/ Rozdział 1
/1
PADAWANKA JEDI ISKAT AKARIS nade wszystko
chciała zapunktować u mistrzyni.
Co, niestety, zdarzało się rzadko.
- Choć, Iskat, zobacz. Co czujesz?
Mistrzyni Jedi Sember Vey odstąpiła na bok, by uczennica mogła się
lepiej przyjrzeć pradawnemu tekstowi, dopiero co odwiniętemu ze starej,
miękkiej skóry eopie. Po przeciwnej stronie kontuaru togrutański
sprzedawca nerwowo obracał w palcach długie pasma koralików na szyi. Co
chwila mimowolnie zerkał ku przypasanemu w talii mieczowi świetlnemu
Sember.
Długie, czerwone palce Iskat sięgnęły ku... Cóż, nie była to do końca
książka, a raczej liczne stare, kruche kawałki skóry, ledwie połączone
ze sobą nicią ze zwierzęcych jelit - ale nim mogła ich dotknąć, Sember
cmoknęła. Dłonie Iskat czym prędzej cofnęły się za plecy. Sember nigdy
nie wydawała się nauczycielką aktywną i zaangażowaną. Rzadko kiedy
wygłaszała kazania czy udzielała lekcji jak nauczyciele Jedi w Świątyni.
Zamiast przekazywać wyraźne polecenia, oczekiwała, że Iskat będzie się
przypatrywać i wyciągać wnioski. Często czekała milcząco w nadziei, iż
podopieczna sama obmyśli kolejny krok i dokładnie tego oczekiwała od
niej w tej chwili. Jej skupione czarne oczy emanowały cierpliwością.
Czterdziestoparoletnia kobieta rasy ludzkiej o złocistej skórze i niebieskawoczarnych, nienagannie splecionych włosach czekała, aż
uczennica... Niby co? Ma coś powiedzieć? Coś zrobić? Iskat nie miała
pojęcia.
Odkąd Sember wybrała ją na padawankę po Turnieju Jedi, nie przebywały
długo w jednym miejscu. Odwiedzały kolejne zapyziałe planety i tłoczne
księżyce handlowe, by zamęczać sprzedawców, kolekcjonerów i archeologów,
negocjując ceny rozmaitych kuriozów, mających wzbogacić zbiory Archiwów
Jedi. Iskat już widywała takie teksty, bogato zdobione zwoje, pradawne
miecze świetlne zalepione piaskiem czy skorupiakami, a nawet ząb rankora
pokryty misternymi znakami dawno zapomnianego alfabetu. Sember była
zdolną negocjatorką o pazaakowej twarzy, a Iskat miała świadomość, że
jej rolą jest obserwowanie mistrzyni i nabywanie umiejętności
przydatnych w rozpoznawaniu i pozyskiwaniu utraconych artefaktów z dziejów zakonu, by te przyczyniały się do rozwoju kolejnego pokolenia
uczonych w Mocy.
Ale Iskat znowu nie potrafiła odgadnąć, co kryje się za ciszą ze strony
jej mistrzyni.
- Co możesz nam powiedzieć bez dotykania przedmiotu, moja padawanko? -
Sember wreszcie przerwała milczenie.
Iskat przerzuciła za ramię długie, splecione brązowe włosy i skupiła się
na leżącym przed nią przedmiocie. Zaczerpnęła głęboko tchu i wyostrzyła
zmysły.
- Tekst zdaje się być pradawny, mistrzyni. Nie znam samego języka.
Poszczególne strony wykonane są z jakiegoś rodzaju zwierzęcej skóry,
niemal przezroczystej. Tusz jest ciemnoczerwony. - Pochyliła się nad
artefaktem na tyle, by go nie dotknąć, i powąchała. - Żelazisty aromat.
Krew? Zmieszana z jakimś sproszkowanym minerałem.
- Tyle widzisz. A teraz sięgnij przez Moc. Co takiego czujesz?
Iskat zamknęła oczy.
- Ciemność. Pragnienie - powiedziała z zaciekawieniem. - To... chce być
czytane, dotykane. Chce być poznane.
Otworzyła oczy, jasnoniebieskie na tle czerwonej skóry, i spojrzała
pytająco na mistrzynię. Przez te wszystkie lata zdobyły dziesiątki
artefaktów, ale coś takiego Iskat poczuła pierwszy raz.
Sember przytaknęła, co było najbliższym pochwały gestem, na jaki sobie
pozwalała.
- To nie artefakt Jedi - oznajmiła. - To tekst Sithów.
- To co, nie bierzecie? - wtrącił sprzedawca i już wyciągał ręce, by
zabrać przedmiot z kontuaru.
- Tego nie powiedziałam - odparła Sember. Dłonią w rękawiczce
przesłoniła księgę garbowaną skórą. - Weźmiemy to po obiecanej cenie.
Zapewniam, że będzie przechowywane w bezpiecznym miejscu i nie wpadnie w niepowołane ręce.
Iskat miała obserwować bacznie, jak mistrzyni targuje się ze sprzedawcą,
ale jej uwagę przykuł sam dokument, teraz będący zaledwie wybrzuszeniem
pod zwierzęcą skórą. Jeszcze nigdy nie widziała sithańskiego artefaktu.
Nic dziwnego, że Sember nie pozwoliła jej go dotknąć. Nadal go jednak
wyczuwała. Był jak małe dziecko z wyciągniętymi ramionami, proszące, by
wziąć je na ręce.
- Pani asystentka. Czym ona jest? - zainteresował się kupiec, gdy już
zamierzały opuścić sklep.
Sember zastanowiła się nad pytaniem.
- Jest Jedi.
- Ale jakiej rasy? Pierwszy raz widzę kogoś takiego. Czerwona skóra, ale
nie jest Zeltronką ani Devaronianką.
- Jestem Jedi - oznajmiła zdecydowanym tonem Iskat.
- Dobrze, już dobrze - wycofał się sklepikarz. - Tak tylko pytam.
Choć ostro ucięła jego dociekania, Iskat sama była tego ciekawa. Nikt w Świątyni nie wiedział nic o jej rasie, a według Sember w aktach
padawanki brakowało wzmianki o planecie pochodzenia. Miała dwa serca,
długie palce i nietypowo przenikliwe zmysły, ale podczas podróży i badań
nie natrafiła na żadne informacje o własnej biologii czy historii. Nie
po raz pierwszy ktoś niefortunnie zadał pytanie, na które nie znała
odpowiedzi.
W drodze powrotnej na statek Sember trzymała księgę przez zwierzęcą
skórę, jakby chciała ograniczyć kontakt fizyczny z artefaktem. Weszły
trapem na pokład promu T-6, nazwanego przez Iskat "Lirą" po tym, jak
dziewczyna przeczytała gdzieś, że statki powinny mieć nazwy. Dla Sember
był to po prostu T6-315. Gdy padawanka uruchamiała silniki, mistrzyni
natychmiast schowała znalezisko w sejfie, w którym transportowały cenne
znaleziska do Świątyni.
- Potrafisz przeczytać ten tekst? - spytała Iskat.
Sember przeraziła się na samą myśl.
- Nie śmiałabym próbować. Dobrze ci radzę: zapomnij o tej rzeczy,
odetnij się od niej. Ciemna strona jest natarczywa jak robale yista,
włażące ci pod skórę i stopniowo cię zatruwające. Rada Jedi podejmie
decyzję, co z nią zrobić. My zaś mamy trzymać ją z dala od wszystkich,
którzy chcieliby ją wykorzystać, by czynić zło. Jeśli podczas własnych
podróży znajdziesz coś podobnego, musisz taką rzecz zdobyć równie
umiejętnie, jakbyś kupowała artefakt Jedi, i zabezpieczyć przy pierwszej
sposobności. Nie dotykaj jej, nie zapoznawaj się z treścią. Przyznaj
sama przed sobą, że jesteś zaciekawiona, ale pozwól, by to uczucie
minęło. Chciałam, żebyś wyczuła ten artefakt w Mocy i potrafiła w przyszłości rozpoznać podobne, ale taki kontakt powinien być możliwie
krótki. Istnieje wiedza, która nie jest warta swojej ceny.
Iskat chwilowo porzuciła temat i zajęła się zabezpieczaniem reszty
ładunku, gdy Sember zasiadła w fotelu pilota. Choć znalezisko wylądowało
w sejfie, padawanka czuła, jak sięga na zewnątrz na ślepo niczym roślina
bezmyślnie wyciągająca pędy w poszukiwaniu światła. Sember w pełni
poświęcała się wyszukiwaniu artefaktów i katalogowaniu wiedzy Jedi, a teraz po raz pierwszy, odkąd podróżowały razem, opowiedziała się po
stronie świadomej ignorancji.
Podczas wyprawy pozyskały liczne skarby i Iskat wyczuwała, że mistrzyni
nie może się doczekać, aż zacznie pieczołowitą pracę nad ich analizą i katalogowaniem - pracę wykonywaną z upodobaniem i w samotności, przez co
padawanka musiała znaleźć sobie inne zajęcie. Z tego, co Iskat
wiedziała, niektórzy mistrzowie i padawani mieli serdeczne relacje,
wypełnione śmiechem i miłymi słowami, ale Sember Vey była mistrzynią
chłodną i często nie wywiązywała się z obowiązków mentorki. Na przemian
popadała w obsesję nad pracą, zapominając o wszystkim innym, i w stan
niecodziennego błogiego spokoju. Choć Iskat wolałaby nawiązać z nią
bliższą więź, rozumiała, że Sember otrzymała inne ważne zadania poza
wyszkoleniem padawanki. Iskat sama miała czerpać nauki z obserwacji
nietypowych umiejętności mentorki oraz z jej rzadkich porad. Była
zdeterminowana, by zostać możliwie najlepszą Jedi mimo tego, iż
mistrzyni...
Cóż, pomimo jej wad.
Iskat nie do końca wiedziała, dlaczego Sember w ogóle ją wybrała. Nie
odczuwała, by istniała między nimi szczególna więź, ba, często się
martwiła, że Sember niespecjalnie ją lubi.
- Co tak stoisz, Iskat? Zapnij się i przygotuj do medytacji - zabrała
głos starsza kobieta, jakby dopiero zauważyła obecność dziewczyny na
pokładzie.
- Tak, mistrzyni.
Iskat próbowała uspokoić myśli, gdy prom wznosił się łagodnie. Gdy
znalazły się w nadprzestrzeni, odnalazła swoją poduszkę i umościła się
na niej. Zamknęła oczy i skupiła się na sobie. Oplotła palcami amulet,
który dostała od Sember, niewielki kaboszon z niebieskiego kamienia,
mający jej pomagać w skupieniu. Odnosiła wrażenie, iż brodzi w strumieniu. Gdy popłynęła wraz z nim, czas przestał istnieć. Z początku
medytacja przychodziła jej z trudem, ale Sember i pozostali mistrzowie
byli zgodni, że jej podstawowym celem jako padawanki powinna być nauka,
jak się uspokajać i nad sobą panować. Po tamtym incydencie z kolumną...
Nie.
Nie zamierzała do tego wracać.
Miała zrobić coś odwrotnego.
"Nie ma emocji - jest spokój" - upomniała samą siebie.
"Nie ma ignorancji - jest wiedza".
"Nie ma pasji - jest równowaga".
"Nie ma chaosu - jest harmonia".
Gdy zaczęła medytować jako młodziczka, czuła się niespokojna i znudzona.
Nosiło ją i była zdesperowana, by robić dosłownie cokolwiek, byle nie
zbijać bąków. Jej energia okazała się tak chaotyczna, iż nawet
cierpliwość Sember znalazła się na wyczerpaniu i mistrzyni oskarżyła ją,
że celowo się jej stawia. Jednak mistrz Klefan Opus, dawny mentor
Sember, osobiście zaangażował się w rozwój Iskat i przez wiele poranków
w Świątyni przesiadywał u jej boku, by mogła zanurzać się w spokoju,
który on osiągnął po wielu dekadach. Krok po kroku uczył ją, jak
osiągnąć ten sam poziom.
Bo mistrzowie Sember i Klefan mieli rację. Im bardziej Iskat zgłębiała
więź z Mocą podczas medytacji, tym bardziej panowała nad emocjami.
Ostatnio nie wpadała już w złość i była dumna z tego, ile osiągnęła.
Sember nigdy nie komentowała jej postępów, ale Klefan tak, a Iskat to
wystarczało.
Kolejne dni spędzały w ciszy, podróżując przez nadprzestrzeń ku
zlokalizowanemu pośród Światów Jądra Bar'leth, gdzie jeden z ich
ulubionych kupców obiecał im nietypowe znalezisko. Sember większość
czasu poświęcała artefaktom za zamkniętymi drzwiami własnej kajuty, ale
przygotowała dla Iskat napięty harmonogram zadań, które zmieniały się
każdego dnia i między innymi obejmowały ćwiczenia z walki mieczem ze
zdalniakiem, kalistenikę, lektury na temat flory i fauny, no i oczywiście więcej medytacji. Iskat zawsze najbardziej uwielbiała walkę i żałowała, iż nie może częściej prowadzić sparingów z własną mistrzynią
zamiast z tym prostym urządzeniem, które już od dawna nie stanowiło dla
niej wyzwania, ale wiedziała, że jej prośby trafiłyby w próżnię.
Od czasu do czasu dekoncentrowała ją obecność sithańskiego tekstu w sejfie, zupełnie jakby ten nudził się i domagał uwagi, ale Iskat go
ignorowała. Myślała, czyby nie wspomnieć o tym Sember, ale nie chciała
dawać mistrzyni żadnego powodu, by ta w nią wątpiła czy ją upominała.
Tak naprawdę bywało najlepiej, gdy Iskat siedziała cicho i bez słowa
robiła to, co sugerowała jej mentorka. Zresztą kto wie, czy nie był to
kolejny test. W końcu mistrzyni prosiła ją, by stawiała opór
nawoływaniom sithańskiego artefaktu. Porażka jedynie ujawniłaby kolejną
słabość.
Gdy wreszcie opuściły nadprzestrzeń, system łączności statku zapikał,
informując je o nadchodzącej wiadomości.
- Sember Vey, wiemy, że twoja obecna misja nie dobiegła jeszcze końca,
ale musisz natychmiast powrócić do Świątyni na Coruscant - oznajmił
mistrz Jedi Mace Windu. W niskim, nieznoszącym sprzeciwu głosie
pobrzmiewał nietypowy pośpiech. - W związku z aktualną sytuacją misje
bez kluczowego znaczenia zostały tymczasowo wstrzymane. Jesteś nam tu
potrzebna.
Komunikat dobiegł końca. Sember westchnęła i zaczęła wprowadzać nowy
kurs z myślą o trasie powrotnej do Świątyni.
- Wiesz, co się dzieje? - spytała mistrzynię Iskat.
- Wiem tyle, co ty - odparła spokojnie Sember, jakby otrzymana wiadomość
nie zwiastowała niczego nowego czy ekscytującego. - Naprawdę zależało
mi, by złożyć wizytę Gamodarowi. Twierdził, że znalazł coś wyjątkowego.
Nie znajdowały się daleko od Coruscant, więc Iskat miała jeszcze mniej
czasu niż zazwyczaj, by przygotować się do porzucenia przepełnionego
zadaniami milczenia i zanurzenia w kulturze Świątyni. Jak wszyscy
padawani, i ona dorastała tam od maleńkości. Pamiętała wiele miłych
momentów ze sparingów na miecze świetlne z mistrzem Yodą czy z wycieczek
na inne planety z młodymi, buzującymi energią rycerzami Jedi. Ale potem,
gdy miała trzynaście lat, doszło do tamtego incydentu z kolumną i od
tamtej pory wraz z Sember niemal zawsze przebywały na misjach, i... A teraz zawsze czuła się dziwnie, gdy wracały do Świątyni. Nie to, by
ktokolwiek zachowywał się niemiło, bo Jedi byli Jedi, ale Iskat zawsze
odnosiła wrażenie, że pozostali padawani czują się nerwowo w jej
obecności, a już szczególnie Charlin i Onielle, które doznały wtedy
niewielkich i tymczasowych obrażeń. Iskat bała się ponownego spotkania,
choć teraz wszyscy byli o pięć lat starsi, podróżowali po galaktyce z własnymi mistrzami i - miała nadzieję - stali się nieco dojrzalsi.
Gdy Coruscant rosło w iluminatorze, a Sember kierowała statek ku
Świątyni, Iskat zauważyła, że w pobliżu placówki zakonu panuje wyjątkowo
wzmożony ruch. Musiały zaczekać, aż zwolni się lądowisko, a gdy opuściły
trap, Sember oddaliła się pośpiesznie z sejfem na platformie
repulsorowej. Iskat podążyła za mistrzynią, lecz ta obejrzała się
zdziwiona przez ramię.
- No tak. Iskat. Muszę się stawić przed Radą. Jeśli zdołasz, spróbuj
poćwiczyć walkę mieczem.
Iskat szła dalej za mistrzynią, teraz wyraźnie zaciekawiona.
Posługiwanie się mieczem świetlnym było najmniej ulubionym przedmiotem
nauk Sember i choć mistrzyni dołożyła starań, by jej podopieczna
spędzała mnóstwo czasu ze zdalniakiem, nigdy nie zachęcała jej, by
rozwijała wrodzoną pasję do walki. Gdy na początku szkolenia Iskat
spytała ją o awersję do czegoś, co stanowiło integralną część szkolenia
Jedi, Sember przypomniała uczennicy, że biegłość i zainteresowanie to
dwie różne rzeczy - i na tym ucięła temat.
- Czemu akurat walka mieczem? - spytała dziewczyna. - Czemu teraz?
Wysyłają nas na nową misję?
Sember szła przed siebie miarowym krokiem. Nie odwróciła się, gdy
zabrała głos.
- Rozejrzyj się, padawanko. Wszyscy zostali ściągnięci ze swoich misji.
Nie wyczuwasz tej aury pośpiechu? Buzującego oczekiwania? Stało się coś
ważnego. A teraz idź poćwiczyć. Pamiętaj, by się skoncentrować i nie
stracić nad sobą panowania. Zaufaj Mocy.
- Tak, mistrzyni.
Iskat ścisnęła swój amulet z niebieskim kamieniem i ruszyła ku ulubionej
sali treningowej padawanów z jej grupy wiekowej. Zostawiła mistrzynię,
by ta dostarczyła Najwyższej Radzie ich liczne znaleziska. Gdy sejf się
oddalał, Iskat czuła, jak głos pradawnego tekstu staje się coraz
cichszy. Miała nadzieję, iż Rada przechowuje takie przedmioty pod
kluczem, a może nawet po prostu je niszczy. Czuła się nieswojo z myślą,
że coś takiego znalazło się tu, w Świątyni, w otoczeniu Jedi i dociekliwych malców. Ba, sama była go ciekawa, ale widziała, że ciemna
strona jest kusząca i należy stawiać jej aktywny opór. Sember zawsze
wyrażała się na ten temat jasno. Jedi nie powinni ulegać takim pokusom,
a co dopiero świadomie ich poszukiwać.
Nie były w Świątyni od dawna, ale mało co się zmieniło. Sember miała
rację - w korytarzach panował większy ruch. Jedi w brązowych szatach
wyjątkowo szli pośpiesznym krokiem zamiast emanować dystyngowanym
spokojem. Obsługa i droidy przemieszczali się wśród nich z bagażami. Gdy
Iskat zbliżała się do celu, dobiegł ją znajomy dźwięk buczących i ścierających się mieczy treningowych, rozbrzmiewający do wtóru szurania
butów o kamienną posadzkę.
Zatrzymała się przy drzwiach. Teraz była starsza, sporo wyższa, a jej
brązowe, misternie splecione włosy sięgały jej niemal do talii. Jej
szata wydawała się nieco zbyt krótka, ale utrzymana w dobrym stanie,
choć buty miała znoszone. Od lat nie widziała wielu kompanów z dzieciństwa, bo wszyscy rozpierzchli się po galaktyce w towarzystwie
własnych mistrzów. No, oprócz tych, którzy postanowili odejść z powodu
głupoty Iskat. Dziewczyna nie chciała do tego wracać.
Wyprostowała kołnierz płaszcza, ścisnęła amulet i zachęciła serca, by
się uspokoiły. Wezbrały w niej niepożądane emocje - ekscytacja,
zaniepokojenie, nawet strach. Emocje niegodne Jedi, a przynajmniej
takie, nad którymi powinni szybko zapanować. A jeśli jej umiejętności w walce okażą się liche? A jeśli straci nad sobą panowanie? A jeśli znów
stanie się coś strasznego?
Zamknęła oczy i spróbowała się wypośrodkować.
"Nie ma emocji - jest spokój".
"Nie ma ignorancji - jest wiedza".
"Nie ma pasji - jest równowaga".
"Nie ma chaosu - jest harmonia".
Spokój nie przychodził jej łatwo. W porównaniu z innymi padawanami miała
wrażliwsze zmysły, ale i bardziej intensywne i wybuchowe emocje. Często
się zastanawiała, czy wszyscy Jedi z takim samym trudem utrzymują ten
charakterystyczny spokój, czy może to Sember pokpiła sprawę i zapomniała
przekazać jej coś ważnego, co innym przychodziło naturalnie. Zawsze
czuła się zupełnie inna niż jej mistrzyni, tak opanowana, że czasami
wydawało się, iż jest wykuta z kamienia. Iskat zaś czuła burzę emocji,
zmienną niczym morze.
Nieważne. Była Jedi. Musiała odnaleźć spokój, choćby miała przyszpilić
go do ziemi i utrzymać w miejscu siłą.
Mistrzyni poleciła jej ćwiczenia, więc zamierzała ćwiczyć.
/ Rozdział 2
/2
GDY ISKAT PRZEKRACZAŁA PRÓG sali treningowej,
miała wrażenie, że robi wielkie wejście, ale nikt na nią nawet nie
spojrzał. Pozostali byli zbyt zajęci sparingami, obserwowaniem walk i udzielaniem pomocnych rad. Ich wiek wahał się od trzynastu do może
dwudziestu lat. Sami padawani, którzy jeszcze nie zostali rycerzami.
Iskat znała imię każdego z obecnych w sali i nie zdziwiło jej, że
rozpoznała kilkoro członków własnego klanu młodzików. Istoty te
dorastały u jej boku i wraz z nią ścierały się w Turnieju Jedi. Dziwnie
się czuła z tym, że przez ten czas, gdy przebywali na misjach, wszyscy
zdawali się niemal dorosnąć.
Natychmiast wyszukała wzrokiem swojego ulubionego kompana wśród
padawanów, czarnoskórego Twi'leka o imieniu Tualon, o dwóch lekku
okalających twarz. Podobnie jak ona, od Turnieju odbywał misję za misją
z młodym i energicznym mistrzem, Nautolaninem Bavokiem Anshem. Tualon
sporo podrósł. Jego dawniej pyzate policzki teraz stały się kościste,
ale uśmiech miał przyjazny i szelmowski jak zawsze. W przeciwieństwie do
niektórych padawanów, nigdy nie okazywał strachu czy niepokoju w towarzystwie Iskat, zresztą wiele razy rano dołączał do niej w ogrodzie
medytacyjnym, gdy siedziała przy ulubionym oczku wodnym, tym z rybami.
Iskat stanęła przy nim, gdy kucał, opierając kościste łokcie o kolana, i z zainteresowaniem śledził walkę Charlin, różowoskórej Twi'lekanki, z Fvornem, małomównym Durosem, który niemal podwoił rozmiary, odkąd Iskat
widziała go ostatnio.
- Charlin nie ma szans - zagaiła Iskat.
Tualon podniósł na nią wzrok. Pomarańczowe oczy płonęły mu jak węgielki.
Uśmiechnął się, a Iskat zabiły mocniej serca.
- Może nie pod kątem masy, ale zawsze była szybka. Dopiero co wróciłaś?
- Tak, przed chwilą. Z Ringo Vindy. Wiesz, czemu wszystkich wezwali?
Pozostali w sali zasyczeli, gdy Fvorn zadał potężny cios, ale Tualon nie
odkrywał wzroku od Iskat. Skrzywił się.
- Według mistrza Ansha chodzi o coś bezprecedensowego, co nie wydarzyło
się jeszcze za naszego życia. Potrzebujemy wszystkich Jedi, jakich
zdołamy ściągnąć. Chodzi o jakieś zagrożenie ze strony separatystów.
Jestem pewien, że dowiemy się wkrótce.
Przyglądali się walce przez dłuższą chwilę, ale wtedy Charlin zrobiła
salto nad Fvornem i wylądowała, wyprowadzając cios, który okazałby się
śmiertelny, gdyby walczyli prawdziwymi mieczami. Fvorn jęknął, skłonił
się i wycofał z pola walki. Jego rodiański przyjaciel Zeeth poklepał go
po ramieniu i rzucił:
- Następnym razem wygrasz.
Charlin obnosiła się zwycięstwem nieco bardziej, niż przystawało to
Jedi. Zamachnęła się różowym pasiastym lekku i wyszczerzyła zęby.
Iskat poczuła coś w piersi, rozdrażnienie i może ukłucie zazdrości.
- Naprawdę poprawiła technikę - ocenił Tualon. Był pod wrażeniem. -
Słyszałem, że podczas ostatniej misji podszkoliła się w sztuce walki
zama-shiwo pod okiem jednych z najlepszych wojowników na Jedzie.
Nim mogła się powstrzymać, Iskat wystąpiła do przodu.
- Wiemy już, kto walczy w kolejnej rundzie?
Charlin spojrzała na nią i Iskat poczuła osobliwą satysfakcję na widok
jej rozszerzonych ze zdziwienia zielonych oczu. Twi'lekanka zdradziła
się na chwilę z prawdziwymi uczuciami, ale natychmiast zdusiła je w zarodku i uśmiechnęła się do Iskat jakby były przyjaciółkami.
- Nie, ale to sala ćwiczeń. Każdy może wziąć udział.
Iskat naprawdę chciała dobyć miecza świetlnego. Miał krótką rękojeść,
nieco szerszą niż standardowa przez wzgląd na jej dłuższe palce,
wykonaną z wypolerowanego ciemnoczerwonego drewna i zwieńczoną
obrobionym zębem rekina firaksa. W porównaniu z elegancką, połyskującą
chromowaną rękojeścią Charlin jej własna wydawała się dziwaczna i brutalna, ale Iskat była z niej dumna. Ma się rozumieć, że mistrzowie
nie aprobowali ćwiczeń z prawdziwymi mieczami świetlnymi. Iskat
wyciągnęła dłoń i Fvorn rzucił jej swoją broń treningową. Iskat lepiej
radziła sobie z własną, ale już dawno nauczyła się obchodzenia z mniejszymi rękojeściami preferowanymi przez większość Jedi.
Charlin włączyła miecz treningowy i Iskat poszła w jej ślady. W sali
zapadła cisza. Padawani wstrzymali resztę walk i zebrali się w kole,
cisi i uważni. Iskat wzrosło tętno, gdy uświadomiła sobie, że nagle
znalazła się w centrum spektaklu, ale zapanowała nad nieproszoną emocją,
schłodziła ją spokojem, nad którym tak długo pracowała. Możliwie
wyostrzyła zmysły i świat wokół niej nabrał misternych szczegółów.
Dostrzegała każdą nierówność posadzki, każdą barierkę, każdą broń, jaką
mogłaby się posłużyć, gdyby nagle straciła obecną. Gdy ktoś inny
doznawał silnej emocji, szczególnie oczekiwania, Iskat wyczuwała to w Mocy - nie żeby kiedykolwiek podzieliła się tym faktem z innymi, nawet z mistrzynią, która i tak trzymała ją na dystans. Nikt tutaj nie próbował
kryć się z ekscytacją. Po tak długiej rozłące i przebywaniu w towarzystwie poważnych mistrzów wszyscy liczyli na dobrą rozrywkę, na
to, że ich młodzieńcza pasja znajdzie jakieś ujście. Charlin była dumna
i pewna siebie, ale i nieco przestraszona.
Iskat mogła to wykorzystać.
Przypomniała sobie z poprzednich sparingów z Twi'lekanką, że ta nigdy
nie atakuje - raczej czeka cierpliwie, aż to przeciwnik wykona pierwszy
ruch. Iskat zawsze korzystała z tej wiedzy, by zaszarżować bez
zapowiedzi i zbić ją z tropu, ale tym razem czekała, krążąc ostrożnie i powtarzając ruchy Charlin. Mimowolnie wyszczerzyła zęby, gdy zobaczyła
wahanie na twarzy Twi'lekanki, dotąd pewnej, że jej sparingpartnerka
obierze sprawdzoną strategię. Mistrzyni Vey nie walczyła z Iskat od
miesięcy i dziewczyna uświadomiła sobie, że jej tego brakowało. Tęskniła
za możliwością doskonalenia umiejętności w starciu z przeciwnikiem,
jakby ostrzyła klingę o osełkę. Im dłużej powstrzymywała się od ataku,
tym większą niepewność zasiewała w Charlin.
- Niczego nie zrobisz? - spytała sfrustrowana Twi'lekanka.
- Przecież robię. A ty nie?
- Jeszcze nie postanowiłam.
Charlin nie wytrzymała. Zaszarżowała, wyprowadzając klasyczny atak, a Iskat bez trudu go sparowała. Twi'lekanka zdradzała się z ruchami, a choć wyraźnie trenowała i stawała się coraz lepsza, najzwyczajniej nie
była urodzoną wojowniczką. Wszystkie ataki Charlin wywodziły się ze
skostniałych form, które ćwiczyli aż do znudzenia, a jej kreatywność w walce ograniczała się do tego, co zostało jej wpojone na siłę. Iskat
parowała kolejne pchnięcia i cięcia ze spokojem, tracąc na to możliwie
mało energii.
Było oczywiste, że w Charlin narasta zniecierpliwienie i zmęczona
Twi'lekanka zaczyna tracić formę. Iskat się nią bawiła - a Charlin o tym
wiedziała, przez co stawała się niedbała. Gdy następnym razem próbowała
przebić się przez zasłonę przeciwniczki, Iskat przeskoczyła nad ostrzem
i wyprowadziła cios w połowie salta, o włos - i przez grzeczność -
unikając wrażliwego lekku.
- Koniec - oznajmiła, gdy wylądowała lekko na posadzce.
- To tylko draśnięcie - argumentowała Charlin. Zacisnęła zęby. Musiała
zarobić bolesnego siniaka. Iskat go widziała - jaśniejszy różowy obrzęk
na czubku głowy.
- Gdybyśmy walczyły prawdziwymi mieczami świetlnymi, byłabyś poważnie
ranna lub martwa.
Charlin spiorunowała ją wzrokiem. Jej policzki przybrały niemal
purpurową barwę.
- Jeszcze nie skończyłam.
- Zgodnie z zasadami to już koniec.
Onielle stanęła obok najlepszej przyjaciółki i uruchomiła własny miecz
treningowy. Dziewczyna rasy ludzkiej miała rude włosy i piegi. Iskat
wyczuwała, że próbuje okiełznać własną niecierpliwość. Jej policzki były
równie różowe co Charlin.
- To ja zawalczę w następnej rundzie.
Iskat skłoniła głowę i uniosła broń.
- Tak jak wspomniała Charlin. Każdy może wziąć udział.
Onielle nie dorównywała poprzedniczce gracją w walce, ale jej mistrz
dobrze ją wyszkolił i odkąd Iskat ostatnio ją widziała, ataki dziewczyny
polepszyły się i stały bardziej zawzięte. Miała teraz dłuższe ręce, co
zapewniało jej świetny zasięg. Onielle natychmiast podjęła atak. Minęła
pełna furii i zdziwienia chwila, nim Iskat przyzwyczaiła się i odnalazła
własne tempo.
Ależ tęskniła za tym aspektem szkoleń. Gdy trzymała w dłoni broń, a w zasięgu wzroku miała przeciwnika, czuła, że naprawdę żyje, jest skupiona
i nawiązała nieutrudnioną więź z Mocą, co w drodze medytacji często
osiągała dopiero po wielu godzinach. Odnosiła wrażenie, że niemal
wyczuwa przyszłe kroki przeciwniczki, jakby wiedziała, iż Onielle
zastosuje konkretną kombinację, którą ćwiczyli z mistrzem Yodą.
Pozwalała, by jej ostrze parowało uderzenia naturalnie i z właściwą
siłą.
- Dobra jest - dobiegł ją czyjś szept.
Obserwujący nie podnosili głosów, ale nikt w sali nie orientował się,
jak bardzo wyostrzone są zmysły Iskat. Sember wiedziała, co było jednym
z powodów, dla których zawsze zabierała ze sobą uczennicę, gdy musiała
się z kimś targować. Iskat polegała na ostrym wzroku, czułym węchu i wrażliwym słuchu, by oceniać oferowane artefakty. Inni padawani nie
mieli o tym pojęcia.
- Zawsze dobrze władała mieczem świetlnym. Po prostu mam nadzieję, że
znów nie straci nad sobą panowania...
- Jedi nie powinni się wściekać. Czy to dlatego mistrzyni Vey ciągle
wylatuje z nią na te długie misje?
- Ma to sens. Byłeś tam, gdy kolumna...
- Tak, tuż obok. Ledwie jej uniknąłem...
- Pomyśleć, że się przyjaźniły. Biedna Tika.
Dźwięk tego imienia wytrącił Iskat z równowagi. Jakby pływała zadowolona
w Mocy, po czym nagle musiała zetrzeć się z potopem, z falą, uderzającą
w nią kolejnymi napierającymi wspomnieniami. Ścisnęła amulet, walcząc
jednorącz, poszukując chłodnej, niebieskiej więzi, obietnicy spokoju,
ale ta lina ratunkowa okazała się niewystarczająca, by powstrzymać stare
uczucia, z którymi tak długo i usilnie się godziła albo które
przynajmniej tłumiła.
Wychodziło na to, że pomimo ciężkiej pracy pozostawały silne jak zawsze.
Kompletnie niepomna zgiełku w głowie i ciele Iskat, Onielle próbowała
wyprowadzić dwuręczny cios. Iskat przechwyciła go ostrzem, uderzeniem
buta w żołądek odrzuciła dziewczynę do tyłu, po czym sama zadała cios od
góry, a ten sprawił, że przeciwniczka krzyknęła z szoku. Miecz
treningowy przejechał dziewczynie po szacie na piersi, gdy Onielle
leżała na ziemi z rękoma przed twarzą i odrzuconą bronią.
Iskat stanęła nad nią i skierowała ostrze w kierunku jej gardła, na tyle
blisko, że dziewczyna aż się wzdrygnęła.
Silne dłonie złapały Iskat za ramiona i odciągnęły ją do tyłu.
- Iskat, dość - odezwał się Tualon.
Gdy usłyszała jego głos dobiegający z tak bliska, zamarła i upuściła
miecz, uświadomiwszy sobie, co najlepszego zrobiła. Nie to, że Jedi
krzywili się na wygraną, ale jej atak był niepotrzebnie brutalny, co
zdecydowanie wykraczało poza kodeks - kodeks, którego zapisów Iskat się
trzymała i w który wierzyła od maleńkości. Ogarnęła ją fala wstydu, że
tyle osób widziało jej kolejny błąd.
Od czasu Tiki i kolumny jej jedynym celem stało się to, by nauczyć się
kiełznać emocje i panować nad więzią z Mocą. Musiała być łagodną,
pogodną rzeką, nie gwałtownym wodospadem, a mimo to podczas pierwszej od
lat wizyty w sali treningowej znów o mało co do tego nie doszło. Znów
omal nie straciła nad sobą panowania.
- Przepraszam - wydukała. - Dziękuję, Tualonie.
Przynajmniej powstrzymała się przed ucieczką. Odstąpiła od kolegi i z całą godnością, jaką była w stanie przywołać, spokojnie wyszła z sali,
powstrzymując łzy.
Jedi nie powinni trzymać się kurczowo złości. Nie powinni robić rzeczy
przynoszących wstyd. Nie powinni z tego powodu płakać. A przecież Iskat
nade wszystko chciała zostać przykładną Jedi. Całe życie poświęciła na
szukanie spokoju i opanowania, których od niej wymagano. Wypełniała
prośby mistrzyni z radosnymi sercami, regularnie medytowała, zachowywała
dobre samopoczucie i starała się zastępować ciężkie, kurczowo trzymające
się jej emocje dobrymi uczynkami i intensywną nauką.
A teraz w domu, pośród kompanów, poległa na całej linii.
Natychmiast udała się do kwatery mistrzyni i zapukała do drzwi.
Usłyszała dobiegające z wewnątrz stłumione szmery i po dłuższej chwili
otworzyła jej zziajana Sember.
- Wejdź.
Iskat wkroczyła do małego, schludnego pomieszczenia. Sember zamknęła
drzwi i stanęła przed szafą.
- Mistrzyni, w sali treningowej stało się coś złego. Ja... znów to
poczułam. - Iskat spuściła głowę.
Sember zaczerpnęła głęboko tchu i wypuściła powietrze przez nos. Iskat
podniosła wzrok i ujrzała w oczach mentorki ból i rozczarowanie.
- Co się stało?
Opowieść w większości była prawdziwa. Iskat pominęła jednak wzmianki o licznych emocjach, których, jak wiedziała, nie powinna odczuwać tak
głęboko, a które tak usilnie próbowała tłumić. Skupiła się na ferworze
walki, opuszczając fakt, że to ona sama do niej doprowadziła i z radością prowokowała przeciwniczkę.
- Dobrze sobie radziłam, aż ktoś wspomniał o Tice... - Zamilkła i znów
spojrzała starszej kobiecie w ciemne oczy.
Sember nigdy nie była mistrzynią serdeczną i wyrozumiałą ani też
żartującą i wyluzowaną. Była odległa, skupiona na innych sprawach, tak
letnia, że niemal chłodna, jakby zamieszkiwała inną, o wiele bardziej
spokojną płaszczyznę rzeczywistości, a jej padawanka stanowiła dla niej
tylko przeszkodę. Iskat często wyczuwała z jej strony drobne fale,
emocje, które starsza kobieta usiłowała przed nią ukrywać -
rozdrażnienie pytaniami, przerywającymi jej pracę, jasne, ale też
ubolewanie i swego rodzaju smutne pragnienie. Wiedziała, że Sember jej
nie pocieszy, nie wesprze i nie pomoże w zmaganiach, ale wiedziała też,
iż mistrzyni jest szczera i chce, by jej podopieczna odniosła sukces.
- Walki często wywołują w nas emocje, które poza nimi jesteśmy w stanie
utrzymać w ryzach - powiedziała wreszcie Sember. - Walka, nawet taka nie
na poważnie, pozostaje walką. To taniec między życiem i śmiercią. Każde
z nas otrzymało niepowtarzalne dary i zmaga się z innymi wyzwaniami. Tak
się składa, że w twoim przypadku mowa o jednym i tym samym. Twoja więź z Mocą jest zarazem silna i trudna do opanowania, ale nie jest to
niemożliwe. Dojście do mistrzostwa to wyzwanie na całe życie. Bardzo się
rozwinęłaś, ale pod wieloma względami pozostajesz dzieckiem.
- Mistrzyni, tak usilnie próbuję...
- Jak skwitował to mistrz Yoda, gdy byłam znacznie młodsza, rób albo nie
rób. Nie ma próbowania. - Sember posłała jej delikatny i niemal szczery
uśmiech.
- Ale jak? Więcej medytacji? Kolejny amulet? Tak bardzo chcę stać się
lepsza, ale czuję się tak, jakby coś we mnie było zepsute.
Mistrzyni Sember złożyła dłoń na jej ramieniu w rzadkim geście
życzliwości.
- Nie jesteś zepsuta. Wszyscy jesteśmy istotami niedoskonałymi,
łaknącymi oświecenia. Po prostu musisz go łaknąć nieco silniej niż
większość.
Iskat przytaknęła.
- Spróbuję. To znaczy: tak zrobię. Będę pracować pilniej.
- Jestem tego pewna. - Sember westchnęła i się wyprostowała. - Ale teraz
nie pora na medytację. W Świątyni panuje niepokój. Nic dziwnego, że w sali treningowej tak buzują emocje - wy, młodzi, też podskórnie
wyczuwacie zmianę. - Sember na krótko złożyła dłoń na rękojeści miecza.
- Iskat, wezwano nas tutaj, bo jesteśmy potrzebne. Wysyłają nas na
Geonosis, aby uratować Obi-Wana Kenobiego. Został zaatakowany...
- Przez separatystów - dokończyła Iskat, przypominając sobie niedawne
słowa Tualona.
Sember przytaknęła.
- Separatyści połączyli siły z Federacją Handlową i hrabią Dooku.
Powołali armię droidów. Wyruszamy wkrótce. Będziesz w stanie wykazać się
odpowiednim poziomem opanowania podczas misji ratunkowej, która może się
wiązać z prawdziwym niebezpieczeństwem?
- Tak, mistrzyni.
Iskat poczuła się podniesiona na duchu. Jasne, przez ostatnich parę lat
odbyła liczne misje z Sember, ale wszystkie były spokojne - ot, chodziły
i robiły zakupy. Niby miało to ogromne znaczenie dla zakonu, ale
niespecjalnie ciekawiło Iskat. Z drugiej strony to zadanie zapowiadało
się ekscytująco. A to chyba nic złego, że ekscytowała się możliwością
czynienia dobra w galaktyce?
No i co to za dziwna misja - wezwali wszystkich dostępnych Jedi, by
uratować jedną osobę? Obi-Wan zawsze był dla niej miły, gdy nadchodziła
jego pora, by nauczać młodzików, ale on dla każdego był miły. To
dokładnie taki mistrz Jedi, jakiego sama by dla siebie wybrała - o wielkiej wiedzy i równie wielkich umiejętnościach, ale o przyjaznym
usposobieniu i skory do zachęt i zasłużonych pochwał. Poczuła się dumna,
że weźmie udział w akcji, która miała zapewnić mu bezpieczeństwo.
- Leć, padawanko. Przygotuj się do podróży. Wyruszamy o zmierzchu.
Iskat skłoniła głowę i postąpiła zgodnie z instrukcjami. Po drodze nie
wpadła na żadnego z padawanów. Podejrzewała, że ci nadal przebywają w sali treningowej i ją obgadują. Mogła jedynie mieć nadzieję, że
nadchodząca misja okaże się krótka i skuteczna, a potęga Jedi czym
prędzej położy kres zagrażającej Republice armii droidów. Wkrótce wraz z Sember wrócą na pokład statku, gdzie będzie mogła ze wzmożoną siłą
poświęcić się poszukiwaniom spokoju w Mocy, choć ten obecnie zdawał się
jej nieuchwytny.
/ Rozdział 3
/3
GDY PROM PRZEDZIERAŁ SIĘ przez atmosferę
suchej planety Geonosis, Iskat z trudem odgradzała się od
przytłaczającej kakofonii zmysłów i skupiała się na tym, by
wypośrodkować się pośród tego całego chaosu. Nie była to jedynie misja
ratunkowa, lecz operacja wojskowa. Jedi stali się teraz żołnierzami, ale
nie walczyli sami. Zjawiły się całe tysiące klonów, by wspólnie z nimi
wspierać Republikę, jeden z nich nawet leciał z nimi na statku. Po
latach względnego pokoju w galaktyce Jedi czym prędzej się
zmobilizowali, by robić swoje jako obrońcy demokracji, sprawiedliwości i wolności.
Iskat czuła się podekscytowana... ale i przebodźcowana.
Uspokoiła oddech i zamknęła oczy, ściskając w dłoni amulet, a reszta
Jedi wokół niej zniknęła i nastał bezruch.
"Nie ma emocji - jest spokój".
"Nie ma ignorancji - jest wiedza".
"Nie ma pasji - jest równowaga".
"Nie ma chaosu - jest harmonia".
W dniach po incydencie z kolumną mistrz Klefan nakłaniał ją, by
odmawiała tę mantrę, a od tamtej pory Iskat wielokrotnie powtarzała ją z mistrzynią Sember. Jej słowa miała wypisane w umyśle, w sercach.
Przenosiły ją do ciszy w jej wnętrzu, sprawiały, że czuła, jakby była tą
Jedi, którą być powinna: spokojną, opanowaną, pogodną.
Medytacje nad kodeksem Jedi sprawiały, że niemal zapominała o Tice, ale
czy tak naprawdę chciała o niej zapomnieć...?
Nie. Nie mogła teraz o tym myśleć.
Od tamtej pory minęły lata.
Nie wydarzyło się to po raz drugi.
Jej nauczyciele już tego dopilnowali, zresztą ona sama również.
Uczyła się. Ćwiczyła. Zyskała kontrolę, jakiej po niej oczekiwano. A teraz uczestniczyła w misji ratunkowej, otoczona mistrzami Jedi,
rycerzami i padawanami. Jeszcze nigdy nie dobyła miecza świetlnego w prawdziwej walce, ale nie martwiła się o odwagę czy umiejętności. To nie
to sprawiało, że jej bliźniacze serca biły tak głośno. Była niemal
pewna, iż słyszy je siedzący obok Tualon. Zaryzykowała i spojrzała na
bliskiego jej padawana o połyskujących czarnych lekku. Na jego twarzy
malowała się determinacja.
- Gotowa? - spytał z dodającym otuchy uśmiechem.
- Bardziej gotowa nie będę - odparła.
Cóż, nie do końca mówiła prawdę. Czuła się bardziej niż gotowa. Jedi
jednak mieli być skromni i umiarkowani, a ona wiedziała, że Tualon
poważnie podchodzi do takich spraw, i nie chciała wyjść na zarozumiałą.
Podziwiała kolegę za tę jego skromność - no i za towarzyskie
usposobienie i szczery altruizm. Tualon był takim Jedi, jakim sama
chciała się stać, takim, którego podziwiała.
Jeśli miała być ze sobą całkiem szczera, musiała przyznać, że o ile nie
wątpiła, iż nie brakuje jej zręczności, umiejętności ani odwagi, po
wczorajszych starciach z Charlin i Onielle zrodziły się u niej nowe
wątpliwości, czy poradzi sobie, gdy stawka okaże się wysoka, a ona
będzie mieć broń w ręku. Spodziewała się po sobie więcej. I choć nikt
nie napomknął słowem o incydencie z Onielle, czuła na sobie spojrzenia
innych padawanów, siedzących przy swoich mistrzach. Wszyscy byli
przypięci do swoich miejsc, gdy pędzili ku pustynnym piaskom Geonosis.
Czuła na sobie ich wzrok, odbierała ich niepewność.
Siedzący naprzeciwko mistrz Klefan Opus spojrzał jej w oczy, skinął
głową i uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Iskat odwzajemniła
uśmiech, wdzięczna za to, że przynajmniej jeden mistrz w nią wierzy.
Miała nadzieję, że go nie zawiedzie.
- Brałeś już udział w walce? - spytała cicho Tualona. - Wiesz, na
misjach?
Obrócił się w jej stronę i szepnął:
- Trochę. Mistrz Ansho zazwyczaj zajmuje się takimi kwestiami osobiście,
ale pomogłem mu pokonać grupę bandytów, gdy eskortowaliśmy senatora
podczas misji dyplomatycznej. Dzięki niech będą naszemu szkoleniu -
wszystko wraca do ciebie w ferworze walki. Nie chciałem nikomu wyrządzić
krzywdy, ale musieliśmy obronić senatora. A ty?
- Nigdy nie dobyłyśmy mieczy - przyznała. - Zazwyczaj albo stoimy przy
kontuarze i targujemy się jak zwykli klienci, albo jakiś stary wyga
podróżnik zaprasza nas do namiotu na herbatę. Było naprawdę spokojnie.
Rozejrzała się po statku, który trząsł się i drżał, opadając ku
powierzchni planety. Powietrze wydawało się gęste i nieruchome. Niosło
zapachy paliwa i potu. Na pokładzie znajdowało się łącznie dwudziestu
Jedi. Zastanawiała się, jakie przygody przypadły w udziale innym
padawanom, skoro Jedi w jej wieku zazwyczaj nie byli aż tak
niedoświadczeni w prawdziwej walce jak ona.
- Myślisz, że... - zaczęła.
- Wystarczy pogaduszek - mruknęła mistrzyni Vey. Siedziała obok Iskat po
drugiej stronie. - Niemal pora. Pamiętaj o swojej mantrze. Skup się na
ćwiczeniach oddechowych, padawanko. Nie wpuść znów chaosu do swojego
wnętrza.
Iskat nie spłonęła rumieńcem, ale poczuła przypływ ciepłego wstydu, że
została skarcona przez mistrzynię w obecności Tualona i pozostałych.
Zważywszy na to, czemu mieli za chwilę stawić czoła na powierzchni,
motywująca przemowa byłaby bardziej na miejscu od publicznej nagany.
Mistrzyni mogła choćby wyszeptać jej parę słów otuchy. Tualon zamilknął
i uprzejmie odwrócił wzrok, by nie kusić Iskat dalszą rozmową.
Długie, czerwone palce Iskat objęły chłodną metalową ławkę. Padawanka
zamknęła oczy i po cichu wróciła do słów kodeksu Jedi.
"Nie ma emocji - jest spokój..."
Słowa stały się komfortowym rytmem, przeciwwagą dla silników statku,
centralnym punktem, który sprawił, że jej jaźń osiągnęła stan spokoju,
wolnego od wstydu, zmartwień i strachu.
- Lądujemy za trzy minuty - ogłosił pilot klon.
Choć Iskat wiedziała, że na Geonosis zmierzają tysiące żołnierzy takich
jak on, pilot był pierwszym przedstawicielem nowych sił zbrojnych
Republiki, z jakim miała kontakt. Nie wiedziała, jak wygląda pod
pancerzem, ile ma lat, jakiego koloru są jego oczy, czy chętniej się
krzywi, czy uśmiecha. Wiedziała tyle, że jego głos brzmi całkiem ostro,
ale zdolności pilotażu wydawały się bez zarzutu. No i wkrótce będą
walczyć ramię w ramię.
Jedi mieli zadziwiająco mało informacji o misji, orientowali się tylko,
że Obi-Wan Kenobi wpadł w zasadzkę rosnącej armii separatystów. Każdy
dostępny Jedi zdolny do działania znajdował się obecnie na pokładzie
jednego z desantowców, podobnie jak Iskat. W przeciwieństwie do wypraw z mistrzynią Vey dziewczyna nie miała pojęcia, jaką przyjdzie jej odegrać
rolę, ale była podekscytowana, iż jest wśród innych Jedi, a do tego
zadowolona, że mistrzowie uznali ją za wystarczająco zdolną, by wzięła
udział w tak ważnym przedsięwzięciu.
Zamierzała spełnić pokładane w niej nadzieje. Będzie wykonywać rozkazy i wcielać w życie nauki. Będzie częścią zespołu, który ocali mistrza
Kenobiego.
Mimo to nie dawała jej spokoju pewna natrętna myśl, raz za razem
przebijająca się przez jej barierę: co by się stało, gdyby zamiast się
uspokoić i utrzymać emocje w ryzach, wyzbyła się kontroli, o którą tak
zawzięcie walczyła, i pozwoliła, by Moc przepływała przez nią w pełni?
Jaką to siłę by odnalazła, gdyby się na nią otworzyła? Jaką potęgę
odkryłaby pod tyloma warstwami zahamowań? Co osiągnie teraz, gdy zetrze
się z faktycznymi wrogami, a nie z innymi dzieciakami w sali
treningowej?
Ścisnęła amulet i oddaliła od siebie tę myśl z tą samą energią, z jaką
uciszyła ckliwy głos sithańskiego artefaktu. Takie myśli były
niebezpieczne. Nie bez powodu istniał kodeks Jedi, a dzieje zakonu
uczyły, że ci, którzy zbaczali ze ścieżki, często kończyli tragicznie.
Prawdziwa wielkość brała się ze spokoju. Z wiedzy, opanowania i harmonii. A przecież Iskat chciała być wielka, no i pragnęła okazać się
godna bycia Jedi. Poza Sember podczas misji mieli się jej przyglądać z bliska inni mistrzowie. Kto wie, czy jej postępowanie tu i teraz nie
wpłynie na jej przyszłość w zakonie.
Spowalniający desantowiec trząsł się i jęczał, a grawitacja szarpała
kośćmi Iskat. Metal pod jej butami drżał, a na wardze padawanki zbierał
się pot, jakby wyczuwała z zewnątrz prażące słońce. Byli już blisko
powierzchni i Iskat wyobraziła sobie, że gdyby mogła wyjrzeć przez
iluminator, ujrzałaby świat piasku i iglic, jasnopomarańczowy i poprzecinany ostrymi czarnymi cieniami.
Już niemal pora.
Już prawie byli na miejscu.
Miała wrażenie, że za chwilę przekroczy ważną granicę, jakby ta misja
ratunkowa - choć teraz zapowiadało się na bitwę z prawdziwego zdarzenia
- zmieni wszystko bezpowrotnie, zarówno dla Jedi, jak i dla niej samej.
Nie potrafiła zapomnieć, jak blisko klęski znalazła się w Turnieju Jedi,
jak fatalnie czuła się, gdy czekała, aż któryś mistrz wybierze ją na
padawankę, aż ku jej wielkiemu zdziwieniu, w ostatniej możliwej,
zdawałoby się, chwili, wreszcie wskazała ją Sember. Czasami martwiła
się, że, zważywszy na roztargnione nauki mistrzyni i jej własne błędy z przeszłości, potrzebuje więcej pomocy i nadzoru od innych padawanów, że
wszyscy są doskonale świadomi tego, iż wiele jej brakuje do zostania
Jedi i ostatecznie może zrezygnować na dobre.
Nie ma mowy.
Dysze desantowca pracowały zawzięcie podczas lądowania. Z ekscytacji
Iskat aż skręciło w żołądku. Gdyby tylko mogła wyglądać przez
iluminatory i przygotować się do nadciągającej bitwy! Poinformowano ich
o Geonosis podczas odprawy, więc orientowali się, jak działa umysł roju,
ale nie będą wiedzieć, z czym przyjdzie im walczyć, aż wylądują i otrzymają konkretne rozkazy.
Desantowiec odbił się raz od ziemi i się zatrzymał. Drzwi rozsunęły się
i do pomieszczenia upakowanego nerwowymi ciałami w brązowych szatach
wdarło się ostre światło. Iskat zaczęła się siłować z uprzężą na piersi,
ale poradziła sobie, nim musiała jej pomóc Sember. Uderzyła zdrętwiałymi
stopami o metalową podłogę, ale w dłoni dzierżyła już miecz świetlny.
Gdy wszyscy Jedi wstali, mistrz Klefan Opus stanął w otwartych drzwiach.
Był Askajianinem i zazwyczaj utrzymywał ciało w stanie przesadnego
nawodnienia, by nadąć worki skórne, nadające mu radosnego wyglądu i sprawiające, że miał serdeczne zmarszczki przy oczach. Dziś jednak
wybrał smuklejszą sylwetkę. Iskat szczerze fascynowała ta zmiana.
Zazwyczaj zachowywał się w umiarkowany sposób i stanowił ostoję spokoju,
ale teraz dzierżył u boku miecz świetlny i roztaczał aurę determinacji.
Wyciągnął przed siebie holowyświetlacz i w powietrzu pojawił się
wizerunek Mace'a Windu z mieczem w dłoni.
- Tu Klefan Opus - zameldował mistrz. - Wylądowaliśmy na północnym
wschodzie.
- Witajcie na Geonosis. Wasz oddział musi pomóc zabezpieczyć arenę,
gdzie hrabia Dooku szykuje się do egzekucji Obi-Wana wraz z Anakinem
Skywalkerem i senator Padmé Amidalą.
Na pokładzie rozległy się jęki i szepty. Co tu robił Skywalker? I jakim
cudem wplątała się w to wszystko senatorka?
- Kierujcie się w stronę najbliższej iglicy i na trybuny - dodał mistrz
Windu. - Po drodze zdejmujcie stanowiska dział i broni dalekiego
zasięgu. My zatroszczymy się o resztę. Uważajcie na siebie i niech Moc
będzie z wami. - Postać zniknęła i Klefan wsunął projektor do kieszeni.
Rozejrzał się po twarzach towarzyszących mu Jedi, od szesnastoletniego
rodiańskiego padawana po siwowłosego, choć nadal energicznego
arkaniańskiego mistrza Thecę, który, jak powiadali, miał ponad dwieście
lat, i skinął głową z uznaniem.
- Wszyscy słyszeliście. Padawani, trzymajcie się mistrzów. Brońcie się w razie potrzeby, ale nie działajcie pochopnie. Pamiętajcie: to misja
ratunkowa. Szukamy broni dalekiego zasięgu. - Rozejrzał się po wnętrzu
promu. Gdy jego wzrok spoczął na Iskat, padawanka wyobraziła sobie, że
mistrz subtelnie mruży oczy. - I niech Moc będzie z wami.
Odwrócił się i popędził w dół po trapie. Pozostali Jedi podążyli jego
śladem.
- Pracuj nad samokontrolą - szepnęła mistrzyni Sember, gdy czekały na
swoją kolej, by opuścić pokład. - Spokój, którego szukasz, jest w tobie.
Ufaj sobie, padawanko, ale nie poddawaj się emocjom.
Iskat pulsowała krew w uszach, gdy zbiegała w ślad za powiewającą szatą
Sember. Znalazły się na pustyni o czerwonawym piasku, skąpane ostrym
słońcem. Wysokie iglice pięły się ku niebu niczym topniejące świece.
Gdzieś w pobliżu tłum bzyczał, mruczał i wrzeszczał. Miało się wrażenie,
iż w powietrzu zbierają się ładunki elektryczne, mimo że niebo było
bezchmurne.
- Ale gdzie podziali się sami Geonosjanie? - spytała mistrzynię Iskat,
gdy biegły ramię w ramię.
- A to myślałaś, że będą stać i na nas czekać? - odpowiedziała pytaniem
na pytanie Sember. - Klefan poprowadzi nas tam, dokąd mamy iść.
I owszem, mistrz Klefan już kierował Jedi do otworu w nasadzie jednej z iglic. Iskat zauważyła, że wszyscy uruchamiają miecze, nim wejdą do
ciemnego tunelu. Niebieskie i zielone klingi zanikały w cieniach, gdy
Iskat biegła przez gorące piaski. Gorąco przesiąkało jej przez podeszwy
butów. Już bywała na pustynnych planetach, a choć nie pamiętała własnego
domu, wiedziała, że nie ma mowy, by pochodziła z takiego właśnie
miejsca. Już się pociła, a kark swędział ją tam, gdzie mocno splotła
długie włosy.
Nieistotne. Musiała się skupić.
"Nie ma emocji - jest spokój".
Mistrzyni Sember zatrzymała się przy wejściu do wieży, uruchomiła
niebieskie ostrze i skinęła głową do podopiecznej, która karnie wcisnęła
kciukiem przycisk na rękojeści miecza o zielonej barwie i ostrożnie
weszła do środka. Zmierzały teraz wąskimi spiralnymi schodami,
rozświetlając ciemności tylko przy pomocy swojej broni. Iskat wiedziała,
że Geonosjanie są rasą owadzią. Przypuszczalnie nawigują za pomocą
zmysłów innych niż wzrok. Uszy podpowiadały jej, że sądząc po echu,
schody są długie i sięgają głęboko pod ziemię. Za nią schodził mistrz
Ansho, potem Tualon. Była wdzięczna, że jest otoczona przez tak
potężnych Jedi w tym dziwnym, nieznanym miejscu.
Schody wreszcie skończyły się w korytarzu o wysokim stropie i misternym
architektonicznym wykończeniu, sprawiającym, że całość niemal
przypominała świątynię. Podłoga miała postać metalowej kratownicy. Jedi
bezszelestnie rozstąpili się i podążyli za mistrzem Klefanem. Iskat
nadal znajdowała się między Sember i Anshem. Mistrzowie w naturalny
sposób zajmowali miejsca między mniej doświadczonymi padawanami. Fvorn
stał w pobliżu wraz ze swoim kumplem Zeethem i ich mentorami. Charlin i Onielle też wchodziły w skład oddziału, ale całe szczęście, że nie
znajdowały się bezpośrednio w pobliżu Iskat. Jedi mieli nie chować
urazy, ale Iskat uznała, iż skoro jej się to zdarza, to im też, więc
była zadowolona, że jest nieco oddalona od padawanek, którym
przypuszczalnie nadal nie zeszły niedawne siniaki.
- Iskat! - syknęła Sember i dziewczyna przyśpieszyła, by się z nią
zrównać, gdy wkraczały do rozległej fabryki, teraz chłodnej i nieruchomej. Płynny metal nadal jarzył się wiśniową czerwienią wśród
ogromnej maszynerii, ale brakowało tam pracowników, choćby i droidów.
Dawało to niepokojący efekt, jakby Geonosjanie niedawno po prostu zeszli
ze swoich stanowisk, pozostawiając rozpoczętą pracę. Mistrz Klefan
poprowadził Jedi ku mniejszym drzwiom wiodącym do tunelu. Wewnątrz
przejście miało około trzech metrów wysokości i tyle samo szerokości.
Ściany w całości pokryte były płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z życia Geonosjan. U wylotu korytarza Iskat dostrzegała odległy tłum,
kibicujący, tupiący i bzyczący. Jej zmysły wariowały od nowych bodźców,
a serca biły coraz szybciej, gdy Jedi zbliżali się do celu. Jedno po
drugim wkraczali do tunelu, a ich ostrza rzucały barwne światła na
rzeźbiony kamień.
Przed nimi od ściany odczepił się ciemny cień i Fvorn zawył, gdy dostał
w plecy pałką. Cały korytarz rozświetlił się elektrycznością, gdy
chłopak trząsł się i wrzeszczał. Powietrze wypełniło się cierpką wonią
przypalanej oleistej duroskiej skóry. Mistrz Klefan odwrócił się i powalił Geonosjanina mieczem świetlnym, ale było za późno. Fvorn się nie
ruszał. Iskat znieruchomiała kompletnie, gdy czuła, jak chłopak umiera,
emanując w Mocy okropnym, rozdzierającym, przeszywającym bólem,
nieprzypominającym niczego, co doświadczyła do tej pory. Powietrze
wypełnił wrzask furii i straty wydawany przez Zeetha. Drugi chłopak
wyłączył miecz i klęknął przy kompanie.
Iskat jeszcze nigdy nie czuła, by ktoś odchodził tak gwałtownie. Miała
wrażenie, że sama trochę umarła. Fvorn zawsze tam był jako pewna stała w jej życiu, najpierw cichy i pogodny towarzysz zabaw, potem szanowany
padawan, a teraz po prostu go... zabrakło. Stało się to tak szybko i łatwo, a przecież Fvorn był dobrym Jedi, dobrym wojownikiem. Nie
zasługiwał na to, by umrzeć w taki sposób, tak daleko od Świątyni, gdzie
chciał pewnego dnia pracować jako dyplomata.
Fvorn zmarł w katuszach, zaskoczony i wystraszony. Ta nagła brutalność
rozbrzmiewała echem w kościach Iskat.
Ciche skrobnięcie sprawiło, że zjeżyły się jej włoski w uszach.
Napięła się jak struna i spojrzała na ścianę.
To, co wzięli za płaskorzeźby, w istocie było zamaskowanym kontyngentem
uzbrojonych Geonosjan, gotowych do ataku.
Iskat obróciła się i w ostatniej chwili uniosła ostrze miecza. Sprytna
grupa Geonosjan odskoczyła od ściany i najbliższy przeciwnik poleciał
wprost na nią z piką wymierzoną w jej pierś.
/ Rozdział 4
/4
GEONOSJANIN ZAWODZIŁ SZALEŃCZO, lecąc ku
Iskat. Machał skrzydłami tak szybko, że wydawały się rozmazaną smugą.
Całe ciało padawanki zamarło i się spięło. Jej umysł wykonywał
obliczenia, a serca dudniły niezsynchronizowanym tempem w pełnej grozie.
Jeszcze nigdy nie została zaatakowana - nie w taki sposób.
Nie naprawdę.
Ale jej ciało dokładnie wiedziało, jak zareagować.
Nie potrzebowało jaźni ani serc.
Jej ręka wystrzeliła w okamgnieniu, jakby żyła własnym życiem.
Gdy ostrze sięgnęło piersi Geonosjanina, Iskat stała się osobliwie
świadoma rozdzieranego ciała, ostrego chrzęstu chityny i miększych
tkanek w jej wnętrzu. Ledwie dotarło do niej, że jest atakowana, a teraz
latający insektoid leżał u jej stóp, niemal przecięty na pół. Dziwna
istota w niczym nie przypominała żadnych, jakie widziała do tej pory. W większym stopniu wydawała jej się owadem niż myślącym stworzeniem. Miała
jednak na sobie swego rodzaju mundur, no i dzierżyła broń, zatem była
rozumna, a Iskat ją zabiła, tak jak jedna z nich zabiła Fvorna.
Geonosjanin, istota żywa, czyjeś dziecko, może i rodzic.
Żywy, a teraz martwy. Z jej przyczyny.
Uczono ją, by sięgać do pulsującej Mocy, by wyczuwać unikalne sygnatury
każdej rośliny, każdej osoby, by nawiązywać łączność z tą harmonią.
Przygotowali ją, by broniła. Chroniła.
Ale i by uderzała w cele, by jej ciosy sięgały kluczowych narządów, by
parowała każde cięcie i każde pchnięcie, by dźgała i zabijała, a tutaj
rozegrało się to tak szybko, tak łatwo. Jej ciało zareagowało, jakby
dokładnie wiedziało, co powinno zrobić, jakby instynkt był wrodzony.
Została zabójczynią.
W słusznym celu, rzecz jasna. By uratować innego Jedi.
Gdyby nie zabiła Geonosjanina, on zabiłby ją, zresztą pewnie niewiele o tym myśląc.
Musiała to zrobić, więc to zrobiła, a teraz jej pierś wypełniała
osobliwa pustka. Czuła, jak Geonosjanina opuszcza Moc, jak jego ciało
wzdryga się z bólu i zaskoczenia. Była w pełni świadoma cienkiej jak
brzytwa granicy między istnieniem a nieistnieniem, kimś a nikim, życiem
a śmiercią.
Nie miała teraz czasu, by o tym myśleć.
Pojawiali się kolejni przeciwnicy. Odklejali się od ścian, przebiegali
chyłkiem po suficie. Ciemność oferowała niezliczone kryjówki, a Geonosjanie buczeli ze złości niczym wściekły chór. Mistrzowie i rycerze
Jedi natychmiast wkroczyli do akcji. Popędzili padawanów korytarzem ku
miejscu, które musiało być areną. Walczyli tylko w obronie własnej.
Onielle zawyła, gdy dosięgnęła ją wiązka soniczna z blastera. Charlin
pomogła przyjaciółce wstać i asekurowała ją, gdy kuśtykały ku arenie.
- Szybko - upomniała padawankę Sember i obróciła się, by pobiec
przejściem.
Zeeth jednak nadal klęczał na ziemi przy swoim przyjacielu, gdy mistrz
Klefan nieskutecznie próbował zmusić go do dalszego marszu. Istniało
zagrożenie, że w tym chaosie zostaną sami. Albo gorzej - że zginą.
Iskat straciła z oczu szatę mistrzyni. Sember wydawała się tak pewna, że
jej padawanka wykona rozkaz, ale Iskat nie mogła zostawić Zeetha na
pastwę losu. Fvorn i Zeeth zawsze byli dla niej mili, nigdy nie
okazywali przy niej lęku, nawet po tamtym incydencie.
Gdy tak patrzyła, Geonosjanin zamachnął się piką na Zeetha i mistrz
Klefan zerwał się, by odeprzeć atak. Gdy kolejni insektoidzi zbliżali
się ku odizolowanym Jedi, Iskat wiedziała, że nie może tak po prostu
pobiec za resztą. Cofnęła się korytarzem w stronę Zeetha, a gdy
geonosjański wojownik odskoczył od ściany, by przypuścić atak, kucnęła i przepołowiła istotę mieczem świetlnym. Nim to do niej dotarło, nim mogła
zamrugać, by wyrzucić z głowy obraz górnej połowy ciała zsuwającej się z dolnej, wyrósł przed nią kolejny wróg.
A wtedy stało się coś pięknego.
Myśli i zmartwienia Iskat gdzieś uleciały i stała się...
Pieśnią, wierszem, tańcem.
Istotą czystej koncentracji, skupioną na jednym celu.
Na zabijaniu.
Geonosjanie roili się, a ona siekała, unikała, skakała, parowała,
kopała, pchała, dźgała łokciami i biła z pięści, rzucała i łapała,
robiła salta i zanurzała ostrze w kolejnych ciałach. Nie powstrzymywała
się przed niczym, nie martwiła się, że robi coś źle. Zapomniała o Charlin, Onielle i ich ciągłych podejrzeniach, zapomniała o poważnym
spojrzeniu mistrzyni, o własnej obietnicy, że będzie poszukiwać
wewnętrznego spokoju. Istniała tylko Iskat, jej broń, jej ciało i wrogowie, którzy ją zabiją, jeśli tylko da im najmniejszą szansę. Czas
stracił wszelkie znaczenie, jej zmysły były w pełni skupione. Po raz
pierwszy w życiu nie walczyła o to, by ograniczać się i robić to, o co
ją proszono.
Po prostu stała się sobą. W pełni.
A wtedy odwróciła się z uniesionym ostrzem i odkryła, że zabrakło jej
wrogów. Zeeth nadal przytulał się do ciała przyjaciela, ale mistrz
Klefan wbijał wzrok w Iskat, jakby widział ją pierwszy raz.
- Dość, Iskat - powiedział, choć jego głos ledwie wyszedł poza szept. -
Już są martwi.
Świat zawirował, po czym odzyskał ostrość, a dziewczyna rozejrzała się
dookoła. Geonosjanie leżeli wszędzie, niczym zepsute lalki, ich broń
porozrzucana, ich żółta krew plamiąca kamienie. Iskat spojrzała w dół na
poobcierane kostki. Ta sama żółta krew splamiła jej dłonie i szatę na
łokciach. Jej miecz świetlny w okamgnieniu kauteryzował zadawane rany,
ale jej skóra nadal nosiła oznaki jej brutalności.
- Cóż za nietypowy styl walki - rzekł mistrz Klefan. Sposób, w jaki to
wypowiedział, sugerował, że to nic dobrego.
Iskat nie odpowiedziała. Bo niby co miała powiedzieć? Przytaknęła tylko
i wyłączyła broń. Odnotowała w duchu, iż jedną z wielu zalet miecza
świetlnego, o jakiej nigdy wcześniej nie pomyślała, jest to, że po
fakcie nie trzeba czyścić ostrza z krwi.
Wraz z mistrzem Klefanem postawili Zeetha na nogi i poprowadzili go
korytarzem, omijając truchła tuzina Geonosjan. Rodianin był w szoku.
Stąpał nierówno, pogrążony w żałobie.
- Raduj się, bo zjednoczył się z Mocą - powiedział łagodnym tonem mistrz
Klefan. - Pora na działanie, Zeethu. Później, gdy będziemy już
bezpieczni, wspólnie opłaczemy zmarłych. Ale teraz galaktyka cię
potrzebuje.
- Ale nie możemy go tak zostawić... - zaczął Zeeth, przystanąwszy w miejscu.
Mistrz Klefan złożył dłoń na ramieniu padawana.
- Nie chciałby, by inni zginęli, gdy jego dusza już uleciała w dalszą
drogę. - Jego dłoń przemieściła się na pierś chłopaka. - Twój przyjaciel
zawsze będzie towarzyszył ci w Mocy. Odnajdziesz go tutaj. Jest jak
światło, które nigdy nie gaśnie.
Cofnął dłoń, a Zeeth złożył długie palce na sercu i zamknął oczy.
- Naprawdę wyczuwam jego obecność - powiedział ze zdziwieniem, po czym
otworzył oczy. - Chciałby, żebym ruszył dalej.
Mistrz Klefan przytaknął z powagą i odwrócił się, a Zeeth podążył jego
śladem przez tunel. Iskat była zadowolona, że słowa Klefana mu pomogły.
Czuła, że nowo odnaleziona otucha Rodianina promieniuje przez Moc, ale w rozmowie pojawiło się coś, co wzbudziło w niej niesmak. Obejrzała się
przez ramię ku miejscu, gdzie spowite cieniem ciało Fvorna leżało wśród
martwych Geonosjan. Wszyscy byli tak samo martwi. Iskat zadrżała, nim
spojrzała przed siebie i przyśpieszyła kroku, by dołączyć do reszty.
Gdy dotarli do pozostałych padawanów czekających w cichym przedsionku,
Iskat odebrała ich niepokój. Liczni odczuwali zapewne to samo wrażenie
dojmującej pustki, jakiego doświadczyła, gdy po raz pierwszy odebrała
życie. Kilkoro drżało z szeroko otwartymi oczyma, pewnie w szoku.
Mistrzowie wokół utrzymywali stan pełnej gotowości i szeptali do
podopiecznych słowa otuchy. Dawna mistrzyni Zeetha, Gobi, obejmowała
swoją obecną padawankę. Mistrz Klefan udał się na przód, by poprowadzić
zespół misternie żłobionymi kamiennymi stopniami. Sember odłączyła się
od większej grupy i podeszła do Iskat. Dziewczyna wyczuła, że jej
mistrzyni jest osobliwie zaniepokojona.
- Spokój - odezwała się Sember i spojrzała wymownie na padawankę. -
Znajdź swój środek.
"Znalazłam" - prawie wymsknęło się Iskat, ale tylko przytaknęła. Te
spiralne schody były szersze i bardziej monumentalne niż poprzednie, a okrzyki zebranego na zewnątrz tłumu wydawały się niemal ogłuszające.
Iskat czuła wdzięczność wobec mistrzyni za ćwiczenia z kalisteniki, gdy
wspinała się coraz wyżej i wyżej z mieczem w gotowości. Schody wiodły ku
wielkim sklepionym drzwiom z ogromną szybą, przez którą przenikało
jaskrawe światło dnia. Gdy mistrz Klefan rozmawiał z Mace'em Windu przez
holowyświetlacz i czekał, aż wszyscy Jedi zbiorą się w miejscu,
dziewczynie wydawało się, że widzi świat z nowej perspektywy. Barwy były
jaśniejsze, dźwięki - ostrzejsze. Walka dodała jej pewności siebie,
jakiej nigdy do tej pory nie doświadczyła. Tak, wcześniej wykazywała się
siłą i umiejętnościami, ale nie prawdziwą biegłością. Teraz miała
wrażenie, że jest przygotowana nie w stopniu dopuszczającym, jak często
ujmowała to mistrzyni Sember, a wręcz błyskotliwym.
Z drugiej strony... biegłość w zabijaniu? Czy to aby na pewno powód do
dumy?
Coś, co czyniło dobrą Jedi?
Ma się tym chełpić?
Mistrzowie by tego nie pochwalali. Przypomnieliby jej, by wróciła do
kodeksu Jedi.
To, czego się dopuściła, stało się w obronie własnej. No i uratowała
Zeetha. Taki miała obowiązek.
Nie pora na uczucia, wymówki. Wiedziała, co musi zrobić.
Zamknęła oczy, ścisnęła amulet i zaczęła recytować w duchu mantrę.
"Nie ma..."
- Dlaczego ma całe zakrwawione dłonie? - szepnęła do Zeetha Onielle, na
tyle cicho, że przypuszczalnie nie słyszał jej nikt, kto nie dysponował
wyostrzonym słuchem Iskat, choć ta usłyszała ją siłą rzeczy. Takie już
jej przekleństwo: nikt nie wiedział nic o jej gatunku, więc nikt nie
miał pojęcia, że słyszała każdą opinię wyszeptaną na jej temat. -
Widziałeś, co się stało?
- Zabiła je wszystkie - mruknął Zeeth. - Tuzin. Zaatakowały mnie i mistrza Klefana, a ona je zabiła.
Charlin wciągnęła powietrze przez zęby.
- Ja jednego ugodziłam, choć nie śmiertelnie. To było straszne. Nie
wyobrażam sobie, by zabić ich tyle.
- A gdy wchodziła schodami, uśmiechała się - dodała Onielle.
Iskat zadała sobie trud, by zapanować nad twarzą. Wyjrzała przez drzwi
na rozpościerającą się poniżej ogromną arenę, gdzie przykuto łańcuchami
jeńców do postawionych w centralnym punkcie kolumn.
- Tylko ona z nas wszystkich tam została. Dobrze sobie poradziła -
odezwał się Tualon zza pleców Onielle. Iskat poczuła przypływ
wdzięczności do Twi'leka, który szczerze próbował kierować się słowami
kodeksu, nie tylko dlatego, że obserwowali ich mistrzowie.
Iskat poczuła na sobie chłodny wzrok Charlin.
- Nie musiała zostawać. Mistrzowie powiedzieli nam, co mamy robić, a ona
zrobiła... coś innego. Coś brutalnego. Najpierw Tika, a teraz to. Nie
czuję się komfortowo w obecności kogoś tak niebezpiecznego.
- To trzymaj się z dala od Mace'a Windu - zabrał głos mistrz Ansho,
naruszając krąg padawanów swoją obecnością. Jego duże czarne ślepia
mieniły się, a niebieskie głowoogony drgały, gdy potężny Nautolanin
taksował kolejno wzrokiem uczniów. - Czy nawet od mistrza Yody. Jedi
robią to, co konieczne. Jesteśmy na misji. To już nie jest szkolenie,
czasami zabijasz lub giniesz. Jestem pewien, że Iskat żałuje tego, co
musimy robić. Tak jak żałujemy tego wszyscy.
I tak - żałowała. Przynajmniej tamtego pierwszego. Była stosunkowo
pewna, że owadzie oczy umierającego Geonosjanina będą ją prześladować
przez całą wieczność.
A po tamtym pierwszym po prostu przestała spoglądać im w oczy.
To sporo ułatwiało.
Zastanawiała się, czy mistrzyni Vey zna to uczucie, czy sama zgładziła
jakichś Geonosjan w dalszej części tunelu. Sember udzieliła jej wielu
lekcji, ale bardzo niewiele dotyczyło śmierci i przemocy. Iskat
podejrzewała, że życie, które dla niej planowała, miało być spokojne,
wolne od prowokacji.
Ale sądząc po dzisiejszej misji, pokój nie był już możliwy.
Na wprost mistrz Klefan zatrzymał się wśród cieni przy sklepionych
drzwiach wiodących na arenę i schował do kieszeni holowyświetlacz.
Syknięcia, wiwaty i kliknięcia rozległy się tak głośno, że Iskat
natychmiast zrozumiała, iż tych dwudziestu napotkanych do tej pory
Geonosjan było jedynie ziarnkami piasku na plaży. Na trybunach
znajdowały się ich bowiem całe tysiące, a to, co działo się na arenie,
nie miało prawa być dobre.
- Obi-Wan Kenobi, Anakin Skywalker i senator Amidala walczą o życie -
oznajmił poważnym tonem mistrz Klefan. - Zebrani na widowni pewnie nie
są uzbrojeni, ale mimo to mogą nas zaatakować, tak jak zrobią to
strażnicy i ochroniarze. Nasi zwiadowcy odkryli na tym poziomie kilka
dział. Szukamy też blasterów sonicznych i karabinów blasterowych. Nie
chcemy, by ktokolwiek z trybun celował w naszych na ziemi. Padawani,
trzymajcie się mistrzów. - Kiwnął głową w stronę drzwi.
- Pamiętaj o swoim szkoleniu - przekazała uczennicy mistrzyni Sember. W jej oczach widniało coś ciemnego i badawczego. Gdy pobiegła przez drzwi,
Iskat podążyła jej śladem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki