Rozdział 3
Przesłuchanie kapitanów z trzech grup okrętów
rodzinnych, które wyprawiły się do układu Hoxim, zajęło Ba'kifowi trzy
dni. "Springhawka" zostawił sobie na sam koniec, częściowo dlatego, że
nadal sprawdzano uszkodzenia okrętu i chciał, żeby Thrawn i Samakro
wspólnie nadzorowali prace w doku naprawczym, a częściowo dlatego, że
spodziewał się od Samakro informacji, których nie podał mu do tej pory
nikt inny.
I się zawiódł. Wyraźnie widział, że Samakro znał ważne fakty dotyczące
"Springhawka" i jego udziału w tej aferze, o których nie mieli pojęcia
oficerowie z okrętów rodzinnych. Równie jasne było to, że pierwszy
Thrawna nie wyjawi tych informacji, jeśli nie zostanie mocno
przyciśnięty - a tego Ba'kif nie chciał robić. Niestety, nie ulegało
również wątpliwości, że zadanie Thrawnowi tych samych pytań stanowiłoby
stratę czasu.
Co nie oznaczało, że Ba'kif nie pozna ostatecznie całej historii. Tyle
przynajmniej mógł sobie obiecać. Teraz jednak, kiedy Syndykura brzęczała
jak rój żądłomuch, którym ktoś kopnął gniazdo, lepiej było nie drążyć
tematu.
Poprzestał więc na dokończeniu rozmów z oficerami, spisaniu i zarejestrowaniu raportów oraz zadbaniu o to, żeby od strony wojskowej
sprawa Hoxima została załatwiona jak najciszej i jak najprościej. I dopiero kiedy było już po wszystkim, kazał się zawieźć promem do Doku
Naprawczego 1, w którym znajdował się obecnie "Springhawk", aby wreszcie
dowiedzieć się, co Thrawn chciał mu przekazać na Sposii.
Szybko stało się jasne, dlaczego Samakro nie okazywał entuzjazmu przed
tą rozmową.
- Co, na głębię Chaosu, przyszło wam do głowy?! - wykrzyknął Ba'kif,
wpatrując się z niedowierzaniem w obcą, leżącą bez ruchu w komorze
hibernacyjnej. I to w dodatku w sypialni opiekunki Thalias, w kwaterze
gwiazdogatorki, teoretycznie najbezpieczniejszym miejscu na pokładzie
"Springhawka".
- To humanitarny gest wobec ludu Magys... - zaczął wyjaśniać Thrawn.
- Nie chcę słuchać żadnych wymówek! - przerwał Ba'kif.
- Doprowadziła do zgonu na pokładzie - dodał Samakro.
- Nie chcę słuchać również cytatów z procedur! - warknął Ba'kif.
Przez dłuższy czas panowało milczenie. Ba'kif spojrzał gniewnie na
Samakro, który stał wyprostowany na baczność obok swojego dowódcy.
Poczuł lekkie ukłucie winy z powodu swojego wybuchu. Z wyrazu twarzy
Samakro wywnioskował, że młody kapitan nie pochwalał decyzji Thrawna o zatrzymaniu obcej na pokładzie - tak samo jak Ba'kif. A zważywszy na to,
jak Thrawn zachowywał się w przeszłości w podobnych sytuacjach, Ba'kif
był całkiem pewien, że nikt nie pytał Samakro o zdanie przed podjęciem
tej decyzji.
Nie zmieniało to w niczym obecnego stanu rzeczy, czyli tego, że on,
naczelny generał Ba'kif, wpadł razem z nimi pod rynnę z kłopotami. Samo
to, że obca znajdowała się tutaj, w chissańskim doku naprawczym na
niskiej orbicie, gdzie w przedziałach i korytarzach aż roiło się od
robotników, sprawiało, że w głowie Ba'kifa rozbrzmiały dzwonki alarmowe.
Wystarczy, że ktoś przypadkiem tu zajrzy, ktoś coś bezmyślnie powie i ruszy cała kaskada konsekwencji, które będą odczuwalne aż na szczytach
Syndykury.
Co, na Chaos, Ba'kif miał z tym zrobić?
Odetchnął powoli, tłumiąc osłupienie i tlący się w nim gniew. Problem
rysował się bardzo wyraźnie. Pora znaleźć rozwiązanie.
- Po pierwsze - odezwał się spokojniej - kto jeszcze o tym wie?
- Oczywiście opiekunka Thalias - odparł Thrawn. Jeśli niepokoiły go
polityczne implikacje tej sytuacji, nie pokazywał tego po sobie. - I starsza kapitan Lakinda z "Grayshrike'a". Nikt poza tym.
- Masz na myśli starszą kapitan Ziindę - warknął Ba'kif. - Przyjęto ją
do rodziny Irizi.
- Doprawdy? - Na twarzy Thrawna odmalowało się lekkie zdumienie. - Nie
słyszałem.
Generał spojrzał na Samakro. O tak, pierwszy oficer Thrawna o tym
słyszał i z jego wyrazu twarzy wynikało, że już wcześniej zastanawiał
się nad skutkami, jakie może przynieść przejście Ziindy do najbardziej
zaciętego rywala Mitthów.
Niepokoił się - i słusznie. Przy takim sekrecie, wiszącym nad nimi jak
niestabilny kwasowy pocisk przeciwpancerny, mogli tylko żywić nadzieję,
że lojalność Ziindy wobec Ekspansyjnej Floty Obronnej przewyższała jej
lojalność dla nowej rodziny.
Nic jednak w tej sprawie nie mogli zrobić, więc pora się skupić na
rozwiązaniu problemu.
- W porządku - powiedział Ba'kif. - Czyli uważasz, że planeta Magys, ta
cała Jutrzenka, stanowi wyjaśnienie wszystkiego, co wydarzyło się w Dynastii w ciągu ostatniego roku?
- Może nie wszystkiego - odparł oględnie
Thrawn. - Ale z pewnością Jutrzenka i jej zasoby odegrały pewną rolę w próbie wszczęcia wojny domowej w Dynastii przez Agbuich.
- Tak - mruknął Ba'kif, tłumiąc grymas. Wojna domowa... Znał tylko część
afery z układu Hoxim, ale to, że trzy domy z Czterdziestu jednocześnie
powołały się na protokół rodzinnego stanu wyjątkowego, nie wróżyło
niczego dobrego. Być może Thrawn przesadzał. Ale równie dobrze mogło to
oznaczać, że Dynastia o włos uniknęła intensywnej, morderczej
rywalizacji, która w przeszłości niekiedy prowadziła do konfliktów
zbrojnych.
Niestety, choć sprawa wyglądała poważnie, nie była aż tak poważna, jak
mógłby sobie tego życzyć Ba'kif. Potrzebował mocnych dowodów, żeby
przedstawić je Syndykurze, a to oznaczało, że musieli mieć coś, co
powiąże Jutrzenkę i śpiącą Magys nie tylko z Agbuimi, ale także z generałem Yivem, Paataatusami, a może nawet z piratami Vagaari.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
DRAMATIS PERSONAE
STARSZY KAPITAN THRAWN |
Mitth'raw'nuruodo - zrodzony w Próbie
ADMIRAŁ AR'ALANI
THALIAS | Mitth'ali'astov - zrodzona
w Próbie
PATRIARCHA THURFIAN |
Mitth'urf'ianico - zrodzony z krwi
KAPITAN SAMAKRO | Ufsa'mak'ro -
zasłużony adoptowany
STARSZA KAPITAN ZIINDA |
Irizi'in'daro - zrodzona w Próbie
NACZELNY GENERAŁ BA'KIF
CHE'RI - gwiazdogatorka
MAGYS
SYNDYK THRASS | Mitth'ras'safis -
kuzyn
KAPITAN ROSCU | Clarr'os'culry -
zrodzona z krwi
PATRIACHA LAMIOV | Stybla'mi'ovodo -
zrodzony z krwi
QILORI Z UANDUALONU - nawigator,
członek Tropicieli (niewywodzący się z rasy Chissów)
GENERALIRIUS NAKIRRE - wódz
Oświecenia Kiljich
JIXTUS - przedstawiciel rasy Grysków
DYNASTIA CHISSÓW
Dziewięć Rodzin Rządzących
UFSA
IRIZI
DASKLO
CLARR
CHAF
PLIKH
BOADIL
MITTH
OBBIC
Hierarchia rodzinna Chissów
ZRODZONY Z KRWI
KUZYN
DOSTOJNY KREWNIAK
ZRODZONY W PRÓBIE
ZASŁUŻONY ADOPTOWANY
Hierarchia polityczna
PATRIARCHA - głowa rodziny
MÓWCA - zwierzchnik
przedstawicielstwa rodziny w Syndykurze
NAJWYŻSZY SYNDYK - główny syndyk
rodziny
SYNDYK - członek Syndykury, głównego
organu rządzącego Dynastią
PATRIEL - zajmuje się sprawami
rodziny na danej planecie
RADNY - zajmuje się sprawami rodziny
na danym terytorium
ARYSTOKR - urzędnik średniego
szczebla jednej z Dziewięciu Rodzin Rządzących
Stopnie wojskowe według hierarchii
NACZELNY ADMIRAŁ
NACZELNY GENERAŁ
ADMIRAŁ FLOTY
STARSZY GENERAŁ
ADMIRAŁ
GENERAŁ
WICEADMIRAŁ
GENERAŁ PORUCZNIK
KOMODOR
STARSZY KAPITAN
KAPITAN
MŁODSZY KAPITAN
STARSZY KOMANDOR
KOMANDOR
MŁODSZY KOMANDOR
KOMANDOR PORUCZNIK
PORUCZNIK
STARSZY WOJOWNIK
WOJOWNIK
MŁODSZY WOJOWNIK
Prolog
Przygotować się do wyjścia. - Głos starszego
kapitana Mitth'raw'nuruodo rozległ się wyraźnie na całym mostku
"Springhawka". - Wszyscy oficerowie i wojownicy mają być w gotowości.
Nie szukamy tu kłopotów, ale zamierzam być na nie gotowy.
Pierwszy oficer, kapitan Ufsa'mak'ro, skrzywił się w duchu. Starszy
kapitan Thrawn rzeczywiście nie szukał kłopotów. Nigdy. A jednak kłopoty
jakoś zawsze go znajdywały.
Jeśli ta prawidłowość miała się powtórzyć, nie mogłoby się to wydarzyć w lepszym miejscu.
Zyzek był obcym układem - co samo w sobie nie zapowiadało nic dobrego. A to jeszcze nie wszystko - archiwa chissańskie nie zawierały na jego
temat nic poza położeniem i tym, że stanowił ośrodek handlowy dla kilku
niewielkich nacji zamieszkujących obszary na wschód i południowy wschód
od Dynastii Chissów. W dodatku Thrawn uważał, że właśnie w tym układzie
wynajęto kapitana Fsira wraz z jego rodakami Watithami, aby zaatakowali
jego okręt.
Najgorsze było jeszcze coś innego - nikt nie wiedział, że "Springhawk"
znajdował się właśnie tutaj.
Powinni byli od razu wrócić do Dynastii. Powinni byli opuścić układ
Hoxim, wycofać się z zamieszania, które Samakro na własny użytek nazywał
Bitwą Trzech Rodzin, i powrócić na Csillę, żeby przeprowadzić naprawy,
złożyć raport i posprzątać ten cały bałagan - ech, to ostatnie prawie na
pewno byłoby niezapomnianym przeżyciem. To właśnie zrobiły wszystkie
pozostałe okręty chissańskie, obsadzone wyłącznie przez Xodlaków,
Erighalów i Pommrio, wracając powoli, skokami, do domu, podczas gdy ich
dowódcy biedzili się nad opisaniem całej afery w dzienniku pokładowym.
Ale nie "Springhawk". Thrawn spędził całe godziny na badaniu frachtowca
Watithów przed jego zniszczeniem i z jakiegoś względu doszedł do
wniosku, że Fsir pochodził właśnie z Zyzka. A potem taktyczne
rozumowanie Thrawna doprowadziło do odwiedzenia tego układu po drodze do
domu - żeby mogli się trochę rozejrzeć.
Samakro rozumiał to posunięcie. I do pewnego stopnia nawet się z nim
zgadzał. Gwiazdogatorka Che'ri pomagała "Springhawkowi" w szybkim
pokonaniu skomplikowanych dróg nadprzestrzennych w Chaosie, podczas gdy
wszelcy obserwatorzy czający się w pobliżu, żeby później zdać sprawę ze
starcia, mogli mieć tylko zwykłego nawigatora lub w ogóle żadnego.
"Springhawk" mógł się znaleźć w układzie Zyzek, zanim dotrą tam
jakiekolwiek wieści - dawało im to wielką przewagę.
Był to jednak tylko jeden mały plus w całej chmarze minusów.
- Wyjście: trzy, dwa, jeden.
Rozbłyski uformowały się w gwiazdy - "Springhawk" przybył do celu.
- Pełny skan! - polecił Thrawn. - Zwróćcie szczególną uwagę na statki na
różnych orbitach. Chcę kompletnego spisu typów jednostek - na ile to
możliwe, a także informacji, gdzie dokładnie się znajdują.
- Tak jest, starszy kapitanie - powiedziała komandor Elod'al'vumic ze
stanowiska czujników.
- Kharill, niech pan jej pomoże ze spisem - dodał Thrawn.
- Tak jest - rozległ się z głośnika głos starszego komandora
Plikh'ar'illmorfa, przebywającego na mostku zapasowym. - Dalvu, proszę
zaznaczyć, którymi sektorami mamy się zająć.
- Tak jest, starszy komandorze - odparła Dalvu. - Już je zaznaczam.
- Uważajcie na jakiekolwiek ruchy prowadzące do wewnątrz układu, jakby
chcieli się przed nami ukryć, albo na zewnątrz, jakby próbowali ucieczki
- powiedział Thrawn. - Jesteśmy tutaj, żeby zobaczyć, czy wywołamy jakąś
reakcję. - Skinął na pilota. - Azmordi, lecimy do wnętrza układu.
Gwiazdogatorko Che'ri, bądź gotowa, na wypadek gdybyśmy musieli szybko
stąd odlecieć.
- Tak jest, panie kapitanie - rzekł komandor porucznik Tumaz'mor'diamir
zza sterów.
- Tak jest, starszy kapitanie - zawtórowała opiekunka Che'ri,
Mitth'ali'astov.
Samakro powiódł wzrokiem po mostku. Dalvu, Kharill, Azmordi. Oficerowie,
z którymi służył od bardzo dawna - zarówno w czasach, kiedy sam był
kapitanem "Springhawka", jak i teraz, kiedy funkcję dowódcy sprawował
Thrawn. Znał ich samych oraz ich umiejętności i ufał im bezgranicznie.
Ale z Thalias sprawy miały się inaczej.
Spojrzał na opiekunkę, która właśnie odwróciła się do iluminatora,
trzymając opiekuńczo rękę na ramieniu Che'ri. Thalias wciąż stanowiła
dla niego zbyt dużą zagadkę i nadal żywił co do niej wątpliwości.
W opinii Samakro przeciw kobiecie przemawiało przede wszystkim to, że
wokół niej unosił się smród polityki rodzinnej. Syndyk Mitth'urf'ianico
wykazał się sporą pomysłowością, żeby załatwić jej miejsce na pokładzie
"Springhawka", i Samakro nadal nie wiedział, jaki miał w tym cel.
Ale dowie się tego. Zdążył już przygotować grunt, opowiadając Thalias
bajeczkę - teorię spiskową, stawiającą Thrawna w złym świetle. Wiedział,
że opiekunka w końcu opowie ją Thurfianowi, a może komuś innemu. A kiedy
to nastąpi, kiedy wyjawi tę historię przekazaną jej w zaufaniu, on,
Samakro, uzyska wreszcie dowód, że Thalias umieszczono na "Springhawku",
żeby szpiegowała i zniszczyła jego dowódcę, a przynajmniej znacznie mu
zaszkodziła. Wówczas Samakro może wreszcie zdoła przekonać Thrawna, żeby
pozbył się jej z okrętu.
Do tego czasu mógł tylko ją obserwować i starać się zapobiegać wszelkim
podejrzanym posunięciom z jej strony.
"Jesteśmy tu po to, żeby wywołać reakcję". Niestety, Samakro miał już
okazję widywać reakcje, które były odpowiedzią na nieoczekiwane wizyty
Thrawna w różnych miejscach. Szczególnie na potencjalnie wrogim
terytorium, wśród licznych zastępów prawdopodobnie nieprzyjaznych
okrętów.
Thrawn, dowódca "Springhawka", wydał jednak rozkaz - a praca Samakro
polegała na robieniu wszystkiego, co w jego mocy, żeby wykonać polecenia
przełożonego.
A jeśli część jego obowiązków polegała na obronie okrętu aż do śmierci -
no cóż, na to również był gotów.
- Podbój. - Generalirius Nakirre patrzył przez iluminator kiljiańskiego
krążownika "Ostry" na dziesiątki statków handlowych orbitujących wokół
planety Zyzek. - Podbój.
- Interesująca myśl, czyż nie? - rzekł obcy, który przedstawiał się jako
Jixtus.
Nakirre zmierzył wzrokiem swojego gościa. Dziwnie się rozmawiało z kimś
zakrytym w całości - Jixtus miał na sobie szatę z kapturem, rękawiczki,
a do tego jeszcze zasłonę na twarzy.
W dodatku kompletnie nieprzenikniona mowa ciała dawała mu poważną
przewagę negocjacyjną nad Nakirrem i jego kiljiańskimi wasalami. Kiedy
Jixtus nauczy się rozszyfrowywać emocjonalne reakcje wyrażane
określonymi wzorami falowań i rozciągnięć ciemnopomarańczowej skóry
Kiljich, będzie mógł dostrzegać znacznie więcej niż to, co przekazywał
mu słowami Nakirre.
Nakirre zgodził się jednak, by przylecieć tu z tym obcym, a przywódcy
Kiljich zatwierdzili jego decyzję - i teraz byli już na miejscu.
I prawdę mówiąc, Jixtus istotnie wysunął pewne interesujące sugestie
dotyczące kształtowania przyszłości Oświecenia Kiljich.
- Ci, którzy w innej sytuacji lekceważyliby mądrość i słuszność kierunku
wskazywanego przez Kiljich, zaczną słuchać. Zostaną do tego zachęceni -
ciągnął Jixtus. - Tych, którzy będą gardzili waszą filozofią czy z niej
drwili, można uciszyć lub posłać gdzieś, gdzie ich rojenia nie będą
drażnić ani przeszkadzać.
- Pomogłoby nam to w zaprowadzeniu porządku - zgodził się Nakirre. W głowie pojawiła mu się wizja stabilizacji, do tej pory nieosiągalnej.
Podbój...
- Właśnie - przytaknął Jixtus. - Porządek i oświecenie dla miliardów
istot, które obecnie wegetują i bezradnie miotają się w mroku. Jak
dobrze wiesz, zachętą i perswazją, nawet intensywną, można rozwijać
kulturę tylko do pewnego stopnia. Podbój to jedyny sposób, aby
rozprzestrzenić mądrość Kiljich na cały region.
- I sądzisz, że te istoty są gotowe na przyjęcie tej mądrości? - zapytał
Nakirre, wskazując ręką statki handlowe spokojnie unoszące się na swoich
orbitach.
- Czy oświecenie może być kiedykolwiek niekorzystne? - zapytał
retorycznie Jixtus. - Czy zdają sobie z tego sprawę, czy nie, to droga
Kiljich da im ostatecznie dobrobyt i zadowolenie. Po co zwlekać?
- Po co, istotnie - przytaknął Nakirre, patrząc na statki. Tylu kupców,
tyle nacji - a wszyscy zupełnie bezradni wobec potęgi Oświecenia
Kiljich. Kogo powinien wybrać na początek?
- Jak obiecałem, zaprowadzimy was do tych ludów, które można podbić
najszybciej i najłatwiej - mówił Jixtus. - Są tutaj kupcy ze wszystkich
czterech nacji, które zdaniem Grysków są najbardziej obiecujące.
Porozmawiamy z nimi po kolei, może też sprawdzimy towary, przywiezione
przez nich na sprzedaż. A potem będziecie mogli...
- Generaliriusie! - zawołał Wasal Drugi ze stanowiska czujników. -
Przybył nowy statek, nieznanego typu.
Nakirre spojrzał na ekran. Nowo przybyły rzeczywiście nie przypominał
żadnego ze statków na orbicie. Zapewne przedstawiciele kolejnego
państwa, którzy zamierzali tu pohandlować.
A może jednak nie. Jednostka nie przypominała statku kupieckiego. Jej
kształt, regularnie rozmieszczone wypukłości wzdłuż burt i na grzbiecie,
charakterystyczny połysk kadłuba wykonanego ze stopu nyixu...
- To nie kupcy - stwierdził. - To jednostka wojenna. Prawda? - dodał,
odwracając się do Jixtusa.
Grysk stał nieruchomo, nic nie mówiąc. Zwrócił ku ekranowi zakryte
zasłoną oblicze i sprawiał wrażenie, jakby pod swoją obszerną szatą
zamienił się w kamień.
Zwykle komentował wszystko, tym razem jednak w ogóle się nie odezwał.
- Jeśli cię to zaniepokoiło, to niesłusznie - rzekł uspokajającym tonem
Nakirre. Nowy okręt był o jedną trzecią mniejszy od "Ostrego" i zapewne
dysponował siłą ognia mniej więcej taką, jak kiljiański krążownik
zwiadowczy. Gdyby chciał zaatakować, Nakirre nie miał wątpliwości -
zwyciężyliby Kilji.
Miał jednak nadzieję, że nowo przybyli nie wykażą się taką głupotą.
Zniszczenie ich okrętu oznaczałoby, że jego załoga nigdy nie pozna
filozofii Kiljich i nigdy nie będzie mogła zaznać prawdziwego
oświecenia.
- Generaliriusie, okręt nadaje wiadomość - oznajmił Wasal Czwarty.
Przesunął przełącznik...
- Do wszystkich obecnych tu kupców i przewoźników. - Z głośnika na
mostku "Ostrego" rozległ się miły dla ucha, dźwięczny głos, wymawiający
precyzyjnie każde słowo w handlowym języku minnisiat. - Mówi starszy
kapitan Thrawn ze "Springhawka", okrętu Chissańskiej Ekspansyjnej Floty
Obronnej. Mam wiadomości dla obecnych tu Watithów. Czy są tutaj
przedstawiciele tego gatunku, z którymi mógłbym porozmawiać?
- Są? - Nakirre spojrzał na Jixtusa.
Jixtus drgnął, wyrwany z odrętwienia.
- Kto taki? - zapytał nieswoim głosem.
- Są tu jacyś Watithowie?
Jixtus jakby zebrał się w sobie.
- Nie wiem. Kiedy przybyliśmy, nie zauważyłem żadnych statków do nich
należących, ale też nie rozglądałem się za nimi. Proponuję, żebyśmy tu
zostali i zobaczyli, czy ktoś im odpowie.
- Jeśli nikt inny się nie odezwie, ja z nim porozmawiam - oznajmił
Nakirre. - Dowiem się, jakie wiadomości przynosi.
- Odradzam - rzekł ostro Jixtus. - Chissowie to podstępna rasa.
Prawdopodobnie pyta o to w nadziei, że cię wywabi z ukrycia.
- Wywabi mnie? - zdumiał się Nakirre. - Skąd miałby wiedzieć, że tu
jestem?
- Nie mówię konkretnie o tobie, generaliriusie - odparł Jixtus. - Ale
bądź pewien, że Thrawn węszy za informacjami. To typowe dla tego Chissa.
- Jeśli nikt nie chce poznać tych nowin - mówił tymczasem Thrawn - może
ktoś poda nam położenie planety Watithów, żebyśmy mogli oddać im naszych
jeńców.
Nakirre spojrzał ze zdziwieniem na Jixtusa.
- I ma jeńców?
- Nie - zgrzytnął zębami Jixtus. - Nie ma.
- Mówi, że ma.
- Łże - syknął Jixtus. - Jak już mówiłem, węszy za informacjami. To
podstęp.
- Skąd wiesz? - nie ustępował Nakirre.
Jixtus znów zamilkł.
- Powiedz, skąd to wiesz, Jixtusie z rasy Grysków - powtórzył Nakirre,
tym razem rozkazującym tonem. - Jeśli Chissowie kogoś zaatakowali, to
oczywiście wzięli jeńców. Podczas bitwy nawet najgroźniejsi wojownicy
często pozostawiają żywych przeciwników. Powiedz mi, bo inaczej zapytam
o to jego.
- Doszło do bitwy, owszem - odparł niechętnie Jixtus. - Ale nikt nie
przeżył.
- Skąd ta pewność?
- Bo to ja posłałem Watithów przeciwko Chissom! - warknął Jixtus. -
Dwudziestu trzech Watithów wzięło udział w bitwie i dwudziestu trzech
Watithów zginęło.
- Pytam jeszcze raz: skąd to wiesz?
- Bitwę ktoś obserwował - wyjaśnił Jixtus. Jego głos brzmiał teraz
pewniej. - Ktoś ukryty przed walczącymi. To on mnie o tym powiadomił.
- Rozumiem. - Nakirre udał, że odpowiedź go zadowala.
Wcale tak jednak nie było.
Bo obserwator, który wiedziałby o śmierci Watithów, ostrzegłby również
Jixtusa, że "Springhawk" przetrwał tę bitwę. Widok chissańskiego okrętu
jednak ewidentnie Gryska zaskoczył. Czy zareagował tak po prostu na
przybycie "Springhawka" do tego układu, czy na fakt, że chissański okręt
wyszedł cało z bitwy?
I skąd wiedział, że chissański dowódca poszukiwał informacji? Czy znał
go osobiście?
Przez chwilę Nakirre rozważał, czy nie zadać mu tych pytań otwarcie, ale
uznał, że nic na tym nie zyska. Jixtus utrzymywał pewne rzeczy w tajemnicy i to się z pewnością nie zmieni. Tak już czynili ci, którzy
nie zaznali oświecenia.
Nieważne. W końcu mieli w zasięgu ręki inne źródło informacji.
- Wasal Pierwszy, obrócić się na wprost okrętu Chissów - rozkazał.
Odczekał, a kiedy "Ostry" ustawił się dokładnie w jednej linii ze
zbliżającym się okrętem, włączył komunikator. - Starszy kapitanie
Thrawn, mówi generalirius Nakirre z okrętu "Ostry", należącego do
Oświecenia Kiljich - rzekł głośno. - Proszę mi powiedzieć, skąd
wzięliście tych watithańskich jeńców.
- Pozdrowienia, generaliriusie Nakirre - odparł starszy kapitan. - Czy
jesteście sojusznikiem lub partnerem handlowym Watithów?
- Niestety ani jednym, ani drugim - rzekł Nakirre. - Ale może już
niedługo nimi będziemy.
- A. Czy to znaczy, że przybyliście tutaj, aby nawiązać nowe stosunki
handlowe?
Skóra na obliczu Nakirrego rozciągnęła się w cierpkim uśmiechu. A zatem
Jixtus miał rację: Chiss rzeczywiście poszukiwał informacji.
- Nie do końca - powiedział. - Podróżujemy po Chaosie, nauczając
kiljiańskiej filozofii porządku i oświecenia.
- Szlachetna sprawa - oznajmił Thrawn. - Czy Watithowie należeli do
waszych uczniów?
- Jeszcze nie. Dopiero przybyliśmy do tej części przestrzeni. Ale to
wszystko kwestia przyszłości. Powiedz mi, skąd macie tych jeńców.
- Chwilowo nie możemy zdradzić tych informacji.
- Nieważne - rzekł Nakirre. - Chętnie ich odbiorę i odwiozę do domu.
- Czyli wiesz, gdzie jest ten dom?
Nakirre się zawahał. Jeśli powie, że tak, Thrawn zapewne poprosi o podanie współrzędnych i sam odstawi tam więźniów. Jeśli zaprzeczy, Chiss
prawdopodobnie odmówi ich wydania.
- Poczyniłem już wiele znajomości wśród kupców w tym układzie -
powiedział, wybierając trzecie rozwiązanie. - Jeden z nich z pewnością
udzieli nam tej informacji.
- Doceniam propozycję - odparł Thrawn. - Nie mogę jednak ze spokojnym
sumieniem jej przyjąć. Jeśli nie ma tu innych Watithów, którzy mogliby
odebrać jeńców, poszukamy ich gdzie indziej.
- To będzie dla was spory kłopot i niepotrzebnie go na siebie bierzecie.
- To do mnie należy decyzja w tej sprawie, nie do was.
- Zasady oświecenia wymagają, bym służył innym.
- Służysz najlepiej, pozwalając mi podążyć własną drogą - odparował
Thrawn. - A może twoje oświecenie wymaga odebrania mi swobody wyboru?
- Pozwól mu odlecieć - syknął Jixtus. - Po prostu go puść.
Generalirius poczuł przypływ gniewu. Gniewu na Jixtusa - i na Thrawna. W tej sprawie coś śmierdziało, ale Nakirre nie dowie się niczego od
żadnego z nich.
Potrzebował Jixtusa i Grysków, aby wskazali mu, które nacje są
najbardziej podatne na podbój, a tym samym na oświecenie. Thrawna nie
potrzebował.
- Powinieneś zrozumieć, o czym mówisz, zanim zaczniesz osądzać -
oznajmił, aktywując swój ekran, aby rozpocząć przygotowanie "Ostrego" do
osiągnięcia gotowości bojowej. - Niebawem zaniosę filozofię Kiljich
również Chissom.
- Obawiam się, że nie znajdziesz tam wielkiego zainteresowania - odparł
Thrawn. - Podążamy własnymi ścieżkami, o pradawnych tradycjach.
- Ścieżka Kiljich będzie dla was lepsza.
- Nie - rzekł twardo Thrawn. - Nie będzie.
- Ponownie odrzucasz naszą filozofię życia, choć nawet nie wiesz, o co w niej chodzi.
- Z mojego doświadczenia lepsza filozofia życia radzi sobie sama -
oznajmił Thrawn. - Nie wymaga uzbrojonych okrętów, które wymuszają jej
przyjęcie.
- Ty również przyleciałeś tutaj uzbrojonym okrętem.
- Ale nie zamierzam proponować innym lepszej filozofii życia - wytknął
mu Thrawn. - Nie chcę również narzucać własnej mądrości innym.
- Próbuje cię sprowokować - ostrzegł cicho Jixtus, a w jego głosie
brzmiał niepokój. - Nie pozwól mu na to.
Nakirre poczuł, jak jego skórę rozciąga uczucie pogardy. Dlaczego nie
miałby pozwolić, by ten Chiss zmierzał prosto do swojej zagłady? "Ostry"
znacznie przewyższał "Springhawka" siłą ognia. Zniszczyłby go w kilka
minut.
- Próbuje zebrać dane o możliwościach "Ostrego" - ciągnął Jixtus. - A także o twoich zdolnościach dowódczych.
Dlaczego Nakirre nie miałby zademonstrować potęgi krążownika Kiljich?
Wiedza, którą Thrawn mógłby zyskać w walce, przepadłaby razem z nim.
Starcie jednak będą obserwowali inni... Może nierozsądnie byłoby pokazywać
im całą potęgę Kiljich, zanim Kilhorda odwiedzi ich światy, aby wskazać
im drogę do oświecenia.
Ale Nakirre nie mógł przecież pozwolić, by wszystko wyglądało tak, jakby
to Chissowie kierowali jego działaniami!
- Obce okręty, tu Obrona Układu Zyzek. - Z głośnika na mostku rozległ
się nowy głos. - Macie się obaj zatrzymać.
Nakirre poczuł chłodne rozbawienie. Cztery patrolowce, które oderwały
się od kłębowiska statków handlowych i parami ruszyły w kierunku
"Ostrego" i "Springhawka", były mniejsze i jeszcze żałośniejsze niż
okręt chissański. Gdyby poczyniły jakieś agresywne kroki, wystarczy
jedna salwa z dział laserowych, aby sprawić, by przepadła ich szansa na
oświecenie.
- Martwych Kilji nie mogą oświecić - przypomniał mu Jixtus.
Oczywiście miał rację. Co ważniejsze, dawało to Nakirremu dobrą wymówkę,
by nie dążyć do starcia z Chissami.
- Obrona Układu Zyzek, dostosowuję się do waszego żądania - oznajmił. -
Starszy kapitanie Thrawn, możecie zatrzymać jeńców. Zobaczymy się
jeszcze - kiedy przybędę do was, aby skierować pradawne ścieżki Chissów
na drogi wiodące do oświecenia Kiljich.
- Będę czekał na nasze kolejne spotkanie - odparł Thrawn. - Żegnaj.
- Do zobaczenia - rzekł Nakirre.
Wyłączył mikrofon i znów spojrzał na Jixtusa.
- Wspomniałeś o czterech nacjach, które Kilji powinni najpierw oświecić
- powiedział. - Zamiast nich chcę Chissów.
- Jeszcze nie teraz - powiedział Jixtus. - Musicie zacząć od innych.
- Dlaczego?
Kaptur i zasłona Jixtusa poruszyły się - pokręcił głową.
- Bo ja znam Chissów, generaliriusie. Są wytrwali i potężni. Widziałem,
jak oparli się atakowi z zewnątrz i manipulacji od wewnątrz. Jedynie
połączenie tych dwóch strategii pozwoli na ich zniszczenie.
- Oświecenie nie idzie w parze ze zwłoką - rzekł ostrzegawczym tonem
Nakirre. - Zresztą mówiłeś o podboju, a nie o zniszczeniu. Jeśli wszyscy
zostaną zniszczeni, kogo poprowadzimy ku pokojowi i porządkowi?
- Z pewnością część przeżyje - obiecał Jixtus. - Zwykli obywatele, ci,
którzy przyjmą rządy Kiljich bez sprzeciwu i oporu... Będziecie mogli ich
oświecać do woli. W tym jednak celu trzeba usunąć przywódców i dowódców
wojskowych.
- Zgadzam się - odparł Nakirre. - Udajmy się zatem do ich układu i rozpocznijmy ten proces.
- To musi nastąpić zgodnie z harmonogramem przygotowanym przez Grysków.
- Jixtus nie ustępował. - Jeśli odstąpimy od tych planów, wszystko
będzie stracone. Ale... - Uniósł palec. - Nie oznacza to, że musicie długo
czekać na spotkanie z nimi. Chciałem, żebyś to właśnie ty zawiózł mnie z pierwszą wizytą na ich światy i do ich przywódców.
- Dobrze więc. - Nakirre wpatrywał się w ekran. "Springhawk" odwrócił
się od planety i kierował się ku otwartej przestrzeni, wychodząc ze
studni grawitacyjnej. - Będę się stosował do waszych wskazówek. Na
razie. Ale ostrzegam: jeśli uznam, że działasz zbyt wolno, zajmę się tym
harmonogramem sam.
- Rozumiem - rzekł Jixtus. - Trzymajcie się moich rad, a Chissowie będą
wasi. W odpowiednim czasie.
- Niebawem - poprawił Nakirre. - A kiedy
zniszczysz ich przywódców, zostawisz dla mnie tego Thrawna. - Jego twarz
rozciągnęła się w ponurym uśmiechu. - Nie mogę się doczekać, kiedy zazna
prawdziwego oświecenia.
"Springhawk" znów znajdował się w nadprzestrzeni. Kiedy Samakro
zakończył przeszukiwanie baz danych okrętu, Thalias zaczęło powoli
opuszczać napięcie, które czuła podczas tej całej rozmowy.
- Nie ma nic ani o gatunku, ani o państwie zwanym Kilji, panie kapitanie
- zameldował Samakro. - I żadnych wzmianek o generaliriusie Nakirrem.
- To zrozumiałe - powiedział Thrawn. - Ale my już słyszeliśmy kiedyś ten
tytuł.
Thalias obejrzała się szybko za siebie. Wyraz twarzy Samakro był typowy
dla kogoś, kto jadł właśnie coś kwaśnego.
- Tak jest - przyznał. - Wspomniał o tym członek załogi pancernika,
który zaatakował "Czujnego" i "Grayshrike'a" nad Jutrzenką.
- Co prowadzi do wniosku, że pancernik i generalirius Nakirre mogą mieć
ze sobą pewien związek - dopowiedział Thrawn.
- Tak jest - powtórzył Samakro. Jego kwaśny ton wzbogacił się o nutę
niechęci.
Nic dziwnego. Pierwszy oficer zdążył się już posprzeczać z Thrawnem -
oczywiście z szacunkiem i po cichu, ale jednak - na temat planu
starszego kapitana, by odwiedzić układ Zyzek przed powrotem do Dynastii.
Samakro uważał, że będzie to niebezpieczne i bezcelowe, zaś jego
przełożony nie miał wątpliwości, że ten skok w bok przyniesie im cenne
informacje. I po raz kolejny Thrawn miał rację.
Choć czy to, czego się dowiedzieli, okaże się użyteczne - tego Thalias
nie umiała ocenić.
- Wiemy również, że generalirius nie rozmawiał z nami sam - ciągnął
Samakro. - Cztery razy słyszeliśmy drugi głos. Był słabo słyszalny, ale
w tle zdecydowanie mówiła inna osoba. Zapewne nawet nienależąca do tego
samego gatunku.
- Zgadzam się - przytaknął Thrawn. - Czy analitycy zdołali coś wyciągnąć
z nagrań?
- Na razie nie - przyznał Samakro. - Głos mówił cicho, a transmisja z okrętu Nakirrego niestety była bardzo niewyraźna. Zdołaliśmy
zidentyfikować część słów, ale pełna analiza musi poczekać, aż będziemy
mogli przekazać nagranie ekspertom na Naporarze.
- Niech analitycy dalej nad tym pracują - polecił Thrawn. - Nie tylko
nad słowami, ale niech starają się uzyskać jak najczytelniejszy profil
głosu.
- Tak jest - odparł Samakro.
Thalias znów obejrzała się za siebie. Samakro odszedł na bok i właśnie
przekazywał polecenie za pomocą questisa. Thrawn patrzył przed siebie,
ze wzrokiem utkwionym w przestrzeni za iluminatorem. Thalias wiedziała
już, co to oznaczało - że dowódca był głęboko pogrążony w myślach.
Odwróciła się i zerknęła na Che'ri. Spojrzenie dziewczynki również nie
było skupione na niczym konkretnym, choć w jej przypadku wiązało się to
z tym, że za pomocą Trzeciego Oka prowadziła "Springhawka" do domu.
- Opiekunko.
Thalias drgnęła i odwróciła się gwałtownie. Thrawn stał tuż za nią.
- Nie powinien pan tak się podkradać, kapitanie - rzekła z wyrzutem.
- Przepraszam. - W głosie Thrawna brzmiało jednak raczej rozbawienie,
nie skrucha. - Musi się pani nauczyć, jak myśleć i analizować bez
odcinania się od tego, co się dzieje wokół. - Wskazał ruchem głowy
Che'ri. - Co z nią?
- Na razie dobrze. - Thalias spojrzała na dziewczynkę. - Będzie
potrzebowała przerwy za około czterdzieści minut, ale wczoraj naprawdę
się wyspała i wygląda na to, że wszystko jest w porządku.
- Nie o tym mówię. - Thrawn ściszył głos. - Chodzi mi o nią i Magys.
Thalias ścisnęło w gardle. Miała nadzieję, że tylko ona to widziała.
- Może to tylko zbieg okoliczności.
- Naprawdę tak pani sądzi?
Thalias westchnęła. Wybudzili Magys, przywódczynię obcych uchodźców, z przymusowej hibernacji, aby pokazać jej biżuterię, którą posługiwała się
grupa niejakich Agbuich podczas działań wymierzonych w radnego z rodziny
Xodlaków na planecie Celwis. Kiedy Magys rozpoznała broszkę, Thrawn
poprosił, żeby zgodziła się ponownie na hibernacyjny sen, póki nie
znajdzie się wśród swojego ludu na Rappacu, planecie Paccoshów.
Dowiedziawszy się, co grozi jej światu, Magys sprzeciwiła się - nie
chciała znów zasypiać. Thrawn ostrzegł ją, że musi przebywać w ukryciu,
bo mógł ją przecież zauważyć oficer, który zajrzałby w jakiejś sprawie
do kwatery gwiazdogatorki - ale nie przejęła się tym wcale. Stawiała
ogromny opór i Thalias przez chwilę myślała, że Thrawn i Samakro będą
musieli siłą wcisnąć ją do komory hibernacyjnej.
A potem nagle przestała się opierać i pokornie zgodziła się posłuchać
Thrawna.
Zanim jednak położyła się w komorze, zerknęła w kierunku sypialni
Che'ri.
Na Rapaccu, podczas pierwszego spotkania Thrawna z uchodźcami, Magys w jakiś sposób domyśliła się, że Thalias była kiedyś gwiazdogatorką,
zdolną do nawigowania w nadprzestrzeni. Czy wyczuła również obecność
Che'ri i jej znacznie silniejszy kontakt z tym, do czego dostęp dawało
jej Trzecie Oko?
- Nie, nie uważam tak - przyznała. - Ale nadal mam nadzieję, że tak
właśnie było. Bo przecież między nią a Che'ri znajdowały się dwie ściany
i cały salon. Jak mogłaby coś wyczuć?
- Magys twierdzi, że jej lud po śmierci łączy się z Ponadświatem -
przypomniał Thrawn. - Wiedziała, że była pani gwiazdogatorką, a to
znaczyłoby, że mają to połączenie również za życia.
- Ale na Rapaccu przynajmniej na mnie patrzyła - mruknęła Thalias. -
Gdyby widziała Che'ri, mogłabym to zrozumieć. Ale nie miała okazji.
Thrawn przeniósł wzrok na iluminator, za którym wirowała nadprzestrzeń.
- Jeśli Ponadświat to Moc, o której mówił mi generał Skywalker, zapewne
przejawia się ona pod wieloma postaciami i ma wiele cech. Możliwe, że to
coś, czego Magys wcześniej nie doświadczyła.
- Sądziłam, że wszyscy jej pobratymcy są połączeni z Ponadświatem.
- Gdyby cała nasza rasa nuciła pewien dźwięk, przyzwyczailibyśmy się do
jego brzmienia - powiedział Thrawn. - A gdybyśmy później spotkali rasę,
która w ogóle nie nuci, ale też jednostkę nucącą jeszcze inny dźwięk,
obie te rzeczy byłyby czymś nowym i wyjątkowym.
- A. - Thalias pokiwała głową. - Tak, rozumiem. Każda nowa rzecz,
obecność lub brak, może nieść pewne informacje.
- Owszem - odparł Thrawn. - Co niewątpliwie zauważyła pani podczas
rozmowy z generaliriusem Nakirrem.
Thalias zacisnęła usta. Myślała, że tylko ona zwróciła na to uwagę i nie
zamierzała mówić na ten temat, póki nie będzie mogła na osobności
wspomnieć o tym Thrawnowi.
- Mówi pan o tym, że nigdy nie zapytał, ilu tych Watithów mamy w brygu?
- Doskonale - pochwalił Thrawn. - Pani umiejętności analityczne znacznie
się rozwinęły od czasu, kiedy dostała pani przydział na "Springhawka".
- Dziękuję. - W odpowiedzi na komplement Thalias aż się zarumieniła. -
Choć jeśli tak jest, to dzięki pańskim talentom nauczycielskim.
- Nie zgadzam się - rzekł Thrawn. - Nie nauczam, tylko wskazuję
kierunek. Każdy inaczej podchodzi do danego zadania. Ja jedynie zadaję
pytania, które stawiają daną osobę na najlepszej drodze do jego
rozwiązania.
- Rozumiem - powiedziała cicho Thalias. Ale podejrzewała, że działo się
tak tylko wtedy, kiedy ta osoba chciała się wysilić i nauczyć drogi
prowadzącej do logicznego wnioskowania. Zbyt wiele osób, zapewne
większość, beztrosko pozostawiało myślenie i analizowanie innym.
- A zatem co można wywnioskować z braku dociekliwości Nakirrego? -
zapytał Thrawn.
- Że wiedział, ilu członków załogi miał kapitan Fsir. - Thalias
zmarszczyła brwi. - Albo że wszyscy nie żyją?
- Przychylam się do tego drugiego - przyznał Thrawn. - A to
sugerowałoby, że druga osoba, odzywająca się w tle, jest powiązana w jakiś sposób z tym, kto wynajął Fsira.
- To ma sens - przytaknęła Thalias z namysłem. - Ośrodek handlowy, taki
jak Zyzek, przyciąga przedstawicieli wielu różnych nacji i ras. Jeśli
nasz tajemniczy obcy wynajął tu Fsira, mógł powrócić do tego układu po
kolejnego podwykonawcę.
- Zgadzam się - rzekł Thrawn. - A to prowadzi nas do następnego pytania...
Thalias się skrzywiła.
- Do czego dokładnie wynajął Nakirrego?
- Właśnie - powiedział Thrawn. - Miałem nadzieję, że to koniec ataków na
Dynastię, ale obawiam się, że jednak nie.
- Nie wygląda na to. - Thalias poczuła się nieswojo. Bo nawet jeśli i kiedy wrogie działania wymierzone w Dynastię wreszcie ustaną, Thrawnowi
nie przestanie grozić niebezpieczeństwo.
Przelotnie wróciła myślą do swojej krótkiej rozmowy z Patriarchą
Thoorakim w siedzibie rodziny Mitthów. Zachęcił ją, by pomagała chronić
Thrawna przed naciskami politycznymi, których - pomimo swojego
militarnego geniuszu - najwyraźniej nie umiał rozpoznawać i z nimi
walczyć.
Thalias z pewnością dysponowała odpowiednią siłą woli, żeby to robić.
Jednak w rzeczywistości ważne było to, czy zwykła opiekunka
gwiazdogatorki dysponowała niezbędną do tego władzą.
- Ale jeśli ataki będą się powtarzały - rzekła, zastanawiając się, czy
Thrawn w ogóle dostrzegał, że jej słowa miały podwójne znaczenie -
będziemy po prostu musieli znowu ich pokonać.
Wezwanie na Sposię przyszło nagle i naczelny generał Ba'kif zdołał tylko
domknąć bieżące sprawy w biurze i od razu ruszył przez Csaplar na
lądowisko pod miastem. Czekał tam już na niego okręt zwiadowczy, jeden z pięciu przeznaczonych dla najwyższych oficerów Rady Hierarchii Obronnej
i zawsze gotowych do startu w ciągu kwadransa. Dwadzieścia minut później
Ba'kif znajdował się już poza studnią grawitacyjną Csilli, wśród
hipnotyzujących wirów nadprzestrzeni.
Nie lubił załatwiać spraw w ten sposób. Wielu z jego kolegów nigdy by
się też tak nie śpieszyło - chyba że chodziłoby o prawdziwą wojnę.
Wezwanie przyszło jednak prosto z biura Stybla'mi'ovodo, Patriarchy
Styblów, który powiedział, że dotyczy to starszego kapitana Thrawna, i ta informacja Ba'kifowi w zupełności wystarczyła.
Kiedy Ba'kif wreszcie przeszedł rygorystyczne procedury bezpieczeństwa
Grupy Uniwersalnych Analiz, Lamiov czekał pod masywnymi wrotami Magazynu
Czwartego.
- Witam, panie generale - odezwał się Patriarcha, kiedy Ba'kif szedł do
niego przez hol, starając się nie zauważać milczących strażników
pilnujących beznamiętnie najtajniejszej bazy w Dynastii. - Dziękuję za
przybycie.
- Wizyta w GUA to zawsze przyjemność, wasza czcigodność - rzekł Ba'kif,
stając przed Patriarchą. - Choć byłoby miło, gdyby mnie o tym uprzedzono
wcześniej.
- Proszę mi wierzyć, dowiedział się pan o tym tylko dziesięć minut po
mnie - odparł Lamiov. - Starszy kapitan Thrawn trzyma tę sprawę jeszcze
w większej tajemnicy niż zwykle.
- Czy ma to jakiś związek z tym, dlaczego się spóźnia z powrotem po tej
całej historii, w której brali też udział Xodlakowie, Erighalowie i Pommrio?
- Aż tak się spóźnia? - Lamiov zmarszczył brwi. - Miałem wrażenie, że
ich okręty przybyły dopiero wczoraj.
- To prawda. Ale "Springhawk", w odróżnieniu od okrętów tych rodzin, ma
gwiazdogatorkę. Thrawn powinien wrócić co najmniej kilka dni przed nimi.
- Ciekawe - mruknął Lamiov. - Może został nad Hoximem, żeby się lepiej
przyjrzeć miejscu, w którym rozbił się frachtowiec.
Ba'kif prychnął cicho.
- Zdaje sobie pan sprawę, że mówi o szczegółach, które powinna znać
tylko Rada, prawda?
- Doprawdy, panie generale... - powiedział cierpko Lamiov. - Jeśli do tej
pory nie odkrył pan, że Styblowie mają własne, specjalne źródła
informacji, to nie powinien pan zajmować tego stanowiska. Ale naprawdę,
tą sprawą będzie pan zachwycony. To co, idziemy?
- Oczywiście - rzekł Ba'kif i ruszył za Lamiovem, zauważając kątem oka,
że najbliżsi strażnicy lekko się ożywili, kiedy podeszli do wrót
magazynu. Jak mówiono Ba'kifowi, na początku istnienia GUA Syndykura
zastanawiała się nad likwidacją wszelkich rodzinnych więzów personelu,
identycznie jak czyniono to ze wyższymi oficerami - i z podobnych
przyczyn - by usunąć wszelkie wpływy polityki rodzinnej.
Ostatecznie postanowiono, że takie posunięcie przyciągnęłoby zbyt wiele
niepożądanej uwagi do instytucji, więc porzucono ten pomysł. W ramach
kompromisu służbowe uniformy GUA nie zawierały żadnych oznaczeń
rodzinnych: ani herbów Dziewięciu Rodzin, ani Czterdziestu Domów, ani
stylizowanych nazw stosowanych przez mniej ważne rody w Dynastii. W GUA
- w teorii - wszyscy byli równi.
Ba'kif podejrzewał jednak, że większość strażników Magazynu Czwartego -
jeśli nie wszyscy - należała do rodziny Styblów. Lamiov z pewnością o to
zadbał.
Nowy artefakt obcych dopiero co przywieziono i Ba'kif spodziewał się, że
w strefie dla gości w przedniej części magazynu będzie tłoczno. Nie
spodziewał się jednak, że aż tak.
Stało się tak częściowo ze względu na rozmiary artefaktu -
czterometrowej konstrukcji z białych metalowych żeber, wyglądającej jak
fragment klatki piersiowej gigantycznego stwora morskiego. Wokół niego
krzątało się kilkunastu inżynierów, pobierając dane, dokonując pomiarów
i podłączając urządzenia analityczne. Towarzyszyło im dwoje wyższych
stopniem pracowników GUA - jedno nadzorowało ich pracę, drugie stukało
szybko w questis.
Z boku, obserwując w milczeniu tę krzątaninę, stali starszy kapitan
Thrawn i kapitan Samakro.
Obaj mężczyźni spojrzeli w stronę Ba'kifa i Lamiova.
- Patriarcho, panie generale - przywitał ich Thrawn. - To dla mnie
zaszczyt.
- To pan nas zaszczyca kolejną intrygującą zabawką do naszej kolekcji -
odparł Lamiov. - Proszę, niech pan powie naczelnemu generałowi, co pan
nam przywiózł.
- Tak jest. - Thrawn spojrzał na Ba'kifa. - Podczas poszukiwań reszty
piratów Vagaari natknęliśmy się na obcy frachtowiec, atakowany przez
trzy kanonierki. Ustaliliśmy później, że starcie zaaranżowano specjalnie
dla nas i że był to pierwszy krok mający zaprowadzić nas w pułapkę.
- Najwyraźniej obcy niewiele o tobie wiedzieli - zauważył Ba'kif.
- Nie, mieli dość ograniczoną wiedzę o Chissach. - Thrawn ewidentnie nie
dostrzegł subtelnego komplementu. - Zaintrygowało mnie to, że ten
pozorny atak już trwał, kiedy wyszliśmy z nadprzestrzeni. Mógł to być
znak, że obcy potrafią w jakiś sposób przewidzieć, kiedy i gdzie pojawi
się dana jednostka.
Ba'kif spojrzał na szkielet artefaktu. Nagle poczuł się nieswojo.
- I robili to właśnie za pomocą tego czegoś?
- Tak uważamy - przytaknął Thrawn. - Ta konstrukcja była wbudowana w przestrzeń między wewnętrzną i zewnętrzną częścią kadłuba frachtowca,
łączyła się ze skrzynkami za pomocą tych kabli.
Ba'kif skinął głową - dopiero teraz zauważył stoły na kółkach po jednej
stronie pomieszczenia, na których leżały skrzynki o dziwnym kształcie i równe zwoje przewodów.
- Cała konstrukcja tak wyglądała? - zapytał.
- Części, które zdołaliśmy zbadać, owszem - powiedział Thrawn. -
Niestety, mogliśmy poświęcić analizom bardzo niewiele czasu.
- Wiadomo, jak wcześnie urządzenie ostrzega o przybyciu jakiegoś statku?
- zapytał Ba'kif.
- Uwzględniając stopień zaawansowania pozorowanego ataku, który
ujrzeliśmy, szacuję, że mieli co najmniej dziewięćdziesiąt sekund na
przygotowania - odparł Thrawn. - Może więcej.
- Dziewięćdziesiąt sekund... - mruknął Ba'kif.
W głowie zawirowało mu od możliwości. Gdyby umieścić kilka korwet
zwiadowczych z takimi urządzeniami wczesnego ostrzegania na skraju
obszaru defensywnego każdej planety chissańskiej, ataki z zaskoczenia
stałyby się praktycznie niemożliwe.
Co więcej, gdyby ta instalacja wykrywała wszystkie jednostki podróżujące
w nadprzestrzeni, nawet te, które nie szykowały się do powrotu do
przestrzeni normalnej, Siły Obronne mogłyby obserwować najpopularniejsze
trasy przecinające Dynastię. A jeśli to urządzenie mogło nie tylko
wykrywać przemierzające nadprzestrzeń jednostki, ale też podawać
przybliżoną ich liczbę...
- Proszę się nie rozpędzać, generale - powiedział Lamiov.
Ba'kif zamrugał, otrząsając się z zamyślenia.
- Co?
- Znam to spojrzenie. - Lamiov skrzywił usta w lekkim uśmiechu. - Muszę
pana ostrzec: choć mamy jedno z tych urządzeń, nie oznacza to, że
zdołamy odgadnąć sekret jego działania.
- Wiem. - Podniecenie Ba'kifa nieco opadło. Do tej pory oba
najważniejsze dary Thrawna, przechowywane w Magazynie Czwartym, czyli
generator studni grawitacyjnej Vagaarich i zaawansowany generator tarcz
Republiki - nie ujawniły swoich sekretów, pomimo uporczywych starań GUA.
Ba'kif nie miał wątpliwości, że prędzej czy później inżynierowie
Dynastii odniosą sukces, ale, jak widać, miała to być długa, trudna
droga.
Niestety, nie mieli też powodów, by sądzić, że sprawy będą się miały
inaczej z tym detektorem wczesnego ostrzegania.
- Po prostu chciałbym się dowiedzieć, dlaczego rozgryzienie wszystkich
technologii, dla których Siły Obronne znalazłyby natychmiast
zastosowanie, zajmuje tak mnóstwo czasu - westchnął Ba'kif.
- Taki jest już wszechświat, czyż nie? - odparł Lamiov. - Pamięć
elektroniczna o wysokiej gęstości zapisu, którą przywieziono sto lat
temu, już po dwunastu miesiącach znalazła zastosowanie do produkcji
questisów. A specjalistyczny sprzęt do gotowania, na który ktoś natrafił
trzydzieści lat temu, znalazł się na rynku po pięciu miesiącach.
- Ale coś, co mogłoby ulepszyć elektrostatyczne osłony obronne okrętu o tysiąc procent lub więcej... - Ba'kif pokręcił głową.
- Może będziemy mieli więcej szczęścia z tym - rzekł Lamiov, wskazując
głową na białą konstrukcję. - Szkoda, że nie mogliście przyholować
całego frachtowca. - Uniósł lekko brwi w niemym pytaniu.
- Tak - odparł tylko Thrawn. Albo nie zrozumiał zachęty w tonie i wyrazie twarzy Patriarchy, albo już wcześniej postanowił, że nie będzie
więcej mówił o tym, co się stało z frachtowcem.
- Zabraliśmy chyba całe wyposażenie i taką część konstrukcji, jaką tylko
mogliśmy - wyjaśnił Samakro, również nie reagując na niezadane wprost
pytanie. - Mamy nadzieję, że to wam i tak pomoże.
- Zrobimy, co się da - zapewnił Lamiov. - Czy inżynierowie powinni
wiedzieć coś jeszcze?
- Raczej nie - stwierdził Thrawn. - Kapitanie?
- Nic istotnego nie przychodzi mi do głowy - rzekł Samakro. - Nadmienię
jednak, że choć frachtowiec stanowił część tej pułapki i w związku z tym
można by go uznać za jednostkę wojskową, jego kadłub ma zwykłą cywilną
konstrukcję. Żadnego nyixu, nie miał nawet wewnętrznej skorupy ze stopu
nyixu.
- To może być ważne - stwierdził Lamiov.
- Owszem - przytaknął Samakro. - Sądzę, że projektanci chcieli w ten
sposób zadbać o to, by jednostka naprawdę wyglądała jak frachtowiec, i że nie ma to nic wspólnego z samym detektorem.
- Zapewne nie - zgodził się Ba'kif. Jego umysł już podążał w nowym
kierunku. Nyix miał pewne wyjątkowe cechy, dzięki którym tak dobrze
nadawał się do stosowania w kadłubach okrętów. Jeśli jedna lub kilka
tych cech wpływało na działanie detektora wczesnego ostrzegania, mogło
to dać im pewne wskazówki co do działania tego urządzenia.
- W każdym razie poinformuję o tym zespół inżynierski - rzekł Lamiov. -
A teraz, jak sądzę, na Csilli już czeka na was Rada.
- Tak - powiedział Thrawn. - Zanim jednak odlecimy, panie generale,
chciałbym, aby zajrzał pan na "Springhawka". Musimy omówić inną sprawę.
- To nie może poczekać? - zapytał Ba'kif.
Thrawn i Samakro wymienili spojrzenia.
- Chyba może - stwierdził niechętnie Thrawn. - Przez pewien czas...
- No to niech poczeka - rzekł stanowczo Ba'kif. - Mam tylko parę godzin
na porozmawianie z Patriarchą Lamiovem o pewnych ważnych sprawach, a potem sam muszę wracać. I jak wspomniał Patriarcha, "Springhawk" już
dawno powinien być na Csilli, by można było dokonać przeglądu oraz
napraw i uzupełnić uzbrojenie. - Spojrzał na Samakro. - A pan,
kapitanie, jest na mojej liście oficerów, z którymi muszę porozmawiać o incydencie nad Hoximem. Do tego czasu musi pan przygotować oświadczenie
i dokumenty, które chce pan w związku z tym wprowadzić do rejestrów.
- Rozumiem, panie generale - odparł Samakro. - Choć jeśli mógłbym coś
powiedzieć... - Zerknął na Thrawna. - Prosiłbym pana, żeby nie odkładał
pan zbytnio odwiedzin na "Springhawku".
- Wezmę tę sugestię pod rozwagę. - Ba'kif zmarszczył brwi. Samakro miał
zwykły, neutralny wyraz twarzy - taki, jaki powinien mieć oficer
zwracający się do zwierzchnika.
Ale kryło się pod tym nietypowe, duże napięcie. Samakro nie czekał z radością na rozmowę Thrawna z Ba'kifem.
Pomimo zagadkowości tej sprawy, rozmowa z nimi musiała odbyć się
później, bo na razie priorytetem Ba'kifa była dziwna afera w układzie
Hoxim i jej konsekwencje.
- W takim razie do zobaczenia na Csilli - rzekł i wskazał im wyjście. -
Zabierzcie się za naprawy, a ja skontaktuję się, kiedy będę mógł z wami
porozmawiać.
Rozdział 1
Od celu "Czujnego" dzieliły trzy minuty i admirał Ar'alani zaczynała się już zastanawiać, czy okręt na pewno
będzie gotowy w momencie przybycia na miejsce, kiedy starsza kapitan
Kiwu'tro'owmis wreszcie powróciła na mostek.
- Przepraszam za zwłokę, pani admirał - rzekła Wutroow, podchodząc do
fotela Ar'alani. - Wyrzutnia Jeden naprawdę nie chciała dać się
naprawić. Ale przekonaliśmy ją.
Ar'alani spojrzała na ekran wyświetlający stan uzbrojenia. Wyrzutnia
kwasowych pocisków przeciwpancernych numer jeden nadal świeciła na
czerwono... Ale kolor zaraz zmienił się na zielony.
- Świetnie - powiedziała do Wutroow. - Koniecznie zarejestruj w dzienniku pochwałę dla zespołu, który dokonał naprawy. Nigdy nie powinno
się stawiać czoła problemowi bez wszystkich atutów w rękawie.
- Tak jest - odparła Wutroow. - Choć pozwolę sobie zauważyć, że nadal
nie do końca mam pewność, jakich problemów się pani spodziewa.
- Bo sama nie jestem do końca pewna - wyjaśniła Ar'alani. - Po prostu
coś mi nie daje spokoju w sprawie tej ostatniej nikarduńskiej bazy.
- Co takiego? - Wutroow uśmiechnęła się krzywo. - Czas, którego
agresorzy potrzebowali, żeby przygotować ten powolny atak za pomocą
asteroidy? Czy to, że baza była zbyt duża na stację nasłuchową lub inną
placówkę z listy Yiva?
- Jedno i drugie, i jeszcze coś, ale nie wiem dokładnie co - westchnęła
Ar'alani. - Mam nadzieję, że kiedy na to trafię, będę wiedziała, że to
wreszcie to.
- Miejmy też nadzieję, że Rada nie będzie się na nas wściekać za tę małą
wycieczkę - rzekła ponuro Wutroow. - Znacznie przekroczyliśmy termin,
który Ba'kif dał nam na sprawdzenie Jutrzenki. Nawet Thrawn już wrócił
ze swojego polowania na piratów, a wie pani, ile jemu schodzi na takich
wyprawach... I nadal nie wiemy, czemu nasi znajomi z pancernika tak się
tym miejscem interesowali.
- Musiało to mieć coś wspólnego z kopalnią, którą zauważył starszy
wojownik Yopring - rzekła Ar'alani. - Zakres działalności na planecie
świadczy o tym, że to ważne przedsięwzięcie. A dodajmy do tego te
myśliwce, które go odgoniły, i powiedziałabym, że mamy wyraźny trop.
- Chyba że chodzi o dwóch różnych graczy - zauważyła Wutroow. - Górnicy
i pancernik mogą być przeciwnymi stronami konfliktu. Choć wydaje mi się,
że to mało prawdopodobne. Niepokoi mnie głównie jedno: nawet jeśli
uznamy, że kopalnia stanowi główny element układanki, nadal nie wiemy,
co tam jest.
- Kopalnia to zwykle złoża jakichś rud.
- Owszem, ale kopanie w ziemi to nie zawsze wydobywanie złóż - odparła
Wutroow. - Może to być coś, co mieszkańcy tam rozmyślnie zakopali, a ktoś inny chce położyć na tym łapy.
Ar'alani zmarszczyła brwi. Rzeczywiście nie przyszło jej to do głowy.
- Myślisz o broni lub jakimś artefakcie?
- Nad tym się właśnie zastanawiałam - przyznała Wutroow. - Bo przecież
już mieliśmy z czymś takim do czynienia. A starszy kapitan Thrawn niemal
dorabia sobie po godzinach, wykopując znaleziska spod ziemi.
- Choć niedosłownie spod ziemi! - prychnęła Ar'alani. - Zwykle znajdują
się na widoku i tylko czekają, żeby ktoś je sobie wziął.
- Może tym razem to my będziemy mogli zdobyć coś takiego - rzekła
Wutroow z cierpkim uśmiechem. - Może wypracuje pani kompromis z Thrawnem
- on będzie brał wszystko, co się znajduje powyżej gruntu, a pani
rzeczy, do których trzeba się dokopać.
- Z pewnością poruszę ten temat, kiedy znów się z nim zobaczę - obiecała
Ar'alani, spoglądając na zegar. Już prawie... - Przygotować się do
wyjścia! - Podniosła głos, tak by słyszeli ją wszyscy na mostku. - I bądźcie w gotowości. - Skinęła na Wutroow. - Pani kapitan?
- Tak jest. - Wutroow spojrzała na zegar. - Wychodzimy - oznajmiła
głośno. - Trzy, dwa, jeden.
Świetliste smugi skurczyły się nagle i uformowały w gwiazdy. "Czujny" -
zupełnie tak samo, jak jeszcze niedawno temu - unosił się wśród
rozproszonych szczątków bazy Nikardunów.
- Biclian - powiedziała Wutroow.
- Tak jest, pani kapitan - odpowiedział starszy komandor Obbic'lia'nuf
ze stanowiska czujników. - Dystans bojowy - pusto. Średni dystans -
również pusto. Daleki dystans... Pani admirał, rejestrujemy ruch: trzy
okręty przy centralnej części bazy.
- Jakieś oznaczenia? - zapytała Ar'alani, przyglądając się ekranowi
taktycznemu ze zmarszczonymi brwiami. Dwa okręty miały raczej nieduże
rozmiary, zaś trzeci, znacznie większy, wyglądał zdecydowanie na
frachtowiec.
- Żadnych transponderów - zameldował młodszy kapitan Evroes'ky'mormi,
siedzący przy stanowisku uzbrojenia. - Duża jednostka nie ma widocznego
uzbrojenia. Zapewne frachtowiec, możliwe też, że to mobilny dok
serwisowy.
- Stawiam na to drugie, pani admirał - dodał Biclian. - Na dolnej
powierzchni kadłuba są wypukłości wyglądające jak blokady mocujące. A dwie mniejsze jednostki... zdecydowanie wojskowe. Co najmniej patrolowce,
a może niszczyciele.
Ar'alani się skrzywiła. W normalnych okolicznościach okręt typu
Nightdragon, taki jak "Czujny", mógłby pokonać dwa patrolowce, w ogóle
się nie wysilając.
Niestety, sytuacja normalna nie była. "Czujny" i "Grayshrike" pod
dowództwem starszej kapitan Lakindy stoczyły nad Jutrzenką bitwę z niezidentyfikowanym pancernikiem i chociaż Lakinda przed powrotem do
Dynastii przekazała im cały zapas pocisków kwasowych i płyn do sfer
plazmowych, Ar'alani dysponowała bardzo ubogim arsenałem.
Do tej pory "Czujny" miał szczęście. Badanie zniszczonej planety udało
się przeprowadzić bez przyciągania uwagi wroga i podejmowania aktywnej
interwencji. Ale ich szczęście mogło się zaraz skończyć.
- Wiemy, czy nas zauważono? - zapytała.
- Nic na to nie wskazuje - odparł Biclian. - Koncentrują się raczej na
tym, co robią w bazie.
- Pani admirał, wykrywamy aktywność - odezwał się głośno młodszy
komandor Stybla'rsi'omli ze stanowiska łączności. - Wąskopasmowa
transmisja laserowa; ledwo ledwo ją łapiemy.
- Oho - mruknęła Wutroow.
Ar'alani skinęła głową, krzywiąc się. Żeby Larsiom odbierał transmisję w takim zakresie, odbiorca musiał się znajdować niemal bezpośrednio za
nimi.
- Pełne osłony! - rozkazała. - Octrimo, dziewięćdziesiąt stopni na
sterburtę.
- Tak jest, pani admirał - odezwał się zza sterów komandor
Droc'tri'morhs. Okręt otoczyły osłony elektrostatyczne, a chaos
szczątków za iluminatorem przesunął się w bok, gdy "Czujny" obrócił się
w prawo...
- Kontakt! - warknął Oeskym. Jego ostrzeżenie podkreślił rozbłysk
światła - z laserów spektralnych "Czujnego" wystrzelono do dwóch
pędzących ku nim rakiet. - Krążownik patrolowy, nazwijmy go Bandytą
Jeden, zbliża się do nas od tyłu, szybko.
- Ogień obronny, tylko lasery - rozkazała Ar'alani, spoglądając na ekran
taktyczny. "Czujny" mógł strzelać z laserów bez końca, ale miał tylko
sześć pocisków kwasowych, a płynu starczyłoby mu jedynie na dwadzieścia
sfer plazmowych. Nie było szans, żeby poradzili sobie w walce z krążownikiem patrolowym i dwoma mniejszymi patrolowcami.
Czyli będzie musiała myśleć kreatywnie.
- Oeskym, wyłączyć napęd w pociskach kwasowych jeden i dwa - poleciła
oficerowi uzbrojenia. - Tak szybko, jak to możliwe. Poinformuj mnie,
kiedy to zrobicie.
- Tak jest. - Oeskym skupił się na swojej konsolecie. Marszczył brwi,
ale nie ośmieliłby się podważać rozkazów dowódcy w sytuacji bojowej. -
Technicy już się tym zajęli.
- Przypomnij im, że nie chodzi teraz o precyzję - rzekła Ar'alani. -
Octrimo, spokojne manewry unikowe. Trzymaj nas w odległości od ich
pocisków, ale nie zabieraj daleko od tego miejsca. Biclian?
- Okręty patrolowe dostały już wiadomość, pani admirał - zgłosił oficer
czujnikowy. - Oznaczam je jako Bandyta Dwa i Bandyta Trzy. Nadal są przy
bazie, ale obracają broń w naszym kierunku.
- Powiadom mnie, jeśli ruszą się z miejsca. - Na ekranie taktycznym
Bandyta Jeden przyśpieszał w ich stronę i wystrzelił właśnie kolejną
parę rakiet. Z tej odległości lasery "Czujnego" miały wystarczająco dużo
czasu, żeby je zdjąć, ale jeśli przeciwnik podejdzie bliżej, stanie się
to niemożliwe i Ar'alani będzie zmuszona użyć do ochrony okrętu swojego
ograniczonego arsenału pocisków kwasowych lub sfer plazmowych. - Oeskym?
- Już prawie - rzekł Oeskym. - Technicy meldują... Tak. Silniki wyłączone,
pani admirał.
Wreszcie.
- Wystrzelić je! - rozkazała i znów spojrzała na ekran taktyczny. -
Octrimo, kiedy tylko oddalą się od kadłuba, ruszamy w kierunku bazy oraz
Bandytów Dwa i Trzy. Stosuj subtelne manewry unikowe, ale nie oddalaj
się bardzo od bezpośredniego wektora.
- Lasery rufowe mają być w gotowości - dodała Wutroow, kiedy "Czujny"
odwrócił się od zbliżającego się krążownika patrolowego i zaczął coraz
szybciej sunąć w kierunku zniszczonej bazy.
- Zrozumiałem - odparł Oeskym. - Kiedy, pani admirał?
- Wedle uznania - powiedziała Ar'alani. - Octrimo, nie spuszczaj z oczu
Bandyty Jeden. Zadbaj o to, żebyśmy go poprowadzili w odpowiednim
kierunku.
- Tak jest.
- Bandyci Dwa i Trzy ruszyli z miejsca - odezwał się Biclian. -
Zostawili dok naprawczy i kierują się na nas.
- Zapewne próbują nas wziąć w dwa ognie - stwierdziła Wutroow.
- Zapewne - przytaknęła Ar'alani. - Oeskym?
- Trzydzieści sekund do optymalnego położenia - zameldował oficer
uzbrojenia. - Octrimo, pięć stopni na sterburtę.
- Pięć stopni na sterburtę, tak jest - potwierdził Octrimo i widok za
iluminatorem znów uległ zmianie.
- Bandyta Dwa i Bandyta Trzy otworzyły ogień - zgłosił Biclian. - Nie
wiem dlaczego... Są zdecydowanie poza zasięgiem.
- Pewnie próbują rozproszyć naszą uwagę lub nas spowolnić - rzekł
Octrimo. - Zaczynamy coraz bardziej się oddalać od Bandyty Jeden.
- Zwolnić! - rozkazała Ar'alani. - Nie chcemy go zgubić...
- Bandyta Jeden pochyla dziób - przerwał ostro Oeskym. - Schodzi z drogi
pociskom kwasowym.
- Musieli je zauważyć - zgrzytnęła zębami Wutroow. - Użyć promienia
ściągającego! Przeciągnąć go z powrotem na ten wektor.
- Odwołuję ten rozkaz - rzekła Ar'alani, podłączając ekran taktyczny do
wyświetlacza przy swoim fotelu. Oeskym i Wutroow zajmą się obliczeniami,
ale sama już widziała, że przy obecnej odległości dzielącej ich od
krążownika, przeciwnik był zbyt potężny, żeby promienie ściągające
"Czujnego" mogły mu coś zrobić.
Ale nieco dalej, w pobliżu krążownika, unosił się niewielki meteoroid...
- Skierować promień ściągający na ten okruch - rzekła, wskazując skałę i przesyłając dane do stanowiska uzbrojenia. - Pełna moc. Spróbujcie go
przyciągnąć pod dziobową dolną część krążownika.
- Zrozumiałem. - Oeskym pochylił się nad konsoletą.
Ar'alani spojrzała na ekran taktyczny. Promień ściągający trafił w meteoroid, wyrwał go z powolnego ruchu obrotowego i posłał w kierunku
krążownika. Jeśli załoga dostrzeże to nowe zagrożenie i jeśli zareaguje
tak automatycznie, jak miała nadzieję Ar'alani...
- Bandyta Jeden odchyla z powrotem dziób - zameldował Biclian. - Robi
unik i znów kieruje się na wektor naszych pocisków.
Nie do końca na ten sam wektor, jak dostrzegła Ar'alani - ale
wystarczająco blisko.
- Wystrzelić do pocisków kwasowych - rozkazała.
Rozbłysło światło - rufowe lasery wystrzeliły znowu, tym razem nie w kierunku przeciwnika, ale do pocisków kwasowych. Te rozpadły się na
części i ich zawartość zmieniła się w rozprzestrzeniający się obłok
kwasu.
Załoga krążownika patrolowego niemal natychmiast zorientowała się, że
popełniła błąd, i podniosła dziób, aby uniknąć kontaktu z kwasem. Pęd
okrętu działał jednak przeciwko niemu, a żrąca substancja sunęła naprzód
zbyt szybko i zanim jednostka zdążyła się odsunąć, chmura kwasu
przesunęła się bokiem po lewej burcie krążownika.
A kiedy kwas zaczął przeżerać kadłub, niszcząc zespoły czujników i systemy namierzania oraz ryjąc poczerniałe dziury w metalu, lasery
"Czujnego" znów wystrzeliły, wdzierając się jeszcze głębiej w naruszoną
już powierzchnię kadłuba.
Po piętnastu sekundach ostrzału lasery "Czujnego" wypaliły już tyle
kadłuba, by dotrzeć do reszty rakiet krążownika. Nastąpiła gwałtowna
eksplozja i okręt rozpadł się na kawałki.
- Pełne przyśpieszenie - poleciła Ar'alani. - I cały czas skanować.
Jeśli jest tu jeszcze ktoś, chcę o tym wiedzieć, zanim zacznie do nas
strzelać.
Wutroow przysunęła się do fotela dowódcy. "Czujny" popędził naprzód, ku
zniszczonej bazie i pozostałym trzem jednostkom.
- Dobra robota, pani admirał - rzekła cicho. - Pozwolę sobie tylko
zwrócić uwagę na jedno: gryzipiórki na Csilli prawdopodobnie powiedzą,
że mogliśmy uciec i zaoszczędzić Dynastii paru pocisków kwasowych.
- Co, uciec przed krążownikiem patrolowym i paroma zwykłymi
patrolowcami? - Ar'alani prychnęła. - Wymawialiby nam to do końca świata
i jeszcze dłużej.
Wutroow wzruszyła ramionami.
- Ano tak - przyznała.
- Co więcej, stracilibyśmy okazję, żeby się dowiedzieć, co oni tam robią
- ciągnęła Ar'alani, wskazując ruchem głowy odległą bazę.
- Chyba że... Nie... - myślała na głos Wutroow. - Przyszedł mi do głowy skok
wewnątrzukładowy, ale przy tych wszystkich śmieciach, które się tu
unoszą, to niebezpieczne... No więc co oni tam robią?
- Właśnie tego chcę się dowiedzieć - rzekła Ar'alani, wpatrując się w ekran taktyczny. Bandyci Dwa i Trzy nadal lecieli w kierunku "Czujnego",
strzelając bez sensu z dział laserowych. Poruszali się jednak powoli,
niemal nonszalancko, jakby nie chcieli przedwczesnej konfrontacji... A tymczasem dok naprawczy nadal unosił się przy zrujnowanej stacji.
Ewakuowali swoich? A może...
Nagle Ar'alani wszystko zrozumiała.
Nikogo ani niczego nie ewakuowali - po prostu coś właśnie w bazie
umieszczali.
- Sfery: celować w stację! - warknęła. - Pełna salwa, a potem
kontynuować, aż wyczerpią się zapasy.
- Tak jest! - oznajmił Oeskym.
- Pani admirał? - zapytała cicho Wutroow, kiedy z wyrzutni zaczęto
posyłać ku dalekiej bazie sfery plazmowe. - W stację, nie w patrolowce?
- Tak - odparła Ar'alani. - Ten ich ostrzał z laserów ma odwrócić naszą
uwagę od tego, co załoga doku naprawczego robi na stacji.
- To znaczy?
- Moim zdaniem zamierzają ją zniszczyć - wyjaśniła ponuro Ar'alani. -
Nie tylko ją rozwalić, tak jak się stało przy pierwszym ataku, ale
roznieść w pył.
- Ciekawe - mruknęła Wutroow. - Musi być tam coś, czego naprawdę nie
chcą nam pokazać. Chociaż przysięgłabym, że poprzednim razem naprawdę
dokładnie zbadaliśmy to miejsce.
- Może umieszczono tam coś nowego - rzekła Ar'alani. - Mam nadzieję, że
zdołamy wykryć i unieszkodliwić przed zdetonowaniem wszystkie ładunki
samozniszczalne, które tam podłożyli.
- No, jeśli nie damy rady, to nie dlatego, że nie próbujemy - zauważyła
Wutroow, wskazując strumień sfer plazmowych oddalający się coraz
szybciej od "Czujnego". - Na pewno nie chce pani kilku zatrzymać, na
wypadek gdyby jednak chcieli stanąć do walki?
- Nie będą chcieli. - Ar'alani pokręciła głową. - Kiedy tylko zakończą
ten sabotaż, będą zaraz próbowali dać drapaka... I proszę! - przerwała
sama sobie, bo oba patrolowce właśnie ruszyły w przeciwnych kierunkach,
z dala od "Czujnego". Dok naprawczy za nimi również skręcił i oddalał
się właśnie od bazy.
- Jakie rozkazy, pani admirał? - zapytał Oeskym ze stanowiska
uzbrojenia.
Ar'alani spojrzała na ekrany. W ciągu ostatnich paru minut "Czujny"
pokonał dużą część odległości dzielącej ich od stacji, ale nadal
znajdowali się zbyt daleko, by mieć pewność trafienia. Nie zawadzi
jednak spróbować.
- Zobaczcie, co da się zrobić z tym dokiem naprawczym - poleciła. -
Tylko lasery. Sfery mają być nadal kierowane na bazę.
- Tak jest - odparł Oeskym i potrójna salwa skoncentrowanych wiązek
laserowych dołączyła do strumienia sfer plazmowych.
Ar'alani uważała Oeskyma za jednego z najlepszych oficerów uzbrojenia w Ekspansyjnej Flocie Obronnej i tym razem również pokazał, co potrafi.
Choć znajdowali się naprawdę daleko, zdołał trafić trzy razy w dok
naprawczy, odsuwający się od stacji.
Dystans okazał się jednak zbyt duży, aby mogli spowodować większe
szkody, i minutę później statek naprawczy i patrolowce uciekły w nadprzestrzeń.
- Przykro mi, pani admirał - przeprosił Oeskym, kiedy zaprzestano
ostrzału laserowego.
- Nie twoja wina - zapewniła go Ar'alani, gdy umilkły również wyrzutnie
sfer plazmowych. - Naszym priorytetem jest teraz dotarcie do stacji i unieszkodliwienie lub zniszczenie bomb albo innych ładunków, które tam
umieścili, zanim zostaną aktywowane. Wutroow, przygotujcie dwa promy.
- Już się robi, pani admirał. - Wutroow przesłała rozkazy na questisie.
- Proszę się nie martwić, na pewno dotrzemy tam na czas.
Ar'alani spojrzała przez iluminator na bazę. A jeśli im się nie uda,
przemknęła jej przez głowę chłodna myśl, to cała załoga promów
prawdopodobnie zginie.
Mogła mieć tylko mieć nadzieję, że tajemnica podziurawionego wraku
stacji była warta ryzyka.
Ar'alani obawiała się, że przed ucieczką ich przeciwnicy aktywowali
jakieś ładunki w nikarduńskiej bazie. Na szczęście patrol znalazł tylko
jeden, choć bardzo duży. W dodatku pozostawał nieaktywny, wyłączony
przez nawałę jonową "Czujnego", i chissańscy inżynierowie mogli
bezpiecznie go rozbroić.
Kiedy załogi promów przeszukiwały stację, Ar'alani wreszcie zrozumiała,
co właściwie nie dawało jej spokoju.
- Tam - rzekła, wskazując na jeden z obrazów przesłanych na okręt przez
załogi promów. - Ten ślad po trafieniu. Jeden strzał, z bliska, tylko
tyle, żeby przebić kadłub i rozhermetyzować to pomieszczenie.
- I uszkodzenie niezbyt duże, żeby nie było później większych kłopotów z naprawieniem kadłuba - rzekła z namysłem Wutroow. - Czyli kiedy ich
podstępna asteroidowa bomba wybuchła tuż przy wejściu do bazy, a parę
dodatkowych pocisków zniszczyło strefy dowodzenia i kontroli, zaczęli po
prostu robić dziury w ścianach, aż wszyscy w środku zginęli.
- A potem kontynuowali to samo wewnątrz bazy. - Ar'alani wskazała na
ekran. - Planowali od początku zabić wszystkich Nikardunów w bazie,
zniszczyć, co się da, żeby przekonać wszystkich, którzy tu będą
zaglądać, że nikogo już nie ma, a potem, kiedy wszyscy odlecą, zakraść
się i doprowadzić stację znów do stanu używalności.
- Bo kto by wracał, żeby przyjrzeć się drugi raz miejscu ewidentnie
wyglądającemu na bezużyteczne? - zgodziła się Wutroow. - Czyli większość
tych szczątków zostawili tylko dla picu?
- Raczej nie - odparła Ar'alani. - Nikardunowie zapewne mieli tu sporo
okrętów, tych, które pilnowały bazy, i innych, które tylko ją
odwiedzały. Ten cały złom to ich resztki.
- Ano tak - westchnęła Wutroow. - Ale w takim razie... Co to było? Jakaś
stacja paliwowa, której istotność Yiv starał się ukrywać?
- Nie, myślę, że pełniła ważniejszą funkcję. - Ar'alani poczuła lekki
dreszcz. - Moim zdaniem to miejsce spotkań i koordynacji działań
podwładnych Yiva i ich sojuszników.
- Nie przypominam sobie, żeby podczas bitwy nad Primeą pojawili się
jacyś ich sojusznicy - stwierdziła Wutroow. - Myśli pani, że nam i Vakom
udało się rozprawić z Nikardunami, zanim Yiv zdążył ściągnąć posiłki?
- Lub też nigdy nie miały tam dotrzeć - rzekła Ar'alani. - Zauważ, gdzie
jest położona baza: ukryta, na uboczu, ale dość blisko Jutrzenki.
- I na trasie między Jutrzenką a Dynastią - zauważyła Wutroow.
- Owszem - przytaknęła Ar'alani. - Idealne miejsce dla kogoś, kto
chciałby obserwować nas albo lud Magys.
- Albo jedno i drugie - rzekła ponuro Wutroow. - Przynajmniej tłumaczy
to, dlaczego widzieliśmy ten sam pancernik nad Jutrzenką. I to pewnie
miała być ich baza naprawcza i serwisowa, tylko że nie zdążyli jej
uruchomić.
- Też o tym pomyślałam. - Ar'alani skinęła głową. - Pewnie nie
spodziewali się, że tak szybko znajdziemy Jutrzenkę.
- A stało się tak tylko dlatego, że Thrawn natknął się na Magys i jej
uchodźców i postanowił zaryzykować - mruknęła Wutroow. - Oj, niektórzy
mocno się zjeżą, kiedy o tym usłyszą.
- Thrawn nie od wczoraj wzbudza takie uczucia wśród arystokrów -
zauważyła Ar'alani. - Poza tym fakt, że ta sama sztuczka z asteroidą -
wyrzutnią pocisków - została zastosowana i tu, i tam, stanowi dodatkowe
potwierdzenie, że ci, z którymi zadarliśmy nad Jutrzenką, zaatakowali
również tę bazę.
- Do tego dochodzi ta druga baza Nikardunów, którą sprawdzaliśmy
wcześniej - przypomniała Wutroow. - To na pewno nie przypadek, że obie
zostały zaatakowane. - Podniosła palec. - I coś przyszło mi jeszcze do
głowy. Nazwała ich pani chwilę temu sojusznikami... Ale co, sojusznicy
Nikardunów mieliby zniszczyć ich dwie różne bazy...?
- Masz rację. - Usta Ar'alani drgnęły. - Nikardunowie nie byli w sojuszu
z agresorami. Stanowili ich narzędzia. A nie niszczy się dobrego
narzędzia, chyba że ma się coś lepszego pod ręką.
- Chyba że się myśli, że to narzędzie zaraz samo się zepsuje -
dopowiedziała Wutroow. - Ciekawe, czy wiedzieli, że Thrawn nie zabił, a tylko pojmał generała Yiva.
- Interesujące pytanie. - Ar'alani uśmiechnęła pod nosem. - Powinnyśmy
podsunąć parę nowych tematów agentom Rady przeprowadzającym
przesłuchania.
- Zakładając, że wrócimy w jednym kawałku na Csillę - westchnęła
Wutroow. - Nawet jeśli ta baza nie działa, patrolowce mogą mieć w pobliżu znajomych.
- Słuszna uwaga. - Ar'alani włączyła mikrofon przy fotelu. - Dowódca
patrolu?
- Tak jest, pani admirał - odezwał się Biclian. - Właśnie znaleźliśmy
kolejny stos sprzętu. To już czwarte złomowisko, a wcale nie
skończyliśmy jeszcze wszystkiego sprawdzać.
- Właśnie skończyliście - oznajmiła Ar'alani. - Mam przeczucie, że
zbytnio przeciągnęliśmy nasz pobyt tutaj. Ile wam zajmie dokładne
sfilmowanie tego złomowiska?
- Jeśli nie chce pani więcej fizycznych dowodów poza tymi, które już
przesłaliśmy na "Czujnego", to jakiś kwadrans - rzekł z namysłem w głosie Biclian. - Jeśli mamy jednak zebrać próbki, wtedy jeszcze
godzinę.
- Zróbcie tylko nagrania - zdecydowała Ar'alani. - Wypełniliśmy tyle
skrzyń, żeby uszczęśliwić inżynierów z Naporara na długo. Przekaż
pozostałym drużynom, że mają skończyć i wracać na promy. Chcę być w nadprzestrzeni za czterdzieści minut.
- Tak jest - odparł posłusznie Biclian. - Zaraz wracamy.
Ar'alani wyłączyła komunikator.
- Słyszeliście wszyscy - dodała, podnosząc głos, tak żeby nie pominąć
nikogo na mostku. - Za czterdzieści minut skok w nadprzestrzeń.
- Skok za czterdzieści minut - powtórzyła Wutroow, wprowadzając rozkaz
na questisie. - Mam pójść po Ab'begh? Zapewne chce pani, żeby nas
przeprowadziła przez pierwszą część drogi powrotnej.
- Zdecydowanie tak. Ale nie ma pośpiechu. Może być w swojej kwaterze
jeszcze przez pół godziny.
- Aha. Bo nie chcemy, żeby się zaczęła nudzić. - W głosie Wutroow
zabrzmiał sarkazm.
- Nie niepokoi mnie, że będzie się nudzić. - Ar'alani spojrzała
pochmurnie na ekran taktyczny. - Tak jak mówiłaś, te patrolowce mogą nie
być tu same.
Wiele lat temu, kiedy starsza kapitan Xodlak'in'daro wstąpiła do
Ekspansyjnej Floty Obronnej, odbyła się wykwintna uroczystość, podczas
której świętowano jej przeniesienie z rodziny, w której przyszła na
świat, do domu Xodlaków. Lakinda niewiele pamiętała z ceremonii, poza
tym, że była huczna, efektowna i że kompletnie przerosła jej prosty gust
dziewczyny z plebsu.
Podejrzewała, że dzisiejsza uroczystość przyjęcia do rodziny miała być
znacznie mniej spektakularna. Nie dlatego, że przejście z jednego z Czterdziestu Wielkich Domów do jednej z Dziewięciu Rodzin Rządzących nie
stanowiło wielkiego wydarzenia - bo z pewnością takim było - ale
dlatego, że uwagę wszystkich zaprzątały tego dnia konsekwencje fiaska
wyprawy do układu Hoxim.
I całkiem jej to odpowiadało. Większość osób, którym proponowano podobny
awans społeczny, chwyciłaby się takiej szansy obiema rękami - wiedziała
to dobrze - przeważnie nie oglądając się za siebie. Ale choć Lakinda
wiedziała, jaki zaszczyt spotkał ją ze strony rodziny Irizi, wciąż
dręczyło ją lekkie poczucie winy w związku z tak nagłym porzuceniem
Xodlaków. W końcu to oni wyciągnęli ją z nizin, a ona zawsze uważała, że
za coś takiego należy odpłacać się lojalnością.
Oczywiście nigdy nie spodziewała się, że inna rodzina będzie chciała jej
tak bardzo, by zaproponować jej przejście do siebie, więc nigdy się nad
taką możliwością nawet nie zastanawiała. A jednak do tego doszło. Co
więcej, propozycja Irizi okazała się niezmiernie hojna - u Xodlaków
Lakindzie przypisano status zasłużonej adoptowanej, a Irizi mieli z niej
uczynić zrodzoną w Próbie i znajomi, z którymi to omawiała, jednogłośnie
radzili, żeby skorzystała z tej szansy.
I dlatego znajdowała się teraz w Csaplarze, stolicy Dynastii, i szła
przez Salę Zgromadzeń do głównych biur Syndykury, zajmowanych przez
rodzinę Irizi. To dla mnie najlepsza decyzja, powtórzyła sobie stanowczo
w duchu. Jakiekolwiek poczucie winy, które być może czuła, stanowiło
wytwór jej wyobraźni i należało je ignorować do momentu, aż samo
zniknie.
Przynajmniej taką miała nadzieję.
Ceremonia, jak się spodziewała, trwała krótko i przeprowadzono ją dość
niedbale. Mówca Irizi'emo'lacfo zabrał ją do swojego gabinetu, gdzie
czekali świadkowie. Zaanonsował jej przejście z rodziny Xodlaków do
rodziny Irizi, pomógł w wygłoszeniu przysięgi, w której ona i rodzina
deklarowali wzajemną lojalność, i pogratulował jej nowego statusu.
Ukłucie winy, jakie poczuła podczas przysięgi, szybko popadło w zapomnienie w natłoku dokumentów związanych z uroczystością, którymi
zarzucił ją Mówca.
Pół godziny po przybyciu opuściła gabinet - już nie jako starsza kapitan
Xodlak'in'daro, ale starsza kapitan Irizi'in'daro.
"Ziinda". Powtarzała co chwilę swoje nowe imię rdzeniowe, idąc z powrotem korytarzem do platformy dla promów. Miało ładne, egzotyczne
brzmienie, ale zdecydowanie trochę jej zajmie, zanim się do niego
przyzwyczai. "Ziinda". "Ziinda".
- Starsza kapitan Ziinda? - odezwał się głośno ktoś za jej plecami.
Pomimo jej dotychczasowych starań, chwilę potrwało, zanim zrozumiała, że
ktoś zwraca się właśnie do niej.
- Tak? - Przystanęła i się odwróciła.
Nie rozpoznała kobiety, która do niej podchodziła, ale
granatowo-czerwona szata w prążki z ciemnoczerwonymi rękawami i czarnym
filigranowym ornamentem była jej zdecydowanie znajoma. A jeśli dodać do
tego charakterystyczny naramiennik Mówcy...
- Starsza kapitan Ziinda? - powtórzyła kobieta.
- To ja - powiedziała Ziinda. Ścisnęło ją w żołądku, a uśpione poczucie
winy znów się przebudziło.
- Jestem Mówczyni Xodlak'brov'omtivti - rzekła sztywno kobieta,
zatrzymując się pół metra przed Ziindą. - Miałam nadzieję, że zdołam się
z panią zobaczyć przed spotkaniem z Mówcą Ziemolem. Widzę, że się
spóźniłam.
- Tak - odparła Ziinda. - W czym mogę pomóc?
Lakbrovom przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu. Ziinda zmusiła się,
by nie spuścić wzroku, w duchu nakazując sobie, by nie okazywać
onieśmielenia. Mówczyni Lakbrovom może i była najwyższym rangą Xodlakiem
w Syndykurze, ale Ziinda należała teraz do rodziny Irizi i hierarchia
Xodlaków nic już dla niej nie znaczyła.
- Miałam nadzieję, że będę mogła przedstawić pani argumenty, które
skłoniłyby panią do pozostania w naszej rodzinie - powiedziała w końcu
Lakbrovom. - Jak rozumiem, Patriarcha czuł się nieco urażony, że nie
powiedziała pani nikomu o propozycji Irizi przed jej przyjęciem.
- Przykro mi, jeśli odeszłam od standardowej procedury - odparła Ziinda,
w pełni świadoma, że nic takiego nie zrobiła. Osoba, której
zaproponowano przejście do innej rodziny, mogła porozmawiać o tym z członkami obecnej, ale nie stanowiło to koniecznego wymogu. - W moim
odczuciu nadeszła jednak pora, bym zmieniła coś w życiu.
- Dlaczego? - zapytała wprost Lakbrovom. - Irizi zaproponowali pani
wyższy status? Mogliśmy zrobić to samo. Zaofiarowali pani pieniądze,
ziemię, pozycję?
- Żadna z tych rzeczy nie była czynnikiem decydującym - odpowiedziała
Ziinda. To co, Lakbrovom chciała szczerości? Nie ma sprawy! Ziinda też
potrafiła mówić bez ogródek. - Wiedziałam, że mój czas u Xodlaków zbliża
się ku końcowi już na "Przesileniu", kiedy mój pierwszy oficer na
pokładzie tej rodzinnej fregaty odebrał mi dowodzenie. A ponieważ jest
zrodzonym z krwi, to ten akt buntu przeszedł bez echa.
- Ranga w rodzinie nie może o niczym decydować na okręcie floty - rzekła
Lakbrovom.
- Nie słucha mnie pani - powiedziała przez zaciśnięte zęby Ziinda. - Nie
był to okręt Ekspansyjnej Floty Obronnej, tylko okręt rodziny.
Gniew w oczach Lakbrovom jakby zelżał. Może doszła do wniosku, że zbyt
pobieżnie przeglądała raport o wydarzeniach nad Hoximem.
- To żadna wymówka - rzekła powoli. - Żaden Xodlak nie powinien
wykorzystywać w taki sposób swojej pozycji. Ja z pewnością bym tego nie
zrobiła.
- Miło mi to słyszeć - stwierdziła Ziinda. - Problem w tym, że ten
Xodlak tak zrobił. Jeśli mi pani wybaczy, oczekują mnie już na okręcie.
- Składam przeprosiny w imieniu rodziny - odezwała się Lakbrovom, kiedy
Ziinda zaczęła się odwracać. - Zadbam, aby został odpowiednio ukarany.
- Jak sobie pani życzy. - Ziinda spojrzała jej w oczy. - Ale tylko jeśli
pani sobie tego życzy. Wewnętrzna polityka rodziny Xodlaków już mnie nie
interesuje.
Kiedy tym razem się odwróciła, Lakbrovom zachowała milczenie.
"Może mogłam sobie darować ten ostatni przytyk" - pomyślała Ziinda,
śpiesząc korytarzem. Może był nawet dziecinny. Ale musiała przyznać, że
dobrze się po nim poczuła.
Bo przecież czy nie o to chodziło w całej polityce i stosunkach
rodzinnych? Dawać i zabierać, wygrywać lub przegrywać, wbijać komuś
szpilkę lub samemu stać się celem drwiny... Tak było zawsze i tak zawsze
będzie. Niezależnie od tego, jaka to rodzina, niezależnie o kogo
konkretnie chodziło.
Tak działali Chissowie - i to nigdy się nie zmieni.
Wspomnienia I
Witanie nowych zasłużonych adoptowanych na oficjalnej kolacji z okazji
ich przyjęcia do rodziny stanowiło, jak słyszał często arystokr
Mitth'ras'safis, jeden z najgorszych obowiązków powierzanych niskim
rangą członkom tejże rodziny. Nowe nabytki albo były wyjątkowo
uzdolnione i dlatego zaproponowano im dołączenie do Mitthów - a wtedy
zwykle miały wygórowaną opinię o sobie i własnej wartości - albo
stanowiły świeży narybek w siłach zbrojnych Dynastii, a wówczas
sprawiały wrażenie bardzo skrępowanych i, no cóż, zachowywały się
strasznie po wojskowemu. Niemal wszyscy zrodzeni z krwi, kuzynowie i dostojni krewniacy wymigiwali się od obowiązku przyjmowania nowych
członków, obciążając tym zwykle zrodzonych w Próbie i zasłużonych
adoptowanych, z których nikt nie miał na tyle wpływów, by tego uniknąć.
Na tym tle Thrass zdecydowanie się wyróżniał, ponieważ w przeciwieństwie
do niemal wszystkich swoich znajomych szczerze lubił to zajęcie.
Oczywiście wykonywał je tylko od trzech lat i w tym czasie miał okazję
powitać tylko jedenastu zasłużonych adoptowanych. Może po kilku
kolejnych ekscytacja związana z poznawaniem i ocenianiem nowych osób
osłabnie, a on stanie się tak samo cyniczny i zblazowany, jak wszyscy
inni...
Nie, do tego raczej nie dojdzie. Każdy z nowo przyjętych został
zatwierdzony przez biuro Patriarchy, a spora ich liczba przez samego
Patriarchę i Thrassowi naprawdę sprawiało frajdę sprawdzanie, czy da
radę odkryć, co czyniło danego kandydata kimś wyjątkowym w oczach
rodziny.
Weźmy na przykład tego tutaj, młodego mężczyznę, który właśnie otrzymał
nowe imię - Mitth'raw'nuru. Stał w sali spotkań, przyglądając się
pejzażom ukazującym Avidich i stojącym w kątach posążkom
przedstawiającym lub wykonanym przez Patriarchów Mitthów sprzed wieków.
Zdaniem Thrassa wyglądał na nieco zagubionego. Zwykła reakcja u kogoś,
kto został zabrany z nic nieznaczącej rodziny z pomniejszej planety i przyjęty do jednej z najważniejszych Dziewięciu Rodzin Rządzących
Dynastii. Thrawn miał na sobie mundur kadeta Akademii Taharim, czyli
zabrano go z domu od razu na Naporar, a potem sprowadzono na Avidich,
aby go powitać w rodzinie i udzielić niezbędnych wyjaśnień.
Thrass zmarszczył brwi. W przypadku nowych wojowników zwykle odbywało
się to na odwrót - najpierw trafiali na Avidich, a potem na Naporar.
Najwyraźniej ktoś z rodziny chciał, by młody człowiek znalazł się jak
najszybciej w szeregach Ekspansyjnej Floty Obronnej, przed formalnym
przyjęciem na łono Mitthów.
Oby tylko nie okazywał podczas walki takiego onieśmielenia jak tutaj, w dużej sali spotkań Rodziny Rządzącej. Nieco to zresztą Thrassa zdziwiło,
bo wspólną cechą wszystkich wojskowych w Dynastii była ich
demonstracyjna pewność siebie.
Młody mężczyzna odwrócił się, kiedy tylko Thrass wszedł do środka przez
zwieńczone łukiem drzwi.
- Kadet Mitth'raw'nuru? - zapytał oficjalnym tonem Thrass.
- Jam nim - odparł Thrawn.
- Witamy na Avidichu - rzekł Thrass. - Jestem arystokr Mitth'ras'safis.
Pomogę panu w formalnościach, na podstawie których zostanie pan w pełni
i oficjalnie przyjęty do rodziny Mitthów. - Wskazał ręką salę. - I proszę się nie przejmować tym wytwornym wystrojem. W tej sali spotkań
witamy dygnitarzy i emisariuszy z innych rodzin i chcemy, aby od
początku wiedzieli, z kim mają do czynienia.
- Nie onieśmiela mnie to - powiedział spokojnie Thrawn. - Po prostu
zwróciłem uwagę na coś nietypowego. Autor trzech z tych pejzaży
wyrzeźbił również dwa posążki. Rzadko się zdarza, żeby twórca
specjalizował się w obu tych dziedzinach sztuki.
Thrass się rozejrzał. Miał okazję przebywać w tej sali już co najmniej
kilkadziesiąt razy, a dwukrotnie zwiedzał galerię oficjalnej sztuki
rodzinnej w siedzibie rodu na Csilli, i żadne z dzieł, o ile dobrze
pamiętał, nie miało widocznych podpisów ani innych oznaczeń.
Bo na tym polegała istota tych zbiorów sztuki - były to dzieła Mitthów.
Chciano, aby wszyscy widzieli w nich nie wytwory jednostek, ale rodziny
jako takiej.
Skąd więc Thrawn wiedział, które płótna zostały wykonane przez
konkretnego artystę?
- Które? - zapytał Thrass. - Proszę mi pokazać.
- Te trzy pejzaże. - Kadet wykonał polecenie. - I te posążki. - Wskazał
dwie figurki w jednym z rogów sali.
Thrass podszedł bliżej. Tak jak pamiętał, dzieł nie opatrzono żadnymi
podpisami informacyjnymi.
- Dlaczego uważa pan, że są wykonane przez jedną osobę? - zapytał.
Thrawn zmarszczył czoło.
- Bo są - powiedział lekko zdziwionym tonem. - Linie, kolory, połączenie
materiału... To... - Zacisnął usta.
- Oczywiste? - podsunął Thrass.
Thrawn spojrzał na niego tak, jakby chciał przytaknąć, ale zaraz się
zreflektował.
- Trudno to wyjaśnić - rzekł wymijająco.
- No to sprawdźmy. - Thrass wyjął questis. Dzieła może i nie miały
opisów, ale artyści z pewnością zostali ujęci w bazie danych. - Może mi
pan powiedzieć o nich coś jeszcze? - dodał, uruchamiając wyszukiwanie. -
Wzrost artysty, a może jego ulubione potrawy?
- Nie znam ani jednego, ani drugiego - przyznał Thrawn. Jeśli zauważył,
że Thrass pozwolił sobie na żarcik, nie pokazał tego po sobie. - Ale
moim zdaniem przeżył osobistą lub rodzinną tragedię między namalowaniem
tych dwóch obrazów. - Wskazał dwa pejzaże. Jeden przedstawiał wzburzony
basen pływowy nad brzegiem oceanu, a drugi ośnieżony górski szczyt
celujący w niebo. - Tragedia mogła się zresztą wydarzyć przed powstaniem
wszystkich dzieł poza tym jednym, ze zbiornikiem wodnym. Zdaje mi się
też, że artysta jest kobietą, ale to tylko wrażenie, a nie stuprocentowa
dedukcja.
- Skąd to wrażenie? - zapytał Thrass, wpatrując się w questis. Znalazł
listę. Teraz wystarczy ją tylko posortować i oznaczyć pięć dzieł
wskazanych przez Thrawna.
- Ze względu na konturowanie i łączenie barw - wyjaśnił Thrawn. - Ale
jak mówiłem, nie twierdzę, że wiem to na pewno.
- Rozumiem. - Thrass stłumił uśmiech. Przecież tak czy owak takie ujęcie
sprawy dawało mu pięćdziesiąt procent szans, że ma rację.
Jego skrywany uśmiech przemienił się w skrywany grymas. Powiedział sobie
wcześniej, że nigdy nie zacznie cynicznie podchodzić do nowicjuszy,
których przyjmował do rodziny. Czyżby już łamał obietnicę, którą sam
sobie złożył? Przeszukiwanie bazy dzieł właśnie się kończyło...
Wpatrywał się w ekran questisa. Nie. To niemożliwe.
- Jakiś problem? - zapytał Thrawn.
Thrass rzucił mu ukradkowe spojrzenie, starając się zachować kamienną
twarz. Nie, nie było mowy, żeby zwykły kadet spojrzał na dzieła sztuki i od razu doszedł do takich wniosków. Z pewnością wcześniej przejrzał bazy
danych.
Tylko że istniały setki tysięcy dzieł sztuki wykonanych przez członków
rodziny Mitthów i często przenoszono je między majątkami rodzin i biurami. Prawdopodobieństwo, że akurat te będą się znajdować w tej
konkretnej sali spotkań, w tym konkretnym dniu, równało się niemal zeru.
Odetchnął powoli.
- Ma pan rację - powiedział, starając się nadać swojemu głosowi spokojne
brzmienie. Kuzyn z rodziny Mitthów nie powinien podchodzić nawet z umiarkowanym podziwem do nowego zasłużonego adoptowanego. - Wszystkie
pięć dzieł wyszło spod ręki legendarnej Dwunastej Patriarchini,
Mitth'omo'rossodo, zwanej czasem Tragiczną. Czterej jej synowie, wszyscy
jej synowie, zginęli w walce... - Wyświetlił jej biogram i szybko porównał
daty. - ...trzy miesiące po powstaniu obrazu z brzegiem morskim.
- Wszyscy czterej - szepnął Thrawn, odwracając głowę w kierunku pejzażu.
- Rzeczywiście straszliwa strata.
- Według źródeł bardzo się starała, żeby nie wpłynęło to na jej rządy -
ciągnął Thrass. - Ale ten pejzaż górski stanowił ostatnie jej dzieło. A przynajmniej ostatnie, które przetrwało do naszych czasów.
- Jestem w stanie to zrozumieć - powiedział Thrawn. - Artystka o takim
talencie i samoświadomości z pewnością widziała, jak blizny wspomnień
wpłynęły na jej inspirację twórczą i postanowiła porzucić sztukę, póki
nie odzyska wcześniejszego spokoju ducha.
Thrass się skrzywił.
- Ale nigdy tak się nie stało - mruknął.
- Nie - rzekł cicho Thrawn. - Czasem strata dotyka nas zbyt głęboko, aby
kiedykolwiek się w pełni zaleczyć.
Thrass przyjrzał mu się przenikliwie, zwracając uwagę na napięte mięśnie
policzków i sztywną szyję.
- Brzmi to, jakby mówił pan z doświadczenia.
Thrawn wzruszył nieznacznie ramionami.
- Nie większego niż cierpienie wielu innych osób w Dynastii - odparł i spięte mięśnie jego twarzy się wygładziły.
Choć musiał zmusić się do tego świadomie, Thrass nie miał co do tego
wątpliwości. Ból, który czaił się w głębi oczu Thrawna, nie opuści go
prędko.
Takiego cierpienia nie okazywało się jednak publicznie i z pewnością
nikt nie powinien go wypatrywać u kogoś dopiero co poznanego. Jeśli
życie w ogóle czegoś Thrassa nauczyło, to tego, że trzeba szanować
prywatne życie innych.
- Przykro mi to słyszeć - powiedział i wskazał na drzwi. - Może to
raczej rozmowa na kiedy indziej... Zaprowadzę pana do jego pokoju. Kolacja
jest za trzy godziny i zapewne powinien pan przećwiczyć swoją rolę w ceremonii.
Bankiet z okazji przyjęcia do rodziny jak zwykle był wystawną - i zdaniem Thrassa - nieco zbyt podniosłą uroczystością. Jednak tradycja
zobowiązywała i ceremonia wywarła odpowiednie wrażenie na gościach i zaproszonych dygnitarzach, którzy nie ukrywali swojego zadowolenia z obecności na niej.
Jedyny wyjątek stanowił zapewne Thrawn. Siedział po drugiej stronie
długiego stołu, kilka krzeseł dalej, i Thrass nie słyszał niczego, co
mówił. Wydawało się jednak, że kadet w miarę sobie radzi. Odpowiadał na
pytania zadawane mu przez sąsiadów i akurat ci jego interlokutorzy
wydawali się usatysfakcjonowani jego wypowiedziami. A przynajmniej żaden
z nich nie przewracał oczami ani nie odwracał się z lekceważeniem od
Thrawna.
Kadet jednak sam z siebie nie zaczynał rozmów. Przez większość czasu
tylko siedział i jadł w milczeniu, rozglądając się i słuchając
wszystkiego, co się wokół niego działo. Raz Thrass zauważył, jak
wpatruje się w gobeliny wiszące w rzędzie na ścianie dużej sali
bankietowej, powoli przesuwając wzrok z jednego na drugi.
Powitalna ceremonia również przebiegła jak trzeba. Thrawn sprawił się
dobrze, wypowiadał swoje kwestie prawidłowo, z odpowiednim
namaszczeniem. Zdaniem Thrassa wyglądał jednak nadal tak, jakby czuł się
nieswojo.
Zapewne trudno się temu dziwić. Thrawn był zdecydowanie najmłodszym z trzydziestu kandydatów przyjmowanych tego wieczoru do rodziny i w zwykłym mundurze kadeta nie pasował do młodszego komandora i kapitana,
których witano w rodzinie wraz z nim.
Ceremonia skończyła się już ponad pół godziny temu i rozmowy wśród gości
toczyły się w najlepsze, kiedy Thrass zdołał wreszcie podejść do młodego
mężczyzny.
- Choć już pewnie słyszał to już pan kilkanaście razy, ale witam w rodzinie Mitthów - oznajmił. - Czy mogę panu zaproponować toast za nasze
nowe więzy rodzinne?
- Chętnie, dziękuję - odparł Thrawn. - Muszę powiedzieć, że nigdy nie
brałem w czymś takim udziału.
- Nie dziwię się - rzekł Thrass, prowadząc go do najbliższego stołu z napojami. - Mitthowie są znani ze swoich uroczystości. Jak długo zostaje
pan na Avidichu?
- Tylko do jutra rana. Wystawiono mi specjalną przepustkę i nie mogę
sobie pozwolić na dłuższą nieobecność.
- Brzmi to jak błaha wymówka! - prychnął Thrass, podnosząc dwa kieliszki
i podając jeden Thrawnowi. - Pokonał pan szmat drogi i zaraz musi pan
wracać i pędzić z powrotem? Jaka będzie cena za przedłużenie przepustki?
Dwa punkty nagany? Trzy? Być może moglibyśmy je skasować z pańskich akt.
- Dziękuję za propozycję - powiedział Thrawn. - Ale odpracowuję już
pięćdziesiąt, więc nie sądzę, żeby...
- Pięćdziesiąt...? - Thrass wybałuszył oczy. - Co, na niebiosa, pan
zrobił?
- Przyłapano mnie gdzieś, gdzie być nie powinienem, podczas lotu z Rentora - wyjaśnił Thrawn z lekkim zakłopotaniem. - Nie jestem nawet
pewien, dlaczego tu dziś jestem. Z pewnością ceremonia mojego przyjęcia
mogła być przesunięta o kilka tygodni.
- O, przynajmniej to jestem w stanie wyjaśnić - odparł Thrass. Czuł się
dumny, że udało mu się to wydedukować podczas bankietu. - Widzi pan tę
kobietę w fiołkowej szacie z jasnoniebieską lamówką? To patrielka Irizi
na Avidichu. Miejscowi patrielowie są zawsze zapraszani na te ceremonie,
choć zwykle mają zbyt wiele zajęć, żeby brać w nich udział. Ale Irizi
zwykle przysyłają przynajmniej jakiegoś swojego przedstawiciela.
- Ciekawe. - Thrawn upił łyk drinka. - Mówiono mi, że Mitthowie i Irizi
to rywale.
- Równie dobrze można by oznajmić, że na Csilli jest zimno - prychnął
Thrass. - Nie, przychodzą nie tyle z uprzejmości, ile dlatego, że chcą
wiedzieć, co akurat knujemy. W każdym razie jednym z ich wielkich celów
w życiu jest umieszczenie jak największej liczby swoich członków w Siłach Obronnych i w nowej Ekspansyjnej Flocie Obronnej generała
Ba'kifa, a nasz Patriarcha uznał, że woli ogłosić przyjęcie trzech
wojskowych do rodziny niż tylko dwóch. Szybka rozmowa z pułkownikiem
Wevarym, jednodniowa przepustka na podróż - i dlatego właśnie pan się tu
znalazł.
- Rozumiem - powiedział Thrawn, ale jego zmarszczone brwi sugerowały, że
w ogóle niczego nie pojmował.
- Na tym polega polityka - ciągnął Thrass. - Mnie po prostu jest
przykro, że nie może pan zostać dłużej. Zbiory sztuki patriela
zdecydowanie nie dorównują kolekcji w siedzibie rodziny na Csilli, są
jednak znakomite. Miałem nadzieję, że będę mógł pana po nich oprowadzić
i zobaczyć, jakie inne detale dostrzeże pan w tych dziełach.
- Och... Byłoby mi bardzo miło. - W głosie Thrawna brzmiała dziwna
niepewność.
- To nie rozkaz - zapewnił go Thrass. - Tylko jeśli miałby pan ochotę.
- O, miałbym - odparł Thrawn. - Tylko że... Pan jest zrodzony z krwi,
prawda?
- Jestem kuzynem - wyjaśnił Thrass. Pamiętał niejasno, że dawno temu,
kiedy musiał parę razy to sprostować, miał pewne poczucie winy. Teraz
jednak w ogóle się tym nie przejmował.
Choć ewidentnie Thrawn czuł się z tym nieswojo. I doprawdy nic dziwnego,
zważywszy na jego obecny niski status i na to, jak poważnie podchodzili
nowi członkowie rodziny do niewypowiedzianych zasad etykiety dotyczących
właściwego zachowania.
- Ale różnica w naszym statusie nie oznacza, że nie możemy ze sobą
rozmawiać albo razem oglądać dzieł sztuki - dodał na wszelki wypadek.
- Rozumiem - rzekł Thrawn, choć Thrass znów odniósł wrażenie, że nie,
naprawdę nie rozumiał. - Być może pewnego dnia będzie mógł pan mnie
oprowadzić. Ale na razie naprawdę powinienem udać się na spoczynek.
Odlatuję wcześnie rano.
- Oczywiście - powiedział Thrass. - Dobrej nocy, kadecie Thrawn, i bezpiecznej podróży. Z pewnością znów się spotkamy.
- Mam nadzieję, arystokrze Thrass. - Usta Thrawna drgnęły w nieśmiałym
uśmiechu. - Co najmniej przez następne dwa lata będzie pan wiedział
dokładnie, gdzie mnie szukać.
- Nie bywam często na Naporarze - zaznaczył Thrass. - Ale jeśli mi się
to zdarzy, z pewnością pana odwiedzę.
- Dziękuję - powiedział Thrawn. - Dobranoc.
- Dobranoc.
Przez chwilę Thrass patrzył, jak Thrawn idzie przez salę, mijając
rozgadane grupki osób z wdziękiem, który mocno kontrastował z jego mniej
wyrobionymi umiejętnościami konwersacyjnymi i towarzyskimi. O tak,
niezły dziwak z niego.
Ale przynajmniej interesujący, w odróżnieniu od większości dziwaków.
Może warto będzie poświęcić czasem parę minut, żeby zajrzeć do profilu
kadeta z Taharim i zobaczyć, jak mu idzie...
A tymczasem byli tutaj inni goście, z którymi kuzyn z rodziny Mitthów
powinien przynajmniej się przywitać. Począwszy od tej patrzącej na
wszystko z góry patrielki Irizi, o tam. Żeby się nieco wzmocnić, wziął
kolejny kieliszek i ruszył przez tłum gości.
Idąc, uświadomił sobie, że przygląda się gobelinom i obrazom zdobiącym
salę. Że zastanawia się, co właściwie Thrawn potrafił w nich dostrzec.
Rozdział 2
Tydzień wcześniej, rozmyślał Mitth'urf'ianico,
czyli wtedy, kiedy piastował tylko stanowisko najwyższego syndyka, miał
w zwyczaju wstawać codziennie o szóstej rano. Teraz, jako Patriarcha
Thurfian, najpotężniejsza osoba w rodzinie Mitthów, rozpoczynał dzień
dwie godziny wcześniej.
- Z czasem będzie łatwiej, wasza czcigodność - zapewnił go starszy
asystent Mitth'iv'iklo, przesyłając kolejny pakiet plików na questis
Thurfiana. - Pamiętam, jak Patriarcha Thooraki wstawał codziennie rano o czwartej, kiedy został głową rodziny... Ale po paru latach mógł już sypiać
aż do piątej trzydzieści.
- Doprawdy? - Thurfian przyjrzał się uważnie mężczyźnie. Thivik pracował
w biurze Patriarchy od bardzo dawna, ale nie wyglądał aż tak staro... -
Nie wiedziałem, że współpracował pan z nim już wtedy.
- Och, nie pracowałem bezpośrednio dla Patriarchy - wyjaśnił Thivik. -
Byłem tylko sekretarzem jednego z jego urzędników. Ale wszyscy tu ze
sobą rozmawialiśmy.
- Oczywiście - rzekł Thurfian. Ciekawe, co urzędnicy, sekretarze i asystenci mówili o swoim nowym zwierzchniku...
Zapewne nic pochlebnego, jak podejrzewał. Patriarcha Thooraki był silnym
i sprawnym przywódcą, bardzo lubianym przez swój personel i większość
starszych urzędników z rodziny Mitthów. Rzucał długi, wyrazisty cień na
rodzinę oraz Dynastię i upłynie wiele czasu, zanim Thurfian czy
ktokolwiek inny choć trochę zapełni lukę po nim.
Może to jeden z powodów, dla których Mówca i patriele nie chcieli
przyjąć tego stanowiska, w rezultacie wysuwając kandydaturę Thurfiana.
Mógł tylko mieć nadzieję, że to nie jedyny ich powód.
- Jest już również pański gość z dziewiątej - mówił dalej Thivik. -
Czeka w recepcji.
- Dziękuję. - Thurfian spojrzał na niego, marszcząc brwi. Te zwykłe
słowa zostały wypowiedziane jakby z dezaprobatą. - Czy to jakiś problem?
- Oczywiście, że nie, wasza czcigodność - odparł Thivik. - Jest pan
Patriarchą i może pan się spotykać, z kim pan chce.
- Ale dlaczego spotykam się akurat z syndykiem Irizi? - dopowiedział
Thurfian.
Thivik się zawahał.
- Może się pan spotykać, z kim pan chce - powtórzył, tym razem z wyraźną
niechęcią. - Wydaje mi się po prostu, że wysyła pan w świat niejasny
przekaz, rozmawiając z jednym z naszych przeciwników, zanim zdążył pan
przyjąć u siebie wszystkich naszych patrieli i radnych.
- Ciekawa uwaga - stwierdził Thurfian. - A czy przyszło ci do głowy, że
może chcę wysłać taki dziwny sygnał? Że chcę dać do zrozumienia rodzinie
Irizi i ogólnie całej Dynastii, że wchodzimy być może w nową epokę
współpracy między rodzinami?
- Wasza czcigodność, to... - Thivik urwał. Przełknął ślinę, szukając słów.
- Nasza rywalizacja z Irizi trwa od bardzo dawna, jest żywa po obu
stronach.
- Może nadeszła pora, żebyśmy się nad nią zastanowili - rzekł Thurfian.
- Wasza czcigodność...
- Co nie oznacza, że oddam im klucze do naszego domu - ciągnął Thurfian.
- Zamierzam dać jasno do zrozumienia, że jeśli zawrzemy pokój z Irizi,
odbędzie się to na naszych, a nie na ich warunkach.
- Rozumiem. - Thivik odzyskiwał powoli wcześniejsze opanowanie. - Tak.
Naturalnie to do pana należy podejmowanie takich decyzji.
- Owszem - rzekł cicho Thurfian. - Proszę więc wprowadzić syndyka
Irizi'stal'mustro.
- Tak jest, wasza czcigodność. - Ukłoniwszy się, Thivik się odwrócił i wyszedł szybko z gabinetu. Jego mowa ciała wyraźnie wskazywała na
poczucie ulgi, posłuszeństwo i ślad utrzymującego się niepokoju.
Dużo, jak na tak niewielką osobę, stwierdził Thurfian, kiedy jego
starszy asystent zamknął za sobą drzwi: okazywane na zewnątrz
posłuszeństwo, czająca się pod spodem dezaprobata. Przez chwilę
zastanawiał się, jak długo Thivikowi zajęło opanowanie tego nietypowego
połączenia.
Przeglądał drugi pakiet plików od Thivika, kiedy drzwi znów się
otworzyły i asystent w milczeniu wpuścił do środka syndyka Zistalmu.
- A, syndyk Zistalmu - powitał go Thurfian, wskazując fotel dla gościa
ustawiony przy rogu biurka. - Dziękuję, że mógł pan przyjść. Proszę
usiąść.
- Dziękuję, Patriarcho. - Zistalmu podszedł do fotela i usiadł. Jego ton
i wyraz twarzy zdradzały nieufność. - Zacznę od pogratulowania panu
nowego stanowiska na czele rodziny Mitthów. Wasi patriele wykazali się
wielką mądrością i przenikliwością, wybierając następcę Patriarchy
Thoorakiego.
- Dziękuję. - Thurfian pochylił głowę i spojrzał na Thivika, stojącego
przy otwartych drzwiach. - To wszystko, starszy asystencie.
- Dobrze, wasza czcigodność - odparł Thivik, ukłonił się i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Thurfian spojrzał na Zistalmu.
- A jak sądzę, w rzeczywistości chciałeś powiedzieć - rzekł, uśmiechając
się pod nosem - jak, na Dynastię, patriele potknęli się o mnie, idąc na
wybory właściwego Patriarchy?
- Może nie ująłbym tego dokładnie w ten sposób... - Twarz Zistalmu lekko
się rozluźniła. - Ale gratulacje złożyłem szczerze.
- Dziękuję - rzekł Thurfian. Oczywiście Zistalmu powinien zwracać się
teraz do niego "wasza czcigodność", skoro Thurfian został Patriarchą. Ze
względu na ich wcześniejszą współpracę, Thurfian postanowił mu to jednak
podarować. - A ty teraz jesteś...
Zistalmu wzruszył lekko ramionami.
- Najwyższym syndykiem - powiedział.
- Tak myślałem - rzekł Thurfian. - Przetasowania, które zauważyłem
podczas ostatniej plenarnej sesji Syndykury... Ale nie ma to teraz
znaczenia. Przyjmij również i moje gratulacje.
- Dziękuję. Zakładam, że zaprosiłeś mnie tutaj, żeby mi powiedzieć, że
to koniec naszego planu rozprawienia się z Thrawnem?
- Wręcz przeciwnie. - W głosie Thurfiana zabrzmiała zawziętość. -
Chciałem się dowiedzieć, czy wiesz, co, do cholery, zaszło dwa tygodnie
temu między rodzinami Xodlaków, Pommrio i Erighalów nad tą bezużyteczną
planetą.
- Nad Hoximem - podpowiedział Zistalmu. - A przynajmniej tak ją nazywał
radny Lakuviv podczas przesłuchania. Wiemy tylko tyle, że miały tam być
jakoby bogate złoża nyixu i że posłał tam okręty Xodlaków, by je zajęły.
Oczywiście dla nadrzędnego dobra Dynastii. Powiedziano mi, że w swojej
obronie powtarzał to co najmniej cztery razy.
- Oczywiście.
- A to, co się tam wydarzyło po ich przybyciu... Powiedzmy, że jest to
trochę niejasne.
- Ale wiemy, że brał w tym udział Thrawn.
- A czy nie jest tak zawsze? - zapytał kwaśno Zistalmu. - Wiemy również,
że kopalnia została zniszczona, podobno dlatego, że rozbił się na niej
frachtowiec.
- Wygodne - mruknął Thurfian.
- O tak, bardzo - zgodził się Zistalmu. - I zapewne Thrawn ani mru-mru?
- Nie powiedział nic nikomu, z kim mamy kontakty - odparł Thurfian. -
Dotyczy to również biura naczelnego generała Ba'kifa.
- W naszym przypadku tak samo - westchnął Zistalmu. - Czyli nie znasz
żadnych szczegółów?
Thurfian pokręcił głową.
- Nie brał w tym udziału żaden z naszych sojuszników, a inni nie chcą
nic powiedzieć.
- A tak, zupełnie jakby mieli coś do ukrycia - mruknął ironicznie
Zistalmu. - Miałem nadzieję, że wydobędziemy coś od starszej kapitan
Ziindy, ale trzyma język za zębami, tak samo jak wszyscy pozostali.
- Ziindy?
- Starsza kapitan Irizi'in'daro - wyjaśnił Zistalmu. - Jeszcze niedawno
Xodlak'in'daro. Jej przejście do rodziny Irizi zostało sformalizowane
trzy dni temu.
- A. - Thurfian skinął głową. Teraz sobie przypominał - czytał przecież,
że siłami Xodlaków nad Hoximem dowodziła starsza kapitan Lakinda, nie
wiedział jednak, że Irizi podkradli ją Xodlakom. - Masz ciekawe
podejście do zbierania informacji.
- A dziękuję. - Zistalmu uśmiechnął się krzywo. - Świeżo upieczona
członkini jednej z Dziewięciu Rodzin, kobieta przykładająca wielką wagę
do spraw rodzinnych, dumna, szczęśliwa, pragnie się przypodobać... Warto
było spróbować.
- Ale nic z tego?
- Tak jak mówiłem, umie trzymać język za zębami. - Zistalmu znów
wzruszył ramionami. - Mimo to jest znakomitą oficer. Naprawdę warto było
ją przyjąć do rodziny.
- Na to wskazuje jej kariera - zgodził się Thurfian. Choć podebranie
takiej osoby sojusznikom może też być kłopotliwe. Jeśli patriarcha
Xodlaków uzna, że zmiana barw Ziindy to dla nich potwarz, może to
ochłodzić stosunki między Xodlakami a Irizi.
Z drugiej strony, zważywszy na niejasną, ale wyraźnie nieprzyjemną
sytuację, w której znaleźli się po tym całym zamieszaniu Xodlakowie,
wątpił, żeby zażalenia w sprawie utraty wyższego rangą oficera
Ekspansyjnej Floty Obronnej znajdowały się wysoko wśród obecnych
priorytetów tej rodziny.
- Więc znam głównie tylko oficjalną wersję - ciągnął Zistalmu. - Trzy z Czterdziestu Domów posłały okręty rodzinne do układu Hoxim i skończyło
się to na walce z kanonierkami obcych, które zaatakowały "Springhawka" z zasadzki.
- A do tego jeszcze ta sprawa kopalni nyixu.
- O tym, jak sądzę, wiedzą już wszyscy - rzekł kwaśno Zistalmu. - To w zasadzie jedyna wymówka, na którą mogą się powołać wszystkie trzy
rodziny, tłumacząca ich zachowanie.
- Marna wymówka - mruknął Thurfian. - A wierzysz w tę historyjkę o zasadzce?
Zistalmu prychnął.
- Oczywiście że nie. Thrawn, wzięty z zaskoczenia? W życiu.
- Więc, innymi słowy, Thrawnowi znów udało się balansowanie na krawędzi
- stwierdził Thurfian. - Tylko tym razem nie dotyczyło to jedynie celów
wojskowych. Tym razem wciągnął w to Czterdzieści Domów i zrobił się z tego taki bałagan, jakiego należało się spodziewać. I choć raz nie może
się wykazać żadnym sukcesem.
- Może tak, może nie - mruknął niechętnie Zistalmu. - Krążą pogłoski, że
w drodze na Csillę "Springhawk" zatrzymał się na Sposii.
Thurfian zmrużył oczy.
- GUA?
- Tak mówi plotka - odparł Zistalmu. - A czy to prawda... - Wzruszył
ramionami.
Thurfian skrzywił się i spojrzał na questis. Do siedziby Grupy
Uniwersalnych Analiz na Sposii przywożono wszystkie artefakty obcych
znalezione przez służby Dynastii, aby poddać je tam badaniom. Większość
artefaktów zabytkowych w końcu trafiała do muzeów i galerii sztuki, zaś
wytwory techniki, które okazały się zbyt zniszczone lub fragmentaryczne,
żeby mogły się na coś przydać, umieszczano w magazynach lub po prostu
likwidowano.
Niekiedy jednak natrafiano na urządzenia na tyle kompletne, by można je
było zbadać. Zabierano takie przedmioty do specjalnego podziemnego
kompleksu laboratoriów, w którym naukowcy i inżynierowie biedzili się i trudzili, żeby odkryć ich tajemnice.
A czasem - bardzo rzadko - uznawano, że jeden z tych obiektów ma wartość
militarną i przenoszono go do Magazynu Czwartego.
Znajdował się tam gdzieś generator studni grawitacyjnej, który Thrawn
ukradł piratom Vagaari, podobnie jak niezwykle potężny generator osłon z Republiki, który Thrawn zabrał z bazy separatystów na skraju Podrzędnej
Przestrzeni i użył przeciwko generałowi Yivowi.
A kiedyś trzymano tam również instalację zwaną Gwiezdnym Gromem.
- Wciąż dręczy mnie niepokojąca wizja - ciągnął Zistalmu. - Całe
skrzydło GUA zajmujące się wyłącznie znaleziskami Thrawna.
- Nie jest to nieprawdopodobne - przyznał Thurfian. - Spekulowaliśmy już
przecież, że ktoś wysoko postawiony, albo z Syndykury, albo z Rady
Hierarchii Obronnej, chroni Thrawna przed skutkami jego politycznych
gaf. Może powodem są właśnie jego znaleziska.
- Nie wiem. - W głosie Zistalmu brzmiało powątpiewanie. - GUA to poletko
przede wszystkim Styblów, a oni zdecydowanie nie mają aż tak dużych
wpływów ani w Syndykurze, ani w Radzie. Gdybym miał zgadywać, to
powiedziałbym, że głównym obrońcą Thrawna był Patriarcha Thooraki.
- Może - mruknął Thurfian.
- W takim razie masz może wreszcie możliwość pozbycia się go raz na
zawsze. - Zistalmu przechylił lekko głowę. - Jeśli nadal tego chcesz.
- Gdybym nie miał już wcześniej pewności, że to konieczne, ten bałagan
nad Hoximem by mnie na pewno przekonał - powiedział ponuro Thurfian. -
Pozostaje jednak pytanie, jak to zrobić.
- Tak. - Zistalmu skinął głową. - Dobrze.
Thurfian zmarszczył brwi.
- Jak to: "Dobrze"?
- To znaczy - rzekł Zistalmu - na twoim nowym stanowisku rozwiązanie
problemu Thrawna staje się oczywiste. Wystarczy, że złożysz wniosek do
Rady Hierarchii Obronnej, żeby mianowano Thrawna komodorem...
- I dano mu rangę, dzięki której będzie mógł czynić jeszcze większe
szkody? - przerwał Thurfian. - Mówisz poważnie?
- ...a tym samym usuwając go z rodziny Mitthów - ciągnął spokojnie
Zistalmu - dzięki czemu nazwisko rodziny nie zostanie splamione, kiedy
wreszcie wypadnie z łask.
- Nie sądzę, żebym znalazł pocieszenie w nietkniętym honorze Mitthów,
jeśli upadek dotknie całą Dynastię - odparł oschle Thurfian.
- Też tak uważam - rzekł Zistalmu. - Nie miałem jednak pewności, jakie
jest twoje stanowisko. Jak mówiłem: dobrze.
Przez dłuższą chwilę wbijali w siebie wzrok, a potem Thurfian wziął
głęboki oddech.
- Czyli teraz mi ufasz? - zapytał.
Zistalmu wzruszył ramionami.
- Bardziej niż wtedy, kiedy tu wchodziłem. Czyli... rozprawiamy się z nim?
- Tak - rzekł Thurfian. - Nie wiem jeszcze jak, ale zrobimy to.
- No cóż, możemy zacząć od sprawdzenia, co się stało w układzie Hoxim. -
Zistalmu wstał. - Wrócę do Syndykury i zabiorę się za szperanie. Przed
tobą zapewne jeszcze sporo formalności i ceremonialnych obowiązków?
- Więcej, niż chciałbym, tak - przyznał Thurfian. - Ale kiedy tylko
będzie po wszystkim, przyjrzę się, co mogę zrobić jako Patriarcha.
- Dobrze. - Zistalmu uśmiechnął się lekko. - Zapewne nie musimy już się
wykradać na spotkania w Kolumnadzie Milczenia.
- Rezygnujemy z tajemnicy, ale w zamian zyskujemy wygodę. - Thurfian
obdarzył go takim samym uśmiechem. - Jedzenie też jest lepsze, jeśli i kiedy będziemy mieli okazję z niego skorzystać. Daj mi znać, kiedy
czegoś się dowiesz, a wtedy umówimy się na kolejne spotkanie.
- Tak zrobię - rzekł Zistalmu. - I raz jeszcze gratulacje.
Po wyjściu Zistalmu Thurfian wpatrywał się przez chwilę w drzwi,
układając sobie w głowie otrzymane od niego skrawki informacji, a potem
przeniósł wzrok na ekran questisa.
Przeglądał trzeci plik od Thivika, kiedy ten wrócił do gabinetu.
- Już go nie ma? - zapytał Thurfian.
Thivik skinął głową.
- Wraz z eskortą jest w drodze do Csaplaru - wyjaśnił. - Ja również
wkrótce tam ruszam.
- Lecisz na Naporar?
- Tak, wasza czcigodność. Trzeba oficjalnie przekazać pańską nominację
Ekspansyjnej Flocie Obronnej.
- Racja - przyznał Thurfian.
Thivik odwiedził już w podobnym celu Siły Obronne, ale ich siedziba
główna znajdowała się tylko parę tysięcy kilometrów od nich, za stolicą
- łatwa wycieczka kolejką naziemną. Wyprawa do kwatery głównej
Ekspansyjnej Floty Obronnej wymagała jednak skorzystania ze statku
kosmicznego rodziny i trwała kilka dni.
Mogło jednak być gorzej. Jeszcze sto lat temu nowy Patriarcha musiał
zawozić swoją nominację osobiście, a pięćset lat wcześniej wymagano od
niego wielkiego objazdu po wszystkich planetach Dynastii i spotkań ze
wszystkimi patrielami Mitthów.
Patrielowie musieli teraz sami go odwiedzać, ale wojsko nadal chciało,
żeby pofatygował się do nich przynajmniej starszy asystent.
Może za kolejne sto lat zwyczaje rozluźnią się na tyle, żeby wszystko to
załatwiano zdalnie.
- Zanim wyruszysz, sprawdź proszę, czy nie ma dokumentów, które należy
zabrać na Naporar - powiedział Thivikowi. - Jeśli tak, zaoszczędzisz
podróży jakiemuś kurierowi.
- Dobrze, wasza czcigodność - odparł Thivik. - Wrócę tak szybko, jak
będę mógł. A w międzyczasie proszę spędzić trochę czasu nad kolejnymi
dokumentami, które panu przesłałem. Z pańskim nowym stanowiskiem
związanych jest wiele delikatnych spraw.
- Z pewnością - zgodził się Thurfian. - Zrobię, co będę mógł, żeby się z nimi jak najszybciej zapoznać.
- Nie wątpię. - Thivik ukłonił się znowu. - Dobrego dnia, wasza
czcigodność.
Kiedy wyszedł, Thurfian ze znużonym westchnieniem wrócił do questisa i swojej listy lektur.
Ech, nawet gdyby próbował skłonić Ekspansyjną Flotę Obronną do
awansowania Thrawna, pewnie w życiu by tego nie zrobili...