6 LIPCA 1923
Komunistyczne fermenty
Jeśli człowiek urodził się Żydem na Rusi Zakarpackiej, miało to mało dobrych i dużo złych stron; musiało jednak upłynąć sporo czasu, zanim Lubczy Hoch poznał te dobre.
Lubczy przyszedł na świat w małej skalnej wiosce w pobliżu miasteczka Douski, usytuowanego u zbiegu granic Czechosłowacji, Rumunii i Polski. Nigdy nie poznał swojej prawdziwej daty urodzenia, gdyż rodzina nie prowadziła żadnych zapisków, ale wiadomo było, że jest w przybliżeniu o rok starszy od swojego brata i o rok młodszy od siostry.
Matka wzięła niemowlę na ręce i uśmiechnęła się. Syn był taki jak trzeba i nawet pod prawą łopatką miał jaskrawoczerwone znamię jak jego ojciec.
Mała chałupina, w której mieszkali, była własnością jego stryjecznego dziadka, rabbiego. Rabbi wielokroć prosił Zeltę, żeby nie poślubiała Siergieja, syna miejscowego handlarza bydłem. Młoda dziewczyna wstydziła się przyznać stryjowi, że zaszła w ciążę. I chociaż postąpiła wbrew woli rabbiego, ofiarował on młodym chatę w prezencie ślubnym.
Kiedy Lubczy przyszedł na świat, w czterech izdebkach już było ciasno; kiedy zaczynał chodzić, przybył mu jeszcze jeden brat i druga siostra.
Rodzina rzadko widywała ojca. Co rano wychodził z domu tuż po wschodzie słońca i wracał dopiero o zmierzchu.
Matka tłumaczyła dziecku, że ojciec idzie pracować.
- Co to za praca? - dopytywał się Lubczy.
- Ojciec dogląda bydła, które mu zostawił twój dziadek. - Matka nie udawała, że parę krów z cielętami stanowi stado.
- A gdzie ojciec pracuje? - pytał Lubczy.
- Na polach po drugiej stronie miasta.
- Co to jest miasto? - padało kolejne pytanie.
Zelta niezmordowanie odpowiadała na pytania, póki dziecko nie usnęło jej na rękach.
Rabbi nigdy nie mówił małemu o ojcu, za to przy każdej okazji opowiadał mu, jak to mama w młodości miała licznych zalotników i uważano ją nie tylko za najpiękniejszą, ale i za najinteligentniejszą dziewczynę w miasteczku. Z jej talentami powinna była zostać nauczycielką w tutejszej szkole, mówił rabbi, a teraz musiała się zadowolić przekazywaniem swojej wiedzy ciągle powiększającej się rodzinie.
Ale ze wszystkich dzieci tylko Lubczy zaspokajał oczekiwania matki: przesiadywał u jej stóp, chłonąc każde jej słowo i wysłuchując pilnie odpowiedzi na pytania, które zadawał. Z czasem rabbi zaczął się interesować postępami chłopca - i zarazem martwić, która strona rodziny odegra decydującą rolę w kształtowaniu jego charakteru.
Po raz pierwszy odczuł niepokój, gdy malec zaczął raczkować i natknął się na drzwi wychodzące na dwór; od tej chwili odwrócił uwagę od matki, tkwiącej przy piecu kuchennym, i zaczął interesować się ojcem i tym, dokąd on wychodzi każdego ranka.
Kiedy Lubczy mógł stanąć na własnych nogach, sięgnął do klamki, a kiedy tylko zaczął chodzić, przekroczył próg, wyszedł na ścieżkę i na szeroki świat, domenę ojca. Przez kilka tygodni uczepiony ręki ojca z radością przemierzał brukowane kocimi łbami ulice sennego o świcie miasteczka w drodze na pola, gdzie ojciec pasał bydło.
Ale Lubczego szybko znudziły krowy, które stały nieruchomo i czekały, aż zostaną wydojone, a od czasu do czasu rodziły cielęta. Chciał się dowiedzieć, co dzieje się w mieście, które się dopiero budziło, kiedy przechodzili tamtędy rankiem. Nazywać Douski miastem byłoby w istocie grubą przesadą, składało się bowiem z kilku rzędów murowanych domów, paru sklepów, gospody, małej synagogi - dokąd matka zabierała z całą rodziną Lubczego w soboty - i ratusza, którego progu chłopiec nigdy nie przestąpił.
Ale dla Lubczego było to najciekawsze miejsce na świecie.
Pewnego ranka ojciec, bez słowa wyjaśnienia, związał dwie krowy i poprowadził je w stronę miasta. Lubczy radośnie biegł obok, zasypując ojca pytaniami, bo ciekaw był, co też zamierza z nimi zrobić. Ale ojciec, inaczej niż matka, nie zawsze udzielał odpowiedzi, a jeśli tak, to rzadko one coś wyjaśniały.
Wreszcie Lubczy przestał zadawać pytania, bo ojciec za każdym razem zbywał go słowami:
- Poczekaj, to zabaczysz.
Dotarli wreszcie do miasteczka i krowy zostały zagonione na targ. Ni stąd, ni zowąd ojciec zatrzymał się w rzadko uczęszczanym rogu placu.
Lubczy doszedł do wniosku, że nie warto go pytać, dlaczego wybrał akurat to miejsce, bo i tak nie odpowie. Ojciec i syn stali w milczeniu. Upłynęło trochę czasu, zanim pojawił się pierwszy kupiec.
Lubczy patrzył zafascynowany, jak ludzie okrążają krowy, poszturchują je bądź tylko szacują ich wartość w mowie, której nigdy wcześniej nie słyszał. Pomyślał, jak to źle, że ojciec zna tylko jeden język w tym mieście u zbiegu granic trzech państw. Spoglądał biedak tępym wzrokiem na wieśniaków wyrażających swoje zdanie po oględzinach mizernych zwierząt.
Gdy w końcu jeden z zainteresowanych przemówił do ojca w jedynym języku, jaki ten rozumiał, przyjął jego ofertę bez targów. Kilka kolorowych papierków przeszło z rąk do rąk, krowy zmieniły właściciela, a ojciec udał się na rynek, gdzie kupił worek zboża, skrzynkę kartofli, trochę faszerowanej ryby, trochę odzieży, parę używanych butów wymagających pilnie reperacji, ręczny wózek i dużą mosiężną zapinkę dla kogoś z rodziny. Chłopca dziwiło, że podczas gdy inni uparcie targowali się z kramarzami, tata zawsze wręczał żądaną kwotę bez słowa sprzeciwu.
Po drodze do domu ojciec wstąpił do jedynej w miasteczku gospody, pozostawiając chłopca na ulicy, na straży sprawunków. Chłopiec siedział na ziemi, u wejścia do gospody, i czekał. Dopiero gdy słońce schowało się za ratuszem, ojciec po kilku butelkach śliwowicy chwiejnym krokiem wytoczył się z gospody i Lubczy musiał jedną ręką ciągnąć wózek pełen towarów, a drugą podtrzymywać pijanego.
Kiedy matka otworzyła drzwi, tata minął ją chwiejnym krokiem i upadł na łóżko. Po chwili rozległo się chrapanie.
Lubczy pomógł matce przyciągnąć wózek z zakupami do chaty. Chociaż zachwalał je, jak mógł, matka nie wydawała się zadowolona, że taki oto jest pożytek z całorocznego trudu. Potrząsnęła głową, medytując, co należy zrobić z nabytkami.
Worek z ziarnem ustawiła w kącie w kuchni, ziemniaki zostały w drewnianej skrzynce, rybę położyła koło okna. Potem przejrzała odzież i przeznaczyła poszczególne sztuki dla każdego z dzieci. Buty zostawiła przy drzwiach. Zapinkę schowała do małego tekturowego pudełka, które na oczach chłopca ukryła pod luźną deską podłogową po ojcowskiej stronie łóżka.
Tej nocy, kiedy wszyscy spali, Lubczy postanowił, że nie będzie więcej chodził z ojcem na pola. Następnego dnia rano, kiedy ojciec wstał, Lubczy wzuł buty stojące przy drzwiach, chociaż były na niego za duże, i wyszedł z domu za ojcem. Tym razem dotarł tylko na skraj miasteczka i skrył się za drzewem. Patrzył, jak tata znika w oddali, nawet nie odwracając głowy, żeby sprawdzić, czy dziedzic jego królestwa za nim podąża.
Lubczy odwrócił się i pobiegł na rynek. Cały dzień chodził wokół straganów i przyglądał się wystawionym towarom. Jedni sprzedawali owoce i warzywa, inni meble i sprzęty domowe. Zresztą handlowaliby, czym się da, byle tylko mieć zysk.
Lubczy z przyjemnością obserwował przeróżne sztuczki sprzedawców: jedni z góry traktowali klientów, inni się przymilali, a prawie wszyscy kłamali, gdy ich pytano o pochodzenie towaru. Jeszcze bardziej intrygujące było to, że mówili różnymi językami. Lubczy prędko spostrzegł, że większość kupujących, podobnie jak jego ojciec, przepłaca towary. Przysłuchiwał się uważnie rozmowom i zaczynał już chwytać niektóre obce słowa.
Kiedy wrócił do domu, miał ze sto pytań do matki, ale po raz pierwszy się przekonał, że na niektóre nawet ona nie umie odpowiedzieć. Po którymś takim pytaniu matka uznała, że czas, aby synek poszedł do szkoły. Ale w miasteczku nie było odpowiedniej szkoły dla malca. Zelta postanowiła omówić ten problem ze stryjem, jak tylko nadarzy się okazja. W końcu chłopiec tak zdolny jak Lubczy mógłby nawet zostać rabinem.
Następnego ranka Lubczy wstał jeszcze przed ojcem, wsunął na stopy jedyne w domu chodaki i wymknął się z chaty, nie budząc braci ani sióstr.
Biegł przez całą drogę na targ i od nowa zaczął obchód straganów, obserwując, jak sprzedawcy wystawiają swoje towary. Przysłuchiwał się kłótniom i pogaduszkom handlarzy i zaczynał coraz więcej rozumieć. Pojął teraz, co znaczyły słowa matki, że Bóg dał mu talent do języków. Ale matka nie wiedziała, że obdarzył go też talentem do handlu.
Patrzył urzeczony, jak ktoś wymienia tuzin świec na kurczaka, a inny oddaje komodę w zamian za dwa worki kartofli. Dalej ktoś jeszcze proponował kozę za wytarty dywan oraz furę drewna za materac. Gdyby tak mógł kupić ten materac! Był szerszy i grubszy od tego, na którym spała cała jego rodzina.
Co rano przychodził teraz na plac targowy. Nauczył się, że powodzenie w handlu nie zależy tylko od towarów, jakie się ma na sprzedaż, ale także od umiejętności przekonania klienta, że są mu potrzebne. Już po kilku dniach zrozumiał, że ci, którzy posługują się kolorowymi banknotami, nie tylko są lepiej ubrani, ale mają większe szansę na dobry interes niż ci, którzy wymieniają towar na towar.
Kiedy ojciec uznał, że pora wystawić następne dwie krowy na sprzedaż, jego sześcioletni syn doskonale już wiedział, jak korzystnie dobija się targu. Wieczorem znowu musiał prowadzić spitego ojca do domu. Gdy ten zwalił się na łóżko, chłopak wyładował przed zdumioną matkę całą górę towarów.
Przez ponad godzinę malec pomagał matce rozdzielać dobra między poszczególnych członków rodziny. Nie przyznał się, że ma jeszcze kolorowy papierek, na którym widnieje liczba 10. Chciał sprawdzić, co można będzie za niego kupić.
Następnego ranka nie od razu poszedł na rynek, ale pierwszy raz zapuścił się na ulicę Szkolną, żeby zobaczyć, co się sprzedaje w sklepach, które czasami odwiedzał stryjeczny dziadek. Zatrzymał się kolejno przed piekarnią, masarnią, sklepem z wyrobami garncarskimi, sklepem z odzieżą i wreszcie przed jubilerem: tylko tam nad drzwiami wydrukowane było złotymi literami nazwisko właściciela - Lekski. Wzrok chłopca przyciągnęła broszka leżąca pośrodku wystawy. Była jeszcze piękniejsza od tej, którą matka wkładała raz w roku na Rosz Haszana - kiedyś wspomniała, że to klejnot rodzinny. Wieczorem Lubczy wrócił do domu i stanął przy kuchennym palenisku, na którym matka szykowała dla rodziny skromny posiłek. Oznajmił jej, że sklepy są niczym innym jak nieprzenośnymi straganami z wystawą od frontu. Dodał jeszcze, co zauważył, gdy usiłował zajrzeć do środka, rozpłaszczając nos o szybę - że prawie wszyscy klienci płacą papierowymi banknotami i nie targują się ze sprzedawcą.
Nazajutrz Lubczy wrócił na tę samą ulicę. Wyjął z kieszeni papierowy banknot i przez dłuższą chwilę mu się przyglądał. Nadal nie wiedział, co może za niego dostać. Przez godzinę wpatrywał się w wystawy, aż wreszcie wszedł pewnym krokiem do piekarni i wręczył banknot człowiekowi stojącemu za ladą. Piekarz wziął banknot i wzruszył ramionami. Lubczy ufnie wskazał bochenek chleba na półce i piekarz podał mu go. Zadowolony z transakcji chłopiec odwrócił się do wyjścia, ale piekarz zawołał, żeby wziął resztę.
Lubczy wrócił, niepewny, co to znaczy, i z ciekawością patrzył, jak sklepikarz wkłada banknot do kasetki i dobywa z niej monety, które mu następnie wręcza.
Sześciolatek wyszedł na ulicę i z wielkim zainteresowaniem zaczął oglądać monety. Z jednej strony wyryte na nich były cyfry, z drugiej zaś głowa jakiegoś mężczyzny.
Ośmielony udaną transakcją odwiedził sklep z wyrobami garncarskimi, gdzie nabył dla matki misę za połowę monet.
Następnie zatrzymał się przy sklepie jubilera i utkwił wzrok w pięknej broszy na środku wystawy. Otworzył drzwi, podszedł do kontuaru i stanął przed obliczem starszego pana w garniturze i krawacie.
- Czego sobie życzysz, malcze? - zapytał pan Lekski i pochylił się, żeby przyjrzeć się chłopcu.
- Chcę kupić tę broszkę dla mojej matki - odparł Lubczy, siląc się na pewność siebie, i wskazał na wystawę. Otworzył zaciśniętą piąstkę, w której miał jeszcze trzy drobne monety.
Stary pan nie wybuchnął śmiechem, tylko łagodnie wytłumaczył chłopcu, że musiąłby mieć dużo więcej takich monet, żeby kupić broszkę. Lubczy poczerwieniał, zacisnął piąstkę i odwrócił się do wyjścia.
- Ale może byś tu zaszedł jutro? - podsunął stary pan. - Spróbuję coś dla ciebie znaleźć.
Lubczy, czerwony jak burak, wybiegł na ulicę, nie oglądając się za siebie.
Tej nocy nie mógł zasnąć. Powtarzał sobie w kółko słowa jubilera. Rano stał już przed sklepem na długo przed pojawieniem się właściciela. Z pierwszej lekcji, jakiej udzielił mu pan Lekski, malec się dowiedział, że ludzie kupujący biżuterię nie wstają wcześnie rano.
Na panu Lekskim, należącym do starszyzny miejskiej, tak piorunujące wrażenie zrobiła hucpa sześcioletniego malca, który ośmielił się wejść do jego sklepu z kilkoma drobniakami w garści, że podczas następnych tygodni czynił tę łaskę synowi handlarza bydła i odpowiadał mu na tysięczne pytania. Nie upłynęło dużo czasu, a Lubczy zaczął wpadać do sklepu na kilka minut każdego popołudnia.
Ale zawsze czekał na ulicy, gdy starszy pan kogoś obsługiwał. Wkraczał dopiero, gdy klient opuszczał sklep, stawał przy kontuarze i zarzucał jubilera gradem pytań, które sobie obmyślił poprzedniego dnia.
Pan Lekski odnotował z aprobatą, iż Lubczy nigdy nie zadaje drugi raz tego samego pytania i że na widok wchodzącego klienta prędko wycofuje się do kąta i ukrywa za płachtą gazety. Co prawda przewracał stronice, ale jubiler nie był pewien, czy chłopiec czyta, czy tylko ogląda fotografie.
Któregoś wieczoru po zamknięciu sklepu pan Lekski zaprowadził chłopca na jego tyły i pokazał mu automobil. Lubczy otworzył szeroko oczy, kiedy usłyszał, że ten wspaniały wehikuł może poruszać się sam, bez pomocy konia.
- Przecież on nie ma nóg! - wykrzyknął z niedowierzaniem.
Otworzył drzwiczki wozu i wgramolił się na fotel obok pana Lekskiego. Stary pan wcisnął guzik i uruchomił silnik. Lubczy poczuł mdłości i strach. Ale chociaż prawie nie sięgał wzrokiem ponad deskę rozdzielczą, już po paru chwilach pragnął usiąść na miejscu kierowcy.
Pan Lekski przewiózł chłopca po mieście i zostawił go przed drzwiami jego chałupy. Dziecko pędem wbiegło do kuchni i zawołało do matki:
- Ja też będę miał kiedyś auto!
Zelta uśmiechnęła się na tę myśl, ale nie powiedziała, że nawet sam rabin ma tylko rower. Karmiła swoją najmłodszą latorośl i zarzekała się, że to już jej ostatnia. Po przyjściu na świat nowego potomka, dla szybko rosnącego Lubczego zabrakło miejsca na wspólnym materacu. Matka musiała rozkładać mu na zapiecku stare gazety dziadka.
Gdy tylko zapadał zmierzch, dzieci zaczynały walkę o miejsce na legowisku. Rodzina nie mogła sobie pozwolić na oświetlenie izby świecami. Lubczy całymi nocami rozmyślał o aucie pana Lekskiego i o tym, jak przekonać matkę, że pewnego dnia on też będzie miał takie. Potem przypomniał sobie o broszce, którą matka nosiła tylko z okazji święta Rosz Haszana. Zaczął liczyć na palcach i wyszło mu, że musi odczekać sześć tygodni, żeby przeprowadzić plan, który zaczynał świtać mu w głowie.
Lubczy czuwał prawie całą noc poprzedzającą święto Rosz Haszana.
Kiedy rano matka się ubrała, nie spuszczał jej z oka; jego wzrok przykuwała broszka, którą matka przypięła do sukni. Zelta zdziwiła się, kiedy po skończonym nabożeństwie, gdy wyszli z synagogi, chłopiec schwycił ją za rękę i nie wypuścił do samego domu: nie robił tego od ukończenia trzeciego roku życia. Kiedy znaleźli się w chacie, Lubczy usiadł w swoim kącie ze skrzyżowanymi nogami i patrzył, jak matka odpina małe cacko. Zelta spojrzała na rodzinny skarb, a następnie przyklękła, uniosła luźną deskę w podłodze za materacem, pieczołowicie umieściła broszkę w starym tekturowym pudełku i opuściła deskę z powrotem.
Lubczy był tak cichy, że matka zaniepokoiła się i spytała, czy coś mu nie dolega.
- Nic mi nie jest, matko - odparł. - Ale dziś jest Rosz Haszana i myślałem o tym, co powinienem robić w nowym roku.
Matka uśmiechnęła się, gdyż wciąż miała nadzieję, że to jej dziecko zostanie rabinem. Lubczy więcej się nie odzywał, gdyż pochłaniał go problem tekturowego pudełka. Nie czuł się winny, nie uważał, że popełnia grzech, jak powiedziałaby matka, gdyż przekonał sam siebie, że na długo przed końcem roku zwróci wszystko i nikt o niczym się nie dowie.
Nocą, kiedy cała rodzina ułożyła się na legowisku, Lubczy zwinął się w kłębek w swoim kącie i udawał, że śpi, dopóki się nie upewnił, że wszyscy zasnęli. Wiedział, że sześcioro niespokojnych, stłoczonych ludzi - czwórka dzieci pośrodku, w tym dwoje w nogach, oraz matka i ojciec po bokach - rzadko doznaje łaski snu dłużej niż przez parę minut.
Kiedy był całkiem pewny, że nikt nie czuwa, zaczął się bezszelestnie skradać pod ścianami, aż dosięgnął drugiego brzegu materaca. Zamierał ze strachu, bo chrapanie ojca było tak rozgłośne, że lada chwila któreś z braci lub sióstr mogło się obudzić i go zauważyć. Wstrzymał oddech i zaczął obmacywać deski podłogi, sprawdzając, która da się podważyć.
Sekundy przeradzały się w minuty, ale nagle jedna z desek nieznacznie drgnęła. Lubczy nacisnął prawą dłonią z jednego końca i lekko deskę uniósł. Wsunął lewą rękę w otwór i poczuł coś pod palcami. Schwycił przedmiot i powoli wydobył spod deski. Było to tekturowe pudełko. Opuścił deskę z powrotem.
Trwał nieruchomo, póki się nie upewnił, że nikt go nie obserwuje.
Jeden z młodszych braci przekręcił się na drugi bok, siostry jęknęły i Lubczy skorzystał z okazji i umknął chyłkiem pod ścianą. Zatrzymał się dopiero przy frontowych drzwiach. Wyprostował się i zaczął po omacku szukać gałki u drzwi. Uchwycił ją spoconą dłonią i powoli przekręcił. Wysłużony zamek głośno zgrzytnął, na co wcześniej Lubczy nigdy nie zwrócił uwagi. Przestąpił próg, wyszedł na dróżkę, postawił pudełko na ziemi, wstrzymał oddech i powoli zamknął za sobą drzwi.
Popędził przed siebie, przyciskając pudełko do piersi. Gdyby się obejrzał, zobaczyłby stryjecznego dziadka, który przyglądał mu się ze swojego dużego domu ponad chatą.
- Tego właśnie się bałem - mruknął do siebie rabin. - Wdał się w rodzinę ojca.
Kiedy Lubczy oddalił się na bezpieczną odległość, zajrzał pierwszy raz do pudełka, ale mimo że świecił księżyc, nie mógł nic zobaczyć. Zatrzymał się wreszcie w środku miasta i usiadł na stopniach bezwodnej fontanny, dygoczący i podniecony. Dopiero po kilku minutach mógł się wreszcie dokładnie zorientować, jakie skarby kryje pudełko.
Znajdowały się w nim dwie mosiężne zapinki, kilka guzików różnych rodzajów, w tym jeden wielki i błyszczący, oraz stara moneta, na której widniała głowa cara. A w kąciku pudełka spoczywała upragniona zdobycz: mała, okrągła srebrna broszka okolona drobnymi kamieniami, które błyszczały w blasku księżyca.
Kiedy zegar na wieży ratusza wybił sześć razy, Lubczy wsadził pudełko pod pachę i skierował się na plac targowy. Znalazłszy się wśród kupców, usiadł między dwoma straganami i wyjął wszystko z pudełka. Odwrócił je następnie do góry dnem i ułożył na nim wszystkie przedmioty, przy czym broszkę umieścił pośrodku. Ledwie to uczynił, gdy przystanął przy nim człowiek z workiem kartofli na plecach i zaczął oglądać towar.
- Ile cenisz? - spytał po czesku, wskazując wielki, błyszczący guzik.
Chłopiec pamiętał, że pan Lekski nigdy nie odpowiadał na pytanie inaczej jak pytaniem.
- A ile dacie? - spytał językiem tamtego.
Chłop postawił worek na ziemi.
- Sześć kartofli - odparł.
- Taka cenna rzecz - rzekł Lubczy, potrząsając głową - jest warta najmniej dwanaście. - Podniósł guzik w górę, ku słońcu, żeby klient mógł go lepiej zobaczyć.
Chłop rzucił mu spojrzenie spode łba.
- Dziewięć - wydusił po dłuższej chwili.
- Nie - odparł stanowczo Lubczy. - Moja pierwsza cena jest najlepsza. - Silił się, żeby mówić tak jak pan Lekski, kiedy miał do czynienia z trudnym klientem.
Chłop potrząsnął przecząco głową, chwycił worek kartofli, zarzucił na plecy i skierował się ku centrum miasta. Lubczy zastanowił się, czy nie popełnił błędu, nie przyjąwszy dziewięciu kartofli. Zaklął i ułożył efektownie przedmioty na pudełku, pozostawiając broszkę w środku.
- Ile byś za nią chciał? - zagadnął go inny klient, pokazując broszkę.
- A co macie na zamianę? - zapytał Lubczy, przechodząc na węgierski.
- Worek mojej najlepszej pszenicy - rzekł wieśniak z dumą, zdjął wór z grzbietu obładowanego osiołka i rzucił go na ziemię przed chłopcem.
- Po co wam ta broszka? - zapytał Lubczy, przypomniawszy sobie jeszcze jedną sztuczkę pana Lekskiego.
- Żona ma jutro urodziny, a w zeszłym roku zapomniałem dać jej prezent.
- Oddam ten piękny klejnot, własność mojej rodziny od kilku pokoleń - rzekł Lubczy, podsuwając broszkę pod oczy wieśniakowi - za pierścień, który macie na palcu...
- Ale mój pierścień jest złoty - zauważył ze śmiechem chłop - a ta broszka tylko srebrna.
- ...i za worek pszenicy - powiedział Lubczy, jakby kończył przerwane zdanie.
- Chyba zwariowałeś? - zdumiał się chłop.
- Tę broszkę nosiła kiedyś wielka arystokratka, ale musiała się z nią rozstać, gdy nastały ciężkie czasy. Więc pytam was, czy kobieta, która wam urodziła dzieci, nie jest jej warta? - Lubczy nie miał pojęcia, czy wieśniak ma w ogóle dzieci, ale nacierał dalej. - A może ma czekać do następnego roku?
Węgier w milczeniu rozważał słowa malca. Lubczy położył broszkę z powrotem na środku pudełka i patrzył tylko na nią, a nie na pierścień.
- Dobrze, dam pierścień - oznajmił zdecydowanie wieśniak - ale bez pszenicy.
Lubczy zmarszczył czoło udając, że się zastanawia, czy przyjąć ofertę. Wziął do ręki broszkę i obejrzał ją w słonecznym świetle.
- Zgoda - powiedział z westchnieniem. - Ale tylko dlatego, że wasza żona ma urodziny. - Pan Lekski pouczał go, że zawsze należy pozostawić klienta w mniemaniu, że zrobił dobry interes. Wieśniak prędko zdjął z palca ciężki złoty pierścień i chwycił broszkę.
Skoro tylko dobito targu, powrócił pierwszy klient. Niósł na ramieniu starą łopatę. Upuścił na ziemię obok chłopca w połowie próżny worek kartofli.
- Namyśliłem się - odezwał się Czech. - Dam ci dwanaście kartofli za ten błyszczący guzik.
Ale Lubczy potrząsnął głową.
- Teraz chcę piętnaście - powiedział, nie podnosząc oczu.
- Ale rano żądałeś dwanaście!
- Tak, ale potem przehandlowaliście połowę kartofli, i to pewnie lepszą połowę, za tę łopatę - stwierdził Lubczy.
Wieśniak stał niezdecydowany.
- Przyjdźcie jutro - rzedł Lubczy - to dacie dwadzieścia.
Czech zachmurzył się, ale tym razem nie zabrał worka i nie odszedł.
- Zgoda - rzucił gniewnie i zaczął wyjmować kartofle z worka.
Lubczy znowu potrząsnął głową.
- Co znowu? - wrzasnął wieśniak. - Myślałem, żeśmy się ugodzili.
- Wyście widzieli guzik, ale ja nie widziałem kartofli. To ja powinienem je wybrać, nie wy.
Czech wzruszył ramionami, otworzył worek i pozwolił malcowi sięgnąć w głąb i wybrać piętnaście kartofli.
Lubczy nie zawarł już tego dnia żadnej transakcji i kiedy handlarze zaczęli zwijać stragany, pozbierał swoje towary - stare i nowe - i umieścił w pudełku. Pierwszy raz pomyślał ze strachem, że matka może odkryć jego kombinacje.
Przeciął plac targowy i powoli podążył na drugą stronę miasta. Zatrzymał się w miejscu, gdzie droga rozwidlała się w dwie ścieżki. Jedna prowadziła na pola, gdzie ojciec pasał bydło, druga do lasu. Lubczy sprawdził, czy nikt nie idzie drogą, którą przed chwilą przemierzył, i dał nura w las. Wkrótce stanął przy drzewie, które, jak mniemał, bez trudu później rozpozna. Wykopał w pobliżu gołymi rękami jamę i schował w niej pudełko oraz dwanaście kartofli.
Dokładnie zatarł ślady i powoli wrócił na drogę, licząc przy tym kroki. Naliczył ich dwieście siedem. Obejrzał się jeszcze do tyłu na las i puścił się biegiem przez miasto. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami małej chaty. Odczekał chwilę, złapał oddech i wkroczył do środka.
Matka właśnie nalewała chochlą do misek wodnistą zupę z rzepy i na pewno zaczęłaby się dopytywać, dlaczego wraca tak późno, gdyby nie wyciągnął szybko trzech kartofli. Na ten widok bracia i siostry zaczęli piszczeć z zachwytu.
Matka upuściła chochlę do garnka i spojrzała na syna.
- Czy je ukradłeś, Lubczy? - spytała, kładąc ręce na biodrach.
- Nie, matko - odparł. - Nie ukradłem.
Zelta odetchnęła z ulgą i wzięła od chłopca kartofle. Umyła je po kolei w wiadrze, które przeciekało, jeśli napełnione było więcej niż do połowy. Usunąwszy z kartofli resztki ziemi, zaczęła je zręcznie oskrobywać kciukami. Następnie pokroiła wszystkie na kawałki, przy czym mężowi dała największą porcję. Siergiej nawet nie pomyślał, żeby zapytać syna, w jaki sposób udało mu się zdobyć takie specjały.
Lubczy mocno zasnął jeszcze przed wieczorem, zmęczony po swoim pierwszym dniu pracy na targu.
Rankiem wyszedł z domu, zanim ojciec się przebudził. Biegł przez całą drogę do lasu, odliczył dwieście siedem kroków, zatrzymał się przed drzewem i zaczął kopać. Wydobył z ziemi pudełko i wrócił do miasteczka; kupcy właśnie rozstawiali stragany.
Tym razem ulokował się pomiędzy dwoma straganami, w głębi placu targowego, ale gdy docierali tam jacyś zabłąkani klienci, to albo wcześniej zrobili zakupy, albo nie mieli już ochoty na targi. Wieczorem pan Lekski tłumaczył chłopcu, że trzy podstawowe zasady dobrego handlu to miejsce, miejsce i jeszcze raz miejsce.
Następnego dnia rano Lubczy usadowił się ze swoim pudełkiem u wejścia na targ. Szybko się okazało, że przystaje przy nim o wiele więcej ludzi; kilku zapytywało w różnych językach, co chciałby dostać za złoty pierścień. Niektórzy nawet go przymierzali, ale mimo że Lubczy otrzymał kilka ofert, żadna z proponowanych transakcji nie wydawała mu się korzystna.
Właśnie usiłował zamienić dwanaście kartofli i trzy guziki na wiadro, z którego nie cieknie, kiedy dostrzegł dystyngowanego pana w długim czarnym surducie, który stał z boku i cierpliwie czekał na zakończenie targów.
Gdy chłopiec podniósł wzrok w górę i zobaczył, że to pan Lekski, wstał, przywitał się i prędko odprawił klienta. Stary pan podszedł bliżej, pochylił się i brał kolejno do ręki przedmioty umieszczone na pudełku. Lubczy wprost nie mógł uwierzyć, że jubiler zwrócił uwagę na jego towary. Pan Lekski najpierw zainteresował się monetą z głową cara. Przez pewien czas obracał ją i oglądał.
Lubczy zdał sobie sprawę, że naprawdę nie chodzi mu o monetę: była to po prostu sztuczka, którą jubiler wielokrotnie stosował na jego oczach, zanim spytał o cenę rzeczy, na której mu rzeczywiście zależało. Chyba sto razy powtarzał chłopcu, żeby nigdy nie dał poznać po sobie, na czym naprawdę mu zależy.
Lubczy czekał cierpliwie, kiedy stary pan zwróci uwagę na środek pudełka.
- A ile spodziewasz się dostać za to? - zagadnął w końcu jubiler, podnosząc złoty pierścień.
- Ile pan proponuje? - spytał chłopiec, bijąc go jego własną bronią.
- Sto koron - odparł stary pan.
Lubczy nie był pewien, jak zareagować, wcześniej nikt bowiem nie proponował mu za nic więcej niż dziesięć koron. Wtem przypomniał sobie radę swego nauczyciela: "Żądaj trzykrotnie wyższej kwoty, zgódź się na dwa razy wyższą". Spojrzał w górę na swojego mentora.
- Trzysta - rzucił.
Jubiler pochylił się i odłożył pierścień na miejsce na środku pudełka.
- Dwieście to wszystko, co mogę dać - powiedział kategorycznie.
- Dwieście pięćdziesiąt - targował się jeszcze Lubczy.
Pan Lekski nie odzywał się przez chwilę, ciągle wpatrując się w pierścień.
- Dwieście dwadzieścia pięć - powiedział w końcu. - Ale pod warunkiem, że dorzucisz tę starą monetę.
Lubczy natychmiast kiwnął głową. Usiłował nie dać poznać po sobie, jak bardzo jest zadowolony z transakcji.
Pan Lekski wyjął portfel z wewnętrznej kieszeni surduta, wręczył chłopcu dwieście dwadzieścia pięć koron i schował do kieszeni starą monetę i złoty pierścień. Lubczy podniósł wzrok na starego pana i pomyślał, że chyba już niewiele może go nauczyć.
Tego popołudnia chłopiec nie przeprowadził już żadnej transakcji, więc wcześnie pozbierał swoje manatki i zadowolony z całego dnia skierował się do miasteczka. Na głównej ulicy zakupił nowiutkie wiadro za dwanaście koron, za pięć kurczaka i w piekarni za jedną bochenek świeżego chleba.
Mały handlarz pogwizdywał sobie, idąc główną ulicą. Mijając sklep pana Lekskiego, spojrzał na wystawę, żeby sprawdzić, czy piękna broszka, którą zamierzał kupić matce przed Rosz Haszana, jest jeszcze na sprzedaż.
Ze zdumienia aż upuścił na ziemię nowe wiadro. Oczy otwierały mu się coraz szerzej. Broszka została zastąpiona starą monetą, obok której leżała karteczka z wyjaśnieniem, że znajduje się na niej głowa cara Mikołaja I i że pochodzi ona z 1829 roku. Spojrzał na cenę widniejącą poniżej: Tysiąc pięćset koron.