25 września
2404
VFA-44 "Dragonfires"
Układ Eta Boötis
Godzina 3.11 TFT
Porucznik Marynarki[4] Trevor Gray spoglądał na cyfry malejące od dziesięciu
do zera, podczas gdy komputer pokładowy starhawka odliczał czas
do wystrzelenia. Oficer utrzymywany był przez mikrograwitację
głęboko w kadłubie lotniskowca, ale bardzo szybko miało to ulec
zmianie.
- Trzy - oznajmił miły kobiecy głos
- dwie... jedna... Start!
Przyspieszenie wcisnęło go w piankę
siedzenia, potworna łapa ścisnęła klatkę piersiową i płuca,
czyniąc oddychanie prawie niemożliwym. Przy siedmiu g obraz świata
dookoła zgasł...
...a potem rozbłysnął ponownie, gdy tylko
ustały sensacje związane z wagą. Przebycie dwustumetrowego kanału
startowego zajęło starhawkowi dwie i trzydzieści dziewięć setnych
sekundy. Gdy pojazd znalazł się w przestrzeni, zaczął oddalać się
od "Ameryki" z prędkością stu sześćdziesięciu siedmiu metrów
na sekundę.
- Niebieski Omega Siedem, czysto -
zameldował Trevor.
- Omega Osiem, czysto - jak echo
powtórzył natychmiast kobiecy głos. Katie Tucker, jego skrzydłowa,
wystrzelona w tym samym momencie z bliźniaczego kanału startowego,
znajdowała się gdzieś na sterburcie myśliwca Graya.
Porucznik wrzucił na wyświetlacz
widok wsteczny i zobaczył szybko malejący dysk tarczy ochronnej
lotniskowca. W ciągu kilku sekund zmieniła się ona w błyszczący
punkt, niemożliwy do odróżnienia wśród gwiazd. Wśród zimnych
i odległych ciał niebieskich pozostałe myśliwce VFA-44, a nawet
okręt flagowy floty Konfederacji wydawały się zagubione w czarnej
pustce.
- Pełny obraz frontalny.
Panorama z kokpitu SG-92 Starhawk
była oczywiście całkowicie cyfrową iluzją. Na polecenie pilota
obraz z tyłu znikł z szerokoekranowego wyświetlacza i zastąpiony
został przez widok innych gwiazd. Jedna z nich, dokładnie na wprost,
błyszczała szczególnie jasno - to lokalne słońce, znajdujące
się jednak zbyt daleko, aby można było zobaczyć sam dysk.
Na lewo i nieco niżej inna czerwono-złota
gwiazda świeciła intensywnie. Dwa razy silniej niż Wenus widziana
z Ziemi. Gray wiedział z odprawy, że to Arktur, odległy jedynie
o trzy lata świetlne.
Arktur nie był jego problemem. Już
nie.
I jeszcze nie.
- Obraz - polecił. - Okręty
eskadry.
Błyskając na zielono, romboidalne
ikony pojawiły się w górnej, dolnej oraz lewej części
wyświetlacza. Każda z nich uzupełniona była ciągiem alfanumerycznym
podającym numer okrętu i sygnał wywoławczy pilota. Gray poczuł
się odrobinę mniej samotny. Osiem pozostałych starhawków wokół
niego tworzyło krąg o średnicy dziesięciu kilometrów. Po kilku
minutach pojawiły się kolejne trzy myśliwce, zajmując miejsce
w eskadrze.
Formacja była gotowa.
- OK, dzieciaki - powiedziała
komandor[5] Marissa Allyn w sieci dowodzenia. Była dowódcą VFA-44
i szefem pilotów podczas tej operacji. - Konfiguracja do wielkich
przyspieszeń.
Wszystkie starhawki opuściły kanały
startowe w standardowej konfiguracji. Wyglądały jak dwudziestometrowe
czarne igły, które w środkowej części swych gładkich jak
lustro kadłubów posiadały wybrzuszenie mieszczące kabinę pilota
i urządzenia nawigacyjne. Na komendę Graya jego myśliwiec grawitacyjny
rozpoczął zmianę kształtu. Złożone nanolaminaty, z których
zbudowany był kadłub, zaczęły się przemieszczać, gromadząc wokół
centralnego wybrzuszenia. Po chwili myśliwiec miał kształt zbliżony do
jaja z mocno wydłużoną częścią ogonową. Pękata bańka skierowana
była w stronę odległego, połyskującego na złoto Eta Boötis.
- Dowódca Niebieskich Omega, tu Omega
Siedem - zameldował Trevor. - Włączony tryb plemnika. Gotów do
przyspieszenia.
Piloci myśliwców grawitacyjnych
twierdzili, że ich pojazdy w trybie przystosowanym do ogromnych
przeciążeń wyglądają jak wielkie plemniki. Okręt miał obecnie
tylko pięć metrów szerokości i siedem długości, nie licząc
cienkiego ogona, lecz nadal ważył dwadzieścia dwie tony.
- "Ameryka", BCI, tu Niebieski Omega
Jeden, uderzenie Alfa - zgłosiła Allyn. - Zakończona pierwsza
faza lotu. Wszyscy Niebiescy opuścili okręt macierzysty i utworzyli
formację. Gotowi do przyspieszenia.
- Przyjąłem, Niebieski Omega Jeden -
odpowiedział głos z bojowego centrum informacyjnego. - Kontrola
pierwszej fazy lotu potwierdza przekazanie prowadzenia formacji do
BCI. Macie pozwolenie na przyspieszenie grawitacyjne.
- Potwierdzam eskadrę gotową
do skoku - powiedziała Allyn. - Nie zapomnijcie o nas na
"Ameryce"!
- Bez obaw, Niebieski Omega. Cały czas
będziemy wam siedzieć na tyłkach.
Gray wiedział, że nie było to do końca
prawdą. Zgodnie z planem operacyjnym grupa bojowa miała podążać
za nimi, ale upłynie pełnych osiemnaście godzin, zanim dotrze do
planety.
Do tego czasu eskadra zdana jest tylko
na siebie.
- Grupa uderzeniowa Niebieski Omega, tu
Omega Jeden. - powiedziała Allyn w wewnętrznej sieci dowodzenia. -
Uruchomić połączenie taktyczne.
Gray skupił myśli i w odpowiedzi
poczuł lekki ucisk na lewej dłoni. Dwanaście myśliwców zostało
połączonych promieniami lasera. Ich komputery pokładowe tworzyły
teraz jeden elektroniczny organizm.
- Ustawić przyspieszenie grawitacyjne na
pięćdziesiąt kilo - kontynuowała komandor. - Za trzy... dwie...
jedną... TERAZ!
Przed starhawkiem Graya otworzyła się
pustka przyspieszenia grawitacyjnego.
Spadał.
W rzeczywistości pojazd nabierał
prędkości z przyspieszeniem równym pięćdziesięciu tysiącom
g, poruszając się po wyimaginowanej krzywej wyznaczonej przez
komputer. Ponieważ wszystkie siły działały tak samo na każdy atom
starhawka, jak i porucznika Graya, ten ostatni nie został wprasowany
w ścianę pojazdu. W zasadzie nie czuł nic prócz całkiem przyjemnych
wrażeń towarzyszących zerowej grawitacji.
W czasie pierwszych dziesięciu sekund
po rozpoczęciu przyspieszania na pozór nie było żadnych oznak tego,
że jego prędkość z każdą sekundą rośnie o pół miliona metrów
na sekundę. Gwiazdy pozostały na swoich miejscach, niewzruszone.
Za minutę formacja poruszać się będzie
z prędkością trzech tysięcy kilometrów na sekundę, czyli jedną
setną prędkości światła.
Za dziesięć minut osiągną prędkość
c.
Dla myśliwca uderzeniowego prędkość
jest najważniejsza.
BCI, TC/USNA CVS "Ameryka"
Pas Kuipera, układ Eta Boötis
Godzina 3.12 TFT
Admirał Alexander Koenig obserwował
powoli rozrastającą się zieloną sferę, przedstawiającą przestrzeń
bitwy. Obraz obejmował obecnie cztery minuty świetlne i wciąż
rósł. Zameldowała się około połowa okrętów należących do
Grupy Bojowej "Ameryka". Pozostałe były w pobliżu, ale na tyle
rozproszone po nawigacji w metaprzestrzeni, że ich meldunki nie dotarły
jeszcze do okrętu flagowego.
Bojowe centrum informacyjne "Ameryki",
zlokalizowane tuż za mostkiem, pomimo dużych rozmiarów sprawiało
wrażenie przeładowanego i ciasnego. Przystosowane było do
funkcjonowania w mikrograwitacji. Stanowiska pracy personelu BCI
pozwalały na połączenie z systemami okrętu i innymi stacjami
roboczymi. Nad każdym stanowiskiem wznosiła się półsferyczna kopuła
panoramicznego wyświetlacza, na którym pokazywany był obraz nieba
zbierany przez czujniki umieszczone w gigantycznym "kapeluszu"
okrętu. Wyświetlacz przestrzeni lokalnej znajdował się na
podwyższeniu na środku centrum, tuż pod stacją Koeniga. Ruchami dłoni
wewnątrz unoszącej się przed nim błyszczącej konsoli dowódca mógł
powiększać dowolny fragment sfery i obracać go.
Grupę bojową tworzyło dwadzieścia
siedem jednostek. W jej skład wchodziły pancerniki, ciężkie
krążowniki, cztery niszczyciele, pół tuzina fregat, mała flotylla
okrętów zaopatrzenia i remontowych oraz osiem przydzielonych okrętów
desantowych, wszystkie puste. Do chwili obecnej tylko dziewięć okrętów
połączonych było w sieć.
O! Dobrze. Ciężki krążownik
"Kinkaid" znajdował się już w polu widzenia, w odległości
dwóch minut świetlnych. Możliwości ogniowe "Kinka" mogły
okazać się bardzo potrzebne, gdyby ta operacja przerodziła się
w całą bitwę między flotami... a Koenig był pewien, że tak się
stanie. Niszczyciele "Kauffman" i "Puller" dołączyły do sieci
komunikacyjnej. Ich obecność będzie niezbędna, jeśli - nie jeśli,
lecz gdy - Turusch va Sh'daar zauważą grupę bojową i wyślą
jej na spotkanie swoje ciężkie myśliwce.
Jak na razie, w sieci było więc
jedenaście jednostek.
Cień wysokiej, szczupłej sylwetki
prześlizgnął się przez salę i zatrzymał przy obrazie Eta
Boötis. John Quintanilla, polityczny doradca grupy bojowej, oparł się
o fotel admirała.
- Nie powinniśmy przypadkiem
przyspieszać? - zapytał cywil.
- Nie, dopóki reszta grupy nie połączy
się z nami - odpowiedział Koenig.
- Pana rozkazy z Komisji Wojskowej Senatu
- powiedział Quintanilla, zniżając głos - nakazują dotrzeć do
sił Gormana w jak najkrótszym czasie. Czas jest decydujący! Generał
nie utrzyma się długo.
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę,
panie Quintanilla.
- Te myśliwce, które pan wysłał, nie
mają wielkich szans przeciw flocie Turuschów. Pana rozkazy...
- Moje rozkazy, panie Quintanilla -
przerwał mu Koenig - zakładają utrzymywanie grupy w nienaruszonym
stanie... Na ile pozwoli na to sytuacja bojowa.
Koenig poruszył dłońmi, nakazując
komputerowi wygenerowanie obrazu planety odległej o dziewięć i pół
roku świetlnego.
- Nie pomożemy generałowi Gormanowi,
jeśli będziemy tracić po kilka okrętów na raz.
- Ale...
- Tego właśnie możemy się spodziewać,
panie Quintanilla - Koenig ponownie przerwał cywilowi.
Kula na środku BCI powiększyła się
gwałtownie, ukazując gęstą sieć czerwonych punktów, skupionych
przy jednej półsferze. Każdemu z nich towarzyszył ciąg znaków
obrazujących masę, wektor i prawdopodobną nazwę.
- Do chwili obecnej udało nam się
zidentyfikować pięćdziesiąt pięć okrętów bojowych. Z całą
pewnością z drugiej strony planety jest ich więcej. W tym starciu
będziemy mieli do czynienia ze znacznie przeważającymi siłami
przeciwnika. Z tego właśnie powodu nie mam zamiaru dodatkowo dzielić
mojej floty!
Większość okrętów wroga orbitowała
dookoła, ale kilka znajdujących nieco dalej hamowało, odwracając
wektory ciągu. Turuschowie ewidentnie gromadzili siły.
- Pan oczywiście wie, co jest najlepsze
- twarz Quintanilli nie wyrażała żadnych emocji - przynajmniej
z militarnego punktu widzenia. Moim zadaniem jest jedynie przypominanie
panu... o politycznych skutkach pańskich decyzji. W ocenie Senatu
generał Gorman jest niezwykle ważną postacią. Senatorowie chcą,
aby powrócił cały i zdrowy.
Koenig ściągnął twarz. Nie znosił
polityków, a jeszcze bardziej nie znosił, gdy politycy bawili się
dzielnymi ludźmi.
- A tak... A Marines Gormana?
- Oczywiście, im więcej Marines uda
się zabrać, tym lepiej.
- Rozumiem. A Mufridzi?
Quintanilla spojrzał uważnie.
- Oczywiście, każdy kolonista, dla
którego znajdzie się miejsce, może być zabrany, szczególnie ci,
którzy posiadają wiedzę o możliwościach Turuschów. Ale przypominam,
że pana priorytetem jest ewakuacja generała Gormana.
- Znam swoje rozkazy - lodowatym
głosem odpowiedział Koenig. - A teraz, jeśli zechce mi pan
wybaczyć...
Poruszył dłońmi w przestrzeni kontrolnej
swej stacji roboczej i elektroniczny obraz Eta Boötis IV ponownie
zniknął, zastąpiony przez mapę przestrzeni bezpośrednio otaczającej
"Amerykę". Na wyświetlaczu pojawiło się więcej symboli
oznaczających okręty bojowe, w tym ikony "Ticonderogi" i "Spirit
of Confederation". Pierwszy z okrętów był ciężkim krążownikiem,
drugi ogromnym okrętem liniowym, którego potężne działa kinetyczne
zdolne były zdematerializować całą planetę.
Niestety, siły Konfederacji nie mogły
zniszczyć planety, nie zabijając przy tym pięciu tysięcy Marines
z Pierwszej Jednostki Ekspedycyjnej i kolonistów, których mieli
chronić.
Quintanilla postał jeszcze chwilę przy
fotelu Koeniga, a następnie odwrócił się i opuścił BCI.
Poniżej stacji roboczej admirała
mieściła się część BCI zwana kanałem orkiestry lub po
prostu kanałem. Dwanaście stacji roboczych znajdujących się
w kanale zajmowanych było przez oficerów pełniących wachty na
"Ameryce". Komandor porucznik Jenis Olmstead, główny oficer
uzbrojenia, pochwyciła wzrok Koeniga i uniosła brwi.
- Od kiedy mikromenadżment stał się
standardem w Marynarce, panie admirale?
- Zajmij się swoim
armatami, uzbrojeniec! - odpowiedział elektroniczny
awatar dowódcy "Ameryki", kapitana marynarki[6] Randolpha Buchanana. Fizycznie przebywał na mostku,
ale holograficzna projekcja jego postaci znajdowała się tuż obok
Koeniga.
- Tak jest, panie kapitanie,
przepraszam.
- Wiesz, że miała rację - powiedział
admirał do Buchanana, ale użył wyświetlacza, a nie głosu. Publicznie
nie powinien krytykować sposobu, w jaki kapitan dowodzi załogą. -
To nie Sh'daarowie nas pokonają. Ani ich sojusznicy. Zrobią to
przeklęci politycy Konfederacji.
Kątem oka admirał zauważył, jak Buchanan
spoważniał, czytając informację.
- Zgadzam się, panie admirale - słowa
pojawiły się na ekranie chwilę później. -
Muszę panu powiedzieć, że wcale mi się to nie podoba.
- Wiem - odpisał Koenig - ale musimy
grać według reguł, które nam narzucono.
Wyglądało na to, że Buchanan waha
się. Następnie awatar spojrzał na Koeniga.
- Jak, do diabła, mamy walczyć
z galaktycznym imperium, panie admirale? - zapytał na głos.
Cholera. Buchanan powinien był zachować
prywatność rozmowy, nadal wymieniając informacje tekstowe. Spojrzawszy
w dół, do kanału, Koenig widział, że Olmstead, Ferris i pozostali
oficerowie uważnie obserwują ekrany swoich stacji roboczych, ale na
pewno nasłuchują. Treść tej rozmowy obiegnie "Amerykę" przed
końcem następnej zmiany.
- Nie wierzę
w "imperia galaktyczne" - powiedział Koenig. - Cały ten
pomysł jest idiotyczny, biorąc pod uwagę rozmiary Galaktyki.
- No cóż, wydaje się, że Sh'daarowie
wierzą w ten pomysł, panie admirale - powiedział obraz Buchanana
- i bardzo wątpię, czy ma znaczenie to, czy zgadzają się w tej
materii z panem, czy nie.
- Kiedy Sh'daarowie się pokażą -
odpowiedział ostrożnie Koenig - jeśli się pokażą, zaczniemy
przejmować się galaktycznym imperium. A teraz naszym problemem są
Turuschowie.
Upłynęło dziewięćdziesiąt dwa
lata od momentu, w którym rasa ludzka nawiązała pierwszy kontakt
z Sh'daar, a dokładniej z Aglestch va Sh'daar, jedną
z ogromnej liczby cywilizacji technicznych nazywających siebie
nieco melodramatycznie Galaktycznym Imperium Sh'daar. Wkrótce potem
Aglestch - przez niektórych ludzi wciąż nazywani Czaszowcami, pomimo
że jasna, gorąca gwiazda klasy F0 mogła nie być ich macierzystym
słońcem - wyjaśnili, że służą "Galaktycznym Władcom"
- Sh'daarom.
Pięćdziesiąt pięć lat później
delegacja Aglestch przywiozła w swych mackach wiadomość dla Ziemian,
napisaną po angielsku, hiszpańsku, rosyjsku i w lingua galactica,
pochodzącą rzekomo od samych Sh'daarów.
Twierdzili w niej, że są władcami
wszystkich cywilizacji w Galaktyce. Po ponad pięciu dekadach pokojowej
wymiany handlowej pomiędzy Konfederacją a Kolektywem Aglestch nagle
pojawili się Sh'daarowie i "zasugerowali", lekko tylko maskując
groźbę, by Konfederacja Terrańska poddała się ich władzy.
Do czasu, dopóki to nie nastąpi, miały
ustać wszelkie kontakty z przedstawicielami Aglestch.
Problem polegał na tym, że w ciągu
pięćdziesięciu pięciu lat handel objął światy Aglestch
i położone w pobliżu systemy gwiezdne skolonizowane przez
ludzi. StarTek i Galactic Dynamic, korporacje handlowe, które brały
w nim udział, nie miały zamiaru tracić lukratywnych kontraktów
na wytwory sztuki i techniki Aglestch. W celu ochrony ludzkich
szlaków handlowych w regionie została wysłana grupa zadaniowa
Terrańskiej Marynarki Wojennej. W tym samym czasie Korpus Dyplomatyczny
Konfederacji próbował nakłonić Kolektyw Aglestch do utrzymania handlu
z pominięciem nadzoru Sh'daarów.
Rezultatem była katastrofalna bitwa
o Beta Picto w roku 2368, która w oczach ludzkości pozostawiła
wrażenie wyciągnięcia dłoni na zgodę tylko po to, by wycofać się
z zakrwawionym kikutem.
Wojna ciągnęła się od trzydziestu
sześciu lat... przynosząc kilka małych zwycięstw i wiele
poważnych porażek. Głównymi przeciwnikami rasy ludzkiej byli
Turusch va Sh'daar, inna rasa należąca do Sh'daar, która po
raz pierwszy pojawiła się na scenie trzydzieści lat przed bitwą
o Rasalhague. Pierwsza wojna gwiezdna, jak nazywały ją agencje
informacyjne, nie przebiegała pomyślnie.
Młody system planetarny Beta Picto oddalony
był zaledwie sześćdziesiąt trzy lata świetlne od Słońca. Był
to najdalszy zakątek, do którego dotarli ludzie. W porównaniu
do galaktycznej ekspansji Sh'daar odległość ta wydawała się
mikroskopijnym kroczkiem. Rasalhague znajdowała się jeszcze bliżej
macierzystego Układu Słonecznego - czterdzieści siedem lat
świetlnych.
A Eta Boötis położony był tylko
trzydzieści siedem lat świetlnych od Słońca. Wróg zbliżał się
nieustępliwie i bezlitośnie.
W 2367 roku Konfederacja Terrańska liczyła
dwieście czternaście kolonii gwiezdnych oraz około tysiąca placówek
badawczych i handlowych położonych na planetach znajdujących się
w przestrzeni o długości około stu i głębokości osiemdziesięciu
lat świetlnych. Znajdowało się tam prawie osiem tysięcy systemów
słonecznych, na większości których nigdy nawet nie stanęła ludzka
stopa. Po mniej niż czterech dekadach wojny terytorium Konfederacji
zmniejszyło się o jedną czwartą.
Ludzkość nadal nie wiedziała prawie nic
o Sh'daarach, nigdy nawet ich nie widziano, ale podczas krótkich
kontaktów z Aglestch ci ostatni twierdzili, że panowie obecni są
na kilkuset miliardach układów gwiezdnych. Jakkolwiek by tego nie
nazywać, Galaktyczne Imperium, biorąc pod uwagę źródła zaopatrzenia,
stanowiło zagrożenie niemożliwe do pokonania.
Poczucie beznadziejności walki Konfederacji
z potęgą mającą tak przytłaczającą przewagę bardzo silnie
wpłynęło na ludzką kulturę i politykę. Pojawiły się głębokie
podziały spowodowane powszechną depresją i trudnym do zwalczenia
upadkiem morale.
Jednym z symptomów tego upadku był
narastający mikromenadżment narzucany przez Centralne Dowództwo
Konfederacji, znajdujące się na Ziemi. Na każdym okręcie wojennym
znajdował się co najmniej jeden doradca polityczny z ramienia Senatu,
taki jak Quintanilla, którego zadaniem było pilnowanie, żeby rozkazy
wypływające od polityków dokładnie wypełniano.
Takie podejście jeszcze bardziej obniżyło
morale w siłach zbrojnych.
I dlatego właśnie Koenigowi nie podobało
się to, że dowódca okrętu flagowego wyraża pesymizm w obecności
załogi.
- Będziemy wiedzieć więcej, kiedy
uratujemy Gormana i jego ludzi - dodał admirał po dłuższej pauzie,
kładąc nacisk na słowie "kiedy", w odróżnieniu od poprzednio
użytego "jeśli". - Prawdopodobnie Marines udało się złapać
kilku oficerów Tush. Jeśli to prawda, to po raz pierwszy od początku
wojny będziemy mieli szansę poznać nieco psychologię wroga.
W wojskowym slangu "Tush" albo
"Tushie" oznaczało Turuscha. Określeń było dużo więcej,
niektóre bardzo wulgarne. Kilku członków załogi podniosło wzrok,
słysząc admirała używającego tak potocznego języka.
- Aye, aye, panie admirale -
odpowiedział Buchanan.
- Tak więc jedziemy według planu
- dodał Koenig pewnym głosem. - Wpadamy, kopiemy śmieciom
zadki i wyciągamy naszych. A potem wracamy na Ziemię i pokazujemy
przeklętym politykom, że Galaktycznych można pokonać.
Starszy oficer uśmiechnął się do awatara
Buchanana. Podejrzewał, że kapitan po to odezwał się na głos, aby
sprowokować go do powiedzenia czegoś inspirującego. Tania sztuczka,
ale skuteczna. Załoga denerwowała się, wiedziała, po co leci na
"Buta". Obraz pewnego siebie admirała, nawet jeśli był tylko
iluzją, miał zbawienny wpływ na nastroje.
Na wyświetlaczu pojawiły się
ikony kolejnych okrętów: niszczyciela "Andreyev", fregat
"Doyle", "Milton" i "Wyecoff" oraz okrętu desantowego
"Bristol".
Niedługo będą gotowi do
przyspieszenia.
VFA-44 "Dragonfires"
Układ Eta Boötis
Godzina 4.21 TFT
Porucznik Gray sprawdził odczyty
czasu. Oba. Czas mierzony względem pokładu "Ameryki" zgodnie
z przewidywaniami płynął z zawrotną prędkością. Trzynaście
razy szybciej niż czas mierzony w myśliwcu.
W konfiguracji do wielkich przyspieszeń
projektory kwantowo-grawitacyjne SG-92 Starhawk wytwarzały przed
okrągłym nosem myśliwca osobliwość grawitacyjną czasoprzestrzeni,
która poruszała się tuż przed nim, ciągnąc go jak gdyby za
sobą.
W przeciągu dziesięciu minut okręt
zbliżył się do prędkości światła. Przez następną godzinę
jego prędkość wynosiła dziewięćset dziewięćdziesiąt siedem
tysięcznych c... tyle że ten sam czas, odczuwany względnie na
pokładzie myśliwca, wynosił dokładnie cztery minuty, trzydzieści
osiem i sześć dziesiątych sekundy.
Inaczej rzecz ujmując, każda minuta,
którą Trevor Gray odczuwał na pokładzie swojego maleńkiego,
szczelnie zamkniętego wszechświata, równała się trzynastu minutom
upływającym poza nim. Od chwili wystrzelenia z lotniskowca eskadra
Niebieski Omega pokonała ponad miliard kilometrów, prawie osiemdziesiąt
jednostek astronomicznych, w czasie względnym krótszym niż dziesięć
minut.
Oglądany z kabiny myśliwca wszechświat
wyglądał bardzo dziwnie.
Patrząc na wprost, nie widziało się nic
poza absolutnie czarnym brakiem światła. Wszystkie gwiazdy zdawały
się skupione w okręgu otaczającym dziób poruszającego się
z szybkością światła myśliwca grawitacyjnego. Nawet znajdujące
się dokładnie na kursie lotu Eta Boötis zostało zepchnięte do tego
pierścienia.
Gray powinien nakazać sztucznej
inteligencji myśliwca zmianę ustawień wyświetlacza tak, by widoczne
były parametry lotu, ale jak większość pilotów wolał oglądać
gwiazdy.
Podczas przyspieszania wyglądały
jeszcze dziwniej. Niewidzialna pseudomasa spychała obraz gwiazd,
tworząc pierścień światła. Efekt ten był wynikiem prędkości
starhawka. Iluzja była podobna do tej, jaką obserwuje się, lecąc
samolotem przez burzę. Krople wydają się poruszać pod kątem,
podczas gdy w rzeczywistości opadają pionowo. W tym wypadku to fotony
"ześlizgiwały się" do tyłu, tworząc wrażenie, że całe niebo
stłoczone jest w wąskim pierścieniu.
Gray ponownie sprawdził czas. Dla
niego minęły dwie minuty, dla reszty wszechświata prawie pół
godziny.
Czuł się... samotny.
Technicznie jego myśliwiec nadal
połączony był z pozostałymi jedenastoma starhawkami eskadry,
ale przy prędkości bliskiej c łączność pomiędzy okrętami była
bardzo utrudniona ze względu na poważne zniekształcenia dopplerowskie
w czasoprzestrzeni. Pewna komunikacja za pomocą promieni lasera,
umożliwiająca wymianę danych między komputerami pokładowymi, była
możliwa, ale nic ponad to. Żadnego głosu ani obrazu.
Tylko otaczająca ciemność, Noc
Absolutna.
Piekło polegało na tym, że Trevor był
samotnikiem. Ze swoją przeszłością musiał nim być. Z własnego
wyboru nie utrzymywał kontaktów towarzyskich z resztą pilotów. Kiedy
tylko próbował to zmienić, natychmiast pojawiały się komentarze na
temat jego przeszłości, tego, skąd pochodził... ucinał je zwykle
pięścią, co z kolei owocowało naganą od Allyn lub nawet zawieszeniem
w lotach.
Bezpieczniej było trzymać się z dala
od reszty pilotów.
Ale teraz, gdy prawa fizyki niczym
Wszechmogący Bóg zstąpiły, by oznajmić, że nie może komunikować
się z innymi, zdał sobie sprawę, że ich brakuje. Pogawędek. Szumu
radiowego. Jakiegoś potwierdzenia, że wokół niego znajduje się
jedenaście ludzkich dusz.
Mógł oczywiście przywołać awatary
każdego z pilotów. Kopie ich OA - osobistych asystentów -
znajdowały się w pamięci jego komputera pokładowego. Mógł uciąć
sobie pogawędkę z każdym z nich, zupełnie nie odróżniając, czy
rozmawia z oprogramowaniem, czy z żywą istotą. Pewne było także to,
że oprogramowanie przekaże dokładnie całą rozmowę do właściwej
osoby, gdy tylko nawiązana zostanie lepsza łączność.
Ale awatary to nie było to samo. Dla
niektórych tak, ale nie dla Trevora Graya.
Nie dla Pryma.
Zamknął oczy, przypominając sobie ostatni
raz. Znajdował się w "Worldview", cywilnym barze w pobliżu portu
kosmicznego SupraQuito. On i Rissa Schaff siedzieli, rozmawiając, przy
iluminatorze widokowym, w którym widać było Ziemię, Błękitną
Planetę. Oboje ubrani byli po cywilnemu, co - jak się później
okazało - miało duże znaczenie. Porucznicy marynarki Jen Collins
i Howie Spaas, także po cywilnemu, weszli do baru i bez zaproszenia
podeszli do ich stolika.
- Jeeezu, Schiffie - powiedziała
Collins nosowym głosem - jeśli będziesz zadawać się z takim
perwersyjnym Prymem jak on, wkrótce zszargasz sobie opinię.
Spaas uśmiechnął się
złośliwie.
Gray wstał i zacisnął pięści, ale nic
ponad to. Poprzednim razem, gdy wpadł w kłopoty po bójce z innym
oficerem, Allyn uraczyła go wykładem na temat tego, że takie obelgi
powinny po nim spływać. Psycholog pokładowy, do którego został
wysłany, potwierdził to. Ludzie mogą skrzywdzić innych tylko
wtedy, gdy się im na to pozwoli, kiedy się ich wpuści za swoją
tarczę.
- Ktoś cię o coś pytał, suko? -
spytał cicho Gray.
- O, obawiam się, że tak - powiedział
Spaas, uśmiechając się. - Hej, Riss... musisz uważać z takimi
śmieciami. Pieprzony prymski monogam. Nigdy nie będziesz mieć...
Znokautowanie Spaasa było tego
warte. Naprawdę. Warte było pojawienia się patrolu, warte tygodniowego
zakazu opuszczania miejsca zakwaterowania, warte dodatkowych służb,
warte było nawet wycisku, jaki dał mu nowy dowódca.
Komandor Allyn mogła postawić go przed
sądem, zamiast tego wybrała staromodne podkręcenie śruby.
Nadal pamiętał następny ranek w jej
biurze.
- Marynarka docenia pilotów,
którzy lubią walczyć, Gray - powiedziała. - Ale dowcip
polega na tym, żeby walczyć z Turuschami, a nie z kolegami
z okrętu. Słyszałeś? Masz jeszcze jedną szansę. Spieprzysz ją
i wylądujesz w prawdziwej Marynarce.
Prymski monogam.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[4] W oryginale Navy
Lieutenant - w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych stopień
odpowiadający kapitanowi Wojsk Lądowych. W całym tłumaczeniu,
ze względu na tradycję i specyfikę rodzaju sił zbrojnych,
zachowane zostały oryginalne stopnie wojskowe US Navy i US Marines,
bez wprowadzania ich polskich odpowiedników. Patrz przyp. 2. odnośnie
stopnia admirała Koeniga. (przyp. tłum.)
[5]
W oryginale Commander - stopień odpowiadający podpułkownikowi Wojsk
Lądowych. (przyp. tłum.)
[6] Navy Captain - stopień
odpowiadający pułkownikowi Wojsk Lądowych. (przyp. tłum.)