Star Wars Dynastia Thrawna. Chaos - Timothy Zahn

Kup ebooka

40.50 zł
34.43 zł (33,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wspo­mnie­nia II

Podróż dobie­gała końca, więc Al'iastov zamknęła Trze­cie Oko i wró­ciła do przy­ga­szo­nych świa­teł mostka "Tomry", trans­por­towca Chis­sań­skich Sił Obron­nych. Unio­sła obie dło­nie znad przy­rzą­dów nawi­ga­cyj­nych, czu­jąc prze­możną pustkę zarówno w sercu, jak i w żołądku.

- Star­szy koman­do­rze? - zapy­tała nie­pew­nie, patrząc na ofi­cera sie­dzą­cego obok niej.

- Jeste­śmy na miej­scu - potwier­dził. - Dzię­kuję. Przej­muję ste­ro­wa­nie.

- Dobra - wymam­ro­tała. Wypięła się z uprzęży, wstała i ruszyła przez cichy mostek w stronę śluzy.

Prze­szła przez właz, a następ­nie podą­żyła kory­ta­rzem w stronę kajuty kapi­tań­skiej, w któ­rej przy­go­to­wano miej­sce dla niej i jej opie­kunki. "Tomra" nie opu­ściła ni­gdy dotąd Dyna­stii, nie miała więc zwy­cza­jo­wej kajuty gwiaz­do­ga­tor­skiej. Opie­kunka Al'iastov, Mafole, dość gło­śno na to narze­kała, natych­miast anta­go­ni­zu­jąc tym samym młod­szą kapi­tan Vor­lip.

Na innych stat­kach, na któ­rych słu­żyła, opie­kunka zwy­kle witała ją za most­kiem i odpro­wa­dzała do kajuty gwiaz­do­ga­tor­skiej. Jed­nak po kłótni z Vor­lip Mafole oznaj­miła, że nie opu­ści swej kabiny, póki nie dotrą na Napo­rar i powie­działa Al'iastov, że będzie musiała cho­dzić po pokła­dzie sama.

I gdy tak szła samot­nie dłu­gim kory­ta­rzem, czuła, jak łzy napły­wają jej do oczu.

Nie było żad­nego powodu, by wysy­łać gwiaz­do­ga­torkę w tę podróż. Wie­działa o tym. Trasy wewnątrz Dyna­stii nie przy­po­mi­nały tych w Cha­osie. Tu szlaki były pro­ste i piloci wie­dzieli, jak dole­cieć tam, dokąd chcieli.

Wła­śnie dla­tego flota chciała spraw­dzić Al'iastov tutaj. Takie rejsy były bez­piecz­nym spo­so­bem na zwe­ry­fi­ko­wa­nie, czy gwiaz­do­ga­torka jest wciąż w sta­nie wyko­ny­wać swoje obo­wiązki.

Pilot nie powie­dział ani słowa. Młod­sza kapi­tan Vor­lip też nie.

Ale Al'iastov wie­działa.

Nie była w sta­nie utrzy­mać "Tomry" na wła­ści­wym kur­sie. Pilot musiał kory­go­wać go w trak­cie rejsu.

Jej Trze­cie Oko już wła­ści­wie zani­kło. Nie mogła już wyko­ny­wać tej pracy. Jedyne życie, jakie do tej pory znała, skoń­czyło się. Jej życie skoń­czyło się cały rok wcze­śniej, niż się to zwy­kle działo.

W wieku trzy­na­stu lat.

- Dobrze się czu­jesz?

Al'iastov zatrzy­mała się w pół kroku, wycie­ra­jąc szybko łzy, które zasło­niły jej nad­cho­dzącą postać. Kilka kro­ków dalej stał młody męż­czy­zna w czar­nym mun­du­rze. Na koł­nie­rzu nie miał żad­nych ozna­czeń, co suge­ro­wało, że jest kade­tem, a na jego pago­nie wid­niało wscho­dzące słońce. Sym­bol jed­nej z Dzie­wię­ciu Rodzin, choć nie mogła sobie przy­po­mnieć, któ­rej.

- Nic mi nie jest - odparła. Jedna z jej opie­ku­nek powie­działa kie­dyś, że ni­gdy nie powinna narze­kać na samo­po­czu­cie. - Kim jesteś?

- Kadet Mitth'raw'nuru. Lecę do Aka­de­mii Taha­rim. A ty?

- Al'iastov. - Skrzy­wiła się, gdy przy­po­mniała sobie, że jej toż­sa­mość miała pozo­stać utaj­niona przed wszyst­kimi oprócz naj­wyż­szych rangą ofi­ce­rów. - Jestem córką kapi­tan - dodała, uży­wa­jąc wymówki, z któ­rej miała sko­rzy­stać w razie naga­by­wa­nia przez człon­ków załogi.

Thrawn uniósł nieco brwi, a Al'iastov poczuła się jesz­cze gorzej. Nie uwie­rzył. Nie tylko jej życie dobie­gało końca, ale i ona sama wła­śnie pew­nie wpa­ko­wała się w tara­paty.

- To zna­czy...

- Jasna sprawa - rzekł Thrawn. - Co się stało, Al'iastov? Czy mogę ci jakoś pomóc?

Dziew­czyna wes­tchnęła. Nie powinna prze­cież narze­kać. Ale chyba po raz pierw­szy w życiu nie dbała o to, co powinna, a czego nie.

- Nie sądzę... Ja... mar­twię się. O... sama nie wiem. O to, co teraz zro­bię.

- Rozu­miem - powie­dział chło­pak.

Al'iastov wstrzy­mała oddech. Czyżby zorien­to­wał się, kim jest? Bun­tow­ni­czy nastrój znik­nął, znów była w pełni świa­doma, że pakuje się w kło­poty.

- Naprawdę? - zapy­tała ostroż­nie.

- Oczy­wi­ście. Każde z nas odczuwa nie­pew­ność w trak­cie podróży przez życie. Nie wiem, co kon­kret­nie cię mar­twi, ale zapew­niam, że wszy­scy kadeci na pokła­dzie rów­nież stoją teraz przed poważ­nymi, życio­wymi zmia­nami.

Odro­binę jej ulżyło. A więc nie wie­dział, że jest gwiaz­do­ga­torką.

- Jed­nak wy wie­cie, dokąd zmier­za­cie. Jesteś kade­tem i skoń­czysz w Siłach Obron­nych. Ja nie wiem, co będę robiła.

- Jesteś córką kapi­tan okrętu - odparł. - To z pew­no­ścią otwiera wiele moż­li­wo­ści. Co wię­cej, moja podróż do Aka­de­mii nie ozna­cza, że wiem wszystko o mojej przy­szło­ści. A nie­pew­ność może z łatwo­ścią stać się jed­nym z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych sta­nów umy­słu.

Następ­nie, ku kom­plet­nemu zdzi­wie­niu Al'iastov, Thrawn przy­kląkł na jedno kolano, przez co jego twarz zna­la­zła się nieco niżej. Doro­śli pra­wie ni­gdy tego nie robili. Nawet więk­szość opie­ku­nek Al'iastov zwy­kle stała pro­sto, patrząc na nią z góry.

- A jed­nak choć wszy­scy sta­jemy na wielu roz­sta­jach, możemy wybrać naszą drogę - cią­gnął. - Też masz tę moż­li­wość. Wybierz ścieżkę, która jest wła­ściwa dla cie­bie.

- No nie wiem. - Al'iastov czuła, jak łzy znów napły­wają jej do oczu. Jakie niby wybory stały przed trzy­na­sto­let­nią gwiaz­do­ga­torką, która zawio­dła? Nikt z nią o tym nie roz­ma­wiał. - Ale dzię­kuję...

- Co tu się wypra­wia? - Ostry głos młod­szej kapi­tan Vor­lip dobiegł zza jej ple­ców. - Kim jesteś i co tu robisz?

- Kadet Mitth'raw'nuru. - Thrawn zerwał się na równe nogi. - Zwie­dza­łem sta­tek, gdy natkną­łem się na pani córkę. Wyglą­dała na zde­ner­wo­waną, więc zatrzy­ma­łem się, by zaofe­ro­wać pomoc.

- Nie powinno cię w ogóle być w tym kory­ta­rzu - sark­nęła Vor­lip. Minęła Al'iastov i sta­nęła przed Thraw­nem. - Nie widzia­łeś ozna­ko­wa­nia TYLKO DLA PER­SO­NELU?

- Zało­ży­łem, że przy­go­to­wano go na uży­tek ruchu cywil­nego. Jako kadet był­bym więc wła­śnie "per­so­ne­lem".

- No więc nie jesteś - syk­nęła Vor­lip. - Powi­nie­neś być teraz z pozo­sta­łymi kade­tami.

- Pro­szę o wyba­cze­nie - powie­dział Thrawn. - Pra­gną­łem tylko poczuć okręt.

Skło­nił głowę i zaczął się odwra­cać.

Vor­lip wycią­gnęła ramię, zagra­dza­jąc mu przej­ście.

- Co masz na myśli, mówiąc "poczuć okręt"?

- Chcia­łem nauczyć się jego rytmu. Pokład deli­kat­nie wibruje, prze­ka­zu­jąc infor­ma­cje o zmia­nie trybu pracy sil­ni­ków. Naszą podróż przez nad­prze­strzeń zna­czyły drobne wah­nię­cia i korekty. Pęd powie­trza wska­zuje na drobne odchy­le­nia, gdy zmie­niamy kie­ru­nek. Kom­pen­sa­tory od czasu do czasu spóź­niają się z nadą­że­niem za tymi zmia­nami, co z kolei znów można odczuć w wibra­cjach pokładu.

- Doprawdy? - Vor­lip nie wyglą­dała już na zde­ner­wo­waną. - Który to twój lot kosmiczny w życiu?

- Pierw­szy, ni­gdy wcze­śniej nie opu­ści­łem domu.

- Rozu­miem. - Vor­lip zro­biła krok w jego stronę. - Zamknij oczy. Nie otwie­raj, dopóki nie wydam takiego pole­ce­nia.

Thrawn zro­bił, jak mu kazano. Vor­lip chwy­ciła go za ramiona i bez ostrze­że­nia zaczęła nim obra­cać.

Zasko­czony, roz­ło­żył ręce. Poty­kał się, bo stopy nie nadą­żały za górną czę­ścią ciała. Vor­lip nie prze­sta­wała nim krę­cić, sama rów­nież powoli poru­szała się dookoła. Gdy poko­nała mniej wię­cej jedną trze­cią drogi wokół kadeta, zatrzy­mała go.

- Nie otwie­raj oczu - powie­działa, przy­trzy­mu­jąc go w miej­scu. - W któ­rym kie­runku lecimy?

Przez chwilę nie odpo­wia­dał. Następ­nie uniósł dłoń i wska­zał w stronę dziobu "Tomry".

- Tam.

Vor­lip trzy­mała go jesz­cze przez sekundę. Wresz­cie puściła i cof­nęła się o krok.

- Możesz otwo­rzyć oczy. - Po chwili dodała: - A teraz wra­caj do swo­ich kwa­ter. I ni­gdy już nie igno­ruj takiego znaku, chyba że masz pew­ność, że ci wolno.

- Tak, pani kapi­tan - odparł.

Zamru­gał kilka razy, odzy­sku­jąc rów­no­wagę, ski­nął Vor­lip, a także Al'iastov, do któ­rej rów­nież się uśmiech­nął, po czym odwró­cił się i odszedł.

- Prze­pra­szam - wyszep­tała dziew­czyna.

- Nic się nie stało. - Vor­lip wciąż patrzyła za odcho­dzą­cym Thraw­nem.

- Jesteś na niego zła? - zapy­tała Al'iastov. - Chciał mi tylko pomóc.

- Wiem.

- Jesteś więc zła na mnie?

Vor­lip spoj­rzała na nią, uśmie­cha­jąc się lekko.

- Oczy­wi­ście, że nie - odparła. - Nie zro­bi­łaś nic złego.

- Ale... - Al'iastov urwała, zmie­szana.

- Na nikogo nie jestem zła - powie­działa Vor­lip. - Po pro­stu... Mnie zajęło to pięt­na­ście rej­sów na czte­rech róż­nych stat­kach, nim wykształ­ci­łam tego rodzaju świa­do­mość. Ten cały Mitth'raw'nuru doko­nał tego pod­czas swo­jego pierw­szego lotu.

- Czy to dziwne?

- Bar­dzo - przy­tak­nęła Vor­lip.

- Wydaje się miły... - urwała Al'iastov, przy­po­mi­na­jąc sobie, co powie­dział o ścież­kach. - Co sta­nie się ze mną po odej­ściu stąd?

- Zosta­niesz adop­to­wana - odpo­wie­działa Vor­lip. - Zapewne przez jedną z Dzie­wię­ciu Rodzin Rzą­dzą­cych. Lubią mieć u sie­bie byłe gwiaz­do­ga­torki.

- Dla­czego?

- Kwe­stia pre­stiżu. Z pew­no­ścią rozu­miesz, jak rzadko poja­wiają się dziew­czynki o two­ich zdol­no­ściach. Adop­cja zasłu­żona to wielki honor dla kogoś takiego jak ty.

Al'iastov poczuła nagły ucisk w gar­dle.

- Nawet jeśli jeste­śmy do niczego nie­przy­datne?

- Nie mów takich głu­pot - zga­niła ją Vor­lip. - Każdy jest przy­datny. Mam na myśli to, że zosta­niesz powi­tana z otwar­tymi ramio­nami w rodzi­nie, która cię adop­tuje. Zajmą się tobą, zapew­nią dal­szą edu­ka­cję, a w końcu i naj­le­piej pasu­jącą do cie­bie karierę.

- Chyba że mnie wywalą.

- Powie­dzia­łam już, żebyś nie gadała głu­pot. Nikt cię zni­kąd nie wywali. Jesteś pre­sti­żo­wym nabyt­kiem dla rodziny, tak?

- Tak. - Al'iastov wciąż nie wie­rzyła w to do końca, ale dal­sza roz­mowa nie miała już sensu.

Cho­ciaż w sumie, może i miała...

- Czy będę mogła wybrać rodzinę?

Vor­lip zmarsz­czyła brwi.

- Nie wiem. Szcze­rze mówiąc, nie mam poję­cia na temat szcze­gó­łów takiego pro­cesu. A co, inte­re­suje cię jakiś kon­kretny ród?

- Ow­szem - powie­działa z prze­ko­na­niem Al'iastov. - Mit­tho­wie.

- Och, doprawdy? - Vor­lip obej­rzała się przez ramię. - Jak kadet Thrawn?

- Tak.

Vor­lip powoli wypu­ściła powie­trze.

- Jak mówi­łam, nie wiem, jak to się dokład­nie odbywa. Ale z pew­no­ścią nie ma powodu, dla któ­rego nie mia­ła­byś zapy­tać. Wła­ści­wie, jak się nad tym zasta­no­wić, to była gwiaz­do­ga­torka z two­imi wyni­kami powinna móc pro­sić, o co tylko zechce.

Stało się. Vor­lip powie­działa to na głos. "Była gwiaz­do­ga­torka".

Nawi­ga­cyjna kariera Al'iastov ofi­cjal­nie dobie­gła końca.

Nagle zdała sobie sprawę, że, zaska­ku­jąco, zupeł­nie jej to nie prze­szka­dzało.

- On też tak powie­dział - wyszep­tała do Vor­lip. - Powie­dział, że mogę wybrać swoją ścieżkę.

- Cóż, kadeci mówią różne rze­czy. - Mach­nię­ciem ręki zbyła zarówno Thrawna, jak i roz­mowę z nim. - A teraz musi­cie zamel­do­wać się z opie­kunką w moim biu­rze. Mamy kilka for­mu­la­rzy do wypeł­nie­nia.

"Mitth'raw'nuru" - tak się przed­sta­wił. Al'iastov powta­rzała sobie to imię w myślach, idąc obok kapi­tan. "Mitth'raw'nuru". Nie zapo­mni go.

A gdy przyj­dzie czas, rodzina Mit­thów z pew­no­ścią otrzyma odpo­wied­nią prośbę.

Roz­dział 2

Oficer przy­dzia­łowy pokrę­cił głową.

- Proś­bie odma­wiam - stwier­dził krótko. - Miłego dnia.

Mitth'ali'astov zamru­gała. Czyżby się prze­sły­szała?

- Nie rozu­miem, jak to "odma­wia pan"? - zapy­tała. - Mam tu prze­cież całą doku­men­ta­cję.

- To prawda. - Przy­dzia­łowy był nie­wzru­szony. - Jed­nak nale­żało ją zło­żyć cztery dni temu.

Tha­lias zaci­snęła zęby. Musiała wal­czyć z całą biu­ro­kra­tyczną machiną rodziny Mit­thów, by się tu dostać. I wal­czyła, kłami i pazu­rami! Teraz jed­nak, gdy było już za późno, pojęła, dla­czego odpu­ścili i pozwo­lili jej zło­żyć prośbę.

- Oba­wiam się, że nie rozu­miem. - Z tru­dem powstrzy­my­wała gniew na wła­sną rodzinę. Męż­czy­zna przed nią był klu­czem do otrzy­ma­nia przy­działu na "Sprin­ghawka". Musiała go sobie zjed­nać. - Jestem człon­ki­nią rodziny Mit­thów, a "Sprin­ghaw­kiem" dowo­dzi czło­nek rodziny Mit­thów. Powie­dziano mi, że flota zezwala na obser­wa­cję.

- Zga­dza się - potwier­dził ofi­cer, ale jed­no­cze­śnie postu­kał pal­cem w swój questis. - Jed­nak takie zezwo­le­nie jest objęte pew­nymi ogra­ni­cze­niami. Jed­nym z nich jest trzy­ma­nie się wyzna­czo­nych ter­mi­nów.

- Teraz już rozu­miem - powie­działa. - Nie­stety, rodzina nie wyja­śniła mi tego wcze­śniej. Jak zwy­kle. Czy jest coś, co mógłby pan w tej sytu­acji zro­bić?

- Oba­wiam się, że nie - odparł już nieco łagod­niej. Obar­cze­nie kogoś innego odpo­wie­dzial­no­ścią za ten bała­gan spra­wiło, że stał się wobec Tha­lias nieco bar­dziej empa­tyczny. O to cho­dziło. - Należy wziąć prze­cież pod uwagę czas potrzebny na prze­ana­li­zo­wa­nie prośby, zwłasz­cza że rodziny pozo­sta­łych star­szych ofi­ce­rów mają prawo ją zakwe­stio­no­wać.

- Rozu­miem. Wszystko spro­wa­dza się do rodzin, czyż nie?

- To prawda, zwy­kle tak to wła­śnie wygląda - przy­znał ofi­cer.

- Cóż, skoro nie mogę wejść na pokład tego okrętu jako obser­wa­torka, może ist­nieje inny spo­sób? - Tha­lias nie dawała za wygraną. - Może jest jakieś inne sta­no­wi­sko, które mogę objąć? Jestem bie­gła w obsłu­dze kom­pu­te­rów, ana­li­zie danych...

- Przy­kro mi - prze­rwał jej. - Jesteś cywi­lem, a "Sprin­ghawk" nie ma żad­nych sta­no­wisk dla cywili.

Nagle zmarsz­czył brwi.

- Chyba że... chwi­leczkę. - Spoj­rzał na nią ponow­nie. - No pro­szę. Może... Jest tu sta­no­wi­sko, które może mogła­byś objąć. "Sprin­ghaw­kowi" wła­śnie przy­dzie­lono gwiaz­do­ga­torkę, ale nie mają jesz­cze dla niej opie­kunki. Masz jakieś doświad­cze­nie lub kwa­li­fi­ka­cje do pracy z dziećmi?

- Nie­spe­cjal­nie - przy­znała. - Ale kie­dyś sama byłam gwiaz­do­ga­torką. Czy to się liczy?

- Byłaś gwiaz­do­ga­torką? - Otwo­rzył sze­roko oczy. - Serio?

- Serio, serio - przy­tak­nęła.

- Cie­kawe - wymru­czał, a jego oczy ponow­nie się zwę­ziły, choć patrzył teraz jakby odro­binę w innym kie­runku. - Sto lat temu opie­kunki rekru­to­wano wyłącz­nie spo­śród byłych gwiaz­do­ga­to­rek. Tak przy­naj­mniej sły­sza­łem.

- Cie­kawe - powtó­rzyła za ofi­ce­rem Tha­lias. To była jej szansa.

Jeśli chciała z niej sko­rzy­stać.

A to wcale nie było pro­ste czy oczy­wi­ste pyta­nie. Ta część jej życia nale­żała już do prze­szło­ści. Co wię­cej, wielu wspo­mnień wcale nie chciała roz­grze­by­wać.

Oczy­wi­ście, wiele z nich było zwią­za­nych z kobie­tami, któ­rym zle­cano na okrę­tach opiekę nad nią. Nie­które cał­kiem roz­sądne, inne zupeł­nie jej nie rozu­miały. Tym razem zna­la­złaby się jed­nak po dru­giej stro­nie tej rela­cji, co powinno nieco pomóc.

Powinno. Mówiąc szcze­rze, ona sama pew­nie nie oka­zała się naj­ła­twiej­szym przy­dzia­łem dla swo­ich opie­ku­nek. Wiele poszcze­gól­nych chwil zlało się w jedną, jed­nak wyraź­nie pamię­tała kilka dłu­gich fochów i parę peł­no­praw­nych wybu­chów wście­kło­ści.

Gdyby jed­nak sama miała wziąć tę robotę - i sta­nąć twa­rzą w twarz z gwiaz­do­ga­torką ze wszyst­kimi tego kon­se­kwen­cjami - mogłaby spró­bo­wać oszczę­dzić nieco stresu jakiejś dziew­czynce...

Wypro­sto­wała ramiona. Przy­wo­ła­nie wła­snej mrocz­nej prze­szło­ści nie będzie łatwe. Ale może być też jej jedyną szansą na ponowne spo­tka­nie Thrawna. A z pew­no­ścią naj­lep­szą oka­zją, by mu się dokład­nie przyj­rzeć.

- Dobrze - zde­cy­do­wała. - Biorę to.

- Hola, hola! - Ofi­cer zga­sił jej entu­zjazm. - To nie takie pro­ste. Wciąż musisz...

Prze­rwał, gdy ktoś otwo­rzył drzwi za jej ple­cami. Tha­lias odwró­ciła się i zoba­czyła wcho­dzą­cego do biura męż­czy­znę w śred­nim wieku. Wysoko na żół­tej sza­cie zewnętrz­nej wid­niał przy­pięty herb wscho­dzą­cego słońca, sym­bol syn­dyka rodziny Mit­thów.

- Widzę, że udało mi się zdą­żyć na czas - sko­men­to­wał. - Mitth'ali'astov, jak sądzę?

- Zga­dza się. - Tha­lias zmarsz­czyła czoło. - Z kim mam przy­jem­ność?

- Syn­dyk Mitth'urf'ianico - przed­sta­wił się, po czym prze­niósł wzrok na ofi­cera. - Rozu­miem, że ta młoda dama stara się o przy­dział na "Sprin­ghawku", zga­dza się?

- W rze­czy samej, syn­dyku. - Oczy przy­dzia­ło­wego zwę­ziły się nieco. - Pro­szę wyba­czyć, ale to sprawy floty, a nie Ary­sto­kry.

- Chyba że wybiera się na pokład jako obser­wa­tor rodziny Mit­thów - sprze­ci­wił się Thur­fian.

- Jej doku­men­ta­cja się nie zga­dza. - Ofi­cer pokrę­cił głową.

- Ktoś z rodziny opóź­nił cały pro­ces - dodała Tha­lias.

- Rozu­miem - rzekł Thur­fian. - I nic nie da się zro­bić?

- Szu­kają opie­kunki dla gwiaz­do­ga­torki - pod­su­nęła Tha­lias. - Wła­śnie zaczy­na­li­śmy roz­mowę na ten temat.

- Dosko­nale - ucie­szył się Thur­fian. - Co musimy zro­bić, żeby się udało?

- To nie jest takie pro­ste - zapro­te­sto­wał przy­dzia­łowy.

- Oczy­wi­ście, że jest - powie­dział syn­dyk. - Sta­no­wi­sko wciąż pozo­staje nie­ob­sa­dzone, a rodzina Mit­thów wciąż ma prawo do obser­wa­cji.

- Ale prze­cież nie mamy zebra­nych wszyst­kich nie­zbęd­nych zgód!

- To ja się wła­śnie zbior­czo zga­dzam - rzekł dobit­nie Thur­fian.

- Syn­dyku, z całym sza­cun­kiem... - zaopo­no­wał ofi­cer.

- Z całym sza­cun­kiem do pana - prze­rwał mu syn­dyk i się wypro­sto­wał...

Nagle Tha­lias odczuła całą praw­dziwą potęgę Syn­dy­kury, wykra­cza­jącą daleko poza zna­cze­nie poli­tyczne, nio­sąc ze sobą pełen cię­żar histo­rii Chis­sów.

- Nad Dyna­stią wisi groźba ataku. - Głos Thur­fiana był niski i groźny. - Siły Obronne i Eks­pan­syjna Flota muszą zna­leźć się w peł­nej goto­wo­ści. Na każ­dym okrę­cie nie­zbędna jest gwiaz­do­ga­torka, a te nie mogą wejść na pokład bez opie­kunki. "Sprin­ghawk" za cztery godziny ruszy z Napo­rara w bój. Nie mamy czasu - pan nie ma czasu - na czcze roz­wa­ża­nia.

Nabrał powie­trza, a Tha­lias odnio­sła wra­że­nie, że zarówno jego postawa, jak i ton głosu nieco zła­god­niały.

- A zatem. Ma pan tu opie­kunkę, która jest gotowa, chętna i zdolna do służby. Ma pan zgodę rodziny na jej wej­ście na pokład. Z pew­no­ścią jest pan w sta­nie zna­leźć spo­sób na zapew­nie­nie "Sprin­ghaw­kowi" zaso­bów nie­zbęd­nych do wyko­na­nia cze­ka­ją­cych nań zadań.

Przez kilka chwil obaj nie wypo­wie­dzieli ani słowa, mie­rząc się inten­syw­nie wzro­kiem. Ach, ta rywa­li­za­cja mię­dzy flotą i Ary­sto­krą.

Jed­nak w gło­sie Thur­fiana brzmiały roz­są­dek i pośpiech, a ofi­cer naj­wy­raź­niej dosko­nale je rozu­miał.

- Niech będzie. - Spu­ścił wzrok i przez chwilę pra­co­wał na swoim questi­sie. - Dobrze. - Spoj­rzał znów na Tha­lias. - Twoje roz­kazy, instruk­cje oraz zezwo­le­nia są już na twoim czyt­niku. Zapo­znaj się z nimi i bądź, gdzie powin­naś być, gdy tam powin­naś być. - Rzu­cił okiem na Thur­fiana. - Jak był łaskaw zauwa­żyć syn­dyk Thur­fian, "Sprin­ghawk" wyla­tuje za cztery godziny.

- Dzię­kuję - powie­działa.

- Nie ma za co. - Uśmiech­nął się do niej lekko. - Witamy w Eks­pan­syj­nej Flo­cie, opie­kunko Tha­lias. Życzę powo­dze­nia z twoją gwiaz­do­ga­torką.

Po chwili Tha­lias i Thur­fian stali już na kory­ta­rzu.

- Dzię­kuję - powtó­rzyła. - Przy­by­łeś w ostat­niej chwili.

- Cie­szę się, że mogłem pomóc - odparł syn­dyk z uśmie­chem. - Jesteś doprawdy wyjąt­kową osóbką, Tha­lias.

Poczuła, jak na twarz wypełza jej rumie­niec.

- Dzię­kuję - powie­działa po raz trzeci.

- A skoro ja pomo­głem tobie - cią­gnął Thur­fian - to jest coś, w czym i ty możesz pomóc mnie.

Odru­chowo odsu­nęła się od niego i zatrzy­mała gwał­tow­nie.

- Słu­cham?

- Nie ma czasu do stra­ce­nia - powie­dział star­szy męż­czy­zna, chwy­ta­jąc ją pod ramię i rusza­jąc z miej­sca. - Chodź, opo­wiem ci po dro­dze na twój okręt.

Tha­lias ostatni raz musiała zapo­zna­wać się z woj­sko­wym roz­kła­dem lotów jakieś dwie dekady temu, nie mówiąc już o koniecz­no­ści pod­po­rząd­ko­wa­nia się tako­wemu. Na szczę­ście, gdy tylko minął pierw­szy szok, stare nawyki i odru­chy zaczęły dzia­łać, a na prom dotarła z dużym zapa­sem czasu.

Gdy przy­była, dziew­czynka cze­kała już na nią w kaju­cie gwiaz­do­ga­torki, gdzie, roz­wa­lona na olbrzy­mim fotelu w salo­nie, grała w jakąś grę na swoim questi­sie, stu­ka­jąc w ekran. Na oko miała dzie­więć lub dzie­sięć lat, ale gwiaz­do­ga­torki były raczej niskie, co czę­sto oka­zy­wało się mylące. Spoj­rzała na Tha­lias, gdy ta prze­szła przez właz, otak­so­wała ją podejrz­li­wie wzro­kiem, po czym wró­ciła do gry. Tha­lias zaczęła się przed­sta­wiać, jed­nak przy­po­mniała sobie, jak sama była nie­gdyś scep­tycz­nie nasta­wiona do nowych opie­ku­nek, więc prze­rwała i zanio­sła bagaże do swo­jej czę­ści kajuty.

Chwilę zajęło jej zado­mo­wie­nie się. Gdy wró­ciła do salonu, dziew­czynka odło­żyła już questis na krze­sło obok fotela i wpa­try­wała się z gry­ma­sem na wyświe­tla­cze umiesz­czone na gro­dzi pod barem z prze­ką­skami.

- Ruszy­li­śmy już? - zapy­tała Tha­lias.

- Przed kil­koma minu­tami. - Dziew­czynka ski­nęła głową. Zawa­hała się, po czym spoj­rzała ukrad­kiem na Tha­lias. - Jesteś moją nową niby­matką?

- Jestem twoją nową opie­kunką - odparła Tha­lias, marsz­cząc lekko brwi. "Niby­matka"? Czy to był nowy ofi­cjalny tytuł osoby na jej sta­no­wi­sku, czy też coś wymy­ślo­nego przez tę dziew­czynkę? - Będę się tobą zaj­mo­wać na pokła­dzie "Sprin­ghawka". - Pode­szła do jed­nego z wol­nych krze­seł i usia­dła. - Nazy­wam się Tha­lias. A ty?

- Nie powin­naś już tego wie­dzieć?

- Dosta­łam przy­dział wła­ści­wie w ostat­niej chwili - przy­znała Tha­lias. - Mia­łam czas wyłącz­nie na dotar­cie do kosmo­portu w takim tem­pie, by nie spóź­nić się na prom.

- Och. - Dziew­czynka wyglą­dała na nieco zmie­szaną. Pew­nie poprzed­nie opie­kunki przy­zwy­cza­iły ją do nieco więk­szej dys­cy­pliny. I kom­pe­ten­cji. - Nazy­wam się Che'ri.

- Miło cię poznać, Che'ri. - Tha­lias uśmiech­nęła się do niej. - W co grasz?

- Co? Och. - Che'ri dotknęła swo­jego questisa. - W nic nie gra­łam. Ryso­wa­łam.

- Rozu­miem. - Tha­lias skrzy­wiła się lekko. Che'ri lubiła ryso­wać, a Tha­lias led­wie odróż­niała jeden koniec rysika od dru­giego. Tu raczej nie będą miały o czym roz­ma­wiać. - Nie wie­dzia­łam, że da się go tak wyko­rzy­stać.

- To nie do końca sztuka. - Dziew­czynka wyglą­dała na nieco zawsty­dzoną. - Po pro­stu korzy­stam z ele­men­tów, które już są w questi­sie i łączę je ze sobą.

- Cie­kawe. Coś jak kolaż? Mogę zoba­czyć?

- Nie. - Che'ri odchy­liła się nieco i przy­ci­snęła questisa do piersi. - Nie pozwa­lam nikomu tego oglą­dać.

- Dobrze, rozu­miem - zapew­niła ją pospiesz­nie Tha­lias. - Jeśli jed­nak kie­dyś zmie­nisz zda­nie, z rado­ścią obej­rzę, co stwo­rzy­łaś.

- A ty lubisz ryso­wać?

- Nie jestem w tym zbyt dobra - odparła opie­kunka. - Ale lubię patrzeć na sztukę.

- Nie sądzisz, że ryso­wa­nie jest głu­pie?

- Oczy­wi­ście, że nie - zapew­niła ją. - Dobrze jest mieć taki talent.

- Tak naprawdę to nie rysuję - przy­znała Che'ri. - Już ci mówi­łam, po pro­stu łączę ze sobą różne ele­menty.

- To wciąż talent - spró­bo­wała ostroż­nie Tha­lias. - A talenty ni­gdy nie są głu­pie.

- Poprzed­nia niby­matka mówiła, że ten jest. - Che'ri spu­ściła wzrok.

- W takim razie poprzed­nia niby­matka się myliła.

Che'ri par­sk­nęła cicho.

- Ona uwa­żała, że zawsze ma rację.

- Zaufaj mi - odparła Tha­lias. - Widzia­łam w swoim życiu wiele niby­ma­tek i z góry ci mówię: ta się myliła.

- No dobra. - Che'ri przyj­rzała się jej uważ­nie. - Nie jesteś taka jak inne.

- Inne niby­matki? - Tha­lias zary­zy­ko­wała drobny uśmiech. - Pew­nie nie. Ile ich już mia­łaś?

Che'ri znowu wbiła wzrok w pod­łogę.

- Osiem - szep­nęła ledwo sły­szal­nie.

Tha­lias skrzy­wiła się na dźwięk bólu w jej gło­sie.

- Och - powie­działa łagod­nie. - Musiało ci być ciężko.

- A niby skąd ty masz wie­dzieć? - Kolejne par­sk­nię­cie.

- Bo ja mia­łam cztery.

Che'ri spoj­rzała na star­szą dziew­czynę sze­roko otwar­tymi oczami.

- Jesteś gwiaz­do­ga­torką?

- Byłam. I pamię­tam, jak bar­dzo mi było źle za każ­dym razem, gdy zabie­rali jedną opie­kunkę i wci­skali nową.

Ramiona Che'ri opa­dły, a ona sama wyraź­nie posmut­niała.

- Nawet nie wiem, co zro­bi­łam nie tak.

- Pew­nie nic - pocie­szyła ją Tha­lias. - Sama się też tym zamar­twia­łam i ni­gdy nie byłam w sta­nie nic wymy­ślić. No, cza­sem się z nimi nie doga­dy­wa­łam i sądzi­łam, że to może być powód.

- Nie rozu­miały - powie­działa Che'ri ze ści­śnię­tym gar­dłem. - Żadna nie rozu­miała.

- Bo żadna ni­gdy nie była gwiaz­do­ga­torką - wyja­śniła Tha­lias. Choć kie­dyś było ina­czej, jeśli ofi­cer przy­dzia­łowy mówił prawdę. Przez chwilę zasta­na­wiała się, dla­czego to się zmie­niło. - Kiedy opusz­czamy pro­gram, więk­szość ni­gdy już nie wraca.

- Dla­czego więc ty to zro­bi­łaś?

Tha­lias wzru­szyła ramio­nami. To nie był odpo­wiedni moment na wyzna­nie dziew­czynce, że chciała spo­tkać osobę, którą widziała wcze­śniej raz w życiu.

- Pamię­tam, jak ciężko mi było w roli gwiaz­do­ga­torki. Pomy­śla­łam, że skoro nią byłam, może uda mi się być lep­szą opie­kunką.

- Aż mnie opu­ścisz - wymru­czała Che'ri. - Jak one wszyst­kie.

- Wcale nie musiały tego chcieć - tłu­ma­czyła Tha­lias. - Za prze­no­si­nami opie­kunki może stać wiele róż­nych powo­dów. Cza­sami po pro­stu nie doga­duje się z gwiaz­do­ga­torką, jak twoja ostat­nia czy też ta moja, o któ­rej ci mówi­łam. Ale bywają i inne prze­słanki. Zda­rza się, że potrze­bują kon­kret­nej opie­kunki dla nowej gwiaz­do­ga­torki. Innym razem to kwe­stie rodziny... Mam na myśli usta­le­nia mię­dzy róż­nymi rodzi­nami, które też prze­cież mogą wszystko pomie­szać. - Poczuła, jak zaci­ska usta. - A cza­sem to kwe­stia jakie­goś krót­ko­wzrocz­nego idioty, który ma zarzą­dzać tym bała­ga­nem.

- Krót­ko­wzrocz­nego, czyli takiego, który kiep­sko widzi?

- Krót­ko­wzrocz­nego, czyli takiego, który ma mózg sko­ro­pu­chy - stwier­dziła sucho. - Z pew­no­ścią takich spo­tka­łaś.

Che'ri uśmiech­nęła się do niej nie­śmiało.

- Nie powin­nam tak mówić o innych.

- Masz rację, pew­nie nie powin­naś - skwi­to­wała Tha­lias. - Ja rów­nież. Co nie zmie­nia faktu, że mają mózgi sko­ro­puch.

- Pew­nie tak. - Dziew­czynka spoj­rzała na nią spod przy­mru­żo­nych powiek. - Jak długo byłaś gwiaz­do­ga­torką?

- Mia­łam sie­dem lat, gdy nawi­go­wa­łam swój pierw­szy sta­tek. Trzy­na­ście, gdy nawi­go­wa­łam ostatni.

- Mówili, że będę gwiaz­do­ga­torką do czter­na­stego roku życia.

- Tak jest zazwy­czaj - odparła Tha­lias. - Moje Trze­cie Oko naj­wy­raź­niej zde­cy­do­wało się wysiąść na wcze­śniej­szym postoju. A ty ile masz lat? - Prze­sad­nie przy­glą­dała się twa­rzy Che'ri. - Osiem?

- Dzie­więć i pół. - Dziew­czynka szybko zaczęła prze­li­czać. - Dzie­więć i trzy czwarte.

- Ach, czyli jesteś bar­dzo doświad­czona. To dobrze.

- Chyba tak. Lecimy do bitwy?

Tha­lias zawa­hała się. O nie­któ­rych spra­wach doro­śli nie powinni mówić gwiaz­do­ga­tor­kom. O spra­wach, które Rada w swej nie­kon­wen­cjo­nal­nej mądro­ści uznała za mogące wzbu­dzić nie­po­kój.

- Nie wiem, ale nie ma się czym mar­twić - powie­działa w końcu. - A na pewno nie na pokła­dzie "Sprin­ghawka". Star­szy kapi­tan Thrawn jest naszym dowódcą, a to jeden z naj­lep­szych wojow­ni­ków Dyna­stii.

- Bo oni to wcale mi nie chcieli powie­dzieć, po co tu jestem - nadą­sała się Che'ri. - Nie ma prze­cież gdzieś bar­dzo daleko kogoś, z kim musimy sto­czyć walkę, nie? Sły­sza­łam, że nie latamy już w tym celu za krańce Dyna­stii. A skoro mamy wal­czyć z kimś bli­sko, to sta­tek nie potrze­buje gwiaz­do­ga­torki.

- Słuszne rozu­mo­wa­nie - potwier­dziła Tha­lias, czu­jąc nie­przy­jemny ucisk w żołądku. Nawet jeśli ich grupa zmie­rzała na jakąś akcję odwe­tową, podró­żo­wa­nie sko­kami pozwo­li­łoby im poko­nać dowolny roz­sądny dystans bez nie­po­trzeb­nego ryzy­ko­wa­nia życiem gwiaz­do­ga­torki w bitwie. A więc co Che'ri i ona sama robiły na pokła­dzie? - Jed­nakże czego byśmy nie robili, star­szy kapi­tan Thrawn prze­pro­wa­dzi nas przez to bez szwanku.

- Skąd wiesz?

- Dużo o nim czy­ta­łam. - Tha­lias wyjęła swój questis. - Lubisz czy­tać? Chcesz się dowie­dzieć cze­goś o jego karie­rze?

- Nie trzeba. - Che'ri zmarsz­czyła nieco nos. - Wolę pory­so­wać.

- Ryso­wa­nie też jest dobre. - Tha­lias wysłała akta Thrawna na questis dziew­czynki. - To tylko jak­byś miała chęć poczy­tać póź­niej.

- Dobra. - Che'ri nie­pew­nie spoj­rzała na urzą­dze­nie. - Strasz­nie tu tego dużo!

- Zga­dza się - przy­tak­nęła, czu­jąc drobne ukłu­cie wstydu. Uwiel­biała czy­tać, gdy była gwiaz­do­ga­torką. Oczy­wi­ście uznała, że Che'ri podziela to zain­te­re­so­wa­nie. - Wiesz co? Przej­rzę te pliki póź­niej i przy­go­tuję ci krót­szą wer­sję. Wybiorę te naj­cie­kaw­sze z jego przy­gód.

- Dobra. - Che'ri spra­wiała wra­że­nie odro­binę bar­dziej zain­te­re­so­wa­nej.

- Umowa stoi. - Przez chwilę Tha­lias chciała jesz­cze coś dodać, jed­nak wciąż dostrze­gała dzie­lący je dystans i dosko­nale pamię­tała, jak zmienne nastroje miała sama, będąc w wieku dziew­czynki. Lepiej nie naci­skać. - Muszę się odmel­do­wać pierw­szemu ofi­ce­rowi.

Wstała, po czym rzu­ciła:

- Możesz sobie teraz jesz­cze pory­so­wać.

- Dobra. Czy mam sobie sama zro­bić obiad?

- Nie, nie, ja ci go przy­go­tuję - zapew­niła ją pospiesz­nie. - Jesteś głodna?

Dziew­czynka wzru­szyła ramio­nami.

- Mogę pocze­kać.

To nie była żadna odpo­wiedź.

- Chcesz, żebym zro­biła ci coś teraz?

- Mogę pocze­kać - powtó­rzyła Che'ri.

Tha­lias zaci­snęła zęby.

- Dobrze. Pójdę się odmel­do­wać, a potem wrócę. Zasta­nów się przez ten czas, na co masz ochotę.

- To bez zna­cze­nia. - Kolejne wzru­sze­nie ramio­nami.

- I tak się nad tym zasta­nów. Nie­długo wrócę.

Wyszła z kajuty i ruszyła kory­ta­rzem, wście­kła na samą sie­bie. Może nie­po­trzeb­nie wzięła tę fuchę.

Z dru­giej strony, led­wie zdą­żyły się poznać. Nic dziw­nego, iż dziew­czynka trzy­mała ją na dystans, zwłasz­cza że wciąż było jej przy­kro z powodu tego, co uzna­wała za porzu­ce­nie przez swoje poprzed­nie opie­kunki.

A więc Tha­lias da jej czas i prze­strzeń, a potem jesz­cze wię­cej czasu. Ist­nieje szansa, że dziew­czynka w końcu oprzy­tom­nieje.

A jeśli do powrotu Tha­lias nie wymy­śli, na co ma ochotę, dosta­nie kanapki z pastą orze­chową. Nawet jeśli Che'ri nie prze­pada za czy­ta­niem, z pew­no­ścią lubi kanapki z pastą orze­chową.

Thrawn był wyż­szy, niż Sama­kro się spo­dzie­wał, roz­ta­czał też wokół sie­bie aurę wdzięku i swo­istej pew­no­ści sie­bie. Był rów­nież uprzejmy wobec ofi­ce­rów i wojow­ni­ków i dosko­nale znał roz­kład "Sprin­ghawka". Poza tym Sama­kro nie mógł dostrzec w nim nic nad­zwy­czaj­nego.

A teraz także się spóź­niał.

- Zbli­żamy się do układu doce­lo­wego - zamel­do­wał Kha­rill. - Wyj­ście za trzy­dzie­ści sekund.

- Przy­ją­łem. - Sama­kro rozej­rzał się po mostku. Wszyst­kie sys­temy ofen­sywne świe­ciły na zie­lono, łącz­nie z naro­wi­stym kom­pu­te­rem celow­ni­czym sfery pla­zmo­wej, który przez kilka ostat­nich dni przy­spo­rzył im nieco kło­po­tów. Śluzy zabez­pie­czono przed ewen­tu­al­nym abor­da­żem, otu­la­jąca kadłub "Sprin­ghawka" elek­tro­sta­tyczna osłona dzia­łała na peł­nej mocy, a wszy­scy wojow­nicy znaj­do­wali się na swo­ich sta­no­wi­skach.

Impo­nu­jące, lecz wła­ści­wie zbędne. Z tego, co Sama­kro wie­dział, cała ta misja znaj­do­wała się jedy­nie o oczko wyżej niż manewry ćwi­czebne. "Czujny" był w końcu okrę­tem typu Night­dra­gon, a na znaj­du­jący się obec­nie pod dowódz­twem admi­rał Ar'alani oddział skła­dało się jesz­cze pięć krą­żow­ni­ków - poza samym "Sprin­ghaw­kiem". Przy takiej sile ognia, gdy poja­wią się nie­spo­dzie­wa­nie nad macie­rzy­stą pla­netą Paata­atu­sów, nie mogą się spo­dzie­wać żad­nego sku­tecz­nego oporu.

Co nie zna­czyło oczy­wi­ście, że "Sprin­ghawk" i jego cała załoga mieli się zacho­wy­wać ina­czej niż cał­ko­wi­cie pro­fe­sjo­nal­nie. Wli­cza­jąc w to kapi­tana statku. A jeśli Thrawna nie będzie tu, gdy wyjdą z nad­prze­strzeni, Sama­kro będzie po pro­stu musiał prze­jąć...

- Pozo­stać w goto­wo­ści. - Usły­szał za sobą spo­kojny głos Thrawna.

Sama­kro odwró­cił się, powstrzy­mu­jąc ner­wową reak­cję. Jak, do cho­lery, Thrawn zakradł się na mostek tak, że Sama­kro nie usły­szał otwie­ra­nego włazu?

- Kapi­ta­nie - powi­tał prze­ło­żo­nego. - Zaczy­na­łem podej­rze­wać, że nie usły­szał pan alarmu.

- Jestem tu od godziny. - W gło­sie Thrawna sły­chać było lek­kie zdzi­wie­nie fak­tem, że Sama­kro tego nie zauwa­żył. - Nad­zo­ro­wa­łem prace nad kom­pu­te­rem celow­ni­czym sfery.

Sama­kro spoj­rzał na kon­solę sfery w chwili, gdy dwóch tech­ni­ków wyło­niło się spoza urzą­dze­nia.

- Och. Widzę, że świeci na zie­lono.

- Zga­dza się - potwier­dził Thrawn. - Jakość zespo­łów napraw­czych i kon­ser­wa­cyj­nych na "Sprin­ghawku" polep­szyła się wyraź­nie, odkąd prze­jął pan dowo­dze­nie.

Sama­kro zmru­żył oczy. Kom­ple­ment? Czy może sub­telne przy­po­mnie­nie, że to Thrawn był teraz kapi­ta­nem?

- Czy mamy naj­now­sze roz­kazy z "Czuj­nego"?

- Nic od ostat­niego skoku - odparł Sama­kro. "Chyba jed­nak kom­ple­ment" - zde­cy­do­wał. Thrawn nie wyglą­dał na osobę, która lubi się cheł­pić. - Zwy­cza­jowe przy­po­mnie­nie Ar'alani, byśmy przy­go­to­wali się na każdą ewen­tu­al­ność.

- Sądzę, że jeste­śmy przy­go­to­wani - rzekł Thrawn. - Wyj­ście... teraz.

Gwiezdne smugi w ilu­mi­na­to­rze bły­snęły i skur­czyły się do roz­mia­rów jasnych punk­tów, co ozna­czało, że "Sprin­ghawk" wyszedł z nad­prze­strzeni.

Pro­sto w nawał­nicę lase­ro­wego ognia.

- Wro­gie myśliwce! - wark­nął Kha­rill. - Namie­rzam... są wszę­dzie wokół nas, kapi­ta­nie. Zale­wają nas. Zale­wają wszyst­kich.

Sama­kro wysy­czał drobne prze­kleń­stwo. Kha­rill miał rację. Wokół zespołu Chis­sów śmi­gało przy­naj­mniej pięć­dzie­siąt myśliw­ców Paata­atu­sów. Niczym wście­kłe mucho­ważki sie­kały ogniem lase­ro­wym, któ­rego bla­do­zie­lone roz­bły­ski prze­ci­nały roz­rze­dzony pył mię­dzy­pla­ne­tarny.

I jak w przy­padku mucho­wa­żek, choć jedno użą­dle­nie było zbyt słabe, by uszko­dzić elek­tro­sta­tyczną osłonę "Sprin­ghawka", odpo­wied­nio skon­cen­tro­wany ogień z pew­no­ścią mógł prze­bić się przez ich obronę i wgryźć w kadłub.

- Przy­ją­łem. - Głos Thrawna pozo­sta­wał nie­wzru­szony. - Sfera Jeden: otwo­rzyć ogień w stronę naj­bliż­szego prze­ciw­nika na moim wek­to­rze.

- Sfera Jeden otwiera ogień. - Sfera pla­zmowa wystrze­liła z lewo­bur­to­wej wyrzutni.

Kom­plet­nie nie tra­fia­jąc w cel.

- Kon­trola sfery - rzu­cił Sama­kro. - Reka­li­bruj i powtórz strzał.

- Zigno­ro­wać ten roz­kaz - powie­dział Thrawn. - Ster, zwrot dzie­więć­dzie­siąt stopni na lewą burtę, uru­cho­mić Sferę Dwa, następ­nie otwo­rzyć ogień.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dra­ma­tis Per­so­nae

Dra­ma­tis Per­so­nae

THRAWN | Mitth'raw'nuru­odo - zasłu­żony adop­to­wany rodziny Mit­thów

ZIARA | Irizi'ar'alani - zro­dzona z krwi człon­kini rodziny Irizi

THA­LIAS | Mitth'ali'astov - zasłu­żona adop­to­wana rodziny Mit­thów

THUR­FIAN | Mitth'urf'ianico - syn­dyk rodziny Mit­thów

SAMA­KRO | Ufsa'mak'ro - zasłu­żony adop­to­wany rodziny Ufsa

GENE­RAŁ BA'KIF

CHE'RI - gwiaz­do­ga­torka

QILORI Z UAN­DU­ALONU - nawi­ga­tor, czło­nek Tro­pi­cieli (nie­wy­wo­dzący się z rasy Chis­sów)

GENE­RAŁ YIV DOBRO­CZYŃCA - dowódca Nikar­du­nów

Dyna­stia Chis­sów

Dzie­więć Rodzin Rzą­dzą­cych

UFSA PLIKH IRIZI BOADIL DASKLO MITTH CLARR OBBIC CHAF

Hie­rar­chia rodzinna Chis­sów

ZRO­DZONY Z KRWI ZRO­DZONY W PRÓ­BIE KUZYN ZASŁU­ŻONY ADOP­TO­WANY DOSTOJNY KREW­NIAK

Hie­rar­chia poli­tyczna

PATRIAR­CHA - głowa rodziny

MÓWCA - główny syn­dyk rodziny

SYN­DYK - czło­nek Syn­dy­kury, głów­nego organu rzą­dzą­cego Dyna­stią

PATRIEL - zaj­muje się spra­wami rodziny na danej pla­ne­cie

RADNY - zaj­muje się spra­wami rodziny na danym tery­to­rium

ARY­STOKR - urzęd­nik śred­niego szcze­bla jed­nej z Dzie­wię­ciu Rodzin Rzą­dzą­cych

Pro­log

Atak na Csillę, ojczy­stą pla­netę Dyna­stii Chis­sów, był nagły, nie­spo­dzie­wany i pomimo swych skrom­nych roz­mia­rów zadzi­wia­jąco sku­teczny.

Trzy duże okręty wyszły z nad­prze­strzeni po trzech róż­nych wek­to­rach podej­ścia, a następ­nie skie­ro­wały się wprost na pla­netę. Ich działa lase­rowe z pełną mocą roz­po­częły ostrzał plat­form defen­syw­nych globu i orbi­tu­ją­cych wokół niego jed­no­stek Chis­sań­skiej Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej. Choć wzięte z zasko­cze­nia, zarówno plat­formy, jak i okręty już po minu­cie odpo­wie­działy ogniem. Wtedy napast­nicy zmie­nili kurs, zmie­rza­jąc ku lodo­wej powierzchni ata­ko­wa­nego świata, gdzie w sku­pi­sku świa­teł odzna­czała się jego sto­lica - Csa­plar. Gdy tylko zna­leźli się w odpo­wied­nim zasięgu, do ognia lase­rowego dołą­czyły salwy rakiet.

Ich wysiłki speł­zły jed­nak na niczym. Plat­formy defen­sywne z łatwo­ścią radziły sobie z nad­cią­ga­ją­cymi poci­skami, pod­czas gdy flota wzięła na cel same okręty agre­so­rów, ście­ra­jąc je w pył i pil­nu­jąc, by żaden z wpa­da­ją­cych w atmos­ferę frag­men­tów poszy­cia nie był wystar­cza­jąco duży, by prze­trwać tę gorącą podróż. Wróg został uniesz­ko­dli­wiony w pięt­na­ście minut po wej­ściu do układu.

"Groźba zaże­gnana" - pomy­ślał ponuro Naczelny Gene­rał Ba'kif, prze­mie­rza­jąc szybko kory­tarz pro­wa­dzący do Kopuły, w któ­rej syn­dycy i pozo­stali Ary­sto­krzy zbie­rali się już, powra­ca­jąc ze schro­nów.

Nad­szedł czas praw­dzi­wej furii i zemsty.

Och, z pew­no­ścią nie zabrak­nie ani jed­nej, ani dru­giej. Będąc główną wła­dzą wyko­naw­czą Dyna­stii, Syn­dy­kura z lubo­ścią pie­lę­gno­wała swój wize­ru­nek, na który skła­dały się roz­waga, szla­chet­ność i nie­za­chwiana god­ność. W więk­szo­ści wypad­ków, poza nie­unik­nio­nymi prze­py­chan­kami poli­tycz­nymi, było to wystar­cza­jąco bli­skie prawdy.

Jed­nak nie dziś, nie w dniu sesji ple­nar­nej Syn­dy­kury. Mówcy mieli prze­cież kalen­da­rze wypeł­nione popo­łu­dnio­wymi, pry­wat­nymi spo­tka­niami, co ozna­czało, że gdy roz­brzmiał alarm, pra­wie cała wier­chuszka Ary­sto­kry Dyna­stii znaj­do­wała się w biu­rach, salach kon­fe­ren­cyj­nych i na kory­ta­rzach. Umiesz­czone głę­boko pod Kopułą schrony były sto­sun­kowo duże i nie­mal wygodne, jed­nak od ostat­niego ataku na Csillę minęły dekady i Ba'kif wąt­pił, by kto­kol­wiek z obec­nych przed­sta­wi­cieli rządu kie­dy­kol­wiek miał szansę zoba­czyć je na wła­sne oczy.

Dwie godziny przy­mu­so­wej bez­czyn­no­ści, pod­czas któ­rych Siły Obronne upew­niały się, że pla­ne­cie nie grozi ponowny atak, nie spodo­bały się poli­ty­kom i Ba'kif był pewien, że nad­cho­dząca burza będzie mało roz­ważna, szla­chetna i nie­za­chwia­nie godna.

Nie mylił się.

- Ja oso­bi­ście chciał­bym wie­dzieć - ode­zwał się Mówca rodziny Ufsa po wysłu­cha­niu raportu Ba'kifa - kim byli ci obcy, któ­rzy śmieli sądzić, że atak na nas ujdzie im bez­kar­nie. Kto to był, gene­rale, chcemy wie­dzieć, kto to był?!

- Oba­wiam się, że nie umiem odpo­wie­dzieć, Mówco - odparł Ba'kif.

- Dla­czego? - naci­skał Mówca. - Macie prze­cież szczątki. Macie zapisy danych, ciała, pro­file broni. Z pew­no­ścią da się z tego wywnio­sko­wać, kim byli.

- Zaata­ko­wano Dyna­stię - wtrą­ciła ponu­rym gło­sem Mów­czyni rodziny Mit­thów, jakby sądziła, że ten drobny fakt mógł umknąć pozo­sta­łym. - Musimy wie­dzieć, kogo należy uka­rać za tak aro­gancki czyn.

- Tak - potwier­dził Ufsa, spo­glą­da­jąc na drugą stronę stołu.

Ba'kif z tru­dem powstrzy­mał wes­tchnie­nie. W daw­nych cza­sach poważne zagro­że­nie dla Dyna­stii zwy­kle jed­no­czyło Rodziny Rzą­dzące i zawie­szało codzienne poli­tyczne intrygi. Do tej chwili żywił odro­binę nadziei na to, że dzi­siej­szy atak mógł wywo­łać podobną reak­cję.

Naj­wy­raź­niej jed­nak nic takiego nie miało się wyda­rzyć. Zwłasz­cza jeśli cho­dziło o Ufsa i Mit­thów, znaj­du­ją­cych się obec­nie w samym środku wyjąt­kowo skom­pli­ko­wa­nej kam­pa­nii, w któ­rej zdo­bycz sta­no­wiły nowo otwarte kopal­nie na The­ar­ter­rze. Rodzi­nie Ufsa naj­wy­raź­niej nie podo­bało się, że główny rywal miał uszczk­nąć nieco splen­doru zwią­za­nego z tym wyda­rze­niem.

- Co wię­cej - dodał Mówca, spoj­rze­niem pro­wo­ku­jąc Mit­thkę do ponow­nego wtrą­ce­nia się - potrze­bu­jemy zapew­nie­nia, że Siły Obronne posia­dają zasoby pozwa­la­jące na ochronę Chis­sów przed ponow­nym ata­kiem tego nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego wroga.

Questis, doty­kowy czyt­nik danych leżący przed Ba'kifem, roz­ja­rzył się, gdy poja­wił się na nim nowy raport. Gene­rał pod­niósł urzą­dze­nie, pod­trzy­mu­jąc je lewą ręką, a pal­cem sunął po kra­wę­dzi, by prze­wi­nąć ekran.

- Syn­dy­kura nie powinna się mar­twić o swoje bez­pie­czeń­stwo - rzekł po chwili. - Wła­śnie otrzy­ma­łem infor­ma­cję, że cztery dodat­kowe okręty Eks­pan­syj­nej Floty zostały prze­kie­ro­wane z Napo­rara i lecą już jako wspar­cie dla Sił Obron­nych, które obec­nie patro­lują naszą prze­strzeń.

Skrzy­wił się w duchu. Mło­dzi męż­czyźni i kobiety, gotowi oddać życie, by chro­nić swój ojczy­sty świat. Szla­chetne i hono­rowe poświę­ce­nie... a zarówno on, jak i wszy­scy pozo­stali w Kopule wie­dzieli, że gdyby kie­dy­kol­wiek oka­zało się potrzebne, byłoby cał­ko­witą i nie­po­we­to­waną stratą.

Na szczę­ście, nie wyglą­dało na to, by dzi­siaj potrze­bo­wali takiej ofiary.

- A jeśli zaata­kują inne światy Dyna­stii? - naci­skał Ufsa.

- Pozo­stałe okręty wysłano już w celu wzmoc­nie­nia patroli w sąsia­du­ją­cych ukła­dach, na wypa­dek, gdyby oka­zało się, że sta­no­wią kolejne cele - odparł Ba'kif.

- Czy ktoś jesz­cze rapor­to­wał o obec­no­ści wroga? - zapy­tał Mówca Clar­rów.

- Na razie nie, Mówco - rzekł gene­rał. - Wedle naszej obec­nej wie­dzy, był to poje­dyn­czy incy­dent.

- Wąt­pię, gene­rale - par­sk­nęła teatral­nie Mów­czyni rodziny Obbic. - Nikt nie nasyła ot tak okrę­tów na Dyna­stię, by potem rzu­cić zabawki i iść do domu. Ktoś spi­skuje prze­ciwko nam. Należy tego kogoś zna­leźć i dać mu porządną nauczkę.

Trwało to jesz­cze dobrą godzinę, w trak­cie któ­rej każda z Dzie­wię­ciu Rodzin Rzą­dzą­cych - i nie­mało Wiel­kich Rodzin, aspi­ru­ją­cych do dołą­cze­nia do tego eli­tar­nego grona - upew­niało się, że ich wyrazy obu­rze­nia i deter­mi­na­cji zostały odno­to­wane.

Dla Ba'kifa była to w więk­szo­ści po pro­stu strata czasu. Na szczę­ście, bogate doświad­cze­nie mili­tarne nauczyło go, jak słu­chać poli­ty­ków tak, by móc jed­no­cze­śnie zasta­na­wiać się nad waż­niej­szymi spra­wami.

Mówcy i syn­dycy chcieli wie­dzieć, kto zaata­ko­wał Dyna­stię. To było jed­nak nie­wła­ściwe podej­ście.

Znacz­nie cie­kaw­sze było nie kto, lecz dla­czego.

Obbic miała rację. Nikt nie ata­ko­wał Csilli dla kaprysu. A już tym bar­dziej kaprysu kosz­tu­ją­cego trzy duże okręty, któ­rych strata nie przy­nio­sła żad­nej oczy­wi­stej korzy­ści. Zatem albo napast­nik sro­dze się prze­li­czył, albo jego celem było coś znacz­nie sub­tel­niej­szego.

Co mogło być takim celem?

Więk­szość Syn­dy­kury naj­wy­raź­niej uwa­żała, że atak sta­no­wił pre­lu­dium do więk­szej ofen­sywy i gdy tylko skoń­czą stro­szyć piórka, zaczną z pew­no­ścią naci­skać na Siły Obronne, by ścią­gnęły swoje jed­nostki z rubieży w celu ochrony więk­szych ukła­dów. Co wię­cej, pew­nie spró­bują zmu­sić Eks­pan­syjną Flotę Obronną do podob­nego manewru: opusz­cze­nia gra­nic i wzmoc­nie­nia pozy­cji wewnątrz Dyna­stii.

A więc co było celem tego wszyst­kiego? Skło­nie­nie Chis­sów, by poświę­cili wię­cej uwagi wła­snemu tery­to­rium? W takim przy­padku zadość­uczy­nie­nie żąda­niom Syn­dy­kury doty­czą­cym bez­pie­czeń­stwa oka­za­łoby się wyj­ściem zgod­nym z zamie­rze­niami wroga. Z dru­giej strony, jeśli syn­dycy mieli rację odno­śnie początku więk­szej ofen­sywy, pozo­sta­wie­nie Eks­pan­syj­nej Floty w Cha­osie mogłoby się oka­zać rów­nie fatal­nym posu­nię­ciem. Tak czy siak, jeśli się pomylą, zabrak­nie czasu na napra­wie­nie błędu, gdy prawda już wyj­dzie na jaw.

Gdy tak roz­wa­żał różne moż­li­wo­ści, przy­szło mu do głowy coś jesz­cze. A może wróg wcale nie chciał odcią­gnąć uwagi Dyna­stii od cze­goś, co się miało wyda­rzyć, ale cze­goś, co już się wyda­rzyło?

Ten wariant mógł przy­naj­mniej spraw­dzić od razu. Dys­kret­nie wpi­sał zapy­ta­nie na swoim questi­sie.

Mniej wię­cej w poło­wie spo­tka­nia w Kopule, gdy na­dal pró­bo­wał ukoić obawy Ary­sto­krów, znał już odpo­wiedź.

Być może.

Gdy gene­rał wresz­cie wró­cił do swo­jego biura, jeden z adiu­tan­tów już na niego cze­kał.

- Udało ci się go odna­leźć? - zapy­tał dowódca.

- Tak jest, sir - odparł adiu­tant. - Jest na Napo­ra­rze, gdzie prze­cho­dzi ostatni etap fizjo­te­ra­pii zwią­za­nej z obra­że­niami, któ­rych doznał pod­czas dzia­łań prze­ciwko pira­tom Vaga­ari.

Ba'kif się skrzy­wił. Dzia­ła­nia te, cho­ciaż w mili­tar­nym sen­sie zakoń­czone suk­ce­sem, oka­zały się abso­lut­nym poli­tycz­nym fia­skiem. Minęły mie­siące, a wielu Ary­sto­krów wciąż uty­ski­wało na cały ten bała­gan.

- Kiedy będzie dostępny?

- Kiedy tylko pan sobie zaży­czy, sir. Powie­dział, że jest do pań­skiej dys­po­zy­cji w każ­dej chwili.

- Dosko­nale - rzekł Ba'kif, patrząc na zega­rek. Przy­go­to­wa­nie "Wichru" do lotu zaj­mie pół godziny, podróż na Napo­rar potrwa cztery, kolejne pół godziny na zado­ko­wa­nie w cen­trum medycz­nym Chis­sań­skiej Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej. - Poin­for­muj go, że ma być gotów za pięć godzin.

- Tak jest, sir. - Adiu­tant wyraź­nie się zawa­hał. - Czy życzy pan sobie, bym zare­je­stro­wał roz­kaz czy może kwa­li­fi­kuje się to raczej jako podróż pry­watna?

- Reje­struj - potwier­dził gene­rał.

Ary­sto­krzy będą nie­za­do­wo­leni, gdy się o tym dowie­dzą. Syn­dy­kura może chcieć nawet zmon­to­wać jakiś try­bu­nał, żeby zmar­no­wać jesz­cze tro­chę jego czasu zupeł­nie nie­po­trzeb­nymi pyta­niami, jed­nak Ba'kif miał zamiar zro­bić wszystko zgod­nie z regu­la­mi­nem.

- Roz­kaz Naczel­nego Gene­rała Ba'kifa - kon­ty­nu­ował, sły­sząc, że jego głos obniża się o ton, jak zawsze, gdy cho­dziło o for­malne roz­kazy i raporty. - Przy­go­to­wać trans­port dla mnie i star­szego kapi­tana Mitth'raw'nuru­odo. Cel podróży: Dioya. Powód: śledz­two w spra­wie porzu­co­nego statku zna­le­zio­nego dwa dni temu w ukła­dzie zewnętrz­nym.

- Tak jest, sir - odpo­wie­dział bez zwłoki sztucz­nie neu­tral­nym gło­sem adiu­tant, w żaden spo­sób nie zdra­dza­jąc oso­bi­stych prze­my­śleń na ten temat. Nie wszy­scy, któ­rzy nie mieli zbyt dobrej opi­nii o kapi­ta­nie Thraw­nie, musieli być w końcu człon­kami Ary­sto­kry.

W tej chwili Ba'kif jed­nak się nimi nie przej­mo­wał. Zna­lazł pierw­szą połowę odpo­wie­dzi na pyta­nie: "Dla­czego?".

Znał jed­nak tylko jedną osobę, która mogła roz­wią­zać tę zagadkę w cało­ści.

Wspo­mnie­nia I

"Spo­śród wszyst­kich obo­wiąz­ków spy­cha­nych na człon­ków rodziny śred­niego szcze­bla - jak zauwa­żył cierpko Ary­stokr Mitth'urf'ianico, idąc kory­ta­rzem szkol­nym - rekru­ta­cja była jed­nym z naj­gor­szych". Nudna, wią­zała się ze zbyt wie­loma podró­żami i naj­czę­ściej sta­no­wiła zwy­kłą stratę czasu. Tu, na Ren­to­rze - bli­sko Csilli, a jed­no­cze­śnie para­dok­sal­nie na total­nej pro­win­cji - wie­dział dokład­nie, jakim rezul­ta­tem zakoń­czy się ta wycieczka.

Mimo to, jeśli jakiś gene­rał - nawet świeżo mia­no­wany - twier­dził, że ma obie­cu­ją­cego rekruta, spraw­dze­nie tej infor­ma­cji było po pro­stu rodzin­nym obo­wiąz­kiem.

Gene­rał Ba'kif cze­kał już na bal­ko­nie nad salą wspólną, gdy Ary­stokr się tam poja­wił. Na obli­czu woj­sko­wego malo­wał się wyraz kon­tro­lo­wa­nego entu­zja­zmu, choć sama twarz była zde­cy­do­wa­nie za młoda jak na wyż­szego ofi­cera. Z dru­giej strony, rodzinne konek­sje ist­niały wła­śnie po to.

Wzrok Ba'kifa roz­ja­śnił się na widok gościa.

- Ary­stokr Mitth'urf'ianico? - zapy­tał.

- Jam nim. Gene­rał Ba'kif?

- Jam nim.

Mając za sobą for­mal­no­ści, mogli uży­wać już znacz­nie wygod­niej­szej tytu­la­tury i imion rdze­nio­wych.

- A więc gdzie jest ten uczeń, godny w twoim mnie­ma­niu mojego obla­ty­wa­nia całej pla­nety? - zapy­tał Thur­fian.

- Tam - odparł Ba'kif, wska­zu­jąc na rzędy uczniów recy­tu­ją­cych poranne przy­sięgi. - Trzeci rząd od tyłu, po pra­wej.

A więc był dowódcą rzędu? Umiar­ko­wa­nie impo­nu­jące.

- Imię?

- Kivu'raw'nuru.

Kivu. Thur­fian nie znał tej rodziny.

- Coś wię­cej? - zapy­tał, wycią­ga­jąc questisa i wpi­su­jąc nazwę rodu.

- Jego oceny, talent i logiczne rozu­mo­wa­nie wymy­kają się naszej skali - powie­dział gene­rał. - Czy­nią z niego ide­al­nego kan­dy­data do Aka­de­mii Taha­rim na Napo­ra­rze.

- Hm - mruk­nął Thur­fian, przy­glą­da­jąc się wyni­kom wyszu­ki­wa­nia. Kivu byli chyba naj­mniej zna­nym rodem, jaki kie­dy­kol­wiek poja­wił się w Dyna­stii Chis­sów. Nic dziw­nego, że sam o nich nie sły­szał. - A dla­czego skon­tak­to­wa­łeś się z nami?

- Ponie­waż Mit­tho­wie wciąż mają jesz­cze dwa wolne miej­sca rekru­ta­cyjne - odparł Ba'kif. - Jeśli nie weź­miesz Vurawna, to nie dosta­nie teraz szansy i straci rok.

- A czy to byłaby aż taka kata­strofa?

Twarz woj­sko­wego stę­żała.

- Ow­szem, tak sądzę - powie­dział, poda­jąc roz­mówcy wła­sny questis. - Oto jego wyniki.

Thur­fian zaci­snął usta, prze­wi­ja­jąc ekran. Widy­wał lep­sze, ale nie­zbyt czę­sto.

- Nie widzę tu infor­ma­cji o tym, by rodzina przy­go­to­wała go do służby woj­sko­wej.

- Bo tak się nie stało - przy­tak­nął Ba'kif. - To pomniej­szy ród, bez zaso­bów i konek­sji, jakie mają Mit­tho­wie.

- Jeśli uwa­żali, że jest taki wyjąt­kowy, powinni byli zna­leźć lub stwo­rzyć takie zasoby - odparł zgryź­li­wie Thur­fian. - A więc myślisz, że Mit­tho­wie powinni wyko­nać odważny ruch i przy­jąć go w swe sze­regi bez zbęd­nych pytań?

- Pytaj, o co tylko chcesz - powie­dział Ba'kif. - Wszystko jest przy­go­to­wane tak, by można było go zwol­nić z pierw­szych zajęć na roz­mowę.

- Czy Ary­sto­krzy są aż tak prze­wi­dy­walni? - Thur­fian uśmiech­nął się lekko.

- Ary­sto­krzy? Nie. - Ba'kif odwza­jem­nił uśmiech. - Ale ich rywa­li­za­cja ow­szem.

- Trudno się nie zgo­dzić - przy­tak­nął Thur­fian, ponow­nie przy­glą­da­jąc się zapi­som doty­czą­cym Vurawna. Jeśli chło­pak choćby w poło­wie zre­ali­zuje drze­miący w nim poten­cjał, mógłby oka­zać się war­to­ścio­wym nabyt­kiem dla rodziny Mit­thów.

Nie­gdyś, tysiące lat temu, rodziny były tylko rodzi­nami - gru­pami istot złą­czo­nych przez krew lub mał­żeń­stwo, zamknię­tymi na innych. Jed­nak nie­od­łączne ogra­ni­cze­nia takiego układu dopro­wa­dziły do upadku i roz­war­stwie­nia, a nie­któ­rzy z Patriar­chów zaczęli eks­pe­ry­men­to­wać z meto­dami wcie­la­nia obcych do rodzin ina­czej niż poprzez mał­żeń­stwo. W efek­cie powstał obecny sys­tem - obie­cu­jące jed­nostki mogły być przy­jęte poprzez tak zwaną "adop­cję zasłu­żoną". Z kolei ci spo­śród nich, któ­rzy udo­wod­nili swoją war­tość, mogli ocze­ki­wać wynie­sie­nia do zro­dzo­nych w Pró­bie, a może nawet otrzy­mać tytuł dostoj­nego krew­niaka.

Ten Vurawn z pew­no­ścią speł­niał kry­te­ria pozwa­la­jące na adop­cję zasłu­żoną. Co wię­cej, jeżeli Mit­tho­wie go wezmą, Irizi zostaną z niczym. Nie­wąt­pli­wie był to jeden z prze­ja­wów rywa­li­za­cji pomię­dzy rodzi­nami, wspo­mnia­nej przez Ba'kifa.

Ale nawet to nie miało zna­cze­nia. Syn­dy­kura wresz­cie przy­chy­liła się do odwiecz­nych próśb Sił Obron­nych o roz­sze­rze­nie ich moż­li­wo­ści i upraw­nień, co wła­śnie zaowo­co­wało powsta­niem Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej. Jej misją z kolei było pil­no­wa­nie inte­re­sów Chis­sów w tych czę­ściach Cha­osu, które znaj­do­wały się poza gra­ni­cami Dyna­stii, a także pozna­wa­nie tam­tej­szych form życia i okre­śla­nie stop­nia zagro­że­nia, jakie sobą repre­zen­tują.

Choć raz Ary­sto­krzy naprawdę nie poską­pili woj­sku fun­du­szy. Eks­pan­syjna Flota wła­śnie budo­wała swoje nowe okręty, bazy i ośrodki wspar­cia. Będą potrze­bo­wali wszyst­kich kom­pe­tent­nych ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, jakich tylko dostaną.

Ten Vurawn wyglą­dał na kogoś, kto dobrze spraw­dzi się w takiej roli. Na męż­czy­znę, który może przy­spo­rzyć tam chwały imie­niu swo­jemu i swo­jej rodziny.

- Dobrze - oznaj­mił wresz­cie. - Poroz­ma­wiajmy z nim. Zobaczmy, jak pora­dzi sobie w trak­cie praw­dzi­wego prze­słu­cha­nia.

- Mam nadzieję, że ośro­dek jest nie­da­leko - powie­dział Vurawn, gdy pojazd Thur­fiana ruszył żwawo przez zie­mie Ren­tora. - Opusz­czam już wszyst­kie dzi­siej­sze zaję­cia. Instruk­to­rzy będą nie­za­do­wo­leni, jeśli opu­ścił­bym także jutrzej­sze.

- Będzie dobrze - zapew­nił Thur­fian, wyczu­wa­jąc w gło­sie chło­paka uda­waną cier­pli­wość. Czy mały naprawdę nie rozu­miał, jak wielki zaszczyt go spo­tkał?

Naj­wy­raź­niej nie. Uczęsz­cza­nie na zaję­cia zda­wało mu się ważne. Adop­cja przez jedną z Dzie­wię­ciu Rodzin Rzą­dzą­cych - nie.

Ren­tor nie sta­no­wił poli­tycz­nego czy kul­tu­ral­nego zagłę­bia, więc Thur­fian wie­dział, że będzie musiał przy­go­to­wać się na pewną dozę igno­ran­cji. Mimo to, ten brak świa­do­mo­ści wyróż­niał Vurawna nawet spo­śród wielu grubo cio­sa­nych ple­be­ju­szy, jakich znał.

Nie zmie­niało to faktu, że jeśli Ba'kif dobrze oce­nił chło­paka, czeka go kariera woj­skowa. Poli­tyka nie była tam aż tak istotna.

Jeśli Vurawn sta­nie się Mit­them, czego z pew­no­ścią nie dałoby się jesz­cze zagwa­ran­to­wać. Thur­fian wysłał co prawda wła­sny raport, jed­nak chło­paka wciąż cze­kała roz­mowa z Rad­nymi, pil­nu­ją­cymi inte­re­sów Mit­thów na Ren­to­rze, po któ­rej mogło nastą­pić krót­kie spo­tka­nie z tutej­szą Patrielką, jeśli opi­nia Rad­nych okaże się wystar­cza­jąco dobra. Po wszyst­kim rezul­taty roz­mów zostaną prze­słane do osta­tecz­nej oceny do sie­dziby rodu na Csilli. Dopiero wtedy Vurawn dowie się, czy zosta­nie zaszczy­cony adop­cją zasłu­żoną. Cały pro­ces trwał zwy­kle około dwóch, trzech mie­sięcy. Thur­fian widział i takie, które cią­gnęły się nawet pół roku...

Jego questis zabrzę­czał, wycią­gnął go więc z kie­szeni i włą­czył.

Na ekra­nie wid­niała wia­do­mość tek­stowa. Bar­dzo krótka wia­do­mość tek­stowa.

"Adop­cja zasłu­żona Vurawna zaak­cep­to­wana".

Thur­fian zdę­biał. "Zaak­cep­to­wana?"

Nie­moż­liwe. Roz­mowy... Ewa­lu­acja Patrielki... Decy­zje w sie­dzi­bie rodu...

A jed­nak. Na jego oczach ktoś pomi­nął cały ten pro­ces i żadna ze zwy­cza­jo­wych pro­ce­dur nie miała już zna­cze­nia.

Po praw­dzie to żadna nie była już potrzebna. Zapewne Patrielka otrzy­mała tę samą wia­do­mość, a jedy­nym, co się wyda­rzy, gdy dojadą do ośrodka, będzie krótka cere­mo­nia wyj­ścia Vurawna z rodziny Kivu i przy­ję­cia go w poczet Mit­thów.

- Czy coś się stało? - zapy­tał chło­pak.

- Nie, wszystko w porządku - rzekł Thur­fian, cho­wa­jąc questisa z powro­tem do kie­szeni. A więc młody został przy­jęty wyłącz­nie na pod­sta­wie opi­nii Thur­fiana, a być może jesz­cze szkol­nych wyni­ków i rapor­tów?

Bez sensu. Choć chło­pak robił wra­że­nie, to wciąż za mało. Naj­wy­raź­niej jakiś wysoko posta­wiony czło­nek rodu obser­wo­wał jego dzi­siej­szą misję. Zapewne ta sama osoba obser­wo­wała Vurawna i zde­cy­do­wała, że przy­ję­cie go w sze­regi Mit­thów leży w inte­re­sie rodziny.

A zatem skoro decy­zja już zapa­dła, dla­czego Thur­fian został w ogóle wysłany do tej szkoły? Jego reko­men­da­cja nie mogła prze­cież aż tak się liczyć na Csilli.

Oczy­wi­ście, że nie. Ta wycieczka miała zale­d­wie ukryć fakt, że Vurawn już dawno został wybrany do adop­cji zasłu­żo­nej. Czy­sta poli­tyka. W końcu, jeśli cho­dziło o Dzie­więć Rodzin Rzą­dzą­cych, poli­tyka była zawsze klu­czowa.

Skrzy­wił się, kiedy w końcu zdo­łał pozbie­rać myśli. W żaden spo­sób nie oka­zał po sobie zasko­cze­nia, gdy otrzy­mał wia­do­mość - był Ary­sto­krem, stwo­rze­niem poli­tycz­nym, wystar­cza­jąco długo i wie­dział, jak nie ujaw­niać swo­ich emo­cji poprzez głos czy też mimikę. Jed­nak Vurawn w jakiś spo­sób zorien­to­wał się, że wia­do­mość oka­zała się wystar­cza­jąco nie­spo­dzie­wana, by o nią zapy­tać.

Przyj­rzał się chło­pa­kowi. Rzadko spo­ty­kało się taki zmysł obser­wa­cji. Może było w nim wię­cej, niż doj­rzał na pierw­szy rzut oka. Jakaś iskra, która kie­dyś przy­nie­sie honor i chwałę jemu i jego rodzi­nie.

Naj­wy­raź­niej ktoś w domu myślał podob­nie i zde­cy­do­wał, że rodziną, któ­rej ów honor i owa sława przy­padną w udziale, będą Mit­tho­wie.

Wciąż otwar­tym pozo­sta­wało pyta­nie, czy poślą chło­paka do Aka­de­mii Taha­rim. Jed­nak bio­rąc pod uwagę tajem­ni­czego dobro­dzieja pocią­ga­ją­cego za sznurki, było to zapewne do prze­wi­dze­nia.

Wbił gniewny wzrok w szybko zmie­nia­jący się pod nimi kra­jo­braz. Nie lubił być mani­pu­lo­wany. A już na pewno nie lubił patrzeć, jak ktoś dla kaprysu wyrzuca do kosza porządne i uświę­cone wie­kami pro­ce­dury.

Był jed­nak Ary­sto­krem oraz Mit­them i to nie do niego nale­żało oce­nia­nie decy­zji podej­mo­wa­nych przez jego ród. On miał jedy­nie wypeł­niać powie­rzone mu zada­nia.

Być może kie­dyś to się zmieni.

- Nie, nic się nie stało - powie­dział. - Dosta­łem po pro­stu infor­ma­cję, że zosta­łeś zaak­cep­to­wany.

- Już? - Vurawn spoj­rzał na niego sze­roko otwar­tymi oczami.

- Tak - przy­tak­nął Thur­fian, skry­cie cie­sząc się z jego zdzi­wie­nia. Zatem dało się go zasko­czyć. I wie­dział o poli­tyce przy­naj­mniej tyle, by dostrzec nie­na­tu­ral­ność sytu­acji. - Po dotar­ciu do ośrodka zapewne przej­dziemy cere­mo­nię.

- Adop­cji zasłu­żo­nej, jak rozu­miem?

A więc dzie­ciak coś tam wie­dział o Rodzi­nach Rzą­dzą­cych.

- Tak wszystko się zaczyna - powie­dział mu star­szy męż­czy­zna. - Jeśli i kiedy przej­dziesz Próby, zosta­niesz awan­so­wany na zro­dzo­nego w Pró­bie.

- A potem na dostoj­nego krew­niaka - powie­dział w zamy­śle­niu Vurawn.

Thur­fian wes­tchnął cicho. To z pew­no­ścią ni­gdy się nie wyda­rzy. Nie, gdy w grę wcho­dzi ktoś z tak mało istot­nej rodziny.

- Być może. Na razie zacznij się przy­zwy­cza­jać do nowego imie­nia, Mitth'raw'nuru.

- Tak jest - wyszep­tał chło­pak.

Thur­fian przy­glą­dał mu się kątem oka. Ba'kif uwa­żał, że chło­pak może przy­nieść chwałę Mit­thom. Jed­nak mógł też spro­wa­dzić na nich wstyd i roz­cza­ro­wa­nie. Tak już dzia­łał ten świat.

Tak czy siak, doko­nało się.

"Vurawn" prze­stał ist­nieć. Jego miej­sce zajął "Thrawn".

Roz­dział 1

Ba'kifowi prze­mknęło przez myśl, że są takie momenty, kiedy dobrze wyj­rzeć ze względ­nego bez­pie­czeń­stwa Dyna­stii Chis­sów i spoj­rzeć w Chaos. Dawało to szansę doce­nie­nia wszyst­kiego, co uosa­biała i zna­czyła Dyna­stia. Porzą­dek i nie­złom­ność. Sta­bi­li­za­cję i siłę. Oświe­ce­nie, kul­turę i splen­dor. Była wyspą spo­koju pośród splą­ta­nych nad­prze­strzen­nych szla­ków i nie­usta­jąco zmie­nia­ją­cych się ście­żek, spo­wal­nia­ją­cych podróż i hamu­ją­cych roz­wój han­dlu mię­dzy żyją­cymi tam isto­tami.

Jed­nak legendy mówiły, iż Chaos nie zawsze był taki. Nie­gdyś, u zara­nia podróży kosmicz­nych, mię­dzy gwiaz­dami poru­szano się rów­nie łatwo, jak czy­niono to obec­nie w Dyna­stii. W końcu, tysiące lat temu, cała seria łań­cu­cho­wych eks­plo­zji super­no­wych wyrzu­ciła olbrzy­mie masy mate­rii pędzą­cej z olbrzy­mią pręd­ko­ścią mię­dzy gwiaz­dami. Nisz­czy­ciel­ska siła miaż­dżyła aste­ro­idy, a cza­sem i całe pla­nety, gdzie indziej zaś roz­świe­tlała kolejne super­nowe, zde­rza­jąc się z gwiaz­dami z szyb­ko­ścią bli­ską pręd­ko­ści świa­tła. Ruch tych wszyst­kich mas w powią­za­niu z obsza­rami olbrzy­mich stru­mieni elek­tro­ma­gne­tycz­nych stwo­rzył nie­sta­bilne, nie­usta­jąco zmie­nia­jące się szlaki nad­prze­strzenne. To z kolei spra­wiło, że każda podróż dal­sza niż o kilka ukła­dów pla­ne­tar­nych stała się trudna i nie­bez­pieczna.

Jed­nak ta nie­sta­bil­ność miała dwie strony. Ogra­ni­cze­nia, które utrud­niały podróże i chro­niły Chis­sów przed groźbą inwa­zji, kom­pli­ko­wały także zwiad i zbie­ra­nie infor­ma­cji. W tym mroku kryły się zagro­że­nia, ukryte światy i tyrani, żądni pod­bo­jów i znisz­czeń.

Wyglą­dało na to, że jeden z tych despo­tów odna­lazł wła­śnie Dyna­stię.

- Jesteś pewna, że lecimy we wła­ści­wym kie­runku? - Ba'kif skie­ro­wał pyta­nie do mło­dej kobiety, sie­dzą­cej za ste­rami ich promu.

- Tak, gene­rale, jestem pewna - odparła. Gry­mas skry­wa­nego bólu prze­mknął przez jej twarz. - Byłam czę­ścią zespołu, który to zna­lazł.

- Oczy­wi­ście - przy­tak­nął Ba'kif. Nastą­piła kolejna, krótka chwila ciszy, w trak­cie któ­rej znów wpa­try­wał się w odle­głe gwiazdy...

- Tam - powie­działa nagle pilotka. - Dzie­sięć stopni na prawą burtę.

- Widzę - potwier­dził. - Pod­pro­wadź nas od burty.

- Tak jest, sir.

Sta­tek ruszył do przodu, powoli zbli­ża­jąc się do celu. Ba'kif wyj­rzał przez ilu­mi­na­tor, czu­jąc nara­sta­jący cię­żar w żołądku. Oglą­da­nie holo czy nagrań znisz­czo­nego statku uchodź­czego to jedno, ale zoba­cze­nie na wła­sne oczy bru­tal­nej prawdy o rzezi było czymś zupeł­nie innym.

Star­szy kapi­tan Thrawn poru­szył się u jego boku.

- To wcale nie byli piraci - powie­dział.

- Dla­czego tak sądzisz? - zapy­tał gene­rał.

- Uszko­dze­nia wska­zują na chęć znisz­cze­nia, a nie unie­ru­cho­mie­nia statku.

- Być może więk­szo­ści znisz­czeń doko­nano po gra­bieży.

- Mało praw­do­po­dobne - odparł Thrawn. - Kąt więk­szo­ści śla­dów po strza­łach wska­zuje na atak od rufy.

Ba'kif ski­nął głową. Podą­żał tym samym tokiem rozu­mo­wa­nia, co dopro­wa­dziło go do iden­tycz­nych wnio­sków.

Rozu­mo­wa­nie i jeden klu­czowy, kosz­marny fakt.

- Odpo­wiedzmy naj­pierw na oczy­wi­ste pyta­nia - zapro­po­no­wał. - Czy ten sta­tek jest w jaki­kol­wiek spo­sób powią­zany z jed­nost­kami, które zaata­ko­wały dwa dni temu Csillę?

- Nie. - Thrawn zare­ago­wał natych­miast. - Nie widzę pomię­dzy nimi żad­nych powią­zań arty­stycz­nych lub kon­struk­cyj­nych.

Ba'kif znowu poki­wał głową, ponow­nie docho­dząc do takiego samego wnio­sku.

- A więc moż­liwe, że oba wyda­rze­nia nie mają ze sobą nic wspól­nego.

- Gdyby tak było, sta­no­wi­łoby to wyjąt­kowo cie­kawy zbieg oko­licz­no­ści - powie­dział star­szy kapi­tan. - Uwa­żam za bar­dziej praw­do­po­dobne, że atak na Csillę sta­no­wił jedy­nie dywer­sję, mającą skie­ro­wać naszą uwagę do wewnątrz i z dala od tego incy­dentu.

- W rze­czy samej - zgo­dził się gene­rał. - A bio­rąc pod uwagę koszt dywer­sji, nale­ża­łoby zało­żyć, że komuś naprawdę zależy, byśmy nie przy­glą­dali się temu stat­kowi.

- W rze­czy samej - powie­dział z namy­słem Thrawn. - Zasta­na­wia mnie, dla­czego pozo­sta­wili wrak, zamiast znisz­czyć go do końca.

- Mogę to panu wyja­śnić, sir - wtrą­ciła pilotka. - Słu­ży­łam na okrę­cie patro­lo­wym, który zare­je­stro­wał atak. Byli za daleko, byśmy zdo­łali inter­we­nio­wać czy nawet uzy­skać jakieś sen­sowne dane z sen­so­rów, jed­nak napast­nicy ewi­dent­nie zauwa­żyli naszą obec­ność i posta­no­wili nie ryzy­ko­wać kon­fron­ta­cji. Nim tu dotar­li­śmy i zaczę­li­śmy badać sta­tek, sko­czyli już w nad­prze­strzeń.

- A więc już wie­dzie­li­śmy o ataku - pod­su­mo­wał Ba'kif. - Dywer­sja miała więc praw­do­po­dob­nie odcią­gnąć naszą uwagę.

- A przy­naj­mniej dać im tro­chę czasu, nim się nad tym pochy­limy - dodał Thrawn. - Jak pan myśli, jak dużo czasu, sir?

Ba'kif pokrę­cił głową.

- Nie da się tego okre­ślić z cał­ko­witą pew­no­ścią. Jed­nak bio­rąc pod uwagę wście­kłość Syn­dy­kury po ataku na Csillę, zakła­dam, że przy­naj­mniej przez trzy albo cztery mie­siące będą naci­skać na flotę, by ta zna­la­zła im win­nych. Oczy­wi­ście zakła­da­jąc, że nie ziden­ty­fi­ku­jemy ich wcze­śniej.

- Nie ziden­ty­fi­ku­jemy - powie­dział Thrawn. - Prze­glą­da­łem nagra­nia z ataku, statki wyglą­dają na stare, wręcz prze­sta­rzałe. Kto­kol­wiek je wysłał, wybrał z pew­no­ścią te jak naj­mniej przy­po­mi­na­jące sprzęt, z któ­rego obec­nie korzy­sta.

Gene­rał uśmiech­nął się ponuro.

- Być może nawet nie­wiel­kie podo­bień­stwo nam wystar­czy.

- Być może. - Thrawn wska­zał na wrak statku. - Zakła­dam, że wej­dziemy na pokład?

Ba'kif spoj­rzał na pilotkę. Miała napiętą twarz, skóra wokół jej oczu zmarsz­czyła się lekko. Była już raz na tym statku i ewi­dent­nie nie miała ochoty na powtórkę.

- Tak - odparł. - Tylko my dwaj. Załoga promu zostaje tu na straży.

- Przy­ją­łem - powie­dział Thrawn. - Za pozwo­le­niem, przy­go­tuję ska­fan­dry.

- Wyko­nać - pole­cił Ba'kif. - Zaraz do cie­bie dołą­czę.

Pocze­kał, aż za Thraw­nem zamkną się drzwi.

- Rozu­miem, że niczego nie rusza­li­ście? - zapy­tał pilotkę.

- Nie, sir. Ale...

- Ale?

- Nie rozu­miem, dla­czego chciał pan, żeby­śmy go zosta­wili w tym sta­nie, a nie spro­wa­dzili do bazy i pod­dali dokład­niej­szym oglę­dzi­nom - powie­działa. - Nie mam poję­cia, jak cokol­wiek w środku może się panu przy­dać.

- Może pani się zdziwi - odparł. - A może oboje się zdzi­wimy.

Spoj­rzał w stronę śluzy, do któ­rej udał się Thrawn.

- Wła­ści­wie na to liczę.

Ba'kif widział wszyst­kie holo, które załoga patrolu wysłała do Syn­dy­kury na Csilli i kwa­tery głów­nej Eks­pan­syj­nej Floty Obron­nej na Napo­ra­rze.

Rze­czy­wi­stość jed­nak, podob­nie jak i sam sta­tek, wyglą­dała o wiele gorzej.

Znisz­czone kon­sole. Usma­żone banki danych i moduły. Roz­bite wiązki sen­so­rów i sys­temy wykry­wa­jące.

No i ciała. Te wszyst­kie ciała.

A przy­naj­mniej to, co z nich zostało.

- To nie był frach­to­wiec. - Spo­kojny głos Thrawna docho­dził z gło­śnika w heł­mie Ba'kifa. - Jedy­nie sta­tek uchodź­czy.

Ba'kif ski­nął bez słowa. Doro­śli, mło­dzież, dzieci - zwłoki nale­żały do istot znaj­du­ją­cych się na róż­nych eta­pach życia.

Wszy­scy zostali zgła­dzeni z jed­no­li­cie bru­talną sku­tecz­no­ścią.

- Czy udało się coś wyczy­tać z raportu floty? - spy­tał Thrawn.

- Pra­wie nic - przy­znał Ba'kif. - Jak już zauwa­ży­łeś, takiego typu statku nie ma w naszych bazach. Kod gene­tyczny ofiar rów­nież jest nam nie­znany. Sądząc po wiel­ko­ści, sta­tek nie był przy­sto­so­wany do dale­kich podróży, jed­nak w Cha­osie znaj­duje się prze­cież wiele ukła­dów pla­ne­tar­nych i ośrod­ków cywi­li­za­cyj­nych, któ­rych ni­gdy nie odwie­dzi­li­śmy.

- Z kolei ich cechy feno­ty­piczne... - Thrawn mach­nął ręką.

- Są trudne do odczy­ta­nia - przy­tak­nął ponuro Ba'kif, nie zdo­ław­szy powstrzy­mać dresz­czu. Amu­ni­cja wybu­chowa spra­wiła, że nawet naj­lep­sze ekipy rekon­struk­cyjne po pro­stu nie miały za bar­dzo z czym pra­co­wać. - Mia­łem nadzieję, że może dostrze­żesz coś, co prze­oczyli.

- Dostrze­gam kilka takich rze­czy - stwier­dził Thrawn. - Pod­sta­wowa struk­tura statku odzna­cza się pew­nymi wzor­cami, które praw­do­po­dob­nie da się odnieść do innych aspek­tów ich kul­tury. Rów­nież ich stroje są cha­rak­te­ry­styczne.

- W jaki spo­sób? - spy­tał Ba'kif. - Cho­dzi o mate­riał? Wzor­nic­two? Krój?

- To i wię­cej. Cho­dzi o swego rodzaju atmos­ferę, ogólne odczu­cie, które składa się w moim umy­śle w pewną całość.

- Nie dał­byś rady nam tego kie­dyś usys­te­ma­ty­zo­wać?

Thrawn zwró­cił się w jego stronę i przez wizjer hełmu Ba'kif doj­rzał krzywy uśmiech młod­szego męż­czy­zny.

- Doprawdy, gene­rale. Gdy­bym mógł to po pro­stu spi­sać, już dawno bym tak zro­bił.

- Wiem - odparł Ba'kif. - Choć byłoby nam wszyst­kim łatwiej, gdy­byś to potra­fił.

- Zga­dzam się - przy­tak­nął Thrawn. - Pro­szę jed­nak być pew­nym, że roz­po­znam te istoty, jeśli je znowu spo­tkam. Zakła­dam, że chce pan się dowie­dzieć, skąd pocho­dzi ten sta­tek.

- W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach tak bym wła­śnie zro­bił - rzekł Ba'kif. - Jed­nak mając na wzglę­dzie obecne wzbu­rze­nie i gniew Syn­dy­kury, może być nam trudno wyrwać grupę zada­niową z Sił Obron­nych Dyna­stii.

- W razie potrzeby jestem gotów wyko­nać tę misję samo­dziel­nie.

Ba'kif poki­wał głową. Oczy­wi­ście, spo­dzie­wał się, że Thrawn zgłosi się na ochot­nika. Jeśli coś spra­wiało mu przy­jem­ność, było to wła­śnie uga­nia­nie się za nie­zna­nym i roz­wią­zy­wa­nie trud­nych zaga­dek. Bio­rąc jesz­cze pod uwagę jego wyjąt­kową zdol­ność dostrze­ga­nia związ­ków przy­czy­nowo-skut­ko­wych tam, gdzie inni nie potra­fili ich zoba­czyć - i fakt, że zde­cy­do­wana więk­szość Ary­sto­krów z rado­ścią pozby­łaby się go na jakiś czas z zasięgu wzroku - nada­wał się ide­al­nie do tego zada­nia.

Nie­stety, nie było to wcale pro­ste.

- Będę potrze­bo­wał cze­goś odpo­wied­nio wypo­sa­żo­nego na taką misję - cią­gnął Thrawn, roz­glą­da­jąc się po wraku. - "Sprin­ghawk" nadałby się cał­kiem nie­źle.

- Prze­czu­wa­łem, że to powiesz - powie­dział kwa­śno Ba'kif. - Masz świa­do­mość, że ode­brano ci go nie bez powodu, prawda?

- Oczy­wi­ście - odparł Thrawn. - Naczelny Admi­rał Ja'fosk i Rada nie byli zado­wo­leni z pod­ję­tych przeze mnie dzia­łań wobec pira­tów Vaga­ari. Jestem jed­nak pewien, że ich gniew już minął.

- Być może - rzekł wymi­ja­jąco Ba'kif. - Jed­nakże... cóż. Powiedzmy po pro­stu, że twoja repu­ta­cja wśród pozo­sta­łych człon­ków Rady pozo­staje wąt­pliwa.

Spo­wo­do­wana dzia­ła­niami Thrawna iry­ta­cja Rady Hie­rar­chii Obron­nej była nie­wąt­pli­wie ofi­cjal­nym powo­dem ode­bra­nia mu dowódz­twa nad "Sprin­ghaw­kiem". I nie cho­dziło wyłącz­nie o nie­au­to­ry­zo­waną akcję prze­ciwko pira­tom, ale także o będące jej rezul­ta­tem śmierć syn­dyka Mitth'ras'safisa oraz utratę cen­nej, obcej tech­no­lo­gii.

Jed­nak ist­niały także inne, zaku­li­sowe powody. Zwień­czona suk­ce­sem kam­pa­nia Thrawna, bez względu na jej popar­cie ze strony Ary­sto­kry czy też jego brak, przy­spo­rzyła "Sprin­ghaw­kowi" sławy i chluby, więc rodzina Ufsa uznała, że okręt powi­nien być dowo­dzony przez jedno z nich. Potem już wystar­czyła tylko dys­kretna pety­cja do Rady, zapewne nawet dys­kret­niej­sza wymiana przy­sług czy obiet­nic przy­szłych zysków i było po Thraw­nie.

Co pozo­sta­wało, rzecz jasna, w zupeł­nej sprzecz­no­ści z pro­to­ko­łem. Ary­sto­kra nie powinna mieć żad­nego wpływu na przy­działy woj­skowe. Co nie zna­czyło, że tak się cza­sem nie działo.

Cała rzecz w tym, że jak zwy­kle Thrawn dostrze­gał jedy­nie ogólny zarys sytu­acji, zupeł­nie nie zauwa­ża­jąc poli­tycz­nych niu­an­sów.

Z dru­giej strony, poja­wiała się szansa na przy­po­mnie­nie cywil­nym przy­wód­com Dyna­stii, że to Rada, a nie Syn­dy­kura dowo­dzi woj­skiem. Syn­dycy wzięli sobie "Sprin­ghawka"? Nad­szedł czas, by Rada ode­brała im swoją wła­sność.

- Zoba­czę, co da się zro­bić - powie­dział w końcu. - "Sprin­ghawk" ma za kilka dni dołą­czyć do odwe­to­wego ataku admi­rał Ar'alani na Paata­atu­sów, ale póź­niej będziemy chyba w sta­nie przy­wró­cić twoje dowódz­two.

- Naprawdę sądzi­cie, że to Paata­atu­so­wie stoją za ata­kiem na Csillę?

- Ja tak nie sądzę. - Gene­rał pokrę­cił głową. - Ani więk­szość Rady. Ale jeden z syn­dy­ków cią­gle wraca do tej teo­rii, a pozo­stali powoli się do niej prze­ko­nują. Poza tym, Paata­atu­so­wie i tak znowu szar­pali nasze gra­nice, więc zasłu­żyli sobie na szyb­kiego klapsa.

- Przy­pusz­czam, że to roz­sądne - powie­dział Thrawn. - Zamiast jed­nak cze­kać do zakoń­cze­nia ope­ra­cji, chciał­bym wejść na okręt jesz­cze przed ata­kiem. Nie­ko­niecz­nie jako jego dowódca, ale w celu obser­wa­cji i ewa­lu­acji ofi­ce­rów i wojow­ni­ków.

- To moż­liwe - odparł Ba'kif. - Z dru­giej strony, dla­czego nie jako dowódca? Przed­sta­wię temat Ar'alani i zoba­czę, czy się zgo­dzi.

- Jestem pewien, że nie będzie miała nic prze­ciwko. - Thrawn ski­nął głową. - Mam rozu­mieć, że na czas śledz­twa zosta­nie mi przy­dzie­lona jakaś gwiaz­do­ga­torka?

- Naj­praw­do­po­dob­niej tak. - Sze­regi gwiaz­do­ga­to­rek były mocno prze­rze­dzone w ostat­nim cza­sie, ale śledz­two Thrawna może zapro­wa­dzić go bar­dzo daleko i nie było sensu zmu­szać go do znacz­nie powol­niej­szej podróży sko­kami. - Spraw­dzę, które są wolne, gdy wró­cimy na Napo­rar.

- Dzię­kuję. - Thrawn wska­zał w kie­runku rufy. - Zakła­dam, że napast­nicy nie zosta­wili wiele z maszy­nowni czy maga­zy­nów?

- Prak­tycz­nie nic - przy­tak­nął ponuro Ba'kif. - Wła­ści­wie tylko wię­cej roze­rwa­nych na strzępy ciał.

- Tak czy siak, chciał­bym się tam rozej­rzeć.

- Oczy­wi­ście - zgo­dził się Ba'kif. - Tędy.

Kapi­tan Ufsa'mak'ro przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wał się w nowe roz­kazy wid­nie­jące na questi­sie, który podał mu jego pierw­szy ofi­cer.

Nie. Nie jego pierw­szy ofi­cer. Star­szy koman­dor Plikh'ar'ill­morf był teraz ofi­cerem star­szego kapi­tana Mitth'raw'nuru­odo. I to dru­gim ofi­cerem.

To sam Sama­kro został pierw­szym Thrawna.

Pod­niósł wzrok znad questisa i spoj­rzał na sztywno wypro­sto­wa­nego męż­czy­znę. Kha­rill goto­wał się z wście­kło­ści, choć sam zapewne sądził, że dobrze to ukrywa.

- Jakieś pyta­nia, star­szy koman­do­rze? - zapy­tał spo­koj­nie Sama­kro.

Brwi Kha­rilla drgnęły ledwo zauwa­żal­nie. Naj­wy­raź­niej spo­dzie­wał się, że kapi­tan "Sprin­ghawka" będzie rów­nie zły po otrzy­ma­niu tych nie­ocze­ki­wa­nych roz­ka­zów jak on sam.

- Nie pyta­nie, a komen­tarz, sir - wykrztu­sił przez ści­śnięte gar­dło.

- Niech zgadnę. - Sama­kro uniósł nieco questis. - Jesteś obu­rzony fak­tem, że ode­brano mi okręt i prze­ka­zano go star­szemu kapi­ta­nowi Thraw­nowi. Zasta­na­wiasz się, czy nie powin­ni­śmy zło­żyć skargi, osobno lub wspól­nie, a jeśli wspól­nie, to czy należy się naj­pierw skon­tak­to­wać z naszymi rodzi­nami. Sądzisz, że powin­ni­śmy wnieść także pro­test do admi­rał Ar'alani, Naczel­nego Admi­rała Ja'foska oraz Rady Hie­rar­chii Obron­nej, przy­pusz­czal­nie w tej wła­śnie kolej­no­ści, argu­men­tu­jąc, że zmiana struk­tury dowo­dze­nia na okrę­cie w przeded­niu bitwy jest nie tylko nie­mą­dra, ale i nie­bez­pieczna. Co wię­cej, jesteś abso­lut­nie prze­ko­nany, że powin­ni­śmy oka­zać nasze nie­za­do­wo­le­nie, wyko­nu­jąc roz­kazy Thrawna z tak małą dozą entu­zja­zmu, jak to tylko moż­liwe. Czy coś pomi­ną­łem?

Szczęka Kha­rilla zaczęła opa­dać już przy dru­gim zda­niu, a teraz była otwarta sze­rzej, niż star­szy koman­dor kie­dy­kol­wiek widział.

- E... nie, niczego pan nie pomi­nął, sir - wybą­kał pod­władny.

- A zatem - Sama­kro oddał mu questisa - skoro już to wszystko powie­dzia­łem, ty nie musisz. Wróć na sta­no­wi­sko i przy­go­tuj okręt do zmiany dowódcy.

Grdyka Kha­rilla poru­szyła się, ale zdo­był się tylko na ski­nię­cie głową.

- Tak jest, sir - powie­dział i się odwró­cił.

- Jesz­cze jedno - rzu­cił Sama­kro.

- Sir?

Oczy kapi­tana zwę­ziły się nie­bez­piecz­nie.

- Jeśli kie­dy­kol­wiek przy­ła­pię cię na nie­wy­peł­nia­niu roz­ka­zów - czy­ich­kol­wiek roz­ka­zów - lub wypeł­nia­niu pra­wo­moc­nego roz­kazu wol­niej lub nie­do­kład­niej, oso­bi­ście zacią­gnę cię przed try­bu­nał. Jasne?

- Bar­dzo jasne, sir - wyce­dził przez zęby Kha­rill.

- Dosko­nale. Odma­sze­ro­wać.

Przy­glą­dał się sztyw­nym ple­com Kha­rilla, gdy ten kie­ro­wał się kory­ta­rzem w stronę mostka "Sprin­ghawka". Sama­kro miał nadzieję, że udało mu się prze­ko­nać młod­szego męż­czy­znę do choćby uda­wa­nia entu­zja­zmu przed nowym dowódcą okrętu, nawet jeśli sam go nie odczu­wał.

Miał nadzieję, że dobrze ukrył swoje praw­dziwe uczu­cia.

Był wście­kły. Wście­kły, obu­rzony, zdra­dzony. Jak Rada i Naczelny Admi­rał Ja'fosk śmieli zro­bić to jemu i "Sprin­ghaw­kowi"? Wszy­scy wie­dzieli, że Ba'kif śli­nił się na widok wszyst­kiego, czego tylko Thrawn dotknął, ale Ja'fosk powi­nien mieć wię­cej rozumu.

Mimo to roz­kazy zostały wydane i opro­te­sto­wa­nie ich, jak chciał tego Kha­rill, nie przy­nio­słoby niczego poza pod­sy­ce­niem i tak roz­pa­lo­nego już ognia. Sama­kro będzie więc wyko­ny­wał swoją robotę i dopil­nuje, by pozo­stali ofi­ce­ro­wie i wojow­nicy na okrę­cie zro­bili to samo.

I będzie jed­no­cze­śnie żywił nadzieję, że w jaki­kol­wiek poli­tyczny bała­gan wpa­kuje się tym razem Thrawn, nie zmie­cie ich on wszyst­kich z pokładu.