Star Wars. Bracia - Mike Chen

Kup ebooka

40.00 zł
33.46 zł (33,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

RUUG QUAR­NOM

Cato Neimo­idia była świa­tem mgły.

Wyła­niały się z niej pio­nowe ściany ogrom­nych gór z wyku­tymi w nich kład­kami. Zbu­do­wane z twar­dych skał naj­więk­sze łuki i szczyty wyra­stały z kłę­bią­cych się gęstych opa­rów, rzu­ca­jąc na nie nie­koń­czące się cie­nie. Pomię­dzy tymi cudami natury, nad nimi i na nich roz­cią­gały się zło­ci­ste mia­sta z deko­ra­cyj­nymi wie­żami, gma­chami o lustrza­nych ele­wa­cjach i mostami wiszą­cymi pomię­dzy kolo­sal­nymi masy­wami gór­skimi.

Głę­boko w dole, pod gęstą mgłą, kryły się fun­da­menty tego świata. W zwy­kły dzień podróż z powietrz­nych miast Cato Neimo­idii na powierzch­nię pla­nety ozna­czała stop­niowe zanu­rza­nie się w gęst­nie­jącą biel.

Ten dzień jed­nak nie nale­żał do zwy­kłych.

Tego dnia doszło bowiem do cze­goś strasz­li­wego. I im niżej scho­dził prom, tym bar­dziej mleczna mgła mrocz­niała, mie­sza­jąc się z kon­tra­stu­ją­cymi smu­gami czar­nego popiołu.

Ruug Quar­nom przez całe swoje życie spo­ty­kała się ze znisz­cze­niami. Jako eli­tarna koman­do­ska Neimo­idiań­skich Legio­nów Obron­nych miała do czy­nie­nia z mate­ria­łami wybu­cho­wymi, ostrza­łem z bla­ste­rów, rakie­tami i szrap­ne­lami. I ze śmier­cią - czę­sto, a prze­waż­nie zada­waną za pośred­nic­twem jej kara­binu snaj­per­skiego, spe­cjal­nie prze­ro­bio­nego, by stał się dla niej prze­dłu­że­niem wła­snej ręki.

Zabój­stwa i znisz­cze­nia. Na tym pole­gało jej życie od wielu lat, zgod­nie z wolą władz, które dążyły do zapew­nie­nia Neimo­idia­nom lep­szego miej­sca w galak­tyce. Nawet teraz jej nowa rola kró­lew­skiej gwar­dzistki w Zar­rze, sto­licy Cato Neimo­idii, pozo­sta­wała taka sama: słu­żyła ochro­nie jej roda­ków.

Ruug przy­jęła to zada­nie w dobrej wie­rze, cho­ciaż wie­działa, że przy­dzie­lono ją do tego za karę, za kwe­stio­no­wa­nie decy­zji Fede­ra­cji Han­dlo­wej - taką kry­tykę ci, któ­rzy mieli więk­sze wpływy niż sze­re­gowy woj­skowy, uwa­żali za sia­nie nie­zgody. A jej zaufa­nie do zwierzch­ni­ków wła­śnie się chwiało. Co gor­sza, działo się to w cza­sie, kiedy galak­tyka wła­śnie roz­dzie­rała się na dwoje.

- Popatrz... - ode­zwał się jej młody part­ner, Ketar Nor. Zawie­sił głos, obser­wu­jąc z roz­chy­lo­nymi ustami, jak zanu­rzają się w gęstej, ponu­rej sza­ro­ści, przez którą raz na jakiś czas mogli dostrzec coś wię­cej. - Jest gorzej, niż myśla­łem.

Pewna ręka. I sze­roko otwarte oczy. Tylko tak można było do tego pod­cho­dzić. Nie tylko do wyprawy na powierzch­nię pla­nety, ale też do tego, co się wyda­rzyło - żeby zro­zu­mieć, dla­czego się wyda­rzyło. Roz­kaz uda­nia się przez mgłę na dół, roze­słany do wszyst­kich dys­po­zy­cyj­nych jed­no­stek, przy­szedł tak nagle, że Ruug natych­miast skie­ro­wała tam ich sta­tek, opusz­cza­jąc port sąsied­niego mia­sta i porzu­ca­jąc wcze­śniej­sze zapla­no­wane zada­nie - trans­fer więź­nia. Nie powia­do­miono ich, co mają zba­dać. Wie­dzieli jedy­nie, że doszło do jakiejś strasz­li­wej kata­strofy - i że wszy­scy w pro­mie­niu dwu­stu kilo­me­trów otrzy­mali pole­ce­nie - czy raczej wła­śnie roz­kaz - żeby zosta­wić to, co aku­rat robili, i ruszyć w drogę.

Ze szmeru róż­nych gło­sów na otwar­tej linii zaczęły się sączyć infor­ma­cje. Bomba. Nie, kilka bomb. Zawa­lił się budy­nek - nie, cały plac.

A jed­nak nie. Nie­za­leż­nie od spe­ku­la­cji w komu­ni­ka­to­rach, to, co się rze­czy­wi­ście wyda­rzyło, z każdą sekundą sta­wało się bar­dziej oczy­wi­ste.

I wykra­czało poza wszyst­kie przy­pusz­cze­nia.

Cała część mia­sta-mostu, dziel­nica Cade­sura. Całe ulice z zabu­dową, cały frag­ment neimo­idiań­skiej cywi­li­za­cji uni­ce­stwiony w jed­nej chwili, kiedy - w mgnie­niu oka - wypa­ro­wały wspor­niki łączące dziel­nicę z resztą Zarry.

Wszy­scy miesz­kańcy. Całe to życie, które runęło pro­sto w dół, przez mgłę Cato Neimo­idii, spo­ty­ka­jąc swój gwał­towny koniec - metal i ciała roz­trza­skane o skały i zie­mię.

Dla­czego?

"Cato Neimo­idia jest neu­tralna" - pomy­ślała Ruug. Pomimo nie­daw­nego zamie­sza­nia na Geo­no­sis, pomimo uży­cia w dzia­ła­niach wojen­nych dro­idów bojo­wych Fede­ra­cji Han­dlo­wej, walki toczyły się poza jej tery­to­rium. Wice­król Nute Gun­ray wraz ze swoją frak­cją sprzy­mie­rzył się z Kon­fe­de­ra­cją Nie­za­leż­nych Sys­te­mów, lecz sama Fede­ra­cja nie pod­le­gała wpły­wom hra­biego Dooku i jego sepa­ra­ty­stycz­nych ide­ałów. Zadbał o to sena­tor Lott Dod, który dzia­łał w sto­licy poli­tycz­nej Repu­bliki.

Tutaj jed­nak, na powierzchni pla­nety, Ruug zoba­czyła wszystko, co powinna wie­dzieć. Poskrę­cane kształty kon­struk­cji, nie­gdyś wytwor­nych, teraz sta­no­wią­cych popę­kane, poła­mane szczątki, roz­trza­skane na nie­zli­czone kawałki... W miarę jak ich prom zbli­żał się do miej­sca kata­strofy, skala znisz­czeń oka­zy­wała się więk­sza. To, co wyda­wało się górą gru­zów, stop­niowo roz­dzie­liło się na poszar­pane czę­ści budyn­ków i mostów. Pod­le­cieli jesz­cze bli­żej - Ruug szu­kała pła­skiego miej­sca, żeby wylą­do­wać - i teraz ujrzała wszyst­kie szcze­góły.

Nie tylko detale znisz­czo­nych budyn­ków - ale także ukryte wśród ruin ciała. Tak wiele ciał, w róż­nym wieku, repre­zen­tu­ją­cych tyle róż­nych dróg życia. Zwłoki powy­gi­nane w nie­praw­do­po­dobne kształty, spo­czy­wa­jące w miej­scach, gdzie nie powinno ich być, a jed­nak tak zadzia­łał chaos gra­wi­ta­cji, która ścią­gnęła całą tę dziel­nicę na powierzch­nię pla­nety.

A wszystko spo­wi­jały gęste tumany dymu, potężna szara chmura dzie­ląca się w dole na poje­dyn­cze czarne pasma - stru­mie­nie zasi­la­jące rzekę śmierci. Ruug wyszła ze statku i na jej ciem­no­zie­lo­nej skó­rze od razu wylą­do­wały płatki sadzy. Pomimo chłodu panu­ją­cego na powierzchni, od nie­koń­czą­cych się pło­mieni, prze­bi­ja­ją­cych się przez resztki potęż­nych nie­gdyś gma­chów, buchał żar.

- Kto... - wykrztu­sił Ketar, obra­ca­jąc się dookoła. Zamru­gał, z otwar­tymi ustami patrząc na tę strasz­liwą zagadkę. - Jak...

Ruug widziała już wcze­śniej, jak Ketar daje się ponieść emo­cjom w trak­cie pracy, cza­sem zło­ści, cza­sem stra­chowi. Pró­bo­wał je ukry­wać, ona jed­nak zawsze potra­fiła to w nim dostrzec. Ta przej­rzy­stość uczuć łączyła się u niego z nie­win­no­ścią, taką, którą się traci dopiero po ode­bra­niu komuś życia. Można by długo dys­ku­to­wać, czy było to dobre, czy złe, ale zabi­ja­nie powle­kało duszę war­stewką odpor­no­ści na strach i ta odpor­ność zwięk­szała się z każ­dym kolej­nym zabój­stwem. Zasty­gła twarz Ketara wyra­żała jasną dla Ruug mie­szankę uczuć, wśród któ­rych domi­no­wał smu­tek, wypły­wa­jący z wraż­li­wo­ści głęb­szej, niż do tej pory oka­zy­wał.

- Spo­koj­nie, Ketar - rze­kła i pode­szła do niego. Z pagórka gru­zów nad nimi zama­chały ręce i ktoś krzyk­nął, że zna­le­ziono żywą osobę. - Potrze­bują naszej pomocy.

- Repu­blika! - wark­nął Ketar, zaci­ska­jąc dłu­gie palce w drżącą pięść. - Repu­blika to zro­biła. Winią nas za to, co robi Nute Gun­ray.

- Tego nie wiemy. A na razie to i tak nie ma zna­cze­nia. - Oczy­wi­ście nie była to prawda. Odkry­cie, kto stał za zama­chem, miało wiel­kie zna­cze­nie i sprawcę nale­żało posta­wić przed sądem, kim­kol­wiek by się nie oka­zał. Na odwet przyj­dzie jed­nak czas. - Skup się. Wezwali nas tutaj na pomoc. I tym musimy się zająć.

Choć Ketar stał przo­dem do zespołu pro­szą­cego o pomoc, jakby nie zda­wał sobie sprawy z ich wezwań. Wpa­try­wał się błęd­nym wzro­kiem przed sie­bie, zupeł­nie jakby miał przed sobą zani­ka­jący i poja­wia­jący się na nowo holo­gram.

Nie patrzyli jed­nak na holo­gram, ale na rze­czy­wi­stość, a resztki wąt­pli­wo­ści niwe­czył ostry smród spa­le­ni­zny, wdzie­ra­jący się do gru­czo­łów zapa­cho­wych za oczami.

- Ketar - powie­działa cicho Ruug.

- Masz rację. - Męż­czy­zna ski­nął nagle głową i zaczął zacho­wy­wać się zupeł­nie ina­czej. Jego kata­to­nia ustą­piła miej­sca ener­gicz­nym, celo­wym ruchom. Młody gwar­dzi­sta zła­pał torbę medyczną i ruszył bie­giem, jakby jedna osoba z małym zapa­sem bacty i synt­skóry mogła tu cokol­wiek zmie­nić.

Z wie­kiem Ketara wią­zała się zwy­czajna u mło­dych naiw­ność, szczere pra­gnie­nie słu­że­nia swoim roda­kom. Ruug wie­działa lepiej: każda osoba miała swoje ogra­ni­cze­nia, nie­za­leż­nie od jej odda­nia. Wyjęła mały meta­lowy krą­żek i naci­snęła przy­cisk, żeby wyświe­tlić holo­gra­ficzną mapę rejonu. Wokół niej lądo­wały kolejne trans­por­towce: z per­so­ne­lem medycz­nym, poli­cją, urzęd­ni­kami i oso­bami, które po pro­stu chciały pomóc. Wszę­dzie krą­żyli rodacy Ruug - nie­któ­rzy pod­no­sili gruzy, inni krzy­czeli do komu­ni­ka­to­rów, bła­ga­jąc o wspar­cie, inni cho­dzili w tę i we w tę, trzy­ma­jąc się za głowę. Roiło się też od dro­idów róż­nej wiel­ko­ści, małych urzą­dzeń moni­to­ru­ją­cych, lata­ją­cych mię­dzy więk­szymi maszy­nami ratun­ko­wymi, roz­py­la­ją­cymi sub­stan­cje gaśni­cze na kolejne źró­dła pło­mieni.

W którą stronę by się nie obró­ciła, miała przed sobą obraz znisz­cze­nia na skalę więk­szą niż kie­dy­kol­wiek. Rozu­miała odruch Ketara, aby natych­miast pobiec na pomoc z bactą, tę nadzieję, że jedna osoba może będzie mogła jakoś to wszystko napra­wić.

Do pew­nego stop­nia Ketar miał rację. Od cze­goś nale­żało zacząć.

Bo choć Cato Neimo­idia była neu­tralna, został jej zadany strasz­liwy cios. I ktoś musiał za to zapła­cić.

Ale kto?

Rozdział 2

ANA­KIN SKY­WAL­KER

Ana­kin Sky­wal­ker stał w swo­jej zwy­cza­jo­wej pozie, z nogami roz­sta­wio­nymi nieco sze­rzej niż bio­dra, w peł­nej rów­no­wa­dze, z rękami zało­żo­nymi do tyłu i sple­cio­nymi dłońmi.

A wła­ści­wie jedną praw­dziwą dło­nią i... tą drugą. Miał już bowiem tylko jedną orga­niczną rękę, część ciała zro­dzo­nego ze Shmi Sky­wal­ker, która wycho­wała go pod bez­li­to­snymi, pustyn­nymi słoń­cami Tato­oine.

Druga dłoń skła­dała się z metalu, prze­wo­dów oraz czuj­ni­ków i sta­no­wiła syn­te­tyczne prze­dłu­że­nie ramie­nia, poru­sza­jące się pra­wie - ale nie do końca - tak, jak chciał. Nie była jesz­cze dosko­nała, ale posłu­gi­wał się nią coraz lepiej. I choć jej powierzch­nia wyda­wała mu się tak nie­na­tu­ralna, że zakła­dał na nią ręka­wicę, by jej nie widzieć, jego żona trak­to­wała jej dotyk jak dotyk jego wła­snej dłoni, a przy­naj­mniej tak wła­śnie działo się w tym krót­kim cza­sie, który zdo­łali dla sie­bie wywal­czyć po potyczce z hra­bią Dooku.

Jego żona... Gdzie się teraz podzie­wała? Sena­tor Padmé Ami­dala, zawsze na spo­tka­niach z innymi, na roz­mo­wach z innymi albo roz­ma­wia­jąca o innych. Wró­ciła już na Coru­scant i zapewne uda­wała się wła­śnie do Dziel­nicy Senac­kiej. Poje­dyn­czy pro­myk nadziei, mknący gdzieś nad tą potężną pla­netą...

Ana­kin zamknął oczy, a mistrz Jedi Mace Windu dalej prze­ma­wiał do nie­dawno paso­wa­nych ryce­rzy Jedi.

Przez tysiąc poko­leń zakon kul­ty­wo­wał tra­dy­cję Prób i cere­mo­nii, w wyniku któ­rych Jedi uzy­ski­wali wyż­szą rangę dzięki kolej­nym osią­gnię­ciom.

A potem nade­szło Geo­no­sis. Przed wybu­chem wojen klo­nów, zanim z zaprzy­się­żo­nych straż­ni­ków pokoju nagle stali się żoł­nie­rzami i dowód­cami. Tego połą­cze­nia nie mogli do końca zro­zu­mieć sami żoł­nie­rze-klony, któ­rzy już na polu bitwy nazy­wali ich nie­ofi­cjal­nie gene­ra­łami. Ana­kin zawsze wyobra­żał sobie, że paso­wa­nie na ryce­rza Jedi będzie waż­nym wyda­rze­niem w jego życiu, wielką prze­mianą w jego sercu i gło­wie. Od ofi­cjal­nej zmiany rangi minęło już tyle czasu, że krót­kie włosy zaczęły mu już pod­ra­stać, i teraz ta cere­mo­nia wyda­wała mu się raczej tylko biu­ro­kra­tycz­nym dopeł­nie­niem faktu, drob­nym przy­pi­sem do waż­nych pro­ble­mów, przed jakimi stała galak­tyka. To uro­czy­ste spo­tka­nie na dzie­dzińcu szko­le­nio­wym Świą­tyni Jedi wyda­wało mu się po pro­stu nie­ważne, tak bar­dzo nie­ważne, że Ana­kina zdjęła nagła chęć dania stąd nogi - albo przy­śpie­sze­nia obrotu całej galak­tyki, żeby nastał wresz­cie wie­czór, bo wtedy będzie mógł zoba­czyć się z żoną.

Miał dla niej pewien dro­biazg, scho­wany w zasob­niku przy pasie.

Mistrz Windu prze­szedł bokiem dzie­dzińca w cień Wiel­kiego Drzewa. Ana­kin stał na środku razem z innymi nowo paso­wa­nymi ryce­rzami Jedi, zaś zgro­ma­dzeni z tyłu pada­wani wycią­gali z cie­ka­wo­ścią szyje. Po swo­jej lewej stro­nie miał D'urban Wen-Hurd, Tho­lo­thiankę, pod­czas tre­nin­gów zwra­ca­jącą na sie­bie uwagę dwoma shoto, któ­rymi zwy­kła wal­czyć. Po pra­wej stali Keer Sten­wyt, Olana Chion i parę innych osób. Po dru­giej stro­nie dzie­dzińca patrzyli na nich mistrzo­wie, to zna­czy ci prze­by­wa­jący aku­rat na Coru­scant: Moragg Bomo, Kel Dor w czar­nej tunice i nie­bie­skich goglach, Siri Tachi, Ma-Dok Risto i kilku innych.

I oczy­wi­ście Obi-Wan Kenobi, naj­now­szy czło­nek Naj­wyż­szej Rady Jedi. Tak jakby. Po śmierci Cole­mana Tre­bora na Geo­no­sis jego miej­sce w Radzie zaj­mo­wali na zmianę różni Jedi. Nie wia­domo było, czy to roz­wią­za­nie przyj­mie się na stałe, czy też trak­to­wano je jako cza­sowe zada­nie, zwią­zane z wymo­gami wojny. W każ­dym razie nie­dawno Rada wybrała na pewien czas Obi-Wana, a ten pod­cho­dził do tego jak do wszyst­kiego, ze zwy­cza­jową powagą, trak­tu­jąc nawet tę pod­nio­słą prze­mowę jak podej­mo­wa­nie decy­zji mili­tar­nej. Ana­kin nie potrze­bo­wał Mocy, by czuć na sobie cię­żar spoj­rze­nia swo­jego byłego mistrza. Jego dło­nie zwi­nęły się za ple­cami w pię­ści - synt­ne­towy inter­fejs neu­ro­lo­giczny pro­tezy zare­ago­wał tak samo jak jego praw­dziwa dłoń. Ale nie do końca. Cyber­ne­tyczne palce zaci­snęły się z fru­stra­cją, tak samo jak jego orga­niczna ręka, jed­nak z gestem po tej stro­nie nie wią­zała się żadna emo­cja. Żadna drobna zmarszczka w Mocy nie mogła zdra­dzić jego uczuć Obi-Wanowi.

Była to tylko koń­czyna. Funk­cjo­nalna, a nawet sil­niej­sza niż ręka z krwi i kości - ale nie sta­no­wiła praw­dzi­wej czę­ści jego samego.

- Jeste­ście ryce­rzami Jedi - mówił dono­śnym gło­sem mistrz Windu, cho­dząc tam i z powro­tem, jakby chciał w ten spo­sób sku­pić na swo­jej impo­nu­ją­cej syl­wetce słab­nącą uwagę zgro­ma­dzo­nych. - Odpo­wie­dzial­ność. Pokój. Dys­cy­plina. Jeste­ście wzo­rami, na które spo­gląda galak­tyka. Wasze suk­cesy będą wpły­wać na sytu­ację w Repu­blice i poza nią, podob­nie jak wasze błędy. Wasze decy­zje będą miały wiel­kie zna­cze­nie, poma­ga­jąc Jedi w utrzy­my­wa­niu pokoju w tym cza­sie nie­zgody. - Mistrz Windu urwał, zaci­ska­jąc z namy­słem usta. Ana­kin przy­pusz­czał, że po Geo­no­sis mistrz wygła­szał różne wer­sje tej prze­mowy już kilka razy, ale może tym razem posta­no­wił zmie­rzyć się z impro­wi­za­cją? - Jeste­ście wzo­rami dla adep­tów. Wasze wybory są dla nich ważne. Nie­któ­rzy z was dostaną pada­wa­nów. Wasze wybory - Windu wyma­wiał każde słowo z naci­skiem - rów­nież dla nich będą miały wiel­kie zna­cze­nie.

Na myśl o tym Ana­kin skrzy­wił się lekko. Pada­wan? On miałby dostać pada­wana? Brzmiało to jak naj­gor­szy pomysł w galak­tyce! I jak na zawo­ła­nie zorien­to­wał się, że bez­po­śred­nio na niego spo­gląda wła­śnie jego były mistrz.

Bo oczy­wi­ście - Obi-Wan musiał zauwa­żyć ten uśmie­szek.

Ana­kin zmu­sił się do przy­bra­nia obo­jęt­nego wyrazu twa­rzy, a potem wypro­sto­wał się, wypi­na­jąc pierś i pod­no­sząc do góry głowę, żeby wró­cić do sztyw­nej postawy Jedi. Gdyby miał teraz coś powie­dzieć, ode­zwałby się for­mal­nym, mono­ton­nym gło­sem, któ­rego uży­wał zawsze w obec­no­ści star­szych człon­ków zakonu.

- Bie­rzemy udział w woj­nie. To bez­pre­ce­den­sowa sytu­acja w naszym życiu - cią­gnął mistrz Windu. - A wy nale­ży­cie do pierw­szych ryce­rzy, któ­rzy zostali paso­wani w tym burz­li­wym okre­sie. Pamię­taj­cie, że wojna przy­po­mina pożar w galak­tyce. Roz­prze­strze­nia się i pochła­nia wszystko. Nie wolno nam ni­gdy zawa­hać się w obli­czu tego pożaru. Jeste­śmy straż­ni­kami pokoju. Jeste­śmy Jedi. Repu­blika ni­gdy nie potrze­bo­wała nas tak bar­dzo, co ozna­cza, że nasza wiara w Moc, nasza więź z Mocą ni­gdy nie może się zachwiać.

Twarz Windu na­dal wyra­żała tylko spo­kojny chłód, Ana­kin poczuł jed­nak nagle od niego coś nie­ocze­ki­wa­nego, niczym poje­dyn­czą kro­plę w oce­anie Mocy. Kro­pla ta jed­nak zabu­rzyła spo­kojną powierzch­nię tego oce­anu i choć więk­szość obec­nych zapewne tego nie zauwa­żyła, Ana­kin zawsze wyczu­wał emo­cje na pozio­mie dużo głęb­szym niż inni.

Może dla­tego, że sam nie miał pro­blemu z dopusz­cza­niem ich do sie­bie... Się­gnął do Mocy, żeby lepiej zro­zu­mieć to dziwne zakłó­ce­nie.

Czyżby wyczu­wał... nie­po­kój? Od Mace'a Windu...?

Zmarszczka jed­nak znik­nęła, wypa­ro­wała, jak to się działo z emo­cjami wszyst­kich Jedi. Ana­kin miał ochotę pokrę­cić głową - ta chwila sta­no­wiła zapewne tylko odbi­cie nie­usta­ją­cej nie­chęci mistrza Windu wobec jego obec­no­ści czy wręcz wobec jego ist­nie­nia. Od chwili, w któ­rej Qui-Gon Jinn przed­sta­wił Ana­kina Naj­wyż­szej Radzie, aż po raport zło­żony po Geo­no­sis mistrz Windu zawsze wyda­wał się być poiry­to­wany w jego towa­rzy­stwie, jakby wolał w ogóle nie mieć Sky­wal­kera przed oczami. Raz Ana­kin dostrzegł jego spoj­rze­nie, kiedy inni pada­wani wspo­mnieli prze­po­wied­nię o Wybrańcu - oczy­wi­ście żar­tem - i pio­runy bijące z oczu mistrza spra­wiały wra­że­nie bar­dziej śmier­cio­no­śnych niż jego słynna tech­nika szer­mier­cza.

Sky­wal­ker po pro­stu go draż­nił. Zawsze tak było i teraz zapewne Windu poczuł tę nie­chęć po raz kolejny. Ana­kin powie­dział sobie w duchu, że powi­nien wznieść się ponad tę nie­przy­jemną chwilę i zapo­mnieć o niej. Wziął głę­boki oddech i choć przez resztę prze­mowy nie spusz­czał wzroku z mistrza, myślami powę­dro­wał do cza­sów dzie­ciń­stwa. Cere­mo­nia wyda­wała mu się prze­ci­wień­stwem tych nocy na Tato­oine, kiedy chłód pustyni wci­skał się przez szpary do ich mizer­nego domu. Zamiast o chłod­nej, pom­pa­tycz­nej prze­mo­wie wśród wspa­nia­łej archi­tek­tury Świą­tyni Jedi myślał więc o matce, jak opo­wia­dała mu nie wia­domo który raz jakąś histo­rię w ich małym domku, a cie­pło jej ręki wzbu­dzało poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, fizycz­nego i psy­chicz­nego.

- Sło­neczny smok żyje w jądrze gwiazdy, pil­nu­jąc wszyst­kiego, co kocha i ceni - mówiła. Tyle razy opo­wia­dała mu to w dzie­ciń­stwie! Całe poko­le­nia miesz­kań­ców Tato­oine sły­szały tę samą histo­rię, ze zmia­nami cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla każ­dej rodziny, ale wer­sja jego matki była naj­bar­dziej emo­cjo­nalna, co paso­wało do mitu o sercu. - Pil­no­wał tego przez ogień i pło­mień, zawsze dba­jąc o bez­pie­czeń­stwo swo­ich skar­bów. Mógł wytrzy­mać wszystko, nawet życie w gwieź­dzie. Bo sło­neczny smok miał naj­więk­sze serce w galak­tyce, pło­nące tak potęż­nie, że mogło chro­nić wszystko i wszyst­kich, któ­rych kochał. Naj­sil­niej­sze serce - sil­niej­sze niż serce gwiazdy. - Opo­wia­dała tę legendę Ana­ki­nowi dzie­siątki, czy raczej setki razy, zwy­kle po jakiejś jego kłótni z Kit­ste­rem lub kiedy Watto bez powodu oka­zał im okru­cień­stwo albo kiedy jeden z wyna­laz­ków Ana­kina po pro­stu eks­plo­do­wał.

Widział teraz jej twarz, jej uśmiech, ujęty w zmarszczki two­rzące się wła­śnie w ten spo­sób. Patrzyła na niego wzro­kiem, który ni­gdy go nie osą­dzał, a nie­sforne kosmyki wło­sów opa­dały po dłu­gim dniu na jej czoło. W tych chwi­lach zawsze ści­skała jego dłoń i patrzyła mu pro­sto w oczy.

- Jesteś sło­necz­nym smo­kiem. Masz serce silne jak nikt. Zawsze w to wierz.

Nagle z wyobraźni Ana­kina znik­nęła pełna miło­ści twarz Shmi Sky­wal­ker, zastą­piona dotkli­wym chło­dem nocy, bły­skiem pło­mieni, krzy­kami Ludzi Pustyni.

Zapa­chem krwi.

Mimo to na­dal stał spo­koj­nie wśród innych ryce­rzy Jedi, sta­ra­jąc się niczego po sobie nie oka­zy­wać. Nagle napły­nęło jed­nak kolejne wspo­mnie­nie, to, które uko­iło otwarte rany po Tato­oine. Echo tego uczu­cia wyda­wało mu się tak rze­czy­wi­ste, jak wtedy, kiedy go to fak­tycz­nie spo­tkało: silne ręce Qui-Gona Jinna na jego ramio­nach, słowa pełne pocie­chy szep­tane mu do ucha.

Nie po raz pierw­szy poczuł przy sobie obec­ność zmar­łego mistrza Jedi. Czy był to refleks głę­boko ukry­tych wspo­mnień czy jedna z nie­zwy­kłych sztu­czek przy­chyl­nej mu Mocy, obec­ność Qui-Gona zawsze przy­wra­cała mu rów­no­wagę, czego ni­gdy nie potra­fiły uczy­nić poucze­nia Obi-Wana.

- Nad­szedł czas, byście słu­żyli galak­tyce i Repu­blice. - Mace Windu koń­czył prze­mowę. - Niech Moc będzie z wami.

Roz­le­gły się okla­ski i Windu pew­nym kro­kiem pod­szedł do mistrza Yody, aby zająć miej­sce obok niego. Obi-Wan rozej­rzał się po dzie­dzińcu, a potem popa­trzył na pozo­sta­łych mistrzów. Wymie­nili spoj­rze­nia i Ana­kin dostrzegł - cóż za rzad­kość! - nie­pew­ność na twa­rzy swo­jego nauczy­ciela.

Obi-Wan, który potra­fił wyne­go­cjo­wać wszystko i wyswo­bo­dzić się, impro­wi­zu­jąc, z każ­dej sytu­acji z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla niego wdzię­kiem i tak­tem, oto stał zbity z tropu z powodu jakie­goś pro­blemu z pro­gra­mem uro­czy­sto­ści. "Pro­szę, oto Obi-Wan Kenobi - pomy­ślał Ana­kin z roz­ba­wio­nym prych­nię­ciem. - Czło­wiek, któ­rego w cza­sach wojny wypro­wa­dzają z rów­no­wagi pro­to­kół i sprawy for­malne". Patrzył, jak Obi-Wan prze­cze­suje sobie pal­cami gęste włosy, opa­da­jące mu na ramiona. Naprawdę uro­sły od czasu Geo­no­sis.

- Cóż, nasi goście chyba tro­chę się spóź­niają - rzekł do mło­dych ryce­rzy. Mówił o kanc­le­rzu Pal­pa­ti­nie, kilku sena­to­rach i dowód­cach klo­nów, aku­rat prze­by­wa­ją­cych na pla­ne­cie - dla nich ta uro­czy­stość rów­nież sta­no­wiła obo­wią­zek. - Na pewno nie­długo tu będą. A na razie...

W powie­trzu roz­legł się elek­tro­niczny sygnał. Zabrzmiało to dość alar­mu­jąco, więc Yoda ski­nął dło­nią na kon­solę holo­ko­mu­ni­ka­cji na ścia­nie w głębi. Uka­zał się Pal­pa­tine - nie we wła­snej oso­bie, ale jako holo­gram na środku dzie­dzińca. Zamiast jed­nak wygło­sić dwu­mi­nu­tową prze­mowę o powa­dze obo­wiązku, kanc­lerz zwró­cił się od razu do Yody i Mace'a Windu, nie zwra­ca­jąc uwagi na resztę zgro­ma­dzo­nych.

- Mistrzu Yodo, mistrzu Windu, mamy pilne wie­ści, które z pew­no­ścią wpłyną na dzia­ła­nia wojenne. Cato Neimo­idia została zbom­bar­do­wana.

Yoda i Windu spoj­rzeli na sie­bie, nie ruszyw­szy się z miej­sca. Obi-Wan zare­ago­wał nieco wyraź­niej, przy­naj­mniej jak na doświad­czo­nego Jedi - wziął głę­boki oddech i pod­niósł dłoń do brody. Reak­cje pozo­sta­łych mistrzów mie­ściły się w skali pomię­dzy tą pierw­szą a tą drugą, ale w powie­trzu czuło się coś nie­po­ko­ją­cego. Yoda stuk­nął laską o zie­mię.

- Pada­wani i mło­dzicy tej dys­ku­sji słu­chać nie muszą. Do nauki niech wra­cają.

Obi-Wan zebrał naj­młod­szych i skie­ro­wał ich do wyj­ścia. Ana­kin zro­bił auto­ma­tycz­nie krok naprzód, zaraz jed­nak poczuł czy­jąś dłoń na ramie­niu.

- Ty nie - powie­dział Obi-Wan, łagod­niej niż zwy­kle, niż wtedy, kiedy musiał hamo­wać odru­chy Ana­kina. - Jesteś już ryce­rzem Jedi, nie pamię­tasz? - Spoj­rzał na odcho­dzą­cych pada­wa­nów. - Nie dzieli nas już ranga - dodał z lek­kim, wymu­szo­nym uśmie­chem.

Czy jego nie­zręczne zacho­wa­nie wią­zało się z ponu­rymi wie­ściami z Cato Neimo­idii? A może po pro­stu dawny mistrz Ana­kina na­dal nie przy­zwy­czaił się do tego, by widzieć w nim kogoś wię­cej niż swo­jego ucznia?

- A czy mam na­dal cię nazy­wać mistrzem? - spy­tał Ana­kin, tonem nieco ostrzej­szym, niż zapewne był potrzebny. Poczuł, że się czer­wieni - z nawyku, jak zawsze w sytu­acjach, w któ­rych daw­niej spie­rał się z Obi-Wanem o zasady i spra­wie­dli­wość, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści.

- Tylko jeśli pamię­tasz, co do cie­bie należy - odparł Obi-Wan, ale tym razem w jego uśmie­chu zabły­sła szcze­rość, nie­mal roz­ba­wie­nie, że znów, jak daw­niej, mogą się ze sobą prze­ko­ma­rzać. Z dzie­dzińca wyszli tym­cza­sem już wszy­scy pada­wani i reszta Jedi zebrała się przed holo­gra­mem naj­po­tęż­niej­szego czło­wieka w Repu­blice.

- Zbom­bar­do­wana? - pytał Windu. - Jak bar­dzo? Przez kogo?

- Infor­ma­cje wciąż do nas docie­rają - odparł Pal­pa­tine. - Ale wstępne rela­cje wska­zują, że to naj­więk­sza kata­strofa w pisa­nej histo­rii Cato Neimo­idii. To...

Na holo­gra­ficz­nym obra­zie poja­wił się klon-koman­dor.

- Prze­pra­szam, że prze­ry­wam, kanc­le­rzu, ale mamy wię­cej infor­ma­cji. - Pal­pa­tine ski­nął głową i klon mówił dalej: - Wygląda na to, że cały frag­ment sto­licy, Zarry, został odcięty od wspor­ni­ków. Zawa­lił się cał­ko­wi­cie.

Rozdział 3

OBI-WAN KENOBI

Obi-Wan stał obok swo­jego byłego pada­wana, podob­nie jak bar­dzo czę­sto w ciągu ubie­głej dekady, a jed­nak tym razem jakby ina­czej. Czuł, że jest ina­czej. Patrzyli razem na drżące holo­gramy Pal­pa­tine'a i klona-koman­dora, a także na prze­chwy­cone nagra­nia z kamer bez­pie­czeń­stwa z Cato Neimo­idii, które nie miały na tyle dobrej jako­ści, żeby pozwo­lić na pełną ocenę znisz­czeń. A jed­nak przez chwilę Obi-Wan prze­stał myśleć o galak­tycz­nych kata­stro­fach i zamiast tego sku­pił się na Ana­ki­nie, sto­ją­cym w mil­cze­niu, jak zwy­kle wynio­śle wypro­sto­wa­nym, z rękami zało­żo­nymi do tyłu, wpa­tru­ją­cym się inten­syw­nie w prze­su­wa­jące się przed nimi obrazy tra­ge­dii.

Jedi o wiel­kiej sile i wiel­kim sercu, z tru­dem panu­jący nad sobą - były to naj­waż­niej­sze cechy Ana­kina. A teraz, po ucię­ciu pada­wań­skiego war­ko­czyka, prze­stał być wresz­cie uczniem. Nie­za­leż­nie od sym­bo­liki war­ko­czyka, przej­ście Ana­kina do sta­tusu ryce­rza Jedi oka­zało się dla niego emo­cjo­nal­nie trud­niej­sze, niż Obi-Wan się spo­dzie­wał. Nie nastą­piło żadne cudowne pstryk­nię­cie prze­łącz­nika w mózgu. Ana­kin robił kilka kro­ków naprzód, podej­mu­jąc pewne sie­bie decy­zje - a potem znów się cofał, odda­jąc pałeczkę innym.

Zupeł­nie jakby nie miał pew­no­ści, gdzie jest jego miej­sce - co w ogóle nie było do niego podobne, zwa­żyw­szy na to, jak czę­sto się przez lata kłó­cili, w tych wszyst­kich sytu­acjach, kiedy Ana­kin upie­rał się, że ma rację.

Może wojna tro­chę zmą­ciła jego pew­ność sie­bie. Obi-Wan wró­cił myślą do swo­ich wcze­snych dni w roli ryce­rza Jedi, kiedy zmiana jego sta­tusu wyni­kła z utraty Qui-Gona Jinna i choć jego rówie­śnicy trak­to­wali swój awans zupeł­nie natu­ral­nie, oko­licz­no­ści, w jakich on się zna­lazł, nie­zmier­nie utrud­niły mu zaak­cep­to­wa­nie tej zmiany. Ile minęło, zanim poczuł, że zasłu­guje na ten tytuł? A teraz, kiedy otrzy­mał moż­li­wość zasia­da­nia w Naj­wyż­szej Radzie, czy jego opi­nie mogły mieć podobną war­tość i wagę, jak zda­nie bar­dziej doświad­czo­nych mistrzów Jedi?

Przez głowę Obi-Wana prze­mknęło wspo­mnie­nie, roz­mowa z jego nie­ży­ją­cym mistrzem, o któ­rej nie myślał od pra­wie dzie­się­ciu lat. "Nie kon­cen­truj się na oba­wach". Obi-Wan wypu­ścił powie­trze z płuc i sku­pił się na grun­cie pod swo­imi sto­pami - powra­ca­jąc do teraź­niej­szo­ści.

- Według wstęp­nych sza­cun­ków śmierć ponio­sło co naj­mniej cztery tysiące osób. Dane te opie­rają się na prze­cięt­nym dzien­nym ruchu w dziel­nicy Cade­sura - mówił klon. - Na tym moście znaj­do­wały się ważne cele poli­tyczne, mię­dzy innymi biuro licen­cyjne Fede­ra­cji Han­dlo­wej. Mie­ściła się tam rów­nież dziel­nica arty­styczna i wiele budyn­ków han­dlo­wych. Oba­wiam się, że liczba ofiar cywil­nych będzie wysoka.

Holo­gra­ficzna twarz Pal­pa­tine'a zadrżała. Kanc­lerz zmarsz­czył brwi.

- Rozu­miem. Dzię­kuję za raport, koman­do­rze.

Yoda wystą­pił naprzód.

- Neu­tralna Cato Neimo­idia jest. Celów mili­tar­nych tam brak. Z obiema stro­nami wojny Fede­ra­cja Han­dlowa sto­sunki utrzy­muje.

Obi-Wan przy­po­mniał sobie naj­now­szy raport tak­tyczny o frak­cji Nute'a Gun­raya, która według Lotta Doda nie miała żad­nych związ­ków z Fede­ra­cją Han­dlową.

- Czy poin­for­mo­wano już sena­tora Doda? - spy­tał.

Pal­pa­tine ski­nął głową.

- Jest tuż poza zasię­giem trans­mi­sji, ale o ile mi wia­domo, wie o tej sytu­acji.

Yoda stuk­nął laską o posadzkę.

- Coś do powie­dze­nia nasi nowi ryce­rze Jedi mają?

Obi-Wan zauwa­żył, że Ana­kin opusz­cza wzrok i wciąga rap­tow­nie, ale ukrad­kiem powie­trze.

- Czy jacyś loja­li­ści z Repu­bliki nie mają przy­pad­kiem oddzia­łów par­ty­zanc­kich, które posta­no­wiły zro­bić coś na wła­sną rękę? - ode­zwała się Keer Sten­wyt i choć powie­działa to pew­nym gło­sem, zer­k­nęła od razu na swo­jego nauczy­ciela Ma-Dok Risto, a ten pochwa­lił ją lek­kim ski­nie­niem głowy.

- Łowcy nagród? - pod­su­nęła D'urban Wen-Hurd. - Wojna to dla nich dobra oka­zja do zarobku. Być może jakaś grupa dopro­wa­dziła do tej kata­strofy, żeby stwo­rzyć zapo­trze­bo­wa­nie na swoje usługi.

- Może - odparł Yoda. - A może praw­dziwy wypa­dek to jest.

- Pod­stęp sepa­ra­ty­stów - ode­zwał się w końcu pochmur­nym tonem Ana­kin. - Intryga, mająca na celu wzbu­dze­nie sym­pa­tii. Neimo­idia­nie to tchó­rze bez skru­pu­łów. - W jego gło­sie brzmiała wzgarda, która zanie­po­ko­iła Obi-Wana, choć zapewne ze względu na dłu­gie i nie­przy­jemne doświad­cze­nia Ana­kina z Neimo­idia­nami trudno się było dzi­wić jego nie­chęci.

- To przy­nio­słoby efekt prze­ciwny do zamie­rzo­nego, nawet w przy­padku Nute'a Gun­raya. Prze­cież nie poświę­ciłby wła­snej cywil­nej lud­no­ści! - rzekł ostro Mace, a w jego wzroku odma­lo­wał się taki gniew, że Obi-Wan poczuł go z odle­gło­ści kilku metrów.

Ana­kin nabrał powie­trza i już miał odpo­wie­dzieć, ale jego wzrok znów padł na Obi-Wana i spoj­rze­nie jego mistrza, to nikłe połą­cze­nie mię­dzy nimi, wydało się ponow­nie powstrzy­mać impul­syw­nego mło­dego Jedi. Yoda pokrę­cił głową, zadrżały mu uszy.

- Moż­li­wo­ści wojna stwo­rzyła - oznaj­mił stary mistrz z wyczu­walną, jakże nie­ty­pową dla niego odrazą. - Znie­kształ­cone rozu­mie­nie sytu­acji jest. Zasięg wojen klo­nów poza tra­dy­cje strze­że­nia pokoju przez Jedi wykra­cza.

Ana­kin wypro­sto­wał się i spoj­rzał na holo­gram Pal­pa­tine'a. Kanc­lerz tym­cza­sem wła­śnie patrzył na coś z boku, a potem poki­wał głową i rzekł:

- Hra­bia Dooku wła­śnie wygła­sza oświad­cze­nie.

Przed nimi wyświe­tlił się holo­gra­ficzny wize­ru­nek byłego Jedi. Dooku, jak zwy­kle w pele­ry­nie, która doda­wała mu maje­statu, stał w małym gabi­ne­cie, zapewne w swo­jej rezy­den­cji na Serenno. Trans­mi­sja roz­po­częła się w poło­wie wygła­sza­nego przez niego zda­nia, choć jego ton i dal­sze słowa szybko pozwo­liły się domy­ślić kon­tek­stu.

- ...akt ter­ro­ry­zmu. Jako główny przed­sta­wi­ciel Kon­fe­de­ra­cji Nie­za­leż­nych Sys­te­mów zapew­niam Fede­ra­cję Han­dlową i oby­wa­teli Cato Neimo­idii, że nie bie­rzemy udziału w aktach tak bez­sen­sow­nej prze­mocy. Potę­piamy takie dzia­ła­nia i nasze sto­sunki z Fede­ra­cją Han­dlową doty­czą i zawsze doty­czyły wyłącz­nie kwe­stii han­dlo­wych. Nie kry­jemy się jed­nak z tym, że wice­król Nute Gun­ray i jego zwo­len­nicy należą do waż­nych postaci w naszym ruchu.

Na dźwięk nazwi­ska wice­króla Fede­ra­cji Han­dlo­wej od Ana­kina aż buch­nęła nie­mal nama­calna fala emo­cji. Obi-Wan widział, jak sztyw­nieją mu ramiona, jak zaci­ska zęby, jak ogar­nia go napię­cie, które zaraz znik­nęło - ale nie tak szybko, jak u więk­szo­ści Jedi.

- Sądzę, że dowody mówią jasno - cią­gnął Dooku. - Repu­blika obrała za cel Nute'a Gun­raya, który godzinę przed bom­bar­do­wa­niem odwie­dził dziel­nicę Cade­sura. Gdyby wice­król został tam dłu­żej, żeby nacie­szyć się rodzimą kuch­nią albo wstą­pił do miej­sco­wego muzeum, aby napa­wać się kul­turą, za którą głę­boko tęskni, stra­ciłby życie. - Dooku wypro­sto­wał się i spoj­rzał pro­sto w kamerę, poko­nu­jąc nie­ru­cho­mym wzro­kiem prze­strzeń z Serenno na Coru­scant. - Ale pomimo tych licz­nych dowo­dów prze­ciwko Repu­blice pra­gnę podejść do sprawy uczci­wie. Zachę­cam Repu­blikę do wyja­śnie­nia tej sytu­acji. Sam będę się trzy­mał z daleka, aby nie nara­żać się na posą­dze­nia o kon­flikt inte­re­sów. W końcu Fede­ra­cja Han­dlowa to orga­ni­za­cja neu­tralna i należy pozwo­lić jej doko­nać oceny sytu­acji za pośred­nic­twem wła­snego wymiaru spra­wie­dli­wo­ści. Żeby Repu­blika oka­zała rze­czy­wi­stą goto­wość do dys­ku­sji o tak kata­stro­fal­nym wyda­rze­niu, wydaje się słuszne, żeby kanc­lerz Pal­pa­tine oso­bi­ście udał się na Cato Neimo­idię.

Na tę suge­stię przez Moc prze­biegł dreszcz - Ana­kin zaci­snął pięść, Mace zmarsz­czył brwi. Obok holo­gramu Dooku zami­go­tał prze­zro­czy­sty wize­ru­nek Pal­pa­tine'a, a szok na jego twa­rzy był dostrze­galny dla każ­dego.

- Byłby to wspa­niały gest - dokoń­czył Dooku z uśmie­chem - w imię przej­rzy­sto­ści dzia­łań Repu­bliki.

Kiedy trans­mi­sja Dooku się zakoń­czyła i holo­gra­ficzny obraz hra­biego Serenno znik­nął, Yoda odwró­cił się.

- Poroz­ma­wiać o tym sze­rzej musimy. Fakty należy omó­wić. Senatu potrze­bu­jemy.

- Nie. - Pal­pa­tine skrzy­wił ze znu­że­niem usta. - Nie ma czasu na obrady w Sena­cie. Polecę tam. Muszę wyru­szyć jak naj­szyb­ciej. Liczy się każda sekunda. Bez mojej obec­no­ści Dooku może prze­ko­nać Fede­ra­cję Han­dlową, żeby przy­łą­czyła się do sepa­ra­ty­stów, a Fede­ra­cja jest zbyt ważną potęgą w galak­tyce, byśmy mogli na to pozwo­lić.

- Polecę z panem - rzekł Ana­kin.

- Jeśli tak, to poleci bata­lion klo­nów - powie­dział Mace. - Kanc­lerz potrze­buje ochrony na naj­wyż­szym pozio­mie.

Pal­pa­tine ma się udać na miej­sce kata­strofy na neu­tral­nej pla­ne­cie? I to nie na byle jakiej neu­tral­nej pla­ne­cie, ale na klej­no­cie Fede­ra­cji Han­dlo­wej, orga­ni­za­cji powią­za­nej z Nute'em Gun­rayem? Obi-Wan pokrę­cił głową i ode­zwał się spon­ta­nicz­nie - co było dla niego nie­ty­powe - bez prze­my­śle­nia sprawy do końca.

- Kanc­le­rzu, nie może pan tam pole­cieć. To pułapka. Dooku tylko z nami pogrywa.

Wszy­scy nagle zwró­cili wzrok na Obi-Wana, który uświa­do­mił sobie, że musi szybko prze­kształ­cić swoje prze­czu­cie w racjo­nalną reflek­sję, bo prze­cież cho­dziło o losy galak­tyki.

- Dooku chce mieć kanc­le­rza we wro­gim dla niego oto­cze­niu. To nie jest sytu­acja, w któ­rej można odnieść suk­ces. Pro­szę pomy­śleć, jak to będzie postrze­gane. Cała pla­neta znaj­duje się pod wpły­wem szoku. Jej miesz­kańcy są w roz­pa­czy. Jeśli zjawi się tam kanc­lerz z oddzia­łami, Jedi i flotą, tylko zwięk­szy to napię­cie. W naj­gor­szym razie może dopro­wa­dzić do aktów prze­mocy. Jed­no­cze­śnie kanc­lerz będzie nara­żony na akty sabo­tażu.

- Mistrzu Kenobi, rozu­miem twoje zastrze­że­nia. Muszę jed­nak pod­jąć to ryzyko. - W gło­sie Pal­pa­tine'a brzmiała uro­czy­sta powaga. - Zro­bię wszystko, żeby poło­żyć szybko kres tej woj­nie.

Obi-Wan znowu pokrę­cił głową, wymy­śla­jąc bły­ska­wicz­nie roz­wią­za­nie, które powstrzyma Pal­pa­tine'a przed natych­mia­sto­wym wylo­tem.

- Jeden Jedi. Jeden emi­sa­riusz, z małym zespo­łem naukow­ców i śled­czych, na dowód dobrej wiary Repu­bliki.

Pal­pa­tine uniósł brwi, Yoda zaś wyraź­nie odchrząk­nął.

- Tylko tak w zba­lan­so­wany spo­sób da się połą­czyć dyplo­ma­cję, przej­rzy­stość i dzia­ła­nia śled­cze. Jedi jest wyszko­lony do wykry­wa­nia prawdy, ma prawo podej­mo­wać decy­zje, wyka­zuje zdol­ność do szyb­kiego reago­wa­nia... A także posiada kom­pe­ten­cje do repre­zen­to­wa­nia Repu­bliki - mówił Obi-Wan, wyrzu­ca­jąc z sie­bie słowa tak szybko, że musiał prze­rwać dla zła­pa­nia odde­chu. - Jeste­śmy straż­ni­kami pokoju. Nawet Fede­ra­cja Han­dlowa to wie.

- Straż­ni­kami pokoju... - rzekł Pal­pa­tine z lek­kim uśmie­chem. - Nie jestem do końca prze­ko­nany, że to się uda. Jed­nak zor­ga­ni­zo­wa­nie mojego nagłego wyjazdu wymaga, nie­stety, całego dnia. Mistrzu Kenobi, jeśli zdo­łasz prze­ko­nać w tym cza­sie do swo­jego pomy­słu rząd Cato Neimo­idii i Fede­ra­cję Han­dlową, prze­każę ci pałeczkę.

- Jeden dzień. - Obi-Wan ski­nął głową i rozej­rzał się po zgro­ma­dzo­nych.

Pal­pa­tine. Yoda. Mace Windu.

Ana­kin.

Wszy­scy na niego patrzyli.

- W ciągu tego dnia opra­cuję stra­te­gię - rzekł przez ści­śnięte nagle gar­dło.

- A w mię­dzy­cza­sie - wtrą­cił Mace - omó­wimy z Sena­tem poten­cjalne środki bez­pie­czeń­stwa dla kanc­le­rza. Musimy być przy­go­to­wani na obie ewen­tu­al­no­ści.

Pal­pa­tine spoj­rzał znów w bok i powie­dział coś nie­wy­raź­nie.

- Muszę przejść do innych spraw - rzekł, patrząc znów na roz­mów­ców. - Ale będę cze­kał na twoją pro­po­zy­cję, mistrzu Kenobi. Musimy dzia­łać szybko.

Tra­ge­dia Cade­sury ode­brała cere­mo­nii uro­czy­stą atmos­ferę, choć kiedy spo­tka­nie zostało zakoń­czone, Obi-Wan miał nadzieję, że będzie mógł powie­dzieć Ana­ki­nowi, jak bar­dzo jest z niego dumny. Było to nie­zmier­nie ważne wyda­rze­nie w życiu Jedi, wyda­wało mu się więc, że jego dawny pada­wan zechce z tej oka­zji spę­dzić chwilę ze swoim byłym mistrzem... Ana­kin jed­nak wyszedł tak szybko, że Obi-Wan dostrzegł tylko jego ciemny płaszcz, szybko zni­ka­jący za rogiem. W jego gło­wie zawi­ro­wało od myśli. Obo­wiązki wojenne spra­wiły, że po paso­wa­niu Ana­kina w ogóle nie mieli oka­zji poroz­ma­wiać, a Obi-Wan, cze­ka­jąc na spo­koj­niej­szą chwilę, dusił w sobie tyle pytań.

Czy Ana­kin nie miał pro­ble­mów z nową ręką? Może chciał zadać jakieś pyta­nia o obo­wiązki nowego ryce­rza Jedi?

I co naprawdę wyda­rzyło się na Tato­oine?

Ale wśród nawału zmien­nych infor­ma­cji o kolej­nych bun­tach sepa­ra­ty­stów i strasz­li­wego cha­osu łącze­nia dzia­łal­no­ści oddzia­łów woj­sko­wych z wie­lo­wiecz­nymi tra­dy­cjami zakonu Jedi Obi-Wan i Ana­kin ledwo mieli czas na zła­pa­nie odde­chu, a co dopiero na roz­mowę. Obi-Wan posta­no­wił tym razem się nie pod­da­wać i poszedł za swoim pada­wa­nem do wnę­trza Świą­tyni, a potem w dół, scho­dami, do jed­nego z sze­ro­kich kory­ta­rzy. Nadą­żał, cho­ciaż nie zdo­łał nad­ro­bić dzie­lą­cej ich odle­gło­ści, ale gdyby Ana­kin zwol­nił i obej­rzał się za sie­bie, zauwa­żyłby go bez trudu.

Po chwili stało się jed­nak jasne, że Ana­kin przy­śpie­sza, i Obi-Wan powie­dział sobie, że trzeba zre­zy­gno­wać z tego samo­lub­nego pra­gnie­nia - nie musiał poroz­ma­wiać z nim aku­rat teraz. Ana­kin przyj­dzie do niego, kiedy będzie na to gotowy. Poza tym jego prio­ry­te­tem stała się kata­strofa na Cato Neimo­idii. Jej kon­se­kwen­cją będą roz­ma­ite kom­pli­ka­cje, nie tylko dla Jedi, ale dla wszyst­kich ukła­dów, frak­cji i państw powią­za­nych w jakiś spo­sób z wojną.

Musiał więc zna­leźć metodę na roz­wi­kła­nie tego całego cha­osu.

Obi-Wan ruszył scho­dami w lewo, w kie­runku Archi­wów, kiedy zauwa­żył, że w głębi kory­ta­rza Ana­kin nagle się zatrzy­muje. Pomimo odle­gło­ści potra­fił odczy­tać mowę ciała swo­jego ucznia i kolo­salna zmiana, jaka w niej nastą­piła, ode­rwała cał­ko­wi­cie myśli Obi-Wana od wojny.

Ana­kin, tak śmiały i zde­ter­mi­no­wany, zwy­kle masze­ro­wał z wielką ener­gią, nie­mal pochy­la­jąc się do przodu, jakby ści­gał przy­szłość. Teraz jed­nak, kiedy przy­sta­nął, cała jego syl­wetka zła­god­niała - od ple­ców po układ rąk. Odwró­cił głowę i uśmiech­nął się tak sze­roko, że Obi-Wan wyraź­nie dostrzegł ten uśmiech z dru­giego końca kory­ta­rza.

I zaraz zro­zu­miał jego przy­czynę.

Z dru­giej strony nad­cho­dziła Padmé Ami­dala, a w ślad za nią podą­żała jedna z dwó­rek i kobieta, w któ­rej Obi-Wan roz­po­znał Mariek Panakę, nale­żącą do nabo­oań­skiej ochrony. Sena­tor była ubrana w powłó­czy­stą brą­zową suk­nię z gra­na­tową lamówką, a pro­sty stroik z brązu utrzy­my­wał cia­sny kok, w który zwi­nięto jej włosy. Sta­wiała równe, pewne kroki, bar­dzo róż­niące się od szyb­kiego mar­szu Ana­kina, ale oboje zmie­rzali po tym samym pro­stym torze, jak magnesy mknące przez kosmos, przy­cią­ga­jące się z oddali. Obi-Wan sły­szał, że Padmé przy­le­ciała na Coru­scant na kilka dni w spra­wach zwią­za­nych z Sena­tem, przy czym po Geo­no­sis wszy­scy sena­to­ro­wie prze­by­wali wła­śnie głów­nie na sto­łecz­nej pla­ne­cie. W ostat­nim okre­sie Jedi roz­pro­szyli się po galak­tyce na czele oddzia­łów żoł­nie­rzy-klo­nów, zaś człon­ko­wie Senatu wyco­fali się do Jądra, deba­tu­jąc nad przy­czy­nami poten­cjal­nej wojny domo­wej i zwią­za­nymi z nią kwe­stiami prak­tycz­nymi.

Obec­ność Padmé na pla­ne­cie nie zdzi­wiła go więc zbyt­nio, ale jej wizyta w Świą­tyni Jedi sta­no­wiła jed­nak już coś nie­co­dzien­nego. Chyba że chciała wziąć udział w cere­mo­nii dla nowo paso­wa­nych ryce­rzy Jedi na dzie­dzińcu? Być może wła­śnie tak było, zwa­żyw­szy na jej zna­jo­mość z Ana­ki­nem - pra­gnęła oka­zać im sza­cu­nek i wdzięcz­ność, do czego nie mogło jed­nak dojść wsku­tek wie­ści z Cato Neimo­idii.

Co do Ana­kina, to cóż - Obi-Wan już od pew­nego czasu wie­dział o jego zauro­cze­niu sena­tor z Naboo. Rozu­miał to, bo prze­cież sam jako młody czło­wiek otarł się o pokusę. Nale­żało to do tych wspo­mnień, przy któ­rych jed­no­cze­śnie się uśmie­chał i wzdy­chał z zakło­po­ta­niem, aby potem pozwo­lić im zamglić się w oddali (choć wie­dział, że za jakiś czas pamięć znów usłuż­nie mu je pod­su­nie). Jed­nak teraz, kiedy Ana­kin pozdro­wił sena­tor - choć zro­bił to sztywno i ofi­cjal­nie - w Mocy poja­wiły się emo­cje, bar­dzo spe­cy­ficzne, które Obi-Wan dosko­nale roz­po­zna­wał, złą­czone w jedną bły­ska­wiczną falę.

Cie­ka­wość. Uwiel­bie­nie. Radość, nie­po­kój, lęk. Ana­kina prze­peł­niały wszyst­kie te uczu­cia, ale ich zwor­nik sta­no­wiło coś o wiele nie­bez­piecz­niej­szego: pasja.

A pasja ozna­czała zagro­że­nie nawet w zwy­kłym życiu Jedi, a co dopiero w trak­cie wojny...

Obi-Wan spo­dzie­wał się, że sena­tor zaraz ruszy w swoją drogę, po tym krót­kim spo­tka­niu przed jakąś ofi­cjalną sprawą. Spo­dzie­wał się rów­nież, że Ana­kin zawaha się o sekundę zbyt długo, że jego chło­pięce zauro­cze­nie zawróci mu w gło­wie bar­dziej, niż powinno, zanim do rze­czy­wi­sto­ści przy­wróci go poczu­cie obo­wiązku.

Oni jed­nak stali tam na­dal, w roz­waż­nej odle­gło­ści, ow­szem, ale mię­dzy nimi pobrzmie­wała nowa nuta. Nie tak dawno temu Padmé potrak­to­wała Ana­kina z góry, wtedy, kiedy zawi­tali do jej apar­ta­mentu po pró­bie zama­chu, tuż przed Geo­no­sis. A tym­cza­sem teraz, choć zacho­wy­wali pozory ofi­cjal­nej uprzej­mo­ści, wyraź­nie łączyła ich mocna rela­cja. Sena­tor, znana z peł­nych pasji prze­mów, bystrych umie­jęt­no­ści obser­wa­cyj­nych i zdol­no­ści wynaj­dy­wa­nia kon­struk­tyw­nych roz­wią­zań, przy­sta­nęła, żeby poroz­ma­wiać z Jedi sły­ną­cym z tego, że ni­gdy nie zwal­nia, ani w śmi­ga­czu, ani w mar­szu, ani w żad­nej innej sytu­acji.

Roz­ma­wiali ze sobą spo­koj­nie, uśmie­cha­jąc się do sie­bie. Padmé rozej­rzała się nawet szybko dookoła, bar­dzo sub­tel­nie - nikt by tego z bli­ska nie zauwa­żył, ale z góry widać to było bar­dzo dobrze, zwłasz­cza że przez krótką chwilę jej ochro­niarka spoj­rzała na coś w oddali. Następ­nie dziew­czyna pod­nio­sła rękę i szybko dotknęła miej­sca za uchem Ana­kina, tam, gdzie wid­niał kie­dyś jego pada­wań­ski war­ko­czyk.

A potem, zupeł­nie jakby ten gest coś w niej prze­łą­czył, Padmé zesztyw­niała i pomimo nie­wiel­kiego wzro­stu nagle wydała się wyż­sza. Ana­kin rów­nież zare­ago­wał, choć nie z zakło­po­ta­niem, jakiego można by się po nim spo­dzie­wać wobec tak bli­skiego kon­taktu z obiek­tem swo­jego zauro­cze­nia - rozej­rzał się rów­nież ukrad­kiem w obie strony, tak jak Padmé, choć zde­cy­do­wa­nie nie tak dys­kret­nie.

Zaraz jed­nak zro­bił to, co ona - wypro­sto­wał się, jakby nic się nie stało. Góro­wał nad nią, a mimo to wprost biła od niego łagod­ność. Nastą­piła kolejna krótka roz­mowa, zbyt cicha, by nawet bystry obser­wa­tor coś usły­szał. Pomimo powrotu do ofi­cjal­nej uprzej­mo­ści, Obi-Wan wciąż wyczu­wał emo­cje Ana­kina. Kiedy Padmé i młody Jedi się roze­szli, zosta­wiły one w Mocy ślad, wyraźny zarys obec­no­ści Sky­wal­kera, choć zapewne tylko jego były opie­kun potra­fiłby to roz­po­znać. Ana­kin o wiele za czę­sto pozwa­lał, by uczu­cia rzą­dziły jego reak­cjami. Tem­pe­ru­jący wpływ szko­le­nia Jedi dzia­łał jedy­nie jako smycz na impul­syw­ność, która kie­ro­wała jego zacho­wa­niem. Jed­nak wszystko, co spra­wiało, że Jedi tra­cił samo­kon­trolę choćby na chwilę, nara­żało świat wokół na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Zwłasz­cza tak potężny Jedi jak Ana­kin Sky­wal­ker. Zwłasz­cza ktoś, kto według prze­po­wiedni miał być Wybrań­cem i przy­wró­cić rów­no­wagę Mocy.

A Padmé, zamiast odrzu­cić jego awanse, jak to robiła nie tak dawno temu, teraz tylko wzmac­niała ich więź. Jak nale­żało to rozu­mieć? To ona pozwa­lała, by Ana­kin brnął dalej w swoje zauro­cze­nie, choć jak bar­dzo się w nim pogrą­żył, Obi-Wan nie potra­fił oce­nić. W ich inte­rak­cji poja­wiło się jed­nak coś wię­cej i młody mistrz Jedi nie miał pew­no­ści, czy na pewno chce wie­dzieć, co to takiego.

- Och. - Tyle tylko mu się wymknęło i zasko­czyło go tak samo, jak całe to nie­ocze­ki­wane spo­tka­nie. Na­dal patrzył na Ana­kina, który opa­no­wał wresz­cie buzu­jące w nim uczu­cia, a potem przy­sta­nął jesz­cze na chwilę, żeby poroz­ma­wiać z Jarem Tapa­lem i nie­od­stę­pu­ją­cym go rudo­wło­sym chłop­cem, i choć gawę­dzili dłu­żej, niż trwała roz­mowa z sena­tor, Obi-Wan nie wyczu­wał tym razem żad­nych podob­nych emo­cji u Ana­kina, ani w jego mowie ciała, ani w jego obec­no­ści w Mocy.

- O, dzień dobry, mistrzu Kenobi - ode­zwała się Padmé, uno­sząc dłoń w pozdro­wie­niu. - Czy kanc­lerz jesz­cze tu jest?

Obser­wu­jąc Ana­kina, Obi-Wan musiał się cał­ko­wi­cie zde­kon­cen­tro­wać, bo zupeł­nie nie zauwa­żył, że pode­szła do niego Padmé. Cze­kała nie­ru­chomo, tak jak jej dwórka i ochro­niarka, sto­jące w iden­tycz­nej odle­gło­ści, two­rząc nie­mal ide­alny zarys trój­kąta. Ski­nął im głową i odpo­wie­dział powoli:

- Wziął udział w cere­mo­nii holo­gra­ficz­nie. Ale szybko doszło do zmiany tematu.

- Przez Cato Neimo­idię?

- Przez Cato Neimo­idię.

- Dzię­kuję - rze­kła. Pro­sta i kon­kretna reak­cja.

Obi-Wan znów ski­nął głową, nie rusza­jąc się z miej­sca, zaś Padmé ruszyła szybko naprzód, żeby dogo­nić Baila Organę, któ­rego dostrze­gła w kory­ta­rzu.

Wyglą­dało na to, że wielu sena­to­rów nabrało nagle ochoty na wizytę w Świą­tyni Jedi. Nic dziw­nego wobec tej kata­strofy na galak­tyczną skalę, zwłasz­cza że hra­bia Dooku publicz­nie spro­wo­ko­wał Repu­blikę do wysła­nia kogoś na miej­sce bom­bar­do­wa­nia, może nawet jej głów­nego przy­wódcy... Obi-Wan oczy­ścił umysł z wąt­pli­wo­ści i nie­po­koju. Roz­trzą­sa­nie, co powo­do­wało teraz uczu­ciami Ana­kina, odry­wało go od zada­nia. Powtó­rzył sobie jed­nak sta­now­czo, że coś takiego może nie zakoń­czyć się szybko - ani samo.

Być może będzie musiał nawet poroz­ma­wiać z Ana­ki­nem...

Teraz jed­nak Repu­blika wyru­szyła na wojnę. Jedi musieli wziąć w niej udział. I jeśli Obi-Wan chciał spra­wić, by Pal­pa­tine nie wpadł w pułapkę Dooku, musiał prze­ko­nać Cato Neimo­idię, żeby zgo­dziła się na wysłan­nika Jedi w zastęp­stwie kanc­le­rza.

Obi-Wan posta­rał się pozbyć emo­cji i ruszył do Archi­wów.

Rozdział 4

ANA­KIN SKY­WAL­KER

Dla Ana­kina nie było to nic nowego.

Widział to już wiele, wiele razy. Tło zawsze wyglą­dało ina­czej - cza­sem działo się to pod bez­li­to­snymi, ostrymi pro­mie­niami słońc Tato­oine, a cza­sem w głę­bo­kiej prze­strzeni kosmicz­nej.

Prze­ży­cia jed­nak zawsze były rów­nie auten­tyczne. Pręd­kość, świa­tła, prze­szkody. Zwroty i prze­cią­że­nie. Czy sie­działo się w ści­ga­czu, myśliwcu Jedi, czy mknęło się mię­dzy budyn­kami sku­te­rem. Albo tutaj, gdzie za parę kre­dy­tów zapła­co­nych fir­mie zna­nej tylko jako Rodzina uzy­ski­wało się dostęp do torów wyści­go­wych dla śmi­ga­czy w opusz­czo­nych sek­to­rach naj­niż­szych pozio­mów Coru­scant. Znaj­do­wały się tu zale­d­wie stare insta­la­cje prze­my­słowe, kon­struk­cje, rury i diody, które mru­gały od dekad i zapewne będą mru­gać jesz­cze długo po zakoń­cze­niu wojny. Ana­kin marzył o wyna­ję­ciu toru wyści­go­wego Rodziny w taką noc, gdy nie odby­wały się wyścigi, odkąd dowie­dział się o ist­nie­niu tej infra­struk­tury. I choć gdzieś w dale­kim kosmo­sie bata­liony klo­nów wal­czyły z dro­idami bojo­wymi, a ratow­nicy i medycy pró­bo­wali oca­lić miesz­kań­ców Cato Neimo­idii, w tę jedną noc Ana­kin odsu­nął to wszystko od sie­bie - żeby spę­dzić czas ze swoją żoną.

Żoną.

Sama ta myśl, samo to okre­śle­nie wciąż brzmiało dla niego jak coś nie­rze­czy­wi­stego. Wyda­wało mu się nale­żeć do innego życia. Prze­cież tak nie­dawno Padmé była dla niego kimś nie­mal obcym, kimś, kogo widy­wał prze­lot­nie, kiedy podró­żo­wała na lub po Coru­scant albo gdy poka­zy­wano ją w Holo­Ne­cie. Śnił o niej, pró­bo­wał jed­nak ode­pchnąć od sie­bie te marze­nia.

A potem nade­szło Naboo. I Geo­no­sis.

I Tato­oine.

Teraz byli mał­żeń­stwem. Od pota­jem­nego ślubu pra­wie się nie widy­wali, jeśli nie liczyć tych kilku krót­kich dni na Naboo. Obo­wiązki Jedi i obo­wiązki sena­tora spra­wiały, że podró­żo­wali po całej galak­tyce i ich mał­żeń­stwo sta­no­wiło głów­nie rela­cję dusz. Wysy­łali do sie­bie zaszy­fro­wane wia­do­mo­ści, kiedy tylko mogli, wygo­spo­da­ro­wy­wali czas na roz­mowę pośród nie­prze­wi­dy­wal­nych zadań powią­za­nych z wojną i pracą, ale mimo to Ana­kin na­dal odno­sił wra­że­nie, jakby ich zwią­zek był wciąż snem, naj­bar­dziej nie­moż­li­wym i naj­cu­dow­niej­szym ze snów.

Ale wró­ciła do niego. A może to on wró­cił do niej? Już nie jako holo­gramy, mówiące sobie, jak roz­pacz­li­wie za sobą tęsk­nią - teraz mieli praw­dziwe uczu­cia i rze­czy­wi­sty dotyk, przy­po­mi­na­jący, że to wcale nie sen.

I to potę­go­wało w nim wszyst­kie emo­cje. Każda chwila sta­wała się dla niego jesz­cze cen­niej­sza, wszyst­kie dobre i złe rze­czy trzy­mał w sobie tak, jakby tylko one się liczyły, nawet w cza­sie wojny.

Kiedy tak mknęli śmi­ga­czem w głę­bi­nach Coru­scant, po bar­dzo nie­le­gal­nym i jesz­cze bar­dziej nie­bez­piecz­nym pro­wi­zo­rycz­nym torze, były to pierw­sze chwile, które spę­dzali razem, odkąd Ana­kin został paso­wany na ryce­rza Jedi. Ich przy­pad­kowe spo­tka­nie w Świą­tyni cał­ko­wi­cie go zasko­czyło i musiał zmo­bi­li­zo­wać całą siłę woli, żeby nie objąć jej mocno, żeby nie zatrzy­mać czasu i prze­strzeni wokół, żeby tylko poczuć cie­pło jej ciała. Dzi­siej­sza schadzka, choć powie­dział innym, że musi się po pro­stu przejść, aby zebrać myśli, w rze­czy­wi­sto­ści została zapla­no­wana przez niego i Padmé już dawno temu. Zamie­rzali spę­dzić razem parę wie­czo­rów, korzy­sta­jąc z tego, że oboje prze­by­wali na Coru­scant, ale przede wszyst­kim cho­dziło o to, by zro­bić to na niż­szych pozio­mach, tam, gdzie nikt nie będzie się nimi inte­re­so­wał. Obie­cali sobie też, że nie będą wtedy roz­ma­wiać o poli­tyce ani o woj­nie.

Ani o Cato Neimo­idii.

Cho­ciaż zgo­dziła się na jego pro­po­zy­cję - i zapła­ciła za wyna­jem śmi­ga­cza - kiedy tylko Ana­kin przy­śpie­szył, kie­ru­jąc maszynę nie­mal pio­nowo w dół, stało się jasne, że w odróż­nie­niu od swo­jego męża nie miała we krwi zami­ło­wa­nia do pręd­ko­ści, choć prze­cież sama nie­raz sia­dała za ste­rami.

- Ech, a mogłam wysłać zamiast sie­bie Dormé! - sta­rała się prze­krzy­czeć sma­ga­jący ich wiatr, który zwiał jej z wło­sów kap­tur. Gdyby miała na sobie jeden ze swo­ich pięk­nych, skom­pli­ko­wa­nych stro­jów, pęd śmi­ga­cza wszystko by znisz­czył. Ubrała się jed­nak w coś nie­rzu­ca­ją­cego się w oczy: ciemne spodnie i kap­tur w kolo­rze zła­ma­nej zie­leni, z łatwo­ścią wta­pia­jące się w oto­cze­nie i pasu­jące do jego wła­snego stroju - pro­stej kurtki mecha­nika, którą narzu­cił na swoją tunikę, żeby wyglą­dać jak zwy­kły czło­wiek pracy, a nie rycerz Jedi. Ana­kin dotarł do ostat­niego zakrętu, zmniej­sza­jąc moc, żeby znio­sło tył śmi­ga­cza. Prze­chy­loną maszynę pochwy­ciła siła odśrod­kowa, a szyb­kie zwięk­sze­nie prze­pływu ener­gii prze­nio­sło ich przez wąskie gar­dło toru.

- Ale ja tu wcale nie sza­leję - powie­dział, śmie­jąc się, i opadł śmi­ga­czem znad kra­wę­dzi w prze­paść. Zasko­czony okrzyk Padmé także zamie­nił się w śmiech. Ana­kin włą­czył szybko pio­nowe dopa­la­cze, które zła­go­dziły ich lot w dół, zupeł­nie jakby znaj­do­wali się na lata­ją­cej chmu­rze z metalu, kabli i róż­nych sto­pów.

Jak jego ręka.

Ana­kin ode­pchnął od sie­bie tę myśl i się­gnął zmy­słami do Mocy, posłu­gu­jąc się nimi jak sona­rem w ete­rze, żeby zorien­to­wać się, gdzie tor się zwę­żał i zaczy­nał wić, a nawet gdzie kie­dyś zawod­nicy stra­cili pano­wa­nie nad pojaz­dem i się roz­bili. Przy­ha­mo­wał, żeby wejść dri­ftem w zakręt, wyko­nał kilka kon­tro­lo­wa­nych pod­sko­ków i nur­ko­wań, a wresz­cie prze­le­ciał przez linię mety.

Śmi­gacz zatrzy­mał się gwał­tow­nie. Ana­ki­nem i Padmé szarp­nęło bru­tal­nie do przodu, zaraz jed­nak opa­dli z powro­tem na sie­dze­nia.

- Aaach - sap­nął z satys­fak­cją i spoj­rzał na żonę.

Nie tak dawno temu Padmé Ami­dala patrzyła pro­sto w twarz pew­nej śmierci na Geo­no­sis i parła naprzód z bla­ste­rem, żeby odzy­skać swoją pla­netę zagar­niętą przez Nute'a Gun­raya. Teraz jed­nak z prze­ję­cia miała sze­roko otwarte oczy i dyszała ciężko, przy­ci­ska­jąc rękę do piersi.

- Och, prze­pra­szam! - zanie­po­koił się Ana­kin. - Nic ci nie jest? Prze­sa­dzi­łem? Czy...

Od mar­twych prze­my­sło­wych kon­struk­cji dookoła odbił się echem nagły wybuch rado­ści.

- Ana­ki­nie... - zaczęła i znów par­sk­nęła śmie­chem, a potem ude­rzyła go żar­to­bli­wie w ramię. - To było nie­sa­mo­wite. I nie chcę tego robić ni­gdy wię­cej!

Roze­śmiał się razem z nią, a potem nachy­lił się do jej twa­rzy. Ujęła go za rękę - mecha­niczną - tak samo jak wtedy, pod­czas ich ślubu.

Opu­ściła wzrok na swoje palce sple­cione z jego pal­cami w czar­nej ręka­wicy. Elek­tryczne synapsy prze­ka­zy­wały jej dotyk do zakoń­czeń ner­wo­wych w kiku­cie jego orga­nicz­nej koń­czyny. Nie tak dawno temu wystar­czy­łoby jej spoj­rze­nie, by poczuł na skó­rze gęsią skórkę. Teraz było to nie­moż­liwe. Uści­snął jej dłoń. Poczuł to w cyber­ne­tycz­nej ręce z opóź­nie­niem ułamka sekundy w porów­na­niu do tego, jak odbie­rała to jego orga­niczna, i ta róż­nica na­dal wytrą­cała go z rów­no­wagi. W walce czy nie­le­gal­nych wyści­gach, kiedy czy­sty instynkt i Moc inten­sy­fi­ku­jąca dzia­ła­nie jego zmy­słów kom­pen­so­wały tę lukę, tak tego nie odczu­wał. Ale teraz, w tej cichej chwili spę­dzo­nej z żoną, na początku mał­żeń­stwa, do któ­rego doszło rów­nie nagle, jak do zamiany jego ręki na pro­tezę, uła­mek sekundy wyda­wał się trwać całe godziny.

- Nie prze­szka­dza mi to - oświad­czyła Padmé, kła­dąc drugą dłoń na jego ręka­wicy. - I ni­gdy nie będzie mi prze­szka­dzać.

- Wiem. Po pro­stu jesz­cze się do tego do końca nie przy­zwy­cza­iłem.

- To teraz część cie­bie. Poza tym... - Roze­śmiała się ciszej, cie­plej niż poprzed­nio. - Cał­kiem dobrze ci poszło z tym śmi­ga­czem. - Nachy­liła się i dotknęła war­gami jego ust. Śnił o tym pod­czas tych dłu­gich godzin na krą­żow­ni­kach i pro­mach, kiedy powi­nien się sku­piać na tre­ningu z mie­czem i roz­mo­wach z koman­do­rami. Przy­lgnął do niej, a ich dło­nie roz­plo­tły się, by powę­dro­wać gdzie indziej. Trwali w bez­cza­so­wej prze­strzeni, w któ­rej ist­nieli tylko oni.

Póki nie wyrwał ich z niej mecha­niczny głos dro­ida.

- Rodzina dzię­kuje pań­stwu za sko­rzy­sta­nie z jej usług - rzekł BS-1119, droid ochro­niarz, mocno przy­po­mi­na­jący zmo­dy­fi­ko­wany model dro­ida zabójcy HK. Ana­kin odwró­cił głowę i zoba­czył, jak maszyna, z dwoma pisto­le­tami w kabu­rach przy mecha­nicz­nych bio­drach, pod­cho­dzi do nich, poka­zu­jąc pal­cem, że mają już stąd odle­cieć. Pomimo groź­nego zacho­wa­nia mówiła wyjąt­kowo uprzej­mie, zapewne za sprawą opro­gra­mo­wa­nia łączą­cego potrzeby bez­pie­czeń­stwa i biz­nesu. - Mogą pań­stwo zare­zer­wo­wać ter­min na kolejną jazdę szko­le­niową na jed­nym z torów prze­my­sło­wych Rodziny. Można także obsta­wiać zakłady na nad­cho­dzące wyścigi. - W oddali oko­licę ska­no­wały lata­jące dro­idy poli­cyjne i BS-1119 prze­su­nął prze­łącz­nik na panelu kon­tro­l­nym na ścia­nie obok. - Tor jest zamknięty. Pro­szę udać się pojaz­dem gdzie indziej. Muszą pań­stwo natych­miast opu­ścić to miej­sce.

- Pew­nie byłoby głu­pio, gdyby przy­ła­pano sena­tor i Jedi w takim miej­scu - mruk­nął Ana­kin.

Padmé uśmiech­nęła się i usia­dła wygod­niej w fotelu.

- Nie dajmy się aresz­to­wać - zamiast tego chodźmy coś zjeść.

Mąż i żona.

Jak to dziw­nie brzmiało... Pomimo zawar­tego mał­żeń­stwa ich obo­wiązki unie­moż­li­wiały im zwy­czajne wspólne życie. Padmé musiała zaj­mo­wać się rze­czami takimi jak sytu­acja z Hebe­krr Minor, a Ana­kin prze­mie­rzał galak­tykę w roli żoł­nie­rza, straż­nika, medyka i dostawcy towa­rów. Mał­żeń­stwa robiły takie rze­czy jak wspólne spa­cery, zakupy, kola­cje - nie wal­czyły na woj­nie, nie nego­cjo­wały pokoju, żeby spo­tkać się potem na kilka godzin, bo aku­rat zbie­gły się ich har­mo­no­gramy.

W Ana­ki­nie wez­brała nagła fru­stra­cja, bo dla­czego galak­tyka musiała ich tak roz­dzie­lać? A jed­no­cze­śnie ich sza­lona prze­jażdżka przy­po­mniała mu dobit­nie, że cia­łem, umy­słem i ser­cem był przy­wią­zany do nie­spo­koj­nego życia - tak samo jak do niej. Gdyby Qui-Gon ni­gdy nie zna­lazł go na Tato­oine, być może Ana­kin brałby teraz udział w zawo­dach ści­ga­czy albo wyko­ny­wałby inny nie­bez­pieczny zawód.

Czy w tym życiu wciąż byłaby z nim jego matka?

Pyta­nie to wio­dło na ciemną ścieżkę dal­szych pytań. Pogrze­bał je głę­boko, zamy­ka­jąc na klucz skrytkę w pamięci z tą nocą, i powie­dział sobie, że prze­cież jest tutaj i teraz, z Padmé, i wie­dzie nie­ty­powe życie, prze­pla­ta­jące walkę i wymie­rza­nie spra­wie­dli­wo­ści ze spo­koj­nymi chwi­lami, które spę­dzali ze sobą jako mąż i żona.

Żało­wał tylko, że nie może sam decy­do­wać o harmo-nogra­mie tych chwil.

- Chyba nie potrze­bu­jesz prze­bra­nia - rze­kła Padmé, opie­ra­jąc się na nim, kiedy weszli na teren targu. - Bez war­ko­czyka nikt cię nie roz­po­zna.

- Och, zawsze mi wcho­dził w paradę, nie tęsk­nię za nim. Mówi­łem ci, że raz osma­liła go zabłą­kana wiązka z bla­stera? - Ten moment, kiedy dzi­siaj natra­fili na sie­bie w Świą­tyni Jedi, kiedy wycią­gnęła rękę i dotknęła miej­sca, w któ­rym kie­dyś jego war­ko­czyk zwi­sał za uchem... Roz­ma­wiali ze sobą nie­dawno przez holo, ale ta nie­ocze­ki­wana chwila była niczym Moc zmu­sza­jąca ich do zagra­nia swo­ich naj­lep­szych ról. Ana­kin zauwa­żył, jak Padmé roz­gląda się ostroż­nie przed dotknię­ciem jego wło­sów, a potem jesz­cze ten jej sub­telny uśmiech, intymne przy­zna­nie, że igrają z odsło­nię­ciem prawdy o swoim życiu w miej­scu naj­bar­dziej ryzy­kow­nym.

Zapra­gnął jej wtedy jesz­cze bar­dziej.

- A wiesz, będzie mi bra­ko­wało two­jej krót­kiej fry­zury - oznaj­miła Padmé, prze­cze­su­jąc pal­cami jego włosy. Pod­ro­sły na tyle, by znik­nął już cha­rak­te­ry­styczny wygląd pada­wań­skiej fry­zury. - Zawsze były takie upo­rząd­ko­wane i miłe w dotyku.

- Może je zapusz­czę, tylko po to, żeby cię dener­wo­wały. A widzia­łaś te falu­jące loczki Obi-Wana? - Ana­kin uśmiech­nął się pod nosem.

- Nie, bła­gam, wszystko, tylko nie to! - żach­nęła się i oboje wybuch­nęli śmie­chem.

Ana­kin sły­szał, że miesz­kańcy dol­nych pozio­mów wie­dli zbyt cięż­kie życie, by w ogóle wie­dzieć o wiel­kich kon­flik­tach w galak­tyce - i teraz wresz­cie to rozu­miał. Wyglą­dało to tak, jakby poni­żej licz­nych pozio­mów budyn­ków, zbyt gęstych, by docie­rało tam świa­tło słońca, życie zamy­kało się w nie­prze­pusz­czal­nej bańce. Nie­je­den przy­bysz z góry mógłby tu się poczuć klau­stro­fo­bicz­nie.

Teraz jed­nak - dla nich - ozna­czało to, że nic nie może zabu­rzyć ich życia: ani wojna, ani poli­tyka, ani zasady Jedi.

Mogli tu po pro­stu być. Bo na razie nie mogli prze­żyć nic bliż­szego tam­tym chwi­lom nad jezio­rem na Naboo.

Szli wśród świe­cą­cych neo­nów, zna­ków i pro­stego, funk­cjo­nal­nego oświe­tle­nia, a mil­cze­nie, które zapa­dło mię­dzy nimi, wyda­wało się tak natu­ralne jak oddy­cha­nie. Wchła­niał pro­stą radość czy­stego ist­nie­nia obok niej - bez ochrony, bez holo­gra­mów, bez lęku, że coś za chwilę odcią­gnie jedno z nich. Doszli do celu - duży, wygięty w łuk szyld ogła­szał, że jest to Targ Uhman­da­see, miej­sce, gdzie ośmie­lali się przy­cho­dzić nawet bar­dzo cywi­li­zo­wani miesz­kańcy naj­wyż­szego poziomu Coru­scant, żeby spró­bo­wać auten­tycz­nej kuchni. W usta­wio­nych rzę­dami kra­mach i bud­kach, wśród któ­rych było też kilka wyłą­czo­nych z ruchu śmi­ga­czy trans­por­to­wych, ofe­ro­wano różne bru­dzące, ale auten­tyczne spe­cjały z całej galak­tyki.

I nawet w tym miej­scu, gdzie mogli po pro­stu być i cie­szyć się swoim towa­rzy­stwem, Ana­kin zauwa­żył, że Padmé wciąż obser­wo­wała oto­cze­nie. Zdra­dzały ją bar­dzo drobne, typowe dla niej odru­chy - to, jak przy­śpie­szył jej oddech, jak drgnęły jej brwi, jak prze­chy­liła głowę, żeby zmie­nić nieco swoje pole widze­nia.

Postrze­gał targ jako zbieg roz­ma­itych kul­tur i dziel­nicy prze­my­sło­wej. Ale wie­dział też, jak myślała Padmé - choć dostrze­gała to samo, co on, na wszystko patrzyła rów­nież w kate­go­riach osób, na które spo­glą­dała, i sytu­acji, w jakiej się znaj­do­wały. Widziała nie tylko kucha­rza przy grillu, ale też dziecko u jego stóp. Nie tylko artystkę sprze­da­jącą swoje dzieła, ale też to, jak dużą miała torbę - ozna­czało to, że kobieta nie posia­dała sta­łego domu. Nie tylko masa­żystkę, obsłu­gu­jącą klienta na krze­śle, ale też to, że usta­bi­li­zo­wała uszko­dzony mebel za pomocą dodat­ko­wych ele­men­tów, zamiast kupić nowy.

Takie szcze­góły Ana­ki­nowi umy­kały - przy­naj­mniej póki nie zaczy­nał pró­bo­wać prze­twa­rzać wszyst­kiego tak, jak jego żona. Jedi cha­rak­te­ry­zo­wała bez­in­te­re­sow­ność, odda­wali całych sie­bie zako­nowi, któ­rego naj­wyż­szym celem miało być zacho­wa­nie pokoju w galak­tyce. Bez­in­te­re­sow­ność Padmé wyra­żała się zde­cy­do­wa­nie ina­czej - była empa­tią, wraż­liwą na dobro­stan każ­dej istoty napo­tka­nej na swo­jej dro­dze, połą­czoną z pra­gnie­niem zna­le­zie­nia kon­struk­tyw­nych roz­wią­zań, by ten dobro­stan zapew­nić. Była to pasja, łago­dzona przez wykal­ku­lo­wane dzia­ła­nia, prze­ci­wień­stwo pasji Ana­kina, sym­bo­li­zo­wa­nej przez sło­necz­nego smoka.

Przy­sta­nęli. Padmé zsu­nęła kap­tur z wło­sów i przy­klęk­nęła, żeby pową­chać kwiaty, wysta­jące z małego wózka kwia­cia­rza. Ana­kin wie­dział, że i teraz zwra­cała uwagę na dro­bia­zgi zdra­dza­jące coś wię­cej o życiu sprze­dawcy, od skrzy­pią­cego sta­rego dro­ida zra­sza­ją­cego bukiety po samo sto­isko, spa­wane i napra­wiane tyle razy, że nie mogło się nie prze­krzy­wiać.

Może to wła­śnie dla­tego byli sobie prze­zna­czeni. Ana­kin reago­wał na nie­spra­wie­dli­wość jak wybu­cha­jący nagle pło­mień, zaś Padmé w każ­dym przy­padku dzia­łała z nie­ustę­pli­wo­ścią, nie­ustan­nie szu­ka­jąc roz­wią­zań, nawet w naj­gor­szych oko­licz­no­ściach.

Pasja i zde­cy­do­wa­nie, połą­czone ze sobą na zawsze w kru­chej rów­no­wa­dze.

- Co o tym sądzisz? - zapy­tała Padmé, zakła­da­jąc za ucho fio­le­towy kwiat ze świe­tli­stymi krysz­tał­kami w mor­skim kolo­rze.

- Wyda­wało mi się, że mamy się nie rzu­cać w oczy?

- Ty - rze­kła, wkła­da­jąc taki sam kwia­tek do kie­szonki jego kurtki - nie jesteś ryce­rzem Jedi. A ja nie jestem panią sena­tor. Jeste­śmy tylko mał­żeń­stwem, które przy­szło tutaj na kola­cję. - Zato­czyła ręką dookoła i dopiero teraz zauwa­żył, że kilka innych par nosi takie pasu­jące do sie­bie kwiaty.

Oczy­wi­ście, że jego żona zwró­ciła na to uwagę.

- Tak - rzekł i wziął ją pod ramię. - Jak każda inna para mał­żeń­ska.

Oparła głowę na jego ramie­niu. Blask bijący od jej kwiatu zabar­wił lekko jej twarz.

Pasja i zde­cy­do­wa­nie - o tak.

- Chodź. - Odsu­nęła się i wzięła go za rękę. - Chcę ci coś poka­zać.