Rozdział 3
Popędziłem jak najszybciej do holowyświetlacza i położyłem ręce na jego chłodnej obudowie. Wbijałem wzrok w migające punkciki, ale nie mogłem dostrzec miejsca, z którego wystrzelono pociski. Komputer nie pokazywał trajektorii.
- Skąd ten atak? - zapytałem.
Obsada mostka zaczęła szukać odpowiedzi na swoich konsolach, ale nie rozbrzmiały jeszcze syreny alarmowe, więc zmusiłem się do spokojnego czekania. Jak przystało na kapitana, udawałem w pełni opanowanego.
Komputer zrobił zbliżenie, aż holowyświetlacz wypełniła dziewiąta planeta i jej księżyce. Pojawiły się ikony - żółtymi oznaczono okręty Wielorybów, a czerwonymi tuzin nieznanych kontaktów, które wystrzeliwały rakiety. Linie trajektorii oddalały się od karmazynowych znaczników i biegły po łuku w kierunku instalacji na księżycach i asteroidach oraz ku pojedynczym jednostkom między nimi.
Główna flota Wielorybów znajdowała się po przeciwnej stronie planety i choć dostrzegłem rozbłyski odpalanych silników, wyglądało na to, że nie zdołają zainterweniować jeszcze przez jakiś czas, może nawet parę godzin. Rozpędzenie się i okrążenie gazowego olbrzyma musi trochę potrwać.
Jasne było, że cokolwiek zaatakowało Wieloryby, zrobiło to z zaskoczenia.
- Nieustraszony, wezwij Hansena - poleciłem.
- Oficer wykonawczy zawiadomiony. Już idzie.
- Wyślij Kreelowi to, co teraz widzimy, a potem uruchom aktywne czujniki.
- Wydajność sensorów aktywnych nadal wynosi trzydzieści sześć procent.
- Zrób, co możesz - odpowiedziałem. - Chcę mieć pewność, że nikt się do nas nie podkrada.
Wątpiłem w taką ewentualność, bo znajdowaliśmy się bardzo daleko, ale lepiej nie ryzykować. Po kilku chwilach mózg okrętu zameldował:
- Nie wykryto nietypowych obiektów.
- Od teraz co godzinę wysyłaj impuls z czujników aktywnych.
- Protokół ustawiony.
Nie powinniśmy korzystać z aktywnych czujników, bo obwieszczały wszystkim naszą pozycję, ale w tym momencie nie miałem wyboru. Nie mogliśmy sobie pozwolić na brak ostrożności.
Hansen wbiegł na mostek, wygładził mundur z inteligentnej tkaniny, po czym stanął u mego boku.
- Co się dzieje, kapitanie?
- Coś atakuje Wieloryby.
- Zagraża nam?
Pokręciłem głową.
- To są dane sprzed pięciu godzin. Jesteśmy daleko, ale kazałem Nieustraszonemu przeskanować okolicę czujnikami aktywnymi. Nic się nie pojawiło, zatem pewnie na razie nic nam nie będzie.
- Czemu więc tu jestem?
Zmrużyłem oczy.
- Taka dola oficera wykonawczego. Lepiej, żebym pana o niczym nie informował do momentu, gdy sytuacja stanie się krytyczna? Nie jesteście już chorążym, komandorze podporuczniku. Ranga zobowiązuje do tego, żeby dawać z siebie więcej niż podwładni.
Z namysłem odwrócił się w stronę holowyświetlacza.
- Proszę mnie dalej o wszystkim informować, kapitanie.
Po chwili podążyłem wzrokiem za jego spojrzeniem i trochę się rozluźniłem. Może za ostro zareagowałem.
- Widać przewidywane trajektorie okrętów - powiedziałem. - Główna flota Wielorybów jest za daleko.
- Tkwią nieruchomo w środku bitwy?
- Teraz już przyspieszają. Ci tutaj wzięli je z zaskoczenia. - Wskazałem na skupisko czerwonych ikonek. - Demony wystrzeliły salwę rakiet w kierunku wielorybich instalacji.
Na wyświetlaczu setka pocisków mknęła w kierunku setki celów.
- Zaboli - skwitował Hansen. - Większość zaatakowanych obiektów to cywilne jednostki i instalacje. A jeśli przenoszą głowice jądrowe...
- No właśnie. - Tylko odległość i tarcze zapewniały ochronę przed bronią nuklearną. Żaden znany mi materiał z wyjątkiem pyłu gwiezdnego nie potrafił oprzeć się bezpośrednim trafieniom. - Oby miały dobrą obronę. Niedawno rozszyfrowaliśmy wiadomość od Wielorybów, w której ostrzegają nas, że w układzie toczy się wojna, więc raczej były przygotowane na atak.
- Wiadomość?
Wskazałem ekran, który nadal wyświetlał tekst tłumaczenia. Przeczytał.
- O co chodzi z tymi dziewiętnastoma dniami i siedmioma godzinami?
- Pojęcia nie mam. Wie pan, te rakiety bardzo szybko lecą.
- Faktycznie. Znacznie szybciej, niż gdyby wystrzelono je z powierzchni.
Zrobiłem zbliżenie.
- Spróbuję wytyczyć wcześniejszą trasę jednej z nich, żeby sprawdzić, skąd się wzięły. Zobaczmy... - Cofnąłem zapis i puściłem go w zwolnionym tempie. Zauważyłem rozbłysk silników rakiety, ale nadal nie widziałem okrętu. Musiał się ukrywać, żeby zaatakować z zaskoczenia. - Nieustraszony, jaką prędkość miał ten pocisk w chwili wystrzelenia?
- Około trzech tysięcy dwustu kilometrów na sekundę.
- O rany. Całkiem szybko. - Przetarłem oczy. - Na podstawie obecnego wektora wytycz trasę, jaką musiał przebyć pocisk przed wystrzeleniem.
- Trajektoria naniesiona.
Oddaliłem obraz, aż czerwona linia sięgnęła trzysta jednostek astronomicznych wstecz, bardzo blisko brązowego karła.
- Ukryty i rozpędzony okręt Demonów. Nieustraszony, ile potrwałaby podróż z taką szybkością z Tartaru do Trójcy-9?
- Nie uwzględniając czasu niezbędnego na przyspieszenie, około dwustu dni, plus minus dziesięć procent.
Przygryzłem wargę.
- A za ile czasu poruszający się tak szybko okręt dotrze do Ellady?
- Za jakieś pięć dni.
- Musimy ich ostrzec - powiedział Hansen. - Jeśli Demony zaatakowały Wieloryby, pewnie zaatakują też ludzi.
Pokręciłem głową.
- Nie.
- Czemu nie, do cholery?! Zostało im pięć dni.
- Z dwóch powodów. Proszę się domyślić.
Rzucił mi niechętne spojrzenie.
- Czemu bawi się pan ze mną w gierki rodem z Akademii w samym środku bitwy?
Westchnąłem.
- Bo ta bitwa odbyła się pięć godzin temu, a my jesteśmy parę dni drogi od gazowego olbrzyma. Możemy się jedynie przyglądać. - Zniżyłem głos. - Wiem, że to przykre, kiedy pana poucza dwadzieścia lat młodszy facet, ale jeśli chce się kiedyś zostać kapitanem, trzeba zacząć myśleć jak kapitan. A to oznacza ogarnięcie zarówno teorii, jak i praktyki.
- Ja? Kapitanem? - Zaśmiał się.
- Czemu nie? Jeśli Siły Gwiezdne potwierdzą pański awans i jeśli ja będę miał coś do gadania, po powrocie dostanie pan własny okręt.
Hansen rozchmurzył się.
- Nigdy o tym nie myślałem.
- A ja owszem. Ma pan jaja i mnóstwo doświadczenia. A teraz słucham, już się pan domyślił, czemu nie warto ostrzegać Elladian?
Hansen odwrócił się do holowyświetlacza, marszcząc czoło.
- Podejrzewam, że jeśli Wieloryby to naprawdę ich sojusznicy, natychmiast wysłały im wiadomość. Albo to, albo Elladianie zwyczajnie zobaczą, co się dzieje, bo znajdują się bliżej.
- W porządku, to jeden powód. A drugi?
Po chwili namysłu pokręcił głową.
- Nie mam pojęcia.
- Ellada znajduje się jakieś dwie godziny świetlne dalej niż Trójca-9, więc za jakąś... - zerknąłem na zegarek - godzinę i pięćdziesiąt minut pewnie wykryjemy podobny atak z zaskoczenia skierowany przeciwko jej mieszkańcom. Jak pan widzi, jakkolwiek nie postąpimy, te dwie rasy albo sobie poradziły, albo jest za późno na naszą pomoc.
- A jednak wysłanie ostrzeżenia świadczyłoby o naszej dobrej woli - powiedział Hansen.
Rozważyłem jego słowa.
- Słuszna uwaga i dobry pomysł, ale wolę zaczekać. Nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Nie wiemy, czy tymi złymi są Demony z Tartaru, a tymi dobrymi istoty podobne do ludzi i zwierząt morskich. Nie wolno oceniać obcych po wyglądzie. Nie chcę stanąć po niewłaściwej stronie i wkurzyć nie tych kosmitów, co trzeba. Ostatnie, czego nam trzeba podczas napraw, to nowi wrogowie.
- Neutralność łatwo przychodzi nam, oficerom - mruknął sceptycznie Hansen. - Ale zwykli członkowie załogi i tak będą mieć swoje zdanie, zwłaszcza na temat istot, które wyglądają dokładnie jak ludzie. W tej kwestii też nie chciałbym stanąć po niewłaściwej stronie.
- Świetne spostrzeżenie. Pewnie ma pan rację.
To było coś więcej niż pusta pochwała. Niezmiernie mnie cieszyło, że mój zastępca wykonawczy nabiera dystansu do załogi i zaczyna myśleć jak oficer, a nie tylko pilot. Jasne, to brzmi jak wywyższanie się, ale, z drugiej strony - jeśli przywódca nie uważa, że nadaje się lepiej niż ktokolwiek, czemu w ogóle dowodzi?
Oczywiście nie warto mówić takich rzeczy przy podwładnych.
- Śledźmy rozwój sytuacji - powiedziałem. - Dowiemy się, z czym mamy do czynienia.
- W porządku. - Hansen oparł ręce na cokole holowyświetlacza i przyłożył nos do obudowy z inteligentnego szkła, wewnątrz której wirowały w polu magnetycznym świecące nanity. - Jeśli odliczyć prędkość wystrzelenia, ich rakiety mają podobne przyspieszenie co nasze. Nie widzę też żadnych wiązek. Gdybym to ja przeprowadzał atak z zaskoczenia, użyłbym dział elektromagnetycznych i ostrzelał nieruchome cele.
- Może coś chroni Wieloryby przed salwami z dział EM. Bądź co bądź, aktywne systemy wykrywania działają u nich non stop. Możliwe, że są dostatecznie czułe, żeby wychwycić nadlatującą chmurę metalowych pocisków.
- Ale okrętów już nie? - zapytał z nutką zwątpienia.
- Na pewno zaprojektowano je tak, żeby były prawie niewykrywalne. Może mają nawet coś w rodzaju technologii maskującej.
Hansen prychnął.
- To mrzonka. Nikt nigdy czegoś takiego nie opracował.
- Marvin nad tym pracuje. I obstawiam, że mu się uda. A jeśli czegoś się nauczyłem przez ostatni rok, to tego, że dzięki zaawansowanej technologii niemożliwe staje się możliwe. Ot, choćby zdolności teleportacyjne Pradawnych. - Pokazałem palcem interesujący obszar na wyświetlaczu. - Pierwsze rakiety zaraz uderzą.
Linie trajektorii zaczęły znikać jedna po drugiej, gdy pociski sięgały celów. Zrobiłem zbliżenie i sprawdziłem odczyty - ilość energii, spektroskopia i tak dalej.
- Tak jak podejrzewałem, głowice jądrowe o dużej mocy. W dodatku bardzo brudne, bo emitują mnóstwo promieniowania. Możliwe, że to celowe, jak w przypadku dawnych bomb neutronowych.
- Nieustraszony - odezwał się Hansen - potrafisz przewidzieć uszkodzenia celów?
- W tym momencie bitwa już się rozegrała - powiedział Nieustraszony. - Istnieje dziewięćdziesięciodziewięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że wszystkie cywilne jednostki uległy zniszczeniu. Okręty wojskowe odniosły uszkodzenia od lekkich po ciężkie. Instalacje naziemne od braku uszkodzeń do całkowitego zniszczenia. Nie ukończono jeszcze analizy zmiennych. Mam jej przypisać więcej mocy obliczeniowej?
- Nie - wtrąciłem szybko. - Naprawy wciąż mają najwyższy priorytet. Daj znać, kiedy skończysz tę analizę.
- Paskudny atak z zaskoczenia - skwitował Hansen. - Aktywne czujniki Wielorybów nie wykryły wroga. Musimy się dowiedzieć dlaczego i skonfigurować nasze systemy tak, żeby nas ostrzegły. Najlepiej przed upływem dziewiętnastu dni.
- Chodzi o ostrzeżenie od Wielorybów? - Spojrzałem z namysłem na oficera wykonawczego. - Uważa pan, że spodziewają się wtedy ataku?
- Tak. Myślę, że zobaczyły coś lecącego w ich stronę, oddalonego o dziewiętnaście dni. Może należałoby się za tym czymś rozejrzeć.
Hansen zaczął manipulować holowyświetlaczem, oddalając obraz i przesuwając punkt widzenia w kierunku brązowego karła.
- Moim zdaniem, to powinno być gdzieś tutaj - powiedział i zaznaczył sferyczny obszar obejmujący spory kawałek przestrzeni. Mniej więcej jeden procent odległości od Tartaru, czyli dwa dni drogi.
Kiwnąłem głową.
- Proszę nad tym popracować samodzielnie, żeby oszczędzać moc obliczeniową Nieustraszonego. Może panu pomóc któryś ze speców od czujników. Proszę mnie informować, gdyby pojawiło się coś ważnego, będę w dziale inżynieryjnym albo logistycznym. Zostawiam panu mostek.
- Dobrze - powiedział nieobecnym tonem, uparcie regulując holowyświetlacz.
Wyszedłem i udałem się do działu inżynieryjnego, jednego z dwóch centralnych obszarów okrętu. Drugim był dział logistyki, gdzie mieściła się fabryka. Przed rzędem konsoli stała Sakura ze skrzyżowanymi ramionami i kwaśną miną.
- Jak leci, poruczniku?
- Nigdy tak dobrze, jak bym sobie życzyła, sir, ale może być - odpowiedziała, nie patrząc na mnie. - Słyszałam, że coś się działo przy planecie Wielorybów.
- Wieści szybko się rozchodzą. Owszem, zaatakowały je Demony. Tak nazywamy insektoidy żyjące przy brązowym karle, który ochrzciłem Tartarem. Oczywiście bitwa jest za daleko, żeby mieć na nas wpływ.
Sakura odchrząknęła, nadal wbijając wzrok w konsole i odczyty.
- Byłoby optymalnie, gdybyśmy zostali tu przez co najmniej tydzień, a najlepiej miesiąc. Mamy pod dostatkiem surowców, ale jest też wiele napraw do wykonania. Nawet Marvin trzyma się z dala od kłopotów. Bez przerwy wprowadza jakieś poprawki w systemach, ale przynajmniej robi to z pokładu Charta, więc nie muszę go oglądać.
Powiedziała to z wyraźną irytacją. Wiedziałem, że nie lubi, kiedy robot bez nadzoru miesza w systemach, ale kazałem Marvinowi pod pozorem usprawnień szukać dowodów, które wskażą, kto próbował mnie kilkukrotnie zabić.
- I chce pani, żebyśmy w spokoju odzyskali pełną sprawność - powiedziałem. - Rozumiem.
Sakura należała do typowych inżynierów - takich, którzy lubią mieć wszystko uporządkowane i zgodne z harmonogramem. W tym przypadku w pełni się zgadzaliśmy. Nie mogłem znieść faktu, że moje niewielkie siły nie są w stu procentach gotowe do akcji.
- Planuję się stąd nie ruszać, aż okręty nanitów się powielą - oznajmiłem. - To może zająć parę tygodni. Wtedy postanowimy, czy cała czwórka ma kontynuować replikację, czy zająć się czymś innym.
Sakura wreszcie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Jej wyraz twarzy zmienił się tylko odrobinę. Chyba się martwiła.
- Bardzo by mi pomogło, gdybyśmy wykorzystali jedną z tamtych fabryk do produkcji części zamiennych dla Nieustraszonego i Tropiciela, zamiast konstruować więcej przestarzałych fregat.
Już miałem jej powiedzieć, że to niemożliwe, ale nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł.
- Jednostki nanitów zwykle przyjmują na pokład tylko jedną osobę. Jeśli to pani zdaniem bardzo ważne, zezwalam na oddelegowanie jednego z techników w roli personelu dowódczego. Dzięki temu uzyskamy bezpośredni dostęp do fabryki i będzie pani mogła produkować, co zechce.
Sakura zmrużyła oczy.
- W ostatniej bitwie nanity poniosły ciężkie straty. Inżynierowie są kiepskimi dowódcami, a ja będę ich potrzebować z powrotem.
Wzruszyłem ramionami.
- Kiedy raz umieści się kogoś w jednostce nanitów, trudno go odzyskać żywego. Niech się pani zastanowi i podejmie decyzję. - Zmusiłem się do poklepania jej po ramieniu, bo z każdym innym oficerem postąpiłbym podobnie. Jednak w tej kobiecie było coś, co czyniło takie gesty niezręcznymi. Może dlatego, że w przeciwieństwie do reszty nigdy nie rozluźniała się w mojej obecności.
Pokiwała głową, traktując moją dłoń jak powietrze.
- Pomyślę, sir. Chce pan zapytać o coś jeszcze?
To był znak, że mam sobie iść.
- Jestem zadowolony z postępów napraw - powiedziałem. - Postaram się dać pani wystarczająco dużo czasu, żeby poskładać nasze okręty do kupy. Dziękuję za włożony wysiłek.
Po tych frazesach odszedłem.
Następny przystanek wypadał w pomieszczeniu działu logistyki, czyli w sali fabrycznej stanowiącej terytorium Adrienne. Miałem nadzieję, że tym razem nie palnę nic głupiego.
Przeszedłem przez drzwi z inteligentnego metalu, które tłumiły hałas i zapewniały szczelność podczas produkcji delikatnego sprzętu. Adrienne siedziała przy swojej konsoli, odwrócona twarzą do szczękającej i terkoczącej maszyny. Zmarszczone brwi świadczyły o skupieniu. Postarałem się nie myśleć o ręcznikach i długich prysznicach.
Po przeciwnej stronie pomieszczenia marines w zbrojach robili za ludzkie wózki widłowe, przenosząc stalowe skrzynie pełne rud, minerałów i lodu ze śluz do fabryki. Stawiali ważące po ćwierć tony pojemniki jeden przy drugim i zabierali opróżnione. Kilka osób w egzoszkieletach wspomaganych sprawdzało odczyty na fabryce, wybierało odpowiednie surowce, a potem podnosiło je i wrzucało do właściwych zsypów.
Choć szczegóły procesów zachodzących wewnątrz fabryki nadal były okryte tajemnicą, ogólnie rzecz biorąc, urządzenie potrafiło wytworzyć niemal cokolwiek i informowało obsługującego, jakich surowców potrzebuje. Jeśli czegoś brakowało, mogło zamienić jeden materiał na inny, choć im bardziej skomplikowany był produkt, tym mniejsza szansa, że to zadziała. Dla przykładu, dało się wykonać płyty podłogowe z aluminium albo brązu zamiast ze stali, ale jeśli chcieliśmy otrzymać głowicę nuklearną, w grę wchodziła zaledwie garstka izotopów promieniotwórczych.
Stanąłem przed Adrienne i oparłem się łokciami o konsolę jak o kontuar baru.
- Dwa piwa proszę - powiedziałem.
Uśmiechnęła się.
- Przykro mi, obecnie piwo ma niski priorytet, ale zaraz będzie gotowy kwas fluorowodorowy. Chcesz trochę?
- Da się to pić?
- Wszystko można wypić... raz.
- To podziękuję. Aha, i wiesz co, rozumiem. Tamto o nadziei. Zrobię, co się da, żeby ułożyły się relacje z Elladianami. A poza brakiem piwa wszystko w porządku?
- Tak, kapitanie Riggs. - Uśmiechnęła się. - Jeszcze parę tygodni regularnych dostaw rud metali, a wszystko będzie dobrze.
- To samo usłyszałem od Sakury.
- To mądra kobieta.
Skrzywiłem się.
- Może ty wiesz, czemu ona nie umie się wyluzować? To znaczy przy mnie? Pracujemy razem na tyle długo, żeby przestała mieć kij w tyłku.
Adrienne wzruszyła ramionami. Słuchała jednym uchem, skupiona na programowaniu fabryki.
- Nigdy nie okazywałeś jej takiej uwagi jak innym kobietom, na przykład Kalu albo mnie. Może to ją dręczy. Niektóre kobiety czegoś takiego nie odpuszczą.
Ledwo powstrzymałem się od przewrócenia oczami. Jej spojrzenie dawało jasno do zrozumienia, że byłoby to ryzykowne. Zanim staliśmy się parą, między mną a Kalu była jakaś chemia, a Adrienne nie pozwalała mi o tym zapomnieć.
- To było dawno. Czemu coś takiego miałoby ją dręczyć?
- Więc mówisz, że nigdy nie myślałeś o tym, żeby zaprosić Sakurę do swojej kajuty? Tylko Kalu?
Grunt usuwał mi się spod nóg. Cokolwiek bym powiedział, miałem przerąbane, więc jak każdy facet w podobnej sytuacji, rozdziawiłem usta i próbowałem wymyślić rozsądną odpowiedź. Wyglądałem pewnie idiotycznie, a jedyne, na co się zdobyłem, to kilka stęknięć godnych jaskiniowca z paleolitu.
- Jesteś taki uroczy, kiedy się peszysz. Wielkiemu kapitanowi Riggsowi brakuje słów! Słuchaj, ja ci wierzę, ale to niczego nie zmienia. Możliwe, że Sakura się w tobie skrycie podkochuje, a ty nigdy nie spojrzałeś na nią jak na kobietę. Nie żebyś powinien zacząć teraz. Nie radzę. Ale potrafię sobie wyobrazić, jak poczułabym się na jej miejscu. Cody, jesteś świetnym kapitanem i ona na pewno też tak uważa. Ale jeśli chodzi o kobiety, błądzisz jak dziecko we mgle i nic na to nie poradzisz.
Postanowiłem wycofać się, póki jeszcze miałem okazję.
- Dziękuję, poruczniku. To było bardzo pomocne.
- Do usług, kapitanie. Zjesz dziś ze mną lunch w mesie oficerskiej?
- Będzie mi niezmiernie miło - odpowiedziałem, dla rozluźnienia atmosfery naśladując jej brytyjski akcent, co wywołało na twarzy dziewczyny cień uśmiechu.
- Do zobaczenia. - Odwróciła się do ekranów, a ja poszedłem na mostek.
Tkwiliśmy w miejscu, daleko od wydarzeń, i nie mieliśmy do roboty nic oprócz napraw. Ciągnęło mnie do działania, do realizacji celu, jakim był powrót do domu. Jednak napomniałem się surowo w myślach, że trzeba zaczekać. Musieliśmy odzyskać pełną sprawność bojową.
Oczywiście właśnie w tej chwili przypomniało o sobie prawo Murphy'ego - czy może raczej prawo Marvina?
- Chart zbliża się do nas z dużą prędkością - ostrzegł spokojnie Nieustraszony. - Jest ścigany przez grupę pocisków nuklearnych nieznanego pochodzenia.
- Marvin...? Połącz mnie natychmiast z robotem.
- Brak odpowiedzi - oznajmił łagodnie głos okrętu.
Po chwili głębokiego namysłu postanowiłem założyć najgorsze.
- Nieustraszony, aktywuj awaryjne protokoły bojowe i dalej próbuj połączyć się z Marvinem.
Ruszyłem biegiem na mostek. Gdy zasiadałem na fotelu dowódcy, na pokładzie zapaliły się przytłumione światła awaryjne. Załoga pędziła na stanowiska bojowe, a okręt ostro skręcał w prawo.
Wreszcie zaświeciła się ikona połączenia w moim hełmie, który pospiesznie włożyłem na głowę. Odebrałem.
- Tu kapitan Marvin.
- Marvin, gdzie byłeś? - zapytałem ostro. - Zresztą nieważne. Zdajesz sobie sprawę, że masz na ogonie wrogie rakiety?
- Tak.
- A wiesz, że są uzbrojone w głowice jądrowe?
- Tak.
- Wystarczająco silne, żeby zmieść całą moją flotę?
- Ten opis pokrywa się z moimi szacunkami.
Przypomniały mi się opowieści ojca. Podobno czasem po rozmowie z Marvinem tłukł w fotel tak mocno, że zostawał z niego pogięty wrak. Dziś dobrze go rozumiałem.
- Proszę, powiedz, że masz jakiś plan na bezpieczne pozbycie się tych rakiet.
- Tak.
- Tak... w sensie, że masz plan? Czy że powiesz?
- Tak.
- Marvin, słowo honoru, jeśli jeszcze raz powiesz "tak"...
- Kapitanie Riggs, tu Hansen. Nadlatujące rakiety przypominają tamte, które widzieliśmy z daleka. Są bardzo szybkie, ale posiadają jedną oczywistą wadę. Ze względu na swoją ogromną prędkość nie są zbyt zwrotne. Jeśli od razu nie trafią w cel, Marvin może robić uniki tak długo, aż je przechwycimy.
- Czyli Chart ma je prowokować jak sztuczny zając na wyścigach psów? - zapytałem, marszcząc brwi.
- Właśnie, kapitanie.
- Dobra robota, Hansen - powiedziałem. - Marvin, słyszałeś?
- Zrozumienie, w czym miałoby pomóc udawanie zwierzyny łownej, pochłonęłoby tyle mocy obliczeniowej, że nie potrafiłbym się już skupić na manewrach wymijających.
- Marvin...
- Moim zadaniem jest analiza i ocena obcej technologii - kontynuował. - Zwłaszcza technologii wojskowej. W dalszym ciągu badam rakiety z planety Demonów. Wykazały się one nie tylko szybkością, ale i powłoką antyradarową.
- Marvin...
- Wykonam przelot w pobliżu Nieustraszonego, żeby jego bardziej zaawansowane czujniki mogły potwierdzić moje odkrycia.
- Czekaj! Marvin? Przelot w pobliżu mojego okrętu? Z głowicami jądrowymi?
I właśnie w tym momencie za bulajami po lewej burcie przemknęło kilka rakiet. Coś takiego piloci myśliwców nazywali "bliskim przelotem". Ten lekkomyślny manewr niesamowicie irytował dowódców, choć myśliwce, rzecz jasna, nie przenosiły uzbrojonych głowic jądrowych. Dzięki Marvinowi zaczynałem lepiej rozumieć tych biednych oficerów.
- Riggs? Tu znowu Hansen - usłyszałem w słuchawkach hełmu. - Myślę, że jeśli Marvin wleci w studnię grawitacyjną tamtej największej i najdalszej asteroidy, przyciąganie głazu chyba wystarczyłoby, żeby zmienić ich kurs. Rakiety uderzyłyby w skałę. I warto użyć obrony punktowej w razie, gdyby jednak wyłoniły się po przeciwnej stronie asteroidy.
- Spróbujmy - powiedziałem. - Niech dwie fregaty nanitów ustawią się na pozycjach. Marvin, słyszałeś plan Hansena. Zrób tak.
Okręty nanitów miały największe szanse na przetrwanie, gdyby coś poszło nie tak. Oby do tego nie doszło.
- Nieustraszony, informuj mnie na bieżąco. Idę do centrum dowodzenia.
- Chart znajdzie się w polu grawitacyjnym wybranej asteroidy za niecałe dziesięć minut - odpowiedział okręt.
Wszedłem na mostek. Obserwowaliśmy rozwój sytuacji transmitowany przez jednostki nanitów. Marvin leciał slalomem, unikając rakiet, które wykonywały niezgrabne korekty kursu, zataczając szerokie łuki i za każdym razem zostając odrobinę w tyle. Wreszcie okręty nanitów znalazły się na pozycjach, czyli po przeciwnej stronie największej z asteroid, a wtedy Marvin pomknął ku jej powierzchni.
Przez krótką chwilę widzieliśmy tylko błysk silników rozświetlający chmury pyłu. Pociski podążały za Chartem. A potem doszło do eksplozji, gdy co najmniej jedna z rakiet zahaczyła o skałę i wszystko zasłonił wybuch, który oślepił nasze czujniki.
W pierwszej chwili nie było widać Charta. Z radioaktywnej chmury wyłoniła się jedna z trzech rakiet. Zawisła w miejscu, jakby szukała celu. Pozostałe dwie musiały ulec uszkodzeniu.
I wtedy z obłoku wystrzelił Chart. Pocisk ponownie namierzył statek, ale było za późno - okręty nanitów tylko na to czekały. Gdy ostatnia z rakiet zaczęła przyspieszać, fregaty wystrzeliły. Eksplozja wstrząsnęła nimi i Chartem, choć teoretycznie cała trójka znajdowała się w bezpiecznej odległości.
- Marvin! Wszystko w porządku?
- Nie.
Zalał mnie zimny pot. Nie wiedziałem, co bym powiedział ojcu, gdybym wrócił na Ziemię bez robota.
- Co się stało? Jesteś uszkodzony?
- Poniosłem wielką stratę - oznajmił. - Jedna z moich kolonii mikrobów uległa zniszczeniu, a druga poważnym mutacjom. Na szczęście przygotowałem się na to i trzecią osłoniłem ołowianą powłoką. Ogólnie rzecz biorąc, powiedziałbym, że eksperyment zakończył się powodzeniem.
Pokręciłem głową i odetchnąłem z ulgą.
- Gratulacje, komandorze podporuczniku Hansen, uratował pan sytuację.
- Chyba rzeczywiście, sir. Chociaż nie, nie tylko ja. To był wysiłek drużynowy.
- O, proszę, myślenie jak oficer wchodzi panu w krew.
Hansen wrócił do holowyświetlacza. Na jego twarzy malowało się zmartwienie.
- Stało się coś jeszcze? - zapytałem.
- Chodzi o Elladę, sir.
Stanąłem obok.
- Planeta padła ofiarą ataku z zaskoczenia w tym samym czasie co Trójca-9 - wyjaśnił Hansen. - Ale oczywiście zobaczyliśmy to później.
- Szkoda mi ich - mruknąłem, czytając szacunki zniszczeń.
- Miał pan rację - rzekł Hansen. - Ostrzeżenie nic by nie dało.
- A co z pańską teorią na temat większego ataku? - zapytałem.
Wskazał na pulsującą czerwoną ikonę.
- Trochę niewyraźnie, ale widać flotę Demonów. Leci bez użycia silników w kierunku Trójcy-9. Marvina ostrzelano rakietami z eskadry znajdującej się na czele tej formacji. Mają co najmniej trzysta wielkich skurczybyków. Na moje oko to krążowniki liniowe albo pancerniki.
- Trzysta? - stęknąłem, jakbym oberwał w brzuch. - Jak daleko?
- Co najmniej miesiąc od Wielorybów. Trochę bliżej do nas, ale musiałyby odbić w bok. Miną nas w pewnej odległości, ale to nie byłby dla nich wielki problem odłączyć po drodze kilka jednostek i wysłać je do ataku albo chociaż na zwiad.
- Za ile tu będą? To znaczy jeśli nas zauważą.
Hansen przekrzywił głowę.
- Chciał pan powiedzieć: jeśli przez Marvina nie mamy całkiem przerąbane? Przy obecnej prędkości lekko ponad osiemnaście dni.
- Więc to chyba nie przed nimi ostrzegły nas Wieloryby. Jeśli chodzi o Marvina, w pełni się zgadzam. Postąpił lekkomyślnie. Ale jednocześnie... Jeśli dzięki danym, które uzyskał, nie zakradną się do nas te niewykrywalne jednostki, może niechcący uratował nam wszystkim tyłki. Choć z trudem przechodzi mi to przez gardło.
- Może Wieloryby wiedzą coś, o czym nie mamy pojęcia, sir? Najbezpieczniej będzie stąd uciec przed upływem tego czasu.
- Zgadzam się. - Dostroiłem wyświetlacz. - Jeśli Demony lecą z podobną szybkością, co tamta pierwsza fala napastników, są w drodze od kilku miesięcy. Trzysta okrętów to nie zwykła flota, tylko inwazja. Chcą albo unicestwić Wieloryby, albo je podbić.
Oficer wykonawczy popatrzył na mnie ze zmartwioną miną.
- Wygląda na to, że niedługo trzeba będzie opowiedzieć się po którejś ze stron. Bo inaczej los zdecyduje za nas.
Rozdział 2
Musiałem przerwać rozmyślania, gdy przekroczyłem próg mostka. Przejąłem dowodzenie, zwalniając Bradleya, przysadzistego mężczyznę o muskularnych ramionach.
Koniec końców postanowiłem, że Hansen pozostanie moim oficerem wykonawczym. Był najbardziej kompetentnym dowódcą, nie licząc mnie. Jednak kompetencje i zaufanie to dwie różne rzeczy, a ja nadal miałem pewne wątpliwości co do jego motywacji. Niezbyt wielkie, ale wystarczające, żebym ustawiał nam zmiany w tym samym czasie. Wolałem mu patrzeć na ręce i nie dawać zbyt wielkiej swobody. Właśnie dlatego kazałem Bradleyowi i kilku innym osobom pilnować mostka pod naszą nieobecność. Dodatkowy plus był taki, że niepilnowani oficerowie wyrabiali sobie poczucie obowiązku.
- Poproszę o raport sytuacyjny - powiedziałem.
- Bez zmian, sir - zameldował Bradley. - Chłoniemy dane jak gąbka, ale nadal nic w nas nie skierowano, żadnych transmisji ani innych oznak, że nas wykryli. To trochę dziwne.
- Czemu?
- Cóż, można by pomyśleć, że jeśli w układzie są trzy rasy rozumne, to choć jedna powinna mieć oko na pierścień albo nawet go pilnować.
- Jesteśmy cholernie daleko od centrum, więc może o to chodzi. Co najmniej tak daleko, jak Pluton od Słońca. Sześć, siedem godzin świetlnych?
- Mniej więcej - przytaknął Bradley.
- A brązowy karzeł, przy którym mieszkają tamci straszni z wyglądu kosmici, znajduje się jeszcze dalej, prawda?
- Tak, sir. Mniej więcej sześć razy dalej, czterdzieści godzin świetlnych od centrum układu. Hoon napisał w swoim wstępnym raporcie, że gdyby znajdował się bliżej, pewnie zdestabilizowałby cały układ. Brązowy karzeł to najmniejszy możliwy obiekt gwiazdopodobny. Ten tutaj posiada masę zaledwie osiemdziesiąt razy większą od Jowisza. Niektórzy naukowcy powiedzieliby, że brązowych karłów nie można nawet nazywać gwiazdami.
Pokiwałem głową z zadowoleniem.
- Widzę, że się pan dokształca.
- Zawsze ciekawiła mnie astronomia, a teraz, gdy nikt nie próbuje nas wykończyć, zabijam czas, czytając najświeższe pliki. - Znacząco uniósł brwi. - Wszystkie najświeższe pliki.
Skinąłem głową na znak, że rozumiem. Miał na myśli niedawno utajniony raport Marvina na temat obcych ras.
- W takim razie rozumie pan, czemu proszę o dyskrecję - powiedziałem, zniżając głos.
- Tak...
- Dobrze. - Odwróciłem się do holowyświetlacza i dostroiłem ustawienia, a potem wezwałem Bradleya machnięciem ręki. - Jakieś ślady innych pierścieni? Oprócz tych przy planetach i tego, którym przylecieliśmy?
- Na razie nie, sir. Kazałem Bensonowi rozpocząć skanowanie grawitonowe, bo akurat te czujniki nie ucierpiały w walce. Jeszcze nie skończył. Pył gwiezdny, z którego zrobione są pierścienie, ma bardzo wysoką gęstość, więc to chyba najlepszy sposób poszukiwania obiektów, które stworzyli Pradawni.
- Dobry pomysł, poruczniku - powiedziałem, klepiąc Bradleya w ramię. - Widzę, że zaczyna pan myśleć jak oficer. Przejmuje pan inicjatywę i patrzy na sytuację z szerszej perspektywy. Tak trzymać.
- Dziękuję, sir. - Bradley pęczniał z dumy.
- Ma pan coś do dodania? Coś, czego nie znajdę w dzienniku pokładowym?
Przygryzł wargę, ale w końcu zaprzeczył.
- W takim razie może pan odejść. Widzimy się przy następnej zmianie warty.
- Sir?
- Tak, Bradley?
- Skoro istnieje... yy, to znaczy, o ile to możliwe... miejsce na urlop, nawet jeśli to nie jest raj... mówię w imieniu załogi, że chybaby nam się przydał. To znaczy urlop.
- Dziękuję, poruczniku, zapamiętam tę prośbę. A teraz proszę udać się na zasłużony odpoczynek.
- Dziękuję, kapitanie. - Zasalutował krótko i oddalił się w stronę mesy.
Co takiego Adrienne mówiła o nadziei? Zdaje się, że miała rację, a ja będę musiał ją przeprosić. Znowu.
Zająłem się obowiązkami i zajrzałem do dziennika pokładowego. Zostało nam pięć jednostek: Nieustraszony, Tropiciel, Chart i dwie fregaty nanitów.
- Nieustraszony, połącz mnie z kapitanem Kreelem na pokładzie Tropiciela - powiedziałem.
- Kanał otwarty.
- Jak przebiegają naprawy, Kreel? - zapytałem.
Wszystkie nasze jednostki dryfowały aktualnie w pobliżu skupiska asteroid, a marines, członkowie załogi i Jastrzębie - brakowało tylko Marvina - pracowali bez wytchnienia przy wydobyciu i przetwarzaniu surowców, których desperacko potrzebowaliśmy.
- Powoli, kapitanie Riggs - odparł Kreel. - Porucznik Turnbull przypisała wyższy priorytet Nieustraszonemu. I słusznie.
- Przykro mi, ale właśnie na krążowniku znajduje się nasza jedyna fabryka nanitów. Lepiej, żeby ten najważniejszy okręt odzyskał pełną sprawność jak najszybciej.
- Nie ma potrzeby przepraszać. Ja tylko stwierdziłem fakt.
- Udało się przekonać fregaty, żeby produkowały dla was części zamienne?
- Nie, ich maszynowe intelekty nie są skłonne do współpracy.
Westchnąłem.
- Fabryki musi krok po kroku zaprogramować ktoś obeznany w systemach cybernetycznych, inaczej nigdy nie zrobią tego, co chcecie. Macie kogoś takiego?
- Nie. Wszyscy jesteśmy wojownikami.
- Cholera. - Zastanowiłem się, ale nie przyszło mi do głowy żadne oczywiste rozwiązanie. - Niestety, okręty nanitów nie lubią wpuszczać obcych na pokład, zwłaszcza przedstawicieli gatunku innego niż personel dowódczy. W przeciwnym razie wysłałbym kogoś z ludzkich techników.
- Może wasz myślący robot mógłby je przeprogramować - zasugerował Kreel.
- Już tego próbowałem. Nanity nie lubią go jeszcze bardziej niż organizmów biologicznych. Chyba uznają go za zdeformowanego makrosa.
- W takim razie okręty nanitów będą kontynuować proces replikacji.
- Zgoda.
Jakiś czas temu poleciłem Jastrzębiom we fregatach, żeby kazały jednostkom samodzielnie wydobywać surowce z asteroid i konstruować kopie samych siebie przy użyciu ich wewnętrznych fabryk. Wybudowanie choćby jednego okrętu trwałoby kilka tygodni, ale na przestrzeni lat mogłyby zbudować dla mnie nową flotę. Nie mogliśmy im dać nic lepszego do roboty.
- Porozmawiam z porucznik Turnbull i spróbuję zdobyć dla Tropiciela trochę części zamiennych - ciągnąłem. - Będziemy tu siedzieć i się naprawiać, aż odzyskamy pełną sprawność bojową, chyba że wcześniej sytuacja zmusi nas do odlotu. Coś jeszcze was niepokoi?
- Nie, sir. Żyjemy, by służyć.
- Dobrze to słyszeć. Bez odbioru.
Rozłączyłem się i odetchnąłem głęboko. Rozmowy z kosmitami, nawet tymi przyjaznymi, przyprawiały mnie o ból głowy. Podejrzewałem, że rozboli mnie jeszcze nieraz.
Dwie godziny później sprawdziło się moje przeczucie.
- Odbieram wiadomość od gatunku numer dwa - odezwała się sztuczna inteligencja okrętu.
- Którzy to?
- Mieszkańcy gazowego olbrzyma, oczywiście - odpowiedział Nieustraszony z nutką irytacji.
- Ani mi się waż gadać jak Marvin.
- Polecenie niezrozumiałe.
- Nieważne. Od teraz nazywajmy ich Wielorybami, dobrze?
Obcy zamieszkujący podobny do Jowisza świat posiadali macki w różnych częściach ciała, ale poza tym przypominali ziemskie wieloryby.
- Zmieniono nazwę.
Odkąd wpadliśmy do pierścienia w układzie Edenu, nikt nie aktualizował mózgu okrętu, który powoli nabierał coraz wyraźniejszych cech osobowości. Przyczyny były dość niejasne i już dawno postanowiłem w to nie wnikać.
- Co takiego mówią Wieloryby? - zapytałem.
- Nie wiadomo. Nie przydzielono mocy obliczeniowej do algorytmów tłumaczeniowych.
- Więc poświęć na to dwadzieścia procent swoich łańcuchów neuronalnych. Ile ci to zajmie?
- W przybliżeniu trzydzieści godzin.
- Żeby przetłumaczyć jedną wiadomość? - upewniłem się z niedowierzaniem.
- Szacunek obejmuje czas potrzebny na opracowanie bazy słownictwa i składni. Późniejsze tłumaczenia powinny odbywać się prawie natychmiast.
- A gdyby pomógł ci Marvin?
- W takim wypadku potrzeba znacznie mniej czasu. Zdolności tłumaczeniowe Marvina przewyższają moje.
Czyżbym wyczuwał w głosie okrętu opryskliwość na wzmiankę o robocie? A może mi się wydawało?
- Połącz mnie z nim - powiedziałem.
- Tu kapitan Marvin - zgłosił się po chwili robot. - Jestem bardzo zajęty, Cody, więc proszę, żebyś maksymalnie skrócił tę rozmowę.
- Zaraz będziesz jeszcze bardziej zajęty. I nawet nie jęcz.
- To niemożliwe, żebym stał się bardziej zajęty, bo już teraz pracuję ze stuprocentową wydajnością, zarówno fizycznie, jak i neuronalnie. W przeciwieństwie do istot biologicznych nie męczę się, nie potrzebuję przerw ani nie oszczędzam sił. Nie potrafię też jęczeć.
- Nieprawda - prychnąłem. - Może nie dosłownie, ale zdecydowanie potrafisz narzekać.
- To naturalne, że się nie cieszę, kiedy ktoś wtrąca mi się w plany. Dobieram swoje priorytety racjonalnie, biorąc pod uwagę...
- Dobra, dobra, nieważne. Musisz zmienić te priorytety i poświęcić dwadzieścia procent mocy obliczeniowej na tworzenie bazy danych języków Elladian oraz Wielorybów. Współpracuj z Nieustraszonym i zadbaj, żeby potrafił tłumaczyć równie sprawnie jak ty.
Nie zamierzałem znowu polegać wyłącznie na Marvinie. Przecież gdy po raz pierwszy zetknęliśmy się z obcymi, jego błędne tłumaczenie doprowadziło do pożarcia kapitana i oficerów.
- Myślałem, że moim najwyższym priorytetem jest naprawa okrętu.
- Nadal tak jest. Dlatego proszę cię tylko o dwadzieścia procent, a osiemdziesiąt masz przeznaczyć na naprawy. Przy okazji, udało ci się zgubić tamte rakiety, które cię goniły?
- Zmiana priorytetów zakończona. Bez odbioru.
- ...Marvin?
Zerwał połączenie i nie udało mi się ponownie otworzyć kanału. Za każdym razem słyszałem automatyczną odpowiedź, że w tej chwili nie można nawiązać łączności. Zastanowiłem się i doszedłem do wniosku, że chyba zrozumiał polecenie zbyt dosłownie: dwadzieścia procent na tłumaczenie, osiemdziesiąt na naprawy, zero na rozmowę. Albo to, albo mnie unikał. Prawdopodobnie i jedno, i drugie.
Chciałem dowiedzieć się więcej o rakietach, których wystrzelenie sprowokował, ale uznałem, że teraz to bez sensu i że robot złoży meldunek w dogodnym dla siebie momencie. Może zaczeka, aż skończy im się paliwo, albo wyśle w ich stronę sygnał zakłócający, który uniemożliwi detonację. Wtedy zabrałby je na pokład i sprawdził, co mają w środku. Nie po raz pierwszy.
- Nieustraszony, daj znać, kiedy wiadomość od Wielorybów zostanie przetłumaczona z dużym wskaźnikiem pewności. Powiedzmy: dziewięćdziesiąt dziewięć procent.
- Przyjąłem. Przewidywany czas do ukończenia: pięćdziesiąt jeden minut.
- Znacznie lepiej.
Interesujące. Wystarczyła odrobina algebry na poziomie liceum, żeby obliczyć, że Marvin jest ponad trzydzieści razy skuteczniejszy od Nieustraszonego, jeśli chodzi o tłumaczenia.
Zająłem się przeglądaniem danych z czujników. Ellada, planeta zamieszkana przez humanoidów, uderzająco przypominała Ziemię w najdrobniejszych szczegółach. Posiadała nawet księżyc zaledwie o kilka procent mniejszy od naszego.
Jeden z pierścieni międzygwiezdnych, umieszczony w punkcie Lagrange'a, okrążał planetę wraz z naturalnym satelitą Ellady, wyprzedzając księżyc na jego orbicie. Nie wykryliśmy tam jednak żadnych jednostek ani fortecy strzegącej dostępu do artefaktu Pradawnych. Prawdę mówiąc, w pobliżu nie znajdowało się nic oprócz kilku anten komunikacyjnych.
Wniosek nasuwał się sam - pierścień nie działał. Niewykluczone, że Elladianie potrafili go aktywować i robili to tylko w razie potrzeby. Jednak o ile mi wiadomo, tylko Marvin umiał kontrolować pierścienie - jeśli można to nazwać kontrolą - więc bardziej prawdopodobne, że mieszkańcy planety nie mieli pojęcia, jak zmusić artefakt do działania.
Sytuacja studziła moją nadzieję, że ich pierścień okaże się łatwą drogą powrotną do znanej przestrzeni. Jednak może Marvinowi uda się go wykorzystać chociaż do komunikacji - albo nawet aktywować.
Podobieństwo Ellady do Ziemi kazało mi w pierwszej kolejności nawiązać komunikację z jej mieszkańcami. Nawet jeśli nie znali sposobu na powrót do Układu Słonecznego, może zainteresowałby ich fakt, że gdzieś w tej samej Galaktyce istnieje bliźniacza planeta. Postanowiłem, że polecimy na ich świat, gdy tylko skończymy naprawy.
Następnych pięćdziesiąt minut upłynęło mi na szczegółowym badaniu Ellady. Punkt Lagrange'a położony za księżycem zajmowała flota złożona z co najmniej stu okrętów o rozmiarach krążownika i większych. Obszar stanowił naturalny parking, stabilne miejsce, gdzie konieczne były tylko minimalne korekty orbity. Uznałem więc te jednostki za okręty wojenne, ponieważ frachtowce albo statki pasażerskie kursowałyby tu i tam, zamiast tkwić w jednym miejscu.
Prawdę mówiąc, wykryliśmy też spory ruch między Elladą a jej księżycem oraz kilkoma asteroidami na orbicie planety. Byłem pewien, że kiedy skończymy naprawiać czujniki, znajdziemy tam również stocznie kosmiczne.
Planeta Wielorybów, oznaczona jako Trójca-9, przypominała większość gazowych olbrzymów. Ogromny świat okrążały dziesiątki księżyców. Trzy były spore, reszta miała rozmiary asteroidy. Na tych większych umieszczono jakiegoś rodzaju instalacje, na niektórych mniejszych zresztą też. Pewnie służyły do zbierania surowców i celów obronnych.
Ponieważ Trójca-9 znajdowała się znacznie bliżej nas, a konstrukcje Wielorybów miały większe rozmiary, bez problemu dostrzegłem na ich orbicie flotę około dwustu okrętów wojennych. Nie musiałem domyślać się ich przeznaczenia, bo wyraźnie widziałem uzbrojenie.
Zaintrygował mnie fakt, że obie rasy z planet wewnętrznych posiadały pokaźne siły zbrojne. Zastanawiałem się, czy są wrogami, czy też sprzymierzyli się przeciw potwornej rasie, którą zaczęliśmy nazywać Demonami, a która zamieszkiwała planetę przy brązowym karle na obrzeżach układu. Myśl, że Demony zazdrościły im planet wewnętrznych oraz zasobów, wydała mi się intuicyjna.
Przekonałem się, że większość obcych ras pragnie zdominować i ograbić sąsiednie cywilizacje. Pod tym względem nie różniły się zbytnio od ludzi.
Niestety, brązowy karzeł znajdował się tak daleko, że ledwo byłem w stanie dostrzec planetę okrążającą go po ciasnej orbicie. Wiedziałem tylko tyle, że jest o połowę większa od Ziemi, ale posiada mniejsze oceany.
- Tłumaczenie gotowe - oznajmił Nieustraszony, przerywając mi rozmyślania.
- Pokaż.
Na ekranie wyświetlił się tekst:
Przybysze, witamy was przyjaźnie i w pokoju w imieniu Porozumienia (nieprzetłumaczalna nazwa, zmieniono na: Wielorybów). Mamy do zadania wiele pytań, ale i wiele odpowiedzi do udzielenia. Niestety, ten układ gwiezdny jest w stanie wojny. Nam oraz (Elladianom) zagraża rasa insektoidów, które nazywamy (Demonami). Ich obłąkany bóg każe im atakować wszystko wokół. Musicie się bronić. Zmieńcie pozycję przed upływem dziewiętnastu dni i siedmiu godzin. Czekamy na waszą odpowiedź z otwartymi czaszkami.
Namyślałem się przez kilka minut.
- No cóż, skoro Elladianie przypominają greckich bogów, już wiem, jak nazwiemy brązowego karła. Nieustraszony, oznacz go jako Tartar. W greckiej mitologii to odpowiednik piekła.
- Nazwa przypisana.
Właśnie miałem zwołać zebranie oficerów, żeby omówić wiadomość od kosmitów, gdy mózg okrętu znów się odezwał:
- Wykryto wystrzelenie pocisków.
Nie mogłem przywyknąć do beznamiętnego tonu, jakim komputer zapowiadał swoje potencjalne zniszczenie. Nieustraszony wkurzał się, kiedy musiał zmienić alokację zasobów, ale zapowiadając nadchodzącą bitwę, był spokojny jak nigdy.
Rozdział 1
Eskadra Demonów wisiała w przestrzeni kosmicznej między swoją planetą a moim Nieustraszonym. Jednostki ukrywały się, ograniczając emisje, więc ich załogi nie podejrzewały, że im się przyglądam.
W normalnych warunkach grupa nieruchomych okrętów wojennych byłaby niezbyt ciekawa - tyle że właśnie zbliżał się do nich intruz. Demony ewidentnie nie wiedziały, co mają myśleć o osobliwie zaprojektowanym statku, który nagle pojawił się w ich wycinku kosmosu. My zresztą też, dopóki czujniki optyczne dalekiego zasięgu nie pokazały siedmiu macek zwisających ze spodniej strony jednostki. Nie posiadała uzbrojenia, nie przypominała też statku kupieckiego.
Tą jednostką był, rzecz jasna, pilotowany przez Marvina Chart. Marvin był chyba najciekawszym członkiem mojej ekspedycji, robotem, który sam siebie skonstruował z części zapasowych, ale nigdy nie uznał pracy za ukończoną. Chart to natomiast szybki jacht kosmiczny, z którym scalił się Marvin - trochę jak krab pustelnik biorący w posiadanie pustą muszlę.
- Co teraz zrobią? - zapytała Adrienne i podeszła, żeby wymasować mi barki. Miała na sobie jedynie ręcznik. Niestety, nanowłókienka inteligentnego materiału sczepiały się, utrzymując tkaninę w miejscu i z irytującą skutecznością zakrywając newralgiczne miejsca.
Znajdowaliśmy się we wspólnej kajucie na pokładzie Nieustraszonego. Choć powinno to być jedyne miejsce wytchnienia od obowiązków, niedawno zacząłem znosić tu różne elementy wyposażenia. Może postąpiłem nierozsądnie? Jak kapitan ma się zrelaksować, skoro nawet w prywatnej kwaterze pozostaje na elektronicznej smyczy?
- Nie wiem - odpowiedziałem, z napięciem wpatrując się w peryskop, połączony z zewnętrzną kamerą. - Demony zawsze bawią się w kotka i myszkę z innymi światami. Dla nich to jak zimna wojna. Ale na pewno się nie ucieszyły, że jakiś obcy statek odkrył ich rzekomo niewykrywalne jednostki.
Po trzech minutach Demony podjęły decyzję. W kierunku intruza pomknęła pojedyncza rakieta.
Odniosłem wrażenie, że Marvin w pełni świadomie zbliżył się do floty, która miała się za niewidzialną. Wyobrażałem sobie, jak jego macki wiją się w kokpicie z podekscytowania, kiedy robot łapczywie chłonął informacje o tym nowym gatunku kosmitów.
Gdy rakieta już miała uderzyć w kadłub Charta, robot odpalił silniki manewrowe i wykonał unik. Pocisk chybił i zaczął zawracać, żeby znów namierzyć cel. Widząc to, Demony wystrzeliły kolejne dwie rakiety, jedną po drugiej.
- Co za szalony blaszak - wymamrotałem. - Nawet nie ucieka.
- Ja też chcę zobaczyć - powiedziała Adrienne, ciągnąc mnie za ramię.
- Musisz zaczekać. Możliwe, że będzie trzeba interweniować.
- A co my możemy? Jesteśmy za daleko.
Oczywiście miała rację, ale i tak patrzyłem dalej.
Marvin zrobił kolejny unik, ale potem wreszcie zawrócił i zaczął uciekać. Może trzy rakiety zaspokoiły jego ciekawość. Obrał kurs na otwartą przestrzeń i ostro przyspieszył.
Oderwałem oczy od peryskopu i złapałem Adrienne za rękę. Nadal trzymała mi dłonie na karku, a tuż przy uchu czułem jej gorący oddech. Wiedziałem, że w tej chwili interesują ją tylko wydarzenia w kosmosie, ale one rozgrywały się dość daleko. Siedzieliśmy w kajucie od kilku godzin, chłonąc wszystkie dostępne informacje na temat nowego układu gwiezdnego, który nazwałem Trójcą. Przydałaby się odrobina relaksu.
- Nawet nie zaczynaj, kapitanie - powiedziała, delikatnie wyślizgując się z mojego uścisku. - Za dziesięć minut zaczynam zmianę. Co się stało z Marvinem?
- Nie wiem. Ucieka, a rakiety go gonią. Przełączę na podgląd ogólny.
Stuknąłem palcem w ścianę z inteligentnego materiału, na której zaraz wyświetliła się duża liczba czerwonych kontaktów. Wierciły się jak chrząszcze szukające czegoś na obiad. Adrienne nie wyszła, tylko bez słowa wbiła wzrok w ekran.
- Myślałem, że wychodzisz, bo obowiązek wzywa - powiedziałem.
- Najpierw mi powiedz, czemu śledzisz załogę Nieustraszonego. Myślałam, że badasz Trójcę i jej trzy inteligentne rasy.
- Poruczniku, nie wiesz, jak wielką aktywnością fizyczną można się wykazać w dziesięć minut?
- Po prostu mi powiedz, kogo śledzisz - zażądała.
- To nie załoga. To nawet nie są ludzie, a przynajmniej tak mi się wydaje. To kosmici zamieszkujący trzecią planetę. Nazywamy ją Ellada.
- Skąd taka nazwa?
- To chyba inne określenie Grecji. Niektórzy uznali, że tamci przypominają starożytnych Greków.
- Ale przecież mówiłeś, że to kosmici...
Obeszła stół, żeby stanąć bliżej wyświetlacza. Wiedziałem, że teraz nie będzie chwili wytchnienia - zwłaszcza takiego, na jakie liczyłem.
- Ich cywilizacja jest pod wieloma względami podoba do ziemskiej - powiedziałem, pokazując zdjęcia miast i parków. Przypominały fantastycznonaukowe ilustracje z czasów mojego ojca.
Adrienne przyjrzała im się uważnie.
- Cody, ci kosmici wyglądają jak zwycięzcy konkursu piękności. Takiego ziemskiego. Jak to możliwe, że wszyscy są przepiękni? Spójrz na tamtego mężczyznę! Co on ma na sobie! Albo raczej czego nie ma...
- Ej, tylko bez takich.
- Co, zazdrosny? Zawsze będziesz moim kapitanem.
Usiadła mi na kolanach, a ja pożałowałem, że inteligentne ręczniki są tak inteligentne. Materiał uparcie wsuwał się między jej skórę a moje dłonie.
- Może tego właśnie nam potrzeba, Cody. Tobie i mnie. Prawdziwy...
- Co? Prawdziwy dom? Właśnie tego się obawiam. Co będzie, kiedy załoga to zobaczy? Co zrobią, kiedy okaże się, że mogą porzucić życie pełne trudów i niebezpieczeństw, żeby zamieszkać w raju?
Postawiłem Adrienne i sam wstałem. Nastrój prysł, stłamszony problemami dnia codziennego, co ostatnio zdarzało się zbyt często. Wyłączyłem wyświetlacz. Żałowałem, że w ogóle jej to pokazałem.
Adrienne zacisnęła wargi.
- A skąd pewność, że ci kosmici nas do siebie zaproszą? Pandy też mieliśmy za słodkie i puchate, pamiętasz? A potem pożarły nam oficerów. Możliwe, że ci kosmici uznają nas za brzydkich i każą nam się trzymać z daleka.
- Obyś miała rację.
Westchnęła.
- Wolałabym się mylić. Chcę, żeby planeta okazała się rajem. Została nam tylko nadzieja. A gdyby udało się tam zamieszkać? Rozpocząć nowe życie, wychować dzieci... - Widząc wyraz mojej twarzy, chwyciła mnie za ubranie. - Oczywiście będziemy nadal szukać drogi powrotnej na Ziemię. Ale mielibyśmy tutaj bazę wypadową z mnóstwem zasobów i... nie czulibyśmy bez przerwy takiej desperacji.
- Po prostu się boję - przyznałem. - Przypominają mi się załogi pierwszych europejskich żaglowców, które natrafiły na rajskie wysepki Oceanii. Spokojny tryb życia i chętne kobiety... Nie trzeba było długo czekać na masowe dezercje, spadek dyscypliny, a nawet bunty. Nie zapominaj, że duża część naszych ludzi nie przeszła szkolenia w Akademii. Istnieje zagrożenie, że tu będzie podobnie.
- Więc tak o nas myślisz? - zapytała ostro. - Tak myślisz o mnie? Że skoro nie ukończyliśmy tej samej szkoły co ty, to jesteśmy niepiśmienną hołotą, którą trzeba przykuć do pokładu łańcuchami, żeby nie uciekła? Że zdezerterujemy przy pierwszej okazji? Że ja zdezerteruję? Na litość boską, należymy do Sił Gwiezdnych i się nie zbuntujemy, i... zaraz się spóźnię, kapitanie.
Znowu to zrobiłem. Czemu nie umiem po prostu trzymać języka za zębami?
Zrzuciła ręcznik na podłogę, a zanim włożyła mundur, dobrze przyjrzałem się temu, do czego pewnie nie będę miał dostępu przez długi czas.
- Posłuchaj, Adrienne, obyś miała rację, ale ja spędziłem z marines i resztą załogi dość czasu, żeby wiedzieć, jak oni myślą. W sytuacji kryzysowej potrafią być odważni i zaradni, ale skupiają się na najbliższej przyszłości: następny posiłek, następne piwo, następny numerek. Dla nich nie ma sensu wybiegać myślami dalej, bo jutro mogą nie żyć. Więc kiedy pojawi się wystarczająco silna pokusa...
W odpowiedzi łypnęła na mnie ze złością, po czym zasalutowała sarkastycznie i odwróciła się do wyjścia.
- Zaczekaj...
- To był rozkaz, kapitanie?
- A musi być? Dobra, tak, to rozkaz.
Zatrzymała się, nadal odwrócona plecami.
- Szczegóły na temat Ellady muszą pozostać między nami. W sumie to... Nieustraszony?
Kiedy zwracałem się do okrętu, ten zawsze odpowiadał. Nigdy nie przestawał słuchać, choć z reguły nie interesowało go nasze prywatne życie.
- Nieustraszony, kto otwierał te pliki oprócz mnie i Marvina? - zapytałem.
- Niedawno zrobił to komandor podporucznik Hansen - odpowiedział natychmiast okręt. - W ciągu ostatnich dwóch tygodni przeglądali je również porucznicy Bradley i Sakura.
- Przekaż im w prywatnych wiadomościach, że ograniczam dostęp do tych informacji. Są przeznaczone tylko dla oczu oficerów. Aha, i dla Kwona.
- Ograniczenia wprowadzone. Wiadomości wysłane.
- Załoga i tak się dowie - skwitowała Adrienne. - Na pokładzie plotki rozchodzą się z prędkością światła.
- Chodzi o to, żeby je spowolnić, a nie powstrzymać. I żeby załoga nie zamieniła fotografii z Ziemi na zdjęcia i nagrania Ellady.
- To wszystko, sir?
- Adrienne, ja... Tak, to wszystko. Możesz odejść.
Wyszła naburmuszona. Nie zawsze rozumiałem kobiety.
Musiałem wracać na mostek. Potrzebowałem czasu, żeby sobie to wszystko ułożyć w głowie. I nie chodziło o spięcie z Adrienne, bo wiedziałem, że się pogodzimy. Ale ci kosmici? Czy naprawdę mogli być ludźmi? A jeśli byli, jak to możliwe? Ewolucja zbieżna mogła doprowadzić do pewnych wspólnych cech, takich jak dwunożność, ale nie wyjaśnia uderzającego podobieństwa między ludźmi i Elladianami. A z drugiej strony, porozumiewali się dziwacznym językiem.
Jedyne proste wyjaśnienie tych podobieństw było niepokojące. Czyżby życie przeniosło się z naszej planety na Elladę - albo odwrotnie? Biorąc pod uwagę fakt, że dysponowaliśmy technologią lotów kosmicznych od mniej więcej stulecia, stawiałbym kredyty przeciwko orzechom, że transfer odbył się stamtąd na Ziemię.
Wnioski były oszałamiające.
Zawsze byli ludzie, którzy wierzyli w "starożytnych astronautów", choć sam się do takich nigdy nie zaliczałem. Jednak w obliczu takich istot jak Elladianie musiałem chyba zrewidować poglądy. Jeśli w przeszłości nas odwiedzili, kto wie jakie mieli relacje z ludźmi?
Moja prywatna teoria była taka, że rasa kosmitów - może Niebiescy, może Pradawni - w pewnym momencie przeniosła garstkę ludzi z jednej planety na drugą, a my rozmnożyliśmy się na nowym świecie, jak tych słynnych kilkanaście królików, które kiedyś zabrały się na gapę do Australii.
Rzecz jasna, w tym przypadku mogło to być celowe i bardziej wyrafinowane. Niewykluczone, że zmodyfikowano DNA ssaków naczelnych tak, aby zmienili się w ludzi. Ewolucyjnego przeskoku od małp do Homo sapiens nigdy do końca nie wyjaśniono. W skali historii naturalnej dokonał się stosunkowo szybko, wręcz błyskawicznie.
Napomniałem się w myślach, że to wszystko nie ma teraz znaczenia. Musiałem podjąć pewne decyzje. Podejrzewałem, że moja ciekawość zwycięży i koniec końców spotkamy tych kosmitów. W sumie, czemu nie? Wspaniale byłoby wrócić na Ziemię z odpowiedzią na jedno z najstarszych pytań - o pochodzenie ludzkości.
Z jakiegoś powodu pomyślałem o moim ojcu, Kyle'u Riggsie. O ile wiem, nigdy nie dokonał tak przełomowego odkrycia.
Uśmiechnąłem się.
"Spróbuj to przebić, staruszku".