Rozdział 1
RUUG QUARNOM
Cato Neimoidia była światem mgły.
Wyłaniały się z niej pionowe ściany ogromnych gór z wykutymi w nich
kładkami. Zbudowane z twardych skał największe łuki i szczyty wyrastały
z kłębiących się gęstych oparów, rzucając na nie niekończące się cienie.
Pomiędzy tymi cudami natury, nad nimi i na nich rozciągały się złociste
miasta z dekoracyjnymi wieżami, gmachami o lustrzanych elewacjach i mostami wiszącymi pomiędzy kolosalnymi masywami górskimi.
Głęboko w dole, pod gęstą mgłą, kryły się fundamenty tego świata. W zwykły dzień podróż z powietrznych miast Cato Neimoidii na powierzchnię
planety oznaczała stopniowe zanurzanie się w gęstniejącą biel.
Ten dzień jednak nie należał do zwykłych.
Tego dnia doszło bowiem do czegoś straszliwego. I im niżej schodził
prom, tym bardziej mleczna mgła mroczniała, mieszając się z kontrastującymi smugami czarnego popiołu.
Ruug Quarnom przez całe swoje życie spotykała się ze zniszczeniami. Jako
elitarna komandoska Neimoidiańskich Legionów Obronnych miała do
czynienia z materiałami wybuchowymi, ostrzałem z blasterów, rakietami i szrapnelami. I ze śmiercią - często, a przeważnie zadawaną za
pośrednictwem jej karabinu snajperskiego, specjalnie przerobionego, by
stał się dla niej przedłużeniem własnej ręki.
Zabójstwa i zniszczenia. Na tym polegało jej życie od wielu lat, zgodnie
z wolą władz, które dążyły do zapewnienia Neimoidianom lepszego miejsca
w galaktyce. Nawet teraz jej nowa rola królewskiej gwardzistki w Zarrze,
stolicy Cato Neimoidii, pozostawała taka sama: służyła ochronie jej
rodaków.
Ruug przyjęła to zadanie w dobrej wierze, chociaż wiedziała, że
przydzielono ją do tego za karę, za kwestionowanie decyzji Federacji
Handlowej - taką krytykę ci, którzy mieli większe wpływy niż szeregowy
wojskowy, uważali za sianie niezgody. A jej zaufanie do zwierzchników
właśnie się chwiało. Co gorsza, działo się to w czasie, kiedy galaktyka
właśnie rozdzierała się na dwoje.
- Popatrz... - odezwał się jej młody partner, Ketar Nor. Zawiesił głos,
obserwując z rozchylonymi ustami, jak zanurzają się w gęstej, ponurej
szarości, przez którą raz na jakiś czas mogli dostrzec coś więcej. -
Jest gorzej, niż myślałem.
Pewna ręka. I szeroko otwarte oczy. Tylko tak można było do tego
podchodzić. Nie tylko do wyprawy na powierzchnię planety, ale też do
tego, co się wydarzyło - żeby zrozumieć, dlaczego się wydarzyło. Rozkaz
udania się przez mgłę na dół, rozesłany do wszystkich dyspozycyjnych
jednostek, przyszedł tak nagle, że Ruug natychmiast skierowała tam ich
statek, opuszczając port sąsiedniego miasta i porzucając wcześniejsze
zaplanowane zadanie - transfer więźnia. Nie powiadomiono ich, co mają
zbadać. Wiedzieli jedynie, że doszło do jakiejś straszliwej katastrofy -
i że wszyscy w promieniu dwustu kilometrów otrzymali polecenie - czy
raczej właśnie rozkaz - żeby zostawić to, co akurat robili, i ruszyć w drogę.
Ze szmeru różnych głosów na otwartej linii zaczęły się sączyć
informacje. Bomba. Nie, kilka bomb. Zawalił się budynek - nie, cały
plac.
A jednak nie. Niezależnie od spekulacji w komunikatorach, to, co się
rzeczywiście wydarzyło, z każdą sekundą stawało się bardziej oczywiste.
I wykraczało poza wszystkie przypuszczenia.
Cała część miasta-mostu, dzielnica Cadesura. Całe ulice z zabudową, cały
fragment neimoidiańskiej cywilizacji unicestwiony w jednej chwili, kiedy
- w mgnieniu oka - wyparowały wsporniki łączące dzielnicę z resztą
Zarry.
Wszyscy mieszkańcy. Całe to życie, które runęło prosto w dół, przez mgłę
Cato Neimoidii, spotykając swój gwałtowny koniec - metal i ciała
roztrzaskane o skały i ziemię.
Dlaczego?
"Cato Neimoidia jest neutralna" - pomyślała Ruug. Pomimo niedawnego
zamieszania na Geonosis, pomimo użycia w działaniach wojennych droidów
bojowych Federacji Handlowej, walki toczyły się poza jej terytorium.
Wicekról Nute Gunray wraz ze swoją frakcją sprzymierzył się z Konfederacją Niezależnych Systemów, lecz sama Federacja nie podlegała
wpływom hrabiego Dooku i jego separatystycznych ideałów. Zadbał o to
senator Lott Dod, który działał w stolicy politycznej Republiki.
Tutaj jednak, na powierzchni planety, Ruug zobaczyła wszystko, co
powinna wiedzieć. Poskręcane kształty konstrukcji, niegdyś wytwornych,
teraz stanowiących popękane, połamane szczątki, roztrzaskane na
niezliczone kawałki... W miarę jak ich prom zbliżał się do miejsca
katastrofy, skala zniszczeń okazywała się większa. To, co wydawało się
górą gruzów, stopniowo rozdzieliło się na poszarpane części budynków i mostów. Podlecieli jeszcze bliżej - Ruug szukała płaskiego miejsca, żeby
wylądować - i teraz ujrzała wszystkie szczegóły.
Nie tylko detale zniszczonych budynków - ale także ukryte wśród ruin
ciała. Tak wiele ciał, w różnym wieku, reprezentujących tyle różnych
dróg życia. Zwłoki powyginane w nieprawdopodobne kształty, spoczywające
w miejscach, gdzie nie powinno ich być, a jednak tak zadziałał chaos
grawitacji, która ściągnęła całą tę dzielnicę na powierzchnię planety.
A wszystko spowijały gęste tumany dymu, potężna szara chmura dzieląca
się w dole na pojedyncze czarne pasma - strumienie zasilające rzekę
śmierci. Ruug wyszła ze statku i na jej ciemnozielonej skórze od razu
wylądowały płatki sadzy. Pomimo chłodu panującego na powierzchni, od
niekończących się płomieni, przebijających się przez resztki potężnych
niegdyś gmachów, buchał żar.
- Kto... - wykrztusił Ketar, obracając się dookoła. Zamrugał, z otwartymi ustami patrząc na tę straszliwą zagadkę. - Jak...
Ruug widziała już wcześniej, jak Ketar daje się ponieść emocjom w trakcie pracy, czasem złości, czasem strachowi. Próbował je ukrywać, ona
jednak zawsze potrafiła to w nim dostrzec. Ta przejrzystość uczuć
łączyła się u niego z niewinnością, taką, którą się traci dopiero po
odebraniu komuś życia. Można by długo dyskutować, czy było to dobre, czy
złe, ale zabijanie powlekało duszę warstewką odporności na strach i ta
odporność zwiększała się z każdym kolejnym zabójstwem. Zastygła twarz
Ketara wyrażała jasną dla Ruug mieszankę uczuć, wśród których dominował
smutek, wypływający z wrażliwości głębszej, niż do tej pory okazywał.
- Spokojnie, Ketar - rzekła i podeszła do niego. Z pagórka gruzów nad
nimi zamachały ręce i ktoś krzyknął, że znaleziono żywą osobę. -
Potrzebują naszej pomocy.
- Republika! - warknął Ketar, zaciskając długie palce w drżącą pięść.
- Republika to zrobiła. Winią nas za to, co robi Nute Gunray.
- Tego nie wiemy. A na razie to i tak nie ma znaczenia. - Oczywiście nie
była to prawda. Odkrycie, kto stał za zamachem, miało wielkie znaczenie
i sprawcę należało postawić przed sądem, kimkolwiek by się nie okazał.
Na odwet przyjdzie jednak czas. - Skup się. Wezwali nas tutaj na pomoc.
I tym musimy się zająć.
Choć Ketar stał przodem do zespołu proszącego o pomoc, jakby nie zdawał
sobie sprawy z ich wezwań. Wpatrywał się błędnym wzrokiem przed siebie,
zupełnie jakby miał przed sobą zanikający i pojawiający się na nowo
hologram.
Nie patrzyli jednak na hologram, ale na rzeczywistość, a resztki
wątpliwości niweczył ostry smród spalenizny, wdzierający się do
gruczołów zapachowych za oczami.
- Ketar - powiedziała cicho Ruug.
- Masz rację. - Mężczyzna skinął nagle głową i zaczął zachowywać się
zupełnie inaczej. Jego katatonia ustąpiła miejsca energicznym, celowym
ruchom. Młody gwardzista złapał torbę medyczną i ruszył biegiem, jakby
jedna osoba z małym zapasem bacty i syntskóry mogła tu cokolwiek
zmienić.
Z wiekiem Ketara wiązała się zwyczajna u młodych naiwność, szczere
pragnienie służenia swoim rodakom. Ruug wiedziała lepiej: każda osoba
miała swoje ograniczenia, niezależnie od jej oddania. Wyjęła mały
metalowy krążek i nacisnęła przycisk, żeby wyświetlić holograficzną mapę
rejonu. Wokół niej lądowały kolejne transportowce: z personelem
medycznym, policją, urzędnikami i osobami, które po prostu chciały
pomóc. Wszędzie krążyli rodacy Ruug - niektórzy podnosili gruzy, inni
krzyczeli do komunikatorów, błagając o wsparcie, inni chodzili w tę i we
w tę, trzymając się za głowę. Roiło się też od droidów różnej wielkości,
małych urządzeń monitorujących, latających między większymi maszynami
ratunkowymi, rozpylającymi substancje gaśnicze na kolejne źródła
płomieni.
W którą stronę by się nie obróciła, miała przed sobą obraz zniszczenia
na skalę większą niż kiedykolwiek. Rozumiała odruch Ketara, aby
natychmiast pobiec na pomoc z bactą, tę nadzieję, że jedna osoba może
będzie mogła jakoś to wszystko naprawić.
Do pewnego stopnia Ketar miał rację. Od czegoś należało zacząć.
Bo choć Cato Neimoidia była neutralna, został jej zadany straszliwy
cios. I ktoś musiał za to zapłacić.
Ale kto?
Rozdział 2
ANAKIN SKYWALKER
Anakin Skywalker stał w swojej
zwyczajowej pozie, z nogami rozstawionymi nieco szerzej niż biodra, w pełnej równowadze, z rękami założonymi do tyłu i splecionymi dłońmi.
A właściwie jedną prawdziwą dłonią i... tą drugą. Miał już bowiem tylko
jedną organiczną rękę, część ciała zrodzonego ze Shmi Skywalker, która
wychowała go pod bezlitosnymi, pustynnymi słońcami Tatooine.
Druga dłoń składała się z metalu, przewodów oraz czujników i stanowiła
syntetyczne przedłużenie ramienia, poruszające się prawie - ale nie do
końca - tak, jak chciał. Nie była jeszcze doskonała, ale posługiwał się
nią coraz lepiej. I choć jej powierzchnia wydawała mu się tak
nienaturalna, że zakładał na nią rękawicę, by jej nie widzieć, jego żona
traktowała jej dotyk jak dotyk jego własnej dłoni, a przynajmniej tak
właśnie działo się w tym krótkim czasie, który zdołali dla siebie
wywalczyć po potyczce z hrabią Dooku.
Jego żona... Gdzie się teraz podziewała? Senator Padmé Amidala, zawsze na
spotkaniach z innymi, na rozmowach z innymi albo rozmawiająca o innych.
Wróciła już na Coruscant i zapewne udawała się właśnie do Dzielnicy
Senackiej. Pojedynczy promyk nadziei, mknący gdzieś nad tą potężną
planetą...
Anakin zamknął oczy, a mistrz Jedi Mace Windu dalej przemawiał do
niedawno pasowanych rycerzy Jedi.
Przez tysiąc pokoleń zakon kultywował tradycję Prób i ceremonii, w wyniku których Jedi uzyskiwali wyższą rangę dzięki kolejnym
osiągnięciom.
A potem nadeszło Geonosis. Przed wybuchem wojen klonów, zanim z zaprzysiężonych strażników pokoju nagle stali się żołnierzami i dowódcami. Tego połączenia nie mogli do końca zrozumieć sami
żołnierze-klony, którzy już na polu bitwy nazywali ich nieoficjalnie
generałami. Anakin zawsze wyobrażał sobie, że pasowanie na rycerza Jedi
będzie ważnym wydarzeniem w jego życiu, wielką przemianą w jego sercu i głowie. Od oficjalnej zmiany rangi minęło już tyle czasu, że krótkie
włosy zaczęły mu już podrastać, i teraz ta ceremonia wydawała mu się
raczej tylko biurokratycznym dopełnieniem faktu, drobnym przypisem do
ważnych problemów, przed jakimi stała galaktyka. To uroczyste spotkanie
na dziedzińcu szkoleniowym Świątyni Jedi wydawało mu się po prostu
nieważne, tak bardzo nieważne, że Anakina zdjęła nagła chęć dania stąd
nogi - albo przyśpieszenia obrotu całej galaktyki, żeby nastał wreszcie
wieczór, bo wtedy będzie mógł zobaczyć się z żoną.
Miał dla niej pewien drobiazg, schowany w zasobniku przy pasie.
Mistrz Windu przeszedł bokiem dziedzińca w cień Wielkiego Drzewa. Anakin
stał na środku razem z innymi nowo pasowanymi rycerzami Jedi, zaś
zgromadzeni z tyłu padawani wyciągali z ciekawością szyje. Po swojej
lewej stronie miał D'urban Wen-Hurd, Tholothiankę, podczas treningów
zwracającą na siebie uwagę dwoma shoto, którymi zwykła walczyć. Po
prawej stali Keer Stenwyt, Olana Chion i parę innych osób. Po drugiej
stronie dziedzińca patrzyli na nich mistrzowie, to znaczy ci
przebywający akurat na Coruscant: Moragg Bomo, Kel Dor w czarnej tunice
i niebieskich goglach, Siri Tachi, Ma-Dok Risto i kilku innych.
I oczywiście Obi-Wan Kenobi, najnowszy członek Najwyższej Rady Jedi. Tak
jakby. Po śmierci Colemana Trebora na Geonosis jego miejsce w Radzie
zajmowali na zmianę różni Jedi. Nie wiadomo było, czy to rozwiązanie
przyjmie się na stałe, czy też traktowano je jako czasowe zadanie,
związane z wymogami wojny. W każdym razie niedawno Rada wybrała na
pewien czas Obi-Wana, a ten podchodził do tego jak do wszystkiego, ze
zwyczajową powagą, traktując nawet tę podniosłą przemowę jak
podejmowanie decyzji militarnej. Anakin nie potrzebował Mocy, by czuć na
sobie ciężar spojrzenia swojego byłego mistrza. Jego dłonie zwinęły się
za plecami w pięści - syntnetowy interfejs neurologiczny protezy
zareagował tak samo jak jego prawdziwa dłoń. Ale nie do końca.
Cybernetyczne palce zacisnęły się z frustracją, tak samo jak jego
organiczna ręka, jednak z gestem po tej stronie nie wiązała się żadna
emocja. Żadna drobna zmarszczka w Mocy nie mogła zdradzić jego uczuć
Obi-Wanowi.
Była to tylko kończyna. Funkcjonalna, a nawet silniejsza niż ręka z krwi
i kości - ale nie stanowiła prawdziwej części jego samego.
- Jesteście rycerzami Jedi - mówił donośnym głosem mistrz Windu, chodząc
tam i z powrotem, jakby chciał w ten sposób skupić na swojej imponującej
sylwetce słabnącą uwagę zgromadzonych. - Odpowiedzialność. Pokój.
Dyscyplina. Jesteście wzorami, na które spogląda galaktyka. Wasze
sukcesy będą wpływać na sytuację w Republice i poza nią, podobnie jak
wasze błędy. Wasze decyzje będą miały wielkie znaczenie, pomagając Jedi
w utrzymywaniu pokoju w tym czasie niezgody. - Mistrz Windu urwał,
zaciskając z namysłem usta. Anakin przypuszczał, że po Geonosis mistrz
wygłaszał różne wersje tej przemowy już kilka razy, ale może tym razem
postanowił zmierzyć się z improwizacją? - Jesteście wzorami dla adeptów.
Wasze wybory są dla nich ważne. Niektórzy z was dostaną padawanów. Wasze
wybory - Windu wymawiał każde słowo z naciskiem - również dla nich będą
miały wielkie znaczenie.
Na myśl o tym Anakin skrzywił się lekko. Padawan? On miałby dostać
padawana? Brzmiało to jak najgorszy pomysł w galaktyce! I jak na
zawołanie zorientował się, że bezpośrednio na niego spogląda właśnie
jego były mistrz.
Bo oczywiście - Obi-Wan musiał zauważyć ten uśmieszek.
Anakin zmusił się do przybrania obojętnego wyrazu twarzy, a potem
wyprostował się, wypinając pierś i podnosząc do góry głowę, żeby wrócić
do sztywnej postawy Jedi. Gdyby miał teraz coś powiedzieć, odezwałby się
formalnym, monotonnym głosem, którego używał zawsze w obecności
starszych członków zakonu.
- Bierzemy udział w wojnie. To bezprecedensowa sytuacja w naszym życiu -
ciągnął mistrz Windu. - A wy należycie do pierwszych rycerzy, którzy
zostali pasowani w tym burzliwym okresie. Pamiętajcie, że wojna
przypomina pożar w galaktyce. Rozprzestrzenia się i pochłania wszystko.
Nie wolno nam nigdy zawahać się w obliczu tego pożaru. Jesteśmy
strażnikami pokoju. Jesteśmy Jedi. Republika nigdy nie potrzebowała nas
tak bardzo, co oznacza, że nasza wiara w Moc, nasza więź z Mocą nigdy
nie może się zachwiać.
Twarz Windu nadal wyrażała tylko spokojny chłód, Anakin poczuł jednak
nagle od niego coś nieoczekiwanego, niczym pojedynczą kroplę w oceanie
Mocy. Kropla ta jednak zaburzyła spokojną powierzchnię tego oceanu i choć większość obecnych zapewne tego nie zauważyła, Anakin zawsze
wyczuwał emocje na poziomie dużo głębszym niż inni.
Może dlatego, że sam nie miał problemu z dopuszczaniem ich do siebie...
Sięgnął do Mocy, żeby lepiej zrozumieć to dziwne zakłócenie.
Czyżby wyczuwał... niepokój? Od Mace'a Windu...?
Zmarszczka jednak zniknęła, wyparowała, jak to się działo z emocjami
wszystkich Jedi. Anakin miał ochotę pokręcić głową - ta chwila stanowiła
zapewne tylko odbicie nieustającej niechęci mistrza Windu wobec jego
obecności czy wręcz wobec jego istnienia. Od chwili, w której Qui-Gon
Jinn przedstawił Anakina Najwyższej Radzie, aż po raport złożony po
Geonosis mistrz Windu zawsze wydawał się być poirytowany w jego
towarzystwie, jakby wolał w ogóle nie mieć Skywalkera przed oczami. Raz
Anakin dostrzegł jego spojrzenie, kiedy inni padawani wspomnieli
przepowiednię o Wybrańcu - oczywiście żartem - i pioruny bijące z oczu
mistrza sprawiały wrażenie bardziej śmiercionośnych niż jego słynna
technika szermiercza.
Skywalker po prostu go drażnił. Zawsze tak było i teraz zapewne Windu
poczuł tę niechęć po raz kolejny. Anakin powiedział sobie w duchu, że
powinien wznieść się ponad tę nieprzyjemną chwilę i zapomnieć o niej.
Wziął głęboki oddech i choć przez resztę przemowy nie spuszczał wzroku z mistrza, myślami powędrował do czasów dzieciństwa. Ceremonia wydawała mu
się przeciwieństwem tych nocy na Tatooine, kiedy chłód pustyni wciskał
się przez szpary do ich mizernego domu. Zamiast o chłodnej, pompatycznej
przemowie wśród wspaniałej architektury Świątyni Jedi myślał więc o matce, jak opowiadała mu nie wiadomo który raz jakąś historię w ich
małym domku, a ciepło jej ręki wzbudzało poczucie bezpieczeństwa,
fizycznego i psychicznego.
- Słoneczny smok żyje w jądrze gwiazdy, pilnując wszystkiego, co kocha i ceni - mówiła. Tyle razy opowiadała mu to w dzieciństwie! Całe pokolenia
mieszkańców Tatooine słyszały tę samą historię, ze zmianami
charakterystycznymi dla każdej rodziny, ale wersja jego matki była
najbardziej emocjonalna, co pasowało do mitu o sercu. - Pilnował tego
przez ogień i płomień, zawsze dbając o bezpieczeństwo swoich skarbów.
Mógł wytrzymać wszystko, nawet życie w gwieździe. Bo słoneczny smok miał
największe serce w galaktyce, płonące tak potężnie, że mogło chronić
wszystko i wszystkich, których kochał. Najsilniejsze serce - silniejsze
niż serce gwiazdy. - Opowiadała tę legendę Anakinowi dziesiątki, czy
raczej setki razy, zwykle po jakiejś jego kłótni z Kitsterem lub kiedy
Watto bez powodu okazał im okrucieństwo albo kiedy jeden z wynalazków
Anakina po prostu eksplodował.
Widział teraz jej twarz, jej uśmiech, ujęty w zmarszczki tworzące się
właśnie w ten sposób. Patrzyła na niego wzrokiem, który nigdy go nie
osądzał, a niesforne kosmyki włosów opadały po długim dniu na jej czoło.
W tych chwilach zawsze ściskała jego dłoń i patrzyła mu prosto w oczy.
- Jesteś słonecznym smokiem. Masz serce silne jak nikt. Zawsze w to
wierz.
Nagle z wyobraźni Anakina zniknęła pełna miłości twarz Shmi Skywalker,
zastąpiona dotkliwym chłodem nocy, błyskiem płomieni, krzykami Ludzi
Pustyni.
Zapachem krwi.
Mimo to nadal stał spokojnie wśród innych rycerzy Jedi, starając się
niczego po sobie nie okazywać. Nagle napłynęło jednak kolejne
wspomnienie, to, które ukoiło otwarte rany po Tatooine. Echo tego
uczucia wydawało mu się tak rzeczywiste, jak wtedy, kiedy go to
faktycznie spotkało: silne ręce Qui-Gona Jinna na jego ramionach, słowa
pełne pociechy szeptane mu do ucha.
Nie po raz pierwszy poczuł przy sobie obecność zmarłego mistrza Jedi.
Czy był to refleks głęboko ukrytych wspomnień czy jedna z niezwykłych
sztuczek przychylnej mu Mocy, obecność Qui-Gona zawsze przywracała mu
równowagę, czego nigdy nie potrafiły uczynić pouczenia Obi-Wana.
- Nadszedł czas, byście służyli galaktyce i Republice. - Mace Windu
kończył przemowę. - Niech Moc będzie z wami.
Rozległy się oklaski i Windu pewnym krokiem podszedł do mistrza Yody,
aby zająć miejsce obok niego. Obi-Wan rozejrzał się po dziedzińcu, a potem popatrzył na pozostałych mistrzów. Wymienili spojrzenia i Anakin
dostrzegł - cóż za rzadkość! - niepewność na twarzy swojego nauczyciela.
Obi-Wan, który potrafił wynegocjować wszystko i wyswobodzić się,
improwizując, z każdej sytuacji z charakterystycznym dla niego wdziękiem
i taktem, oto stał zbity z tropu z powodu jakiegoś problemu z programem
uroczystości. "Proszę, oto Obi-Wan Kenobi - pomyślał Anakin z rozbawionym prychnięciem. - Człowiek, którego w czasach wojny
wyprowadzają z równowagi protokół i sprawy formalne". Patrzył, jak
Obi-Wan przeczesuje sobie palcami gęste włosy, opadające mu na ramiona.
Naprawdę urosły od czasu Geonosis.
- Cóż, nasi goście chyba trochę się spóźniają - rzekł do młodych
rycerzy. Mówił o kanclerzu Palpatinie, kilku senatorach i dowódcach
klonów, akurat przebywających na planecie - dla nich ta uroczystość
również stanowiła obowiązek. - Na pewno niedługo tu będą. A na razie...
W powietrzu rozległ się elektroniczny sygnał. Zabrzmiało to dość
alarmująco, więc Yoda skinął dłonią na konsolę holokomunikacji na
ścianie w głębi. Ukazał się Palpatine - nie we własnej osobie, ale jako
hologram na środku dziedzińca. Zamiast jednak wygłosić dwuminutową
przemowę o powadze obowiązku, kanclerz zwrócił się od razu do Yody i Mace'a Windu, nie zwracając uwagi na resztę zgromadzonych.
- Mistrzu Yodo, mistrzu Windu, mamy pilne wieści, które z pewnością
wpłyną na działania wojenne. Cato Neimoidia została zbombardowana.
Yoda i Windu spojrzeli na siebie, nie ruszywszy się z miejsca. Obi-Wan
zareagował nieco wyraźniej, przynajmniej jak na doświadczonego Jedi -
wziął głęboki oddech i podniósł dłoń do brody. Reakcje pozostałych
mistrzów mieściły się w skali pomiędzy tą pierwszą a tą drugą, ale w powietrzu czuło się coś niepokojącego. Yoda stuknął laską o ziemię.
- Padawani i młodzicy tej dyskusji słuchać nie muszą. Do nauki niech
wracają.
Obi-Wan zebrał najmłodszych i skierował ich do wyjścia. Anakin zrobił
automatycznie krok naprzód, zaraz jednak poczuł czyjąś dłoń na ramieniu.
- Ty nie - powiedział Obi-Wan, łagodniej niż zwykle, niż wtedy, kiedy
musiał hamować odruchy Anakina. - Jesteś już rycerzem Jedi, nie
pamiętasz? - Spojrzał na odchodzących padawanów. - Nie dzieli nas już
ranga - dodał z lekkim, wymuszonym uśmiechem.
Czy jego niezręczne zachowanie wiązało się z ponurymi wieściami z Cato
Neimoidii? A może po prostu dawny mistrz Anakina nadal nie przyzwyczaił
się do tego, by widzieć w nim kogoś więcej niż swojego ucznia?
- A czy mam nadal cię nazywać mistrzem? - spytał Anakin, tonem nieco
ostrzejszym, niż zapewne był potrzebny. Poczuł, że się czerwieni - z nawyku, jak zawsze w sytuacjach, w których dawniej spierał się z Obi-Wanem o zasady i sprawiedliwość, niezależnie od okoliczności.
- Tylko jeśli pamiętasz, co do ciebie należy - odparł Obi-Wan, ale tym
razem w jego uśmiechu zabłysła szczerość, niemal rozbawienie, że znów,
jak dawniej, mogą się ze sobą przekomarzać. Z dziedzińca wyszli
tymczasem już wszyscy padawani i reszta Jedi zebrała się przed
hologramem najpotężniejszego człowieka w Republice.
- Zbombardowana? - pytał Windu. - Jak bardzo? Przez kogo?
- Informacje wciąż do nas docierają - odparł Palpatine. - Ale wstępne
relacje wskazują, że to największa katastrofa w pisanej historii Cato
Neimoidii. To...
Na holograficznym obrazie pojawił się klon-komandor.
- Przepraszam, że przerywam, kanclerzu, ale mamy więcej informacji. -
Palpatine skinął głową i klon mówił dalej: - Wygląda na to, że cały
fragment stolicy, Zarry, został odcięty od wsporników. Zawalił się
całkowicie.
Rozdział 3
OBI-WAN KENOBI
Obi-Wan stał obok swojego byłego
padawana, podobnie jak bardzo często w ciągu ubiegłej dekady, a jednak
tym razem jakby inaczej. Czuł, że jest inaczej. Patrzyli razem na drżące
hologramy Palpatine'a i klona-komandora, a także na przechwycone
nagrania z kamer bezpieczeństwa z Cato Neimoidii, które nie miały na
tyle dobrej jakości, żeby pozwolić na pełną ocenę zniszczeń. A jednak
przez chwilę Obi-Wan przestał myśleć o galaktycznych katastrofach i zamiast tego skupił się na Anakinie, stojącym w milczeniu, jak zwykle
wyniośle wyprostowanym, z rękami założonymi do tyłu, wpatrującym się
intensywnie w przesuwające się przed nimi obrazy tragedii.
Jedi o wielkiej sile i wielkim sercu, z trudem panujący nad sobą - były
to najważniejsze cechy Anakina. A teraz, po ucięciu padawańskiego
warkoczyka, przestał być wreszcie uczniem. Niezależnie od symboliki
warkoczyka, przejście Anakina do statusu rycerza Jedi okazało się dla
niego emocjonalnie trudniejsze, niż Obi-Wan się spodziewał. Nie
nastąpiło żadne cudowne pstryknięcie przełącznika w mózgu. Anakin robił
kilka kroków naprzód, podejmując pewne siebie decyzje - a potem znów się
cofał, oddając pałeczkę innym.
Zupełnie jakby nie miał pewności, gdzie jest jego miejsce - co w ogóle
nie było do niego podobne, zważywszy na to, jak często się przez lata
kłócili, w tych wszystkich sytuacjach, kiedy Anakin upierał się, że ma
rację.
Może wojna trochę zmąciła jego pewność siebie. Obi-Wan wrócił myślą do
swoich wczesnych dni w roli rycerza Jedi, kiedy zmiana jego statusu
wynikła z utraty Qui-Gona Jinna i choć jego rówieśnicy traktowali swój
awans zupełnie naturalnie, okoliczności, w jakich on się znalazł,
niezmiernie utrudniły mu zaakceptowanie tej zmiany. Ile minęło, zanim
poczuł, że zasługuje na ten tytuł? A teraz, kiedy otrzymał możliwość
zasiadania w Najwyższej Radzie, czy jego opinie mogły mieć podobną
wartość i wagę, jak zdanie bardziej doświadczonych mistrzów Jedi?
Przez głowę Obi-Wana przemknęło wspomnienie, rozmowa z jego nieżyjącym
mistrzem, o której nie myślał od prawie dziesięciu lat. "Nie koncentruj
się na obawach". Obi-Wan wypuścił powietrze z płuc i skupił się na
gruncie pod swoimi stopami - powracając do teraźniejszości.
- Według wstępnych szacunków śmierć poniosło co najmniej cztery tysiące
osób. Dane te opierają się na przeciętnym dziennym ruchu w dzielnicy
Cadesura - mówił klon. - Na tym moście znajdowały się ważne cele
polityczne, między innymi biuro licencyjne Federacji Handlowej. Mieściła
się tam również dzielnica artystyczna i wiele budynków handlowych.
Obawiam się, że liczba ofiar cywilnych będzie wysoka.
Holograficzna twarz Palpatine'a zadrżała. Kanclerz zmarszczył brwi.
- Rozumiem. Dziękuję za raport, komandorze.
Yoda wystąpił naprzód.
- Neutralna Cato Neimoidia jest. Celów militarnych tam brak. Z obiema
stronami wojny Federacja Handlowa stosunki utrzymuje.
Obi-Wan przypomniał sobie najnowszy raport taktyczny o frakcji Nute'a Gunraya, która według Lotta Doda nie miała żadnych związków z Federacją
Handlową.
- Czy poinformowano już senatora Doda? - spytał.
Palpatine skinął głową.
- Jest tuż poza zasięgiem transmisji, ale o ile mi wiadomo, wie o tej
sytuacji.
Yoda stuknął laską o posadzkę.
- Coś do powiedzenia nasi nowi rycerze Jedi mają?
Obi-Wan zauważył, że Anakin opuszcza wzrok i wciąga raptownie, ale
ukradkiem powietrze.
- Czy jacyś lojaliści z Republiki nie mają przypadkiem oddziałów
partyzanckich, które postanowiły zrobić coś na własną rękę? - odezwała
się Keer Stenwyt i choć powiedziała to pewnym głosem, zerknęła od razu
na swojego nauczyciela Ma-Dok Risto, a ten pochwalił ją lekkim
skinieniem głowy.
- Łowcy nagród? - podsunęła D'urban Wen-Hurd. - Wojna to dla nich dobra
okazja do zarobku. Być może jakaś grupa doprowadziła do tej katastrofy,
żeby stworzyć zapotrzebowanie na swoje usługi.
- Może - odparł Yoda. - A może prawdziwy wypadek to jest.
- Podstęp separatystów - odezwał się w końcu pochmurnym tonem Anakin. -
Intryga, mająca na celu wzbudzenie sympatii. Neimoidianie to tchórze bez
skrupułów. - W jego głosie brzmiała wzgarda, która zaniepokoiła
Obi-Wana, choć zapewne ze względu na długie i nieprzyjemne doświadczenia
Anakina z Neimoidianami trudno się było dziwić jego niechęci.
- To przyniosłoby efekt przeciwny do zamierzonego, nawet w przypadku
Nute'a Gunraya. Przecież nie poświęciłby własnej cywilnej ludności! -
rzekł ostro Mace, a w jego wzroku odmalował się taki gniew, że Obi-Wan
poczuł go z odległości kilku metrów.
Anakin nabrał powietrza i już miał odpowiedzieć, ale jego wzrok znów
padł na Obi-Wana i spojrzenie jego mistrza, to nikłe połączenie między
nimi, wydało się ponownie powstrzymać impulsywnego młodego Jedi. Yoda
pokręcił głową, zadrżały mu uszy.
- Możliwości wojna stworzyła - oznajmił stary mistrz z wyczuwalną, jakże
nietypową dla niego odrazą. - Zniekształcone rozumienie sytuacji jest.
Zasięg wojen klonów poza tradycje strzeżenia pokoju przez Jedi wykracza.
Anakin wyprostował się i spojrzał na hologram Palpatine'a. Kanclerz
tymczasem właśnie patrzył na coś z boku, a potem pokiwał głową i rzekł:
- Hrabia Dooku właśnie wygłasza oświadczenie.
Przed nimi wyświetlił się holograficzny wizerunek byłego Jedi. Dooku,
jak zwykle w pelerynie, która dodawała mu majestatu, stał w małym
gabinecie, zapewne w swojej rezydencji na Serenno. Transmisja rozpoczęła
się w połowie wygłaszanego przez niego zdania, choć jego ton i dalsze
słowa szybko pozwoliły się domyślić kontekstu.
- ...akt terroryzmu. Jako główny przedstawiciel Konfederacji
Niezależnych Systemów zapewniam Federację Handlową i obywateli Cato
Neimoidii, że nie bierzemy udziału w aktach tak bezsensownej przemocy.
Potępiamy takie działania i nasze stosunki z Federacją Handlową dotyczą
i zawsze dotyczyły wyłącznie kwestii handlowych. Nie kryjemy się jednak
z tym, że wicekról Nute Gunray i jego zwolennicy należą do ważnych
postaci w naszym ruchu.
Na dźwięk nazwiska wicekróla Federacji Handlowej od Anakina aż buchnęła
niemal namacalna fala emocji. Obi-Wan widział, jak sztywnieją mu
ramiona, jak zaciska zęby, jak ogarnia go napięcie, które zaraz zniknęło
- ale nie tak szybko, jak u większości Jedi.
- Sądzę, że dowody mówią jasno - ciągnął Dooku. - Republika obrała za
cel Nute'a Gunraya, który godzinę przed bombardowaniem odwiedził
dzielnicę Cadesura. Gdyby wicekról został tam dłużej, żeby nacieszyć się
rodzimą kuchnią albo wstąpił do miejscowego muzeum, aby napawać się
kulturą, za którą głęboko tęskni, straciłby życie. - Dooku wyprostował
się i spojrzał prosto w kamerę, pokonując nieruchomym wzrokiem
przestrzeń z Serenno na Coruscant. - Ale pomimo tych licznych dowodów
przeciwko Republice pragnę podejść do sprawy uczciwie. Zachęcam
Republikę do wyjaśnienia tej sytuacji. Sam będę się trzymał z daleka,
aby nie narażać się na posądzenia o konflikt interesów. W końcu
Federacja Handlowa to organizacja neutralna i należy pozwolić jej
dokonać oceny sytuacji za pośrednictwem własnego wymiaru
sprawiedliwości. Żeby Republika okazała rzeczywistą gotowość do dyskusji
o tak katastrofalnym wydarzeniu, wydaje się słuszne, żeby kanclerz
Palpatine osobiście udał się na Cato Neimoidię.
Na tę sugestię przez Moc przebiegł dreszcz - Anakin zacisnął pięść, Mace
zmarszczył brwi. Obok hologramu Dooku zamigotał przezroczysty wizerunek
Palpatine'a, a szok na jego twarzy był dostrzegalny dla każdego.
- Byłby to wspaniały gest - dokończył Dooku z uśmiechem - w imię
przejrzystości działań Republiki.
Kiedy transmisja Dooku się zakończyła i holograficzny obraz hrabiego
Serenno zniknął, Yoda odwrócił się.
- Porozmawiać o tym szerzej musimy. Fakty należy omówić. Senatu
potrzebujemy.
- Nie. - Palpatine skrzywił ze znużeniem usta. - Nie ma czasu na obrady
w Senacie. Polecę tam. Muszę wyruszyć jak najszybciej. Liczy się każda
sekunda. Bez mojej obecności Dooku może przekonać Federację Handlową,
żeby przyłączyła się do separatystów, a Federacja jest zbyt ważną potęgą
w galaktyce, byśmy mogli na to pozwolić.
- Polecę z panem - rzekł Anakin.
- Jeśli tak, to poleci batalion klonów - powiedział Mace. - Kanclerz
potrzebuje ochrony na najwyższym poziomie.
Palpatine ma się udać na miejsce katastrofy na neutralnej planecie? I to
nie na byle jakiej neutralnej planecie, ale na klejnocie Federacji
Handlowej, organizacji powiązanej z Nute'em Gunrayem? Obi-Wan pokręcił
głową i odezwał się spontanicznie - co było dla niego nietypowe - bez
przemyślenia sprawy do końca.
- Kanclerzu, nie może pan tam polecieć. To pułapka. Dooku tylko z nami
pogrywa.
Wszyscy nagle zwrócili wzrok na Obi-Wana, który uświadomił sobie, że
musi szybko przekształcić swoje przeczucie w racjonalną refleksję, bo
przecież chodziło o losy galaktyki.
- Dooku chce mieć kanclerza we wrogim dla niego otoczeniu. To nie jest
sytuacja, w której można odnieść sukces. Proszę pomyśleć, jak to będzie
postrzegane. Cała planeta znajduje się pod wpływem szoku. Jej mieszkańcy
są w rozpaczy. Jeśli zjawi się tam kanclerz z oddziałami, Jedi i flotą,
tylko zwiększy to napięcie. W najgorszym razie może doprowadzić do aktów
przemocy. Jednocześnie kanclerz będzie narażony na akty sabotażu.
- Mistrzu Kenobi, rozumiem twoje zastrzeżenia. Muszę jednak podjąć to
ryzyko. - W głosie Palpatine'a brzmiała uroczysta powaga. - Zrobię
wszystko, żeby położyć szybko kres tej wojnie.
Obi-Wan znowu pokręcił głową, wymyślając błyskawicznie rozwiązanie,
które powstrzyma Palpatine'a przed natychmiastowym wylotem.
- Jeden Jedi. Jeden emisariusz, z małym zespołem naukowców i śledczych,
na dowód dobrej wiary Republiki.
Palpatine uniósł brwi, Yoda zaś wyraźnie odchrząknął.
- Tylko tak w zbalansowany sposób da się połączyć dyplomację,
przejrzystość i działania śledcze. Jedi jest wyszkolony do wykrywania
prawdy, ma prawo podejmować decyzje, wykazuje zdolność do szybkiego
reagowania... A także posiada kompetencje do reprezentowania Republiki -
mówił Obi-Wan, wyrzucając z siebie słowa tak szybko, że musiał przerwać
dla złapania oddechu. - Jesteśmy strażnikami pokoju. Nawet Federacja
Handlowa to wie.
- Strażnikami pokoju... - rzekł Palpatine z lekkim uśmiechem. - Nie jestem
do końca przekonany, że to się uda. Jednak zorganizowanie mojego nagłego
wyjazdu wymaga, niestety, całego dnia. Mistrzu Kenobi, jeśli zdołasz
przekonać w tym czasie do swojego pomysłu rząd Cato Neimoidii i Federację Handlową, przekażę ci pałeczkę.
- Jeden dzień. - Obi-Wan skinął głową i rozejrzał się po zgromadzonych.
Palpatine. Yoda. Mace Windu.
Anakin.
Wszyscy na niego patrzyli.
- W ciągu tego dnia opracuję strategię - rzekł przez ściśnięte nagle
gardło.
- A w międzyczasie - wtrącił Mace - omówimy z Senatem potencjalne środki
bezpieczeństwa dla kanclerza. Musimy być przygotowani na obie
ewentualności.
Palpatine spojrzał znów w bok i powiedział coś niewyraźnie.
- Muszę przejść do innych spraw - rzekł, patrząc znów na rozmówców. -
Ale będę czekał na twoją propozycję, mistrzu Kenobi. Musimy działać
szybko.
Tragedia Cadesury odebrała ceremonii uroczystą atmosferę, choć kiedy
spotkanie zostało zakończone, Obi-Wan miał nadzieję, że będzie mógł
powiedzieć Anakinowi, jak bardzo jest z niego dumny. Było to niezmiernie
ważne wydarzenie w życiu Jedi, wydawało mu się więc, że jego dawny
padawan zechce z tej okazji spędzić chwilę ze swoim byłym mistrzem...
Anakin jednak wyszedł tak szybko, że Obi-Wan dostrzegł tylko jego ciemny
płaszcz, szybko znikający za rogiem. W jego głowie zawirowało od myśli.
Obowiązki wojenne sprawiły, że po pasowaniu Anakina w ogóle nie mieli
okazji porozmawiać, a Obi-Wan, czekając na spokojniejszą chwilę, dusił w sobie tyle pytań.
Czy Anakin nie miał problemów z nową ręką? Może chciał zadać jakieś
pytania o obowiązki nowego rycerza Jedi?
I co naprawdę wydarzyło się na Tatooine?
Ale wśród nawału zmiennych informacji o kolejnych buntach separatystów i straszliwego chaosu łączenia działalności oddziałów wojskowych z wielowiecznymi tradycjami zakonu Jedi Obi-Wan i Anakin ledwo mieli czas
na złapanie oddechu, a co dopiero na rozmowę. Obi-Wan postanowił tym
razem się nie poddawać i poszedł za swoim padawanem do wnętrza Świątyni,
a potem w dół, schodami, do jednego z szerokich korytarzy. Nadążał,
chociaż nie zdołał nadrobić dzielącej ich odległości, ale gdyby Anakin
zwolnił i obejrzał się za siebie, zauważyłby go bez trudu.
Po chwili stało się jednak jasne, że Anakin przyśpiesza, i Obi-Wan
powiedział sobie, że trzeba zrezygnować z tego samolubnego pragnienia -
nie musiał porozmawiać z nim akurat teraz. Anakin przyjdzie do niego,
kiedy będzie na to gotowy. Poza tym jego priorytetem stała się
katastrofa na Cato Neimoidii. Jej konsekwencją będą rozmaite
komplikacje, nie tylko dla Jedi, ale dla wszystkich układów, frakcji i państw powiązanych w jakiś sposób z wojną.
Musiał więc znaleźć metodę na rozwikłanie tego całego chaosu.
Obi-Wan ruszył schodami w lewo, w kierunku Archiwów, kiedy zauważył, że
w głębi korytarza Anakin nagle się zatrzymuje. Pomimo odległości
potrafił odczytać mowę ciała swojego ucznia i kolosalna zmiana, jaka w niej nastąpiła, oderwała całkowicie myśli Obi-Wana od wojny.
Anakin, tak śmiały i zdeterminowany, zwykle maszerował z wielką energią,
niemal pochylając się do przodu, jakby ścigał przyszłość. Teraz jednak,
kiedy przystanął, cała jego sylwetka złagodniała - od pleców po układ
rąk. Odwrócił głowę i uśmiechnął się tak szeroko, że Obi-Wan wyraźnie
dostrzegł ten uśmiech z drugiego końca korytarza.
I zaraz zrozumiał jego przyczynę.
Z drugiej strony nadchodziła Padmé Amidala, a w ślad za nią podążała
jedna z dwórek i kobieta, w której Obi-Wan rozpoznał Mariek Panakę,
należącą do nabooańskiej ochrony. Senator była ubrana w powłóczystą
brązową suknię z granatową lamówką, a prosty stroik z brązu utrzymywał
ciasny kok, w który zwinięto jej włosy. Stawiała równe, pewne kroki,
bardzo różniące się od szybkiego marszu Anakina, ale oboje zmierzali po
tym samym prostym torze, jak magnesy mknące przez kosmos, przyciągające
się z oddali. Obi-Wan słyszał, że Padmé przyleciała na Coruscant na
kilka dni w sprawach związanych z Senatem, przy czym po Geonosis wszyscy
senatorowie przebywali właśnie głównie na stołecznej planecie. W ostatnim okresie Jedi rozproszyli się po galaktyce na czele oddziałów
żołnierzy-klonów, zaś członkowie Senatu wycofali się do Jądra, debatując
nad przyczynami potencjalnej wojny domowej i związanymi z nią kwestiami
praktycznymi.
Obecność Padmé na planecie nie zdziwiła go więc zbytnio, ale jej wizyta
w Świątyni Jedi stanowiła jednak już coś niecodziennego. Chyba że
chciała wziąć udział w ceremonii dla nowo pasowanych rycerzy Jedi na
dziedzińcu? Być może właśnie tak było, zważywszy na jej znajomość z Anakinem - pragnęła okazać im szacunek i wdzięczność, do czego nie mogło
jednak dojść wskutek wieści z Cato Neimoidii.
Co do Anakina, to cóż - Obi-Wan już od pewnego czasu wiedział o jego
zauroczeniu senator z Naboo. Rozumiał to, bo przecież sam jako młody
człowiek otarł się o pokusę. Należało to do tych wspomnień, przy których
jednocześnie się uśmiechał i wzdychał z zakłopotaniem, aby potem
pozwolić im zamglić się w oddali (choć wiedział, że za jakiś czas pamięć
znów usłużnie mu je podsunie). Jednak teraz, kiedy Anakin pozdrowił
senator - choć zrobił to sztywno i oficjalnie - w Mocy pojawiły się
emocje, bardzo specyficzne, które Obi-Wan doskonale rozpoznawał,
złączone w jedną błyskawiczną falę.
Ciekawość. Uwielbienie. Radość, niepokój, lęk. Anakina przepełniały
wszystkie te uczucia, ale ich zwornik stanowiło coś o wiele
niebezpieczniejszego: pasja.
A pasja oznaczała zagrożenie nawet w zwykłym życiu Jedi, a co dopiero w trakcie wojny...
Obi-Wan spodziewał się, że senator zaraz ruszy w swoją drogę, po tym
krótkim spotkaniu przed jakąś oficjalną sprawą. Spodziewał się również,
że Anakin zawaha się o sekundę zbyt długo, że jego chłopięce zauroczenie
zawróci mu w głowie bardziej, niż powinno, zanim do rzeczywistości
przywróci go poczucie obowiązku.
Oni jednak stali tam nadal, w rozważnej odległości, owszem, ale między
nimi pobrzmiewała nowa nuta. Nie tak dawno temu Padmé potraktowała
Anakina z góry, wtedy, kiedy zawitali do jej apartamentu po próbie
zamachu, tuż przed Geonosis. A tymczasem teraz, choć zachowywali pozory
oficjalnej uprzejmości, wyraźnie łączyła ich mocna relacja. Senator,
znana z pełnych pasji przemów, bystrych umiejętności obserwacyjnych i zdolności wynajdywania konstruktywnych rozwiązań, przystanęła, żeby
porozmawiać z Jedi słynącym z tego, że nigdy nie zwalnia, ani w śmigaczu, ani w marszu, ani w żadnej innej sytuacji.
Rozmawiali ze sobą spokojnie, uśmiechając się do siebie. Padmé
rozejrzała się nawet szybko dookoła, bardzo subtelnie - nikt by tego z bliska nie zauważył, ale z góry widać to było bardzo dobrze, zwłaszcza
że przez krótką chwilę jej ochroniarka spojrzała na coś w oddali.
Następnie dziewczyna podniosła rękę i szybko dotknęła miejsca za uchem
Anakina, tam, gdzie widniał kiedyś jego padawański warkoczyk.
A potem, zupełnie jakby ten gest coś w niej przełączył, Padmé
zesztywniała i pomimo niewielkiego wzrostu nagle wydała się wyższa.
Anakin również zareagował, choć nie z zakłopotaniem, jakiego można by
się po nim spodziewać wobec tak bliskiego kontaktu z obiektem swojego
zauroczenia - rozejrzał się również ukradkiem w obie strony, tak jak
Padmé, choć zdecydowanie nie tak dyskretnie.
Zaraz jednak zrobił to, co ona - wyprostował się, jakby nic się nie
stało. Górował nad nią, a mimo to wprost biła od niego łagodność.
Nastąpiła kolejna krótka rozmowa, zbyt cicha, by nawet bystry obserwator
coś usłyszał. Pomimo powrotu do oficjalnej uprzejmości, Obi-Wan wciąż
wyczuwał emocje Anakina. Kiedy Padmé i młody Jedi się rozeszli,
zostawiły one w Mocy ślad, wyraźny zarys obecności Skywalkera, choć
zapewne tylko jego były opiekun potrafiłby to rozpoznać. Anakin o wiele
za często pozwalał, by uczucia rządziły jego reakcjami. Temperujący
wpływ szkolenia Jedi działał jedynie jako smycz na impulsywność, która
kierowała jego zachowaniem. Jednak wszystko, co sprawiało, że Jedi
tracił samokontrolę choćby na chwilę, narażało świat wokół na
niebezpieczeństwo.
Zwłaszcza tak potężny Jedi jak Anakin Skywalker. Zwłaszcza ktoś, kto
według przepowiedni miał być Wybrańcem i przywrócić równowagę Mocy.
A Padmé, zamiast odrzucić jego awanse, jak to robiła nie tak dawno temu,
teraz tylko wzmacniała ich więź. Jak należało to rozumieć? To ona
pozwalała, by Anakin brnął dalej w swoje zauroczenie, choć jak bardzo
się w nim pogrążył, Obi-Wan nie potrafił ocenić. W ich interakcji
pojawiło się jednak coś więcej i młody mistrz Jedi nie miał pewności,
czy na pewno chce wiedzieć, co to takiego.
- Och. - Tyle tylko mu się wymknęło i zaskoczyło go tak samo, jak całe
to nieoczekiwane spotkanie. Nadal patrzył na Anakina, który opanował
wreszcie buzujące w nim uczucia, a potem przystanął jeszcze na chwilę,
żeby porozmawiać z Jarem Tapalem i nieodstępującym go rudowłosym
chłopcem, i choć gawędzili dłużej, niż trwała rozmowa z senator, Obi-Wan
nie wyczuwał tym razem żadnych podobnych emocji u Anakina, ani w jego
mowie ciała, ani w jego obecności w Mocy.
- O, dzień dobry, mistrzu Kenobi - odezwała się Padmé, unosząc dłoń w pozdrowieniu. - Czy kanclerz jeszcze tu jest?
Obserwując Anakina, Obi-Wan musiał się całkowicie zdekoncentrować, bo
zupełnie nie zauważył, że podeszła do niego Padmé. Czekała nieruchomo,
tak jak jej dwórka i ochroniarka, stojące w identycznej odległości,
tworząc niemal idealny zarys trójkąta. Skinął im głową i odpowiedział
powoli:
- Wziął udział w ceremonii holograficznie. Ale szybko doszło do zmiany
tematu.
- Przez Cato Neimoidię?
- Przez Cato Neimoidię.
- Dziękuję - rzekła. Prosta i konkretna reakcja.
Obi-Wan znów skinął głową, nie ruszając się z miejsca, zaś Padmé ruszyła
szybko naprzód, żeby dogonić Baila Organę, którego dostrzegła w korytarzu.
Wyglądało na to, że wielu senatorów nabrało nagle ochoty na wizytę w Świątyni Jedi. Nic dziwnego wobec tej katastrofy na galaktyczną skalę,
zwłaszcza że hrabia Dooku publicznie sprowokował Republikę do wysłania
kogoś na miejsce bombardowania, może nawet jej głównego przywódcy...
Obi-Wan oczyścił umysł z wątpliwości i niepokoju. Roztrząsanie, co
powodowało teraz uczuciami Anakina, odrywało go od zadania. Powtórzył
sobie jednak stanowczo, że coś takiego może nie zakończyć się szybko -
ani samo.
Być może będzie musiał nawet porozmawiać z Anakinem...
Teraz jednak Republika wyruszyła na wojnę. Jedi musieli wziąć w niej
udział. I jeśli Obi-Wan chciał sprawić, by Palpatine nie wpadł w pułapkę
Dooku, musiał przekonać Cato Neimoidię, żeby zgodziła się na wysłannika
Jedi w zastępstwie kanclerza.
Obi-Wan postarał się pozbyć emocji i ruszył do Archiwów.
Rozdział 4
ANAKIN SKYWALKER
Dla Anakina nie było to nic nowego.
Widział to już wiele, wiele razy. Tło zawsze wyglądało inaczej - czasem
działo się to pod bezlitosnymi, ostrymi promieniami słońc Tatooine, a czasem w głębokiej przestrzeni kosmicznej.
Przeżycia jednak zawsze były równie autentyczne. Prędkość, światła,
przeszkody. Zwroty i przeciążenie. Czy siedziało się w ścigaczu,
myśliwcu Jedi, czy mknęło się między budynkami skuterem. Albo tutaj,
gdzie za parę kredytów zapłaconych firmie znanej tylko jako Rodzina
uzyskiwało się dostęp do torów wyścigowych dla śmigaczy w opuszczonych
sektorach najniższych poziomów Coruscant. Znajdowały się tu zaledwie
stare instalacje przemysłowe, konstrukcje, rury i diody, które mrugały
od dekad i zapewne będą mrugać jeszcze długo po zakończeniu wojny.
Anakin marzył o wynajęciu toru wyścigowego Rodziny w taką noc, gdy nie
odbywały się wyścigi, odkąd dowiedział się o istnieniu tej
infrastruktury. I choć gdzieś w dalekim kosmosie bataliony klonów
walczyły z droidami bojowymi, a ratownicy i medycy próbowali ocalić
mieszkańców Cato Neimoidii, w tę jedną noc Anakin odsunął to wszystko od
siebie - żeby spędzić czas ze swoją żoną.
Żoną.
Sama ta myśl, samo to określenie wciąż brzmiało dla niego jak coś
nierzeczywistego. Wydawało mu się należeć do innego życia. Przecież tak
niedawno Padmé była dla niego kimś niemal obcym, kimś, kogo widywał
przelotnie, kiedy podróżowała na lub po Coruscant albo gdy pokazywano ją
w HoloNecie. Śnił o niej, próbował jednak odepchnąć od siebie te
marzenia.
A potem nadeszło Naboo. I Geonosis.
I Tatooine.
Teraz byli małżeństwem. Od potajemnego ślubu prawie się nie widywali,
jeśli nie liczyć tych kilku krótkich dni na Naboo. Obowiązki Jedi i obowiązki senatora sprawiały, że podróżowali po całej galaktyce i ich
małżeństwo stanowiło głównie relację dusz. Wysyłali do siebie
zaszyfrowane wiadomości, kiedy tylko mogli, wygospodarowywali czas na
rozmowę pośród nieprzewidywalnych zadań powiązanych z wojną i pracą, ale
mimo to Anakin nadal odnosił wrażenie, jakby ich związek był wciąż snem,
najbardziej niemożliwym i najcudowniejszym ze snów.
Ale wróciła do niego. A może to on wrócił do niej? Już nie jako
hologramy, mówiące sobie, jak rozpaczliwie za sobą tęsknią - teraz mieli
prawdziwe uczucia i rzeczywisty dotyk, przypominający, że to wcale nie
sen.
I to potęgowało w nim wszystkie emocje. Każda chwila stawała się dla
niego jeszcze cenniejsza, wszystkie dobre i złe rzeczy trzymał w sobie
tak, jakby tylko one się liczyły, nawet w czasie wojny.
Kiedy tak mknęli śmigaczem w głębinach Coruscant, po bardzo nielegalnym
i jeszcze bardziej niebezpiecznym prowizorycznym torze, były to pierwsze
chwile, które spędzali razem, odkąd Anakin został pasowany na rycerza
Jedi. Ich przypadkowe spotkanie w Świątyni całkowicie go zaskoczyło i musiał zmobilizować całą siłę woli, żeby nie objąć jej mocno, żeby nie
zatrzymać czasu i przestrzeni wokół, żeby tylko poczuć ciepło jej ciała.
Dzisiejsza schadzka, choć powiedział innym, że musi się po prostu
przejść, aby zebrać myśli, w rzeczywistości została zaplanowana przez
niego i Padmé już dawno temu. Zamierzali spędzić razem parę wieczorów,
korzystając z tego, że oboje przebywali na Coruscant, ale przede
wszystkim chodziło o to, by zrobić to na niższych poziomach, tam, gdzie
nikt nie będzie się nimi interesował. Obiecali sobie też, że nie będą
wtedy rozmawiać o polityce ani o wojnie.
Ani o Cato Neimoidii.
Chociaż zgodziła się na jego propozycję - i zapłaciła za wynajem
śmigacza - kiedy tylko Anakin przyśpieszył, kierując maszynę niemal
pionowo w dół, stało się jasne, że w odróżnieniu od swojego męża nie
miała we krwi zamiłowania do prędkości, choć przecież sama nieraz
siadała za sterami.
- Ech, a mogłam wysłać zamiast siebie Dormé! - starała się przekrzyczeć
smagający ich wiatr, który zwiał jej z włosów kaptur. Gdyby miała na
sobie jeden ze swoich pięknych, skomplikowanych strojów, pęd śmigacza
wszystko by zniszczył. Ubrała się jednak w coś nierzucającego się w oczy: ciemne spodnie i kaptur w kolorze złamanej zieleni, z łatwością
wtapiające się w otoczenie i pasujące do jego własnego stroju - prostej
kurtki mechanika, którą narzucił na swoją tunikę, żeby wyglądać jak
zwykły człowiek pracy, a nie rycerz Jedi. Anakin dotarł do ostatniego
zakrętu, zmniejszając moc, żeby zniosło tył śmigacza. Przechyloną
maszynę pochwyciła siła odśrodkowa, a szybkie zwiększenie przepływu
energii przeniosło ich przez wąskie gardło toru.
- Ale ja tu wcale nie szaleję - powiedział, śmiejąc się, i opadł
śmigaczem znad krawędzi w przepaść. Zaskoczony okrzyk Padmé także
zamienił się w śmiech. Anakin włączył szybko pionowe dopalacze, które
złagodziły ich lot w dół, zupełnie jakby znajdowali się na latającej
chmurze z metalu, kabli i różnych stopów.
Jak jego ręka.
Anakin odepchnął od siebie tę myśl i sięgnął zmysłami do Mocy,
posługując się nimi jak sonarem w eterze, żeby zorientować się, gdzie
tor się zwężał i zaczynał wić, a nawet gdzie kiedyś zawodnicy stracili
panowanie nad pojazdem i się rozbili. Przyhamował, żeby wejść driftem w zakręt, wykonał kilka kontrolowanych podskoków i nurkowań, a wreszcie
przeleciał przez linię mety.
Śmigacz zatrzymał się gwałtownie. Anakinem i Padmé szarpnęło brutalnie
do przodu, zaraz jednak opadli z powrotem na siedzenia.
- Aaach - sapnął z satysfakcją i spojrzał na żonę.
Nie tak dawno temu Padmé Amidala patrzyła prosto w twarz pewnej śmierci
na Geonosis i parła naprzód z blasterem, żeby odzyskać swoją planetę
zagarniętą przez Nute'a Gunraya. Teraz jednak z przejęcia miała szeroko
otwarte oczy i dyszała ciężko, przyciskając rękę do piersi.
- Och, przepraszam! - zaniepokoił się Anakin. - Nic ci nie jest?
Przesadziłem? Czy...
Od martwych przemysłowych konstrukcji dookoła odbił się echem nagły
wybuch radości.
- Anakinie... - zaczęła i znów parsknęła śmiechem, a potem uderzyła go
żartobliwie w ramię. - To było niesamowite. I nie chcę tego robić nigdy
więcej!
Roześmiał się razem z nią, a potem nachylił się do jej twarzy. Ujęła go
za rękę - mechaniczną - tak samo jak wtedy, podczas ich ślubu.
Opuściła wzrok na swoje palce splecione z jego palcami w czarnej
rękawicy. Elektryczne synapsy przekazywały jej dotyk do zakończeń
nerwowych w kikucie jego organicznej kończyny. Nie tak dawno temu
wystarczyłoby jej spojrzenie, by poczuł na skórze gęsią skórkę. Teraz
było to niemożliwe. Uścisnął jej dłoń. Poczuł to w cybernetycznej ręce z opóźnieniem ułamka sekundy w porównaniu do tego, jak odbierała to jego
organiczna, i ta różnica nadal wytrącała go z równowagi. W walce czy
nielegalnych wyścigach, kiedy czysty instynkt i Moc intensyfikująca
działanie jego zmysłów kompensowały tę lukę, tak tego nie odczuwał. Ale
teraz, w tej cichej chwili spędzonej z żoną, na początku małżeństwa, do
którego doszło równie nagle, jak do zamiany jego ręki na protezę, ułamek
sekundy wydawał się trwać całe godziny.
- Nie przeszkadza mi to - oświadczyła Padmé, kładąc drugą dłoń na jego
rękawicy. - I nigdy nie będzie mi przeszkadzać.
- Wiem. Po prostu jeszcze się do tego do końca nie przyzwyczaiłem.
- To teraz część ciebie. Poza tym... - Roześmiała się ciszej, cieplej niż
poprzednio. - Całkiem dobrze ci poszło z tym śmigaczem. - Nachyliła się
i dotknęła wargami jego ust. Śnił o tym podczas tych długich godzin na
krążownikach i promach, kiedy powinien się skupiać na treningu z mieczem
i rozmowach z komandorami. Przylgnął do niej, a ich dłonie rozplotły
się, by powędrować gdzie indziej. Trwali w bezczasowej przestrzeni, w której istnieli tylko oni.
Póki nie wyrwał ich z niej mechaniczny głos droida.
- Rodzina dziękuje państwu za skorzystanie z jej usług - rzekł BS-1119,
droid ochroniarz, mocno przypominający zmodyfikowany model droida
zabójcy HK. Anakin odwrócił głowę i zobaczył, jak maszyna, z dwoma
pistoletami w kaburach przy mechanicznych biodrach, podchodzi do nich,
pokazując palcem, że mają już stąd odlecieć. Pomimo groźnego zachowania
mówiła wyjątkowo uprzejmie, zapewne za sprawą oprogramowania łączącego
potrzeby bezpieczeństwa i biznesu. - Mogą państwo zarezerwować termin na
kolejną jazdę szkoleniową na jednym z torów przemysłowych Rodziny. Można
także obstawiać zakłady na nadchodzące wyścigi. - W oddali okolicę
skanowały latające droidy policyjne i BS-1119 przesunął przełącznik na
panelu kontrolnym na ścianie obok. - Tor jest zamknięty. Proszę udać się
pojazdem gdzie indziej. Muszą państwo natychmiast opuścić to miejsce.
- Pewnie byłoby głupio, gdyby przyłapano senator i Jedi w takim miejscu
- mruknął Anakin.
Padmé uśmiechnęła się i usiadła wygodniej w fotelu.
- Nie dajmy się aresztować - zamiast tego chodźmy coś zjeść.
Mąż i żona.
Jak to dziwnie brzmiało... Pomimo zawartego małżeństwa ich obowiązki
uniemożliwiały im zwyczajne wspólne życie. Padmé musiała zajmować się
rzeczami takimi jak sytuacja z Hebekrr Minor, a Anakin przemierzał
galaktykę w roli żołnierza, strażnika, medyka i dostawcy towarów.
Małżeństwa robiły takie rzeczy jak wspólne spacery, zakupy, kolacje -
nie walczyły na wojnie, nie negocjowały pokoju, żeby spotkać się potem
na kilka godzin, bo akurat zbiegły się ich harmonogramy.
W Anakinie wezbrała nagła frustracja, bo dlaczego galaktyka musiała ich
tak rozdzielać? A jednocześnie ich szalona przejażdżka przypomniała mu
dobitnie, że ciałem, umysłem i sercem był przywiązany do niespokojnego
życia - tak samo jak do niej. Gdyby Qui-Gon nigdy nie znalazł go na
Tatooine, być może Anakin brałby teraz udział w zawodach ścigaczy albo
wykonywałby inny niebezpieczny zawód.
Czy w tym życiu wciąż byłaby z nim jego matka?
Pytanie to wiodło na ciemną ścieżkę dalszych pytań. Pogrzebał je
głęboko, zamykając na klucz skrytkę w pamięci z tą nocą, i powiedział
sobie, że przecież jest tutaj i teraz, z Padmé, i wiedzie nietypowe
życie, przeplatające walkę i wymierzanie sprawiedliwości ze spokojnymi
chwilami, które spędzali ze sobą jako mąż i żona.
Żałował tylko, że nie może sam decydować o harmo-nogramie tych chwil.
- Chyba nie potrzebujesz przebrania - rzekła Padmé, opierając się na
nim, kiedy weszli na teren targu. - Bez warkoczyka nikt cię nie
rozpozna.
- Och, zawsze mi wchodził w paradę, nie tęsknię za nim. Mówiłem ci, że
raz osmaliła go zabłąkana wiązka z blastera? - Ten moment, kiedy dzisiaj
natrafili na siebie w Świątyni Jedi, kiedy wyciągnęła rękę i dotknęła
miejsca, w którym kiedyś jego warkoczyk zwisał za uchem... Rozmawiali ze
sobą niedawno przez holo, ale ta nieoczekiwana chwila była niczym Moc
zmuszająca ich do zagrania swoich najlepszych ról. Anakin zauważył, jak
Padmé rozgląda się ostrożnie przed dotknięciem jego włosów, a potem
jeszcze ten jej subtelny uśmiech, intymne przyznanie, że igrają z odsłonięciem prawdy o swoim życiu w miejscu najbardziej ryzykownym.
Zapragnął jej wtedy jeszcze bardziej.
- A wiesz, będzie mi brakowało twojej krótkiej fryzury - oznajmiła
Padmé, przeczesując palcami jego włosy. Podrosły na tyle, by zniknął już
charakterystyczny wygląd padawańskiej fryzury. - Zawsze były takie
uporządkowane i miłe w dotyku.
- Może je zapuszczę, tylko po to, żeby cię denerwowały. A widziałaś te
falujące loczki Obi-Wana? - Anakin uśmiechnął się pod nosem.
- Nie, błagam, wszystko, tylko nie to! - żachnęła się i oboje wybuchnęli
śmiechem.
Anakin słyszał, że mieszkańcy dolnych poziomów wiedli zbyt ciężkie
życie, by w ogóle wiedzieć o wielkich konfliktach w galaktyce - i teraz
wreszcie to rozumiał. Wyglądało to tak, jakby poniżej licznych poziomów
budynków, zbyt gęstych, by docierało tam światło słońca, życie zamykało
się w nieprzepuszczalnej bańce. Niejeden przybysz z góry mógłby tu się
poczuć klaustrofobicznie.
Teraz jednak - dla nich - oznaczało to, że nic nie może zaburzyć ich
życia: ani wojna, ani polityka, ani zasady Jedi.
Mogli tu po prostu być. Bo na razie nie mogli przeżyć nic bliższego
tamtym chwilom nad jeziorem na Naboo.
Szli wśród świecących neonów, znaków i prostego, funkcjonalnego
oświetlenia, a milczenie, które zapadło między nimi, wydawało się tak
naturalne jak oddychanie. Wchłaniał prostą radość czystego istnienia
obok niej - bez ochrony, bez hologramów, bez lęku, że coś za chwilę
odciągnie jedno z nich. Doszli do celu - duży, wygięty w łuk szyld
ogłaszał, że jest to Targ Uhmandasee, miejsce,
gdzie ośmielali się przychodzić nawet bardzo cywilizowani mieszkańcy
najwyższego poziomu Coruscant, żeby spróbować autentycznej kuchni. W ustawionych rzędami kramach i budkach, wśród których było też kilka
wyłączonych z ruchu śmigaczy transportowych, oferowano różne brudzące,
ale autentyczne specjały z całej galaktyki.
I nawet w tym miejscu, gdzie mogli po prostu być i cieszyć się swoim
towarzystwem, Anakin zauważył, że Padmé wciąż obserwowała otoczenie.
Zdradzały ją bardzo drobne, typowe dla niej odruchy - to, jak
przyśpieszył jej oddech, jak drgnęły jej brwi, jak przechyliła głowę,
żeby zmienić nieco swoje pole widzenia.
Postrzegał targ jako zbieg rozmaitych kultur i dzielnicy przemysłowej.
Ale wiedział też, jak myślała Padmé - choć dostrzegała to samo, co on,
na wszystko patrzyła również w kategoriach osób, na które spoglądała, i sytuacji, w jakiej się znajdowały. Widziała nie tylko kucharza przy
grillu, ale też dziecko u jego stóp. Nie tylko artystkę sprzedającą
swoje dzieła, ale też to, jak dużą miała torbę - oznaczało to, że
kobieta nie posiadała stałego domu. Nie tylko masażystkę, obsługującą
klienta na krześle, ale też to, że ustabilizowała uszkodzony mebel za
pomocą dodatkowych elementów, zamiast kupić nowy.
Takie szczegóły Anakinowi umykały - przynajmniej póki nie zaczynał
próbować przetwarzać wszystkiego tak, jak jego żona. Jedi
charakteryzowała bezinteresowność, oddawali całych siebie zakonowi,
którego najwyższym celem miało być zachowanie pokoju w galaktyce.
Bezinteresowność Padmé wyrażała się zdecydowanie inaczej - była empatią,
wrażliwą na dobrostan każdej istoty napotkanej na swojej drodze,
połączoną z pragnieniem znalezienia konstruktywnych rozwiązań, by ten
dobrostan zapewnić. Była to pasja, łagodzona przez wykalkulowane
działania, przeciwieństwo pasji Anakina, symbolizowanej przez
słonecznego smoka.
Przystanęli. Padmé zsunęła kaptur z włosów i przyklęknęła, żeby powąchać
kwiaty, wystające z małego wózka kwiaciarza. Anakin wiedział, że i teraz
zwracała uwagę na drobiazgi zdradzające coś więcej o życiu sprzedawcy,
od skrzypiącego starego droida zraszającego bukiety po samo stoisko,
spawane i naprawiane tyle razy, że nie mogło się nie przekrzywiać.
Może to właśnie dlatego byli sobie przeznaczeni. Anakin reagował na
niesprawiedliwość jak wybuchający nagle płomień, zaś Padmé w każdym
przypadku działała z nieustępliwością, nieustannie szukając rozwiązań,
nawet w najgorszych okolicznościach.
Pasja i zdecydowanie, połączone ze sobą na zawsze w kruchej równowadze.
- Co o tym sądzisz? - zapytała Padmé, zakładając za ucho fioletowy kwiat
ze świetlistymi kryształkami w morskim kolorze.
- Wydawało mi się, że mamy się nie rzucać w oczy?
- Ty - rzekła, wkładając taki sam kwiatek do kieszonki jego kurtki - nie
jesteś rycerzem Jedi. A ja nie jestem panią senator. Jesteśmy tylko
małżeństwem, które przyszło tutaj na kolację. - Zatoczyła ręką dookoła i dopiero teraz zauważył, że kilka innych par nosi takie pasujące do
siebie kwiaty.
Oczywiście, że jego żona zwróciła na to uwagę.
- Tak - rzekł i wziął ją pod ramię. - Jak każda inna para małżeńska.
Oparła głowę na jego ramieniu. Blask bijący od jej kwiatu zabarwił lekko
jej twarz.
Pasja i zdecydowanie - o tak.
- Chodź. - Odsunęła się i wzięła go za rękę. - Chcę ci coś pokazać.