5
John powoli, niczym opadający jesienny liść, wraca do swojego czterdziestoletniego ciała. Spogląda na torebkę z odżywką proteinową w jednej ręce, na szarą plastikową miarkę w drugiej. Obgryzione paznokcie. Wyblakłe blizny na kłykciach. Gęsta mgła mózgowa stopniowo ustępuje i John odzyskuje jasność umysłu.
"Jak długo byłem nieobecny tym razem?"
Coś za oknem nad zlewem kuchennym przykuwa jego uwagę. Ma wrażenie, że machają do niego żółto-czerwone liście jarzębiny. Podobnie jak robił to Mattias, kiedy widział go po raz ostatni. I wtedy... John odpływa. Znowu. Pogrąża się we wspomnieniach, w smutku i pustce, i odlatuje, jak spadające z drzew liście. Coś jednak ściąga go z powrotem do tego, co tu i teraz.
Odkłada odżywkę i nasłuchuje. Stęka, gdy uświadamia sobie, że na zewnątrz toczy się życie.
Przeniósł się tu, do chatki, bo leży na uboczu, częściowo odizolowana od December, by w spokoju móc wspominać Sarę i Mattiasa, ale wydaje się to niemożliwe.
Zeszłej nocy znów mu się śnili, przed oczami wciąż ma ich twarze. Nie ma nocy, żeby nie pojawiali się w jego snach, i choć nie widział ich już od ponad dwóch miesięcy, ma nadzieję, że wciąż żyją. Wmawia sobie, że na pewno tak jest. Bo gdyby jego bliscy nagle przestali istnieć, to chyba by to... poczuł?
Ogarnia go samotność i wraca myślami do swojego dzieciństwa. John był samotnikiem i nie miał wielu przyjaciół, często czuł się wyobcowany i przez to wpadał w złe towarzystwo. To cud, że został policjantem.
Gdy miał osiemnaście lat, został kibolem drużyny Bajen. Chodził na mecze, ale tak naprawdę piłkę nożną miał gdzieś. Był tam, żeby się bić, gdzieś przynależeć i zdobywać przyjaciół. Przyjaciół, którzy wcale nimi nie byli, więc po dwóch latach czuł się znów zagubiony.
Pewnego dnia, po pijackiej awanturze, do jego stolika dosiadł się jakiś mężczyzna. Pelle. Obaj byli pijani i w tym człowieku zobaczył siebie.
Mówi się, że podobieństwa się przyciągają. Spotkali się kilka razy. Po kilku tygodniach Pelle powiedział mu, że jest policjantem i że jego zdaniem John byłby cholernie dobrym gliną, gdyby tylko się ogarnął. I tak właśnie się stało. John został policjantem.
Pelle zmarł kilka lat później, ale do tego czasu utrzymywali kontakt. Pelle został oficerem dyżurnym, a John pracował w jednostce specjalnej. Właściwie nie różniło się to od życia, które prowadził wcześniej. Znowu się bił, tyle że legalnie. Poza tym poznał gości takich jak on i po raz pierwszy miał w życiu cel i ludzi, których mógł nazwać przyjaciółmi.
Boże, kiedy to było... A teraz? Mieszka w domku na odludziu, znowu jest samotnikiem i mało kto wie o jego istnieniu.
John podchodzi do okna obok drzwi wejściowych, potyka się o brzeg dywanu, po czym odsuwa zasłonę. Oślepia go poranne światło połyskujące na powierzchni jeziora Trollsjön.
- Cholera jasna - mówi, gdy widzi, co się dzieje.
Dwie łodzie ciągnące sieć powoli płyną obok siebie. W pobliżu jego chatki kręci się kilku policjantów. Jeden z nich rozwija taśmę między dwoma drzewami. Na widok znajomego niebiesko-białego wzoru serce Johna zaczyna bić szybciej.
Pierwsze, o czym myśli, to Sara i Mattias.
"A jeśli to oni są na dnie jeziora?"
Czuje ucisk w gardle i biegnie do kuchni. Popija tabletki wodą prosto z kranu. Mają mu pomagać na mgłę mózgową, choć nie ma pewności, czy działają. Czasami czuje się po nich dobrze, a czasem jest nieprzytomny, jak przed chwilą. Traci poczucie czasu i przestrzeni oraz zdolność myślenia. Sny przychodzące co noc sprawiają, że rano czuje w duszy niepokój, którego nie umie się pozbyć, jak czegoś, co przymocowano superklejem.
"Nie udało mi się ich odnaleźć, nawet nie wiem, jak i dlaczego zniknęli".
Mruga kilkakrotnie, żeby się rozbudzić. Trzy razy klepie się po zarośniętym policzku. Szybko wkłada ubrania i wychodzi z domu. Od rosy, która pod koniec września utrzymuje się aż do południa, tenisówki robią się mokre. Słońce ciska na tafle jeziora obelgi swoich promieni.
"To nie może być żadne z nich".
John idzie powoli w stronę plaży, gdzie stoją policjanci. Dostrzega ciało, przyczynę całego zamieszania, ale nie potrafi stwierdzić, czy to mężczyzna, czy kobieta.
Ciężko oddycha. Zatrzymuje się. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Jego wzrok wędruje na rosnące na skraju lasu krzaki pełne zgniłych owoców moroszki. Chciał je zebrać, ale zapomniał. Z powrotem spogląda na scenę przy jeziorze.
Technik w białym kombinezonie z materiału przypominającego cienki papier stoi obok znalezionego ciała i robi notatki. Kiedy kuca obok zwłok i kombinezon pęka mu w kroku, klnie... chyba po rosyjsku. Całe miejsce oświetlają silne reflektory. Jakby słońce nie dawało wystarczająco dużo światła. John nie chce na to patrzeć.
"A jeśli to Sara?"
- Nie może być! John Wagner? - słyszy głos z akcentem jak u Sary i właśnie z tego powodu się wzdryga, po czym spogląda w lewo.
Nigdy wcześniej nie widział tej kobiety, ale najwyraźniej ona wie, kim on jest. Wygląda sympatycznie. Koło pięćdziesiątki, brązowe włosy z niemodnym balejażem. Idealne zęby zupełnie nie pasują do jej udręczonej twarzy i niebieskoszarych cieni pod oczami.
- Tak? - odpowiada John, zastanawiając się, jak wiele o nim słyszała. Czy wie, że nadal jest podejrzanym w sprawie zaginięcia? Czy plotki dotarły aż tutaj?
"Że ja, supergliniarz, nie mogę znaleźć własnej żony i syna..."
- Co ty tu robisz? Przysłali cię z miasta?
- Mieszkam tutaj.
- Nie gadaj. Mona Ott Öster. Szefowa policji w December. Cóż... Witaj w naszej zapadłej dziurze. - Wyciąga do niego rękę. Ma mocny uścisk, jest śmiała i wie, czego chce. Wygląda na dobrego człowieka. Niektórzy ludzie mają taką energię, jakby mieli złote serce i przyjazną duszę. - Słyszałam o twojej rodzinie. Tak jak zresztą wszyscy tu w December, zwłaszcza że Sara była związana z tym miejscem. To wielka tragedia. Bardzo mi przykro. Pojawiły się jakieś nowe tropy? - Zupełnie jak u Sary dialekt Mony miękko wznosi się i opada. Niczym zorza polarna nad powoli sypiącym śniegiem.
- Niestety nie. - John nie chce kończyć rozmowy na smutno, więc szybko dodaje: - I dziękuję. - Wskazuje ręką w stronę jeziora. - Mężczyzna czy kobieta?
Serce wali mocno i bezlitośnie. Gdy John próbuje się uspokoić i bierze głęboki wdech w oczekiwaniu na odpowiedź, emocje ściskają go za gardło.
- Młody mężczyzna.
- To dobrze - mówi John, ale natychmiast tego żałuje. - To znaczy... to niedobrze, oczywiście... Ech. - Naprawdę z dnia na dzień staje się coraz głupszy.
Serce przestaje łomotać, całe ciało się uspokaja. To nie Sara tam leży.
"Ale przecież to może być Mattias".
Klatka piersiowa Johna kurczy się niczym zgniatana puszka po piwie i mężczyzna zbiera wszystkie siły, by nie pobiec do jeziora jak rozhisteryzowany wariat i nie zażądać okazania zwłok.
- Młody mężczyzna, mówisz. Nie... nie chłopiec?
Mona Ott Öster albo nie zauważa szalejących w nim emocji, albo jest na tyle delikatna, że je ignoruje.
Wkłada kciuki za pas i kiwa głową w stronę dramatycznej sceny na brzegu jeziora zaledwie trzydzieści metrów od wynajętej przez Johna chatki.
- Jest bardzo ciasno owinięty. - Milknie. Potem kontynuuje ze współczuciem: - Wiem, co myślisz, ale to nie twój syn. Najpewniej to młody człowiek obcego pochodzenia. Nastolatek, ale z pewnością nie jedenastolatek. - Mona przygląda mu się ukradkiem.
- Okej - wydobywa z siebie John. Najwyraźniej mówi to zbyt lekkim tonem. Przychodzi mu do głowy myśl, że to może być furtka, sposób na zbliżenie się do tajemnicy zniknięcia jego rodziny, ale szybko ją odrzuca.
"Nigdy by mnie nie zatrudniła. Kiedyś byłem nawet niezłym gliniarzem, a teraz cierpię na zespół stresu pourazowego i mgłę mózgową, a do tego jestem podejrzanym w sprawie zniknięcia własnej rodziny".
- Okej? - dziwi się Mona, marszcząc czoło.
- Morderstwo? - pyta John, gładząc się po ramionach. Zrobiło się za zimno na wychodzenie na dwór w samej bluzie. Za kilka dni poranna rosa pewnie zamieni się w szron.
- Bez wątpienia. - Kobieta patrzy to na zwłoki, to na niego. - Od kiedy tu mieszkasz?
- Raptem od kilku dni.
- Muszę zadać ci kilka pytań. Czy słyszałeś lub widziałeś coś podejrzanego?
- Raczej nie. Było tu spokojnie aż do dzisiaj.
- Rozumiem. Spędzasz tu... wakacje? - Jej wcześniejsze ciepło znika i John czuje się teraz jak na przesłuchaniu.
Stara się uśmiechnąć, jak najuprzejmiej.
- Nie. Albo tak... może.
Z uniesionych brwi policjantki widać, że uznała go za bełkoczącego idiotę.
- Zrezygnowałem z pracy w policji. Potrzebowałem spokoju. - John ogląda się na domek i żałuje, że w ogóle z niego wyszedł. Nie chce rozmawiać o tym, co się stało. Nie chce się tłumaczyć. - Więc tak, chyba możemy to nazwać wakacjami. I to długimi.
- Jak to? Rzuciłeś robotę? Cholera. Ten słynny John Wagner? Policjant, który... Przepraszam, jestem chyba trochę zafascynowana twoją osobą. - W jej oczach pojawia się figlarny błysk. - Słuchaj... przydałby się nam jeszcze jeden dobry policjant w tym mieście.
John robi krok do tyłu, jakby miała go zarazić swoim mundurem. Jakby wystarczyło się o niego otrzeć, a nagle znów miałby przy sobie odznakę i pistolet.
- Nie, sorry, skończyłem z tym. I nie jestem taki dobry, nie wierz we wszystko, co mówią.
- Ej, ani przez chwilę nie pomyślałam, że mógłbyś stać za zniknięciem swojej rodziny. Nie wyglądasz na takiego, co by mógł być w to zamieszany.
Żołądek Johna skręca się w ciasny supeł.
- No nie, nie mógłbym - stwierdza, ale wątpliwości go nie opuszczają. Nienawiść do samego siebie. W pewnym sensie wciąż wydaje mu się, że to jego wina, że ich nie ma.
Mona oddycha z ulgą, przekonana, że mężczyzna przed nią nie jest podejrzany. John musi jednak na nią uważać. Ta kobieta raczej nie należy do osób, które odpuszczają.
John czuje ścisk w żołądku na widok młodej dziewczyny podchodzącej właśnie do miejsca, gdzie leży zawinięte ciało. Stoi tam wraz z innymi ciekawskimi z okolicy zgromadzonymi wokół zwłok. Widać, jak przykłada rękę do ust i się odsuwa.
- Spójrz. Ona zna ofiarę - mówi John i rusza w stronę młodej kobiety.
"Ona wie. Mimo że ciała prawie nie widać".
Budzą się w nim wszystkie stare instynkty, niczym skrzypiąca i zaniedbana, ale w zasadzie porządnie zbudowana maszyna.
- Jaka ona? - pyta Mona, ale John już podchodzi do dziewczyny w tłumie.
Ma jakieś dwadzieścia lat, gra twardzielkę, chociaż płacze. Jest czarna, włosy ma zaplecione w rastamańskie warkoczyki, a na twarzy wypisane, że mieszka na przedmieściach.
Kiedy widzi zbliżającego się Johna z utkwionym w nią wzrokiem, odwraca się i zaczyna uciekać.
John nie ma czasu na zastanowienie. Nogi podjęły decyzję za niego. Biegnie za dziewczyną przez las.
Zaskoczona Mona krzyczy coś za nim, ale jego dawne ja przejęło nad nim kontrolę. Ten superglina wciąż w nim siedzi. Skąd ta dziewczyna wie, kto jest owinięty folią? I dlaczego ucieka? Tak czy owak, ma coś z tym wspólnego.
Jest szybsza od Johna. Z łatwością zwiększa dystans. Gdy były policjant zdyszany wypada na szutrową drogę, słyszy ryk silnika, po czym widzi, jak dziewczyna znika za zakrętem na skuterze. Zapewne stuningowanym.
Cholera. Po co w ogóle za nią pobiegł? Przecież to zadanie policji, a on rzucił tę robotę. W December jest tylko po to, żeby odnaleźć żonę i syna. Nic więcej.