STAL - Joanna Kluza, Silvia Avallone

-
Proszę czekać

3

To była i jednocześnie nie była zabawa.

Brunetka i blondynka przyglądają się w pomazanym pastą do zębów lustrze nad umywalką swoim bardziej wyzywającym wersjom. Stoją bez ruchu i drżą z niepokoju. Usta na niby wydęte, rozpuszczone włosy. Na umywalce chwieje się małe przenośne stereo, które gra na cały regulator. Leci stara płyta CD Alessia z lat dziewięćdziesiątych.

Anna i Francesca, gdy nikogo nie ma w domu.

Obydwa ciała podrygują w takt, razem z dźwiękiem. Czekają na punkt kulminacyjny piosenki.

Okno jest otwarte. Zamknęły się w łazience na klucz. Robią to w każdy poniedziałek rano, latem, kiedy nie ma szkoły i wszyscy są w pracy. Podnoszą roletę, odsuwają zasłonę. Pozostają półnagie na środku pomieszczenia. W budynku naprzeciwko są tylko emeryci i obiboki.

Umalowały się z przesadą. Szminka wyjeżdża poza kontur ust, tusz płynie z powodu upału i skleja rzęsy, ale one się tym nie przejmują. To ich mały prywatny karnawał, prowokacja do zaserwowania przez okno. W głębi duszy wiedzą, że ktoś może je podglądać z rozpiętym rozporkiem.

Ledwie rozlega się głos piosenkarki, Anna i Francesca wyginają się wściekle z bosymi stopami. Improwizują tańce w stylu Britney Spears. Sądząc po wpatrzonych w nie oczach w domach naprzeciwko, zarąbiście im się to udaje.

The summer is magic, is magic. Oh, oh, oh... The summer is magic...

Najpierw widać stojącą w oknie Annę. Włożyła koronkowy biustonosz mamy. Dorosły biustonosz, który super pasuje do różowych majtek w kwiatki.

Francesca trzyma się za nią, w jej cieniu. Ma na sobie białą koszulkę, spod której prześwitują drobne piersi. Śmiało sobie poczyna, ale przecież jest ubrana. Nie uśmiecha się. Brzegi stringów wystają spod dżinsowych spodenek z obniżoną talią: niech będzie widać, że ma stringi, czego jej ojciec nie chce.

Chęć robienia czegoś, czego się robić nie powinno, na co świat powinien patrzeć.

The summer is magic. Oh, oh, oh... The summer is magic...

W rzeczywistości wcale nie śpiewają. Tylko poruszają ustami. A kiedy refren powtarza się po raz setny, Anna rozpina biustonosz. Tańczy. Albo lepiej, dziko porusza miednicą. Bawi się gumką od majtek. Strząsa parę włosów, dmuchając na kosmyki, które opadają z powrotem na czoło. W lustrze pojawiają się jej piersi i brzuch, nagie w oknie, w porannym słońcu, które oświetla tę stronę budynku. Upalne powietrze wre na betonie.

Udają, że nie wiedzą, iż mijani na schodach mężczyźni je obserwują.

Francesca idzie w ślady Anny. Ściąga koszulkę. Zostaje naga do pasa, niemal męską nagością. Jest blada i kanciasta. Wszystko u niej jest jasne, nawet latem. Nie opala się, nie wygląda wręcz na Włoszkę. Tańczy po swojemu: powoli i twardo. Francesca się nie rozkręca. Jej twarz jest poważna, chce prowokować, lecz pozostaje zacięta. Francesca patrzy na przyjaciółkę, podchodzi do niej od tyłu. Szuka jej dłoni, chwyta jedną, całuje.

This is the rhythm of the night, the night... Oh, yes. The rhythm of the night...

Muzyka dudni o kafelki, zlewa się ze strzępami dźwięków dobiegających z korytarza, z balkonów. Kafelki w łazience są zielone, szkliwo odprysło w wielu miejscach. Wujek Lisy zapalił papierosa wsparty o parapet. I patrzy na nie.

Mają absurdalne wyobrażenie o striptizie. Miksują wideoklipy z MTV ze stukotem obcasów showgirls ze Striscia. Tylko że mają po trzynaście lat, nic nie wiedzą. W kompleksie złożonym z czterech stojących naprzeciw siebie budynków ludzie mogą wsadzić nos do łazienki z co najmniej stu okien.

One właśnie tego chcą. Poniedziałkowa zabawa o wpół do jedenastej rano. O tym, co robią, krążą plotki - po korytarzach, na schodach, w windach.

Niektórzy ludzie o tej porze jedzą śniadanie. Teraz są ludzie, którzy o tej godzinie specjalnie się budzą.

Francesca stoi tyłem do lustra, zbiera burzę blond włosów nad karkiem. Brudne, pordzewiałe na brzegach lustro odbija młodzieńcze plecy i piersi, umieszczone obok siebie w idealnej równowadze.

Kręgosłup lekko się wygina. Francesca pochyla się, by rozpiąć spodenki. Zdejmuje je. Anna robi to samo z majtkami.

Gdyby mój ojciec wiedział.

Poruszają się niczym macki, przestały na siebie patrzeć. Po drugiej stronie zamężne kobiety trzepią dywany z balkonów. Jednakowe pulsowanie bioder, jednakowe pieszczoty od pępka po pierś, następnie wsuwają do środka najpierw jeden palec, potem drugi. Obejmują się, przylegają idealnie niczym węże. Skóra przy skórze. Z zamkniętymi oczami.

Francesca opiera twarz na plecach Anny, pomiędzy ramionami. Przesuwa powoli ustami po jej szyi, za uchem. Anna odrzuca głowę do tyłu. Uśmiecha się w sposób, który budzi niepokój.

Pierwszą rzeczą, jaka przyszła ci na myśl, było: za kogo one się uważają, do cholery? Drugą zaś: są zboczone.

Obejmują się przed lustrem. Teraz już nie tańczą. Obejmują się i tyle, poruszają się powoli. Nie wiadomo, gdzie się kończy jedna i zaczyna druga. Gładzą się po twarzy, przebiegają palcami po biodrach, wzdłuż kręgosłupa. Być może się boją. Badają się nawzajem nosem i wargami, stają się czułe i nieobecne.

This is the rhythm of the night... Oh, yes. The rhythm of the night...

Ktoś szpieguje je zza zasłony w bloku naprzeciwko. Tylko że one się tym absolutnie nie przejmują.

Nie różnią się od siebie, są nagie. To ten rodzaj furii, która rodzi się z początku w ciele, gdy masz trzynaście lat i nie wiesz, co z tym zrobić. Twoja serdeczna przyjaciółka stoi przed tobą i ociera się brzuchem o twój brzuch.

Splatają się i trwają tak, pieszcząc się nawzajem. Popadają w powolny i zwierzęcy stan, w zapomnienie.

Anna ma zamknięte oczy, uśmiecha się. Ocierają się nosy, policzki, buzie. Anna muska Francescę. Francesca otwiera oczy. Anna pieści Francescę, Francesca trzyma Annę. Twarz ledwie jej drży. Zagłębia lekko paznokcie w skórze najlepszej przyjaciółki. Anna dotyka wargami jej warg.

Oh, yes. The rhythm of the night...

Lecz czar nagle pryska. W pewnej chwili się rozdzielają. Wyłączają stereo i zaciągają zasłonę w oknie.

Zawsze to Anna się wyswobadzała. Nie mogły, nie umiały posunąć się dalej. Tylko przyglądający się im mężczyźni wcale nie przerywali. Wuj Lisy specjalnie się budził, żeby patrzeć na trzynastolatki z bloku naprzeciwko i się masturbować. Lisa zaciągała zasłonę z niepokojem w piersiach, zamykała okno, czasami chciało jej się płakać.

Naga Anna pokazała się w prostokącie okna, oparła łokcie na parapecie. Wpatrywała się w wirującą w garnku drewnianą łyżkę, w wybranej losowo kuchni pod ósemką, i w korpulentną kobietę wymachującą długimi łodygami selera.

W bloku naprzeciwko, po drugiej stronie podwórka okupowanego przez rozrabiające dzieciaki, wiele kobiet zabierało się już do gotowania obiadu: w tych rejonach sos zaczyna wrzeć przed południem. Anna przyglądała się, jak chłopcy z dołu grają w piłkę, jak jakaś młoda para kłóci się na balkonie - on kopie doniczkę z bazylią.

Potem było przejrzyste niebo.

Kochała to miejsce. Widziała szpetne tanie bloki, harmider, wracającą z torbami pełnymi zakupów Emmę, która zaszła w ciążę, mając szesnaście lat, i czuła, że jest częścią tego wszystkiego.

- Pewnie, że to wariactwo. Masz pojęcie? Jedziemy do szkoły skuterem! Zjeżdżamy w dół z Montemazzano... Wiesz, jakiego ma się powera? Mój brat powiedział, że odda mi aprilię SR, bo i tak już jej nie używa.

Francesca zaszyła się w cieniu, siedząc na bidecie.

- Nie będą nam więcej zawracać dupy, nie będą już mogli nam zabronić wyjść!

Francesca miała rozkraczone nogi i spuszczony wzrok.

- Chcę zobaczyć, czy cię przyłapią na skuterze. Cep ci powie: nie wychodź dziś wieczorem. A ty łapiesz skuter, wyjeżdżasz z Piombino i więcej nie wracasz!

Anna promieniała.

Francesca nie. Bała się.

- Masz kompletnie w nosie, że się rozstajemy - burknęła. Wstała i spojrzała na Annę z naburmuszoną miną. - Masz to w nosie.

Wewnątrz tanich bloków stało parne powietrze, wciskało się do każdego mieszkania, zamieniając je w łaźnię.

- Co ty pieprzysz?

Francesca odwróciła się do lustra.

Złościło ją, że Anna tak bardzo się nakręca na myśl o przyszłości, więcej: drażniło ją właśnie to, że skacze z radości na myśl, że pójdzie do innej szkoły niż ona, do innej klasy niż ona. I że nie będą się już mogły widywać na przerwie, dzielić się drugim śniadaniem.

W dodatku Anna miała iść do liceum humanistycznego, Anna ukończyła gimnazjum z wyróżnieniem i lubiła się uczyć. Anna pozwalała się całować chłopakom, nie miała krwiaków na plecach i brzuchu. Francesca wcale nie lubiła się uczyć.

- Przypominam ci, że technikum jest naprzeciwko liceum humanistycznego - rzekła Anna - że rano idziemy razem do szkoły i że wracamy też razem.

- Świetnie! - roześmiała się Francesca, zmywając makijaż z oczu.

- Jak ja cię nienawidzę, kiedy tak robisz... Udajesz idiotkę. Zamiast myśleć o tych wszystkich zmianach, myślisz o pierdołach.

- Posuń się, daj mi się wysikać.

Minęło południe. Mamy zaczynały wołać swe pociechy przez okno.

- Nie idzie ci? - roześmiała się Anna.

- Nie, kiedy się na mnie gapisz.

Co znaczy dorastać w kompleksie czterech bloków, z których odpadają kawałki balkonu i azbestu, na podwórku, gdzie dzieci bawią się obok dealujących chłopców i cuchnących starych bab? Jaką wizję świata tworzy sobie człowiek w miejscu, gdzie nie wyjeżdżać na wakacje, nie wychodzić do kina, nie mieć pojęcia o świecie, nie przeglądać gazet, nie czytać książek to rzecz normalna i tak jest dobrze?

One odnalazły się w tym miejscu i wzajemnie wybrały.

Teraz Francesca spuściła oczy, wsłuchiwała się w tryskający do muszli strumień i miała ochotę się roześmiać. Anna znów jęła się jej przyglądać. Francesca urwała kawałek papieru toaletowego, zwinęła w kulkę, rzuciła w nią. Anna odrzuciła go ze śmiechem.

- Prysznic? - zapytała Anna, odkręcając kurek.

Już zdążyły zawrzeć pokój.

Francesca się uśmiechnęła, weszła do kabiny i zasunęła drzwi. Wzrok, słuch zachodziły mgłą pod wpływem strumienia wody. Pozostawał jedynie dotyk, pupa jednej przy pupie drugiej.

Teraz już nie rozmawiały. Słowa niczemu nie służą, najczęściej doprowadzają do kłótni. Namydlały się starannie, dziwiąc się różnicom: pieprzykowi, zaokrąglonemu albo podłużnemu kształtowi paznokci. Dziwiły się, jakby to było coś, co nie ma sensu.

Dlaczego Anna ma szersze biodra i większe piersi? A dlaczego Francesca ma bardziej okrągłą i wyższą pupę? I głębszy pępek?

- Dlaczego nie jesteśmy jednakowe? - zapytała Francesca, międląc loki Anny.

- Bo jesteśmy inne, ale takie same.

- A dlaczego?

- Bo urodziłyśmy się razem, mieszkamy razem, umrzemy razem i wszystko będziemy robić razem.

- A jak zrobimy, żeby razem umrzeć?

- Nie wiem.

Wytarły się w pośpiechu i z zaciętością. Nie chciały, aby nakryła je Sandra, która mogła wrócić w każdej chwili.

Kiedy wyszły na klatkę z jeszcze wilgotnymi włosami, Francesca przystanęła na skraju schodów. Zmieniła się na twarzy. Spoglądała na przyjaciółkę szeroko otwartymi oczami.

- Nie mam ochoty iść do domu. Dzisiaj na obiedzie jest cep...

Francesca stała niepewnie w półcieniu na krawędzi pierwszego stopnia zakurzonych i śmierdzących schodów, lecz nie płakała, ponieważ nigdy nie lubiła płakać.

Anna przysunęła się bliżej, próbując dodać jej otuchy pieszczotą.

- I tak zobaczymy się później, punktualnie o drugiej... - Jej głos stał się bardziej miękki.

- OK - odparła Francesca. Nie poruszyła się jednak. Tkwiła tak i zdawała się kurczyć.

Od strony schodów, z długich korytarzy co pięć minut dobiegały odgłosy razów i wrzaski. Jakieś dziecko wybuchnęło płaczem. Jakaś matka dogoniła synka na półpiętrze i wyrwała mu z rąk miotacz wody, którym dopiero co ją oblał. Wymierzyła mu klapsa, zaciągnęła do mieszkania i zamknęła drzwi. Nie sposób było pojąć, dlaczego ci rodzice bez przerwy się wkurzają: w gruncie rzeczy te dzieciaki tylko się bawiły w policjantów i złodziei na schodach.

- Zawołam cię, jak tylko zjem, i od razu pójdziemy na plażę.

- Tak, ale wejdź do środka. Nie stój w drzwiach.

- Nie możesz zostać u mnie na obiedzie?

- Jeszcze czego! - Francesca spróbowała się uśmiechnąć, ale jej się nie udało. - On się potężnie wkurwia...

Dziecięce wrzaski, kulki z wiatrówek obtłukujące ściany. I głuche uderzenia przedmiotami, głuche uderzenia rękami. Jakiś mężczyzna wydzierał się na żonę:

- Jesteś dziwką!

2

Zamiast kasku miał na głowie znoszoną czapkę Chicago Bulls z ćwiekami po obu stronach daszka.

Właśnie przywalił pięścią temu dupkowi. Specjalnie rozpiął szelki kombinezonu, żeby swobodniej móc wyprowadzać ciosy prawą ręką. Wiszący ciężar, uczepiony gigantycznej wciągarki suwnicy, kołysał się w dusznym powietrzu jak wahadło. Jego biceps był napięty, podobnie jak cała powalana brudem twarz.

- Powtórz, coś powiedział! - wrzasnął Alessio, przekrzykując hałas. - Powtórz to, do cholery!

Młokos dotknął siniaka, który Alessio zrobił mu na policzku.

- Widzisz to! - rąbnął pięścią w chropowatą ścianę szesnastotonowej kadzi.

Młokos nie miał nawet szesnastu lat.

- Coś ty powiedział, że co robi moja siostra? - Charknął i splunął. - Na drugi raz, jak się ośmielisz... Widzisz to? - ponownie wskazał kadź. - Wepchnę cię do środka.

Tysiąc pięćset trzydzieści osiem stopni, taka jest temperatura surówki. Stal nie występuje w przyrodzie, nie jest surowcem naturalnym. Składa się na nią pot tysięcy ludzkich rąk, elektryczne liczniki, mechaniczne ramiona, a czasem kocie futro, które wpada do środka.

Chłopak spuścił wzrok. Ledwie go przyjęto, ledwie mu wyrosło dziesięć włosów na brodzie. Wszystkie oczy zwrócone były na niego, koledzy cieszyli się z rozróby.

- Wepchnę cię do środka - warknął ponownie Alessio. Po czym zapalił papierosa.

Starszy mężczyzna, jeden z tych od konserwacji, wdrapał się na suwnicę, by sprawdzić liny, i zgromił Alessia, który zostawił wiszącą kadź bez zachowania jakichkolwiek środków ostrożności. Inny mężczyzna przewrócił kartkę kalendarza Maxim, który wciąż był otwarty na maju. Blondyna z olbrzymimi cycami siedząca okrakiem na motorze zastąpiła odwróconą tyłem brunetkę w stringach.

Alessio ściągnął przepoconą koszulkę. Nikomu, nawet najlepszemu przyjacielowi, nie wolno nazywać jego siostry... W uszach zabrzmiało mu znów słowo wypowiedziane przez młokosa. Musiał przełknąć ogromną gulę śliny wraz z opiłkami żelaza, by zachować spokój.

Znajdowali się pośrodku pustego porośniętego suchą trawą placu, na swego rodzaju stepie pomiędzy walcówkami a czarną wieżą czwartego wielkiego pieca. Alessio rzucił na ziemię niedopałek i natychmiast go przydeptał: o drugiej po południu dosłownie wszystko mogło zająć się ogniem. Wyłączył klawiaturę sterującą systemem ciężarów i przeciwciężarów suwnicy wysokiej na dwanaście i szerokiej na dwadzieścia cztery metry. Całe zoo: na niebie wznosiły się wieże z blankami, wszelkiego rodzaju dźwigi. Pordzewiałe zwierzaki o rogatych głowach.

- Rogacz! - krzyknął doń ten od konserwacji.

Alessio zablokował znienacka liny, o mało nie ucinając mu stopy.

W kadziach torpedo, pękatych cygarach przewożonych przez pociągi, bulgotał gęsty i czarny metalowy szlam roztopionego metalu. Cysterny wyposażone w kółka przypominały istoty pierwotne. Kończąc zmianę, Alessio wylał na siebie butelkę wody.

Metal w stanie narodzin był wszędzie. Nieprzerwane potoki stali i lśniącej surówki, i lepkiego światła. Rwące strumienie, estuaria roztopionego metalu płynącego rynną spustową do pękatych cygar, wlewanego do kadzi pośrednich, przelewanego do form pieców i walcarek.

Kiedy człowiek podnosił wzrok, widział mieszające się tłuste opary przy akompaniamencie zautomatyzowanych dźwięków. Materia ulegała przekształceniu o każdej porze dnia i nocy. Minerały i węgiel docierały morzem, przybijały do portu przemysłowego na olbrzymich statkach towarowych: paliwo było transportowane taśmociągami, wiaduktami i napowietrznymi autostradami, ciągnącymi się kilometrami od nabrzeża do koksowni i wielkiego pieca. Czułeś, jak krew krąży w jakimś szaleńczym rytmie, tam w środku, od tętnic po naczynia włosowate, mięśnie zaś rosną, tworząc małe szczeliny: cofałeś się do zwierzęcej postaci.

Alessio był mały i żywy w tym bezkresnym organizmie.

Zerknął na blondynę z kalendarza Mlucchiniaxim. Nieustające pragnienie bzykania, tam, w środku. Reakcja ludzkiego ciała w tytanicznym ciele przemysłu, które nie jest fabryką, lecz zmieniającą kształt materią.

Ma swoją nazwę i wzór chemiczny. Fe26 C6. Zapłodnienie pod nadzorem następuje w cylindrze wysokim niczym drapacz chmur, zardzewiałej urnie Afo 4, która posiada setki ramion i brzuchów, a zamiast głowy ma trójgraniasty kapelusz. Tylko że to nie wystarczy. Potrzeba kolejnych brzuchów: konwertorów, walcarek, tuzinów gorących i oszałamiających spadków, cylindrów, obowiązkowych pęcherzyków gazu.

Ruszył półnagi ku południowej bramie, jasnowłosy chłopak, który po ośmiu godzinach spędzonych na suwnicy pozwalał sobie na dwie rundki boksu, a we wtorki, piątki i soboty chodził na dyskotekę. Rozmyślał o swej siostrze Annie. O tym, jak ona i jej przyjaciółka Francesca przesadzają: ze szminką, z prześwitującymi kostiumami kąpielowymi, z potajemnymi popołudniami w męskim towarzystwie... Należy na nie uważać albo lepiej, powstrzymać je.

Przemierzył na piechotę park walcówek, ściany stalowych kręgów, przy których sprawiał wrażenie karła. Na zewnątrz nikt o tym nie wiedział, ale w środku znajdowały się budki i stacje obsługi, rozjazdy, ronda i skrzyżowania. Alessio przeskoczył przez kilka torów kolejowych, nie zawracając sobie głowy kadziami torpedo, które pojawiały się co kwadrans. Pozdrowił kierowców ciężarówek, stojących w kolejce pod piekącym słońcem, z opuszczonymi szybami i z nogami na desce rozdzielczej. Czekali na załadunek prętów, kęsisk i kęsów. Swymi podobnymi do słoni TIR-ami, ze świecącym Jezusem Chrystusem, zielonym bądź w kolorze fuksji, na ciągniku, mieli się rozjechać do wszystkich miast Europy.

Kopnął zgniłego szczurzego trupa. Dotarł do podrzędnej alei, gdzie Cristiano lubił urządzać zawody caterpillar.

Czuł na karku czarną wieżę Afo 4, gigantycznego pająka, który trawi, miesza, beka. Czuł nad głową groźną obecność na wpół zniszczonych i nadal żywych kominów, które zieją ogniem niczym smoki. Bladoniebieskie, fluorescencyjne toksyczne chmury w ilości, która by wystarczyła do zanieczyszczenia nie tylko Val di Cornia, ale i całej Toskanii.

Zostawiał za plecami serce: gazometr, który gdyby wybuchł, wysadziłby w powietrze całe Piombino, pozostałości po trzech jeszcze nie rozebranych wielkich piecach, a w głębi koksownię, gdzie machało się łopatą jak w dziewiętnastym wieku.

Nie było nieba. Zasłaniała je woliera. Fioletowe płomienie pieców, ramiona dźwigów, tony metali przymocowanych do dziobów wciągników. Niekończące się rzędy baraków, biur, bunkrów. To samowystarczalna obsesja. Kominy, jedne dymiące, inne wygasłe. Nad głową trzaskały mu bezustannie fioletowe, czerwone, czarne płomienie. Obracały się ramiona dźwigów, żółte, zielone, tony metalu wirowały niczym ptaki, żółte, czarne chmury węgla, wydobywające się z pysków kominów. To się nazywa proces ciągły.

Alessio deptał po pokrzywach i resztkach ogniotrwałych cegieł. Metal pokrywał ziemię i przenikał przez skórę.

Nadjeżdżali kolejni kierowcy, kolejne ciężarówki. Ogromna gąsienica złożona z czekających TIR-ów i, jak zwykle, coś nie grało. Czas się dłużył, ciągnął. Gasły silniki.

Gdyby człowiek chciał policzyć braki w systemie, nie starczyłoby mu palców u rąk i nóg.

Alessio szedł szybkim krokiem, pochłaniając płyny i pokonując w spiekocie kilometry równoległego miasta. Miliony tłoków w budzących pożądanie seryjnych silnikach - owszem, pożądanie i seryjność - poruszały się zgodnie w szalonym rytmie, podstawowy ruch maszyny, równoznaczny z życiem. Czasami, aby oprzeć się nudzie albo strachowi, musiałeś przysiąść w kącie i się rozpiąć.

Alessio był podenerwowany. Rozmyślał o siostrze i odjazdowym golfie GT. Naprawdę nie potrafił ścierpieć tych zaślinionych lamerów z lewicy. Tych z Lewicy Demokratycznej, z Partii Odnowy Komunistycznej, tych komunistycznych bajerantów, tego ich udawania, tych ich gładkich słówek. Trzynastego maja zagłosował na Forza Italia. Był przekonany, że słowa nie zdadzą się na nic.

Na skrzyżowaniach leżały powykrzywiane tablice. Robotnicy wyginali je celowo, żeby robić sobie jaja z kierowców ciężarówek i kontrolerów. On też to raz zrobił, razem z Cristianem: wysłali inspekcję do parku szyn zamiast do parku kęsów. Jedna z wielu rozrywek w zardzewiałym, teraz do połowy rozebranym lunaparku, a przecież trzydzieści lat temu pracowało tu dwadzieścia tysięcy osób, był to dynamicznie rozwijający się rynek, Zachód, który produkuje i eksportuje w świat.

Teraz zostało ich dwa tysiące, wliczając ludzi z firm pracujących na zlecenie. Właściciele przenosili fabrykę na wschód. Niektóre jej gałęzie umierały; kominy i magazyny wysadzano trotylem. Wszystko szło w diabły. Za to oni, robotnicy w siódmym pokoleniu, zabawiali się, dosiadając koparek niczym byków, nastawiwszy radio tranzystorowe na cały regulator, z tabletką amfetaminy rozpuszczoną pod językiem.

Można się przystosować. Najlepiej przystosowują się koty. W piwnicach pod stołówką były ich setki, wszystkie chore, wszystkie biało-czarne od ciągłego krzyżowania się między sobą.

Alessio przemierzał opuszczone, zarośnięte tereny pośród ostatnich baraków, zbliżając się do końca cyklu produkcyjnego. Kiedy udało ci się uformować szynę, krajobraz pustoszał: zaczynały się kępy trzcin, bagna i mogłeś odetchnąć z ulgą.

Ja tam na lamerów nie głosuję, trzymam się z daleka. Powinno się ich wysłać w kosmos. Komuniści to śmiecie.

Alessio podbił kartę, pożegnał się z kobietą usychającą w budce, wychynął na zewnątrz.

Na zewnątrz było morze.

Pod koniec zmiany na parkingu roili się robotnicy. Nim Alessio wsiadł do samochodu, peugeota z dwoma bocznymi spojlerami i jednym tylnym, zaczekał chwilę, by mu się przyjrzeć. Wielki piec. Nazywajcie go jego imieniem: Afo 4. Przekręćcie je na Ufo, wszyscy tak robią. Niezidentyfikowany obiekt. Nawet jeśli wokół szaleje wojna światowa (naprawdę tak się stało w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym, kiedy fabrykę przejęli naziści), on pozostaje na swoim miejscu niewzruszony i pracowity. I człowiek zawsze się uśmiecha mimo woli, ze strachu i osłupienia. Tak jak teraz uśmiechał się Alessio, który nań spoglądał.

Jego długa trąba wsysająca węgiel, jądra, w których wre stal, pysk w trójgraniastym kapeluszu, potężny, zrazu brutalny, szkielet katedry. Początek. Podobnie jak różowe i pokryte puszkiem ciało jego siostry zaczynało rozwijać piersi, biodra, zaczynało się podobać. Jasny puszek w pachwinach, pod pachami. Zwierzęcy zapach, gdy wracała z plaży i rozwiązywała tasiemki kostiumu, żeby wziąć prysznic.

Nie mógł uwierzyć, że Anna już się zamyka w kabinach z chłopakami. Bóg jeden wie, co tam wyprawiają.

1

Bezgłowa postać ledwie się poruszała w nieostrym kręgu obiektywu.

Zbliżenie pod światło na fragment skóry.

W ciągu roku ciało zmieniło się powoli pod ubraniem. Teraz, latem, eksplodowało w soczewkach lornetki.

Oczy przemykały z daleka po szczegółach: po zapięciu kostiumu, po sznurkach od jego dolnej części, po nitce alg na biodrze. Po napiętych mięśniach nad kolanem, po krągłości łydki, po kostce pobrudzonej piaskiem. Oczy czerwieniały wciśnięte w muszle osłaniające je przed światłem.

Młodzieńcze ciało wyskoczyło z kadru i rzuciło się do wody.

Chwilę później, po nakierowaniu obiektywu, po wyregulowaniu ostrości pojawiło się znowu, zwieńczone burzą jasnych włosów. I rozległ się śmiech, tak gwałtowny, że nawet z daleka, nawet od samego patrzenia przebiegały ciarki. Zdawało się, że wychodzi przez białe zęby. I dołki w policzkach, i zagłębienie między łopatkami, i dołek w pępku, i całą resztę.

Bawiła się jak każda dziewczyna w jej wieku, nie podejrzewając, że jest obserwowana. Otwierała szeroko usta. Ciekawe, co mówi? I do kogo? Wślizgiwała się w środek fali, po czym wyłaniała się z wody z trójkącikiem stanika przesuniętym na bok. Ze śladem po ukąszeniu komara na ramieniu. Źrenice mężczyzny zwężały się i rozszerzały, jak pod wpływem środków odurzających.

Enrico patrzył na córkę, to było silniejsze od niego. Szpiegował Francescę z balkonu, po obiedzie, kiedy nie szedł na zmianę do huty Lucchini. Śledził ją, dokładnie oglądał przez szkła lornetki. Francesca i jej przyjaciółka Anna brykały na plaży, goniły się, dotykały, ciągnęły za włosy, on zaś, zlany potem, stał nieruchomo z cygarem w dłoni. Olbrzymi, w przepoconej koszulce, w wariackiej spiekocie, z wytrzeszczonymi oczami, pochłonięty bez reszty tym, co widzi.

Kontrolował ją, przynajmniej tak twierdził, odkąd zaczęła chodzić na plażę ze starszymi chłopakami, którzy nie wzbudzali zaufania. Którzy palili papierosy i z pewnością jarali trawkę. Rozmawiając z żoną o tych wykolejeńcach, z którymi zadaje się ich córka, wrzeszczał jak opętany. Palą trawkę, wciągają kokę, biorą prochy, te typy chcą się pieprzyć z moją córką! Tego ostatniego nie mówił głośno. Walił pięścią w stół i w ścianę.

Być może nabrał zwyczaju szpiegowania Franceski już wcześniej: odkąd ciało jego dziewczynki uległo jakby przepoczwarzeniu, pokrywając się inną skórą, i zaczęło wydzielać konkretny, zapewne nowy, prymitywny zapach. Małej Francesce wyrosły zuchwałe cycki i tyłek. Kości miednicy się zaokrągliły, tworząc zjeżdżalnie nad biodrami. A on był ojcem.

W tej właśnie chwili obserwował przez lornetkę wyginającą się córkę, która rzucała się całym ciałem do przodu, by złapać piłkę. Mokre włosy przylegały do jej pleców i bioder, oblepiając skórę, na której sól pozostawiła wzory.

Chłopcy odbijali piłkę, otoczywszy ją kołem. Smukła Francesca, poruszająca się przy akompaniamencie niepowtarzalnego odgłosu wrzasków i chlapania płytkiej wody. Enrico jednak nie interesował się grą. Enrico myślał właśnie o kostiumie kąpielowym córki: Chryste, wszystko jej widać. Powinno się zakazać takich kostiumów. Jeśli choć jeden z tych pieprzonych gnojków ośmieli się jej dotknąć, wezmę kij i zejdę na plażę.

- Co ty wyprawiasz?

Enrico odwrócił się do żony, która mu się przyglądała, stojąc pośrodku kuchni z pogardliwą miną. Rosa czuła się upokorzona, miała dość, widząc męża z lornetką w dłoni o trzeciej po południu.

- Pilnuję córki, jeśli pozwolisz.

Czasami nawet jemu trudno było wytrzymać spojrzenie tej kobiety. W źrenicach żony kryło się bezustanne oskarżenie.

Enrico zmarszczył czoło i przełknął ślinę.

- Wydaje mi się, że to minimum...

- Jesteś śmieszny - syknęła.

Popatrzył na Rosę tak jak się patrzy na coś irytującego, co doprowadza człowieka do wściekłości.

- Uważasz, że w dzisiejszych czasach mieć córkę na oku jest śmieszne? Nie widzisz, z kim chodzi na plażę? Co to za typy, hm?

Kiedy mężczyzna wpadał w złość - co zdarzało się nader często - twarz nabiegała mu krwią, a żyły na szyi nabrzmiewały, budząc strach patrzących.

Gdy miał dwadzieścia lat, zanim zapuścił brodę i zanim przybyło mu kilogramów, nie unosił się gniewem. Był przystojnym chłopakiem świeżo zatrudnionym w hucie Lucchini, który już od dziecka rzeźbił swoje mięśnie, kopiąc w ziemi. Stał się kolosem, pracując na polach pomidorów, a potem przerzucając koks. Zwyczajnym mężczyzną, który przeniósł się ze wsi do miasta z plecakiem na grzbiecie.

- Nie widzisz, co ona kombinuje, w jej wieku... I jak się włóczy cała wysztafirowana, do cholery?!

Potem z biegiem lat się zmienił. Dzień po dniu, niepostrzeżenie. Ten kolos, który nigdy nie wyściubił nosa poza Val di Cornia, który nigdy nie zobaczył innego skrawka Włoch, jakby zamarzł w środku.

- Odpowiedz! Widzisz, jak twoja córka się włóczy, do cholery?

Rosa tylko ścisnęła mocniej ścierkę, którą dopiero co wytarła naczynia. Rosa miała trzydzieści trzy lata, dłonie pełne odcisków. Zapuściła się od dnia swojego ślubu. Jej uroda dziewczyny z południa rozpłynęła się wśród detergentów na podłodze, którą pucowała dzień w dzień od dziesięciu lat.

Jej milczenie było twarde. Stanowcze, uparte.

- Co to są za chłopcy, co? Znasz ich?

- To porządni chłopcy...

- Aha, więc ich znasz! A dlaczego nic mi nie mówisz? Dlaczego w tym domu nikt mi nigdy nic nie mówi, co? Francesca z tobą rozmawia, prawda? Tak, gada z tobą całymi godzinami...

Rosa rzuciła ścierkę na stół.

- Zastanów się, z jakiej przyczyny z tobą nie rozmawia - szepnęła.

On jednak już jej nie słuchał.

- Mnie się nic nie mówi! Mnie nigdy nikt nic nie mówi, do stu piorunów!

Rosa pochyliła się nad miską z brudną wodą. Niektóre jej rówieśnice jeszcze chodziły latem na dyskotekę. Ona nigdy tam nie była.

- A ja niby kim jestem? Głupkiem? Wyglądam ci na głupka? Włóczy się jak jakaś dziwka! Jak ty ją wychowujesz, co? Pięknie! Tylko że pewnego dnia ja...

Rosa podniosła miskę i wylała jej zawartość do zlewu. Wpatrywała się w czarne drobinki wirujące w odpływie. Chciałaby zobaczyć, jak umiera, jak pada na ziemię w agonii.

- Wypieprzać mi, obydwie! Dla kogo ja haruję? Dla ciebie? Dla tej dziwki?

I przejechać go samochodem, rozsmarować po asfalcie, rozgnieść na papkę, zrobić zeń robaka, którym jest.

Nawet Francesca by to zrozumiała. Zamordować go. Gdybym go nie pokochała, gdybym poszukała pracy, gdybym stąd wyjechała dziesięć lat temu.

Odwróciwszy się do niej plecami, Enrico oparł swe olbrzymie ciało o balustradę, stojąc w słońcu, które o trzeciej po południu jest ciężkie jak ołów i miażdży wszystko. Na plaży, znajdującej się po przeciwnej stronie ulicy, przybywało parasoli i krzyków. Straszny tłok, pomyślał. I przypalił niedopałek cygara Toscano, który trzymał w palcach. W potężnych, czerwonych i zrogowaciałych palcach. W palcach robotnika, który nie wkłada rękawic nawet wtedy, gdy musi zmierzyć temperaturę surówki.

Z jednej strony była plaża, o tej morderczej porze okupowana przez młodzież. Z drugiej płaskie fasady szpetnych tanich bloków mieszkaniowych. Wzdłuż całej wyludnionej ulicy - opuszczone żaluzje. Na chodnikach stały zaparkowane w poprzek skutery, każdy z nalepką i napisem wykonanym markerem: "France, kocham cię".

W piekącym czerwcowym słońcu morze i mury bloków wyglądały jak życie i śmierć, które na siebie wrzeszczą. Bez wątpienia komuś z zewnątrz, kto tam nie mieszkał, ulica Stalingradzka wydawała się okropna. Więcej: oznaczała nędzę.

Balkon wyżej, na czwartym piętrze, przez zardzewiałą poręcz przechylał się inny mężczyzna i spoglądał ku plaży.

On i Enrico byli jedynymi widocznymi postaciami.

Słońce pozbawiało przytomności. Tynk odpadał płatami.

Człowiek z nagim torsem właśnie zamknął klapkę komórki. W porównaniu z trzymającym lornetkę kolosem z trzeciego piętra był karłem. Krzyczał przez całą rozmowę telefoniczną, nie dlatego, że się złościł, po prostu taki miał głos. Mówił o pieniądzach, wymieniał astronomiczne kwoty i ani na chwilę nie odrywał chytrych oczek od plaży, szukając czegoś, czego z tej odległości nie mógł dostrzec bez okularów.

- Któregoś dnia też pójdę na plażę. A kto mi zabroni? Przecież i tak wyrzucili mnie z pracy - roześmiał się na głos sam do siebie.

Z wnętrza mieszkania dobiegł wrzask.

- Cooo?

- Nic! - odparł przypomniawszy sobie, że ma żonę.

Na balkonie pojawiła się Sandra z mopem ociekającym płynem z dodatkiem amoniaku.

- Art?! - wrzasnęła wymachując mopem. - Co to jest? Zwariowałeś?

- Przecież żartowałem! - machnął ręką.

- Myślisz, że to pora na żarty? Akurat teraz, kiedy musimy zapłacić za zmywarkę, raty za radio samochodowe twojego syna... Przeszło milion za radio, a temu się zebrało na dowcipy...

To nie był dowcip. Naprawdę dał się przyłapać na kradzieży kanistrów z ropą.

- No dalej, przesuń się, muszę umyć posadzkę.

Odkąd został zatrudniony, Arturo podprowadzał panu Lucchiniemu ropę, ot tak, żeby napełnić bak i odsprzedać trochę wieśniakom. Przez trzy lata nikt się nie zorientował. Dopiero teraz, niech to szlag...

- Powiedziałam, przesuń się, słabo mi, jak patrzę na tę podłogę.

Usunął się, pogwizdując. Wszedł do kuchni. Był to wesoły, otwarty człowieczek - miał mnóstwo przyjaciół. Zwolnili go z pracy, był zadłużony po uszy, a on sobie pogwizdywał.

Wziął z koszyka na stole nieszpułkę, wbił w nią zęby, pogrążony w zadumie. W głowie kiełkowały mu pomysły na nieprawdopodobne interesy typu: zero stresu, czysty zysk.

- Przestań sprzątać. Nic, tylko ciągle sprzątasz!

- A... bo co? Może ty posprzątasz?

Od czasu do czasu Arturo mógł się przekonać, co to ciężka praca, którą żona wykonywała z żelazną konsekwencją, od kiedy skończyła szesnaście lat i dzięki której mogli na przykład opłacić co miesiąc czynsz i wychować dwójkę dzieci. Był kolejno: złodziejem kieszonkowym, robotnikiem w zakładach Lucchini, Dalmine, Magona d'Italia, a potem majstrem znowu w hucie Lucchini. Urodził się w Procidzie i jako dziewiętnastolatek wyjechał do Piombino, żeby pracować w fabryce i wieść nowe, nareszcie legalne, uczciwe życie. Gościł członków związków zawodowych lamerów - FIOM. Jedyny pewnik w życiu: praca męczy.

- Gdzie Anna? Na plaży?

- Tak, z Francescą.

- A Alessio?

Tak: jutro wygra w pokera, a potem za pieniądze z wygranej rozkręci interes. Czuł, że mu się uda. Jak to się mówi? To przeznaczenie. Jeśli interes wypali, kupi Sandrze brylant... jak on się nazywa? De Beers... taki "na zawsze".

- Chyba też na plaży.

- Muszę przemówić twojemu synowi do rozumu. Koniecznie chce kupić golfa GT. Po co mu golf GT?

Sandra podniosła głowę znad posadzki, która już zdążyła wyschnąć, i zastygła na chwilę, pocąc się w promieniach słońca.

- Niech sobie gada, przecież i tak nie ma pieniędzy - rzekła.

Wróciła do mieszkania i usiadła przy kuchennym stole. Zaczęła się uważnie przyglądać mężowi: w ciągu tylu lat wcale się nie zmienił. "Od jutra", powtarzał ciągle, a ona za każdym razem dawała się nabrać.

- Twój syn głosuje na Forza Italia - powiedziała Sandra ze sztucznym uśmiechem. - Marzy mu się krążownik szos, nie sprawiedliwość społeczna. Chce się pokazać, szpanować... Przepraszam bardzo, ale jakim prawem się odzywasz, skoro sam masz samochód za pięćdziesiąt milionów? A propos, opłaciłeś podatek drogowy?

- Podatek?

Sztuczny uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy.

- Zanim pomyślisz o pieniądzach swojego syna, zastanów się nad tym, żeby nie przegrać własnych.

- Jasne, znów się zaczyna - Arturo wydął policzki i sapnął niczym byk.

- Owszem, jasne, znów się zaczyna. - Sandra zerwała się na nogi i zaczęła wymachiwać ramionami, młócąc stojące w kuchni powietrze. - Nie musisz udawać znudzonego, wiesz? Nie wkręcisz mnie. Gdzie się podziała ostatnia pensja?

- Sandra!

- Wcale nie przyszła na konto! Przegrałeś ją, przyznaj się! Nawet nie wpłacił do banku, tylko wszystko przegrał... Czy ja mam tu napisane "idiotka"? - Uderzyła palcem wskazującym w spocone czoło, potrząsając lokówkami we włosach i unosząc źle wydepilowane brwi.

Arturo rozłożył ręce.

- Daj mi buziaka.

Ten człowiek zawsze tak robił. Kiedy nie wiedział już, czego się chwycić, brało go na czułości.

Oboje zniknęli w trzewiach domu.

Teraz także roleta małżonków Sorrentino była opuszczona, podobnie jak pozostałe w bloku (wszystkie z wyjątkiem jednej). Była opuszczona do połowy - zacięła się.

- Kiedy wreszcie naprawisz roletę, Art??

Cisza. Po czym z łazienki dobiegł szum wody z kranu, stukot maszynki do golenia o brzeg umywalki. Arturo zaczął śpiewać. Swoją ulubioną piosenkę: Maracaibo, morskie fale, uciec stąd jak najdalej, tylko gdzie? Za-za.

W czerwcu o trzeciej po południu osoby starsze i dzieci kładły się spać. Na dworze słońce rozgrzewało wszystko do czerwoności. Gospodynie domowe i ubrani w ortalionowe dresy emeryci, którzy przeżyli wielki piec, drzemali bez tchu przed telewizorem, zwiesiwszy głowy.

Po obiedzie fasady identycznych przylegających do siebie bloków przypominały ścianę grobowców stojących jeden przy drugim na cmentarzu. Kobiety o spuchniętych łydkach i kołyszących się pod fartuchami pośladkach wychodziły na podwórko i przysiadały w cieniu przy plastikowych stolikach. Grały w karty. Wachlowały się wściekle, rozmawiając najczęściej o niczym.

Mężowie, o ile nie byli w pracy, nie wyściubiali nosa za drzwi domów. Leżeli bezwładnie z obnażonym torsem, ociekając potem i zmieniając pilotem kanały. Nawet nie słuchali tych dupków z telewizji. Pożerali tylko wzrokiem showgirls, te dziwki, które stanowiły dokładne przeciwieństwo ich żon. W przyszłym roku założę klimatyzację, przynajmniej w salonie. Jak jutro mi nie zapłacą za nadgodziny, to się wkurwię.

Arturo golił podbródek, podśpiewując piosenkę ze swojego dzieciństwa, kiedy to w ramach taniego budownictwa mieszkaniowego dla robotników stalowni powstały bloki przy plaży. Komunistyczna junta uważała, że metalowcy też mają prawo do domu z widokiem. Widokiem na morze, nie na fabrykę.

Po czterdziestu latach wszystko się zmieniło: ceny w euro, płatna telewizja, nawigacja satelitarna, nie było już ani Chrześcijańskiej Demokracji, ani Włoskiej Partii Komunistycznej. Teraz, w dwa tysiące pierwszym roku, życie wyglądało zupełnie inaczej. Z tym że bloki, fabryka, a nawet morze pozostały.

O tej godzinie plażę przy ulicy Stalingradzkiej do ostatniego skrawka wypełniała wrzeszcząca dzieciarnia, lodówki turystyczne, parasole ustawione jeden na drugim. Anna i Francesca brały rozbieg na brzegu, po czym wpadały do wody z okrzykiem zwycięstwa, chlapiąc na wszystkie strony. Naokoło chmary nastolatków rzucały się, napinając wszystkie mięśnie, do frisbee albo piłki tenisowej.

Wiele osób uważało, że ta plaża jest brzydka, bo pozostaje niezagospodarowana, bo piasek miesza się z rdzą i śmieciami, bo przez sam jej środek płyną ścieki, i dlatego że chodzą tam tylko przestępcy i biedacy z tanich domów.

Niekończące się kłęby alg, których nikt z gminy nie kazał usunąć.

Naprzeciwko, w odległości czterech kilometrów, na wyspie Elba połyskiwały niczym nieosiągalny raj białe plaże. Dziewicze królestwo mediolańczyków, Niemców, turystów o gładkiej skórze, jeżdżących SUV-ami i noszących okulary przeciwsłoneczne. Lecz dla mieszkających w blokach młodych ludzi, dla wyrzutków tyrających i ociekających potem w stalowniach, plaża przed domem to już był raj. Jedyny najprawdziwszy raj.

Gdy słońce roztapiało asfalt, unosił się cuchnący zaduch, a ponad głowami widać było wyziewy z kominów huty Lucchini, ci z ulicy Stalingradzkiej szli na plażę na bosaka. Wystarczyło przejść przez jezdnię i można się było rzucić brzuchem do morza.

Anna i Francesca w ogóle nie wychodziły z wody. Ich pływanie synchroniczne aż do ostatniej boi robiło wrażenie. Pewnego dnia wyruszą - jak mówiły - wpław na Elbę i nigdy już nie wrócą.

Dwudziestolatkowie przed kąpielą zbierali się w barze i tworzyli spore grupy. Przemieszczali się stadami, a stada skupiały się zazwyczaj wokół jakiejś podstawowej rzeczy: numeru bloku, stopnia agresji, aktywności zawodowej, jakości substancji odurzających i wreszcie kibicowania drużynie piłki nożnej.

Nie pędzili zanurkować w morzu jak trzynastolatkowie. Najpierw szprycer, papierosek, partyjka pokera. Mieli ładnie wyrzeźbione klatki piersiowe i brzuchy albo olbrzymie wylewające się bandziochy. Byli niczym olimpijskie bóstwa. Podczas gdy ich młodsi bracia szaleli na punkcie podrasowanego tłumika, dyskoteki, do której nie mieli wstępu, oni rozbijali się w sobotnie wieczory z wrzaskiem i hałasem wyposażonymi w spojlery brykami - przy opuszczonych szybach i z zimnym łokciem - zbliżając się do stu dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Kobiety także krążyły. Krążyły zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziło takie ciacho jak Alessio. Lato było okazją do promenowania pomiędzy kabinami z rozpuszczonymi włosami. Dla tych, które mogły sobie na to pozwolić, które były w odpowiednim wieku i miały odpowiednie ciała. Seks w ciemnej kabinie. Bez namysłu, bez prezerwatywy, a ta, która zaszła w ciążę i nie została porzucona, wygrywała.

- Już niedługo - szeptały do siebie Francesca i Anna.

Kiedy dorosła dziewczyna przyjeżdżała na plażę nowiusieńkim skuterem, zrzucały ją w wyobraźni z siodełka i wskakiwały okrakiem na jej miejsce. "Już niedługo"; podczas gdy w sobotnie wieczory inne wychodzą, nałożywszy na policzki róż z drobinkami złota, błyszczyk na usta i włożywszy na nogi wysokie obcasy, one zostają w domu i przymierzają ciuchy, włączywszy stereo na cały regulator.

Świat miał dopiero nadejść. Świat nadchodzi, kiedy się ma czternaście lat.

Gdy przepływał prom i powierzchnia morza naprawdę się marszczyła, rzucały się w spienione fale. Były na językach od paru lat: w barze, przy stolikach starszych chłopaków - mówiło się, że są całkiem niezłe. Tylko poczekaj, aż dorosną, a zobaczysz.

Anna i Francesca, trzynaście, prawie czternaście lat. Brunetka i blondynka. Tam, wśród tych wszystkich samców, tych wszystkich oczu, tych wszystkich ciał, które w wodzie cofały się do pierwotnego stanu, do niemego ciała pełnego zachwytu. Zabawiały się w podkradanie piłki dokładnie w chwili, gdy któryś z chłopców zamierzał ją właśnie wkopać do bramki. Bramki zrobionej z dwóch drewnianych kołków wbitych w piasek. I wybuch entuzjazmu, który potwierdzał gola.

Biegały wśród tłumu, oglądały się za siebie, chwytały za ręce. Wiedziały, że natura jest po ich stronie, wiedziały, że stanowią siłę. W pewnych kręgach bowiem dla dziewczyny liczy się wyłącznie uroda. A jeśli jesteś lamerką, nie istniejesz. Jeśli chłopcy nie wypisują twojego imienia na filarach dziedzińca i nie wsuwają liścików pod drzwi, jesteś nikim. W wieku trzynastu lat już chcesz umrzeć.

Anna i Francesca rozdawały uśmiechy na prawo i lewo. Nino, który nosił je na barana, czuł na karku ich ciepłe krocza. Przed wrzuceniem do wody Massimo atakował je, łaskocząc i gryząc. Przy wszystkich. One zaś pozwalały na wszystko każdemu, bez najmniejszych skrupułów, bez najmniejszej świadomości konsekwencji. Ot tak, mając świat na wyciągnięcie ręki, spoglądając w twarz każdemu, kto patrzył.

Nie tylko one wszakże odczuwały, że z ich ciałami dzieje się coś nowego. Takie lamerki, takie pasztety jak Lisa schowana pod ręcznikiem, też chciałyby się turlać po piasku na oczach wszystkich i biec w wodzie aż do utraty tchu.

W biegu Anny i Franceski, muskających cudze ramiona, wzbudzających śmiechy i łapiących piłki tenisowe, z na wpół rozwiązaną górą od kostiumu, kryło się wyzwanie. Każdy, kto na nie patrzył, zazdrościł im piersi, tyłka, bezwstydnego uśmiechu, który mówił: ja istnieję.

Piasek w płytkiej wodzie mieszał się z algami, zamieniając się w papkę. Brunetka i blondynka biegły po morzu. Czuły, jak mężczyźni obmacują je wzrokiem. Tego właśnie chciały, by na nie patrzono. Nie istniał konkretny powód. To było na niby, co dało się zauważyć, ale także na poważnie.

Brunetka i blondynka. One dwie, zawsze i tylko one dwie. Wychodząc z wody, trzymały się za ręce jak para narzeczonych. Do łazienki w barze też wchodziły razem. Przechadzały się w tę i z powrotem po plaży, po czym oglądały się najpierw jedna, następnie druga, gdy ktoś wyraził im swoje uznanie. Dawały ci odczuć własną urodę. Posługiwały się nią z agresją. Anna pozdrawiała cię czasem, nawet jeśli byłaś lamerką, ale Francesca nigdy się nie witała, nigdy się nie uśmiechała. Jedynie do Anny.

Nikt nie potrafi zapomnieć lata dwa tysiące pierwszego roku. W gruncie rzeczy nawet zawalenie się wież World Trade Center stanowiło dla Anny i Franceski część ekscytacji, której doświadczyły, odkrywszy, że w ich ciałach zachodzą zmiany.

Już tylko jedna roleta pozostała podniesiona. Tylko jeden mężczyzna pocił się na balkonie z lornetką w dłoni.

Enrico szukał z uporem blond czupryny córki wśród fal, wśród ciał innych nastolatków grających w siatkówkę, w futbol, odbijających piłkę rakietkami. Z kłębowiska ramion, piersi i nóg oddzielał w obiektywie biust Franceski, wyostrzał jego obraz, w stanie zwierzęcej gotowości śledził jego ruchy w zetknięciu z morzem.

Plecy Franceski przykryte mokrymi od wody włosami. Krągłe pośladki: coś, czego nie powinno się oglądać, czego nikt nie powinien nigdy oglądać. Tymczasem oglądał to ociekający potem Enrico. Owo smukłe i idealne ciało, które wystrzeliło znienacka na oczach wszystkich.

4

Wróciła do domu.

Anna wiedziała.

Przejechała mopem po łazience, wytarła mokrą podłogę i wyjęła włosy z odpływu prysznica. Nie miała ochoty wysłuchiwać matczynych wrzasków.

Anna wiedziała, jako jedyna.

Nie wiedziała tylko, co robić.

Zaczęła nakrywać do stołu, wstawiła wodę na makaron. Chciała zadowolić mamę, pokazać, że wszystko gotowe. Ułożyła w kolejności sztućce, po prawej stronie każdego talerza. Jej myśli ciągle jednak skupiały się na Francesce.

Chwyciła pilota i wcisnęła jedynkę. Punktualnie rozległ się sygnał dziennika telewizyjnego.

Ryk sygnału wiadomości ze wszystkich telewizorów, ze wszystkich otwartych okien w tysiącu mieszkań przy ulicy Stalingradzkiej. Sygnał ten diabelnie się jej podobał, sprawiał, że czuła się dorosła, czuła się częścią czegoś wielkiego. Rzymu, Mediolanu: Włoch, których nigdy nie widziała, mimo że tam mieszkała.

- Prawdziwy z ciebie skarb - powiedziała Sandra, kiedy otworzywszy drzwi, ujrzała córkę mieszającą makaron. - Gdyby ciebie nie było... Przy tym twoim nienormalnym ojcu i bracie nierobie!

Była zmęczona. Postawiła torby, wyprostowała bolące plecy.

Po czym pobiegła do pralki, którą nastawiła rano, przed pójściem do pracy.

Anna kochała matkę: była to kobieta, która pomimo nawału pracy potrafiła wykrzesać energię na rozdawanie ulotek i organizowanie święta "L'Unita". Poza tym czytała gazety "La Repubblica" i "Liberazione", i zawsze powtarzała Annie, że ma się uczyć, że pewnego dnia zostanie posłanką, szanowaną parlamentarzystką. Anna trochę w to wierzyła.

- Odcedź makaron - zawołała matka - ci dwaj i tak nie przyjdą na obiad.

Sandra postawiła sobie na ramieniu kosz z bielizną pościelową, skarpetkami i majtkami i wyszła na półpiętro, by przywołać windę.

Czekając, rozejrzała się dokoła. Na klatce schodowej rozbrzmiewały szuranie i przekleństwa. Niełatwe były stosunki z sąsiadami. Potrafili wypowiedzieć człowiekowi wojnę z powodu skarpetki, która sfrunęła na ich balkon. Sandra liznęła jednak trochę nauki i nie dawała za wygraną: w czasie każdej kampanii wyborczej uparcie rozdawała ulotki - mało kto je czytał.

Kiedy dotarła na dach, na jedenaste piętro, słońce świeciło tak mocno, że mogło wyrządzić krzywdę. Czym prędzej zamknęła oczy. Lato rozbrzmiewało cykaniem milionów ukrytych owadów.

Powoli otworzyła oczy: bezkres błękitu, nieba zlanego z morzem. Miało tak intensywny kolor, że aż się kręciło w głowie. Czysta cisza słońca, majaczące w oddali niebieskie zarysy wysp naprawdę zmuszały człowieka do uśmiechu zagubienia, oswobodzenia. Nawet jeśli nie miał ochoty się uśmiechnąć, nawet jeśli nigdy nie był na Elbie, Caprai czy Giglio.

Wśród napiętych linek i wiszącego prania Sandra rozpoznała mamę Franceski. Właśnie rozwieszała swoją pościel pomiędzy bielącymi się prześcieradłami, a wiatr plątał jej włosy i rozwiewał chusteczki.

- Rosa - zawołała Sandra.

Kobieta odwróciła się powoli, z lękiem.

Miała zimowe kapcie przetarte na piętach, na czarny szlafrok włożyła poplamiony fartuch. Ubiera się jak moja babka, pomyślała Sandra, a przecież jest młoda. Rzeczywiście, miała dziesięć lat mniej niż ona i nosiła jaskrawe kolczyki.

- Ty też wieszasz o tej porze? - zapytała, żeby zagaić rozmowę.

Oczy Rosy, jeszcze ciemniejsze niż włosy, ożywiły się. Nie podeszła do Sandry, nie ruszyła się z miejsca. Widać było jednak, że ma ochotę zrobić sobie przerwę i pogadać.

- Przykro mi, że w ogóle się nie widujemy... - rzekła Sandra. - Dlaczego nie wpadniesz czasem do mnie na kawę? W soboty nie pracuję.

Rosa lekko zesztywniała.

- Bardzo bym chciała...

Kobieta z partii i gospodyni domowa przyglądały się sobie nawzajem, usiłując nawiązać kontakt niczym zwierzęta różnych gatunków. Jedna posuwała się naprzód, druga się cofała, tymczasem smród gotowanej kapusty dolatywał aż na górę.

- W takim razie czekam na ciebie! - zachęciła Sandra.

Umiała się zwracać do ludzi: marzyła, by przemawiać na wiecach, chociaż zawsze jedynie rozdawała ulotki.

- Szkoda, przecież jesteśmy sąsiadkami, nasze córki tak się przyjaźnią, a my ledwie się znamy.

- Masz rację - uśmiechnęła się Rosa - postaram się. Wpadnę do ciebie w najbliższych dniach...

Po czym powróciła do rozkładania prześcieradeł, unikając jej wzroku. Sandra przyglądała się tej drobnej kobiecie. Prawie nic o niej nie mogła powiedzieć, ale nie zdając sobie z tego sprawy, coś jednak wiedziała.

- Jeśli chcesz, przyniosę ci ciasto - odezwała się mama Franceski, lekko rozpromieniona. Tak bardzo się różniła od córki, w ogóle nie były do siebie podobne.

- Świetnie, przynieś ciasto, bo ja nie umiem piec. Anna wiecznie na mnie burczy. Mówi, że matka, która nie potrafi robić tortów, to nie matka jak się należy - roześmiała się.

Ta tryskająca energią kobieta, która malowała się codziennie i wkładała sandałki na obcasie nawet do pracy, przyciągała Rosę, a zarazem budziła w niej lęk. Instynktowną sympatię, jak w czasach szkolnych. Od kiedy przeprowadziła się z Kalabrii do Toskanii, w wieku osiemnastu lat, nie miała już przyjaciółek. A potem wyszła za mąż.

Przezwyciężyła nieśmiałość.

- Z Anny zrobiła się ładna dziewczyna - powiedziała.

- Miejmy nadzieję, że nie uświadomi sobie tego zbyt szybko, bo inaczej przestanę ją lubić - parsknęła Sandra. - Z Franceski też się zrobiła ładna dziewczyna. Widziałam ją wczoraj, jak wracała z plaży w kostiumie, i pomyślałam: rany boskie, ależ ona urosła!

Rosie zalśniły oczy.

Elba też lśniła, i Korsyka, i Capraia w oddali.

Obie kobiety rozwieszały pościel na niewielu wolnych linkach, jakie pozostały na dachu.

- A jak mąż? Wszystko w porządku?

Rosa wypuściła z rąk koszyk z klamerkami. Wszystkie wypadły na ziemię.

- Tak - odparła. Zmieniła się na twarzy.

Nie uszło to uwagi Sandry, która dostrzegła też ślad na szyi kobiety.

Milczenie. Zerwał się wiatr od morza. I potargał pranie.

Rosa schyliła się, by pozbierać klamerki. Teraz spieszno jej było odejść.

- Czekam na ciebie, pamiętaj - powtórzyła Sandra.

Rosa skinęła głową, wstając. Natychmiast ruszyła w stronę schodów i o mało nie zapomniała się pożegnać.

Jej szczupła postać poruszała się niepewnie. Przy każdym kroku zdawała się lękać, że ją ktoś zaczepi. Patrzyła w dół, zaciskała pięści. Była blada. Jednakże na tym dachu, w samym środku upalnego lata, kobieta uzmysłowiła sobie na moment, że jest jeszcze młoda, a może nawet ładna.

Zatrzymała się więc, stała przez chwilę z ręką na klamce. Następnie odwróciła się zdecydowanie do Sandry.

- Cześć! - zawołała. - W takim razie wpadnę do ciebie!

Tamta uśmiechnęła się, kończąc wieszać skarpetki.

- Liczę na to! - odrzekła pełnym głosem.

Ciąg dalszy w wersji pełnej