Rozdział 1
NARODZINY EMPATII
Budzę się ze snu o trzeciej nad ranem,
płaczę w poduszkę. Ostrożnie, żeby nie przeszkadzać Marilyn, wyślizguję
się z łóżka. W łazience wycieram twarz z łez i robię użytek ze
wskazówek, których od pięćdziesięciu lat udzielam moim pacjentom:
zamknij oczy, odtwórz w myślach swój sen i zapisz to, co zobaczyłeś.
Mam jakieś dziesięć lat, może jedenaście. Zjeżdżam na rowerze z rozległego wzgórza, gdzieś niedaleko domu. Widzę dziewczynę imieniem
Alice siedzącą na ganku swojego domu. Wygląda na nieco starszą ode mnie
i jest atrakcyjna, mimo że jej twarz pokrywają czerwone plamy.
Przejeżdżając obok, wołam do niej: "Cześć, łaciata".
Nagle człowiek nadnaturalnego wzrostu, o wyglądzie twardziela, zagradza
mi drogę i zatrzymuje mnie, chwytając za kierownicę. Skądś wiem, że to
ojciec Alice.
Zwraca się do mnie: "Ej, ty, jakkolwiek się nazywasz. Pomyśl chwilę -
jeśli umiesz myśleć - i odpowiedz mi na takie pytanie. Pomyśl o tym, co
właśnie powiedziałeś do mojej córki, i powiedz: jak ona się mogła
poczuć?".
Jestem zbyt przerażony, żeby się odezwać.
"No dalej, gadaj. Jesteś dzieciakiem Bloomingdale'ów [sklep mojego
ojca nazywał się Bloomingdale Market i wielu klientów sądziło, że to
nasze nazwisko] i założę się, że bystry z ciebie Żydek. Więc już,
zgadnij, co Alice czuła, kiedy to powiedziałeś".
Trzęsę się ze strachu. Odebrało mi mowę.
"No, dobra, dobra. Spokojnie. Ułatwię ci to. Powiedz mi tylko: czy
zrobiło się jej przyjemnie, czy przykro?"
Potrafię tylko wymamrotać: "Nie wiem".
"Nie wychodzi ci myślenie, co? Ja ci pomogę. Przypuśćmy, że patrzę na
ciebie, dostrzegam jakąś wadę i przy każdym spotkaniu ją komentuję? -
Przygląda mi się bardzo uważnie. - O, masz gile w nosie. To może
powiemy: "smarkacz"? Lewe ucho masz większe od prawego. To może będę
przy każdym spotkaniu wołał: "Cześć, kłapouchy"? A jak by ci się
podobało "żydziak"? No, co masz do powiedzenia? Jak byś się czuł?"
We śnie wiem, że nie pierwszy raz przejeżdżam koło tego domu, że
codziennie zwracałem się do Alice tymi samymi słowami, próbując nawiązać
rozmowę, zaprzyjaźnić się. A za każdym razem wołając: "Cześć, Łaciata",
raniłem ją, krzywdziłem. Jestem wstrząśnięty - tyle razy to robiłem, jak
mogłem być tak ślepy.
Kiedy jej ojciec kończy swoją przemowę, Alice schodzi z ganku i mówi
łagodnym głosem: "Może wejdziesz do nas i pobawimy się razem?". Rzuca
spojrzenie na ojca, a on kiwa głową.
"Okropnie się czuję - odpowiadam. - Tak mi wstyd, tak wstyd. Nie mogę,
nie mogę, nie mogę..."
Od wczesnej młodości zawsze czytałem coś przed snem, a przez ostatnie
dwa tygodnie moją lekturą była książka Stevena Pinkera Our Better
Angels (Nasze lepsze anioły). Wieczorem, zanim mi się to przyśniło,
przeczytałem rozdział o tym, że w okresie Oświecenia wzrósł poziom
empatii, i o znaczeniu, jakie dla ograniczenia okrucieństwa i przemocy
miała wówczas literatura piękna, zwłaszcza brytyjskie powieści
epistolarne w rodzaju Clarissy i Pameli, pomagające ludziom spojrzeć
na rzeczywistość z punktu widzenia innej osoby. Około północy zgasiłem
światło, a parę godzin później obudziłem się z koszmarnego snu o Alice.
Uspokoiwszy się, wracam do łóżka, ale długo jeszcze leżę z otwartymi
oczami, rozmyślając o tym, jakie to znamienne, że zastarzały ropień,
zakonserwowane od siedemdziesięciu trzech lat poczucie winy odezwało się
nagle z taką siłą. Teraz, na jawie, przypominam sobie, że mając
dwanaście lat, rzeczywiście przejeżdżałem na rowerze koło domu Alice i wołałem do niej: "Cześć, łaciata", w ten brutalny, boleśnie wyzuty z empatii sposób próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Nigdy nie miałem
scysji z jej ojcem, ale teraz, jako osiemdziesięciopięcioletni starzec
leżący w łóżku i otrząsający się z koszmarnego snu, potrafię sobie
wyobrazić, jak Alice mogła się czuć i jaką krzywdę mogłem jej wyrządzić.
Wybacz mi, Alice.
Rozdział 2
W POSZUKIWANIU MENTORA
Michael, sześćdziesięciopięcioletni
fizyk, to mój ostatni pacjent tego dnia. Przed dwudziestu laty
prowadziłem z nim niemal dwuletnią terapię, ale potem nie mieliśmy
żadnego kontaktu. Dopiero przed dwoma dniami przyszedł od niego e-mail:
"Muszę się z tobą zobaczyć - ten artykuł, który linkuję, poruszył we
mnie różne sprawy, dobre i złe". Link zaprowadził mnie do artykułu w "New York Timesie" informującego o ważnej międzynarodowej nagrodzie
naukowej, którą Michael niedawno zdobył.
Kiedy siada w moim gabinecie, pierwszy zabieram głos:
- Michael, dostałem twoją notkę mówiącą, że potrzebujesz pomocy. Przykro
mi, że masz problemy, ale chciałbym powiedzieć, że dobrze jest cię znowu
zobaczyć i cieszę się, że dostałeś tę nagrodę. Często zastanawiałem się,
jak ci się wiedzie.
- Dziękuję ci. - Michael rozgląda się po gabinecie. Jest dobrze
zbudowany, ożywiony, prawie łysy, ma ponad sto osiemdziesiąt centymetrów
wzrostu, jego błyszczące brązowe oczy tchną kompetencją i pewnością
siebie. - Przemeblowałeś gabinet? Te fotele dawniej stały tam, prawda?
- Ano tak, zmieniam wystrój co ćwierć wieku.
Chichoce.
- No dobra, przeczytałeś ten artykuł?
Kiwam głową.
- Pewnie się domyślasz, co się działo ze mną potem: przypływ dumy, ale
tylko na chwilę, a potem fala za falą lęku i samozwątpienia. Te same
stare sprawy - w głębi duszy czuję się marnością.
- Weźmy się do tego.
Resztę sesji spędzamy, rozgrzebując stare sprawy; rozmawiamy o jego
rodzicach - irlandzkich imigrantach bez wykształcenia - jego młodości w nowojorskiej kamienicy, marnej szkole podstawowej, braku jakiejś
znaczącej dla niego osoby. Michael długo rozwodzi się, jak bardzo
zazdrościł tym, których losem kierował ktoś starszy i mądrzejszy,
podczas gdy on musiał pracować do upadłego i zdobywać same najlepsze
oceny po to tylko, żeby go w ogóle dostrzeżono. Musiał sam tworzyć
siebie.
- No cóż - mówię - to, że sam stworzyłeś siebie, jest powodem do dumy,
ale jest również źródłem poczucia, że nie masz żadnych fundamentów.
Znałem wiele utalentowanych dzieci emigrantów, które czuły się jak lilie
rosnące na bagnie - piękne kwiaty, ale bez korzeni.
Michael stwierdza, że to samo mówiłem mu przed laty. Jest zadowolony, że
mu o tym przypomniałem. Planujemy serię sesji. Mówi mi, że już czuje się
lepiej.
Zawsze dobrze mi się pracowało z Michaelem. Złapaliśmy kontakt już przy
pierwszym spotkaniu i wspominał czasami, że jestem jedyną osobą, która
naprawdę go rozumie. W pierwszym roku terapii dużo mówił o swojej
pokręconej tożsamości. Czy naprawdę był tym błyskotliwym studentem,
któremu nikt nie mógł dorównać? Czy raczej wałkoniem, który wolny czas
trawił przy bilardzie?
Pewnego razu, gdy tak lamentował, opowiedziałem mu o moim ostatnim dniu
w Liceum im. Roosevelta w Waszyngtonie. Byłem wytypowany do szkolnej
nagrody za wyniki w nauce. Ale w ostatniej klasie założyłem pokątne
przedsiębiorstwo bukmacherskie, przyjmując zakłady przed meczami
baseballu. Stawiałem dziesięć do jednego, że żadnych trzech graczy nie
rozegra pomiędzy sobą sześciu uderzeń. Szanse były po mojej stronie.
Dobrze mi się powodziło, zawsze miałem kasę na kwiaty dla Marilyn
Koenick, mojej stałej dziewczyny. Na kilka dni przed uroczystością
ukończenia szkoły zgubiłem notes z zakładami. Gdzie on się podział? Jak
szalony szukałem go wszędzie, gdzie się dało. Nawet w chwili, gdy
wyczytano moje nazwisko i szedłem na scenę, trząsłem się ze strachu w niepewności, czy zostanę uhonorowany jako wybitny absolwent rocznika
1949, czy usunięty ze szkoły za hazard.
Kiedy opowiedziałem tę historię Michaelowi, zarechotał i mruknął:
"Terapeuta w moim guście".
Po zrobieniu notatek z tej sesji
przebieram się w luźny strój, wkładam tenisówki i wyciągam z garażu
rower. W osiemdziesiątym czwartym roku życia tenis i jogging mam już za
sobą, ale prawie codziennie odbywam przejażdżkę rowerową w pobliżu domu.
Najpierw pedałuję przez park rojący się od wózków spacerowych,
latających talerzy i dzieci wdrapujących się na supernowoczesne
urządzenia gimnastyczne, potem przejeżdżam przez toporny drewniany
mostek nad Matadero Creek i wspinam się na niewysokie wzniesienie, które
co roku staje się jakby bardziej strome. Na górze odpoczywam i zaczynam
długi, swobodny zjazd. Uwielbiam ten strumień ciepłego powietrza
uderzający mi w twarz. W takich chwilach zaczynam rozumieć moich
buddyjskich przyjaciół rozprawiających o oczyszczeniu umysłu i rozpuszczaniu się w czystym byciu. Ale to nigdy nie trwa długo, a dzisiaj z otchłani umysłu wydobywa się na pierwszy plan stare marzenie.
Wracało do mnie stale, może setki razy w ciągu całego mojego długiego
życia. Ostatnio drzemało od wielu tygodni, ale narzekanie Michaela na
brak mentorów zbudziło je do życia.
Mężczyzna z teczką w ręku, w garniturze z kory, słomkowym kapeluszu,
białej koszuli i krawacie wchodzi do małego, nędznego sklepiku mojego
ojca. Mnie tam nie ma. Widzę wszystko, jakbym unosił się gdzieś pod
sufitem. Nie znam przybysza, ale wiem, że to ktoś znaczący. Może to
dyrektor mojej szkoły podstawowej. Jest gorący parny czerwcowy dzień w Waszyngtonie i gość wyciera chustką czoło, zanim zwróci się do mojego
ojca. "Muszę z panem omówić parę ważnych spraw dotyczących pańskiego
syna Irvina". Ojciec jest zaskoczony i zaniepokojony; dotąd nie zdarzyło
mu się coś takiego. Moi rodzice nigdy nie wrośli w amerykańską kulturę,
swobodnie czuli się tylko wśród krewnych, innych Żydów, którzy wraz z nimi emigrowali z Rosji.
Chociaż w sklepie są klienci, którymi trzeba się zająć, ojciec wie, że
temu człowiekowi nie można kazać czekać. Dzwoni do matki - mamy małe
mieszkanko nad sklepem - i tak, żeby gość nie słyszał, mówi jej w języku
jidysz, żeby zeszła na dół. Matka pojawia się po paru minutach i zastępuje ojca za ladą, a on prowadzi przybysza do malutkiego magazynku
na tyłach sklepu. Siadają na skrzynkach z pustymi butelkami po piwie i zaczynają rozmawiać. Na szczęście żadne szczury ani karaluchy nie
pojawiają się na widoku. Ojciec najwyraźniej czuje się niezręcznie. Z pewnością wolałby, żeby tę rozmowę odbyła matka, ale to nie do
pomyślenia, by przyznał się publicznie, że to ona rządzi rodziną i podejmuje wszystkie ważne decyzje.
Człowiek w garniturze mówi ojcu rzeczy niebagatelne. "Nauczyciele w szkole twierdzą, że pana syn Irvin jest wybitnym uczniem i może zdziałać
wiele dobrego dla naszego społeczeństwa, ale pod warunkiem, że otrzyma
porządne wykształcenie". Ojciec wygląda na zmrożonego, jego ładne,
wnikliwe oczy utkwione są w rozmówcy, który kontynuuje: "Publiczne
szkolnictwo w Waszyngtonie nieźle dzisiaj funkcjonuje i w pełni
zaspokaja potrzeby przeciętnego ucznia, ale nie jest właściwym miejscem
dla pana syna z jego dużymi zdolnościami". Otwiera teczkę, wręcza ojcu
listę kilku prywatnych szkół w Dystrykcie Kolumbii, po czym oświadcza:
"Nalegam, żeby pozostałą część edukacji syn odbył w jednej z tych
placówek". Wyciąga z portfela wizytówkę i podaje ojcu. "Jeśli
skontaktuje się pan ze mną, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by syna
tam przyjęto".
Widząc konsternację ojca, wyjaśnia: "Spróbuję zdobyć dla niego wsparcie
finansowe - te szkoły nie są bezpłatne, w przeciwieństwie do
publicznych. Proszę potraktować to jak najpoważniej, dla dobra syna".
Cięcie! Marzenie zawsze kończy się w tym miejscu. Moja wyobraźnia
wzdraga się przed dokończeniem tej sceny. Nigdy nie oglądam reakcji ojca
ani jego późniejszej dyskusji z matką. To marzenie jest odbiciem
tęsknoty za wyzwoleniem. W dzieciństwie nie cierpiałem swojego życia,
swojego otoczenia, swojej szkoły, swoich kolegów - pragnąłem, by ktoś
mnie od tego wszystkiego uwolnił, i w tej fantazji po raz pierwszy
zostaję doceniony przez posłańca ze świata zewnętrznego, świata
istniejącego poza granicami kulturowego getta, w którym się wychowałem.
Gdy teraz sięgam myślą wstecz, patrzę na tę fantazję o wyzwoleniu i wywyższeniu przez pryzmat własnego pisarstwa. W trzecim rozdziale mojej
powieści Problem Spinozy młody Baruch Spinoza w drodze do domu swojego
nauczyciela, Franciscusa van den Endena, pogrąża się w marzeniach,
rozpamiętując ich pierwsze spotkanie, do którego doszło kilka miesięcy
wcześniej. Van den Enden, były jezuicki nauczyciel przedmiotów
klasycznych, który założył własną akademię, zaszedł do sklepu Spinozów
po wino i rodzynki. Zaskoczyła go głębia myśli i szerokość horyzontów
Barucha. Namawiał go usilnie, żeby wstąpił na jego uczelnię, gdzie
zapozna się z pozażydowskim światem filozofii i literatury. Chociaż
fabuła powieści jest oczywiście fikcyjna, starałem się trzymać jak
najbliżej prawdy historycznej. Ale nie w tym fragmencie: Baruch Spinoza
nigdy nie pracował w rodzinnym sklepie. Nie było w ogóle żadnego
rodzinnego sklepu. Jego rodzina zajmowała się handlem zagranicznym, a nie sprzedażą detaliczną. To ja byłem tym młodym człowiekiem pracującym
w rodzinnym sklepiku.
Marzenie o docenieniu i wyzwoleniu tkwi we mnie pod wieloma postaciami.
Niedawno byłem na spektaklu Wenus w futrze Davida Ivesa. Kiedy kurtyna
się podniesie, widzimy kulisy teatru i jego dyrektora, zmordowanego po
całym dniu przesłuchań kandydatek do głównej roli. Wyczerpany i bardzo
niezadowolony z prób, zbiera się do wyjścia, kiedy pojawia się jeszcze
jedna, nerwowa i natrętna aktorka. Spóźniła się godzinę. Dyrektor mówi
jej, że na ten dzień już skończył pracę, ale ona błaga, żeby ją też
przesłuchał. Odmawia, bo jest dla niego oczywiste, że to prostaczka,
osoba bez wykształcenia i przygotowania zawodowego, zupełnie
nieprzydatna do tej roli. Ona jednak umie walczyć o swoje. Jest uparta i namolna, więc żeby się jej pozbyć, dyrektor w końcu kapituluje i godzi
się na krótkie przesłuchanie, podczas którego razem czytają scenariusz.
Wtedy ona całkowicie się przeobraża, zmienia się jej akcent, jej kwestie
są dojrzałe, głos wprost anielski. Dyrektor jest olśniony i oszołomiony.
Kogoś takiego właśnie szukał. Nawet nie marzył o kimś tak dobrym. Czy to
możliwe, że to ta sama niechlujna, wulgarna kobieta, z którą się zetknął
zaledwie pół godziny wcześniej? Czytają dalej. Błyskotliwie odgrywają
całą sztukę.
Spektakl bardzo mi się podobał, ale te pierwsze kilka minut, kiedy
dyrektor odkrywa prawdziwą wartość aktorki, przemówiło do mnie
najgłębiej: to była inscenizacja mojego marzenia, by być docenionym, i nie zdołałem powstrzymać łez, które zalały mi twarz, gdy jako pierwszy
na widowni wstałem i zacząłem bić brawo aktorom.
Rozdział 3
CHCĘ, ŻEBY ODESZŁA
Pewna moja pacjentka imieniem Rose w ostatnim czasie mówiła mi głównie o swoich relacjach z dorastającą
córką, jej jedynym dzieckiem. Skłaniała się ku temu, żeby machnąć ręką
na dziewczynę, którą interesowały wyłącznie alkohol, seks i towarzystwo
podobnych do niej rozwydrzonych nastolatków.
Wcześniej Rose zgłębiała swoje niepowodzenia w roli matki i żony.
Opowiadała o licznych zdradach małżeńskich, których się dopuściła, o tym, jak przed kilku laty porzuciła rodzinę dla innego mężczyzny, a potem powróciła, kiedy jej nowy związek się rozpadł. Rose była namiętną
palaczką i nabawiła się zaawansowanej rozedmy płuc, a mimo to w ostatnich latach starała się ze wszystkich sił zadośćuczynić za swoje
wcześniejsze postępowanie i odnowić więź z córką. Ale to nie podziałało.
Zdecydowanie zalecałem terapię rodzinną, lecz córka odmówiła i Rose
znalazła się w punkcie zwrotnym: każdy atak kaszlu i każda wizyta u pulmonologa przypominały, że pozostało jej niewiele czasu. Pragnęła już
tylko spokoju: "Chcę, żeby odeszła" - powiedziała mi. Liczyła dni do
chwili, gdy córka ukończy szkołę średnią i opuści dom - pójdzie do
college'u, do pracy, dokądkolwiek. Nie troszczyła się już o to, jak
dziewczyna się prowadzi. Wciąż i wciąż szeptała do siebie i do mnie:
"Chcę, żeby odeszła".
W swojej praktyce zawsze robię, co w mojej mocy, by nie dopuszczać do
rozbicia rodzin, by leczyć rozdźwięki między rodzeństwem, między
rodzicami i dziećmi. Ale praca z Rose coraz bardziej mnie nużyła i dla
tej rodziny nie widziałem już nadziei. Próbowałem spekulować, co będzie,
jeśli dojdzie do rozstania z córką. Czy Rose nie zostanie sama i z poczuciem winy? Ale to nic nie dawało, a czas uciekał; wiedziałem, że ma
niewiele życia przed sobą. Po skierowaniu córki do doskonałego terapeuty
zajmowałem się już tylko Rose i byłem całkowicie po jej stronie. Nieraz
powtarzała: "Jeszcze trzy miesiące i skończy szkołę. I do widzenia.
Chcę, żeby odeszła. Chcę, żeby odeszła". Zacząłem pragnąć, by to
życzenie się spełniło.
Kiedy później tego dnia wybrałem się na przejażdżkę na rowerze,
powtarzałem sobie pod nosem słowa Rose - "Chcę, żeby odeszła. Chcę, żeby
odeszła" - i po chwili zacząłem myśleć o własnej matce, patrzeć na świat
jej oczami, może po raz pierwszy w życiu. Wyobraziłem sobie, że myśli i mówi coś podobnego o mnie. I teraz, gdy o tym pomyślałem, nie mogłem
sobie przypomnieć żadnych oznak macierzyńskiego żalu, kiedy w końcu na
stałe opuszczałem rodzinny dom, by udać się na studia medyczne do
Bostonu. Stanęła mi przed oczami scena pożegnania: mama na ganku
machająca mi ręką, gdy odjeżdżam swoim załadowanym po brzegi
chevroletem, i wchodząca do domu, kiedy znikam za zakrętem. Wyobraziłem
sobie, jak zamyka drzwi i wzdycha z ulgą. Jak dwie lub trzy minuty
później, wyprostowana, szeroko uśmiechnięta, porywa mojego ojca do
radosnego tańca Hava nagila.
{: ._idGenObjectAttribute-1} Autor z matką i siostrą, około 1934
Tak, moja matka miała powody, by czuć ulgę, kiedy w wieku dwudziestu
dwóch lat na dobre opuściłem dom. To ja wnosiłem do niego niepokój.
Nigdy nie miała dla mnie dobrego słowa, a ja odpłacałem jej pięknym za
nadobne. Kiedy zjeżdżałem ze wzgórza, moje myśli powędrowały wstecz, do
tamtej nocy, kiedy miałem czternaście lat i ojciec, wtedy
czterdziestosześcioletni, obudził się z silnym bólem w piersi. W owych
czasach lekarze przychodzili na wizyty domowe, więc matka szybko
zadzwoniła do naszego lekarza rodzinnego, doktora Manchestera. Wśród
nocnej ciszy czekaliśmy niespokojnie we trójkę - ojciec, matka i ja - na
jego przyjazd. (Moja siostra Jean, o siedem lat starsza, była już w college'u). Mama w chwilach zdenerwowania odwoływała się do prymitywnego
schematu myślowego: jeśli zdarzyło się coś złego, ktoś musi być temu
winny. I tym winnym byłem ja. Niejeden raz tej nocy, kiedy ojciec
skręcał się z bólu, krzyczała: "To ty - ty go zabiłeś!". Dawała mi do
zrozumienia, że to moja niesforność, moje nieposłuszeństwo, moje wybryki
rozbijające ognisko domowe - że to wszystko wpędziło go w chorobę.
Po wielu latach, kiedy leżąc na kozetce, opisałem to zdarzenie, Olive
Smith, moja arcyortodoksyjna psychoanalityczka, zareagowała wybuchem
czułości. Cmoknęła współczująco, nachyliła się nade mną. "Jakie to
okropne - powiedziała. - Jakie to musiało być dla ciebie straszne".
Miała za sobą sztywne przeszkolenie w sztywnym instytucie, gdzie za
jedyne skuteczne narzędzie uważano interpretację analityka. Nie pamiętam
żadnych jej interpretacji, choć były rozumne, głębokie i starannie
sformułowane. Ale ciepło, jakie mi wtedy okazała, tkwi w mojej pamięci
jeszcze dziś, po prawie sześćdziesięciu latach.
"Ty go zabiłeś, ty go zabiłeś" - wciąż słyszę piskliwy głos matki.
Pamiętam, jak się kuliłem, sparaliżowany strachem i wściekłością. "On
nie umarł! Zamknij się, idiotko" - miałem ochotę krzyknąć. Co chwila
ocierała mu czoło i całowała go w głowę, a ja siedziałem w kącie na
podłodze, aż nareszcie, około trzeciej w nocy, usłyszałem szelest
jesiennych liści pod kołami wielkiego buicka doktora Manchestera i pognałem po schodach, przeskakując po trzy stopnie, żeby otworzyć drzwi.
Bardzo lubiłem doktora i na znajomy widok jego szerokiej, okrągłej,
uśmiechniętej twarzy mój strach się rozpłynął. Położył mi dłoń na
głowie, poczochrał włosy, uspokoił matkę, zrobił ojcu zastrzyk (pewnie z morfiny), przyłożył mu do piersi stetoskop i usłyszałem, jak mówi: "No
widzisz, synu, tyka mocno i regularnie jak zegarek. Nie ma się co
przejmować. Nic mu nie będzie".
Tamtej nocy, kiedy widziałem ojca bliskiego śmierci, odczułem jak nigdy
wcześniej niepohamowaną wściekłość matki i w odruchu samoobrony podjąłem
decyzję, by położyć na niej krzyżyk. Musiałem uciec z tej rodziny. Przez
następne dwa lub trzy lata rzadko odzywałem się do matki. Żyliśmy w jednym domu, ale jak ludzie sobie obcy. A przede wszystkim przypominam
sobie to głębokie, wszechogarniające uczucie ulgi, kiedy pojawił się
doktor Manchester. Jego obecność była dla mnie darem, jakiego nigdy od
nikogo nie otrzymałem. Wtedy właśnie postanowiłem, że będę jak on.
Zostanę lekarzem i podzielę się z innymi ludźmi poczuciem
bezpieczeństwa, którym mnie obdarzył.
Ojcu stopniowo się poprawiło i chociaż odtąd przy każdym niemal wysiłku,
nawet po przejściu do następnej ulicy, ból w piersi powracał, zmuszając
go natychmiast do sięgania po nitroglicerynę, przeżył jeszcze
dwadzieścia trzy lata. Ojciec był dobrze wychowanym, wielkodusznym
człowiekiem, którego jedyna wada, w moim przekonaniu, polegała na tym,
że nie miał dość odwagi, by przeciwstawić się matce. Relacje z matką
były otwartą raną w całym moim życiu, a jednak, paradoksalnie, to jej
obraz przemyka niemal codziennie przez moje myśli. Widzę jej twarz:
nigdy nie jest rozluźniona, nigdy uśmiechnięta, nigdy szczęśliwa. Była
inteligentną kobietą i chociaż wszystkie dni jej życia wypełniała praca,
czuła się niespełniona i rzadko można było od niej usłyszeć coś miłego
czy pozytywnego. Lecz dzisiaj, podczas moich przejażdżek rowerowych,
myślę o niej inaczej. Myślę o tym, jak niewiele dobrego spotkało ją z mojej strony, kiedy dzieliliśmy ze sobą dom. Cieszę się, że w późniejszych latach umiałem być lepszym synem.
Rozdział 4
POWRÓT DO POCZĄTKÓW
Od czasu do czasu wracam do lektury
Karola Dickensa, który w moim panteonie pisarzy zawsze zajmował
centralne miejsce. Ostatnio przykuła moją uwagę niezwykła fraza z Opowieści o dwóch miastach: "Bo człowiek zbliżając się do kresu
odbywa podróż po zamkniętym kręgu i stopniowo zwraca się ku początkowi.
To mi wygląda na miłosierne, delikatne torowanie dalszej drogi. Ostatnio
serce topnieje we mnie często od wielu uśpionych dawno
wspomnień..."1.
Ten fragment niezwykle mnie poruszył. Ja także, przybliżając się do
kresu życia, coraz częściej wracam myślą do jego początków. Gdy
wysłuchuję wspomnień swoich klientów, powracają do mnie moje własne
wspomnienia, praca nad ich przyszłością rozgrzebuje moją własną
przeszłość, łapię się na tym, że rozważam ją na nowo. Moje wspomnienia
wczesnego dzieciństwa zawsze były fragmentaryczne, prawdopodobnie
dlatego, jak zwykłem sądzić, że żyliśmy wtedy w ubóstwie i byłem
nieszczęśliwy. Dziś, gdy przekroczyłem osiemdziesiątkę, coraz więcej
obrazów z początków życia wdziera się w moje myśli. Śmierdzący
wymiocinami pijacy śpiący w naszym przedsionku. Moja samotność i wyobcowanie. Niedopałki i szczury. Czerwona twarz fryzjera nazywającego
mnie "żydkiem". Brak spełnienia w rozdygotanych, bolesnych próbach
seksualnych nastolatka. Nie na miejscu. Zawsze nie na miejscu - jedyne
białe dziecko w otoczeniu Czarnych, jedyny żyd w chrześcijańskim
świecie.
Rodzice autora, około 1930
Tak, przeszłość mnie wciąga i wiem, na czym polega jej wygładzanie.
Łatwiej niż kiedykolwiek potrafię sobie teraz wyobrazić satysfakcję i dumę moich rodziców, gdyby mogli mnie widzieć występującego przed liczną
publicznością. Do śmierci ojca zdążyłem opublikować w czasopismach
medycznych ledwie kilka fachowych tekstów, których i tak by nie
zrozumiał. Matka żyła o dwadzieścia pięć lat dłużej i chociaż z powodu
swojej słabej znajomości angielskiego, a później ślepoty nie mogła
czytać moich książek, trzymała je na stoliku, gładziła dłonią i chwaliła
się nimi przed każdym, kto odwiedzał ją w domu starców. Tak wiele jest
pomiędzy mną a rodzicami niedokończonych spraw. O tak wielu rzeczach
nigdy nie mówiliśmy podczas naszego wspólnego życia - o napięciu i niedoli w naszej rodzinie, o moim świecie i ich świecie. Kiedy o nich
myślę, widzę, jak wysiadają na Ellis Island, bez grosza przy duszy, bez
wykształcenia, bez najmniejszej znajomości angielskiego, i moje oczy
napełniają się łzami. Chciałbym im powiedzieć: "Wiem, przez co
przeszliście. Wiem, jak wam było ciężko. Wiem, co dla mnie zrobiliście.
Proszę, wybaczcie mi, że tak bardzo się was wstydziłem".
Przyglądając się swojemu życiu z perspektywy osiemdziesięciu lat,
odczuwam zniechęcenie, a nieraz także osamotnienie. Nie mogę polegać na
własnej pamięci, a niewielu pozostało świadków moich młodych lat. Moja
starsza o siedem lat siostra już nie żyje, odeszła także większość moich
dawnych przyjaciół i znajomych.
Kiedy doszedłem do osiemdziesiątki, kilka nieoczekiwanych głosów z przeszłości ożywiło we mnie pewne wspomnienia. Pierwszym z nich był głos
Ursuli Tomkins, która odnalazła mnie dzięki mojej stronie internetowej.
Nie myślałem o Ursuli od czasu, gdy oboje ukończyliśmy waszyngtońską
szkołę podstawową. "Wszystkiego najlepszego z okazji 80. urodzin, Irvin
- napisała w e-mailu. - Przeczytałam z przyjemnością dwie twoje książki
i poprosiłam w naszej bibliotece w Atlancie, żeby sprowadzili inne.
Pamiętam cię z czwartej klasy u pani Fernald. Nie wiem, czy ty mnie
pamiętasz - byłam taką pulchną dziewczynką z kręcącymi się rudymi
włosami, a ty byłeś ładnym chłopaczkiem z włosami czarnymi jak sadza!"
Więc Ursula, którą akurat dobrze pamiętam, sądzi, że byłem ładnym
czarnowłosym chłopcem! Ja? Ładny? Gdybym to wtedy wiedział! Nigdy, nawet
przez moment, nie myślałem o sobie w ten sposób. Byłem nieśmiałym,
wiecznie wątpiącym w siebie kujonem i nie przyszłoby mi do głowy, że
ktoś może mnie uważać za osobę atrakcyjną. Och, dzięki ci, Ursulo!
Dzięki, że nazwałaś mnie ładnym chłopcem. Ale dlaczego, dlaczego nie
powiedziałaś tego wcześniej? To mogło odmienić całe moje dzieciństwo!
A potem, dwa lata temu, wysłuchałem komunikatu telefonicznego z odległej
przeszłości, który zaczynał się od słów: "TO JA, JERRY, twój dawny
kompan od szachów!". Chociaż nie słyszałem jego głosu od
siedemdziesięciu lat, rozpoznałem go natychmiast. To był Jerry
Friedlander, którego ojciec prowadził sklep spożywczy na rogu ulic
Seaton i North Capital, zaledwie o kwartał domów od sklepu mojego ojca.
Powiedział mi, że jego wnuczka, studiująca psychologię kliniczną,
przeczytała jedną z moich książek. Wspominał, jak grywaliśmy ze sobą
regularnie przez całe dwa lata, kiedy ja miałem dwanaście lat, a on
czternaście, w czasach, które ja zapamiętałem jedynie jako pustynię
zwątpienia w siebie i braku poczucia bezpieczeństwa. Ponieważ tak mało
pozostało mi w pamięci z tamtych lat, skorzystałem skwapliwie z okazji i wycisnąłem z Jerry'ego wszelkie wspomnienia, jakie zachował na mój temat
(podzieliwszy się oczywiście najpierw własnymi wspomnieniami o nim).
- Byłeś fajnym gościem - powiedział. - Bardzo zgodnym. Pamiętam, że
przez cały czas ani razu się nie pokłóciliśmy.
- Opowiedz coś więcej - prosiłem żarliwie. - Mnie zostały z tamtych
czasów tylko mętne obrazy.
- Czasem potrafiłeś się powygłupiać, ale przeważnie zachowywałeś się
bardzo serio i przykładałeś do nauki. Muszę powiedzieć, że strasznie się
przykładałeś. Ilekroć do ciebie przyszedłem, zastawałem cię nad książką.
O tak, to świetnie pamiętam: Irv i jego książki. I zawsze to było coś
poważnego, dobra literatura, nie na moją głowę. Żadnych komiksów.
To nie do końca prawda - w rzeczywistości byłem zajadłym miłośnikiem
Kapitana Marvela, Batmana i Zielonego Szerszenia (ale nie Supermana:
jego nietykalność wysysała z każdej przygody wszelkie napięcie). Słowa
Jerry'ego przypomniały mi, że w tamtych latach często kupowałem używane
książki w księgarni na Siódmej Ulicy, niedaleko biblioteki. Kiedy snułem
te wspomnienia, stanęła mi przed oczami wielka tajemnicza księga w rdzawej okładce, traktująca o astronomii. Nieważne, że mało rozumiałem z omawianych w niej zagadnień optycznych. Służyła do zupełnie innego celu:
zostawiałem ją na widoku, żeby rzucała się w oczy ładnym koleżankom
mojej siostry, w nadziei, że moja uczoność wzbudzi w nich podziw. Byłem
szczęśliwy, kiedy któraś poklepała mnie z uznaniem po głowie, przytuliła
lub przelotnie pocałowała. Nie wiedziałem, że Jerry też zauważył tę
książkę - to nie do niego było adresowane.
Jerry powiedział mi, że przeważnie wygrywałem z nim w szachy, ale nie
bardzo umiałem przegrywać: po pewnej długiej partii, kiedy zwyciężył po
zajadłej końcówce, obraziłem się i zacząłem się domagać, żeby zagrał z moim ojcem. Tak też zrobił. Przyszedł do nas w następną niedzielę i rozgromił również ojca, chociaż był pewien, że ten specjalnie dał mu
wygrać.
Ta historia wprawiła mnie w osłupienie. Miałem dobre, choć nieco chłodne
relacje z ojcem, ale trudno mi sobie wyobrazić, żebym oczekiwał, że
pomści moją porażkę. Z tego co pamiętałem, to wprawdzie on nauczył mnie
grać w szachy, ale kiedy miałem jedenaście lat, wygrywałem z nim bez
trudu i szukałem silniejszych przeciwników, takich jak jego brat, wujek
Abe.
Zawsze drążył mnie niewypowiedziany żal do ojca - o to, że nigdy, nawet
jeden raz, nie przeciwstawił się matce. Przez wszystkie te lata, kiedy
matka krytykowała mnie lub ze mnie drwiła, zawsze się z nią zgadzał. Ani
razu nie stanął po mojej stronie. Czułem się rozczarowany jego niemęską
biernością. Zdumiałem się więc: jak to możliwe, żebym żądał od niego
naprawienia mojej przegranej z Jerrym? Może pamięć mnie zwodziła. Może
byłem z niego dumny bardziej, niż mi się zdawało.
Ta hipoteza nabrała wiarygodności, kiedy Jerry opisał mi własną drogę
życiową. Jego ojciec nie miał szczęścia w interesach i porażki finansowe
trzykrotnie zmuszały rodzinę do przeprowadzki, za każdym razem do
gorszych dzielnic. Jerry musiał pracować zarobkowo po szkole i podczas
wakacji. Uświadomiłem sobie, że mnie powodziło się o wiele lepiej.
Chociaż też często pomagałem ojcu w sklepie, ale nigdy z konieczności,
jedynie dla własnej satysfakcji - rosłem w swoich oczach, witając
klientów, podliczając należności, przyjmując pieniądze i wydając resztę.
Jerry latem pracował, a mnie rodzice wysyłali na dwumiesięczne obozy.
Takie wakacje wydawały mi się czymś oczywistym, ale rozmowa z Jerrym
uświadomiła mi, że mój ojciec dobrze sobie radził. Najwyraźniej był
skrzętnym i zaradnym przedsiębiorcą. To dzięki jego (i matki) ciężkiej
pracy i zapobiegliwości żyło mi się łatwiej i mogłem zdobyć
wykształcenie.
Kiedy odłożyłem słuchawkę, inne mgliste wspomnienia o ojcu wydostały się
na powierzchnię. Pewnego deszczowego popołudnia, kiedy sklep był pełen
kupujących, jakiś rosły, groźnie wyglądający typ złapał skrzynkę wódki i uciekł na ulicę. Ojciec bez wahania rzucił się w pościg, pozostawiając
mnie z matką w zatłoczonym sklepie. Po piętnastu minutach wrócił,
dźwigając skrzynkę - złodziej zmęczył się po kilkuset metrach, porzucił
łup i zwiał. Ojciec zachował się odważnie. Nie jestem pewien, czy ja bym
się na to zdobył. Musiałem być wtedy z niego dumny - czyż nie? Ale, co
dziwne, nie zapamiętałem tego epizodu. Czy kiedykolwiek usiadłem i zastanowiłem się, naprawdę się zastanowiłem, jak wyglądało jego życie?
Ojciec autora w swoim sklepie, około 1930
Wiem, że ojciec zaczynał pracę o piątej rano od kupowania świeżych
produktów na rynku hurtowym w południowo-wschodniej części Waszyngtonu,
a zamykał sklep o dziesiątej wieczorem w zwykłe dni, a o północy w piątki i soboty. Jedynym jego dniem odpoczynku była niedziela.
Sporadycznie towarzyszyłem mu w wyjazdach na rynek i była to ciężka,
nużąca praca. A przecież nigdy nie słyszałem, żeby się skarżył. Pamiętam
rozmowę z człowiekiem, którego nazywałem "wujkiem Samem", najlepszym
przyjacielem ojca jeszcze z czasów dzieciństwa w Rosji (każda osoba z grupy, która wspólnie emigrowała z Sielc, rosyjskiego sztetlu, była dla
mnie ciocią albo wujkiem). Sam opowiedział mi, jak mój ojciec pisał
wiersze, przesiadując godzinami w malutkiej, nieogrzewanej mansardzie
swojego domu. Skończyło się to, kiedy jako nastolatek został podczas I wojny światowej powołany do rosyjskiego wojska i pracował przy budowie
linii kolejowej. Po wojnie z pomocą starszego brata Meyera, który
wyemigrował już wcześniej, przedostał się do Stanów Zjednoczonych i otworzył sklepik spożywczy przy ulicy Volta w Georgetown. Jego siostra
Hannah i młodszy brat Abe poszli w jego ślady. Abe przyjechał sam w 1937
roku i zamierzał sprowadzić rodzinę, ale było już za późno. Naziści
wymordowali wszystkich, którzy pozostali, wśród nich starszą siostrę
mojego ojca, jej dwoje dzieci oraz żonę Abe'a z czwórką dzieci. Po tym
wszystkim ojciec zasznurował usta. Nigdy nie wspominał przy mnie o Holocauście, zresztą o niczym, co się wiązało ze starym krajem. Także
jego poezja stała się przeszłością. Nigdy nie widziałem go piszącego.
Nigdy nie widziałem go czytającego książkę. Nigdy nie widziałem go
czytającego cokolwiek poza żydowskim dziennikiem, na który rzucał się
łapczywie, gdy tylko dostał go w ręce. Dopiero teraz uświadamiam sobie,
że szukał w nim jakiejkolwiek informacji o swojej rodzinie i przyjaciołach. Tylko raz zrobił aluzję do Holocaustu. Kiedy miałem
jakieś dwadzieścia lat, poszliśmy razem na lunch, tylko we dwóch. Rzadko
się to zdarzało: chociaż w tym czasie sprzedał już sklep, trudno go było
odciągnąć od matki. Nigdy nie zaczynał pierwszy rozmowy. Nigdy sam nie
szukał kontaktu ze mną. Być może czuł się w moim towarzystwie
skrępowany, chociaż w swoim własnym kręgu męskich znajomych nie
przejawiał nieśmiałości ani zahamowania - cieszyłem się, widząc, jak
żartuje z nimi i opowiada dowcipy przy grze w bezika. Chyba się
rozmijaliśmy: nigdy nie wypytywał o moje życie i pracę, a ja nigdy nie
mówiłem mu, że go kocham. Tamta rozmowa przy lunchu zachowała się
wyraźnie w mojej pamięci. Przez godzinę rozmawialiśmy ze sobą jak
dorośli mężczyźni i było to wspaniałe uczucie. Pamiętam, że zapytałem
go, czy wierzy w Boga, a on odparł: "Jak można wierzyć w Boga po
Shoah?".
Autor z ojcem, 1936
Wiem, że przyszedł czas, bym chociaż z opóźnieniem wybaczył mu jego
milczenie, to, że był imigrantem, że nie miał wykształcenia, że nie
przejmował się codziennymi rozczarowaniami swojego jedynego syna.
Przyszedł czas, żeby skończyć z zażenowaniem, które wzbudzała we mnie
jego ignorancja, czas, żeby przypomnieć sobie jego przystojną twarz,
jego delikatność, jego sympatyczne stosunki z przyjaciółmi, jego
melodyjny głos, gdy śpiewał żydowskie piosenki, których nauczył się jako
dziecko w sztetlu, jego śmiech, gdy grał w bezika z bratem i kolegami,
jego zgrabne ruchy, gdy pływał na plaży Bay Ridge, jego ciepłe relacje z siostrą Hannah, moją ulubioną ciotką.
W przekładzie Tadeusza J. Dehnela, Czytelnik, Warszawa 1960 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]
Rozdział 5
BIBLIOTEKA OD A DO Z
Zanim przeszedłem na emeryturę, przez
długie lata jeździłem codziennie na rowerze z domu na uczelnię, często
zatrzymując się, by podziwiać figury Mieszczan z Calais dłuta Rodina
czy lśniące mozaiki kościoła wznoszącego się przy placu Quad albo
zajrzeć do księgarni uniwersyteckiej. Nawet na emeryturze rower wciąż
służył mi przy załatwianiu różnych spraw lub odwiedzinach u przyjaciół.
Ostatnio jednak przestałem ufać swojemu poczuciu równowagi, więc unikam
ruchliwych ulic i ograniczam się do wieczornej trzydziesto- lub
czterdziestominutowej przejażdżki po ścieżkach rowerowych. Choć trasy
się zmieniały, jazda na rowerze zawsze była dla mnie chwilą wolności i kontemplacji, a obecnie doznanie szybkiego, płynnego ruchu i podmuch
powietrza na twarzy nieodmiennie przenoszą mnie w przeszłość.
Jeśli pominąć dziesięcioletni gorący romans z motocyklem, który
przeżyłem około trzydziestego roku życia, pozostałem wierny rowerowi od
czasu, gdy jako dwunastolatek po długich, uporczywych naleganiach
wyprosiłem wreszcie u rodziców prezent urodzinowy w postaci błyszczącego
czerwonego american flyera. Umiałem im suszyć głowę i wcześnie odkryłem
bardzo skuteczną technikę, która nie zawodziła nigdy: po prostu wiązałem
przedmiot pożądania z nauką szkolną. Moi rodzice nie byli skłonni
wyrzucać pieniędzy na różne zachcianki, ale kiedy chodziło o coś choćby
pośrednio związanego z edukacją - pióra, papier, suwak logarytmiczny
(pamiętacie, że było coś takiego?) i książki, zwłaszcza książki - zawsze
sypnęli groszem. Kiedy więc oświadczyłem, że dzięki rowerowi będę mógł
częściej zaglądać do Centralnej Biblioteki Waszyngtonu na rogu ulicy K i Siódmej, nie potrafili odmówić.
Dotrzymywałem swojej strony porozumienia: w każdą bez wyjątku sobotę
ładowałem do sakw rowerowych sześć książek (taki był limit
wypożyczalni), które przetrawiłem w ciągu tygodnia, i wyruszałem w czterdziestominutową podróż po następne.
Autor jako dziesięcioletni chłopiec
Biblioteka stała się moim drugim domem i co sobota spędzałem w niej całe
godziny. Te długie popołudnia spełniały podwójny cel: biblioteka
otwierała przede mną szerszy świat, za którym tęskniłem, świat myśli,
historii i kultury, a zarazem uśmierzała lęki rodziców i przysparzała im
dumy z tak wyedukowanego syna. Z ich punktu widzenia im więcej czasu
spędzałem na lekturze w czterech ścianach, tym lepiej: mieszkaliśmy w niezbyt bezpiecznej okolicy. Sklepik ojca i nasze mieszkanie na piętrze
znajdowały się w taniej, murzyńskiej dzielnicy Waszyngtonu, kilka
kwartałów od granicy "białej" części miasta. Ulice były tu pełne
przemocy, złodziejstwa, starć na tle rasowym i pijaństwa (w niemałym
stopniu napędzanego przez trunki ze sklepu ojca). Żeby nie martwić się o mnie podczas letnich wakacji, już jako siedmiolatka rodzice trzymali
mnie z dala od niebezpiecznych ulic, wysyłając na niedrogie letnie obozy
w Marylandzie, Wirginii, Pensylwanii lub New Hampshire.
Gigantyczny westybul biblioteki wzbudzał we mnie taki respekt, że
przechodziłem tamtędy na palcach. Pośrodku części parterowej stał
masywny regał, na którym umieszczono dzieła biograficzne, w porządku
alfabetycznym według nazwisk ich bohaterów. Okrążyłem go niezliczoną
ilość razy, zanim odważyłem się poprosić bibliotekarkę o pomoc. Bez
słowa uciszyła mnie, przykładając palec do ust, i wskazała marmurowe
kręcone schody wiodące na pierwsze piętro, do odpowiedniego dla mnie
działu literatury dziecięcej. Zdetonowany, skorzystałem z jej wskazówek,
lecz i tak przy każdej wizycie w bibliotece kręciłem się koło półki
biograficznej i w końcu obmyśliłem plan: będę czytać jedną biografię na
tydzień, zaczynając od litery A, aż przebrnę przez cały alfabet.
Zacząłem od Henry'ego Armstronga, mistrza boksu wagi lekkiej z lat
trzydziestych. Na literę B zapamiętałem Juana Belmonte, utalentowanego
matadora z początku XX wieku, i Francisa Bacona, siedemnastowiecznego
uczonego. Na C był Ty Cobb, na E - Thomas Edison, na G - Lou Gehrig i Hetty Green ("Wiedźma z Wall Street") i tak dalej. Pod literą J odkryłem
Edwarda Jennera, który stał się moim idolem, gdyż wyeliminował groźbę
ospy. Pod K zetknąłem się z Czyngis-chanem1 i przez parę
tygodni zastanawiałem się, czy Jenner uratował więcej istnień ludzkich,
niż Czyngis-chan wymordował. Tam też znalazłem dzieło Łowcy mikrobów
Paula de Kruifa, które zainspirowało mnie do dalszych lektur o mikroskopijnym świecie; rok później pracowałem przy podawaniu napojów w lokalnym drugstorze i uzbierałem dość pieniędzy, by kupić mikroskop z polerowanego mosiądzu, który mam do dziś. Litera N zapoznała mnie z Redem Nicholsem, muzykiem grającym na trąbce, a także z dziwnym typem o nazwisku Fryderyk Nietzsche. P doprowadziło mnie do Świętego Pawła i Sama Patcha, pierwszego człowieka, który przeżył skok z wodospadu
Niagara.
O ile pamiętam, mój projekt biograficzny zakończył się na literze T,
gdzie odkryłem Alberta Paysona Terhune'a. W następnych tygodniach
zboczyłem z drogi, pożerając jego książki o wspaniałych owczarkach
szkockich Ladzie i Lassiem. Dziś myślę, że ten chaotyczny ciąg lektur
wcale mi nie zaszkodził. Nic w tym złego, że byłem jedynym
jedenastolatkiem na świecie, który wiedział tak dużo o Hetty Green i Samie Patchu, ale jednak - co za strata czasu! Marzyłem o dorosłym
mentorze, kimś z wielkiego amerykańskiego świata, takim jak ów mężczyzna
w garniturze z kory wchodzący do sklepu mojego ojca, by powiedzieć mu,
że rokuję wielkie nadzieje. Gdy to wspominam, rozczula mnie tamten
chłopak, samotny, zalękniony, ale pełen determinacji, i podziwiam go, że
mimo wszystko utorował sobie ścieżkę edukacji, choćby krętą, bez
niczyjej zachęty, bez wzorów do naśladowania, bez przewodnika.
Ang. Gingis Khan. [wróć]
Rozdział 6
WOJNA RELIGIJNA
Siostrę Miriam, katolicką zakonnicę,
skierował do mnie jej spowiednik, brat Alfred, z którym odbywałem
terapię wiele lat wcześniej, po śmierci jego despotycznego ojca. Brat
Alfred przysłał mi notatkę:
Drogi doktorze Yalom (proszę wybaczyć, ale wciąż nie potrafię zwracać
się do Pana po imieniu, na to trzeba by jeszcze roku albo dwóch
terapii), mam nadzieję, że zechce Pan przyjąć siostrę Miriam (...). To
szlachetna, pełna miłości dusza, ale wciąż coś nie pozwala jej osiągnąć
spokoju.
Siostra Miriam okazała się atrakcyjną, ujmującą, ale wyraźnie
zrezygnowaną kobietą w średnim wieku, której ubiór w żaden sposób nie
wskazywał na jej powołanie. Otwarta i bezpośrednia, szybko i bez
skrępowania wnikała w swoje problemy. Podczas pracy w zakonie znajdowała
dużą satysfakcję w działalności dobroczynnej na rzecz ubogich, ale ze
względu na jej błyskotliwą inteligencję i zdolności organizacyjne
przesuwano ją na coraz wyższe stanowiska. Chociaż doskonale sobie na
nich radziła, jej samopoczucie się pogarszało. Pozostawało jej niewiele
czasu na własną modlitwę i medytacje, a w dodatku prawie codziennie
popadała w konflikty z innymi administratorami, podkopującymi jej
władzę. Była na nich wściekła i miała to sobie za złe.
Od razu polubiłem siostrę Miriam i z kolejnymi cotygodniowymi
spotkaniami czułem coraz większy szacunek dla tej kobiety, która
bardziej niż jakakolwiek znana mi osoba poświęciła się służbie innym.
Pragnąłem zrobić wszystko, co w mojej mocy, by jej pomóc. Była wybitnie
inteligentna i nadzwyczaj pobożna. Nigdy nie spytała mnie o przekonania
religijne i po kilku miesiącach terapii nabrała do mnie zaufania na
tyle, by przynieść na sesję swój osobisty pamiętnik i przeczytać z niego
głośno kilka fragmentów. Ujawniały jej głęboką samotność, poczucie, że
jest niezgrabna, zazdrość wobec innych sióstr, obdarzonych urodą i wdziękiem. Kiedy czytała o swojej tęsknocie za tym, co odrzuciła -
małżeństwem, życiem seksualnym, macierzyństwem - z oczu popłynęły jej
łzy. Współczułem jej, myśląc o gorącej więzi łączącej mnie z żoną i dziećmi.
Siostra Miriam szybko się pozbierała i zaczęła mówić o tym, jak
wdzięczna jest za obecność Jezusa w swoim życiu. Tęsknie wspominała, jak
podczas swych młodych lat w klasztorze prowadziła z Nim codziennie
wczesnym rankiem rozmowy, które dodawały jej otuchy i siły. Później, gdy
obciążono ją zadaniami administracyjnymi, rozmowy te stały się o wiele
rzadsze, aż w końcu całkowicie utraciła z Nim kontakt. Martwiłem się o Miriam i bardzo chciałem pomóc jej w odzyskaniu więzi z Jezusem.
Pewnego dnia po sesji, podczas przejażdżki rowerowej, uświadomiłem
sobie, jak skrupulatnie tłumię swój własny religijny sceptycyzm w obecności siostry Miriam. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się osobiście z takim oddaniem i ofiarnością. Chociaż ja również postrzegam swoją pracę
terapeutyczną jako rodzaj służby, czułem, że tego, co z siebie daję, nie
można w żaden sposób porównać z ofiarą Miriam. Sam ustalam sobie rozkład
zajęć i biorę honoraria za swoje usługi. Jak ona zdołała wykształcić w sobie taką bezinteresowność? Zastanawiałem się nad pierwszym okresem jej
życia. Rodzina popadła w nędzę, kiedy w wyniku wypadku w kopalni węgla
ojciec Miriam został inwalidą. Gdy Miriam miała czternaście lat, rodzice
umieścili ją w szkole zakonnej i rzadko później odwiedzali. Od tego
czasu rytm jej życia wyznaczały modlitwy, studia nad Biblią, katechizm -
z rana, w dzień i wieczorem. Bardzo niewiele czasu zostawało na zabawę
czy życie towarzyskie i oczywiście nie miała żadnego kontaktu z mężczyznami.
Po naszych sesjach często rozmyślałem o fiasku swojej własnej edukacji
religijnej. Za mojej młodości żydowskich chłopców z Waszyngtonu
poddawano tradycyjnej indoktrynacji, która - gdy patrzę z dystansu -
wydaje się specjalnie tak pomyślana, by odstręczyć nas od życia
religijnego. O ile wiem, ani jeden z moich rówieśników nie zachował
sentymentów dla religii. Moi rodzice byli Żydami z krwi i kości: mówili
w jidysz, skrupulatnie przestrzegali koszernej diety, mieli w kuchni
cztery komplety naczyń (do mięsa i do produktów mlecznych w ciągu roku i osobne dwa na Paschę), obchodzili święta Jom Kippur i Rosz Haszana,
gorliwie wspierali idee syjonistyczne. Wraz ze swoimi krewnymi i przyjaciółmi tworzyli zamkniętą grupę, prawie nigdy nie nawiązywali
bliższych kontaktów z nie-Żydami i w żaden sposób nie próbowali się
włączyć w główny nurt życia amerykańskiego.
A przecież pomimo tej silnej żydowskiej tożsamości nie widziałem u nich
zbyt wielu objawów szczerego zainteresowania religią. Poza obowiązkową
obecnością w synagodze podczas najważniejszych świąt, postem na Jom
Kippur i spożywaniem pieczywa bez zakwasu na Paschę nie traktowali swej
wiary poważnie. Nikt nie przestrzegał rytuału codziennej modlitwy, nie
przywiązywał do czoła filakterii, nie czytał Pisma, nie zapalał świec
szabasowych.
Większość rodzin zajmowała się drobnym biznesem. Przeważnie były to
sklepy spożywcze, alkoholowe lub z delikatesami, które zamykano tylko w niedziele, w Boże Narodzenie i Nowy Rok oraz w największe święta
żydowskie. Zachował się w mojej pamięci żywy obraz wnętrza synagogi w dniu święta Jom Kippur: krewni i przyjaciele ojca płci męskiej
zgromadzeni w jednym rzędzie u dołu schodów, a kobiety, wśród nich moja
matka i siostra, powyżej. Siedzę obok ojca, bawiąc się frędzlami jego
biało-niebieskiego tałesu, wdychając woń naftaliny roztaczaną przez
rzadko noszone odświętne ubranie, nachylając się nad jego ramieniem,
kiedy wskazuje mi hebrajskie słowa wyśpiewywane przez kantora lub
rabina. Ponieważ dla mnie są to nic nieznaczące dźwięki, skupiam się na
angielskim przekładzie umieszczonym na sąsiedniej stronie książki. Tekst
roi się od opisów krwawych bitew oraz cudów i powtarzanych do znudzenia
hołdów składanych Bogu. Ani jednej linijki, która miałaby jakiś związek
z moim życiem. Odsiedziawszy dla przyzwoitości jakiś czas u boku ojca,
wymykam się na mały dziedziniec, gdzie zbierają się dzieci, by
rozmawiać, bawić się i flirtować.
Tak wyglądał mój kontakt z religią we wczesnej młodości. Pozostaje dla
mnie zagadką, dlaczego rodzice nawet nie próbowali uczyć mnie czytania
po hebrajsku ani wpoić mi podstawowych zasad religii żydowskiej.
Sytuacja zmieniła się, kiedy ukończyłem trzynaście lat i zbliżała się
moja bar micwa. Wysłali mnie na niedzielne lekcje religii, gdzie
okazałem się krnąbrnym uczniem i uparcie zadawałem niewygodne pytania w rodzaju: "Skoro Adam i Ewa byli pierwszymi ludźmi, to z kim zawierały
małżeństwa ich dzieci?". Albo: "Jeśli w zakazie mieszania mleka z mięsem
chodzi o to, by uniknąć obrzydliwości, jaką jest cielę ugotowane w mleku
jego matki, to dlaczego, rebe, zakaz rozciąga się na kurczęta? Przecież
- przekonywałem zawzięcie - kury nie dają mleka". W końcu rabin miał
tego dosyć i wyrzucił mnie ze szkoły.
Ale na tym się nie skończyło. Nie było ucieczki od bar micwy. Rodzice
wysłali mnie do prywatnego nauczyciela, pana Darmstadta, cierpliwego,
dystyngowanego mężczyzny o wyprostowanej sylwetce. Główne zadanie, z jakim musi się zmierzyć trzynastoletni chłopiec w dniu swych urodzin,
polega na odśpiewaniu głośno, po hebrajsku, przypadającej na dany
tydzień haftary (fragmentu z Ksiąg Proroków) przed zgromadzoną w synagodze gminą.
Przy pracy z panem Darmstadtem pojawił się poważny problem: nie mogłem
(lub nie chciałem) nauczyć się hebrajskiego! Z innych przedmiotów miałem
doskonałe oceny, zawsze byłem wśród najlepszych w klasie, ale w tym
wypadku nagle okazałem się całkowitym tępakiem: nie potrafiłem
zapamiętać ani liter, ani dźwięków, ani melodii języka. Wreszcie
cierpliwy, ale zmęczony pan Darmstadt poddał się i powiedział mojemu
ojcu, że to się nie uda: nigdy nie nauczę się haftary. Tak więc podczas
mojej ceremonii bar micwy odpowiedni fragment odśpiewał za mnie brat
ojca, wujek Abe. Rabin prosił, żebym przeczytał po hebrajsku chociaż
kilka linijek błogosławieństwa, ale podczas prób okazało się, że nawet
tego nie mogę się nauczyć, więc w czasie uroczystości, zrezygnowany, dał
mi do przeczytania hebrajski tekst zapisany łacińskimi literami.
To musiał być straszny wstyd dla moich rodziców. Jakżeby inaczej. Nie
pamiętam jednak niczego, co by się z tym wiązało - żadnego obrazu,
żadnego słowa zamienionego z ojcem lub matką. Mam nadzieję, że ich
konsternację złagodziła nieco świetna przemowa, którą wygłosił ich syn
(po angielsku) wieczorem, przy uroczystym obiedzie. Kiedy później
wspominałem ten dzień, często zastanawiałem się, dlaczego czytał za mnie
wuj. Czy ojciec był zbyt przytłoczony wstydem? Jakże chciałbym dziś móc
zadać mu to pytanie. A co z moją kilkumiesięczną nauką z panem
Darmstadtem? Niemal całkowicie umknęły mi z pamięci te lekcje.
Przypominam sobie tylko, jak rytualnie wysiadałem z trolejbusu jeden
przystanek przed jego domem, żeby przekąsić coś w kiosku Little Tavern -
wszystkie punkty tej waszyngtońskiej sieci miały zielony dach z ceramicznych płytek i oferowały trzy burgery za dwadzieścia pięć centów.
Smakowały mi tym bardziej, że stanowiły zakazany owoc: była to pierwsza
trefna (niekoszerna) potrawa, jaką zdarzyło mi się jeść!
Gdyby dziś nastolatek w rodzaju młodego Irvina, zmagający się z kryzysem
tożsamości, przyszedł do mnie po fachową konsultację psychiatryczną i zwierzył się, że nie może się nauczyć czytać po hebrajsku (chociaż poza
tym jest świetnym uczniem) i został wyrzucony ze szkoły wyznaniowej
(chociaż nie miał dotąd poważniejszych problemów z zachowaniem), a co
więcej, w drodze do nauczyciela hebrajskiego zajada się trefnymi
potrawami, to sądzę, że nasza rozmowa przebiegałaby mniej więcej w następujący sposób:
DR YALOM: Irvin, to wszystko, co powiedziałeś o swojej bar micwie,
każe mi się zastanowić, czy nie buntujesz się podświadomie przeciwko
swoim rodzicom i kulturze, z której się wywodzisz. Powiadasz, że jesteś
doskonałym uczniem, zawsze na czele klasy, a jednak właśnie w tej ważnej
chwili, dokładnie wtedy, kiedy masz się stać dorosłym Żydem, nagle
rozwija się u ciebie idiopatyczna pseudodemencja i nie potrafisz
opanować nowego języka.
IRVIN: Z całym szacunkiem, panie doktorze, nie zgadzam się z panem.
Jak najbardziej można to wyjaśnić. Ja po prostu jestem słaby, jeśli
idzie o języki. Nigdy nie mogłem się nauczyć żadnego nowego języka i wątpię, czy kiedyś mi się to uda. Przecież w szkole zawsze mam A ze
wszystkich przedmiotów, a tylko B z łaciny i C z niemieckiego. A poza
tym mam drewniane ucho i nie mogę złapać właściwej intonacji. Na
lekcjach śpiewu nauczyciele zawsze mówią mi, żebym nie śpiewał, tylko
cicho nucił. Wszyscy moi przyjaciele o tym wiedzą. To jasne, że w żaden
sposób nie mógłbym przy czytaniu na bar micwie trzymać się właściwej
melodii ani nauczyć się języka.
DR YALOM: Irvin, ale przypominam ci, że to nie jest kwestia
nauczenia się języka. Pewnie mniej niż pięć procent żydowskich chłopców
w Ameryce rozumie hebrajski tekst, który odczytują na swojej bar micwie.
Twoje zadanie nie polega na tym, żebyś nauczył się mówić albo rozumieć
po hebrajsku. Musisz tylko opanować kilka dźwięków i przeczytać na głos
kilka stron. Czy to takie trudne? Dziesiątki tysięcy trzynastolatków
robi to co roku. I dodajmy, że większość z nich nie jedzie w szkole na
samych ocenach A. Nie, muszę powtórzyć, to nie jest przypadek wybiórczej
demencji. Jestem pewien, że moje wyjaśnienie jest lepsze. Powiedz mi coś
więcej o tym, jak się czujesz jako Żyd, co sądzisz o swojej rodzinie i swojej kulturze.
IRVIN: Nie wiem, od czego zacząć.
DR YALOM: Po prostu pomyśl głośno, jak to jest być trzynastoletnim
Żydem. Nie nakładaj cenzury na swoje myśli. Powtarzaj je głośno, gdy
tylko przyjdą ci do głowy. My, terapeuci, nazywamy to swobodnymi
skojarzeniami.
IRVIN: Hmm, swobodne skojarzenia. Po prostu myśleć na głos? Och! No
dobrze, spróbuję. Być Żydem... Naród wybrany przez Boga... Dla mnie to
głupi żart - wybrany? Nie, akurat odwrotnie... bycie Żydem nie daje mi
żadnych korzyści... Te ciągłe antysemickie uwagi... Nawet pan Turner,
taki fryzjer z czerwoną twarzą i blond włosami, ma zakład tuż koło
sklepu mojego ojca, nazywa mnie "żydkiem", kiedy mnie strzyże... A Unk,
nauczyciel gimnastyki, pokrzykuje na mnie: "Ruszaj się, Żydzie", kiedy
nie daję rady wspiąć się na linę zwisającą z sufitu w sali
gimnastycznej. I ten wstyd na Boże Narodzenie, kiedy inne dzieci
opowiadają, jakie prezenty otrzymały - w podstawówce byłem jedynym Żydem
w klasie. Zmyślałem wtedy, że sam też coś dostałem pod choinkę. Moje
kuzynki, Bea i Irene, opowiadały w klasie o swoich prezentach
chanukowych, udając, że to na Gwiazdkę, ale moi starzy byli za bardzo
zajęci sklepem i nigdy mi nic nie dawali na Chanukę. Mieli mi za złe,
jeśli przyjaźniłem się z nie-Żydami, zwłaszcza Czarnymi, i nie pozwalali
mi ich przyprowadzać do domu, chociaż ja stale bywałem w ich domach.
DR YALOM: No więc wydaje mi się oczywiste, że pragniesz po prostu
zerwać z tą kulturą i że twoja niechęć do nauki hebrajskiego przed bar
micwą i jedzenie trefnego po drodze na lekcje języka mówią tylko jedno,
i to bardzo głośno: "Proszę, proszę, niech mnie ktoś stąd zabierze!".
IRVIN: Trudno mi z tym dyskutować. A moi starzy muszą mieć paskudny
dylemat. Chcą dla mnie czegoś lepszego, niż sami mają. Chcą, żebym
radził sobie w szerszym świecie, ale jednocześnie boją się, że ich
własny świat się kończy.
DR YALOM: Czy kiedykolwiek zdradzali się z tym wobec ciebie?
IRVIN: Nie wprost, ale były pewne oznaki. Na przykład rozmawiali w jidysz między sobą, ale nie ze mną i moją siostrą. Do nas mówią taką
mieszanką angielsko-żydowską (my to nazywamy yinglish) i wyraźnie nie
chcą, żebyśmy się nauczyli żydowskiego. Są też bardzo skryci, jeśli
idzie o ich życie w starym kraju. Nie wiem prawie nic o tym, jak im było
w Rosji. Kiedy próbuję zlokalizować ich sztetl w starym kraju, ojciec,
obdarzony wspaniałym poczuciem humoru, żartuje, że mieszkali w Rosji,
ale czasami, kiedy już nie mogli znieść myśli o kolejnej surowej
rosyjskiej zimie, nazywali ten kraj Polską. A o II wojnie światowej,
nazistach i Holocauście? Ani słowa. Ich usta są zasznurowane na wieki. I takie samo milczenie panuje w domach moich żydowskich przyjaciół.
DR YALOM: Jak byś to wytłumaczył?
IRVIN: Być może starsi chcą nam oszczędzić tego horroru. Pamiętam
kroniki filmowe po Dniu Zwycięstwa, pokazujące obozy koncentracyjne i góry ciał spychane buldożerami. Byłem w szoku, byłem na to zupełnie
nieprzygotowany i boję się, że nigdy nie pozbędę się tych obrazów z mojego umysłu.
DR YALOM: Czy wiesz, jakiej przyszłości rodzice pragną dla ciebie?
IRVIN: Tak - żebym zdobył wykształcenie i był Amerykaninem. Oni
niewiele wiedzą o tym nowym świecie. Kiedy przyjechali do Stanów
Zjednoczonych, nie mieli żadnego świeckiego wykształcenia - dosłownie
zero... poza kursem wymaganym od przyszłych obywateli USA. Jak większość
znanych mi Żydów, byli "ludźmi Księgi" i sądzę... nie, wiem to na pewno,
że cieszą się, ilekroć widzą mnie nad książką. Nigdy mi nie przerywają,
kiedy coś czytam. Natomiast nic nie wskazuje na to, by sami pragnęli się
kształcić. Chyba wiedzą, że już na to za późno - zbyt ich zjada ciężka
praca. Wieczorem są zawsze wykończeni. To musi być dla nich
słodko-gorzkie uczucie: wypruwają sobie flaki, żebym ja mógł pozwolić
sobie na naukę, a zarazem wiedzą, że każda książka, każda przeczytana
przeze mnie strona oddala mnie od nich coraz bardziej.
DR YALOM: Wciąż myślę o tych twoich hamburgerach w Little Tavern -
to był pierwszy krok. Jak sygnał pobudki zwiastujący początek długiej
wojny.
IRVIN: Tak, stoczyłem długą wojnę o niezależność i pierwsze starcia
były zawsze o jedzenie. Jeszcze przed buntem w sprawie bar micwy
wyśmiewałem ortodoksyjne przepisy żywieniowe. To bzdury. Nie mają
żadnego sensu, a co gorsza nie pozwalają mi być Amerykaninem. Kiedy
wybieram się na mecz drużyny Washington Senators (stadion Griffitha jest
tylko kilka ulic od sklepu ojca), nie mogę z przyjaciółmi zjeść hot
doga. Nawet sałatka z jajkiem albo grillowana kanapka z serem w sklepiku
przy naszej ulicy jest zakazana, ponieważ - jak tłumaczy ojciec - nóż,
którym krojono kanapkę, mógł być wcześniej użyty do krojenia wędliny.
"Poproszę, żeby jej nie kroili" - bronię się. "Nie. Pomyśl o talerzu, na
którym mogła leżeć szynka - odpowiada ojciec albo matka. - Jak coś jest
trefne, to już trefne". Czy może pan sobie wyobrazić, panie doktorze,
jak to jest słuchać tego, gdy się ma trzynaście lat? To zupełnie chore!
Taki ogromny wszechświat, tryliony gwiazd rodzą się i umierają, co
minuta na Ziemi dochodzi do katastrof naturalnych, a moi rodzice
upierają się, że Bóg nie ma nic lepszego do roboty niż sprawdzać, czy na
nożu w barze nie ma paru molekuł szynki?!
DR YALOM: Naprawdę myślisz w ten sposób w tak młodym wieku?
IRVIN: Cały czas. Interesuję się astronomią, zmajstrowałem sobie
własny teleskop i kiedy patrzę w nocne niebo, powala mnie to, jak drobni
i nieważni jesteśmy w wielkim porządku rzeczy. Wydaje mi się oczywiste,
że starożytni próbowali sobie radzić z tym poczuciem braku znaczenia,
wymyślając boga, dla którego my, ludzie, jesteśmy czymś tak ważnym, że
musi zwracać uwagę na każdy nasz postępek. Oczywiste jest dla mnie
również, że próbujemy zneutralizować fakt nieuchronnej śmierci,
wymyślając niebo i inne bajki, które mają jedną myśl przewodnią: "Nie
umrzemy" - będziemy istnieć dalej, przechodząc do odmiennej
rzeczywistości.
DR YALOM: Rzeczywiście przychodzą ci takie rzeczy do głowy w twoim
wieku?
IRVIN: Myślę tak, odkąd pamiętam. Zachowuję to dla siebie. Ale jeśli
mam być szczery, uważam religie i wyobrażenia o życiu pozagrobowym za
najdłużej na świecie trwające oszustwo. Ma to swój cel - zapewnia
przywódcom religijnym wygodne życie i łagodzi u ludzi strach przed
śmiercią. Ale płacimy za to wysoką cenę - jesteśmy infantylni, nie
potrafimy dostrzec naturalnego porządku rzeczy.
DR YALOM: Oszustwo? Ostro jedziesz! Dlaczego chcesz znieważyć kilka
miliardów ludzi?
IRVIN: Hej, prosił mnie pan o swobodne skojarzenia, pamięta pan?
Zwykle zachowuję to wszystko dla siebie.
DR YALOM: Masz rację. Rzeczywiście cię o to prosiłem. Posłuchałeś
mnie, a ja cię za to łajam. Przepraszam. Ale pozwól, że jeszcze o coś
spytam. Mówisz o strachu przed śmiercią i o życiu pozagrobowym.
Zastanawiam się, jakie masz osobiste doświadczenia ze śmiercią.
IRVIN: Najdawniejsze wspomnienie to śmierć mojego kota. Miałem wtedy
jakieś dziesięć lat. Zawsze trzymaliśmy w sklepie parę kotów, żeby
tępiły myszy i szczury. Lubiłem się z nimi bawić. Pewnego dnia moją
ulubioną kotkę - zapomniałem jej imienia - potrącił samochód. Znalazłem
ją przy krawężniku, gdy jeszcze oddychała. Pobiegłem do sklepu,
wyciągnąłem z lodówki kawał wątroby (ojciec sprzedawał także mięso),
odciąłem plasterek i podsunąłem kotce pod pyszczek. Wątroba była jej
ulubionym pokarmem. Nie mogła jednak jeść i po chwili zamknęła oczy na
zawsze. Wie pan, głupio mi, że zapomniałem jej imię i nazywam ją "kotka"
- tyle cudownych godzin razem spędziliśmy, siadywała na moich kolanach,
głośno mrucząc, a ja głaskałem ją, czytając jednocześnie książkę.
Jeśli idzie o ludzi, to pierwsza była śmierć kolegi, kiedy byłem w trzeciej klasie. Nie pamiętam, jak się nazywał, ale zdaje się, że
przezywaliśmy go "L.E.". Miał prawie białe włosy - może był albinosem -
a jego matka dawała mu do szkoły dziwaczne kanapki, na przykład z serem
i kiszonym ogórkiem. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby ktoś robił
kanapki z ogórkiem. Jakie to dziwne, że właśnie takie nietypowe sprawy
utrwalają się w pamięci. Pewnego dnia nie przyszedł do szkoły, a nazajutrz nauczyciel powiedział nam, że rozchorował się i umarł. I tyle.
Nie pamiętam żadnej szczególnej reakcji - ani swojej, ani kogokolwiek z kolegów. Ale jest w tym coś niezwykłego: obraz L.E. zachował się bardzo
wyraźnie w moim umyśle. Wciąż potrafię go zobaczyć oczyma wyobraźni - z wyrazem zdziwienia na twarzy i tymi bardzo jasnymi blond włosami, krótko
przyciętymi na jeża.
DR YALOM: A ta niezwykłość polega na...?
IRVIN: Na tym, że ten obraz jest taki czytelny. To dziwne, bo nie
znałem chłopaka zbyt dobrze. Zdaje się, że był w naszej klasie tylko
rok. W dodatku miał jakieś problemy zdrowotne i matka woziła go do
szkoły samochodem, więc nigdy nie wracaliśmy do domu razem i nie
bawiliśmy się ze sobą. Wielu innych kolegów znałem o wiele lepiej, a jednak nie mogę sobie przypomnieć żadnej twarzy.
DR YALOM: A to znaczy, że...?
IRVIN: To musi znaczyć, że jego śmierć zrobiła na mnie wrażenie, ale
wolałem nie myśleć o niej wprost.
DR YALOM: A czy były przypadki, że myślałeś o śmierci wprost?
IRVIN: Mgliście to pamiętam, ale przypominam sobie, jak kiedyś
grałem na automatach w pobliskim sklepiku, a potem włóczyłem się w sąsiedztwie domu i nagle uderzyła mnie myśl, że kiedyś umrę jak każdy
inny, każdy, kto żyje teraz lub będzie żył w przyszłości. To wszystko,
co mi zostało w pamięci, ale wiem, że to był pierwszy raz, kiedy
uprzytomniłem sobie, że jestem śmiertelny. Nie myślałem o tym zbyt długo
i oczywiście z nikim o tym nie rozmawiałem. Aż do dziś.
DR YALOM: Dlaczego "oczywiście"?
IRVIN: Jestem z tym sam. Nie mam nikogo, z kim mógłbym się podzielić
takimi myślami.
DR YALOM: Czy "sam" znaczy tyle co "samotny"?
IRVIN: No, tak.
DR YALOM: Co ci przychodzi do głowy, kiedy myślisz o samotności?
IRVIN: Myślę o tym, jak jeżdżę na rowerze w dużym parku koło starego
Domu Żołnierskiego, jakieś dziesięć kwartałów od sklepu mojego ojca...
DR YALOM: Zawsze mówisz "sklep mojego ojca", a nie "mój dom".
IRVIN: Celnie pan trafił, panie doktorze. Też to zauważyłem. Wstydzę
się mojego domu i to tkwi we mnie głęboko. Mówię, co mi przychodzi do
głowy - przecież to są wciąż swobodne skojarzenia, tak?
DR YALOM: Dobrze. Jedź dalej.
IRVIN: Przypominam sobie wieczorne przyjęcie urodzinowe, na którym
byłem, kiedy miałem jedenaście czy dwanaście lat. Odbywało się w bardzo
szykownym domu, nigdy wcześniej takiego nie widziałem, chyba że w hollywoodzkich filmach. To był dom Judy Steinberg, dziewczyny, którą
poznałem i z którą flirtowałem na letnim obozie - chyba nawet się
całowaliśmy. Matka odwiozła mnie na przyjęcie, ale nie mogła mnie potem
odebrać, bo w sobotni wieczór ruch w sklepie był największy. Kiedy więc
zabawa się skończyła, Judy i jej matka zawiozły mnie do domu. Czułem
straszne upokorzenie na myśl, że zobaczą naszą ruderę. Poprosiłem więc,
żeby wysadziły mnie trochę wcześniej, przed skromnym, ale przyzwoicie
wyglądającym budynkiem, i udawałem, że tam właśnie mieszkam. Stałem
przed drzwiami i machałem im, dopóki nie odjechały. Wątpię jednak, czy
udało mi się je zwieść. Rumienię się, gdy o tym pomyślę.
DR YALOM: Wróćmy do tego, co mówiłeś wcześniej. Powiedz coś więcej o swoich samotnych przejażdżkach rowerowych w parku przy Domu Żołnierskim.
IRVIN: To piękny park, kilkaset akrów powierzchni, i zupełnie pusty,
poza kilkoma budynkami dla chorych lub bardzo starych weteranów. Myślę,
że te przejażdżki to moje najlepsze wspomnienie z dzieciństwa... Zjazdy
po łagodnym stoku, pęd powietrza na twarzy, poczucie wolności i głośne
recytowanie wierszy. Moja siostra miała w college'u kurs poezji
wiktoriańskiej. Kiedy go ukończyła, zabrałem jej podręcznik i ciągle w nim grzebałem, ucząc się na pamięć krótkich wierszy, które szczególnie
mnie poruszały, takich jak Ballada o więzieniu w Reading Oscara
Wilde'a albo niektóre utwory ze zbioru Shropshire Lad Housmana, na
przykład Loveliest of Trees, the Cherry Now oraz When I Was
One-and-Twenty, parę kawałków z Rubajjat Omara Chajjama w przekładzie
FitzGeralda, Więzień Chillonu Byrona i poematy Tennysona. Jednym z moich ulubionych był Gunga Din Kiplinga i wciąż mam jego nagranie,
które zrobiłem sobie w punkcie fonograficznym koło stadionu
baseballowego, kiedy miałem trzynaście lat. Na jednej stronie jest moje
przemówienie na bar micwę (oczywiście po angielsku), a na drugiej moja
recytacja Gungi Dina i Szarży lekkiej brygady Tennysona. Tak, im
dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że te zjazdy ze
wzgórza z recytowaniem poezji to były moje najszczęśliwsze chwile.
DR YALOM: Nasz czas się kończy, ale zanim się rozstaniemy, muszę ci
powiedzieć, że potrafię docenić, jak ciężką walkę musisz toczyć. Wahasz
się pomiędzy dwoma światami. Nie wiesz ani tego, czy masz szanować stary
świat, ani tego, czy już otworzyła się przed tobą furtka do nowego
świata. To rodzi silny niepokój i będziesz potrzebował długiej
psychoterapii, żeby się z nim uporać. Cieszę się, że się do mnie
zwróciłeś - jest w tobie duży potencjał i mam przeczucie, że wszystko
się ułoży.
Rozdział 7
MŁODOCIANY HAZARDZISTA
Jest ósma rano w środę. Zjadłem śniadanie
i zmierzam żwirową dróżką do swojego gabinetu, zatrzymując się tylko na
chwilę, by przywitać się z moim bonsai i wyrwać parę chwastów. Wiem, że
te drobne roślinki też mają prawo do życia, ale nie mogę pozwolić, by
wysysały wodę przeznaczoną dla bonsai. Jestem w świetnym humorze, bo mam
przed sobą cztery godziny pisania, w którym nikt mi nie będzie
przeszkadzał. Już chcę zacząć, ale jak zwykle nie mogę się powstrzymać
przed sprawdzeniem poczty. Obiecuję sobie, że poświęcę na odpowiedzi nie
więcej niż pół godziny. Pierwszą wiadomością jest zaproszenie:
Przypominam: GRAMY dziś u mnie CAŁĄ NOC. Można przyjść od 6.15. Będzie
pyszne i drogie jedzenie. Konsumujcie prędko, bo zaczynamy grę równo o 6.45. Przynieście kupę szmalu! Kevan
W pierwszym odruchu chcę to skasować, ale wstrzymuję się i próbuję
rozeznać się w uczuciu melancholii, które mnie na chwilę ogarnęło.
Zacząłem grać w pokera ponad czterdzieści lat temu, ale teraz już się w to nie bawię, bo mój osłabiony (i niemożliwy do skorygowania szkłami)
wzrok sprawia, że gra jest zbyt kosztowna: przez pomyłki z kartami tracę
przynajmniej jedną lub dwie duże okazje w każdej partii. Długo nie
mogłem się zdecydować na zerwanie z pokerem. Starzeć się to tyle co
rezygnować z coraz większej liczby rzeczy. Choć nie grałem już ze
cztery lata, z grzeczności do dziś przysyłają mi zaproszenia.
Odpuściłem sobie tenis i nurkowanie z akwalungiem, ale porzucenie pokera
to coś innego. Tamte zajęcia są bardziej indywidualne, podczas gdy poker
to zjawisko społeczne. Bardzo mi brakuje tych miłych towarzyszy gry.
Owszem, od czasu do czasu idziemy razem na lunch (i rzucamy monetą lub
rozgrywamy przy stoliku restauracyjnym szybką partię pokera, żeby
ustalić, kto płaci rachunek), ale to nie to samo. Brakuje mi działania i poczucia, że angażuję się w coś ryzykownego. Zawsze kochałem dreszczyk
emocji związany z hazardem, a teraz pozostało mi tylko naciąganie żony
na zakłady o różne głupoty. Ona mówi mi, żebym założył krawat na
wieczorne spotkanie towarzyskie, a ja na to: "Założę się o dwadzieścia
dolarów, że nie będzie tam ani jednego faceta pod krawatem". Dawniej
ignorowała takie odzywki, ale odkąd przestałem grać w pokera, dogadza
mi, przyjmując od czasu do czasu zakład.
Bardzo długo gra była istotną częścią mojego życia. Jak długo? Przed
kilku laty uzyskałem pewne wskazówki dzięki rozmowie telefonicznej.
Zadzwonił Shelly Fisher, z którym nie miałem kontaktu od piątej klasy.
Wnuczka jego siostry studiuje psychologię i gdy u nich był, zauważył, że
dziewczyna czyta jedną z moich książek, Dar terapii. "Hej, ja znam
tego faceta" - powiedział. Znalazł nazwisko mojej siostry w waszyngtońskiej książce telefonicznej i tą drogą zdobył mój numer.
Odbyliśmy długą rozmowę, wspominając, jak razem chodziliśmy codziennie
do szkoły, graliśmy w kręgle i karty, ćwiczyliśmy na step ballu i zbieraliśmy fotosy graczy w baseball. Następnego dnia zadzwonił znowu:
"Irv, wczoraj mówiłeś, że czekasz na informację zwrotną. No więc
przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz o tobie: miałeś problemy z hazardem. Ciągle się domagałeś, żebym grał z tobą w remika o karty
baseballowe. O wszystko chciałeś się zakładać. Pamiętam, jak kiedyś
chciałeś się założyć o to, jakiego koloru będzie następny samochód,
który nadjedzie ulicą. I jakiego miałeś bzika na punkcie gier
liczbowych".
Gry liczbowe? Od lat o tym nie myślałem. Słowa Shelly'ego obudziły we
mnie odległe wspomnienia. Kiedy miałem jedenaście czy dwanaście lat,
ojciec przestawił sklep z produktów spożywczych na alkohole. Rodzicom
nieco to ulżyło: nie trzeba było wyrzucać przeterminowanych towarów ani
rozbierać tusz wołowych, można było skończyć z wyprawami o świcie na
rynek hurtowy. Ale zarazem zrobiło się mniej bezpiecznie. Nierzadko
zdarzały się próby rabunku, i w sobotnie wieczory na zapleczu dyżurował
uzbrojony strażnik. W ciągu dnia sklep wypełniały postacie z półświatka.
Wśród naszych stałych klientów byli alfonsi, prostytutki, złodzieje,
alkoholicy upijający się na wesoło lub smutno, legalni i nielegalni
bukmacherzy.
Pewnego razu pomagałem ojcu zanieść kilka skrzynek whisky do samochodu
Duke'a. Duke był jednym z naszych najlepszych klientów. Fascynował mnie
jego styl: laska z główką z kości słoniowej, niebieska dwurzędowa
marynarka z kaszmiru, filcowy kapelusz pod jej kolor i lśniący biały
cadillac niewiarygodnej długości. Kiedy doszliśmy do samochodu
zaparkowanego w bocznej ulicy pół bloku dalej, zapytałem, czy mam włożyć
skrzynkę do bagażnika. Obaj zachichotali. "Duke, nie pokazywaliśmy mu
bagażnika?" - spytał ojciec. Duke z rozmachem otworzył bagażnik
cadillaca i powiedział: "Nie ma tu za wiele miejsca, synu". Zajrzałem i opadła mi szczęka. Po siedemdziesięciu latach wciąż widzę tę scenę z uderzającą wyrazistością: kufer był zapchany po brzegi plikami banknotów
wszelkich nominałów w grubych gumowych opaskach. Było też kilka dużych
jutowych worków napęczniałych od bilonu.
Duke zajmował się nielegalną grą liczbową - nagminnie uprawianą w naszym
rejonie Waszyngtonu. Oto na czym ona polegała: każdego dnia gracze z sąsiedztwa wręczali swoje stawki (często nie większe niż dziesięć
centów) posłańcom, tak zwanym runnerom, obstawiając wybraną liczbę
trzycyfrową. Jeśli dobrze odgadli, otrzymywali za swoje dziesięć centów
sześćdziesiąt dolarów, czyli sześćset razy więcej. W rzeczywistości
jednak szansa wygranej była naturalnie jak jeden do tysiąca, więc
dochody bukmachera były solidne. Zwycięskiej liczby nie dało się
sfałszować, bo wyznaczano ją za pomocą znanego wszystkim wzoru na
podstawie całkowitej wysokości stawek w trzech wybranych wyścigach koni
na miejscowym torze. Chociaż było jasne, że teoria prawdopodobieństwa
grającym nie sprzyja, na ich korzyść przemawiały dwie sprawy: bardzo
niskie stawki i nadzieja uzyskania nagłego, solidnego zastrzyku gotówki,
w jakimś stopniu łagodzącego trwałą niedolę tych nędzarzy.
Znałem z pierwszej ręki to codzienne, pełne nadziei podniecenie w oczekiwaniu na wynik gry, ponieważ sam od czasu do czasu potajemnie
(pomimo ostrzeżeń rodziców) obstawiałem liczby, nieraz za pomocą pięcio-
i dziesięciocentówek podwędzonych z szuflady w sklepie (wspomnienie tych
drobnych kradzieży jeszcze dziś sprawia, że rumienię się ze wstydu).
Ojciec stale powtarzał, że tylko głupiec zakłada się przy takich
szansach wygranej. Wiedziałem, że ma rację, ale dopóki nie podrosłem,
była to jedyna taka gra w mieście. Robiłem zakłady za pośrednictwem
Williama, jednego z dwóch Czarnych pracujących w naszym sklepie. Zawsze
obiecywałem mu jedną czwartą wygranej. William był alkoholikiem i bardzo
żywym, czarującym człowiekiem, choć bynajmniej nie wcieleniem uczciwości
- nigdy nie wiedziałem, czy naprawdę wpłacił moją stawkę, czy też
schował pieniądze do kieszeni lub zagrał na własny rachunek. Ani razu
nie udało mi się trafić, ale podejrzewam, że w razie wygranej William i tak najprawdopodobniej by się wyłgał, twierdząc, że runner tego dnia się
nie pojawił, albo wymyśliłby inny wykręt. Zarzuciłem ostatecznie ten
proceder, kiedy zacząłem mieć poważne dochody z zakładów baseballowych,
kości, bezika, a przede wszystkim z pokera.