu Tiki i kolumny jej jedy­nym celem stało się to, by nauczyć się kieł­znać emo­cje i pano­wać nad wię­zią z Mocą. Musiała być łagodną, pogodną rzeką, nie gwał­tow­nym wodo­spa­dem, a mimo to pod­czas pierw­szej od lat wizyty w sali tre­nin­go­wej znów o mało co do tego nie doszło. Znów omal nie stra­ciła nad sobą pano­wa­nia.

- Prze­pra­szam - wydu­kała. - Dzię­kuję, Tualo­nie.

Przy­naj­mniej powstrzy­mała się przed ucieczką. Odstą­piła od kolegi i z całą god­no­ścią, jaką była w sta­nie przy­wo­łać, spo­koj­nie wyszła z sali, powstrzy­mu­jąc łzy.

Jedi nie powinni trzy­mać się kur­czowo zło­ści. Nie powinni robić rze­czy przy­no­szą­cych wstyd. Nie powinni z tego powodu pła­kać. A prze­cież Iskat nade wszystko chciała zostać przy­kładną Jedi. Całe życie poświę­ciła na szu­ka­nie spo­koju i opa­no­wa­nia, któ­rych od niej wyma­gano. Wypeł­niała prośby mistrzyni z rado­snymi ser­cami, regu­lar­nie medy­to­wała, zacho­wy­wała dobre samo­po­czu­cie i sta­rała się zastę­po­wać cięż­kie, kur­czowo trzy­ma­jące się jej emo­cje dobrymi uczyn­kami i inten­sywną nauką.

A teraz w domu, pośród kom­pa­nów, pole­gła na całej linii.

Natych­miast udała się do kwa­tery mistrzyni i zapu­kała do drzwi. Usły­szała dobie­ga­jące z wewnątrz stłu­mione szmery i po dłuż­szej chwili otwo­rzyła jej zzia­jana Sem­ber.

- Wejdź.

Iskat wkro­czyła do małego, schlud­nego pomiesz­cze­nia. Sem­ber zamknęła drzwi i sta­nęła przed szafą.

- Mistrzyni, w sali tre­nin­go­wej stało się coś złego. Ja... znów to poczu­łam. - Iskat spu­ściła głowę.

Sem­ber zaczerp­nęła głę­boko tchu i wypu­ściła powie­trze przez nos. Iskat pod­nio­sła wzrok i ujrzała w oczach men­torki ból i roz­cza­ro­wa­nie.

- Co się stało?

Opo­wieść w więk­szo­ści była praw­dziwa. Iskat pomi­nęła jed­nak wzmianki o licz­nych emo­cjach, któ­rych, jak wie­działa, nie powinna odczu­wać tak głę­boko, a które tak usil­nie pró­bo­wała tłu­mić. Sku­piła się na fer­wo­rze walki, opusz­cza­jąc fakt, że to ona sama do niej dopro­wa­dziła i z rado­ścią pro­wo­ko­wała prze­ciw­niczkę.

- Dobrze sobie radzi­łam, aż ktoś wspo­mniał o Tice... - Zamil­kła i znów spoj­rzała star­szej kobie­cie w ciemne oczy.

Sem­ber ni­gdy nie była mistrzy­nią ser­deczną i wyro­zu­miałą ani też żar­tu­jącą i wylu­zo­waną. Była odle­gła, sku­piona na innych spra­wach, tak let­nia, że nie­mal chłodna, jakby zamiesz­ki­wała inną, o wiele bar­dziej spo­kojną płasz­czy­znę rze­czy­wi­sto­ści, a jej pada­wanka sta­no­wiła dla niej tylko prze­szkodę. Iskat czę­sto wyczu­wała z jej strony drobne fale, emo­cje, które star­sza kobieta usi­ło­wała przed nią ukry­wać - roz­draż­nie­nie pyta­niami, prze­ry­wa­ją­cymi jej pracę, jasne, ale też ubo­le­wa­nie i swego rodzaju smutne pra­gnie­nie. Wie­działa, że Sem­ber jej nie pocie­szy, nie wes­prze i nie pomoże w zma­ga­niach, ale wie­działa też, iż mistrzyni jest szczera i chce, by jej pod­opieczna odnio­sła suk­ces.

- Walki czę­sto wywo­łują w nas emo­cje, które poza nimi jeste­śmy w sta­nie utrzy­mać w ryzach - powie­działa wresz­cie Sem­ber. - Walka, nawet taka nie na poważ­nie, pozo­staje walką. To taniec mię­dzy życiem i śmier­cią. Każde z nas otrzy­mało nie­po­wta­rzalne dary i zmaga się z innymi wyzwa­niami. Tak się składa, że w twoim przy­padku mowa o jed­nym i tym samym. Twoja więź z Mocą jest zara­zem silna i trudna do opa­no­wa­nia, ale nie jest to nie­moż­liwe. Doj­ście do mistrzo­stwa to wyzwa­nie na całe życie. Bar­dzo się roz­wi­nę­łaś, ale pod wie­loma wzglę­dami pozo­stajesz dziec­kiem.

- Mistrzyni, tak usil­nie pró­buję...

- Jak skwi­to­wał to mistrz Yoda, gdy byłam znacz­nie młod­sza, rób albo nie rób. Nie ma pró­bo­wa­nia. - Sem­ber posłała jej deli­katny i nie­mal szczery uśmiech.

- Ale jak? Wię­cej medy­ta­cji? Kolejny amu­let? Tak bar­dzo chcę stać się lep­sza, ale czuję się tak, jakby coś we mnie było zepsute.

Mistrzyni Sem­ber zło­żyła dłoń na jej ramie­niu w rzad­kim geście życz­li­wo­ści.

- Nie jesteś zepsuta. Wszy­scy jeste­śmy isto­tami nie­do­sko­na­łymi, łak­ną­cymi oświe­ce­nia. Po pro­stu musisz go łak­nąć nieco sil­niej niż więk­szość.

Iskat przy­tak­nęła.

- Spró­buję. To zna­czy: tak zro­bię. Będę pra­co­wać pil­niej.

- Jestem tego pewna. - Sem­ber wes­tchnęła i się wypro­sto­wała. - Ale teraz nie pora na medy­ta­cję. W Świą­tyni panuje nie­po­kój. Nic dziw­nego, że w sali tre­nin­go­wej tak buzują emo­cje - wy, mło­dzi, też pod­skór­nie wyczu­wa­cie zmianę. - Sem­ber na krótko zło­żyła dłoń na ręko­je­ści mie­cza. - Iskat, wezwano nas tutaj, bo jeste­śmy potrzebne. Wysy­łają nas na Geo­no­sis, aby ura­to­wać Obi-Wana Keno­biego. Został zaata­ko­wany...

- Przez sepa­ra­ty­stów - dokoń­czyła Iskat, przy­po­mi­na­jąc sobie nie­dawne słowa Tualona.

Sem­ber przy­tak­nęła.

- Sepa­ra­ty­ści połą­czyli siły z Fede­ra­cją Han­dlową i hra­bią Dooku. Powo­łali armię dro­idów. Wyru­szamy wkrótce. Będziesz w sta­nie wyka­zać się odpo­wied­nim pozio­mem opa­no­wa­nia pod­czas misji ratun­ko­wej, która może się wią­zać z praw­dzi­wym nie­bez­pie­czeń­stwem?

- Tak, mistrzyni.

Iskat poczuła się pod­nie­siona na duchu. Jasne, przez ostat­nich parę lat odbyła liczne misje z Sem­ber, ale wszyst­kie były spo­kojne - ot, cho­dziły i robiły zakupy. Niby miało to ogromne zna­cze­nie dla zakonu, ale nie­spe­cjal­nie cie­ka­wiło Iskat. Z dru­giej strony to zada­nie zapo­wia­dało się eks­cy­tu­jąco. A to chyba nic złego, że eks­cy­to­wała się moż­li­wo­ścią czy­nie­nia dobra w galak­tyce?

No i co to za dziwna misja - wezwali wszyst­kich dostęp­nych Jedi, by ura­to­wać jedną osobę? Obi-Wan zawsze był dla niej miły, gdy nad­cho­dziła jego pora, by nauczać mło­dzi­ków, ale on dla każ­dego był miły. To dokład­nie taki mistrz Jedi, jakiego sama by dla sie­bie wybrała - o wiel­kiej wie­dzy i rów­nie wiel­kich umie­jęt­no­ściach, ale o przy­ja­znym uspo­so­bie­niu i skory do zachęt i zasłu­żo­nych pochwał. Poczuła się dumna, że weź­mie udział w akcji, która miała zapew­nić mu bez­pie­czeń­stwo.

- Leć, pada­wanko. Przy­go­tuj się do podróży. Wyru­szamy o zmierz­chu.

Iskat skło­niła głowę i postą­piła zgod­nie z instruk­cjami. Po dro­dze nie wpa­dła na żad­nego z pada­wa­nów. Podej­rze­wała, że ci na­dal prze­by­wają w sali tre­nin­go­wej i ją obga­dują. Mogła jedy­nie mieć nadzieję, że nad­cho­dząca misja okaże się krótka i sku­teczna, a potęga Jedi czym prę­dzej położy kres zagra­ża­ją­cej Repu­blice armii dro­idów. Wkrótce wraz z Sem­ber wrócą na pokład statku, gdzie będzie mogła ze wzmo­żoną siłą poświę­cić się poszu­ki­wa­niom spo­koju w Mocy, choć ten obec­nie zda­wał się jej nie­uchwytny.

/ Rozdział 3

/3

GDY PROM PRZE­DZIE­RAŁ SIĘ przez atmos­ferę suchej pla­nety Geo­no­sis, Iskat z tru­dem odgra­dzała się od przy­tła­cza­ją­cej kako­fo­nii zmy­słów i sku­piała się na tym, by wypo­środ­ko­wać się pośród tego całego cha­osu. Nie była to jedy­nie misja ratun­kowa, lecz ope­ra­cja woj­skowa. Jedi stali się teraz żoł­nie­rzami, ale nie wal­czyli sami. Zja­wiły się całe tysiące klo­nów, by wspól­nie z nimi wspie­rać Repu­blikę, jeden z nich nawet leciał z nimi na statku. Po latach względ­nego pokoju w galak­tyce Jedi czym prę­dzej się zmo­bi­li­zo­wali, by robić swoje jako obrońcy demo­kra­cji, spra­wie­dli­wo­ści i wol­no­ści.

Iskat czuła się pod­eks­cy­to­wana... ale i prze­bodź­co­wana.

Uspo­ko­iła oddech i zamknęła oczy, ści­ska­jąc w dłoni amu­let, a reszta Jedi wokół niej znik­nęła i nastał bez­ruch.

"Nie ma emo­cji - jest spo­kój".

"Nie ma igno­ran­cji - jest wie­dza".

"Nie ma pasji - jest rów­no­waga".

"Nie ma cha­osu - jest har­mo­nia".

W dniach po incy­den­cie z kolumną mistrz Kle­fan nakła­niał ją, by odma­wiała tę man­trę, a od tam­tej pory Iskat wie­lo­krot­nie powta­rzała ją z mistrzy­nią Sem­ber. Jej słowa miała wypi­sane w umy­śle, w ser­cach. Prze­no­siły ją do ciszy w jej wnę­trzu, spra­wiały, że czuła, jakby była tą Jedi, którą być powinna: spo­kojną, opa­no­waną, pogodną.

Medy­ta­cje nad kodek­sem Jedi spra­wiały, że nie­mal zapo­mi­nała o Tice, ale czy tak naprawdę chciała o niej zapo­mnieć...?

Nie. Nie mogła teraz o tym myśleć.

Od tam­tej pory minęły lata.

Nie wyda­rzyło się to po raz drugi.

Jej nauczy­ciele już tego dopil­no­wali, zresztą ona sama rów­nież.

Uczyła się. Ćwi­czyła. Zyskała kon­trolę, jakiej po niej ocze­ki­wano. A teraz uczest­ni­czyła w misji ratun­ko­wej, oto­czona mistrzami Jedi, ryce­rzami i pada­wa­nami. Jesz­cze ni­gdy nie dobyła mie­cza świetl­nego w praw­dzi­wej walce, ale nie mar­twiła się o odwagę czy umie­jęt­no­ści. To nie to spra­wiało, że jej bliź­nia­cze serca biły tak gło­śno. Była nie­mal pewna, iż sły­szy je sie­dzący obok Tualon. Zary­zy­ko­wała i spoj­rzała na bli­skiego jej pada­wana o poły­sku­ją­cych czar­nych lekku. Na jego twa­rzy malo­wała się deter­mi­na­cja.

- Gotowa? - spy­tał z doda­ją­cym otu­chy uśmie­chem.

- Bar­dziej gotowa nie będę - odparła.

Cóż, nie do końca mówiła prawdę. Czuła się bar­dziej niż gotowa. Jedi jed­nak mieli być skromni i umiar­ko­wani, a ona wie­działa, że Tualon poważ­nie pod­cho­dzi do takich spraw, i nie chciała wyjść na zaro­zu­miałą. Podzi­wiała kolegę za tę jego skrom­ność - no i za towa­rzy­skie uspo­so­bie­nie i szczery altru­izm. Tualon był takim Jedi, jakim sama chciała się stać, takim, któ­rego podzi­wiała.

Jeśli miała być ze sobą cał­kiem szczera, musiała przy­znać, że o ile nie wąt­piła, iż nie bra­kuje jej zręcz­no­ści, umie­jęt­no­ści ani odwagi, po wczo­raj­szych star­ciach z Char­lin i Onielle zro­dziły się u niej nowe wąt­pli­wo­ści, czy pora­dzi sobie, gdy stawka okaże się wysoka, a ona będzie mieć broń w ręku. Spo­dzie­wała się po sobie wię­cej. I choć nikt nie napo­mknął sło­wem o incy­den­cie z Onielle, czuła na sobie spoj­rze­nia innych pada­wa­nów, sie­dzą­cych przy swo­ich mistrzach. Wszy­scy byli przy­pięci do swo­ich miejsc, gdy pędzili ku pustyn­nym pia­skom Geo­no­sis. Czuła na sobie ich wzrok, odbie­rała ich nie­pew­ność.

Sie­dzący naprze­ciwko mistrz Kle­fan Opus spoj­rzał jej w oczy, ski­nął głową i uśmiech­nął się do niej pokrze­pia­jąco. Iskat odwza­jem­niła uśmiech, wdzięczna za to, że przy­naj­mniej jeden mistrz w nią wie­rzy.

Miała nadzieję, że go nie zawie­dzie.

- Bra­łeś już udział w walce? - spy­tała cicho Tualona. - Wiesz, na misjach?

Obró­cił się w jej stronę i szep­nął:

- Tro­chę. Mistrz Ansho zazwy­czaj zaj­muje się takimi kwe­stiami oso­bi­ście, ale pomo­głem mu poko­nać grupę ban­dy­tów, gdy eskor­to­wa­li­śmy sena­tora pod­czas misji dyplo­ma­tycz­nej. Dzięki niech będą naszemu szko­le­niu - wszystko wraca do cie­bie w fer­wo­rze walki. Nie chcia­łem nikomu wyrzą­dzić krzywdy, ale musie­li­śmy obro­nić sena­tora. A ty?

- Ni­gdy nie doby­ły­śmy mie­czy - przy­znała. - Zazwy­czaj albo sto­imy przy kon­tu­arze i tar­gu­jemy się jak zwy­kli klienci, albo jakiś stary wyga podróż­nik zapra­sza nas do namiotu na her­batę. Było naprawdę spo­koj­nie.

Rozej­rzała się po statku, który trząsł się i drżał, opa­da­jąc ku powierzchni pla­nety. Powie­trze wyda­wało się gęste i nie­ru­chome. Nio­sło zapa­chy paliwa i potu. Na pokła­dzie znaj­do­wało się łącz­nie dwu­dzie­stu Jedi. Zasta­na­wiała się, jakie przy­gody przy­pa­dły w udziale innym pada­wa­nom, skoro Jedi w jej wieku zazwy­czaj nie byli aż tak nie­do­świad­czeni w praw­dzi­wej walce jak ona.

- Myślisz, że... - zaczęła.

- Wystar­czy poga­du­szek - mruk­nęła mistrzyni Vey. Sie­działa obok Iskat po dru­giej stro­nie. - Nie­mal pora. Pamię­taj o swo­jej man­trze. Skup się na ćwi­cze­niach odde­cho­wych, pada­wanko. Nie wpuść znów cha­osu do swo­jego wnę­trza.

Iskat nie spło­nęła rumień­cem, ale poczuła przy­pływ cie­płego wstydu, że została skar­cona przez mistrzy­nię w obec­no­ści Tualona i pozo­sta­łych. Zwa­żyw­szy na to, czemu mieli za chwilę sta­wić czoła na powierzchni, moty­wu­jąca prze­mowa byłaby bar­dziej na miej­scu od publicz­nej nagany. Mistrzyni mogła choćby wyszep­tać jej parę słów otu­chy. Tualon zamilk­nął i uprzej­mie odwró­cił wzrok, by nie kusić Iskat dal­szą roz­mową.

Dłu­gie, czer­wone palce Iskat objęły chłodną meta­lową ławkę. Pada­wanka zamknęła oczy i po cichu wró­ciła do słów kodeksu Jedi.

"Nie ma emo­cji - jest spo­kój..."

Słowa stały się kom­for­to­wym ryt­mem, prze­ciw­wagą dla sil­ni­ków statku, cen­tral­nym punk­tem, który spra­wił, że jej jaźń osią­gnęła stan spo­koju, wol­nego od wstydu, zmar­twień i stra­chu.

- Lądu­jemy za trzy minuty - ogło­sił pilot klon.

Choć Iskat wie­działa, że na Geo­no­sis zmie­rzają tysiące żoł­nie­rzy takich jak on, pilot był pierw­szym przed­sta­wi­cie­lem nowych sił zbroj­nych Repu­bliki, z jakim miała kon­takt. Nie wie­działa, jak wygląda pod pan­ce­rzem, ile ma lat, jakiego koloru są jego oczy, czy chęt­niej się krzywi, czy uśmie­cha. Wie­działa tyle, że jego głos brzmi cał­kiem ostro, ale zdol­no­ści pilo­tażu wyda­wały się bez zarzutu. No i wkrótce będą wal­czyć ramię w ramię.

Jedi mieli zadzi­wia­jąco mało infor­ma­cji o misji, orien­to­wali się tylko, że Obi-Wan Kenobi wpadł w zasadzkę rosną­cej armii sepa­ra­ty­stów. Każdy dostępny Jedi zdolny do dzia­ła­nia znaj­do­wał się obec­nie na pokła­dzie jed­nego z desan­tow­ców, podob­nie jak Iskat. W prze­ci­wień­stwie do wypraw z mistrzy­nią Vey dziew­czyna nie miała poję­cia, jaką przyj­dzie jej ode­grać rolę, ale była pod­eks­cy­to­wana, iż jest wśród innych Jedi, a do tego zado­wo­lona, że mistrzo­wie uznali ją za wystar­cza­jąco zdolną, by wzięła udział w tak waż­nym przed­się­wzię­ciu.

Zamie­rzała speł­nić pokła­dane w niej nadzieje. Będzie wyko­ny­wać roz­kazy i wcie­lać w życie nauki. Będzie czę­ścią zespołu, który ocali mistrza Keno­biego.

Mimo to nie dawała jej spo­koju pewna natrętna myśl, raz za razem prze­bi­ja­jąca się przez jej barierę: co by się stało, gdyby zamiast się uspo­koić i utrzy­mać emo­cje w ryzach, wyzbyła się kon­troli, o którą tak zawzię­cie wal­czyła, i pozwo­liła, by Moc prze­pły­wała przez nią w pełni? Jaką to siłę by odna­la­zła, gdyby się na nią otwo­rzyła? Jaką potęgę odkry­łaby pod tyloma war­stwami zaha­mo­wań? Co osią­gnie teraz, gdy zetrze się z fak­tycz­nymi wro­gami, a nie z innymi dzie­cia­kami w sali tre­nin­go­wej?

Ści­snęła amu­let i odda­liła od sie­bie tę myśl z tą samą ener­gią, z jaką uci­szyła ckliwy głos sithań­skiego arte­faktu. Takie myśli były nie­bez­pieczne. Nie bez powodu ist­niał kodeks Jedi, a dzieje zakonu uczyły, że ci, któ­rzy zba­czali ze ścieżki, czę­sto koń­czyli tra­gicz­nie. Praw­dziwa wiel­kość brała się ze spo­koju. Z wie­dzy, opa­no­wa­nia i har­mo­nii. A prze­cież Iskat chciała być wielka, no i pra­gnęła oka­zać się godna bycia Jedi. Poza Sem­ber pod­czas misji mieli się jej przy­glą­dać z bli­ska inni mistrzo­wie. Kto wie, czy jej postę­po­wa­nie tu i teraz nie wpły­nie na jej przy­szłość w zako­nie.

Spo­wal­nia­jący desan­to­wiec trząsł się i jęczał, a gra­wi­ta­cja szar­pała kośćmi Iskat. Metal pod jej butami drżał, a na war­dze pada­wanki zbie­rał się pot, jakby wyczu­wała z zewnątrz pra­żące słońce. Byli już bli­sko powierzchni i Iskat wyobra­ziła sobie, że gdyby mogła wyj­rzeć przez ilu­mi­na­tor, ujrza­łaby świat pia­sku i iglic, jasno­po­ma­rań­czowy i poprze­ci­nany ostrymi czar­nymi cie­niami.

Już nie­mal pora.

Już pra­wie byli na miej­scu.

Miała wra­że­nie, że za chwilę prze­kro­czy ważną gra­nicę, jakby ta misja ratun­kowa - choć teraz zapo­wia­dało się na bitwę z praw­dzi­wego zda­rze­nia - zmieni wszystko bez­pow­rot­nie, zarówno dla Jedi, jak i dla niej samej.

Nie potra­fiła zapo­mnieć, jak bli­sko klę­ski zna­la­zła się w Tur­nieju Jedi, jak fatal­nie czuła się, gdy cze­kała, aż któ­ryś mistrz wybie­rze ją na pada­wankę, aż ku jej wiel­kiemu zdzi­wie­niu, w ostat­niej moż­li­wej, zda­wa­łoby się, chwili, wresz­cie wska­zała ją Sem­ber. Cza­sami mar­twiła się, że, zwa­żyw­szy na roz­tar­gnione nauki mistrzyni i jej wła­sne błędy z prze­szło­ści, potrze­buje wię­cej pomocy i nad­zoru od innych pada­wa­nów, że wszy­scy są dosko­nale świa­domi tego, iż wiele jej bra­kuje do zosta­nia Jedi i osta­tecz­nie może zre­zy­gno­wać na dobre.

Nie ma mowy.

Dysze desan­towca pra­co­wały zawzię­cie pod­czas lądo­wa­nia. Z eks­cy­ta­cji Iskat aż skrę­ciło w żołądku. Gdyby tylko mogła wyglą­dać przez ilu­mi­na­tory i przy­go­to­wać się do nad­cią­ga­ją­cej bitwy! Poin­for­mo­wano ich o Geo­no­sis pod­czas odprawy, więc orien­to­wali się, jak działa umysł roju, ale nie będą wie­dzieć, z czym przyj­dzie im wal­czyć, aż wylą­dują i otrzy­mają kon­kretne roz­kazy.

Desan­to­wiec odbił się raz od ziemi i się zatrzy­mał. Drzwi roz­su­nęły się i do pomiesz­cze­nia upa­ko­wa­nego ner­wo­wymi cia­łami w brą­zo­wych sza­tach wdarło się ostre świa­tło. Iskat zaczęła się siło­wać z uprzężą na piersi, ale pora­dziła sobie, nim musiała jej pomóc Sem­ber. Ude­rzyła zdrę­twia­łymi sto­pami o meta­lową pod­łogę, ale w dłoni dzier­żyła już miecz świetlny.

Gdy wszy­scy Jedi wstali, mistrz Kle­fan Opus sta­nął w otwar­tych drzwiach. Był Aska­jia­ni­nem i zazwy­czaj utrzy­my­wał ciało w sta­nie prze­sad­nego nawod­nie­nia, by nadąć worki skórne, nada­jące mu rado­snego wyglądu i spra­wia­jące, że miał ser­deczne zmarszczki przy oczach. Dziś jed­nak wybrał smu­klej­szą syl­wetkę. Iskat szcze­rze fascy­no­wała ta zmiana. Zazwy­czaj zacho­wy­wał się w umiar­ko­wany spo­sób i sta­no­wił ostoję spo­koju, ale teraz dzier­żył u boku miecz świetlny i roz­ta­czał aurę deter­mi­na­cji. Wycią­gnął przed sie­bie holo­wy­świe­tlacz i w powie­trzu poja­wił się wize­ru­nek Mace'a Windu z mie­czem w dłoni.

- Tu Kle­fan Opus - zamel­do­wał mistrz. - Wylą­do­wa­li­śmy na pół­noc­nym wscho­dzie.

- Witaj­cie na Geo­no­sis. Wasz oddział musi pomóc zabez­pie­czyć arenę, gdzie hra­bia Dooku szy­kuje się do egze­ku­cji Obi-Wana wraz z Ana­ki­nem Sky­wal­ke­rem i sena­tor Padmé Ami­dalą.

Na pokła­dzie roz­le­gły się jęki i szepty. Co tu robił Sky­wal­ker? I jakim cudem wplą­tała się w to wszystko sena­torka?

- Kie­ruj­cie się w stronę naj­bliż­szej iglicy i na try­buny - dodał mistrz Windu. - Po dro­dze zdej­muj­cie sta­no­wi­ska dział i broni dale­kiego zasięgu. My zatrosz­czymy się o resztę. Uwa­żaj­cie na sie­bie i niech Moc będzie z wami. - Postać znik­nęła i Kle­fan wsu­nął pro­jek­tor do kie­szeni.

Rozej­rzał się po twa­rzach towa­rzy­szą­cych mu Jedi, od szes­na­sto­let­niego rodiań­skiego pada­wana po siwo­wło­sego, choć na­dal ener­gicz­nego arka­niań­skiego mistrza Thecę, który, jak powia­dali, miał ponad dwie­ście lat, i ski­nął głową z uzna­niem.

- Wszy­scy sły­sze­li­ście. Pada­wani, trzy­maj­cie się mistrzów. Broń­cie się w razie potrzeby, ale nie dzia­łaj­cie pochop­nie. Pamię­taj­cie: to misja ratun­kowa. Szu­kamy broni dale­kiego zasięgu. - Rozej­rzał się po wnę­trzu promu. Gdy jego wzrok spo­czął na Iskat, pada­wanka wyobra­ziła sobie, że mistrz sub­tel­nie mruży oczy. - I niech Moc będzie z wami.

Odwró­cił się i popę­dził w dół po tra­pie. Pozo­stali Jedi podą­żyli jego śla­dem.

- Pra­cuj nad samo­kon­trolą - szep­nęła mistrzyni Sem­ber, gdy cze­kały na swoją kolej, by opu­ścić pokład. - Spo­kój, któ­rego szu­kasz, jest w tobie. Ufaj sobie, pada­wanko, ale nie pod­da­waj się emo­cjom.

Iskat pul­so­wała krew w uszach, gdy zbie­gała w ślad za powie­wa­jącą szatą Sem­ber. Zna­la­zły się na pustyni o czer­wo­na­wym pia­sku, ską­pane ostrym słoń­cem. Wyso­kie iglice pięły się ku niebu niczym top­nie­jące świece. Gdzieś w pobliżu tłum bzy­czał, mru­czał i wrzesz­czał. Miało się wra­że­nie, iż w powie­trzu zbie­rają się ładunki elek­tryczne, mimo że niebo było bez­chmurne.

- Ale gdzie podziali się sami Geo­no­sja­nie? - spy­tała mistrzy­nię Iskat, gdy bie­gły ramię w ramię.

- A to myśla­łaś, że będą stać i na nas cze­kać? - odpo­wie­działa pyta­niem na pyta­nie Sem­ber. - Kle­fan popro­wa­dzi nas tam, dokąd mamy iść.

I ow­szem, mistrz Kle­fan już kie­ro­wał Jedi do otworu w nasa­dzie jed­nej z iglic. Iskat zauwa­żyła, że wszy­scy uru­cha­miają mie­cze, nim wejdą do ciem­nego tunelu. Nie­bie­skie i zie­lone klingi zani­kały w cie­niach, gdy Iskat bie­gła przez gorące pia­ski. Gorąco prze­sią­kało jej przez pode­szwy butów. Już bywała na pustyn­nych pla­ne­tach, a choć nie pamię­tała wła­snego domu, wie­działa, że nie ma mowy, by pocho­dziła z takiego wła­śnie miej­sca. Już się pociła, a kark swę­dział ją tam, gdzie mocno splo­tła dłu­gie włosy.

Nie­istotne. Musiała się sku­pić.

"Nie ma emo­cji - jest spo­kój".

Mistrzyni Sem­ber zatrzy­mała się przy wej­ściu do wieży, uru­cho­miła nie­bie­skie ostrze i ski­nęła głową do pod­opiecz­nej, która kar­nie wci­snęła kciu­kiem przy­cisk na ręko­je­ści mie­cza o zie­lo­nej bar­wie i ostroż­nie weszła do środka. Zmie­rzały teraz wąskimi spi­ral­nymi scho­dami, roz­świe­tla­jąc ciem­no­ści tylko przy pomocy swo­jej broni. Iskat wie­działa, że Geo­no­sja­nie są rasą owa­dzią. Przy­pusz­czal­nie nawi­gują za pomocą zmy­słów innych niż wzrok. Uszy pod­po­wia­dały jej, że sądząc po echu, schody są dłu­gie i się­gają głę­boko pod zie­mię. Za nią scho­dził mistrz Ansho, potem Tualon. Była wdzięczna, że jest oto­czona przez tak potęż­nych Jedi w tym dziw­nym, nie­zna­nym miej­scu.

Schody wresz­cie skoń­czyły się w kory­ta­rzu o wyso­kim stro­pie i mister­nym archi­tek­to­nicz­nym wykoń­cze­niu, spra­wia­ją­cym, że całość nie­mal przy­po­mi­nała świą­ty­nię. Pod­łoga miała postać meta­lo­wej kra­tow­nicy. Jedi bez­sze­lest­nie roz­stą­pili się i podą­żyli za mistrzem Kle­fa­nem. Iskat na­dal znaj­do­wała się mię­dzy Sem­ber i Anshem. Mistrzo­wie w natu­ralny spo­sób zaj­mo­wali miej­sca mię­dzy mniej doświad­czo­nymi pada­wa­nami. Fvorn stał w pobliżu wraz ze swoim kum­plem Zeethem i ich men­to­rami. Char­lin i Onielle też wcho­dziły w skład oddziału, ale całe szczę­ście, że nie znaj­do­wały się bez­po­śred­nio w pobliżu Iskat. Jedi mieli nie cho­wać urazy, ale Iskat uznała, iż skoro jej się to zda­rza, to im też, więc była zado­wo­lona, że jest nieco odda­lona od pada­wa­nek, któ­rym przy­pusz­czal­nie na­dal nie zeszły nie­dawne siniaki.

- Iskat! - syk­nęła Sem­ber i dziew­czyna przy­śpie­szyła, by się z nią zrów­nać, gdy wkra­czały do roz­le­głej fabryki, teraz chłod­nej i nie­ru­cho­mej. Płynny metal na­dal jarzył się wiśniową czer­wie­nią wśród ogrom­nej maszy­ne­rii, ale bra­ko­wało tam pra­cow­ni­ków, choćby i dro­idów. Dawało to nie­po­ko­jący efekt, jakby Geo­no­sja­nie nie­dawno po pro­stu zeszli ze swo­ich sta­no­wisk, pozo­sta­wia­jąc roz­po­czętą pracę. Mistrz Kle­fan popro­wa­dził Jedi ku mniej­szym drzwiom wio­dą­cym do tunelu. Wewnątrz przej­ście miało około trzech metrów wyso­ko­ści i tyle samo sze­ro­ko­ści. Ściany w cało­ści pokryte były pła­sko­rzeź­bami przed­sta­wia­ją­cymi sceny z życia Geo­no­sjan. U wylotu kory­ta­rza Iskat dostrze­gała odle­gły tłum, kibi­cu­jący, tupiący i bzy­czący. Jej zmy­sły wario­wały od nowych bodź­ców, a serca biły coraz szyb­ciej, gdy Jedi zbli­żali się do celu. Jedno po dru­gim wkra­czali do tunelu, a ich ostrza rzu­cały barwne świa­tła na rzeź­biony kamień.

Przed nimi od ściany odcze­pił się ciemny cień i Fvorn zawył, gdy dostał w plecy pałką. Cały kory­tarz roz­świe­tlił się elek­trycz­no­ścią, gdy chło­pak trząsł się i wrzesz­czał. Powie­trze wypeł­niło się cierpką wonią przy­pa­la­nej ole­istej duro­skiej skóry. Mistrz Kle­fan odwró­cił się i powa­lił Geo­no­sja­nina mie­czem świetl­nym, ale było za późno. Fvorn się nie ruszał. Iskat znie­ru­cho­miała kom­plet­nie, gdy czuła, jak chło­pak umiera, ema­nu­jąc w Mocy okrop­nym, roz­dzie­ra­ją­cym, prze­szy­wa­ją­cym bólem, nie­przy­po­mi­na­ją­cym niczego, co doświad­czyła do tej pory. Powie­trze wypeł­nił wrzask furii i straty wyda­wany przez Zeetha. Drugi chło­pak wyłą­czył miecz i klęk­nął przy kom­pa­nie.

Iskat jesz­cze ni­gdy nie czuła, by ktoś odcho­dził tak gwał­tow­nie. Miała wra­że­nie, że sama tro­chę umarła. Fvorn zawsze tam był jako pewna stała w jej życiu, naj­pierw cichy i pogodny towa­rzysz zabaw, potem sza­no­wany pada­wan, a teraz po pro­stu go... zabra­kło. Stało się to tak szybko i łatwo, a prze­cież Fvorn był dobrym Jedi, dobrym wojow­ni­kiem. Nie zasłu­gi­wał na to, by umrzeć w taki spo­sób, tak daleko od Świą­tyni, gdzie chciał pew­nego dnia pra­co­wać jako dyplo­mata.

Fvorn zmarł w katu­szach, zasko­czony i wystra­szony. Ta nagła bru­tal­ność roz­brzmie­wała echem w kościach Iskat.

Ciche skrob­nię­cie spra­wiło, że zje­żyły się jej wło­ski w uszach.

Napięła się jak struna i spoj­rzała na ścianę.

To, co wzięli za pła­sko­rzeźby, w isto­cie było zama­sko­wa­nym kon­tyn­gen­tem uzbro­jo­nych Geo­no­sjan, goto­wych do ataku.

Iskat obró­ciła się i w ostat­niej chwili unio­sła ostrze mie­cza. Sprytna grupa Geo­no­sjan odsko­czyła od ściany i naj­bliż­szy prze­ciw­nik pole­ciał wprost na nią z piką wymie­rzoną w jej pierś.

/ Rozdział 4

/4

GEO­NO­SJA­NIN ZAWO­DZIŁ SZA­LEŃ­CZO, lecąc ku Iskat. Machał skrzy­dłami tak szybko, że wyda­wały się roz­ma­zaną smugą. Całe ciało pada­wanki zamarło i się spięło. Jej umysł wyko­ny­wał obli­cze­nia, a serca dud­niły nie­zsyn­chro­ni­zo­wa­nym tem­pem w peł­nej gro­zie. Jesz­cze ni­gdy nie została zaata­ko­wana - nie w taki spo­sób.

Nie naprawdę.

Ale jej ciało dokład­nie wie­działo, jak zare­ago­wać.

Nie potrze­bo­wało jaźni ani serc.

Jej ręka wystrze­liła w oka­mgnie­niu, jakby żyła wła­snym życiem.

Gdy ostrze się­gnęło piersi Geo­no­sja­nina, Iskat stała się oso­bli­wie świa­doma roz­dzie­ra­nego ciała, ostrego chrzę­stu chi­tyny i mięk­szych tka­nek w jej wnę­trzu. Led­wie dotarło do niej, że jest ata­ko­wana, a teraz lata­jący insek­toid leżał u jej stóp, nie­mal prze­cięty na pół. Dziwna istota w niczym nie przy­po­mi­nała żad­nych, jakie widziała do tej pory. W więk­szym stop­niu wyda­wała jej się owa­dem niż myślą­cym stwo­rze­niem. Miała jed­nak na sobie swego rodzaju mun­dur, no i dzier­żyła broń, zatem była rozumna, a Iskat ją zabiła, tak jak jedna z nich zabiła Fvorna.

Geo­no­sja­nin, istota żywa, czy­jeś dziecko, może i rodzic.

Żywy, a teraz mar­twy. Z jej przy­czyny.

Uczono ją, by się­gać do pul­su­ją­cej Mocy, by wyczu­wać uni­kalne sygna­tury każ­dej rośliny, każ­dej osoby, by nawią­zy­wać łącz­ność z tą har­mo­nią. Przy­go­to­wali ją, by bro­niła. Chro­niła.

Ale i by ude­rzała w cele, by jej ciosy się­gały klu­czo­wych narzą­dów, by paro­wała każde cię­cie i każde pchnię­cie, by dźgała i zabi­jała, a tutaj roze­grało się to tak szybko, tak łatwo. Jej ciało zare­ago­wało, jakby dokład­nie wie­działo, co powinno zro­bić, jakby instynkt był wro­dzony.

Została zabój­czy­nią.

W słusz­nym celu, rzecz jasna. By ura­to­wać innego Jedi.

Gdyby nie zabiła Geo­no­sja­nina, on zabiłby ją, zresztą pew­nie nie­wiele o tym myśląc.

Musiała to zro­bić, więc to zro­biła, a teraz jej pierś wypeł­niała oso­bliwa pustka. Czuła, jak Geo­no­sja­nina opusz­cza Moc, jak jego ciało wzdryga się z bólu i zasko­cze­nia. Była w pełni świa­doma cien­kiej jak brzy­twa gra­nicy mię­dzy ist­nie­niem a nieist­nie­niem, kimś a nikim, życiem a śmier­cią.

Nie miała teraz czasu, by o tym myśleć.

Poja­wiali się kolejni prze­ciw­nicy. Odkle­jali się od ścian, prze­bie­gali chył­kiem po sufi­cie. Ciem­ność ofe­ro­wała nie­zli­czone kry­jówki, a Geo­no­sja­nie buczeli ze zło­ści niczym wście­kły chór. Mistrzo­wie i ryce­rze Jedi natych­miast wkro­czyli do akcji. Popę­dzili pada­wa­nów kory­ta­rzem ku miej­scu, które musiało być areną. Wal­czyli tylko w obro­nie wła­snej. Onielle zawyła, gdy dosię­gnęła ją wiązka soniczna z bla­stera. Char­lin pomo­gła przy­ja­ciółce wstać i ase­ku­ro­wała ją, gdy kuś­ty­kały ku are­nie.

- Szybko - upo­mniała pada­wankę Sem­ber i obró­ciła się, by pobiec przej­ściem.

Zeeth jed­nak na­dal klę­czał na ziemi przy swoim przy­ja­cielu, gdy mistrz Kle­fan nie­sku­tecz­nie pró­bo­wał zmu­sić go do dal­szego mar­szu. Ist­niało zagro­że­nie, że w tym cha­osie zostaną sami. Albo gorzej - że zginą.

Iskat stra­ciła z oczu szatę mistrzyni. Sem­ber wyda­wała się tak pewna, że jej pada­wanka wykona roz­kaz, ale Iskat nie mogła zosta­wić Zeetha na pastwę losu. Fvorn i Zeeth zawsze byli dla niej mili, ni­gdy nie oka­zy­wali przy niej lęku, nawet po tam­tym incy­den­cie.

Gdy tak patrzyła, Geo­no­sja­nin zamach­nął się piką na Zeetha i mistrz Kle­fan zerwał się, by ode­przeć atak. Gdy kolejni insek­to­idzi zbli­żali się ku odizo­lo­wa­nym Jedi, Iskat wie­działa, że nie może tak po pro­stu pobiec za resztą. Cof­nęła się kory­ta­rzem w stronę Zeetha, a gdy geo­no­sjań­ski wojow­nik odsko­czył od ściany, by przy­pu­ścić atak, kuc­nęła i prze­po­ło­wiła istotę mie­czem świetl­nym. Nim to do niej dotarło, nim mogła zamru­gać, by wyrzu­cić z głowy obraz gór­nej połowy ciała zsu­wa­ją­cej się z dol­nej, wyrósł przed nią kolejny wróg.

A wtedy stało się coś pięk­nego.

Myśli i zmar­twie­nia Iskat gdzieś ule­ciały i stała się...

Pie­śnią, wier­szem, tań­cem.

Istotą czy­stej kon­cen­tra­cji, sku­pioną na jed­nym celu.

Na zabi­ja­niu.

Geo­no­sja­nie roili się, a ona sie­kała, uni­kała, ska­kała, paro­wała, kopała, pchała, dźgała łok­ciami i biła z pię­ści, rzu­cała i łapała, robiła salta i zanu­rzała ostrze w kolej­nych cia­łach. Nie powstrzy­my­wała się przed niczym, nie mar­twiła się, że robi coś źle. Zapo­mniała o Char­lin, Onielle i ich cią­głych podej­rze­niach, zapo­mniała o poważ­nym spoj­rze­niu mistrzyni, o wła­snej obiet­nicy, że będzie poszu­ki­wać wewnętrz­nego spo­koju. Ist­niała tylko Iskat, jej broń, jej ciało i wro­go­wie, któ­rzy ją zabiją, jeśli tylko da im naj­mniej­szą szansę. Czas stra­cił wszel­kie zna­cze­nie, jej zmy­sły były w pełni sku­pione. Po raz pierw­szy w życiu nie wal­czyła o to, by ogra­ni­czać się i robić to, o co ją pro­szono.

Po pro­stu stała się sobą. W pełni.

A wtedy odwró­ciła się z unie­sio­nym ostrzem i odkryła, że zabra­kło jej wro­gów. Zeeth na­dal przy­tu­lał się do ciała przy­ja­ciela, ale mistrz Kle­fan wbi­jał wzrok w Iskat, jakby widział ją pierw­szy raz.

- Dość, Iskat - powie­dział, choć jego głos led­wie wyszedł poza szept. - Już są mar­twi.

Świat zawi­ro­wał, po czym odzy­skał ostrość, a dziew­czyna rozej­rzała się dookoła. Geo­no­sja­nie leżeli wszę­dzie, niczym zepsute lalki, ich broń poroz­rzu­cana, ich żółta krew pla­miąca kamie­nie. Iskat spoj­rzała w dół na poob­cie­rane kostki. Ta sama żółta krew spla­miła jej dło­nie i szatę na łok­ciach. Jej miecz świetlny w oka­mgnie­niu kau­te­ry­zo­wał zada­wane rany, ale jej skóra na­dal nosiła oznaki jej bru­tal­no­ści.

- Cóż za nie­ty­powy styl walki - rzekł mistrz Kle­fan. Spo­sób, w jaki to wypo­wie­dział, suge­ro­wał, że to nic dobrego.

Iskat nie odpo­wie­działa. Bo niby co miała powie­dzieć? Przy­tak­nęła tylko i wyłą­czyła broń. Odno­to­wała w duchu, iż jedną z wielu zalet mie­cza świetl­nego, o jakiej ni­gdy wcze­śniej nie pomy­ślała, jest to, że po fak­cie nie trzeba czy­ścić ostrza z krwi.

Wraz z mistrzem Kle­fa­nem posta­wili Zeetha na nogi i popro­wa­dzili go kory­ta­rzem, omi­ja­jąc tru­chła tuzina Geo­no­sjan. Rodia­nin był w szoku. Stą­pał nie­równo, pogrą­żony w żało­bie.

- Raduj się, bo zjed­no­czył się z Mocą - powie­dział łagod­nym tonem mistrz Kle­fan. - Pora na dzia­ła­nie, Zeethu. Póź­niej, gdy będziemy już bez­pieczni, wspól­nie opła­czemy zmar­łych. Ale teraz galak­tyka cię potrze­buje.

- Ale nie możemy go tak zosta­wić... - zaczął Zeeth, przy­sta­nąw­szy w miej­scu.

Mistrz Kle­fan zło­żył dłoń na ramie­niu pada­wana.

- Nie chciałby, by inni zgi­nęli, gdy jego dusza już ule­ciała w dal­szą drogę. - Jego dłoń prze­mie­ściła się na pierś chło­paka. - Twój przy­ja­ciel zawsze będzie towa­rzy­szył ci w Mocy. Odnaj­dziesz go tutaj. Jest jak świa­tło, które ni­gdy nie gaśnie.

Cof­nął dłoń, a Zeeth zło­żył dłu­gie palce na sercu i zamknął oczy.

- Naprawdę wyczu­wam jego obec­ność - powie­dział ze zdzi­wie­niem, po czym otwo­rzył oczy. - Chciałby, żebym ruszył dalej.

Mistrz Kle­fan przy­tak­nął z powagą i odwró­cił się, a Zeeth podą­żył jego śla­dem przez tunel. Iskat była zado­wo­lona, że słowa Kle­fana mu pomo­gły. Czuła, że nowo odna­le­ziona otu­cha Rodia­nina pro­mie­niuje przez Moc, ale w roz­mo­wie poja­wiło się coś, co wzbu­dziło w niej nie­smak. Obej­rzała się przez ramię ku miej­scu, gdzie spo­wite cie­niem ciało Fvorna leżało wśród mar­twych Geo­no­sjan. Wszy­scy byli tak samo mar­twi. Iskat zadrżała, nim spoj­rzała przed sie­bie i przy­śpie­szyła kroku, by dołą­czyć do reszty.

Gdy dotarli do pozo­sta­łych pada­wa­nów cze­ka­ją­cych w cichym przed­sionku, Iskat ode­brała ich nie­po­kój. Liczni odczu­wali zapewne to samo wra­że­nie doj­mu­ją­cej pustki, jakiego doświad­czyła, gdy po raz pierw­szy ode­brała życie. Kil­koro drżało z sze­roko otwar­tymi oczyma, pew­nie w szoku. Mistrzo­wie wokół utrzy­my­wali stan peł­nej goto­wo­ści i szep­tali do pod­opiecz­nych słowa otu­chy. Dawna mistrzyni Zeetha, Gobi, obej­mo­wała swoją obecną pada­wankę. Mistrz Kle­fan udał się na przód, by popro­wa­dzić zespół mister­nie żło­bio­nymi kamien­nymi stop­niami. Sem­ber odłą­czyła się od więk­szej grupy i pode­szła do Iskat. Dziew­czyna wyczuła, że jej mistrzyni jest oso­bli­wie zanie­po­ko­jona.

- Spo­kój - ode­zwała się Sem­ber i spoj­rzała wymow­nie na pada­wankę. - Znajdź swój śro­dek.

"Zna­la­złam" - pra­wie wymsknęło się Iskat, ale tylko przy­tak­nęła. Te spi­ralne schody były szer­sze i bar­dziej monu­men­talne niż poprzed­nie, a okrzyki zebra­nego na zewnątrz tłumu wyda­wały się nie­mal ogłu­sza­jące. Iskat czuła wdzięcz­ność wobec mistrzyni za ćwi­cze­nia z kali­ste­niki, gdy wspi­nała się coraz wyżej i wyżej z mie­czem w goto­wo­ści. Schody wio­dły ku wiel­kim skle­pio­nym drzwiom z ogromną szybą, przez którą prze­ni­kało jaskrawe świa­tło dnia. Gdy mistrz Kle­fan roz­ma­wiał z Mace'em Windu przez holo­wy­świe­tlacz i cze­kał, aż wszy­scy Jedi zbiorą się w miej­scu, dziew­czy­nie wyda­wało się, że widzi świat z nowej per­spek­tywy. Barwy były jaśniej­sze, dźwięki - ostrzej­sze. Walka dodała jej pew­no­ści sie­bie, jakiej ni­gdy do tej pory nie doświad­czyła. Tak, wcze­śniej wyka­zy­wała się siłą i umie­jęt­no­ściami, ale nie praw­dziwą bie­gło­ścią. Teraz miała wra­że­nie, że jest przy­go­to­wana nie w stop­niu dopusz­cza­ją­cym, jak czę­sto ujmo­wała to mistrzyni Sem­ber, a wręcz bły­sko­tli­wym.

Z dru­giej strony... bie­głość w zabi­ja­niu? Czy to aby na pewno powód do dumy?

Coś, co czy­niło dobrą Jedi?

Ma się tym cheł­pić?

Mistrzo­wie by tego nie pochwa­lali. Przy­po­mnie­liby jej, by wró­ciła do kodeksu Jedi.

To, czego się dopu­ściła, stało się w obro­nie wła­snej. No i ura­to­wała Zeetha. Taki miała obo­wią­zek.

Nie pora na uczu­cia, wymówki. Wie­działa, co musi zro­bić.

Zamknęła oczy, ści­snęła amu­let i zaczęła recy­to­wać w duchu man­trę.

"Nie ma..."

- Dla­czego ma całe zakrwa­wione dło­nie? - szep­nęła do Zeetha Onielle, na tyle cicho, że przy­pusz­czal­nie nie sły­szał jej nikt, kto nie dys­po­no­wał wyostrzo­nym słu­chem Iskat, choć ta usły­szała ją siłą rze­czy. Takie już jej prze­kleń­stwo: nikt nie wie­dział nic o jej gatunku, więc nikt nie miał poję­cia, że sły­szała każdą opi­nię wyszep­taną na jej temat. - Widzia­łeś, co się stało?

- Zabiła je wszyst­kie - mruk­nął Zeeth. - Tuzin. Zaata­ko­wały mnie i mistrza Kle­fana, a ona je zabiła.

Char­lin wcią­gnęła powie­trze przez zęby.

- Ja jed­nego ugo­dzi­łam, choć nie śmier­tel­nie. To było straszne. Nie wyobra­żam sobie, by zabić ich tyle.

- A gdy wcho­dziła scho­dami, uśmie­chała się - dodała Onielle.

Iskat zadała sobie trud, by zapa­no­wać nad twa­rzą. Wyj­rzała przez drzwi na roz­po­ście­ra­jącą się poni­żej ogromną arenę, gdzie przy­kuto łań­cu­chami jeń­ców do posta­wio­nych w cen­tral­nym punk­cie kolumn.

- Tylko ona z nas wszyst­kich tam została. Dobrze sobie pora­dziła - ode­zwał się Tualon zza ple­ców Onielle. Iskat poczuła przy­pływ wdzięcz­no­ści do Twi'leka, który szcze­rze pró­bo­wał kie­ro­wać się sło­wami kodeksu, nie tylko dla­tego, że obser­wo­wali ich mistrzo­wie.

Iskat poczuła na sobie chłodny wzrok Char­lin.

- Nie musiała zosta­wać. Mistrzo­wie powie­dzieli nam, co mamy robić, a ona zro­biła... coś innego. Coś bru­tal­nego. Naj­pierw Tika, a teraz to. Nie czuję się kom­for­towo w obec­no­ści kogoś tak nie­bez­piecz­nego.

- To trzy­maj się z dala od Mace'a Windu - zabrał głos mistrz Ansho, naru­sza­jąc krąg pada­wa­nów swoją obec­no­ścią. Jego duże czarne śle­pia mie­niły się, a nie­bie­skie gło­wo­ogony drgały, gdy potężny Nauto­la­nin tak­so­wał kolejno wzro­kiem uczniów. - Czy nawet od mistrza Yody. Jedi robią to, co konieczne. Jeste­śmy na misji. To już nie jest szko­le­nie, cza­sami zabi­jasz lub giniesz. Jestem pewien, że Iskat żałuje tego, co musimy robić. Tak jak żału­jemy tego wszy­scy.

I tak - żało­wała. Przy­naj­mniej tam­tego pierw­szego. Była sto­sun­kowo pewna, że owa­dzie oczy umie­ra­ją­cego Geo­no­sja­nina będą ją prze­śla­do­wać przez całą wiecz­ność.

A po tam­tym pierw­szym po pro­stu prze­stała spo­glą­dać im w oczy.

To sporo uła­twiało.

Zasta­na­wiała się, czy mistrzyni Vey zna to uczu­cie, czy sama zgła­dziła jakichś Geo­no­sjan w dal­szej czę­ści tunelu. Sem­ber udzie­liła jej wielu lek­cji, ale bar­dzo nie­wiele doty­czyło śmierci i prze­mocy. Iskat podej­rze­wała, że życie, które dla niej pla­no­wała, miało być spo­kojne, wolne od pro­wo­ka­cji.

Ale sądząc po dzi­siej­szej misji, pokój nie był już moż­liwy.

Na wprost mistrz Kle­fan zatrzy­mał się wśród cieni przy skle­pio­nych drzwiach wio­dą­cych na arenę i scho­wał do kie­szeni holo­wy­świe­tlacz. Syk­nię­cia, wiwaty i klik­nię­cia roz­le­gły się tak gło­śno, że Iskat natych­miast zro­zu­miała, iż tych dwu­dzie­stu napo­tka­nych do tej pory Geo­no­sjan było jedy­nie ziarn­kami pia­sku na plaży. Na try­bu­nach znaj­do­wały się ich bowiem całe tysiące, a to, co działo się na are­nie, nie miało prawa być dobre.

- Obi-Wan Kenobi, Ana­kin Sky­wal­ker i sena­tor Ami­dala wal­czą o życie - oznaj­mił poważ­nym tonem mistrz Kle­fan. - Zebrani na widowni pew­nie nie są uzbro­jeni, ale mimo to mogą nas zaata­ko­wać, tak jak zro­bią to straż­nicy i ochro­nia­rze. Nasi zwia­dowcy odkryli na tym pozio­mie kilka dział. Szu­kamy też bla­ste­rów sonicz­nych i kara­bi­nów bla­ste­ro­wych. Nie chcemy, by kto­kol­wiek z try­bun celo­wał w naszych na ziemi. Pada­wani, trzy­maj­cie się mistrzów. - Kiw­nął głową w stronę drzwi.

- Pamię­taj o swoim szko­le­niu - prze­ka­zała uczen­nicy mistrzyni Sem­ber. W jej oczach wid­niało coś ciem­nego i badaw­czego. Gdy pobie­gła przez drzwi, Iskat podą­żyła jej śla­dem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki