Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
SZEŚĆ BILIONÓW SŁOŃC - A TU ANI JEDNEGO
I
Na Polyneusie, gdzie Wyl Lark się urodził,
a następnie został poprowadzony ku dorosłości przez Sun-Lamów Matki Rodu
Hik'e, słowo "miasto" oznaczało tyle co "ogród". Osady na Polyneusie
pięły się ścianami kanionów niczym mech; wyrastały z leśnego podszytu,
uprawiane i doglądane przez mieszkańców. Na Klifie, gdzie Wyl nauczył
się ujeżdżać suravki, ulice ulegały podtopieniom i zmieniały się z każdym nadejściem monsunu, a mieszkańcy modyfikowali układ domostw w zależności od tego, co z rzeźbą terenu zrobiły przypadek i opadająca
woda.
Odkąd opuścił Polyneusa, Wyl odwiedził liczne światy. Dopiero na Troithe
pojął, że tak naprawdę jeszcze nigdy nie widział na oczy miasta.
Silniki myśliwca przechwytującego RZ-1 grzmiały, gdy zapikował, by odbić
od masywnej fasady z ciemnoniebieskiego metalu i od złoconych łuków.
Mknął między drapaczami chmur i pod torami kolejowymi. Ponad szeregami
cyfrowych tablic reklamowych unosiły się projektory solarne, które
rzucały południowe światło. Połyskując jasno na tle czarnego nieba,
prowadziły Wyla przez miejski gąszcz.
- Nie mów, bracie, że uciekasz? - Głos dobiegający z komunikatora był
ledwie słyszalny, zagłuszany przez silniki A-winga. Nath Tensent wydawał
się rozbawiony.
- Nie uciekam - odparł Wyl. - Zataczam pętlę.
- Spora ta pętla. Zniknąłeś mi z sensorów.
- Pewnie dlatego, że twój sprzęt jest starszy ode mnie - rzucił
półprzytomnie Lark, a do tego zapomniał się uśmiechnąć. Wleciał pod
kątem w obłok dymu. Gdy zwalniał, drobinki popiołu uderzały o poszycie
kadłuba. Siłował się z przepustnicą i repulsorami. Spoglądał wyłącznie
na odczyty radaru - przez iluminator nie widział niczego. Żołądek
podszedł mu do gardła, gdy A-wing opadł o sto metrów i opuścił obłok.
Na sterburcie wyłonił się wielopiętrowy parking śmigaczy. Ze szramy na
wysokości trzeciego poziomu buchały płomienie - źródło kłębów dymu.
Kolejne dwie kondygnacje stanowiły cel karmazynowych wiązek energii,
które szatkowały metal i odkształcały durabetonowe płyty. Wyl oddalił
się od płomieni i wpadł pod ostrzał. Osłony skwierczały, a uprząż
boleśnie kąsała, gdy odbijał ostro w bok.
Daleko w dole ujrzał chodnik. Na bulwarze ścierały się dwie grupy
walczących. Wiązki energii uderzające w parking (a obecnie i w jego pole
ochronne) wymierzone były w transportowiec UT-60D U-wing, który wisiał
dwadzieścia metrów nad jedną z frakcji i walił ze wszystkich dział w stronę przeciwnika. Wyl ocenił sytuację w niespełna sekundę, sterując na
czuja. Przed oczyma nadal miał mroczki.
- Kairos? - zagaił. - Potrzebujesz wsparcia?
Zrobił unik, by nie zderzyć się z metalową iglicą - dekoracyjnym
elementem architektury lub komponentem przestarzałej technologii, tego
nie był pewien - gdy z komunikatora wydobył się niski dźwięk.
"Zaprzeczenie". Wyl aż skrzywił się na ryk dział laserowych U-winga.
- Kairos potrzebuje jednego. - Znów usłyszał głos Natha. - Abyśmy zajęli
się celem. Za mniej więcej dziesięć sekund podchodzę do ataku. Wolisz
górę czy dół?
- Górę - odparł Wyl, po czym poprowadził myśliwiec aleją prostopadłą do
bulwaru. Powiódł wzrokiem po wypełniającej widnokrąg panoramie miasta -
kopułach wieńczących dachy oper, spiralach galerii handlowych,
konstrukcjach z ułożonych w stosy sześcianów o popękanych kryształowych
ścianach, gdzie dawniej odbywały się wydarzenia sportowe - i skupił się
na tytanicznej metalowej bestii, brnącej w jego stronę na czterech
pajęczych odnóżach. Do jej wygiętego korpusu dosztukowano owadzią głowę,
która w miejscu żuwaczki miała drgające działa, a zabrudzony pyłem i popiołem pancerz nosił ślady po blasterowym ostrzale. Choć na tle
okolicznych budynków potwór wydawał się mały, poruszał się między nimi
niczym drapieżnik wśród traw.
Wyl znał bestię z hologramów. Sata Neek i Sonogari opowiadali historie o imperialnych maszynach kroczących, mogących zrównać z ziemią kosmoport.
Ten konkretny potwór był przeznaczony do transportu ładunków -
przynajmniej tak stwierdził któryś z piechurów - ale wystarczyłby jeden
celny wystrzał, by spopielić tuzin żołnierzy.
Wyl zatem wybrał "górę". Popędził ku głowie maszyny, by odwrócić uwagę
sterujących nią pilotów. Wykręcił beczkę, unikając serii strzałów.
Wzniósł się pomimo tego, że salwa mogła naruszyć pobliskie budowle:
przebić kopuły oper i roztrzaskać kryształowe areny sportowe - obrócić w pył dzieje Troithe.
Jednak piechota Nowej Republiki będzie bezpieczna.
Zmniejszył ciąg, by mogły go namierzyć systemy celownicze maszyny.
Działa huczały tak głośno, że aż drżały mu kości. Salwy rozświetlały
okolicę niczym błyskawice. Trząsł się w siedzisku, a jego hełm uderzał o zagłówek. Starał się być o krok przed nieprzyjacielem.
- Widzisz? - szepnął. O mało nie ugryzł się w wargę, gdy A-wingiem
szarpnęło. - Nadciąga Nath. Jeszcze tylko kilka sekund.
Punkcik na radarze stawał się coraz jaśniejszy.
- Znów rozmawiasz ze swoją maszyną? - spytał Nath.
Wyl zaśmiał się, głośno i bez skrępowania. Zauważył Y-winga, myśliwiec
bombardujący Natha, który pędził dziesięć metrów ponad bulwarem.
Przeleciał obok maszyny kroczącej, z dala od jej strefy ostrzału, a bombowiec wypuścił ładunki. Rozległ się potężny grom. Wyl zatoczył
pętlę, gotów zapewnić ogień osłonowy Nathowi, by ten mógł przeprowadzić
drugi nalot, jednak po poszyciu nieruchomej maszyny kroczącej tańczyły
już wyładowania łukowe.
- Torpedy jonowe, bezpośrednie trafienie - zameldował Nath. - Chyba
wystarczy.
Maszyna krocząca uniosła jedną kończynę. Metalowe wsporniki i tłoki
drżały artretycznie. Głowa bestii pochyliła się, a jej środek ciężkości
uległ przesunięciu. Grawitacja zrobiła swoje. Wyl przyglądał się, jak
maszyna krocząca - najpierw powoli niczym liść spadający z drzewa
jesienią, a potem gwałtownie niczym lawina - opada na ziemię.
Okrągła wieża upstrzona zepsutymi ekranami reklamowymi, balkonami
restauracji i witrynami butików ucierpiała najbardziej. Truchło
padającej bestii zahaczyło o jej elewację mniej więcej na wysokości
siódmego piętra. Naruszyło strukturę budowli i przełamało metalowe
elementy nośne. Po pancerzu maszyny nadal rozchodziły się wzburzone fale
energii, które sprawiły, że odsłonięte nagle przewody i systemy
zasilania wieży zajaśniały bielą. Gdy głowa potwora uderzyła w durastal,
Wyl odniósł wrażenie, że konstrukcja zaczęła falować. Usłyszał dźwięk
przypominający atak moździerzowy, gdy piętro po piętrze budynek zaczął
zapadać się wśród kłębów płomieni i gruzów.
Po chwili powalona bestia zajęła się ogniem, który zdawał się pożerać ją
od środka, po czym całkowicie zniknęła wśród zgliszczy. Unoszący się pył
zakrył obraz zniszczenia, choć nadal słychać było jego odgłosy.
Przez komunikator rozległ się rechot.
- Coś czuję, że ją trafiliście. Ale dziękuję za pomoc. - Głos należał do
kobiety, której Wyl nie rozpoznał.
Zwiększył pułap i zatoczył pętlę, chcąc przebić się przez tumany pyłu i zawrócić ku piechocie. Zmusił się, by nie obejrzeć się za siebie. Osłonę
kokpitu pokrywała gruba warstwa sadzy.
- To co, skończyłaś swoją misję? - spytał Nath.
- Chyba twoją misję - odparła
kobieta. - Wkrótce powinien odezwać się oddział szturmowy. Nie ukrywam,
cieszę się, że zniszczyliście tamtą wieżę, idealnie nadawała się na
gniazdo snajperskie.
Wyl sprawdził odczyty radaru. Okazało się, że prócz niego w powietrzu są
tylko Nath i Kairos. Spojrzał w dół na bulwar i piechotę. Żołnierze
ostrożnie wycofywali się, oddalając się od wzbierających tumanów pyłu i cienia rzucanego przez U-winga.
- Nie widzieliście żadnych cywili? - spytał opanowanym tonem.
- Żadnych od sześciu godzin, odkąd zjawiliśmy się w dzielnicy. - Kobieta
nagle przerwała, by wykrzyczeć rozkaz do wycofujących się piechurów. -
Według odprawy to centrum teatralno-rozrywkowe. Mocno doinwestowane na
początku panowania Imperium, teraz właściwie opustoszałe.
"Właściwie opustoszałe to żadna
gwarancja".
- Zrozumiano - odparł Wyl. - Utrzymamy pozycję do odwołania.
- Przyjęłam. I przekaż waszemu U-wingowi, że zasłania nam światło.
Tym razem Wyl się uśmiechnął. "Gdyby tylko było tu jakieś światło, które
U-wing mógłby zablokować" - pomyślał, ale mimo to przekazał wiadomość
Kairos, sunącej za oddziałem w odległości ledwie dziesięciu metrów.
Blask pochodzący od projektorów solarnych nie stał się ani trochę
jaśniejszy.
- Co im tak matkujesz? - sarknął Nath.
Kairos nie odpowiedziała.
Wyl w zamyśleniu wodził dłonią po konsolecie w poszukiwaniu trzeszczącej
płytki. Kłęby dymu nadal unosiły się w powietrzu, ale powoli już się
rozpraszały. Wyl to myślał o skali destrukcji, to o oddziale szturmowym,
przedzierającym się przez niższe poziomy miasta.
- Byliśmy tak ostrożni, jak to możliwe - zapewnił go Nath. Przełączył
się na prywatny kanał. - Tak, budynek cieszył oko, ale nie ma co ronić
za nim łez.
- Wiem - odparł Wyl. - Zaraz się pozbieram.
- Cel osiągnięty! Zgarnęliśmy trzech imperialuchów partyzantów. Skuci i gotowi do przesłuchania. - Z głośników dobiegł głos kobiety. - Oddział
szturmowy wykonał robotę, do której wy, skrzydlaci, jesteście o sześć
ton za ciężcy.
- Zrozumiano. - Wyl skupił się na konsolecie. Zmienił ustawienia systemu
łączności i połączył się z siecią dalekiego zasięgu planety Troithe. -
Sprawdźmy, czy możemy nadać sygnał, w końcu to niegrzecznie kazać
ludziom czekać.
II
Według map astrogacyjnych Cerberon był układem - i był nim w istocie,
choć nie układem gwiezdnym, jako że w promieniu pół roku świetlnego nie
znajdowała się ani jedna gwiazda. Nie, planety, księżyce oraz pasy
asteroid i kosmicznego śmiecia krążyły wokół cerberońskiej osobliwości:
przypominającej płonące oko czarnej dziury, której hebanową źrenicę
okalała tęczówka ognistej materii. Za kilka tysięcy lat Troithe,
Catadra, Verzan i pozostałe cerberońskie światy padną ofiarą jej
przyciągania - siły znacznie przewyższającej tę, jaką dysponowała
dowolna imperialna machina zagłady. A po kilku tysiącleciach ten sam los
czekał pobliskie gwiazdy.
Na tle świecących przestworzy gęstego regionu Głębokiego Jądra czarna
dziura charakteryzowała się tym, że była zarazem najjaśniejszym i najciemniejszym ciałem niebieskim na firmamencie. Chass na Chadic
zachodziła w głowę, jak można zamieszkiwać układ Cerberon i nie
zwariować. Wydawał się miejscem niemal niewartym walki - jednak
wierchuszka Nowej Republiki była przerażona, że Cerberon mógłby posłużyć
za skrót między poszczególnymi układami regionu Światów Jądra. Wyglądało
na to, że by zwyciężyć w wojnie, należało podjąć walkę o głupie rzeczy.
Oderwała wzrok od iluminatora i spojrzała ku otaczającemu ją polu
asteroid. Ostrożnie przesunęła główny płat myśliwca szturmowego B-wing
tak, by znalazł się pod kabiną pilota. Nad jej głową leniwie przeleciał
skalny odłamek. Ostatnio tak często latała w atmosferze, że zdziwiła
się, gdy kokpit nie zadrżał w odpowiedzi. Zwiększyła ciąg, poruszyła się
w uprzęży i spytała:
- To na czym skończyłam? Nim trafiłyśmy na asteroidy?
Z komunikatora dobiegł kobiecy głos - skwierczący niczym osmalona kość
wyciągnięta z ogniska.
- Konglomerat handlowy Slipglass.
- Racja. No więc Imperium przekazało Slipom pełną kontrolę nad
transportem na planecie Eufornis Minor. Bez kodu sekwencyjnego nie
pojedziesz kolejką, a co dopiero mówić o locie promem. No i co? I utknęłam w tym bagnie po uszy. Jak myślisz, co zrobiłam?
- Zatroszczyłaś się o własny transport - odparł głos.
Chass zaśmiała się.
- Prawda? Nigdy takiego nie pilotowałam, ale mój gospodarz miał leciwego
śmigacza powietrznego marki Voltec Skyhopper. Ledwie działał. Pewnej
nocy gospodarz zaczął znów dopytywać o mój
gatunek. Uznałam, że pora się zwijać. Zakradłam się do środka i zaczęłam zaznajamiać się z kontrolkami, przycisk po przycisku...
Opowieść była kłamstwem - no, może nie każde słowo, ale wystarczająco
wiele z nich, by zasłużyć na to miano - jednak z radością brnęła dalej.
Wymyślała coraz bardziej absurdalne perypetie, gdy jej B-wing dryfował
wśród asteroid. Opowiedziała o długim na łokieć pasożycie znalezionym w przegrodzie silnikowej śmigacza, który rozciągnął się wokół jej różków;
o manewrowaniu przez burzę, gdy uciekała przed planetarnymi siłami
bezpieczeństwa; o strzelaniu do droidów Slipów, gdy wylądowała na
obrzeżach kosmoportu. Była niemal pewna, że ta ostatnia opowieść wzbudzi
wątpliwości - z tego co wiedziała, Voltec nie produkował skyhopperów
wyposażonych w działka - ale rozmówczyni nie zaprotestowała.
Ścisnęła drążek sterowniczy, gdy nagle na sterburcie rozbłysło
karmazynowe światło. Zobaczyła lecące w jej stronę skalne odłamki i usłyszała głos:
- Asteroida mogła sprawić ci kłopot. Leć dalej.
Chass wzruszyła ramionami i kontynuowała kurs. Rozciągnęła opowieść do
granic możliwości, aż wreszcie dotarła do końca:
- ...aż nareszcie opuściliśmy planetę i zdołaliśmy wywołać Eskadrę
Ogarów. Pod koniec cieszyłam się, że wracam.
"Przecież wiesz, że to kłamstwo -
pomyślała. - Musisz już wiedzieć.
Eskadra Ogarów była znacznie później".
"Ile jeszcze zamierzasz puścić mi płazem?"
- Wyobrażam sobie - odparła Yrica Quell.
Chass prychnęła i zadarła brodę. Mało brakowało, a drasnęłaby płatem
kolejną asteroidę.
- Coś cię śmieszy? - spytała bez cienia ironii Quell.
"Może mnie przedrzeźnia - pomyślała Chass - a może chce się ze mną
zaprzyjaźnić". Tak czy owak, rozmowa z Quell bawiła ją, ale nie tego
spodziewała się po kobiecie, dla której chaos był czymś porównywalnym z beknięciem w towarzystwie. Wyobraziła sobie jej twarz - blond loki pod
hełmem, ostry nos, śniada cera i oczy wpatrujące się ponuro w ciemność.
- Nic takiego - rzuciła. - Cel niemal w zasięgu. Możemy zaczynać?
- Zespół naziemny dał zielone światło. Imperialni bojownicy pochwyceni.
Nie zdołali wezwać pomocy. Teraz... - przerwała. Chass usłyszała cyfrowe
pikanie i ostre przekleństwo.
- Nadal nie doszłaś do ładu z nowym droidem? - spytała.
- Wszystko gra - odparła Quell. - CB-9 chciał po prostu wtrącić swoje
trzy kredyty, ale jak miałam zamiar powiedzieć, teraz zabierzemy się za
ich kolegów.
Chass zmieniła tor lotu i pociągnęła za dźwignię. Serwomotory
zazgrzytały, gdy płaty szturmowe myśliwca zmieniły układ i B-wing
przyjął kształt krzyża. Powiodła wzrokiem po kontrolkach, gdy komputer
automatycznie zmienił dystrybucję mocy i ciepła. Działa jonowe zbudziły
się ze snu. Główna wyrzutnia rakiet wysłała sygnał pełnej gotowości;
wyrzutnia druga wyświetlała się jako niesprawna od czasu Pandem Nai, ale
Chass wiedziała swoje. Gdy będzie jej potrzebować, ta stanie na
wysokości zadania.
Wreszcie na koniec zabrała się za system łączności. Niskie bębnienie i szybki wokal w języku huttyjskim przebiły się przez szumy i wypełniły
kokpit: narvathański retro-shudder z audiochipa, który zajumała
podchmielonemu frajerowi w Zachodnim Krańcu. Zadowolona, rozsiadła się
wygodnie i posłała w przestrzeń pierwszą torpedę.
Celem była asteroida rozmiarów orbitalnej stacji bojowej. Torpeda, która
błyszczała na tyle jasno, by oślepić wszystkich w promieniu kilometra,
rozkruszyła kawał skały wielkości góry, ale reszta asteroidy pozostała
nienaruszona. Chass wystrzeliła drugi pocisk, po czym przełączyła broń i posłała w przestrzeń strumień laserowego ognia. Śpiewała, prowadząc
ostrzał. Pozwoliła, by muzyka określiła rytm destrukcji. Zmieniła
wektor, by w trakcie przelotu zasypać skałę salwami. Spojrzała na
skaner. X-wing Quell znajdował się na jej skrzydle. Był gotów wykonać
ruch, ale na razie pozostawał w odwodzie.
Obserwowała eksplozje torped. Poruszała się w rytm muzyki i co pewien
czas monitorowała zmniejszające się zasoby. Ledwie zwracała uwagę na
odczyty radaru, gdy nagle przez muzykę przedarł się głos Quell.
- Myśliwce. Oddal się od skały i sprawdź tarcze.
Chass powiodła wzrokiem od radaru do asteroidy. Chwilę później ujrzała
migające jednostki, które wylatywały ze szczeliny niczym słup wody z gejzeru. U wylotu leciały w zwartym szyku, a następnie rozpraszały się.
Naliczyła co najmniej tuzin myśliwców - podstawowych jednostek typu
TIE/ln o dwóch szerokich, płaskich panelach chroniących przypominający
gałkę oczną centralny kokpit.
W rękach uzdolnionego pilota myśliwiec TIE stawał się nożem - smukłą,
szybką bronią, zdolną zadawać śmiertelne ciosy powolnym bestiom pokroju
B-winga. Pod kontrolą bardziej przeciętnych osób myśliwiec TIE był
statkiem-dziwolągiem z doczepionymi działkami. Niezdarnym i bezbronnym.
Eskadra Alfabet przebywała w układzie Cerberon wystarczająco długo, by
Chass wiedziała, czego się spodziewać.
- Spójrz tylko - rzuciła. - Nie potrafią nawet utrzymać szyku.
Quell burknęła, ale nie zaprzeczyła. Wrogie myśliwce podzieliły się na
klucze. Gdy oddaliły się od szczeliny, wyłoniła się zeń ostatnia
jednostka: prom towarowy, niesymetryczny i kanciasty, z czterema
skrzydłami, a przecież to rozwiązanie wyszło z mody przed
kilkudziesięciu laty. Chass podała na głos współrzędne promu i powiedziała:
- Wygląda na to, że ucieka. Chcesz go gonić?
- Nie.
- To po to tu tkwimy?
- Tak - odparła Quell. - Skoro wyeliminowaliśmy kryjówkę imperialnych na
Troithe, doskonale wiemy, dokąd zmierza. Ale nie możemy dopuścić do
tego, by uświadomili sobie, że pozwalamy im uciec.
Osiem TIE-ów zajęło pozycje między republikańskimi myśliwcami a promem.
Podzieliły się na cztery grupy po dwie jednostki i trzymały się blisko
asteroid.
- Możemy to rozegrać na dwa sposoby - zasugerowała Chass. - Wróg ma
przewagę liczebną, więc możemy albo dać drapaka, albo związać go walką,
ale tak, by przypadkiem nie wygrać. Znasz moje zdanie.
Chass podejrzewała, że zna też zdanie Quell. Ale wszystko było lepsze
niż powrót do bazy, leżenie na pryczy i oczekiwanie na następną misję.
Narvathański retro-shudder dobiegł końca i zaczęła się nowa, piskliwa i szybka piosenka w nieznanym jej języku.
- Sześćdziesiąt sekund lotu - zaproponowała Quell. - Jeśli się nam
poszczęści, rozwalimy na kawałki jedno z dużych ciał pasa i zwiniemy się
wraz z odłamkami.
Chass zaśmiała się, przeniosła zasoby mocy do osłon i popędziła ku
nieprzyjacielowi. Może i Quell się zmieniła, ale podobała się jej ta
nowa wersja.
- Zgoda. Tylko trzymaj je z dala ode mnie, dobrze?
Myśliwce TIE pozostawały blisko asteroid, które zapewniały im osłonę.
Plan nie brzmiał źle, ale można było pokrzyżować im szyki w bardzo
prosty sposób: Chass wcisnęła spust i wypełniła niebo laserowymi
błyskawicami, by naruszyć spokój asteroid i posłać granitowe odłamki we
wszystkie możliwe strony. Tarcze B-winga zamigotały, smagane kawałkami
skał. Jeśli wybitnie się jej poszczęści, jeden z nich przebije silnik
pechowego, pozbawionego osłon TIE-a, ale tak naprawdę chciała jedynie
zrobić bałagan, by zredukować skuteczność radarów - i tu odniosła
sukces.
Obrała cel, a Quell miotała się to w jedną, to w drugą stronę, by
przechwycić pierwszą parę zmierzających w ich kierunku TIE-ów. Instynkt
podpowiadał Chass, co może się zdarzyć za chwilę - mogła zwyciężyć na
tuzin sposobów i ponieść klęskę na pięćdziesiąt kolejnych. Jednak
ostatnie tygodnie nauczyły ją, że nie sposób polegać na śmierci.
Ver-zan, pozbawiony atmosfery świat-garnizon układu, stanowił fortecę,
która padła pod ostrzałem "Gwiazdy Przewodniej" i bombami protonowymi
Eskadry Alfabet. Świątynie i pałace Catadry zajęły się ogniem, gdy
obrońcy szyli mizernymi salwami z turbolaserów. Grupa bojowa przejęła
główny kosmoport na Troithe po niespełna dobie walki. W przypadku
układu Cerberon nie mieli poczucia, że jedno przegrane starcie zwiastuje
kres wojny, jak to było z Rebelią. Nie istniała porażka, po której Nowa
Republika nie mogła się podnieść; nie w obliczu osłabionych i porozrzucanych szczątków Imperium.
Tak, ludzie umierali. Ginęła piechota. Ale nieprzyjacielowi nieustannie
brakowało myśliwców TIE, a śmierć ponosili nie bohaterowie, lecz głupi i nieostrożni.
Nie tego pragnęła Chass, ale uznała, że równie dobrze może się zabawić.
Wycelowała i wystrzeliła w kierunku pierwszego z TIE-ów w tej samej
chwili, w której X-wing Quell rozerwał drugi. Skierowała drążek
sterowniczy na bakburtę, ledwie unikając salwy przelatującego obok
wroga. Jednak zamiast udać się za nim w pogoń, skoncentrowała się na
sześciu nadciągających jednostkach, które w mig skracały dystans.
- Przynajmniej jednego muszę zdjąć - burknęła pod nosem, posyłając
szybkie pulsy w stronę skłębionych maszyn.
- Ja się zajmę promem - oznajmiła Quell. - Powodzenia.
Chass na poły prychnęła, na poły zaśmiała się, gdy X-wing przemknął
między asteroidami i posłał dziką salwę w kierunku wroga, którego sama
już nie widziała. Siedem ocalałych TIE-ów zmieniło kurs, by ją osaczyć -
jednego zestrzeliła, drugiego osmaliła, po czym przeleciała przez
szmaragdową smugę. Jedna z pobliskich asteroid płonęła, a ze szczeliny w jej powierzchni wydobywał się jakiś łatwopalny gaz. Zwróciła się rufą w kierunku płomieni. Zastanawiała się, co zrobić, by przetrwać starcie.
Wzmocniła przednie osłony. Nie zdziwiła się, gdy lecący najbliżej TIE
posłał w jej stronę serię, lecz sam eksplodował. Przez chmurę ognia
przebił się przypominający sztylet myśliwiec przechwytujący typu A-wing.
Nadlatujący zrobił pętlę i od razu wyeliminował kolejnego wroga.
- Wiedziałaś, że są w drodze? - spytała Chass, choć irytacja w jej
głosie była nieco na wyrost.
- Wiedziałam - potwierdziła Quell. - Dostałaś swoje sześćdziesiąt
sekund.
Chass spojrzała na konsoletę. Ponieważ radar nadal zaśmiecały odłamki
skalne, nie mogła rozpoznać U-winga ani Y-winga, ale była pewna, że
gdzieś tam są.
- Też się cieszę, że cię widzę. - Z komunikatora dobiegł głos Natha. -
Włącz nam jakąś muzę i zajmijmy się ratowaniem twojego tyłka.
III
Przywodzący na myśl skomlenie umierającego zwierzęcia jazgot muzyki
Chass wypełnił kokpit, gdy Nath Tensent wlókł się na pole bitwy. T5
konfigurował dysze silników, ale Nath śmiał wątpić, czy astromechowi uda
się jeszcze coś wyciągnąć z leciwego Y-winga.
- Wystarczy, że utrzymamy kurs - powiedział, na co bombowiec gwałtownie
odbił w bok.
"Jeśli się spóźnię - pomyślał - wszystkim wyjdzie to na dobre". Po
starciu z imperialną maszyną kroczącą i tak skończyły mu się bomby i torpedy.
Quell wydawała rozkazy. Nath posłał kilka błyskawic w kierunku wroga.
Raz omal nie trafił TIE-a, ale los chciał, że ten został zestrzelony
przez Kairos. Pilotka U-winga nie była asem przestworzy ani mistrzynią
taktyki. Nath często zapominał, że była kimś więcej niż osobą
zapewniającą wsparcie na powierzchni. Niesłusznie, bo Kairos potrafiła
nieźle przyłożyć wrogowi i w przestworzach.
Tymczasem Chass obróciła w popiół więcej TIE-ów, niż powinna, lecąc
B-wingiem. Nim Nath zbliżył się na optymalną odległość strzału, na polu
bitwy pozostał złom oraz asteroida, która płonęła niczym rdzeń reaktora
jądrowego w trakcie katastrofy.
- Trudno powiedzieć, co może okazać się łatwopalne - skwitował. -
Gotowi? Mamy polować na ocalałych?
- Jeden z TIE-ów zderzył się z tamtą płonącą asteroidą - odparł Wyl. -
Zrobię przelot dla spokoju ducha.
"Biedaczyna" - pomyślał Nath i z uśmiechem pokręcił głową.
- Streszczajmy się - zarządziła Quell. - Kairos, trzymaj się Larka, na
wypadek, gdyby na coś wpadł. Chadic, trzymaj się mnie. Przeczeszemy
okolicę w poszukiwaniu posiłków. Xion, przeskanuj wszystkie
częstotliwości. Upewnij się, że prom nie wzywa pomocy.
Wyl i Chass potwierdzili rozkazy. Kairos zajęła pozycję. "Wygląda na to,
że to ja jestem Xionem" - pomyślał Nath, ale nie skomentował pomyłki
Quell. Poprosił T5, by ten rozpoczął skan. Pozostali nie zauważyli, że
dowódczyni się przejęzyczyła.
- To jak, udała wam się ta parszywa szpiegowska robota, którą
zaplanowaliście z Adanem? - spytał.
- Dam ci znać, gdy dobiegnie końca - odparła Quell.
Wkrótce potem skończyli i obrali trasę na Troithe. Pięć jednostek
wylatywało z pasa asteroid. Zsynchronizowały komputerowo prędkości, by
utrzymać zwarty szyk. Przeleciały nad poszarpanymi górami i pobliskim
morzem, a potem skierowały się ku jednemu z nieekranowanych sektorów
rozległego miasta-kontynentu.
Projektory solarne, jeszcze niedawno bladożółte, teraz oblewały
stłumionym niebieskim światłem pogrążone w mroku niszczejące drapacze
chmur i opuszczone strefy przemysłowe - świadectwo tysięcy lat rozwoju,
transformacji i żywiołowości, które osiągnęły wartość szczytową na długo
przed powstaniem i upadkiem Imperium. Wieki temu Troithe dorównywało
Coruscant jako kosmopolityczny klejnot Republiki. Miasto rozlewało się
na pół planety. Zamieszkiwały je miliardy obywateli - w tym liczni
przedstawiciele najznamienitszych republikańskich rodów
arystokratyczno-kupieckich.
Troithe było planetą, za jaką chciałyby uchodzić pokryte rdzą światy
Środkowych Rubieży: centrum przemysłu i innowacji, gdzie rano zdolny
rzemieślnik może opracować moduł kognitywny, by po południu udać się na
koncert, a nocą nadzorować budowę armii nowatorskich droidów. Co z tego,
skoro Troithe i tak podupadło. Coruscant, które od dawien dawna
stanowiło polityczne centrum Republiki, ściągało migrantów z tysięcy
republikańskich światów członkowskich i zaprzyjaźnionych światów
neutralnych. W efekcie sektor po sektorze, poziom po poziomie powstawały
kolejne moduły mieszkalne. Coruscant w pewnym momencie zaczęło
prześcigać Troithe i pod względem potencjału przemysłowego -
przyciągnęło do pracy ręce i umysły przedstawicieli niezliczonych
gatunków.
I gdy produkcja na Coruscant prężnie się rozwijała, na Troithe
podupadała zarówno ze względu na czynniki nieuniknione (wyczerpanie
cennych zasobów mineralnych wyeksploatowanego kontynentu, zmniejszająca
się dostępność układu Cerberon w Republice rozwijającej się w kierunku
Kolonii i Wewnętrznych Rubieży, a także stopniowa degradacja orbity
planetarnej Troithe powodowana przyciąganiem czarnej dziury), jak i te
do uniknięcia, które jednak zostały zlekceważone (krótkotrwała wojna
domowa między wielogatunkową podklasą i przeważającą liczebnie populacją
ludzką - konflikt w części podżegany przez ambitny, żądny zysków ród
arystokratyczno-kupiecki). W chwili wybuchu wojen klonów Troithe
znajdowało się na równi pochyłej. Z każdym rokiem licząca miliardy
populacja malała. Z roku na rok zamykała się kolejna fabryka, a mieszkańcy porzucali kolejną dzielnicę.
Wielu mieszkańców Troithe z nadzieją wysłuchiwało obietnic Imperatora
Palpatine'a, który chętnie rozprawiał o rozwoju i powrocie planety na
galaktyczną scenę. Fakt, że niektóre spośród tych obietnic zostały
dotrzymane - w efekcie po dziś dzień spora część obywateli sympatyzowała
z Imperium. Między innymi dlatego przejęcie Troithe tak się ciągnęło.
Usiane drapaczami chmur wzgórza przechodziły w kotlinę wypełnioną
niskimi metalowymi platformami i sieciami rusztowań. Wzdłuż dróg i pasów startowych ciągnęły się namioty i schronienia z prefabrykatów. Za
enklawami uchodźców wyrastały hangary i ciągnęła się płyta zajęta przez
tuziny frachtowców, korwet i myśliwców. Pośrodku całego zgiełku
spoczywała "Gwiazda Przewodnia", starzejący się krążownik szturmowy typu
Acclamator, który przetransportował Natha wraz z kompanami tam i z powrotem przez pół galaktyki.
- Już stąd czuć osmalone poszycie - zauważył Nath. - Starowinka stoi tak
od tygodni i nadal czeka, aż ktoś ją porządnie namydli.
- Twój typ kobiety - odparła Chass, po czym prychnęła i zaśmiała się z własnego żartu.
Zamiast skierować się w stronę krążownika, myśliwce obrały kurs na
lądowisko oddalone o pół kilometra, a Kairos złamała szyk, by dołączyć
do pozostałych transportowców. Dwadzieścia minut później Nath posadził
Y-winga na płycie, poinformował obsługę o brakach amunicji (acz nie ufał
im na tyle, by wspomnieć o bardziej wymagających zadaniach) i wyswobodził z gniazda T5, by astromech mógł naładować akumulatory.
Wreszcie spotkał się z Wylem pod czarnym niebem i rozpoczęli powrotną
podróż w stronę krążownika.
Obaj mieli przepocone kombinezony, choć tego dnia było chłodno i bezwietrznie. Każdy trzymał hełm pod prawą pachą. Jednak poza
kombinezonami i sposobem poruszania się nie łączyło ich prawie nic. Nath
był szeroki w barach i umięśniony, a Wyla cechowała smukła budowa; Nath
miał ciemne, rzednące na skroniach, spięte w kucyk włosy, a Wyl był
szatynem o nienagannej fryzurze; barwa cery Natha przechodziła w mosiądz, a Wyl był oliwkowoskóry. Jednak choć różnica wieku między nimi
wynosiła niemal dwadzieścia lat, obaj szli dumnym krokiem typowym dla
młokosów.
Częściej odzywali się do tych, których mijali, niż do siebie nawzajem.
Gdy przemierzali płytę lotniska, Wyl pomachał z sympatią do dwóch
pilotów Eskadry Grad, którzy majstrowali przy swoich myśliwcach. Nath
wykrzykiwał żartobliwe zniewagi i dwuznaczne komentarze w stronę
spotykanych pilotów śmigaczy, a oni odpowiadali mu uśmiechami i ciętymi
ripostami.
- Widziałeś gdzieś Chass? - spytał po dłuższej chwili Wyl.
- Pewnie zniknęła tam, dokąd zawsze się udaje po misjach. Strzelam, że
do rana wróci.
Nie widzieli i Quell - Nath uznał, że już się kisi z Caernem Adanem w prowizorycznej siedzibie Wywiadu - ale spotkali Kairos, gdy na
horyzoncie wyrósł pokaźny kadłub "Gwiazdy Przewodniej". Nawet jeśli
milcząca kobieta w ogóle się pociła, nie zdradzały tego ani warstwy
materiału pokrywającego jej ciało, ani pokryta nitami metalowa maska
zakrywająca twarz. Pilotka zrównała się z nimi i we troje meandrowali
wśród holowników, wózków widłowych i skrzyni ze sprzętem, aż wreszcie
weszli po trapie na pokład. Wewnątrz rozległy hangar stanowił lustrzane
odbicie pobliskiego cywilnego obozowiska. W oczy od razu rzucały się
rzędy wielobarwnych namiotów, do nozdrzy docierał zapach oleju
skwierczącego na kuchenkach polowych, a do uszu - zgiełk setek rozmów.
Żołnierze pożywiali się, czyścili broń i przerzucali się czyjąś pomiętą
kurtką.
- Bohaterowie z Abecadła! - zawołał krzepki sierżant o włosach ściętych
na szturmowca. - Wróciliście, by szukać oklasków?
- Skoro już proponujecie, chętnie - odparł Nath.
Sierżant - Nath przypomniał sobie mgliście, że pozostali zwracali się do
niego Carver - głośno prychnął. Powiódł wzrokiem od Natha po Kairos,
ignorując Wyla, po czym skinął głową w stronę kobiety.
- Jedyna osoba, która na to zasługuje, nie szuka poklasku. Oddział
szturmowy przesyła wyrazy uznania - doskonale się tam spisałaś.
Kairos zdawała się nie słyszeć. Oddaliła się w kierunku jednego z korytarzy prowadzących w głąb krążownika. Jak na osobę, która często
ryzykowała życiem dla piechoty, nie wydawała się szczególnie
zainteresowana interakcjami twarzą w twarz.
Wyl też chciał się ulotnić, ale Nath przytrzymał go za ramię i wciągnął
w rozmowę z Carverem i tuzinem innych piechurów. Gdy Eskadra Alfabet
wykonywała misje dla Wywiadu Nowej Republiki, Sześćdziesiąta Pierwsza
Kompania Piechoty Mobilnej kontynuowała pochód przez kolejne dzielnice
Troithe. Wojna lądowa była wojną na wyczerpanie, a jej wynik wydawał się
przesądzony - podobnie, tak na dobrą sprawę, jak w całej galaktyce, mimo
że od czasu Pandem Nai nigdzie nie doszło do jednoznacznego zwycięstwa -
ale opowieści piechoty brzmiały wystarczająco ciekawie, by nie zachodzić
jej za skórę.
- Oczaruj ich wdziękiem - szepnął do Wyla Nath, gdy nabuzowana kobieta o przezwisku Tik opowiadała, jak sprzedała kosę dwóm imperialuchom w alejce. - Gdy zestrzeli cię wróg, będziesz ich potrzebował.
- Troithe ich potrzebuje - rzucił Wyl. - Potrzebuje ich generał
Syndulla. A ja potrzebuję prysznica, bo lada chwila mogą nas znów wezwać
na misję.
- Jak tam wolisz. - Nath wzruszył ramionami. - Mogę świętować w imieniu
całej eskadry.
Wcale nie przesadzał. Zaczął od tego, że zadał sobie trud, by zapamiętać
imiona Zaba, Vitale i Młodego. Wpatrywał się w oczy piechurów, szukając
w nich oznak zmęczenia, nudy i zapału, gdy sprzedawał im kłamstwa o tym,
jak powstawała Eskadra Alfabet i dlaczego generał Syndulla wybrała się z nimi do układu Cerberon na pokładzie "Gwiazdy Przewodniej", by zapewnili
wsparcie z powietrza. Mógł tak rozprawiać godzinami, ale w końcu rozległ
się dźwięk komunikatora. Zdziwił się, gdy usłyszał głos Quell.
- Nie mogłam się połączyć z resztą - powiedziała. - Przekaż im, że jutro
mamy odprawę z generał Syndullą.
- Dobre wieści? Złe? - spytał Nath.
- Opracowaliśmy z Adanem plan - odparła Quell. - Parszywa szpiegowska robota przyniosła
owoce. Informacje, jakich szukaliśmy, znaleźliśmy dzięki przechwyceniu
tamtego promu towarowego.
- Bezpośrednia obserwacja?
"Zrozumie, co mam na myśli".
Od czasu Pandem Nai nie doszło do ani jednej potwierdzonej obserwacji
imperialnego Skrzydła Cienia. Już nawet nie rozmawiali o wrogu, którego
mieli zneutralizować - uparcie unikali tematu, odkąd dotarli do układu
Cerberon, a udzielane piechocie wsparcie jedynie z rzadka było
przerywane niezrozumiałymi misjami wywiadowczymi.
- Nie do końca.
- Wobec tego co?
Milczała na tyle długo, że Nath zaczął się zastanawiać, czy nie stracili
łączności.
- Przyglądaliśmy się budowie układu Cerberon. Ma spory potencjał jako
pułapka.
Nath uśmiechnął się.
Quell była kłamcą, hipokrytką i zbrodniarką wojenną. Ale bywały i takie
dni, że wykazywała się polotem.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
DZIEŃ UCZCIWEJ PRACY
I
Soran Keize stał na mostku "Aerie",
otoczony mapami taktycznymi i ekranami wypełnionymi tabelami i odczytami
sensorów. Nie przyglądał się im świadomie - pozwolił, by mózg chłonął
dane i przekształcał je w coś namacalnego. Zamiast tego wyglądał przez
iluminator wyobrażonego TIE-a, wsłuchując się w wyimaginowany wizg
bliźniaczych silników jonowych.
Widział pierścienie rupieci migoczące na niebie ponad jałową glebą
Jarbanova oraz kopuły kolonii, wyrastające na widnokręgu niczym
wschodzące potrójne słońca. Od jednego z pierścieni odchodziło migoczące
pasmo materii, które opadało w atmosferę niby odległy wodospad. Ptaki o powleczonych skórą skrzydłach krążyły w przestworzach. Podlatywały na
tyle blisko, by móc przyjrzeć się TIE-om, po czym odlatywały w poszukiwaniu łatwiejszych ofiar.
- Eskadra Czwarta zajęła pozycję, majorze. - Do rzeczywistości przywołał
go głos dobiegający z komunikatora. - Jak według pana powinien wyglądać
nasz następny krok?
Soran zamrugał, co skutecznie oddaliło miraż. Gdy już się opanował,
odezwał się wyważonym, spokojnym głosem, studiując reakcję zgromadzonych
na mostku oficerów na ewidentny sarkazm kapitana Gablerone'a.
- Zgodnie z planem misji - odparł Soran. - Mamy was na monitorach i w razie potrzeby zapewnimy wsparcie.
- Zrozumiano, "Aerie" - odparł Gablerone, a następnie wydał rozkazy
eskadrom. Przekazał wektory podejścia i przypisał cele, a także zlecił
ostatnie kontrole systemów, nim rozpęta się walka.
Tymczasem załoga mostka "Aerie" skoncentrowała się na konsoletach i zestawach słuchawkowych. Nikt ani razu nie spojrzał na Sorana. Major
poznał większość z nich stosunkowo niedawno, ale nie potrafili ukryć
sztywności pod płaszczem profesjonalizmu. Oficerowie, którzy czuli się
komfortowo z obowiązkami, mieli inną posturę i wypowiadali się z pewną
swobodą. Szum rozmów świadczył o komunikacji i kooperacji. Natomiast
żołnierze milczący byli żołnierzami o niewypowiedzianych obawach.
Zamierzał wrócić do tematu później. Grunt, że teraz załodze mostka nie
groziło niebezpieczeństwo. To piloci wymagali jego uwagi.
Eskadra Czwarta ugodziła oba cele niemal jednocześnie. Porucznik Seedia
- najnowszy nabytek eskadry, pilotka, którą przeniesiono i awansowano po
śmierci Draige'a na Pandem Nai - wraz ze swoim kluczem ostrzelała główną
instalację demontażową kolonii. Soran zasugerował, by zastąpić Draige'a Aaronem, jednak ten zginął podczas misji, w miejscu zwanym gromadą
Oridol; Soran uważał, że do tej straty przyczyniła się jego niedawna
nieobecność. Równocześnie klucz porucznika Kandendego zbombardował
centrum przetwarzania akumulatorów - niemal w ostatniej chwili, by móc
wyrządzić poważne szkody. Soran uznał, że będzie musiał poruszyć temat
tego błędu podczas podsumowania misji.
"Daj im czas" - skwitował w myślach, po czym się skarcił. Czas im nie
sprzyjał.
- Wysyłają wezwania o pomoc - ogłosił Rassus ze stanowiska na mostku,
spoglądając przez ramię na Sorana. - Mamy spróbować je zakłócić?
- Nie - odparł Soran.
Rassus już otworzył usta, by zaprotestować, ale zreflektował się i odwrócił w stronę konsolety.
"Zadawajcie pytania lub milczcie - chciał powiedzieć Soran. - Bądźcie
pewni siebie. Dla dobra reszty".
Możliwe, że rzeczona reszta wcale tego nie zauważy.
Walczący kontynuowali dzieło zniszczenia. Klucz Gablerone'a bombardował
drogi i mosty. Soran dokładnie skoordynował atak, tak by pracownicy
zakładów przemysłowych kolonii zdążyli opuścić stanowiska po
popołudniowej zmianie. Straty wśród cywili (o ile kolonistów
zaopatrujących Siły Zbrojne Nowej Republiki można nazwać cywilami) byłyby wyższe, gdyby zdecydował
się przeprowadzić atak nocą, ale liczba zgonów miała drugorzędne
znaczenie. Mniejsza liczba pracowników na stanowiskach przekładała się
na większy chaos.
Była to lekcja, jaką pojął przed laty w następstwie ataków na Roonę.
Wtedy taktyka Sojuszu Rebeliantów wydała się mu okrutna. Możliwe, że
atakowanie z pozycji słabego wymagało okrucieństwa.
- Zaobserwowano jednostkę patrolową - ogłosił Gablerone. - Nadciąga
wróg.
- Jak już ustaliliśmy - odparł Soran - nie podejmujcie kontaktu.
Skupił uwagę na mapach taktycznych. Obserwował, jak klucze TIE-ów
zwiększają prędkość, przelatując przez kolonię. Lokalne siły porządkowe
dysponowały jedynie pojazdami atmosferycznymi - według danych
wywiadowczych, które zdołał pozyskać, w układzie nie stacjonowały żadne
wrogie okręty - jednak tak blisko powierzchni myśliwce TIE nie miały
naturalnej przewagi nad opancerzonymi śmigaczami. Myśliwce omijały
zagrożenia i strzelały do przypadkowych celów, unikając bliskich
kontaktów z patrolami.
Soran znał swoich ludzi na tyle dobrze, by rozumieć, że musieli włożyć
sporo wysiłku w zachowanie powściągliwości - nie przepadali za uciekaniem przed niebezpieczeństwem.
Niemniej dobrze się sprawowali. Mimo przewagi liczebnej wroga i nieznanego terenu bez trudu schodzili z drogi przeciwnikowi, stosując
metody, których nie mieli okazji przećwiczyć nawet na symulatorach.
Nagle z mapy taktycznej zniknęła wroga jednostka. O przyczynie tego
wydarzenia zameldowała porucznik Seedia: wróg, który usiłował oskrzydlić
myśliwce TIE, zderzył się z silosem na odpady.
- Co samo w sobie jest dogodne - dodała - biorąc pod uwagę, że sam
zamienił się w odpad.
Za arystokratycznym akcentem kobiety kryła się duma.
Pomimo strachu czy wątpliwości ci, którzy latali nad Jarbanovem,
pozostawali pilotami Dwieście Czwartego. Nadal byli Skrzydłem Cienia. I choć ich sprawowanie się podczas misji pozostawiało nieco do życzenia,
działo się tak dlatego, że przelecieli przez wrota piekieł i z powrotem,
by prowadzić wojnę, do której nie zostali przygotowani - nie dlatego, że
siły porządkowe zaściankowej kolonii nie dorównywały im potencjałem i umiejętnościami.
- Ile do końca? - spytał, leniwie spacerując za plecami Rassusa.
- Trzy minuty. Może cztery - odparł siwowłosy major.
- Dobrze. - Soran położył dłoń na ramieniu Rassusa. Zaczął przechadzać
się po mostku. Starał się okazywać pewność siebie.
Wysłuchiwał raportów o płonących przetwórniach odpadów i rozproszonych
karawanach pojazdów-gruchotów. Wzbogacał swoją wiedzę o Eskadrze
Czwartej i jej członkach. Każda rozmowa między pilotami a mostkiem
przypominała mu, jak dalece zmieniła się ta jednostka - po jego powrocie
okazało się, że Skrzydło Cienia jest oddziałem zdziesiątkowanym, w żałobie po utracie pułkownik Shakary Nuress, o większej liczbie
poległych w walce, niż zakładał.
Nazywał Nuress Nestorką. Wszyscy ją
tak nazywali. Za tym przewrotnym mianem krył się szacunek do kobiety,
która przekuła Dwieście Czwarty Pułk Imperialnych Myśliwców w jedną z najznamienitszych jednostek Imperialnego Korpusu Myśliwców. Była jego
przyjaciółką. I właśnie z szacunku dla jej dokonań - a także z innych
powodów - powrócił, by objąć dowództwo, by nadać kształt oddziałowi po
tym, jak raz odmówił przelewania krwi ze swoimi pilotami w ich
najczarniejszej godzinie.
Jego powrót okazał się... trudny. Nie powierzono mu dowództwa.
Ponownie spojrzał na mapę taktyczną.
- Kapitanie Gablerone? Mógłbym coś zasugerować?
Gablerone milczał dłużej, niż Soranowi się to podobało.
- Śmiało.
- Wróg ma przewagę liczebną. Bezpośrednia wymiana ognia z przeciwnikiem
jeden na jeden zapewni nam przewagę. Możliwe, że warto zmienić szyk.
- Wezmę to pod uwagę, majorze - odparł Gablerone.
Jednak Gablerone nie wydał rozkazu, a Soran nie naciskał.
Poza Skrzydłem Cienia był innym człowiekiem. Pamiętał, gdy był Devonem.
Opłakiwał go.
Devon nie doceniał tak naprawdę tego, co miał - wolności od wszelkiej
odpowiedzialności prócz tej, którą brał na siebie z własnej woli. Nie
doceniał luksusu łaski ani czasu.
- Jedna minuta! - ogłosił Rassus.
- Wycofać się, gdy będziecie gotowi - odparł Soran.
Devon nigdy nie zdołałby przetrwać w Dwieście Czwartym.
Soran obserwował, jak Eskadra Czwarta wymyka się pościgowi i leci tuż
przy powierzchni Jarbanova, by następnie gwałtownie zwiększyć pułap.
Seedia zamykała tyły. Zboczyła z kursu na tyle długo, by poszatkować
ciągnący się obrzeżami kolonii pas silosów na niebezpieczne materiały -
wbrew radom z odprawy, bo Soran uznał takie działanie za zbyt
niebezpieczne. Próbował sobie wyobrazić, jak młoda porucznik zdołała
ominąć obronę. Musiał pamiętać, by ostrzec piechotę.
- Gratuluję, porucznik Seedio - wycedził przez zęby. - Możliwe, że
wskutek pani działania cała kolonia na Jarbanovie zamieni się w radioaktywną pustynię.
- Ma pan coś przeciwko, doradco?
"Doradco". Nie słyszał pogardy w jej
głosie, ale nawet Gablerone zwracał się do niego stopniem.
- Nie - odparł. - Ale sugeruję, że powinna pani pozostać w kokpicie,
póki nie usuną z poszycia myśliwca wszelkich śladów promieniowania.
- Mam na sobie kombinezon. Nic mi nie będzie - odparła Seedia. -
Kontynuuję wycofywanie sił.
Ktoś prychnął przez komunikator.
Pojedyncza republikańska korweta zaparkowana na orbicie będzie próbowała
przechwycić Eskadrę Czwartą, jednak myśliwce TIE miały przewagę
prędkości i planowania. Skierowały się bezpośrednio ku dalekiej stronie
księżyca Jarbanova, ku punktowi zbornemu, gdzie wkrótce miały spotkać
się z krążownikiem-lotniskowcem "Allegiance" i wykonać bezpośredni skok
w nadprzestrzeń. Wycofanie się z układu nie miało przysporzyć trudności,
choć dyscyplina członków eskadry pozostawiała wiele do życzenia.
Co oznaczało, że Soran mógł zająć się innymi kwestiami.
Powiódł wzrokiem od ekranów taktycznych ku iluminatorowi, by przyjrzeć
się masywnemu polu szczątków, wśród których dryfował "Aerie". Ponieważ
koloniści byli zajęci czym innym, krążownik mógł wyłączyć zbędne systemy
i podlecieć do wewnętrznej części układu, niebezpiecznie blisko samego
Jarbanova.
Jarbanov znajdował się na obrzeżach układów złomiarzy - nie był
oficjalnie związany z gildią, niemniej stanowił ważne centrum
przetwórstwa. Przyjmował wszystko: od wraków okrętów po przestarzałe
wiertnice górnicze. Soran poświęcił wiele czasu i wysiłku, a także
skorzystał z osobistych wpływów, by skontaktować się z godnym zaufania
sojusznikiem pracującym dla Orbitalnego Stowarzyszenia Sortującego
Jarbanova.
- Mamy potwierdzenie wzrokowe? - spytał Soran.
Rassus przytaknął i wcisnął przycisk na konsolecie.
- Aktywuję promień ściągający - powiedział.
Zamigotał drugorzędny ekran i w miejsce księżyca Jarbanova pojawił się
przekaz w niskiej rozdzielczości z głównego hangaru "Aerie". Poza polem
magnetycznym, na zewnątrz okrętu, lokalna przestrzeń usiana była
niezidentyfikowanymi kawałkami plastoidu i poturbowanymi grodziami
okrętów. W stronę "Aerie" kierowała się pochwycona promieniem
ściągającym barka holownicza: autonomiczny pojazd o długości
pięćdziesięciu metrów, tak naprawdę niewiele więcej niż patykowata
platforma, od której odchodziły magnetyczne zaczepy przypominające
odnóża stonogi.
W miarę jak barka zbliżała się, na ekranie stopniowo pojawiał się jej
ładunek. Do dziewięciu zaczepów magnetycznych przytwierdzono szczątki
dziewięciu myśliwców TIE/ln. Jednemu brakowało paneli solarnych na
bakburcie, przez co nagi wspornik był śnieżnobiały, innemu iluminatora,
jak gdyby ktoś wyłupił mu oko, trzeciemu zaś coś amputowało oba
skrzydła. Wszystkie pokrywał popiół i ślady po strzałach, a u licznych z rozdartego poszycia wystawały przewody i rury.
Soran oderwał wzrok od iluminatora i przyjrzał się twarzom załogi.
Zauważył mocno zaciśnięte usta i oczy, które nie chciały widzieć. Ubrał
w słowa to, co, jak wiedział, pojawiło w ich głowach: "To po to
ryzykowaliśmy życiem? Ryzykowaliśmy życiem naszych kompanów z Eskadry
Czwartej i wystawiliśmy się na atak dla... tego? Dla tego złomu?".
Pokręcił gwałtownie głową. Czekał, aż Rassus i pozostali odwrócą się w jego stronę. Gdy już to zrobili, dodał głośno:
- To nasze jednostki. Jednostki
imperialne. Za ich sterami siedzieli piloci, którzy oddali życie za
braci i siostry. Teraz dajemy tym maszynom drugą szansę, by mogły na
nowo podjąć walkę. Sprawimy, by znów poleciały.
Starannie rozłożył słowa w czasie. Skończył wypowiedź w tej samej
chwili, w której promień ściągający zaniknął, a barka delikatnie
spoczęła na płycie hangaru. W okamgnieniu przeszedł od przemawiania do
dowodzenia.
- Zamknąć hangar i skierować się w drogę powrotną przez pole trasą,
która nas tu przywiodła. Przygotować się do skoku w nadprzestrzeń.
Całe szczęście, załoga go posłuchała. Rassus jeszcze otwarcie mu się nie
postawił. Ktoś szepnął:
- Po prostu spopielmy już tę planetę.
Soran poczuł drżenie, gdy ożyły dysze silników krążownika "Aerie".
Wszystko, co powiedział, było prawdą. Irytowała go świadomość, że całą
operację na planecie przeprowadził wyłącznie w charakterze dywersji -
wyłącznie po to, by mógł odzyskać myśliwce, które dawne Imperium prędzej
przetopiłoby, niż naprawiło. Ba, nawet Nowa Republika uznała je za
niewarte zachodu. Z bólem wysłał pilotów na misję, mimo że nie stanowili
jeszcze zgranego oddziału.
Dwieście Czwarty był osłabiony. Zliczył w głowie myśliwce TIE i ocalałych pilotów. Ani jedna, ani druga liczba nie była wystarczająca,
biorąc pod uwagę to, co planowali. Nie mógł przewodzić ledwie dychającą
jednostką, której groziło rozbicie po jednej misji. Nie mógł uratować
pułku, o ile go nie odbuduje.
A to wymagało czasu. Jednak koniec końców przywróci Skrzydłu Cienia
dawną chwałę.
Rozdział 3
ROZDZIAŁ 3
ZWYCIĘSTWA DAWNE I PRZYSZŁE
I
Powiedziałam do niego "Xion". W trakcie
misji wywołałam Tensenta imieniem Xion. Nie wydaje mi się, by zauważył.
- A to taka tragedia, gdyby zauważył? - spytał droid. Zwęził czerwoną
kropkę fotoreceptora w oskarżycielskim geście, do którego Quell już się
przyzwyczaiła. - Przecież twoi piloci wiedzą o twojej imperialnej
przyszłości.
- Nie do końca - odparła Quell.
- Fakt. Nie do końca.
Kulisty czarny korpus IT-O unosił się w odległości mniej więcej dwóch
metrów od Quell ponad kabiną kierowcy w wagonie kolejki. Quell siedziała
w drzwiach po przeciwległej stronie, w miejscu, gdzie opancerzona
bariera powinna była odciąć pasażerom dostęp do niemal w całości
zautomatyzowanych sterów pojazdu. Jednak kolej nie była na chodzie od
tygodni - co najmniej od czasu, gdy Nowa Republika przejęła główny
kosmoport na Troithe, jeśli nie dłużej, bo mogła stanąć już podczas
wcześniejszych zamieszek. Przeprogramowany droid przesłuchujący przejął
wagon w charakterze biura, założywszy, że nikomu się do niczego nie
przyda.
- Ostatnio ciągle sobie coś przypominam - powiedziała, a słowa te
przyszły jej z równym trudem co wszystkie poprzednie wyznania.
W cerberońskim polu szczątków myśli Quell powędrowały do innej misji -
patrolu na obrzeżach Cathara, przeprowadzanego wkrótce po tym, jak
ukończyła naukę w Akademii. W trakcie startu odkryła, że jej hełm
cuchnie rzygowinami i na wpół przeżutym ziarnem. A ponieważ była
świeżakiem w eskadrze, nie powiedziała ani słowa. Gdy powróciła na
pokład gwiezdnego niszczyciela "Pursuera", minęły kolejne trzy zmiany,
nim sierżant Greef przyłapał ją na czyszczeniu kombinezonu. Okazało się,
że dobre pół tuzina oficerów i członków załogi wiedziało o "incydencie"
- to Xion chwycił hełm Quell, gdy nagle zemdliło go jak cholera.
Quell nie była pewna, dlaczego obecna misja przywołała to konkretne
wspomnienie, ale tak się stało. Powracające wspomnienia często dotyczyły
błahych rzeczy - pilotów Skrzydła Cienia, którzy zginęli w pierwszym
roku jej służby albo utrzymującego się posmaku imperialnych racji
żywnościowych produkowanych na Aldraigu. Niekiedy przypominały się jej
bardziej niepokojące wydarzenia - manewrowanie przez wypełnione
ładunkami rozpryskowymi kręte korytarze Stacji Tassahondee albo dzień,
gdy w rozległej pustce kosmicznej o mało nie zderzyła się z rebelianckim
pilotem, który katapultował się z myśliwca.
Czasami myślała o tym, że wiele miesięcy przed zjawieniem się na
Troithe, gdy nadal służyła w Dwieście Czwartym Pułku Imperialnych
Myśliwców, współuczestniczyła w niewybaczalnej zbrodni. Umożliwiła akt -
nie, dokonała aktu ludobójstwa na
Nacronisie. Mało brakowało, a nadal byłaby morderczynią, zbrodniarką
wojenną, dowódczynią eskadry. Przed tym losem uratowała ją wyłącznie
ingerencja mentora.
- Pamięć jest konstruktem - odezwał się droid. - W przypadku twojego
gatunku wspomnienie nie stanowi pojedynczego, wyraźnego zapisu, lecz
rekonstrukcję wszystkich kluczowych danych. Przed Pandem Nai pogrzebałaś
to, które stanowiło klucz do wszelakich wspomnień związanych z Dwieście
Czwartym. Jednak teraz, gdy otwarcie przyznałaś, że przeżywasz traumę,
nie dziwi mnie, że na powierzchnię przedostają się inne wspomnienia.
Jak powiedział jej major Soran Keize, gdy rozglądali się po pobojowisku
na Nacronisie: "Skoro jesteś zdolna do tego, nie ma niczego, co by cię skłoniło do
opuszczenia Imperium". Mówił, że toczy ją moralna choroba. Ostrzegał, że
pozostanie w Dwieście Czwartym dopóty, dopóki albo choroba ją uśmierci,
albo zrobią to rebelianci.
Keize rozkazał jej odejść, a ona posłuchała. Nie miała wystarczającej
siły woli, by się mu sprzeciwić. Okłamała Nową Republikę w kwestii
okoliczności swojej dezercji. Oszukała kompanów mówiąc, że usiłowała
powstrzymać ludobójstwo na Nacronisie, oszukała nowych przełożonych,
wreszcie oszukała samą siebie. Odkryła, że póki trzymała się fikcji
Yriki Quell, praworządnej kobiety, która została popchnięta do
ostateczności i która próbowała, lecz ostatecznie nie zdołała
powstrzymać Operacji Popiół, potrafiła polować na swoich dawnych
przyjaciół bez choćby cienia poczucia winy.
Jednak teraz ktoś już wiedział. Konkretnie wiedział droid. Już nie mogła
okłamywać samej siebie.
I właśnie dlatego zaczęła sobie przypominać.
- Byłaś świadkiem przerażającego czynu - ciągnął droid. - Masz
wszechogarniające poczucie winy i codziennie oszukujesz kompanów, którym
powierzasz własne życie. Założenie, że nie
powinno to wpłynąć na twoje zdrowie, jest absurdalne. Pozostaje
jedno pytanie: pozwolisz nam uśmierzyć ból, jakiego doznałaś, czy
zamierzasz go dalej ignorować?
- Przecież tu jestem, prawda? - odparła Quell.
- Jesteś. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ważny krok. Niemniej nie
jestem pewien, czy dobrze rozumiem, czego tak naprawdę oczekujesz po
tych spotkaniach. Zastanawiam się, czy sama to wiesz.
- Chcę, żebyś mi pokazał, jak odzyskać poczucie skupienia na celu. Jeśli
musisz przepisać mi leki, trudno, przepisz mi leki.
Droid poruszył głównym manipulatorem. Doczepiona doń strzykawka była
pusta.
- Obawiam się, że leków ciągle nam brakuje. Pomogę ci w codziennym
funkcjonowaniu, ale uśmierzanie symptomów i leczenie choroby to nie to
samo.
Quell rozprostowała nogę, na której siedziała do tej pory, i potarła
tatuaż na bicepsie przedstawiający znak Eskadry Alfabet.
Wiedziała, że nie ma sensu wykłócać się z droidem. Chciał dobrze, ale
leczenie choroby było luksusem. Jedynym trwałym rozwiązaniem będzie
dokończenie misji i ucieczka od Eskadry Alfabet, Wywiadu Nowej Republiki
i Caerna tak daleko, jak to możliwe. Ucieczka od osób, które poznały
prawdę, oraz od tych, którzy by ją osądzili, gdyby tylko ją poznali.
- To na jaki temat chcesz porozmawiać? - spytała.
- Chciałbym wrócić do kwestii Nacronisa - odparł droid - a konkretnie do
opowieści, którą wymyśliłaś na własny użytek, i do niektórych
szczegółów, które postanowiłaś uwzględnić. Nie wiem, na ile jesteś tego
świadoma, ale...
Nagle rozmowę przerwało uderzenie pięści o metal. Quell usiadła prosto,
gotowa zerwać się na równe nogi. Droid obniżył pułap, by przybliżyć się
do stanowiska kierowcy. Wcisnął przycisk i uruchomił interkom wagonika.
Z głośnika dobiegł głos kobiety, niski z delikatnym akcentem:
- Tu Gravas. Szukam Yriki Quell.
- Jesteśmy w trakcie spotkania - zakomunikował droid. - Możemy cię
powiadomić, gdy skończymy?
- Pan Adan jest bardzo zajętą osobą - oznajmił głos z interkomu. - Tak
samo generał. Gotowi są przyjąć ją teraz. - Odpowiedź była uprzejma,
choć niekoniecznie serdeczna. Ton nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
Droid zgodził się bez dyskusji.
- Odblokowałem drzwi wagonu.
Quell wstała, zachwiała się na zdrętwiałych nogach i odwróciła od kabiny
kierowcy. Na odchodne usłyszała sztuczny, męski głos droida.
- Wrócisz jutro?
- O ile będę mogła - odparła. Co było jednocześnie prawdziwe i na tyle
ogólne, że tak na dobrą sprawę nie stanowiło zobowiązania.
- Możemy odbić stolicę - oznajmiła generał Syndulla. Zielonoskóra
kobieta uniosła brodę. Jej lekku unosiły się i opadały, gdy wodziła
wzrokiem po sali. - Tak naprawdę zostają dwie kwestie: "Ile to potrwa?"
oraz "Jakim kosztem?".
Na potrzeby odprawy zajęli centrum taktyczne "Gwiazdy Przewodniej".
Panowała tam mniej formalna atmosfera niż w salach odpraw, a ponieważ
okręt spoczywał na płycie lądowiska, członkowie załogi nie korzystali z przezroczystych ekranów, które wyrastały z każdej powierzchni niczym
krystaliczne stalagmity. Quell, Caern Adan i Syndulla przystanęli po
jednej stronie stołu z holoprojektorem, otoczeni płaskimi wizerunkami
miejskiej topografii, imperialnych bunkrów i map tarcz planetarnych. Po
drugiej siedzieli Wyl Lark, Chass na Chadic i Nath Tensent, wpatrzeni w generał lub rozglądający się po sali. Kairos przechadzała się w tę i z powrotem, od jednego ekranu do drugiego, studiując dane.
Quell mogła zwrócić jej uwagę, ale przed paroma miesiącami zaakceptowała
to, że Kairos była istotą o nietypowych nawykach. Zresztą sama nadal
dochodziła do siebie po sesji z terapeutą.
- Eskadra Alfabet - dodała Syndulla - odegrała kluczową rolę w wydarzeniach w układzie Cerberon. A ponieważ Eskadra Szpica jest z misją
specjalną w sektorze Bormea, eskadry Alfabet, Meteor i Grad będą musiały
nam wystarczyć do końca kampanii. Jednak... - Rozejrzała się po twarzach
pilotów, a nawet spojrzała prosto w wizjer Kairos. - ...nie zapomniałam
o Skrzydle Cienia. Wiem, że wy też nie. Oficer Adan przekazał mi listę
potencjalnych obserwacji i zgadzam się, że nadal stanowi zagrożenie.
Quell przyłapała Adana na tym, że spojrzał w jej stronę. Stał z boku,
trzymając datapad. Jego czułki skryły się w krętych czarnych włosach.
Sprawiał wrażenie jednocześnie speszonego i rozbawionego.
- Wiemy, czym się zajmuje? - spytał Nath. Zaczął wykładać buty na blat
stołu, ale w porę się zreflektował. - Nestorka nie żyje. Czyżby
dołączyli do aktywnego odłamu Imperium?
Adan wcisnął przycisk. Holoprojektor wyświetlił szereg obrazów,
orbitujących wokół niego niczym satelity: twarze mężczyzn i kobiet, w których Quell rozpoznała dowódców Skrzydła Cienia, imperialny gwiezdny
niszczyciel, parę krążowników-lotniskowców. Kobieta zmusiła się, by nie
odwrócić wzroku. Zamiast tego wpatrywała się w pustkę za ażurowym
światłem.
- Mamy kilka teorii - odparł Adan. - Nie sądzimy, by jednostka została
wchłonięta przez większą flotę, więc musimy założyć, że odbudowuje siły
na własną rękę. Byłoby łatwiej ustalić, kto obecnie dowodzi, gdybyśmy
wiedzieli, kto przetrwał na Pandem Nai, ale mieliście już okazję
zapoznać się z listą najbardziej prawdopodobnych osób, którą sporządziła
Quell.
- Nim pozyskamy więcej informacji o ich poczynaniach, obstawiam, że
obecnie dowodzi major Rassus. - Quell wyciągnęła dłoń, by dotknąć
jednego z holowizerunków. Projektor powiększył obraz mężczyzny w średnim
wieku, o kwaśnym wyrazie twarzy. - Kompetentny, posłuszny i zarazem
niewyróżniający się na tyle, by zwrócić na siebie uwagę czy wzbudzić w kimś poczucie zagrożenia. Przypuszczalnie postępuje zgodnie z ostatnimi
rozkazami Nestorki i dba o to, by poszczególni dowódcy postępowali
jednomyślnie.
Generał Syndulla oparła się jedną dłonią o stół. Przyglądała się z bliska wizerunkom. Westchnęła.
- Niezależnie od tego, kto obecnie dowodzi, zagrożenie pozostaje to
samo. Ostatnim razem, gdy Dwieście Czwarty postąpił według rozkazów
martwego przywódcy, miliony poniosły śmierć na Nacronisie.
Quell znów przyłapała Adana na tym, że ten spogląda w jej stronę.
Spodziewała się, że nasypie soli do rany i uraczy zgromadzonych
komentarzem o Operacji Popiół, który będzie zrozumiały tylko dla niej
samej. Zamiast tego odwrócił wzrok, spojrzał na pozostałych i powiedział:
- Wraz z Quell przedstawiliśmy generał Syndulli plan, który stanowi
rozwiązanie obu problemów: sytuacji na Troithe i zagrożenia, jakie
stanowi Dwieście Czwarty. Pani generał, nie chcemy niepotrzebnie
zajmować pani czasu, ale może mogłaby pani streścić sytuację
strategiczną?
Syndulla gestem dłoni wyłączyła hologramy i obróciła się w stronę
ekranów.
- Gubernator Hastemoor okopał się w swojej rezydencji, a ocalali
członkowie piechoty, kawalerii i sił powietrznych są na jego zawołanie.
Stacjonują w stolicy i w sąsiadujących z nią sektorach. Flota układu
niemal w całości została wyeliminowana z gry, jednak nasz przeciwnik
dysponuje sporym potencjałem wojskowym. Jednocześnie chroniące region
generatory osłon są w pełni sprawne. Nawet gdyby okolica nie była
zamieszkana przez miliony cywili, bombardowanie na niewiele by się
zdało. Typowa kampania polegałaby na przejmowaniu wrogich sektorów
sąsiadujących ze stolicą jeden po drugim, tak by na koniec pozostał
odcięty sektor centralny, a gubernator musiałby stawić czoła oblężeniu.
Możliwe, że nie bylibyśmy w stanie wziąć go głodem, ale kto wie, może
znaleźlibyśmy się cholernie blisko. - Mówiąc, wodziła wzrokiem po
mapach, a Quell obserwowała zlewające się ze sobą niezliczone drapacze
chmur, trasy powietrzne, ogrody i dzielnice przemysłowe - tysiące
kilometrów, które przeleciały przed ich oczyma za jednym machnięciem
dłoni. - Strategia ta zminimalizowałaby straty wśród naszych
sojuszników. Odcięłaby wroga od dróg ucieczki. Oznaczałaby, że przejęcie
stolicy byłoby równoznaczne z końcem
kampanii na Troithe.
W rzeczywistości nie poszłoby tak łatwo, nawet gdyby im się bardzo
poszczęściło. Troithe to nie Ryloth czy Abednedo - światy, które
cierpiały pod jarzmem Imperium na długo przed Endorem. Quell była
świadkiem, jak analitycy Adana z Wywiadu Nowej Republiki dyskutowali o prawdopodobieństwie tego, że lokalna partyzantka utrzyma się przez całe
lata, niezależnie od wyniku wojny.
Generał Syndulla zdawała sobie z tego sprawę. "Wszystko po kolei" -
pomyślała Quell.
Twi'lekanka kontynuowała.
- Dlatego ruszymy na stolicę bezpośrednio. - Powiodła palcem w powietrzu
przed jednym z ekranów, by przeciągnąć linię od terytoriów Nowej
Republiki w pobliżu kosmoportu do sektorów imperialnych w mieście. -
Będziemy musieli prędko się poruszać, bo w przeciwnym razie zostaniemy
osaczeni i odcięci. Zarówno piechota, jak i siły powietrzne znajdą się w dużym niebezpieczeństwie. Jednak droidy taktyczne potwierdzają, że nasze
cele są możliwe do osiągnięcia. Gdy już doprowadzimy sprawy do końca,
gdy obalimy gubernatora i przejmiemy stolicę, w rękach wroga pozostanie
spora część kontynentu. Tak, planeta będzie nasza, ale każdy, kto
chciałby ją odbić, dostrzeże szansę.
Tensent zrozumiał następstwa planu jako pierwszy.
- Sprytne - odparł. - Sądzi pani, że Dwieście Czwarty zaryzykowałby
wizytę w Jądrze, by odbić układ Cerberon?
Adan spojrzał na Syndullę, a ta przytaknęła.
- Za tę część planu odpowiadam ja - oznajmił. - Dopilnuję, by
dowiedzieli się o tym, co się tu dzieje. Zorientują się, że Cerberon to
gra warta świeczki. Będą wiedzieć dokładnie, jak się za niego zabrać.
Syndulla podjęła wątek.
- Mamy pomysł, jak skłonić ich do podjęcia działań. Zostawimy tylne
drzwi w systemie obrony planety, coś, co nie będzie sprawiało wrażenia
oczywistej pułapki, a co zachęci pojedynczy pułk myśliwców, by połasił
się na Troithe.
- A te tylne drzwi to mają coś wspólnego z tamtą ostatnią misją, gdy
goniłyśmy prom towarowy przez pas asteroid? - spytała Chass na Chadic.
Siedziała zgarbiona, trzymając brodę na skrzyżowanych na stole rękach.
- Obecnie stosujemy zasadę ograniczonego dostępu do informacji -
oznajmił Adan - ale w odpowiednim momencie poznacie szczegóły. Grunt, że
będziemy w stanie dokładnie przewidzieć, gdzie i kiedy pojawi się
Skrzydło Cienia. Nie przejmowałbym się ostateczną bitwą.
Tensent uśmiechnął się szeroko i dał kuksańca Chadic.
- Bo czy ktoś słyszał, by kiedykolwiek coś poszło nie tak?
Adan posłał mu piorunujące spojrzenie. Jego intensywność niemal
zaimponowała Quell. Chass prychnęła, a Tensent machnął ręką.
- Nie no, podoba mi się, naprawdę - powiedział starszy pilot. - Skoro
mamy wyeliminować Dwieście Czwarty raz i porządnie, wolę, żebyśmy to my
dyktowali warunki.
- A co z posiłkami? - spytała Chadic. - Po naszej stronie, znaczy się.
- Ograniczony dostęp do informacji - odparł Adan. - Ale porucznik Quell
zrobiła dobry użytek ze swojej wiedzy, a generał Syndulla przyjęła plan.
- Nie wybieramy się na straceńczą misję - wtrąciła Quell. Zdziwiła ją
cierpliwość Adana, choć podejrzewała, że zachowuje zimną krew ze względu
na obecność generał Syndulli. - Możemy pokonać Skrzydło Cienia. Już to
udowodniliśmy. Jesteśmy tu po to, by doprowadzić sprawy do końca.
Chass na Chadic wyglądała bardziej na znudzoną niż przekonaną. Quell nie
potrafiła powiedzieć dlaczego. Wyl Lark splótł palce obu dłoni. Wodził
nimi po blacie stołu.
- A jeśli plan naprawdę pójdzie nie po naszej myśli?
Adan już zaczął odpowiadać, ale Syndulla uniosła dłoń, by zaczekał, aż
Lark skończy. Pilot odezwał się po krótkiej przerwie.
- Powiedzieliście, że to bardziej ryzykowny scenariusz. O mało nie
straciliśmy Pandem Nai, bo błędnie oceniliśmy sytuację. A jeśli znów
wystawimy na szwank cywili?
Syndulla przytaknęła.
- Słuszna uwaga. Ale to nie jest
Pandem Nai. Możemy uczyć się na własnych błędach, a jednocześnie oceniać
każdą sytuację osobno. Jestem przekonana, że zagrożenie dla cywili, choć
duże, nie byłoby znacząco wyższe, gdybyśmy obrali inną strategię. Mówiąc
szczerze, bardziej obawiam się o ofiary wśród naszych sił. - Wyl chciał
wejść jej w słowo, ale Syndulla go uciszyła. - Tak, jeśli porwiemy się
na stolicę bezpośrednio, będą zgony. Piechota poniesie straty, ale tych
przecież i tak nie da się uniknąć, niezależnie od tego, jak bardzo
będziemy próbować. Ale sam plan wydaje się dobry, a prawda jest taka, że
każde działania wojenne - w tym
wstrzymywanie się od działania - mogą doprowadzić do ofiar. Musimy
postanowić, jaką cenę jesteśmy skłonni zapłacić, by powstrzymać Skrzydło
Cienia.
Nie musiała się powtarzać. Quell usłyszała w głowie jej słowa: "Ostatnim
razem, gdy Dwieście Czwarty postąpił według rozkazów martwego przywódcy,
miliony poniosły śmierć na Nacronisie".
Ale Syndulla jeszcze nie skończyła. Delikatnie pokręciła głową i dodała:
- To ja muszę to postanowić. To na
mnie spoczywa ta odpowiedzialność. Obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by was nie zawieść.
W centrum taktycznym zapadła cisza. Lark nadal wyglądał na
nieprzekonanego, ale skinął głową w stronę generał. Chadic wzruszyła
ramionami. Wzięła przesadzony oddech, nie odrywając wzroku od Larka.
Tensent wpatrywał się w Quell, która musiała włożyć sporo wysiłku w to,
by się nie skrzywić - studiował jej twarz, obserwował ją, jakby usłyszał
te same niewypowiedziane słowa co ona.
Kairos stała, wpatrując się w jeden z ekranów taktycznych. Powoli
obróciła ciało - tak wolno jak drzewo kierujące gałęzie ku promieniom
słońca - w stronę generał Syndulli.
Ciszę przerwał Adan.
- Zresztą ten cały układ jest polem bitwy - powiedział. - Trudno,
żebyśmy jeszcze bardziej pogorszyli los jego mieszkańców.
- Myślałem, że zakwestionuje nasz blef o obserwacjach - powiedział po
spotkaniu Adan, siedząc przy wąskim biurku w niewielkim pomieszczeniu,
otoczony ekranami datapadów. Chwycił za rękaw kurtki zarzuconej na
oparcie krzesła i przetarł materiałem ekran urządzenia, który zawierał
interesujące go dane. - Ale miałaś rację. Wygląda na to, że generał jest
po naszej stronie.
- To nie był blef - zaprotestowała Quell. Spojrzała za niego przez
półprzezroczyste ściany, ukazujące coś, co dawniej stanowiło centrum
kontrolne wieży kolejowej. Pół tuzina istot analizowało dane przy
stanowiskach lub rozmawiało ze sobą półgłosem. Większość była
nieuzbrojona i ubrana po cywilnemu, ale choć Wywiad Nowej Republiki
formalnie nie należał do struktur wojskowych, z pewnością odgrywał ważną
rolę w samej wojnie. - Mamy dane...
- Czcze spekulacje - uciął Adan, wzruszając ramionami. - Ale
najwidoczniej tylko tyle było trzeba.
Spojrzał jej w twarz i całkiem przyciemnił ściany.
Adan był nieznośny, gdy działał w pojedynkę na pokładzie "Gwiazdy", przy
minimalnym wkładzie generał i jej grupy bojowej. Jednak po Pandem Nai
zaskarbił sobie szacunek wśród
wojskowych oraz pracowników Wywiadu Nowej Republiki. Szacunek zamaskował
jego najpodlejsze cechy - od pewnego czasu nie widziała, by klął czy
krzyczał - ale nie potrafiła nic poradzić na to, że brała jego pewność
siebie, przychodzącą mu teraz z łatwością, za samozadowolenie i arogancję.
Niemniej obecnie zdawał się bardziej kompetentny, niż dawniej sądziła.
Misje, na które posyłał Eskadrę Alfabet, były przemyślane i zgodne z obraną strategią. Jego zespół analityków regularnie wskazywał ścieżki
prowadzące do zwycięstwa, które bez nich pozostałyby niewidoczne. Gdyby
nie to, że trzymał jej życie w swoich rękach, Quell przypuszczalnie
szanowałaby go za to, co osiągał.
- Otrzymałem informacje od przełożonych dotyczące kwestii rozpoznania -
powiedział. Quell zmusiła się, by patrzeć na jego usta i wysłuchiwać
jego słów. - Dostaliśmy mniej więcej to, czego się spodziewaliśmy -
utrzymane w serdecznym tonie pochwały i zapewnienia, iż w żadnej mierze
nie ponosimy winy za to, że w zasadzie żadna republikańska grupa bojowa
od tygodni nie przechwyciła wrogiego układu. Ale nie możemy liczyć na
dodatkowe zasoby.
- Cóż - odparła - cieszę się, że wojna nie wyhamowała z naszej winy.
- Kamień z serca, prawda? Ale to oznacza, że utknęliśmy tu z naszą grupą
operacyjną, nawet jeśli znajdziemy kolejne obiecujące poszlaki.
Adan był jedyną znaną Quell osobą, dla której Eskadra Alfabet
pozostawała "grupą operacyjną Wywiadu Nowej Republiki rozpracowującą
Dwieście Czwarty Pułk Imperialnych Myśliwców". Przypuszczała zresztą, że
ma rację: w końcu to on powołał ich do istnienia.
- A co z Eskadrą Szpica? - spytała. - Jest jakaś szansa, że będziemy
mogli ich sobie pożyczyć na potrzeby zwiadu?
- Może. - Adan odsunął datapad, który blokował wbudowany w biurko
holoprojektor. Dotknął kilku przycisków i mieniący się błękitny, cyfrowy
pył przyjął postać szeregu obrazów - układu gwiezdnego, stoczni,
schematu technicznego. Pojawiły się także linie tekstu, ale Quell nie
mogła go odczytać z miejsca, gdzie stała. - Jednak obecnie Eskadra
Szpica jest na misji, której celem jest przeciwdziałanie brakowi
okrętów. Na specjalnej misji zleconej
przez specjalnego konsultanta
Syndulli, Lindona Javesa.
- A twoja niechęć do niego jest osobista czy zawodowa? - spytała Quell.
Głupio palnęła, ale na twarzy Adana pojawił się złośliwy uśmieszek.
- Cóż, powiedzmy, że Javes lubi się wtrącać nieproszony w nasze sprawy.
- Frustrująca cecha u kogoś, kto nie zawsze ma rację. - Uznała, że
niepotrzebnie pozwoliła sobie na poprzednią uwagę, i zmieniła temat. -
Więc nie możemy mieć pewności, że wiadomość trafi do Skrzydła Cienia.
Budujemy pułapkę, choć nie mamy pewności, że zwabimy zwierzynę.
- Czas jest po naszej stronie. Rozważam różne opcje. Od ciebie
potrzebuję jedynie listy potencjalnych sektorów.
Zajęli się pracą wywiadowczą z prawdziwego zdarzenia. Adan wyświetlił
incydenty, oznaczone - przez jego analityków, analityków z siedziby
Wywiadu Nowej Republiki czy droidy militarne - jako takie, które
potencjalnie świadczyły o aktywności Skrzydła Cienia. Quell i Adan
omówili je wspólnie jeden po drugim. Wykluczyli zasadzkę nad Skako jako
zbyt niedbałą, by brać ją pod uwagę ("Nawet pod nieobecność Nestorki -
stwierdziła Quell - nie byliby na tyle głupi, by dać się osaczyć w studni grawitacyjnej"), a zaginięcie "Szarży Banthy" na Rimmańskim
Szlaku Handlowym za zbyt nieistotne ("Jeśli zaczniemy śledzić każdy
zagubiony ładunek, za którego zniknięciem rzekomo stoją ataki myśliwców
TIE, zasłużymy na klęskę" - burknął Adan).
Inne obserwacje były bardziej obiecujące. Wtyczka w Syndykacie Pyków
przekazała im, że mocno uszkodzony krążownik typu Quasar Fire dotarł do
stoczni na orbicie Gyndine, by dokonać napraw. Źródło było wiarygodne,
ale sama informacja pozostawiała wiele do życzenia. Quell dodała Gyndine
do mapy obserwacji i przypisała planecie średni poziom
prawdopodobieństwa. Z kolei agenci Nowej Republiki z Jarbanova
dostarczyli liczne opisy myśliwców TIE, które zaatakowały planetę, ale
samemu natarciu brakowało cech typowych dla Skrzydła Cienia.
- Ten, kto za tym stał, znał się na swoim fachu - powiedziała Quell, gdy
Adan wyświetlił obrazy płonących zakładów rozbiórkowych i ratowników w kombinezonach przeciwpromiennych, którzy pełzali po zestrzelonych
pojazdach patrolowych niczym czerwie po truchle. Zdziwiła się, gdy w jej
myślach nie pojawiły się żadne wspomnienia z czasu, gdy służyła w Dwieście Czwartym. - Jednak strzelcom brakowało precyzji, a sądząc po
szyku, także doświadczenia w pilotażu. Nic nie wskazuje na działanie
naszego pułku, nawet biorąc pod uwagę to, że za standardy nie odpowiada
już Nestorka.
- Czy to możliwe, że zmienili taktykę? - spytał Adan.
- Możliwe - przyznała Quell - ale póki nie objawi się nam dobry powód,
nie opierałabym na tym założeniu całego planu.
- Wobec tego oszczędzę ci makabrycznych obrazów ran popromiennych. W każdym razie nieszczególnie martwią mnie ich nawyki w locie.
Zaznaczyli wydarzenie na mapie i zgodnie uznali poziom
prawdopodobieństwa za niski, by przejść do omawiania pogromu na Anx
Minor (systematycznego, krwawego i całkowicie zgodnego z tym, co
Skrzydło Cienia wyrządziło na Beauchen, choć jednocześnie oddalonego od
pozostałych punktów na mapie) oraz plotek o przemalowanych
"TIE-ach-Widmach", które rzekomo nawiedzały szlak handlowy zwany Ostrogą
Koda. Gdy przyjrzeli się szczegółom tej sprawy, Quell poprosiła o listę
zidentyfikowanych ocalałych imperialnych pilotów asów.
- Nie dzisiaj - odparł Adan, ucinając temat.
Gdy skończyli nanosić oznaczenia na mapę, Adan zmarszczył nos i skinął
głową.
- Przekażemy informacje droidom. Zobaczymy, czy coś się z tego urodzi. -
Wcisnął przycisk i hologram zniknął w rozbłysku, który sprawił, że Quell
miała w oczach mroczki. - Ostateczny termin dopiero za całe tygodnie -
przez ten czas wiadomość z pewnością trafi do adresatów.
Quell przytaknęła.
- Coś jeszcze?
- Jak się trzyma twoja eskadra?
Wyprostowała plecy i zmrużyła oczy.
- Słucham?
Adan wstał od biurka i podszedł do szafki umieszczonej przy jednej ze
ścian pomieszczenia. Otworzył metalowe drzwiczki, spojrzał na stojące
wewnątrz butelki likieru, skrzywił się i zamknął szafkę.
- IT-O wspomniał, że chciałby porozmawiać z resztą pilotów. Nie chcę
marnować ich czasu, chyba że to absolutnie niezbędne. Więc jak, twoim
zdaniem jako dowódczyni, mają się twoi piloci?
- W porządku. Radzą sobie lepiej niż do tej pory. Lark i Chadic już się
nie kłócą. Tensent nie sprawia problemów. Szczerze mówiąc, podejrzewam,
że obecnie mają mniej na głowie niż w ostatnich latach.
Adan prychnął i oparł się o szafkę, jakby chciał urządzić pokaz
nonszalancji.
- Czyżby?
Quell dotknęła koszulki w miejscu, gdzie pod materiałem na łańcuszku
spoczywał chip - ostatni fragment D6-L, droida, który został zniszczony
na Pandem Nai, gdzie zadeklarował lojalność wobec niej i jej misji.
- Wygrywamy - powiedziała. - Dawniej byli przyzwyczajeni, że przeciwnik
ma przewagę liczebną, a oni się wycofują. Dziś przeprowadzają naloty
bombowe i wracają do bazy, gdzie czeka na nich ciepły posiłek.
Ktoś zapukał w jedną ze ścian. Quell dostrzegła sylwetkę przez matową
powierzchnię.
Adan zignorował dźwięk.
- A Kairos?
Quell próbowała zrozumieć, o co dokładnie pyta. Kairos została
zwerbowana jako pierwsza przez samego Adana. Quell nie wiedziała, jak
długo ze sobą pracowali, choć z pewnością znał niektóre jej tajemnice.
- Kairos to Kairos.
- Niech będzie - odparł, po czym otworzył drzwi w matowej ścianie.
Na zewnątrz czekała Nasha Gravas. Rzucała im piorunujące spojrzenie.
Odznaczała się smukłą, filigranową sylwetką i jasną skórą. Obie te cechy
sprawiały, że wydawała się niemal dzieckiem - Quell nie potrafiła ocenić
jej wieku. Z pewnością miała zblazowaną minę weteranki, która niejedno
widziała.
- Właśnie otrzymaliśmy formalny protest - oznajmiła. - Dzieci Pustego
Słońca czują się zaniedbane.
- Ci sekciarze z Catadry? - zdziwił się Adan. - Jeśli zbombardowaliśmy
jedną z ich placówek, niech rozmawiają z generał Syndullą.
- Okazuje się, że ci sami przemytnicy, którzy dostarczali zaopatrzenie
Imperium - ci, których właśnie pochwyciliśmy - jednocześnie udzielali
wsparcia kultowi. - Gravas relacjonowała sytuację bez sympatii czy
potępienia. - Na Troithe nie ma wielu Dzieci, ale jest ich wystarczająco
wiele, by mieli pewien wpływ na ludność cywilną.
- Dobrze - odparł Adan. - Spróbuj udobruchać ich zadośćuczynieniem z funduszu operacyjnego. Powierzam ci nadzór nad projektem.
Gravas skinęła głową, posłała Quell minę niczym snajperka szykująca się
do wciśnięcia spustu i opuściła biuro.
Adan pokręcił głową, wyraźnie zniesmaczony.
- W całej galaktyce zaczyna roić się od wyznawców różnych religii. Ci
tutaj twierdzą, że są grupą
wyznaniową, ale moim zdaniem
pasuje do nich słowo "kult". Przełożeni mówią, że lepiej ich unikać.
- No to Gravas się poszczęściło, że będzie się z nimi użerać -
skwitowała Quell.
- Biorąc pod uwagę to, skąd ją przeniesiono, może i tak jest.
Quell poznała Adana na tyle dobrze, by dokładnie wiedzieć, co przez to
rozumiał: nie tyle "porozmawiajmy o Nashy Gravas", ile "mam swoje
tajemnice".
- A ona wie?
- O czym?
- O Nacronisie? A pozostali członkowie twojego zespołu?
Gravas mogła nią gardzić z wielu przyczyn, ale najpewniejszą wśród nich
była prawda.
- Nie powinnaś sobie tym zaprzątać głowy - odparł Adan, a gdy się
uśmiechnął, nie wyszło mu to w połowie tak nieszczerze, jak by mogło. -
Zrobię wszystko, by nie dowiedział się nikt niepowołany.
Odpowiedź stanowiła zawoalowaną groźbę, bo tak naprawdę nikt nie musiał wiedzieć, chyba że Quell zacznie
sprawiać kłopoty. Ale ich rozmowy zawsze tak wyglądały, niezależnie od
tego, o kogo pytała: o Gravas, przełożonych Adana czy generał Syndullę.
Jeszcze przez kilka minut omawiali nadciągające misje. Okazało się, że
gdy Adan pozbawił jej nadziei na odpowiedź, Quell łatwiej przychodziło
skoncentrowanie się na pracy. Jej myśli zaczęły wędrować dopiero wtedy,
gdy już opuściła biuro analityka.
Nasha Gravas eskortowała ją do turbowindy, jakby się obawiała, że Quell
spojrzy komuś przez ramię na ekran wyświetlający poufne informacje. W progu drzwi Quell odwróciła się i powiedziała:
- To już Adan ma do mnie większe zaufanie niż ty.
Czekała na reakcję. Miała nadzieję, że dostrzeże w oczach Gravas jakąś
zmianę - znak, że Adan podzielił się z nią informacjami o jej
zbrodniach. Albo i nie. Coś, co powiedziałoby jej, że ma wypisaną na
twarzy hańbę.
Jednak Gravas posłała jej krzywy uśmiech.
- Nie chodzi o zaufanie. Adan cię po prostu bardziej lubi.
Quell zaczęła się śmiać, gdy zamykały się za nią drzwi turbowindy.
Rozdział 4
ROZDZIAŁ 4
ZGNILIZNA POD POWIERZCHNIĄ
I
W dzieciństwie Soran Keize odwiedził ruiny
Navosh-Hul na Poszarpanych Ziemiach świata Fedalle. Czas nie obszedł się
łagodnie ze strukturą, będącą świadectwem przeszłości planety. Nie
pomagały też droidy konserwacyjne, jedwabne sznury i plakietki z wyjaśnieniami, ale Keize dostrzegał majestat budowli. Wędrując po
pałacach obcych, wiedząc, że dawniej każda rozległa sala i każdy
kilometrowej długości korytarz miały swoje nazwy i znaczyły coś dla
dawno zapomnianego ludu, poczuł zachwyt po raz pierwszy w swoim krótkim
życiu.
Po latach, gdy po raz pierwszy znalazł się na pokładzie gwiezdnego
niszczyciela, szerokie, niekończące się korytarze sprawiły, że na
powierzchnię wypłynęły wspomnienia metalicznych zapachów i szklanych
dzwonków wietrznych Navosh-Hul. Znów poczuł zachwyt. Wiedział, że w budowę takiego okrętu zaangażowana była większa liczba osób niż we
wzniesienie Navosh-Hul - że choć pokolenia mieszkańców Fedalle drążyły,
rzeźbiły i ozdabiały pałace, to na liniach produkcyjnych i stanowiskach
inżynieryjnych pracowały dziesiątki tysięcy imperialnych, by tchnąć
życie w gwiezdny niszczyciel. Soran nie uważał się za artystę czy
historyka, ale instynktownie ciągnęło go do majestatyczności Imperium,
tak samo jak dawniej przyciągały go osiągnięcia zaginionej fedalleńskiej
cywilizacji.
Krążownik "Aerie" nie był gwiezdnym niszczycielem. Nie wzbudzał
zachwytu, o czym Soran przypominał sobie za każdym razem, gdy kroczył
jego ciasnymi korytarzami. Był jednostką skuteczną i funkcjonalną. W każdej wnęce upakowano sprzęt, a okablowanie biegło na tyle blisko
oświetlenia sufitowego, że rzucało osobliwe cienie na każdą
powierzchnię. Soran uznał, że żaden imperialny kadet nie aspirowałby do
służby na pokładzie krążownika-lotniskowca typu Quasar Fire - nieważne,
jak bardzo ten typ jednostki okazywał się przydatny w imperialnej
flocie.
Zaczął schodzić po drabinie, kierując się na mostek. Przez chwilę wahał
się, czy postawić stopę na posadzce korytarza. Rozważał, czy nie udać
się do mesy oficerskiej alternatywną trasą, ale uznał, że myśl tę
zrodził strach. Poszedł więc dalej i wkrótce dotarł do skrzyżowania w środkowej części pokładu.
Pośrodku skrzyżowania, bokiem do Sorana, stała humanoidalna postać
odziana w czerwony materiał i czerwoną skórę. Zamiast twarzy miała
przesłonę z czarnego szkła. Była nieruchoma w stopniu, który sugerował,
że może być jedynie posągiem lub maszyną. Soran wiedział, że co pewien
czas istota obracała się, by wbić wzrok w jeden z pozostałych korytarzy
- niczym wiekowe urządzenie odmierzające czas i wybijające kolejne
godziny albo prymitywny kompas wskazujący jakieś miejsce o kluczowym
znaczeniu dla galaktyki.
Przejście, pośrodku którego stała postać, było udekorowane szeregiem
przedmiotów. "Namaszczone" - uznał w duchu Soran, przypominając sobie
wyraźnie wykłady o rytuałach mieszkańców Fedalle. Pomiędzy rury a ściany
korytarza wetknięte były plakietki z oznaczeniami stopni, oficerskie
czapki i butelki przemycanego likieru. Z kabla zwisała linia medali i odznaczeń, kołysząca się delikatnie w reakcji na pomruk hipernapędu
"Aerie". Całe panele ścienne wypełniały wyryte nożami i wypalone
laserowymi palnikami imiona poległych z Dwieście Czwartego i innych
jednostek.
Był to w równym stopniu pomnik poświęcony imperialnym zmarłym, jak i kapliczka ku czci istoty stojącej w jej centrum - Posłańca w czerwonej
szacie, który przybył do Skrzydła Cienia po śmierci Imperatora. Z tego,
co Soran wiedział, przemówił tylko raz, by zarządzić rozpoczęcie
Operacji Popiół, po czym zamilknął na dobre. Od tamtej pory pozostawał z jednostką. Udał się z Nestorką na Pandem Nai, skąd - w przeciwieństwie
do niej - zdołał ujść bez szwanku.
Stał już pośrodku skrzyżowania, gdy Soran powrócił na pokład "Aerie".
Jego obecność go niepokoiła - był maszyną o niezasłużonym wpływie.
Posługiwał się głosem i imieniem martwego Imperatora, który nie tyle
opiekował się galaktyką, co ją dusił - jednak o wiele bardziej
niepokoiły go reakcje załogi "Aerie". Kapliczka powiększała się z każdym
dniem. Przechodząc obok piloci skłaniali głowy i przerywali rozmowy.
Soran chciał zaproponować, by przenieść Posłańca do ładowni, ale obawiał
się, że taka sugestia jedynie podburzy załogę i zasieje wśród niej
nieufność.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki