Wspomnienia II
Podróż dobiegała końca, więc Al'iastov zamknęła Trzecie Oko i wróciła do
przygaszonych świateł mostka "Tomry", transportowca Chissańskich Sił
Obronnych. Uniosła obie dłonie znad przyrządów nawigacyjnych, czując
przemożną pustkę zarówno w sercu, jak i w żołądku.
- Starszy komandorze? - zapytała niepewnie, patrząc na oficera
siedzącego obok niej.
- Jesteśmy na miejscu - potwierdził. - Dziękuję. Przejmuję sterowanie.
- Dobra - wymamrotała. Wypięła się z uprzęży, wstała i ruszyła przez
cichy mostek w stronę śluzy.
Przeszła przez właz, a następnie podążyła korytarzem w stronę kajuty
kapitańskiej, w której przygotowano miejsce dla niej i jej opiekunki.
"Tomra" nie opuściła nigdy dotąd Dynastii, nie miała więc zwyczajowej
kajuty gwiazdogatorskiej. Opiekunka Al'iastov, Mafole, dość głośno na to
narzekała, natychmiast antagonizując tym samym młodszą kapitan Vorlip.
Na innych statkach, na których służyła, opiekunka zwykle witała ją za
mostkiem i odprowadzała do kajuty gwiazdogatorskiej. Jednak po kłótni z Vorlip Mafole oznajmiła, że nie opuści swej kabiny, póki nie dotrą na
Naporar i powiedziała Al'iastov, że będzie musiała chodzić po pokładzie
sama.
I gdy tak szła samotnie długim korytarzem, czuła, jak łzy napływają jej
do oczu.
Nie było żadnego powodu, by wysyłać gwiazdogatorkę w tę podróż.
Wiedziała o tym. Trasy wewnątrz Dynastii nie przypominały tych w Chaosie. Tu szlaki były proste i piloci wiedzieli, jak dolecieć tam,
dokąd chcieli.
Właśnie dlatego flota chciała sprawdzić Al'iastov tutaj. Takie rejsy
były bezpiecznym sposobem na zweryfikowanie, czy gwiazdogatorka jest
wciąż w stanie wykonywać swoje obowiązki.
Pilot nie powiedział ani słowa. Młodsza kapitan Vorlip też nie.
Ale Al'iastov wiedziała.
Nie była w stanie utrzymać "Tomry" na właściwym kursie. Pilot musiał
korygować go w trakcie rejsu.
Jej Trzecie Oko już właściwie zanikło. Nie mogła już wykonywać tej
pracy. Jedyne życie, jakie do tej pory znała, skończyło się. Jej życie
skończyło się cały rok wcześniej, niż się to zwykle działo.
W wieku trzynastu lat.
- Dobrze się czujesz?
Al'iastov zatrzymała się w pół kroku, wycierając szybko łzy, które
zasłoniły jej nadchodzącą postać. Kilka kroków dalej stał młody
mężczyzna w czarnym mundurze. Na kołnierzu nie miał żadnych oznaczeń, co
sugerowało, że jest kadetem, a na jego pagonie widniało wschodzące
słońce. Symbol jednej z Dziewięciu Rodzin, choć nie mogła sobie
przypomnieć, której.
- Nic mi nie jest - odparła. Jedna z jej opiekunek powiedziała kiedyś,
że nigdy nie powinna narzekać na samopoczucie. - Kim jesteś?
- Kadet Mitth'raw'nuru. Lecę do Akademii Taharim. A ty?
- Al'iastov. - Skrzywiła się, gdy przypomniała sobie, że jej tożsamość
miała pozostać utajniona przed wszystkimi oprócz najwyższych rangą
oficerów. - Jestem córką kapitan - dodała, używając wymówki, z której
miała skorzystać w razie nagabywania przez członków załogi.
Thrawn uniósł nieco brwi, a Al'iastov poczuła się jeszcze gorzej. Nie
uwierzył. Nie tylko jej życie dobiegało końca, ale i ona sama właśnie
pewnie wpakowała się w tarapaty.
- To znaczy...
- Jasna sprawa - rzekł Thrawn. - Co się stało, Al'iastov? Czy mogę ci
jakoś pomóc?
Dziewczyna westchnęła. Nie powinna przecież narzekać. Ale chyba po raz
pierwszy w życiu nie dbała o to, co powinna, a czego nie.
- Nie sądzę... Ja... martwię się. O... sama nie wiem. O to, co teraz zrobię.
- Rozumiem - powiedział chłopak.
Al'iastov wstrzymała oddech. Czyżby zorientował się, kim jest?
Buntowniczy nastrój zniknął, znów była w pełni świadoma, że pakuje się w kłopoty.
- Naprawdę? - zapytała ostrożnie.
- Oczywiście. Każde z nas odczuwa niepewność w trakcie podróży przez
życie. Nie wiem, co konkretnie cię martwi, ale zapewniam, że wszyscy
kadeci na pokładzie również stoją teraz przed poważnymi, życiowymi
zmianami.
Odrobinę jej ulżyło. A więc nie wiedział, że jest gwiazdogatorką.
- Jednak wy wiecie, dokąd zmierzacie. Jesteś kadetem i skończysz w Siłach Obronnych. Ja nie wiem, co będę robiła.
- Jesteś córką kapitan okrętu - odparł. - To z pewnością otwiera wiele
możliwości. Co więcej, moja podróż do Akademii nie oznacza, że wiem
wszystko o mojej przyszłości. A niepewność może z łatwością stać się
jednym z najbardziej przerażających stanów umysłu.
Następnie, ku kompletnemu zdziwieniu Al'iastov, Thrawn przykląkł na
jedno kolano, przez co jego twarz znalazła się nieco niżej. Dorośli
prawie nigdy tego nie robili. Nawet większość opiekunek Al'iastov zwykle
stała prosto, patrząc na nią z góry.
- A jednak choć wszyscy stajemy na wielu rozstajach, możemy wybrać naszą
drogę - ciągnął. - Też masz tę możliwość. Wybierz ścieżkę, która jest
właściwa dla ciebie.
- No nie wiem. - Al'iastov czuła, jak łzy znów napływają jej do oczu.
Jakie niby wybory stały przed trzynastoletnią gwiazdogatorką, która
zawiodła? Nikt z nią o tym nie rozmawiał. - Ale dziękuję...
- Co tu się wyprawia? - Ostry głos młodszej kapitan Vorlip dobiegł zza
jej pleców. - Kim jesteś i co tu robisz?
- Kadet Mitth'raw'nuru. - Thrawn zerwał się na równe nogi. - Zwiedzałem
statek, gdy natknąłem się na pani córkę. Wyglądała na zdenerwowaną, więc
zatrzymałem się, by zaoferować pomoc.
- Nie powinno cię w ogóle być w tym korytarzu - sarknęła Vorlip. Minęła
Al'iastov i stanęła przed Thrawnem. - Nie widziałeś oznakowania TYLKO
DLA PERSONELU?
- Założyłem, że przygotowano go na użytek ruchu cywilnego. Jako kadet
byłbym więc właśnie "personelem".
- No więc nie jesteś - syknęła Vorlip. - Powinieneś być teraz z pozostałymi kadetami.
- Proszę o wybaczenie - powiedział Thrawn. - Pragnąłem tylko poczuć
okręt.
Skłonił głowę i zaczął się odwracać.
Vorlip wyciągnęła ramię, zagradzając mu przejście.
- Co masz na myśli, mówiąc "poczuć okręt"?
- Chciałem nauczyć się jego rytmu. Pokład delikatnie wibruje,
przekazując informacje o zmianie trybu pracy silników. Naszą podróż
przez nadprzestrzeń znaczyły drobne wahnięcia i korekty. Pęd powietrza
wskazuje na drobne odchylenia, gdy zmieniamy kierunek. Kompensatory od
czasu do czasu spóźniają się z nadążeniem za tymi zmianami, co z kolei
znów można odczuć w wibracjach pokładu.
- Doprawdy? - Vorlip nie wyglądała już na zdenerwowaną. - Który to twój
lot kosmiczny w życiu?
- Pierwszy, nigdy wcześniej nie opuściłem domu.
- Rozumiem. - Vorlip zrobiła krok w jego stronę. - Zamknij oczy. Nie
otwieraj, dopóki nie wydam takiego polecenia.
Thrawn zrobił, jak mu kazano. Vorlip chwyciła go za ramiona i bez
ostrzeżenia zaczęła nim obracać.
Zaskoczony, rozłożył ręce. Potykał się, bo stopy nie nadążały za górną
częścią ciała. Vorlip nie przestawała nim kręcić, sama również powoli
poruszała się dookoła. Gdy pokonała mniej więcej jedną trzecią drogi
wokół kadeta, zatrzymała go.
- Nie otwieraj oczu - powiedziała, przytrzymując go w miejscu. - W którym kierunku lecimy?
Przez chwilę nie odpowiadał. Następnie uniósł dłoń i wskazał w stronę
dziobu "Tomry".
- Tam.
Vorlip trzymała go jeszcze przez sekundę. Wreszcie puściła i cofnęła się
o krok.
- Możesz otworzyć oczy. - Po chwili dodała: - A teraz wracaj do swoich
kwater. I nigdy już nie ignoruj takiego znaku, chyba że masz pewność, że
ci wolno.
- Tak, pani kapitan - odparł.
Zamrugał kilka razy, odzyskując równowagę, skinął Vorlip, a także
Al'iastov, do której również się uśmiechnął, po czym odwrócił się i odszedł.
- Przepraszam - wyszeptała dziewczyna.
- Nic się nie stało. - Vorlip wciąż patrzyła za odchodzącym Thrawnem.
- Jesteś na niego zła? - zapytała Al'iastov. - Chciał mi tylko pomóc.
- Wiem.
- Jesteś więc zła na mnie?
Vorlip spojrzała na nią, uśmiechając się lekko.
- Oczywiście, że nie - odparła. - Nie zrobiłaś nic złego.
- Ale... - Al'iastov urwała, zmieszana.
- Na nikogo nie jestem zła - powiedziała Vorlip. - Po prostu... Mnie
zajęło to piętnaście rejsów na czterech różnych statkach, nim
wykształciłam tego rodzaju świadomość. Ten cały Mitth'raw'nuru dokonał
tego podczas swojego pierwszego lotu.
- Czy to dziwne?
- Bardzo - przytaknęła Vorlip.
- Wydaje się miły... - urwała Al'iastov, przypominając sobie, co
powiedział o ścieżkach. - Co stanie się ze mną po odejściu stąd?
- Zostaniesz adoptowana - odpowiedziała Vorlip. - Zapewne przez jedną z Dziewięciu Rodzin Rządzących. Lubią mieć u siebie byłe gwiazdogatorki.
- Dlaczego?
- Kwestia prestiżu. Z pewnością rozumiesz, jak rzadko pojawiają się
dziewczynki o twoich zdolnościach. Adopcja zasłużona to wielki honor dla
kogoś takiego jak ty.
Al'iastov poczuła nagły ucisk w gardle.
- Nawet jeśli jesteśmy do niczego nieprzydatne?
- Nie mów takich głupot - zganiła ją Vorlip. - Każdy jest przydatny. Mam
na myśli to, że zostaniesz powitana z otwartymi ramionami w rodzinie,
która cię adoptuje. Zajmą się tobą, zapewnią dalszą edukację, a w końcu
i najlepiej pasującą do ciebie karierę.
- Chyba że mnie wywalą.
- Powiedziałam już, żebyś nie gadała głupot. Nikt cię znikąd nie wywali.
Jesteś prestiżowym nabytkiem dla rodziny, tak?
- Tak. - Al'iastov wciąż nie wierzyła w to do końca, ale dalsza rozmowa
nie miała już sensu.
Chociaż w sumie, może i miała...
- Czy będę mogła wybrać rodzinę?
Vorlip zmarszczyła brwi.
- Nie wiem. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia na temat szczegółów takiego
procesu. A co, interesuje cię jakiś konkretny ród?
- Owszem - powiedziała z przekonaniem Al'iastov. - Mitthowie.
- Och, doprawdy? - Vorlip obejrzała się przez ramię. - Jak kadet Thrawn?
- Tak.
Vorlip powoli wypuściła powietrze.
- Jak mówiłam, nie wiem, jak to się dokładnie odbywa. Ale z pewnością
nie ma powodu, dla którego nie miałabyś zapytać. Właściwie, jak się nad
tym zastanowić, to była gwiazdogatorka z twoimi wynikami powinna móc
prosić, o co tylko zechce.
Stało się. Vorlip powiedziała to na głos. "Była gwiazdogatorka".
Nawigacyjna kariera Al'iastov oficjalnie dobiegła końca.
Nagle zdała sobie sprawę, że, zaskakująco, zupełnie jej to nie
przeszkadzało.
- On też tak powiedział - wyszeptała do Vorlip. - Powiedział, że mogę
wybrać swoją ścieżkę.
- Cóż, kadeci mówią różne rzeczy. - Machnięciem ręki zbyła zarówno
Thrawna, jak i rozmowę z nim. - A teraz musicie zameldować się z opiekunką w moim biurze. Mamy kilka formularzy do wypełnienia.
"Mitth'raw'nuru" - tak się przedstawił. Al'iastov powtarzała sobie to
imię w myślach, idąc obok kapitan. "Mitth'raw'nuru". Nie zapomni go.
A gdy przyjdzie czas, rodzina Mitthów z pewnością otrzyma odpowiednią
prośbę.
Rozdział 2
Oficer przydziałowy pokręcił głową.
- Prośbie odmawiam - stwierdził krótko. - Miłego dnia.
Mitth'ali'astov zamrugała. Czyżby się przesłyszała?
- Nie rozumiem, jak to "odmawia pan"? - zapytała. - Mam tu przecież całą
dokumentację.
- To prawda. - Przydziałowy był niewzruszony. - Jednak należało ją
złożyć cztery dni temu.
Thalias zacisnęła zęby. Musiała walczyć z całą biurokratyczną machiną
rodziny Mitthów, by się tu dostać. I walczyła, kłami i pazurami! Teraz
jednak, gdy było już za późno, pojęła, dlaczego odpuścili i pozwolili
jej złożyć prośbę.
- Obawiam się, że nie rozumiem. - Z trudem powstrzymywała gniew na
własną rodzinę. Mężczyzna przed nią był kluczem do otrzymania przydziału
na "Springhawka". Musiała go sobie zjednać. - Jestem członkinią rodziny
Mitthów, a "Springhawkiem" dowodzi członek rodziny Mitthów. Powiedziano
mi, że flota zezwala na obserwację.
- Zgadza się - potwierdził oficer, ale jednocześnie postukał palcem w swój questis. - Jednak takie zezwolenie jest objęte pewnymi
ograniczeniami. Jednym z nich jest trzymanie się wyznaczonych terminów.
- Teraz już rozumiem - powiedziała. - Niestety, rodzina nie wyjaśniła mi
tego wcześniej. Jak zwykle. Czy jest coś, co mógłby pan w tej sytuacji
zrobić?
- Obawiam się, że nie - odparł już nieco łagodniej. Obarczenie kogoś
innego odpowiedzialnością za ten bałagan sprawiło, że stał się wobec
Thalias nieco bardziej empatyczny. O to chodziło. - Należy wziąć
przecież pod uwagę czas potrzebny na przeanalizowanie prośby, zwłaszcza
że rodziny pozostałych starszych oficerów mają prawo ją zakwestionować.
- Rozumiem. Wszystko sprowadza się do rodzin, czyż nie?
- To prawda, zwykle tak to właśnie wygląda - przyznał oficer.
- Cóż, skoro nie mogę wejść na pokład tego okrętu jako obserwatorka,
może istnieje inny sposób? - Thalias nie dawała za wygraną. - Może jest
jakieś inne stanowisko, które mogę objąć? Jestem biegła w obsłudze
komputerów, analizie danych...
- Przykro mi - przerwał jej. - Jesteś cywilem, a "Springhawk" nie ma
żadnych stanowisk dla cywili.
Nagle zmarszczył brwi.
- Chyba że... chwileczkę. - Spojrzał na nią ponownie. - No proszę. Może...
Jest tu stanowisko, które może mogłabyś objąć. "Springhawkowi" właśnie
przydzielono gwiazdogatorkę, ale nie mają jeszcze dla niej opiekunki.
Masz jakieś doświadczenie lub kwalifikacje do pracy z dziećmi?
- Niespecjalnie - przyznała. - Ale kiedyś sama byłam gwiazdogatorką. Czy
to się liczy?
- Byłaś gwiazdogatorką? - Otworzył szeroko oczy. - Serio?
- Serio, serio - przytaknęła.
- Ciekawe - wymruczał, a jego oczy ponownie się zwęziły, choć patrzył
teraz jakby odrobinę w innym kierunku. - Sto lat temu opiekunki
rekrutowano wyłącznie spośród byłych gwiazdogatorek. Tak przynajmniej
słyszałem.
- Ciekawe - powtórzyła za oficerem Thalias. To była jej szansa.
Jeśli chciała z niej skorzystać.
A to wcale nie było proste czy oczywiste pytanie. Ta część jej życia
należała już do przeszłości. Co więcej, wielu wspomnień wcale nie
chciała rozgrzebywać.
Oczywiście, wiele z nich było związanych z kobietami, którym zlecano na
okrętach opiekę nad nią. Niektóre całkiem rozsądne, inne zupełnie jej
nie rozumiały. Tym razem znalazłaby się jednak po drugiej stronie tej
relacji, co powinno nieco pomóc.
Powinno. Mówiąc szczerze, ona sama pewnie nie okazała się najłatwiejszym
przydziałem dla swoich opiekunek. Wiele poszczególnych chwil zlało się w jedną, jednak wyraźnie pamiętała kilka długich fochów i parę
pełnoprawnych wybuchów wściekłości.
Gdyby jednak sama miała wziąć tę robotę - i stanąć twarzą w twarz z gwiazdogatorką ze wszystkimi tego konsekwencjami - mogłaby spróbować
oszczędzić nieco stresu jakiejś dziewczynce...
Wyprostowała ramiona. Przywołanie własnej mrocznej przeszłości nie
będzie łatwe. Ale może być też jej jedyną szansą na ponowne spotkanie
Thrawna. A z pewnością najlepszą okazją, by mu się dokładnie przyjrzeć.
- Dobrze - zdecydowała. - Biorę to.
- Hola, hola! - Oficer zgasił jej entuzjazm. - To nie takie proste.
Wciąż musisz...
Przerwał, gdy ktoś otworzył drzwi za jej plecami. Thalias odwróciła się
i zobaczyła wchodzącego do biura mężczyznę w średnim wieku. Wysoko na
żółtej szacie zewnętrznej widniał przypięty herb wschodzącego słońca,
symbol syndyka rodziny Mitthów.
- Widzę, że udało mi się zdążyć na czas - skomentował. -
Mitth'ali'astov, jak sądzę?
- Zgadza się. - Thalias zmarszczyła czoło. - Z kim mam przyjemność?
- Syndyk Mitth'urf'ianico - przedstawił się, po czym przeniósł wzrok na
oficera. - Rozumiem, że ta młoda dama stara się o przydział na
"Springhawku", zgadza się?
- W rzeczy samej, syndyku. - Oczy przydziałowego zwęziły się nieco. -
Proszę wybaczyć, ale to sprawy floty, a nie Arystokry.
- Chyba że wybiera się na pokład jako obserwator rodziny Mitthów -
sprzeciwił się Thurfian.
- Jej dokumentacja się nie zgadza. - Oficer pokręcił głową.
- Ktoś z rodziny opóźnił cały proces - dodała Thalias.
- Rozumiem - rzekł Thurfian. - I nic nie da się zrobić?
- Szukają opiekunki dla gwiazdogatorki - podsunęła Thalias. - Właśnie
zaczynaliśmy rozmowę na ten temat.
- Doskonale - ucieszył się Thurfian. - Co musimy zrobić, żeby się udało?
- To nie jest takie proste - zaprotestował przydziałowy.
- Oczywiście, że jest - powiedział syndyk. - Stanowisko wciąż pozostaje
nieobsadzone, a rodzina Mitthów wciąż ma prawo do obserwacji.
- Ale przecież nie mamy zebranych wszystkich niezbędnych zgód!
- To ja się właśnie zbiorczo zgadzam - rzekł dobitnie Thurfian.
- Syndyku, z całym szacunkiem... - zaoponował oficer.
- Z całym szacunkiem do pana - przerwał mu syndyk i się wyprostował...
Nagle Thalias odczuła całą prawdziwą potęgę Syndykury, wykraczającą
daleko poza znaczenie polityczne, niosąc ze sobą pełen ciężar historii
Chissów.
- Nad Dynastią wisi groźba ataku. - Głos Thurfiana był niski i groźny. -
Siły Obronne i Ekspansyjna Flota muszą znaleźć się w pełnej gotowości.
Na każdym okręcie niezbędna jest gwiazdogatorka, a te nie mogą wejść na
pokład bez opiekunki. "Springhawk" za cztery godziny ruszy z Naporara w bój. Nie mamy czasu - pan nie ma czasu - na czcze rozważania.
Nabrał powietrza, a Thalias odniosła wrażenie, że zarówno jego postawa,
jak i ton głosu nieco złagodniały.
- A zatem. Ma pan tu opiekunkę, która jest gotowa, chętna i zdolna do
służby. Ma pan zgodę rodziny na jej wejście na pokład. Z pewnością jest
pan w stanie znaleźć sposób na zapewnienie "Springhawkowi" zasobów
niezbędnych do wykonania czekających nań zadań.
Przez kilka chwil obaj nie wypowiedzieli ani słowa, mierząc się
intensywnie wzrokiem. Ach, ta rywalizacja między flotą i Arystokrą.
Jednak w głosie Thurfiana brzmiały rozsądek i pośpiech, a oficer
najwyraźniej doskonale je rozumiał.
- Niech będzie. - Spuścił wzrok i przez chwilę pracował na swoim
questisie. - Dobrze. - Spojrzał znów na Thalias. - Twoje rozkazy,
instrukcje oraz zezwolenia są już na twoim czytniku. Zapoznaj się z nimi
i bądź, gdzie powinnaś być, gdy tam powinnaś być. - Rzucił okiem na
Thurfiana. - Jak był łaskaw zauważyć syndyk Thurfian, "Springhawk"
wylatuje za cztery godziny.
- Dziękuję - powiedziała.
- Nie ma za co. - Uśmiechnął się do niej lekko. - Witamy w Ekspansyjnej
Flocie, opiekunko Thalias. Życzę powodzenia z twoją gwiazdogatorką.
Po chwili Thalias i Thurfian stali już na korytarzu.
- Dziękuję - powtórzyła. - Przybyłeś w ostatniej chwili.
- Cieszę się, że mogłem pomóc - odparł syndyk z uśmiechem. - Jesteś
doprawdy wyjątkową osóbką, Thalias.
Poczuła, jak na twarz wypełza jej rumieniec.
- Dziękuję - powiedziała po raz trzeci.
- A skoro ja pomogłem tobie - ciągnął Thurfian - to jest coś, w czym i ty możesz pomóc mnie.
Odruchowo odsunęła się od niego i zatrzymała gwałtownie.
- Słucham?
- Nie ma czasu do stracenia - powiedział starszy mężczyzna, chwytając ją
pod ramię i ruszając z miejsca. - Chodź, opowiem ci po drodze na twój
okręt.
Thalias ostatni raz musiała zapoznawać się z wojskowym rozkładem lotów
jakieś dwie dekady temu, nie mówiąc już o konieczności podporządkowania
się takowemu. Na szczęście, gdy tylko minął pierwszy szok, stare nawyki
i odruchy zaczęły działać, a na prom dotarła z dużym zapasem czasu.
Gdy przybyła, dziewczynka czekała już na nią w kajucie gwiazdogatorki,
gdzie, rozwalona na olbrzymim fotelu w salonie, grała w jakąś grę na
swoim questisie, stukając w ekran. Na oko miała dziewięć lub dziesięć
lat, ale gwiazdogatorki były raczej niskie, co często okazywało się
mylące. Spojrzała na Thalias, gdy ta przeszła przez właz, otaksowała ją
podejrzliwie wzrokiem, po czym wróciła do gry. Thalias zaczęła się
przedstawiać, jednak przypomniała sobie, jak sama była niegdyś
sceptycznie nastawiona do nowych opiekunek, więc przerwała i zaniosła
bagaże do swojej części kajuty.
Chwilę zajęło jej zadomowienie się. Gdy wróciła do salonu, dziewczynka
odłożyła już questis na krzesło obok fotela i wpatrywała się z grymasem
na wyświetlacze umieszczone na grodzi pod barem z przekąskami.
- Ruszyliśmy już? - zapytała Thalias.
- Przed kilkoma minutami. - Dziewczynka skinęła głową. Zawahała się, po
czym spojrzała ukradkiem na Thalias. - Jesteś moją nową nibymatką?
- Jestem twoją nową opiekunką - odparła Thalias, marszcząc lekko brwi.
"Nibymatka"? Czy to był nowy oficjalny tytuł osoby na jej stanowisku,
czy też coś wymyślonego przez tę dziewczynkę? - Będę się tobą zajmować
na pokładzie "Springhawka". - Podeszła do jednego z wolnych krzeseł i usiadła. - Nazywam się Thalias. A ty?
- Nie powinnaś już tego wiedzieć?
- Dostałam przydział właściwie w ostatniej chwili - przyznała Thalias. -
Miałam czas wyłącznie na dotarcie do kosmoportu w takim tempie, by nie
spóźnić się na prom.
- Och. - Dziewczynka wyglądała na nieco zmieszaną. Pewnie poprzednie
opiekunki przyzwyczaiły ją do nieco większej dyscypliny. I kompetencji.
- Nazywam się Che'ri.
- Miło cię poznać, Che'ri. - Thalias uśmiechnęła się do niej. - W co
grasz?
- Co? Och. - Che'ri dotknęła swojego questisa. - W nic nie grałam.
Rysowałam.
- Rozumiem. - Thalias skrzywiła się lekko. Che'ri lubiła rysować, a Thalias ledwie odróżniała jeden koniec rysika od drugiego. Tu raczej nie
będą miały o czym rozmawiać. - Nie wiedziałam, że da się go tak
wykorzystać.
- To nie do końca sztuka. - Dziewczynka wyglądała na nieco zawstydzoną.
- Po prostu korzystam z elementów, które już są w questisie i łączę je
ze sobą.
- Ciekawe. Coś jak kolaż? Mogę zobaczyć?
- Nie. - Che'ri odchyliła się nieco i przycisnęła questisa do piersi. -
Nie pozwalam nikomu tego oglądać.
- Dobrze, rozumiem - zapewniła ją pospiesznie Thalias. - Jeśli jednak
kiedyś zmienisz zdanie, z radością obejrzę, co stworzyłaś.
- A ty lubisz rysować?
- Nie jestem w tym zbyt dobra - odparła opiekunka. - Ale lubię patrzeć
na sztukę.
- Nie sądzisz, że rysowanie jest głupie?
- Oczywiście, że nie - zapewniła ją. - Dobrze jest mieć taki talent.
- Tak naprawdę to nie rysuję - przyznała Che'ri. - Już ci mówiłam, po
prostu łączę ze sobą różne elementy.
- To wciąż talent - spróbowała ostrożnie Thalias. - A talenty nigdy nie
są głupie.
- Poprzednia nibymatka mówiła, że ten jest. - Che'ri spuściła wzrok.
- W takim razie poprzednia nibymatka się myliła.
Che'ri parsknęła cicho.
- Ona uważała, że zawsze ma rację.
- Zaufaj mi - odparła Thalias. - Widziałam w swoim życiu wiele nibymatek
i z góry ci mówię: ta się myliła.
- No dobra. - Che'ri przyjrzała się jej uważnie. - Nie jesteś taka jak
inne.
- Inne nibymatki? - Thalias zaryzykowała drobny uśmiech. - Pewnie nie.
Ile ich już miałaś?
Che'ri znowu wbiła wzrok w podłogę.
- Osiem - szepnęła ledwo słyszalnie.
Thalias skrzywiła się na dźwięk bólu w jej głosie.
- Och - powiedziała łagodnie. - Musiało ci być ciężko.
- A niby skąd ty masz wiedzieć? - Kolejne parsknięcie.
- Bo ja miałam cztery.
Che'ri spojrzała na starszą dziewczynę szeroko otwartymi oczami.
- Jesteś gwiazdogatorką?
- Byłam. I pamiętam, jak bardzo mi było źle za każdym razem, gdy
zabierali jedną opiekunkę i wciskali nową.
Ramiona Che'ri opadły, a ona sama wyraźnie posmutniała.
- Nawet nie wiem, co zrobiłam nie tak.
- Pewnie nic - pocieszyła ją Thalias. - Sama się też tym zamartwiałam i nigdy nie byłam w stanie nic wymyślić. No, czasem się z nimi nie
dogadywałam i sądziłam, że to może być powód.
- Nie rozumiały - powiedziała Che'ri ze ściśniętym gardłem. - Żadna nie
rozumiała.
- Bo żadna nigdy nie była gwiazdogatorką - wyjaśniła Thalias. Choć
kiedyś było inaczej, jeśli oficer przydziałowy mówił prawdę. Przez
chwilę zastanawiała się, dlaczego to się zmieniło. - Kiedy opuszczamy
program, większość nigdy już nie wraca.
- Dlaczego więc ty to zrobiłaś?
Thalias wzruszyła ramionami. To nie był odpowiedni moment na wyznanie
dziewczynce, że chciała spotkać osobę, którą widziała wcześniej raz w życiu.
- Pamiętam, jak ciężko mi było w roli gwiazdogatorki. Pomyślałam, że
skoro nią byłam, może uda mi się być lepszą opiekunką.
- Aż mnie opuścisz - wymruczała Che'ri. - Jak one wszystkie.
- Wcale nie musiały tego chcieć - tłumaczyła Thalias. - Za przenosinami
opiekunki może stać wiele różnych powodów. Czasami po prostu nie
dogaduje się z gwiazdogatorką, jak twoja ostatnia czy też ta moja, o której ci mówiłam. Ale bywają i inne przesłanki. Zdarza się, że
potrzebują konkretnej opiekunki dla nowej gwiazdogatorki. Innym razem to
kwestie rodziny... Mam na myśli ustalenia między różnymi rodzinami, które
też przecież mogą wszystko pomieszać. - Poczuła, jak zaciska usta. - A czasem to kwestia jakiegoś krótkowzrocznego idioty, który ma zarządzać
tym bałaganem.
- Krótkowzrocznego, czyli takiego, który kiepsko widzi?
- Krótkowzrocznego, czyli takiego, który ma mózg skoropuchy -
stwierdziła sucho. - Z pewnością takich spotkałaś.
Che'ri uśmiechnęła się do niej nieśmiało.
- Nie powinnam tak mówić o innych.
- Masz rację, pewnie nie powinnaś - skwitowała Thalias. - Ja również. Co
nie zmienia faktu, że mają mózgi skoropuch.
- Pewnie tak. - Dziewczynka spojrzała na nią spod przymrużonych powiek.
- Jak długo byłaś gwiazdogatorką?
- Miałam siedem lat, gdy nawigowałam swój pierwszy statek. Trzynaście,
gdy nawigowałam ostatni.
- Mówili, że będę gwiazdogatorką do czternastego roku życia.
- Tak jest zazwyczaj - odparła Thalias. - Moje Trzecie Oko najwyraźniej
zdecydowało się wysiąść na wcześniejszym postoju. A ty ile masz lat? -
Przesadnie przyglądała się twarzy Che'ri. - Osiem?
- Dziewięć i pół. - Dziewczynka szybko zaczęła przeliczać. - Dziewięć i trzy czwarte.
- Ach, czyli jesteś bardzo doświadczona. To dobrze.
- Chyba tak. Lecimy do bitwy?
Thalias zawahała się. O niektórych sprawach dorośli nie powinni mówić
gwiazdogatorkom. O sprawach, które Rada w swej niekonwencjonalnej
mądrości uznała za mogące wzbudzić niepokój.
- Nie wiem, ale nie ma się czym martwić - powiedziała w końcu. - A na
pewno nie na pokładzie "Springhawka". Starszy kapitan Thrawn jest naszym
dowódcą, a to jeden z najlepszych wojowników Dynastii.
- Bo oni to wcale mi nie chcieli powiedzieć, po co tu jestem - nadąsała
się Che'ri. - Nie ma przecież gdzieś bardzo daleko kogoś, z kim musimy
stoczyć walkę, nie? Słyszałam, że nie latamy już w tym celu za krańce
Dynastii. A skoro mamy walczyć z kimś blisko, to statek nie potrzebuje
gwiazdogatorki.
- Słuszne rozumowanie - potwierdziła Thalias, czując nieprzyjemny ucisk
w żołądku. Nawet jeśli ich grupa zmierzała na jakąś akcję odwetową,
podróżowanie skokami pozwoliłoby im pokonać dowolny rozsądny dystans bez
niepotrzebnego ryzykowania życiem gwiazdogatorki w bitwie. A więc co
Che'ri i ona sama robiły na pokładzie? - Jednakże czego byśmy nie
robili, starszy kapitan Thrawn przeprowadzi nas przez to bez szwanku.
- Skąd wiesz?
- Dużo o nim czytałam. - Thalias wyjęła swój questis. - Lubisz czytać?
Chcesz się dowiedzieć czegoś o jego karierze?
- Nie trzeba. - Che'ri zmarszczyła nieco nos. - Wolę porysować.
- Rysowanie też jest dobre. - Thalias wysłała akta Thrawna na questis
dziewczynki. - To tylko jakbyś miała chęć poczytać później.
- Dobra. - Che'ri niepewnie spojrzała na urządzenie. - Strasznie tu tego
dużo!
- Zgadza się - przytaknęła, czując drobne ukłucie wstydu. Uwielbiała
czytać, gdy była gwiazdogatorką. Oczywiście uznała, że Che'ri podziela
to zainteresowanie. - Wiesz co? Przejrzę te pliki później i przygotuję
ci krótszą wersję. Wybiorę te najciekawsze z jego przygód.
- Dobra. - Che'ri sprawiała wrażenie odrobinę bardziej zainteresowanej.
- Umowa stoi. - Przez chwilę Thalias chciała jeszcze coś dodać, jednak
wciąż dostrzegała dzielący je dystans i doskonale pamiętała, jak zmienne
nastroje miała sama, będąc w wieku dziewczynki. Lepiej nie naciskać. -
Muszę się odmeldować pierwszemu oficerowi.
Wstała, po czym rzuciła:
- Możesz sobie teraz jeszcze porysować.
- Dobra. Czy mam sobie sama zrobić obiad?
- Nie, nie, ja ci go przygotuję - zapewniła ją pospiesznie. - Jesteś
głodna?
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
- Mogę poczekać.
To nie była żadna odpowiedź.
- Chcesz, żebym zrobiła ci coś teraz?
- Mogę poczekać - powtórzyła Che'ri.
Thalias zacisnęła zęby.
- Dobrze. Pójdę się odmeldować, a potem wrócę. Zastanów się przez ten
czas, na co masz ochotę.
- To bez znaczenia. - Kolejne wzruszenie ramionami.
- I tak się nad tym zastanów. Niedługo wrócę.
Wyszła z kajuty i ruszyła korytarzem, wściekła na samą siebie. Może
niepotrzebnie wzięła tę fuchę.
Z drugiej strony, ledwie zdążyły się poznać. Nic dziwnego, iż
dziewczynka trzymała ją na dystans, zwłaszcza że wciąż było jej przykro
z powodu tego, co uznawała za porzucenie przez swoje poprzednie
opiekunki.
A więc Thalias da jej czas i przestrzeń, a potem jeszcze więcej czasu.
Istnieje szansa, że dziewczynka w końcu oprzytomnieje.
A jeśli do powrotu Thalias nie wymyśli, na co ma ochotę, dostanie
kanapki z pastą orzechową. Nawet jeśli Che'ri nie przepada za czytaniem,
z pewnością lubi kanapki z pastą orzechową.
Thrawn był wyższy, niż Samakro się spodziewał, roztaczał też wokół
siebie aurę wdzięku i swoistej pewności siebie. Był również uprzejmy
wobec oficerów i wojowników i doskonale znał rozkład "Springhawka". Poza
tym Samakro nie mógł dostrzec w nim nic nadzwyczajnego.
A teraz także się spóźniał.
- Zbliżamy się do układu docelowego - zameldował Kharill. - Wyjście za
trzydzieści sekund.
- Przyjąłem. - Samakro rozejrzał się po mostku. Wszystkie systemy
ofensywne świeciły na zielono, łącznie z narowistym komputerem
celowniczym sfery plazmowej, który przez kilka ostatnich dni przysporzył
im nieco kłopotów. Śluzy zabezpieczono przed ewentualnym abordażem,
otulająca kadłub "Springhawka" elektrostatyczna osłona działała na
pełnej mocy, a wszyscy wojownicy znajdowali się na swoich stanowiskach.
Imponujące, lecz właściwie zbędne. Z tego, co Samakro wiedział, cała ta
misja znajdowała się jedynie o oczko wyżej niż manewry ćwiczebne.
"Czujny" był w końcu okrętem typu Nightdragon, a na znajdujący się
obecnie pod dowództwem admirał Ar'alani oddział składało się jeszcze
pięć krążowników - poza samym "Springhawkiem". Przy takiej sile ognia,
gdy pojawią się niespodziewanie nad macierzystą planetą Paataatusów, nie
mogą się spodziewać żadnego skutecznego oporu.
Co nie znaczyło oczywiście, że "Springhawk" i jego cała załoga mieli się
zachowywać inaczej niż całkowicie profesjonalnie. Wliczając w to
kapitana statku. A jeśli Thrawna nie będzie tu, gdy wyjdą z nadprzestrzeni, Samakro będzie po prostu musiał przejąć...
- Pozostać w gotowości. - Usłyszał za sobą spokojny głos Thrawna.
Samakro odwrócił się, powstrzymując nerwową reakcję. Jak, do cholery,
Thrawn zakradł się na mostek tak, że Samakro nie usłyszał otwieranego
włazu?
- Kapitanie - powitał przełożonego. - Zaczynałem podejrzewać, że nie
usłyszał pan alarmu.
- Jestem tu od godziny. - W głosie Thrawna słychać było lekkie
zdziwienie faktem, że Samakro tego nie zauważył. - Nadzorowałem prace
nad komputerem celowniczym sfery.
Samakro spojrzał na konsolę sfery w chwili, gdy dwóch techników wyłoniło
się spoza urządzenia.
- Och. Widzę, że świeci na zielono.
- Zgadza się - potwierdził Thrawn. - Jakość zespołów naprawczych i konserwacyjnych na "Springhawku" polepszyła się wyraźnie, odkąd przejął
pan dowodzenie.
Samakro zmrużył oczy. Komplement? Czy może subtelne przypomnienie, że to
Thrawn był teraz kapitanem?
- Czy mamy najnowsze rozkazy z "Czujnego"?
- Nic od ostatniego skoku - odparł Samakro. "Chyba jednak komplement" -
zdecydował. Thrawn nie wyglądał na osobę, która lubi się chełpić. -
Zwyczajowe przypomnienie Ar'alani, byśmy przygotowali się na każdą
ewentualność.
- Sądzę, że jesteśmy przygotowani - rzekł Thrawn. - Wyjście... teraz.
Gwiezdne smugi w iluminatorze błysnęły i skurczyły się do rozmiarów
jasnych punktów, co oznaczało, że "Springhawk" wyszedł z nadprzestrzeni.
Prosto w nawałnicę laserowego ognia.
- Wrogie myśliwce! - warknął Kharill. - Namierzam... są wszędzie wokół
nas, kapitanie. Zalewają nas. Zalewają wszystkich.
Samakro wysyczał drobne przekleństwo. Kharill miał rację. Wokół zespołu
Chissów śmigało przynajmniej pięćdziesiąt myśliwców Paataatusów. Niczym
wściekłe muchoważki siekały ogniem laserowym, którego bladozielone
rozbłyski przecinały rozrzedzony pył międzyplanetarny.
I jak w przypadku muchoważek, choć jedno użądlenie było zbyt słabe, by
uszkodzić elektrostatyczną osłonę "Springhawka", odpowiednio
skoncentrowany ogień z pewnością mógł przebić się przez ich obronę i wgryźć w kadłub.
- Przyjąłem. - Głos Thrawna pozostawał niewzruszony. - Sfera Jeden:
otworzyć ogień w stronę najbliższego przeciwnika na moim wektorze.
- Sfera Jeden otwiera ogień. - Sfera plazmowa wystrzeliła z lewoburtowej
wyrzutni.
Kompletnie nie trafiając w cel.
- Kontrola sfery - rzucił Samakro. - Rekalibruj i powtórz strzał.
- Zignorować ten rozkaz - powiedział Thrawn. - Ster, zwrot
dziewięćdziesiąt stopni na lewą burtę, uruchomić Sferę Dwa, następnie
otworzyć ogień.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dramatis Personae
Dramatis Personae
THRAWN | Mitth'raw'nuruodo - zasłużony adoptowany rodziny Mitthów
ZIARA | Irizi'ar'alani - zrodzona z krwi członkini rodziny Irizi
THALIAS | Mitth'ali'astov - zasłużona adoptowana rodziny Mitthów
THURFIAN | Mitth'urf'ianico - syndyk rodziny Mitthów
SAMAKRO | Ufsa'mak'ro - zasłużony adoptowany rodziny Ufsa
GENERAŁ BA'KIF
CHE'RI - gwiazdogatorka
QILORI Z UANDUALONU - nawigator, członek Tropicieli (niewywodzący
się z rasy Chissów)
GENERAŁ YIV DOBROCZYŃCA - dowódca Nikardunów
Dynastia Chissów
Dziewięć Rodzin Rządzących
UFSA
PLIKH
IRIZI
BOADIL
DASKLO
MITTH
CLARR
OBBIC
CHAF
Hierarchia rodzinna Chissów
ZRODZONY Z KRWI
ZRODZONY W PRÓBIE
KUZYN
ZASŁUŻONY ADOPTOWANY
DOSTOJNY KREWNIAK
Hierarchia polityczna
PATRIARCHA - głowa rodziny
MÓWCA - główny syndyk rodziny
SYNDYK - członek Syndykury, głównego organu rządzącego Dynastią
PATRIEL - zajmuje się sprawami rodziny na danej planecie
RADNY - zajmuje się sprawami rodziny na danym terytorium
ARYSTOKR - urzędnik średniego szczebla jednej z Dziewięciu Rodzin
Rządzących
Prolog
Atak na Csillę, ojczystą planetę Dynastii
Chissów, był nagły, niespodziewany i pomimo swych skromnych rozmiarów
zadziwiająco skuteczny.
Trzy duże okręty wyszły z nadprzestrzeni po trzech różnych wektorach
podejścia, a następnie skierowały się wprost na planetę. Ich działa
laserowe z pełną mocą rozpoczęły ostrzał platform defensywnych globu i orbitujących wokół niego jednostek Chissańskiej Ekspansyjnej Floty
Obronnej. Choć wzięte z zaskoczenia, zarówno platformy, jak i okręty już
po minucie odpowiedziały ogniem. Wtedy napastnicy zmienili kurs,
zmierzając ku lodowej powierzchni atakowanego świata, gdzie w skupisku
świateł odznaczała się jego stolica - Csaplar. Gdy tylko znaleźli się w odpowiednim zasięgu, do ognia laserowego dołączyły salwy rakiet.
Ich wysiłki spełzły jednak na niczym. Platformy defensywne z łatwością
radziły sobie z nadciągającymi pociskami, podczas gdy flota wzięła na
cel same okręty agresorów, ścierając je w pył i pilnując, by żaden z wpadających w atmosferę fragmentów poszycia nie był wystarczająco duży,
by przetrwać tę gorącą podróż. Wróg został unieszkodliwiony w piętnaście
minut po wejściu do układu.
"Groźba zażegnana" - pomyślał ponuro Naczelny Generał Ba'kif,
przemierzając szybko korytarz prowadzący do Kopuły, w której syndycy i pozostali Arystokrzy zbierali się już, powracając ze schronów.
Nadszedł czas prawdziwej furii i zemsty.
Och, z pewnością nie zabraknie ani jednej, ani drugiej. Będąc główną
władzą wykonawczą Dynastii, Syndykura z lubością pielęgnowała swój
wizerunek, na który składały się rozwaga, szlachetność i niezachwiana
godność. W większości wypadków, poza nieuniknionymi przepychankami
politycznymi, było to wystarczająco bliskie prawdy.
Jednak nie dziś, nie w dniu sesji plenarnej Syndykury. Mówcy mieli
przecież kalendarze wypełnione popołudniowymi, prywatnymi spotkaniami,
co oznaczało, że gdy rozbrzmiał alarm, prawie cała wierchuszka Arystokry
Dynastii znajdowała się w biurach, salach konferencyjnych i na
korytarzach. Umieszczone głęboko pod Kopułą schrony były stosunkowo duże
i niemal wygodne, jednak od ostatniego ataku na Csillę minęły dekady i Ba'kif wątpił, by ktokolwiek z obecnych przedstawicieli rządu
kiedykolwiek miał szansę zobaczyć je na własne oczy.
Dwie godziny przymusowej bezczynności, podczas których Siły Obronne
upewniały się, że planecie nie grozi ponowny atak, nie spodobały się
politykom i Ba'kif był pewien, że nadchodząca burza będzie mało
rozważna, szlachetna i niezachwianie godna.
Nie mylił się.
- Ja osobiście chciałbym wiedzieć - odezwał się Mówca rodziny Ufsa po
wysłuchaniu raportu Ba'kifa - kim byli ci obcy, którzy śmieli sądzić, że
atak na nas ujdzie im bezkarnie. Kto to był, generale, chcemy wiedzieć,
kto to był?!
- Obawiam się, że nie umiem odpowiedzieć, Mówco - odparł Ba'kif.
- Dlaczego? - naciskał Mówca. - Macie przecież szczątki. Macie zapisy
danych, ciała, profile broni. Z pewnością da się z tego wywnioskować,
kim byli.
- Zaatakowano Dynastię - wtrąciła ponurym głosem Mówczyni rodziny
Mitthów, jakby sądziła, że ten drobny fakt mógł umknąć pozostałym. -
Musimy wiedzieć, kogo należy ukarać za tak arogancki czyn.
- Tak - potwierdził Ufsa, spoglądając na drugą stronę stołu.
Ba'kif z trudem powstrzymał westchnienie. W dawnych czasach poważne
zagrożenie dla Dynastii zwykle jednoczyło Rodziny Rządzące i zawieszało
codzienne polityczne intrygi. Do tej chwili żywił odrobinę nadziei na
to, że dzisiejszy atak mógł wywołać podobną reakcję.
Najwyraźniej jednak nic takiego nie miało się wydarzyć. Zwłaszcza jeśli
chodziło o Ufsa i Mitthów, znajdujących się obecnie w samym środku
wyjątkowo skomplikowanej kampanii, w której zdobycz stanowiły nowo
otwarte kopalnie na Thearterrze. Rodzinie Ufsa najwyraźniej nie podobało
się, że główny rywal miał uszczknąć nieco splendoru związanego z tym
wydarzeniem.
- Co więcej - dodał Mówca, spojrzeniem prowokując Mitthkę do ponownego
wtrącenia się - potrzebujemy zapewnienia, że Siły Obronne posiadają
zasoby pozwalające na ochronę Chissów przed ponownym atakiem tego
niezidentyfikowanego wroga.
Questis, dotykowy czytnik danych leżący przed Ba'kifem, rozjarzył się,
gdy pojawił się na nim nowy raport. Generał podniósł urządzenie,
podtrzymując je lewą ręką, a palcem sunął po krawędzi, by przewinąć
ekran.
- Syndykura nie powinna się martwić o swoje bezpieczeństwo - rzekł po
chwili. - Właśnie otrzymałem informację, że cztery dodatkowe okręty
Ekspansyjnej Floty zostały przekierowane z Naporara i lecą już jako
wsparcie dla Sił Obronnych, które obecnie patrolują naszą przestrzeń.
Skrzywił się w duchu. Młodzi mężczyźni i kobiety, gotowi oddać życie, by
chronić swój ojczysty świat. Szlachetne i honorowe poświęcenie... a zarówno on, jak i wszyscy pozostali w Kopule wiedzieli, że gdyby
kiedykolwiek okazało się potrzebne, byłoby całkowitą i niepowetowaną
stratą.
Na szczęście, nie wyglądało na to, by dzisiaj potrzebowali takiej
ofiary.
- A jeśli zaatakują inne światy Dynastii? - naciskał Ufsa.
- Pozostałe okręty wysłano już w celu wzmocnienia patroli w sąsiadujących układach, na wypadek, gdyby okazało się, że stanowią
kolejne cele - odparł Ba'kif.
- Czy ktoś jeszcze raportował o obecności wroga? - zapytał Mówca
Clarrów.
- Na razie nie, Mówco - rzekł generał. - Wedle naszej obecnej wiedzy,
był to pojedynczy incydent.
- Wątpię, generale - parsknęła teatralnie Mówczyni rodziny Obbic. - Nikt
nie nasyła ot tak okrętów na Dynastię, by potem rzucić zabawki i iść do
domu. Ktoś spiskuje przeciwko nam. Należy tego kogoś znaleźć i dać mu
porządną nauczkę.
Trwało to jeszcze dobrą godzinę, w trakcie której każda z Dziewięciu
Rodzin Rządzących - i niemało Wielkich Rodzin, aspirujących do
dołączenia do tego elitarnego grona - upewniało się, że ich wyrazy
oburzenia i determinacji zostały odnotowane.
Dla Ba'kifa była to w większości po prostu strata czasu. Na szczęście,
bogate doświadczenie militarne nauczyło go, jak słuchać polityków tak,
by móc jednocześnie zastanawiać się nad ważniejszymi sprawami.
Mówcy i syndycy chcieli wiedzieć, kto zaatakował Dynastię. To było
jednak niewłaściwe podejście.
Znacznie ciekawsze było nie kto, lecz dlaczego.
Obbic miała rację. Nikt nie atakował Csilli dla kaprysu. A już tym
bardziej kaprysu kosztującego trzy duże okręty, których strata nie
przyniosła żadnej oczywistej korzyści. Zatem albo napastnik srodze się
przeliczył, albo jego celem było coś znacznie subtelniejszego.
Co mogło być takim celem?
Większość Syndykury najwyraźniej uważała, że atak stanowił preludium do
większej ofensywy i gdy tylko skończą stroszyć piórka, zaczną z pewnością naciskać na Siły Obronne, by ściągnęły swoje jednostki z rubieży w celu ochrony większych układów. Co więcej, pewnie spróbują
zmusić Ekspansyjną Flotę Obronną do podobnego manewru: opuszczenia
granic i wzmocnienia pozycji wewnątrz Dynastii.
A więc co było celem tego wszystkiego? Skłonienie Chissów, by poświęcili
więcej uwagi własnemu terytorium? W takim przypadku zadośćuczynienie
żądaniom Syndykury dotyczącym bezpieczeństwa okazałoby się wyjściem
zgodnym z zamierzeniami wroga. Z drugiej strony, jeśli syndycy mieli
rację odnośnie początku większej ofensywy, pozostawienie Ekspansyjnej
Floty w Chaosie mogłoby się okazać równie fatalnym posunięciem. Tak czy
siak, jeśli się pomylą, zabraknie czasu na naprawienie błędu, gdy prawda
już wyjdzie na jaw.
Gdy tak rozważał różne możliwości, przyszło mu do głowy coś jeszcze. A może wróg wcale nie chciał odciągnąć uwagi Dynastii od czegoś, co się
miało wydarzyć, ale czegoś, co już się wydarzyło?
Ten wariant mógł przynajmniej sprawdzić od razu. Dyskretnie wpisał
zapytanie na swoim questisie.
Mniej więcej w połowie spotkania w Kopule, gdy nadal próbował ukoić
obawy Arystokrów, znał już odpowiedź.
Być może.
Gdy generał wreszcie wrócił do swojego biura, jeden z adiutantów już na
niego czekał.
- Udało ci się go odnaleźć? - zapytał dowódca.
- Tak jest, sir - odparł adiutant. - Jest na Naporarze, gdzie przechodzi
ostatni etap fizjoterapii związanej z obrażeniami, których doznał
podczas działań przeciwko piratom Vagaari.
Ba'kif się skrzywił. Działania te, chociaż w militarnym sensie
zakończone sukcesem, okazały się absolutnym politycznym fiaskiem. Minęły
miesiące, a wielu Arystokrów wciąż utyskiwało na cały ten bałagan.
- Kiedy będzie dostępny?
- Kiedy tylko pan sobie zażyczy, sir. Powiedział, że jest do pańskiej
dyspozycji w każdej chwili.
- Doskonale - rzekł Ba'kif, patrząc na zegarek. Przygotowanie "Wichru"
do lotu zajmie pół godziny, podróż na Naporar potrwa cztery, kolejne pół
godziny na zadokowanie w centrum medycznym Chissańskiej Ekspansyjnej
Floty Obronnej. - Poinformuj go, że ma być gotów za pięć godzin.
- Tak jest, sir. - Adiutant wyraźnie się zawahał. - Czy życzy pan sobie,
bym zarejestrował rozkaz czy może kwalifikuje się to raczej jako podróż
prywatna?
- Rejestruj - potwierdził generał.
Arystokrzy będą niezadowoleni, gdy się o tym dowiedzą. Syndykura może
chcieć nawet zmontować jakiś trybunał, żeby zmarnować jeszcze trochę
jego czasu zupełnie niepotrzebnymi pytaniami, jednak Ba'kif miał zamiar
zrobić wszystko zgodnie z regulaminem.
- Rozkaz Naczelnego Generała Ba'kifa - kontynuował, słysząc, że jego
głos obniża się o ton, jak zawsze, gdy chodziło o formalne rozkazy i raporty. - Przygotować transport dla mnie i starszego kapitana
Mitth'raw'nuruodo. Cel podróży: Dioya. Powód: śledztwo w sprawie
porzuconego statku znalezionego dwa dni temu w układzie zewnętrznym.
- Tak jest, sir - odpowiedział bez zwłoki sztucznie neutralnym głosem
adiutant, w żaden sposób nie zdradzając osobistych przemyśleń na ten
temat. Nie wszyscy, którzy nie mieli zbyt dobrej opinii o kapitanie
Thrawnie, musieli być w końcu członkami Arystokry.
W tej chwili Ba'kif jednak się nimi nie przejmował. Znalazł pierwszą
połowę odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego?".
Znał jednak tylko jedną osobę, która mogła rozwiązać tę zagadkę w całości.
Wspomnienia I
"Spośród wszystkich obowiązków spychanych na członków rodziny średniego
szczebla - jak zauważył cierpko Arystokr Mitth'urf'ianico, idąc
korytarzem szkolnym - rekrutacja była jednym z najgorszych". Nudna,
wiązała się ze zbyt wieloma podróżami i najczęściej stanowiła zwykłą
stratę czasu. Tu, na Rentorze - blisko Csilli, a jednocześnie
paradoksalnie na totalnej prowincji - wiedział dokładnie, jakim
rezultatem zakończy się ta wycieczka.
Mimo to, jeśli jakiś generał - nawet świeżo mianowany - twierdził, że ma
obiecującego rekruta, sprawdzenie tej informacji było po prostu
rodzinnym obowiązkiem.
Generał Ba'kif czekał już na balkonie nad salą wspólną, gdy Arystokr się
tam pojawił. Na obliczu wojskowego malował się wyraz kontrolowanego
entuzjazmu, choć sama twarz była zdecydowanie za młoda jak na wyższego
oficera. Z drugiej strony, rodzinne koneksje istniały właśnie po to.
Wzrok Ba'kifa rozjaśnił się na widok gościa.
- Arystokr Mitth'urf'ianico? - zapytał.
- Jam nim. Generał Ba'kif?
- Jam nim.
Mając za sobą formalności, mogli używać już znacznie wygodniejszej
tytulatury i imion rdzeniowych.
- A więc gdzie jest ten uczeń, godny w twoim mniemaniu mojego
oblatywania całej planety? - zapytał Thurfian.
- Tam - odparł Ba'kif, wskazując na rzędy uczniów recytujących poranne
przysięgi. - Trzeci rząd od tyłu, po prawej.
A więc był dowódcą rzędu? Umiarkowanie imponujące.
- Imię?
- Kivu'raw'nuru.
Kivu. Thurfian nie znał tej rodziny.
- Coś więcej? - zapytał, wyciągając questisa i wpisując nazwę rodu.
- Jego oceny, talent i logiczne rozumowanie wymykają się naszej skali -
powiedział generał. - Czynią z niego idealnego kandydata do Akademii
Taharim na Naporarze.
- Hm - mruknął Thurfian, przyglądając się wynikom wyszukiwania. Kivu
byli chyba najmniej znanym rodem, jaki kiedykolwiek pojawił się w Dynastii Chissów. Nic dziwnego, że sam o nich nie słyszał. - A dlaczego
skontaktowałeś się z nami?
- Ponieważ Mitthowie wciąż mają jeszcze dwa wolne miejsca rekrutacyjne -
odparł Ba'kif. - Jeśli nie weźmiesz Vurawna, to nie dostanie teraz
szansy i straci rok.
- A czy to byłaby aż taka katastrofa?
Twarz wojskowego stężała.
- Owszem, tak sądzę - powiedział, podając rozmówcy własny questis. - Oto
jego wyniki.
Thurfian zacisnął usta, przewijając ekran. Widywał lepsze, ale niezbyt
często.
- Nie widzę tu informacji o tym, by rodzina przygotowała go do służby
wojskowej.
- Bo tak się nie stało - przytaknął Ba'kif. - To pomniejszy ród, bez
zasobów i koneksji, jakie mają Mitthowie.
- Jeśli uważali, że jest taki wyjątkowy, powinni byli znaleźć lub
stworzyć takie zasoby - odparł zgryźliwie Thurfian. - A więc myślisz, że
Mitthowie powinni wykonać odważny ruch i przyjąć go w swe szeregi bez
zbędnych pytań?
- Pytaj, o co tylko chcesz - powiedział Ba'kif. - Wszystko jest
przygotowane tak, by można było go zwolnić z pierwszych zajęć na
rozmowę.
- Czy Arystokrzy są aż tak przewidywalni? - Thurfian uśmiechnął się
lekko.
- Arystokrzy? Nie. - Ba'kif odwzajemnił uśmiech. - Ale ich rywalizacja
owszem.
- Trudno się nie zgodzić - przytaknął Thurfian, ponownie przyglądając
się zapisom dotyczącym Vurawna. Jeśli chłopak choćby w połowie
zrealizuje drzemiący w nim potencjał, mógłby okazać się wartościowym
nabytkiem dla rodziny Mitthów.
Niegdyś, tysiące lat temu, rodziny były tylko rodzinami - grupami istot
złączonych przez krew lub małżeństwo, zamkniętymi na innych. Jednak
nieodłączne ograniczenia takiego układu doprowadziły do upadku i rozwarstwienia, a niektórzy z Patriarchów zaczęli eksperymentować z metodami wcielania obcych do rodzin inaczej niż poprzez małżeństwo. W efekcie powstał obecny system - obiecujące jednostki mogły być przyjęte
poprzez tak zwaną "adopcję zasłużoną". Z kolei ci spośród nich, którzy
udowodnili swoją wartość, mogli oczekiwać wyniesienia do zrodzonych w Próbie, a może nawet otrzymać tytuł dostojnego krewniaka.
Ten Vurawn z pewnością spełniał kryteria pozwalające na adopcję
zasłużoną. Co więcej, jeżeli Mitthowie go wezmą, Irizi zostaną z niczym.
Niewątpliwie był to jeden z przejawów rywalizacji pomiędzy rodzinami,
wspomnianej przez Ba'kifa.
Ale nawet to nie miało znaczenia. Syndykura wreszcie przychyliła się do
odwiecznych próśb Sił Obronnych o rozszerzenie ich możliwości i uprawnień, co właśnie zaowocowało powstaniem Ekspansyjnej Floty
Obronnej. Jej misją z kolei było pilnowanie interesów Chissów w tych
częściach Chaosu, które znajdowały się poza granicami Dynastii, a także
poznawanie tamtejszych form życia i określanie stopnia zagrożenia, jakie
sobą reprezentują.
Choć raz Arystokrzy naprawdę nie poskąpili wojsku funduszy. Ekspansyjna
Flota właśnie budowała swoje nowe okręty, bazy i ośrodki wsparcia. Będą
potrzebowali wszystkich kompetentnych oficerów i żołnierzy, jakich tylko
dostaną.
Ten Vurawn wyglądał na kogoś, kto dobrze sprawdzi się w takiej roli. Na
mężczyznę, który może przysporzyć tam chwały imieniu swojemu i swojej
rodziny.
- Dobrze - oznajmił wreszcie. - Porozmawiajmy z nim. Zobaczmy, jak
poradzi sobie w trakcie prawdziwego przesłuchania.
- Mam nadzieję, że ośrodek jest niedaleko - powiedział Vurawn, gdy
pojazd Thurfiana ruszył żwawo przez ziemie Rentora. - Opuszczam już
wszystkie dzisiejsze zajęcia. Instruktorzy będą niezadowoleni, jeśli
opuściłbym także jutrzejsze.
- Będzie dobrze - zapewnił Thurfian, wyczuwając w głosie chłopaka
udawaną cierpliwość. Czy mały naprawdę nie rozumiał, jak wielki zaszczyt
go spotkał?
Najwyraźniej nie. Uczęszczanie na zajęcia zdawało mu się ważne. Adopcja
przez jedną z Dziewięciu Rodzin Rządzących - nie.
Rentor nie stanowił politycznego czy kulturalnego zagłębia, więc
Thurfian wiedział, że będzie musiał przygotować się na pewną dozę
ignorancji. Mimo to, ten brak świadomości wyróżniał Vurawna nawet
spośród wielu grubo ciosanych plebejuszy, jakich znał.
Nie zmieniało to faktu, że jeśli Ba'kif dobrze ocenił chłopaka, czeka go
kariera wojskowa. Polityka nie była tam aż tak istotna.
Jeśli Vurawn stanie się Mitthem, czego z pewnością nie dałoby się
jeszcze zagwarantować. Thurfian wysłał co prawda własny raport, jednak
chłopaka wciąż czekała rozmowa z Radnymi, pilnującymi interesów Mitthów
na Rentorze, po której mogło nastąpić krótkie spotkanie z tutejszą
Patrielką, jeśli opinia Radnych okaże się wystarczająco dobra. Po
wszystkim rezultaty rozmów zostaną przesłane do ostatecznej oceny do
siedziby rodu na Csilli. Dopiero wtedy Vurawn dowie się, czy zostanie
zaszczycony adopcją zasłużoną. Cały proces trwał zwykle około dwóch,
trzech miesięcy. Thurfian widział i takie, które ciągnęły się nawet pół
roku...
Jego questis zabrzęczał, wyciągnął go więc z kieszeni i włączył.
Na ekranie widniała wiadomość tekstowa. Bardzo krótka wiadomość
tekstowa.
"Adopcja zasłużona Vurawna zaakceptowana".
Thurfian zdębiał. "Zaakceptowana?"
Niemożliwe. Rozmowy... Ewaluacja Patrielki... Decyzje w siedzibie rodu...
A jednak. Na jego oczach ktoś pominął cały ten proces i żadna ze
zwyczajowych procedur nie miała już znaczenia.
Po prawdzie to żadna nie była już potrzebna. Zapewne Patrielka otrzymała
tę samą wiadomość, a jedynym, co się wydarzy, gdy dojadą do ośrodka,
będzie krótka ceremonia wyjścia Vurawna z rodziny Kivu i przyjęcia go w poczet Mitthów.
- Czy coś się stało? - zapytał chłopak.
- Nie, wszystko w porządku - rzekł Thurfian, chowając questisa z powrotem do kieszeni. A więc młody został przyjęty wyłącznie na
podstawie opinii Thurfiana, a być może jeszcze szkolnych wyników i raportów?
Bez sensu. Choć chłopak robił wrażenie, to wciąż za mało. Najwyraźniej
jakiś wysoko postawiony członek rodu obserwował jego dzisiejszą misję.
Zapewne ta sama osoba obserwowała Vurawna i zdecydowała, że przyjęcie go
w szeregi Mitthów leży w interesie rodziny.
A zatem skoro decyzja już zapadła, dlaczego Thurfian został w ogóle
wysłany do tej szkoły? Jego rekomendacja nie mogła przecież aż tak się
liczyć na Csilli.
Oczywiście, że nie. Ta wycieczka miała zaledwie ukryć fakt, że Vurawn
już dawno został wybrany do adopcji zasłużonej. Czysta polityka. W końcu, jeśli chodziło o Dziewięć Rodzin Rządzących, polityka była zawsze
kluczowa.
Skrzywił się, kiedy w końcu zdołał pozbierać myśli. W żaden sposób nie
okazał po sobie zaskoczenia, gdy otrzymał wiadomość - był Arystokrem,
stworzeniem politycznym, wystarczająco długo i wiedział, jak nie
ujawniać swoich emocji poprzez głos czy też mimikę. Jednak Vurawn w jakiś sposób zorientował się, że wiadomość okazała się wystarczająco
niespodziewana, by o nią zapytać.
Przyjrzał się chłopakowi. Rzadko spotykało się taki zmysł obserwacji.
Może było w nim więcej, niż dojrzał na pierwszy rzut oka. Jakaś iskra,
która kiedyś przyniesie honor i chwałę jemu i jego rodzinie.
Najwyraźniej ktoś w domu myślał podobnie i zdecydował, że rodziną,
której ów honor i owa sława przypadną w udziale, będą Mitthowie.
Wciąż otwartym pozostawało pytanie, czy poślą chłopaka do Akademii
Taharim. Jednak biorąc pod uwagę tajemniczego dobrodzieja pociągającego
za sznurki, było to zapewne do przewidzenia.
Wbił gniewny wzrok w szybko zmieniający się pod nimi krajobraz. Nie
lubił być manipulowany. A już na pewno nie lubił patrzeć, jak ktoś dla
kaprysu wyrzuca do kosza porządne i uświęcone wiekami procedury.
Był jednak Arystokrem oraz Mitthem i to nie do niego należało ocenianie
decyzji podejmowanych przez jego ród. On miał jedynie wypełniać
powierzone mu zadania.
Być może kiedyś to się zmieni.
- Nie, nic się nie stało - powiedział. - Dostałem po prostu informację,
że zostałeś zaakceptowany.
- Już? - Vurawn spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.
- Tak - przytaknął Thurfian, skrycie ciesząc się z jego zdziwienia.
Zatem dało się go zaskoczyć. I wiedział o polityce przynajmniej tyle, by
dostrzec nienaturalność sytuacji. - Po dotarciu do ośrodka zapewne
przejdziemy ceremonię.
- Adopcji zasłużonej, jak rozumiem?
A więc dzieciak coś tam wiedział o Rodzinach Rządzących.
- Tak wszystko się zaczyna - powiedział mu starszy mężczyzna. - Jeśli i kiedy przejdziesz Próby, zostaniesz awansowany na zrodzonego w Próbie.
- A potem na dostojnego krewniaka - powiedział w zamyśleniu Vurawn.
Thurfian westchnął cicho. To z pewnością nigdy się nie wydarzy. Nie, gdy
w grę wchodzi ktoś z tak mało istotnej rodziny.
- Być może. Na razie zacznij się przyzwyczajać do nowego imienia,
Mitth'raw'nuru.
- Tak jest - wyszeptał chłopak.
Thurfian przyglądał mu się kątem oka. Ba'kif uważał, że chłopak może
przynieść chwałę Mitthom. Jednak mógł też sprowadzić na nich wstyd i rozczarowanie. Tak już działał ten świat.
Tak czy siak, dokonało się.
"Vurawn" przestał istnieć. Jego miejsce zajął "Thrawn".
Rozdział 1
Ba'kifowi przemknęło przez myśl, że są
takie momenty, kiedy dobrze wyjrzeć ze względnego bezpieczeństwa
Dynastii Chissów i spojrzeć w Chaos. Dawało to szansę docenienia
wszystkiego, co uosabiała i znaczyła Dynastia. Porządek i niezłomność.
Stabilizację i siłę. Oświecenie, kulturę i splendor. Była wyspą spokoju
pośród splątanych nadprzestrzennych szlaków i nieustająco zmieniających
się ścieżek, spowalniających podróż i hamujących rozwój handlu między
żyjącymi tam istotami.
Jednak legendy mówiły, iż Chaos nie zawsze był taki. Niegdyś, u zarania
podróży kosmicznych, między gwiazdami poruszano się równie łatwo, jak
czyniono to obecnie w Dynastii. W końcu, tysiące lat temu, cała seria
łańcuchowych eksplozji supernowych wyrzuciła olbrzymie masy materii
pędzącej z olbrzymią prędkością między gwiazdami. Niszczycielska siła
miażdżyła asteroidy, a czasem i całe planety, gdzie indziej zaś
rozświetlała kolejne supernowe, zderzając się z gwiazdami z szybkością
bliską prędkości światła. Ruch tych wszystkich mas w powiązaniu z obszarami olbrzymich strumieni elektromagnetycznych stworzył
niestabilne, nieustająco zmieniające się szlaki nadprzestrzenne. To z kolei sprawiło, że każda podróż dalsza niż o kilka układów planetarnych
stała się trudna i niebezpieczna.
Jednak ta niestabilność miała dwie strony. Ograniczenia, które
utrudniały podróże i chroniły Chissów przed groźbą inwazji, komplikowały
także zwiad i zbieranie informacji. W tym mroku kryły się zagrożenia,
ukryte światy i tyrani, żądni podbojów i zniszczeń.
Wyglądało na to, że jeden z tych despotów odnalazł właśnie Dynastię.
- Jesteś pewna, że lecimy we właściwym kierunku? - Ba'kif skierował
pytanie do młodej kobiety, siedzącej za sterami ich promu.
- Tak, generale, jestem pewna - odparła. Grymas skrywanego bólu
przemknął przez jej twarz. - Byłam częścią zespołu, który to znalazł.
- Oczywiście - przytaknął Ba'kif. Nastąpiła kolejna, krótka chwila
ciszy, w trakcie której znów wpatrywał się w odległe gwiazdy...
- Tam - powiedziała nagle pilotka. - Dziesięć stopni na prawą burtę.
- Widzę - potwierdził. - Podprowadź nas od burty.
- Tak jest, sir.
Statek ruszył do przodu, powoli zbliżając się do celu. Ba'kif wyjrzał
przez iluminator, czując narastający ciężar w żołądku. Oglądanie holo
czy nagrań zniszczonego statku uchodźczego to jedno, ale zobaczenie na
własne oczy brutalnej prawdy o rzezi było czymś zupełnie innym.
Starszy kapitan Thrawn poruszył się u jego boku.
- To wcale nie byli piraci - powiedział.
- Dlaczego tak sądzisz? - zapytał generał.
- Uszkodzenia wskazują na chęć zniszczenia, a nie unieruchomienia
statku.
- Być może większości zniszczeń dokonano po grabieży.
- Mało prawdopodobne - odparł Thrawn. - Kąt większości śladów po
strzałach wskazuje na atak od rufy.
Ba'kif skinął głową. Podążał tym samym tokiem rozumowania, co
doprowadziło go do identycznych wniosków.
Rozumowanie i jeden kluczowy, koszmarny fakt.
- Odpowiedzmy najpierw na oczywiste pytania - zaproponował. - Czy ten
statek jest w jakikolwiek sposób powiązany z jednostkami, które
zaatakowały dwa dni temu Csillę?
- Nie. - Thrawn zareagował natychmiast. - Nie widzę pomiędzy nimi
żadnych powiązań artystycznych lub konstrukcyjnych.
Ba'kif znowu pokiwał głową, ponownie dochodząc do takiego samego
wniosku.
- A więc możliwe, że oba wydarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego.
- Gdyby tak było, stanowiłoby to wyjątkowo ciekawy zbieg okoliczności -
powiedział starszy kapitan. - Uważam za bardziej prawdopodobne, że atak
na Csillę stanowił jedynie dywersję, mającą skierować naszą uwagę do
wewnątrz i z dala od tego incydentu.
- W rzeczy samej - zgodził się generał. - A biorąc pod uwagę koszt
dywersji, należałoby założyć, że komuś naprawdę zależy, byśmy nie
przyglądali się temu statkowi.
- W rzeczy samej - powiedział z namysłem Thrawn. - Zastanawia mnie,
dlaczego pozostawili wrak, zamiast zniszczyć go do końca.
- Mogę to panu wyjaśnić, sir - wtrąciła pilotka. - Służyłam na okręcie
patrolowym, który zarejestrował atak. Byli za daleko, byśmy zdołali
interweniować czy nawet uzyskać jakieś sensowne dane z sensorów, jednak
napastnicy ewidentnie zauważyli naszą obecność i postanowili nie
ryzykować konfrontacji. Nim tu dotarliśmy i zaczęliśmy badać statek,
skoczyli już w nadprzestrzeń.
- A więc już wiedzieliśmy o ataku - podsumował Ba'kif. - Dywersja miała
więc prawdopodobnie odciągnąć naszą uwagę.
- A przynajmniej dać im trochę czasu, nim się nad tym pochylimy - dodał
Thrawn. - Jak pan myśli, jak dużo czasu, sir?
Ba'kif pokręcił głową.
- Nie da się tego określić z całkowitą pewnością. Jednak biorąc pod
uwagę wściekłość Syndykury po ataku na Csillę, zakładam, że przynajmniej
przez trzy albo cztery miesiące będą naciskać na flotę, by ta znalazła
im winnych. Oczywiście zakładając, że nie zidentyfikujemy ich wcześniej.
- Nie zidentyfikujemy - powiedział Thrawn. - Przeglądałem nagrania z ataku, statki wyglądają na stare, wręcz przestarzałe. Ktokolwiek je
wysłał, wybrał z pewnością te jak najmniej przypominające sprzęt, z którego obecnie korzysta.
Generał uśmiechnął się ponuro.
- Być może nawet niewielkie podobieństwo nam wystarczy.
- Być może. - Thrawn wskazał na wrak statku. - Zakładam, że wejdziemy na
pokład?
Ba'kif spojrzał na pilotkę. Miała napiętą twarz, skóra wokół jej oczu
zmarszczyła się lekko. Była już raz na tym statku i ewidentnie nie miała
ochoty na powtórkę.
- Tak - odparł. - Tylko my dwaj. Załoga promu zostaje tu na straży.
- Przyjąłem - powiedział Thrawn. - Za pozwoleniem, przygotuję skafandry.
- Wykonać - polecił Ba'kif. - Zaraz do ciebie dołączę.
Poczekał, aż za Thrawnem zamkną się drzwi.
- Rozumiem, że niczego nie ruszaliście? - zapytał pilotkę.
- Nie, sir. Ale...
- Ale?
- Nie rozumiem, dlaczego chciał pan, żebyśmy go zostawili w tym stanie,
a nie sprowadzili do bazy i poddali dokładniejszym oględzinom -
powiedziała. - Nie mam pojęcia, jak cokolwiek w środku może się panu
przydać.
- Może pani się zdziwi - odparł. - A może oboje się zdziwimy.
Spojrzał w stronę śluzy, do której udał się Thrawn.
- Właściwie na to liczę.
Ba'kif widział wszystkie holo, które załoga patrolu wysłała do Syndykury
na Csilli i kwatery głównej Ekspansyjnej Floty Obronnej na Naporarze.
Rzeczywistość jednak, podobnie jak i sam statek, wyglądała o wiele
gorzej.
Zniszczone konsole. Usmażone banki danych i moduły. Rozbite wiązki
sensorów i systemy wykrywające.
No i ciała. Te wszystkie ciała.
A przynajmniej to, co z nich zostało.
- To nie był frachtowiec. - Spokojny głos Thrawna dochodził z głośnika w hełmie Ba'kifa. - Jedynie statek uchodźczy.
Ba'kif skinął bez słowa. Dorośli, młodzież, dzieci - zwłoki należały do
istot znajdujących się na różnych etapach życia.
Wszyscy zostali zgładzeni z jednolicie brutalną skutecznością.
- Czy udało się coś wyczytać z raportu floty? - spytał Thrawn.
- Prawie nic - przyznał Ba'kif. - Jak już zauważyłeś, takiego typu
statku nie ma w naszych bazach. Kod genetyczny ofiar również jest nam
nieznany. Sądząc po wielkości, statek nie był przystosowany do dalekich
podróży, jednak w Chaosie znajduje się przecież wiele układów
planetarnych i ośrodków cywilizacyjnych, których nigdy nie
odwiedziliśmy.
- Z kolei ich cechy fenotypiczne... - Thrawn machnął ręką.
- Są trudne do odczytania - przytaknął ponuro Ba'kif, nie zdoławszy
powstrzymać dreszczu. Amunicja wybuchowa sprawiła, że nawet najlepsze
ekipy rekonstrukcyjne po prostu nie miały za bardzo z czym pracować. -
Miałem nadzieję, że może dostrzeżesz coś, co przeoczyli.
- Dostrzegam kilka takich rzeczy - stwierdził Thrawn. - Podstawowa
struktura statku odznacza się pewnymi wzorcami, które prawdopodobnie da
się odnieść do innych aspektów ich kultury. Również ich stroje są
charakterystyczne.
- W jaki sposób? - spytał Ba'kif. - Chodzi o materiał? Wzornictwo? Krój?
- To i więcej. Chodzi o swego rodzaju atmosferę, ogólne odczucie, które
składa się w moim umyśle w pewną całość.
- Nie dałbyś rady nam tego kiedyś usystematyzować?
Thrawn zwrócił się w jego stronę i przez wizjer hełmu Ba'kif dojrzał
krzywy uśmiech młodszego mężczyzny.
- Doprawdy, generale. Gdybym mógł to po prostu spisać, już dawno bym tak
zrobił.
- Wiem - odparł Ba'kif. - Choć byłoby nam wszystkim łatwiej, gdybyś to
potrafił.
- Zgadzam się - przytaknął Thrawn. - Proszę jednak być pewnym, że
rozpoznam te istoty, jeśli je znowu spotkam. Zakładam, że chce pan się
dowiedzieć, skąd pochodzi ten statek.
- W normalnych okolicznościach tak bym właśnie zrobił - rzekł Ba'kif. -
Jednak mając na względzie obecne wzburzenie i gniew Syndykury, może być
nam trudno wyrwać grupę zadaniową z Sił Obronnych Dynastii.
- W razie potrzeby jestem gotów wykonać tę misję samodzielnie.
Ba'kif pokiwał głową. Oczywiście, spodziewał się, że Thrawn zgłosi się
na ochotnika. Jeśli coś sprawiało mu przyjemność, było to właśnie
uganianie się za nieznanym i rozwiązywanie trudnych zagadek. Biorąc
jeszcze pod uwagę jego wyjątkową zdolność dostrzegania związków
przyczynowo-skutkowych tam, gdzie inni nie potrafili ich zobaczyć - i fakt, że zdecydowana większość Arystokrów z radością pozbyłaby się go na
jakiś czas z zasięgu wzroku - nadawał się idealnie do tego zadania.
Niestety, nie było to wcale proste.
- Będę potrzebował czegoś odpowiednio wyposażonego na taką misję -
ciągnął Thrawn, rozglądając się po wraku. - "Springhawk" nadałby się
całkiem nieźle.
- Przeczuwałem, że to powiesz - powiedział kwaśno Ba'kif. - Masz
świadomość, że odebrano ci go nie bez powodu, prawda?
- Oczywiście - odparł Thrawn. - Naczelny Admirał Ja'fosk i Rada nie byli
zadowoleni z podjętych przeze mnie działań wobec piratów Vagaari. Jestem
jednak pewien, że ich gniew już minął.
- Być może - rzekł wymijająco Ba'kif. - Jednakże... cóż. Powiedzmy po
prostu, że twoja reputacja wśród pozostałych członków Rady pozostaje
wątpliwa.
Spowodowana działaniami Thrawna irytacja Rady Hierarchii Obronnej była
niewątpliwie oficjalnym powodem odebrania mu dowództwa nad
"Springhawkiem". I nie chodziło wyłącznie o nieautoryzowaną akcję
przeciwko piratom, ale także o będące jej rezultatem śmierć syndyka
Mitth'ras'safisa oraz utratę cennej, obcej technologii.
Jednak istniały także inne, zakulisowe powody. Zwieńczona sukcesem
kampania Thrawna, bez względu na jej poparcie ze strony Arystokry czy
też jego brak, przysporzyła "Springhawkowi" sławy i chluby, więc rodzina
Ufsa uznała, że okręt powinien być dowodzony przez jedno z nich. Potem
już wystarczyła tylko dyskretna petycja do Rady, zapewne nawet
dyskretniejsza wymiana przysług czy obietnic przyszłych zysków i było po
Thrawnie.
Co pozostawało, rzecz jasna, w zupełnej sprzeczności z protokołem.
Arystokra nie powinna mieć żadnego wpływu na przydziały wojskowe. Co nie
znaczyło, że tak się czasem nie działo.
Cała rzecz w tym, że jak zwykle Thrawn dostrzegał jedynie ogólny zarys
sytuacji, zupełnie nie zauważając politycznych niuansów.
Z drugiej strony, pojawiała się szansa na przypomnienie cywilnym
przywódcom Dynastii, że to Rada, a nie Syndykura dowodzi wojskiem.
Syndycy wzięli sobie "Springhawka"? Nadszedł czas, by Rada odebrała im
swoją własność.
- Zobaczę, co da się zrobić - powiedział w końcu. - "Springhawk" ma za
kilka dni dołączyć do odwetowego ataku admirał Ar'alani na Paataatusów,
ale później będziemy chyba w stanie przywrócić twoje dowództwo.
- Naprawdę sądzicie, że to Paataatusowie stoją za atakiem na Csillę?
- Ja tak nie sądzę. - Generał pokręcił głową. - Ani większość Rady. Ale
jeden z syndyków ciągle wraca do tej teorii, a pozostali powoli się do
niej przekonują. Poza tym, Paataatusowie i tak znowu szarpali nasze
granice, więc zasłużyli sobie na szybkiego klapsa.
- Przypuszczam, że to rozsądne - powiedział Thrawn. - Zamiast jednak
czekać do zakończenia operacji, chciałbym wejść na okręt jeszcze przed
atakiem. Niekoniecznie jako jego dowódca, ale w celu obserwacji i ewaluacji oficerów i wojowników.
- To możliwe - odparł Ba'kif. - Z drugiej strony, dlaczego nie jako
dowódca? Przedstawię temat Ar'alani i zobaczę, czy się zgodzi.
- Jestem pewien, że nie będzie miała nic przeciwko. - Thrawn skinął
głową. - Mam rozumieć, że na czas śledztwa zostanie mi przydzielona
jakaś gwiazdogatorka?
- Najprawdopodobniej tak. - Szeregi gwiazdogatorek były mocno
przerzedzone w ostatnim czasie, ale śledztwo Thrawna może zaprowadzić go
bardzo daleko i nie było sensu zmuszać go do znacznie powolniejszej
podróży skokami. - Sprawdzę, które są wolne, gdy wrócimy na Naporar.
- Dziękuję. - Thrawn wskazał w kierunku rufy. - Zakładam, że napastnicy
nie zostawili wiele z maszynowni czy magazynów?
- Praktycznie nic - przytaknął ponuro Ba'kif. - Właściwie tylko więcej
rozerwanych na strzępy ciał.
- Tak czy siak, chciałbym się tam rozejrzeć.
- Oczywiście - zgodził się Ba'kif. - Tędy.
Kapitan Ufsa'mak'ro przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nowe rozkazy
widniejące na questisie, który podał mu jego pierwszy oficer.
Nie. Nie jego pierwszy oficer. Starszy komandor Plikh'ar'illmorf był
teraz oficerem starszego kapitana Mitth'raw'nuruodo. I to drugim
oficerem.
To sam Samakro został pierwszym Thrawna.
Podniósł wzrok znad questisa i spojrzał na sztywno wyprostowanego
mężczyznę. Kharill gotował się z wściekłości, choć sam zapewne sądził,
że dobrze to ukrywa.
- Jakieś pytania, starszy komandorze? - zapytał spokojnie Samakro.
Brwi Kharilla drgnęły ledwo zauważalnie. Najwyraźniej spodziewał się, że
kapitan "Springhawka" będzie równie zły po otrzymaniu tych
nieoczekiwanych rozkazów jak on sam.
- Nie pytanie, a komentarz, sir - wykrztusił przez ściśnięte gardło.
- Niech zgadnę. - Samakro uniósł nieco questis. - Jesteś oburzony
faktem, że odebrano mi okręt i przekazano go starszemu kapitanowi
Thrawnowi. Zastanawiasz się, czy nie powinniśmy złożyć skargi, osobno
lub wspólnie, a jeśli wspólnie, to czy należy się najpierw skontaktować
z naszymi rodzinami. Sądzisz, że powinniśmy wnieść także protest do
admirał Ar'alani, Naczelnego Admirała Ja'foska oraz Rady Hierarchii
Obronnej, przypuszczalnie w tej właśnie kolejności, argumentując, że
zmiana struktury dowodzenia na okręcie w przededniu bitwy jest nie tylko
niemądra, ale i niebezpieczna. Co więcej, jesteś absolutnie przekonany,
że powinniśmy okazać nasze niezadowolenie, wykonując rozkazy Thrawna z tak małą dozą entuzjazmu, jak to tylko możliwe. Czy coś pominąłem?
Szczęka Kharilla zaczęła opadać już przy drugim zdaniu, a teraz była
otwarta szerzej, niż starszy komandor kiedykolwiek widział.
- E... nie, niczego pan nie pominął, sir - wybąkał podwładny.
- A zatem - Samakro oddał mu questisa - skoro już to wszystko
powiedziałem, ty nie musisz. Wróć na stanowisko i przygotuj okręt do
zmiany dowódcy.
Grdyka Kharilla poruszyła się, ale zdobył się tylko na skinięcie głową.
- Tak jest, sir - powiedział i się odwrócił.
- Jeszcze jedno - rzucił Samakro.
- Sir?
Oczy kapitana zwęziły się niebezpiecznie.
- Jeśli kiedykolwiek przyłapię cię na niewypełnianiu rozkazów -
czyichkolwiek rozkazów - lub wypełnianiu prawomocnego rozkazu wolniej
lub niedokładniej, osobiście zaciągnę cię przed trybunał. Jasne?
- Bardzo jasne, sir - wycedził przez zęby Kharill.
- Doskonale. Odmaszerować.
Przyglądał się sztywnym plecom Kharilla, gdy ten kierował się korytarzem
w stronę mostka "Springhawka". Samakro miał nadzieję, że udało mu się
przekonać młodszego mężczyznę do choćby udawania entuzjazmu przed nowym
dowódcą okrętu, nawet jeśli sam go nie odczuwał.
Miał nadzieję, że dobrze ukrył swoje prawdziwe uczucia.
Był wściekły. Wściekły, oburzony, zdradzony. Jak Rada i Naczelny Admirał
Ja'fosk śmieli zrobić to jemu i "Springhawkowi"? Wszyscy wiedzieli, że
Ba'kif ślinił się na widok wszystkiego, czego tylko Thrawn dotknął, ale
Ja'fosk powinien mieć więcej rozumu.
Mimo to rozkazy zostały wydane i oprotestowanie ich, jak chciał tego
Kharill, nie przyniosłoby niczego poza podsyceniem i tak rozpalonego już
ognia. Samakro będzie więc wykonywał swoją robotę i dopilnuje, by
pozostali oficerowie i wojownicy na okręcie zrobili to samo.
I będzie jednocześnie żywił nadzieję, że w jakikolwiek polityczny
bałagan wpakuje się tym razem Thrawn, nie zmiecie ich on wszystkich z pokładu.