Rozdział 1. Świadomość sytuacyjna
Rozdział 1
Świadomość sytuacyjna
I
Przechwycili mnie na wysokości osiemnastu
kilometrów nad poziomem morza - powiedziała.
Droid zmierzył jej tętno z drugiego końca pomieszczenia (sześćdziesiąt
dwa uderzenia na minutę, siedem ponad tętno spoczynkowe) i zachował
nagranie głosu z myślą o analizie po przesłuchaniu. Wykonał pobieżny
skan optyczny i odnotował draśnięcia na wargach i czole. Prawa ręka
kobiety spoczywała na temblaku. Przesłuchiwana zaczęła pomału odzyskiwać
masę mięśniową, chociaż pozostawała - droid pozwolił sobie na poetycki
ozdobnik - słabowita.
- Zapamiętałaś dokładną wysokość? - spytał. Na potrzeby interakcji
wybrał męski głos, niski i monotonny. Dźwięk wydobywał się z wokalizatora w dolnej części kulistego czarnego korpusu.
- Mam doskonałą pamięć.
Droid skupił na niej czerwoną soczewkę fotoreceptora, jakby chciał
przeszyć ją wzrokiem.
- Ja też.
Kobieta odwzajemniła gest. Soczewka wróciła do pozycji neutralnej.
Oto, co powiedziała przesłuchiwana.
Osiemnaście kilometrów ponad powierzchnią planety Nacronis Yrica Quell
salwowała się ucieczką.
Na zewnątrz, poza kokpitem, szalała burza szlamowa. Niebieskie i żółte
błoto uderzało o fasetowany iluminator. Podmuch wiatru szarpnął lewym
panelem, o mało nie wprowadzając myśliwca w korkociąg. Osłoniętą
rękawiczką lewą dłonią dokonała korekty repulsorów, a prawą
unieruchomiła wibrujący ster. Jednostka wyrównała pułap, ale krzepiący
wizg podwójnych silników jonowych przeszedł we wrzaskliwy pisk, gdy do
dyszy wydechowej dostało się sześć milionów kamienistych drobin. Quell
skrzywiła się. Telepało nią w uprzęży, gdy wsłuchiwała się w agonalne
dźwięki myśliwca.
Przed iluminatorem przeleciała szmaragdowa wiązka energii, spopielając
wstęgi błota, które zostały wzniecone w powietrze przez wiatr. Quell
zwiększyła ciąg i zagłębiła się w burzy, ignorując protest silników.
Spojrzała na radar. Trzy punkty za plecami były coraz bliżej - o dwa
mniej, niż się spodziewała. Uruchomiła komunikator, skalibrowała
częstotliwość i wywołała dwóch pilotów.
- Tonasie? Barathu?
Gdy nikt nie odpowiedział, zmieniła częstotliwość i spróbowała ponownie.
- Pilotka TIE Yrica Quell do kontroli naziemnej Nacronisa.
Jednak Tonas i Barath z pewnością byli już martwi, a lokalna ludność
miała zakłóconą łączność, znalazła się poza zasięgiem albo uparcie
postanowiła ją ignorować.
Przed iluminatorem przeleciała kolejna szmaragdowa salwa, jednak Quell
nie zboczyła z kursu. Była dobrą pilotką defensywną, ale teraz przy
życiu mogła ją utrzymać jedynie burza. Miała nadzieję, że wiatr i oślepiające błoto wpłyną na celność nieprzyjaciela.
Wreszcie przebudził się jej komunikator.
- Porucznik Quell?
Wychyliła się w fotelu, napierając na uprząż i próbując przeniknąć
wzrokiem nawałnicę. Szczękała zębami i obijała biodrami o siedzisko. Tuż
obok śmignęła wstęga niebieskiego szlamu, a za nią ujrzała białe
światło: z lewej burty, pod kątem dwudziestu stopni błyskało.
- Porucznik Quell? Odbiór!
Rozważała opcje. Mogła skierować TIE-a w stronę błyskawic - ku samemu
sercu burzy, gdzie wiatry będą najsilniejsze. Tam mogłaby spróbować
odnaleźć prąd wstępujący, zredukować ciąg, przeciążyć repulsory i pozwolić, by prąd i antygrawitacja repulsorów cisnęły myśliwcem wyżej,
tak by niczego nieświadomi napastnicy przelecieli poniżej. Gdyby nie
straciła przytomności, gdyby nie straciła orientacji, mogłaby ponownie
obniżyć pułap i zaatakować wroga od tyłu. Zdjęłaby jednego, może dwóch
napastników, zanim ci połapaliby się w sytuacji.
- Nakazujemy ci zmniejszyć prędkość, katapultować się i oczekiwać
przechwycenia. Czekają cię areszt i sąd wojenny.
Nie spodziewała się, by jej rozmówca dał się nabrać na taki manewr. Już
prędzej ją zestrzelą, gdy będzie się miotać bezładnie w niebiosach.
Oczywiście zestrzelą ją i wtedy, gdy się katapultuje. Major Soran Keize
był dobrym człowiekiem, człowiekiem godnym szacunku, ale wiedziała, że
nie będzie żadnego sądu wojennego.
Zmieniła tor. Poleciała w stronę błyskawic, stopniowo kierując myśliwiec
w dół. Ku ziemi, podkreśliła w myślach - a ziemia, podobnie jak
atmosfera czy grawitacja, była zmienną, która zazwyczaj jej nie
dotyczyła. Kolejny szmaragdowy rozbłysk przypomniał jej, że prześladowcy
zmniejszają dystans. Z pewnością będą chcieli wziąć ją w krzyżowy ogień.
Pozwoliła, by pokierował nią wiatr. Nie dorównywała umiejętnościami
majorowi Keizemu, ale była przynajmniej tak dobra, jak pozostali
członkowie eskadry. Latała z Shaną, widziała statystyki lotów Tonga.
Jeśli nie zdoła im dorównać, cóż, zasługiwała na swój los. Zanurkowała
we wstędze żółtego szlamu, który chwilowo ją oślepił, po czym
zredukowała moc repulsorów, aż jej TIE zaczął podlegać siłom
konwencjonalnej aerodynamiki i skręcił po ostrym łuku. Może i sama nie
radziła sobie wzorowo w atmosferze, ale napastnicy z pewnością
osłupieją, gdy ich cel będzie rzucał się we wszystkie strony. Kolejną
salwę energii ujrzała już wyłącznie kątem oka.
Już wkrótce się z nią zrównają. Nagle rozległ się grom tak potężny, że
aż rozszedł się po kościach. Znalazła się w pobliżu serca nawałnicy.
Zadziwiając samą siebie, zastanowiła się, czy aby nie powinna odezwać
się po raz ostatni do majora - po raz ostatni zaapelować do jego
rozsądku, powołać się na lata wspólnej walki - ale zdusiła tę myśl w zarodku. Podjęła decyzję.
Spojrzała przez fasetowany iluminator na wirujące kłębowisko barw.
Przyśpieszyła na tyle, na ile pozwalały silniki. Ignorując ból w czaszce
i migoczące plamki przed oczami, sprawdziła przyrządy kontroli lotu, po
czym odliczyła do pięciu i zmieniła kąt opadania o kolejne pięćdziesiąt
stopni.
I wtedy dwie rzeczy wydarzyły się niemal jednocześnie. Jakimś cudem
zarejestrowała obie.
Gdy myśliwiec Quell popędził ku powierzchni Nacronisa, trzej napastnicy
- przyśpieszając, by dorównać jej prędkością - wlecieli w samo serce
burzy. Według radaru dwa myśliwce usiłowały złamać szyk. Bezskutecznie.
Zostały pochwycone przez wichurę i pomimo redukcji prędkości zderzyły
się ze sobą. Piloci zginęli w okamgnieniu.
Trzeci z pilotów usiłował przebić się przez szpony błyskawic i szlamu.
Miał więcej szczęścia niż kompani, ale możliwości jednostki nie
dorównywały jego umiejętnościom. Coś poszło nie tak - Quell założyła, że
do spoin pancerza TIE-a dostały się cząsteczki szlamu albo że uderzenie
pioruna doprowadziło do zwarcia systemów myśliwca - i major Soran Keize
też zniknął z radaru. As Dwieście Czwartego Pułku Imperialnych Myśliwców
poniósł śmierć.
W tej samej chwili, gdy jej prześladowców spotkał kres, Quell usiłowała
przerwać lot nurkujący. Nie widziała niczego za iluminatorem. Kiedy
walczyła ze sterami, ciało wydawało się ciężkie jak ołów. Wreszcie udało
się jej spionować myśliwiec, gdy usłyszała ogłuszający huk i poczuła,
jak unosi się pod nią fotel. Pół sekundy później uświadomiła sobie, że
dolną częścią prawego skrzydła zahaczyła o bajoro na powierzchni
Nacronisa i teraz wlokła nim przez szlam. Minęło kolejne pół sekundy i całkowicie straciła panowanie nad jednostką. Sięgnęła prawą dłonią do
dźwigni wyrzutnika. "Błąd".
Myśliwiec TIE nagle zatrzymał się, a Quell cisnęło ku spękanemu
iluminatorowi. Jej prawa dłoń zahaczyła o pas uprzęży, który wpił się
weń z całej siły i skruszył kości. Uderzyła twarzą o wnętrze hełmu.
Poczuła przeszywający ból i zakręciło się jej w głowie. Nie słyszała
niczego prócz stłumionego warkotu o niewiadomym pochodzeniu. Straciła
przytomność, ale ocknęła się niemal natychmiast - na tyle szybko, by
nadal smakować ból.
Quell miała doskonałą pamięć, ale nie potrafiła wrócić myślą do chwili,
gdy wyswobodziła się z uprzęży i wygramoliła się włazem z kokpitu. Nie
pamiętała, czy wymiotowała po zdjęciu hełmu. Jak przez mgłę przypominała
sobie swąd palonych obwodów i zapach własnego potu - ale to wszystko, co
potrafiła wydobyć z czeluści pamięci do chwili, kiedy usiadła na wraku
myśliwca, który zmącił powierzchnię wielobarwnego bagna i spojrzała w niebo.
Nie potrafiła powiedzieć, czy jest dzień czy noc. Wirująca, mieniąca się
wieloma barwami nawałnica przypominała oleisty zawijas. Zasłaniała
słońce, gwiazdy lub jedno i drugie. Kłębiła się i pęczniała, wyraźnie
zwiększając powierzchnię z każdą chwilą. Ponad bielą błyskawic
niewyraźnie mieniły się pomarańczowe światła eksplozji: efekty
działalności innych myśliwców TIE.
Quell wiedziała, że wybuchy jedynie nakarmią burzę, zachęcą ją, nasycą,
aż obejmie wszystkie miasta na powierzchni Nacronisa. Szlam będzie
smagał wieże i cytadele, obnażając je do stalowych kości. Dzieci będą
krztusić się błotem zalewającym ulice. Wszystko dlatego, że wydano
rozkaz, któremu przeciwstawili się jedynie Quell, Tonas i Barath.
Właśnie tym stało się Imperium po Endorze. Teraz to dostrzegała, ale dla
Nacronisa było już za późno.
- Miałaś szczęście, że wyszłaś z tego cało - skwitował droid, gdy Yrica
Quell zakończyła opowieść.
- Mogłam się schronić w kokpicie TIE-a. Na otwartych bagnach nie panował
taki chaos, jak w dużych skupiskach ludności.
- Nie wątpię. A mimo to podtrzymuję swoje zdanie. Czujesz, że ci się
poszczęściło, porucznik Quell?
Zmarszczyła nos. Powiodła wzrokiem od kulistego droida ku falistym
metalowym ścianom kontenera transportowego, który służył za
improwizowany pokój przesłuchań.
- Oczywiście, skąd to pytanie? - spytała. - Przeżyłam. I przypisano mi
uroczego terapeutę.
Droid zawahał się. Przepuścił jej wypowiedź przez liczne programy
analityczne i ku własnemu zadowoleniu skonstatował, że o ile przytyk
pacjentki można opisać jako wielokierunkowy, nieproduktywny i agresywny,
nie on tak naprawdę był jego adresatem. Nadal mógł nawiązać więź z przesłuchiwaną. Zresztą było to jego priorytetem - choć nie jedynym.
- Wrócimy do tego jutro - zadecydował. - Opowiesz mi, co się działo od
chwili rozbicia myśliwca do spotkania z ekipą ratowniczą.
Quell wstała z jękiem. Narzuciła na głowę kaptur swojego ponczo i zrobiła ten jeden krok potrzebny, by dosięgnąć drzwi kontenera.
Zatrzymała się w progu i powiodła wzrokiem od fotoreceptora droida po
strzykawkę przytwierdzoną do jego manipulatora.
- Czy pacjenci próbują zrobić ci krzywdę - spytała - gdy ich oczom nagle
ukazuje się imperialny droid przesłuchujący?
Tym razem w jej głosie mieszały się wrogość i ciekawość.
- Mam naprawdę niewielu pacjentów - odparł droid. O mało nie zdradził
się z informacją, którą można by uznać za poufną, ale uznał, że ryzyko
jest wystarczająco niskie, a w zamian mógł zaskarbić sobie jej
przychylność.
Jednak Quell tylko jęknęła i opuściła pomieszczenie.
Droid odtworzył rozmowę siedemnaście razy. Skupił się na odczytach stanu
fizjologicznego, ale dokonał też bardziej konwencjonalnej analizy
werbalnej. Uznał, że opowieść Quell w dużej mierze była spójna z tym,
czego należałoby się spodziewać po zeznaniach imperialnej dezerterki po
dramatycznych przeżyciach.
A mimo to był pewien, że kłamała.
II
Skrucha Zdrajcy była skutą mrozem placówką - istnym obrazem nędzy i rozpaczy. Dawniej znajdowała się tu bezimienna rebeliancka baza,
wzniesiona, by zapewnić schronienie garstce zdesperowanych buntowników,
jednak z czasem przekształciła się w rozległą plątaninę grodzonych
improwizowanych schronów i bunkrów z durabetonu. Wszystkie zamieszkane
były przez dwanaście tysięcy zbiegów, którzy porzucili upadające
Imperium Galaktyczne. Pod popielatym niebem dawni imperialni wojskowi
musieli znosić kolejne przesłuchania, zdawać raporty i poddawać się
badaniom medycznym, czekając, aż dopiero rodzący się rząd rebeliantów -
tak zwana Nowa Republika - zadecyduje o ich dalszych losach.
Większość dezerterów przebywała w placówce przez krótki czas. Byli to
inżynierowie i trepy, oficerowie łączności i admiralscy adiutanci. Osoby
oznaczone adnotacjami "niskie ryzyko" i "duża wartość" otrzymywały
propozycję nie do odrzucenia - złagodzenie wyroku w zamian za służbę na
pokładzie przechwyconego gwiezdnego niszczyciela czy dołączenie do
zespołu orbitalnych saperów. Opuszczały osadę w przeciągu tygodnia. Ci
zaś, którym się nie poszczęściło - zbiegowie z kategorii "wysokie
ryzyko" i "mała wartość", nadanych im przez jakiegoś poirytowanego
gryzipiórka z ramienia Nowej Republiki, gnili na miejscu, gdzie
próbowali przekonać opiekunów, że są osobami godnymi zaufania i lojalnymi, o nieposzlakowanej opinii i nienagannym charakterze, a jednocześnie nie zwariować doszczętnie z nudów.
Yrica Quell należała do tej drugiej kategorii. Jej zdaniem nazwa
"Skrucha Zdrajcy" wcale nie była zabawna, ale po miesiącu na miejscu nie
potrafiła zaproponować lepszej.
Mglistego popołudnia biegła żwirową ścieżką, która wiodła spod jej
kwatery ku lądowiskom. Celowo nie przyśpieszała, by nie obciążać barku i ograniczyć do minimum drgania temblaka. W krótkim czasie rozgrzała się
na tyle, że zakończyła trasę przepocona. Prawdę mówiąc, w jej stanie w ogóle nie powinna biegać. (Nie musiała leczyć złamań siłami natury,
odkąd skończyła dwanaście lat, ale siły Nowej Republiki żałowały bacty
byłym imperialnym). I tak pobiegła. Stare przyzwyczajenia były jedyną
rzeczą utrzymującą ją przy zdrowych zmysłach.
Dawniej oczyściłaby umysł w kokpicie myśliwca. Teraz została pozbawiona
tej możliwości.
Nie ulegało wątpliwości, że jej terapeuta pozostawiał wiele do życzenia.
Przeprogramowany imperialny droid przesłuchujący typu IT-O zdawał się
bardziej zainteresowany ostatnim lotem Quell niż tym, by pomóc jej
odnaleźć się w obecnej sytuacji. Nie było niczego przydatnego w odgrzebywanych przez droida przebitkach z Nacronisa - burze szlamowe
szalejące ponad miastami i osadami, eksplozje na niebie. Nic, co mogłoby
pomóc pilotce oraz Nowej Republice. Jednak wyglądało na to, że póki nie
zdoła zadowolić droida, będzie tu tak tkwiła.
Podeszła do punktu kontrolnego i skręciła ze żwirowej ścieżki dziesięć
metrów przed wejściem na lądowiska. Pobiegła wzdłuż ogrodzenia
okalającego asfaltową nawierzchnię. Krucha niebieskozielona trawa
uginała się z miłym uszom chrzęstem. Jeden ze strażników pomachał jej.
Odpowiedziała szybkim kiwnięciem głowy. I to stanowiło część codziennego
rytuału.
Biegła przed siebie. Minęła nieformalne targowisko i wie-żę łączności.
Zatrzymała się dwieście metrów od ogrodzenia lądowisk, by poprawić
temblak i przepocone włosy - blond loki, dłuższe i mniej schludne niż
zazwyczaj, drażniły jej kark. Nasłuchiwała ryku z domieszką wysokiego
pisku. Wygięła szyję i zmrużyła oczy, by wypatrzyć coś na tle szarego
nieba. "Tam".
"Punktualnie". W chaosie wojny domowej, w odległym krańcu galaktyki
transportowce rebeliantów jakimś cudem przylatywały jak w zegarku. Może
Nowa Republika miała szansę na przetrwanie?
GR-75 był leciwą bestią, powolną i opasłą nawet jak na swoją klasę, ale
Quell mimowolnie poczuła przypływ emocji, gdy jednostka o obłym kadłubie
osiadała na lądowisku, omywając ją wyziewami i falami ciepła. Gdzieś na
pokładzie pilot transportowca ustalił wektor podejścia do lądowania i skalibrował przyrządy kontroli lotu z myślą o ciśnieniu atmosferycznym.
Pilot, który - choćby tylko wtedy, gdy latał bez pasażerów i bez ładunku
- z pewnością przyśpieszał ponad rekomendowane limity statku i z satysfakcją stawiał czoła przeciążeniu. Quell powiodła palcami po
wyimaginowanej konsolecie. Zacisnęła pięści.
"Dajcie mi prom - pomyślała. - Śmigacz. Nawet symulator lotu".
GR-75 osiadł na płycie na tyle gwałtownie, że aż zatrzęsła się ziemia.
Quell obserwowała przez ogrodzenie, jak jeden ze strażników placówki
przeprowadza pobieżną inspekcję kadłuba, po czym sygnalizuje, że
jednostka może obniżyć trap dla pasażerów. Jako pierwszy pokład opuścił
mający macki oficer Nowej Republiki. Podał strażnikowi datapad i rozpoczął się wymarsz nowo przybyłych.
Poza oficerem niemal wszyscy byli ludźmi. Już samo to dobitnie
świadczyło o ich pochodzeniu - jak głosiła propaganda, Imperium zostało
zbudowane pracą ludzkich rąk. Pasażerowie w większości byli młodzi, ale
nie wszyscy. Przeważnie wyglądali schludnie, chociaż nieliczni się
zaniedbali. Rozglądali się po płycie lądowiska z niepokojem. Co do
jednego usiłowali pozbyć się wszystkiego, co wskazywałoby na ich
pochodzenie - nawet ci, którzy nadal mieli na sobie imperialne mundury,
zerwali z nich ordery, dystynkcje i emblematy. Quell podejrzewała, że
część nadal przechowywała je w kieszeniach czy rękawach. Na targowisku
widziała już niejeden zestaw naszywek.
Byłych szturmowców poznała po butach - zbyt wytrzymałych i dopasowanych,
by je ot tak porzucić. Ich syntskóra pokryta była grubą warstwą brudu.
Dawniej biała, teraz zżółknięta jak niedomyte zęby. Quell od niechcenia
powiodła wzrokiem po ich twarzach, ale po chwili usunęła je ze swoich
myśli. Oficerów wychwyciła po posturze. Przyglądała się im uważniej,
sięgając do zakamarków pamięci, ale żadnego nie rozpoznała. ("Mam
doskonałą pamięć" - powiedziała droidowi zgodnie z prawdą). Poczuła
ulotną satysfakcję, gdy dzięki pierścieniowi jednej z imperialnych
akademii rozpoznała wśród zgromadzonych medyczkę polową, ale poza tym
nie zauważyła nikogo wartego odnotowania.
Wiedziała, że wszyscy co do jednego są łajdakami. Z każdym dniem nowo
przybyli stawali się oraz gorsi.
Gdy Quell trafiła na miejsce przed miesiącem, Skrucha Zdrajcy już była
przepełniona po pierwszej fali dezercji, gdy dawni żołnierze porzucali
swoje stanowiska po bitwie o Endor. Niektórymi kierowała odwaga, innymi
- strach, jednak Quell szanowała jednych i drugich za zdolność
przewidywania: dotarło do nich, że Imperator, który zbudował
międzygwiezdną cywilizację i rządził przez dwie dekady, poniósł śmierć,
a bez niego Imperium długo nie pociągnie. Że bez następcy, grzechy
Imperium (a przecież było ich zatrzęsienie - wiedzieli o tym nawet
najlojalniejsi i najgorliwsi oficerowie) spowodują, że zgnije i zniszczeje ono od środka. Że niemożliwe zwycięstwo, które stało się
udziałem Sojuszu Rebeliantów - zamach na Imperatora na pokładzie
masywnej stacji bojowej - jest czymś, co warto poprzeć z całego serca.
Quell nie należała do tej pierwszej fali. Przybyła wraz z drugą.
W dniach po śmierci Imperatora panował zamęt. Ogromne powstania na
tysiącach planet - a także świadomość, że rebelianci od początku mieli
rację w kwestii nastawienia opinii publicznej do Imperium - pokazały
dobitnie, że nie będzie już powrotu do normalności, że ład nie zostanie
szybko przywrócony. Jednak wśród resztek sił Imperium wkrótce wyłoniło
się coś, co z braku innej nazwy można by nazwać strategią. Floty ze
znanej przestrzeni wzięły udział w Operacji Popiół, polegającej na
zniszczeniu wszelkich przejawów cywilizacji na planetach Nacronis,
Vardos, Candovant, Commenor i innych. Zarówno lojalnych, jak i otwarcie
sprzeciwiających się rządom Imperium. Bogatych w surowce naturalne i takich, które nie miały do zaoferowania niczego prócz przebrzmiałej
chwały. Zostały zbombardowane, zagazowane i zalane. Obrócono przeciwko
nim własne żywioły i własną geologię. Na Nacronisie rozpętano burze
szlamowe. Machiny tektoniczne roztrzaskały skorupę planetarną
Senthrodysu.
Imperium usiłowało zniszczyć je wszystkie. Nie po to, by odebrać Nowej
Republice cenne terytoria. Nie po to, by stłumić powstania. Nie w ramach
przemyślanego planu ratowania Imperium. Owszem, pozostali przy życiu
admirałowie zarzekali się, że przyświecają im wszystkie te cele, ale
żaden nie wydawał się w pełni przekonujący. Możliwe, że Operacja Popiół
została przeprowadzona w ramach źle pojętego poczucia obowiązku, ale tak
naprawdę zasilała ją wściekłość i było oczywiste - nawet bardziej niż
oczywiste - że nie osiągnie zgoła niczego, by spowolnić rozpad Imperium.
Operacja Popiół okazała się punktem zwrotnym. Lojalni żołnierze, którzy
dawniej na żądanie Imperatora mordowali całe populacje planet, stali się
świadkami śmierci miliardów, niemniej śmierci niezapewniającej żadnej
strategicznej przewagi. Zrozumieli, że moralna tkanka Imperium uległa
zniszczeniu. Bohaterowie Imperium, niebędący w stanie pogodzić się z bezsensowną rzezią, zwrócili się przeciwko przywódcom. Naboo, planeta, z której pochodził sam Imperator, została ocalona przed ludobójstwem przy
pomocy elitarnej jednostki szturmowej imperialnych komandosów. Część
imperialnych doszła do wniosku, że co innego stać na straconej pozycji,
a co innego walczyć o przegraną sprawę za wszelką cenę.
Wtedy doszło do drugiej fali dezercji i zmiany frontu.
Co oznaczało, że każdy, kto pozostał wierny Imperium, podjął świadomą
decyzję, by tę cenę zignorować. By zignorować to, że walka o zachowanie
Imperium jest skazana na klęskę. By walczyć bez względu na konsekwencje.
Każdego dnia po Operacji Popiół bezsensowność zniszczenia stawała się
coraz wyraźniejsza. Ci, którzy pozostali przy Imperium, każdego dnia na
nowo byli poddawani próbie. Gdyby ktoś ją spytał, Quell powiedziałaby,
że mężczyźni i kobiety opuszczający pokład transportowca GR-75 zbyt
wiele razy jej nie przeszli, by zasługiwać na sympatię czy drugą szansę.
A ci, którzy przybędą następnego dnia, będą jeszcze gorsi.
Z zamyślenia wyrwał ją ostry, nieznany głos.
- Ktoś wpadł ci w oko?
W jej stronę zmierzał mężczyzna w znoszonej kurtce. Przeszywał wzrokiem
oddzielającą ich trawę, jakby się bał, że mógłby nadepnąć na minę albo
kawałek szkła. Miał przyprószone siwizną, przypominające druciki czarne
włosy, brązową skórę o odcień ciemniejszą niż śniada skóra Quell, a jego
szaty skrywały żylaste ciało. Można by pomylić go z człowiekiem, gdyby
nie para wyrastających z głowy czułków przypominających dżdżownice.
Rozpoznała rasę: Balosarianin.
- Niespecjalnie - burknęła. Spotkała go po raz pierwszy - nie widziała,
by przybył obecnym transportem, ale też nie stała z nim wcześniej w kolejce po racje żywnościowe. Nie miał na sobie munduru, ale z pewnością
nie był zbiegiem. Dodała: - Nie ma zakazu stania po tej stronie
ogrodzenia.
- Stój, gdzie masz ochotę - odparł. Zatrzymał się w odległości trzech
kroków i zerknął w kierunku transportowca. Nowo przybyli maszerowali
przed siebie. Każdy zamieniał kilka słów ze strażnikiem, a następnie
udawał się do punktu kontrolnego.
- To na kogo tak czekasz? Nie ma dnia, żebyś się tu nie zjawiła. Na
przyjaciół? Kochanka? Na ratunek?
- Przecież nikt nas tu nie trzyma, prawda? Po co miałabym czekać na
ratunek?
Nie do końca mówiła prawdę. Quell była ciekawa, jak nieznajomy zareaguje
na jej słowa. Oficjalnie mieszkańcy Skruchy Zdrajcy mogli opuścić
placówkę w każdej chwili. Jednak odlot gwarantował gniew Nowej
Republiki, a kto wiedział, jak długo rebeliancki rząd chował urazy?
Każdego, kto nie stał w kolejce po ułaskawienie, czekała niepewna
przyszłość.
Mężczyzna jedynie wzruszył ramionami.
- Cieszę się, że tak uważasz. Nie każdy podziela twoje zdanie. - Obniżył
głos. - Odpowiesz? Na kogo czekasz?
Quell wyczuła, że mężczyzna czuje się upoważniony do tego, by usłyszeć
jej słowa. Był wysoko postawiony albo chciał wywrzeć takie wrażenie. Nie
spojrzała na niego, ale odpowiedź pojawiła się sama, gdy powiodła
wzrokiem ku zbiegom.
- Widzisz tamtego faceta z bliznami? - Uniosła pojedynczy palec - jakby
nie chciała marnować energii na rozmów-cę - i wskazała potężnego
mężczyznę w skórzanej kurtce. Od jego szyi po płatki uszu biegły
nieregularne czerwone linie.
- Widzę - potwierdził Balosarianin, choć skoncentrował się całkowicie na
Quell.
- Widziałam już takie blizny. Augmentacje chirurgiczne. Strzelam, że był
kandydatem na członka jednego z elitarnych oddziałów szturmowców,
możliwe, że szturmowców śmierci, ale jego ciało odrzuciło wszczepy.
- Nawet jeśli, stosowna informacja pewnie figuruje w jego aktach.
Dlaczego go obserwujesz?
Quell obróciła się na pięcie, by stanąć twarzą do rozmówcy. Nie
podnosiła głosu, chciała utrzymać gniew w ryzach. Jeśli był
przedstawicielem Nowej Republiki, potrzebowała go.
- Osoba o takiej, a nie innej przeszłości, która tak długo pozostawała
po stronie Imperium. Uważasz, że jest godna uwagi Republiki? Uważasz, że
powinna poruszać się swobodnie po terenie placówki?
Balosarianin skrzywił się, ale po chwili, gdy dotarło do niego znaczenie
jej słów, grymas przeszedł w uśmiech.
- Zatem o nas dbasz? Miło z twojej strony, ale to my wygraliśmy wojnę,
poradzimy sobie z ochroną placówki. - Wyciągnął ku niej dłoń. - Caern
Adan. Wywiad Soju... wróć. Wywiad Nowej Republiki.
Quell uścisnęła dłoń mężczyzny. Odkąd przybyła do placówki, nie miała
okazji rozmawiać ze szpiegiem Nowej Republiki. Gdyby należał do Wywiadu
Imperialnego, pewnie byłaby przerażona, ale panika wydawała się
przedwczesna.
Uścisk mężczyzny był słaby, póki to ona nie ścisnęła mocniej jego dłoni.
Odwzajemnił gest.
- Yrica Quell - przywitała się. - Była porucznik, Dwieście Czwarty Pułk
Imperialnych Myśliwców. Zdana na twoją łaskę.
- Dwieście Czwarty nie zasłynął ze względu na łaskę, nieprawdaż? -
Wyglądał, jakby miał się uśmiechnąć. Niedoczekanie. - Skrzydło Cienia.
Tak o sobie mówiliście. Imponująca nazwa, prawie tak imponująca jak
"Gwiazda Śmierci". Przed Endorem byliście niemal wszędzie. Bitwa o Blacktar Cyst. Bombardowanie Mennar-Daye. Mordowaliście rebeliantów i osłanialiście trasy nadprzestrzenne. A może brałaś udział w bitwie o Mimban?
Wystrzelił salwą nazw, ale Quell się nie skrzywiła. Był przygotowany i od razu przeszedł do frontalnego ataku.
- Nie byłam wtedy na służbie - odparła.
- Szkoda. - Uśmiechnął się. - Chętnie usłyszałbym tę historię. Niektórzy
moi koledzy w ogóle nie odnotowali waszego istnienia aż do... cóż, aż do
Nacronisa... ale oboje wiemy, że latacie spektakularnie od wielu lat.
Gdyby wielki generał Loring bardziej was doceniał, gdyby Vader poświęcił
więcej uwagi Imperialnemu Korpusowi Myśliwców, pewnie sami
znaleźlibyście się nad Endorem. Możliwe, że uratowalibyście życie
biednemu Imperatorowi.
- Możliwe.
Adan czekał na więcej. Jego uśmiech zmalał, ale nie zniknął. Wreszcie
zaczął mówić dalej.
- No, ale to już przeszłość. Od początku Operacji Popiół Skrzydło Cienia
pojawia się coraz częściej. Dziewięć obserwacji w nieco ponad dwa
tygodnie. Niszczenie konwojów, bombardowanie placówek... nawet
zniszczenie jednego z naszych krążowników.
Kolejny cios, tym razem bardziej świadomy i celniejszy. Niewykluczone,
że kłamał w kwestii udziału Skrzydła Cienia, ale było to możliwe, a nawet prawdopodobne. Nie skrzywiła się jednak, choć czuła, że jej rany
odzywają się w rytm tętna.
- Dziewięć obserwacji w dwa tygodnie - powtórzyła Quell. - A od
Nacronisa minął już miesiąc.
Adan przytaknął obcesowo i powiódł wzrokiem po ziemi, jakby szukał
miejsca, gdzie mógłby spocząć. Przeniósł ciężar ciała z nogi na nogę.
- I dlatego tu jestem. Dziesiątki spośród najlepszych asów Imperium
miałyby rozpłynąć się w powietrzu w takim momencie? Przecież nie
przeczekują w bazie w oczekiwaniu na rozkazy. Nie, działają w ukryciu.
Nie patrzyła na zbiegów, nadal opuszczających pokład transportowca. Nie
spojrzała nawet w oczy Adanowi. Skupiła uwagę na słowach, które międliła
na wszystkie sposoby.
- Masz jakąś teorię? - spytała.
- Mam plan - odparł. - Powołuję grupę zadaniową, by przyjrzeć się
sytuacji. Szukam ekspertów, którzy będą potrafili przeanalizować dane i przewidzieć kolejny krok wroga. Możliwe, że przyjdzie im działać w polu.
Skupiła się na pierwszej części wypowiedzi. "Powołuję grupę zadaniową".
Opór ustąpił jak ręką odjął. Odpowiedziała po chwili wahania:
- Miałam nadzieję, że przydzielą mnie do sił zbrojnych. Że znów będę
mogła latać.
Na twarzy Adana znów pojawił się uśmiech.
- Nie wątpię, ale widzieliśmy twoje akta osobowe. Pilotka ze Skrzydła
Cienia, która nie zdołała ocalić Nacronisa? Brak poświadczenia
bezpieczeństwa na wysokim poziomie, brak dostępu do informacji tajnych,
brak wiedzy eksperckiej - za to byłaś dobra w strzelaniu do rebeliantów.
Wątpię, żebyś była wysoko na czyjejkolwiek liście werbunkowej.
"Dołącz do Wywiadu Nowej Republiki - usłyszała Quell, choć słowa te nie
padły. - Siedź przy biurku i pomóż nam zapolować na twoich kompanów. Kto
wie, może kiedyś zasłużysz na ułaskawienie".
Na głos zaś Adan powiedział:
- Zastanów się. Jeśli uznam, że się nam przydasz, znajdę cię. Oczekuję,
że będziesz potrafiła udzielić odpowiedzi.
Yrica Quell czekała miesiąc, by udowodnić swoją wartość. By pokazać, że
nie bez powodu opuściła Dwieście Czwarty Pułk Imperialnych Myśliwców.
Pokazać, że ma do zaoferowania Nowej Republice umiejętności, których tej
brakuje. Że imperialny rygor i dyscyplina to wartości mogące poprawić
jakość republikańskich korpusów myśliwskich.
Miała nadzieję, że zasiądzie za sterami pod sam koniec wojny. Czekała,
aż wreszcie będzie mogła zachować się przyzwoicie. Pragnęła tego od
dłuższego czasu.
Nie była pewna, czy Caern Adan naprawdę proponował jej to, co wyczytała
między słowami. Zresztą nie wiedziała, czy na to zasługiwała.
Nocą w Skrusze Zdrajcy panował ziąb. Delikatny, może lekko szczypiący
chłodek dnia ustępował wichurom, które szarpały ponczo Quell na
wysokości bioder i zmusiły ją, by trzymała krawędź kaptura zdrową ręką.
Maszerowała pod wiatr między kwaterami z kontenerów, mijając zwisające
kable elektryczne, aż wreszcie schroniła się w bunkrze wykopanym w stoku
niskiego wzgórza.
Ryk wiatru ucichł, ustępując śmiechom i rozmowom. Gdy jej oczy
przyzwyczaiły się do bladego światła, Quell zobaczyła dwa tuziny osób,
które rozsiadły się na skrzyniach i na klepisku. Zgromadzeni grali w karty i kości; wymieniali się opowieściami i pokazywali sobie dawne
blizny. Powinni raczyć się trunkami, ale w Skrusze Zdrajcy nie było
niczego, co zasługiwałoby na to miano. (Ci, którzy upodobali sobie
ostrzejszą kontrabandę, taką jak ryll czy igiełki śmierci, mieli
łatwiej, ale nikt nie chciał wychylać głowy tam, gdzie akurat sięgał
wzrok Nowej Republiki).
Quell zawitała w Królikarni, by uzyskać informacje. Nie miała przyjaciół
w Skrusze Zdrajcy - jasne, zdarzały się przelotne znajomości, a pewnemu
starszemu mężczyźnie odstępowała część racji żywnościowych - ale
starszeństwo dawało pewne przywileje. W placówce tkwiła już dłużej niż
większość. Wiedziała, którzy strażnicy przymykali oko, a którzy
wyszukiwali sobie ofiary. Wiedziała, gdzie kupić dodatkową rację
żywnościową i kto utrzymywał, że może wysłać wiadomość poza placówkę.
Wymieniała plotki za plotki, a teraz szukała ludzi mogących powiedzieć
jej coś o Caernie Adanie.
Podążyła korytarzem w głąb bunkra. Minęła młodego konsultanta logistyki,
zarządzającego listami imperialnych ofiar wojennych. Skinęła głową
inżynierowi, który pomógł jej zreperować szwankujący grzejnik, lecz
mężczyzna całą uwagę skupiał na diagramie rozrysowanym na posadzce. Nie
spotkała żadnego z poszukiwanych przez siebie stałych bywalców i już
miała wyjść, gdy ujrzała tamtego szturmowca.
Blizny na szyi po augmentacjach chirurgicznych zdawały się jarzyć w migoczącym elektrycznym świetle. Bawił się hydrokluczem, jakby ten był
bronią. Jeśli należał do osób, które chciały dołączyć do szturmowców
śmierci, niewykluczone, że zdarzało mu się posłużyć takim narzędziem w charakterze pałki.
Quell nie była z natury wojowniczką. W Akademii nigdy nie wdawała się w bezsensowne bójki, a jako nastolatka tylko raz walczyła na pięści.
Owszem, służyła w siłach zbrojnych, ale przede wszystkim była pilotką -
strzelanie nie znajdowało się wysoko na jej liście obowiązków. Mimo to
podeszła do mężczyzny bez strachu w oczach. "Dlaczego w końcu
postanowiłeś się ulotnić?" - zamierzała spytać.
A gdyby udzielił niewłaściwej odpowiedzi? Gdyby strzelił ją z piąchy?
Cóż, od rana czuła się bezradna i sfrustrowana, może bitka dobrze jej
zrobi.
Nie zdążyła powiedzieć ani słowa.
Najpierw poczuła drżenie. Ziemia pod jej stopami ustąpiła i Quell
najadła się pyłu, nim usłyszała sam grzmot. Następujące potem krzyki
były dziwnie stłumione - uświadomiła sobie, że straciła słuch. I oślepła, ale to znowu sprawka pyłu - w powietrzu unosiły się jasne
chmury, które drażniły jej nozdrza i rozpraszały blade światło.
"Dostałam" - pomyślała w pierwszym odruchu, ale wiedziała, że nie ma
racji. Nic jej się nie stało. Co do reszty Królikarni, nie była już
pewna.
Gdy, potykając się, ruszyła przed siebie, część jej mózgu ze spokojem
odtworzyła bieg zdarzeń. Doszło do wybuchu ładunku - małego, możliwe, że
był to domowej roboty granat plazmowy. Ktoś wrzucił go do sąsiedniego
pomieszczenia albo wszedł z nim do środka i uruchomił detonator. Ktoś
taki jak jeden z dezerterów przybyłych na pokładzie transportowca GR-75,
zdeterminowany, by przykładnie ukarać zdrajców Imperium. Bez trudu
zrekonstruowała tę historię, bo rozegrała się już dwukrotnie. Tym razem
znalazła się najbliżej miejsca eksplozji.
Wdepnęła stopą w coś miękkiego - dłoń pokrytą krwią i kawałkami
skórzanego materiału. Wyrwała się do przodu i z ulgą stwierdziła, że
kończyna nadal była przytwierdzona do ciała. Ciała szturmowca. Kandydata
na szturmowca śmierci. Kucnęła tuż obok i objęła mężczyznę zdrową ręką,
by mógł się o nią oprzeć i stanąć na nogi.
"Był gnojem" - upomniała samą siebie, gdy zmierzali ku wyjściu. Z drugiej strony, dotyczyło to każdego mieszkańca Skruchy Zdrajcy.
Brnęli do przodu krok po kroku, kaszląc pyłem. Kierowali się stłumionymi
krzykami. Z biegiem czasu Quell poczuła, że ciężar szturmowca już jej
nie doskwiera i uświadomiła sobie, że widocznie w którejś chwili przejął
go kto inny. Już niemal odzyskała słuch. Ktoś - możliwe, że ta sama
osoba, która pomogła szturmowcowi - zapytał ją o obrażenia. Wykasłała
coś w odpowiedzi i opuściła Królikarnię, udając się w stronę sztucznych
świateł miasteczka.
Nikt jej nie zatrzymał, gdy przebijała się przez kordon imperialnych
gapiów i nerwowych strażników Nowej Republiki. Nikomu nie zależało.
Przez chwilę chciała się cofnąć i wrócić do środka, ale kręciło się jej
w głowie, była na wpół głucha i wraz z powietrzem wydychała pył. Tylko
by przeszkadzała ratownikom.
Jednak gdy tak kaszlała i pluła, uświadomiła sobie, że zdobyła
odpowiedź, po którą przyszła.
Nie miała pewności, czy Caern Adan pozwoli jej zasiąść za sterami i pozwoli jej udowodnić, ile znaczy. Czy pozwoli jej zachować się
przyzwoicie. Jednak eksplozja przypomniała jej, że to wszystko było
zbędnym luksusem.
Musiała za wszelką cenę wydostać się ze Skruchy Zdrajcy. Była gotowa
wykorzystać każdą szansę.
III
Caern Adan rozciągnął gumkę między kciukiem a palcem wskazującym, puścił
ją i patrzył, jak leci przez pomieszczenie gospodarcze, które uchodziło
za jego biuro. Odkształciła się w trakcie lotu i chybiła IT-O o dziesięć
centymetrów. Przeleciała przez stożek lazurowych cząsteczek emitowanych
przez holoprojektor droida. Humanoidalna postać znajdująca się pośrodku
obrazu rozpikselizowała się, zamigotała i zniknęła.
- Jesteś rozdrażniony - stwierdził droid, co w niczym nie pomogło.
- Próbuję uzyskać od ciebie informacje, na podstawie których moglibyśmy
podjąć działania - odparł Caern.
- Użyteczne informacje wywiadowcze to twój rewir.
IT-O uregulował holoprojektor - dostał go w prezencie od Caerna przed
wieloma miesiącami - i postać znów nabrała kształtów. Tym razem była
znacznie większa. Yrica Quell bez życia wpatrywała się w dal
przekrwionymi oczyma osadzonymi w młodej, pozbawionej zmarszczek twarzy.
Miała w sobie pewną kruchość - i nie chodziło wyłącznie o zadrapania i draśnięcia na wargach i czole; przypominała szklane ostrze, które albo
miało kogoś ugodzić, albo samo się rozpaść. Imperialna arogancja
zduszona w zarodku, poskromiona.
Caern przyjrzał się uważnie wizerunkowi i westchnął.
- Pewnie masz rację - odparł. - Kłamie. Ale w której kwestii? Albo... -
Machnął dłonią, by uciszyć droida - Ujmę to inaczej: w której kwestii
mówi prawdę?
IT-O unosił się niczym zabawkowa łódź na wolnym nurcie.
- Przeżyła traumę - zauważył.
Caern musiał się powstrzymać, by nie wypalić: "Jak my wszyscy".
- Fizyczną, rzecz jasna - podkreślił droid - ale nadal ma kłopot z przetworzeniem niedawnych zdarzeń. Czuje się odizolowana. Jest
jednocześnie nadmiernie czujna i nie potrafi skupić myśli.
- Zbyt ogólnikowe - skwitował Caern. - Zastanawiałeś się kiedyś nad
wróżeniem z fusów?
- Budowanie więzi trwa. A bez niej niewiele pomogę pacjentce. Albo
tobie.
Rozmawiali o tym wiele razy. Caern nie miał ochoty na powtórkę.
- Jej przeszłość nie budzi zastrzeżeń. A przynajmniej niczego nie
znaleźliśmy. Nie zdołaliśmy potwierdzić wszystkich szczegółów jej
kariery, ale ponad wszelką wątpliwość latała w Skrzydle Cienia. - Wstał
i sięgnął dłonią do panelu kontrolnego drzwi. - Mamy jakiś powód, by
przypuszczać, że jest szpiegiem? Czy to możliwe, że jej opowieść o dezercji jest zmyślona?
- Jeśli jest szpiegiem, nie jest szczególnie dobra w te klocki, biorąc
pod uwagę to, że już traktujemy ją podejrzliwie.
- Może Imperium skończyli się kompetentni szpiedzy. - Caern wcisnął
panel i wyszedł na korytarz. - Chodź. Musimy się przewietrzyć.
Spacerowali korytarzami bunkra. Minęli zaimprowizowane stacje
przetwarzania danych i systemy łączności. Jeden z wojskowych wywiadowców
wymamrotał coś do Caerna na powitanie, a Caern odpowiedział. Kilku
oficerów spojrzało wilkiem na IT-O, inni go ignorowali. Imperialny droid
przesłuchujący nie cieszył się najlepszą reputacją.
Na zewnątrz Caern narzucił na ramiona płaszcz. Dobiegło go odległe
brzęczenie - coś jakby dźwięk maszyny przecinającej skałę. Schował
czułki do wnętrza czaszki, by zmniejszyć drażniące uczucie. Wyglądało na
to, że dźwięk dochodził ze znajdującej się za wzgórzem ogrodzonej części
placówki. Gestem przywołał IT-O. Szedł po ziemi i trawie, aż wreszcie
ujrzał ruiny bunkra, w którym nastąpiła eksplozja. Tuzin pracowników
placówki zebrał się przed wejściem. Krzątając się w świetle późnego
ranka, ratownicy usuwali z wnętrza budynku sprzęt, skały i ciała.
- Wiesz, co to jest? - rzucił w stronę IT-O, wskazując na gruz.
- Coś symbolicznego, co wzmocni twój argument na rzecz... czegoś?
Caern parsknął. Przyłożył rękaw do górnej wargi. Od tego chłodu aż
ciekło mu z nosa.
- To niedopatrzenie wywiadu. Owszem, jest symboliczne. Sytuacja była do
przewidzenia - i do uniknięcia. To już czwarta eksplozja.
- Tu jesteśmy zgodni - odparł IT-O. - Można było tego uniknąć
- Ale nikt inny tego nie dostrzega. Placówka pełna jest trepów i asów
przestworzy, dla których bezpieczeństwo sprowadza się do "strzelać do
każdego, kto znajdzie tajną bazę". Jednak nasze bazy już nie są tajne, a problemów jest tyle, że wszystkich nie wystrzelamy.
W rzeczywistości było jeszcze gorzej. Brakowało przywódców. Nowa
Republika stanowiła organizację militarną - nieważne, co na ten temat
sądziła kanclerz Mothma. Głębokie korzenie nowego ustroju sięgały
Sojuszu Rebeliantów, dla którego każdy problem miał rozwiązanie
wojskowe. Caern nie musiał powtarzać tej myśli IT-O. Zamiast tego
powiedział:
- Albo wywiad pozbiera do kupy Nową Republikę, albo ta się rozpadnie. Do
wierchuszki to nie dociera. Nikogo to nie obchodzi. Nieważne, ile
jeszcze podłożą ładunków.
- W rządzie są i tacy, których obchodzą ofiary. Przecież wiesz.
- Ofiary? Może. Ale już nie to, kto lub co je zabija.
- Mowa o rządzie, który ledwie stanął na nogi - stwierdził IT-O. -
Trudno mówić o jakiejś filozofii czy polityce bezpieczeństwa. Jest na to
za wcześnie.
- Może - powtórzył Caern. Spojrzał na droida. Zastanawiał się (co
zdarzało się dość często), czy IT-O nim manipuluje, prowadząc go ku
wnioskom, do których nie doszedłby na własną rękę. Jednak szkarłatny
fotoreceptor droida nie przybliżył go do prawdy. - Tak czy inaczej,
Wywiadowi Nowej Republiki brakuje personelu i funduszy. Jednak gdyby
ktoś dla odmiany osiągnął jakiś sukces...
- Uważasz, że misja wywiadowcza polegająca na zniszczeniu Dwieście
Czwartego Pułku Imperialnych Myśliwców przekonałaby władze Nowej
Republiki do zmiany priorytetów.
- A nie powinna? - Caern zwrócił się w stronę gruzu i pyłu. - Skrzydło
Cienia było cierniem w oku rebeliantów jeszcze przed bitwą o Endor, ale
wtedy bardziej baliśmy się kolejnej stacji bojowej pokroju Gwiazdy
Śmierci niż imperialnych pilotów myśliwców. Teraz jednak uderzają w nas
tak, by zabolało. Straciliśmy całe załogi "Łowcy" i "Kalpany". Jestem
pewien, że Dwieście Czwarty brał udział w ataku na Beauchen. Nawet nie
licząc ludobójstwa w ramach Operacji Popiół i tak ponoszą winę za śmierć
tysięcy osób. - Machnął dłonią w kierunku zniszczonego bunkra. - Tak
obecnie wygląda Imperium: mniej superbroni niszczących planety, więcej
fanatyków z pianą na ustach.
- A antyterroryzm to jedno z zadań wywiadu - skwitował droid.
- A żebyś wiedział! - Caern złożył dłonie. - Gdyby zespół wywiadowczy
zdołał zneutralizować Skrzydło Cienia, dowiodłoby to wszystkiego, o czym
mówię. I istnienia zagrożenia, i konieczności jego zażegnania.
- A gdy Nowa Republika już się zgodzi, że imperialne grupy rozłamowe
najskuteczniej neutralizować za pomocą wywiadu, myślisz, że odkręcą
kurek z pieniędzmi i przeznaczą ogromne środki finansowe na grupę
zadaniową, która zneutralizowała Skrzydło Cienia? I przyznają premię jej
dowódcy?
Caern wzruszył ramionami.
- Czemu nie? Zyskalibyśmy na tym wszyscy.
Repulsory kulistego korpusu droida zapiszczały, gdy IT-O wyprzedził
Caerna i skierował się metr w dół zbocza w kierunku stert gruzu.
- Naprawdę chodzi ci o wyeliminowanie wroga Nowej Republiki? A może
chcesz poprawić własne notowania, korzystając z niestabilnej sytuacji
politycznej?
- A może chcę jednego i drugiego? - Caern nie potrafił dłużej tłumić
irytacji. Chciał powtórzyć: "Zyskalibyśmy na tym wszyscy". Naprawdę tak
uważał: zagrożenie związane z istnieniem Skrzydła Cienia było namacalne
i trwałe. Gdyby wyeliminowanie wroga doprowadziło do dofinansowania
wywiadu, a jednocześnie wyniosłoby go na szczyty, poskutkowałoby to
mniejszą liczbą eksplozji i mniejszą liczbą akcji takich jak Operacja
Popiół. Kierowanie rządem i ochrona populacji to nie to samo, co
przeprowadzenie zamachu na Imperatora. Im szybciej Nowa Republika zda
sobie z tego sprawę, tym lepiej.
Zmusił się, by odetchnąć i zebrać myśli.
- Właściwe pytanie brzmi: czy osobą, której potrzebuję, jest Yrica
Quell?
Droid nie poruszył się. Caern poznał, że IT-O pogrążył się w głębokiej
koncentracji - rozważa dziesiątki scenariuszy i wertuje niezliczone
publikacje medyczne w poszukiwaniu odpowiedzi. Cisza uspokoiła Caerna.
Jasne, że IT-O grał mu na nerwach, ale jego zapał do pracy - do
poznawania faktów i podejmowania możliwie najlepszej decyzji, nieważne,
ile się przy tym spierali - był na swój sposób krzepiący.
- Nie - odparł wreszcie. - Nie sądzę.
Caern wyraźnie się skrzywił. Nadzieja znów ustąpiła miejsca frustracji.
Powiódł wzrokiem ku kolumnie dymu, unoszącego się nieregularnie znad
miejsca zamachu. Wiedział, że tam była - widziano ją, jak kogoś wyciąga
spod gruzów. Wyobraził sobie, że została ranna, a jej kruche ciało
pokryte jest pyłem i krwią.
Była kłamcą. Kimś, kto popełnił nie wiadomo jakie przestępstwa, gdy
służył w Dwieście Czwartym. Kobietą, która widziała na własne oczy, jak
Imperium popada w ruinę, a teraz twierdzi, że gryzie ją sumienie. Caern
dobrze znał takich jak ona. Nie potrafił im wybaczyć, a oni prędzej czy
później ukazywali prawdziwe oblicze.
Ale mógł sobie z nimi poradzić.
Potrzebował jej. Nieważne, co na ten temat sądził IT-O.
- Skontaktuj się z naszą przyjaciółką - powiedział Caern. - Grupa
zadaniowa zbiera się jutro.
Rozdział 2. Kąt natarcia
Rozdział 2
Kąt natarcia
I
Nie byli bohaterami, ale świętowali, jak na
bohaterów przystało. Maszerowali ramię w ramię powietrznymi pasażami i puszczali sztuczne ognie pod Uśmiechniętym Księżycem Jiruusa. Intonowali
imperialne pieśni, które okraszali wulgaryzmami zastępującymi
pochlebstwa. Tańczyli w rytm muzyki wydobywającej się z klubów i okien
mieszkań, tańczyli w rytm własnych oklasków na placach, w parkach i pod
pełnymi dezaprobaty spojrzeniami zbezczeszczonych posągów. I gdy tak
świętowali niczym bohaterowie, sami byli opiewani. Mieszkańcy Jiruusa
przybywali, by pytać ich o imiona, by oferować potrawy i napoje, by
powitać w trakcie święta, które trwało już miesiąc, a zapowiadało się,
że prędko się nie skończy. Tańczyli z tubylcami, aż kręciło im się w głowie, a kombinezony były pełne potu. Robili krótkie przerwy, by napić
się z menażki czy fontanny, po czym wracali do zabawy.
Byli towarzyszami broni, weteranami wojny, z której dopiero co wyszli
zwycięsko. Godzinę po północy spacerowali przez mieniący się wieloma
barwami ogród, by pożegnać swojego kompana.
- Wylu Larku, napakowany pastuchu! Nie słuchaj ich, będzie mi ciebie
brakowało! - Sata Neek rechotał i terkotał dziobem osadzonym pod parą
nabrzmiałych czułków ocznych, jakby połykał jakieś małe zwierzę. Oparł
się mocno o Wyla, bez którego pomocy z pewnością by się przewrócił. Gest
ten, jak dowiedział się Wyl, wśród ludu Saty Neeka oznaczał sympatię
(nie zaś, jak mógłby rozsądnie uznać przechodzień, stan wskazujący na
spożycie).
- Zawsze byłeś dla mnie miły - odparł Wyl. - Będę za tobą tęsk...
Przerwała mu kolejna seria rechotów i terkotów.
- Sonogari? On za nic nie przyzna, że będzie za tobą tęsknił, póki
będzie miał u boku Satę Neeka, by ten uśmierzył jego ból. Nasi napluje
na każdą koję, na której spałeś. Rep Boy? Gdzie tam! Z całej Eskadry
Warchołów tylko Sata Neek prawdziwie będzie za tobą tęsknił!
Sata Neek nawijał dalej. Wyl wyszczerzył się i zwrócił w stronę
Sonogariego. Ten cmoknął go prosto w czoło, po czym wbiegł do stawu
pełnego świecących lilii. Wyl spojrzał na Nasi. Kobieta przewróciła
oczyma. Rununja, Duroska o smukłej twarzy, której stalowobłękitna skóra
wydawała się mszysta w świetle ogrodu, podniosła głos, by Wyl usłyszał
ją pomimo litanii Neeka. Zapytała rze-czowo:
- Jesteś pewien? Jutro?
- Chyba że będę potrzebny - odparł Wyl. - W przeciwnym razie podążę
trasą, o której rozmawialiśmy, z włączonym transponderem, a na miejscu
zdam myśliwiec.
- Zawsze będą nam potrzebni nowi piloci. Ale bez ciebie jakoś sobie
poradzimy. - Mówiąc, Rununja delikatnie usuwała kolejne szpony Saty
Neeka z ramienia Wyla. - Zgodnie z rozkazami "Awanturnik" ma utrzymywać
pozycję nad Jiruusem do chwili, aż zdadzą raport ostatni zwiadowcy.
Możliwe, że potem Warchoły wrócą na pole bitwy - ale wojna już nie
będzie taka sama.
Wyl przytaknął. W kolejnych tygodniach po Endorze było spokojnie jak
rzadko kiedy. Owszem, nadal trwały walki - Nowa Republika toczyła pełne
furii bitwy z rozproszonymi siłami Imperium - ale podstawową misją
"Awanturnika" i jego eskadr myśliwskich był rekonesans. Upadek Imperium
poskutkował zerwaniem łączności między sektorami galaktyki. Nowa
Republika musiała ustalić, które układy straciły wzmacniacze
hiperfalowe, a które zostały najechane przez resztki sił imperialnych i mają zablokowaną łączność. Do tej pory Wyl kilka razy spotkał się z pierwszą sytuacją i ani razu z drugą.
Zdarzało się, że natrafiali na światy takie jak Jiruus. Wyl nie
wiedział, dlaczego lokalna ludność tak dalece pałała nienawiścią wobec
Imperium ani dlaczego z tak niewypowiedzianą radością świętowała jego
upadek. Nie wiedział, jak dawno powstały tutejsze place, ogrody i powietrzne pasaże ani jakimi zbrodniami popisali się członkowie
imperialnego garnizonu wraz z dowódcą. Większość mieszkańców planety
ledwie potrafiła wydukać coś w basicu, więc Wyl cieszył się z samego
faktu, że mógł odwiedzić Jiruusa, gdyż planeta skrywała istne piękno.
Jednocześnie był już gotów wracać do domu.
Rununja minęła go na ścieżce. Wyl, Sata Neek, Nasi i inni wybrali
krajobrazową ścieżkę przez ogród. Wędrowali pod paprociami, które to się
rozpalały, to przygasały w reakcji na ich głosy. Minęli splecionych w objęciu jiruusjańskich kochanków i wyszli na targ udekorowany
krzykliwymi lampionami, po którym rozchodził się zapach koreliańskiego
cynamonu. Zakupili słodkości i zaczęli wymieniać się historiami ze
wspólnej służby. Niektóre dotyczyły bitew (o Mygeeto, gdzie Eskadra
Warchołów zdobyła swą nazwę, o Most Łamikciuka, gdzie piraci niemal
odnieśli sukces na skalę, o jakiej obecnie nie marzyło nawet Imperium),
jednak większość dotyczyła wybryków, głupich błędów i marzeń poległych
towarzyszy. Z czasem zeszło na Wyla i jego służbę w eskadrze. Ku swojemu
zdziwieniu, Wyl usłyszał słowa:
- Jesteś cholernym tchórzem!
Krzycząca przycupnęła na drugiej kondygnacji wielopoziomowej fontanny,
która górowała nad targowiskiem. Była filigranowa, ale umięśniona. Miała
brązową skórę, limonkowo-zielony meszek na głowie i krótkie skórzaste
różki na skroniach. Wyglądała na Theelinkę, choć Wyl nie był do końca
pewien, czy nią była - przynależność do rasy Theelin stanowiła drażliwy
temat. Skwitował jej komentarz parsknięciem. Poczuł się bardziej
zaskoczony niż obrażony.
Nasi coś jej odkrzyknęła, a Sata Neek potrząsnął Wyla za ramię i zarechotał.
- Nie martw się. Chass zawsze coś świerzbi poza walką.
Wyl przytaknął. Poznał wystarczająco wielu rebeliantów i już się temu
nie dziwił.
- Eskadra Ogarów?
- Wiele by to wyjaśniało, co? - skwitował Sata Neek.
Jeden po drugim, jedna po drugiej, piloci Eskadry Warchołów zaczęli się
rozchodzić. W zależności od obowiązków i zainteresowań zmierzali ku
myśliwcom, do hosteli albo na pokład "Awanturnika". Piloci Eskadry
Ogarów i członkowie załogi fregaty eskortowej obrali inne kierunki. Wyl
i Sata Neek nagle zostali sami. Zdążali powietrznym pasażem przez
dzielnicę mieszkalną.
- Masz gdzie przenocować? - spytał Sata Neek. - Mógłbym cię odeskortować
na pokład "Awanturnika"...
- Spotkałem Jiruusjankę - odparł Wyl. - Dała mi klucz do mieszkania i powiedziała, że mogę wpaść w każdej chwili.
Sata Neek zarechotał jowialnie i wzniósł ręce w powietrze.
- Nasz drogi Wyl Lark! Dar dla galaktyki! - Ktoś na ziemi powtórzył
hasło i Sata Neek znów zarechotał. Nieco ciszej dodał: - Najlepszy
pilot, jakiego miałem okazję poznać.
- Razem uratowaliśmy galaktykę - podkreślił Wyl.
- I świetnie się przy tym bawiliśmy - podsumował Sata Neek.
Wyl spał na stercie poduszek miększych niż jakiekolwiek łoże, w jakim
się znalazł. Był zbyt zmęczony, by choć obudzić goszczącą go
właścicielkę. Nim zapadł w sen, myślał o towarzyszach broni - braciach i siostrach - z jednostki oraz o tym, jak bardzo kojące były jego ostatnie
dni w Eskadrze Warchołów.
Zbudził go dźwięk syren.
Roznosił się echem przez miasto. Miał inną częstotliwość i intonację niż
te, do których przywykł, ale jego znaczenie było oczywiste. Wyl zerwał
się na nogi, narzucił kombinezon i rozsunął zasłony. Powiódł wzrokiem po
niebie przez szklaną ścianę mieszkania. W świetle przedświtu, na tle
chmur, poruszały się ciemne punkty ciągnące za sobą cienkie wstęgi.
Przypominały nocne owady, które wyszły na ucztę. Wyl wyobraził sobie, że
słyszy wizg silników jonowych, choć w rzeczywistości dźwięk ten
zagłuszały wyjące syreny.
"Myśliwce TIE - pomyślał. - Przybyli imperialni".
Zapinając kombinezon lotniczy, popędził pasażem ku platformie, na której
wylądował myśliwcem. Wysoko na niebie dostrzegał rozbłyski świateł.
Ciemne punkty zataczały pętle wokół pojedynczego jasnego punktu: fregaty
eskortowej "Awanturnik".
Zauważył własny RZ-1 i poczuł nagły przypływ ulgi. Miał nieracjonalną
obawę, że jego A-wing zostanie zamieniony w kupę gruzu przez
imperialnego zwiadowcę, jednak myśliwiec przechwytujący pozostał
nienaruszony. Na poły wspiął się, na poły wskoczył na smukły, trójkątny
kadłub. Wciskając czubki butów między spoiny metalu, wgramolił się do
kokpitu. Znał każdy ślad po przypaleniu, każde wgniecenie i każdy
odprysk bursztynowej farby. Zmusił się, by o nich nie myśleć. Osłona
kokpitu uniosła się i zasiadł w fotelu pilota.
- Pomożemy przyjaciołom - powiedział pod nosem, gdy zajął się
przełącznikami i przyciskami na konsolecie. Uruchomił reaktor fuzyjny i ekrany, zasilił poszczególne komponenty. Rytuał był mu równie dobrze
znany co blizny myśliwca. Próbował go udobruchać, a ten odpowiedział
niskim szumem silników. - Wznosimy się, dobrze? Pora na ostatnią misję.
Powinien był przeprowadzić procedurę przedstartową, złożoną z dziesiątków czynności. Dokonać ręcznej kontroli urządzeń, szczególnie
pod nieobecność obsługi naziemnej. A-wingi były kapryśne, ich silniki
często ulegały rozkalibrowaniu, a komponenty traciły moc. Do zwarć
dochodziło w najgorszej możliwej chwili. Były maszynami sklejonymi przez
Sojusz Rebeliantów na ślinę. Wysoką prędkość osiągnięto kosztem siły
ognia i wytrzymałości, co dawało o sobie znać w każdej minucie lotu. Wyl
miał nadzieję, że nie przypłaci życiem braku ostrożności.
A-wing łagodnie zawisł nad platformą z jękiem repulsorów. Przez fotel
Wyla przeszły znajome drgania, gdy chował podwozie. Mimowolnie się
uśmiechnął. "Teraz się zabawimy". Był już w powietrzu. W miarę jak
myśliwiec nabierał wysokości i stopniowo kierował się dziobem ku
otwartemu niebu, przelatywał z rykiem silników ponad pasażami i między
budynkami. Grawitacja i przyśpieszenie wbiły Wyla w fotel. Usiłował
skupić wzrok na czarnej spirali nad głową.
Kilka sekund później dołączył do bitwy. Eskadra Warchołów już podjęła
walkę. Pary A-wingów przecinały kręte tory myśliwców TIE, by rozproszyć
przeciwników, nim ci zdołają podejść do bezpośredniego ataku na
"Awanturnika". Noworepublikańska fregata unosiła się ponad cienkim
całunem jiruusjańskiej atmosfery. Jej tarcze migotały, gdy pochłaniały
kolejne serie z dział. Turbolasery blokowały napastnikom możliwość
natarcia z wielu kątów. Wokół "Awanturnika" krążyły drobiny w kształcie
krzyży, B-wingi Eskadry Ogarów. Osłaniały fregatę i kierowały
przytłaczającą falę ognia w stronę każdego TIE-a, który tylko znalazł
się w ich zasięgu.
Wyl uruchomił komunikator.
- Warchoł Trzy wchodzi do gry.
Rununja - dowódczyni Eskadry Warchołów - odezwała się jako pierwsza.
- Trzydzieści gał w zwartym szyku, Warchole Trzy. Ignorują nas, chyba że
przeszkadzamy im w natarciu. Zależy im na "Awanturniku", nie interesują
ich nasze myśliwce.
- Bombowce? - spytał Wyl.
- Nie. - Dobiegł go niski, dźwięczny głos Nasi. Warchoła Osiem.
- A przynajmniej żadnych nie zaobserwowaliśmy - poprawił ją Sata Neek.
Warchoł Pięć. - Ale możemy się mylić!
Rozmowa ciągnęła się. Podawali sobie wektory natarcia myśliwców i kolejne cele turbolaserów "Awanturnika". Wyl słuchał, ale skupił się na
czym innym. Odczyty skanera były niemal bezużyteczne - przy trzydziestu
myśliwcach TIE i dwóch eskadrach Nowej Republiki na ekranie widniało
ponad pięćdziesiąt punktów, a większość na tyle prędkich, by przelecieć
przez obszar starcia w kilka chwil - wobec czego polegał na własnych
oczach i instynktach w równym stopniu co na sensorach. Gdyby przyszło mu
umrzeć, pewnie nawet nie ujrzałby strzału, który rozerwałby jego
myśliwiec na atomy.
Zrównał szyk z Warchołem Cztery i Warchołem Osiem. Obrali tor ku
spirali. Nasi sprawnie nakreśliła plan. Mieli podejść prostopadle do
toru lotu myśliwców TIE, zrobić ostry zwrot i przeciąć przebiegającą po
łuku trasę przeciwnika. Jeśli dopisze im szczęście, a strzały sięgną
celów, zdołają zdjąć jednego, może dwóch nieprzyjaciół. Jeśli
prześladuje ich pech, to niezależnie od tego, czy zdołają trafić wroga,
podczas ucieczki siądą im na ogonie kolejne gały, które będą mieć
doskonałe warunki po temu, by zestrzelić trzy A-wingi. Warchołom nie
będzie łatwo ich zgubić, jednak nawet pogoń rozproszy spiralną formację
napastnika.
Przyśpieszyli wspólnie i zsynchronizowali prędkość. W atmosferze planety
ich obecne tempo byłoby nie do pomyślenia. Jednak w rozległej, otwartej
przestrzeni prędkość i odległości były względne - liczyło się tylko to,
jak jedno odnosiło się do drugiego. A-wing Wyla leciał szybko, więc wróg
znalazł się blisko. Nad kokpitem rozciągała się czarna czeluść,
pozbawiona jakichkolwiek punktów odniesienia. Wyl zrobił ostry zwrot.
Ekran komputera celowniczego zamigotał, gdy zbliżyli się do chmary
TIE-ów. W odpowiedzi wcisnął spust i usłyszał ożywiony świergot dział.
Wokół niego przeleciały czerwone wiązki - Warchoł Cztery i Warchoł Osiem
też posłali salwy w stronę przeciwnika.
Wrogie myśliwce tańczyły niczym uschnięte liście na wietrze. Strzały
poleciały w pustą przestrzeń między nimi, nie czyniąc żadnych szkód.
Zabłąkana energia miała rozproszyć się w ciemności. Trzy A-wingi
przyśpieszyły i złamały szyk, by zejść ze spiralnego toru. Nikt nie
podjął pościgu.
Warchoł Osiem zaklęła.
- Wiedzieli, że nadlatujemy. Wyćwiczyli atak, a my próbowaliśmy ich
rozproszyć w najbardziej oczywisty sposób.
- Spiralny szyk bojowy jest nowy - stwierdził Warchoł Cztery. - Kto chce
wykazać się kreatywnością?
- Możemy przeprowadzić drugie podejście - powiedział Wyl. - Skoro
zostawiają nas w spokoju, równie dobrze możemy...
- Nie. - Dowódczyni Warchołów. Bez ogródek. - "Awanturnik" za chwilę
straci generator osłon. Musimy uszczelnić strefę wokół fregaty i przygotować się do przejścia w nadświetlną. Komputery nawigacyjne za
chwilę otrzymają współrzędne.
Warchoł Osiem znów zaklęła. Wyl wyciągnął szyję. Próbował zobaczyć
sylwetkę fregaty, nim zmieni kurs. Przy obecnej prędkości będzie musiał
zawrócić po szerokim łuku, by zbliżyć się do "Awanturnika" - ostrzejszy
zwrot rozdarłby na strzępy jego kompensator przyśpieszenia.
W trakcie manewru A-wing aż drżał z przeciążenia. Wyl nasłuchiwał
komunikatów i śledził przebieg bitwy na radarze. Sata Neek zaśmiał się
ponuro, gdy myśliwiec TIE podleciał na tyle blisko, by zakłócić jego
sensory wiązkami jonów. Inny TIE zdołał czmychnąć pociskowi wstrząsowemu
po nerwowej, trwającej piętnaście sekund pogoni. Wyl obserwował, jak
"Awanturnik" opuszcza orbitę Jiruusa, zdeterminowany, by uciec ze studni
grawitacyjnej planety.
Komputer nawigacyjny A-winga zasygnalizował odbiór nadprzestrzennych
współrzędnych w chwili, gdy "Awanturnik" pochłonął salwę tak potężną, że
jego osłony zaczęły mienić się wszystkimi barwami tęczy. Z głośników
dobiegły liczne komunikaty, gdy chmara TIE-ów rzuciła się na fregatę i osaczyła A-wingi i B-wingi przy pancerzu głównej jednostki. Wtedy
nadszedł ostatni rozkaz:
- Teraz! Skaczcie!
Wyl pozwolił, by komputer obliczył trajektorię i poczuł szarpnięcie.
Gwiazdy odkształciły się, gdy konwencjonalne prawa fizyki dotyczące
światła, prędkości i masy przestały obowiązywać, a hipernapęd myśliwca
poprowadził jednostkę przez szparę w rzeczywistości. Nieważne, ile razy
przechodził w nadświetlną - każdy skok był dla Wyla przeżyciem. Miał
wrażenie, że sięga czegoś nie z tego świata. Czegoś transcendentalnego.
Błękit nadprzestrzeni pochłonął A-winga i Wyl opuścił pole bitwy. Nie
dobiegały go żadne dźwięki prócz miarowego pomruku hipernapędu. Ustało
nawet drżenie statku. Pozostała jedynie podróż przez wszechświat, z dala
od Jiruusa i zgliszczy Imperium.
Gdy A-wing Wyla Larka powrócił do przestrzeni konwencjonalnej przez
kolejną szparę w rzeczywistości, pilot w pierwszym odruchu wychylił się
w fotelu i spojrzał w gwiazdy. Przestworza były przejrzyste, ale nie
rozpoznawał konstelacji - tysiące nieznanych mu gwiazd migotało w ciemnościach. Po chwili, jeden po drugim, dołączyły do nich kolejne
punkty - odległe drobiny myśliwców. A-wingi Eskadry Warchołów wyłoniły
się jako pierwsze, potem dołączyły do nich B-wingi Eskadry Ogarów.
Wreszcie na końcu pojawiła się ogromna masa "Awanturnika", fregaty
eskortowej typu Nebulon-B, która bezdźwięcznie zajęła miejsce ponad
głową Wyla.
Natychmiast zaczęły się rozmowy. "Dowódczyni Warchołów, gotowa".
"Warchoł Dwa, gotów". "Trójka". "Czwórka". "Piątka". "Szóstka".
"Siódemka".
Ósemka się nie zameldowała.
- Nasi chyba nie zdołała uciec - stwierdził Sata Neek. - Widziałem, jak
pod koniec, tuż przed skokiem, skierował się w jej stronę klucz TIE-ów.
Przez chwilę wszyscy milczeli.
- Walczyła dzielnie - odparła wreszcie Rununja. - Wszyscy walczyliście.
- Jej słowa nie przyniosły im ulgi.
Dopiero później - gdy "Awanturnik" wezwał myśliwce do powrotu do hangaru
i Wyl zdjął kombinezon; gdy przytulił Sonogariego, który zarzekał się,
że nie będzie płakał z powodu Nasi, a który potem najsilniej przeżywał
jej śmierć - z ukłuciem niepokoju i poczuciem winy Wyl uświadomił sobie
najmniej istotną konsekwencję starcia.
Jednak nie wróci do domu.
II
Quell nie wiedziała, czego się spodziewać po "grupie zadaniowej Wywiadu
Nowej Republiki" powołanej przez Caerna Adana, ale wyobrażała sobie, że
będzie ona miała coś wspólnego z salami konferencyjnymi, terminalami
komputerowymi i droidami. Będzie nudno, schludnie i przerażająco
biurokratycznie, a zatem tak samo jak w Imperium.
Zamiast tego - w następstwie zaognionej dyskusji z Adanem w kwestii
zasad jej "warunkowego zwolnienia" i odległej ewentualności senackiego
ułaskawienia (zależnego od rekomendacji Adana i eliminacji zagrożenia ze
strony Skrzydła Cienia) - poinstruowano ją, by po południu wsiadła na
pokład transportowca UT-60D w ramach "misji rekrutacyjnej". To, że już
nigdy nie zobaczy Skruchy Zdrajcy, uświadomiła sobie dopiero wtedy, gdy
U-wing opuścił atmosferę.
Nie miała nic przeciwko. W placówce nie było nikogo, z kim chciałaby się
pożegnać. Nie pozostawiła na miejscu niczego poza workiem marynarskim
załadowanym ubraniami z odzysku. Teraz posiadała tylko to, co miała przy
sobie, a świadomość tego stanu rzeczy sprawiła, że poczuła się wolna -
dopóki nie pomyślała o skrytce z pamiątkami, odznaczeniami i przedmiotami osobistymi w bebechach gwiezdnego niszczyciela "Pursuera".
Jej dawne życie istniało, po prostu nie było na widoku, ukryte nawet
przed nią samą. Nie wiedziała, gdzie w ogromie kosmosu się teraz
znajduje, by prędzej czy później zderzyć się z nią w ciemnościach.
Postanowiła na razie o tym nie myśleć.
Zasiadła w kajucie jednostki. Blask nadprzestrzeni oświetlał grodzie
kokpitu, gdy system napędu odliczał w dół. Zabijała czas, przeglądając
zawartość datapadu i zapoznając się ze szczegółami "misji
rekrutacyjnej". Nie znalazła w plikach niczego, co by poprawiło jej
nastrój.
- Masz pytania - oznajmił głos imperialnego droida przesłuchującego.
Czarna kula unosiła się w rogu kajuty. Skierowała fotoreceptor w stronę
Quell, jakby maszyna planowała jej wnikliwą analizę.
- To proste - odparła Quell i wskazała gestem na datapad. - Uważacie, że
ten mężczyzna przysłuży się sprawie. Mam się po niego udać i z nim
wrócić.
Mężczyzna był szumowiną, ale Quell miała na tyle silny instynkt
samozachowawczy, by trzymać język za zębami. Była teraz agentką Nowej
Republiki, a wcześniej wystarczająco dużo czasu spędziła w wojsku, by
wiedzieć, kiedy nie wychylać się z opiniami.
- Nie chodzi o cel, lecz o okoliczności - doprecyzował droid. - Z pewnością zastanawiałaś się, dlaczego lecę z tobą.
Owszem, przez chwilę zachodziła w głowę, z jakiego powodu towarzyszy jej
droid-terapeuta, ale szybko na to wpadła.
- Monitorujesz mnie dla Adana i Wywiadu Nowej Republiki. By przekonać
się, czy się nadaję do służby. By przekonać się o mojej lojalności.
Mówię: proste. Od początku nie byłam jedynie twoją pacjentką, ale nie
mogę powiedzieć, by szczególnie mnie to dziwiło.
- Przyznaję, że jako jednostka terapeutyczna czasami muszę wybierać
między troską o pacjenta a lojalnością wobec...
W Quell gniew wezbrał się do tego stopnia, że o mało nie rzuciła w droida datapadem. Jednak stłumiła w sobie złość jakby gasiła palcami
zapałkę.
- Niewiele mnie interesują dylematy moralne droidów-psychiatrów, a ciebie akurat nikt raczej nie pomyliłby z jednostką terapeutyczną.
Droid obrócił jeden z manipulatorów w geście przeprosin, a może
skrępowania - Quell nie była pewna. Sięgnęła do pamięci, by przywołać
ich poprzednie rozmowy. Zastanawiała się, czy powiedziała coś, czego
miała pożałować. Ale była ostrożna. Nie zdradziła się z niczym, czego
mogła się teraz wstydzić lub co by ją pogrążyło. A jeśli Caern Adan
zamierzał oglądać nagrania w nadziei, że znajdzie coś, co będzie mógł
wykorzystać przeciwko niej, cóż, srodze się zawiedzie.
Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie.
- Mam nadzieję, że nie wpłynie to na przyszłe rozmowy - dodał droid. -
Zależy mi na tym, by pomóc ci w terapii.
- Mnie też - skłamała Quell i wróciła do wertowania zawartości datapadu.
Caern Adan będzie przesłuchiwał nagrania droida nadaremno, bo ona i tak
zamierzała wykonać misję. Zamierzała wykonać rozkazy. Ponieważ jeszcze
nie zaskarbiła sobie zaufania Nowej Republiki, a tak bardzo zależało jej
na tym, by się wykazać.
Wątpiła, że mężczyzna, po którego ją posłano, kierował się w życiu
podobnymi zasadami. Według dokumentacji Nath Tensent zbiegł z Imperium -
wraz z całą eskadrą TIE-ów - przed ponad czterema laty, tuż przed tym,
jak stacja bojowa DS-1 zniszczyła Alderaana i zasiała ziarno rebelii w całej galaktyce. W przeciwieństwie do większości rebeliantów z tamtej
ery, ideały Tensenta pozostawiały wiele do życzenia. Zarówno w sprawie
jego, jak i całej eskadry toczyło się poważne postępowanie
antykorupcyjne i zwyczajnie potrzebował azylu. Wraz z kompanami
prowadził działalność kryminalną w ośmiu układach Zewnętrznych Rubieży.
Przymykał oko na obecność piratów i przemytników w zamian za procent od
zysków, a jednocześnie domagał się zapłaty od statków kupieckich i transportowców w zamian za ochronę przed tymiż piratami.
W odległych zakątkach Imperium, gdzie łączność się rwała, a oficerowie
lojalnościowi byli rzadkim widokiem, pleniła się korupcja. Jednak koniec
końców Tensenta przyłapano na gorącym uczynku. Zamiast stawić czoła
sprawiedliwości, postanowił zmienić front. Jego dalsza działalność po
stronie Sojuszu Rebeliantów niczym się nie wyróżniała - odbył ponad
pięćdziesiąt misji z tą samą ekipą co wcześniej. Nie otrzymał ani jednej
nagany, ale też ani razu nie został odznaczony.
A przynajmniej na to wskazywał otrzymany przez Quell dokument. W zasadzie nie miała podstaw, by przyjmować, że był kompletny. Widziała
tylko dane, które pozwolono jej zobaczyć, co zresztą dotyczyło
wszystkiego podczas tej misji. Na więcej jeszcze nie zasłużyła.
Kariera Tensenta w Sojuszu dobiegła spektakularnego końca sześć miesięcy
przed Endorem, gdy jego eskadra została doszczętnie zniszczona przez
Dwieście Czwarty Pułk Imperialnych Myśliwców. Kartoteka nie opisywała
starcia zbyt szczegółowo - w raporcie padała jedynie nazwa układu
planetarnego i pojawiały się nazwiska poległych - a sama Quell nie
pamiętała takiej misji. Ludzie Tensenta ponieśli śmierć co do jednego, a sam Tensent przestał się komunikować, gdy dochodził do siebie.
Jak skwitowała Quell, sytuacja wyglądała jasno. Nie wiedziała, w jakiej
roli zamierzał obsadzić Tensenta Adan, ale mężczyzna z pewnością miał
motywację, by przyczynić się do zneutralizowania Skrzydła Cienia.
Możliwe, że w przypadku członków grupy zadaniowej było to dla Adana
najważniejsze.
Co prowadziło ją do pewnego pytania.
- Dlaczego wybraliście mnie?
Droid nie ruszył się z miejsca. Nadal unosił się przy grodzi.
- Słucham?
- Jestem pilotką. Adan jest szpiegiem. Jedno z nas ma większe
kwalifikacje, by podjąć się tej misji.
Droid milczał przez dłuższą chwilę. Quell wsłuchiwała się w tętno
hipernapędu, odliczając kolejne uderzenia, nim wreszcie dobiegł ją
modulowany głos:
- Caern Adan nie przepada za pracą w terenie. Dysponujesz wszelkimi
umiejętnościami niezbędnymi do tego, by odnieść sukces, więc uznał, że
przydzielając cię do tej misji, optymalnie rozporządzi dostępnymi
środkami.
Quell zastanowiła się nad wypowiedzią droida. Nie była pewna, co
oznacza.
Ale jak w przypadku tak wielu innych rzeczy, uznała, że to bez
znaczenia.
Pozostałą część podróży Quell spędziła w kokpicie. Siedziała obok
humanoidalnej postaci owiniętej pasami szarzejących bandaży, na które
nieznajoma narzuciła lichą pelerynę. Ciężkie kawałki skóry i innych
materiałów - możliwe, że dawniej barwnych i wzorzystych, jednak teraz
wyblakłych i znoszonych - dopełniały wyglądu patchworkowego stroju,
który skrywał muskulaturę rosłej istoty. Gdyby nie hełm - przedmiot
wykonany z nitowanego metalu i zacisków, oświetlony migoczącym światłem
wizjera - nieznajoma bardziej przypominałaby zawartość wiekowego
sarkofagu niż istotę z krwi i kości. Droid IT-O powiedział, że
współpasażerka Quell zwie się Kairos, a była imperialna pilotka ani
myślała zgadywać jej rasy. Droid zadeklarował jedynie, że "Kairos
zasiądzie za sterami transportowca", a Quell o nic nie dopytywała.
Jednak nieznajoma na swój sposób okazała się lepszą towarzyszką niż
droid. Przez całą drogę nie wypowiedziała ani słowa. Jej szata
wydzielała niedrażniący nosa bukiet zapachów - Quell wyczuwała żelazo,
korzenne przyprawy i coś kwiatowego. Gdyby siedząca w fotelu pilota
istota pozwoliła Quell dotknąć sterów U-winga, ta z przyjemnością
pocałowałaby ją w budzącą grozę maskę, jednak gdy tylko poprosiła,
Kairos bez cienia emocji zablokowała stanowisko drugiego pilota.
U-wing powrócił do przestrzeni konwencjonalnej w polu widzenia Ula
Entropii: asteroidy upstrzonej srebrnymi hangarami i wielkimi sieciami
przypominającymi organiczny plaster miodu. Na jej tle niczym drobinki
pyłu czy iskry przemieszczały się świecące punkty - możliwe, że droidy
serwisowe bądź promy transportujące pasażerów między kolejnymi
zamkniętymi sektorami. Quell nie miała pojęcia, a mimo to całość zrobiła
na niej znajome wrażenie.
W trakcie swojej kariery widziała dziesiątki czarnorynkowych placówek
handlowych i stacji paliw. Jej palce zacisnęły się wokół wyimaginowanego
steru, gdy wyciągała z pamięci inne miejsca, inne misje - gdy
przypominała sobie adrenalinę towarzyszącą eskortowaniu bombowców, do
których strzelały sklecone na ślinę turbolasery; nadciągające uzbrojone
frachtowce wroga; skok w nadprzestrzeń w ucieczce przed rozchodzącą się
falą uderzeniową, namacalnym dowodem na to, że ładunek dotarł do celu i obrócił w pył bazę piratów. Przypominała sobie kolejne bitwy bez żalu.
Była ciekawa, czy kiedykolwiek miało się to zmienić.
Nie każde działanie podejmowane przez Imperium było złe. Gdyby dobrze
policzyć, możliwe, że uśmierciła więcej sprzedawców niewolników niż
rebeliantów.
Może.
Jednak dziś była pasażerką, a Kairos nie miała powodu, by do kogokolwiek
strzelać. Osobliwa istota dłonią w rękawicy wcisnęła przycisk na
komunikatorze, by nadać automatyczną prośbę o dokowanie. Już po chwili
przyszła odpowiedź wypowiedziana śpiewnym, akcentowanym głosem:
- Szanowni goście, w imieniu Rady Kupców witam was w Ulu Entropii.
- Powinnam odpowiedzieć? - Quell spytała Kairos.
Kairos nie odpowiedziała.
"Nie" - uznała Quell.
U-wing powlókł się w stronę Ula, zmniejszając prędkość. Wleciał do
hangaru wydrążonego we wnętrzu asteroidy. Opadł na płytę, a gdy Kairos
zdusiła silnik, po chwili ustały wibracje. Quell opuściła kokpit i obejrzała się w progu, by przekonać się, czy pilotka pójdzie z nią,
jednak ta nie ruszyła się z miejsca.
Droid IT-O unosił się nadal w tym samym rogu.
- Nie idziecie ze mną? - spytała.
- Informuj mnie, proszę, o najważniejszych wydarzeniach - odparł droid.
- Obawiam się, że nie cieszyłbym się tu dużą popularnością.
W głosie droida znalazła się zręczna imitacja niewypowiedzianej
rezygnacji. Quell uznała, że niewiele było miejsc, w których imperialny
droid przesłuchujący faktycznie mógłby poczuć się jak u siebie, a mimo
to nie potrafiła wzbudzić w sobie sympatii.
Włożyła do kieszeni komlink i otworzyła drzwi ładowni na sterburcie. Na
pokładzie U-winga nie znalazła żadnej broni, więc dobitnie zdawała sobie
sprawę z własnej słabości - w oczach piratów i sprzedawców niewolników z Ula Entropii była bezbronną kobietą z ręką na temblaku. Innymi słowy,
stanowiła łatwy cel. Dawniej przynależność do Imperium zapewniłaby jej
choćby namiastkę ochrony, ale teraz nie miała żadnej tarczy, za którą
mogłaby się schować.
Wyszła na płytę przepastnego hangaru.
Frachtowce i promy spoczywały na skalistych cokołach połączonych
metalowymi kładkami. Quell wypatrzyła odległy tunel, który musiał
prowadzić do pozostałych sektorów asteroidy. W powietrzu unosił się
drażniący zapach, który palił jej nozdrza. Zastanawiała się, czy
atmosfera Ula tak do końca nadaje się dla ludzi.
- Możemy pomóc pani z bagażem? - dobiegł ją jakiś głos.
Należał do humanoida o twarzy zakończonej ryjkiem, ciele przypominającym
trzcinę i skórze barwy przeżutego, zwróconego chleba. Obok stał droid
protokolarny, który z wahaniem wyciągnął przed siebie rękę.
- Nie mam bagażu - odparła Quell. Skrzywiła się. Nie takiego powitania
się spodziewała.
- To może zadbamy o pani zakwaterowanie? O osobistego asystenta
dostosowanego do rasy i potrzeb fizjologicznych? A może... - Ryjek
istoty unosił się i opadał, a jej zakończone przyssawkami palce drżały,
co Quell wzięła za oznaki namysłu. - Nasze placówki medyczne nie mają
sobie równych. Wymagałoby to zgody ze strony Rady Kupców, ale moglibyśmy
wymienić pani szwankującą kończynę. Może nie za darmo, ale ze sporą
zniżką...
Quell oparła się chęci przyciągnięcia ręki bliżej do piersi.
- Dziękuję, to nie będzie konieczne - odparła. - Nie ma potrzeby.
Humanoid gestem oddalił droida protokolarnego. Znów podskoczył mu ryjek.
- Oczywiście. Proszę zatem udać się ze mną, a oprowadzę panią po stacji.
Rada Kupców pragnie, by Ul Entropii był bezpiecznym, luksusowym portem
dla wszystkich gości... a już szczególnie dla naszych dzielnych wybawców
z Nowej Republiki.
Quell w mig pojęła, co się wydarzyło. Ktoś rozpoznał jej U-winga jako
maszynę Sojuszu Rebeliantów i Rada Kupców - przypuszczalnie złożona z członków przestępczego kartelu sprawującego władzę na stacji,
handlującego przyprawą, dobijającego targi i łamiącego kości -
postanowiła zaprezentować się od jak najlepszej strony.
Po kręgosłupie i ramionach Quell aż przeszedł dreszcz. Wyglądało na to,
że obecnie to już nie Imperium było uważane za frakcję, która mogła
zapewnić bezpieczeństwo.
- No dobrze - poddała się. - Zwiedźmy stację.
Ginruda, stworzenie reprezentujące Radę Kupców, zasypywało Quell
niekończącymi się komplementami (a niektóre były na tyle osobiste, że
ich adresatce aż zrobiło się niezręcznie) oraz ofertami trunków i potraw, gdy przemierzali korytarze Ula. Asteroida podzielona była na
szereg "sektorów mieszkalnych", które powstały z myślą o gościach
należących do różnych ras. W sektorze humanoidów panował tłok.
Znajdowały się tu liczne bazary, kantyny i domy aukcyjne dla dwuocznych
istot o czterech kończynach, pochodzących z setek światów. Tak duża
różnorodność ras wydała się Quell obca, choć w gruncie rzeczy nie
powinna tak reagować - w końcu sama w dzieciństwie wychowywała się na
stacji orbitalnej wśród Twi'leków, Kel Dorów i Devaronian, ba,
znaleźliby się i przedstawiciele mniej humanoidalnych ras. Jednak gdy
już przyjęli ją do Dwieście Czwartego, rzadko wracała do domu na
przepustkę, a podczas rekrutacji Imperium stosowało ostrą selekcję.
Przyzwyczaiła się do liczebnej przewagi ludzi.
"Może - pomyślała - tłumaczyło to dyskomfort, jaki odczuwała
instynktownie na widok Kairos. A może i nie".
Ginruda podkreśliło, że Rada Kupców jest zainteresowana pozbyciem się z Ula mniej praworządnych mieszkańców.
- Bez dostępu do imperialnych kartotek porządkowych nie byliśmy w stanie
przesiewać gości w zadowalającym nas stopniu. Mimowolnie staliśmy się
gospodarzami najgroźniejszych przestępców - nie walczących o wolność
handlarzy broni wspierających Sojusz Rebeliantów, lecz najgorszego
elementu z półświatka, dla którego nie ma miejsca wśród osób miłujących
prawo i porządek. A ponieważ nie byliśmy w stanie powstrzymać handlu
przyprawą i działalności łowców nagród w Ulu Entropii, zrobiliśmy, co w naszej mocy, by tego rodzaju działalność uregulować. Z naszego
doświadczenia w tych kwestiach wynika, że takie podejście do sprawy
uczyni Ul nieocenionym partnerem, gdy mowa o stabilizacji całego
sektora. Już teraz jesteśmy jedną z pierwszych placówek, w których cała
wymiana handlowa odbywa się w noworepublikańskich kredytach...
"Marnujecie czas" - pomyślała Quell. Nie miała realnej władzy ani
kapitału politycznego, a poza tym wątpiła, czy Aden zainteresuje się
raportem na korzyść Rady Kupców. Minęli zabezpieczone grubą siatką
pomieszczenia wydrążone w skale - klatki dla zwierząt gospodarskich lub
niewolników. Zachodziła w głowę, kto miałby chcieć pomóc potworom, które
zbudowały takie miejsce.
Przestępcy likwidowani podczas jej misji związanych z przywracaniem
bezpieczeństwa - członkowie Syndykatu Pyków i Szkarłatnego Świtu -
wiedzieli, że próby negocjacji skazane są na klęskę. Wiedzieli, że pod
rządami Imperium nie ma miejsca na funkcjonowanie ich karteli. Cóż zatem
oznaczało przekonanie Rady Kupców, że może podjąć negocjacje z Nową
Republiką?
Kolejna myśl uderzyła ją z taką mocą, że niemal się potknęła. Ginruda
spojrzało na nią z troską.
"Nie powinnaś kwestionować działań Nowej Republiki".
Nie zasłużyła na ten przywilej. Nie po tych wszystkich decyzjach, jakie
podjęła. Nie po tym, gdy tak długo pozostawała lojalna wobec Imperium.
- Poczyniliśmy już określone działania we współpracy z pani rządem -
powiedziało Ginruda, gdy skręcili w kolejny korytarz wypełniony istotami
śpiącymi ze splecionymi nogami i opartymi o ściany - mężczyznami,
kobietami i dziećmi. - Mamy nadzieję, że zakomunikujecie...
- Jakie działania?
- Słucham?
- Jakie działania - powtórzyła Quell - podjęliście we współpracy z rządem Nowej Republiki?
Ginruda znów pomachało palcami.
- Jednemu z waszych pilotów myśliwców powierzono obronę stacji oraz
jednostek eskortowych, które zażądają wsparcia ogniowego.
Quell zrobiła, co mogła, by ukryć zainteresowanie.
- Jak się nazywa ten pilot?
Ginruda zaświergotało. Po raz pierwszy wyglądało na wyraźnie skrępowane.
- Przykro mi, nie wiom. Nie miałom z nim bezpośredniego kontaktu, ale
zapewniom panią, że do tej pory działał sumiennie i z oddaniem.
Quell nie wątpiła, że Ginruda kłamie; przecież istota sama poruszyła
temat pilota. Agentka Nowej Republiki postanowiła pociągnąć ją za język.
- Wiesz, jakim myśliwcem lata?
Ginruda wskazało gestem, by podążyła jego śladem. Mijali pstrokate
centra rozrywki i korytarze wyścielone tą samą siatką, która opatulała
fragmenty asteroidy. Wyszli na wysypisko śmieci utworzone ze zwęglonych
kawałków metalu i przeżartych kwasem beczek. Ginruda ruchem dłoni
oddaliło droida strażniczego i wskazało stertę komponentów statków.
- Na samej górze - powiedziało. - Widzisz?
Quell wyciągnęła szyję, by ujrzeć coś ponad panelami solarnymi myśliwców
TIE, rzuconymi na stertę niczym obumarłe gałęzie, oraz połamaną kopułą
generatora pola ochronnego krążownika. Poskręcany kawałek metalu
wskazany przez Ginrudę wydawał się pozbawiony znaczenia z braku statku,
nadającego mu głębszy sens - przypominał kształtem dziecięce bazgroły,
swego rodzaju sugestię komponentu, a nie sam komponent.
Ale wtedy Quell zamrugała i wszystko nabrało sensu.
Na stercie leżała gondola silnikowa myśliwca typu BTL Y-wing w kształcie
idealnej półkuli, która przechodziła w cylindryczną siatkę. Quell znała
kształt pokrywy z tysięcy dokumentów. Podczas misji widywała
przelatujące tuż obok Y-wingi, ale po raz pierwszy ujrzała porzucony
myśliwiec o poskręcanym, wgniecionym poszyciu.
- Lata czymś takim - skwitowało Ginruda - ale działającym.
Gdy Nath Tensent porzucił Imperium, Sojusz Rebeliantów przekazał jemu i jego pilotom Y-wingi. Quell znalazła cel.
Oto Nowa Republika, z którą chciała negocjować Rada Kupców Ula Entropii.
Nowa Republika przymykająca oko na wszystko - łącznie z osobnikami
pokroju Tensenta i jego zakapiorów - byle tylko odnieść zwycięstwo nad
Imperium.
- Gdzie go znajdę? - spytała.
Jak poinformowało ją Ginruda, Tensent znajdował się poza bazą -
eskortował frachtowiec, który przez ostatnie dwa tygodnie dokował w Ulu.
Wprawdzie Ginruda nie powiedziało tego wprost, ale Quell uznała, że Rada
Kupców przydzieliła Tensenta do ochrony szczególnie dzianego klienta.
Taką informację przekazała droidowi przesłuchującemu. Spodziewała się,
że IT-O przekaże jej kolejne instrukcje, ale zamiast tego komlink
ucichł, aż wreszcie głos po drugiej stronie oznajmił:
- Oczekuję kolejnego raportu. Jeśli zamierzamy zostać tu dłużej niż
pięćdziesiąt godzin, powinienem skontaktować się z moim właścicielem.
- To wszystko? - spytała. Stała pod świecącym szyldem klubu, gdzie
zostawiło ją Ginruda. Przyglądała się, jak zmodyfikowane cybernetycznie
osiłki wchodzą i wychodzą drzwiami osmalonymi przez strzały z blasterów.
Nie była pewna, czy powinna cieszyć się ze swobody, jaką jej podarowano
czy warknąć na droida z frustracji.
Nagle zastanowiła się, czy aby celowo nie skazano jej na porażkę. A jeśli Adan lub droid w pełni się spodziewali, że wskutek braku
przeszkolenia jej misja zakończy się katastrofą, a ona sama zostanie
poświęcona w imię jakiejś innej, niewypowiedzianej idei? Imperium
potrafiło wysłać kilka eskadr na śmierć, by osiągnąć cel polityczny -
możliwe, że Nowa Republika jest nie lepsza.
- To wszystko - stwierdził droid. - Skontaktuj się ze mną, gdy będziesz
potrzebowała pomocy.
Zmusiła się do tego, by skupić się na misji.
- Dobrze. A co z Kairos? Jeśli zamierzamy zostać tu na dłużej, nie
będzie jej potrzebne zakwaterowanie? A zapasy? Ktoś, w kogo będzie mogła
się groźnie wpatrywać?
- Kairos zatroszczy się o własne potrzeby. Zajmij się własnymi, Yrico
Quell.
Komlink wyłączył się. Wróciła do pytania, czy przypadkiem nie robią
sobie z niej żartu. Czy Adan nie siedzi gdzieś tam, śmiejąc się z jej
starań. Jednak nie była w stanie tego ustalić, nie ryzykując złamania
układu, zaprzepaszczenia szansy na ułaskawienie i na to, że kiedyś
jeszcze zasiądzie za sterami.
Zaburczało jej w brzuchu. Nie jadła już pół dnia. "Lęki egzystencjalne
na później. Najwyższa pora się posilić".
Rozważyła opcje. Na pokładzie U-winga znajdowały się racje żywnościowe,
ale nie była gotowa na spotkanie twarzą w twarz z Kairos ani droidem.
Rozejrzała się po grocie i ujrzała stoiska z jedzeniem, wciśnięte między
stragany warzywne, luksusowe restauracje i kasyna. Nagle uświadomiła
sobie, że mogła udać się w dowolne miejsce - jasne, posiadała niewiele
kredytów, ale przynajmniej tu nikt nie mógł jej powstrzymać. Miała
największą swobodę od czasu, gdy przybyła do Skruchy Zdrajcy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki