Stany przejściowe - Zofia Lorek

Kup ebooka

31.90 zł
25.42 zł (25,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Z pracy ucie­kam pod pre­tek­stem wi­zyty u le­ka­rza, nie­swojo się dziś czuję, kto wie co to może być. Nikt nie pro­te­stuje, kiedy wy­cho­dzę tro­chę wcze­śniej, ja­kieś pięć go­dzin, z biura. I tak mu­szę po­tem wró­cić.

Je­stem w po­cze­kalni pół­za­ję­tej przez kilka nie­wy­raź­nych osób. Py­tam, kto jest ostatni, ale od­po­wiada mi tylko po­głos nie­chęt­nych mam­ro­tań pod no­sem. Chwilę sie­dzę na nie­wy­god­nym krze­sełku i za­sta­na­wiam się, który z ga­bi­ne­tów jest pu­sty, a w któ­rym trwa prze­słu­cha­nie. Po­koje na prawo ode mnie za­jęte. W ga­bi­ne­tach po le­wej ci­sza. Wy­chy­lam się w stronę drzwi, jed­nych i dru­gich, i sta­ram się wy­czuć, czy za­raz wy­do­bę­dzie się z nich ja­ki­kol­wiek dźwięk, czy rze­czy­wi­ście są pu­ste, a je­śli tak, to czy są zu­peł­nie pu­ste, czy może jed­nak sie­dzi w nich ja­kiś znu­dzony dok­tor, który aku­rat ni­kogo nie przyj­muje. W tym pierw­szym po le­wej chyba na­prawdę ni­kogo nie ma - pra­wie przy­kła­dam ucho do drzwi, ale nic nie sły­szę. Ten dal­szy ma po­ten­cjał, do­cho­dzi z niego ja­kieś szu­ra­nie, ale tylko po­je­dyn­cze, dru­gie krze­sło z pew­no­ścią nie wy­daje dźwię­ków. Roz­glą­dam się jesz­cze raz, upew­niam, że nikt z cze­ka­ją­cych w ko­lejce nie mie­rzy mnie ro­ze­źlo­nym wzro­kiem. Wi­dać nie są mną za­in­te­re­so­wani, więc po­now­nie przy­kła­dam ucho, na­dal tylko jedno szu­ra­nie, i pu­kam. Chwila ci­szy, a po­tem gło­śne "SZUR", jakby ktoś osta­tecz­nie po­pra­wiał się na krze­śle, żeby być go­to­wym na to, co go czeka.

Wej­dzie, sły­szę, więc po­słusz­nie wcho­dzę i sia­dam na­prze­ciwko.

Dzień do­bry, boli mnie, jak ro­bię tak.

To pro­szę tak nie ro­bić.

Se­rio to po­wie­działa?

No nie wiem, wzru­sza w końcu ra­mio­nami le­karka, a ba­da­nia pani zro­biła?

No nie.

No.

No zro­bię, mó­wię na od­czep­nego.

Ale kiedy?

Nie wiem, my­ślę; kiedy się zbiorę, mó­wię; zgu­bi­łam skie­ro­wa­nie, my­ślę, ale te­raz to chyba nie wy­pada po­pro­sić. Nie pro­szę.

Pro­szę zro­bić, bo za­wsze pani bę­dzie słabo, i pro­szę rzu­cić pa­le­nie, i jesz­cze pro­szę przyjść za ty­dzień, albo le­piej za mie­siąc, bo za ty­dzień to ja będę na urlo­pie w Ke­nii.

Faj­nie, w Ke­nii, mó­wię, cho­ciaż w su­mie nie umia­ła­bym po­ka­zać Ke­nii na ma­pie, przy­naj­mniej nie te­raz tu­taj.

Naj­le­piej wi­doczne gwiazdy na świe­cie, le­karka z dumą wy­pina pierś, jakby to od niej za­le­żały te ogromne gwiazdy. Ale już nie­długo, za­strzega szybko, bo te­raz są wiel­kimi ol­brzy­mami, a za mie­siąc staną się bia­łymi kar­łami i zu­peł­nie znikną. Tylko przez ten mie­siąc jesz­cze są naj­więk­sze, po­tem już nie ma co tam je­chać.

Czuję się ura­żona, bo wy­prze­dziła moją myśl, że kie­dyś tam po­jadę i zo­ba­czę naj­więk­sze gwiazdy na świe­cie.

No, czop, czop, wy­ga­nia mnie, jak pani nie ma ba­dań, to nie ma już co sie­dzieć.

Może cho­ciaż L4?, py­tam z na­dzieją.

No wie pani, ob­ru­sza się le­karka, niech pani po­rząd­nie za­cho­ruje, to bę­dzie pani od­po­czy­wać, a nie tak.

Chcę jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale le­karka pa­trzy już w ekran kom­pu­tera, na któ­rym jako tło usta­wione ma gwiazdy, wiel­kie na cały pul­pit.

Idę do pracy. Na wszelki wy­pa­dek okrężną trasą, żeby dać szansę światu. Może coś się wy­da­rzy po dro­dze. Nie dzieje się nic i nie dzieje się aż do końca drogi, więc ocię­żale do­cie­ram do bramy; strasz­nie mi się dłuży, ostat­nio me­try są ja­kieś więk­sze, trój­wy­mia­rowe i głę­bo­kie, jakby roz­cią­gnięte, bro­dzę w nich i przez to idę bar­dzo po­woli.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki