Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci - Marta Szarejko

-
Proszę czekać

Chciałabym, żebyśmy porozmawiały o tym, czym jest choroba psychiczna dziec­ka. I kto właściwie wtedy choruje.

Proszę bardzo.

Kiedy choruje dziec­ko, w kryzysie jest cała rodzina. Rodzice bardzo różnie się w tym odnajdują, najczęściej jednak sami potrzebują wsparcia, bo to bardzo trudne doświadczenie - wywołuje lęk, wstyd, bezradność, poczucie winy.

A rodzeństwo?

Dużo zależy od wieku i wcześniejszych relacji z bratem czy siostrą. Choć zwykle rodzeństwo też ponosi jakieś konsekwencje - przeżywa to, co dzieje się w domu, bo przez chorobę często zmienia się dramaturgia całej codzienności, struktura rodziny. Zwykle każdy coś na tym traci. Czasem, kiedy chore dziec­ko czuje się trochę lepiej, na pierwszy plan wychodzą emocje tego zdrowego, które przez cały czas starało się trzymać, a gdy wszystko się uspokoiło, zaczęło mieć trudności.

Kiedyś przyszedł do mnie siedemnastoletni chłopiec, który miał brata z zespołem Aspergera. Od czasu diagnozy rodzice skupili się na młodszym, czternastoletnim synu, ponieważ zwyczajnie się o niego bali. Zabronili starszemu denerwować go, a nawet mu się sprzeciwiać, mimo że wcześniej bracia byli w bardzo dobrych stosunkach. Chłopak nie wytrzymał i poprosił o wizytę u mnie, ponieważ uznał, że jeśli nie pójdzie do psychiatry, to nikt go w tej rodzinie nie wysłucha. Rodzice oczywiście mieli dobre intencje, zrobili to z tros­ki o obu synów: młodszego chcieli chronić, u starszego wzmocnić empatię. Niestety, nie udało się - to, czego oczekiwali od swoich dzieci, negatywnie wpłynęło na ich relację.

To ważny temat: jak dzieci są wspierane albo niewspierane przez dorosłych. Czasami są wspierane nadmiernie i to też utrudnia im zdrowienie. Nawet nie wiem, od czego zacząć.

Może od szkoły?

Ostatnio miałam pacjentkę, której brakowało kilograma do prawidłowej masy ciała. I ten kilogram okazał się niezwykle problematyczny, przez dłuższy czas nic nie można było zrobić. W końcu pytam: "Co cię właściwie powstrzymuje? Widzę, że masz ochotę na coraz więcej rzeczy, że chciałabyś jeść...". A ona mówi, że zawarła w szkole umowę, zgodnie z którą nie będzie odpytywana do czasu, aż jej zaburzenia odżywiania się ustabilizują.

Miałam też inną pacjentkę - z silnym lękiem społecznym, który w pandemii bardzo się pogłębił. Przestała wychodzić z domu, nie brała udziału w lekcjach, cały czas spędzała w łóżku. Okazało się, że miała ten problem od lat, ale nigdy w tak dużym natężeniu. W końcu rodzice zdecydowali się na leczenie farmakologiczne. Po tygodniu na tyle jej się poprawiło, że wróciła do szkoły. Pierwszego dnia była pytana z trzech przedmiotów, drugiego też, trzeciego jeszcze wytrzymała dwa sprawdziany, czwartego wróciła do łóżka.

Dzieci uznają, że choroba jest wygodniejsza?

Nie do końca, choć każdy z nas jest trochę "wygodnic­ki". Bardzo często przychodzą do mnie rodzice i mówią, że ich dziec­ko jest leniwe. Odpowiadam, że ja też jestem leniwa. Co mogę z tym zrobić? Niech mi doradzą!

Choroba zakłada uwagę innych, większe skupienie, cierpliwość, czułość i troskę. Kiedy jesteśmy chorzy, mniej musimy robić. Oczywiście nie można przegiąć: najlepiej znaleźć złoty środek. A to już odpowiedzialność rodziców. Całe wychowanie to szukanie równowagi między pozwoleniem na rozwój a stawianiem granic, dlatego jest takie trudne. Niedawno przyszła do mnie mama pewnej nastolatki i przerażona powiedziała: "Moja córka przesadza: była weganką, teraz zero waste, czekam już tylko na narkotyki!".

Z takimi sprawami przychodzą do pani rodzice?

Zdarza się. Rozmawiam z matką, tłumaczę, że mody się zmieniają, próbuję zastanowić się razem z nią, z czego wynikają zmiany w życiu jej córki. Mówię, że dojrzewanie u części dzieci przebiega w sposób niezauważalny, u części są pewne wyskoki, ale w granicach rozsądku, a reszta dość mocno się buntuje. I pytam, jak było u niej. A ona mówi: "Ja byłam bardzo spokojna! No, może kilka razy uciekłam z domu". Więc pytam, co by zrobiła, gdyby jej dziec­ko uciekło z domu. Zastanowiła się, po czym powiedziała: "Dobrze, ja już wszystko rozumiem". Zapłaciła, wyszła i już nie wróciła.

Często mówię rodzicom: "Jeśli nie wiecie, jak się zachować, poobserwujcie swoje dziec­ko. Dzieci zmieniają się z wiekiem, posłuchajcie ich, będziecie wiedzieć więcej".

Relacja z nastolatkiem to coś zupełnie innego niż więź z kilkuletnim dziec­kiem: dzieci dobrze reagują na pochwały i nagany, kiedy są małe, relacja z nastolatkiem nie opiera się tak bardzo na hierarchii. Nastolatek zaczyna myśleć dojrzalej: "Sprzątam nie po to, żeby mama nie dała mi kary w postaci zakazu oglądania seriali, tylko dlatego, że czuję się częścią rodziny, wiem, że moje obowiązki są ważne. A poza tym jeśli nie ja, to ktoś inny będzie musiał to zrobić". Chce być traktowany jak ważna osoba w rodzinie, w relacji, czuć, że jego zdanie jest brane pod uwagę. Wtedy chętnie negocjuje, idzie na ustępstwa, słucha naszych rad, bo wie, że go znamy i chcemy jego dobra. Zrozumienie tego jest kluczem. Oczywiście nie jest to łatwe, bo powielamy różne schematy po swoich rodzicach.

Od dłuższego czasu mamy też straszny pęd ku temu, żeby nasze dzieci miały dobre oceny i dobrze wyglądały.

Zwłaszcza dziewczynki.

Tak, słyszę te komentarze a propos ich wyglądu w gabinecie, nieznośne. W ogóle mam wrażenie, że od dzieci i nastolatków wymaga się znacznie więcej niż od dorosłych. No bo proszę sobie wyobrazić, że w pani miejscu pracy każdy zwraca uwagę na to, jak pani siedzi. Nikt by tego nie wytrzymał, wszyscy by się zwolnili. Dziec­ko nie może się zwolnić. Jeśli zostanie pobite w szkole, często w niej zostaje, nie jest przenoszone. Pytam rodziców dlaczego, a oni mówią: "Bo w nowej szkole może być gorzej!". Oczywiście, to jest możliwe, pytanie tylko, czyj jest ten lęk przed zmianą. Z mojego doświadczenia wynika, że często boją się rodzice. Dziec­ko, zapytane, od razu mówi, że chce zmienić szkołę.

To samo z newralgiczną kwestią spania z rodzicami: nie uważam, żeby to było szczególnie naganne, ale czasem, w zaburzeniach lękowych widać, że długotrwałe spanie z rodzicem ma negatywny wpływ na dziec­ko. Kiedy zaczynam się temu przyglądać i pytam rodziców, czy jest szansa na to, żeby delikatnie zacząć przyzwyczajać dziec­ko do samodzielnego spania, najpierw siedząc obok i czekając, aż ono zaśnie, albo zostawiając mu swoją koszulkę czy piżamę, rodzice mówią: "Nie, on nie da rady". A dziec­ko: "Nie mogę, mama tego potrzebuje". Często rodzic myli własne przekonania dotyczące emocji dziec­ka z jego rzeczywistymi potrzebami. Swoje lęki z jego lękami.

Gdybym dostawała naklejkę za każdym razem, kiedy rodzice mówią: "Ale on nie wejdzie do gabinetu, za bardzo się boi", a dziec­ko jednak wchodzi, miałabym nimi wytapetowany cały dom.

Kiedyś pewna mama zrobiła mi karczemną awanturę, ­ponieważ powiedziałam jej dziec­ku, że jestem psychiatrą.

Nie rozumiem.

Dziec­ko leczyło się farmakologicznie, więc musiało być wcześniej u psychiatry. Nie wiem, co powiedzieli mu rodzice. Wiem, że jak o tym napomknęłam, matka się wściekła. Padły zdania, że zmarnowałam dziec­ku życie i że już nigdy nie wyleczy się z tej traumy. Traumą było to, że dziec­ko dowiedziało się, że jestem psychiatrą. I znów pytanie: czyj to był lęk? Bo mam wrażenie, że nastolatkowi jest wszystko jedno, czy idzie do psychiatry, czy do psychologa. Zresztą dziś wystarczy wpisać nazwisko w internecie i wszystko jest jasne. Nie wiem, jak chcieli to przed dziec­kiem ukryć, ale wiem, że nie zgodziłabym się na wizytę, gdybym miała świadomość, że to ich warunek.

Czy przepaść pokoleniowa między lekarzami - nawet najmłodszymi - a nastolatkami nie jest dziś wyjątkowo duża?

Nie zgadzam się z takim myśleniem. Bo kto pierwszy krytykował współczesną młodzież? Arystoteles! Podobno mawiał: "Kiedy widzę młodzież, wątpię w przyszłość cywilizacji". Także Sokrates nie miał o młodych najlepszego zdania, twierdził, że młodzi kochają luksus, denerwują nauczycieli i cały czas się obijają. On to widział jako wielką przepaść, my dziś myślimy, że są nią nowe technologie, media. Pytanie, czy ta przepaść naprawdę jest taka wielka. Moim zdaniem nie. Bardzo lubię pracować z nastolatkami, wydają mi się bardzo szczerzy, prawdziwi.

Pamiętam pacjentkę, która od urodzenia była dziec­kiem placówkowym. Uciekła z domu dziec­ka i przez pół roku była na gigancie - trochę mieszkała u znajomych, trochę koczowała na ulicy. W którymś momencie uznała, że dłużej nie da rady, znalazła pięć złotych, kupiła sobie za nie piwo, wypiła je, a potem pocięła się szkłem. Kiedy trafiła do szpitala, nikt jej nie chciał prowadzić, miała w sobie taki ból, taki mętlik, że zachowywała się, jakby na wszystkich była wściekła.

Co robiła?

Najpierw usiadła do mnie tyłem i tylko wzruszała ramionami. W końcu stwierdziłam: "Ja bardzo słabo czytam komunikaty niewerbalne, chyba jestem pod tym względem trochę głupawa. Jeśli chcesz, żebym spadała, to mi to powiedz wprost". I ona zaczęła ze mną gadać. Bardzo inteligentna, niesamowicie wrażliwa dziewczyna. Znaleźliśmy jej fajny ośrodek, zdała maturę, dostała się na studia. Odnalazła swoje kuzynostwo, dalszą rodzinę. Wyszła z tego, z ulicy na uniwersytet.

Przetrwałaby pani pół roku na gigancie?

Nie przetrwałabym pół tygodnia.

No właśnie, to było w niej niesamowite: najpierw domy dziec­ka, potem szpital psychiatryczny - trauma za traumą. Ilu z nas wyszłoby z tego w taki sposób? Wzruszam się, gdy o niej mówię, ponieważ dzięki takim pacjentom zrozumiałam, jak ważne jest całościowe spojrzenie na życie dziec­ka. I to, skąd wychodzi.

Rodzice wciąż często są obarczani winą za chorobę ­dziecka.

I bardzo to przeżywają, żyją nie tylko w poczuciu winy, ale też w lęku. Wielu rodziców chorych dzieci ma depresję, inne problemy emocjonalne. To bardzo trudne, zwłaszcza że to oni są najbliższym środowis­kiem dziec­ka.

Czasem dochodzi do takiego absurdu, że rodzice słyszą pretensje i słowa obarczające ich winą, nawet jeśli nic takiego w gabinecie nie padło! Ich poczucie winy, lęk, inne trudne emocje sprawiają, że odbierają słowa innych zupełnie opacznie.

Ostatnio ojciec nastoletniej pacjentki stwierdził, że chce zmienić lekarza, ponieważ powiedziałam, że nie jest potrzebny podczas wizyt córki. I że nie będę z nim rozmawiać. Odpowiedziałam, że jeśli coś takiego padło z moich ust, to powinnam się zrzec prawa do wykonywania zawodu, bo każdy, kto jest przychylny dziec­ku, odgrywa ważną rolę w procesie wychodzenia z choroby, tym bardziej rodzic.

Co on na to?

Powiedział, żebyśmy puścili to w niepamięć i zaczęli od nowa. Próbowałam dociekać, co takiego usłyszał, żeby lepiej go zrozumieć, ponieważ mam wrażenie, że choroba dziec­ka w ogóle często budzi złość i niepewność, ale najczęściej bezradność.

Czasem działa to też w drugą stronę: bezradność psychiatry jest tak duża, że złości się na rodziców. Jednak częściej rodzice są wściekli na lekarza i atakują. Głównie wtedy, gdy szukają szybkiego rozwiązania, strach o dziec­ko sprawia, że nie chcą czekać. A czas jest niezbędny do tego, żeby się poukładało. Zdarza się, że ktoś przychodzi do mnie z jakimś objawem, załóżmy, że z problemami ze snem. Zapisuję lek, nie ma poprawy, więc słyszę, że zaburzenia są spowodowane lekami. Zawsze wtedy pytam: "Czy wzajemna złość jest tutaj wyjściem?". Nie sądzę.

Trudno dziwić się rodzicom - choroba dziec­ka jest ogromnym bólem.

Zgadzam się - rodzice mają prawo do takich emocji, a naszym zadaniem jest ich wspierać. Tylko czym innym jest reagowanie swoją pierwszą emocją, a czym innym przemyślenie sprawy i mimo trudności omówienie jej. Bez złości. Tymczasem zdarza się, że to potok pretensji, przez który niełatwo się przebić. Bywa, że rodzice nie dopuszczają lekarza do głosu. Sytuacja na tyle ich przerasta, że złoszczą się na wszystkich, także na siebie nawzajem. To jest najgorsze, bo pozostają wtedy sami, pozbawiają się wzajemnego wsparcia.

Kłócą się przy pani?

Raz miałam taką sytuację, że rodzice kłócili się między sobą tak, że następni pacjenci uciekli. Dziś już bym do tego nie dopuściła. Wtedy oczywiście też ingerowałam, ale teraz wyprosiłabym ich szybciej. Najczęściej mówię wprost, że to mnie stresuje i że nie mogę w ten sposób pracować. Czasem proszę ich, żeby wyobrazili sobie emocje osoby, która wchodzi do ich domu i musi słuchać takiej kłótni. Bo ich dziec­ko żyje w tym na co dzień. A czasem mówię: "Widzę, że sprawa jest naprawdę trudna, mają państwo inne zdania. Wybierzmy to, co wspólne, bo pewnie i pani ma trochę racji, i pan. Dobrze, że dziec­ko może obserwować różne perspektywy".

Rodzice mają taką wiedzę na temat dziec­ka i takie możliwości, żeby mu pomóc, jakich ja nigdy nie będę miała. Dlatego muszę ich pozys­kać do współpracy. Poza tym ja naprawdę mam komfortową sytuację: jestem w miejscu pracy, wychodzę z pozycji siły, potem pójdę do domu. A rodzice i dziec­ko trafiają do mnie w momencie, kiedy w ich życie wpadła bomba atomowa. I teraz: im większa bomba, tym więcej emocji, a w rezultacie pretensji. Dlatego uważam, że jeśli rodzice są na to gotowi, należy z nimi konkretnie rozmawiać o oczekiwaniach.

Co to znaczy?

Załóżmy, że od pół roku leczę dziewczynkę z depresją. I ona zaczyna wychodzić z łóżka, wraca do szkoły, ma koleżanki, więcej je, lepiej wygląda, krótko mówiąc, widzę ogromną poprawę. Zapraszam rodziców i okazuje się, że oni nie widzą żadnej zmiany. Zaczynam je wymieniać, a oni na to: "Liczyliśmy, że będzie bardziej przykładała się do nauki! Lepiej jej szło podczas nauczania indywidualnego". Dlatego myś­lę, że warto pytać, czego rodzice oczekują.

Inna sprawa, że wszyscy są dziś bardzo przywiązani do ocen, w każdym wymiarze. Sama się przejmuję oceną z Ubera, świat stoi na głowie.

Tylko że my możemy się z tego pośmiać, jakoś to zracjonalizować. A nastolatki?

One są oceniane najbardziej - przez siebie i przez dorosłych. Do tego są niezwykle wrażliwe, o czym często się zapomina. Rodzice czasem nie rozumieją, że jeśli powiedzą dziec­ku: "Jesteś leniwe", to ono, w okresie poszukiwania swojej tożsamości będzie w to bardzo wierzyć. Dzieci nie wiedzą, jakie są, szukają różnych dowodów na to, jakie mają cechy. I kiedy coś takiego usłyszą, możliwe, że będą latami o tym pamiętać, nosić jak brzemię. To, co mówimy o dzieciach, staje się ich wewnętrznym głosem - to parafraza słów Peggy O'Mary. Zgadzam się z nimi, bardzo często konsekwencje tego widzę w gabinecie.

Proszę opowiedzieć, jak wygląda wizyta u pani.

Zaczyna się od telefonu, zwykle słyszę, że to pilna sprawa. A ja mam terminy mniej więcej dwumiesięczne, więc większość dzwoniących rezygnuje. Ale zdarza się, że w maju mówię: "Najbliższy termin jest w ostatnich dniach lipca", i słyszę: "Dobrze! O której?".

Najczęściej osoba, która dzwoni, jest zdenerwowana. Umawiamy się i jeśli dziec­ko ma więcej niż trzynaście lat, najpierw rozmawiam z nim.

Wcześniej dostaje pani informację od rodziców, co się dzieje?

Zwykle tak, ale najczęściej od telefonu do wizyty obraz sytuacji się bardzo zmienia. Często problematyczne jest to, że rodzice nie mają ze sobą dokumentacji medycznej, a ja przecież jestem lekarzem. Jeśli dziec­ko kilka lat wcześniej miało operację serca, muszę to wiedzieć. Inaczej podejdę do dziec­ka, które zawsze było szczupłe i drobne, a inaczej do takiego, które nagle przestało rosnąć. Dlatego książeczka zdrowia jest ważna.

Przychodzą, okazuje się, że nie mają dokumentacji, przepytuje pani dziec­ko...

Nie przepytuję, staram się nawiązać kontakt! Mam taką zasadę, że podczas pierwszej wizyty dziec­ko ma się poczuć dobrze.

Co pani robi?

Stosuję banalne metody, pytam na przykład o zainteresowania. Dziewczynki mówią o stajniach Star Stable. Chłopcy o grach - często pada Clash, Fortnite, niestety rzadko RPG-i, które są moją pasją. Gdy wchodzi jakaś nowa gra, ściągam ją, żeby być na bieżąco, zobaczyć, na czym polega. Czasem gram z dziećmi w gry planszowe, mam tu różne zabawki. Potem księgowość zastanawia się, po co mi lalki z Frozen, a to często warunek, by małe dziec­ko w ogóle weszło do gabinetu.

Staram się je rozśmieszyć. Bywa, że mówię, że muszą mi wszystko dokładnie wytłumaczyć, bo jestem tak stara, że kiedy przeczytałam pierwszą część Harry'ego Pottera, musiałam czekać, aż Rowling napisze następną. A siódmą czytałam po angielsku, bo nie mogłam się doczekać. Tym, które się boją albo mają poczucie winy, mówię, że jestem od tego, by im pomóc, że jestem tu dla nich. I że nie chodzi o to, że muszą dobrze wypaść - niestety, często tak myś­lą ich rodzice.

Z czego to wynika?

Z przyzwyczajenia, nauczyliśmy się traktować dzieci tak, jakby występowały w teatrzyku. I z jednej strony to naturalne, bo chcemy, żeby sobie radziły. A z drugiej dzieci mają przecież prawo do swoich emocji.

Pamiętam jedną z wizyt domowych u nastolatka z ogromnymi zaburzeniami lękowymi. Akurat w tym przypadku to był świetny pomysł, bo okazało się, że dziec­ko boi się konfrontacji nie z blis­kimi, tylko z obcymi. Kiedy już wychodziłam, rodzice zapytali, jak wypadło ich dziec­ko.

Zaraz, zaraz, jak to dokładnie wygląda? Wchodzi pani do czyjegoś domu...

Ktoś z rodziny pyta, czy napiję się kawy, piję, patrzę, jak zachowuje się dziec­ko, co robią rodzice. Rozmawiamy swobodnie na neutralne tematy, po jakimś czasie dziec­ko włącza się do rozmowy, a potem proszę je o rozmowę sam na sam. Ale takie wizyty to raczej rzadkość, zwykle lekarze przyjmują rodziny w gabinecie.

Załóżmy, że udało się pani nawiązać kontakt z dziec­kiem. Co dalej?

Pytam, co się stało. Dlaczego do mnie przyszło, czyj to był pomysł i czy tego chciało. Rzadko jest tak, że tylko rodzice na to nalegają. Zwykle dziec­ko też tego chce, czasem wręcz nacis­ka, a rodzice się nie godzą. Dopiero po jakimś czasie widzą, że nie ma innego wyjścia.

Czasem nastolatki pytają, czy przyjęłabym je bez zgody albo wiedzy rodziców. Oczywiście nie mogę tego zrobić, nie ma takiej możliwości. Ale najczęściej jest tak, że to dzieci mają potrzebę rozmawiać, chcą być wysłuchane. Więc najpierw rozmawiam z dziec­kiem - i myś­lę, że to poczucie pierwszeństwa dobrze na nie wpływa.

Jaką rodzice najczęściej mają narrację na temat swoich dzieci?

Zwykle są zatros­kani i dbają o to, żeby nie mówić nic przykrego o dziec­ku. Ale czasem wystarczy, że mówi się o nim przy nim, i to już jest trudne, bo zwykle przecież mówi się o jakimś problemie.

Jeżeli widzę, że rodzice tkwią w swoich konfliktach wewnętrznych albo kłótniach, staram się je rozbroić pytaniem o początki, na przykład: "Jak to się stało, że wybraliście dla dziec­ka takie imię?". Wtedy zwykle budzi się w nich radość, rozrzewnienie. Zauważyłam, że rodzice stresują się podwójnie, ponieważ poprzeczka w systemie oceniania idzie w górę: nie tylko oceniamy się nawzajem, ale też rodziny są oceniane przez inne rodziny. Więc próbuję odwrócić ten trend i mówię: "Nie przychodzicie tu po to, żeby sąsiedzi nie mówili już, że Wojtek krzyczy w domu, tylko po to, by wasza rodzina czuła się dobrze".

Mam wrażenie, że zaburzenia psychiczne i choroby dzieci można podzielić na takie, które są bardzo negatywnie oceniane, czyli wszystkie acting-outy: bicie, krzyki, awantury, rzucanie się na podłogę, bieganie. I na takie, które są niewidoczne dla otoczenia. Co zresztą też jest dramatem.

Samookaleczenia pod długimi rękawami.

Albo zaburzenia lękowe. Wszyscy, łącznie z rodzicami, liczą na to, że dziec­ko z tego wyrośnie. Miałam pod opieką siedemnastolatka, którego matka mówiła: "Szkoła przegina". Pytam, co się stało, a ona mówi: "No, płacze na odpowiedziach ustnych". Siedemnastolatek! Więc mówię: "Wie pani, rozumiem zaniepokojenie szkoły, bo jak sobie pani wyobraża jego przyszłą pracę?". A ona na to: "Ale jaką pracę?! On będzie mieszkał ze mną!".

Rodzice często po jednej wizycie pytają, co mogą zrobić - oczywiście pewne rzeczy mogę im podpowiedzieć, ale przede wszystkim doradzam obserwację dziec­ka. Dobrze się czasem odsunąć i spojrzeć z dystansu.

Jakie emocje najczęściej nimi targają?

Poczucie winy, bezradność i wstyd. Pierwszą reakcją zwykle jest wyparcie, które niekiedy trwa bardzo długo. Zauważamy kawałek bułki pływający w toalecie, to, że dziec­ko w środku lata chodzi w rajstopach i obszernych bluzach albo że nie ma kolegów, ale nie dopuszczamy tego do siebie, nie chcemy się z tym konfrontować. Widzimy sygnały, ale nie sklejamy ich w całość - chcemy wierzyć, że nic się nie dzieje.

Chociaż są też odwrotne sytuacje: rodzic przychodzi na konsultację, ponieważ jego syn przeklina, grając w gry komputerowe. Wszystko to kwestia wizji, tego, jakie chcę mieć dziec­ko. I czy przypadkiem nie marzę o grzecznym, cichym synu w sweterku, który mówi po francus­ku i gra na wiolonczeli.

A jakie pytania otwierają dzieci?

Te zbuntowane pytam czasem: "Wkurza cię, że tu jesteś? Dlaczego?", "Uważasz, że to rodzice mają problem, skoro tu przyszli, nie ty? Że coś wymyślili? Jeśli tak, to powiedz mi o tym, muszę wiedzieć, co myślisz". "Jestem twoim lekarzem, dlatego chcę poznać twoją perspektywę, to, co czujesz, twoje problemy są dla mnie ważne". "Boisz się psychiatry? Podobno wszyscy się trochę boją. Ale pamiętaj, że jestem normalnym człowiekiem, jak i ty, może uda się nam dogadać, zrozumieć?".

Niekiedy pomaga czas. "Powiedz, gdy będziesz gotowy". Zdarza się, że włączam muzykę, pytam o napisy na koszulkach. Jedna z dziewczynek, trzynastolatka, miała ostatnio koszulkę Depeche Mode. Pytam, czy ich słucha, a ona na to: "Tylko trochę, z nostalgii".

Bardzo zabawne.

Warto na to spojrzeć tak: my, dorośli, w wielu sytuacjach już byliśmy, mamy doświadczenie życiowe, ale dobrze zrobić krok w tył i zdobyć się na delikatność, wyrozumiałość w ocenie naszych dzieci, które wiele rzeczy robią po raz pierwszy i mogą być w tym niezgrabne, niezbyt pewne siebie, inne niż my. Trzeba je zobaczyć w miarę realnie, żeby stworzyć z nimi relację.

Rodzice pytają czasem, kiedy będzie jak dawniej. Odpowiadam, że nigdy, ponieważ ich dziec­ko dojrzewa, zmienia się, rozwija, a relacja razem z nim. I nadszedł czas, by nad nią pracować. Inaczej niż dotychczas.

Jakie emocje poza złością pojawiają się u dzieci?

Lęk, czasem wstyd, chociaż o nim dzieci rzadko mówią wprost. Pytają za to, czy jeśli biorą leki, to znaczy, że są psychiczne. Odpowiadam, że każdy z nas jest fizyczny i psychiczny. Tłumaczę, że leczenie to kwestia dbania o swój dobrostan, że pozostaną sobą, ale może łatwiej będzie im tę tożsamość realizować. Lubię, gdy pacjenci otwarcie przyznają się do takiego lęku. Wtedy jest przestrzeń, aby go oswoić.

A która emocja najczęściej pojawia się w pani?

Gniew.

Z jakiego powodu?

Z takiego, że na przykład rodzic pacjenta ma sto problemów, żeby zabezpieczyć dziec­ku regularną terapię, dzwoni do mnie akurat wtedy, kiedy nie mogę rozmawiać albo mam wyłączony telefon, i prosi o receptę, bo kończą się leki. Pytanie, co z tym gniewem zrobić.

No właśnie, co?

Dobrze powiedzieć o tym podczas wizyty: że nie jestem w stanie w każdej chwili wystawić im recepty, że leki nie kończą się nagle, zwykle w listku widać, ile jeszcze ich zostało, można je policzyć. I że to oni są odpowiedzialni za leczenie dziec­ka.

I znów: z jednej strony ich rozumiem, bo sama nie jestem świetnie zorganizowana, ale z drugiej trudno mi słuchać pretensji po tym, jak sami bez konsultacji odstawiają dziec­ku lek. Ostatecznie stwierdzam, że najważniejsze jest to, że dziec­ko kocha tych rodziców, potrzebuje ich, chce ich widzieć w dobrym świetle, więc mój gniew niewiele wniesie. Jestem od tego, żeby im pomóc, a nie wściekać się na nich.

A poza gniewem?

Dużo emocji, najczęściej lęk. O dziec­ko, że sobie coś zrobi. Że ma myśli samobójcze, o których nie mówi. O to, że coś stanie się rodzicom, gdy na przykład przewlekle chorują. Ta praca budzi we mnie duże poczucie odpowiedzialności.

Ale często pojawia się też radość.

Bardzo lubię, gdy moi pacjenci zdają maturę i przychodzą się pochwalić. Albo gdy pacjenci z lękiem społecznym, problemami w relacjach wyprawią urodziny pierwszy raz po długim czasie i okazuje się, że mieli kogo zaprosić, że ktoś przyszedł. Wspaniale, jeśli widać, że rodzina jest silniejsza, szczęśliwsza, że problemy się rozwiązują. Że coś się powiedziało i oni tego wysłuchali, przemyśleli, że jakoś im to pomogło. W ogóle gdy stan dziec­ka się poprawia, to jest bardzo fajnie. Kiedyś pewnej rodzinie założyłam Niebieską Kartę i ona potem do mnie wróciła odmieniona, bardziej zgrana. I wdzięczna, że tak się sprawa potoczyła. Wcześniej byli na tyle głęboko w sytuacji, która ich zżerała, że kompletnie stracili perspektywę, przestali widzieć, co jest nie tak.

Często ważna okazuje się tajemnica, która nie jest tajemnicą. Pamiętam taką sytuację ze szpitala: Na korytarzu trzy metry od gabinetu siedzi dziec­ko, a rodzice wchodzą i oznajmiają przy otwartych drzwiach: "Bardzo ważna sprawa: nie mówić, że jest adoptowane". I wychodzą. No przecież ono doskonale to wszystko słyszy!

Dzieci mają prawo do wiedzy o różnych trudnych rzeczach, które się wydarzyły i są dla nich ważne. Że ktoś umarł. Albo jest ciężko chory. Ale w relacjach z dziec­kiem, tak samo jak we wszystkich innych, niekiedy jesteśmy zbyt blisko i tracimy perspektywę. Albo tak przyklejamy się do własnych uczuć, że nie widzimy drugiej strony, i dochodzi do sytuacji, w której każdemu jest ciężko. A chodzi o to, by w rodzinie budować taką przestrzeń, w której każdy czuje się tak samo ważny. I czuje się dobrze.

W tej pracy zabawne i piękne jest to, że najbardziej mnie cieszy, kiedy przestaję już być komuś potrzebna.

Dlaczego choroba psychiczna dziec­ka wciąż jest tabu?

Myś­lę, że dużą rolę odgrywa tu kilka stereotypów. Po pierwsze wiele osób wciąż ma wizję "wariata", tego, kim on jest, jak wygląda i co nam może zrobić. Tu trzy grosze dołożyła popkultura, na przykład filmy, które pozwoliły wielu osobom taki stereotyp uwewnętrznić. Po drugie boimy się utraty kontroli, a z tym choroba psychiczna się kojarzy. Po trzecie psychiatria jest wzgardzoną dziedziną medycyny. Nie da się ukryć, że to także wina samych psychiatrów robiących niechlubne eksperymenty, i to w historii niezbyt odległej - nasi rodzice już wtedy żyli, więc obiektywnie to całkiem niedawno. Ale to, co wydaje mi się kluczowe, to powszechne podejście do choroby dziec­ka: szczególnie się jej boimy, nie rozumiemy jej, nie chcemy o niej mówić. Niezależnie od tego, czy to choroba psychiczna, czy somatyczna.

Wydaje mi się, że inne jest podejście ludzi do kilkulatka, który ma nowotwór, a inne do dziec­ka cierpiącego na depresję. To drugie się bagatelizuje, bo jakie problemy może mieć dziec­ko?

W naszym szpitalu jest onkologia i tam co chwila pojawia się jakiś aktor, muzyk, celebryta. Żaden z nich nigdy do nas nie zajrzał. Nie mówię, że zupełnie nie mamy wsparcia: kiedy robimy zbiórkę na jakieś materiały plastyczne, zawsze jest odzew. Ale celebryci raczej się u nas nie pokazują.

Dlaczego?

Nie wiem. Może nie wiedzą, jak się zachować? A może uznają - jakkolwiek upiornie to brzmi - że to po prostu medialne: pokazać się z dziec­kiem chorym onkologicznie? Co zrobią z dziec­kiem po próbie samobójczej albo z zaburzeniami odżywiania? Chociaż powód może być też inny: niewykluczone, że oni w ogóle o nas nie wiedzą. Wiele osób nie ma pojęcia, że funkcjonują szpitale psychiatryczne dla dzieci i młodzieży. No to teraz możemy powiedzieć, że oddziały psychiatryczne dla dzieci istnieją. Zapraszamy.

Wstęp

Kiedy po raz pierwszy ktoś rzucił ten pomysł, odmówiłam.

Był początek pandemii, coraz więcej znajomych pytało, czy znam dobrego psychiatrę zajmującego się problemami dzieci. Nie znałam żadnego. Nigdy nie byłam u psychiatry, do tego nie mam dzieci, dlatego pomysł, żeby napisać taką książkę, wydał mi się absurdalny. Dziś myś­lę, że właśnie to mnie uratowało - spojrzenie z zewnątrz i brak prywatnych doświadczeń okazały się najlepszą strategią przetrwania, dzięki temu wytrzymałam wizyty na oddziałach i w szpitalach. I opowieści o nich.

Wiedziałam wtedy tyle, co nic. Czytałam reportaże, słuchałam podcastów, co jakiś czas rzucały mi się w oczy teksty naszpikowane słowami: "fiasko", "zapaść", "katastrofa". A potem liczne statystki: ile lat miało najmłodsze dziec­ko, które popełniło samobójstwo w 2020 roku, jak dużo dzieci cierpi na depresję, kiedy zostanie zamknięty kolejny oddział i dlaczego mamy tak niewielu psychiatrów. Tylko co za tym stoi? Czy zawsze było tak źle? I czy na pewno chodzi tylko o brak pieniędzy?

Postanowiłam zapytać tych, którzy zajmują się psychiatrią dziecięcą od lat, ale ta książka nie jest analizą, syntezą ani oceną systemu. Jest subiektywna, bo już sam wybór rozmówców taki jest. Jedna z lekarek mówi, że psychiatrię traktuje się w Polsce jak dziecko - ma być i nie sprawiać kłopotu. Nie odzywać się niepytana. Ta książka jest głosem osób, które od lat się nią zajmują. W różnych miejscach.

Te osoby to głównie kobiety.

Nie znoszę metafor wojennych, ale kiedy pokazują mi swoje oddziały, czuję się tak, jakbym za późno zjawiła się na polu bitwy. Lekarze i pielęgniarki przypominają ocalałych z katastrofy, mówią językiem ciężkich doświadczeń. Opowiadają o braku miejsc, dostawkach dostawianych do dostawek, braku rzeczy pierwszej potrzeby - od pasty do zębów po meble. O tym, że nie ma pieniędzy na specjalistyczne diagnozy. I że czują się, jakby pracowali na stacji benzynowej: podczas dyżurów patrzą tylko, jak pod szpital podjeżdżają kolejne karetki.

Mówią mnóstwo ważnych rzeczy ("Tu dzieci, które mają problem psychiczny, są prowadzone do egzorcystów. Rodzice często mnie pytają, co o tym myś­lę. Mówię, że odkąd pracuję, jeszcze nie widziałam, żeby egzorcyzmy komukolwiek pomogły". Albo: "Mnóstwo leków w psychiatrii dziecięcej to substancje niezarejestrowane w leczeniu dzieci i młodzieży, ale my je i tak stosujemy, bo nie mamy wyjścia. W świetle prawa to właściwie eksperyment medyczny". "Teraz przede wszystkim ratujemy życie. Zajmujemy się głównie osobami po próbach samobójczych, inne zaburzenia schodzą na dalszy plan"). Ale jedna rzecz wydaje mi się szczególnie istotna: dziec­ko, które trafia do nieudolnego systemu, odłączonego od innych - jest w niebezpieczeństwie. Lekarz, który je przyjmuje, też. I choćby to pierwsze miało potencjał wyzdrowienia, a ten drugi był najbardziej kompetentny - oboje łatwo można zniszczyć.

To właśnie dzieje się od lat.

Dlatego kiedy zaproponowano mi po raz drugi, by napisać książkę o psychiatrii dzieci i psychiatrach - powiedziałam tak.

Tym razem wygrała ciekawość.