Stanisław Pieprzony Wyspiański - Patryk Skałban
Kup ebooka
20.19 zł
16.76 zł
(17,16 zł najniższa cena z 30 dni)
«
»
Stanisław Pieprzony Wyspiański
Cholera.
Nie chcę być wulgarny,
ale gdy spoglądam na twoje dzieła
- po prostu jestem kurwa zazdrosny
Niebieskie oczy
Delikatne pociągnięcia pędzla
Intymne detale
Twoja skupiona
Uwaga
Której mi nigdy nie poświęciłeś.
Nauczyłeś mnie kochać sztukę
Odwiedzać muzea
Teatry
Przy tobie czułem się artystą,
jakim chyba chciałem być
Mówiłeś dużo
O natchnieniu
O muzach i braku czasu
Ale też o kończącej Ci się czarnej herbacie
i konflikcie na Białorusi
Kochałem tego słuchać
Gdy patrzę wstecz, nie mogę nie być wdzięczny
Tylko ten twój głupi pseudonim
Kto ich jeszcze używa?
Twoja fałszywa skromność nie była mi obca
Narcyz
Pieprzony Narcyz, do którego mógłbym mieć żal
Ale poznałem cię lepiej niż inni -
bardzo musisz tego żałować
I dlatego jedyny obraz jaki tworzyliśmy -
to podarte przez szalonego mistrza płótno.
A ty wiesz, że żadna tubka farby
nie jest niezastąpiona.
Dlatego po prostu wymieniasz mnie na nową.
Kompleks Apartamentów Gdańskich
Wczesnym rankiem niczym sfora psów bezpańskich
Pojawił się przede mną -
kompleks apartamentów gdańskich
Zaniedbany, brudny.
Nie chciałem tu być, lecz nie narzekam,
Pomimo tego deszczu i krzyku mew nad głową
Wreszcie nie patrzymy się na siebie z daleka
I święcie wierzę, że mogę być tu z tobą
Stary, zrujnowany.
Rumienię się na twe każde spojrzenie
Krople potu (a może bryza?) zbierają mi się na czole
Wiem, że szczerość zawsze jest w cenie
Ale co tu ceny pełni rolę?
Zajęty, zagracony.
Nie wiem co mam ci powiedzieć,
Ty nie wiesz czy chcesz mnie wysłuchać
Choć dawno powinnaś to wiedzieć
Na "prawdę" jesteś zbyt krucha
Wygodny, bezpieczny.
Oszczędzam Tobie nerwów
Oszczędzam sobie płaczu
Mam dosyć tego biegu
Mam dosyć mego strachu
Stabilny, wolny.
Nie chwytam cię za rękę,
lecz odprowadzam wzrokiem
To miasto cię wciągnęło, więc daję ci już odejść
Po prostu...
Późnym wieczorem -
w gwarze zabaw szampańskich
Czule żegnałem się
z kompleksem apartamentów gdańskich.
Warszawska Suka
I znowu ją znaleźli
Gdy leżała w rowie.
Nie mogła nie być wdzięczna, ale jakoś tak trudno
patrzeć w oczy braciom oprawców
A każde ich pytanie
Każdy dotyk
Mówią, że się stoczyła
Ale co oni mogą wiedzieć?
Ludzie patrzą, ale nie widzą
Ich słuch tak wrażliwy na własne ego
"Nie szanuje się"
"Męża by znalazła"
"Każdy ją miał"
Pralka
Zmywarka
"Jesteś jak automat, gdzie mam wrzucić pieniądze?"
I pozbawiona człowieczeństwa
Bezimienna
Ląduje w kolejnym rowie