ROZDZIAŁ I
Krew spływała po śnieżnobiałym gorsecie jej sukni. Materiał zaś darł się na strzępy, pozostawiając resztki na ostrych gałęziach krzewów. A księżyc? Księżyc skrył swój masyw za chmurami, jakby nie chciał oświetlać drogi młodej kobiecie. Biegła więc po omacku, co rusz potykając się i przewracając. Jej piękną twarz zdobiły teraz liczne zadrapania i ziemia, nadająca jej cerze ciemniejszego wyglądu. Dyszała ciężko i co chwila podpierała się o napotkane pnie drzew. Nie przerywała jednak biegu, wiedząc, że ta okazja nigdy więcej się nie powtórzy. To była jej jedyna szansa na ucieczkę.
Mknęła więc dalej, jakby w ten sposób mogła zbiec przed przeznaczeniem.
Nie wzięła ze sobą nic prócz rodowej biżuterii, którą chciała jak najszybciej sprzedać. Nie miała jedzenia. Nie miała wody. Nie miała broni.
Nie miała tak naprawdę nic - tylko nadzieję i przemożną złość na cały świat oraz na los, który ją spotkał.
Usłyszawszy wilczy skowyt, wpadła z impetem na drzewo. Od uderzenia dostała zawrotów głowy, które zelżały dopiero, gdy osunęła się na miękką trawę. Nasłuchiwała zbliżających się łowców. Czuła bowiem pewność, że właśnie ich wysłał jej niedoszły mąż, by ją odszukali. Jedynym jej sprzymierzeńcem stał się czas, gdyż nigdy nie miała zdolności, które pozwoliłyby jej się schować lub przeżyć w dzikim lesie, a... była przekonana, że jej ucieczka nie została od razu zauważona. Zbiegła tuż po tym, jak służąca odziała ją w tę przepiękną kreację, a na długo przed tym, nim przybyła inna służka, mająca zaprowadzić ją do kaplicy. A działo się to wieczorem. Mythlen doprawdy nigdy nie widziała piękniejszej scenerii od tej, która miała towarzyszyć jej w drodze do ołtarza. Niebo krwawiło różem, a niebieskie chmury oddzielały jego połacie od skrajnie żółtych partii położonych najbliżej słońca. Jej narzeczony pragnął, by ślubowi asystowały niemożebnie romantyczna atmosfera i klimat wręcz błagający, by się tej nocy zakochać. Salę, w której zamierzali biesiadować, rozświetlały setki świec, a suknię Mythlen przyozdobiono prawdziwymi perłami, żeby odbijały ich płomyki.
Tego wieczora przyćmiłaby wszystkie kobiety w hrabstwie, a może i w całym królestwie Dor Kva'aru. Być może wieść o jej ślubie dotarłaby nawet do zamorskich miejscowości lub przedarła się przez wschodnie góry. Być może przyjaciel króla chwaliłby się nią w ościennych państwach. Być może. Nie wątpiła jednak, że wieść o ucieczce pięknej narzeczonej będzie chętniej opowiadana niż relacja z niedoszłego ślubu.
Pomimo bólu uśmiechnęła się do siebie. Po trosze na pocieszenie, a po trosze zawadiacko, poczuwszy nagle, że jest wolna.
Mimo że nie była, o czym przypomniał jej kolejny skowyt drapieżnika, który rozległ się tym razem nieco bliżej. Cóż takiego działo się z tym zwierzęciem, że tak jęczało? Czyżby ktoś na nie zapolował? W nocy...?
A może to jej narzeczony już ją znalazł i teraz kazał nastraszyć?
Wstała, zakasała porwaną w strzępy spódnicę sukni i parła przed siebie, boleśnie ocierając kostki o twarde pantofle. Po tym krótkim odpoczynku zaczęły boleć ją mięśnie, a gdy adrenalina opuściła jej ciało, zrozumiała, jak bardzo pieką ją wszystkie zadrapania. Ale musiała brnąć dalej, nie mogła teraz zawrócić. Nawet jeżeli mieliby ją znaleźć, przynajmniej przegra tę bitwę z honorem. A potem znów ucieknie.
Nie dopuści do ślubu z tym człowiekiem.
Po kilku minutach znów przystanęła - tym razem, by oderwać resztki spódnicy, które tylko jej zawadzały. Już i tak nie mogła bowiem wyglądać gorzej. Rzuciła strzępy na ziemię, nie przejąwszy się zupełnie tym, iż zostawia łowcom jawny ślad swojego bytowania tutaj, po czym postawiła kolejny, niezliczony tego dnia krok. Teraz miała na sobie jedynie pończochy, halkę i gorset. Był to strój, który iście nie przystawał kobiecie z jej sfer, lecz przecież wszystko to, co do tej pory zrobiła, również jej nie przystawało.
Nie chciała, by ją znaleziono, ale nie bała się gniewu narzeczonego. Nie bała się wykluczenia z życia towarzyskiego w jej hrabstwie ani pewnej utraty tytułu. Bała się jedynie biedy, choć i z tym mogła sobie przecież poradzić.
Jej bieg nie był już tak szaleńczy jak przed dwoma godzinami. Przypominał bardziej nierówny marsz, przerywany słanianiem się ze zmęczenia. Pomimo najszczerszych starań nie potrafiła uspokoić oddechu i obawiała się, że za moment zemdleje. Dziękowała chociaż za to, że tuż po wyjściu służącej poświęciła kilka minut na poluzowanie gorsetu.
W pewnym momencie wybiegła na trakt, ale nie umiała określić, gdzie dokładnie się znajduje ani czy przypadkiem nie zatoczyła koła.
I aż podskoczyła z przerażenia, gdy tuż za sobą usłyszała kroki i popiskiwanie psa.
Obróciła się na pięcie, jednak w tych ciemnościach nie dojrzała wiele. Poczuła się osaczona, mimo iż nic nie mówiło, że tak właśnie się stało.
Po chwili z gęstego cienia wyłoniła się sylwetka rosłego myśliwego, trzymającego na rękach szarego wilka. Nie miał go wszak przerzuconego przez ramię, jak to czynili mężczyźni po udanym polowaniu. Zwierzę spoczywało na przegubach jego rąk, jakby było niesioną kobietą.
Mythlen odruchowo cofnęła się na ten niecodzienny widok i uniosła oczy na nieznajomego. Pod kapturem nie widziała dokładnie jego twarzy, ale dostrzegła, że żaden mięsień się na niej nie poruszył. Serce podeszło jej do gardła, gdy zrozumiała, iż właśnie spotyka w lesie obcego mężczyznę, będąc jednocześnie niemal w samej bieliźnie.
Przez długi moment oboje po prostu stali, patrząc na siebie. Dopiero cichy skowyt niesionego wilka nakazał im przerwać to milczenie.
Myśliwy przemówił pierwszy, głos miał nieco ochrypły, zapewne długo się nie odzywał.
- Czy chcę wiedzieć, co samotna kobieta robi nocą w środku lasu?
Mythlen czuła na sobie jego czujne spojrzenie.
- Uciekłam - odrzekła po prostu i skrzyżowała ramiona na piersi.
Mężczyzna poruszył rękoma, jakby zaczynały mu drętwieć pod ciężarem ogromnego wilka. Czemu właściwie go niósł? I co zamierzał z nim zrobić?
- Sprzed ołtarza? - domyślił się i nabrał ze świstem powietrza.
- Zgadza się - przyznała.
Pomimo zmęczenia jej myśli wręcz krzyczały, by nie przerywała biegu i nie wdawała się w rozmowę z tym człowiekiem. Była jednak wykończona i zastanawiała się, czy... czy ten jej pomoże.
Równocześnie nie chciała sprowadzać na siebie nieprzewidzianego zagrożenia.
Nagle zrobiło jej się gorąco. Co ona wyprawiała? Nie miała wszak pojęcia o przetrwaniu w dzikim lesie i tym bardziej nie wiedziała, jak mogłaby się obronić przed tym mężczyzną, gdyby on zechciał ją skrzywdzić. Och... naprawdę nie należało się zatrzymywać.
Cofnęła się jeszcze o krok, gdy nieznajomy ruszył w jej stronę.
- Bardzo romantycznie. Skąd uciekłaś?
Księżyc przebił się wreszcie przez chmury i zamigotał w jego złocistych tęczówkach. Przeszły ją ciarki, bo oczy myśliwego skrajnie przypominały ślepia niesionego przezeń wilka.
Początkowo chciała skłamać, lecz ostatecznie wydukała:
- Z zamku Kayen. - Odruchowo uniosła palec i skierowała go w stronę, z której przyszła, lecz opuściła go szybko, bo nie miała przecież pojęcia, czy przemieszczała się w linii prostej.
Mężczyzna skinął głową w zamyśleniu. Przez chwilę sądziła, że zaoferuje jej pomoc, lecz on wtedy wskazał podbródkiem coś znajdującego się za jej plecami i ponownie zmierzył ją spojrzeniem złotych oczu. Tym razem uśmiechał się jednak na wpół ze znużeniem, a na wpół lubieżnie, co potraktowała jako ostrzeżenie.
- Więc idź dalej na wschód.
Zaciskała usta, wpatrując się w niego z niepokojem, nim się odwróciła, zmęczona, nawet mu nie podziękowawszy. Nie pomyślała, że mężczyzna niesamowicie jej pomógł, bo gdyby tylko skręciła na tym trakcie w lewo, trafiłaby z powrotem na zamek.
Uszedłszy kilkanaście kroków, spojrzała przez ramię, by zobaczyć, w którą stronę pójdzie nieznajomy z wilkiem, jego już jednak nigdzie nie było.
Zniknął, a ona znów została sama.
Czy tak miało być już zawsze?
Wiatr potargał jeszcze mocniej jej czarne włosy, aż przysłonił na moment widok. Pomyślała znów o napotkanym przed momentem myśliwym. Poza uśmiechem, który jej posłał, nie wykazywał nią zainteresowania, mimo iż stanowiła niebywale, żałośnie wręcz łatwy cel. Mogła podejrzewać, że po prostu był strudzony, i nie chciała też źle myśleć o każdym napotkanym człowieku. Wolała zachować w sercu dobre wspomnienie kogoś, kto wskazał jej drogę.
Próbowała sobie przypomnieć mapę lasów w jej hrabstwie, jednak nawet po rozrysowaniu na ziemi kilku dróg nie mogła z całą pewnością przesądzić, którym traktem teraz podążała. Tak czy inaczej, rankiem powinna dotrzeć do miasta. Tylko że i tak nie będzie mogła tak po prostu sprzedać tam rodowej biżuterii, bo to na pewno przyczyniłoby się do jej zdemaskowania.
Stwierdziła więc, że ruszy na północ, do stawu, ale przypomniała sobie, że ten stanowił jedyne źródło wody w okolicy, więc udanie się w tamtym kierunku też poskutkowałoby tym, że szybciej ją znajdą.
Och, była skończona.
Z wściekłością chwyciła pobliski kamień i cisnęła nim o najbliższy pień. Odbiwszy się od niego, wydał cichy i głuchy huk, który zbudził ptactwo śpiące w koronach drzew. Rozległ się przeciągły skrzek, a ją przeszły ciarki.
Podniosła się z kolan, otrzepała przybrudzoną halkę i znów poczęła iść przed siebie chwiejnym krokiem. Żwir chrzęścił pod jej stopami zbyt głośno, toteż zboczyła z traktu, trzymała się jednak jego linii.
Miała wrażenie, że minęła wieczność, nim usłyszał stukot końskich kopyt. Skryła się za pniem drzewa i odszukała wzrokiem białego wierzchowca, stępem prowadzonego przez jeźdźca po drodze. Mężczyzna siedział w siodle elegancko, a jego jasne włosy błyszczały niczym zboże w słońcu. Rozglądał się po leśnych połaciach, toteż Mythlen kucnęła, by być mniej widoczna.
- Jest tu pani? - spytał mężczyzna.
Ściągnęła brwi. Czyżby to był podstęp ze strony jej narzeczonego? Czego mógłby potrzebować od niej ten człowiek?
- Chcę pani pomóc - powiedział dosyć cicho, ale na tyle głośno, by wyraźnie go usłyszała.
Nie zamierzała jednak mu zaufać. Czemuż miałaby uwierzyć niespodzianie napotkanemu mężczyźnie? Drugiemu tej nocy...
- Pani nie może być tu sama, znajdą panią - dodał, zmrużywszy oczy. Nagle zwolnił i znów rozejrzał się dookoła. Westchnął głośno, ze zrezygnowaniem. - Mój kuzyn źle postąpił, powinien pani pomóc.
Mythlen wbiła paznokcie w spód dłoni. Kuzyn... Ten zakapturzony mężczyzna z wilkiem miałby być kuzynem tego eleganckiego jeźdźca? Nie chciało jej się w to wierzyć, jednak, nie widząc innego rozwiązania, wstała i odgarnęła włosy z twarzy.
- I pomógł - odparła, ku zaskoczeniu nieznajomego, który akurat patrzył w drugą stronę.
Dostrzegłszy ją, zeskoczył z siodła i podszedł do niej. Jego zachowanie zdawało się mniej gwałtowne od ruchów tego, który wskazał jej drogę.
Schował jedną dłoń do kieszeni płaszcza.
- Ale ta pomoc na nic by się nie zdała - stwierdził rzeczowo i zlustrował ją wzrokiem.
Wyprostowała się więc, z nadzieją, iż dzięki temu nie będzie wyglądała aż tak żałośnie.
- Doskonale bym sobie poradziła.
- O ile przeżyłaby pani następny dzień - mruknął, przeczesawszy palcami blond włosy.
Mythlen widziała jego wzrok, ciągle wracający do przednich wiązań jej gorsetu, ale była zbyt zmęczona, by go o to obwiniać.
- Nie oczekuję niczyjej łaski.
Roześmiał się krótko.
- Och, to do pani bardzo pasuje.
- Słucham? - Uniosła brew ze zdziwieniem.
Mężczyzna wzruszył nonszalancko ramionami.
- Kobieta, która bez przygotowania ucieka sprzed ołtarza, musi być niezwykle uparta. Ale zapewniam, że nie okazuję pani łaski bez powodu. - Baczny wzrok jego niebieskich oczu stał się nieco bardziej intensywny. - Powiedzmy, że chciałbym spłacić dług. - Wyciągnął do niej odzianą w dłoń rękawiczkę, którą ta po chwili wahania ujęła.
- Dziękuję - szepnęła, choć nie wiedziała jeszcze, za co mu dziękowała. Ale, och, na wszystkie morza, była zbyt zmęczona, by dalej brnąć przez ten las!
Jeździec poprowadził ją do konia, co dotarło do niej dopiero po dłuższej chwili.
Stanęła przed nim gwałtownie i wyrywała dłoń z uścisku mężczyzny.
- Co się stało? - Popatrzył na nią podejrzliwie.
Potrząsnęła głową, aż ciemne włosy rozsypały się dookoła twarzy.
- Nic - skłamała, ponieważ w rzeczywistości bała się jeździć konno. Ostatnim razem podróżowała wierzchem za życia jej ojca. Potem, podczas powrotu z pogrzebu, spadła ze swojej klaczy i od tamtego momentu nie chciała nawet myśleć o ponownym siadaniu w siodle. Teraz jednak musiała się przełamać.
Na roztrzęsionych nogach, z pomocą mężczyzny, wspięła się na koński grzbiet i omal nie krzyknęła, gdy zwierzę się poruszyło. Blondyn, który akurat postawił stopę w strzemieniu, znów uraczył ją spojrzeniem spod uniesionych brwi.
- Boi się pani koni?
Spróbowała swoje przerażenie skryć za uśmiechem.
- Skądże. To tylko zmęczenie.
Nie wyglądał na przekonanego, ale przełożył nogę na drugą stronę siodła i dobył wodzy.
- Proszę się trzymać - polecił. - Nie mieszkamy daleko, ale nie chcę marnować czasu na stęp.
Objęła go więc w pasie, starała się jednak zachować pewien dystans. Lecz kiedy ruszył, porzuciła ten pomysł na rzecz zminimalizowania zmagań z towarzyszącą im prędkością. Zacisnęła kurczowo palce na koszuli nieznajomego, gdy ten pogalopował wzdłuż traktu, a potem wąską ścieżką w głąb lasu.
Nawet za czasów, gdy jeździła z ojcem na polowania, nie rozpędzała swojego wierzchowca do takiej prędkości. Poruszała się zazwyczaj wolno, by móc podziwiać krajobrazy, dlatego nic dziwnego, że omal nie zwymiotowała pod wpływem gwałtownego kołysania.
Wiatr smagał jej włosy, tworząc z nich niby koński ogon za jej głową. Nieznajomy nic się nie odzywał, a ją coraz bardziej ogarniało zmęczenie, które resztkami sił próbowała od siebie odgonić. Musiała być czujna. Jeszcze przez kilka godzin, potem może odpocznie.
- Jest pani szlachcianką?
- Tak - odparła. Nie było sensu go oszukiwać, bowiem jej strój i biżuteria mówiły same za siebie.
- Proszę więc wybaczyć, że wiozę panią do naszego domu. Wiem, że nie wypada młodej kobiecie przebywać z dwoma mężczyznami, ale...
- Z każdym słowem czuję się coraz bardziej przerażona - mruknęła, na wpół żartobliwie, na wpół prawdziwie.
- Będzie pani u nas bezpieczna, zapewniam.
- Dziękuję. - Wątpiła, by to usłyszał, gdyż głos jej się załamał w połowie i przycichł. Nie wiedziała, czy powinna mu ufać. A raczej, czy powinna czuć się bezpieczna, bowiem ufać zamierzała tylko sobie.
- Jak ma pani na imię?
- Mythlen.
- Pięknie. - Spojrzał na nią szybko przez ramię. - Ja jestem Gareth.
Nie zapytał o nazwisko, co przyjęła z ulgą. Nie zniosłaby jeszcze jednego obnażenia.
Las, o dziwo, z każdym przebytym metrem stawał się coraz jaśniejszy. Musiała skupić wzrok na konkretnym punkcie, by wreszcie dojrzeć wyrąbane drzewa. A więc znajdowali się już niedaleko.
- Mój kuzyn to Jothan - powiedział i zatrzymał konia w miejscu, z którego nie było widać ich domu.
Mythlen spodziewała się starej myśliwskiej chatki, ale potem zwróciła uwagę na starannie skrojony płaszcz Garetha i stwierdziła, że taki elegant nie mógłby mieszkać w rozpadającej się ruderze.
- To tutaj? - Rozejrzała się nieprzytomnie, gdy oboje zeszli na ziemię.
Była szczęśliwa, że jazda dobiegła końca, ale jednocześnie odczuwała niepokój, bo nie dostrzegała żadnego budynku... Czy mężczyzna zabrał ją po prostu w sam środek lasu? Och, jakąż głupotą się wykazała!
Zaczęła się wycofywać, gdy Gareth sięgał po uzdę. Dostrzegłszy Mythlen, która właśnie chciała się zerwać do biegu, uniósł wysoko brwi.
- Wiem, jak to wygląda, ale nie mogę dojechać bliżej domu - wyjaśnił i zacisnął usta. - Jothan trzyma tam wilki, a te, mimo tresury, czasem źle reagują na konie. Mój jest całkiem spokojny, ale i on raz zrzucił mnie z siodła, gdy usłyszał powarkiwanie.
Mythlen to wszystko wydawało się skrajnie nieprawdopodobne, ale przyjęła tłumaczenia do wiadomości i skinęła głową. Pospieszyła za mężczyzną.
A więc Jothan, którego spotkała wcześniej, zajmował się tresurą wilków... To wyjaśniałoby, dlaczego zamiast zabić ranne zwierzę i zedrzeć z niego skórę na sprzedaż, niósł je w ramionach. Zapewne chciał wyleczyć tamtego drapieżnika. Zdaje się, że trafiła na dziwnych ludzi...
W końcu dotarli do wspomnianego wcześniej domu młodzieńców, który okazał się całkiem sporą i raczej zadbaną posiadłością. Oczywiście w niczym nieprzypominającą tych, które dotąd widywała - była kilkukrotnie mniejsza - ale nie wyglądała na zniszczoną lub ubogą. Albo to mrok tworzył taką ułudę.
W środku było ciemno, dlatego, poprzez brak świateł z okien, z trudem dostrzegła Jothana, czekającego na nich w progu domostwa. Siedział na schodach w towarzystwie trzech wilków, które zaczęły cicho warczeć. Na Mythlen lub na konia, tego dziewczyna nie umiała przesądzić.
Rzuciła Garethowi spojrzenie i z podziwem zauważyła, jak szybko udało mu się uspokoić jego wierzchowca. Zaraz potem jednak skupiła się na siedzącym u drzwi Jothanie. Jedną rękę oparł nonszalancko o kolano, a drugą gładził wilczy łeb.
Oblał ją zimny pot, gdy napotkała wzrok złotych oczu mężczyzny. Nie myliła się wcześniej - jego tęczówki wyglądały zupełnie jak te jego towarzyszy.
Cztery pary żółtych oczu, jedna ludzka i trzy wilcze, wpatrywały się w nią, gdy powoli zbliżała się do posiadłości.