Star Wars Dynastia Thrawna. Mniejsze zło - Timothy Zahn

Kup ebooka

50.50 zł
42.29 zł (42,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3

Prze­słu­cha­nie kapi­ta­nów z trzech grup okrę­tów rodzin­nych, które wypra­wiły się do układu Hoxim, zajęło Ba'kifowi trzy dni. "Sprin­ghawka" zosta­wił sobie na sam koniec, czę­ściowo dla­tego, że na­dal spraw­dzano uszko­dze­nia okrętu i chciał, żeby Thrawn i Sama­kro wspól­nie nad­zo­ro­wali prace w doku napraw­czym, a czę­ściowo dla­tego, że spo­dzie­wał się od Sama­kro infor­ma­cji, któ­rych nie podał mu do tej pory nikt inny.

I się zawiódł. Wyraź­nie widział, że Sama­kro znał ważne fakty doty­czące "Sprin­ghawka" i jego udziału w tej afe­rze, o któ­rych nie mieli poję­cia ofi­ce­ro­wie z okrę­tów rodzin­nych. Rów­nie jasne było to, że pierw­szy Thrawna nie wyjawi tych infor­ma­cji, jeśli nie zosta­nie mocno przy­ci­śnięty - a tego Ba'kif nie chciał robić. Nie­stety, nie ule­gało rów­nież wąt­pli­wo­ści, że zada­nie Thraw­nowi tych samych pytań sta­no­wi­łoby stratę czasu.

Co nie ozna­czało, że Ba'kif nie pozna osta­tecz­nie całej histo­rii. Tyle przy­naj­mniej mógł sobie obie­cać. Teraz jed­nak, kiedy Syn­dy­kura brzę­czała jak rój żądło­much, któ­rym ktoś kop­nął gniazdo, lepiej było nie drą­żyć tematu.

Poprze­stał więc na dokoń­cze­niu roz­mów z ofi­ce­rami, spi­sa­niu i zare­je­stro­wa­niu rapor­tów oraz zadba­niu o to, żeby od strony woj­sko­wej sprawa Hoxima została zała­twiona jak naj­ci­szej i jak naj­pro­ściej. I dopiero kiedy było już po wszyst­kim, kazał się zawieźć pro­mem do Doku Napraw­czego 1, w któ­rym znaj­do­wał się obec­nie "Sprin­ghawk", aby wresz­cie dowie­dzieć się, co Thrawn chciał mu prze­ka­zać na Spo­sii.

Szybko stało się jasne, dla­czego Sama­kro nie oka­zy­wał entu­zja­zmu przed tą roz­mową.

- Co, na głę­bię Cha­osu, przy­szło wam do głowy?! - wykrzyk­nął Ba'kif, wpa­tru­jąc się z nie­do­wie­rza­niem w obcą, leżącą bez ruchu w komo­rze hiber­na­cyj­nej. I to w dodatku w sypialni opie­kunki Tha­lias, w kwa­te­rze gwiaz­do­ga­torki, teo­re­tycz­nie naj­bez­piecz­niej­szym miej­scu na pokła­dzie "Sprin­ghawka".

- To huma­ni­tarny gest wobec ludu Magys... - zaczął wyja­śniać Thrawn.

- Nie chcę słu­chać żad­nych wymó­wek! - prze­rwał Ba'kif.

- Dopro­wa­dziła do zgonu na pokła­dzie - dodał Sama­kro.

- Nie chcę słu­chać rów­nież cyta­tów z pro­ce­dur! - wark­nął Ba'kif.

Przez dłuż­szy czas pano­wało mil­cze­nie. Ba'kif spoj­rzał gniew­nie na Sama­kro, który stał wypro­sto­wany na bacz­ność obok swo­jego dowódcy. Poczuł lek­kie ukłu­cie winy z powodu swo­jego wybu­chu. Z wyrazu twa­rzy Sama­kro wywnio­sko­wał, że młody kapi­tan nie pochwa­lał decy­zji Thrawna o zatrzy­ma­niu obcej na pokła­dzie - tak samo jak Ba'kif. A zwa­żyw­szy na to, jak Thrawn zacho­wy­wał się w prze­szło­ści w podob­nych sytu­acjach, Ba'kif był cał­kiem pewien, że nikt nie pytał Sama­kro o zda­nie przed pod­ję­ciem tej decy­zji.

Nie zmie­niało to w niczym obec­nego stanu rze­czy, czyli tego, że on, naczelny gene­rał Ba'kif, wpadł razem z nimi pod rynnę z kło­po­tami. Samo to, że obca znaj­do­wała się tutaj, w chis­sań­skim doku napraw­czym na niskiej orbi­cie, gdzie w prze­dzia­łach i kory­ta­rzach aż roiło się od robot­ni­ków, spra­wiało, że w gło­wie Ba'kifa roz­brzmiały dzwonki alar­mowe. Wystar­czy, że ktoś przy­pad­kiem tu zaj­rzy, ktoś coś bez­myśl­nie powie i ruszy cała kaskada kon­se­kwen­cji, które będą odczu­walne aż na szczy­tach Syn­dy­kury.

Co, na Chaos, Ba'kif miał z tym zro­bić?

Ode­tchnął powoli, tłu­miąc osłu­pie­nie i tlący się w nim gniew. Pro­blem ryso­wał się bar­dzo wyraź­nie. Pora zna­leźć roz­wią­za­nie.

- Po pierw­sze - ode­zwał się spo­koj­niej - kto jesz­cze o tym wie?

- Oczy­wi­ście opie­kunka Tha­lias - odparł Thrawn. Jeśli nie­po­ko­iły go poli­tyczne impli­ka­cje tej sytu­acji, nie poka­zy­wał tego po sobie. - I star­sza kapi­tan Lakinda z "Gray­sh­rike'a". Nikt poza tym.

- Masz na myśli star­szą kapi­tan Ziindę - wark­nął Ba'kif. - Przy­jęto ją do rodziny Irizi.

- Doprawdy? - Na twa­rzy Thrawna odma­lo­wało się lek­kie zdu­mie­nie. - Nie sły­sza­łem.

Gene­rał spoj­rzał na Sama­kro. O tak, pierw­szy ofi­cer Thrawna o tym sły­szał i z jego wyrazu twa­rzy wyni­kało, że już wcze­śniej zasta­na­wiał się nad skut­kami, jakie może przy­nieść przej­ście Ziindy do naj­bar­dziej zacię­tego rywala Mit­thów.

Nie­po­koił się - i słusz­nie. Przy takim sekre­cie, wiszą­cym nad nimi jak nie­sta­bilny kwa­sowy pocisk prze­ciw­pan­cerny, mogli tylko żywić nadzieję, że lojal­ność Ziindy wobec Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej prze­wyż­szała jej lojal­ność dla nowej rodziny.

Nic jed­nak w tej spra­wie nie mogli zro­bić, więc pora się sku­pić na roz­wią­za­niu pro­blemu.

- W porządku - powie­dział Ba'kif. - Czyli uwa­żasz, że pla­neta Magys, ta cała Jutrzenka, sta­nowi wyja­śnie­nie wszyst­kiego, co wyda­rzyło się w Dyna­stii w ciągu ostat­niego roku?

- Może nie wszyst­kiego - odparł oględ­nie Thrawn. - Ale z pew­no­ścią Jutrzenka i jej zasoby ode­grały pewną rolę w pró­bie wsz­czę­cia wojny domo­wej w Dyna­stii przez Agbu­ich.

- Tak - mruk­nął Ba'kif, tłu­miąc gry­mas. Wojna domowa... Znał tylko część afery z układu Hoxim, ale to, że trzy domy z Czter­dzie­stu jed­no­cze­śnie powo­łały się na pro­to­kół rodzin­nego stanu wyjąt­ko­wego, nie wró­żyło niczego dobrego. Być może Thrawn prze­sa­dzał. Ale rów­nie dobrze mogło to ozna­czać, że Dyna­stia o włos unik­nęła inten­syw­nej, mor­der­czej rywa­li­za­cji, która w prze­szło­ści nie­kiedy pro­wa­dziła do kon­flik­tów zbroj­nych.

Nie­stety, choć sprawa wyglą­dała poważ­nie, nie była aż tak poważna, jak mógłby sobie tego życzyć Ba'kif. Potrze­bo­wał moc­nych dowo­dów, żeby przed­sta­wić je Syn­dy­ku­rze, a to ozna­czało, że musieli mieć coś, co powiąże Jutrzenkę i śpiącą Magys nie tylko z Agbu­imi, ale także z gene­ra­łem Yivem, Paata­atu­sami, a może nawet z pira­tami Vaga­ari.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

DRA­MA­TIS PER­SO­NAE

STAR­SZY KAPI­TAN THRAWN | Mitth'raw'nuru­odo - zro­dzony w Pró­bie

ADMI­RAŁ AR'ALANI

THA­LIAS | Mitth'ali'astov - zro­dzona w Pró­bie

PATRIAR­CHA THUR­FIAN | Mitth'urf'ianico - zro­dzony z krwi

KAPI­TAN SAMA­KRO | Ufsa'mak'ro - zasłu­żony adop­to­wany

STAR­SZA KAPI­TAN ZIINDA | Irizi'in'daro - zro­dzona w Pró­bie

NACZELNY GENE­RAŁ BA'KIF

CHE'RI - gwiaz­do­ga­torka

MAGYS

SYN­DYK THRASS | Mitth'ras'safis - kuzyn

KAPI­TAN ROSCU | Clarr'os'culry - zro­dzona z krwi

PATRIA­CHA LAMIOV | Sty­bla'mi'ovodo - zro­dzony z krwi

QILORI Z UAN­DU­ALONU - nawi­ga­tor, czło­nek Tro­pi­cieli (nie­wy­wo­dzący się z rasy Chis­sów)

GENE­RA­LI­RIUS NAKIRRE - wódz Oświe­ce­nia Kil­jich

JIXTUS - przed­sta­wi­ciel rasy Gry­sków

DYNA­STIA CHIS­SÓW

Dzie­więć Rodzin Rzą­dzą­cych

UFSA

IRIZI

DASKLO

CLARR

CHAF

PLIKH

BOADIL

MITTH

OBBIC

Hie­rar­chia rodzinna Chis­sów

ZRO­DZONY Z KRWI

KUZYN

DOSTOJNY KREW­NIAK

ZRO­DZONY W PRÓ­BIE

ZASŁU­ŻONY ADOP­TO­WANY

Hie­rar­chia poli­tyczna

PATRIAR­CHA - głowa rodziny

MÓWCA - zwierzch­nik przed­sta­wi­ciel­stwa rodziny w Syn­dy­ku­rze

NAJ­WYŻ­SZY SYN­DYK - główny syn­dyk rodziny

SYN­DYK - czło­nek Syn­dy­kury, głów­nego organu rzą­dzą­cego Dyna­stią

PATRIEL - zaj­muje się spra­wami rodziny na danej pla­ne­cie

RADNY - zaj­muje się spra­wami rodziny na danym tery­to­rium

ARY­STOKR - urzęd­nik śred­niego szcze­bla jed­nej z Dzie­wię­ciu Rodzin Rzą­dzą­cych

Stop­nie woj­skowe według hie­rar­chii

NACZELNY ADMI­RAŁ

NACZELNY GENE­RAŁ

ADMI­RAŁ FLOTY

STAR­SZY GENE­RAŁ

ADMI­RAŁ

GENE­RAŁ

WICE­AD­MI­RAŁ

GENE­RAŁ PORUCZ­NIK

KOMO­DOR

STAR­SZY KAPI­TAN

KAPI­TAN

MŁOD­SZY KAPI­TAN

STAR­SZY KOMAN­DOR

KOMAN­DOR

MŁOD­SZY KOMAN­DOR

KOMAN­DOR PORUCZ­NIK

PORUCZ­NIK

STAR­SZY WOJOW­NIK

WOJOW­NIK

MŁOD­SZY WOJOW­NIK

Prolog

Przy­go­to­wać się do wyj­ścia. - Głos star­szego kapi­tana Mitth'raw'nuru­odo roz­legł się wyraź­nie na całym mostku "Sprin­ghawka". - Wszy­scy ofi­ce­ro­wie i wojow­nicy mają być w goto­wo­ści. Nie szu­kamy tu kło­po­tów, ale zamie­rzam być na nie gotowy.

Pierw­szy ofi­cer, kapi­tan Ufsa'mak'ro, skrzy­wił się w duchu. Star­szy kapi­tan Thrawn rze­czy­wi­ście nie szu­kał kło­po­tów. Ni­gdy. A jed­nak kło­poty jakoś zawsze go znaj­dy­wały.

Jeśli ta pra­wi­dło­wość miała się powtó­rzyć, nie mogłoby się to wyda­rzyć w lep­szym miej­scu.

Zyzek był obcym ukła­dem - co samo w sobie nie zapo­wia­dało nic dobrego. A to jesz­cze nie wszystko - archiwa chis­sań­skie nie zawie­rały na jego temat nic poza poło­że­niem i tym, że sta­no­wił ośro­dek han­dlowy dla kilku nie­wiel­kich nacji zamiesz­ku­ją­cych obszary na wschód i połu­dniowy wschód od Dyna­stii Chis­sów. W dodatku Thrawn uwa­żał, że wła­śnie w tym ukła­dzie wyna­jęto kapi­tana Fsira wraz z jego roda­kami Wati­thami, aby zaata­ko­wali jego okręt.

Naj­gor­sze było jesz­cze coś innego - nikt nie wie­dział, że "Sprin­ghawk" znaj­do­wał się wła­śnie tutaj.

Powinni byli od razu wró­cić do Dyna­stii. Powinni byli opu­ścić układ Hoxim, wyco­fać się z zamie­sza­nia, które Sama­kro na wła­sny uży­tek nazy­wał Bitwą Trzech Rodzin, i powró­cić na Csillę, żeby prze­pro­wa­dzić naprawy, zło­żyć raport i posprzą­tać ten cały bała­gan - ech, to ostat­nie pra­wie na pewno byłoby nie­za­po­mnia­nym prze­ży­ciem. To wła­śnie zro­biły wszyst­kie pozo­stałe okręty chis­sań­skie, obsa­dzone wyłącz­nie przez Xodla­ków, Eri­gha­lów i Pom­m­rio, wra­ca­jąc powoli, sko­kami, do domu, pod­czas gdy ich dowódcy bie­dzili się nad opi­sa­niem całej afery w dzien­niku pokła­do­wym.

Ale nie "Sprin­ghawk". Thrawn spę­dził całe godziny na bada­niu frach­towca Wati­thów przed jego znisz­cze­niem i z jakie­goś względu doszedł do wnio­sku, że Fsir pocho­dził wła­śnie z Zyzka. A potem tak­tyczne rozu­mo­wa­nie Thrawna dopro­wa­dziło do odwie­dze­nia tego układu po dro­dze do domu - żeby mogli się tro­chę rozej­rzeć.

Sama­kro rozu­miał to posu­nię­cie. I do pew­nego stop­nia nawet się z nim zga­dzał. Gwiaz­do­ga­torka Che'ri poma­gała "Sprin­ghaw­kowi" w szyb­kim poko­na­niu skom­pli­ko­wa­nych dróg nad­prze­strzen­nych w Cha­osie, pod­czas gdy wszelcy obser­wa­to­rzy cza­jący się w pobliżu, żeby póź­niej zdać sprawę ze star­cia, mogli mieć tylko zwy­kłego nawi­ga­tora lub w ogóle żad­nego. "Sprin­ghawk" mógł się zna­leźć w ukła­dzie Zyzek, zanim dotrą tam jakie­kol­wiek wie­ści - dawało im to wielką prze­wagę.

Był to jed­nak tylko jeden mały plus w całej chma­rze minu­sów.

- Wyj­ście: trzy, dwa, jeden.

Roz­bły­ski ufor­mo­wały się w gwiazdy - "Sprin­ghawk" przy­był do celu.

- Pełny skan! - pole­cił Thrawn. - Zwróć­cie szcze­gólną uwagę na statki na róż­nych orbi­tach. Chcę kom­plet­nego spisu typów jed­no­stek - na ile to moż­liwe, a także infor­ma­cji, gdzie dokład­nie się znaj­dują.

- Tak jest, star­szy kapi­ta­nie - powie­działa koman­dor Elod'al'vumic ze sta­no­wi­ska czuj­ni­ków.

- Kha­rill, niech pan jej pomoże ze spi­sem - dodał Thrawn.

- Tak jest - roz­legł się z gło­śnika głos star­szego koman­dora Plikh'ar'ill­morfa, prze­by­wa­ją­cego na mostku zapa­so­wym. - Dalvu, pro­szę zazna­czyć, któ­rymi sek­to­rami mamy się zająć.

- Tak jest, star­szy koman­do­rze - odparła Dalvu. - Już je zazna­czam.

- Uwa­żaj­cie na jakie­kol­wiek ruchy pro­wa­dzące do wewnątrz układu, jakby chcieli się przed nami ukryć, albo na zewnątrz, jakby pró­bo­wali ucieczki - powie­dział Thrawn. - Jeste­śmy tutaj, żeby zoba­czyć, czy wywo­łamy jakąś reak­cję. - Ski­nął na pilota. - Azmordi, lecimy do wnę­trza układu. Gwiaz­do­ga­torko Che'ri, bądź gotowa, na wypa­dek gdy­by­śmy musieli szybko stąd odle­cieć.

- Tak jest, panie kapi­ta­nie - rzekł koman­dor porucz­nik Tumaz'mor'dia­mir zza ste­rów.

- Tak jest, star­szy kapi­ta­nie - zawtó­ro­wała opie­kunka Che'ri, Mitth'ali'astov.

Sama­kro powiódł wzro­kiem po mostku. Dalvu, Kha­rill, Azmordi. Ofi­ce­ro­wie, z któ­rymi słu­żył od bar­dzo dawna - zarówno w cza­sach, kiedy sam był kapi­ta­nem "Sprin­ghawka", jak i teraz, kiedy funk­cję dowódcy spra­wo­wał Thrawn. Znał ich samych oraz ich umie­jęt­no­ści i ufał im bez­gra­nicz­nie.

Ale z Tha­lias sprawy miały się ina­czej.

Spoj­rzał na opie­kunkę, która wła­śnie odwró­ciła się do ilu­mi­na­tora, trzy­ma­jąc opie­kuń­czo rękę na ramie­niu Che'ri. Tha­lias wciąż sta­no­wiła dla niego zbyt dużą zagadkę i na­dal żywił co do niej wąt­pli­wo­ści.

W opi­nii Sama­kro prze­ciw kobie­cie prze­ma­wiało przede wszyst­kim to, że wokół niej uno­sił się smród poli­tyki rodzin­nej. Syn­dyk Mitth'urf'ianico wyka­zał się sporą pomy­sło­wo­ścią, żeby zała­twić jej miej­sce na pokła­dzie "Sprin­ghawka", i Sama­kro na­dal nie wie­dział, jaki miał w tym cel.

Ale dowie się tego. Zdą­żył już przy­go­to­wać grunt, opo­wia­da­jąc Tha­lias bajeczkę - teo­rię spi­skową, sta­wia­jącą Thrawna w złym świe­tle. Wie­dział, że opie­kunka w końcu opo­wie ją Thur­fia­nowi, a może komuś innemu. A kiedy to nastąpi, kiedy wyjawi tę histo­rię prze­ka­zaną jej w zaufa­niu, on, Sama­kro, uzy­ska wresz­cie dowód, że Tha­lias umiesz­czono na "Sprin­ghawku", żeby szpie­go­wała i znisz­czyła jego dowódcę, a przy­naj­mniej znacz­nie mu zaszko­dziła. Wów­czas Sama­kro może wresz­cie zdoła prze­ko­nać Thrawna, żeby pozbył się jej z okrętu.

Do tego czasu mógł tylko ją obser­wo­wać i sta­rać się zapo­bie­gać wszel­kim podej­rza­nym posu­nię­ciom z jej strony.

"Jeste­śmy tu po to, żeby wywo­łać reak­cję". Nie­stety, Sama­kro miał już oka­zję widy­wać reak­cje, które były odpo­wie­dzią na nie­ocze­ki­wane wizyty Thrawna w róż­nych miej­scach. Szcze­gól­nie na poten­cjal­nie wro­gim tery­to­rium, wśród licz­nych zastę­pów praw­do­po­dob­nie nie­przy­ja­znych okrę­tów.

Thrawn, dowódca "Sprin­ghawka", wydał jed­nak roz­kaz - a praca Sama­kro pole­gała na robie­niu wszyst­kiego, co w jego mocy, żeby wyko­nać pole­ce­nia prze­ło­żo­nego.

A jeśli część jego obo­wiąz­ków pole­gała na obro­nie okrętu aż do śmierci - no cóż, na to rów­nież był gotów.

- Pod­bój. - Gene­ra­li­rius Nakirre patrzył przez ilu­mi­na­tor kil­jiań­skiego krą­żow­nika "Ostry" na dzie­siątki stat­ków han­dlo­wych orbi­tu­ją­cych wokół pla­nety Zyzek. - Pod­bój.

- Inte­re­su­jąca myśl, czyż nie? - rzekł obcy, który przed­sta­wiał się jako Jixtus.

Nakirre zmie­rzył wzro­kiem swo­jego gościa. Dziw­nie się roz­ma­wiało z kimś zakry­tym w cało­ści - Jixtus miał na sobie szatę z kap­tu­rem, ręka­wiczki, a do tego jesz­cze zasłonę na twa­rzy.

W dodatku kom­plet­nie nie­prze­nik­niona mowa ciała dawała mu poważną prze­wagę nego­cja­cyjną nad Nakir­rem i jego kil­jiań­skimi wasa­lami. Kiedy Jixtus nauczy się roz­szy­fro­wy­wać emo­cjo­nalne reak­cje wyra­żane okre­ślo­nymi wzo­rami falo­wań i roz­cią­gnięć ciem­no­po­ma­rań­czo­wej skóry Kil­jich, będzie mógł dostrze­gać znacz­nie wię­cej niż to, co prze­ka­zy­wał mu sło­wami Nakirre.

Nakirre zgo­dził się jed­nak, by przy­le­cieć tu z tym obcym, a przy­wódcy Kil­jich zatwier­dzili jego decy­zję - i teraz byli już na miej­scu.

I prawdę mówiąc, Jixtus istot­nie wysu­nął pewne inte­re­su­jące suge­stie doty­czące kształ­to­wa­nia przy­szło­ści Oświe­ce­nia Kil­jich.

- Ci, któ­rzy w innej sytu­acji lek­ce­wa­ży­liby mądrość i słusz­ność kie­runku wska­zy­wa­nego przez Kil­jich, zaczną słu­chać. Zostaną do tego zachę­ceni - cią­gnął Jixtus. - Tych, któ­rzy będą gar­dzili waszą filo­zo­fią czy z niej drwili, można uci­szyć lub posłać gdzieś, gdzie ich roje­nia nie będą draż­nić ani prze­szka­dzać.

- Pomo­głoby nam to w zapro­wa­dze­niu porządku - zgo­dził się Nakirre. W gło­wie poja­wiła mu się wizja sta­bi­li­za­cji, do tej pory nie­osią­gal­nej. Pod­bój...

- Wła­śnie - przy­tak­nął Jixtus. - Porzą­dek i oświe­ce­nie dla miliar­dów istot, które obec­nie wege­tują i bez­rad­nie mio­tają się w mroku. Jak dobrze wiesz, zachętą i per­swa­zją, nawet inten­sywną, można roz­wi­jać kul­turę tylko do pew­nego stop­nia. Pod­bój to jedyny spo­sób, aby roz­prze­strze­nić mądrość Kil­jich na cały region.

- I sądzisz, że te istoty są gotowe na przy­ję­cie tej mądro­ści? - zapy­tał Nakirre, wska­zu­jąc ręką statki han­dlowe spo­koj­nie uno­szące się na swo­ich orbi­tach.

- Czy oświe­ce­nie może być kie­dy­kol­wiek nie­ko­rzystne? - zapy­tał reto­rycz­nie Jixtus. - Czy zdają sobie z tego sprawę, czy nie, to droga Kil­jich da im osta­tecz­nie dobro­byt i zado­wo­le­nie. Po co zwle­kać?

- Po co, istot­nie - przy­tak­nął Nakirre, patrząc na statki. Tylu kup­ców, tyle nacji - a wszy­scy zupeł­nie bez­radni wobec potęgi Oświe­ce­nia Kil­jich. Kogo powi­nien wybrać na począ­tek?

- Jak obie­ca­łem, zapro­wa­dzimy was do tych ludów, które można pod­bić naj­szyb­ciej i naj­ła­twiej - mówił Jixtus. - Są tutaj kupcy ze wszyst­kich czte­rech nacji, które zda­niem Gry­sków są naj­bar­dziej obie­cu­jące. Poroz­ma­wiamy z nimi po kolei, może też spraw­dzimy towary, przy­wie­zione przez nich na sprze­daż. A potem będzie­cie mogli...

- Gene­ra­li­riu­sie! - zawo­łał Wasal Drugi ze sta­no­wi­ska czuj­ni­ków. - Przy­był nowy sta­tek, nie­zna­nego typu.

Nakirre spoj­rzał na ekran. Nowo przy­były rze­czy­wi­ście nie przy­po­mi­nał żad­nego ze stat­ków na orbi­cie. Zapewne przed­sta­wi­ciele kolej­nego pań­stwa, któ­rzy zamie­rzali tu pohan­dlo­wać.

A może jed­nak nie. Jed­nostka nie przy­po­mi­nała statku kupiec­kiego. Jej kształt, regu­lar­nie roz­miesz­czone wypu­kło­ści wzdłuż burt i na grzbie­cie, cha­rak­te­ry­styczny połysk kadłuba wyko­na­nego ze stopu nyixu...

- To nie kupcy - stwier­dził. - To jed­nostka wojenna. Prawda? - dodał, odwra­ca­jąc się do Jixtusa.

Grysk stał nie­ru­chomo, nic nie mówiąc. Zwró­cił ku ekra­nowi zakryte zasłoną obli­cze i spra­wiał wra­że­nie, jakby pod swoją obszerną szatą zamie­nił się w kamień.

Zwy­kle komen­to­wał wszystko, tym razem jed­nak w ogóle się nie ode­zwał.

- Jeśli cię to zanie­po­ko­iło, to nie­słusz­nie - rzekł uspo­ka­ja­ją­cym tonem Nakirre. Nowy okręt był o jedną trze­cią mniej­szy od "Ostrego" i zapewne dys­po­no­wał siłą ognia mniej wię­cej taką, jak kil­jiań­ski krą­żow­nik zwia­dow­czy. Gdyby chciał zaata­ko­wać, Nakirre nie miał wąt­pli­wo­ści - zwy­cię­ży­liby Kilji.

Miał jed­nak nadzieję, że nowo przy­byli nie wykażą się taką głu­potą. Znisz­cze­nie ich okrętu ozna­cza­łoby, że jego załoga ni­gdy nie pozna filo­zo­fii Kil­jich i ni­gdy nie będzie mogła zaznać praw­dzi­wego oświe­ce­nia.

- Gene­ra­li­riu­sie, okręt nadaje wia­do­mość - oznaj­mił Wasal Czwarty. Prze­su­nął prze­łącz­nik...

- Do wszyst­kich obec­nych tu kup­ców i prze­woź­ni­ków. - Z gło­śnika na mostku "Ostrego" roz­legł się miły dla ucha, dźwięczny głos, wyma­wia­jący pre­cy­zyj­nie każde słowo w han­dlo­wym języku min­ni­siat. - Mówi star­szy kapi­tan Thrawn ze "Sprin­ghawka", okrętu Chis­sań­skiej Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej. Mam wia­do­mo­ści dla obec­nych tu Wati­thów. Czy są tutaj przed­sta­wi­ciele tego gatunku, z któ­rymi mógł­bym poroz­ma­wiać?

- Są? - Nakirre spoj­rzał na Jixtusa.

Jixtus drgnął, wyrwany z odrę­twie­nia.

- Kto taki? - zapy­tał nie­swoim gło­sem.

- Są tu jacyś Wati­tho­wie?

Jixtus jakby zebrał się w sobie.

- Nie wiem. Kiedy przy­by­li­śmy, nie zauwa­ży­łem żad­nych stat­ków do nich nale­żą­cych, ale też nie roz­glą­da­łem się za nimi. Pro­po­nuję, żeby­śmy tu zostali i zoba­czyli, czy ktoś im odpo­wie.

- Jeśli nikt inny się nie ode­zwie, ja z nim poroz­ma­wiam - oznaj­mił Nakirre. - Dowiem się, jakie wia­do­mo­ści przy­nosi.

- Odra­dzam - rzekł ostro Jixtus. - Chis­so­wie to pod­stępna rasa. Praw­do­po­dob­nie pyta o to w nadziei, że cię wywabi z ukry­cia.

- Wywabi mnie? - zdu­miał się Nakirre. - Skąd miałby wie­dzieć, że tu jestem?

- Nie mówię kon­kret­nie o tobie, gene­ra­li­riu­sie - odparł Jixtus. - Ale bądź pewien, że Thrawn węszy za infor­ma­cjami. To typowe dla tego Chissa.

- Jeśli nikt nie chce poznać tych nowin - mówił tym­cza­sem Thrawn - może ktoś poda nam poło­że­nie pla­nety Wati­thów, żeby­śmy mogli oddać im naszych jeń­ców.

Nakirre spoj­rzał ze zdzi­wie­niem na Jixtusa.

- I ma jeń­ców?

- Nie - zgrzyt­nął zębami Jixtus. - Nie ma.

- Mówi, że ma.

- Łże - syk­nął Jixtus. - Jak już mówi­łem, węszy za infor­ma­cjami. To pod­stęp.

- Skąd wiesz? - nie ustę­po­wał Nakirre.

Jixtus znów zamilkł.

- Powiedz, skąd to wiesz, Jixtu­sie z rasy Gry­sków - powtó­rzył Nakirre, tym razem roz­ka­zu­ją­cym tonem. - Jeśli Chis­so­wie kogoś zaata­ko­wali, to oczy­wi­ście wzięli jeń­ców. Pod­czas bitwy nawet naj­groź­niejsi wojow­nicy czę­sto pozo­sta­wiają żywych prze­ciw­ni­ków. Powiedz mi, bo ina­czej zapy­tam o to jego.

- Doszło do bitwy, ow­szem - odparł nie­chęt­nie Jixtus. - Ale nikt nie prze­żył.

- Skąd ta pew­ność?

- Bo to ja posła­łem Wati­thów prze­ciwko Chis­som! - wark­nął Jixtus. - Dwu­dzie­stu trzech Wati­thów wzięło udział w bitwie i dwu­dzie­stu trzech Wati­thów zgi­nęło.

- Pytam jesz­cze raz: skąd to wiesz?

- Bitwę ktoś obser­wo­wał - wyja­śnił Jixtus. Jego głos brzmiał teraz pew­niej. - Ktoś ukryty przed wal­czą­cymi. To on mnie o tym powia­do­mił.

- Rozu­miem. - Nakirre udał, że odpo­wiedź go zado­wala.

Wcale tak jed­nak nie było.

Bo obser­wa­tor, który wie­działby o śmierci Wati­thów, ostrzegłby rów­nież Jixtusa, że "Sprin­ghawk" prze­trwał tę bitwę. Widok chis­sań­skiego okrętu jed­nak ewi­dent­nie Gry­ska zasko­czył. Czy zare­ago­wał tak po pro­stu na przy­by­cie "Sprin­ghawka" do tego układu, czy na fakt, że chis­sań­ski okręt wyszedł cało z bitwy?

I skąd wie­dział, że chis­sań­ski dowódca poszu­ki­wał infor­ma­cji? Czy znał go oso­bi­ście?

Przez chwilę Nakirre roz­wa­żał, czy nie zadać mu tych pytań otwar­cie, ale uznał, że nic na tym nie zyska. Jixtus utrzy­my­wał pewne rze­czy w tajem­nicy i to się z pew­no­ścią nie zmieni. Tak już czy­nili ci, któ­rzy nie zaznali oświe­ce­nia.

Nie­ważne. W końcu mieli w zasięgu ręki inne źró­dło infor­ma­cji.

- Wasal Pierw­szy, obró­cić się na wprost okrętu Chis­sów - roz­ka­zał. Odcze­kał, a kiedy "Ostry" usta­wił się dokład­nie w jed­nej linii ze zbli­ża­ją­cym się okrę­tem, włą­czył komu­ni­ka­tor. - Star­szy kapi­ta­nie Thrawn, mówi gene­ra­li­rius Nakirre z okrętu "Ostry", nale­żą­cego do Oświe­ce­nia Kil­jich - rzekł gło­śno. - Pro­szę mi powie­dzieć, skąd wzię­li­ście tych wati­thań­skich jeń­ców.

- Pozdro­wie­nia, gene­ra­li­riu­sie Nakirre - odparł star­szy kapi­tan. - Czy jeste­ście sojusz­ni­kiem lub part­ne­rem han­dlo­wym Wati­thów?

- Nie­stety ani jed­nym, ani dru­gim - rzekł Nakirre. - Ale może już nie­długo nimi będziemy.

- A. Czy to zna­czy, że przy­by­li­ście tutaj, aby nawią­zać nowe sto­sunki han­dlowe?

Skóra na obli­czu Nakir­rego roz­cią­gnęła się w cierp­kim uśmie­chu. A zatem Jixtus miał rację: Chiss rze­czy­wi­ście poszu­ki­wał infor­ma­cji.

- Nie do końca - powie­dział. - Podró­żu­jemy po Cha­osie, naucza­jąc kil­jiań­skiej filo­zo­fii porządku i oświe­ce­nia.

- Szla­chetna sprawa - oznaj­mił Thrawn. - Czy Wati­tho­wie nale­żeli do waszych uczniów?

- Jesz­cze nie. Dopiero przy­by­li­śmy do tej czę­ści prze­strzeni. Ale to wszystko kwe­stia przy­szło­ści. Powiedz mi, skąd macie tych jeń­ców.

- Chwi­lowo nie możemy zdra­dzić tych infor­ma­cji.

- Nie­ważne - rzekł Nakirre. - Chęt­nie ich odbiorę i odwiozę do domu.

- Czyli wiesz, gdzie jest ten dom?

Nakirre się zawa­hał. Jeśli powie, że tak, Thrawn zapewne poprosi o poda­nie współ­rzęd­nych i sam odstawi tam więź­niów. Jeśli zaprze­czy, Chiss praw­do­po­dob­nie odmówi ich wyda­nia.

- Poczy­ni­łem już wiele zna­jo­mo­ści wśród kup­ców w tym ukła­dzie - powie­dział, wybie­ra­jąc trze­cie roz­wią­za­nie. - Jeden z nich z pew­no­ścią udzieli nam tej infor­ma­cji.

- Doce­niam pro­po­zy­cję - odparł Thrawn. - Nie mogę jed­nak ze spo­koj­nym sumie­niem jej przy­jąć. Jeśli nie ma tu innych Wati­thów, któ­rzy mogliby ode­brać jeń­ców, poszu­kamy ich gdzie indziej.

- To będzie dla was spory kło­pot i nie­po­trzeb­nie go na sie­bie bie­rze­cie.

- To do mnie należy decy­zja w tej spra­wie, nie do was.

- Zasady oświe­ce­nia wyma­gają, bym słu­żył innym.

- Słu­żysz naj­le­piej, pozwa­la­jąc mi podą­żyć wła­sną drogą - odpa­ro­wał Thrawn. - A może twoje oświe­ce­nie wymaga ode­bra­nia mi swo­body wyboru?

- Pozwól mu odle­cieć - syk­nął Jixtus. - Po pro­stu go puść.

Gene­ra­li­rius poczuł przy­pływ gniewu. Gniewu na Jixtusa - i na Thrawna. W tej spra­wie coś śmier­działo, ale Nakirre nie dowie się niczego od żad­nego z nich.

Potrze­bo­wał Jixtusa i Gry­sków, aby wska­zali mu, które nacje są naj­bar­dziej podatne na pod­bój, a tym samym na oświe­ce­nie. Thrawna nie potrze­bo­wał.

- Powi­nie­neś zro­zu­mieć, o czym mówisz, zanim zaczniesz osą­dzać - oznaj­mił, akty­wu­jąc swój ekran, aby roz­po­cząć przy­go­to­wa­nie "Ostrego" do osią­gnię­cia goto­wo­ści bojo­wej. - Nie­ba­wem zaniosę filo­zo­fię Kil­jich rów­nież Chis­som.

- Oba­wiam się, że nie znaj­dziesz tam wiel­kiego zain­te­re­so­wa­nia - odparł Thrawn. - Podą­żamy wła­snymi ścież­kami, o pra­daw­nych tra­dy­cjach.

- Ścieżka Kil­jich będzie dla was lep­sza.

- Nie - rzekł twardo Thrawn. - Nie będzie.

- Ponow­nie odrzu­casz naszą filo­zo­fię życia, choć nawet nie wiesz, o co w niej cho­dzi.

- Z mojego doświad­cze­nia lep­sza filo­zo­fia życia radzi sobie sama - oznaj­mił Thrawn. - Nie wymaga uzbro­jo­nych okrę­tów, które wymu­szają jej przy­ję­cie.

- Ty rów­nież przy­le­cia­łeś tutaj uzbro­jo­nym okrę­tem.

- Ale nie zamie­rzam pro­po­no­wać innym lep­szej filo­zo­fii życia - wytknął mu Thrawn. - Nie chcę rów­nież narzu­cać wła­snej mądro­ści innym.

- Pró­buje cię spro­wo­ko­wać - ostrzegł cicho Jixtus, a w jego gło­sie brzmiał nie­po­kój. - Nie pozwól mu na to.

Nakirre poczuł, jak jego skórę roz­ciąga uczu­cie pogardy. Dla­czego nie miałby pozwo­lić, by ten Chiss zmie­rzał pro­sto do swo­jej zagłady? "Ostry" znacz­nie prze­wyż­szał "Sprin­ghawka" siłą ognia. Znisz­czyłby go w kilka minut.

- Pró­buje zebrać dane o moż­li­wo­ściach "Ostrego" - cią­gnął Jixtus. - A także o two­ich zdol­no­ściach dowód­czych.

Dla­czego Nakirre nie miałby zade­mon­stro­wać potęgi krą­żow­nika Kil­jich? Wie­dza, którą Thrawn mógłby zyskać w walce, prze­pa­dłaby razem z nim.

Star­cie jed­nak będą obser­wo­wali inni... Może nie­roz­sąd­nie byłoby poka­zy­wać im całą potęgę Kil­jich, zanim Kil­horda odwie­dzi ich światy, aby wska­zać im drogę do oświe­ce­nia.

Ale Nakirre nie mógł prze­cież pozwo­lić, by wszystko wyglą­dało tak, jakby to Chis­so­wie kie­ro­wali jego dzia­ła­niami!

- Obce okręty, tu Obrona Układu Zyzek. - Z gło­śnika na mostku roz­legł się nowy głos. - Macie się obaj zatrzy­mać.

Nakirre poczuł chłodne roz­ba­wie­nie. Cztery patro­lowce, które ode­rwały się od kłę­bo­wi­ska stat­ków han­dlo­wych i parami ruszyły w kie­runku "Ostrego" i "Sprin­ghawka", były mniej­sze i jesz­cze żało­śniej­sze niż okręt chis­sań­ski. Gdyby poczy­niły jakieś agre­sywne kroki, wystar­czy jedna salwa z dział lase­ro­wych, aby spra­wić, by prze­pa­dła ich szansa na oświe­ce­nie.

- Mar­twych Kilji nie mogą oświe­cić - przy­po­mniał mu Jixtus.

Oczy­wi­ście miał rację. Co waż­niej­sze, dawało to Nakir­remu dobrą wymówkę, by nie dążyć do star­cia z Chis­sami.

- Obrona Układu Zyzek, dosto­so­wuję się do waszego żąda­nia - oznaj­mił. - Star­szy kapi­ta­nie Thrawn, może­cie zatrzy­mać jeń­ców. Zoba­czymy się jesz­cze - kiedy przy­będę do was, aby skie­ro­wać pra­dawne ścieżki Chis­sów na drogi wio­dące do oświe­ce­nia Kil­jich.

- Będę cze­kał na nasze kolejne spo­tka­nie - odparł Thrawn. - Żegnaj.

- Do zoba­cze­nia - rzekł Nakirre.

Wyłą­czył mikro­fon i znów spoj­rzał na Jixtusa.

- Wspo­mnia­łeś o czte­rech nacjach, które Kilji powinni naj­pierw oświe­cić - powie­dział. - Zamiast nich chcę Chis­sów.

- Jesz­cze nie teraz - powie­dział Jixtus. - Musi­cie zacząć od innych.

- Dla­czego?

Kap­tur i zasłona Jixtusa poru­szyły się - pokrę­cił głową.

- Bo ja znam Chis­sów, gene­ra­li­riu­sie. Są wytrwali i potężni. Widzia­łem, jak oparli się ata­kowi z zewnątrz i mani­pu­la­cji od wewnątrz. Jedy­nie połą­cze­nie tych dwóch stra­te­gii pozwoli na ich znisz­cze­nie.

- Oświe­ce­nie nie idzie w parze ze zwłoką - rzekł ostrze­gaw­czym tonem Nakirre. - Zresztą mówi­łeś o pod­boju, a nie o znisz­cze­niu. Jeśli wszy­scy zostaną znisz­czeni, kogo popro­wa­dzimy ku poko­jowi i porząd­kowi?

- Z pew­no­ścią część prze­żyje - obie­cał Jixtus. - Zwy­kli oby­wa­tele, ci, któ­rzy przyjmą rządy Kil­jich bez sprze­ciwu i oporu... Będzie­cie mogli ich oświe­cać do woli. W tym jed­nak celu trzeba usu­nąć przy­wód­ców i dowód­ców woj­sko­wych.

- Zga­dzam się - odparł Nakirre. - Udajmy się zatem do ich układu i roz­pocz­nijmy ten pro­ces.

- To musi nastą­pić zgod­nie z har­mo­no­gra­mem przy­go­to­wa­nym przez Gry­sków. - Jixtus nie ustę­po­wał. - Jeśli odstą­pimy od tych pla­nów, wszystko będzie stra­cone. Ale... - Uniósł palec. - Nie ozna­cza to, że musi­cie długo cze­kać na spo­tka­nie z nimi. Chcia­łem, żebyś to wła­śnie ty zawiózł mnie z pierw­szą wizytą na ich światy i do ich przy­wód­ców.

- Dobrze więc. - Nakirre wpa­try­wał się w ekran. "Sprin­ghawk" odwró­cił się od pla­nety i kie­ro­wał się ku otwar­tej prze­strzeni, wycho­dząc ze studni gra­wi­ta­cyj­nej. - Będę się sto­so­wał do waszych wska­zó­wek. Na razie. Ale ostrze­gam: jeśli uznam, że dzia­łasz zbyt wolno, zajmę się tym har­mo­no­gra­mem sam.

- Rozu­miem - rzekł Jixtus. - Trzy­maj­cie się moich rad, a Chis­so­wie będą wasi. W odpo­wied­nim cza­sie.

- Nie­ba­wem - popra­wił Nakirre. - A kiedy znisz­czysz ich przy­wód­ców, zosta­wisz dla mnie tego Thrawna. - Jego twarz roz­cią­gnęła się w ponu­rym uśmie­chu. - Nie mogę się docze­kać, kiedy zazna praw­dzi­wego oświe­ce­nia.

"Sprin­ghawk" znów znaj­do­wał się w nad­prze­strzeni. Kiedy Sama­kro zakoń­czył prze­szu­ki­wa­nie baz danych okrętu, Tha­lias zaczęło powoli opusz­czać napię­cie, które czuła pod­czas tej całej roz­mowy.

- Nie ma nic ani o gatunku, ani o pań­stwie zwa­nym Kilji, panie kapi­ta­nie - zamel­do­wał Sama­kro. - I żad­nych wzmia­nek o gene­ra­li­riu­sie Nakir­rem.

- To zro­zu­miałe - powie­dział Thrawn. - Ale my już sły­sze­li­śmy kie­dyś ten tytuł.

Tha­lias obej­rzała się szybko za sie­bie. Wyraz twa­rzy Sama­kro był typowy dla kogoś, kto jadł wła­śnie coś kwa­śnego.

- Tak jest - przy­znał. - Wspo­mniał o tym czło­nek załogi pan­cer­nika, który zaata­ko­wał "Czuj­nego" i "Gray­sh­rike'a" nad Jutrzenką.

- Co pro­wa­dzi do wnio­sku, że pan­cer­nik i gene­ra­li­rius Nakirre mogą mieć ze sobą pewien zwią­zek - dopo­wie­dział Thrawn.

- Tak jest - powtó­rzył Sama­kro. Jego kwa­śny ton wzbo­ga­cił się o nutę nie­chęci.

Nic dziw­nego. Pierw­szy ofi­cer zdą­żył się już posprze­czać z Thraw­nem - oczy­wi­ście z sza­cun­kiem i po cichu, ale jed­nak - na temat planu star­szego kapi­tana, by odwie­dzić układ Zyzek przed powro­tem do Dyna­stii. Sama­kro uwa­żał, że będzie to nie­bez­pieczne i bez­ce­lowe, zaś jego prze­ło­żony nie miał wąt­pli­wo­ści, że ten skok w bok przy­nie­sie im cenne infor­ma­cje. I po raz kolejny Thrawn miał rację.

Choć czy to, czego się dowie­dzieli, okaże się uży­teczne - tego Tha­lias nie umiała oce­nić.

- Wiemy rów­nież, że gene­ra­li­rius nie roz­ma­wiał z nami sam - cią­gnął Sama­kro. - Cztery razy sły­sze­li­śmy drugi głos. Był słabo sły­szalny, ale w tle zde­cy­do­wa­nie mówiła inna osoba. Zapewne nawet nie­na­le­żąca do tego samego gatunku.

- Zga­dzam się - przy­tak­nął Thrawn. - Czy ana­li­tycy zdo­łali coś wycią­gnąć z nagrań?

- Na razie nie - przy­znał Sama­kro. - Głos mówił cicho, a trans­mi­sja z okrętu Nakir­rego nie­stety była bar­dzo nie­wy­raźna. Zdo­ła­li­śmy ziden­ty­fi­ko­wać część słów, ale pełna ana­liza musi pocze­kać, aż będziemy mogli prze­ka­zać nagra­nie eks­per­tom na Napo­ra­rze.

- Niech ana­li­tycy dalej nad tym pra­cują - pole­cił Thrawn. - Nie tylko nad sło­wami, ale niech sta­rają się uzy­skać jak naj­czy­tel­niej­szy pro­fil głosu.

- Tak jest - odparł Sama­kro.

Tha­lias znów obej­rzała się za sie­bie. Sama­kro odszedł na bok i wła­śnie prze­ka­zy­wał pole­ce­nie za pomocą questisa. Thrawn patrzył przed sie­bie, ze wzro­kiem utkwio­nym w prze­strzeni za ilu­mi­na­to­rem. Tha­lias wie­działa już, co to ozna­czało - że dowódca był głę­boko pogrą­żony w myślach.

Odwró­ciła się i zer­k­nęła na Che'ri. Spoj­rze­nie dziew­czynki rów­nież nie było sku­pione na niczym kon­kret­nym, choć w jej przy­padku wią­zało się to z tym, że za pomocą Trze­ciego Oka pro­wa­dziła "Sprin­ghawka" do domu.

- Opie­kunko.

Tha­lias drgnęła i odwró­ciła się gwał­tow­nie. Thrawn stał tuż za nią.

- Nie powi­nien pan tak się pod­kra­dać, kapi­ta­nie - rze­kła z wyrzu­tem.

- Prze­pra­szam. - W gło­sie Thrawna brzmiało jed­nak raczej roz­ba­wie­nie, nie skru­cha. - Musi się pani nauczyć, jak myśleć i ana­li­zo­wać bez odci­na­nia się od tego, co się dzieje wokół. - Wska­zał ruchem głowy Che'ri. - Co z nią?

- Na razie dobrze. - Tha­lias spoj­rzała na dziew­czynkę. - Będzie potrze­bo­wała prze­rwy za około czter­dzie­ści minut, ale wczo­raj naprawdę się wyspała i wygląda na to, że wszystko jest w porządku.

- Nie o tym mówię. - Thrawn ści­szył głos. - Cho­dzi mi o nią i Magys.

Tha­lias ści­snęło w gar­dle. Miała nadzieję, że tylko ona to widziała.

- Może to tylko zbieg oko­licz­no­ści.

- Naprawdę tak pani sądzi?

Tha­lias wes­tchnęła. Wybu­dzili Magys, przy­wód­czy­nię obcych uchodź­ców, z przy­mu­so­wej hiber­na­cji, aby poka­zać jej biżu­te­rię, którą posłu­gi­wała się grupa nie­ja­kich Agbu­ich pod­czas dzia­łań wymie­rzo­nych w rad­nego z rodziny Xodla­ków na pla­ne­cie Cel­wis. Kiedy Magys roz­po­znała broszkę, Thrawn popro­sił, żeby zgo­dziła się ponow­nie na hiber­na­cyjny sen, póki nie znaj­dzie się wśród swo­jego ludu na Rap­pacu, pla­ne­cie Pac­co­shów.

Dowie­dziaw­szy się, co grozi jej światu, Magys sprze­ci­wiła się - nie chciała znów zasy­piać. Thrawn ostrzegł ją, że musi prze­by­wać w ukry­ciu, bo mógł ją prze­cież zauwa­żyć ofi­cer, który zaj­rzałby w jakiejś spra­wie do kwa­tery gwiaz­do­ga­torki - ale nie prze­jęła się tym wcale. Sta­wiała ogromny opór i Tha­lias przez chwilę myślała, że Thrawn i Sama­kro będą musieli siłą wci­snąć ją do komory hiber­na­cyj­nej.

A potem nagle prze­stała się opie­rać i pokor­nie zgo­dziła się posłu­chać Thrawna.

Zanim jed­nak poło­żyła się w komo­rze, zer­k­nęła w kie­runku sypialni Che'ri.

Na Rapaccu, pod­czas pierw­szego spo­tka­nia Thrawna z uchodź­cami, Magys w jakiś spo­sób domy­śliła się, że Tha­lias była kie­dyś gwiaz­do­ga­torką, zdolną do nawi­go­wa­nia w nad­prze­strzeni. Czy wyczuła rów­nież obec­ność Che'ri i jej znacz­nie sil­niej­szy kon­takt z tym, do czego dostęp dawało jej Trze­cie Oko?

- Nie, nie uwa­żam tak - przy­znała. - Ale na­dal mam nadzieję, że tak wła­śnie było. Bo prze­cież mię­dzy nią a Che'ri znaj­do­wały się dwie ściany i cały salon. Jak mogłaby coś wyczuć?

- Magys twier­dzi, że jej lud po śmierci łączy się z Ponad­świa­tem - przy­po­mniał Thrawn. - Wie­działa, że była pani gwiaz­do­ga­torką, a to zna­czy­łoby, że mają to połą­cze­nie rów­nież za życia.

- Ale na Rapaccu przy­naj­mniej na mnie patrzyła - mruk­nęła Tha­lias. - Gdyby widziała Che'ri, mogła­bym to zro­zu­mieć. Ale nie miała oka­zji.

Thrawn prze­niósł wzrok na ilu­mi­na­tor, za któ­rym wiro­wała nad­prze­strzeń.

- Jeśli Ponad­świat to Moc, o któ­rej mówił mi gene­rał Sky­wal­ker, zapewne prze­ja­wia się ona pod wie­loma posta­ciami i ma wiele cech. Moż­liwe, że to coś, czego Magys wcze­śniej nie doświad­czyła.

- Sądzi­łam, że wszy­scy jej pobra­tymcy są połą­czeni z Ponad­świa­tem.

- Gdyby cała nasza rasa nuciła pewien dźwięk, przy­zwy­cza­ili­by­śmy się do jego brzmie­nia - powie­dział Thrawn. - A gdy­by­śmy póź­niej spo­tkali rasę, która w ogóle nie nuci, ale też jed­nostkę nucącą jesz­cze inny dźwięk, obie te rze­czy byłyby czymś nowym i wyjąt­ko­wym.

- A. - Tha­lias poki­wała głową. - Tak, rozu­miem. Każda nowa rzecz, obec­ność lub brak, może nieść pewne infor­ma­cje.

- Ow­szem - odparł Thrawn. - Co nie­wąt­pli­wie zauwa­żyła pani pod­czas roz­mowy z gene­ra­li­riu­sem Nakir­rem.

Tha­lias zaci­snęła usta. Myślała, że tylko ona zwró­ciła na to uwagę i nie zamie­rzała mówić na ten temat, póki nie będzie mogła na osob­no­ści wspo­mnieć o tym Thraw­nowi.

- Mówi pan o tym, że ni­gdy nie zapy­tał, ilu tych Wati­thów mamy w brygu?

- Dosko­nale - pochwa­lił Thrawn. - Pani umie­jęt­no­ści ana­li­tyczne znacz­nie się roz­wi­nęły od czasu, kiedy dostała pani przy­dział na "Sprin­ghawka".

- Dzię­kuję. - W odpo­wie­dzi na kom­ple­ment Tha­lias aż się zaru­mie­niła. - Choć jeśli tak jest, to dzięki pań­skim talen­tom nauczy­ciel­skim.

- Nie zga­dzam się - rzekł Thrawn. - Nie nauczam, tylko wska­zuję kie­ru­nek. Każdy ina­czej pod­cho­dzi do danego zada­nia. Ja jedy­nie zadaję pyta­nia, które sta­wiają daną osobę na naj­lep­szej dro­dze do jego roz­wią­za­nia.

- Rozu­miem - powie­działa cicho Tha­lias. Ale podej­rze­wała, że działo się tak tylko wtedy, kiedy ta osoba chciała się wysi­lić i nauczyć drogi pro­wa­dzą­cej do logicz­nego wnio­sko­wa­nia. Zbyt wiele osób, zapewne więk­szość, bez­tro­sko pozo­sta­wiało myśle­nie i ana­li­zo­wa­nie innym.

- A zatem co można wywnio­sko­wać z braku docie­kli­wo­ści Nakir­rego? - zapy­tał Thrawn.

- Że wie­dział, ilu człon­ków załogi miał kapi­tan Fsir. - Tha­lias zmarsz­czyła brwi. - Albo że wszy­scy nie żyją?

- Przy­chy­lam się do tego dru­giego - przy­znał Thrawn. - A to suge­ro­wa­łoby, że druga osoba, odzy­wa­jąca się w tle, jest powią­zana w jakiś spo­sób z tym, kto wyna­jął Fsira.

- To ma sens - przy­tak­nęła Tha­lias z namy­słem. - Ośro­dek han­dlowy, taki jak Zyzek, przy­ciąga przed­sta­wi­cieli wielu róż­nych nacji i ras. Jeśli nasz tajem­ni­czy obcy wyna­jął tu Fsira, mógł powró­cić do tego układu po kolej­nego pod­wy­ko­nawcę.

- Zga­dzam się - rzekł Thrawn. - A to pro­wa­dzi nas do następ­nego pyta­nia...

Tha­lias się skrzy­wiła.

- Do czego dokład­nie wyna­jął Nakir­rego?

- Wła­śnie - powie­dział Thrawn. - Mia­łem nadzieję, że to koniec ata­ków na Dyna­stię, ale oba­wiam się, że jed­nak nie.

- Nie wygląda na to. - Tha­lias poczuła się nie­swojo. Bo nawet jeśli i kiedy wro­gie dzia­ła­nia wymie­rzone w Dyna­stię wresz­cie ustaną, Thraw­nowi nie prze­sta­nie gro­zić nie­bez­pie­czeń­stwo.

Prze­lot­nie wró­ciła myślą do swo­jej krót­kiej roz­mowy z Patriar­chą Tho­ora­kim w sie­dzi­bie rodziny Mit­thów. Zachę­cił ją, by poma­gała chro­nić Thrawna przed naci­skami poli­tycz­nymi, któ­rych - pomimo swo­jego mili­tar­nego geniu­szu - naj­wy­raź­niej nie umiał roz­po­zna­wać i z nimi wal­czyć.

Tha­lias z pew­no­ścią dys­po­no­wała odpo­wied­nią siłą woli, żeby to robić. Jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści ważne było to, czy zwy­kła opie­kunka gwiaz­do­ga­torki dys­po­no­wała nie­zbędną do tego wła­dzą.

- Ale jeśli ataki będą się powta­rzały - rze­kła, zasta­na­wia­jąc się, czy Thrawn w ogóle dostrze­gał, że jej słowa miały podwójne zna­cze­nie - będziemy po pro­stu musieli znowu ich poko­nać.

Wezwa­nie na Spo­się przy­szło nagle i naczelny gene­rał Ba'kif zdo­łał tylko domknąć bie­żące sprawy w biu­rze i od razu ruszył przez Csa­plar na lądo­wi­sko pod mia­stem. Cze­kał tam już na niego okręt zwia­dow­czy, jeden z pię­ciu prze­zna­czo­nych dla naj­wyż­szych ofi­ce­rów Rady Hie­rar­chii Obron­nej i zawsze goto­wych do startu w ciągu kwa­dransa. Dwa­dzie­ścia minut póź­niej Ba'kif znaj­do­wał się już poza stud­nią gra­wi­ta­cyjną Csilli, wśród hip­no­ty­zu­ją­cych wirów nad­prze­strzeni.

Nie lubił zała­twiać spraw w ten spo­sób. Wielu z jego kole­gów ni­gdy by się też tak nie śpie­szyło - chyba że cho­dzi­łoby o praw­dziwą wojnę.

Wezwa­nie przy­szło jed­nak pro­sto z biura Sty­bla'mi'ovodo, Patriar­chy Sty­blów, który powie­dział, że doty­czy to star­szego kapi­tana Thrawna, i ta infor­ma­cja Ba'kifowi w zupeł­no­ści wystar­czyła.

Kiedy Ba'kif wresz­cie prze­szedł rygo­ry­styczne pro­ce­dury bez­pie­czeń­stwa Grupy Uni­wer­sal­nych Ana­liz, Lamiov cze­kał pod masyw­nymi wro­tami Maga­zynu Czwar­tego.

- Witam, panie gene­rale - ode­zwał się Patriar­cha, kiedy Ba'kif szedł do niego przez hol, sta­ra­jąc się nie zauwa­żać mil­czą­cych straż­ni­ków pil­nu­ją­cych bez­na­mięt­nie naj­taj­niej­szej bazy w Dyna­stii. - Dzię­kuję za przy­by­cie.

- Wizyta w GUA to zawsze przy­jem­ność, wasza czci­god­ność - rzekł Ba'kif, sta­jąc przed Patriar­chą. - Choć byłoby miło, gdyby mnie o tym uprze­dzono wcze­śniej.

- Pro­szę mi wie­rzyć, dowie­dział się pan o tym tylko dzie­sięć minut po mnie - odparł Lamiov. - Star­szy kapi­tan Thrawn trzyma tę sprawę jesz­cze w więk­szej tajem­nicy niż zwy­kle.

- Czy ma to jakiś zwią­zek z tym, dla­czego się spóź­nia z powro­tem po tej całej histo­rii, w któ­rej brali też udział Xodla­ko­wie, Eri­gha­lo­wie i Pom­m­rio?

- Aż tak się spóź­nia? - Lamiov zmarsz­czył brwi. - Mia­łem wra­że­nie, że ich okręty przy­były dopiero wczo­raj.

- To prawda. Ale "Sprin­ghawk", w odróż­nie­niu od okrę­tów tych rodzin, ma gwiaz­do­ga­torkę. Thrawn powi­nien wró­cić co naj­mniej kilka dni przed nimi.

- Cie­kawe - mruk­nął Lamiov. - Może został nad Hoxi­mem, żeby się lepiej przyj­rzeć miej­scu, w któ­rym roz­bił się frach­to­wiec.

Ba'kif prych­nął cicho.

- Zdaje sobie pan sprawę, że mówi o szcze­gó­łach, które powinna znać tylko Rada, prawda?

- Doprawdy, panie gene­rale... - powie­dział cierpko Lamiov. - Jeśli do tej pory nie odkrył pan, że Sty­blo­wie mają wła­sne, spe­cjalne źró­dła infor­ma­cji, to nie powi­nien pan zaj­mo­wać tego sta­no­wi­ska. Ale naprawdę, tą sprawą będzie pan zachwy­cony. To co, idziemy?

- Oczy­wi­ście - rzekł Ba'kif i ruszył za Lamio­vem, zauwa­ża­jąc kątem oka, że naj­bliżsi straż­nicy lekko się oży­wili, kiedy pode­szli do wrót maga­zynu. Jak mówiono Ba'kifowi, na początku ist­nie­nia GUA Syn­dy­kura zasta­na­wiała się nad likwi­da­cją wszel­kich rodzin­nych wię­zów per­so­nelu, iden­tycz­nie jak czy­niono to ze wyż­szymi ofi­ce­rami - i z podob­nych przy­czyn - by usu­nąć wszel­kie wpływy poli­tyki rodzin­nej.

Osta­tecz­nie posta­no­wiono, że takie posu­nię­cie przy­cią­gnę­łoby zbyt wiele nie­po­żą­da­nej uwagi do insty­tu­cji, więc porzu­cono ten pomysł. W ramach kom­pro­misu służ­bowe uni­formy GUA nie zawie­rały żad­nych ozna­czeń rodzin­nych: ani her­bów Dzie­wię­ciu Rodzin, ani Czter­dzie­stu Domów, ani sty­li­zo­wa­nych nazw sto­so­wa­nych przez mniej ważne rody w Dyna­stii. W GUA - w teo­rii - wszy­scy byli równi.

Ba'kif podej­rze­wał jed­nak, że więk­szość straż­ni­ków Maga­zynu Czwar­tego - jeśli nie wszy­scy - nale­żała do rodziny Sty­blów. Lamiov z pew­no­ścią o to zadbał.

Nowy arte­fakt obcych dopiero co przy­wie­ziono i Ba'kif spo­dzie­wał się, że w stre­fie dla gości w przed­niej czę­ści maga­zynu będzie tłoczno. Nie spo­dzie­wał się jed­nak, że aż tak.

Stało się tak czę­ściowo ze względu na roz­miary arte­faktu - czte­ro­me­tro­wej kon­struk­cji z bia­łych meta­lo­wych żeber, wyglą­da­ją­cej jak frag­ment klatki pier­sio­wej gigan­tycz­nego stwora mor­skiego. Wokół niego krzą­tało się kil­ku­na­stu inży­nie­rów, pobie­ra­jąc dane, doko­nu­jąc pomia­rów i pod­łą­cza­jąc urzą­dze­nia ana­li­tyczne. Towa­rzy­szyło im dwoje wyż­szych stop­niem pra­cow­ni­ków GUA - jedno nad­zo­ro­wało ich pracę, dru­gie stu­kało szybko w questis.

Z boku, obser­wu­jąc w mil­cze­niu tę krzą­ta­ninę, stali star­szy kapi­tan Thrawn i kapi­tan Sama­kro.

Obaj męż­czyźni spoj­rzeli w stronę Ba'kifa i Lamiova.

- Patriar­cho, panie gene­rale - przy­wi­tał ich Thrawn. - To dla mnie zaszczyt.

- To pan nas zaszczyca kolejną intry­gu­jącą zabawką do naszej kolek­cji - odparł Lamiov. - Pro­szę, niech pan powie naczel­nemu gene­ra­łowi, co pan nam przy­wiózł.

- Tak jest. - Thrawn spoj­rzał na Ba'kifa. - Pod­czas poszu­ki­wań reszty pira­tów Vaga­ari natknę­li­śmy się na obcy frach­to­wiec, ata­ko­wany przez trzy kano­nierki. Usta­li­li­śmy póź­niej, że star­cie zaaran­żo­wano spe­cjal­nie dla nas i że był to pierw­szy krok mający zapro­wa­dzić nas w pułapkę.

- Naj­wy­raź­niej obcy nie­wiele o tobie wie­dzieli - zauwa­żył Ba'kif.

- Nie, mieli dość ogra­ni­czoną wie­dzę o Chis­sach. - Thrawn ewi­dent­nie nie dostrzegł sub­tel­nego kom­ple­mentu. - Zain­try­go­wało mnie to, że ten pozorny atak już trwał, kiedy wyszli­śmy z nad­prze­strzeni. Mógł to być znak, że obcy potra­fią w jakiś spo­sób prze­wi­dzieć, kiedy i gdzie pojawi się dana jed­nostka.

Ba'kif spoj­rzał na szkie­let arte­faktu. Nagle poczuł się nie­swojo.

- I robili to wła­śnie za pomocą tego cze­goś?

- Tak uwa­żamy - przy­tak­nął Thrawn. - Ta kon­struk­cja była wbu­do­wana w prze­strzeń mię­dzy wewnętrzną i zewnętrzną czę­ścią kadłuba frach­towca, łączyła się ze skrzyn­kami za pomocą tych kabli.

Ba'kif ski­nął głową - dopiero teraz zauwa­żył stoły na kół­kach po jed­nej stro­nie pomiesz­cze­nia, na któ­rych leżały skrzynki o dziw­nym kształ­cie i równe zwoje prze­wo­dów.

- Cała kon­struk­cja tak wyglą­dała? - zapy­tał.

- Czę­ści, które zdo­ła­li­śmy zba­dać, ow­szem - powie­dział Thrawn. - Nie­stety, mogli­śmy poświę­cić ana­li­zom bar­dzo nie­wiele czasu.

- Wia­domo, jak wcze­śnie urzą­dze­nie ostrzega o przy­by­ciu jakie­goś statku? - zapy­tał Ba'kif.

- Uwzględ­nia­jąc sto­pień zaawan­so­wa­nia pozo­ro­wa­nego ataku, który ujrze­li­śmy, sza­cuję, że mieli co naj­mniej dzie­więć­dzie­siąt sekund na przy­go­to­wa­nia - odparł Thrawn. - Może wię­cej.

- Dzie­więć­dzie­siąt sekund... - mruk­nął Ba'kif.

W gło­wie zawi­ro­wało mu od moż­li­wo­ści. Gdyby umie­ścić kilka kor­wet zwia­dow­czych z takimi urzą­dze­niami wcze­snego ostrze­ga­nia na skraju obszaru defen­syw­nego każ­dej pla­nety chis­sań­skiej, ataki z zasko­cze­nia sta­łyby się prak­tycz­nie nie­moż­liwe.

Co wię­cej, gdyby ta insta­la­cja wykry­wała wszyst­kie jed­nostki podró­żu­jące w nad­prze­strzeni, nawet te, które nie szy­ko­wały się do powrotu do prze­strzeni nor­mal­nej, Siły Obronne mogłyby obser­wo­wać naj­po­pu­lar­niej­sze trasy prze­ci­na­jące Dyna­stię. A jeśli to urzą­dze­nie mogło nie tylko wykry­wać prze­mie­rza­jące nad­prze­strzeń jed­nostki, ale też poda­wać przy­bli­żoną ich liczbę...

- Pro­szę się nie roz­pę­dzać, gene­rale - powie­dział Lamiov.

Ba'kif zamru­gał, otrzą­sa­jąc się z zamy­śle­nia.

- Co?

- Znam to spoj­rze­nie. - Lamiov skrzy­wił usta w lek­kim uśmie­chu. - Muszę pana ostrzec: choć mamy jedno z tych urzą­dzeń, nie ozna­cza to, że zdo­łamy odgad­nąć sekret jego dzia­ła­nia.

- Wiem. - Pod­nie­ce­nie Ba'kifa nieco opa­dło. Do tej pory oba naj­waż­niej­sze dary Thrawna, prze­cho­wy­wane w Maga­zy­nie Czwar­tym, czyli gene­ra­tor studni gra­wi­ta­cyj­nej Vaga­arich i zaawan­so­wany gene­ra­tor tarcz Repu­bliki - nie ujaw­niły swo­ich sekre­tów, pomimo upo­rczy­wych sta­rań GUA. Ba'kif nie miał wąt­pli­wo­ści, że prę­dzej czy póź­niej inży­nie­ro­wie Dyna­stii odniosą suk­ces, ale, jak widać, miała to być długa, trudna droga.

Nie­stety, nie mieli też powo­dów, by sądzić, że sprawy będą się miały ina­czej z tym detek­to­rem wcze­snego ostrze­ga­nia.

- Po pro­stu chciał­bym się dowie­dzieć, dla­czego roz­gry­zie­nie wszyst­kich tech­no­lo­gii, dla któ­rych Siły Obronne zna­la­złyby natych­miast zasto­so­wa­nie, zaj­muje tak mnó­stwo czasu - wes­tchnął Ba'kif.

- Taki jest już wszech­świat, czyż nie? - odparł Lamiov. - Pamięć elek­tro­niczna o wyso­kiej gęsto­ści zapisu, którą przy­wie­ziono sto lat temu, już po dwu­na­stu mie­sią­cach zna­la­zła zasto­so­wa­nie do pro­duk­cji questi­sów. A spe­cja­li­styczny sprzęt do goto­wa­nia, na który ktoś natra­fił trzy­dzie­ści lat temu, zna­lazł się na rynku po pię­ciu mie­sią­cach.

- Ale coś, co mogłoby ulep­szyć elek­tro­sta­tyczne osłony obronne okrętu o tysiąc pro­cent lub wię­cej... - Ba'kif pokrę­cił głową.

- Może będziemy mieli wię­cej szczę­ścia z tym - rzekł Lamiov, wska­zu­jąc głową na białą kon­struk­cję. - Szkoda, że nie mogli­ście przy­ho­lo­wać całego frach­towca. - Uniósł lekko brwi w nie­mym pyta­niu.

- Tak - odparł tylko Thrawn. Albo nie zro­zu­miał zachęty w tonie i wyra­zie twa­rzy Patriar­chy, albo już wcze­śniej posta­no­wił, że nie będzie wię­cej mówił o tym, co się stało z frach­tow­cem.

- Zabra­li­śmy chyba całe wypo­sa­że­nie i taką część kon­struk­cji, jaką tylko mogli­śmy - wyja­śnił Sama­kro, rów­nież nie reagu­jąc na nie­za­dane wprost pyta­nie. - Mamy nadzieję, że to wam i tak pomoże.

- Zro­bimy, co się da - zapew­nił Lamiov. - Czy inży­nie­ro­wie powinni wie­dzieć coś jesz­cze?

- Raczej nie - stwier­dził Thrawn. - Kapi­ta­nie?

- Nic istot­nego nie przy­cho­dzi mi do głowy - rzekł Sama­kro. - Nad­mie­nię jed­nak, że choć frach­to­wiec sta­no­wił część tej pułapki i w związku z tym można by go uznać za jed­nostkę woj­skową, jego kadłub ma zwy­kłą cywilną kon­struk­cję. Żad­nego nyixu, nie miał nawet wewnętrz­nej sko­rupy ze stopu nyixu.

- To może być ważne - stwier­dził Lamiov.

- Ow­szem - przy­tak­nął Sama­kro. - Sądzę, że pro­jek­tanci chcieli w ten spo­sób zadbać o to, by jed­nostka naprawdę wyglą­dała jak frach­to­wiec, i że nie ma to nic wspól­nego z samym detek­to­rem.

- Zapewne nie - zgo­dził się Ba'kif. Jego umysł już podą­żał w nowym kie­runku. Nyix miał pewne wyjąt­kowe cechy, dzięki któ­rym tak dobrze nada­wał się do sto­so­wa­nia w kadłu­bach okrę­tów. Jeśli jedna lub kilka tych cech wpły­wało na dzia­ła­nie detek­tora wcze­snego ostrze­ga­nia, mogło to dać im pewne wska­zówki co do dzia­ła­nia tego urzą­dze­nia.

- W każ­dym razie poin­for­muję o tym zespół inży­nier­ski - rzekł Lamiov. - A teraz, jak sądzę, na Csilli już czeka na was Rada.

- Tak - powie­dział Thrawn. - Zanim jed­nak odle­cimy, panie gene­rale, chciał­bym, aby zaj­rzał pan na "Sprin­ghawka". Musimy omó­wić inną sprawę.

- To nie może pocze­kać? - zapy­tał Ba'kif.

Thrawn i Sama­kro wymie­nili spoj­rze­nia.

- Chyba może - stwier­dził nie­chęt­nie Thrawn. - Przez pewien czas...

- No to niech poczeka - rzekł sta­now­czo Ba'kif. - Mam tylko parę godzin na poroz­ma­wia­nie z Patriar­chą Lamio­vem o pew­nych waż­nych spra­wach, a potem sam muszę wra­cać. I jak wspo­mniał Patriar­cha, "Sprin­ghawk" już dawno powi­nien być na Csilli, by można było doko­nać prze­glądu oraz napraw i uzu­peł­nić uzbro­je­nie. - Spoj­rzał na Sama­kro. - A pan, kapi­ta­nie, jest na mojej liście ofi­ce­rów, z któ­rymi muszę poroz­ma­wiać o incy­den­cie nad Hoxi­mem. Do tego czasu musi pan przy­go­to­wać oświad­cze­nie i doku­menty, które chce pan w związku z tym wpro­wa­dzić do reje­strów.

- Rozu­miem, panie gene­rale - odparł Sama­kro. - Choć jeśli mógł­bym coś powie­dzieć... - Zer­k­nął na Thrawna. - Pro­sił­bym pana, żeby nie odkła­dał pan zbyt­nio odwie­dzin na "Sprin­ghawku".

- Wezmę tę suge­stię pod roz­wagę. - Ba'kif zmarsz­czył brwi. Sama­kro miał zwy­kły, neu­tralny wyraz twa­rzy - taki, jaki powi­nien mieć ofi­cer zwra­ca­jący się do zwierzch­nika.

Ale kryło się pod tym nie­ty­powe, duże napię­cie. Sama­kro nie cze­kał z rado­ścią na roz­mowę Thrawna z Ba'kifem.

Pomimo zagad­ko­wo­ści tej sprawy, roz­mowa z nimi musiała odbyć się póź­niej, bo na razie prio­ry­te­tem Ba'kifa była dziwna afera w ukła­dzie Hoxim i jej kon­se­kwen­cje.

- W takim razie do zoba­cze­nia na Csilli - rzekł i wska­zał im wyj­ście. - Zabierz­cie się za naprawy, a ja skon­tak­tuję się, kiedy będę mógł z wami poroz­ma­wiać.

Rozdział 1

Od celu "Czuj­nego" dzie­liły trzy minuty i admi­rał Ar'alani zaczy­nała się już zasta­na­wiać, czy okręt na pewno będzie gotowy w momen­cie przy­by­cia na miej­sce, kiedy star­sza kapi­tan Kiwu'tro'owmis wresz­cie powró­ciła na mostek.

- Prze­pra­szam za zwłokę, pani admi­rał - rze­kła Wutroow, pod­cho­dząc do fotela Ar'alani. - Wyrzut­nia Jeden naprawdę nie chciała dać się napra­wić. Ale prze­ko­na­li­śmy ją.

Ar'alani spoj­rzała na ekran wyświe­tla­jący stan uzbro­je­nia. Wyrzut­nia kwa­so­wych poci­sków prze­ciw­pan­cer­nych numer jeden na­dal świe­ciła na czer­wono... Ale kolor zaraz zmie­nił się na zie­lony.

- Świet­nie - powie­działa do Wutroow. - Koniecz­nie zare­je­struj w dzien­niku pochwałę dla zespołu, który doko­nał naprawy. Ni­gdy nie powinno się sta­wiać czoła pro­ble­mowi bez wszyst­kich atu­tów w ręka­wie.

- Tak jest - odparła Wutroow. - Choć pozwolę sobie zauwa­żyć, że na­dal nie do końca mam pew­ność, jakich pro­ble­mów się pani spo­dziewa.

- Bo sama nie jestem do końca pewna - wyja­śniła Ar'alani. - Po pro­stu coś mi nie daje spo­koju w spra­wie tej ostat­niej nikar­duń­skiej bazy.

- Co takiego? - Wutroow uśmiech­nęła się krzywo. - Czas, któ­rego agre­so­rzy potrze­bo­wali, żeby przy­go­to­wać ten powolny atak za pomocą aste­ro­idy? Czy to, że baza była zbyt duża na sta­cję nasłu­chową lub inną pla­cówkę z listy Yiva?

- Jedno i dru­gie, i jesz­cze coś, ale nie wiem dokład­nie co - wes­tchnęła Ar'alani. - Mam nadzieję, że kiedy na to tra­fię, będę wie­działa, że to wresz­cie to.

- Miejmy też nadzieję, że Rada nie będzie się na nas wście­kać za tę małą wycieczkę - rze­kła ponuro Wutroow. - Znacz­nie prze­kro­czy­li­śmy ter­min, który Ba'kif dał nam na spraw­dze­nie Jutrzenki. Nawet Thrawn już wró­cił ze swo­jego polo­wa­nia na pira­tów, a wie pani, ile jemu scho­dzi na takich wypra­wach... I na­dal nie wiemy, czemu nasi zna­jomi z pan­cer­nika tak się tym miej­scem inte­re­so­wali.

- Musiało to mieć coś wspól­nego z kopal­nią, którą zauwa­żył star­szy wojow­nik Yopring - rze­kła Ar'alani. - Zakres dzia­łal­no­ści na pla­ne­cie świad­czy o tym, że to ważne przed­się­wzię­cie. A dodajmy do tego te myśliwce, które go odgo­niły, i powie­dzia­ła­bym, że mamy wyraźny trop.

- Chyba że cho­dzi o dwóch róż­nych gra­czy - zauwa­żyła Wutroow. - Gór­nicy i pan­cer­nik mogą być prze­ciw­nymi stro­nami kon­fliktu. Choć wydaje mi się, że to mało praw­do­po­dobne. Nie­po­koi mnie głów­nie jedno: nawet jeśli uznamy, że kopal­nia sta­nowi główny ele­ment ukła­danki, na­dal nie wiemy, co tam jest.

- Kopal­nia to zwy­kle złoża jakichś rud.

- Ow­szem, ale kopa­nie w ziemi to nie zawsze wydo­by­wa­nie złóż - odparła Wutroow. - Może to być coś, co miesz­kańcy tam roz­myśl­nie zako­pali, a ktoś inny chce poło­żyć na tym łapy.

Ar'alani zmarsz­czyła brwi. Rze­czy­wi­ście nie przy­szło jej to do głowy.

- Myślisz o broni lub jakimś arte­fak­cie?

- Nad tym się wła­śnie zasta­na­wia­łam - przy­znała Wutroow. - Bo prze­cież już mie­li­śmy z czymś takim do czy­nie­nia. A star­szy kapi­tan Thrawn nie­mal dora­bia sobie po godzi­nach, wyko­pu­jąc zna­le­zi­ska spod ziemi.

- Choć nie­do­słow­nie spod ziemi! - prych­nęła Ar'alani. - Zwy­kle znaj­dują się na widoku i tylko cze­kają, żeby ktoś je sobie wziął.

- Może tym razem to my będziemy mogli zdo­być coś takiego - rze­kła Wutroow z cierp­kim uśmie­chem. - Może wypra­cuje pani kom­pro­mis z Thraw­nem - on będzie brał wszystko, co się znaj­duje powy­żej gruntu, a pani rze­czy, do któ­rych trzeba się doko­pać.

- Z pew­no­ścią poru­szę ten temat, kiedy znów się z nim zoba­czę - obie­cała Ar'alani, spo­glą­da­jąc na zegar. Już pra­wie... - Przy­go­to­wać się do wyj­ścia! - Pod­nio­sła głos, tak by sły­szeli ją wszy­scy na mostku. - I bądź­cie w goto­wo­ści. - Ski­nęła na Wutroow. - Pani kapi­tan?

- Tak jest. - Wutroow spoj­rzała na zegar. - Wycho­dzimy - oznaj­miła gło­śno. - Trzy, dwa, jeden.

Świe­tli­ste smugi skur­czyły się nagle i ufor­mo­wały w gwiazdy. "Czujny" - zupeł­nie tak samo, jak jesz­cze nie­dawno temu - uno­sił się wśród roz­pro­szo­nych szcząt­ków bazy Nikar­du­nów.

- Bic­lian - powie­działa Wutroow.

- Tak jest, pani kapi­tan - odpo­wie­dział star­szy koman­dor Obbic'lia'nuf ze sta­no­wi­ska czuj­ni­ków. - Dystans bojowy - pusto. Średni dystans - rów­nież pusto. Daleki dystans... Pani admi­rał, reje­stru­jemy ruch: trzy okręty przy cen­tral­nej czę­ści bazy.

- Jakieś ozna­cze­nia? - zapy­tała Ar'alani, przy­glą­da­jąc się ekra­nowi tak­tycz­nemu ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Dwa okręty miały raczej nie­duże roz­miary, zaś trzeci, znacz­nie więk­szy, wyglą­dał zde­cy­do­wa­nie na frach­to­wiec.

- Żad­nych trans­pon­de­rów - zamel­do­wał młod­szy kapi­tan Evroes'ky'mormi, sie­dzący przy sta­no­wi­sku uzbro­je­nia. - Duża jed­nostka nie ma widocz­nego uzbro­je­nia. Zapewne frach­to­wiec, moż­liwe też, że to mobilny dok ser­wi­sowy.

- Sta­wiam na to dru­gie, pani admi­rał - dodał Bic­lian. - Na dol­nej powierzchni kadłuba są wypu­kło­ści wyglą­da­jące jak blo­kady mocu­jące. A dwie mniej­sze jed­nostki... zde­cy­do­wa­nie woj­skowe. Co naj­mniej patro­lowce, a może nisz­czy­ciele.

Ar'alani się skrzy­wiła. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach okręt typu Night­dra­gon, taki jak "Czujny", mógłby poko­nać dwa patro­lowce, w ogóle się nie wysi­la­jąc.

Nie­stety, sytu­acja nor­malna nie była. "Czujny" i "Gray­sh­rike" pod dowódz­twem star­szej kapi­tan Lakindy sto­czyły nad Jutrzenką bitwę z nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym pan­cer­ni­kiem i cho­ciaż Lakinda przed powro­tem do Dyna­stii prze­ka­zała im cały zapas poci­sków kwa­so­wych i płyn do sfer pla­zmo­wych, Ar'alani dys­po­no­wała bar­dzo ubo­gim arse­na­łem.

Do tej pory "Czujny" miał szczę­ście. Bada­nie znisz­czo­nej pla­nety udało się prze­pro­wa­dzić bez przy­cią­ga­nia uwagi wroga i podej­mo­wa­nia aktyw­nej inter­wen­cji. Ale ich szczę­ście mogło się zaraz skoń­czyć.

- Wiemy, czy nas zauwa­żono? - zapy­tała.

- Nic na to nie wska­zuje - odparł Bic­lian. - Kon­cen­trują się raczej na tym, co robią w bazie.

- Pani admi­rał, wykry­wamy aktyw­ność - ode­zwał się gło­śno młod­szy koman­dor Sty­bla'rsi'omli ze sta­no­wi­ska łącz­no­ści. - Wąsko­pa­smowa trans­mi­sja lase­rowa; ledwo ledwo ją łapiemy.

- Oho - mruk­nęła Wutroow.

Ar'alani ski­nęła głową, krzy­wiąc się. Żeby Lar­siom odbie­rał trans­mi­sję w takim zakre­sie, odbiorca musiał się znaj­do­wać nie­mal bez­po­śred­nio za nimi.

- Pełne osłony! - roz­ka­zała. - Octrimo, dzie­więć­dzie­siąt stopni na ster­burtę.

- Tak jest, pani admi­rał - ode­zwał się zza ste­rów koman­dor Droc'tri'morhs. Okręt oto­czyły osłony elek­tro­sta­tyczne, a chaos szcząt­ków za ilu­mi­na­to­rem prze­su­nął się w bok, gdy "Czujny" obró­cił się w prawo...

- Kon­takt! - wark­nął Oeskym. Jego ostrze­że­nie pod­kre­ślił roz­błysk świa­tła - z lase­rów spek­tral­nych "Czuj­nego" wystrze­lono do dwóch pędzą­cych ku nim rakiet. - Krą­żow­nik patro­lowy, nazwijmy go Ban­dytą Jeden, zbliża się do nas od tyłu, szybko.

- Ogień obronny, tylko lasery - roz­ka­zała Ar'alani, spo­glą­da­jąc na ekran tak­tyczny. "Czujny" mógł strze­lać z lase­rów bez końca, ale miał tylko sześć poci­sków kwa­so­wych, a płynu star­czy­łoby mu jedy­nie na dwa­dzie­ścia sfer pla­zmo­wych. Nie było szans, żeby pora­dzili sobie w walce z krą­żow­ni­kiem patro­lo­wym i dwoma mniej­szymi patro­low­cami.

Czyli będzie musiała myśleć kre­atyw­nie.

- Oeskym, wyłą­czyć napęd w poci­skach kwa­so­wych jeden i dwa - pole­ciła ofi­ce­rowi uzbro­je­nia. - Tak szybko, jak to moż­liwe. Poin­for­muj mnie, kiedy to zro­bi­cie.

- Tak jest. - Oeskym sku­pił się na swo­jej kon­so­le­cie. Marsz­czył brwi, ale nie ośmie­liłby się pod­wa­żać roz­ka­zów dowódcy w sytu­acji bojo­wej. - Tech­nicy już się tym zajęli.

- Przy­po­mnij im, że nie cho­dzi teraz o pre­cy­zję - rze­kła Ar'alani. - Octrimo, spo­kojne manewry uni­kowe. Trzy­maj nas w odle­gło­ści od ich poci­sków, ale nie zabie­raj daleko od tego miej­sca. Bic­lian?

- Okręty patro­lowe dostały już wia­do­mość, pani admi­rał - zgło­sił ofi­cer czuj­ni­kowy. - Ozna­czam je jako Ban­dyta Dwa i Ban­dyta Trzy. Na­dal są przy bazie, ale obra­cają broń w naszym kie­runku.

- Powia­dom mnie, jeśli ruszą się z miej­sca. - Na ekra­nie tak­tycz­nym Ban­dyta Jeden przy­śpie­szał w ich stronę i wystrze­lił wła­śnie kolejną parę rakiet. Z tej odle­gło­ści lasery "Czuj­nego" miały wystar­cza­jąco dużo czasu, żeby je zdjąć, ale jeśli prze­ciw­nik podej­dzie bli­żej, sta­nie się to nie­moż­liwe i Ar'alani będzie zmu­szona użyć do ochrony okrętu swo­jego ogra­ni­czo­nego arse­nału poci­sków kwa­so­wych lub sfer pla­zmo­wych. - Oeskym?

- Już pra­wie - rzekł Oeskym. - Tech­nicy mel­dują... Tak. Sil­niki wyłą­czone, pani admi­rał.

Wresz­cie.

- Wystrze­lić je! - roz­ka­zała i znów spoj­rzała na ekran tak­tyczny. - Octrimo, kiedy tylko oddalą się od kadłuba, ruszamy w kie­runku bazy oraz Ban­dy­tów Dwa i Trzy. Sto­suj sub­telne manewry uni­kowe, ale nie odda­laj się bar­dzo od bez­po­śred­niego wek­tora.

- Lasery rufowe mają być w goto­wo­ści - dodała Wutroow, kiedy "Czujny" odwró­cił się od zbli­ża­ją­cego się krą­żow­nika patro­lo­wego i zaczął coraz szyb­ciej sunąć w kie­runku znisz­czo­nej bazy.

- Zro­zu­mia­łem - odparł Oeskym. - Kiedy, pani admi­rał?

- Wedle uzna­nia - powie­działa Ar'alani. - Octrimo, nie spusz­czaj z oczu Ban­dyty Jeden. Zadbaj o to, żeby­śmy go popro­wa­dzili w odpo­wied­nim kie­runku.

- Tak jest.

- Ban­dyci Dwa i Trzy ruszyli z miej­sca - ode­zwał się Bic­lian. - Zosta­wili dok napraw­czy i kie­rują się na nas.

- Zapewne pró­bują nas wziąć w dwa ognie - stwier­dziła Wutroow.

- Zapewne - przy­tak­nęła Ar'alani. - Oeskym?

- Trzy­dzie­ści sekund do opty­mal­nego poło­że­nia - zamel­do­wał ofi­cer uzbro­je­nia. - Octrimo, pięć stopni na ster­burtę.

- Pięć stopni na ster­burtę, tak jest - potwier­dził Octrimo i widok za ilu­mi­na­to­rem znów uległ zmia­nie.

- Ban­dyta Dwa i Ban­dyta Trzy otwo­rzyły ogień - zgło­sił Bic­lian. - Nie wiem dla­czego... Są zde­cy­do­wa­nie poza zasię­giem.

- Pew­nie pró­bują roz­pro­szyć naszą uwagę lub nas spo­wol­nić - rzekł Octrimo. - Zaczy­namy coraz bar­dziej się odda­lać od Ban­dyty Jeden.

- Zwol­nić! - roz­ka­zała Ar'alani. - Nie chcemy go zgu­bić...

- Ban­dyta Jeden pochyla dziób - prze­rwał ostro Oeskym. - Scho­dzi z drogi poci­skom kwa­so­wym.

- Musieli je zauwa­żyć - zgrzyt­nęła zębami Wutroow. - Użyć pro­mie­nia ścią­ga­ją­cego! Prze­cią­gnąć go z powro­tem na ten wek­tor.

- Odwo­łuję ten roz­kaz - rze­kła Ar'alani, pod­łą­cza­jąc ekran tak­tyczny do wyświe­tla­cza przy swoim fotelu. Oeskym i Wutroow zajmą się obli­cze­niami, ale sama już widziała, że przy obec­nej odle­gło­ści dzie­lą­cej ich od krą­żow­nika, prze­ciw­nik był zbyt potężny, żeby pro­mie­nie ścią­ga­jące "Czuj­nego" mogły mu coś zro­bić.

Ale nieco dalej, w pobliżu krą­żow­nika, uno­sił się nie­wielki mete­oroid...

- Skie­ro­wać pro­mień ścią­ga­jący na ten okruch - rze­kła, wska­zu­jąc skałę i prze­sy­ła­jąc dane do sta­no­wi­ska uzbro­je­nia. - Pełna moc. Spró­buj­cie go przy­cią­gnąć pod dzio­bową dolną część krą­żow­nika.

- Zro­zu­mia­łem. - Oeskym pochy­lił się nad kon­so­letą.

Ar'alani spoj­rzała na ekran tak­tyczny. Pro­mień ścią­ga­jący tra­fił w mete­oroid, wyrwał go z powol­nego ruchu obro­to­wego i posłał w kie­runku krą­żow­nika. Jeśli załoga dostrzeże to nowe zagro­że­nie i jeśli zare­aguje tak auto­ma­tycz­nie, jak miała nadzieję Ar'alani...

- Ban­dyta Jeden odchyla z powro­tem dziób - zamel­do­wał Bic­lian. - Robi unik i znów kie­ruje się na wek­tor naszych poci­sków.

Nie do końca na ten sam wek­tor, jak dostrze­gła Ar'alani - ale wystar­cza­jąco bli­sko.

- Wystrze­lić do poci­sków kwa­so­wych - roz­ka­zała.

Roz­bły­sło świa­tło - rufowe lasery wystrze­liły znowu, tym razem nie w kie­runku prze­ciw­nika, ale do poci­sków kwa­so­wych. Te roz­pa­dły się na czę­ści i ich zawar­tość zmie­niła się w roz­prze­strze­nia­jący się obłok kwasu.

Załoga krą­żow­nika patro­lo­wego nie­mal natych­miast zorien­to­wała się, że popeł­niła błąd, i pod­nio­sła dziób, aby unik­nąć kon­taktu z kwa­sem. Pęd okrętu dzia­łał jed­nak prze­ciwko niemu, a żrąca sub­stan­cja sunęła naprzód zbyt szybko i zanim jed­nostka zdą­żyła się odsu­nąć, chmura kwasu prze­su­nęła się bokiem po lewej bur­cie krą­żow­nika.

A kiedy kwas zaczął prze­że­rać kadłub, nisz­cząc zespoły czuj­ni­ków i sys­temy namie­rza­nia oraz ryjąc poczer­niałe dziury w metalu, lasery "Czuj­nego" znów wystrze­liły, wdzie­ra­jąc się jesz­cze głę­biej w naru­szoną już powierzch­nię kadłuba.

Po pięt­na­stu sekun­dach ostrzału lasery "Czuj­nego" wypa­liły już tyle kadłuba, by dotrzeć do reszty rakiet krą­żow­nika. Nastą­piła gwał­towna eks­plo­zja i okręt roz­padł się na kawałki.

- Pełne przy­śpie­sze­nie - pole­ciła Ar'alani. - I cały czas ska­no­wać. Jeśli jest tu jesz­cze ktoś, chcę o tym wie­dzieć, zanim zacznie do nas strze­lać.

Wutroow przy­su­nęła się do fotela dowódcy. "Czujny" popę­dził naprzód, ku znisz­czo­nej bazie i pozo­sta­łym trzem jed­nost­kom.

- Dobra robota, pani admi­rał - rze­kła cicho. - Pozwolę sobie tylko zwró­cić uwagę na jedno: gry­zi­piórki na Csilli praw­do­po­dob­nie powie­dzą, że mogli­śmy uciec i zaosz­czę­dzić Dyna­stii paru poci­sków kwa­so­wych.

- Co, uciec przed krą­żow­ni­kiem patro­lo­wym i paroma zwy­kłymi patro­low­cami? - Ar'alani prych­nęła. - Wyma­wia­liby nam to do końca świata i jesz­cze dłu­żej.

Wutroow wzru­szyła ramio­nami.

- Ano tak - przy­znała.

- Co wię­cej, stra­ci­li­by­śmy oka­zję, żeby się dowie­dzieć, co oni tam robią - cią­gnęła Ar'alani, wska­zu­jąc ruchem głowy odle­głą bazę.

- Chyba że... Nie... - myślała na głos Wutroow. - Przy­szedł mi do głowy skok wewnątrz­u­kła­dowy, ale przy tych wszyst­kich śmie­ciach, które się tu uno­szą, to nie­bez­pieczne... No więc co oni tam robią?

- Wła­śnie tego chcę się dowie­dzieć - rze­kła Ar'alani, wpa­tru­jąc się w ekran tak­tyczny. Ban­dyci Dwa i Trzy na­dal lecieli w kie­runku "Czuj­nego", strze­la­jąc bez sensu z dział lase­ro­wych. Poru­szali się jed­nak powoli, nie­mal non­sza­lancko, jakby nie chcieli przed­wcze­snej kon­fron­ta­cji... A tym­cza­sem dok napraw­czy na­dal uno­sił się przy zruj­no­wa­nej sta­cji.

Ewa­ku­owali swo­ich? A może...

Nagle Ar'alani wszystko zro­zu­miała.

Nikogo ani niczego nie ewa­ku­owali - po pro­stu coś wła­śnie w bazie umiesz­czali.

- Sfery: celo­wać w sta­cję! - wark­nęła. - Pełna salwa, a potem kon­ty­nu­ować, aż wyczer­pią się zapasy.

- Tak jest! - oznaj­mił Oeskym.

- Pani admi­rał? - zapy­tała cicho Wutroow, kiedy z wyrzutni zaczęto posy­łać ku dale­kiej bazie sfery pla­zmowe. - W sta­cję, nie w patro­lowce?

- Tak - odparła Ar'alani. - Ten ich ostrzał z lase­rów ma odwró­cić naszą uwagę od tego, co załoga doku napraw­czego robi na sta­cji.

- To zna­czy?

- Moim zda­niem zamie­rzają ją znisz­czyć - wyja­śniła ponuro Ar'alani. - Nie tylko ją roz­wa­lić, tak jak się stało przy pierw­szym ataku, ale roz­nieść w pył.

- Cie­kawe - mruk­nęła Wutroow. - Musi być tam coś, czego naprawdę nie chcą nam poka­zać. Cho­ciaż przy­się­gła­bym, że poprzed­nim razem naprawdę dokład­nie zba­da­li­śmy to miej­sce.

- Może umiesz­czono tam coś nowego - rze­kła Ar'alani. - Mam nadzieję, że zdo­łamy wykryć i uniesz­ko­dli­wić przed zde­to­no­wa­niem wszyst­kie ładunki samo­znisz­czalne, które tam pod­ło­żyli.

- No, jeśli nie damy rady, to nie dla­tego, że nie pró­bu­jemy - zauwa­żyła Wutroow, wska­zu­jąc stru­mień sfer pla­zmo­wych odda­la­jący się coraz szyb­ciej od "Czuj­nego". - Na pewno nie chce pani kilku zatrzy­mać, na wypa­dek gdyby jed­nak chcieli sta­nąć do walki?

- Nie będą chcieli. - Ar'alani pokrę­ciła głową. - Kiedy tylko zakoń­czą ten sabo­taż, będą zaraz pró­bo­wali dać dra­paka... I pro­szę! - prze­rwała sama sobie, bo oba patro­lowce wła­śnie ruszyły w prze­ciw­nych kie­run­kach, z dala od "Czuj­nego". Dok napraw­czy za nimi rów­nież skrę­cił i odda­lał się wła­śnie od bazy.

- Jakie roz­kazy, pani admi­rał? - zapy­tał Oeskym ze sta­no­wi­ska uzbro­je­nia.

Ar'alani spoj­rzała na ekrany. W ciągu ostat­nich paru minut "Czujny" poko­nał dużą część odle­gło­ści dzie­lą­cej ich od sta­cji, ale na­dal znaj­do­wali się zbyt daleko, by mieć pew­ność tra­fie­nia. Nie zawa­dzi jed­nak spró­bo­wać.

- Zobacz­cie, co da się zro­bić z tym dokiem napraw­czym - pole­ciła. - Tylko lasery. Sfery mają być na­dal kie­ro­wane na bazę.

- Tak jest - odparł Oeskym i potrójna salwa skon­cen­tro­wa­nych wią­zek lase­ro­wych dołą­czyła do stru­mie­nia sfer pla­zmo­wych.

Ar'alani uwa­żała Oeskyma za jed­nego z naj­lep­szych ofi­ce­rów uzbro­je­nia w Eks­pan­syj­nej Flo­cie Obron­nej i tym razem rów­nież poka­zał, co potrafi. Choć znaj­do­wali się naprawdę daleko, zdo­łał tra­fić trzy razy w dok napraw­czy, odsu­wa­jący się od sta­cji.

Dystans oka­zał się jed­nak zbyt duży, aby mogli spo­wo­do­wać więk­sze szkody, i minutę póź­niej sta­tek napraw­czy i patro­lowce ucie­kły w nad­prze­strzeń.

- Przy­kro mi, pani admi­rał - prze­pro­sił Oeskym, kiedy zaprze­stano ostrzału lase­ro­wego.

- Nie twoja wina - zapew­niła go Ar'alani, gdy umil­kły rów­nież wyrzut­nie sfer pla­zmo­wych. - Naszym prio­ry­te­tem jest teraz dotar­cie do sta­cji i uniesz­ko­dli­wie­nie lub znisz­cze­nie bomb albo innych ładun­ków, które tam umie­ścili, zanim zostaną akty­wo­wane. Wutroow, przy­go­tuj­cie dwa promy.

- Już się robi, pani admi­rał. - Wutroow prze­słała roz­kazy na questi­sie. - Pro­szę się nie mar­twić, na pewno dotrzemy tam na czas.

Ar'alani spoj­rzała przez ilu­mi­na­tor na bazę. A jeśli im się nie uda, prze­mknęła jej przez głowę chłodna myśl, to cała załoga pro­mów praw­do­po­dob­nie zgi­nie.

Mogła mieć tylko mieć nadzieję, że tajem­nica podziu­ra­wio­nego wraku sta­cji była warta ryzyka.

Ar'alani oba­wiała się, że przed ucieczką ich prze­ciw­nicy akty­wo­wali jakieś ładunki w nikar­duń­skiej bazie. Na szczę­ście patrol zna­lazł tylko jeden, choć bar­dzo duży. W dodatku pozo­sta­wał nie­ak­tywny, wyłą­czony przez nawałę jonową "Czuj­nego", i chis­sań­scy inży­nie­ro­wie mogli bez­piecz­nie go roz­broić.

Kiedy załogi pro­mów prze­szu­ki­wały sta­cję, Ar'alani wresz­cie zro­zu­miała, co wła­ści­wie nie dawało jej spo­koju.

- Tam - rze­kła, wska­zu­jąc na jeden z obra­zów prze­sła­nych na okręt przez załogi pro­mów. - Ten ślad po tra­fie­niu. Jeden strzał, z bli­ska, tylko tyle, żeby prze­bić kadłub i roz­her­me­ty­zo­wać to pomiesz­cze­nie.

- I uszko­dze­nie nie­zbyt duże, żeby nie było póź­niej więk­szych kło­po­tów z napra­wie­niem kadłuba - rze­kła z namy­słem Wutroow. - Czyli kiedy ich pod­stępna aste­ro­idowa bomba wybu­chła tuż przy wej­ściu do bazy, a parę dodat­ko­wych poci­sków znisz­czyło strefy dowo­dze­nia i kon­troli, zaczęli po pro­stu robić dziury w ścia­nach, aż wszy­scy w środku zgi­nęli.

- A potem kon­ty­nu­owali to samo wewnątrz bazy. - Ar'alani wska­zała na ekran. - Pla­no­wali od początku zabić wszyst­kich Nikar­du­nów w bazie, znisz­czyć, co się da, żeby prze­ko­nać wszyst­kich, któ­rzy tu będą zaglą­dać, że nikogo już nie ma, a potem, kiedy wszy­scy odlecą, zakraść się i dopro­wa­dzić sta­cję znów do stanu uży­wal­no­ści.

- Bo kto by wra­cał, żeby przyj­rzeć się drugi raz miej­scu ewi­dent­nie wyglą­da­ją­cemu na bez­u­ży­teczne? - zgo­dziła się Wutroow. - Czyli więk­szość tych szcząt­ków zosta­wili tylko dla picu?

- Raczej nie - odparła Ar'alani. - Nikar­du­no­wie zapewne mieli tu sporo okrę­tów, tych, które pil­no­wały bazy, i innych, które tylko ją odwie­dzały. Ten cały złom to ich resztki.

- Ano tak - wes­tchnęła Wutroow. - Ale w takim razie... Co to było? Jakaś sta­cja pali­wowa, któ­rej istot­ność Yiv sta­rał się ukry­wać?

- Nie, myślę, że peł­niła waż­niej­szą funk­cję. - Ar'alani poczuła lekki dreszcz. - Moim zda­niem to miej­sce spo­tkań i koor­dy­na­cji dzia­łań pod­wład­nych Yiva i ich sojusz­ni­ków.

- Nie przy­po­mi­nam sobie, żeby pod­czas bitwy nad Pri­meą poja­wili się jacyś ich sojusz­nicy - stwier­dziła Wutroow. - Myśli pani, że nam i Vakom udało się roz­pra­wić z Nikar­du­nami, zanim Yiv zdą­żył ścią­gnąć posiłki?

- Lub też ni­gdy nie miały tam dotrzeć - rze­kła Ar'alani. - Zauważ, gdzie jest poło­żona baza: ukryta, na ubo­czu, ale dość bli­sko Jutrzenki.

- I na tra­sie mię­dzy Jutrzenką a Dyna­stią - zauwa­żyła Wutroow.

- Ow­szem - przy­tak­nęła Ar'alani. - Ide­alne miej­sce dla kogoś, kto chciałby obser­wo­wać nas albo lud Magys.

- Albo jedno i dru­gie - rze­kła ponuro Wutroow. - Przy­naj­mniej tłu­ma­czy to, dla­czego widzie­li­śmy ten sam pan­cer­nik nad Jutrzenką. I to pew­nie miała być ich baza napraw­cza i ser­wi­sowa, tylko że nie zdą­żyli jej uru­cho­mić.

- Też o tym pomy­śla­łam. - Ar'alani ski­nęła głową. - Pew­nie nie spo­dzie­wali się, że tak szybko znaj­dziemy Jutrzenkę.

- A stało się tak tylko dla­tego, że Thrawn natknął się na Magys i jej uchodź­ców i posta­no­wił zary­zy­ko­wać - mruk­nęła Wutroow. - Oj, nie­któ­rzy mocno się zjeżą, kiedy o tym usły­szą.

- Thrawn nie od wczo­raj wzbu­dza takie uczu­cia wśród ary­sto­krów - zauwa­żyła Ar'alani. - Poza tym fakt, że ta sama sztuczka z aste­ro­idą - wyrzut­nią poci­sków - została zasto­so­wana i tu, i tam, sta­nowi dodat­kowe potwier­dze­nie, że ci, z któ­rymi zadar­li­śmy nad Jutrzenką, zaata­ko­wali rów­nież tę bazę.

- Do tego docho­dzi ta druga baza Nikar­du­nów, którą spraw­dza­li­śmy wcze­śniej - przy­po­mniała Wutroow. - To na pewno nie przy­pa­dek, że obie zostały zaata­ko­wane. - Pod­nio­sła palec. - I coś przy­szło mi jesz­cze do głowy. Nazwała ich pani chwilę temu sojusz­ni­kami... Ale co, sojusz­nicy Nikar­du­nów mie­liby znisz­czyć ich dwie różne bazy...?

- Masz rację. - Usta Ar'alani drgnęły. - Nikar­du­no­wie nie byli w soju­szu z agre­so­rami. Sta­no­wili ich narzę­dzia. A nie nisz­czy się dobrego narzę­dzia, chyba że ma się coś lep­szego pod ręką.

- Chyba że się myśli, że to narzę­dzie zaraz samo się zepsuje - dopo­wie­działa Wutroow. - Cie­kawe, czy wie­dzieli, że Thrawn nie zabił, a tylko poj­mał gene­rała Yiva.

- Inte­re­su­jące pyta­nie. - Ar'alani uśmiech­nęła pod nosem. - Powin­ny­śmy pod­su­nąć parę nowych tema­tów agen­tom Rady prze­pro­wa­dza­ją­cym prze­słu­cha­nia.

- Zakła­da­jąc, że wró­cimy w jed­nym kawałku na Csillę - wes­tchnęła Wutroow. - Nawet jeśli ta baza nie działa, patro­lowce mogą mieć w pobliżu zna­jo­mych.

- Słuszna uwaga. - Ar'alani włą­czyła mikro­fon przy fotelu. - Dowódca patrolu?

- Tak jest, pani admi­rał - ode­zwał się Bic­lian. - Wła­śnie zna­leź­li­śmy kolejny stos sprzętu. To już czwarte zło­mo­wi­sko, a wcale nie skoń­czy­li­śmy jesz­cze wszyst­kiego spraw­dzać.

- Wła­śnie skoń­czy­li­ście - oznaj­miła Ar'alani. - Mam prze­czu­cie, że zbyt­nio prze­cią­gnę­li­śmy nasz pobyt tutaj. Ile wam zaj­mie dokładne sfil­mo­wa­nie tego zło­mo­wi­ska?

- Jeśli nie chce pani wię­cej fizycz­nych dowo­dów poza tymi, które już prze­sła­li­śmy na "Czuj­nego", to jakiś kwa­drans - rzekł z namy­słem w gło­sie Bic­lian. - Jeśli mamy jed­nak zebrać próbki, wtedy jesz­cze godzinę.

- Zrób­cie tylko nagra­nia - zde­cy­do­wała Ar'alani. - Wypeł­ni­li­śmy tyle skrzyń, żeby uszczę­śli­wić inży­nie­rów z Napo­rara na długo. Prze­każ pozo­sta­łym dru­ży­nom, że mają skoń­czyć i wra­cać na promy. Chcę być w nad­prze­strzeni za czter­dzie­ści minut.

- Tak jest - odparł posłusz­nie Bic­lian. - Zaraz wra­camy.

Ar'alani wyłą­czyła komu­ni­ka­tor.

- Sły­sze­li­ście wszy­scy - dodała, pod­no­sząc głos, tak żeby nie pomi­nąć nikogo na mostku. - Za czter­dzie­ści minut skok w nad­prze­strzeń.

- Skok za czter­dzie­ści minut - powtó­rzyła Wutroow, wpro­wa­dza­jąc roz­kaz na questi­sie. - Mam pójść po Ab'begh? Zapewne chce pani, żeby nas prze­pro­wa­dziła przez pierw­szą część drogi powrot­nej.

- Zde­cy­do­wa­nie tak. Ale nie ma pośpie­chu. Może być w swo­jej kwa­te­rze jesz­cze przez pół godziny.

- Aha. Bo nie chcemy, żeby się zaczęła nudzić. - W gło­sie Wutroow zabrzmiał sar­kazm.

- Nie nie­po­koi mnie, że będzie się nudzić. - Ar'alani spoj­rzała pochmur­nie na ekran tak­tyczny. - Tak jak mówi­łaś, te patro­lowce mogą nie być tu same.

Wiele lat temu, kiedy star­sza kapi­tan Xodlak'in'daro wstą­piła do Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej, odbyła się wykwintna uro­czy­stość, pod­czas któ­rej świę­to­wano jej prze­nie­sie­nie z rodziny, w któ­rej przy­szła na świat, do domu Xodla­ków. Lakinda nie­wiele pamię­tała z cere­mo­nii, poza tym, że była huczna, efek­towna i że kom­plet­nie prze­ro­sła jej pro­sty gust dziew­czyny z plebsu.

Podej­rze­wała, że dzi­siej­sza uro­czy­stość przy­ję­cia do rodziny miała być znacz­nie mniej spek­ta­ku­larna. Nie dla­tego, że przej­ście z jed­nego z Czter­dzie­stu Wiel­kich Domów do jed­nej z Dzie­wię­ciu Rodzin Rzą­dzą­cych nie sta­no­wiło wiel­kiego wyda­rze­nia - bo z pew­no­ścią takim było - ale dla­tego, że uwagę wszyst­kich zaprzą­tały tego dnia kon­se­kwen­cje fia­ska wyprawy do układu Hoxim.

I cał­kiem jej to odpo­wia­dało. Więk­szość osób, któ­rym pro­po­no­wano podobny awans spo­łeczny, chwy­ci­łaby się takiej szansy obiema rękami - wie­działa to dobrze - prze­waż­nie nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Ale choć Lakinda wie­działa, jaki zaszczyt spo­tkał ją ze strony rodziny Irizi, wciąż drę­czyło ją lek­kie poczu­cie winy w związku z tak nagłym porzu­ce­niem Xodla­ków. W końcu to oni wycią­gnęli ją z nizin, a ona zawsze uwa­żała, że za coś takiego należy odpła­cać się lojal­no­ścią.

Oczy­wi­ście ni­gdy nie spo­dzie­wała się, że inna rodzina będzie chciała jej tak bar­dzo, by zapro­po­no­wać jej przej­ście do sie­bie, więc ni­gdy się nad taką moż­li­wo­ścią nawet nie zasta­na­wiała. A jed­nak do tego doszło. Co wię­cej, pro­po­zy­cja Irizi oka­zała się nie­zmier­nie hojna - u Xodla­ków Lakin­dzie przy­pi­sano sta­tus zasłu­żo­nej adop­to­wa­nej, a Irizi mieli z niej uczy­nić zro­dzoną w Pró­bie i zna­jomi, z któ­rymi to oma­wiała, jed­no­gło­śnie radzili, żeby sko­rzy­stała z tej szansy.

I dla­tego znaj­do­wała się teraz w Csa­pla­rze, sto­licy Dyna­stii, i szła przez Salę Zgro­ma­dzeń do głów­nych biur Syn­dy­kury, zaj­mo­wa­nych przez rodzinę Irizi. To dla mnie naj­lep­sza decy­zja, powtó­rzyła sobie sta­now­czo w duchu. Jakie­kol­wiek poczu­cie winy, które być może czuła, sta­no­wiło wytwór jej wyobraźni i nale­żało je igno­ro­wać do momentu, aż samo znik­nie.

Przy­naj­mniej taką miała nadzieję.

Cere­mo­nia, jak się spo­dzie­wała, trwała krótko i prze­pro­wa­dzono ją dość nie­dbale. Mówca Irizi'emo'lacfo zabrał ją do swo­jego gabi­netu, gdzie cze­kali świad­ko­wie. Zaanon­so­wał jej przej­ście z rodziny Xodla­ków do rodziny Irizi, pomógł w wygło­sze­niu przy­sięgi, w któ­rej ona i rodzina dekla­ro­wali wza­jemną lojal­ność, i pogra­tu­lo­wał jej nowego sta­tusu. Ukłu­cie winy, jakie poczuła pod­czas przy­sięgi, szybko popa­dło w zapo­mnie­nie w natłoku doku­men­tów zwią­za­nych z uro­czy­sto­ścią, któ­rymi zarzu­cił ją Mówca.

Pół godziny po przy­by­ciu opu­ściła gabi­net - już nie jako star­sza kapi­tan Xodlak'in'daro, ale star­sza kapi­tan Irizi'in'daro.

"Ziinda". Powta­rzała co chwilę swoje nowe imię rdze­niowe, idąc z powro­tem kory­ta­rzem do plat­formy dla pro­mów. Miało ładne, egzo­tyczne brzmie­nie, ale zde­cy­do­wa­nie tro­chę jej zaj­mie, zanim się do niego przy­zwy­czai. "Ziinda". "Ziinda".

- Star­sza kapi­tan Ziinda? - ode­zwał się gło­śno ktoś za jej ple­cami.

Pomimo jej dotych­cza­so­wych sta­rań, chwilę potrwało, zanim zro­zu­miała, że ktoś zwraca się wła­śnie do niej.

- Tak? - Przy­sta­nęła i się odwró­ciła.

Nie roz­po­znała kobiety, która do niej pod­cho­dziła, ale gra­na­towo-czer­wona szata w prążki z ciem­no­czer­wo­nymi ręka­wami i czar­nym fili­gra­no­wym orna­men­tem była jej zde­cy­do­wa­nie zna­joma. A jeśli dodać do tego cha­rak­te­ry­styczny nara­mien­nik Mówcy...

- Star­sza kapi­tan Ziinda? - powtó­rzyła kobieta.

- To ja - powie­działa Ziinda. Ści­snęło ją w żołądku, a uśpione poczu­cie winy znów się prze­bu­dziło.

- Jestem Mów­czyni Xodlak'brov'omti­vti - rze­kła sztywno kobieta, zatrzy­mu­jąc się pół metra przed Ziindą. - Mia­łam nadzieję, że zdo­łam się z panią zoba­czyć przed spo­tka­niem z Mówcą Zie­mo­lem. Widzę, że się spóź­ni­łam.

- Tak - odparła Ziinda. - W czym mogę pomóc?

Lak­bro­vom przez chwilę patrzyła na nią w mil­cze­niu. Ziinda zmu­siła się, by nie spu­ścić wzroku, w duchu naka­zu­jąc sobie, by nie oka­zy­wać onie­śmie­le­nia. Mów­czyni Lak­bro­vom może i była naj­wyż­szym rangą Xodla­kiem w Syn­dy­ku­rze, ale Ziinda nale­żała teraz do rodziny Irizi i hie­rar­chia Xodla­ków nic już dla niej nie zna­czyła.

- Mia­łam nadzieję, że będę mogła przed­sta­wić pani argu­menty, które skło­ni­łyby panią do pozo­sta­nia w naszej rodzi­nie - powie­działa w końcu Lak­bro­vom. - Jak rozu­miem, Patriar­cha czuł się nieco ura­żony, że nie powie­działa pani nikomu o pro­po­zy­cji Irizi przed jej przy­ję­ciem.

- Przy­kro mi, jeśli ode­szłam od stan­dar­do­wej pro­ce­dury - odparła Ziinda, w pełni świa­doma, że nic takiego nie zro­biła. Osoba, któ­rej zapro­po­no­wano przej­ście do innej rodziny, mogła poroz­ma­wiać o tym z człon­kami obec­nej, ale nie sta­no­wiło to koniecz­nego wymogu. - W moim odczu­ciu nade­szła jed­nak pora, bym zmie­niła coś w życiu.

- Dla­czego? - zapy­tała wprost Lak­bro­vom. - Irizi zapro­po­no­wali pani wyż­szy sta­tus? Mogli­śmy zro­bić to samo. Zaofia­ro­wali pani pie­nią­dze, zie­mię, pozy­cję?

- Żadna z tych rze­czy nie była czyn­ni­kiem decy­du­ją­cym - odpo­wie­działa Ziinda. To co, Lak­bro­vom chciała szcze­ro­ści? Nie ma sprawy! Ziinda też potra­fiła mówić bez ogró­dek. - Wie­dzia­łam, że mój czas u Xodla­ków zbliża się ku koń­cowi już na "Prze­si­le­niu", kiedy mój pierw­szy ofi­cer na pokła­dzie tej rodzin­nej fre­gaty ode­brał mi dowo­dze­nie. A ponie­waż jest zro­dzo­nym z krwi, to ten akt buntu prze­szedł bez echa.

- Ranga w rodzi­nie nie może o niczym decy­do­wać na okrę­cie floty - rze­kła Lak­bro­vom.

- Nie słu­cha mnie pani - powie­działa przez zaci­śnięte zęby Ziinda. - Nie był to okręt Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej, tylko okręt rodziny.

Gniew w oczach Lak­bro­vom jakby zelżał. Może doszła do wnio­sku, że zbyt pobież­nie prze­glą­dała raport o wyda­rze­niach nad Hoxi­mem.

- To żadna wymówka - rze­kła powoli. - Żaden Xodlak nie powi­nien wyko­rzy­sty­wać w taki spo­sób swo­jej pozy­cji. Ja z pew­no­ścią bym tego nie zro­biła.

- Miło mi to sły­szeć - stwier­dziła Ziinda. - Pro­blem w tym, że ten Xodlak tak zro­bił. Jeśli mi pani wyba­czy, ocze­kują mnie już na okrę­cie.

- Skła­dam prze­pro­siny w imie­niu rodziny - ode­zwała się Lak­bro­vom, kiedy Ziinda zaczęła się odwra­cać. - Zadbam, aby został odpo­wied­nio uka­rany.

- Jak sobie pani życzy. - Ziinda spoj­rzała jej w oczy. - Ale tylko jeśli pani sobie tego życzy. Wewnętrzna poli­tyka rodziny Xodla­ków już mnie nie inte­re­suje.

Kiedy tym razem się odwró­ciła, Lak­bro­vom zacho­wała mil­cze­nie.

"Może mogłam sobie daro­wać ten ostatni przy­tyk" - pomy­ślała Ziinda, śpie­sząc kory­ta­rzem. Może był nawet dzie­cinny. Ale musiała przy­znać, że dobrze się po nim poczuła.

Bo prze­cież czy nie o to cho­dziło w całej poli­tyce i sto­sun­kach rodzin­nych? Dawać i zabie­rać, wygry­wać lub prze­gry­wać, wbi­jać komuś szpilkę lub samemu stać się celem drwiny... Tak było zawsze i tak zawsze będzie. Nie­za­leż­nie od tego, jaka to rodzina, nie­za­leż­nie o kogo kon­kret­nie cho­dziło.

Tak dzia­łali Chis­so­wie - i to ni­gdy się nie zmieni.

Wspomnienia I

Wita­nie nowych zasłu­żo­nych adop­to­wa­nych na ofi­cjal­nej kola­cji z oka­zji ich przy­ję­cia do rodziny sta­no­wiło, jak sły­szał czę­sto ary­stokr Mitth'ras'safis, jeden z naj­gor­szych obo­wiąz­ków powie­rza­nych niskim rangą człon­kom tejże rodziny. Nowe nabytki albo były wyjąt­kowo uzdol­nione i dla­tego zapro­po­no­wano im dołą­cze­nie do Mit­thów - a wtedy zwy­kle miały wygó­ro­waną opi­nię o sobie i wła­snej war­to­ści - albo sta­no­wiły świeży nary­bek w siłach zbroj­nych Dyna­stii, a wów­czas spra­wiały wra­że­nie bar­dzo skrę­po­wa­nych i, no cóż, zacho­wy­wały się strasz­nie po woj­sko­wemu. Nie­mal wszy­scy zro­dzeni z krwi, kuzy­no­wie i dostojni krew­niacy wymi­gi­wali się od obo­wiązku przyj­mo­wa­nia nowych człon­ków, obcią­ża­jąc tym zwy­kle zro­dzo­nych w Pró­bie i zasłu­żo­nych adop­to­wa­nych, z któ­rych nikt nie miał na tyle wpły­wów, by tego unik­nąć.

Na tym tle Thrass zde­cy­do­wa­nie się wyróż­niał, ponie­waż w prze­ci­wień­stwie do nie­mal wszyst­kich swo­ich zna­jo­mych szcze­rze lubił to zaję­cie.

Oczy­wi­ście wyko­ny­wał je tylko od trzech lat i w tym cza­sie miał oka­zję powi­tać tylko jede­na­stu zasłu­żo­nych adop­to­wa­nych. Może po kilku kolej­nych eks­cy­ta­cja zwią­zana z pozna­wa­niem i oce­nia­niem nowych osób osłab­nie, a on sta­nie się tak samo cyniczny i zbla­zo­wany, jak wszy­scy inni...

Nie, do tego raczej nie doj­dzie. Każdy z nowo przy­ję­tych został zatwier­dzony przez biuro Patriar­chy, a spora ich liczba przez samego Patriar­chę i Thras­sowi naprawdę spra­wiało frajdę spraw­dza­nie, czy da radę odkryć, co czy­niło danego kan­dy­data kimś wyjąt­ko­wym w oczach rodziny.

Weźmy na przy­kład tego tutaj, mło­dego męż­czy­znę, który wła­śnie otrzy­mał nowe imię - Mitth'raw'nuru. Stał w sali spo­tkań, przy­glą­da­jąc się pej­za­żom uka­zu­ją­cym Avi­dich i sto­ją­cym w kątach posąż­kom przed­sta­wia­ją­cym lub wyko­na­nym przez Patriar­chów Mit­thów sprzed wie­ków. Zda­niem Thrassa wyglą­dał na nieco zagu­bio­nego. Zwy­kła reak­cja u kogoś, kto został zabrany z nic nie­zna­czą­cej rodziny z pomniej­szej pla­nety i przy­jęty do jed­nej z naj­waż­niej­szych Dzie­wię­ciu Rodzin Rzą­dzą­cych Dyna­stii. Thrawn miał na sobie mun­dur kadeta Aka­de­mii Taha­rim, czyli zabrano go z domu od razu na Napo­rar, a potem spro­wa­dzono na Avi­dich, aby go powi­tać w rodzi­nie i udzie­lić nie­zbęd­nych wyja­śnień.

Thrass zmarsz­czył brwi. W przy­padku nowych wojow­ni­ków zwy­kle odby­wało się to na odwrót - naj­pierw tra­fiali na Avi­dich, a potem na Napo­rar. Naj­wy­raź­niej ktoś z rodziny chciał, by młody czło­wiek zna­lazł się jak naj­szyb­ciej w sze­re­gach Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej, przed for­mal­nym przy­ję­ciem na łono Mit­thów.

Oby tylko nie oka­zy­wał pod­czas walki takiego onie­śmie­le­nia jak tutaj, w dużej sali spo­tkań Rodziny Rzą­dzą­cej. Nieco to zresztą Thrassa zdzi­wiło, bo wspólną cechą wszyst­kich woj­sko­wych w Dyna­stii była ich demon­stra­cyjna pew­ność sie­bie.

Młody męż­czy­zna odwró­cił się, kiedy tylko Thrass wszedł do środka przez zwień­czone łukiem drzwi.

- Kadet Mitth'raw'nuru? - zapy­tał ofi­cjal­nym tonem Thrass.

- Jam nim - odparł Thrawn.

- Witamy na Avi­di­chu - rzekł Thrass. - Jestem ary­stokr Mitth'ras'safis. Pomogę panu w for­mal­no­ściach, na pod­sta­wie któ­rych zosta­nie pan w pełni i ofi­cjal­nie przy­jęty do rodziny Mit­thów. - Wska­zał ręką salę. - I pro­szę się nie przej­mo­wać tym wytwor­nym wystro­jem. W tej sali spo­tkań witamy dygni­ta­rzy i emi­sa­riu­szy z innych rodzin i chcemy, aby od początku wie­dzieli, z kim mają do czy­nie­nia.

- Nie onie­śmiela mnie to - powie­dział spo­koj­nie Thrawn. - Po pro­stu zwró­ci­łem uwagę na coś nie­ty­po­wego. Autor trzech z tych pej­zaży wyrzeź­bił rów­nież dwa posążki. Rzadko się zda­rza, żeby twórca spe­cja­li­zo­wał się w obu tych dzie­dzi­nach sztuki.

Thrass się rozej­rzał. Miał oka­zję prze­by­wać w tej sali już co naj­mniej kil­ka­dzie­siąt razy, a dwu­krot­nie zwie­dzał gale­rię ofi­cjal­nej sztuki rodzin­nej w sie­dzi­bie rodu na Csilli, i żadne z dzieł, o ile dobrze pamię­tał, nie miało widocz­nych pod­pi­sów ani innych ozna­czeń.

Bo na tym pole­gała istota tych zbio­rów sztuki - były to dzieła Mit­thów. Chciano, aby wszy­scy widzieli w nich nie wytwory jed­no­stek, ale rodziny jako takiej.

Skąd więc Thrawn wie­dział, które płótna zostały wyko­nane przez kon­kret­nego arty­stę?

- Które? - zapy­tał Thrass. - Pro­szę mi poka­zać.

- Te trzy pej­zaże. - Kadet wyko­nał pole­ce­nie. - I te posążki. - Wska­zał dwie figurki w jed­nym z rogów sali.

Thrass pod­szedł bli­żej. Tak jak pamię­tał, dzieł nie opa­trzono żad­nymi pod­pi­sami infor­ma­cyj­nymi.

- Dla­czego uważa pan, że są wyko­nane przez jedną osobę? - zapy­tał.

Thrawn zmarsz­czył czoło.

- Bo są - powie­dział lekko zdzi­wio­nym tonem. - Linie, kolory, połą­cze­nie mate­riału... To... - Zaci­snął usta.

- Oczy­wi­ste? - pod­su­nął Thrass.

Thrawn spoj­rzał na niego tak, jakby chciał przy­tak­nąć, ale zaraz się zre­flek­to­wał.

- Trudno to wyja­śnić - rzekł wymi­ja­jąco.

- No to sprawdźmy. - Thrass wyjął questis. Dzieła może i nie miały opi­sów, ale arty­ści z pew­no­ścią zostali ujęci w bazie danych. - Może mi pan powie­dzieć o nich coś jesz­cze? - dodał, uru­cha­mia­jąc wyszu­ki­wa­nie. - Wzrost arty­sty, a może jego ulu­bione potrawy?

- Nie znam ani jed­nego, ani dru­giego - przy­znał Thrawn. Jeśli zauwa­żył, że Thrass pozwo­lił sobie na żar­cik, nie poka­zał tego po sobie. - Ale moim zda­niem prze­żył oso­bi­stą lub rodzinną tra­ge­dię mię­dzy nama­lo­wa­niem tych dwóch obra­zów. - Wska­zał dwa pej­zaże. Jeden przed­sta­wiał wzbu­rzony basen pły­wowy nad brze­giem oce­anu, a drugi ośnie­żony gór­ski szczyt celu­jący w niebo. - Tra­ge­dia mogła się zresztą wyda­rzyć przed powsta­niem wszyst­kich dzieł poza tym jed­nym, ze zbior­ni­kiem wod­nym. Zdaje mi się też, że arty­sta jest kobietą, ale to tylko wra­że­nie, a nie stu­pro­cen­towa deduk­cja.

- Skąd to wra­że­nie? - zapy­tał Thrass, wpa­tru­jąc się w questis. Zna­lazł listę. Teraz wystar­czy ją tylko posor­to­wać i ozna­czyć pięć dzieł wska­za­nych przez Thrawna.

- Ze względu na kon­tu­ro­wa­nie i łącze­nie barw - wyja­śnił Thrawn. - Ale jak mówi­łem, nie twier­dzę, że wiem to na pewno.

- Rozu­miem. - Thrass stłu­mił uśmiech. Prze­cież tak czy owak takie uję­cie sprawy dawało mu pięć­dzie­siąt pro­cent szans, że ma rację.

Jego skry­wany uśmiech prze­mie­nił się w skry­wany gry­mas. Powie­dział sobie wcze­śniej, że ni­gdy nie zacznie cynicz­nie pod­cho­dzić do nowi­cju­szy, któ­rych przyj­mo­wał do rodziny. Czyżby już łamał obiet­nicę, którą sam sobie zło­żył? Prze­szu­ki­wa­nie bazy dzieł wła­śnie się koń­czyło...

Wpa­try­wał się w ekran questisa. Nie. To nie­moż­liwe.

- Jakiś pro­blem? - zapy­tał Thrawn.

Thrass rzu­cił mu ukrad­kowe spoj­rze­nie, sta­ra­jąc się zacho­wać kamienną twarz. Nie, nie było mowy, żeby zwy­kły kadet spoj­rzał na dzieła sztuki i od razu doszedł do takich wnio­sków. Z pew­no­ścią wcze­śniej przej­rzał bazy danych.

Tylko że ist­niały setki tysięcy dzieł sztuki wyko­na­nych przez człon­ków rodziny Mit­thów i czę­sto prze­no­szono je mię­dzy mająt­kami rodzin i biu­rami. Praw­do­po­do­bień­stwo, że aku­rat te będą się znaj­do­wać w tej kon­kret­nej sali spo­tkań, w tym kon­kret­nym dniu, rów­nało się nie­mal zeru.

Ode­tchnął powoli.

- Ma pan rację - powie­dział, sta­ra­jąc się nadać swo­jemu gło­sowi spo­kojne brzmie­nie. Kuzyn z rodziny Mit­thów nie powi­nien pod­cho­dzić nawet z umiar­ko­wa­nym podzi­wem do nowego zasłu­żo­nego adop­to­wa­nego. - Wszyst­kie pięć dzieł wyszło spod ręki legen­dar­nej Dwu­na­stej Patriar­chini, Mitth'omo'ros­sodo, zwa­nej cza­sem Tra­giczną. Czte­rej jej syno­wie, wszy­scy jej syno­wie, zgi­nęli w walce... - Wyświe­tlił jej bio­gram i szybko porów­nał daty. - ...trzy mie­siące po powsta­niu obrazu z brze­giem mor­skim.

- Wszy­scy czte­rej - szep­nął Thrawn, odwra­ca­jąc głowę w kie­runku pej­zażu. - Rze­czy­wi­ście strasz­liwa strata.

- Według źró­deł bar­dzo się sta­rała, żeby nie wpły­nęło to na jej rządy - cią­gnął Thrass. - Ale ten pej­zaż gór­ski sta­no­wił ostat­nie jej dzieło. A przy­naj­mniej ostat­nie, które prze­trwało do naszych cza­sów.

- Jestem w sta­nie to zro­zu­mieć - powie­dział Thrawn. - Artystka o takim talen­cie i samo­świa­do­mo­ści z pew­no­ścią widziała, jak bli­zny wspo­mnień wpły­nęły na jej inspi­ra­cję twór­czą i posta­no­wiła porzu­cić sztukę, póki nie odzy­ska wcze­śniej­szego spo­koju ducha.

Thrass się skrzy­wił.

- Ale ni­gdy tak się nie stało - mruk­nął.

- Nie - rzekł cicho Thrawn. - Cza­sem strata dotyka nas zbyt głę­boko, aby kie­dy­kol­wiek się w pełni zale­czyć.

Thrass przyj­rzał mu się prze­ni­kli­wie, zwra­ca­jąc uwagę na napięte mię­śnie policz­ków i sztywną szyję.

- Brzmi to, jakby mówił pan z doświad­cze­nia.

Thrawn wzru­szył nie­znacz­nie ramio­nami.

- Nie więk­szego niż cier­pie­nie wielu innych osób w Dyna­stii - odparł i spięte mię­śnie jego twa­rzy się wygła­dziły.

Choć musiał zmu­sić się do tego świa­do­mie, Thrass nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści. Ból, który czaił się w głębi oczu Thrawna, nie opu­ści go prędko.

Takiego cier­pie­nia nie oka­zy­wało się jed­nak publicz­nie i z pew­no­ścią nikt nie powi­nien go wypa­try­wać u kogoś dopiero co pozna­nego. Jeśli życie w ogóle cze­goś Thrassa nauczyło, to tego, że trzeba sza­no­wać pry­watne życie innych.

- Przy­kro mi to sły­szeć - powie­dział i wska­zał na drzwi. - Może to raczej roz­mowa na kiedy indziej... Zapro­wa­dzę pana do jego pokoju. Kola­cja jest za trzy godziny i zapewne powi­nien pan prze­ćwi­czyć swoją rolę w cere­mo­nii.

Ban­kiet z oka­zji przy­ję­cia do rodziny jak zwy­kle był wystawną - i zda­niem Thrassa - nieco zbyt pod­nio­słą uro­czy­sto­ścią. Jed­nak tra­dy­cja zobo­wią­zy­wała i cere­mo­nia wywarła odpo­wied­nie wra­że­nie na gościach i zapro­szo­nych dygni­ta­rzach, któ­rzy nie ukry­wali swo­jego zado­wo­le­nia z obec­no­ści na niej.

Jedyny wyją­tek sta­no­wił zapewne Thrawn. Sie­dział po dru­giej stro­nie dłu­giego stołu, kilka krze­seł dalej, i Thrass nie sły­szał niczego, co mówił. Wyda­wało się jed­nak, że kadet w miarę sobie radzi. Odpo­wia­dał na pyta­nia zada­wane mu przez sąsia­dów i aku­rat ci jego inter­lo­ku­to­rzy wyda­wali się usa­tys­fak­cjo­no­wani jego wypo­wie­dziami. A przy­naj­mniej żaden z nich nie prze­wra­cał oczami ani nie odwra­cał się z lek­ce­wa­że­niem od Thrawna.

Kadet jed­nak sam z sie­bie nie zaczy­nał roz­mów. Przez więk­szość czasu tylko sie­dział i jadł w mil­cze­niu, roz­glą­da­jąc się i słu­cha­jąc wszyst­kiego, co się wokół niego działo. Raz Thrass zauwa­żył, jak wpa­truje się w gobe­liny wiszące w rzę­dzie na ścia­nie dużej sali ban­kie­to­wej, powoli prze­su­wa­jąc wzrok z jed­nego na drugi.

Powi­talna cere­mo­nia rów­nież prze­bie­gła jak trzeba. Thrawn spra­wił się dobrze, wypo­wia­dał swoje kwe­stie pra­wi­dłowo, z odpo­wied­nim namasz­cze­niem. Zda­niem Thrassa wyglą­dał jed­nak na­dal tak, jakby czuł się nie­swojo.

Zapewne trudno się temu dzi­wić. Thrawn był zde­cy­do­wa­nie naj­młod­szym z trzy­dzie­stu kan­dy­da­tów przyj­mo­wa­nych tego wie­czoru do rodziny i w zwy­kłym mun­du­rze kadeta nie paso­wał do młod­szego koman­dora i kapi­tana, któ­rych witano w rodzi­nie wraz z nim.

Cere­mo­nia skoń­czyła się już ponad pół godziny temu i roz­mowy wśród gości toczyły się w naj­lep­sze, kiedy Thrass zdo­łał wresz­cie podejść do mło­dego męż­czy­zny.

- Choć już pew­nie sły­szał to już pan kil­ka­na­ście razy, ale witam w rodzi­nie Mit­thów - oznaj­mił. - Czy mogę panu zapro­po­no­wać toast za nasze nowe więzy rodzinne?

- Chęt­nie, dzię­kuję - odparł Thrawn. - Muszę powie­dzieć, że ni­gdy nie bra­łem w czymś takim udziału.

- Nie dzi­wię się - rzekł Thrass, pro­wa­dząc go do naj­bliż­szego stołu z napo­jami. - Mit­tho­wie są znani ze swo­ich uro­czy­sto­ści. Jak długo zostaje pan na Avi­di­chu?

- Tylko do jutra rana. Wysta­wiono mi spe­cjalną prze­pustkę i nie mogę sobie pozwo­lić na dłuż­szą nie­obec­ność.

- Brzmi to jak błaha wymówka! - prych­nął Thrass, pod­no­sząc dwa kie­liszki i poda­jąc jeden Thraw­nowi. - Poko­nał pan szmat drogi i zaraz musi pan wra­cać i pędzić z powro­tem? Jaka będzie cena za prze­dłu­że­nie prze­pustki? Dwa punkty nagany? Trzy? Być może mogli­by­śmy je ska­so­wać z pań­skich akt.

- Dzię­kuję za pro­po­zy­cję - powie­dział Thrawn. - Ale odpra­co­wuję już pięć­dzie­siąt, więc nie sądzę, żeby...

- Pięć­dzie­siąt...? - Thrass wyba­łu­szył oczy. - Co, na nie­biosa, pan zro­bił?

- Przy­ła­pano mnie gdzieś, gdzie być nie powi­nie­nem, pod­czas lotu z Ren­tora - wyja­śnił Thrawn z lek­kim zakło­po­ta­niem. - Nie jestem nawet pewien, dla­czego tu dziś jestem. Z pew­no­ścią cere­mo­nia mojego przy­ję­cia mogła być prze­su­nięta o kilka tygo­dni.

- O, przy­naj­mniej to jestem w sta­nie wyja­śnić - odparł Thrass. Czuł się dumny, że udało mu się to wyde­du­ko­wać pod­czas ban­kietu. - Widzi pan tę kobietę w fioł­ko­wej sza­cie z jasno­nie­bie­ską lamówką? To patrielka Irizi na Avi­di­chu. Miej­scowi patrie­lo­wie są zawsze zapra­szani na te cere­mo­nie, choć zwy­kle mają zbyt wiele zajęć, żeby brać w nich udział. Ale Irizi zwy­kle przy­sy­łają przy­naj­mniej jakie­goś swo­jego przed­sta­wi­ciela.

- Cie­kawe. - Thrawn upił łyk drinka. - Mówiono mi, że Mit­tho­wie i Irizi to rywale.

- Rów­nie dobrze można by oznaj­mić, że na Csilli jest zimno - prych­nął Thrass. - Nie, przy­cho­dzą nie tyle z uprzej­mo­ści, ile dla­tego, że chcą wie­dzieć, co aku­rat knu­jemy. W każ­dym razie jed­nym z ich wiel­kich celów w życiu jest umiesz­cze­nie jak naj­więk­szej liczby swo­ich człon­ków w Siłach Obron­nych i w nowej Eks­pan­syj­nej Flo­cie Obron­nej gene­rała Ba'kifa, a nasz Patriar­cha uznał, że woli ogło­sić przy­ję­cie trzech woj­sko­wych do rodziny niż tylko dwóch. Szybka roz­mowa z puł­kow­ni­kiem Weva­rym, jed­no­dniowa prze­pustka na podróż - i dla­tego wła­śnie pan się tu zna­lazł.

- Rozu­miem - powie­dział Thrawn, ale jego zmarsz­czone brwi suge­ro­wały, że w ogóle niczego nie poj­mo­wał.

- Na tym polega poli­tyka - cią­gnął Thrass. - Mnie po pro­stu jest przy­kro, że nie może pan zostać dłu­żej. Zbiory sztuki patriela zde­cy­do­wa­nie nie dorów­nują kolek­cji w sie­dzi­bie rodziny na Csilli, są jed­nak zna­ko­mite. Mia­łem nadzieję, że będę mógł pana po nich opro­wa­dzić i zoba­czyć, jakie inne detale dostrzeże pan w tych dzie­łach.

- Och... Byłoby mi bar­dzo miło. - W gło­sie Thrawna brzmiała dziwna nie­pew­ność.

- To nie roz­kaz - zapew­nił go Thrass. - Tylko jeśli miałby pan ochotę.

- O, miał­bym - odparł Thrawn. - Tylko że... Pan jest zro­dzony z krwi, prawda?

- Jestem kuzy­nem - wyja­śnił Thrass. Pamię­tał nie­ja­sno, że dawno temu, kiedy musiał parę razy to spro­sto­wać, miał pewne poczu­cie winy. Teraz jed­nak w ogóle się tym nie przej­mo­wał.

Choć ewi­dent­nie Thrawn czuł się z tym nie­swojo. I doprawdy nic dziw­nego, zwa­żyw­szy na jego obecny niski sta­tus i na to, jak poważ­nie pod­cho­dzili nowi człon­ko­wie rodziny do nie­wy­po­wie­dzia­nych zasad ety­kiety doty­czą­cych wła­ści­wego zacho­wa­nia.

- Ale róż­nica w naszym sta­tu­sie nie ozna­cza, że nie możemy ze sobą roz­ma­wiać albo razem oglą­dać dzieł sztuki - dodał na wszelki wypa­dek.

- Rozu­miem - rzekł Thrawn, choć Thrass znów odniósł wra­że­nie, że nie, naprawdę nie rozu­miał. - Być może pew­nego dnia będzie mógł pan mnie opro­wa­dzić. Ale na razie naprawdę powi­nie­nem udać się na spo­czy­nek. Odla­tuję wcze­śnie rano.

- Oczy­wi­ście - powie­dział Thrass. - Dobrej nocy, kade­cie Thrawn, i bez­piecz­nej podróży. Z pew­no­ścią znów się spo­tkamy.

- Mam nadzieję, ary­sto­krze Thrass. - Usta Thrawna drgnęły w nie­śmia­łym uśmie­chu. - Co naj­mniej przez następne dwa lata będzie pan wie­dział dokład­nie, gdzie mnie szu­kać.

- Nie bywam czę­sto na Napo­ra­rze - zazna­czył Thrass. - Ale jeśli mi się to zda­rzy, z pew­no­ścią pana odwie­dzę.

- Dzię­kuję - powie­dział Thrawn. - Dobra­noc.

- Dobra­noc.

Przez chwilę Thrass patrzył, jak Thrawn idzie przez salę, mija­jąc roz­ga­dane grupki osób z wdzię­kiem, który mocno kon­tra­sto­wał z jego mniej wyro­bio­nymi umie­jęt­no­ściami kon­wer­sa­cyj­nymi i towa­rzy­skimi. O tak, nie­zły dzi­wak z niego.

Ale przy­naj­mniej inte­re­su­jący, w odróż­nie­niu od więk­szo­ści dzi­wa­ków. Może warto będzie poświę­cić cza­sem parę minut, żeby zaj­rzeć do pro­filu kadeta z Taha­rim i zoba­czyć, jak mu idzie...

A tym­cza­sem byli tutaj inni goście, z któ­rymi kuzyn z rodziny Mit­thów powi­nien przy­naj­mniej się przy­wi­tać. Począw­szy od tej patrzą­cej na wszystko z góry patrielki Irizi, o tam. Żeby się nieco wzmoc­nić, wziął kolejny kie­li­szek i ruszył przez tłum gości.

Idąc, uświa­do­mił sobie, że przy­gląda się gobe­li­nom i obra­zom zdo­bią­cym salę. Że zasta­na­wia się, co wła­ści­wie Thrawn potra­fił w nich dostrzec.

Rozdział 2

Tydzień wcze­śniej, roz­my­ślał Mitth'urf'ianico, czyli wtedy, kiedy pia­sto­wał tylko sta­no­wi­sko naj­wyż­szego syn­dyka, miał w zwy­czaju wsta­wać codzien­nie o szó­stej rano. Teraz, jako Patriar­cha Thur­fian, naj­po­tęż­niej­sza osoba w rodzi­nie Mit­thów, roz­po­czy­nał dzień dwie godziny wcze­śniej.

- Z cza­sem będzie łatwiej, wasza czci­god­ność - zapew­nił go star­szy asy­stent Mitth'iv'iklo, prze­sy­ła­jąc kolejny pakiet pli­ków na questis Thur­fiana. - Pamię­tam, jak Patriar­cha Tho­oraki wsta­wał codzien­nie rano o czwar­tej, kiedy został głową rodziny... Ale po paru latach mógł już sypiać aż do pią­tej trzy­dzie­ści.

- Doprawdy? - Thur­fian przyj­rzał się uważ­nie męż­czyź­nie. Thi­vik pra­co­wał w biu­rze Patriar­chy od bar­dzo dawna, ale nie wyglą­dał aż tak staro... - Nie wie­dzia­łem, że współpra­co­wał pan z nim już wtedy.

- Och, nie pra­co­wa­łem bez­po­śred­nio dla Patriar­chy - wyja­śnił Thi­vik. - Byłem tylko sekre­ta­rzem jed­nego z jego urzęd­ni­ków. Ale wszy­scy tu ze sobą roz­ma­wia­li­śmy.

- Oczy­wi­ście - rzekł Thur­fian. Cie­kawe, co urzęd­nicy, sekre­ta­rze i asy­stenci mówili o swoim nowym zwierzch­niku...

Zapewne nic pochleb­nego, jak podej­rze­wał. Patriar­cha Tho­oraki był sil­nym i spraw­nym przy­wódcą, bar­dzo lubia­nym przez swój per­so­nel i więk­szość star­szych urzęd­ni­ków z rodziny Mit­thów. Rzu­cał długi, wyra­zi­sty cień na rodzinę oraz Dyna­stię i upły­nie wiele czasu, zanim Thur­fian czy kto­kol­wiek inny choć tro­chę zapełni lukę po nim.

Może to jeden z powo­dów, dla któ­rych Mówca i patriele nie chcieli przy­jąć tego sta­no­wi­ska, w rezul­ta­cie wysu­wa­jąc kan­dy­da­turę Thur­fiana. Mógł tylko mieć nadzieję, że to nie jedyny ich powód.

- Jest już rów­nież pań­ski gość z dzie­wią­tej - mówił dalej Thi­vik. - Czeka w recep­cji.

- Dzię­kuję. - Thur­fian spoj­rzał na niego, marsz­cząc brwi. Te zwy­kłe słowa zostały wypo­wie­dziane jakby z dez­apro­batą. - Czy to jakiś pro­blem?

- Oczy­wi­ście, że nie, wasza czci­god­ność - odparł Thi­vik. - Jest pan Patriar­chą i może pan się spo­ty­kać, z kim pan chce.

- Ale dla­czego spo­ty­kam się aku­rat z syn­dy­kiem Irizi? - dopo­wie­dział Thur­fian.

Thi­vik się zawa­hał.

- Może się pan spo­ty­kać, z kim pan chce - powtó­rzył, tym razem z wyraźną nie­chę­cią. - Wydaje mi się po pro­stu, że wysyła pan w świat nie­ja­sny prze­kaz, roz­ma­wia­jąc z jed­nym z naszych prze­ciw­ni­ków, zanim zdą­żył pan przy­jąć u sie­bie wszyst­kich naszych patrieli i rad­nych.

- Cie­kawa uwaga - stwier­dził Thur­fian. - A czy przy­szło ci do głowy, że może chcę wysłać taki dziwny sygnał? Że chcę dać do zro­zu­mie­nia rodzi­nie Irizi i ogól­nie całej Dyna­stii, że wcho­dzimy być może w nową epokę współ­pracy mię­dzy rodzi­nami?

- Wasza czci­god­ność, to... - Thi­vik urwał. Prze­łknął ślinę, szu­ka­jąc słów. - Nasza rywa­li­za­cja z Irizi trwa od bar­dzo dawna, jest żywa po obu stro­nach.

- Może nade­szła pora, żeby­śmy się nad nią zasta­no­wili - rzekł Thur­fian.

- Wasza czci­god­ność...

- Co nie ozna­cza, że oddam im klu­cze do naszego domu - cią­gnął Thur­fian. - Zamie­rzam dać jasno do zro­zu­mie­nia, że jeśli zawrzemy pokój z Irizi, odbę­dzie się to na naszych, a nie na ich warun­kach.

- Rozu­miem. - Thi­vik odzy­ski­wał powoli wcze­śniej­sze opa­no­wa­nie. - Tak. Natu­ral­nie to do pana należy podej­mo­wa­nie takich decy­zji.

- Ow­szem - rzekł cicho Thur­fian. - Pro­szę więc wpro­wa­dzić syn­dyka Irizi'stal'mustro.

- Tak jest, wasza czci­god­ność. - Ukło­niw­szy się, Thi­vik się odwró­cił i wyszedł szybko z gabi­netu. Jego mowa ciała wyraź­nie wska­zy­wała na poczu­cie ulgi, posłu­szeń­stwo i ślad utrzy­mu­ją­cego się nie­po­koju.

Dużo, jak na tak nie­wielką osobę, stwier­dził Thur­fian, kiedy jego star­szy asy­stent zamknął za sobą drzwi: oka­zy­wane na zewnątrz posłu­szeń­stwo, cza­jąca się pod spodem dez­apro­bata. Przez chwilę zasta­na­wiał się, jak długo Thi­vi­kowi zajęło opa­no­wa­nie tego nie­ty­po­wego połą­cze­nia.

Prze­glą­dał drugi pakiet pli­ków od Thi­vika, kiedy drzwi znów się otwo­rzyły i asy­stent w mil­cze­niu wpu­ścił do środka syn­dyka Zistalmu.

- A, syn­dyk Zistalmu - powi­tał go Thur­fian, wska­zu­jąc fotel dla gościa usta­wiony przy rogu biurka. - Dzię­kuję, że mógł pan przyjść. Pro­szę usiąść.

- Dzię­kuję, Patriar­cho. - Zistalmu pod­szedł do fotela i usiadł. Jego ton i wyraz twa­rzy zdra­dzały nie­uf­ność. - Zacznę od pogra­tu­lo­wa­nia panu nowego sta­no­wi­ska na czele rodziny Mit­thów. Wasi patriele wyka­zali się wielką mądro­ścią i prze­ni­kli­wo­ścią, wybie­ra­jąc następcę Patriar­chy Tho­ora­kiego.

- Dzię­kuję. - Thur­fian pochy­lił głowę i spoj­rzał na Thi­vika, sto­ją­cego przy otwar­tych drzwiach. - To wszystko, star­szy asy­sten­cie.

- Dobrze, wasza czci­god­ność - odparł Thi­vik, ukło­nił się i wyszedł z pokoju, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Thur­fian spoj­rzał na Zistalmu.

- A jak sądzę, w rze­czy­wi­sto­ści chcia­łeś powie­dzieć - rzekł, uśmie­cha­jąc się pod nosem - jak, na Dyna­stię, patriele potknęli się o mnie, idąc na wybory wła­ści­wego Patriar­chy?

- Może nie ujął­bym tego dokład­nie w ten spo­sób... - Twarz Zistalmu lekko się roz­luź­niła. - Ale gra­tu­la­cje zło­ży­łem szcze­rze.

- Dzię­kuję - rzekł Thur­fian. Oczy­wi­ście Zistalmu powi­nien zwra­cać się teraz do niego "wasza czci­god­ność", skoro Thur­fian został Patriar­chą. Ze względu na ich wcze­śniej­szą współ­pracę, Thur­fian posta­no­wił mu to jed­nak poda­ro­wać. - A ty teraz jesteś...

Zistalmu wzru­szył lekko ramio­nami.

- Naj­wyż­szym syn­dy­kiem - powie­dział.

- Tak myśla­łem - rzekł Thur­fian. - Prze­ta­so­wa­nia, które zauwa­ży­łem pod­czas ostat­niej ple­nar­nej sesji Syn­dy­kury... Ale nie ma to teraz zna­cze­nia. Przyj­mij rów­nież i moje gra­tu­la­cje.

- Dzię­kuję. Zakła­dam, że zapro­si­łeś mnie tutaj, żeby mi powie­dzieć, że to koniec naszego planu roz­pra­wie­nia się z Thraw­nem?

- Wręcz prze­ciw­nie. - W gło­sie Thur­fiana zabrzmiała zawzię­tość. - Chcia­łem się dowie­dzieć, czy wiesz, co, do cho­lery, zaszło dwa tygo­dnie temu mię­dzy rodzi­nami Xodla­ków, Pom­m­rio i Eri­gha­lów nad tą bez­u­ży­teczną pla­netą.

- Nad Hoxi­mem - pod­po­wie­dział Zistalmu. - A przy­naj­mniej tak ją nazy­wał radny Laku­viv pod­czas prze­słu­cha­nia. Wiemy tylko tyle, że miały tam być jakoby bogate złoża nyixu i że posłał tam okręty Xodla­ków, by je zajęły. Oczy­wi­ście dla nad­rzęd­nego dobra Dyna­stii. Powie­dziano mi, że w swo­jej obro­nie powta­rzał to co naj­mniej cztery razy.

- Oczy­wi­ście.

- A to, co się tam wyda­rzyło po ich przy­by­ciu... Powiedzmy, że jest to tro­chę nie­ja­sne.

- Ale wiemy, że brał w tym udział Thrawn.

- A czy nie jest tak zawsze? - zapy­tał kwa­śno Zistalmu. - Wiemy rów­nież, że kopal­nia została znisz­czona, podobno dla­tego, że roz­bił się na niej frach­to­wiec.

- Wygodne - mruk­nął Thur­fian.

- O tak, bar­dzo - zgo­dził się Zistalmu. - I zapewne Thrawn ani mru-mru?

- Nie powie­dział nic nikomu, z kim mamy kon­takty - odparł Thur­fian. - Doty­czy to rów­nież biura naczel­nego gene­rała Ba'kifa.

- W naszym przy­padku tak samo - wes­tchnął Zistalmu. - Czyli nie znasz żad­nych szcze­gó­łów?

Thur­fian pokrę­cił głową.

- Nie brał w tym udziału żaden z naszych sojusz­ni­ków, a inni nie chcą nic powie­dzieć.

- A tak, zupeł­nie jakby mieli coś do ukry­cia - mruk­nął iro­nicz­nie Zistalmu. - Mia­łem nadzieję, że wydo­bę­dziemy coś od star­szej kapi­tan Ziindy, ale trzyma język za zębami, tak samo jak wszy­scy pozo­stali.

- Ziindy?

- Star­sza kapi­tan Irizi'in'daro - wyja­śnił Zistalmu. - Jesz­cze nie­dawno Xodlak'in'daro. Jej przej­ście do rodziny Irizi zostało sfor­ma­li­zo­wane trzy dni temu.

- A. - Thur­fian ski­nął głową. Teraz sobie przy­po­mi­nał - czy­tał prze­cież, że siłami Xodla­ków nad Hoxi­mem dowo­dziła star­sza kapi­tan Lakinda, nie wie­dział jed­nak, że Irizi pod­kra­dli ją Xodla­kom. - Masz cie­kawe podej­ście do zbie­ra­nia infor­ma­cji.

- A dzię­kuję. - Zistalmu uśmiech­nął się krzywo. - Świeżo upie­czona człon­kini jed­nej z Dzie­wię­ciu Rodzin, kobieta przy­kła­da­jąca wielką wagę do spraw rodzin­nych, dumna, szczę­śliwa, pra­gnie się przy­po­do­bać... Warto było spró­bo­wać.

- Ale nic z tego?

- Tak jak mówi­łem, umie trzy­mać język za zębami. - Zistalmu znów wzru­szył ramio­nami. - Mimo to jest zna­ko­mitą ofi­cer. Naprawdę warto było ją przy­jąć do rodziny.

- Na to wska­zuje jej kariera - zgo­dził się Thur­fian. Choć pode­bra­nie takiej osoby sojusz­ni­kom może też być kło­po­tliwe. Jeśli patriar­cha Xodla­ków uzna, że zmiana barw Ziindy to dla nich potwarz, może to ochło­dzić sto­sunki mię­dzy Xodla­kami a Irizi.

Z dru­giej strony, zwa­żyw­szy na nie­ja­sną, ale wyraź­nie nie­przy­jemną sytu­ację, w któ­rej zna­leźli się po tym całym zamie­sza­niu Xodla­ko­wie, wąt­pił, żeby zaża­le­nia w spra­wie utraty wyż­szego rangą ofi­cera Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej znaj­do­wały się wysoko wśród obec­nych prio­ry­te­tów tej rodziny.

- Więc znam głów­nie tylko ofi­cjalną wer­sję - cią­gnął Zistalmu. - Trzy z Czter­dzie­stu Domów posłały okręty rodzinne do układu Hoxim i skoń­czyło się to na walce z kano­nier­kami obcych, które zaata­ko­wały "Sprin­ghawka" z zasadzki.

- A do tego jesz­cze ta sprawa kopalni nyixu.

- O tym, jak sądzę, wie­dzą już wszy­scy - rzekł kwa­śno Zistalmu. - To w zasa­dzie jedyna wymówka, na którą mogą się powo­łać wszyst­kie trzy rodziny, tłu­ma­cząca ich zacho­wa­nie.

- Marna wymówka - mruk­nął Thur­fian. - A wie­rzysz w tę histo­ryjkę o zasadzce?

Zistalmu prych­nął.

- Oczy­wi­ście że nie. Thrawn, wzięty z zasko­cze­nia? W życiu.

- Więc, innymi słowy, Thraw­nowi znów udało się balan­so­wa­nie na kra­wę­dzi - stwier­dził Thur­fian. - Tylko tym razem nie doty­czyło to jedy­nie celów woj­sko­wych. Tym razem wcią­gnął w to Czter­dzie­ści Domów i zro­bił się z tego taki bała­gan, jakiego nale­żało się spo­dzie­wać. I choć raz nie może się wyka­zać żad­nym suk­ce­sem.

- Może tak, może nie - mruk­nął nie­chęt­nie Zistalmu. - Krążą pogło­ski, że w dro­dze na Csillę "Sprin­ghawk" zatrzy­mał się na Spo­sii.

Thur­fian zmru­żył oczy.

- GUA?

- Tak mówi plotka - odparł Zistalmu. - A czy to prawda... - Wzru­szył ramio­nami.

Thur­fian skrzy­wił się i spoj­rzał na questis. Do sie­dziby Grupy Uni­wer­sal­nych Ana­liz na Spo­sii przy­wo­żono wszyst­kie arte­fakty obcych zna­le­zione przez służby Dyna­stii, aby pod­dać je tam bada­niom. Więk­szość arte­fak­tów zabyt­ko­wych w końcu tra­fiała do muzeów i gale­rii sztuki, zaś wytwory tech­niki, które oka­zały się zbyt znisz­czone lub frag­men­ta­ryczne, żeby mogły się na coś przy­dać, umiesz­czano w maga­zy­nach lub po pro­stu likwi­do­wano.

Nie­kiedy jed­nak natra­fiano na urzą­dze­nia na tyle kom­pletne, by można je było zba­dać. Zabie­rano takie przed­mioty do spe­cjal­nego pod­ziem­nego kom­pleksu labo­ra­to­riów, w któ­rym naukowcy i inży­nie­ro­wie bie­dzili się i tru­dzili, żeby odkryć ich tajem­nice.

A cza­sem - bar­dzo rzadko - uzna­wano, że jeden z tych obiek­tów ma war­tość mili­tarną i prze­no­szono go do Maga­zynu Czwar­tego.

Znaj­do­wał się tam gdzieś gene­ra­tor studni gra­wi­ta­cyj­nej, który Thrawn ukradł pira­tom Vaga­ari, podob­nie jak nie­zwy­kle potężny gene­ra­tor osłon z Repu­bliki, który Thrawn zabrał z bazy sepa­ra­ty­stów na skraju Pod­rzęd­nej Prze­strzeni i użył prze­ciwko gene­ra­łowi Yivowi.

A kie­dyś trzy­mano tam rów­nież insta­la­cję zwaną Gwiezd­nym Gro­mem.

- Wciąż drę­czy mnie nie­po­ko­jąca wizja - cią­gnął Zistalmu. - Całe skrzy­dło GUA zaj­mu­jące się wyłącz­nie zna­le­zi­skami Thrawna.

- Nie jest to nie­praw­do­po­dobne - przy­znał Thur­fian. - Spe­ku­lo­wa­li­śmy już prze­cież, że ktoś wysoko posta­wiony, albo z Syn­dy­kury, albo z Rady Hie­rar­chii Obron­nej, chroni Thrawna przed skut­kami jego poli­tycz­nych gaf. Może powo­dem są wła­śnie jego zna­le­zi­ska.

- Nie wiem. - W gło­sie Zistalmu brzmiało powąt­pie­wa­nie. - GUA to poletko przede wszyst­kim Sty­blów, a oni zde­cy­do­wa­nie nie mają aż tak dużych wpły­wów ani w Syn­dy­ku­rze, ani w Radzie. Gdy­bym miał zga­dy­wać, to powie­dział­bym, że głów­nym obrońcą Thrawna był Patriar­cha Tho­oraki.

- Może - mruk­nął Thur­fian.

- W takim razie masz może wresz­cie moż­li­wość pozby­cia się go raz na zawsze. - Zistalmu prze­chy­lił lekko głowę. - Jeśli na­dal tego chcesz.

- Gdy­bym nie miał już wcze­śniej pew­no­ści, że to konieczne, ten bała­gan nad Hoxi­mem by mnie na pewno prze­ko­nał - powie­dział ponuro Thur­fian. - Pozo­staje jed­nak pyta­nie, jak to zro­bić.

- Tak. - Zistalmu ski­nął głową. - Dobrze.

Thur­fian zmarsz­czył brwi.

- Jak to: "Dobrze"?

- To zna­czy - rzekł Zistalmu - na twoim nowym sta­no­wi­sku roz­wią­za­nie pro­blemu Thrawna staje się oczy­wi­ste. Wystar­czy, że zło­żysz wnio­sek do Rady Hie­rar­chii Obron­nej, żeby mia­no­wano Thrawna komo­do­rem...

- I dano mu rangę, dzięki któ­rej będzie mógł czy­nić jesz­cze więk­sze szkody? - prze­rwał Thur­fian. - Mówisz poważ­nie?

- ...a tym samym usu­wa­jąc go z rodziny Mit­thów - cią­gnął spo­koj­nie Zistalmu - dzięki czemu nazwi­sko rodziny nie zosta­nie spla­mione, kiedy wresz­cie wypad­nie z łask.

- Nie sądzę, żebym zna­lazł pocie­sze­nie w nie­tknię­tym hono­rze Mit­thów, jeśli upa­dek dotknie całą Dyna­stię - odparł oschle Thur­fian.

- Też tak uwa­żam - rzekł Zistalmu. - Nie mia­łem jed­nak pew­no­ści, jakie jest twoje sta­no­wi­sko. Jak mówi­łem: dobrze.

Przez dłuż­szą chwilę wbi­jali w sie­bie wzrok, a potem Thur­fian wziął głę­boki oddech.

- Czyli teraz mi ufasz? - zapy­tał.

Zistalmu wzru­szył ramio­nami.

- Bar­dziej niż wtedy, kiedy tu wcho­dzi­łem. Czyli... roz­pra­wiamy się z nim?

- Tak - rzekł Thur­fian. - Nie wiem jesz­cze jak, ale zro­bimy to.

- No cóż, możemy zacząć od spraw­dze­nia, co się stało w ukła­dzie Hoxim. - Zistalmu wstał. - Wrócę do Syn­dy­kury i zabiorę się za szpe­ra­nie. Przed tobą zapewne jesz­cze sporo for­mal­no­ści i cere­mo­nial­nych obo­wiąz­ków?

- Wię­cej, niż chciał­bym, tak - przy­znał Thur­fian. - Ale kiedy tylko będzie po wszyst­kim, przyj­rzę się, co mogę zro­bić jako Patriar­cha.

- Dobrze. - Zistalmu uśmiech­nął się lekko. - Zapewne nie musimy już się wykra­dać na spo­tka­nia w Kolum­na­dzie Mil­cze­nia.

- Rezy­gnu­jemy z tajem­nicy, ale w zamian zysku­jemy wygodę. - Thur­fian obda­rzył go takim samym uśmie­chem. - Jedze­nie też jest lep­sze, jeśli i kiedy będziemy mieli oka­zję z niego sko­rzy­stać. Daj mi znać, kiedy cze­goś się dowiesz, a wtedy umó­wimy się na kolejne spo­tka­nie.

- Tak zro­bię - rzekł Zistalmu. - I raz jesz­cze gra­tu­la­cje.

Po wyj­ściu Zistalmu Thur­fian wpa­try­wał się przez chwilę w drzwi, ukła­da­jąc sobie w gło­wie otrzy­mane od niego skrawki infor­ma­cji, a potem prze­niósł wzrok na ekran questisa.

Prze­glą­dał trzeci plik od Thi­vika, kiedy ten wró­cił do gabi­netu.

- Już go nie ma? - zapy­tał Thur­fian.

Thi­vik ski­nął głową.

- Wraz z eskortą jest w dro­dze do Csa­plaru - wyja­śnił. - Ja rów­nież wkrótce tam ruszam.

- Lecisz na Napo­rar?

- Tak, wasza czci­god­ność. Trzeba ofi­cjal­nie prze­ka­zać pań­ską nomi­na­cję Eks­pan­syj­nej Flo­cie Obron­nej.

- Racja - przy­znał Thur­fian.

Thi­vik odwie­dził już w podob­nym celu Siły Obronne, ale ich sie­dziba główna znaj­do­wała się tylko parę tysięcy kilo­me­trów od nich, za sto­licą - łatwa wycieczka kolejką naziemną. Wyprawa do kwa­tery głów­nej Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej wyma­gała jed­nak sko­rzy­sta­nia ze statku kosmicz­nego rodziny i trwała kilka dni.

Mogło jed­nak być gorzej. Jesz­cze sto lat temu nowy Patriar­cha musiał zawo­zić swoją nomi­na­cję oso­bi­ście, a pięć­set lat wcze­śniej wyma­gano od niego wiel­kiego objazdu po wszyst­kich pla­ne­tach Dyna­stii i spo­tkań ze wszyst­kimi patrie­lami Mit­thów.

Patrie­lo­wie musieli teraz sami go odwie­dzać, ale woj­sko na­dal chciało, żeby pofa­ty­go­wał się do nich przy­naj­mniej star­szy asy­stent.

Może za kolejne sto lat zwy­czaje roz­luź­nią się na tyle, żeby wszystko to zała­twiano zdal­nie.

- Zanim wyru­szysz, sprawdź pro­szę, czy nie ma doku­men­tów, które należy zabrać na Napo­rar - powie­dział Thi­vi­kowi. - Jeśli tak, zaosz­czę­dzisz podróży jakie­muś kurie­rowi.

- Dobrze, wasza czci­god­ność - odparł Thi­vik. - Wrócę tak szybko, jak będę mógł. A w mię­dzy­cza­sie pro­szę spę­dzić tro­chę czasu nad kolej­nymi doku­men­tami, które panu prze­sła­łem. Z pań­skim nowym sta­no­wi­skiem zwią­za­nych jest wiele deli­kat­nych spraw.

- Z pew­no­ścią - zgo­dził się Thur­fian. - Zro­bię, co będę mógł, żeby się z nimi jak naj­szyb­ciej zapo­znać.

- Nie wąt­pię. - Thi­vik ukło­nił się znowu. - Dobrego dnia, wasza czci­god­ność.

Kiedy wyszedł, Thur­fian ze znu­żo­nym wes­tchnie­niem wró­cił do questisa i swo­jej listy lek­tur.

Ech, nawet gdyby pró­bo­wał skło­nić Eks­pan­syjną Flotę Obronną do awan­so­wa­nia Thrawna, pew­nie w życiu by tego nie zro­bili...