PRZEDMOWA
Moja matka, Lisa Marie Presley, zaczęła pisać pamiętnik na kilka lat przed śmiercią. Mimo że podchodziła do tego na kilka sposobów i przeprowadziła wiele rozmów o książkach, nie wiedziała, jak ma pisać o sobie. Nie uważała się za osobę interesującą - choć taka przecież właśnie była. Nie lubiła mówić o sobie. Brakowało jej pewności siebie. Nie sądziła, by ludzie widzieli w niej kogoś więcej niż tylko córkę Elvisa. Praca nad tą książką była dla niej niezwykle trudnym wyzwaniem, ponieważ nieustannie zadręczała się samokrytyką. I chyba sama nie do końca rozumiała, jak i po co miałaby opowiadać własną historię.
A jednak czuła przemożne pragnienie, by się nią podzielić.
Kiedy frustracja mamy sięgnęła zenitu, powiedziała:
- Misiaczku, nie wiem już, jak mam napisać tę swoją książkę. Mogłabyś napisać ją razem ze mną?
- Oczywiście - odpowiedziałam.
Ostatnie dziesięć lat jej życia było tak brutalnie trudne, że patrzyła przez pryzmat tych wydarzeń na wszystko, co działo się wcześniej. Wyszła więc z założenia, że ja będę potrafiła spojrzeć na jej życie trochę bardziej obiektywnie. Dlatego zgodziłam się jej pomóc. Nie wiedziałam wtedy, jakie to będzie poważne zobowiązanie, i zakładałam, że damy sobie czas i jakoś to napiszemy.
Miesiąc później zmarła.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Potem dostałam taśmy z nagraniem udzielonych przez nią wywiadów. Byłam w domu, siedziałam na kanapie. Moja córka już spała. Bałam się chwili, kiedy usłyszę głos matki - z głosami ukochanych osób łączy nas niezwykle silna więź. Postanowiłam położyć się do łóżka, bo wiem, jak moje ciało reaguje na potężny smutek i żal.
Zaczęłam jej słuchać.
To było niewiarygodnie bolesne doświadczenie, ale nie mogłam przerwać. Miałam wrażenie, że mama jest razem ze mną w pokoju i mówi do mnie. Poczułam się znów jak dziecko i wybuchnęłam płaczem.
Moja mamusia.
Ten jej głos.
Znów miałam osiem lat, jechaliśmy samochodem. W radiu leciała piosenka Vana Morrisona Brown Eyed Girl. Tata zatrzymał wóz i kazał nam wszystkim wysiąść i tańczyć na poboczu. Przypomniałam sobie, jak mama się wtedy pięknie uśmiechała.
Jak się śmiała.
Przypomniałam sobie też, jak tata próbował ją reanimować, kiedy znalazł ją bez życia.
A potem znów siedziałam w aucie i we wstecznym lusterku widziałam, jak mama śpiewa razem z Arethą Franklin. Okna były otwarte, a samochód mknął drogą wzdłuż wybrzeża Pacyfiku.
Chwilę później byłam w szpitalu i trzymałam w ramionach mojego nowo narodzonego braciszka.
Wspomnienia bombardowały mnie jak ckliwa retrospekcja w filmie. Ale to nie był film - to było życie.
Chciałam, żeby wróciła.
Pierwsze części tej książki to głównie jej głos - na taśmach dużo opowiada o swoim dzieciństwie w Graceland, o śmierci ojca i o jej strasznych konsekwencjach. O swojej relacji z matką i o trudnym wieku nastoletnim.
Szczerze i życzliwie mówi o moim ojcu, Dannym Keoughu.
Otwarcie wspomina związek z Michaelem Jacksonem. Jest boleśnie szczera, gdy pojawia się temat jej późniejszego uzależnienia od narkotyków i zagrożeń, jakie niesie ze sobą sława. Czasami wydaje się, że ma ochotę zetrzeć cały świat na proch, a innym razem jest pełna współczucia i empatii - wszystko to są oblicza kobiety, która była moją matką. Wszystkie te piękne, choć naznaczone zniszczeniem kawałki - mające swoje korzenie w traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa - ostatecznie spotkały się na końcowym etapie jej życia.
Materiał na taśmach jest surowy, z naturalnymi przerwami, charakterystycznymi dla naszych wypowiedzi. Gdy tylko się dało, spisywałam treść dokładnie tak, jak mówiła. W innych wypadkach edytowałam nieco słowa matki, by nadać im jasność lub by przekazać to, co wiem, że chciała powiedzieć. Najważniejsze, by ostateczny tekst brzmiał jak jej głos. Chciałam wiedzieć, że otwierając tę książkę, od razu rozpoznam, że to mówi ona. I tak jest.
Są jednak rzeczy, o których nie wspomina na tych nagraniach. Do pewnych fragmentów nie dotarła, szczególnie tych z późniejszych etapów życia. Mieszkałam z nią do dwudziestego piątego roku życia, a potem widywałyśmy się pięć razy w tygodniu. Dlatego dostrzegłam luki w jej opowieści i je wypełniłam. Największy atut tego elementu książki był jednocześnie jedną z największych słabości mojej matki: jej natura nie pozwalała jej ukryć przede mną absolutnie niczego.
Mam nadzieję, że opowiadając jej historię, odmaluję moją matkę tak, by stała się postacią trójwymiarową - kobietą, którą znaliśmy i tak bardzo kochaliśmy. Zrozumiałam, że jej palące pragnienie, by podzielić się tą opowieścią, narodziło się z potrzeby zrozumienia samej siebie i z chęci bycia w pełni zrozumianą przez innych, po raz pierwszy w życiu. Chcę nie tylko uhonorować moją matkę, ale też opowiedzieć ludzką historię w okolicznościach jak najbardziej niezwykłych.
Każdy, kto kiedykolwiek ją poznał, doświadczył siły - pasji, ochrony, lojalności, miłości i ogromnego zaangażowania ducha, który miał potężną moc. Jeśli mój dziadek miał duchową siłę, bez wątpienia płynęła ona także w żyłach mojej matki. Czuło się to w jej obecności.
Zdaję sobie sprawę, że nagrania, które zostawiła moja matka, są wyjątkowym darem. Często bywa tak, że po ukochanej osobie zostaje nam tylko zapisana i odtwarzana w kółko wiadomość głosowa, krótki filmik na telefonie albo kilka ulubionych zdjęć. Dlatego ten przywilej traktuję bardzo poważnie. Chciałam, by ta książka miała w sobie tyle intymności, co godziny, które spędziłam, słuchając tych nagrań, czy noce, które przeleżała obok nas w łóżku, słuchając wycia kojotów.
W swoim wierszu zatytułowanym Drzewa w Binsey Gerard Manley Hopkins pisze: "Ci, co po nas przychodzą, widzą pustkę zamiast dawnej piękności"[1].
I chcę, żeby ta książka jasno pokazała dawną piękność, jaką była moja matka.